Papillon Artisan Perfumes – rodzaj piękna

Artisanal perfumers to stosunkowo nowe określenie na coraz liczniejszą rzeszę perfumiarzy-amatorów, którzy tworzą swoje pachnidła w warunkach domowych, wykonując całość prac samodzielnie i oferując swoje olfaktoryczne dzieła w bardzo małych nakładach i wąskiej dystrybucji. Bardzo często twórcy ci bazują niemal wyłącznie na składnikach naturalnych, przez co ich perfumy mają zwykle charakterystyczny retro sznyt. Określenie artisanal perfumers powstało po to, by odróżnić tę grupę niezależnych twórców od tzw. perfumowej niszy, w której od lat funkcjonują znane marki, wspierane często przez potężny kapitał (choćby L’Artisan Parfumeur, Frederic Malle, Le Labo, By Killian, Amouage, Diptyque i wiele innych), a dla których kompozycje zapachowe tworzą zawodowi perfumiarze, a produkcja i dystrybucja odbywa się w szerokiej skali.

liz-moores-full

Liz Moores – twórczyni Papillon Artisan Perfumes – to doskonały przykład artisanal perfumer. Swoje kompozycje z pietyzmem tworzy w domowym atelier od 2010 roku, używając – jaką sądzę po ich charakterze – wyłącznie naturalnych esencji i absolutów. Jej pachnidła to efekt prawdziwej olfaktorycznej pasji. Jednocześnie to wspaniałe przykłady na to, czym może być współcześnie perfumeria artystyczna, tworzona w mikro skali, z pasją i zaangażowaniem oraz niewątpliwym talentem, którego Liz Moores nie można odmówić. Już na podstawie pierwszych czterech zapachów, jakie skomponowała, śmiało wymienię ją jednym tchem z takimi twórcami, jak Antonio Gardoni z Bogue Profumo, Angelo Orazio Pregoni z O’Driu Perfumes, Laurie Erickson z Sonoma Scent Studio czy Vero Kern z Vero Profumo.

 

Anubis – zamszowy szypr

Liz rozpoczęła pracę nad pierwszymi pachnidłami w 2010 roku nie myśląc jeszcze wówczas o stworzeniu własnej marki. Jak sama przyznaje, komponowała je wyłącznie dla siebie. Chciała zrealizować swoje zapachowe wizje i marzenia. Szczególnie pierwszy zapach – Anubis (z początku nazwany przez nią My Perfume) – miał bardzo osobisty charakter. Liz tworzyła go wyłącznie z myślą o sobie i zawarła w nim wszystkie elementy, które sama w perfumach kocha najbardziej: jaśmin w formie absolutu, dymne kadzidło frankońskie z odrobiną cytrusów, ziemisty różowy lotos, róża, szafran, kolejne „warstwy” żywic na bazie naturalnej wanilii i drewna sandałowego. Liz przyznaje, że praca nad tym zapachem była wyczerpująca, głównie ze względu na duże nagromadzenie w nim ingrediencji i nieustanne próby ich wzajemnego dostrojenia. W tym samym czasie rozpoczęła czytać książkę poświęconą Starożytnemu Egiptowi i zdała sobie sprawę, że 80% składników, jakich użyła w formule, to substancje, które były stosowane do mumifikacji zwłok. Ten swoisty punkt zaczepienia pozwolił Liz na większe ukierunkowanie swojej pracy nad tym zapachem oraz zainspirował ją do nadania mu konkretnej nazwy: Anubis (egipski bóg mumifikacji i życia pozagrobowego).

 Anubi bóg

Anubis rzeczywiście robi wrażenie mocno złożonego, w przewadze jednak ze składników okupujących dolne rejestry olfaktoryczne. Wyczuwam w nim głównie barytonowy akord żywiczny, odrobinę trudnej do zidentyfikowania kwiatowości (lotos) i całkiem wyraźny akord skórzano-zamszowy z szafranową posypką. Wszystko to układa się w coś w rodzaju skórzanego szypru. Anubis trzyma się blisko skóry przez bardzo długi czas. Zapach ma niewątpliwy urok, a wiodący aromat ma  w sobie coś intrygującego. Jednocześnie jednak czuć, że to debiut i to chyba trochę „przekombinowany”, przez co zbyt mocno monolityczny, jednowymiarowy, tak jakby przesadnie obfite nagromadzenie wszystkich ulubionych przez Liz składników przekroczyło masę krytyczną i miast ich synergii otrzymała ich wzajemne znoszenie się. Niemniej efekt końcowy – szczególnie jak na debiut – jest naprawdę wart uwagi i nie dziwi jego powodzenie. Już na etapie debiutu twórczość Liz Moores została zresztą zauważona i doceniona, a Anubis został w 2015 roku finalistą w konkursie The Fragrance Foundation w kategorii Najlepszy Nowy Zapach Niezależny.

papillon-anubis

główne nuty: egipski jaśmin, różowy lotos, zamsz, nieśmiertelnik, kadzidło, szafra

 

Tobacco Rose – róża na wilgotnym sianie

Liz wspomina, że gdy nosiła Anubis, jej znajomi często pytali ją o jej perfumy. W efekcie zaczęła zaopatrywać ich w małe flakoniki. Zarobione w ten sposób pieniądze pozwoliły jej na sfinalizowanie prac nad drugim zapachem, o którym marzyła – z różą w centrum. Tobacco Rose zostało zainspirowane wonią róż rosnących w ogrodzie Liz, które potężna burza jednej nocy pozbawiła życia. Liz nie chciała komponować kolejnego wesołego, świeżego, „zwykłego” zapachu różanego. Zależało jej na uwzględnieniu tych bardziej mrocznych aspektów życia kwiatu i życia w ogóle – cierni, kolców, śmierci, rozkładu. Stąd prócz wzmocnionych geranium dwóch różanych absolutów – z róży stulistnej i damasceńskiej – użyła pochodzącego z Włoch absolutu z siana, wosku pszczelego i specjalnego akordu piżmowego, nadającego całości głębi. Co ciekawe, w formule Tobacco Rose nie ma grama tytoniu, natomiast tytoniową nutkę zawiera wspomniany absolut z siana.

bulgarian-rose

Tobacco Rose to róża niebanalna i w swej unikatowości naprawdę piękna. Aromat jest gęsty, a różany akord jest nieco zielony i ziemisty, wyraźnie złamany trawiasta nutą siana i pogłębiony akcentami animalnymi pochodzącymi z wosku pszczelego i szarej ambry. Mech dębu wraz z sianem budują quasi-szyprowe tło. Zapach ładnie układa się na skórze i przez wiele godzin emanuje wyraźnym różano-drzewnym, lekko animalnym aromatem, który zdecydowanie zapada w pamięć. Dzięki aspektowi drzewnemu, jak sądzę, Tobacco Rose tak dobrze koresponduje również z męską skórą. Zapach jest bardzo intensywny i ekspansywny oraz bardzo trwały.

papillon-tobacco

główne nuty: róża bułgarska, róża majowa, geranium, mech dębowy, wosk pszczeli, siano, szara ambra

 

Angélique – irysowy pył

Ostatnim z debiutanckiego tercetu jest Angélique, będący wedle słów Liz wyrazem uwielbienia dla rosnących w jej ogrodzie kwiatów Iris Pallida i jednocześnie hołdem dla jej ukochanych dzieci. Perfumiarka przyznaje bowiem, że gdy pierwszy raz w życiu powąchała irysowy konkret, było to dla niej bardzo poruszające przeżycie. Ta niezwykła woń odtąd kojarzy jej się melancholijnie z zapachem skóry jej dzieci.

iris_pallida_2290506a_1000px

Angélique otwiera się jednym z najpiękniejszych irysów, jakie dotąd spotkałem. Lekko pudrowy, lekko drzewny, odrobinę „marchewkowy”, niezwykle naturalny. Emanuje spod niego delikatny, kwiatowy akord, który na dobre ujawnia się po tym, jak już opadnie złocisty irysowy pył. Subtelną drzewną bazę tego delikatnej urody zapachu budują kadzidło i cedr. Obok najdoskonalszej jakości konkretu z irysa (Liz przyznaje, że używa najlepszego dostępnego na rynku gatunku konkretu z Iris Pallida), w formule Angélique zastosowała jeszcze kilka innych kwiatowych ingrediencji: mimozę, osmatus i Champaca. Całość zdecydowanie wyróżnia się wysublimowaną, kruchą urodą i kobiecą delikatnością, a szlachetna woń kłącza irysa przydaje Angélique luksusowej aury.

papillon-angelique

główne nuty: osmantus, biała Champaca, irys Pallida, mimoza, kadzidło, cedr

 

Salome – piękność nocy

Ostatnim jak dotąd zapachem skomponowanym przez Liz Moores jest jej chyba najbardziej sławne i docenione, a w niektórych koneserskich kręgach wręcz otoczone kultem Salome z 2014 roku. No bo jeżeli zachwycił się nim sam Luca Turin, pisząc entuzjastyczną recenzję na łamach arabia.style.com, nie wspominając o rzeszy zachwyconych znanych perfumowych bloggerów, to coś musi być na rzeczy. Gdy do tego dodamy nominacje w dwóch kategoriach FIFI Awards 2016 oraz nagrody Art and Olfaction Awards i czytelników portalu Basenotes, to o przypadku nie może być mowy. Jak wspomina Liz, chciała tym razem stworzyć coś głęboko zmysłowego, ale jednocześnie prowokującego, odrobinę kontrowersyjnego, bez popadania jednak w skrajności, tak by były to wciąż dobrze noszące się perfumy. Zależało jej, by był to klasyk na podobieństwo tych sprzed epoki IFRA. Długo poszukiwała odpowiednich składników i odpowiednich relacji pomiędzy nimi. Efekt przeszedł chyba także jej najśmielsze oczekiwania. Narodziła się Salome – kobieta piękna i niebezpieczna zarazem…

salome

Absolut z jaśminu, turecka róża i esencja z kwiatu pomarańczy tworzą klasyczny kwiatowy trzon Salome. Od góry zapach rozjaśnia duet bergamotki i gorzkiej pomarańczy. Ten z natury przyjazny i przyjemny aromat Moores postanowiła złamać ciemnym tytoniem i sianem oraz ocieplić żywicą styraxową i dębowym mchem. W ten sposób nadała Salome charakteru klasycznego kwiatowego szypru. Ale to nie koniec. Kropką nad i jest tu wyrafinowany akord animalny, złożony z (syntetycznych) kastoreum i cywetu oraz z naturalnego pochodzenia hyraceum (tzw. Afrykański kamień, o którym szerzej pisałem tu). Ten kluczowy dla całości akord dodaje oldskulowego, animalnego, zmysłowego i nieco męskiego szlifu, dopełniając i paradoksalnie jednocześnie zaburzając harmonijną urodę Salome.

Każdy etap tej klasycznej konstrukcji zasługuje na pochwałę, ale akord bazy to już absolutny majstersztyk, który swym charakterem przywodzi na myśl takie arcydzieła jak przedreformulacyjny Antaeus Chanel czy Aromatics Elixir Clinique, także pod względem potężnej mocy i ekspansywności.

Podobny, choć wg mnie nie tak spektakularny i urodziwy efekt osiągnął twórca kultowego już Maai Bogue Profumo, niejaki Antonio Gardoni. Również ostatnia głośna premiera Zoologist Perfumes pod wymowną nazwą Civet penetruje podobne obszary zapachowe. Choć oba te pachnidła są bezdyskusyjnie świetne, to jednak dzieło Liz Moores ma w sobie coś wyjątkowego, coś co każde zachwycić się nim bez reszty.

Błysk geniuszu? Niewykluczone.

papillon salome.png

główne nuty: jaśmin, turecka róża, goździk, Afrykański kamień (hyraceum), kastoreum, cywet, piżma

 

Po zapoznaniu się z perfumami Papillon (za umożliwienie czego dziękuję polskiemu dystrybutorowi marki – perfumerii Mood Scent Bar) nie mogę pozostawić tej niezwykłej kolekcji bez puenty. Otóż wg mnie pachnidła Liz Moores to wspaniałe przykłady perfumowej Sztuki. To najwyższej próby olfaktoryczne skarby, które poruszają bogactwem, harmonią, wielowymiarowością i nostalgią za czasami, gdy perfumeria była Wielka i tylko dla wybranych. Jest w nich melancholia i pewien dekadencki urok. Jest też moc i siła wyrazu niedostępne większości współcześnie powstających perfum. Wszystkie cztery zasługują na najwyższe noty. Każde z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Nie umniejszając nic pięknej kobiecej delikatności Angelique i orientalnej tajemniczości Anubis, mój osobisty wybór pada na majestatyczne Tobacco Rose i fenomenalne, powalające Salome, które zasługuje na miano perfumowego Arcydzieła.

Tymczasem czekam na kolejne perfumy Papillon z cichą nadzieją na coś klasycznie męskiego, np. jakiś animalny szypr z kastoreum, różą, woskiem pszczelim, wetywerią, mchem dębowym i czym tam jeszcze…?

Puredistance „Warszawa” – z inspiracji miastem

Dużo się ostatnio mówi o naszej stolicy, zwykle niestety w niepochlebnym kontekście. Afera goni aferę, smog truje mieszkańców, a niektórzy politycy o rozdętym do granic ego próbują urzeczywistnić utopijny sen o „wielkiej Warszawie”, wielkiej obszarem i mnogością okalających ją gmin…

Ale zostawmy politykę. Na szczęście Warszawa to coraz piękniejsza, rozwijającą się, tętniąca życiem, biznesem i sztuką metropolia, w której współczesność przeplata się z wątkami z niezwykle tragicznej historii i wspomnieniami jej świetności z czasów przedwojennych. Ten splot trudnej historii i dumnego, dynamicznego dnia dzisiejszego może być inspirujący, co potwierdza znany już czytelnikom Perfumowego Bloga Jan Ewoud Vos, właściciel luksusowej marki perfumowej Puredistance.

warszawa-panorama

To w wyniku wieloletniej fascynacji naszą stolicą połączonej ze znajomością z rodziną Missalów (a w szczególności ze Stanisławą Missalą) – właścicielami warszawskiej perfumerii Quality –  – powstały perfumy Warszawa, których światowa premiera miała miejsce w Warszawie, bo gdzieżby indziej, w perfumerii Quality,  8 grudnia 2016 roku. Data to była szczególna, gdyż w tygodniu, na który przypadał dzień premiery, Perfumeria Quality obchodziła jubileusz 25 lecia swojej działalności.

perfumeria-quality

Zapach został skomponowany przez Antoine’a Lie’a we współpracy z Janem Vosem. Nie był to pierwszy raz, gdy panowie pracowali razem. Lie zmieszał wcześniej dwa pachnidła dla Puredistance White i Black. Oba zapachy swego czasu recenzowałem na blogu zwracając uwagę na ich nowoczesny charakter i minimalizm, odróżniający je od wcześniejszych, bardziej rozbudowanych perfum Puredistance.

jan-ewoud-vos-warszawa

Warszawa to zamknięcie tradycyjnej treści kwiatowego szypru w nowoczesnej formie. Gdy słyszymy szypr, spodziewamy się czegoś zupełnie innego, retro, bardziej wyrafinowanego i ciężkiego. Warszawa jest natomiast zdecydowanie współczesna, lekka i elegancka w swym minimalizmie. To aromat bardzo kobiecy i absolutnie ponadczasowy.

Zapach rozpoczyna się świeżym akordem zielonym, w którym galbanum i liść fiołka zostały bardzo zgrabnie połączone i nieco odświeżone grejpfrutem. Ale od pierwszych sekund czuć, że za nimi skrywa się delikatny, ujmujący swą lekkością i harmonią akord biało-kwiatowy. Dość szybko przejmuje on pierwszy plan. Obok cennego absolutu z jaśminu użyto w nim jeszcze cenniejszego masła irysowego oraz absolutu janowca hiszpańskiego. Akord ten ma w sobie coś z klasyki, ale podany został w bardzo współczesny sposób. Jest też dobrze zrównoważony, tak że żaden ze składników nie wyróżnia się na tle innych. Drzewna, quasi-szyprowa baza złożona z paczuli, wetywerii i styraxu dopełnia zgrabnej całości. Celowo użyłem tu określenia „zgrabna”, bo właśnie takim jawi mi się ten zapach. Jest bardzo zwarty, konkretny, na temat, pełen bezpretensjonalnego uroku, ze zredukowanymi do niezbędnego minimum ozdobnikami.

Warszawa jest uroczą kobietą. Nowoczesną, dynamiczną, powściągliwie elegancką, niezapatrzoną w siebie, ale z odwagą patrzącą w przyszłość.

Niewiele miast na świecie ma swoje perfumy. Tym bardziej takie olfaktoryczne wyróżnienie Warszawy imponuje i wydaje się być świetnym sposobem promowania naszej stolicy i kraju za jego granicami.  Ale zanim to nastąpi, do listopada 2017 perfumy Puredistance Warszawa będą dostępne wyłącznie w Perfumerii Quality. Później nastąpi ich światowa dystrybucja.

puredistance-warszawa

nuty głowy: galbanum, grejpfrut, liście fiołka

nuty serca: jaśmin (absolut), szczodrzenica sitowata (janowiec hiszpański) – absolut, masło irysowe

nuty bazy: paczula, wetiwer, styraks

perfumiarz: Antoine Lie

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

 

 

Roja Dove „Britannia” – perfumowa arystokracja XXI wieku

Roja Dove znany jest z zamiłowania do Haute Parfumerie (w szczególności do domu Guerlain, dla którego przez wiele lat swej kariery pracował), czemu daje upust w swoich – co do tego nie mam wątpliwości – wyjątkowych pachnidłach.

Kto kiedykolwiek testował olfaktoryczne dzieła Dove’a ten wie, że ich bogactwo i wielowymiarowość oraz klasyczny styl nie mają sobie chyba równych we współczesnej perfumerii (może poza przywróconymi do życia – z pomocą Dove’a zresztą – pachnideł starej brytyjskiej marki Grossmith London). Co więcej,  są one w ogóle zaprzeczeniem tego, w jaki sposób dziś robi się perfumy. Stanowią współczesną apoteozę wysokiej perfumerii przełomu końca XIX i pierwszej połowy XX wieku. Przy pachnidłach Roja Parfums wszystkie inne zdają się dziś być „szarymi myszkami”, zawstydzonymi Kopciuszkami na balu u króla. Jedno jest pewne – Roja Dove wie, jak tworzyć królewskie perfumy.

roje-dove-piter-2

Dove bowiem nie oszczędza na niczym. Jak róża – to majowa (z Grasse), jak jaśmin – to oczywiście ten z Grasse, jak irys – to florencki, a jak sandałowiec – to z Mysore. Tu nie ma taryfy ulgowej. Te najszlachetniejsze ingrediencje komponuje w perfumy pachnące jak gdyby zostały „wyjęte” ze złotej epoki perfum. Nadaje im zwykle stosowną, bardzo wysoką koncentrację (eau de parfum lub parfum). Tymi wonnymi miksturami napełnia piękne flakony wykonane z najwyższej jakości grubego szkła, z misternie zdobionymi, pozłacanymi zatyczkami i grawerowanymi etykietami. Za tym wszystkim podąża oczywiście też cena, która – siłą rzeczy – ogranicza klientelę Dove’a do tej najzamożniejszej. I tylko o tę mu chodzi. Przecież to prawdziwe Haute Parfumerie!

Zapachowy gust Dove’a ukształtowała w dużej mierze praca dla Guerlaina, a wspomnienia wielkich dzieł francuskiego domu perfumowego odnaleźć można w wielu pachnidłach Brytyjczyka.

Mająca swą premierę w bieżącym roku Britannia stanowi doskonały przykład stylu, talentu i pasji tego nietuzinkowego i nieco ekscentrycznego twórcy. To pachnidło orientalne, w którym odnajdziemy cała masę naturalnych ingrediencji budujących kalejdoskop nut, poukładanych wszakże w jedną bardzo sensowną całość. Zasadniczo Britannia składa się z trzech grup nut zapachowych: kulinarnych (cytrusy, kakao, cynamon, wanilia, goździk, brzoskwinia), które nadają mu apetycznej zmysłowości, kwiatowych (róża, jaśmin, heliotrop, magnolia champaca, cassia, irys), przydających pachnidłu kobiecości i drzewnych (paczula, wetyweria, sandałowiec), które z kolei równoważą kobiecy charakter elementami męskimi, ale także pogłębiają zapach i tworzą jego szkielet. Całości dopełnia obowiązkowa w perfumach Roja Dove’a niezwykle cenna naturalna szara ambra oraz piżma.

roja-dove-britannia-parfum

Na samym początku na pierwszy plan wybija się akord kulinarny z dominacją nuty kakao i słodkich cytrusów. Z czasem ujawniają się nuty kwiatowe, wciąż mocno podbudowane słodkimi przyprawami. Kakao schodzi na dalszy plan, a coraz wyraźniejszy stają się brzoskwinia i heliotrop, który odpowiada za spore podobieństwo Britanni – przynajmniej na tym etapie – do L’Heure Bleu Jacquesa Guerlaina. W tym sensie serce Britanni leży w Paryżu. Drzewno-kulinarna baza wieńczy to monumentalne dzieło, przy czym zmysłowy ślad ambry i piżm pozostaje na skórze do dnia następnego.

Sto mililitrów tego eliksiru zamknięte w eleganckim zdobionym flakonie z grubego szkła kosztuje 750 brytyjskich funtów. To prawdziwa arystokracja wśród perfum.

Britannia to czyste perfumy – najwyższa koncentracja zapachowa. Pachną blisko skóry i rozwijają się na niej bardzo powoli i dystyngowanie w klasyczny sposób, choć sprowadzenie ich li tylko do trzech akordów czy faz byłoby niesprawiedliwe. Każda faza ma tu pewnie co najmniej dwie „podfazy”, ale nie ma sensu dzielić włosa na czworo, bo można zatracić obraz całości. A ta jest majestatyczna i poruszająco piękna. Britannia nie tylko brzmi dumnie i królewsko, ale tak też pachnie. Zdaje mi się też, że ląduje głównie pod królewskimi choinkami…

 

 

britannia-parfum-100ml-pac

nuty głowy: cedrat, bergamotka, mandarynka

nuty serca : róża majowa, jaśmin z Grasse, magnolia champaca, heliotrop, cassia (cynamonowiec), fiołek, brzoskwinia

nuty bazy: cynamon, goździk, paczula, wetyweria, drewno sandałowe, wanilia, kakao, irys, szara ambra, piżmo

perfumiarz: Roja Dove

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 3,5/ trwałość: 6,0

Frederic Malle „Le Parfum de Therese” – klasyka objawiona

Z tymi perfumami łączy się niezwykła opowieść. Niezwykła nie dlatego, że sporządził ją wyrachowany copywriter po to, by zachęcić do zakupu perfum lub zwiększyć ich sprzedaż. Niezwykła dlatego, że napisało ją życie…

Dotyczy ona jednej z najważniejszych postaci w historii perfumerii, wybitnego perfumiarza Edmonda Roudnitski, który nie tylko stworzył ponadczasowe arcydzieła perfumerii (głównie dla Christiana Diora: Diorissimo, Diorella, Diorama, Eau Fraiche, Eau Sauvage, ale także słynne Eau D’Hermes i pachnidła dla Rochas: m.in. Femme, Moustache for Men), ale także wyznaczył nowe kierunku w perfumerii. Pisał też książki o swym fachu, które weszły do kanonu, podobnie jak jego perfumy.

edmondroudnitska1969cafleurebon1
Edmond Roudnitska (1905-1996) (fot. Cafleurebon)

Edmond Roudnitskę stworzył Le Parfum de Therese gdzieś pomiędzy 1957 a 1965 rokiem z myślą tylko i wyłącznie o swej żonie Theresie. Ta nosiła je przez kolejne lata swego życia i nikt poza nią (i pewnie synem Michelem oraz oczywiście twórcą) nie wiedział o ich istnieniu. Do momentu, gdy już po śmierci perfumiarza, pod wpływem sugestii Frederica Malle, który właśnie tworzył swoje perfumowe wydawnictwo Editions de Parfums, Theresa zgodziła się ujawnić recepturę tych perfum i pozwoliła Fredericowi wydać je pod własną marką.

edmond-and-therese-roudnitska

Jak niemal każde ówcześnie popełnione przez Roudnitskę pachnidło, także i to wyprzedzało swoje czasy. Podobnie jak Eau Sauvage, który zadziwił i urzekł wszystkich swym totalnie wówczas nowatorskim charakterem, o którym w dużej mierze zdecydowało odważne i przekraczające wszelkie ówczesne normy użycie molekuły Hedione, dzięki której ten koloński szypr nabrał niezwykłego, świetlistego, jaśminowego charakteru, tak Le Parfum de Therese po raz pierwszy zaprezentował nutę wodną, która 30 lat później stała się elementem budującym bardzo modny gatunek perfum wodnych (acquatic).

Gdyby Le Parfum de Therese zostały opublikowane w czasach, gdy jest stworzono, byłby dziś jednym z uwielbianych ponadczasowych klasyków, wymienianych jednym tchem z  Diorella, Diorissimo, Eau Sauvage czy Femme.

frederic_malle
Frederic Malle

Dzieło Roudnitski to neoklasyczny owocowy szypr z wodnym akcentem w postaci nuty melona (melonal), która współtworzy tu świeże i soczyste, słodko-cytrusowe i jednocześnie rześkie otwarcie (mandarynka), wzbogacone o unoszący całość pieprz. Serce tej klasycznie zbudowanej (bo jakżeby inaczej) kompozycji również nie jest typowe dla szyprów tamtych czasów. Obowiązkowej esencji różanej i subtelnego jaśminu towarzyszy bowiem zdecydowanie wówczas nowatorski i przydający oryginalności akord śliwki (daleki wszakże od współczesnych wytworów chemii i w swej umowności podobny do słynnej nuty brzoskwini w Mitsouko Guerlain). Dzięki fiołkowi zaś niemu serce pachnie nieco zielono i w sumie bardzo odlegle od ciężkich retro szyprów. Baza ma drzewny charakter, a jej najważniejsze ingrediencje to wetyweria, cedr i akord skórzany. Mimo braku emblematycznych dla bazy szypru mchu dębowego i labdanum, zapach utrzymuje się w tej klasycznej estetyce, nadając jej jednocześnie nowoczesnego sznytu. Na etapie bazy nie ma już śladu po wcześniejszych nutach, co potwierdza klasyczną konstrukcję tych perfum.

Co może być zaskakujące, wg mnie Le Parfum de Therese ma uniseksowy charakter. Generalnie szypry, o ile nie zdominowane przez białe kwiaty i aldehydy, nuty szminki czy pudru, bardzo dobrze układają się na męskiej skórze (nawet szypr nad szypry Aromatics Elixir Estee Lauder), co zwykle wynika z ich cytrusowo-mszysto-drzewnego charakteru. Le Parfum de Therese nie jest tu wyjątkiem. Nawet więcej – ze względu na swój nowatorski i oszczędny w środki wyrazu charakter, bardzo dobrze współgra z męskim naskórkiem .

Przede wszystkim jednak Le Parfum de Therese pachnie bardzo charakterystycznie dla stylu Mistrza Edmonda. Ten bezdyskusyjny geniusz kolby i pipety potrafił tworzyć prawdziwe cuda perfumerii na miarę ówcześnie dostępnych składników i możliwości technicznych. Z niezwykłym wyczuciem wykorzystywał nowe wówczas aromamolekuły po to, by znanej estetyce dodać nowych wymiarów, by pokierować ją na nowe tory. Dzięki temu, ale także niezwykłemu talentowi i tytanicznej pracy w swoim laboratorium, stworzył perfumy, które funkcjonują „poza czasem”, poza zmieniającymi się modami i wbrew współczesnemu natłokowi nowych składników i sztucznie budowanych wokół nich trendów. W latach swojej świetności Roudnitska mógł swoje dzieła zaprezentować publice głównie dzięki wizjonerstwu, odwadze i niezwykłemu smakowi Christiana Diora. Le Parfum de Therese musiały poczekać wiele lat, by dzięki innemu koneserowi perfumeryjnego rzemiosła, Fredericowi Malle, mogły zostać upublicznione. To świetnie, że tak się stało, bo to pachnidło zupełnie wyjątkowe. Bo choć nie będące koronnym osiągnięciem Edmonda Roudnitski, to jednak potwierdzające jego niezwykły talent, wyjątkowy kunszt i gigantyczny warsztat. Jestem pewien, że ich klasyczna harmonia z domieszką współczesności i niezwykła uroda nikogo wrażliwego na aromaty nie pozostawią obojętnym…

 

malle-parfum-de-therese

nuty głowy: pieprz, mandarynka, melon

nuty serca : jaśmin, fiołek, róża, śliwka

nuty bazy: cedr, wetyweria, skóra

perfumiarz:  Edmond Roudnitska

rok premiery: 1999 – w ramach Frederic Malle Editions de Parfums (pierwotnie w 1957-65)

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 4,0 / projekcja: 3,5-4,0 / trwałość: 3,5

Eutopie Parfumes – nisza made in France

Eutopie Parfumes to młoda francuska marka niszowa utworzona w 2011 roku i prowadzona przez Elodie Pollet – weterankę branży dóbr luksusowych, w tym perfum. Pollet lubi podróżować, mieszkała już w wielu miejscach na świecie. Jej obserwacje podróżnicze oraz doświadczenia życiowe i branżowe znalazły wyraźne odzwierciedlenie w pachnidłach Eutopie, które tworzy wraz z profesjonalnymi francuskimi perfumiarzami. Perfumy ponumerowane zostały od 1 do – póki co – 10, z pominięciem, rzecz jasna, piątki, która jako nazwa perfum zarezerwowana jest przez Chanel…Każda kompozycja zainspirowana została innym miejscem, przy czym te o numerach 7, 8 i 9 poświęcono paryskim ogrodom. Warto wspomnieć, że marka został uhonorowana w 2012 roku w Paryżu nagrodą European Beauty Innovation Awards, a zapach No.4 otrzymał w 2013 roku w Berlinie nagrodę Prix de Parfum Artistique.

elodie-pollet
Elodie Pollet (Fot. Fragrantica)

 

Eutopie Parfums proponuje intrygujące i oryginalne pachnidła o orientalnym, niszowym charakterze, skierowane do koneserów perfumowej sztuki. Zamyka je w masywne, ale poręczne i dobrze prezentujące się flakony zaopatrzone w srebrne lub złote zatyczki. Oszczędna stylowa grafika i numery zamiast nazw dodają całości niszowego i ekskluzywnego charakteru.

Dzięki uprzejmości łódzkiej perfumerii Impressium miałem okazję przetestować pachnidła o numerach od 1 do 6 i przyznać  muszę, że wszystkie zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. To kawał porządnej perfumowej roboty. Przede wszystkim zapachy Eutopia są oryginalne (i – o dziwo – nie ma pośród nich ani kopii Black Afgano, ani imitacji Tuscan Leather (!), choć jest coś…., ale o tym później). Poza tym, są gęste i trwałe, co wynika nie tylko z zastosowanych składników, ale i koncentracji eau de parfum. To także powoduje, że rozwijają się one na skórze bardzo powoli, nie epatując otoczenia swą mocą, a pozostając raczej bliżej noszącego. Zwykle są to kompozycje orientalne, z elementami estetyki arabskiej, tyle że z akcentami położonym na różne aspekty. Według mnie niemal wszystkie mają uniseksowy charakter.

No.1 to pachnidło z wyraźną nutą jaśminu sparowanego z różą, którym początkowo towarzyszy anyż. Kwiaty zanurzono w esencjach drzewnych, przybrudzono odrobiną gorzkawo pachnącego tytoniu i oparto na zmysłowej orientalnej bazie, na którą składa się ambra, piżmo i wanilia. Zapach majestatycznie i długo rozwija się na skórze, dość szybko wszakże tracąc kwiatowe nuty na rzecz orientalnej, lekko pudrowej, ambrowo-drzewno-waniliowej bazy, która z czasem staje się coraz bardziej sucha, nieco duszna, tajemnicza i zmysłowa.

Biały flakon z różowym ornamentem jakoś mi jednak do charakteru No. 1 zupełnie nie pasuje…

eutopie-n-1-luxury-perfume

 

główne nuty:  jaśmin, róża, anyż, drewno sandałowe, tytoń, cedr, ambra, białe piżmo, wanilia

perfumiarz: Charles Caruso (SFA)

rok premiery: 2011

 

No.2 to przepiękne, majestatyczne, orientalne pachnidło łączące w sobie różę, szafran i nuty drzewne. Fani niedoścignionego Rose Nacree du Desert Guerlain, Santal Royal tej samej marki oraz niedawno opisywanego przez mnie Oriento marki Jeroboam mogą znaleźć w tej kompozycji swoje ulubione aromaty. Róża obecna, choć nie dominująca, została tu sowicie obsypana rdzawym szafranowym pyłem przydającym całości tego charakterystycznego słodko-gorzkiego, arabskiego charakteru. Mam słabość do takich pachnideł – mających zmysłowy, ale jednocześnie egzotyczny, ciężki, „osadzony”, ale fascynująco mroczny i tajemniczy charakter, w których szkarłatna róża zmieszana została z czernią nikabu i złotem zdobień arabskich pałaców…

burka

No.2 zawiera w sobie – wedle twórców – aromat specyficznego arabskiego kadziła zwanego Bakhur (bakhoor), będącego w istocie sprasowaną w kształcie cegiełki mieszanką naturalnych składników, głównie drzewnych wiórków oudowych, zanurzonych w pachnących olejkach i zmieszanych z innymi składnikami (żywice, ambra, piżma, drewno sandałowe, zapachowe esencje). Bakhur palony wydziela dym służący do nadawania zapachu pomieszczeniom i tkaninom (ubraniom).

Reasumując, No.2 zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. No i kolor flakonu został tym razem zdecydowanie lepiej dobrany…

eutopie-n-2-luxury-perfume

główne nuty:  przyprawy, tytoń, róża, szafran, piżmo, nuty drzewne, niuanse orientalne

perfumiarz: Prakash Narayan (Givaudan)

rok premiery: 2011

 

No.3 idzie w nieco innym kierunku, niż dominujący w pierwszych dwóch zapachach arabski orient. Owszem, odnajdziemy tu wspólne z nimi ingrediencje (np. szafran, agar), ale całość jest zdecydowanie łagodniejsza i bardziej europejska – głównie dzięki innym proporcjom poszczególnych składników i łagodzącemu całość na pierwszym etapie jałowcowi. Dość szybko No. 3 ujawnia swą drzewna istotę, która – w miarę upływu czasu – zaczyna dominować. Finisz jest intensywny i sucho-drzewny, co jest zasługa niezawodnego cypriolu, który wzmacnia drzewny przekaz. Łagodny początek przeistacza się więc w mocny, drzewny koniec. Całkiem zaskakująco i naprawdę interesująco…

eutopie-3

główne nuty:  jagody jałowca, szafran, drewno sandałowe, cypriol, drewno agarowe, paczula, ambra, piżmo, wanilia

perfumiarz: Sonia Constant (Givaudan)

rok premiery: 2012

 

No. 4 poprzez połączenie paczuli z delikatnymi nutami balsamicznymi (czystek), żywicznymi i kulinarną wanilią na samym początku budzi we mnie jak najlepsze skojarzenia z przecudnej urody Coromandelem Chanela. Jednak w wyniku obecności fiołka w sercu zapach dość szybko zmienia kierunek. Staje się miękki i delikatnie zielony. Co ciekawe, na finiszu podobieństwa do dzieła Jacquesa Polge’a powracają, zapach staje się lekko paczulowo-kremowy i w efekcie jako całość pozostawia naprawdę dobre wrażenie. Jego „nieszczęściem” jest właśnie to, że może kojarzyć się z absolutną perfumową doskonałością, jaką jest Coromandel. Z takim „przeciwnikiem” trudno jest nawet podjąć walkę, a co dopiero ją wygrać… Ale to właśnie tę kompozycję doceniło berlińskie jury przyznając Prix de Parfum Artistique.

eutopie-4

główne nuty:  paczula, bergamotka, czystek, róża, fiołek, sandałowiec, ambra, piżmo, kadzidło

perfumiarz: Charles Caruso (SFA)

rok premiery: 2013

 

No.6 zainspirowane zostało… Rosją (bo czemu nie?), a konkretniej – Moskwą, która wszakże znacząco różni się od reszty Rosji (delikatnie to ujmując), a w której Elodie Pollet mieszkała przez jakiś czas. Stamtąd zabrała ze sobą wspomnienia i skojarzenia z wonią skóry, geranium i kadzidła. Według niej te nuty w dużej mierze tworzą No.6, którego czerwony flakon ze złotą zatyczką nawiązuje do moskiewskiego monastyru z ulicy Petrovka.

moscow-monastery

Zapach otwiera się dość intensywnym aromatem przypominającym pieprz, ale pieprzem nie będącym. To aromamolekuła pepperwood daje znać o sobie. Obok suchego drzewnego cypriolu, to drugi składnik stricte syntetyczny budujący kościec tego niezwykłego zapachu. Zza tego pikantnego wstępu nieśmiało wyłania się geranium na cedrowym fundamencie i – ten moment musiałem sprawdzić kilka razy, by potwierdzić moje skojarzenia – pachnie to jak Terre d’Hermes (!) pozbawiony grejpfruta (methyl pamplemousse) i wetywerii (vetiveryl acetate). Taka mroczna, niszowa, nieoczywista i bardziej wymagająca wersja Terre. Mniej wprawny nos może zupełnie nie zauważyć tego podobieństwa. Ja sam wydobyłem je dopiero przy którejś próbie. Ale No.6 to pachnidło zdecydowanie trudniejsze, obudowane innymi ingrediencjami dla uzyskania innego efektu. Elodie Pollet określa je jako – po części – skórzane. Ja jednak skóry zupełnie tu nie czuję. Natomiast uważam ten zapach za przede wszystkim przyprawowo-drzewny z odrobiną kadzidła, ładnym, dość wyraźnym, lekko mentolowym geranium i świetnym, długotrwałym, suchym cypriolowym finiszem. Co ciekawe, owo podobieństwo do dzieła J.C. Elleny jest dużo większe na papierku testowym, niż na skórze. Tam zapach staje się bardziej mroczny i drzewny, a urocza i rozjaśniająca całość nuta geranium gdzieś się chowa…

Dla osób lubiących olfaktoryczne eksperymenty No.6 może okazać się bardzo ciekawym kandydatem do połączenia go z Terre d’Hermes na skórze, w celu pogłębienia i utrwalenia tego drugiego. Efekty mogą  być bardzo intrygujące. Sam z pewnością tego wkrótce spróbuję… Niemniej oczywiście No.6 to od początku do końca „samodzielne” pachnidło o mocnym, zdecydowanym i męskim charakterze. Obok No. 2 moje ulubione z opisywanej piątki.

 

 eutopie-n-6-luxury-perfume1

główne nuty: kadzidło, cypriol, geranium, labdanum, skóra, paczula, cedr, piżma, Pepperwood

perfumiarz: Nadège le Garletanzec (Givaudan)

rok premiery: 2013

 

Jeroboam Paris – ekstrakty perfumowe dla miejskich wędrowców (cokolwiek to znaczy…)

Wszystko rozpoczęło się od piżm.

Konkretnie od ich mieszanki, nad którą od dłuższego czasu w zaciszu swojego laboratorium pracowała Vanina Muracciole, perfumiarka włoskiego pochodzenia, absolwentka ekskluzywnej paryskiej szkoły perfumeryjne ISIPCA. Wyjątkowy akord, jaki był rezultatem tych prac, oczarował niejakiego Francoisa Henina, konesera perfum, właściciela jednej z najstarszych i najważniejszych paryskich perfumerii niszowych Jovoy Paris, twórcy doskonałej niszowej marki perfumowej pod tą samą nazwą. Bazując na tym akordzie Muracciole skomponowała Origino – pierwszy zapach nowej kolekcji perfumowych ekstraktów zamkniętych w w małych, uroczych 30 ml-owych flakonikach, którą Henin przekornie ochrzcił mianem Jeroboam (w przemyśle winiarskim jest to określenie na dużą 3 litrową butlę wina) i opatrzył hasłem: Perfumowe ekstrakty dla miejskich koczowników. Ów akord tajemniczych piżm łączy zapachy kolekcji, gdyż stał się bazą dla każdego z nich. Nazwy poszczególnych kompozycji wywodzą się z języka esperanto.

jeroboam teaser

Stanowiącą bazę Origino (Początek) piżmową miksturę Muarcciole ozdobiła pieprzowym, wibrującym otwarciem, która naturalnie przechodzi w przyprawowo-drzewne serce, w którym zarówno esencja z jagód jałowca, jaki gałka muszkatołowa idealnie wprost wynikają z pieprzowego otwarcia. Drzewny wymiar zapachu został znacząco wzmocniony poprzez esencję sandałowca. Ale istotą Origino jest to, co pojawia się na skórze półtora-dwa kwadranse po aplikacji. Trwające niemal w nieskończoność, hipnotyczne, zmysłowe, magnetyzujące piżmowe mini-arcydzieło z subtelną nutką owocową, które natychmiast zapada w pamięć i każe zadawać sobie co jakiś czas pytanie – co tak pięknie pachnie?

 

Jeroboam

nuty głowy: bergamotka, różowy pieprz

nuty serca: jałowiec, gałka muszkatołowa

nuty bazy: drewno sandałowe, tajemnicze piżma

 

Hauto (Skóra) to nic innego, jak dobrze znana z Origino piżmowa baza, tyle że nadbudowana akordem kwiatowym, zdominowanym przez woń tuberozy oraz przyprawy. Zanim jednak mocne, nektarowo-kwiatowe serce ukaże się w pełnej krasie, zapach zaczyna się akordem owocowym, z wiodącą nutą będąca mieszanką niby-ananasa i czegoś słodkiego, kulinarnego i miodowego. Stawiałem na ylang ylang, choć oficjalny skład go nie podaje. Jest też wyczuwalne coś w rodzaju wanilii. Niemniej doprawione tuberozowe serce może się podobać jako bardzo nasycone, gęste i pozbawione jakichkolwiek drażniących biało-kwiatowych akcentów. Hauto ma zdecydowanie kobiecy charakter, jest początkowo dość intensywny, by z czasem mocno osiąść na skórze i trwać na niej wiele godzin jako zmysłowy, biało-kwiatowy skin-scent.

nuty głowy: bergamotka, ananas

nuty serca: tuberoza, róża, przyprawy

nuty bazy: tajemnicze piżma

vanina_muracciole

Miksado (Mieszanie) to przyprawowo-drzewna kompozycja, w której pierwszych minutach pięknie współgrają ze sobą szafran i labdanum, początkowo odświeżone minimalnie wyczuwana bergamotką. Serce to wedle opisu domena nut drzewnych, ale ja wyczuwam tu przede wszystkim intrygującą nutę owocową,  w typie likieru porzeczkowego, która narasta wraz z upływem czasu budując hipnotyczny sygnaturowy akord Miksado. Kompozycja wsparta została paczulą i wanilią, a utrwalona znanym piżmowym motywem przewodnim kolekcji Jeroboam. Całość pachnie bardzo komfortowo, magnetyzująco, przyjemnie i powoli rozwijając się na skórze. Obok Oriento to mój ulubiony Jeroboam.

nuty głowy: bergamotka, labdanum, szafran

nuty serca: cedr, geranium, drewno gwajakowe

nuty bazy: paczula, wanilia, tajemnicze piżma

Francois Henin
Francois Henin

Oriento (Wschód) to – zgodnie z nazwą – mocna, orientalna mieszanka, w której głównymi bohaterami są szafran, róża, paczula oraz drewno sandałowe z obowiązkowym w kolekcji Jeroboam udziałem akordu tajemniczych piżm. Choć sam zapach nie odkrywa nowych horyzontów, to jednak nie można odmówić mu kompetentnego i bardzo solidnego wykonania. W kategorii pachnideł o arabskiej estetyce, które oparto na dobrze znanym zestawieniu esencji różanej z esencjami paczuli i sandałowca, Oriento prezentuje z pewnością najwyższą jakość. Przypomina mi genialną kompozycję Thierry Wassera Rose Nacree Du Desert Guerlain, którą w wersji skomercjalizowanej i rozcieńczonej marka ta niedawno przedstawiła jako Santal Royal. Niemniej zarówno kompozycyjnie, jak i jakościowo (także pod względem koncentracji składników), Oriento może śmiało stawać w szranki z tym pierwszym. Zapach jest piękny, głęboki i zmysłowy. Różana nuta ma barw szkarłatną, szafran zaostrza zapach na początku, przydając arabskiego sznytu, w sercu zaś do głosu dochodzi paczula, dodając całości zmysłowości. Baza jest bardzo długotrwała i ma drzewny charakter z dominująca sucho-drzewną nutą sandałowca.

Oriento rozwija się na skórze majestatycznie, powoli i trwa na niej długie godziny, pachnąc nienachalnie i elegancko, dając o sobie znać co jakiś czas zmysłową i intrygującą smużką. To prawdziwe Magnum Opus tej kolekcji. To także mój ulubiony Jeroboam.

jeroboam oriento

 

nuty głowy: cytryna, szafran, styrax

nuty serca: róża, ylang-ylang, jabłko

nuty bazy: drewno sandałowe, paczula, tajemnicze piżma

 

W Insulo (Wyspa) na bazę z tajemniczych piżm nałożono zmysłowy duet wanilii i jaśminu (duet, który przyczynił się do sukcesu Watch M.Micallef). Początkowo wanilia odminuje, z czasem uchylając nieco jaśminu. Insulo jest bardzo ciepły, blisko-skórny, puszysty, a jego kulinarna strona nie jest specjalnie dominująca. Składniki zostały tu dobrze zrównoważano, tak że tworzą jedną bardzo zwartą całość. Niemniej sprawia ona na mnie wrażenie nieco nijakiej, zbyt subtelnej, a Insulo wypada na tle pozostałych kompozycji Jeroboam najmniej interesująco.

Jeroboam insulo

nuty głowy: wanilia

nuty serca: jaśmin

nuty bazy: tajemnicze piżma

 

Jeroboam Paris to kolekcja rzadkiej urody esencjonalnych, oryginalnych i kompetentnie skomponowanych pachnideł orientalnych.

Na szczególnie uznanie i podkreślenie zasługuje oryginalność tych zapachów. Jeroboam nie próbują kopiować czy choćby naśladować znanych bestsellerów mainstreamu czy niszy i nadawać im luksusowego image’u, co jest – niestety – coraz bardziej powszechną praktyką w perfumerii zwanej – mniej lub bardzie trafnie – niszową czy luksusową.

Wszystkie tworzące kolekcję zapachy charakteryzują się harmonią, zmysłowym ciepłem, swoistą miękkością, bogactwem i wysoką koncentracją ingrediencji, a przez to długotrwałością i delikatną, aczkolwiek satysfakcjonującą projekcją, gwarantującą zmysłową smużkę snującą się za noszącym. Ze względu na wyczuwalną koncentrację ekstraktu, każde pachnidło Jeroboam rozwija się na skórze bardzo powoli, przechodząc kolejne fazy i czasem całkiem znacząco odmieniając swoje oblicze, ku zaskoczeniu i satysfakcji.

Bardzo ważne jest, by tych zapachów nie oceniać po pierwszych nutach i pierwszych minutach (choć i one są równie śliczne, co ciąg dalszy, o co twórcy – zdaje się – zadbali). Trzeba dać im czas, wwąchać się w nie, spróbować ich kilka razy, by odkryć ich prawdziwe piękno.

To spokojne zapachy. Nie krzyczą „oudem”, ani innymi sensacyjnymi składnikami czy kontrowersyjnymi akordami. Dają jednak sporą satysfakcję, jeśli tylko pozwolimy im rozwinąć skrzydła i rzucić na nas swój czar. Wrosną w nas i z czasem staną się częścią na samych.

Jako niekontrowersyjne, a przy tym niebanalne, urodziwe i nienachalne, zamknięte w śliczne, filigranowe flakoniki, wydają się też idealnym materiałem na bezpieczny pachnący upominek dla kogoś wyjątkowego…

 

PS. Zapachy Jeroboam dostępne są w warszawskiej perfumerii Quality.

Le Galion – jak feniks z popiołów

La Galion logo

Francuska marka Le Galion szyci się niezwykłą i dość długą historią. Powołana do życia jako dom perfumeryjny w 1930 roku przez Księcia Murata, już po pięciu latach trafiła do rąk niejakiego Paula Vachera, perfumiarza, który zdążył był już pracować z Guerlainem oraz Lanvinem (współtworzył słynny Arpege). Ten w 1936 roku zaprezentował Sortilege – pachnidło, które szybko stało się absolutnym przebojem salonów (nosiła je sama Marilyn Monroe). Potem powstały kolejne: Bourrasque, Brume, Tubeureuse, Iris. Wszystkie słynęły z bogatych w naturalne składniki receptur, nieprzeciętnej elegancji i piękna. Nic dziwnego, że gdy w 1946 roku Christian Dior i Serge Heftler-Louiche (dziadek Frederic Malle!) szukali kogoś, kto skomponowałby dla Diora pierwsze perfumy, Vacher wydawał się naturalnym, choć z pewnością niełatwym wyborem (był wówczas jednym z kilku najbardziej znanych i najwybitniejszych francuskich perfumiarzy obok Edmonda Roudnitski, Etnesta Beaux, Ernest Daltroffa czy Jacquesa Guerlaina). Vacher stworzył dla Diora szyprowe perfumy nazwane Miss Dior.

paul-vacher
Paul Vacher

Niezależnie od tego perfumiarz rozwijał własną markę Le Galion i w ciągu kolejnych niemal 30 lat (zmarł nagle w 1975 roku) dzielił swe obowiązki pomiędzy nią, a rolę głównego producenta perfum dla Christania Diora. Warto wiedzieć, że Vacher jeszcze raz zasiadł przy perfumiarskich organach na zlecenie Diora, aby w 1963 stworzyć Diorling. Ale lata 60-te i początek 70-tych to przede wszystkim kolejne pachnidła Le Galion, m.in. Vetyver (1968).

Diorling

Po śmierci Paula Vachera za sterami firmy na kilka lat stanęła jego córka, Dominique De Urresti. W latach 80-tych Le Galion zakupili Amerykanie i bardzo szybko rozłożyli firmę na łopatki. Byłby Le Galion już wyłącznie historią, gdyby nie Nicolas Chabot, który kilka lat temu zakupił prawa do marki i reaktywował ją w bardzo dobrym stylu, przywracając z pomocą francuskich perfumiarzy (Vanina Muracciole, Marie Duchene, Anne-Sophie Behaghel, Amelie Bourgeois, David Maruitte, Thomasa Fontaine) słynne klasyki we współczesnych wersjach oraz dodając zupełnie nowe pachnidła.

Nicholas Chabot

Chabot zadbał nie tylko o treść pachnideł, ale także o ich formę. Współczesny Flakon Le Galion nawiązuje swym oszczędnym i eleganckim, bezpretensjonalnym designem do butli, w jakiej sprzedawane było Sortilege z czasów swej świetności:

Old Sorilege

Poniżej zdjęcie kolekcji Le Galion eksponowanej podczas Esxence 2016:

Gallion

Ona czyli Sortilege A.D. 2014

Ulubione (zapewne obok No 5 Chanela) perfumy Merylin Monroe także dziś pachną niezwykle kobieco i bardzo w stylu odległych już lat 30-50 tych XX wieku. Tradycyjna i sprawdzona tysiące razy mieszanka wszelkiej maści składników kwiatowych (z dominującymi ylang ylang i jaśminem) z aldehydami na drzewno-ambrowej bazie i sandałowcem jako głównym elementem rusztowania, nigdy, przenigdy nie wyjdzie z mody. Oby zresztą tak było, bo trudno przecież znaleźć bardziej ponadczasowo kobiecy aromat, niż ten prezentowany przez Sortilege, w jakimś sensie – jak każdy tego typu zapach po 1921 roku – dłużnika Ernesta Eaux i jego Chanel No.5. Bowiem po 1921 roku wszystkie pachnidła o podobnej woni chcąc nie chcąc muszą być porównywane do królowej. A królowa jest przecież jedna…

marilyn-monroe-sortilege-perfume-300x229

Trzeba wszakże przyznać, że współczesna wersja Sortilege pachnie bardzo szykownie, harmonijnie i mimo ewidentnej retro metryki, całkiem „dzisiejszo”. Aldeyhydy zastosowano z umiarem (nie to co w dziele Beauxa :)), a kwiatowy bukiet pachnie po prostu nieziemsko. Doskonała jest jakość składników, a kompetencja, z jaką wykonano samą kompozycje – bezdyskusyjna. Godzien podziwu zaś polot, z jakim reaktywowano klasyczną, niemal kultową woń.

Sortilege A.D. 2014 pachnie jak dzieło wybitnego kompozytora, zagrane przez współczesnego wirtuoza  na najlepszej jakości skrzypcach. Takiej muzyki słucha się nie tylko z największą przyjemnością, ale także z zachwytem, podziwem i szacunkiem dla twórców.

Sortilege są współcześnie nienachalne, ale nie należy zapominać, że choć podana wg dzisiejszych reguł, jest to kompozycja w starym stylu. Fanki współczesnych perfum cukierkowych, owocowych i syntetyczno-kwiatowych, słynące z robienia sobie selfie przy każdej okazji i umieszczania ich bez zastanowienia na Instagramie, prawdopodobnie skomentują ten zapach jako – delikatnie mówiąc – „babciny”. Błąd. Przede wszystkim w rozumowaniu. Każda babcia była przecież niegdyś młodą, a później dojrzałą kobietą. Jeżeli pachniała Sortilege, to musiała robić oszałamiając wrażenie. Bo Sortilege jest oszałamiająco kobiecy. A jest tego jedna zasadnicza przyczyna –  to perfumy przeznaczone dla kobiet, nie zaś mentalnych podlotków…

sortilege_le-galion

nuty głowy: konwalia, bez, ylang-ylang, aldehydy

nuty serca: egipski jaśmin, mimoza, narcyz, róża turecka, irys

nuty bazy: indonezyjski sandałowiec, wetiwer, labdanum, piżmo, ambra

twórca: Paul Vacher/ Marie Duchene

rok premiery: 1936/ 2014

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

On czyli Vetyver A.D. 2015

Przypomnijmy – lata 50-te i 60-te ubiegłego wieku były czasem popularności zielono-ziemistej nuty wetywerii w pachnidłach już wówczas kierowanych do gentlemanów. Carven Vetiver (1957), Vetiver od Guerlain (1959), Eau de Vetyver od Givechy (1959) stanowiły swoistą męską odpowiedź na aldehydowo-kwiatowe pachnidła kobiece. Paul Vacher doskonale czuł rynek, więc w 1968 roku wypuścił własną wodę wetiwerową – Eau de Vetyver.

eau de vetyver galion

Nicholas Charabot i Thomas Fontain przywrócili ją światu w 2015 roku pod uproszczoną nazwą Vetyver. Podobnie jak Sortilege nie przypomina współczesnych perfum kwiatowych, tak Vetyver nie jest aromatem wetiwerowym w dzisiejszym tego słowa rozumieniu (w typie Vetiver Extraordnaire Frederica Malle, Sycomore Chanel, Encre Noire Lalique czy Grey Vetiver Toma Forda). Wszystkie wymienione to na wskroś współczesne interpretacje tematu, podczas gdy Vetyver Le Galion pod względem kompozycyjnym wyraźnie tkwi w przeszłości. Przede wszystkim nie wetiwer jest tu głównym aktorem. Zielony, niemal trawiasty, lekko gorzki początek zbudowany jest głównie z esencji liścia gorzkiej pomarańczy (petit grain) i bergamoty, spod których wybija się szorstko pachnąca gałka muszkatołowa. Intro naturalnie przeistacza się w mocno ziołowe, szorstkie serce złożone z szałwii, lawendy, petitgrain, estragonu i kolendra. Spore nagromadzenie takich a nie innych ingrediencji ziołowych przydaje całości retro sznytu. Z czasem zapach nabiera utrzymującego się już do końca drzewno-mszystego charakteru i finiszuje cichnąc, podczas gdy ja wciąż czekam na tytułowy wetiwer…

Vetyver to mocno klasyczne w swym charakterze i utrzymane w konwencji retro bardzo męskie pachnidło dla raczej dojrzałego mężczyzny. Można go śmiało potraktować jako męski odpowiednik Sortilege, gdy chodzi o to, co proponuje Le Galion.

Czuję, że jego obecna wersja zachowała bardzo wiele ze swego poprzedniego wcielenia. Jednak w porównaniu ze starszym przecież Vetiverem od Guerlaina wypada mało przekonująco. Ale mało co przecież może równać się z arcydziełem młodziutkiego Jean-Paula Guerlaina…

 

Le Galion Vetyver

nuty głowy: bergamotka, włoska mandarynka, gałka muszkatołowa

nuty serca: szałwia, lawenda, petit grain, estragon, kolendra

nuty bazy: wetiwer, sandałowiec, bób tonka, piżmo

twórca: Paul Vacher/ Thomas Fontaine

rok premiery: 1968/ 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ****

 

 

PS. Perfumy La Galion dostępne są w perfumerii Quality Missala.