Humiecki and Graef – zapachy emocji (2) – „Eau Radieuse”

Humiecki-and-Graef


Eau Radieuse
 – pożądanie

Przyznam, że akurat nie tak wyobrażałem sobie olfaktoryczne oddanie uczucia pożądania. No chyba że potraktujemy je jako pragnienie w sensie dosłownym – a co za tym idzie potrzebę ugaszenia tudzież schłodzenia się i orzeźwienia podczas upalnego dnia lub ciepłego letniego wieczoru. Eau Radieuse okazać się może wówczas niezwykle pomocne. To jak dotąd najbardziej niesamowita interpretacja tematu eau de cologne, z jaką miałem okazję się spotkać. W opisywanym przeze mnie w poprzednim wpisie Askew panowie Les Christophs podjęli próbę ponownego zdefiniowania męskich perfum. Analogicznie tu tworzą – ze 100 procentowym powodzeniem – nową – ba – nowatorską, futurystyczną, kompletnie zrewolucjonizowaną, kosmiczną wręcz wodę kolońską. Kombinacja sprawdzonych w tym gatunku składników – cytryny, mandarynki i mięty – z akordami będącymi wytworem niezwykłej wyobraźni twórców – skórki świeżego banana, soku z rabarbaru czy soku z bambusa (tych składników nie da się przecież pozyskać z natury w takiej formie, by można je było zastosować w kompozycji perfumeryjnej) daje wprost powalający efekt świeżości absolutnej, lodowo zimnej, nie z tej ziemi. Ale to nie wszystko. To także pierwsze znane mi perfumy, które poczuć można nie tylko węchem, ale także i skórą. W jaki sposób? Otóż w ewolucji Eau Radieuse na skórze wyodrębnić można trzy (a jakże!) etapy. Najpierw soczysty akord rzeczonej skórki banana przemieszanej z cytrusami, zapewniający efekt mocnego orzeźwienia. Później – po kilku minutach – dołącza mięta. Jednocześnie na skórze zaczynam czuć całkiem wyraźne i zupełnie zaskakujące mrowienie, będące czymś na pograniczu subtelnego pieczenia i chłodnego miętowego podmuchu zarazem. Ten efekt trwa dobrych kilka minut. Niesamowite! Przyznam się, że moją pierwszą reakcją na ten efekt było nerwowe oglądanie się w lustrze, czy aby nie mam do czynienia z odczynem alergicznym. Nic z tych rzeczy. Ten efekt był absolutnie założony przez perfumiarzy, co już później doczytałem w Internecie. Gdy już ustąpi, na skórze dominuje mieszanka soczystych nut opisanych jako rabarbarowe i bambusowe. Zapach do końca pozostaje świeży i orzeźwiający. Jest niesamowity, potężnie projektujący i niezwykle – jak na kolońską – trwały (!). Tylko czekam tylko na upalne dni, by dosłownie chłodzić się Eau Radieuse jak niczym innym

mint_and_ice_cube-wide

Eau Radieuse szczególnie wyraźnie ujawnia się eksperymentatorskie oblicze Laudamiela i Hornetza.  To bowiem coś więcej, niż niezwykle pachnąca kolońska. Oto kompleksowe futurystyczne kolońskie doświadczenie, które warto odczytać jako sygnał przyszłości. Kto wie – być może za kilkanaście lat perfumy będą nieść ze sobą dodatkowe właściwości? Może będą poprawiać nastrój, ogrzewać, poprawiać koncentrację, relaksować, wreszcie podniecać? Wiem, wiem.  Niby już dziś niektórym zapachom przypisuje się takie czy inne właściwości (tzw. feromony), ale chyba żaden z nich nie działa tak spektakularnie, jak Eau Radieuse. To kolońska przyszłości. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Wyjątkowy zapach i jedno z moich największych odkryć ostatnich miesięcy.

Humiecki Eau

główne nuty: skórka ze świeżego banana, cierpka mandarynka, włoska cytryna, liście mięty pieprzowej, sok z rabarbaru, sok z bambusa

twórcy: Christophe Laudamiel i Christoph Hornetz 

rok wprowadzenia: 2009

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: bardzo dobra
  • trwałość:  ponad 8 godz

Kolorowa trójka Comme des Garcons PLAY: „Green”, „Red” i „Black”

Comme des Garcons to marka niezwykła i na swój sposób fascynująca. Założona i prowadzona od 1973 roku przez Rei Kawakubo i jej męża Adriana Joffe oferuje niekonwencjonalną modę odzieżową. W ślad za tym idą rozmaite dodatki, w tym także perfumy. Kawakubo lubuje się w zapachowych cyklach, seriach, ale przede wszystkim oferuje bardzo szeroki wachlarz naprawdę niebanalnych, wyjątkowych i zdecydowanie godnych uwagi pachnideł.

Nie będę tu wymieniał nazwisk, które pracowały na przestrzeni lat nad perfumami dla Comme des Garcons. Dość powiedzieć, że jest to absolutna pierwsza liga perfumiarstwa. Należy do niej rzecz jasna także Antoine Maisondieu, który dla CdG zrobił już choćby fantastyczne zapachy z cyklu Monocle, a znany jest także z bardzo owocnej współpracy z niszowym Etat Libre d’Orange oraz ze stworzenia wielu pachnideł designerskich (m.in. Burberry Brit for Men, London for Men, Gucci Rush for Men, Armani Prive Eau de Jade, Yves Rocher Comme Une Evidence). On to właśnie w projekcie PLAY zastąpił na perfumiarskim fotelu Aureliena Guicharda (twórcę pierwszego zapachu PLAY z 2007 r).  Efektem pracy Maisondieu są trzy zapachy – trzy kolory.  Każdy inny, ale wszystkie bardzo nowoczesne, dość minimalistyczne i doskonale korespondujące z tytułowymi barwami. Gwoli ciekawości dodam, że PLAY to linia odzieżowa CdG kierowana do młodszych osób. Kolorowe zapachy także obliczone są na młodszego klienta i da się to wyraźnie wyczuć.

…dziewczynki lubią landrynki…

PLAY RED przykuwa uwagę wyraźną i rzadko spotykana w perfumach nutą wiśni. Tak jest. Syntetyczna wiśnia pokropiona odrobiną syntetycznego szafranu i posypana (syntetycznym?) cynamonem. Tak to pachnie właściwie od początku do końca. No może z czasem mniej jest wiśni, a więcej słodkiego szafranu. PLAY RED to zapach bardzo spożywczy, przypominający mi jak żywo aromat klasycznych landrynek. Wrażenie to potęguje ewidentna i zamierzona wg mnie sztuczność woni, dobrze korespndująca ze współczesnym pełnym elektronicznych gadżetów i plastkowych przedmiotów światem młodych ludzi.

Z pewnością RED nie jest zapachem męskim. Który facet, czy nawet chłopak, chciałby pachnieć landrynkami? No może i znaleźliby się tacy… Nie jest też PLAY RED kobiecy. Jest raczej infantylny i niedojrzały. Doskonale trafiający w gust beztroskiej gimnazjalistki, chcącej pachnieć nieco inaczej niż rzesza równieśniczek, ale równie landrynkowo. Ot perfumy dziewczęce z prawdziwego zdarzenia.

Żeby nie być źle zrozumianym, testowanie RED było dla mnie spora frajdą. W końcu wiśniowe landrynki dotąd wydobywałem raczej z foliowej torebki lub blaszanej puszki. Nigdy jednak z flakonu z atomizerem. 🙂

nuty – czerwona mandarynka, różowy pieprz, Safraleine, czerowna wiśnia, geranium, cynamon, osmantus, mirra, balsam tolu

Zielona herbata z listkiem mięty

Jestem wielbicielem zielonej i białej herbaty. Dlatego też PLAY GREEN przypadł mi do gustu, mimo że nie zachwycił. Zapach odświeża sugestywną i realistyczną nutą zielonej herbaty z listkiem mięty i odrobiną cukru. Zieloność zapachu wzmacnia bazylia, a trzon stanowią: żywica mastyks i ziarna ambrette. Finisz jest sucho-drzewny dzięki zastosowaniu cedru. GREEN zmienia się dość wyraźnie na skórze w miare upływu czasu i ma całkiem dobrą trwałość. Jest bardzo wdziecznym i sympatycznym zapachem i choć nie jest niczym nowym nawet w ofercie Comme des Garcons (swego czasu testowałem podobne, ale lepiej pachnące Nomad Tea), wydaje się być świetną opcją na upalną pogodę, jeśli poszukujemy orzeźwienia, a nie gustujemy w cytrusach.

 

nuty – mięta Nanah, jagody jałowca, bazylia, jaśmin, mastyks, ziarna ambrette, wetyweria, cedr

Pieprzona herbata

Z natury rzeczy PLAY BLACK to moje ulubione pachnidło z kolorowej trójki. Mieszanka czarnej, mocnej herbaty z czarnym pieprzem, kadzidłem i smołą drzewną pachnie najbardziej zdecydowanie, najbardziej męsko, najmocniej i najdłużej. Czarny pieprz i herbata dominują pierwsze godziny zapachu. Później górę bierze akord smolisto-kadzidlano-drzewny. PLAY BLACK to Comme des Garcons jaki lubię najbardziej. To także perfumy dla fanów kuchni, pikantności, kulinariów i – przede wszystkim – czarnego pieprzu. Mój wybór.

nuty: czarny pieprz, drewno pieprzowe, różowy pieprz, fiołek, tymianek, czarna herbata, kadzidło, smoła drzewna, mech

Kolorowy tercet PLAY Comme des Garcons to wg mnie doskonały przykład współczesnej perfumerii, która za pomocą mariażu składników naturalnych i coraz to nowych syntetycznych molekuł, odkrywanych w laboratoriach wielkich koncernów. Pozwala to perfumiarzom na realizowanie nowych koncepcji, np. właśnie takich, jak w tym przypadku – olfaktorycznych odpowiedników kolorów, stworzonych za pomocą skojarzeń aromatów z barwami emitujących je „obiektów”. RED – wiśnia i szafran, GREEN – herbata i mięta, BLACK – czarny pieprz, smoła i – a jakże – czarna herbata.

PLAY są zapachami bardzo dosłownymi, prostymi w dekonstrukcji i łatwymi w odbiorze. Swoją lekkością i nowoczesnością akcentują młodzieńczy charakter. Choć początkowo nieco mnie rozczarowały, to z czasem – gdy już umieściłem je w odpowiednim kontekście (perfumy dla młodzieży, uzupełnienie młodzieżowej linii odzieżowej) – ujęły mnie swoją pomysłowością i bezpretensjonalnością, mimo braku oryginalności (no może z wyjątkiem landrynkowego RED).

Guerlain „Homme L’Eau Boisee”

Bieżący rok przyniósł premierę, która zelektryzowała mnie i wielu fanów perfum, marki Guerlain oraz talentu Thierry’ego Wassera. Homme L’Eau Boisee pojawił się w perfumeriach na wiosnę. Że była to premiera bardzo oczekiwana, świadczyć może fakt błyskawicznego osuszenia testerów w obu konkurencyjnych perfumeriach sieciowych, czego byłem naocznym świadkiem w kwietniu br. Bardzo mnie cieszy, że ta niezwykle szacowna i zasłużona francuska marka wraca do gry i wzbudza coraz większe zainteresowanie także wśród osób młodszych. Dzieje się to niewątpliwie dzięki wysiłkom obecnego perfumiarza mającym na celu zerwanie z dość anachronicznym wizerunkiem francuskiej marki.

Z punktu widzenia olfaktorycznego L’Eau Boisee to nowa, drzewna interpretacja L’Eau, co dodatkowo podkreśla nazwa. Przy czym owa drzewność wynika z zastosowania w kompozycji rzekomo nowej, nieznanej dotąd odmiany wetiwerowej esencji, którą Wasser odkrył podróżując po południowych Indiach, a która zainspirowała go do stworzenia tego zapachu. W konsekwencji Guerlain zainwestował tam w uprawę i produkcję tej esencji dla potrzeb nowego pachnidła. Dzięki tej esencji, a konkretnie dzięki jej „przedawkowaniu” (bo właśnie słowem overdose opisuje się ten perfumiarski zabieg) Wasserowi udało się skomponować perfumy charakterystyczne i zapadając w pamięć. A to już spore osiągnięcie. Do tego w sposób ewidentny nawiązują one do poprzednika (L’Eau) poprzez wspólne nuty limonki, mięty i rumu tworzące akord drinka Mojito – przewodni temat całej linii Homme.

Jako zdeklarowany wielbiciel wetywerii w perfumach przewąchałem już naprawdę sporo pachnideł z tym składnikiem w roli mniej lub bardziej głównej. Muszę przyznać, że po raz pierwszy spotykam się z nim użytym w taki sposób w kompozycji. Czy jest to efekt zręcznego połączenia z innymi ingrediencjami, czy faktycznie nowej wetiwerowej jakości – tego nie wiem. Dość powiedzieć, że efekt jest bardzo oryginalny i wdzięczny. Chcę tu podkreślić, że L’Eau Boisee nie jest pachnidłem stricte wetiwerowym, choć wetyweria odgrywa w nim istotną rolę. Jednak nie dominuje ona zapachu, ani tym bardziej przewodniego tematu. Dodaje za to dodatkowy, zielono-drzewny wymiar.  Użyta z wielkim wyczuciem tworzy zieloną, lekko jakby „naciową”, bardzo naturalną aurę. Nie ma tu mowy o powszechnie znanych cechach wetiwerowej esencji: ostrości, ziemistości, surowości. Zapach jest lekki i świeży, świeższy nawet od poprzedniego L’Eau i podobnie jak on zdecydowanie daleki od banału.

L’Eau Boisee to bez wątpienia jeden z najlepszych świeżych zapachów ostatnich lat. Pośród  tego gatunku zapachów błyszczy niczym diament. Tym samym Thierry Wasser udowadnia, że nawet w tej mało odkrywczej i pozostawiającej niewiele miejsca kategorii można zaproponować coś nowego i przekonującego.

Niestety… Zawsze jest jakieś ale. Subtelna projekcja – zaczynająca się po kilkudziesięciu minutach od aplikacji – wydatnie zmniejsza moją radość z obcowania z L’Eau Boisee, mimo całkiem dobrej 7-8 godzinnej trwałości. Moje pierwsze globalne testy tego zapachu przypadły akurat na wyjątkowo upalną pogodę i początkowo niezadowolenia z projekcji kładłem właśnie na karb zwrotnikowego powietrza. Z drugiej strony przecież to jest właśnie woda pomyślana na wiosnę i lato! Ostatnie testy przed zakończeniem recenzji przeprowadziłem w krótkim okresie lekkiego ochłodzenia, gdy temperatury spadły do ok. 20 st. C. Niestety – projekcja nie była nic lepsza… No ale to rzecz jasna kwestia upodobań, bo przecież równie dobrze ktoś może powiedzieć, że o to własnie chodzi, by perfumy w gorące dni nie przytłaczały projekcją i były raczej subtelne.

Flakon L’Eau Boisee jest przepiękny. Posiada wspólny dla linii Homme kształt , jednak tym razem wykonany jest z transparentnego szkła pozwalającego cieszyć oko zielonkawą barwą cieczy – idealnie zresztą pasującą do zapachu. No i przede wszystkim zatyczka. Wykonana z autentycznego drewna jesionowego, lekka i przepięknie się prezentująca, koresponduje z kolei z nazwą zapachu. Ogólnie design i wykonanie są na najwyższym poziomie. Dałbym tu najwyższą notę, gdyby nie atomizer, który zastosowano we wszystkich zapachach linii Homme, a którego praca nie przekonuje mnie do końca. Dawkuje średnio mocno i dość nieregularnie. Warto, by Guerlain przeprowadził śledztwo w sprawie tego, kto dostarcza atomizery Diorowi. Są wg mnie najlepsze w branży.

Nuty głowy: limonka, mięta

Nuty serca: rum

Nuty bazy: wetyweria, nuty drzewne

twórca: Thierry Wasser

rok wprowadzenia: 2012

moja klasyfikacja: współczesny, oryginalny, uniwersalny, niebanalny, idealny na wiosnę/lato zapach świeżo-zielony; doskonała propozycja dla mężczyzn po 30-ce ceniących rzeczy z klasą;

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5 / projekcja: 3,5 / trwałość: 4/ flakon: 5,5

Annick Goutal „Le Muguet” i „Nuit Etoilee”

Bardzo cenię perfumy marki Annick Goutal. Żaden z dotąd poznanych zapachów tej firmy mnie nie rozczarował. Doceniam niezwykły talent perfumeryjny Isabelle Doyen, która od wielu już lat pracuje nad olfaktorycznymi propozycjami marki – obecnie wraz z Camille Goutal. W ogóle uważam firmę Annick Goutal za jeden z najlepszych współczesnych niszowych domów perfumeryjnych  – obok L’Artisan Perfumeur, Diptyque, L. Villoresi czy Parfum d’Empire. Nie bez znaczenia jest dla mnie fakt, że prócz świetnych, a często wręcz wybitnych kompozycji o zawsze doskonałej jakości, wszystkie te marki wyróżnia bardzo rozsądny pułap cenowy oferowanych produktów. Naprawdę trudno o lepszą ofertę w tzw. niszy, gdy weźmiemy po uwagę relacje ceny do jakości. Wiem, co piszę ;-).

Ostatnie dwa pachnidła Annick Goutal, które dzięki uprzejmości perfumerii Quality Missala mam przyjemność testować, nie stanowią tu wyjątku. Utrzymują bardzo solidny poziom, pachną niezwykle naturalnie i esencjonalnie.

Le Muguet – czyli dzwoneczków czar

Le Muguet to sympatyczny (i kolejny już w historii perfum) przykład na próbę oddania niezwykłej woni kwiatu konwalii – z natury niebywale ulotnej i nie dającej się „usidlić”. Któż nie wzdycha na wspomnienie przecudnego zapachu białych dzwoneczków? Perfumiarze od lat uparcie sprzeciwiają się naturze, która zabezpieczyła tę drobną roślinkę przez wydobyciem z niej pachnącej substancji (kwiat konwalii jako jeden z niewielu nie daje z siebie wydobyć zapachu znanymi metodami w takim stopniu, by można używać go w komponowaniu perfum) i komponują perfumy o konwaliowym zapachu wykorzystując dostępne naturalne i syntetyczne składniki. Warto tu wymienić takie sztandarowe „konwaliowce”, jak Diorissimo Diora, Muguet Guerlain, Lily of the Valley Yardley czy Muguet de Bois Coty.

Kompozycja Doyen jest wg mnie bardzo udaną próbą ujęcia konwalii w ramy perfum. Są to perfumy typu soliflore, czyli de facto zawierające jedną dominującą nutę kwiatową. Nie oznacza to jednak, że poza akordem konwaliowym nie dzieje się tu nic więcej. Le Muguet otwierają się bardzo intensywnym i soczystym akordem zielonym. Po kilkunastu minutach zapach odsłania konwaliowe serce. Jest lekko kwiatowo oraz wciąż delikatnie zielono. Woń jest jakby wilgotna i naprawdę bardzo sugestywna. Z czasem zapach nieco się „wysładza” oraz dochodzą nutki lekko zadziorne, nieco ostre. Ewolucja zapachu jest bardzo wyraźna, a same perfumy zakwalifikowałbym jako subtelnie białokwiatowe ze zmysłowym finiszem. Owszem, nie są propozycją dla Panów, ale już wakacyjnym upominkiem dla wybranki mogą się okazać co najmniej trafionym…

nuty: konwalia, benzoes, róża

nos: Isabelle Doyen

Nuit Etoilee – czyli zimowy las iglasty

Zdecydowanie bardziej odpowiednia dla mężczyzn jest najnowsza propozycja Annick Goutal – Nuit Etoilee. Zapach to dość nietypowy. Świeżość akordu otwarcia została osiągnięta dzięki użyciu mięty, co może nie jest jakoś specjalnie wyjątkowe, jednak dalszy ciąg jest co najmniej zaskakujący. Pomysł na połączenie rzeczonej mięty z balsamem jodłowym i sosną uważam za doskonały. Dzięki temu pachnidło oddaje klimat iglastego lasu zimą. Jest bardzo sugestywne i na początku chłodzi zawartym w sporej ilości mentolem, a później grzeje żywiczno-balsamiczną bazą. Perfumy oczywiście wyraźnie ewoluują, co charakterystyczne dla stylu Isabelle Doyen. Pod względem pomysłu – niecodziennego zestawienia przeciwstawnych nut – Nuit Etoilee przypomina mi Geranium Pour Monsieur Frederica Malle, tyle że tam Dominique Ropion połączył mentol z geranium i olibanum. Ogólnie jest to zapach wart ze wszech miar uwagi. Do tego ładnie projektujący i przyzwoicie trwały.

nuty: cytryna, słodka pomarańcza, mięta pieprzowa, jodła syberyjska, absolut z nasion dzięgla

nos: Isabelle Doyen

Guerlain „Homme L’Eau”

Zupełnie niedawno miała miejsce premiera najnowszego letniego flankera Guerlain Homme – L’Eau Boisee. Po pierwszych perfumeryjnych – póki co – testach mam jak najlepsze zdanie o tym zapachu. Nim jednak jego test na blogu, warto moim zdaniem przybliżyć poprzednika – pochodząca z 2010 roku wersję L’Eau, którą niestety coraz trudniej kupić, co być może ma związek z jej zastąpieniem wersją Boisee.

Już pierwszy zapach z linii Guerlain Homme zaskakiwał niecodzienną świeżością opartą na akordzie egzotycznego drinka mojitoWersja L’Eau to już „100% orzeźwiającej świeżości” osiągniętej zresztą w dość rzadko spotykany w perfumerii sposób, za co już na wstępie należą się słowa uznania dla Thierry’ego Wassera, który od kilku już lat zasiada na zaszczytnym,m ale i bardzo odpowiedzialnym stanowisku głównego perfumiarza firmy Guerlain. Obok – zdaje się niezbędnych – nut hesperydowych, które tu jednak w żadnym razie nie dzierżą palmy pierwszeństwa, o charakterze tego zapachu stanowią dwie bardzo zacne ingrediencje: mięta oraz geranium. Olejek geraniowy sam w sobie posiada miętową chłodną nutkę, więc idealnie komplementuje miętę (prawidłowość tą wykorzystał także Domonique Ropion w Geranium Pour Monsieur dla Frederica Malle). W L’Eau Wasser stworzył bardzo charakterystyczny i oryginalny świeży akord, który nie jest ani stricte cytrusowy, ani ozonowy, ani wodny. Mięta przy tym nie jest tu tak ewidentna, jak w Roadsterze Cartiera. Gdzieś w tle oczywiście pobrzmiewają echa protoplasty i słynnego akordu mojito, a każde incydentalne podniesienie ciepłoty skóry, o co latem przecież nietrudno, powoduje uwolnienie się słodkawej nuty rumu. Zachowana jest więc swoista olfaktoryczną integralność wewnątrz linii zapachowej Homme

 L’Eau jest bardzo niebanalnym i wspaniale orzeźwiającym letnim zapachem o zupełnie innym charakterze, niż większość „konkurencji”. Co ważne, pachnie bardzo naturalnie i klasowo, jak na Guerlaina przystało, a przy tym jest nowoczesny i bardzo przyjazny dla otoczenia. 

Flakon o kształcie identycznym, jak protoplasta tym razem wykonano z matowego, jakby oszronionego szkła. Płyn ma błękitną, wodną barwę. Całość jako designerski koncept jest bardzo udana i przekonująca, bardzo spójna z charakterem zapachu.

Projekcja L’Eau jest średnia, a jego trwałość sięga na mojej skórze ok. 6 godzin, ale należy wziąć tu pod uwagę charakter tych perfum – lekki, orzeźwiający i przeznaczony do stosowania w wysokich temperaturach. Mają dodawać noszącemu lekkości, a nie go przytłaczać. Pod tym względem L’Eau sprawdzają się znakomicie.

nuty górne: bergamotka, grejpfrut

nuty środkowe: geranium, mięta

nuty dolne: rum, nuty drzewne, mech drzewny

twórca: Thierry Wasser

rok wprowadzenia: 2010

moja klasyfikacja: uniwersalny co do okazji, lekki, świeży i orzeźwiający; nietypowy i niebanalny; doskonały na wiosnę i lato; wakacyjny i urlopowy 😉

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ moc: 4/ trwałość: 3,5/ flakon: 5

Cartier „Roadster”

Zachęcony pozytywnymi komentarzami na jego temat postanowiłem poddać testom tę kompozycję uroczej Mathilde Laurent, której nowa wersja Declaration niedawno temu tak bardzo przypadła mi do gustu. Nie będę ukrywał, że zakupiona miniaturka Roadstera czekała na testy kilka ładnych miesięcy, będąc od czasu do czasu opróżnianą, ale napisanie recenzji jakoś mi nie szło. Dlaczego?

Właściwie to już po pierwszym użyciu zapach spodobał mi się. Urzekła mnie śliczna miętowa nuta, nie aż tak częsta w perfumach. Jednak miałem z nim kłopot. Kilkukrotnie później użyty sprawiał mi przyjemność, nie powiem, ale jakoś nie inspirował do pisania. Jako że jest to zapach doskonale wpisujący się w obecną ciepłą aurę, nadszedł w końcu czas i na niego. Skończyłem miniaturkę i choć mam apetyt na więcej, to jednak wystarczy by skrobnąć opinię. Przyzwoitą opinię.

W sumie to bardzo proste i choć wcale nie oczywiste pachnidło, poza tym zdecydowanie nie pozbawione uroku. Akord górny ma wspaniale orzeźwiający charakter przede wszystkim za sprawą potężnej dawki mięty, która nie tyle towarzyszy cytrusowej bergamotce, ile ją dominuje. Nie jest to jednak zarzut. Otwarcie jest naprawdę bardzo nietypowe i urocze. Pierwsze skojarzenia ze wspaniałym Piper Nigrum Villoresiego są jak najbardziej na miejscu. Mięta z początku jest niewinna, lekka, zwiewna, zielona. Zapach świeżego listka mięty jest bardzo sugestywny i trwa pewnie ok. 10 minut. Zieloną miętę z otwarcia w sercu zastępuje mięta pieprzowa o nieco cięższych molekułach. Woń jej trwa kolejne 20-30 minut po czym stopniowo przechodzi w akord bazy, w którym generalnie dominuje wanilia. Jest więc nieco słodko, ale bez przesady. Całość predysponuje Roadstera do bycia nietypowym i niebanalnym zapachem – idealnym na lato. Perfumy te są udaną alternatywą do wszelkiej maści cytrusowców i wodniaków, niczego im nie ujmując. Poza tym Roadster jest bezpieczny, profesjonalnie skonstruowany i narażony wyłącznie na otrzymywanie komplementów od otoczenia.

Trwałość zapachu na mnie jest solidna – ponad 10-cio godzinna. Projekcja raczej stonowana, ale wyczuwalna. Z pewnością bardziej obfite użycie dałoby całkowicie zadowalający efekt.

Flakon interesujący. Jego kształt umożliwia zarówno postawienie jak i położenie go na półeczce. Zatyczka odwzorowuje pokrętło do nakręcania jednego z flagowych modeli zegarków Cartiera o tej samej nazwie.

nuty górne: bergamotka, mięta zielona

nuty środkowe: mięta pieprzowa, nuta ozonowa

nuty dolne: drewno kaszmirowe, paczula, labdanum, wanilia

twórca: Mathilde Laurent

rok wprowadzenia: 2008

moja klasyfikacja: lekki, orzeźwiający, uniwersalny, oryginalny, „miętus” we flakonie

ocena w skali 1-6: kompozycja: 4/ moc: 4/ trwałość: 4/ flakon: 4