Serge Lutens „Clair de Musc”

Pamiętacie Bestię?

furry-beast-3

„Początkowo miód i róże. Nic nie wskazuje na to, że pod ich warstwą leży… bestia. Nie od razu, ale już po chwili czuć jej gęstą sierść. Z czasem szczypiące w nos kastoreum wygrywa z innymi składnikami. Włochaty costus dodatkowo wzmaga zapach sierści. Czystej sierści, pachnącej samą sobą… Bestia żyje. Jej rozgrzane futro uwalnia wonne molekuły dając znać otoczeniu o swej obecności. Miód i róże były tylko po to, by przyciągnąć i odwrócić uwagę, ale teraz już patrzymy prosto w oczy bestii… Jednak, im więcej czasu z nią spędzamy, tym bardziej okazuje się być ona wielkim i przyjaznym, zupełnie niegroźnym futrzakiem, tak że na samym końcu zaczynamy wręcz pałać do niej sympatią… Kolejne z nią spotkanie nie jest już tak traumatyczne, bo wiemy, po co róże i po co miód. Poznaliśmy już bestię i oswajamy się z nią, a ona z nami. Jej futrzasta nieporadność i maślane spojrzenie zaczynają wzbudzać w nas sympatię. Lubimy zwierzaka. Właśnie tak.”

Właśnie tak obrazowo kilka lat temu opisywałem Muscs Koublai Khan, niezwykłe, przepełnione zwierzęcymi aromatami piżmowe pachnidło Serge’a Lutensa. Zdecydowanie najodważniejszy zapach w jego ofercie, akceptowalny chyba tylko przez nielicznych koneserów i zapachowych freaków. Pięć lat po jego premierze duet Lutens/Sheldrake przedstawił zgoła odmienną interpretację piżmowego tematu, tytułując ją znacząco

Clair de Musc – Jasne Piżmo.

To piżmowy Dr Jecykll. Po niepokojącym Mr Hyde pozostało tylko wspomnienie. Clair de Musc nie wzbudza niepokoju. Przeciwnie – wprowadza w stan błogości. Jest delikatny, czysty, biały, jak świeżo uprana pościel. Niewinny i jasny jak aniołek w porównaniu to niedomytego futrzanego Khana.

Clair de Musc nie zawiera oczywiście wyłącznie piżm, choć tych jest tu z pewnością ponad normę i przebijają się przez dość skromną powłokę pozostałych molekuł bardzo skutecznie niemal od początku. Wstęp jest troszeczkę rozrzedzony bergamotką, po czym zaraz ujawnia się wyraźna neroli połączona z subtelnym irysem. Istotnym więc aspektem tej kompozycji jest subtelny akord kwiatowy. To on – wraz z leżącymi u podstaw białymi piżmami – buduje istotę Clair de Musc, przy czym, jak łatwo się domyśleć, z czasem piżma stają się jedynymi bohaterami tej opowieści. Piżmowa treść Clair de Musc jest tu zresztą jedną z najlepszych w swym gatunku. Szerokie – mam wrażenie – spektrum zastosowanych tu typów piżm skutkuje sporym zniuansowaniem piżmowego akordu. Pachnie on jednocześnie ciepło, otulająco, troszkę słodko, ale przez pewien czas subtelnie gryząc nozdrza nieco ostrzejszą nutką, którą zwykłem określać jako zapach rozgrzanego żelazka.

biala-posciel-hotelowa

Z natury rzeczy Clair de Musc jest zapachem bardzo trwałym, ale też przez większość czasu trzyma się blisko skóry. Emituje delikatną, nienarzucającą się woń. Tworzy aurę ciepłej, komfortowej, kojącej czystości. Z czasem staje się bardziej mydlany, a nawet pudrowy. Ma w sobie na tyle dużo kobiecości, że nie odważyłbym się nazwać go uniseksem. Ze względu na swój powściągliwy charakter, idealnie nada się na te okazje, gdy nie chcemy pachnieć głośno i intensywnie, ani zwracać uwagę swoimi perfumami, ale po prostu chcemy dobrze pachnieć i czuć się komfortowo.

Będąc pełnoprawnym pachnidłem, o jednak dość minimalistycznym charakterze i wyjątkowo dużej koncentracji klasycznych składników bazowych, jakimi są przecież piżma, Clair de Musc może też świetnie nadawać się do kombinacji z innymi perfumami, którym w ten sposób doda zmysłowej głębi i trwałości. Jakie to będą perfumy, to już wyłącznie kwestia naszej pomysłowości.

serge-lutens-clair-de-musc

 

główne nuty: bergamotka, neroli, irys, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2003

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 5,0

Kwiaty od Serge’a Lutensa: „Fleurs d’oranger” i „Datura noir”

Fleurs d’oranger 

Zaprezentowany w 2003 roku przez Serge’a Lutensa Fleurs d’Oranger to coś więcej, niż perfumy z nutą kwiatu pomarańczy. To prawdziwa olfaktoryczna oda do tego uroczego aromatu, który został tu umieszczony w samym centrum i ze smakiem podrasowany przez kilka innych składników, które decydują o jego unikatowym i subtelnie zmieniającym się w czasie obliczu. Przez znawców uważane za jedne z najważniejszych i najlepszych perfum dedykowanych tej pięknej, jakże optymistycznej, ciepłej i słonecznej woni kwiatu pomarańczy. Moim zdaniem, zdecydowanie słusznie.

fleur-oranger-blanche-full-12313360

Intensywny początek jest bardzo świeży i ekspansywny. To chyba najpotężniejsza nuta kwiatu pomarańczy, z jaką kiedykolwiek się zetknąłem. Niesamowicie świeża, rześka, obezwładniająca swą wyrazistością. Piękna! Z czasem ociepla się, zgrabnie połączona z nutą tuberozy i białej róży, ale wciąż pozostaje świeża i zaskakująco lekka. Drugi plan tego zapachu, czyli baza – to, co nadaje mu głębi i trwałości – działa tu tyleż efektywnie, co niemal niezauważalnie. Zmysłowy kmin przydaje subtelnej cielesności, zaś użyty z mistrzowska precyzją cywet wzmacnia organiczną naturę pomarańczowego kwiatu, a pachnące roślinnym piżmem ziarno hibiskusa (krewny ketmii piżmowej) pogłębia, utrwala i nadaje zmysłowej głębi. Wreszcie w spektrum zapachowym pojawiają się znak firmowy Lutensa: pachnące świeżo prasowaną pościelą i rozgrzanym żelazkiem białe piżma. Wszystkie te nuty i składniki są jednak podporządkowane głównemu tematowi, który ani przez chwilę nie zostaje nimi zdominowany. Przeciwnie, tylko dzięki nim zyskuje.

Fleurs d’oranger pachnie świeżo, mocno, projektując – ku mojej uciesze – bardzo wyraźnie. Przy tym przez cały czas zachowuje lekkość i zwiewność i ani na chwilę nie traci nic ze swego początkowego swego uroku. Jest to w gruncie rzeczy lekki, uniseksowy zapach białokwiatowy o świeżości, której nie obawiałbym się nazwać kolońską, szczególnie jeżeli w ten sam sposób określamy pachnidła w typie Neroli Portofino marki pewnego znanego skądinąd i coraz bardziej lubianego reżysera filmowego…

serge-lutens-fleurs

główne nuty: kwiat pomarańczy, tuberoza, biała róża, kmin, ziarno hibiskusa, cywet, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2003

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

Datura Noir

W języku hindi dhatūrā oznacza „kolczaste jabłko”. To owoc rośliny zwanej bieluniem. Bieluń, zwany też burgmansją lub Angel’s Trumpet, prócz tego, że owocuje w tak oryginalny sposób, rozkwita kwieciem równie unikatowym…

datura-flower

Serge Lutens pisze:

By być precyzyjnym, pewnej nocy wziąłem Burgamansję, znaną także jako Anielska Trąba, i wydestylowałem z niej nuty jej tęsknych wspomnień.

Ale Datura Noir nie jest w żadnej mierze destylatem z tego kwiatu, ani nawet próbą odtworzenia jego zapachu. To znacznie więcej. To pełnoprawne, bogate w ingrediencje i nuty zapachowe, gęste pachnidło białokwiatowe, w którym dominująca tuberoza przyozdobiona została całą masą akcentów kulinarnych, poczynając od kokosa, poprzez morelę, migdał, a na wanilii kończąc. W to wszystko perfumiarz mocno podrasował przez dłuższy czas bardzo wyrazistą słodko-migdałową heliotropiną i osadził na miękkiej, komfortowej i zmysłowej bazie ze wspomnianej wanilii, mirry i piżm, która z czasem wychodzi na pierwszy plan usuwając aspekt kwiatowy w cień.

Jaeger-LeCoultre Portrait Session With Diane Kruger

Datura Noir to klasyczny wczesny Lutens, intensywny, gęsty, nieco prowokujący, ale jednocześnie przyjazny, daleki od eksperymentów, skupiony na klasycznie pojmowanym pięknie. Bo to są piękne i bardzo kobiece, ciepłe, otulające i bardzo zmysłowe perfumy, pachnące słodkim kwiatowym nektarem, które w moim wyobrażeniu szczególnie dobrze podkreślają pewien konkretny typ kobiecości…

lutens-datura-noir

główne nuty: mandarynka, kwiat cytryny, tuberoza, kokos, morela, osmantus, heliotrop, tonka, migdał, mirra, wanilia, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2001

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

 

 

 

Serge Lutens „Bapteme du Feu”. Chrzest bojowy albo dzieło wizjonera…

Maestro Serge Lutens odezwał się po raz kolejny. Czy jego olfaktoryczna wizja wciąż jest tak ekscytująca, jak niegdyś?

Po charakterystycznych, smukłych, prostokątnych, ascetycznych flakonach od lat możemy spodziewać się niezwykłej zawartości. Tak już do tego przywykliśmy, że kolejne premierowe pachnidła Serge’a Lutensa przestały nas ekscytować, a przynajmniej nie ekscytują nas tak bardzo, jak to miało miejsce lat temu kilkanaście, gdy niszowych marek perfumowych, a co za tym idzie nowych pachnideł, było kilkakrotnie mniej.  Obecnie każdy nowy „lutek” ginie gdzieś w ferworze setek, jak nie tysięcy niszowych premier, których świadkami jesteśmy każdego roku… Ta masa często bezwartościowych, wiedzionych li wyłącznie marketingiem zapachowych „gniotów”, ogranych schematów i wtórnych do bólu koncepcji skutecznie przesłania nam zapachowe klejnoty…

Nie dajmy się więc zwieść. Zaufajmy Serge’owi Lutensowi, jego wyrafinowaniu i wyjątkowym perfumowym wizjom.

Bo ten facet to bezdyskusyjny wizjoner, jedna z absolutnie najbardziej niezwykłych i najważniejszych postaci, jakie kiedykolwiek pojawiły się  w świecie perfum. Jego głoś wciąż się liczy. A jego forma w ostatnim czasie zwyżkuje, czego dowodem są kolejne interesujące, nowatorskie i niesztampowe pachnidła, które zwykle zaskakują oryginalną nazwą, takimże pomysłem i jego perfekcyjnym wykonaniem. Najnowsze Bapteme du Feu (Chrzest Bojowy) zdają się potwierdzać tę prawidłowość.

serge_lutens_by_ran_reuveni
Serge Lutens (fot. Ran Reuveni)

Witająca nas mieszanka słodko-cytrusowej woni mandarynki i słono-słodkiego akordu karmelowego jest ekscytująco zaskakująca. Oto akord charakterystyczny, wyjątkowy, zapadający w pamięć, a jednocześnie absolutnie przyjazny, łatwo akceptowalny. Zresztą dalszy ciąg jest równie przyjemny co niebanalny. Zanikająca dość szybko mandarynka ustępuje miejsca coraz bardziej słonej nucie kulinarnej, częściowo też kwiatowej. Czuję także nutę strzelniczego prochu lub krzemienia. Coraz głośniejsze jest dodające całości głębi i jeszcze bardziej niecodziennego charakteru kastoreum. Całość otacza nieco pudrowa aura, konkludując dryfującą w kierunku kobiecej skóry całość…  A ta jest nie tylko bardzo charakterystyczna, ale i nowoczesna, ewidentnie korzystająca ze zdobyczy współczesnej techniki w zakresie pozyskiwania pachnących molekuł, także tych nie pochodzących wprost od natury…

Baptem de Feu jest od pierwszych minut mocny, wyraźnie projektujący i wyczuwalny. Jest też absolutnie nie do pomylenia z niczym innym. To jest to, co w perfumach lubię najbardziej. Aromat, który po pierwszym kontakcie zapada głęboko w pamięć i pozostaje tam na zawsze…

Opisywanie Baptem de Feu poprzez składające się na niego nuty czy ingrediencje nie oddaje tej woni jako całości, a tak bezwzględnie trzeba ten zapach traktować. Unikatowość tego aromatu docenić można wyłącznie poprzez testy. Mogę jedynie zapewnić, że naprawdę warto je przeprowadzić.

Brawa dla niestrudzonego duetu Lutens/ Sheldrake – perfumiarzy – poszukiwaczy woni niebanalnych i dotąd nieodkrytych. Bapteme de feu to Ich strzał w … szóstkę?

lutens-bapteme

główne nuty:  mandarynka, piernik, nuty pudrowe, osmanthus, kastoreum, nuty drzewne

perfumiarze: Christopher Sheldarake i Serge Lutens

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 5,0/ oryginalność: 6,0/  projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

Serge Lutens i lawenda: „Encens et Lavande” i „Gris Clair”

Lawenda to historycznie jeden z najważniejszych składników perfumeryjnych. To nie tylko tradycyjny składnik wód toaletowych niemal od początku ich wyrabiania, ale także trzon tzw. paprociowej (fougere) rodziny perfumowej, której początek dało słynne Fougere Royale (1882) marki Houbigant. Także i dziś bogata w aromatyczne molekuły esencja z tej niezwykle wonnej rośliny jest bardzo chętnie używana przez perfumiarzy, szczególnie w formułach zapachów męskich. Ale faktem jest, że współcześnie w perfumowym mainstreamie używa się jej bardzo ostrożnie, z ogromnym umiarem, tak by nie popaść w niemodną dziś retro estetykę wód toaletowych sprzed dekad. Do tego celu służą m.in. otrzymywane nowoczesnymi metodami  laboratoryjnymi izolaty olejku lawendowego, będące efektem destylacji frakcyjnej, które pachną co prawda bardziej ubogo od pełnowymiarowego olejku, ale za to pozbawione są tych aromatów, które we współczesnej perfumerii nie są powszechnie akceptowalne. Innymi słowy esencję lawendy oczyszcza się z mniej przyjemnych dla współczesnego „konsumenta” perfum frakcji i w takim kształcie dozuje w perfumach.

Lavender-1_0

Tak to się dziwnie poukładało, że dziś najbardziej wyraziste pachnidła lawendowe, zawierające często klasyczny lawendowy olejek, a czasem nawet absolut z lawendy, proponowane są niemal wyłącznie przez marki niszowe i ekskluzywne (w ofercie większości z nich można znaleźć pachnidła z lawendową dominantą), gdyż klienci sięgający po ich produkty uchodzą za bardziej wyrobionych, w tym także koneserów i miłośników perfum. Do tej grupy należą z pewnością wielbiciele olfaktorycznych propozycji Serge’a Lutensa, jednego z pionierów perfumerii artystycznej i niszowej. Serge Lutens jako wizjoner perfum nigdy nie obawiał się odważnych i zdecydowanych aromatów, przeciwnie – w pierwszym okresie swej twórczości tworzył pachnidła mocne, wyraziste i odległe od głównego nurtu, a przy tym często wynoszące na piedestał klasyczne perfumowe ingrediencje (kwiat pomarańczy, tuberoza, róża, piżma, mech dębu itd.). Także i lawendę potraktował z należnym jej szacunkiem, na co dowodem niech będzie fakt, że umieścił ją w centrum dwóch swoich dzieł, których powstanie dzieli dekada: Encens et Lavande (1996) i Gris Clair (2006).

serge-lutens

1996 – Encens et Lavande

„Pod kwiecisto-niebieskimi nieboskłonem przemówiły do mnie szare kamienie kaplicy. Przejrzysta nazwa tych perfum przyszła mi na myśl spontanicznie. Nie śmiałem jej zmieniać. Kadzidło i lawenda; były niemal pół na pół, zanim pojawiła się zuchwałość.”

Serge Lutens

blue chapel

Encens et Lavande to nie tylko hołd złożony lawendzie, ale także i próba nobilitacji tego zdeprecjonowanego aromatu poprzez połączenie go z nabożnym, wielbionym kadzidłem.

Ta nieco surowa, wytrawna, chłodna i nieco dystyngowana kompozycja powstała w pierwszych latach współpracy duetu Serge Lutens i Christopher Sheldrake, które wielu miłośników marki uważa za okres najlepszy i najbardziej twórczy. W przypadku Encens et Lavande trudno mówić o wyrafinowaniu. Zdecydowanie natomiast można mówić o sugestywnym minimalizmie. Siłą tego zapachu jest przekonująco zbudowany kontrast, (który wg mnie jest warunkiem koniecznym dla powstania co najmniej intrygujących, a często także i wybitnych perfum). Dwie główne nuty lawendy i kadzidła współgrają tu perfekcyjnie. Ich zestawienie powoduje, że początkowo dominująca, najpierw lekko kwaśna (prawdopodobnie przez śladową obecność cytrusa), później coraz bardziej sucha, ale też mocno ziołowa lawenda (mam wrażenie że obecna jest tu też odrobina szałwii jako łącznik pomiędzy dwoma głównymi aromatami) stopniowo wypierana jest przez zimne niczym katedralna posadzka kadzidło. I tak się toczy ten zapach jako zakończona remisem próba sił dwóch wspaniałych perfumowych ingrediencji. Jest w tym zapachu fascynująca asceza, która doskonale wpisuje się w jego charakter.

olibanum (1)

Encens et Lavande to dzieło Serge’a Lutensa pionierskiego, z wizją i mgiełką tajemnicy, wzbudzającego jako twórca perfum zachwyt i podziw. Szczególnie, gdy umieścimy to pachnidło w kontekście roku jego premiery i faktu, że poprzedziło on zarówno kultową kadzidlaną serię Comme des Garcons, jak i Rock Crystal Oliviera Durbano, a nawet Passage d’Enfer L’Artisan Parfumeur.

Encens et Lavande pachnie całkiem wyraziście, szczególnie przez pierwsze kilkadziesiąt minut, i ma dobrą trwałość. To pozycja obowiązkowa dla każdego fana nie tylko kadziła i lawendy w perfumach, ale i niszy perfumowej w ogóle.

lutens encense et lavande

główne nuty: lawenda, kadzidło

twórca: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 1996

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

2006 – Gris Clair czyli Jasnoszary

„Jak pył rozwiewany nad martwym miastem. Tak szare, jak popiół unoszący się w rozpromienione niebo. Lawenda, a później – by do czystości dodać szarości  – dodałem kadzidło. Mam fioła na jego punkcie! W każdym znaczeniu kadzidło ma sens dla moich zmysłów.” 

Serge Lutens

Gris Clair to bardzo interesujące pachnidło, fascynujące mnie od dawna niezwykłym połączeniem prowansalskiego zioła z kulinarną zmysłowością tonki i szaloną dawką piżm.

Dziesięć lat po premierze Encens & Lavande Lutens i Sheldrake powrócili do tematu lawendy i kadzidła, przedstawiając go w innym kontekście i bogatszej oprawie – awangardowego fougere. Zamiast wytrawnej, chłodnej i dystyngowanej, woń jest czysta i gorąca oraz bardziej przyjazna. Efekt czystości zapewnia bardzo tu wyraźna nuta lawendy, wycyzelowana i „wyczyszczona”, ale nie tak mocna i nie tak wyrazista, jak ta z Encens et Lavande. Zaś ciepło wyzwala się w wyniku połączenia ambry i słodkiej tonki z potężną dawką piżm, powodujących olfaktoryczny efekt rozgrzanej żelazkiem tkaniny. Obrazowo Gris Clair można opisać jako zapach suszonej lawendy prasowanej żelazkiem. Kadzidło nie ujawnia się tu indywidualnie – raczej buduje opartą na esencji bobu tonka i piżmach bazę tego nietypowego fougere.

Zapach nie emanuje zbyt mocno, ale intrygująco otula i jest wyczuwalny na skórze przez długi czas. Preferuję go ponad Encens et Lavande ze względu na jego ciepły i męski charakter fougere. Jest bez wątpienia jednym z najbardziej osobliwych pachnideł z lawendą w centrum. Zdecydowanie wartym poznania.

lutens gris clair

główne nuty: lawenda, irys, ambra, tonka, nuty drzewne, kadzidło, piżma

twórca: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2006

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Bukiet z pięciu róż…

Róża to w perfumerii bardzo atrakcyjny i niezwykle wdzięczny temat do eksploracji. Nie ma chyba – poza jaśminem – drugiej tak bardzo perfumowej woni kwiatowej. Zarówno esencja jak i absolut z róży to substancje tak złożone, że już same w sobie stanowią perfumową kompozycję, tyle że stworzoną przez naturę, a wydobytą z niej przez człowieka. Dowodzą tego kolejne pachnidła powstające niemal jak grzyby po deszczu. Trudno się dziwić – zapach różanej esencji czy absolutu z róży to właściwie perfumy same w sobie. Co więcej pięknie poddają się modyfikacją i łączeniom z innymi ingrediencjami. W efekcie tego perfumy z dominującą nutą róży mogą obecnie pachnieć rozmaicie.

 

Maison Francis Kurkdjian – A la Rose – dwieście pięćdziesiąt róż…

Najmłodsze dziecko Francisa to – jak napisano w materiałach reklamowych – oda do kobiecości. Na każdy flakon A la rose złożyło się m.in. 250 róż z Grasse, specjalnego, wyjątkowego dla perfumiarzy gatunku róży stulistnej. Prócz tego Kurkdjian zastosował esencję z klasycznej róży bułgarskiej, tak więc wykorzystał esencje z dwóch gatunków róży, przez co (a także w wyniku odpowiednio dopracowanej formuły) różana nuta obecna jest przez cały czas trwania zapachu na skórze.

rose_pink_grasse_provence

A la Rose to śliczny, delikatny i zwiewny zapach różany o niezwykłej lekkości, nadanej na początku przy pomocy cytrusów, które w sercu zapachu odsłaniają zielony akord fiołkowy. Tak więc w pierwszych minutach czujemy różę bułgarską podaną na świeżo, rześko, soczyście zielono. W sercu – obok fiołka – Francis zamontował też świeżą, nieco zieloną i nieco wodną nutę magnolii, która odpowiednio wzmacnia efekt świeżej lekkości. W pierwszych kwadransach A la Rose przypomina mi Kashan Rose od The Different Company. Podobny, świeżo zielono-różany efekt. Z czasem róża nabiera nieco charakteru, staje się bardziej stricte różana, niż zielona. To czas gdy epatuje stulistna róża z Grasse. Baza zapachu jest zmysłowo zadziorna poprzez obecność cedru połączonego z piżmami i echem po różanym temacie.

A la Rose to takie małe zapachowe arcydzieło i choć jest wręcz do bólu poprawne polityczne, przyjemne i harmonijne (cóż w tym złego?), to mnie właśnie  zachwyca tą perfekcją i doskonałym wyważeniem, bez popadania w różaną ciężkość. Zapach jest bardzo kobiecy, współczesny, doskonały na wiosnę czy lato, gdyż idealnie wpisujący się w soczystą zieleń i wszechobecne kolorowe kwiaty.

a la rose

nuty głowy: róża damasceńska z Bułgarii, bergamotka z Kalabrii, pomarańcza z Kalifornii

nuty serca: akord fiołka, magnolia

nuty bazy: cedr, akord piżma, róża stulistna z Grasse

twórca: Francis Kurkdjian

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena zapachu: ****

 

Eau de Italie – Paestum Rose – drewniana róża 

Gdy perfumy podpisuje Bertrand Duchaufour, nic nie może być zwyczajne. I nie jest. Powstałe dobre siedem lat temu Paestum Rose zaskakuje odważnym połączeniem róży z nutami drzewnymi i kadzidłem, dając w efekcie uniseksowy zapach drzewny z różaną dominantą, który pachnie jak nic innego. Mistyczna, tajemnicza róża.

wooden rose

Początek jest przyprawowy: dwa gatunku esencji z pieprzu oraz kolendra górują nad owocową nutą dawany i wprowadzają różano-kadzidlany temat serca. Ten podbudowany solidną drzewno-kadzidlaną bazą trwa na skórze kilka godzin. Istotnym składnikiem przydającym zielonej suchej drzewności jest znany z m.in. Timbuktu L’Artisan Parfumeur tego samego autora papirus. Nie będzie raczej dla nikogo zaskoczeniem, gdy napiszę że Paestum Rose pachnie jak żadne inne znane mi perfumy. To część małego olfaltorycznego wszechświata Bertranda Duchaufoura, który nie ma swych odpowiedników nigdzie poza nim. Arcy-oryginalność, arcy-unikatowości, słowem… genialność. Świetne pachnidło.

paestum rose

 

nuty głowy: dawana, czarny i różowy pieprz, kolendra

nuty serca: turecka róża, kadzidło, osmantus

nuty bazy: mirra, opopopnax, papirus, wenge

twórca: Bertrand Duchaufour

rok wprowadzenia: 2008

moja ocena zapachu: *****

 

 

 

Frederic Malle – Lipstick Rose – różana szminka

lipstick old commercial

Perfumiarz Ralf Schwieger ma bardzo miłe zapachowe wspomnienie swojej matki z czasu, gdy ten był jeszcze małym chłopcem. Gdy nachylała się nad jego łóżkiem, by dać mu całusa na dobranoc, czuł zapach jej różanych perfum zmieszany z pudrową wonią szminki. To wspomnienie stało się inspiracją dla stworzenia niezwykłego pachnidła dla Frederica Malle i jego Editions de Parfums. Lipstick Rose to tak sugestywne połączenie zapachu róży z pudrowym zapachem szminki (połączenie piżma, wanilii i akordu ambrowego), że właściwie nic więcej nie zostało tu do dodania, no może poza tym, że są to moim zdaniem piękne i bardzo zmysłowe oraz unikatowo pachnące kobiece perfumy, które mimo bardzo współczesnej daty powstania, emanują niezwykłą nostalgią i tęsknotą za ukochaną kobietą. Piękne.

malle lipstick

 

nuty głowy: grejpfrut

nuty serca: róża, fiołek

nuty bazy: piżmo, wanilia, wetiwer, ambra

twórca: Ralph Schwieger

rok wprowadzenia: 2000

moja ocena zapachu: *****

 

 

 

Serge Lutens La Fille de Berlin – róża szkarłatna

Różana esencja rozjaśniona cytrusem i wprawiona w ruch molekułami różowego pieprzu to pierwsze wrażenie zaraz po aplikacji La Fille de Berlin. Róża jest tu bardzo sugestywna, niemal namacalna, dostojna i esencjonalna. W sercu zapachu pojawia się nuta owocowo-zielona, która źródła opisują jako akord fiołka. Ale równie dobrze mógłby to być liść czarnej porzeczki lub nawet osmantus. Co ciekawe, w miarę upływu czasu z różano-zielonej esencji zaczynać sączyć się delikatna nuta żelazo-podobna, co w połączeniu z sugestywną barwą cieczy, chcąc nie chcąc kojarzy mi się z zapachem krwi. Ale to bardzo subiektywne skojarzenie, no i nuta ta jest dość subtelna i raczej nie trwa długo. Finisz jest ambrowo-piżmowy z wciąż wyczuwalnym różanym echem. Nie stanowi odrębnego etapu, raczej utrwala główny temat. Pozostawia uczucie różanego spełnienia, bowiem La Fille de Berlin to zapach różany wyjątkowej urody. Róża szkarłatna, soczysta, esencjonalna, głęboka, poruszająca…

Scarlet_rose

La Fille de Berlin to także jedno z najlepszych w ostatnich latach pachnideł duetu Lutens/ Sheldrake. Mimo siłą rzeczy ogranego przecież różanego tematu prezentuje ciekawy pomysł (doskonale zresztą zrealizowany) oraz świetną jakość przy wyraźnej projekcji i bardzo dobrej trwałości. Bravo Monsieurs!

LAFILDBERM

główne nutyróża, fiołek, różowy i czarny pieprz, ambra, piżmo

twórca: Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena zapachu: *****

 

Vero Profumo Rozy Eau de Parfum – róża retro 

Każdy zapach w tym zestawie jest na swój sposób wyjątkowy i każdy bez wyjątku zasługuje na uwagę jako doskonałe pachnidło składające hołd róży. Rozy ma w nim jednak miejsce szczególne. Po pierwsze dlatego, że jest debiutem na Perfumowym Blogu niszowej marki Vero Profumo, prowadzonej przez perfumiarkę Vero Kern, od której na początku swej kariery uczył się perfumiarskiego fachu Andy Tauer, a o której twórczości mam nadzieję wkrótce napisać osobny wpis na blogu. Ale przede wszystkim dlatego, że Rozy to – podobnie jak pozostałe pachnidła Kern – perfumy zupełnie wyjątkowe. Przy pierwszym kontakcie uderzają niedzisiejszym stylem, jakby powstały lat temu 70 lub 80. Druga ich cecha to wyraźna naturalność formuły i składników, co jest zresztą atutem nie tylko Rozy. Vero Kern przyznaje w wywiadach, że jej pachnidła w nadzwyczaj dużym procencie bazują na ingrediencjach pochodzenia naturalnego. Fakt – nie ona jedna to mówi. Ale jej akurat wierzę. Koneserski nos jest w stanie to wyczuć.

Rose1

Rozy to róża przybrana z jednej strony nutami owocowymi (brzoskwinia i maracuja), z drugiej kwiatowymi (lilak, hiacynt). Stąd początkowo czujemy złożony akord, w którym róża owszem zaznacza już swoją obecność, ale jest ona pięknie zmodyfikowana w kierunku różano-kwiatowo-owocowej świeżości, doprawionej subtelnie estragonem. Dopiero z czasem ewoluuje w bardziej tradycyjnie różany zapach. Wówczas też pojawia się mydlano-pudrowa nuta zgrabnie dosłodzona miodem, przydająca Rozy tego retro charakteru. Całość kompozycji oparta jest dość tradycyjnie na esencji z sandałowca. Rozy to prześliczne i oryginalne pachnidło, skarb dla tych, którzy poszukują w perfumach ich dawnej chwały, ich dawnego naturalnego piękna. Jakie to szczęście, że istnieje i tworzy ktoś taki, jak Vero Kern.

rozy_vero_profumo_edp

główne nuty: brzoskwinia, maracuja, róża, hiacynt, lilak, estragon, miód, drewno sandałowe, nuty pudrowe

twórca: Vero Kern

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena zapachu: *****

Serge Lutens „La Religieuse”

Maestro Serge Lutens wraz ze swym nieodłącznym partnerem, mistrzem perfumeryjnej sztuki Christopherem Sheldrakem, po raz kolejny w historii marki poświęcili swe dzieło kwiatowi jaśminu. Wcześniej jaśmin był już bohaterem w A La Nuit (2000) i Sarrasins (2007), sporo jest go także Nuit de Cellophane (2009). Tym razem możemy podziwiać go w La Religieuse (2015). Wbrew nazwie Zakonnik wcale nie pachnie więc kadzidłem, mimo że kadzidło jest wymieniane w jego składzie…

Lutens la-religieuse 1

Jaśmin w La Religieuse jest obecny od pierwszych sekund. Charakterystyczna białokwiatowa nuta została tu pozbawiona elementów „trudnych” i nabrała bardzo współczesnego kształtu. Towarzyszy jej abstrakcyjny i trudny do opisania, lekko słodki, jakby żywczno-balsamiczy akord, w którym doprawdy trudno jest zidentyfikować jakąkolwiek znaną mi nutę, choć kojarzy mi się z jakąś dość powszechnie używaną w perfumach i – szczerze mówiąc – niezbyt ładnie pachnącą „solo” aromamolekułą. Na szczęście dla całości nuta ta jest tu nie przesadnie intensywna. Zapach jaśminu zatopiono w białych piżmach. Piżma zresztą stanowią spory udział w kompozycji i decydują o jego słodkawej, ciepłej, cielesnej i dość długotrwałej, ale i subtelnej bazie. Całość sprawia wrażenie pozbawionej niuansów, czytelnej, prostej i nieskomplikowanej formuły, w której jaśminowi nadano specyficznej aury czyniąc z zapachu współczesny floriental.

jasmine

La Religieuse pachnie dość blisko skóry – poza pierwszym kwadransem, gdy projektuje bardziej wyraziście. Jego trwałość jest na standardowym lutensowskim, dobrym poziomie. Przyznam, że moje odczucia nt. tej kompozycji są ambiwalentne. Z jednej strony zapach ten jest owszem nawet intrygujący dzięki nietypowemu, interesującemu, uniseksowemu ujęciu jaśminu. Z drugiej strony poza tym nie ma nic nowego i ciekawego do zaproponowania. Rozwija się na skórze w sposób moim zdaniem mało ekscytujący, ale też i nie można odmówić mu jakości. Cóż – zdecydowanie lepiej udała się Lutensowi i Sheldrake’owi róża w La Fille de Berlin z 2013 roku. Ale o tym napiszę innym razem…

Lutens la-religieuse 2

główne nuty: jaśmin, kadzidło, cywet, piżmo

twórca: Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

  • zapach: średni
  • projekcja: średnia+
  • trwałość: ponad 10 h

Serge Lutens „L’Orpheline”

Serge Lutens ma 72 lata. Od mniej więcej 22 lat stoi na czele Les Salons du Palais Royal – stworzonej przez siebie niszowej marki perfumowej (nota bene będącej własnością koncernu kosmetycznego Shiseido), która wśród zapachowych koneserów cieszy się co najmniej wielką estymą, a często wręcz kultowym uwielbieniem. Całkiem zasłużenie. Lutens to jeden z pionierów niszowej, artystycznej perfumerii. Jedna z absolutnie najważniejszych postaci w jej współczesnej historii. Człowiek współodpowiedzialny nie tylko za przywrócenie perfumom ich artystycznego statusu, ale także za przeszczepienie elementów perfumerii arabskiej na grunt europejski. W ciągu tych ponad 20 lat spod jego skrzydeł wyfrunęło na świat wiele magicznych kompozycji zapachowych, w tym co najmniej kilka arcydzieł (Feminite du Bois, Ambre Sultan, Arabie, Borneo 1834). Od początku (poza wspomnianym Feminite du Bois) z Lutensem ściśle współpracuje perfumiarz Christopher Sheldrake. To być może najdłuższa perfumowa kooperacja w historii perfumerii. Duet ten wciąż tworzy i choć jego współczesne kreacje nie mają już ciężaru gatunkowego lutensowskich klasyków i hołdują całkiem innej stylistyce (okres marokański należy uznać za dawno zamknięty), nie zawsze też „brzmią” równie przekonująco, to jedno jest pewne – premiery nowych pachnideł Serge’a Lutensa wciąż wzbudzają spore zainteresowanie, a same pachnidła niezmiennie warte są co najmniej poznania. Bo Mistrz to Mistrz. A on sam natomiast nie musi obecnie już niczego nikomu udowadniać. Podąża jak zawsze swoją ścieżką, która w ostatnich latach skręciła wyraźnie od ciężkiego, często gęsto kwiatowego, przyprawowego, kadzidlanego, żywicznego i balsamicznego orientu ku zapachom zdecydowanie lżejszym, często abstrakcyjnym, kompletnie innym od tego, do czego na przestrzeni lat nas przyzwyczaił, a bliższym temu, co lata temu proponowało awangardowe wówczas Comme des Garcons.

serge-lutens-
Serge Lutens

W 2009 roku ukazał się zapach, który pod każdym względem nijak miał się do znanego stylu Serge’a. On sam zwykł określać go jako „antyperfumy”. Zaskakiwał już sam tytuł, a konkretnie jego ujmująca i surowa wręcz prostota: L’Eau Serge Lutens (w przypadku zapachów Lutensa określenie nazwy perfum jako tytułu ma moim zdaniem szczególne uzasadnienie). Dziś już wiadomo, że zapach ten był swoistą deklaracją, manifestem nowego kierunku zapachowych eksploracji duetu Lutens-Sheldrake, które w kolejnych latach przyniosły kontynuację cyklu L’Eau CollectionL’Eau Froide (2011) i Laine de Verre (2014), o których mam nadzieję przyjdzie jeszcze czas napisać.

Najmłodsze dziecko Serge’a Lutensa L’Orpheline (Sierota) nie sprawia wcale wrażenia osieroconego. Przeciwnie – pod względem zapachowym wydaje się być bliskim krewnym biało-piżmowych eksperymentów w Clair de Musc (2003), ale przede wszystkim przynależy olfaktorycznie (bo nie formalnie) do wspomnianej rodziny L’Eau Collection i jest kolejnym korkiem na drodze ku perfumowemu abstraktowi, „antyzapachowi”, perfumom anty-perfumowym, które swój charakter zawdzięczają przede wszystkim współczesnym osiągnięciom syntezy chemicznej i talentowi perfumiarskiemu Sheldrake’a. Serge Lutens przejmuje estetykę Comme des Garcons? Cóż – dokładnie tym tu pachnie…

orpheline-lutens-firstluxe

L’Orpheline to mieszanka przede wszystkim nut drzewnych, kadzidlanych i piżmowych, która jako taka – sądząc tylko po składnikach – mogłaby być klasycznie „staro-lutensowska” – ciężka, gęsta, obezwładniająca swym nasyceniem i głębią. Jest jednak zupełnie przeciwna. Zadziwiająco lekka, wręcz transparentna, przy tym bez wątpienia intrygująca i bardzo współczesna, a nawet odrobinę awangardowa. Otwiera się niezwykłą mieszanką unoszonych przez aldehydowy podmuch nut czystego jak kryształ olibanum i nuty niby-goździka (nie wymieniony w składzie może być złudzeniem powstałym w wyniku współbrzmienia innych ingrediencji), z od razu wyczuwalną sowitą dozą białych piżm. Nie wyczujemy tu więc brudnych, zwierzęcych, „sierściuchowych” akcentów znanych z Muscs Koublai Khan, tylko czyste, świeże, niemalże detergentowe piżma. Jedynie gdzieś tam z tyłu majaczy specyficzna, jakby „piekąca” w nos nutka, którą pamiętam własnie również z tła „piżmowego potwora”, gdzie na czele dominują przypominające woń futra nuty animalne. Co znamienne L’Orpheline mości się na skórze przez pewien czas łudząc swym niby-goździkowo-piżmowym zapachem, by po kilkudziesięciu minutach rozpocząć całkiem donośną projekcję magnetycznej i trudnej do opisania woni, w której dominuje jakby fougere’owa kumaryna mocno podlana piżmami. Doprawdy dziwne to pachnidło…Trudne do sklasyfikowania, stanowi pewne wzywanie, choć nosi się je bardzo przyjemnie… Jego ewidentna niszowość wynika z totalnie niemainstreamowej tematyki. Przy tym swego rodzaju elitarnego charakteru dodaje mu oszczędna stylistyka, gdyż w założeniu L’Orpheline nie ma perfumować – ma jedynie dodawać noszącemu osobliwego zapachu… Jest w tym jakaś awangardowy minimalizm, elitarne wyrafinowanie w duchu „im mniej tym lepiej”, które przekonuje. Przynajmniej mnie. Dobra odskocznia od wyrazistych niszowych „mocarzy” bez popadania w banał większości współczesnych lekkich i czystych, świeżych zapachów mainstreamu.

Specyfika L’Orpheline wymaga wg mnie nieco wyższych temperatur niż obecnie panujące, gdyż tylko takie pozwolą unieść się dość masywnym molekułom je budującym. Jest więc zapachem wskazanym na cieplejsze pory roku. Ładunek piżm gwarantuje natomiast długotrwałość na skórze, który ze względu na swój transparentny i w sumie lekki, antyzapachowy, abstrakcyjny charakter mógłby spokojnie stanowić kolejną wodę w L’Eau Collection. Po co więc to osierocenie Monsieur Lutens?

lutens lorpheline

główne nuty: aldehydy, drewno cedrowe, akord fougere, kumaryna, szara ambra, paczula, kadzidło, cashmeran

twórca: Christopher Sheldrake/ Serge Lutens

rok wprowadzenia: 2014

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 4/ projekcja: 3,5/ trwałość: 5,0/ flakon: 5,0