Etat Libre d’Orange „Marquis de Sade, Attaquer Le Soleil”

„Ileż to, u licha, razy pragnąłem zaatakować słońce, odebrać je wszechświatu, albo posłużyć się nim, by podpalić ziemię? To dopiero byłyby zbrodnie…”

Marquis de Sade

eldo-sade

Quentin Bisch – pod kuratelą Etienne’a de Swardta – postanowili „porwać się z motyką na słońce” i uwolnić tego pierwszego z więzów, które go ograniczały, a które ten sam sobie wcześniej założył. Jak sam twierdzi, zdecydował się na ujawnienie w pełnej krasie tego, co zwykle dotąd w swych kompozycjach perfumowych skrzętnie ukrywał za pomocą wanilii czy ambry, mając wszakże świadomość jego niezbędności i niezwykłości…

Cistus labdanum 

To temu składnikowi poświęcony jest Attaquer Le Soleil. Oto ingrediencja niezwykła, jedna z najważniejszych w perfumerii, kluczowy składnik akordu szyprowego, jednego z najstarszych akordów w perfumerii (1907 r – Chypre Coty). Czym jest ów składnik? Otóż zwykle jest to rezinoid lub olejek, rzadziej absolut, który pozyskuje się z praktycznie wszystkich części niskiego krzewu Cistus Ladaniferus, rosnącego w krajach basenu Morza Śródziemnego (głównie w hiszpańskiej Andaluzji, ale także w Maroku, Portugalii i na Korsyce) oraz na Bliskim Wschodzie.

labdanum
Cistus Ladaniferus

Esencja labdanum pachnie balsamicznie, ambrowo, słodkawo, lepko, nieco kadzidlanie (żywicę używało się i wciąż używa jako składnika kadzidlanych mieszanek) i nieco drzewnie. Jest ważnym elementem akordów skórzanych (np. Cuir de Russie Chanela), orientalnych i wspomnianych szyprowych, a także kluczowym składnikiem akordu ambrowego. Jednym z najbardziej spektakularnych i doskonałych przykładów użycia labdanum we współczesnej perfumerii jest Sahara Noir Toma Forda, która aż ocieka tą lepką balsamiczną wonią.

W Attaquer Le Soleil Quentin Bisch umieścił nutę labdanum na pierwszym planie w roli absolutnej dominanty, co już samo w sobie jest całkiem niezwyczajne. Co więcej, podkreślił ją bardzo oszczędnie tajemniczymi składnikami, tak by ten minimalistyczny, sprawiający wrażenie labdanowego monolitu zapach miał jednocześnie wszelkie cechy pełnoprawnych perfum.

Dzięki jemu tylko znanym zabiegom, ta zwykle mocno osadzona, blisko skórna, średnio-trwała nuta nabrała tu niezwykłej lekkości i lotności. Mój nos wyczuwa co najmniej solidną dawkę Iso E Super, które powoduje, że ociężałe labdanum zaskakuje aksamitną, transparentną projekcją. Wyczuwam też „coś na kształt pieprzu”. Ale nie jest to klasyczny czarny czy różowy pieprz. To bardziej Pepperwood, którego pełno choćby w CdG Black Pepper. Labdanum plus Iso E Super i trochę Pepperwood? Niewykluczone. Ale czy to wszystko? Pojęcia nie mam. Niemniej tak mi to pachnie.

Balsamicznie, ale lekko. Ciepło, ale i świeżo. Drzewnie i jednocześnie lekko przyprawowo. Oryginalnie – z pewnością. Nowocześnie – tak. Przekonująco? Nie do końca…

Co ciekawe, z czasem zapach – zamiast stawać się coraz bardziej ociężały – nabiera lekkości i transparentności, aż do momentu, w którym na skórze pozostaje tylko jego niewyraźne wspomnienie. Niestety, dzieje się to dość szybko, bo po zaledwie kilku godzinach od aplikacji.

Attaquer Le Soleil – jako dzieło olfaktoryczne – kontynuuje libertyńskiego ducha Etat Libre d’Orange i Markiza De Sade – uwalniając labdanum z przynależnego mu w klasycznej praktyce perfumowej miejsca „w cieniu” i umieszczając je w świetle jupiterów. Zabieg podobny do tego, jakiego dokonał z Iso-E-Super Geza Schoen w Molecule 01 Escentric Molecules. Niemniej ten eksperyment – choć interesujący – wg mnie nie do końca się powiódł. Czegoś w nim zabrakło. Polotu? Chyba tak. Chwała jednak duetowi Bisch/ De Swardt, że znów spróbowali czegoś nowego. Nie zawsze przecież muszą trafiać w 10-kę.

Eldo de Sade

 

główne nuty: cistus labdanum, Iso-E-Super?, Pepperwood?

perfumiarz: Quentin Bisch

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 3,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 3,5

Etat Libre d’Orange „You or someone like you” – zapach (nie) dla kogoś takiego jak ty (ja)…

Czy słynny krytyk perfumowy i koneser perfumowej sztuki może stworzyć przekonujące perfumy? Dlaczego nie. Jednak, by przejść od krytyki do tworzenia, z pewnością trzeba sporej odwagi. Tej Chandlerowi Burrowi odmówić nie można…

ELDO You or Someone 1.jpg

Chandler Burr to amerykański pisarz, a także krytyk zajmujący się tematyką perfum. Jest m.in. autorem książki The Perfect Scent, w fascynujący sposób opisującej proces powstawania elitarnych perfum Hermesa Un Jardin Sur Le Nil w Paryżu i Grasse oraz – równolegle – mainstreamowego Lovely Sarah Jessica Parker w Nowym Jorku. Zasłynął jako recenzent perfum w New York Times. Jest twórcą Wydziału Sztuki Olfaktorycznej w nowojorskim Muzeum Sztuki i Designu, gdzie od 2010 roku pełnił funkcję kuratora wystawy zatytułowanej Sztuka Zapachu: 1889-2011. Wystawa prezentuje najwybitniejsze – zdaniem Burra – perfumy powstałe w latach 1889 -2011. Do tych wybranych pachnideł Chandler Burr przyporządkował style w perfumerii (np. Jicky Aime Guerlaina to przykład Romantyzmu, Hermes Osmanthe Yunnan J.C. Elleny to Luminizm, z kolei Untitled marki Maison Margiela (autorstwa Danieli Andrier) to Post-Brutalizm (!).

Można różnie oceniać twórczość Burra, ale faktem jest, że nikt bardziej nie przyczynił się w ostatnich latach do wyniesienia perfumerii do rangi sztuki. Może jeszcze bloger Octavian Coifan oraz naukowiec i perfumowy krytyk Luca Turin, któremu zresztą Burr poświęcił jedną ze swych książek (The Emperor od Scent).

Chandler-Burr-You-918x538
Chandler Burr

Kilka lat temu Chandler Burr popełnił powieść zatytułowaną You or Someone Like You, której akcja rozgrywa się w Los Angeles. Bohaterką powieści jest Anne Rosenbaum, żona hollywodzkiego producenta filmowego, Howarda. Lektura tej książki zainspirowała Etienne’a de Swardta, dyrektora artystycznego Etat Libre d’Orange, do powierzenia Burrowi prac nad perfumami o tym samym tytule. Postać Anny i jej ogród, który z zaangażowaniem uprawia, a także klimat Los Angeles, miasta, w którym bujna zieleń łączy się z betonowymi autostradami i asfaltowymi ulicami, zacienionymi gigantycznymi palmami. Wszystko to Burr starał się zawrzeć w tym zapachu, choć wcale nie w dosłowny, tylko raczej abstrakcyjny sposób. Nie jest to bowiem w żadnej mierze woń Los Angeles. To raczej – jak podpowiada twórca – perfumy, które mogłaby nosić bohaterka jego powieści.

Chandler Burr skomponował You or Someone Like You razem z perfumiarką Caroline Sabas.

Caroline Sabas.jpg
Caroline Sabas (Givaudan)

You or Someone Like You 

Zielono-miętowy, dość delikatny początek może budzić skojarzenia z koktajlem Mojito, choć mnie bardziej kojarzy się z ogrodem w upalny dzień, gdy wysuszone skwarem rośliny podlewa woda. Zieleń jest soczysta i trawiasta, ale i wyraźnie przepojona mentolem. Proporcja mięty jest wszak idealna, a miętowa aromat trwa nadspodziewanie długo. Otwarcie nie jest zbyt ekspansywne, jak na zielone perfumy jest raczej subtelne. Po kilku minutach obok wciąż obecnej mięty pojawia się owocowo-zielona nuta czarnej porzeczki, która z kolei wprowadza umieszczoną w sercu – wcale nie oczywistą do zidentyfikowania i także zieloną w swym aromacie – różę. Na tym etapie zapach jest uniseksowy, jednak im bliżej bazy, tym wyraźniej przechyla się w stronę kobiecej skóry. Finisz ma w sobie abstrakcyjny element kwiatowy zmieszany z piżmami i syntetyczną nutą drzewną.

ELDO You or Someone collage

Etat Libre d’Orange nie podaje tym razem oficjalnego spisu nut (te wymienione powyżej oraz na końcu wpisu to te, które sam wyczuwam). Dzieje się tak – jak domniemam – na życzenie Burra, który na promującym zapach filmie video (swoistym trailerze) dość prowokacyjnie i nieco arogancko stwierdza:

Składniki są tu zupełnie bez znaczenia. Dzieło jest dziełem. Jeżeli potrzebujesz wiedzieć, z czego jest stworzone, nie noś go. Prawdopodobnie  nie jest ono dla ciebie.

Mocne, prawda? No ale Chandler Burr znany jest ze swego – bardzo krytycznego (poniekąd słusznie) – zdania na temat analizowania, rozkładania perfum na składniki i nuty. Przyrównuje to do oceniania muzyki przez pryzmat tonacji, metrum i użytych akordów, a nie wywoływanych przez nią wrażeń, emocji i wspomnień. Uważa takie podejście za – delikatnie mówiąc – krzywdzące twórcę i jego dzieło. I coś w tym jest, choć osobiście jednak nie postawiłbym znaku równości pomiędzy perfumami, a utworem muzycznym, obrazem czy obiektem architektonicznym. To jednak zupełnie inne światy. Sposób ich opisywania siłą rzeczy musi się więc różnić.

Jeżeli chcę, by mój opis przybliżył czytelnikowi perfumy, nie mogę poprzestać jedynie na scharakteryzowaniu moich wrażeń, wyobrażeń i emocji oraz ewentualnym zakwalifikowaniu go do jakiegoś typu/gatunku. Owszem, to też jest bardzo ważne. Ale przywołanie nut zapachowych, które wyczuwam, a które często tożsame są z nazwami składników (szczególnie w przypadku ingrediencji naturalnych), jest w moim mniemaniu czymś absolutnie kluczowym. Bez tego narażam się jedynie na grafomaństwo i operowani abstraktami, z którymi większość nie będzie się w stanie zidentyfikować. Każdy z nas odbiera bowiem zapachy bardzo indywidualnie, ma inne z nimi skojarzenia, inne wspomnienia, inne emocje. Ale każdy z nas wie, jak pachną cytrusy, jaką woń ma truskawka, mięta, marcepan, trawa, róża, sosna, asfalt, świeżo pocięte drewno, lilak, konwalia czy kościelne kadzidło. Prawie każdy kojarzy woń jaśminu czy lawendy. I tak dalej.

Chandler Burr jest zafascynowany możliwościami zapachowej kreacji, jakie wynikają z zastosowania współczesnych aromamolekuł. You or Someone Like You jest niewątpliwie głównie (jeżeli nie wyłącznie) na nich oparty. Twórca chciał, by zapach ten (nie lubi nazywać go perfumami) łączył w sobie styl minimalistyczny z luminizmem i współczesnym romantyzmem. Czy inspirował się innymi perfumami? Owszem. Wymienia: Cologne Muglera, Un Jardin Sur Le Nil Hermesa i Calyx Clinique. Co ciekawe, wybrana spośród wielu innych, ostateczna wersja zapachu nie jest dokładnie tą, za którą Burr optował. Decydujące zdanie miał bowiem Etienne De Swardt, a ten postawił na nieco inną „wariację”.

W którymś w wywiadów Chandler Burr przyznał, że nie zdawał sobie sprawy, jak trudnym procesem jest komponowanie perfum wg tzw. briefu, przekuwanie czyjejś abstrakcyjnej wizji w konkretną kompozycję perfumową.

Z pewnością nieporównanie łatwiej jest być perfumowym krytykiem. Sam nie mam co do tego żadnych wątpliwości…

Świeży, nowoczesny, zgrabny, konkretny, spójny. Tak. Odkrywczy? Nie. Kontrowersyjny? Też nie. Trudny? Wręcz przeciwnie. Przyjemny i łatwy w percepcji oraz – jednak – niebanalny. Przy tym – pewnie w sposób zamierzony – po amerykańsku nie narzucający się. Taki jest w mojej ocenie You or Someone Like You – zapach, którego historia i marketingowa otoczka chyba jednak nieco przerosły…

Odpowiadając na postawione na wstępie pytanie, stwierdzam że Chandler Burr poradził sobie – jak na debiutanta – nieźle. Jednocześnie jednak – jako osoba podpisująca się pod You or Someone Like You – przeistoczył się z myśliwego w zwierzynę. Ciekawe, jak mu w tej nowej skórze (futrze?)…?

ELDO You or Someone

główne nuty: mięta, liść czarnej porzeczki, róża, piżmo

perfumiarz: Caroline Sabas/ Chandler Burr

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

Etat Libre d’Orange „Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre”- perfumy intelektualne

Każdy z nas rzuca cień, nawet nocą w lesie. Możemy określać go jako naszego kompana, może być emanacją naszej duszy albo naszego ego. Możemy nadać mu imię, tak jak zrobił to bohater poematu Victora Hugo A quoi songeaient les deux cavaliers …:

„Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre”, 

„Hermann po mej stronie wydawał się być cieniem”,

który stał się kanwą i inspiracją dla niezwykłych perfum. Bo perfumy to przecież także w pewnym sensie nasz cień, niewidzialny kompan, którego zabieramy ze sobą, na sobie, by nie czuć się samotni. Prowokujemy nimi, próbujemy na różne sposoby, testujemy granice swoje i otoczenia. O tym właśnie jest ten zapach. O poszukiwaniu swojego drugiego ja, o roli perfum jako elementu nas kreującego, o zapachu jako naszej masce. O olfaktorycznym cieniu, który za nami podąża.

eldo-hermann

Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre

to zapach zaiste niezwykły. Popełniony przez młodą gwiazdę perfumerii Quentina Bischa (autora m.in. świetnego La Fin du Monde ELdO, Angel Muse Thierry Mugler czy Swiss Army Rock) został zaprezentowany w 2015 roku i przeszedł – niestety – bez większego echa. Cóż, nie ma on wdzięku i komercyjnego potencjału Like This, brak mu hipnotycznej urody Eau de Protection, nie ma też skandalizującego charakteru Secretions Magnifiques, ale…

…podobnie jak fenomenalny La Fin du MondeHerman A Mes Cotes… jest pachnidłem koncepcyjnym, intelektualnym, przemyślanym, nowatorskim. Co ważne, istota perfum nie została tu zatracona w imię li tylko realizacji koncepcji. Dzięki temu, przy całym swoim wyrafinowaniu i niezwykłym intelektualnym podkładzie, Hermann to perfumy świetnie się noszące.

Oto potwierdzenie, że kreatywna perfumeria wciąż ma się świetnie, w dużej mierze dzięki młodemu pokoleniu perfumiarzy, z których część nie obawia się poszukiwać nowych środków wyrazu miast tworzyć kolejne kopie komercyjnych sukcesów starszych kolegów z branży. Quentin Bisch wciąż poszukuje i robi to z ogromnym wdziękiem. Facet ma po prostu niesamowity talent. Brak mu może zdolności autopromocyjnych, jakich aż nadto ma np. jego pokoleniowa rówieśniczka Cecile Zarokian. Jestem jednak przekonany, że o Bischu usłyszymy jeszcze wielokrotnie i to w jak najlepszym kontekście.

quentin bisch 2016

Quentin Bisch to wykształcony w szkole Givaudana zawodowy perfumiarz, który z ogromną zręcznością posługuje się wieloma syntetycznymi aroma-molekułami tworząc zupełnie nowe olfaktoryczne byty. Przypomnijmy, że w La Fin Du Monde z sukcesem połączył w „noszalne” perfumy woń irysa z akordem popcornu i nutą masła. Hermann… to równie doskonały przykład talentu Bischa, choć to zupełnie inne pachnidło. W jego formule znajdziemy pachnącą płatkami róży i piwonią, lekko owocową Petalię, ozonowe i melonowe Calypsone, pieprzowo-drzewne Pepperwood (o którym niedawno pisałem przy okazji fenomenalnego Black Pepper CdG) oraz pachnąca wilgotną ziemią po deszczu Geosminę, wreszcie zmysłowy piżmowo-ambrowy Ambroxan, niemal niezbędny składnik współczesnych perfum.

Charakter Hermann A Mes Cotes…, który w skrócie określiłbym jako wodno-mineralno-owocowo-kadzidlany klarownie odzwierciedla wspominanie nuty. Początek jest chłodny, jak woda z leśnego strumyka (połączenie pieprzu z Pepperwood i ozonu Calypsone) i owocowo-kwiatowy (duet czarnej porzeczki i róży – Petalia oraz melon z Calypsone i absolut z róży). W tle majaczy woń trochę ziemista, trochę owocowa, niczym leśna ściółka pełna jagód i jeżyn (Geosmina i paczula). Im głębiej w las, tym aromat robi się mniej owocowy a bardziej… suchy i mineralny. Zaczyna dominować coś, co opisałbym jako transparentne kadzidło olibanum, zupełnie wszakże pozbawione konotacji religijnych, mające za to aspekt mineralny. Na tym i tylko na tym etapie Hermann A Mes Cotes… przypomina mi inne perfumy: Turquoise Oliviera Durbano. Na finiszu ta nuta jest najwyraźniejsza. Inna niż zwykle. Chłodna, odrealniona. Niesamowita. Cały ten zapach jest przedziwny i niesamowity, trudny do opisania ze względu na brak klasycznych „punktów zaczepienia” typu cytrusy, jaśmin, róża, wetyweria, paczula, sandałowiec czy cedr.

Etienne-de-Swardt-portrait-officiel1.jpg
Etienne de Swardt

Hermann A Mes Cotes… to doskonały przykład perfumerii całkowicie abstrakcyjnej. W naturze nie znajdziemy takiego aromatu. Owszem, odnajdziemy jego elementy, ale nigdy w takiej konstelacji. To także przykład perfumerii intelektualnej i koncepcyjnej, u podstaw której stoi literacka i filozoficzna inspiracja.

Dorabianie ideologii do pachnącego płynu? Może. A może to dobrze, że nie zawsze chodzi o to, by jak najwięcej Kowalskich, Smithów i Mullerów kupiło coś w owczym pędzie, ekscytując się wyłącznie logiem znanego kreatora na flakonie, podnosząc sobie w ten sposób samoocenę i zwiększając w ten sposób ilość zer na koncie i tak już bogatych inwestorów branży beauty? Niechże perfumy powstają z najbardziej nawet elitarnych i wymyślnych inspiracji, niech perfumiarze będą artystami, niech realizują swoje najbardziej nawet oderwane od rzeczywistości wizje, nawet jeśli na końcu ktoś gdzieś po prostu polubi dany zapach i „tylko” dlatego będzie go używał, nie wnikając zupełnie w całą otoczkę.

Bo tak właśnie jest w tym przypadku. Mimo całej swej abstrakcyjności i koncepcyjności, mimo niewątpliwego artyzmu, mimo niezwykłej inspiracji i intrygującego przesłania, Hermann A Mes Cotes… to przede wszystkim perfumy przeznaczone do noszenia, a nie wyłącznie podziwiania. Mają wyraźną, raczej męską sygnaturę, wyrazistą projekcję, więcej niż dobrą trwałość. Subtelnie ewoluują na skórze – w sposób, który nie wywraca całości do góry nogami, tylko trwa nie pozwalając nam zapomnieć, o czym jest ten zapach. Koncepcyjnie są bardzo interesujące, unikatowe i frapujące, a użytkowo – świetnie zrobione. Oto pachnidło kreatywne – na miarę XXI wieku. Tandemowi Etienne de Swardt i Quentin Bisch po raz kolejny należą się słowa uznania.

ELDO hermann flakon.jpg

główne nuty: pączki czarnej porzeczki, czarny pieprz, galbanum, Calypsone, geosmina, kadzidło frankońskie, Pepperwood, Petalia, absolut różany, paczula, Ambroxan

perfumiarz: Quentin Bisch

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

Etat Libre d’Orange „Remarkable People”

Remarkable People (autor… nieznany, choć z pewnych względów podejrzewam Violaine Collas…) miał premierę w zeszłym roku. Prezentuje on odmienne oblicze marki Etat Libre d’Orange, która do niedawna znana była jako z jedna z najbardziej eksperymentalnych i odważnych niszowych marek współczesnej perfumerii. Artystyczne ambicje twórcy marki, Etienne’a de Swardta, realizowane były przez świetnych perfumiarzy w postaci kultowych dziś pachnideł, mi.in. Tom of Finland, Charogne, Rien, Jasmin et Cigarette, Fat Electrician, Je Suis un Homme czy Seceretions Magnifiques.

Remarkable People to sprawnie wykonany, bardzo aktualny, zważywszy na zapoczątkowaną przez Hermesa modę na pachnidła transparentne, zapach uniseksowy, w którym wiodącą rolę kardamonu połączono z całkiem udanym akordem szampana. Całość doprawiono bardzo subtelnie pieprzem i osadzono na drzewnej bazie. W składzie wymieniany jest też pachnący drewnem, ambrą i skóra Lorenox, o którym wspominałem już przy okazji innego zapachy tej marki: Dangerous Complicity.

champagne

Remarkable People to lekki, transparentny zapach przyprawowo-drzewny z ładną, choć krótkotrwałą nutką szampana, który nie może się nie spodobać.  To osobliwa wariacja nt. Declaration Cartiera, w której kardamon zrównoważono nutka szampana i oryginalnym współczesnym akordem ambrowym.

Jest w Remarkable People nutka oryginalności, ale całość jest bardzo mocno „uładzona” i nastawiona na natychmiastowe spodobanie się. Zapach jest delikatny, nie narzucający się, bezpieczny, idealnie uniseksowy, bez elementów ciążących w kierunku żadnej z płci. Politycznie poprawny, idealny „biurowiec”, wyróżniający się subtelną sygnaturą. To nie jest złe czy nieudane pachnidło. Absolutnie nie. Dalekie jest jednak – jak sądzę – od ideałów Etienne’a De Swardta, które przyświecały mu, gdy tworzył i prowadził ELdO przez pierwsze lata jego istnienia. Cóż – ELdO idzie widać z duchem czasu i biznesu.

Eldo Remarkable-People

główne nuty: grejpfrut, akord szampana, kardamon, jaśmin, curry, czarny pieprz, labdanum, drewno sandałowe, Lorenox

twórca: bd.

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

Etat Libre d’Orange „La Fin du Monde”

Jak będzie pachniał koniec świata? Tu pewnie każdy z nas – gdy puści wodzę fantazji – będzie miał inne wyobrażenia (zgadnę, że wiele z nich będzie opartych na filmach z Hollywood). Niejaki Quentin Bisch wyobraża sobie zapach końca świata bardzo nietypowo, a swoją wizję przelał na perfumy, które w 2013 roku niszowa marka Etat Libre d’Orange włączyła do swego portfolio. Bisch to młody i świetnie zapowiadający się perfumiarz, postać znana tym, którzy obejrzeli 4 odcinkowy serial BBC pt. Perfume. Tam pojawił się jako młody adept szkoły perfumiarskiej Givaudan ze łzami w oczach opowiadający o tym, jak właśnie spełniają się jego marzenia, by zostać perfumiarzem. Ta chwytająca za serce scena z filmu pięknie pokazuje, jak wrażliwymi i pełnymi bezgranicznej pasji są twórcy perfum i jak ważne są to cechy w tej niezwykłej profesji. Twórca Etat Libre d’Orange – Etienne de Swardt – znał Bischa jeszcze zanim ten wstąpił do Givaudan. Bisch regularnie odwiedzał flagowy sklep ELdO w Paryżu i deklarował się jako wielki fan marki i perfumowej koncepcji de Swardta. Gdy więc ten postanowił stworzyć pachnidło zainspirowane książką Blaise’a Cendrarsa zatytułowaną „The End Of The World Filmed By The Angel Of Notre-Dame”, Quentin Bisch był pierwszym perfumiarzem, o jakim de Swardt pomyślał. La Fin du Monde jest pierwszą w pełni samodzielną skomercjalizowaną kompozycją Quentina. Za jej pomocą artysta udowadnia swój bezsprzeczny talent. Powiem więcej – zaczyna z bardzo wysokiego pułapu – to bardzo mocny debiut!

quentin-bisch
Quentin Bisch

Początek La Fin du Monde oszałamia przepiękną i jednocześnie bardzo współczesną odsłoną irysa (przypominającą tą z Dior Homme), który został tu bardzo umiejętnie „podrasowany” przy pomocy ziarna marchwi, które współgra z irysem fenomenalnie, czego dowiedli już Rosine Courage w swoim Nirmal dla Laboratorio Olfattivo oraz Bertrand Duchaufour w Bois d’Ombrie dla Eau D’Italie. Kmin i sezam doskonale uzupełniają nowatorski i bardzo sugestywny akord popcornu przydający zaskakującej i intrygującej aury (jest też charakterystyczna popcornowa nutka maślana). Akord popcornu był pierwszym pomysłem Quentina Bischa, gdy pracował nad koncepcją tego zapachu. W jednej z rozmów z de Swardtem przekonywał go, że wszelkie wizje końca świata znamy głównie z filmu, z kina i to amerykańskiego. Popcorn idealnie więc wpisywał się w tę przewrotną koncepcję… Pomysłowe, prawda? Lubię i doceniam takie pomysły w perfumerii.

popcorn

W miarę upływu czasu początkowo bardzo intensywny zapach oczywiście nieco traci na mocy i projekcji, ale w ciągu następnych godzin jest bardzo dobrze wyczuwalny. Nabiera ciepłej zmysłowości dzięki sandałowcowi i ambrette, które pięknie podbudowują zmysłowy, cielesny wymiar bazy zapachu („sympatię” esencji z ziarna ambrette do irysa wykorzystał wcześniej James Heeley w chłodnym jak jesienny deszcze Iris de Nuit). Baza zapachu, w której na sandałowo-piżmowym tle wciąż słychać „echa” popcornu, uzupełniona jest o niecodzienną, pachnącą krzemieniem nutę prochu strzelniczego. Baza jest sygnaturowa, charakterystyczna i – by użyć filmowego porównania – trzyma w napięciu niemal tak dobrze, jak wcześniejsze etapy zapachu. Jak więc widać La Fin du Monde złożony został w dużej części z bardzo niecodziennych składników, nut i akordów. Mimo to jako całość pachnie zaskakująco przyjaźnie, a przy tym niezwykle intrygująco, bo znajomo i jednocześnie zupełnie obco.

irys

La Fin du Monde przekonuje mnie od pierwszej do ostatniej (odległej zresztą o dobrych kilkanaście godzin) sekundy trwania na skórze. Jest fantastycznym pachnidłem, z którego wprost bije perfumiarska pomysłowość. Dawno nie miałem okazji obcować z zapachem, który zostałby zrobiony z taką pasją, inwencją i świeżym spojrzeniem. Bisch mądrze wykorzystał w nim wydeptane perfumiarskie ścieżki i jednocześnie zaznaczył nowe. Odważnie połączył niecodzienne nuty w jedną absolutnie przekonującą całość, która stanowi pełnoprawne i – co niezwykle ważne – absolutnie noszalne perfumy, dalekie od niszowych „freaków”, ale jednocześnie doskonałe wpisuje się w styl marki Etat Libre d’Orange znanej z oryginalnych pomysłów i odważnego przesuwania granic tego, co nazywamy perfumami. Quentin Bisch stworzył w pełni oryginalny, nowoczesny i ze smakiem awangardowy zapach, którego nosi się z wielką przyjemnością i satysfakcją, jaką ma się z noszenia zapachu wyjątkowego.

La Fin du Monde nie jest według mnie ani jednoznacznie kobiecy, ani męski. Przyparty do muru stwierdziłbym, że jest w nim może nieco więcej męskości, ale to tylko dlatego, że brak w nim archetypicznych damskich nut, a irys podany został totalnie uniseksowo. Powiedziałbym, że pod tym względem pierwiastek kobiecy bardziej obecny jest w Dior Homme, a szczególnie w wersji Intense, aniżeli w La Fin du Monde, który zresztą uważam za pozycję obowiązkowa do przetestowania nie tylko przez wielbicieli Dior Homme.

LaFinduMonde

główne składniki: popcorn, ziarno marchwi, kmin, sezam, czarny pieprz, frezja, wetiwer, drewno sandałowe, ambrette, irys, styrax, proch strzelniczy

twórca: Quentin Bisch

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra+
  • trwałość: ponad 10 h

Etat Libre d’Orange „Cologne” i „Rien Intense Incense” czyli dzień i noc w Wolnym Stanie Pomarańczy.

Wiele miesięcy temu opublikowałem na blogu serię recenzji pachnideł paryskiej niszowej marki Etat Libre d’Orange. Zapachy ELdO zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie jako odważne, nowatorskie, czasem zmuszające do intelektualnego wysiłku, ale także i zabawne, chwilami nawet „dziwaczne”, a przy tym wszystkim absolutnie „noszalne” (no może poza jednym… osławionym Sécrétions Magnifiques). Uważam ELdO za jedną z najwartościowszych i najciekawszych marek niszowych współczesnej perfumerii. Ale także i chyba najbardziej niedocenianą (obok wszakże zupełnie innej stylistycznie Parfums de Nicolai). A szkoda. Nie ukrywam, że swymi recenzjami chciałbym skierować nieco więcej światła na tę markę, bowiem to co oferuje, to prawdziwa współczesna sztuka perfumowa. Przypomnę, że na jej czele od początku stoi bezkompromisowy w swym podejściu do perfum Etienne de Swardt.

etienne_de_swardt
Etienne de Swardt

Od czasu mych poprzednich recenzji ELdO pod tym szyldem miały miejsce trzy zapachowe premiery: La Fin Du Monde (2013), Cologne (2014) i Rien Intense Incense (2014). Pierwszy z nich zrobił sporo szumu pośród perfumowych entuzjastów oraz branżowych znawców głównie w wyniku swej oryginalności (nuty popcornu i masła!) i odkrywczości oraz faktu, że popełnił go pewien młody perfumiarz – Quentin Bisch (kto oglądał trzyodcinkowy dokument BBC o perfumach, ten wie o kim piszę). Ale także i kolejne premiery zapachowe ELdO nie przeszły bez echa. Cologne zaskoczył wszystkich podjęciem skrajnie popularnej tematyki i zrealizowaniem jej na swój własny sposób, Rien Intense Incense natomiast udaną próbą wzmocnienia i zagęszczenia tego, co już mocne i gęste. I właśnie te dwa ostatnie pachnidła mam dziś przyjemność zaprezentować. Pod względem zapachowym okazały się one równie przeciwstawne co dzień i noc. Zresztą charaktery oby zapachów podkreśla kolorystyka flakonów, które nota bene otrzymały nowy design. Są masywne, z odpowiednio ciężkimi, „klikającymi” przy zamykaniu zatyczkami, z charakterystycznie umieszczonymi narożnymi etykietami. Na znajdującej się na przeciwległej stronie, sfrezowanej krawędzi wtłoczono wielkimi literami nazwę marki. Ten nowy desing prezentuj się znakomicie.

 

Cologne czyli dzień

„Daliśmy Ci dekadenckie,

Daliśmy Ci skandaliczne, 

Teraz dajemy Ci miłe.”

Takim hasłem Etat Libre d’Orange przygotowuje odbiorców na najbardziej „normalny”, najmniej niezwykły i absolutnie poprawny politycznie zapach w swej ofercie, czyli Cologne. Niemniej wciąż jest to Cologne dalekie od typowego pojęcia…

„Od ELdO zawsze możemy spodziewać się czegoś niespodziewanego. Łamiemy zasady, czasem także swoje własne.”

Cologne jest efektem takiego właśnie złamania własnej zasady polegającej na dostarczaniu niebanalnych olfaktorycznych wrażeń, na przesuwaniu granic, na prowokowaniu, eksperymentowaniu, a czasem wręcz szokowaniu. Cologne jest dokładną odwrotnością tej zasady. Jest tym, co wynika z nazwy. Perfekcyjnie wykonana współczesna kolońska, w której zasadnicze nuty to cytrusy z przewagą soczystej i słodkiej czerwonej pomarańczy oraz kwiatowe serce z duetem dominującego kwiatu pomarańczy i jaśminu. Bazę dla kompozycji stanowią piżma oraz subtelny, schowany akord skórzany. W zapachu czuć wyraźnie dużą dozę drzewnego cashmeranu, który łącząc się idealnie z białymi kwiatami pogłębia i utrwala jednocześnie zapach. Całość pachnie świeżo, ale nie rześko, tylko raczej kremowo, miękko, puszysto i otulająco.

Testy Cologne przekonały mnie, że jest to rzeczywiście „najjaśniejszy” i najłatwiejszy w odbiorze i noszeniu zapach ELdO. Kolońska zrobiona na współczesny sposób i skoncentrowana do postaci wody perfumowanej, przez co intensywna i całkiem trwała. Skojarzenia? Jest ich oczywiście wiele, ale większość z nich sprowadza się do do Neroli Portofino Toma Forda oraz Orange Sanguine Atelier Cologne. To ten sam typ nowoczesnej, intensywnej, „czystej” kolońskości, w którym zamiast dużej ilości bergamotki, tradycyjnych ziół (np. rozmaryn, szałwia) oraz zielono-terpenowego neroli zastosowano pomarańczę, białe piżma, neroli oraz utrwalające całość nuty drzewne. Cologne to woń ciepła, lekko biało-kwiatowa, emanująca aurą czystości. Zapach z gatunku uroczych, świetnie zrobionych i niezwykle przyjemnych w noszeniu. Prawdopodobnie mój wybór na lato 2015.

eldo cologne

główne nuty: pomarańcza, bergamotka, jaśmin, kwiat pomarańczy, piżmo, skóra

twórca: Alexandra Kosinski

rok wprowadzenia: 2014

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ projekcja: 4/ trwałość: 4/ flakon: 5

 

Rien Intense Incense czyli noc

Oryginalny Rien powstał w 2006 roku. Miałem okazję opisywać go na blogu w zeszłym roku tymi słowy: „Oto (…) jedno z najmocniejszych i najbardziej wyrazistych pachnideł ELdO – współczesna, odważna i bezkompromisowa interpretacja zapachu skórzanego. (…) Dla mnie jeden z najlepszych zapachów w obszernej ofercie ELdO i jednocześnie jedno z najlepszych dzieł Antoine Lie’a, jakie dotąd testowałem. Rien to wirtuozerskie arcydzieło współczesnej perfumerii.” 

Jakież było moje zaskoczenie, gdy niedawno pojawił się news o nowej premierze – Rien Intense Incense! Pikanterii całości dodawały wyraziste materiały reklamowe obwieszczające m.in., że „Oud jest passe. Przyszłością jest kadzidło.” (podoba mi się!), oraz że mamy przygotować się na „ciemniej, intensywniej, mocniej”, a także by „aplikować z rozwagą”. Wow. Znając „zwykłą” wersję Rien byłem gotów na olfaktoryczne trzęsienie ziemi połączone z jednoczesną eksplozją molekularną…

I rzeczywiście. Pierwszy kontakt z Rien Intense był niemal obezwładniający. Najpierw (dla bezpieczeństwa) kartka papieru spryskana zapachem, który natychmiast wypełnił całe pomieszczenie budząc reakcje zaintrygowanych (mimowolnych) świadków tego wydarzenia. Kartka szybko wylądowała w szufladzie, bo moc zapachu była wręcz gargantuiczna. Wystarczyło na chwilę dosłownie uchylić szufladę, by molekuły wystrzeliły w przestrzeń pokoju i dotarły na odległość kilku metrów.

eldo rien incense

Tym razem Etienne de Swardt i perfumiarz Antoine Lie poszli na całość. Naprawdę. Nic ich nie ograniczało. Z pozornych wad pachnidła (potężna gęstość, moc, projekcja to cechy dla wielu osób współcześnie dyskwalifikujące zapach) uczynili jego najsilniejsze strony. I udało im się. Rien Intense zachwycił mnie swą mroczną potęgą, gęstością zastosowanych składników i sposobem, w jaki Lie nadał im – z natury ociężałym i nieskorym do unoszenia w przestrzeni (kadzidło, skóra, labdanum, mech dębu, ambra, kmin) ten niesamowity impet, z którym rażą wszystkich i wszystko z promieniu kilku metrów. Lie to mistrz aldehydów, które z lubością stosuje. Tu w połączeniu z czarnym pieprzem stały się paliwem dla mknących w przestrzeń potężnych molekuł. Oczywiście nie muszę dodawać, że Rien Intense Incense nie jest zwyczajnym pachnidłem. O nie. Bardzo trudno je opisać. W swej zasadniczej treści oczywiście podobne jest do protoplasty. To na pewno. Ale przecież są między nimi istotne, „intensywne” różnice. Rien II (nazwijmy go tak w skrócie) ma w sobie więcej zapachowej treści. Jest – mam wrażenie – wręcz wypełniony olfaktoryczną istotą po same brzegi. Jest bardziej nasycony, mniej wytrawny, bardziej słodki w aldehydowo-kadzidlano-żywiczny sposób. O ile w Rien można poczuć tę specyficzną, sucho-dymną, nieco gryzącą nozdrza nutę, którą Antoine Lie zaadaptował i „wypolerował” przy okazji na użytek późniejszego, odpowiednio „grzecznego” Puredistance Black, o tyle w wersji Intense została ona zaokrąglona, straciła swą ostrość na rzecz nasycenia. Intense Incense w zgodzie z nazwą zawiera dużo więcej kadzidła aniżeli Rien, które przecież też nie jest go pozbawione.

Antoine-Lie2014
Antoine Lie

Z pewnością pierwsze wrażenie jakie robi zapach po aplikacji na skórę (na której nota bene zachowuje się nieco bardziej „cywilizowanie”, aniżeli na papierku testowym) to skojarzenie z zapachem gumy zmieszanej z czarnym jak smoła atramentem. To chyba najbardziej sugestywna znana mi atramentowa woń perfum, obok Comme des Garcons 2 EDP i Byredo M/Mink. Odpowiadają za nią z pewnością po części zastosowane w formule aldehydy połączone z kadzidłem i labdanum. Ten zniewalająco mocny początek przechodzi stopniowo, bardzo powoli w kadzidlano-labdanowe serce, by zakończyć niezwykle magnetycznym, wyrazistym, sygnaturowym, quasi-skórzanym finiszem. Naprawdę trudno jest wyłuskać z tego zapachu pojedyncze nuty czy składniki. To nader złożona kompozycja o niezwykle oryginalnym zapachu. Jedno z najgęstszych i najintensywniejszych znanych mi pachnideł. Coś dla wielbicieli tzw. powerhouses lub bezkompromisowej niszy. I uwaga – nie ma tu ani miligrama tzw. oudu…

Trwałość Rien II jest – jak się można było spodziewać – potężna, bo ponad 20 godzinna. Zapach bardzo długo utrzymuje moc i wyrazistość, a sama baza jest magnetycznie piękna i pozostająca w pamięci. Rien II może spodobać się fanom mocnych współczesnych woni skórzanych w typie Tom of Finland ELdO, Lonestar Memories Andy Tauera czy Tar Comme des Garcons.

Rien II potwierdza, że Antoine Lie jest jednym z najwybitniejszych i najbardziej kreatywnych oraz nietuzinkowych żyjących twórców perfumowych – obok Bertranda Duchaufoura, Christophe Laudamiela, Gezy Schöna i Bruno Jovanovica. Jego kompozycje zdają się deklarować, że perfumeria nie ma granic i że wciąż jest w niej miejsce na prawdziwie oryginalną i bezkompromisową kreację. A za taką uważam Rien Intense Incense. Jest to pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego entuzjasty perfum i jednocześnie propozycja dla wszystkich tych, którzy szukają w perfumach mocnych i bardzo indywidualistycznych wrażeń.

eldo Rien-Intense

główne nuty: kadzidło, róża, skóra, labdanum, mech dębu, paczula, ambra, kmin, czarny pieprz, aldehydy

twórca: Antoine Lie

rok wprowadzenia: 2014

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ projekcja: 6/ trwałość: 6/ flakon: 5

Etat Libre d’Orange – perfumy na nowo (7) – “Malaise of the 70’s″, „Charogne”, „Secretions Magnifiques”

W ostatnim wpisie dotyczącym absolutnie niezwykłych pachnideł niszowej marki Etat Libre d’Orange postanowiłem dozować wrażenia i napięcie. Rozpoczynam od „ciszy przed burzą”, czyli od dość nijakiego jak na standardy marki Malaise of the 70’s, by w drugiej kolejności powąchać padlinę (Charogne), a zakończyć cykl moimi wrażeniami nt. tego, jak pachną płyny ustrojowe wg Antoine’a Lie’a i jego Secretions Magnifique… Zaczynajmy więc.

Malaise of the 70’s czyli nic specjalnego…

… w wykonaniu Mathilde Bijaoui – podobnie jak Bijou Romantique tej samej autorki – niestety pozostawia mnie zupełnie obojętnym. Nie ma w tym zapachu rewolucyjnego ducha ELdO. Jest za to zwyczajność, zachowawczość, w sumie mizeria… Cytryna i pieprz. Później suszona śliwka i odrobina nut kwiatowych. Drzewna baza ze spora ilością Iso-E-Super. Wszystko to podane w sposób ograny, zwyczajny do bólu, innymi słowy – mainsteramowy. Tego typu pachnidła zasiedlają dzielnie i gęsto półeczki sieciowych perfumerii, krzycząc do zdezorientowanych klientów chwytliwymi nazwami, marketingowymi sloganami i kolorowymi flakonami. Wszystko po to, by przyciągnąć i przekonać do zakupu. Malaise of the 70’s nie przyciąga uwagi nawet flakonem… Pomyłka. Zupełnie niepotrzebna. Plotka głosi, że ten sam zapach firma wydała dwa lata wcześniej pod nazwą Sex Pistols. Można go było nabyć właśnie w sieciowych perfumeriach. Jeśli to prawda, to wszystko co opisałem wyżej, przestaje dziwić…

eldo malaise

głównie składniki: cytryna  czarny pieprz, suszona śliwka, elektryczne aldehydy, heliotrop, paczula, orcanox, skóra

nos: Mathilde Bijaoui

rok premiery: 2012

Charogne – ścierwo…

Mocna nazwa jak na pachnidło, oj mocna. Można by się spodziewać jakiegoś traumatycznego przeżycia olfaktorycznego. Poniekąd słusznie. Wbrew lakonicznej recenzji Luca Turina z jego Perfumes. The A-Z Guide, Charogne to coś więcej, niż tylko „przyjemny, ale mało interesujący akord przyprawowo-balsamiczny” (!). Taką „recenzję” można napisać bazując chyba jedynie na oficjalnym spisie nut podawanym przez producenta. Jak można nie zauważyć dominującej przez pierwsze godziny nuty lilii, z całym jej potężnym ładunkiem kojarzącego się jednoznacznie fekalnie indolu lub pokrewnego skatolu? Pojęcia nie mam. O to przecież właśnie chodzi w tej kompozycji! To czarny, zdechły kwiat. Padlina. Ścierwo, które – mimo w pewnym stopniu odrażającego charakteru – dziwnie przyciąga dzięki faktycznie przyprawowo-balsamicznej oprawie. Charogne to zapach kwiatowo-orientalny w doskonałym, przejmującym wydaniu. Jest jak olfaktoryczne epitafium. Czyż lilia nie jest kwiatem popularnym przy okazjach ostatnich pożegnań? Czyż to wszystko nie spina się tu „pięknie” w jedną koncepcyjną całość? Padlina, trup, ścierwo. Nuta fekaliów wpisana w naturę pogrzebowego kwiatu. Zapach przemijania. Ostatecznego rozwiązania, które czeka każdego z nas. Shyamala Maisondieu (małżonka Antoine’a) doskonale zrealizowała powierzony jej temat tworząc jedno z najmocniejszych w przekazie, najlepszych ale i jednocześnie najbardziej wymagających pachnideł Etat Libre d’Orange. Charogne to rzecz dla koneserów.

eldo charogne

głównie składniki: lilia, bergamotka, skóra, kardamon, imbir, ylang ylang, jaśmin, kadzidło, wanilia

nos: Shyamala Maisondieu

rok premiery: 2008

Secretions Magnifiques – czyli cudowne wydzieliny…

Metaliczny, aldehydowy, mleczny, fizjologiczny, słony. Na początku faktycznie odstręczający mdlącymi spermo-podobnymi aldehydami. Nieco później zadziwiający mocną metaliczną nutką krwi. Z czasem nabierający przyjaznej mleczności, by po kilku godzinach pachnieć już tylko którymś z popularnych syntetyków. Secretions Magnifiques – legendarne debiutanckie pachnidło Etat Libre d’Orange – miało szokować. Miało obrzydzać lub oczarowywać. Miało zapadać w pamięć, a wręcz zapisywać w pamięci nazwę marki. Bardzo mocny debiut marki Etienne de Swardta do dziś pozostaje jednym z najbardziej szokujących i głośnych zapachów niszowych. Antoine Lie poszedł w nim na całość. Skonstruował go w przeważającej ilości z syntetycznych aromamolekuł, które przyporządkował jednemu celowi – oddaniu pomysłu De Swardta na perfumy pachnące ludzkimi wydzielinami. Lie tą stylistykę kontynuuje dziś w zapachach robionych dla Blood Concept. Jeśli jednak ktoś miał do czynienia z Secretions Magnifiques, dla niego żaden z „krwawych” zapachów nie będzie już zaskoczeniem.  

sécrétions magnifiques

Secretions Magnifiques to prawdziwie awangardowe dzieło sztuki olfaltorycznej. Abstrakcyjny, nienaturalny byt, który wzbudza skrajne emocje odbiorców – niczym kontrowersyjny film, rzeźba czy malowidło. O tym zapachu się mówi, pisze, czyta. On jako pierwszy kojarzy się z Wolnym Stanem Pomarańczy. Słusznie. Jest niejako credo marki i jej najdalej posuniętym oraz najbardziej szokującym dziełem. Z mojego punktu widzenia nienadającym się do noszenia jako perfumy, niestety. Mimo że z upływem czasu zapach staje się nieco bardziej przyjazny niż w pierwszych kwadransach, to jednak nie potrafiłbym go nosić. Jego nuty po prostu mnie odpychają i nic na to nie poradzę. Przy tym potężna projekcja i bardzo solidna trwałość, które w tym konkretnym przypadku mogą stać się przyczyną udręki. Ale cieszę się, że mogłem go poznać. Wiem już przynajmniej, jak daleko można się w perfumerii posunąć i wciąż być komercyjnym. Bowiem wg Etat Libre d’Orange Secretions Magnifiques to podobno bestseller…

eldo secretions

głównie składniki: akord jodowy, akord adrenaliny, akord krwi, akord mleka, irys, kokos, drewno sandałowe, opoponax

nos: Antoine Lie

rok premiery: 2006

*    *    *

Po zapoznaniu się i opisaniu na blogu niemal wszystkich pachnideł Etat Libre d’Orange jedno mogę stwierdzić z pełnym przekonaniem – warto było. Nie mam wątpliwości, że to jedna z najciekawszych i najbardziej odkrywczych oraz najodważniejszych marek współczesnej perfumerii. Proponuje pachnidła dla osób poszukujących, dla indywidualistów, outsiderów, wreszcie osób ceniących sobie pomysłowość i doskonałe wykonanie. Obok zapachów bazujących na tradycyjnych wzorcach (lawendowy Antiheros, szyprowy Je Suis Un Homme, wetiwerowy Fat Electrician, czy konwaliowe Don’t Get Me Wrong Baby…), znajdziemy przede wszystkim pachnidła współczesne, zwykle bardzo intrygujące i niesztampowo wykonane (Divine Enfant, Nombril Immense, Like This, The Afternoon of A Faun, Vraie Blonde, Noël au Balcon, Delicious Closet Queen, Dangerous Complicity, Bijou Romantique, Bendelirious, Eau de Protection, Malaise of the 70’s). Istotną częścią portfolio marki są pachnidła awangardowe (Rien, Tom of Finland, Vierges et Toreros, Eloge du Traitre, Fils de dieu, du riz des agrumes, Archives 69, Charogne) oraz olfaktoryczny eksperyment (Jasmin et Cigarette, Encens et Bubblegum, Secretions Magnifiques). Poznawanie ich po kolei to dla perfumowego entuzjasty prawdziwa frajda, której towarzyszy dziecięca wręcz radość obcowania z przysłowiowym „pudełkiem czekoladek”, z którego co rusz wyjmuje się inny smakołyk. Gwoli ścisłości dodam, że wszystkie te zapachy bez wyjątku mają świetną trwałość oraz dobrą lub bardzo dobrą projekcję (w zależności od typu). Niemal wszystkie robią wrażenie przemyślanych i dopracowanych. Gdybym miał wybrać swoich faworytów, to byłyby to (w kolejności przypadkowej):

Antiheros – za 100% lawendy w lawendzie bez wchodzenia do babcinej szafy;

Je Suis Un Homme – za wskrzeszenie tematu męskiego szypru we współczesnej oprawie,

Fat Electrician – za ciepły i głęboki wetiwer, sporo zawdzięczających wzorcowi od Givenchy;

Divine Enfant – za cudowny, podany nieco kulinarnie kwiat pomarańczy (a ja ten składnik wprost uwielbiam);

Nombril Immense – za paczulę i nuty balsamiczne czyli podobieństwo do Coromandel Chanela,

Eau de Protection – za niezwykle oryginalne i uniseksowe ujęcie róży połączonej z kadzidłem i kakao,

Rien – za bycie współczesną wersją Knize Ten (czyli skóra,  jakich mało),

Vierges et Toreros – za to, że Kouros nie jest już sam;

Eloge du Traitre – za bardzo męskie połączenie iglaków i wawrzynu w aromatyczną, wibrującą, zielono-pikantną całość,

Archives 69 – za zupełnie niecodzienne połączenie nut tworzących razem coś, czego nigdy wcześniej nie czułem, a co jednocześnie intryguje, zachwyca i zastanawia, a przy tym doskonale sprawuje się na skórze.