Frederic Malle „Rose and Cuir” czyli rebeliancka róża

Pierwotnie miały nazywać się Rose Rebelle. Pięknie. Później Rose Mistrale. Także ładnie. Ale że – jak wyjaśnił sam twórca zapachu – obie nazwy zostały już wcześniej wykorzystane i zastrzeżone przez inne marki, a próby ich wykupu zakończyły się fiaskiem ze względu na horrendalne sumy żądane przez tych nazw właścicieli, skończyło się na Rose & Cuir.

To moim zdaniem kiepska nazwa dla perfum, szczególnie takiej marki jak Frederic Malle Editions de Parfums (choć zgoda – niepierwszy to raz). Nie ma w niej żadnej poetyckości, nie ma nimbu tajemnicy. Wszystko jest podane na tacy… Róża i skóra. Wszyscy bowiem, którzy nie przepadają za różą i/ lub skórą w perfumach mogą skreślić ten zapach już tylko na podstawie nazwy. Ale byłby to błąd,

bo ten zapach to bowiem trick, oko puszczone do nas przez Jean-Claude’a Ellenę. Nie odnajdziemy w nim bowiem ani róży ani skóry…

Ale po kolei. Wszyscy już wiedzą, że Jean-Claude Ellena przeszedł na emeryturę po zakończeniu swej misji dla Hermesa. I zdaje się, że odzyskał energię i pasję tworzenia i poszukiwania. „Chcę się bawić” powiedział, co w ustach świeżo upieczonego emeryta zabrzmiało tyleż zaskakująco, co zrozumiale. Bo przecież mówiąc to, nie miał pewnie na myśli wieczorków zapoznawczych połączonych z dancingiem organizowanych przez klub seniora w Cabris (choć może to także). Chodziło mu raczej o zabawę tworzeniem, o zapachowe eksperymenty i realizację tego, czego podczas piastowania prestiżowej funkcji, która zdecydowanie lepiej brzmi po angielsku (co częste) niż po polsku (in house perfumer vs. perfumiarz domowy :)) albo nie realizował, albo (co bardziej prawdopodobne) się z tym nie ujawniał. Aż tu nagle – w tym samym 2019 roku – dwie premiery Perris Monte Carlo i kolejne dwie Laborattorio Olfattivo przez niego sygnowane. Jakby tego było mało kolejny zapach dla samego Frederica Malle, starego przyjaciela, z którym pracował jeszcze zanim zasiadł w domu Hermesa (Angéliques Sous La Pluie, Cologne Bigarade, L’Eau d’Hiver). Obaj spotkali się w Grasse w Prowansji, by przedyskutować ewentualny wspólny projekt i obaj złapali się na wspólnej fascynacji klasykiem Edmonda Roudnitski z 1949 roku La Rose de Rochas. To te perfumy stały się inspiracją dla Rose & Cuir. Ale nie tylko…

Jean-Claude Ellena

Jak się możemy domyślić, formuła zapachu jest dość krótka, składa się z 15 ingrediencji i – uwaga – nie zawiera ani grama esencji różanej! Co na to sam perfumiarz?

Czy róża dodałaby coś ważnego do tego zapachu? Nie. Więc ją pominąłem.

J.C. Ellena

Jednak od samego początku jest w nim obecna różo-podobna nuta, pachnąca wszakże inaczej, bowiem świeżo i zielono, a także nieco przyprawowo i bardziej „roślinnie” aniżeli kwiatowo. Owa pikantność to sprawka esencji z pieprzu Timut z Nepalu, z którą to przyprawą zapoznał Ellenę jego przyjaciel, Bretończyk, mistrz kuchni Olivier Roellinger (to ta właśnie znajomość i kulinarne inspiracje znalazły swój wyraz wcześniej w opisywanym przez mnie Epice Marine, które perfumiarz skomponowała jeszcze dla Hermesa). Świeża i lekka „różaność” to z kolei efekt użycia wyjątkowej jakości esencji z geranium, na którą wyłączność ma póki co Frederica Malle właśnie dla tej kompozycji. Nie od dziś wiadomo, że olejek z geranium ma wiele molekuł wspólnych z olejkiem różanym i oba są chętnie przez wielu perfumiarzy łączone, gdyż współgrają ze sobą idealnie. Z tym, że Jean-Claude Ellena to nie „wielu perfumiarzy”, więc róży nie użył…

Jak sam twierdzi, od lat preferuje krótkie formuły, bo stanowią dla niego wyzwanie. Zawsze stara się najpierw bardzo skrupulatnie dobrać składniki, tak by dawały wyjątkowy efekt, i żeby każdy wnosił coś do kompozycji. Odrzuca więc te, które są jego zdaniem bez wpływu, a następnie pracuje nad zbalansowaniem tych, które pozostały.

J.C. Ellena & Frederic Malle

No dobrze, wiemy już więc, że zapach pachnie geranium. I to pięknie i wyraziście. Jednak ktoś, kto nie zna aromatu geranium, zakwalifikuje dominującą tu nutę jako różę. A co z tytułową skórą? Czy wyczujemy w zapachu skórzany aromat? Nie do końca… A jeżeli tak, to będzie to bardzo specyficzne ujęcie skóry uzyskane za pomocą wynalezionej w latach 50-tych XX wieku molekuły isobutyl quinoline, dokładnie tej samej, która odpowiada za skórzany akord w słynnym Bandit Roberta Piqueta. Tu perfumiarz połączył go wetywerią i cedrem oraz słynną perfumową bazą Mousse de Saxe, by przydać całości nutkę – jak sam to opisuje – buraka cukrowego (!), mającą kojarzyć się z cierniami róży. Efektem jest trwały i subtelnie projektujący, nieco gorzki i „wegetalny” akord bazy.

Zapach – zanim został ostatecznie zatwierdzony przez Frederica Malle – przeszedł niemal sto iteracji, a niemal każda była efektem – uwaga – wymiany SMS-owej (!) pomiędzy oboma dżentelmenami. Oczywiście podczas tego procesu, który trwał ok. 6 m-cy, panowie spotkali się kilka razy, by bezpośrednio przedyskutować efekt i kierunek prac. Co zupełnie nowatorskie i bezprecedensowe – całą tę SMSową korespondencję ujawniono w Internecie i można ją sobie prześledzić tu. Trzeba przyznać, że pomysł bardzo oryginalny, ujawniający perfumeryjną „kuchnię” od dotąd nieznanej strony. Co więcej, pokazuje wymianę opinii pomiędzy nie byle kim, bo branżowymi tuzami! Dla perfumowych nerdów to kawał fascynującej lektury!

Rose & Cuir zbudowany jest z nut zielonych, lekko kwaśnych, winnych, wytrawnych i gorzkich i – jako taki – wcale nie jest zapachem łatwym, szczególnie dla niewyrobionego nosa. Bezkompromisowy – to chyba także adekwatne określenie. W Hermesie wbrew pozorom perfumiarz miał ograniczenia w postaci kierującym rozwojem perfum tzw. dyrektorem kreatywnym, a ten miał wyjątkowe wyczucie rynku i – mimo wszystko – musiał brać pod uwagę komercyjność zapachów. „Czy to się będzie sprzedawało”? – to pytanie zadawano sobie w biurze Hermesa wielokrotnie. To samo pytanie musiał sobie zadawać Frederic Malle. Jak twierdzi Ellena – Malle nie był do końca przekonany do ostatecznej wersji zapachu, więc dał sobie ok. 3 miesiące czasu, po których wrócił do Rose & Cuir „na świeżo”, by ostatecznie go zaaprobować. Czy podjął słuszną decyzję? Czas pokaże. Ja uważam, że ryzykowną…

główne nuty: pieprz, geranium, wetyweria, skóra, cedr, mech

rok premiery: 2019

nos: Jean-Claude Ellena

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0->3,0

Frederic Malle EdP „Music for a While”

Gdy w 2000 roku Frederic Malle debiutował jako wydawca perfum ze swą sygnaturową linią Editions de Parfums, podkreślał, że jego ambicją jest przywrócić światu prawdziwe francuskie Haute Parfumerie.

Śledząc kolejne premiery na przestrzeni ostatnich 10 lat i testując niemal wszystkie zapachy tej marki znalazłem w nich rzeczywiście wiele klasycznie francuskich perfumowych tematów. Tuberoza w Carnal Flower, róża w Une Rose, wetyweria w Vetiver Extraordinaire, paczula w Monsieur., magnolia w Eau de Magnolia, konwalia w cudownym En Passant, geranium w Geranium Pour Monsieur, irys w Iris Poudre, lilia w Lys Mediterranee, kasja w Une Fleur de Cassie, wreszcie jaśmin w genialnym Superstitious. Niemal komplet klasycznych nut, podanych wszakże zawsze w nowatorski sposób. Do 2018 roku brakowało jednak w tej kolekcji perfum z do cna francuską nutą, będącą jednocześnie jedną z moich ulubionych – nutą lawendy. W tymże właśnie roku premierę miał bowiem Music for a While – zapach powstały we współpracy Frederica Malle z legendarnym Carlosem Benaim’em (m.in Eau de Magnolia, Polo, Polo Blue, Flowerbomb).

Także tym razem twórcy pokusili się o utrzymane w zdrowych granicach nowatorstwo, doprawiając tę aromatyczną kompozycję, zdominowaną przez przepięknie pachnącą lawendę, „kroplą” ananasa.

Przydało to otwarciu zapachu subtelnej i nieco innej owocowości, niż ta, która wynikałaby z użytych tu tak czy inaczej cytrusów. Lawendowa dominanta (zdecydowanie chyba najpiękniejsza, jaką dotąd wąchałem) została osadzona na mocnym drzewnym akordzie z wyraźną paczulą, która w ciekawy sposób spaja się z lawendą w jeden aromatyczny akord oraz pozostającymi w tle: wanilią i labdanum nadającymi zapachowi ciepła i delikatnie orientalnego sznytu, nie zahaczającego jednak o kulinarne skojarzenia. Pewne skojarzenia z klasykiem Caron Pour Un Homme są tu nieuniknione, niemniej oba zapachy różnią się od siebie w podobnym stopniu, co Givenchy Gentleman i Monsieur. Frederica Malle. Czyli znacząco.

Zapach sprawia wrażenie prostego w konstrukcji. Taki – jak sądzę – był zamysł twórców. Nie chcieli naruszać naturalnego piękna umieszczonej w centrum lawendowej esencji, a jedynie je zręcznie podkreślić i pozbawić go archaicznych konotacji, o które w przypadku tej nuty niezwykle przecież łatwo. Wg mojej oceny w pełni im się to udało. Music for a While to absolutny must have dla wielbicieli lawendy w perfumach. Dla pozostałych to bardzo uprzejme zaproszenie do zapoznania się z tą przepiękną prowansalską wonią.


nuty głowy: cytryna, mandarynka, bergamotka

nuty serca: lawenda, ananas

nuty bazy: paczula, wanilia, labdanum,

rok premiery: 2018

nos: Carlos Benaim/ Frederic Malle

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0->3,5

Frederic Malle „Outrageous” – skandalicznie amerykański

Sophia Grojsman to postać legendarna i kultowa w perfumiarskich kręgach.Urodzona na Białorusi, w wieku 15 lat wyemigrowała z rodzicami do Polski, gdzie ukończyła studia w kierunku chemicznym (chemia nieorganiczna).

W 1965 roku przeniosła się do USA, gdzie już rok później – mając 20 lat – podjęła pracę w nowojorskim gigancie International Flavours & Fragrances jako asystent w laboratorium. Tak rozpoczęła się ta niezwykła kariera, ściśle związana z IFF, w trakcie której Grojsman wyewoluowała w chyba najwybitniejszą amerykańską perfumiarkę, komponując wiele absolutnie przełomowych, legendarnych już dziś perfum. Lista jej prac przyprawia o zdumienie: Estee Lauder White Linen, Calvin Klein Eternity, Bvlgari Pour Femme, Lalique Lalique, Coty Ex’cla-ma’tion, Estee Lauder Beautiful, Lancome Tresor, YSL: Paris, Parisienne, Yvresse. A to tylko niewielka cześć jej portfolio. Co ciekawe, Grojsman nigdy nie zmieniła pracodawcy, a ukoronowaniem jej konsekwencji i niewątpliwych dokonań jest jej obecna pozycja w IFF, gdzie piastuje rolę Wiceprezes Zarządu. Łatwo zauważyć, że Sophia wyspecjalizowała się i osiągnęła absolutną maestrię w tworzeniu perfum damskich (czego dobitnym przykładem jest fenomenalny Tresor Lancome). Na liście jej prac bardzo długo nie było zapachu męskiego. Aż to 2007 roku, gdy przekonał ją do tego jej wieloletni przyjaciel, Frederic Malle.

Sophia Grojsman
Sophia Grojsman

Pomysł na Outrageous! wziął się z brazylijskiego koktajlu Caipirinha (podobnie jak w przypadku Batacuda L’Artisan Parfumeur), a sam zapach niesie w sobie beztroską młodość, słońce, egzotyczne plaże i … namiętny seks.

Outrageous! potwierdza kunszt Sophii Grojsman i jej – tak chętnie podkreślaną przez kolegów i koleżanki z branży – wyjątkową zdolność tworzenia oryginalnych i zapadających w pamięć akordów. Delikatny akord owocowy rozpoczynający zapach (limonka, grejpfrut i nuta zielonego jabłka z odrobiną mięty) został tu przeciwstawiony ciepłemu miksowi cynamonu, piżm i ambroxanu. Pomiędzy nimi w sercu znajduje się subtelne duo neroli i kwiatu pomarańczy, co przydaje zapachowi nutki czystości. Bardzo ważnym elementem są tu aldehydy powodujące zaskakującą, aczkolwiek nienachalną metaliczność zapachu, wyraźną szczególnie w początkowej jego fazie. I choć – być może – wymienione składniki brzmią mało oryginalnie, to jednak Outrageous! z pewnością mało oryginalnym zapachem nie jest. A to dlatego, że ingrediencje zostały tu precyzyjnie połączone w nową jakość. Efekt synergii jest tu bardzo wyraźny. Żaden ze składników nie dominuje, wszystkie grają na efekt końcowy. A ten jest niewątpliwie unikatowy. Wspomniana Batacuda pachnie – o ile pamiętam – do pewnego stopnia podobnie, ale nie ma mowy o identyczności.

Outrageous! miał swa premierę w 2007 i był dostępny wyłącznie w amerykańskiej sieci domów handlowych Barney’s. Wyróżniał się innym niż typowy dla marki designem flakonu (na dole po lewej – srebrna zakrętka dobrze korespondująca z metaliczną nutą zapachu). W 2017 Malle najpierw reaktywował go – ponownie jako edycję limitowaną (flakon po prawej), po czym decydował się włączyć go na stałe do ogólnodostępnej linii Editions de Parfums – tyle, że już w „zwykłym” flakonie i z nazwą pozbawioną dotychczasowego wykrzyknika.

 

 

Słowo outrageous tłumaczy się z angielskiego jako: skandaliczny, oburzający. Cóż, w przypadku kompozycji Grojsman jest oto określenie mocno na wyrost (może dlatego – choć nazwę zachowano – to zniknął z niej wykrzyknik).

To aromat zdecydowanie przyjemny, czysty, subtelny i delikatnie zmysłowy. Nie ma w nim nic skandalicznego. Jest po amerykańsku grzeczny, politycznie poprawny i nienarzucający się. Dość szybko przechodzi w tzw. skinscent. Jest więc propozycją dla tych, którzy cenią perfumowe niedopowiedzenie. Zarówno jego charakter jak i parametry wyraźnie wskazują na docelowego klienta, jakim w pierwotnym założeniu byli ceniący delikatne, czyste, piżmowe perfumy Amerykanie, a ściślej – Nowojorczycy. Subtelna zmysłowość Outrageous! – którą Frederic Malle określił jako „czysty sex appeal” – wynika, jak sądzę, ze współbrzmienia ciepłych nut przyprawowych i owocowych z utrwalającymi całość piżmami i ambroxanem. Niestety, mimo tych zabiegów, sporo do życzenia pozostawia trwałość tych perfum.

Na koniec pytanie – czy Outrageous jest zapachem męskim (bo takim przecież w założeniu miał być)? Wg mnie nie. To zapach absolutnie uniseksowy, dobrze pasujący zarówno do męskiej, jak i kobiecej skóry, szczególnie podczas gorącej letniej aury. Czuć w nim tropikalny klimat i delikatną zmysłową kulinarność. I to stanowi o jego niewątpliwej wyjątkowości.

Editions-de-Parfums-Frederic-Malle-Outrageous

nuty głowy: limonka, cynamon, zielone jabłko, mięta, grejpfrut

nuty serca: kwiat pomarańczy, neroli,

nuty bazy: aldehydy, piżmo, ambroxan, cedr

perfumiarz: Sophia Grojsman

rok premiery: 2007 (reedycja 2017)

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,0/ trwałość: 3,0

Frederic Malle „Superstitious” – zapach jej sukni…

Jeżeli miałbym sądzić po perfumach wydanych przez Frederica Malle w ciągu ostatnich 18 miesięcy – czuję się uspokojony. Póki co przejście jego Editions de Parfums w ręce koncernu Estee Lauder nie wpłynęło negatywnie na poziom i jakość nowych pachnideł. Zarówno Cologne Indelebile jak i Monsieur. zasługują na najwyższe noty. Tegoroczne Superstitious także trzyma poziom. To wg mnie jedne z najlepszych kobiecych perfum w jego ofercie

Tym razem Frederic Malle współpracował Alberem Elbazem, przez 14 lat dyrektorem kreatywnym w Lanvin, wcześniej u YSL oraz niezawodnym i wielokrotnie już „sprawdzonym w dziele” perfumiarzem Dominique’m Ropionem, mającym na koncie takie arcydzieła jak Portrait of a Lady czy czy Vetiver Extraordinaire. Efektem kooperacji tych trzech dżentelmenów są niezwykle eleganckie, szykowne i ekskluzywnie pachnące perfumy, skomponowane w neoklasycznym stylu, które panowie opatrzyli nośną nazwą Superstitious (ang. przesądny).

Frederic Malle nie znał osobiście Albera Elbaza, ale – jak sam mówi – podziwiał jego prace, w tym suknie, które osobiście nosiła żona Frederica – Marie. Okazało się, że Malle i Elbaz maja wspólną znajomą, dzięki której Fredericowi udało się zaprosić Elbaza na lunch w celu zaproponowania mu współpracy. Malle wiedział już wtedy, że Elbaz jest fanem jego perfum, i że kupuje Editions de Parfums jako prezenty dla swych ukochanych kobiet (jakkolwiek to brzmi…, no ale w końcu akcja dzieje się we Francji…). Elbaz zgodził się, choć nie bez wątpliwości. Reszta już jest historią.

frederic_malle_alber_elbaz2

Zapach sukni kobiety, którą kochasz.

Takie hasło przyświecało projektantom podczas pracy nad Superstitious. To bardzo kobieca kompozycja złożona z klasycznych nut perfumowych: róży i – głównie – jaśminu, cudownie podkreślonych przez z umiarem użyte aldehydy oraz nutę brzoskwini i wypełnionych paczulą, a osadzonych na bazie zbudowanej z wetywerii, kadzidła i ambry. Nie znajdziemy w nich współczesnych, tak modnych obecnie nut kulinarnych, słodkich czy owocowych. Tradycyjne aromaty w nim zawarte oraz ich proporcje wpływają na klasyczny sznyt tych perfum, jakimś cudem nie popadających jednak przesadnie w styl retro.

Superstitious oparty jest na kwiatowo-drzewnym equilibrium. Bukiet kwiatów jest bardzo elegancki i nienachalny, drzewna natura zaś nieco zdominowana przez paczulę, choć – co warto zauważyć – wetyweria stanowi w niej także niemal równie istotny element, a na etapie finiszu nawet ważniejszy. W efekcie aromat jest owszem kwiatowy, ale przy tym też wytrawny. Aldehydy dodają całości polotu podkreślając jego wyrazistość i asertywność.

alber elbaz

Zapach ma niesamowitą, zapadająca w pamięć, obsesyjnie piękną sygnaturę. Kobieta go nosząca ma robić wrażenie równie mocne, jak ubrana w piękną suknię zaprojektowaną przez Abera Elbaza. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że tak własnie jest. Te perfumy intrygują, wabią i fascynują, a obecne na kobiecej skórze mogą stać się skutecznym i groźnym narzędziem uwodzenia. Nie sposób być wobec nich obojętnym.

Zadbano o parametry. Superstitious jest bardzo ekspansywny i bardzo trwały. Użyty w małej ilości (co jest w tym przypadku zdecydowanie wskazane) będzie pozostawiał piękny, zmysłowy, intrygujący i luksusowo pachnący ogon za noszącą go kobietą przez cały dzień do późnego wieczora, a nawet późnej nocy. Jego ślad w postaci zmysłowej bazy pozostanie na skórze nawet do następnego ranka. Zbyt obfita aplikacja może natomiast nie tylko skonfundować otoczenie, ale także zmęczyć samą „nosicielkę”. Zalecam więc szczególną ostrożność.

alber elbaz dress

Najnowsze dzieło Frederica Malle nie jest więc na tle innych jego perfum wyjątkiem, gdy chodzi o jakość i kompozycję. Wszystko jest tu na najwyższym poziomie, co nie powinno zaskakiwać. W końcu mamy do czynienia z jedną z najbardziej prestiżowych współczesnych marek perfumeryjnych. Wyjątkowe jest natomiast tym razem opakowanie. Flakon – choć nie zmienił kształtu – został wykonany z czarnego szkła i zamiast tradycyjnej prostej etykiety z nazwą marki, perfum oraz imieniem i nazwiskiem perfumiarza, umieszczono na nim tajemnicze oko… Z eye twiching – czyli z syndromem drgającej powieki – są w niektórych kulturach (m.in. chińskiej, indyjskiej) związane różnorakie przesądy, co nawiązuje do nazwy tych perfum. Zatyczka flakonu zyskała kolor złoty, a design kartonika został przeniesiony z flakonu. Uwaga – jest jeszcze jedna „cecha”, która wyróżnia Superstitious na tle innych zapachów Frederica Malle, a o której chcę wspomnieć. Cena. Jeszcze wyższa, niestety. 260 EUR za 100 ml. Cóż, luksus kosztuje. Wiemy to nie od dziś.

Malle Superstitious 02

nuty głowy: brzoskwinia, aldehydy

nuty serca: egipski jaśmin, turecka róża

nuty bazy: ambra, kadzidło, wetyweria, paczula, piżmo

perfumiarz: Dominique Ropion

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 6,0/ projekcja: 6,0/ trwałość: 6,0

 

 

Frederic Malle i Michel Roudnitska „Noir Epices”

Mogło to wyglądać tak:

Była końcówka lat 90-tych ubiegłego wieku. W prowansalskim miasteczku Cabris, położonym niedaleko słynnego Grasse, w pięknym domu otoczonym wielkim, pełnym wonnych kwiatów ogrodem, pracował Michel. Choć od dawna, z wielkimi sukcesami, parał się fotografią i tworzeniem prezentacji łączących obraz, dźwięk i zapach, a jego dzieła towarzyszyły pokazom najznamienitszych marek (np. Diora), to nad czym pracował przez ostatnie dwa lata, było czymś zgoła odmiennym. Złożone z wielu składników pachnidło najpierw dojrzewało w głowie Michela, później zaczęło przybierać fizyczną formę. Chciał dedykować te perfumy pięknej brunetce, niespełnionej miłości jego życia. Zapach uważał już praktycznie za skończony. Ostatnie poprawki dotyczące ilości użytej esencji z drewna sandałowego oraz olejku geranium, ale przede wszystkim dodania aldehydu pomarańczowego okazały się kluczowe dla finalnego efektu. Michel był zadowolony z tych zmian. Wcześniej przez długi czas tkwił w martwym punkcie i nie wiedział, w którą stronę podążyć. Zapachowi wyraźnie czegoś brakowało. Teraz jednak, gdy dokonał tych drobnych, ale jakże istotnych modyfikacji, czuł, że jego praca dobiegła końca. Był na tyle dojrzałym perfumiarzem, że wiedział, iż kolejne próby manipulowania proporcjami ingrediencji, choć kuszące, mogłyby zrujnować to, co już osiągnął. Sięgnął po papierowy blotter, spryskał go wonnym płynem o bursztynowo-żółtej barwie, odczekał kilkanaście sekund, aż odparuje alkoholowy nośnik, zbliżył blotter do nozdrzy, rozchylił minimalnie usta i wykonał głęboki wdech nosem… Poczuł, jak mieszanka wibrujących molekuł wpływa głęboko w jego kanały węchowe. Receptory zaczęły w szaleńczym tempie rejestrować poszczególne molekuły i przekazywać impuls elektryczny do ośrodka węchowego mózgu. Tu zaczynała się prawdziwa magia. Mózg Michela zaczął przywoływać obrazy z dzieciństwa, sylwetki bliskich, pełne kolorów obrazy. Zastawiony świąteczny stół, ozdobiona świeczkami choinka, ojciec siedzący na fotelu obok kominka z maleńką siostrą Michela na kolanach, matka krzątająca się w kuchni, dochodzące stamtąd zapachy cytrusów i świątecznego piernika…

Dzwonek do drzwi przerwał Michelowi tę niezwykła podróż w przeszłość. Odłożył wonny papierek, podszedł do drzwi i otworzył je. W drzwiach stał średniego wzrostu szczupły mężczyzna o wyrazistych oczach i pełnym pasji spojrzeniu. Jego głowę zdobiła nienagannie uczesana fryzura, z charakterystyczną falą nad czołem. Miał na sobie oliwkową, sportową marynarkę w kratę, białą koszulę z rozpiętym kołnierzykiem, jasno-brązowe chinosy i mokasyny w kolorze burgundy. W prawej ręce trzymał torbę z brązowej skóry, na której widniała logo w postaci wielkiej litery H zamkniętej w okręgu. Jak zwykle wyglądał elegancko, ale była to elegancja naturalna, niewymuszona. Michel zawsze podziwiał jego wyczucie i styl. 

– Witaj, Michel! – rzekł mężczyzna.

– Cześć, Frederic! Wejdź proszę. 

Michel wskazał gościowi miejsce na skórzanej sofie stojącej przy niskim szklanym stoliku, na którym porozrzucane były różne zdjęcia autorstwa Michela i czasopisma, w których je publikował. Sam usiadł na dużym fotelu stojącym na przeciw sofy.

Co u ciebie słychać? Jak twój perfumowy projekt? Znalazłeś już odpowiednie osoby? – zasypał gościa pytaniami wyraźnie zainteresowany Michel.

– Dziękuję, prace idą w dobrym kierunku… – opowiedział zawieszając głos.

– Opowiedz nieco więcej. Jestem bardzo ciekaw. Masz ambitny plan. Ojciec z pewnością by ci kibicował…

– Wiesz przecież, że twego ojca poprosiłbym w pierwszej kolejności.

– Tak, wiem…To już prawie 3 lata… – zamyślił się. –  Choć przecież mama zgodziła się, byś opublikował perfumy, które stworzył dla niej lata świetlne temu, więc w tym sensie on też jest w to  zaangażowany…

– Zgadza się. Nie wiesz, jaki jestem z tego powodu wdzięczny i szczęśliwy. To wspaniały zapach. Ma w sobie jego ducha…

– To prawda… 

Przez chwilę obaj milczeli, jakby zaskoczeni tym osobistym i trudnym dla Michela wątkiem rozmowy. Frederic chrząknął i postanowił przerwać milczenie:

– Wracam akurat od Jean-Claude’a. Jest bardzo chętny, a nawet podekscytowany. Pierre’a Bourdona nie musiałem długo przekonywać. Mówił, że wręcz czekał na taka okazję. Nawet Olivia Giacobetti zgodziła się coś przygotować. Właściwie to już przygotowała. Przepiękny lilak, dosłownie zwalił mnie z nóg. Nowatorski, minimalistyczny, z nutką ogórka. Mówię ci, genialny. Wymyśliłem już nawet tytuł: „Mijając się”…

– Ładnie. Poetycko. Podoba mi się. Pasuje do ulotnego stylu Olivii. 

– Rozmawiam jeszcze z Mauricem. Chciałbym, byśmy wspólnie stworzyli coś kulinarnego, zmysłowego i ponadczasowego. Facet ma niesamowity talent do takich rzeczy. Będę też – to już niemal pewne – pracował z wielkim Edouardem Flechierem!

– Wow! Doskonała wiadomość!

– Owszem. Strasznie się cieszę. Wszak to człowiek odpowiedzialny za Poison! Mam też akces Ralfa Schwiegera. Facet jest piekielnie zdolny i niesamowicie uniwersalny. Ma przed sobą wielką przyszłość.

– No i Dominique?

– Tak, mój drogi Dominique… Jest od początku zaangażowany. Wyjątkowo dobrze się zrozumiemy. Dominique to według mnie najlepszy znawca składników i ich wzajemnych relacji. Ma niesamowity warsztat. Czuję, że zrobimy razem niejedną wielką rzecz.

– Podziwiam Twój entuzjazm. Wszak czasy nie są łatwe dla takich ambitnych inicjatyw, a już w szczególności w perfumerii, która dawno przestała być haute, a stała się produktem dla mas… Czyli co,  wygląda na to, że twój plan stworzenia „super teamu” wszedł w fazę poważnej realizacji? Cieszę się ogromnie. Kibicuję ci!

– Daj spokój! Ale dziękuję za miłe słowa. Właściwie to przyjechałem do ciebie, by zapytać, czy ty także nie zechciałbyś dołączyć?

– Ja? Ależ moje perfumowe doświadczenie jest tak nikłe… Owszem coś tam komponuję, ale to raczej do szuflady… Bo kto byłby zainteresowany takim klasycznym stylem dziś w dobie dominacji syntetyki, aroma-molekuł, zapachów wodnych, powietrznych i co tam jeszcze…

– Ano właśnie ja jestem zainteresowany! Chcę przywrócić świetność artystycznej perfumerii i wyprowadzić z cienia prawdziwych twórców – takich jak ty, Michel.

– Naprawdę? Cóż…Czuję się zaszczycony, choć także nieco zakłopotany…

– To jak? Nie daj się prosić…

– Z ogromną przyjemnością. Wiesz ja nawet…

– Tak?

– Mam coś gotowego, co mogłoby cię zainteresować. Właściwie, to dziś to skończyłem, zanim przyjechałeś. Pokażę ci.

Michel wstał z fotela i podszedł do swoich perfumowych organów. Wziął stojącą z brzegu stołu buteleczkę i wraz z pękiem blotterów podał ją Fredericowi. Ten jednak sięgnął do swojej torby, z której wyciągnął czystą, wyprasowaną i złożoną w kostkę białą chusteczkę bawełnianą, rozłożył ją w powietrzu kilkoma potrząśnięciami ręki, po czym drugą ręką chwycił buteleczkę i kilkakrotnie spryskał jej zawartością śnieżnobiały materiał. Odczekał kilkanaście sekund i zaczął wymachiwać nią sobie przed twarzą. Z zamkniętymi oczami wdychał zaperfumowane i wprawione w ruch za pomocą chustki powietrze. Trwało to dobre kilkadziesiąt sekund. Michel przyglądał się z uwagą Fredericowi. Starał się nie dawać tego poznać po sobie, ale wewnątrz drżał z obawy przed oceną znajomego. Widział, że Frederic to we Francji największy znawca perfum i ich historii. Prawdziwy koneser tej tematyki. Dziadek Frederica stworzył i kierował działem perfum Christiana Diora. Byli nie tylko współpracownikami, ale i przyjaciółmi. Dior często gościł w domu Malle’ów,  a matka Frederica niejednokrotnie testowała powstające własnie pachnidła, zanim te trafiły do produkcji. Mały Frederic był od dziecka otoczony wonnymi miksturami i ludźmi z branży. 

– Doskonałe! – wykrzyknął Frederic otwierając oczy.- Michel, to jest doskonałe! To jak bożonarodzeniowy szypr! Pozwól, że zabiorę ze sobą kilka ml, by spokojnie przetestować to w domu.

– Ależ oczywiście Frederic! Możesz zabrać ten flakonik, który masz w ręku. 

– Wspaniale, dziekuję. 

Frederic schował buteleczkę w torbie, spojrzał na zegarek, który nosił na lewej dłoni na brązowym skórzanym pasku i zagaił:

– Mam jeszcze chwilę. Opowiedz mi może coś więcej o tym zapachu, Michel…

Sięgnął ponownie do swej torby, tym razem wyciągając mały notatnik oprawiony  w skórę. Otworzył go na pierwszej pustej kartce i zaczął notować słowa Michela:

– Chciałem stworzyć coś zmysłowego i kobiecego z przyprawami w roli głównej, pachnącego naturalnie i głęboko, ale jednocześnie lekko, nie przytłaczająco. Użyłem sporej dawki gałki muszkatołowej mieszając ją z cynamonem, goździkiem i czarnym pieprzem. By nadać całości lekkości, dodałem słodkie cytrusy, głównie pomarańczę. Zależało mi też na nawiązaniu do klasycznych szyprów, więc sięgnąłem po różę, ale – by nie było to zbyt ewidentne – sparowałem ją z geranium…

– Uwielbiam geranium – przerwał Frederic – Chcę kiedyś poświęcić mu osobny zapach… 

–  Baza jest klasycznie drzewna – kontynuował Michel – choć wcale nie typowo szyprowa. Zrezygnowałem z mchu dębowego i labdanum, bo to było by znów zbyt oczywiste i wtórne. Zamiast tego paczulę, bez której nie wyobrażałam sobie zmysłowych perfum,  połączyłem z wetywerią, co przydało całości drzewnej treści, ale ich przesadną kwaśność złagodziłem kremowym sandałowcem. Tę kremową nutę wzmocniłem za pomocą wanilii.  Starałem się z nią nie przesadzać, by nie popaść w orientalne klisze i nie wejść na tereny Shalimar… I chyba mi się udało, mimo że do końca nie jestem pewien, czy jest jej wystarczająco. Typowy dylemat perfumiarza… W każdym razie, indywidualnie nie sposób jej poczuć, jednak gra niezwykle ważną rolę w całości. Aha, jeszcze cedr… Jest genialnym budulcem, niczym drewniane rusztowanie. Stabilizuje całość, tak że zapach płynie gładko, nie drga. Lubię go używać niemal na równi z paczulą.  Ale przyznam ci się, że magicznym dodatkiem, który nadał całości życia, okazał się octanal. Dziś na to wpadłem i to była eureka. Przez większość czasu dominuje w tym zapachu mieszanka pomarańczy, geranium, róży i przypraw, która kojarzy mi się z okresem świątecznym. Przyprawy grają tu ważną, ale nie najważniejszą rolę. Róża owszem jest istotna, ale poprzez geranium przechyliłem ją w bardziej zieloną niż czerwoną stronę, jeżeli wiesz, o czym mówię…

– Jasne. Rozumiem to doskonale. To jednak nietypowe podejście, nowatorskie. Przez to zapach nie jest – mam wrażenie – ewidentnie kobiecy…. Podoba mi się…  Te perfumy nie mogą skończyć w szufladzie. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie ujawnił ich światu, Michel, naprawdę. Powiem ci coś jeszcze, ale nie gniewaj się… Czuję w nich styl Edmonda przefiltrowany przez twój talent i warsztat. Ta taki neoklasyczny szypr, jednak bardzo w stylu Roudnitski…

– Tak się przecież nazywam Frederic, prawda? Jego krew płynie w moich żyłach, to i może nosy mamy podobne?

Roześmieli się obaj głośno. Frederic podniósł się z sofy, chwycił torbę i skierował się do wyjścia.

– Dziękuję, Michel. To jest wielka rzecz, naprawdę. Odezwę się wkrótce co do dalszego ciągu. Prześlę ci też moje wrażenia z testów.  

– To ja dziękuję Frederic! Czekam na twój feedback.

– Jeszcze jedno. Masz już może jakąś nazwę? 

– Myślałem o „Epice Noir”…

 – To może „Noir Epices”?

– Jak najbardziej, może  być.

– Świetnie. Trzymaj się zatem. Pozostajemy w kontakcie – powiedział Frederic i zniknął za drzwiami.

Dwa tygodnie później Michel znalazł w swojej skrzynce e-mailowej taki oto list:

„Witaj Michel,

nie myliłem się co do Noir Epices. Są fenomenalne. Dziś nie robi się już takich perfum, przynajmniej w celach komercyjnych. Nosiłem je przez dwa tygodnie dzień w dzień i mam tylko jedną drobną uwagę – czuję, że warto by nieco zwiększyć udział wanilii, by jeszcze lepiej ułożyć i pogłębić zapach w jego końcowej fazie. Poza tym nic bym nie zmieniał. Jeżeli się zgadzasz, podeślij mi nową próbkę wraz z recepturą. Chcę, by Noir Epices był jednym z pierwszych zapachów opublikowanych w ramach Editions de Parfums.

PS. Odwiedziła mnie ostatnio w pracowni Catherine Deneuve. Zaprezentowałem jej twój zapach. Była absolutnie zachwycona. Błagała wręcz o flakon. Darowałem jej kilka ml i obiecałem, że jak tylko wystartujemy z produkcją, dostanie w prezencie flakon. Wiem, że komponując Noir Epices myślałeś o brunetce, ale – jak widać – jego przeznaczenie było zgoła odmienne!

Pozdrawiam

Frederic”

michel-roudnitskafmalle2

PS. Wszelkie podobieństwo wydarzeń i postaci jest tu nieprzypadkowe. Jest sporo faktów oraz odrobina fikcji.

malle-noir-epices

nuty głowy: pomarańcza, róża, geranium

nuty serca : gałka muszkatołowa, cynamon, pieprz, goździk

nuty bazy: drewno sandałowe, wetyweria, paczula, cedr, wanilia

perfumiarz:  Michel Roudnitska

rok premiery: 1999

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 5,0 / projekcja: 5,0/ trwałość: 5,0

Frederic Malle „Le Parfum de Therese” – klasyka objawiona

Z tymi perfumami łączy się niezwykła opowieść. Niezwykła nie dlatego, że sporządził ją wyrachowany copywriter po to, by zachęcić do zakupu perfum lub zwiększyć ich sprzedaż. Niezwykła dlatego, że napisało ją życie…

Dotyczy ona jednej z najważniejszych postaci w historii perfumerii, wybitnego perfumiarza Edmonda Roudnitski, który nie tylko stworzył ponadczasowe arcydzieła perfumerii (głównie dla Christiana Diora: Diorissimo, Diorella, Diorama, Eau Fraiche, Eau Sauvage, ale także słynne Eau D’Hermes i pachnidła dla Rochas: m.in. Femme, Moustache for Men), ale także wyznaczył nowe kierunku w perfumerii. Pisał też książki o swym fachu, które weszły do kanonu, podobnie jak jego perfumy.

edmondroudnitska1969cafleurebon1
Edmond Roudnitska (1905-1996) (fot. Cafleurebon)

Edmond Roudnitskę stworzył Le Parfum de Therese gdzieś pomiędzy 1957 a 1965 rokiem z myślą tylko i wyłącznie o swej żonie Theresie. Ta nosiła je przez kolejne lata swego życia i nikt poza nią (i pewnie synem Michelem oraz oczywiście twórcą) nie wiedział o ich istnieniu. Do momentu, gdy już po śmierci perfumiarza, pod wpływem sugestii Frederica Malle, który właśnie tworzył swoje perfumowe wydawnictwo Editions de Parfums, Theresa zgodziła się ujawnić recepturę tych perfum i pozwoliła Fredericowi wydać je pod własną marką.

edmond-and-therese-roudnitska

Jak niemal każde ówcześnie popełnione przez Roudnitskę pachnidło, także i to wyprzedzało swoje czasy. Podobnie jak Eau Sauvage, który zadziwił i urzekł wszystkich swym totalnie wówczas nowatorskim charakterem, o którym w dużej mierze zdecydowało odważne i przekraczające wszelkie ówczesne normy użycie molekuły Hedione, dzięki której ten koloński szypr nabrał niezwykłego, świetlistego, jaśminowego charakteru, tak Le Parfum de Therese po raz pierwszy zaprezentował nutę wodną, która 30 lat później stała się elementem budującym bardzo modny gatunek perfum wodnych (acquatic).

Gdyby Le Parfum de Therese zostały opublikowane w czasach, gdy jest stworzono, byłby dziś jednym z uwielbianych ponadczasowych klasyków, wymienianych jednym tchem z  Diorella, Diorissimo, Eau Sauvage czy Femme.

frederic_malle
Frederic Malle

Dzieło Roudnitski to neoklasyczny owocowy szypr z wodnym akcentem w postaci nuty melona (melonal), która współtworzy tu świeże i soczyste, słodko-cytrusowe i jednocześnie rześkie otwarcie (mandarynka), wzbogacone o unoszący całość pieprz. Serce tej klasycznie zbudowanej (bo jakżeby inaczej) kompozycji również nie jest typowe dla szyprów tamtych czasów. Obowiązkowej esencji różanej i subtelnego jaśminu towarzyszy bowiem zdecydowanie wówczas nowatorski i przydający oryginalności akord śliwki (daleki wszakże od współczesnych wytworów chemii i w swej umowności podobny do słynnej nuty brzoskwini w Mitsouko Guerlain). Dzięki fiołkowi zaś niemu serce pachnie nieco zielono i w sumie bardzo odlegle od ciężkich retro szyprów. Baza ma drzewny charakter, a jej najważniejsze ingrediencje to wetyweria, cedr i akord skórzany. Mimo braku emblematycznych dla bazy szypru mchu dębowego i labdanum, zapach utrzymuje się w tej klasycznej estetyce, nadając jej jednocześnie nowoczesnego sznytu. Na etapie bazy nie ma już śladu po wcześniejszych nutach, co potwierdza klasyczną konstrukcję tych perfum.

Co może być zaskakujące, wg mnie Le Parfum de Therese ma uniseksowy charakter. Generalnie szypry, o ile nie zdominowane przez białe kwiaty i aldehydy, nuty szminki czy pudru, bardzo dobrze układają się na męskiej skórze (nawet szypr nad szypry Aromatics Elixir Estee Lauder), co zwykle wynika z ich cytrusowo-mszysto-drzewnego charakteru. Le Parfum de Therese nie jest tu wyjątkiem. Nawet więcej – ze względu na swój nowatorski i oszczędny w środki wyrazu charakter, bardzo dobrze współgra z męskim naskórkiem .

Przede wszystkim jednak Le Parfum de Therese pachnie bardzo charakterystycznie dla stylu Mistrza Edmonda. Ten bezdyskusyjny geniusz kolby i pipety potrafił tworzyć prawdziwe cuda perfumerii na miarę ówcześnie dostępnych składników i możliwości technicznych. Z niezwykłym wyczuciem wykorzystywał nowe wówczas aromamolekuły po to, by znanej estetyce dodać nowych wymiarów, by pokierować ją na nowe tory. Dzięki temu, ale także niezwykłemu talentowi i tytanicznej pracy w swoim laboratorium, stworzył perfumy, które funkcjonują „poza czasem”, poza zmieniającymi się modami i wbrew współczesnemu natłokowi nowych składników i sztucznie budowanych wokół nich trendów. W latach swojej świetności Roudnitska mógł swoje dzieła zaprezentować publice głównie dzięki wizjonerstwu, odwadze i niezwykłemu smakowi Christiana Diora. Le Parfum de Therese musiały poczekać wiele lat, by dzięki innemu koneserowi perfumeryjnego rzemiosła, Fredericowi Malle, mogły zostać upublicznione. To świetnie, że tak się stało, bo to pachnidło zupełnie wyjątkowe. Bo choć nie będące koronnym osiągnięciem Edmonda Roudnitski, to jednak potwierdzające jego niezwykły talent, wyjątkowy kunszt i gigantyczny warsztat. Jestem pewien, że ich klasyczna harmonia z domieszką współczesności i niezwykła uroda nikogo wrażliwego na aromaty nie pozostawią obojętnym…

 

malle-parfum-de-therese

nuty głowy: pieprz, mandarynka, melon

nuty serca : jaśmin, fiołek, róża, śliwka

nuty bazy: cedr, wetyweria, skóra

perfumiarz:  Edmond Roudnitska

rok premiery: 1999 – w ramach Frederic Malle Editions de Parfums (pierwotnie w 1957-65)

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 4,0 / projekcja: 3,5-4,0 / trwałość: 3,5

Wirtuozerska róża czyli „Une Rose” od Frederica Malle

Poprzez Une Rose Frederic Malle zamierzał oddać cześć róży uznawanej przez niego (ale przecież nie tylko przez niego) za królową kwiatów. Dla osiągnięcia celu Malle dobrał sobie bardzo klasycznego perfumiarza, rodzonego Grassois Edouarda Flechiera, znanego ze skomponowania takich arcydzieł przeszłości, jak choćby Poison Diora, pierwsze pachnidło Davidoffa zwane dziś Classic czy Aramis Havana. Jego ogromne doświadczenie oraz niezwykły talent, który w latach 80-tych uczynił go prawdziwą gwiazdą perfumiarstwa – okazały się kluczowe dla zrealizowania idei Frederica Malle – stworzenia doskonałego tzw. soliflore, czyli perfum osnutych wokół dominanty jednego kwiatu, w tym przypadku róży, co zresztą podkreślono prostą nazwą:

Une Rose (Róża)

rose

Najważniejszym składnikiem Une Rose jest pozyskiwany w procesie destylacji molekularnej destylat z róży stulistnej z Grasse, najszlachetniejszej z szlachetnych róż wykorzystywanych w perfumiarstwie. Wspomniany destylat łączy w sobie olfaktoryczne cechy zarówno klasycznej różanej esencji (świeższej, bardziej zielonej), jak i różanego absolutu  (w swym zapachu bardziej zmysłowego, gęstego, miodowego). Warto wiedzieć, że róża stulistna z Grasse to najlepszej jakości róża perfumeryjna, co za tym idzie jedna z najdroższych. W związku z tym zwykle używana jest w niewielkich ilościach. Tu zaś została wyniesiona na piedestał, co dodatkowo podkreśla wyjątkowość i ekskluzywność Une Rose.

Edouard Flechier

Malle i Flechier postanowili dokonać unikatowego i nieoklepanego zestawienia różanej woni. Chcąc uniknąć zbyt młodzieżowego charakteru zapachu, zrezygnowali z popularnego łączenia róży z nutami owocowymi. Miast tego Flechier zbudował akord trufli łącząc m.in paczulę i mech i w ten sposób nadając zapachowi szyprową bazę. Dla dodania elegancji zaaplikował także nutę czerwonego wina, która jak mało co współgra z kwiatową esencją. Świeżości na wstępie przydał poprzez użycie geranium (jakże klasyczne połączenie!) i pelargonii. Całość wiążą do skóry piżma i kastoreum. Trzeba przyznać, że efekt zapiera dech w piersiach, ale bez jego zatykania, gdyż Une Rose charakteryzuje się owszem wyrazistością, jednak bez popadania w przesadę.

Oto róża w najbardziej szykownej odsłonie – bez fajerwerków, bez kontrowersyjnych dodatków, idealnie i z ogromnym umiarem ozdobiona tak, by nie straciła swego blasku, ale by jednocześnie każdy z jej aspektów, w które w naturze jest tak bogata, został dodatkowo wzmocniony. Une Rose to synonim perfumowej elegancji na najwyższym poziomie. Olfaktoryczna materializacja najprawdziwszego francuskiego szyku i klasy, z których znani są Francuzi.

Nie muszę dodawać, że różana woń obecna jest w Une Rose od początku do końca. Nieco zmienia jedynie się charakter tej nuty od bardziej świeżego i winnego na początku, przez lekko miodowy w sercu, aż po zmysłowo drzewny i piżmowy w bazie. Ale wszystkie użyte tu składniki służą wyłącznie jej: róży.

Une Rose to przykład perfumiarskiej wirtuozerii. Pachnidło genialne, doskonałe i moim zdaniem wyczerpujące temat rose soliflore. Lepiej po prostu  tego zrobić nie można. Można jedynie inaczej…

Malle Une Rose

nuty głowy: pelargonia, geranium, czerwone wino

nuty serca: róża, trufla, miód

nuty bazy: nuty drzewne, wetiwer, kastoreum, piżmo

twórcy: Edouard Flechier/ Frederic Malle

rok premiery: 2003

moja ocena:

zapach: ******/ trwałość: ****/ projekcja: ****