Etat Libre d’Orange „Une Amourette” – wonna miłostka

Roland Mouret, francuski projektant mody, już 8 lat temu spotkał się z Etiennem de Swardtem w jego biurze w butiku Etat Libre d’Orange przy 69 rue des Archives, w Paryżu. Rozmawiali wówczas o możliwości stworzenia perfum dla marki Rolanda. Wcześniej, w artykule w brytyjskiej gazecie, zatytułowanym “Little Black Book: Roland Mouret” napisał on o ELdO: “unikalna marka perfumeryjna produkująca najlepsze „zakręcone” zapachy ekskluzywne.” Niemniej wówczas na rozmowach się skończyło. Pozostały dobre wrażenia ze spotkania i zasiane ziarno, które wykiełkowało dopiero teraz, gdy we współpracy z Rolandem Mouretem i Etiennem de Swardtem Daniela Andrier – perfumarka Givaudan – skomponowała „Une Amourette”.

roland-mouret
Roland Mouret

„Une Amourette” powstało przez przypadek, jak wyjaśnił Etienne de Swardt w udzielonym mi niedawno wywiadzie. Daniela Andrier – znana z fantastycznych pachnideł tworzonych dla domu Miucci Prady – pracowała nad perfumami z paczulą w roli głównej. Obok jej naturalnej esencji w formule znajdowała się Akigalawood – frakcja paczulowego olejku, wydobyta z niego laboratoryjnie w procesie destylacji frakcyjnej. Dzieło arcy-zdolnych chemików z Givaudan.

Akigalawood pozbawiona jest brudnych i nieprzyjemnych nut pleśni, stęchlizny i nut fizjologicznych, jakie występują w naturalnym olejku. Drzewny, nieco pikantny i nieco kwiatowy – tak opisywany jest aromat tej substancji. Dzięki tym walorom ma ona dużo szersze zastosowanie, niż pełnowymiarowy olejek paczulowy. Znajdziemy ją w perfumach wydawanych w ostatnich 2-3 latach („Black Pepper” Comme des Garcons, Mont Blanc „Legend Midnight”, Azzaro „Chrome Pure”, John Varvatos „Dark Rebel”, Parfums de Marly „Nisean” czy Boucheron „Quatre Pour Homme Absolu de Nuit”). Co jeszcze łączy te zapachy? Wszystkie powstały w pracowniach perfumiarzy pracujących dla Givaudan. Akigalawood został bowiem opatentowany przez tą firmę i obecnie mogą go używać wyłącznie jej perfumiarze, a więc także m.in. Daniela Andrier, która – nota bene – zastosowała go już w 2015 roku komponując perfumy „Miu Miu” dla Coty.

Któregoś dnia podczas pracy nad perfumami dla Moureta i de Swardta Daniela Andrier użyła kremu marki Nuxe o zapachu kwiatu pomarańczy. Tego samego dnia testowała na skórze wczesną wersję „Une Amourette”. Poczuła intrygującą woń będącą połączeniem obu aromatów. Uznała to za interesujący przypadek i postanowiła dodać do ówczesnej formuły perfum esencję neroli. Tak powstał sygnaturowy akord „Une Amourette”. W składzie perfum znajdziemy też absolut z wanilii i irys, do którego – jak wiemy – Daniela Andrier ma wielką słabość.

une amorette Eldo

Tak więc w „Une Amourette” Akigalawood oraz paczulowy ekstrakt występują obok siebie tworząc wyrazistą drzewno-pikantną część zapachu, podczas gdy neroli „zderza się” z nią tworząc absolutnie unikatową, niezwykłą, jakby musującą świeżość.

Ten zapach nie rozwija się jak klasyczne perfumy, bo to nie jest klasyczna kompozycja. To raczej efekt „incydentu w laboratorium”, w wyniku którego pozornie nieprzystające do siebie elementy połączyły się w jedną całość, choć nie zatraciły swej odrębności. To ich wzajemne oddziaływanie, iskrzące napięcie między nimi panujące stanowi treść „Une Amourette”.

Oczywiście upływ czasu redukuje natężenie nuty neroli na korzyść ultra trwałej Akigalawood, która de facto pozostaje na skórze jako finisz, ocieplona nieco wanilią. „Une Amourette” pachnie więc owocowo-kwiatowo-drzewnie, raczej abstrakcyjnie niż konkretnie i namacalnie. Mruga okiem w kierunku klasycznej kolońskiej estetyki, a  jednocześnie używa dużej ilości produktu wysokiej technologii. Tworzy niezwykłą, pulsującą aurę wokół noszącego. Nie znam innych perfum, które pachną podobnie. To w moich ustach zawsze komplement, bo nie cierpię wtórności.

Na ile „Une Amourette” są spójne z filozofią Etat Libre d’Orange? Jest w nich przypadek, eksces – jest więc niespodzianka, rodzaj ekscytacji. Jest zapadająca w pamięć sygnatura, efekt wspomnianego przypadku i użycia molekuły póki co dostępnej tylko dla wąskiej grupy perfumiarzy Givaudan. Jest wreszcie obiektywna jakość – dobra projekcja i dobra trwałość. Nie mam więc wątpliwości, że „Une Amourette” to kolejna udana propozycja Etienna de Swardta, należącą przy tym do tych łatwiejszych w odbiorze, mniej wymagających i od pierwszych nut przyjemnych, nawet jeśli zaskakujących.

UNE AMOURETTE

 

 

Dominujące nuty: neroli, paczula, wanilia

Twórca/nos: Daniela Andrier/ Roland Mouret

Rok premiery: 2017

Podobne zapachy: nie znam

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

„Jestem węszącym ssakiem” – wywiad z Etiennem de Swardtem – twórcą i właścicielem Etat Libre d’Orange

W piątek 20 października miałem ogromną przyjemność rozmawiać z samym Etiennem de Swardtem, twórcą i właścicielem Etat Libre d’Orange, uwielbianej przeze mnie marki perfumeryjnej, o której niezwykłych pachnidłach pisałem na blogu już wielokrotnie. Nasza – niezwykła, muszę przyznać – rozmowa odbyła się w związku ze światową premierą najnowszych perfum „Une Amourette” i po części dotyczyła tego zapachu, po części zaś wielu innych zagadnień. Etienne de Swardt okazał się świetnym i zupełnie niesztampowym rozmówcą, błyskotliwym i pełnym pasji, wizji, dystansu do świata i szczególnego poczucia humoru. Zresztą – sami przeczytajcie. Naprawdę warto.

Etienne de Swardt
Etienne de Swardt, 2016, PHOTO JOHANNA DE TESSIERES

Jak się masz?

Dziękuję, dobrze. Kończę 47 lat, urodziłem się w 1970 roku, a więc w Roku Psa. Jestem więc węszącym skur…. ssakiem. Jestem w dobrej formie. I kocham piątki. Wiesz, w poniedziałki mam nastrój sabotażowo-samobójczy, ale w piątki czuję się lepiej. W piątek mogę zawojować Polskę, co nie jest możliwe w poniedziałek, gdy jestem tak zdołowany i w takiej depresji, że nie mogę się ruszać. Ale w piątek mógłbym podbić całą Europę bez najmniejszego problemu.

Jaka jest teraz pogoda w Paryżu?

Pogoda jest bardzo ładna. W tym tygodniu mieliśmy letnią pogodę w Paryżu. W zeszłym tygodniu, jak wiesz, byłem w Polsce, w Warszawie. Bawiłem się tam świetnie.  Zabrałem swoje buty do joggingu i wcześnie rano poszedłem na długi spacer. Mój żyjący niegdyś w Paryżu przyjaciel i mentor, Jacques Damase, prawdziwie ikoniczna postać XX wieku związana ze sztuką i tańcem, powiedział do mnie kiedyś: „Etienne to wielka szkoda, że nigdy nie byłeś w Warszawie, gdyż jest ona tak mocno złączona z historią XX wieku. Musisz koniecznie zobaczyć to miasto, gdyż w historii XX wiecznej Warszawy skoncentrowana była historia całej Europy”. Jacques odszedł 4 lata temu… No więc poszedłem na ten długi spacer w piątkowy poranek, by jej doświadczyć, ale także by – w jakimś sensie – połączyć się z moim nieżyjącym już przyjacielem. Szare niebo pomaga nam się komunikować z ludźmi po tamtej stronie, z tymi którzy odeszli…

Czy masz w tej chwili na sobie jakieś perfumy?

Nie, w tej chwili nie mam na sobie perfum. Dziś rano biegałem, wziąłem szybki prysznic i pośpieszyłem do biura, więc nie zdążyłem niczego użyć. Ale właśnie teraz sięgam po „Afternoon of a Faun” (słychać Etienna aplikującego na siebie kilka chmurek rzeczonego pachnidła i odstawiającego flakon na swoje miejsce – przyp. autor). To zapach upamiętniający Jacquesa Damase’a. W 2012 roku zaprosił mnie do swojego apartamentu. „Chciałbym o czymś z tobą porozmawiać” – powiedział. Więc poszedłem tam, a on siedział i wyglądał na bardzo smutnego. Zapytałem go, dlaczego jest smutny? On, wskazując na znajdujący się niedaleko Théâtre du Châtelet (jego apartament mieścił się zaraz przy słynnym teatrze) powiedział: „Etienne, czy wiesz, co stało się 100 lat temu? I co powinieneś uczcić? Pewien rosyjski tancerz baletowy, Vaslav Nijinski, tańczył tu w 1912 roku w zespole Sergieja Diagilewa. Właśnie mija 100 lat od tego wydarzenia i powinieneś to uczcić – jego poezję, sztukę i taniec. Musisz stworzyć na bazie tego perfumy.” Zapytał, czym dla mnie jest rosyjski balet. Odparłem, że dla mnie to „Popołudnie Fauna”. Na co Jacques krzyknął – „Nie uważasz, ze to byłaby dobra nazwa dla perfum!?” I to był początek zapachu „Afternoon of a Faun”.

To bardzo interesujące. Lubię te perfumy.  W ogóle muszę przyznać, że lubię większość perfum ELdO. Są wyjątkowe. Ostatnio odkryłem na nowo „Rien” – zupełnie niesamowite pachnidło….

O tak, „Rien” jest wszystkim, co lubię. „Co nosisz? Nic.” A tymczasem nosisz coś napastliwego, harmonię napastliwych nut. Ten zapach jest bardzo „in your face” w sensie oddziaływania na innych i to w nim kocham.

Właśnie wylansowałeś swoje najnowsze perfumy „Une Amourette”. Skąd ta nazwa? Co ona właściwie oznacza?

„Une Amourette” to po francusku „mała miłość”, „miłostka”. W nazwie tej zawiera się nazwisko Mouret (Roland Mouret – francuski kreator mody, fan ELdO, we współpracy z którym powstały te perfumy – przyp. autor). Co więcej, jest taka piękna francuska piosenka z lat 60-tych (1966 – przyp. autor) „Pour une amourette”, zaśpiewana przez faceta nazywającego się Leny Escudéro, na której końcu on śpiewa, by się śpieszyć, gdyż życie jest zbyt krótkie, a koniec jest tragiczny, więc śpiesz się i łap une amourette – zawsze, gdy to możliwe. Po francusku te słowa brzmią:

“Une petite amourette jamais trop jolie

Quand on sait d’avance ce que dure la vie…”

Piosenka ta mówi więc o tym, że mała miłość jest piękna, więc pośpiesz się. Bo gdy znasz kierunek, w jakim zmierza życie, musisz przyśpieszyć i brać z niego tyle, ile możesz.

 

 

Wiem, że nie lubisz rozmawiać o składnikach, więc nie będziemy o tym rozmawiać. Niemniej każde perfumy składają się z nut zapachowych i w tym kontekście chciałbym cię zapytać, co jest specjalnego w „Une Amourette”?

Zwykle odpowiadam, że jeśli chcesz rozbierać perfumy na składniki, należysz do Serge’a Lutensa czy Frederica Malle – do tych wszystkich pięknych marek. W ELdO jesteśmy jeden krok do przodu. „Jeśli chcesz wiedzieć, co jest w środku, to prawdopodobnie te perfumy nie są dla ciebie”. Tak mówi Chandler Burr i tak właśnie uważamy w ELdO. Niemniej, kocham paczulę. Jej nostalgię. Dla mnie to głównie Givenchy „Gentleman” i lata 70-te. I tu jest ta paczula, ale w połączeniu z nowoczesnym neroli. To neroli pojawiło się zupełnie przypadkiem u Danieli Andrier (perfumiarka, która skomponowała „Une Amourette” – przyp. autor). Pracowaliśmy nad nutą paczuli  (z Akigalawood i esencją) i któregoś dnia Daniela użyła krem Nuxe, pachnący kwiatem pomarańczy i neroli właśnie. Miała więc jednocześnie na sobie wczesną wersję „Une Amourette” i ten krem. To połączenie bardzo jej się spodobało i uznała je za piękny przypadek. Zdecydowała się w tym kierunku rozwinąć „Une Amourette”. Najlepsze podsumowanie tego zapachu to „przypadkowe neroli zderzające się z paczulą”. To w ogóle jest definicja ELdO: zderzenie pięknych umysłów i pięknych składników.

une amorette Eldo

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że wręczasz perfumiarzowi swój brief i dajesz mu wolność interpretacji i pracy nad zapachem. Jak mocno jesteś zaangażowany w proces komponowania perfum dla ELdO?

Zanim odpowiem na to pytanie, chciałbym jeszcze powiedzieć, że – w kontekście „Une Amourette” –  mówimy, że „mała miłość przechodzi długą drogę”.  W praktyce zaś, po francusku mówimy: Un parfum de femme pour homme – „perfumy dla kobiety dla mężczyzny”. To nie znaczy to samo, co uniseks. To oznacza, że mężczyzna tak kocha kobietę, że budząc się z nią rano w hotelowym łóżku i czując jej perfumy, chciałby poczuć je także na sobie. Czyli, że są to perfumy dla niej, ale – poprzez miłość – na końcu są dla niego. Wracając do twojego pytania: nie jestem dogmatyczny. Czasem mogą to być w 100% moje perfumy i dialog pomiędzy mną i perfumiarzem. Tak powstało “Jasmin Et Cigarette”, “Putain des Palaces”, “Secretions Magnifiques” i wiele innych, także “Afternoon of a Faun”. Czasem zapraszam do współpracy innych, jak Chandler Burr, Tilda Swinton, Rossy de Palma, Roland Mouret i to oni grają własnego „ping-ponga” z perfumiarzem, a ja im w tym nie przeszkadzam. Czasem przeszkadzam, tak jak to było z Tildą Swinton czy Rossy de Palma, gdy ta poprosiła mnie o pikantną, metaliczną różę („Eau de Protection” – przyp. autor), a czasem absolutnie się nie wtrącam. W przypadku Chandlera (Burra – zapach „You or Someone Like You” – przyp. autor) to była kreacja wyłącznie jego i Caroline Sabas. Tak to się odbywa. Bez dogmy. W duchu Etat Libre d’Orange.

Urodziłeś się w Afryce Południowej i spędziłeś dzieciństwo w Nowej Kaledonii.

Tak – moja mama pochodzi z Nowej Kaledonii, a tata z Południowej Afryki.

Nowa Kaledonia wygląda jak raj na ziemi. Czy zachowałeś stamtąd jakieś zapachowe wspomnienia?

Tak. Drewno sandałowe. Nic poza tym. Kocham drewno sandałowe z Nowej Kaledonii. To moja proustowska magdalenka. To w nawiązaniu do prozy Prousta, w której opisał efekt podróży w czasie za pomocą wspomnień wywołanych zapachem biszkoptów zwanych Madaleine. Tak więc moją magdalenką jest drewno sandałowe. Wiesz, nie chcę cię tu zanudzać nostalgicznymi proustowskimi wspomnieniami z Nowej Kaledonii… Lepiej patrzmy … Życie to ruch. To definicja spraw…. Część mojego serca należy do Nowej Kaledonii i Afryki Południowej. Nazwa Etat Libre d’Orange jest w pewnym sensie na cześć mojego ojca, który był dość nieuchwytnym ojcem. Także jestem po prawdzie nieco „zagubiony w tłumaczeniu” pomiędzy Afryką Południową, Nową Kaledonią i Paryżem. Poślubiłem Paryżankę z krwi i kości. Moje troje dzieci są Paryżanami, więc moje korzenie należą teraz także do Paryża. Ale od czasu do czasu brakuje mi chmur i krajobrazów Nowej Kaledonii i Afryki Płd. i czuję się  „uwięziony” w Paryżu. Ale takie jest życie – wszyscy jesteśmy gdzieś uwięzieni…

Ale odwiedzasz te miejsca?

Tak, dwa razy w roku jadę do Nowej Kaledonii lub Afryki Płd.

Nazwałeś swoją markę Etat Libre d’Orange (Wolny Stan Pomarańczy) na cześć miejsca, w którym się urodziłeś…

Tak. Mało kto wie, że słowo „orange” w tej nazwie nie nawiązuje do koloru, tylko do holenderskiej rodziny królewskiej.

Collection - web

Słowo „wolność” wydaje się być fundamentem Twojej marki. Jak wolność manifestuje się w Twoich perfumach?

Wolność oznacza, że nie ulegamy dyktatowi przemysłu perfumeryjnego, który jest napędzany pieniędzmi. Na samym początku, w 2006 roku, gdy stworzyłem ELdO, założeniem było nieuleganie obowiązującym modom i dyktatowi rynku. Zamiast próbować dogodzić wszystkim, iść na kompromisy w kreacji, był pomysł by pieprzyć wszystkich i cały ten dyktat. Wiesz, stworzyłem ELdO na bazie „Secretions Magnifiques”. Wiele lat temu zaproponowałem ten pomysł (nazwę i sam zapach) ludziom w Louis Vuitton & Moet Hennessy. Byłem w tamtym czasie odpowiedzialny w LVMH za tworzenie opowieści, jako rodzaj redaktora koncepcyjnego. Pracowałem dla Alexandra McQueena. Zaproponowałem też LMVH perfumy „Eau My Dog”. Pomyślałem, że to byłby dobry dowcip – zaproponować perfumy dla psa. Powiedzieli, że uwielbiają ideę („Secretions Maginfiques” – przyp. autor), ale po dokładniejszym przeanalizowaniu mojej wizji odpowiedzieli, że nie będą jej wdrażać, i że mogę to zrobić we własnym zakresie, a oni pomogą mi to sfinansować. To był początek ELdO. Wszystko dzieje się przez przypadek. Życie powstaje przez przypadek. Sposób, w jaki zderzasz się z kobietą, sposób w jaki pojawiają się dzieci. Wszystko to dzieje się w wyniku przypadku. Jeśli lubisz wszystko organizować, to wówczas nic się nie wydarzy. Kocham to całkowicie chaotyczne podejście w ELdO. Biznes jest także bardzo chaotyczny, ale się tym nie przejmuję. Wiesz, nie jestem rodzajem faceta od finansów. Jestem napędzany emocjami, a nie pieniędzmi.

No tak, ale jednak, by prowadzić firmę i ją rozwijać, musisz od czasu do czasu spojrzeć na ekonomię…

Tak, muszę i jest to bolesne. Ale mam dwóch partnerów biznesowych. Są udziałowcami w mojej firmie. Jeden odpowiada za łańcuch dostaw, a drugi za rynki zagraniczne. Oni od czasu do czasu budzą mnie i mówią: „Etienne, choć minimum organizacji. Masz coraz więcej fanów i oni chcą się z Tobą spotkać na Księżycu. Więc prosimy – nie leć na Marsa. Zostań na Księżycu, gdyż oni tu dołączą do Ciebie.” To taki żart, jakim się posługują. Więc oczywiście potrzebne jest choć minimum organizacji dostaw i dystrybucji. Dlatego też zaprosiłem tych dwóch facetów i oni robią świetną robotę. Budzą mnie od czasu do czasu. Mówią: „Znamy Twój koncept „Afternoon of a Faun”, zrealizujemy go, ale prosimy, pozwól nam zorganizować ten biznes tak, by Twoje cierpienia z tego powodu były minimalne. W przeciwnym razie będziesz bankrutem.” Tak więc już od ponad 5 lat podporządkowuję się ich wytycznym i to działa. Mamy coraz więcej fanów i nie zmieniamy filozofii naszej marki. Znaleźliśmy więc dobrą równowagę. Ale było to bolesne.

W naszej wcześniejszej korespondencji emailowej napisałeś, że perfumy z oudem wydałbyś właśnie dopiero po bankructwie ELdO…

…tak, bo zapytałeś o kwestię podążania za modą na oud. A ja powiedziałem – pieprzyć trendy. Jeśli chcesz, żebym zrobił oud, najpierw będę sabotował, a następnie doprowadzę firmę do bankructwa i dopiero na końcu zrobię perfumy z oudem. Któregoś dnia sprzedam moją firmę LVMH albo L’Oreal i wówczas pójdziemy za modą na oud. Ale nie teraz.

Wówczas oud może już nie być w modzie…

…jakakolwiek moda wówczas będzie.

Czy uważasz, że ludzie w ogóle potrzebują perfum?

Myślę, że frywolność uratuje świat. Jeżeli wciąż myślimy o sprawach doczesnych, to jest to cholernie depresyjne. Więc potrzebujemy choć trochę próżności w życiu. W przeciwnym razie jesteśmy jak maszyny. Najlepszym sposobem odżywiania swojej duszy jest robienie tego poprzez folgowanie swej próżność, poprzez perfumy, modę czy inne drobiazgi. Musimy pozostawać na tej karuzeli próżności. To kluczowe. Bez tego, bez mody, bez wyrafinowanego jedzenia, bez wyrafinowanych perfum, jest tu na ziemi nudno i lepiej wtedy popełnić samobójstwo (śmiech – przyp. autor). Etat Libre d’Orange jest ostateczną, konsumpcyjną, anty-desperacką zbroją, która zakładasz na siebie, zanim popełnisz samobójstwo. To właśnie jest znaczenie stwierdzenia, że frywolność ocali świat.

Etat Libre d'Orange - Our Business is Pleasure

Czy sądzisz, że perfumy mogą wpływać na życie ludzkie, a także osobowość? Czy raczej istnieją tylko dla przyjemności?

Perfumy mogą dać dzieci, gdyż poszerzają Twoje pokłady uwodzicielstwa i pamięci. Jeśli spotkasz kogoś i masz na sobie perfumy, kto wie co się wydarzy? To rodzaj wzmacniacza miłości i pamięci. Tak więc kup nowe perfumy, uwodź i bądź pamiętany. Matka Achillesa, Nemezis, była królową pamięci. Achilles był schizofrenikiem rozbitym pomiędzy pragnieniem bycia zapamiętanym tylko przez swoją rodzinę, nie robiąc przy tym nic wielkiego, bądź też zapamiętanym przez całą ludzkość w wyniku robienia wielkich rzeczy. Był rozdarty pomiędzy byciem ojcem swej rodziny, a wojownikiem, który pragnął, by ludzkość zapamiętała jego wielkie czyny. Zdecydował się poświęcić ludzkości zamiast rodzinie. I tak to jest w życiu – jesteśmy zawsze rozdarci pomiędzy byciem zapamiętanymi przez masy, a byciem po prostu dobrymi ludźmi dla swoich bliskich. Bez względu na to, na co się zdecydujesz: na sławę lub na bycie zapamiętanym przez garstkę ludzi – potrzebujesz perfum. Lubię mówić, że wielkie rzeczy mają małe początki. Potrzebujemy więc perfum, by uwodzić i zostać zapamiętani. Czy rozumiesz o czym mówię?

…tak… by uwodzić i zostać zapamiętani…

Jestem wielki oszustem, Marcinie. Jestem niczym innym, tylko oszukująca maszyną. Gdybym reprezentował Chanel, nie mógłbym tak powiedzieć, ale w ELdO… Nie wiem, czy jesteśmy najbardziej szczerym domem perfumeryjnym, czy może najbardziej wyrafinowanym oszustwem w perfumowym świecie. Uwielbiam mówić, że odpowiedź jest czarno-biała, szara.  Gdy wyobrazisz sobie najpiękniejsze połączenie oszustwa i szczerości, mnie znajdziesz gdzieś pomiędzy nimi…

Czy interesujesz się polityką?

(chwila zastanowienia – przyp. autor) Jesteśmy tak próżni – to mogłoby być moją odpowiedzią. Wiesz, poprzez politykę obserwuję bardzo brzydką próżność i egocentryzm ludzki i bardzo mało człowieczeństwa. Oczywiście polityka jest niezbędna. Nie możesz bez niej funkcjonować. Masz albo politykę albo wojnę. Ale czasem, gdy widzę próżność polityków, ich egocentryzm i narcyzm, chciałbym powiedzieć – zabić ich wszystkich. Tyle, że wówczas byłbym po stronie wojny. Politycy są ostatnią tarczą chroniącą nas przed wojną. Człowieczeństwo, by być zbalansowane, potrzebuje polityków. Są oni oczywiście rekwizytami, ale są tak cholernie próżni…

Zapytałem o politykę w ramach wstępu do kolejnego pytania. Nicolas Sarkozy nosił perfumy skomponowane specjalnie dla niego przez Jean-Paula Guerlaina. Które perfumy ELdO widziałbyś jako odpowiednie dla Prezydenta Emmanuela Macrona, a które dla Marine Le Pen?

„Je suis un homme” byłby odpowiedni, gdyż Emmanuel Macron jest bardzo kobiecy w swoim portrecie psychologicznym. A dla Marine Le Pen? Myślę, że… hmmm (tu długi namysł – przyp. autor) „Marquise de Sade”… albo może „Eloge du traitre” („Pochwała zdrajcy” – przyp. autor). Dla Macrona dobrymi perfumami mogłyby także być „You or Someone Like You”. Politycy są tak do siebie podobni poprzez to, że dbają o własny interes. „You or Someone Like You” to perfumy dobre dla polityków.

Może więc zarekomendujesz kiedyś perfumy Prezydentowi Macronowi?

Tak… Wiesz, dawno temu zadzwonili do mnie z Pałacu Elizejskiego mówiąc, że chcieliby ofiarować perfumy Michelle Obamie. Ówczesny szef protokołu Pałacu Elizejskiego był wielkim fanem ELdO i chciał wybrać kilka propozycji z naszej oferty jako upominki od Prezydenta Francoisa Hollande’a dla Michelle Obamy. Dwa tygodnie później jednak stwierdzili, że nie mogą ofiarować perfum ELdO, gdyż Hollande ma romans. Wybuchł skandal, a ponieważ mieliśmy zamiar zaoferować takie perfumy, jak „Putain des Palaces”, „Divin Enfant”, te ucieleśniające francuskie, paryskie poczucie humoru, odmówiono nam. Dość zabawnie wyszło. Ale tak – pewnego dnia ELdO stworzy perfumy dla Prezydenta. Zresztą, mamy szeroki wybór perfum, które by do niego pasowały, także chyba nie musimy tworzyć nowych od początku.

Etienne, dziękuję Ci bardzo za rozmowę, życząc dobrego weekendu.

 

 

P.S. Serdeczne podziękowania dla Ewy Rekus/ Avemi, bez której rozmowa ta nie mogłaby się odbyć.

 

 

 

 

 

Etat Libre d’Orange „Marquis de Sade, Attaquer Le Soleil”

„Ileż to, u licha, razy pragnąłem zaatakować słońce, odebrać je wszechświatu, albo posłużyć się nim, by podpalić ziemię? To dopiero byłyby zbrodnie…”

Marquis de Sade

eldo-sade

Quentin Bisch – pod kuratelą Etienne’a de Swardta – postanowili „porwać się z motyką na słońce” i uwolnić tego pierwszego z więzów, które go ograniczały, a które ten sam sobie wcześniej założył. Jak sam twierdzi, zdecydował się na ujawnienie w pełnej krasie tego, co zwykle dotąd w swych kompozycjach perfumowych skrzętnie ukrywał za pomocą wanilii czy ambry, mając wszakże świadomość jego niezbędności i niezwykłości…

Cistus labdanum 

To temu składnikowi poświęcony jest Attaquer Le Soleil. Oto ingrediencja niezwykła, jedna z najważniejszych w perfumerii, kluczowy składnik akordu szyprowego, jednego z najstarszych akordów w perfumerii (1907 r – Chypre Coty). Czym jest ów składnik? Otóż zwykle jest to rezinoid lub olejek, rzadziej absolut, który pozyskuje się z praktycznie wszystkich części niskiego krzewu Cistus Ladaniferus, rosnącego w krajach basenu Morza Śródziemnego (głównie w hiszpańskiej Andaluzji, ale także w Maroku, Portugalii i na Korsyce) oraz na Bliskim Wschodzie.

labdanum
Cistus Ladaniferus

Esencja labdanum pachnie balsamicznie, ambrowo, słodkawo, lepko, nieco kadzidlanie (żywicę używało się i wciąż używa jako składnika kadzidlanych mieszanek) i nieco drzewnie. Jest ważnym elementem akordów skórzanych (np. Cuir de Russie Chanela), orientalnych i wspomnianych szyprowych, a także kluczowym składnikiem akordu ambrowego. Jednym z najbardziej spektakularnych i doskonałych przykładów użycia labdanum we współczesnej perfumerii jest Sahara Noir Toma Forda, która aż ocieka tą lepką balsamiczną wonią.

W Attaquer Le Soleil Quentin Bisch umieścił nutę labdanum na pierwszym planie w roli absolutnej dominanty, co już samo w sobie jest całkiem niezwyczajne. Co więcej, podkreślił ją bardzo oszczędnie tajemniczymi składnikami, tak by ten minimalistyczny, sprawiający wrażenie labdanowego monolitu zapach miał jednocześnie wszelkie cechy pełnoprawnych perfum.

Dzięki jemu tylko znanym zabiegom, ta zwykle mocno osadzona, blisko skórna, średnio-trwała nuta nabrała tu niezwykłej lekkości i lotności. Mój nos wyczuwa co najmniej solidną dawkę Iso E Super, które powoduje, że ociężałe labdanum zaskakuje aksamitną, transparentną projekcją. Wyczuwam też „coś na kształt pieprzu”. Ale nie jest to klasyczny czarny czy różowy pieprz. To bardziej Pepperwood, którego pełno choćby w CdG Black Pepper. Labdanum plus Iso E Super i trochę Pepperwood? Niewykluczone. Ale czy to wszystko? Pojęcia nie mam. Niemniej tak mi to pachnie.

Balsamicznie, ale lekko. Ciepło, ale i świeżo. Drzewnie i jednocześnie lekko przyprawowo. Oryginalnie – z pewnością. Nowocześnie – tak. Przekonująco? Nie do końca…

Co ciekawe, z czasem zapach – zamiast stawać się coraz bardziej ociężały – nabiera lekkości i transparentności, aż do momentu, w którym na skórze pozostaje tylko jego niewyraźne wspomnienie. Niestety, dzieje się to dość szybko, bo po zaledwie kilku godzinach od aplikacji.

Attaquer Le Soleil – jako dzieło olfaktoryczne – kontynuuje libertyńskiego ducha Etat Libre d’Orange i Markiza De Sade – uwalniając labdanum z przynależnego mu w klasycznej praktyce perfumowej miejsca „w cieniu” i umieszczając je w świetle jupiterów. Zabieg podobny do tego, jakiego dokonał z Iso-E-Super Geza Schoen w Molecule 01 Escentric Molecules. Niemniej ten eksperyment – choć interesujący – wg mnie nie do końca się powiódł. Czegoś w nim zabrakło. Polotu? Chyba tak. Chwała jednak duetowi Bisch/ De Swardt, że znów spróbowali czegoś nowego. Nie zawsze przecież muszą trafiać w 10-kę.

Eldo de Sade

 

główne nuty: cistus labdanum, Iso-E-Super?, Pepperwood?

perfumiarz: Quentin Bisch

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 3,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 3,5

Etat Libre d’Orange „You or someone like you” – zapach (nie) dla kogoś takiego jak ty (ja)…

Czy słynny krytyk perfumowy i koneser perfumowej sztuki może stworzyć przekonujące perfumy? Dlaczego nie. Jednak, by przejść od krytyki do tworzenia, z pewnością trzeba sporej odwagi. Tej Chandlerowi Burrowi odmówić nie można…

ELDO You or Someone 1.jpg

Chandler Burr to amerykański pisarz, a także krytyk zajmujący się tematyką perfum. Jest m.in. autorem książki The Perfect Scent, w fascynujący sposób opisującej proces powstawania elitarnych perfum Hermesa Un Jardin Sur Le Nil w Paryżu i Grasse oraz – równolegle – mainstreamowego Lovely Sarah Jessica Parker w Nowym Jorku. Zasłynął jako recenzent perfum w New York Times. Jest twórcą Wydziału Sztuki Olfaktorycznej w nowojorskim Muzeum Sztuki i Designu, gdzie od 2010 roku pełnił funkcję kuratora wystawy zatytułowanej Sztuka Zapachu: 1889-2011. Wystawa prezentuje najwybitniejsze – zdaniem Burra – perfumy powstałe w latach 1889 -2011. Do tych wybranych pachnideł Chandler Burr przyporządkował style w perfumerii (np. Jicky Aime Guerlaina to przykład Romantyzmu, Hermes Osmanthe Yunnan J.C. Elleny to Luminizm, z kolei Untitled marki Maison Margiela (autorstwa Danieli Andrier) to Post-Brutalizm (!).

Można różnie oceniać twórczość Burra, ale faktem jest, że nikt bardziej nie przyczynił się w ostatnich latach do wyniesienia perfumerii do rangi sztuki. Może jeszcze bloger Octavian Coifan oraz naukowiec i perfumowy krytyk Luca Turin, któremu zresztą Burr poświęcił jedną ze swych książek (The Emperor od Scent).

Chandler-Burr-You-918x538
Chandler Burr

Kilka lat temu Chandler Burr popełnił powieść zatytułowaną You or Someone Like You, której akcja rozgrywa się w Los Angeles. Bohaterką powieści jest Anne Rosenbaum, żona hollywodzkiego producenta filmowego, Howarda. Lektura tej książki zainspirowała Etienne’a de Swardta, dyrektora artystycznego Etat Libre d’Orange, do powierzenia Burrowi prac nad perfumami o tym samym tytule. Postać Anny i jej ogród, który z zaangażowaniem uprawia, a także klimat Los Angeles, miasta, w którym bujna zieleń łączy się z betonowymi autostradami i asfaltowymi ulicami, zacienionymi gigantycznymi palmami. Wszystko to Burr starał się zawrzeć w tym zapachu, choć wcale nie w dosłowny, tylko raczej abstrakcyjny sposób. Nie jest to bowiem w żadnej mierze woń Los Angeles. To raczej – jak podpowiada twórca – perfumy, które mogłaby nosić bohaterka jego powieści.

Chandler Burr skomponował You or Someone Like You razem z perfumiarką Caroline Sabas.

Caroline Sabas.jpg
Caroline Sabas (Givaudan)

You or Someone Like You 

Zielono-miętowy, dość delikatny początek może budzić skojarzenia z koktajlem Mojito, choć mnie bardziej kojarzy się z ogrodem w upalny dzień, gdy wysuszone skwarem rośliny podlewa woda. Zieleń jest soczysta i trawiasta, ale i wyraźnie przepojona mentolem. Proporcja mięty jest wszak idealna, a miętowa aromat trwa nadspodziewanie długo. Otwarcie nie jest zbyt ekspansywne, jak na zielone perfumy jest raczej subtelne. Po kilku minutach obok wciąż obecnej mięty pojawia się owocowo-zielona nuta czarnej porzeczki, która z kolei wprowadza umieszczoną w sercu – wcale nie oczywistą do zidentyfikowania i także zieloną w swym aromacie – różę. Na tym etapie zapach jest uniseksowy, jednak im bliżej bazy, tym wyraźniej przechyla się w stronę kobiecej skóry. Finisz ma w sobie abstrakcyjny element kwiatowy zmieszany z piżmami i syntetyczną nutą drzewną.

ELDO You or Someone collage

Etat Libre d’Orange nie podaje tym razem oficjalnego spisu nut (te wymienione powyżej oraz na końcu wpisu to te, które sam wyczuwam). Dzieje się tak – jak domniemam – na życzenie Burra, który na promującym zapach filmie video (swoistym trailerze) dość prowokacyjnie i nieco arogancko stwierdza:

Składniki są tu zupełnie bez znaczenia. Dzieło jest dziełem. Jeżeli potrzebujesz wiedzieć, z czego jest stworzone, nie noś go. Prawdopodobnie  nie jest ono dla ciebie.

Mocne, prawda? No ale Chandler Burr znany jest ze swego – bardzo krytycznego (poniekąd słusznie) – zdania na temat analizowania, rozkładania perfum na składniki i nuty. Przyrównuje to do oceniania muzyki przez pryzmat tonacji, metrum i użytych akordów, a nie wywoływanych przez nią wrażeń, emocji i wspomnień. Uważa takie podejście za – delikatnie mówiąc – krzywdzące twórcę i jego dzieło. I coś w tym jest, choć osobiście jednak nie postawiłbym znaku równości pomiędzy perfumami, a utworem muzycznym, obrazem czy obiektem architektonicznym. To jednak zupełnie inne światy. Sposób ich opisywania siłą rzeczy musi się więc różnić.

Jeżeli chcę, by mój opis przybliżył czytelnikowi perfumy, nie mogę poprzestać jedynie na scharakteryzowaniu moich wrażeń, wyobrażeń i emocji oraz ewentualnym zakwalifikowaniu go do jakiegoś typu/gatunku. Owszem, to też jest bardzo ważne. Ale przywołanie nut zapachowych, które wyczuwam, a które często tożsame są z nazwami składników (szczególnie w przypadku ingrediencji naturalnych), jest w moim mniemaniu czymś absolutnie kluczowym. Bez tego narażam się jedynie na grafomaństwo i operowani abstraktami, z którymi większość nie będzie się w stanie zidentyfikować. Każdy z nas odbiera bowiem zapachy bardzo indywidualnie, ma inne z nimi skojarzenia, inne wspomnienia, inne emocje. Ale każdy z nas wie, jak pachną cytrusy, jaką woń ma truskawka, mięta, marcepan, trawa, róża, sosna, asfalt, świeżo pocięte drewno, lilak, konwalia czy kościelne kadzidło. Prawie każdy kojarzy woń jaśminu czy lawendy. I tak dalej.

Chandler Burr jest zafascynowany możliwościami zapachowej kreacji, jakie wynikają z zastosowania współczesnych aromamolekuł. You or Someone Like You jest niewątpliwie głównie (jeżeli nie wyłącznie) na nich oparty. Twórca chciał, by zapach ten (nie lubi nazywać go perfumami) łączył w sobie styl minimalistyczny z luminizmem i współczesnym romantyzmem. Czy inspirował się innymi perfumami? Owszem. Wymienia: Cologne Muglera, Un Jardin Sur Le Nil Hermesa i Calyx Clinique. Co ciekawe, wybrana spośród wielu innych, ostateczna wersja zapachu nie jest dokładnie tą, za którą Burr optował. Decydujące zdanie miał bowiem Etienne De Swardt, a ten postawił na nieco inną „wariację”.

W którymś w wywiadów Chandler Burr przyznał, że nie zdawał sobie sprawy, jak trudnym procesem jest komponowanie perfum wg tzw. briefu, przekuwanie czyjejś abstrakcyjnej wizji w konkretną kompozycję perfumową.

Z pewnością nieporównanie łatwiej jest być perfumowym krytykiem. Sam nie mam co do tego żadnych wątpliwości…

Świeży, nowoczesny, zgrabny, konkretny, spójny. Tak. Odkrywczy? Nie. Kontrowersyjny? Też nie. Trudny? Wręcz przeciwnie. Przyjemny i łatwy w percepcji oraz – jednak – niebanalny. Przy tym – pewnie w sposób zamierzony – po amerykańsku nie narzucający się. Taki jest w mojej ocenie You or Someone Like You – zapach, którego historia i marketingowa otoczka chyba jednak nieco przerosły…

Odpowiadając na postawione na wstępie pytanie, stwierdzam że Chandler Burr poradził sobie – jak na debiutanta – nieźle. Jednocześnie jednak – jako osoba podpisująca się pod You or Someone Like You – przeistoczył się z myśliwego w zwierzynę. Ciekawe, jak mu w tej nowej skórze (futrze?)…?

ELDO You or Someone

główne nuty: mięta, liść czarnej porzeczki, róża, piżmo

perfumiarz: Caroline Sabas/ Chandler Burr

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

Etat Libre d’Orange „Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre”- perfumy intelektualne

Każdy z nas rzuca cień, nawet nocą w lesie. Możemy określać go jako naszego kompana, może być emanacją naszej duszy albo naszego ego. Możemy nadać mu imię, tak jak zrobił to bohater poematu Victora Hugo A quoi songeaient les deux cavaliers …:

„Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre”, 

„Hermann po mej stronie wydawał się być cieniem”,

który stał się kanwą i inspiracją dla niezwykłych perfum. Bo perfumy to przecież także w pewnym sensie nasz cień, niewidzialny kompan, którego zabieramy ze sobą, na sobie, by nie czuć się samotni. Prowokujemy nimi, próbujemy na różne sposoby, testujemy granice swoje i otoczenia. O tym właśnie jest ten zapach. O poszukiwaniu swojego drugiego ja, o roli perfum jako elementu nas kreującego, o zapachu jako naszej masce. O olfaktorycznym cieniu, który za nami podąża.

eldo-hermann

Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre

to zapach zaiste niezwykły. Popełniony przez młodą gwiazdę perfumerii Quentina Bischa (autora m.in. świetnego La Fin du Monde ELdO, Angel Muse Thierry Mugler czy Swiss Army Rock) został zaprezentowany w 2015 roku i przeszedł – niestety – bez większego echa. Cóż, nie ma on wdzięku i komercyjnego potencjału Like This, brak mu hipnotycznej urody Eau de Protection, nie ma też skandalizującego charakteru Secretions Magnifiques, ale…

…podobnie jak fenomenalny La Fin du MondeHerman A Mes Cotes… jest pachnidłem koncepcyjnym, intelektualnym, przemyślanym, nowatorskim. Co ważne, istota perfum nie została tu zatracona w imię li tylko realizacji koncepcji. Dzięki temu, przy całym swoim wyrafinowaniu i niezwykłym intelektualnym podkładzie, Hermann to perfumy świetnie się noszące.

Oto potwierdzenie, że kreatywna perfumeria wciąż ma się świetnie, w dużej mierze dzięki młodemu pokoleniu perfumiarzy, z których część nie obawia się poszukiwać nowych środków wyrazu miast tworzyć kolejne kopie komercyjnych sukcesów starszych kolegów z branży. Quentin Bisch wciąż poszukuje i robi to z ogromnym wdziękiem. Facet ma po prostu niesamowity talent. Brak mu może zdolności autopromocyjnych, jakich aż nadto ma np. jego pokoleniowa rówieśniczka Cecile Zarokian. Jestem jednak przekonany, że o Bischu usłyszymy jeszcze wielokrotnie i to w jak najlepszym kontekście.

quentin bisch 2016

Quentin Bisch to wykształcony w szkole Givaudana zawodowy perfumiarz, który z ogromną zręcznością posługuje się wieloma syntetycznymi aroma-molekułami tworząc zupełnie nowe olfaktoryczne byty. Przypomnijmy, że w La Fin Du Monde z sukcesem połączył w „noszalne” perfumy woń irysa z akordem popcornu i nutą masła. Hermann… to równie doskonały przykład talentu Bischa, choć to zupełnie inne pachnidło. W jego formule znajdziemy pachnącą płatkami róży i piwonią, lekko owocową Petalię, ozonowe i melonowe Calypsone, pieprzowo-drzewne Pepperwood (o którym niedawno pisałem przy okazji fenomenalnego Black Pepper CdG) oraz pachnąca wilgotną ziemią po deszczu Geosminę, wreszcie zmysłowy piżmowo-ambrowy Ambroxan, niemal niezbędny składnik współczesnych perfum.

Charakter Hermann A Mes Cotes…, który w skrócie określiłbym jako wodno-mineralno-owocowo-kadzidlany klarownie odzwierciedla wspominanie nuty. Początek jest chłodny, jak woda z leśnego strumyka (połączenie pieprzu z Pepperwood i ozonu Calypsone) i owocowo-kwiatowy (duet czarnej porzeczki i róży – Petalia oraz melon z Calypsone i absolut z róży). W tle majaczy woń trochę ziemista, trochę owocowa, niczym leśna ściółka pełna jagód i jeżyn (Geosmina i paczula). Im głębiej w las, tym aromat robi się mniej owocowy a bardziej… suchy i mineralny. Zaczyna dominować coś, co opisałbym jako transparentne kadzidło olibanum, zupełnie wszakże pozbawione konotacji religijnych, mające za to aspekt mineralny. Na tym i tylko na tym etapie Hermann A Mes Cotes… przypomina mi inne perfumy: Turquoise Oliviera Durbano. Na finiszu ta nuta jest najwyraźniejsza. Inna niż zwykle. Chłodna, odrealniona. Niesamowita. Cały ten zapach jest przedziwny i niesamowity, trudny do opisania ze względu na brak klasycznych „punktów zaczepienia” typu cytrusy, jaśmin, róża, wetyweria, paczula, sandałowiec czy cedr.

Etienne-de-Swardt-portrait-officiel1.jpg
Etienne de Swardt

Hermann A Mes Cotes… to doskonały przykład perfumerii całkowicie abstrakcyjnej. W naturze nie znajdziemy takiego aromatu. Owszem, odnajdziemy jego elementy, ale nigdy w takiej konstelacji. To także przykład perfumerii intelektualnej i koncepcyjnej, u podstaw której stoi literacka i filozoficzna inspiracja.

Dorabianie ideologii do pachnącego płynu? Może. A może to dobrze, że nie zawsze chodzi o to, by jak najwięcej Kowalskich, Smithów i Mullerów kupiło coś w owczym pędzie, ekscytując się wyłącznie logiem znanego kreatora na flakonie, podnosząc sobie w ten sposób samoocenę i zwiększając w ten sposób ilość zer na koncie i tak już bogatych inwestorów branży beauty? Niechże perfumy powstają z najbardziej nawet elitarnych i wymyślnych inspiracji, niech perfumiarze będą artystami, niech realizują swoje najbardziej nawet oderwane od rzeczywistości wizje, nawet jeśli na końcu ktoś gdzieś po prostu polubi dany zapach i „tylko” dlatego będzie go używał, nie wnikając zupełnie w całą otoczkę.

Bo tak właśnie jest w tym przypadku. Mimo całej swej abstrakcyjności i koncepcyjności, mimo niewątpliwego artyzmu, mimo niezwykłej inspiracji i intrygującego przesłania, Hermann A Mes Cotes… to przede wszystkim perfumy przeznaczone do noszenia, a nie wyłącznie podziwiania. Mają wyraźną, raczej męską sygnaturę, wyrazistą projekcję, więcej niż dobrą trwałość. Subtelnie ewoluują na skórze – w sposób, który nie wywraca całości do góry nogami, tylko trwa nie pozwalając nam zapomnieć, o czym jest ten zapach. Koncepcyjnie są bardzo interesujące, unikatowe i frapujące, a użytkowo – świetnie zrobione. Oto pachnidło kreatywne – na miarę XXI wieku. Tandemowi Etienne de Swardt i Quentin Bisch po raz kolejny należą się słowa uznania.

ELDO hermann flakon.jpg

główne nuty: pączki czarnej porzeczki, czarny pieprz, galbanum, Calypsone, geosmina, kadzidło frankońskie, Pepperwood, Petalia, absolut różany, paczula, Ambroxan

perfumiarz: Quentin Bisch

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

Etat Libre d’Orange „Remarkable People”

Remarkable People (autor… nieznany, choć z pewnych względów podejrzewam Violaine Collas…) miał premierę w zeszłym roku. Prezentuje on odmienne oblicze marki Etat Libre d’Orange, która do niedawna znana była jako z jedna z najbardziej eksperymentalnych i odważnych niszowych marek współczesnej perfumerii. Artystyczne ambicje twórcy marki, Etienne’a de Swardta, realizowane były przez świetnych perfumiarzy w postaci kultowych dziś pachnideł, mi.in. Tom of Finland, Charogne, Rien, Jasmin et Cigarette, Fat Electrician, Je Suis un Homme czy Seceretions Magnifiques.

Remarkable People to sprawnie wykonany, bardzo aktualny, zważywszy na zapoczątkowaną przez Hermesa modę na pachnidła transparentne, zapach uniseksowy, w którym wiodącą rolę kardamonu połączono z całkiem udanym akordem szampana. Całość doprawiono bardzo subtelnie pieprzem i osadzono na drzewnej bazie. W składzie wymieniany jest też pachnący drewnem, ambrą i skóra Lorenox, o którym wspominałem już przy okazji innego zapachy tej marki: Dangerous Complicity.

champagne

Remarkable People to lekki, transparentny zapach przyprawowo-drzewny z ładną, choć krótkotrwałą nutką szampana, który nie może się nie spodobać.  To osobliwa wariacja nt. Declaration Cartiera, w której kardamon zrównoważono nutka szampana i oryginalnym współczesnym akordem ambrowym.

Jest w Remarkable People nutka oryginalności, ale całość jest bardzo mocno „uładzona” i nastawiona na natychmiastowe spodobanie się. Zapach jest delikatny, nie narzucający się, bezpieczny, idealnie uniseksowy, bez elementów ciążących w kierunku żadnej z płci. Politycznie poprawny, idealny „biurowiec”, wyróżniający się subtelną sygnaturą. To nie jest złe czy nieudane pachnidło. Absolutnie nie. Dalekie jest jednak – jak sądzę – od ideałów Etienne’a De Swardta, które przyświecały mu, gdy tworzył i prowadził ELdO przez pierwsze lata jego istnienia. Cóż – ELdO idzie widać z duchem czasu i biznesu.

Eldo Remarkable-People

główne nuty: grejpfrut, akord szampana, kardamon, jaśmin, curry, czarny pieprz, labdanum, drewno sandałowe, Lorenox

twórca: bd.

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

Etat Libre d’Orange „La Fin du Monde”

Jak będzie pachniał koniec świata? Tu pewnie każdy z nas – gdy puści wodzę fantazji – będzie miał inne wyobrażenia (zgadnę, że wiele z nich będzie opartych na filmach z Hollywood). Niejaki Quentin Bisch wyobraża sobie zapach końca świata bardzo nietypowo, a swoją wizję przelał na perfumy, które w 2013 roku niszowa marka Etat Libre d’Orange włączyła do swego portfolio. Bisch to młody i świetnie zapowiadający się perfumiarz, postać znana tym, którzy obejrzeli 4 odcinkowy serial BBC pt. Perfume. Tam pojawił się jako młody adept szkoły perfumiarskiej Givaudan ze łzami w oczach opowiadający o tym, jak właśnie spełniają się jego marzenia, by zostać perfumiarzem. Ta chwytająca za serce scena z filmu pięknie pokazuje, jak wrażliwymi i pełnymi bezgranicznej pasji są twórcy perfum i jak ważne są to cechy w tej niezwykłej profesji. Twórca Etat Libre d’Orange – Etienne de Swardt – znał Bischa jeszcze zanim ten wstąpił do Givaudan. Bisch regularnie odwiedzał flagowy sklep ELdO w Paryżu i deklarował się jako wielki fan marki i perfumowej koncepcji de Swardta. Gdy więc ten postanowił stworzyć pachnidło zainspirowane książką Blaise’a Cendrarsa zatytułowaną „The End Of The World Filmed By The Angel Of Notre-Dame”, Quentin Bisch był pierwszym perfumiarzem, o jakim de Swardt pomyślał. La Fin du Monde jest pierwszą w pełni samodzielną skomercjalizowaną kompozycją Quentina. Za jej pomocą artysta udowadnia swój bezsprzeczny talent. Powiem więcej – zaczyna z bardzo wysokiego pułapu – to bardzo mocny debiut!

quentin-bisch
Quentin Bisch

Początek La Fin du Monde oszałamia przepiękną i jednocześnie bardzo współczesną odsłoną irysa (przypominającą tą z Dior Homme), który został tu bardzo umiejętnie „podrasowany” przy pomocy ziarna marchwi, które współgra z irysem fenomenalnie, czego dowiedli już Rosine Courage w swoim Nirmal dla Laboratorio Olfattivo oraz Bertrand Duchaufour w Bois d’Ombrie dla Eau D’Italie. Kmin i sezam doskonale uzupełniają nowatorski i bardzo sugestywny akord popcornu przydający zaskakującej i intrygującej aury (jest też charakterystyczna popcornowa nutka maślana). Akord popcornu był pierwszym pomysłem Quentina Bischa, gdy pracował nad koncepcją tego zapachu. W jednej z rozmów z de Swardtem przekonywał go, że wszelkie wizje końca świata znamy głównie z filmu, z kina i to amerykańskiego. Popcorn idealnie więc wpisywał się w tę przewrotną koncepcję… Pomysłowe, prawda? Lubię i doceniam takie pomysły w perfumerii.

popcorn

W miarę upływu czasu początkowo bardzo intensywny zapach oczywiście nieco traci na mocy i projekcji, ale w ciągu następnych godzin jest bardzo dobrze wyczuwalny. Nabiera ciepłej zmysłowości dzięki sandałowcowi i ambrette, które pięknie podbudowują zmysłowy, cielesny wymiar bazy zapachu („sympatię” esencji z ziarna ambrette do irysa wykorzystał wcześniej James Heeley w chłodnym jak jesienny deszcze Iris de Nuit). Baza zapachu, w której na sandałowo-piżmowym tle wciąż słychać „echa” popcornu, uzupełniona jest o niecodzienną, pachnącą krzemieniem nutę prochu strzelniczego. Baza jest sygnaturowa, charakterystyczna i – by użyć filmowego porównania – trzyma w napięciu niemal tak dobrze, jak wcześniejsze etapy zapachu. Jak więc widać La Fin du Monde złożony został w dużej części z bardzo niecodziennych składników, nut i akordów. Mimo to jako całość pachnie zaskakująco przyjaźnie, a przy tym niezwykle intrygująco, bo znajomo i jednocześnie zupełnie obco.

irys

La Fin du Monde przekonuje mnie od pierwszej do ostatniej (odległej zresztą o dobrych kilkanaście godzin) sekundy trwania na skórze. Jest fantastycznym pachnidłem, z którego wprost bije perfumiarska pomysłowość. Dawno nie miałem okazji obcować z zapachem, który zostałby zrobiony z taką pasją, inwencją i świeżym spojrzeniem. Bisch mądrze wykorzystał w nim wydeptane perfumiarskie ścieżki i jednocześnie zaznaczył nowe. Odważnie połączył niecodzienne nuty w jedną absolutnie przekonującą całość, która stanowi pełnoprawne i – co niezwykle ważne – absolutnie noszalne perfumy, dalekie od niszowych „freaków”, ale jednocześnie doskonałe wpisuje się w styl marki Etat Libre d’Orange znanej z oryginalnych pomysłów i odważnego przesuwania granic tego, co nazywamy perfumami. Quentin Bisch stworzył w pełni oryginalny, nowoczesny i ze smakiem awangardowy zapach, którego nosi się z wielką przyjemnością i satysfakcją, jaką ma się z noszenia zapachu wyjątkowego.

La Fin du Monde nie jest według mnie ani jednoznacznie kobiecy, ani męski. Przyparty do muru stwierdziłbym, że jest w nim może nieco więcej męskości, ale to tylko dlatego, że brak w nim archetypicznych damskich nut, a irys podany został totalnie uniseksowo. Powiedziałbym, że pod tym względem pierwiastek kobiecy bardziej obecny jest w Dior Homme, a szczególnie w wersji Intense, aniżeli w La Fin du Monde, który zresztą uważam za pozycję obowiązkowa do przetestowania nie tylko przez wielbicieli Dior Homme.

LaFinduMonde

główne składniki: popcorn, ziarno marchwi, kmin, sezam, czarny pieprz, frezja, wetiwer, drewno sandałowe, ambrette, irys, styrax, proch strzelniczy

twórca: Quentin Bisch

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra+
  • trwałość: ponad 10 h