Frederic Malle „Rose and Cuir” czyli rebeliancka róża

Pierwotnie miały nazywać się Rose Rebelle. Pięknie. Później Rose Mistrale. Także ładnie. Ale że – jak wyjaśnił sam twórca zapachu – obie nazwy zostały już wcześniej wykorzystane i zastrzeżone przez inne marki, a próby ich wykupu zakończyły się fiaskiem ze względu na horrendalne sumy żądane przez tych nazw właścicieli, skończyło się na Rose & Cuir.

To moim zdaniem kiepska nazwa dla perfum, szczególnie takiej marki jak Frederic Malle Editions de Parfums (choć zgoda – niepierwszy to raz). Nie ma w niej żadnej poetyckości, nie ma nimbu tajemnicy. Wszystko jest podane na tacy… Róża i skóra. Wszyscy bowiem, którzy nie przepadają za różą i/ lub skórą w perfumach mogą skreślić ten zapach już tylko na podstawie nazwy. Ale byłby to błąd,

bo ten zapach to bowiem trick, oko puszczone do nas przez Jean-Claude’a Ellenę. Nie odnajdziemy w nim bowiem ani róży ani skóry…

Ale po kolei. Wszyscy już wiedzą, że Jean-Claude Ellena przeszedł na emeryturę po zakończeniu swej misji dla Hermesa. I zdaje się, że odzyskał energię i pasję tworzenia i poszukiwania. „Chcę się bawić” powiedział, co w ustach świeżo upieczonego emeryta zabrzmiało tyleż zaskakująco, co zrozumiale. Bo przecież mówiąc to, nie miał pewnie na myśli wieczorków zapoznawczych połączonych z dancingiem organizowanych przez klub seniora w Cabris (choć może to także). Chodziło mu raczej o zabawę tworzeniem, o zapachowe eksperymenty i realizację tego, czego podczas piastowania prestiżowej funkcji, która zdecydowanie lepiej brzmi po angielsku (co częste) niż po polsku (in house perfumer vs. perfumiarz domowy :)) albo nie realizował, albo (co bardziej prawdopodobne) się z tym nie ujawniał. Aż tu nagle – w tym samym 2019 roku – dwie premiery Perris Monte Carlo i kolejne dwie Laborattorio Olfattivo przez niego sygnowane. Jakby tego było mało kolejny zapach dla samego Frederica Malle, starego przyjaciela, z którym pracował jeszcze zanim zasiadł w domu Hermesa (Angéliques Sous La Pluie, Cologne Bigarade, L’Eau d’Hiver). Obaj spotkali się w Grasse w Prowansji, by przedyskutować ewentualny wspólny projekt i obaj złapali się na wspólnej fascynacji klasykiem Edmonda Roudnitski z 1949 roku La Rose de Rochas. To te perfumy stały się inspiracją dla Rose & Cuir. Ale nie tylko…

Jean-Claude Ellena

Jak się możemy domyślić, formuła zapachu jest dość krótka, składa się z 15 ingrediencji i – uwaga – nie zawiera ani grama esencji różanej! Co na to sam perfumiarz?

Czy róża dodałaby coś ważnego do tego zapachu? Nie. Więc ją pominąłem.

J.C. Ellena

Jednak od samego początku jest w nim obecna różo-podobna nuta, pachnąca wszakże inaczej, bowiem świeżo i zielono, a także nieco przyprawowo i bardziej „roślinnie” aniżeli kwiatowo. Owa pikantność to sprawka esencji z pieprzu Timut z Nepalu, z którą to przyprawą zapoznał Ellenę jego przyjaciel, Bretończyk, mistrz kuchni Olivier Roellinger (to ta właśnie znajomość i kulinarne inspiracje znalazły swój wyraz wcześniej w opisywanym przez mnie Epice Marine, które perfumiarz skomponowała jeszcze dla Hermesa). Świeża i lekka „różaność” to z kolei efekt użycia wyjątkowej jakości esencji z geranium, na którą wyłączność ma póki co Frederica Malle właśnie dla tej kompozycji. Nie od dziś wiadomo, że olejek z geranium ma wiele molekuł wspólnych z olejkiem różanym i oba są chętnie przez wielu perfumiarzy łączone, gdyż współgrają ze sobą idealnie. Z tym, że Jean-Claude Ellena to nie „wielu perfumiarzy”, więc róży nie użył…

Jak sam twierdzi, od lat preferuje krótkie formuły, bo stanowią dla niego wyzwanie. Zawsze stara się najpierw bardzo skrupulatnie dobrać składniki, tak by dawały wyjątkowy efekt, i żeby każdy wnosił coś do kompozycji. Odrzuca więc te, które są jego zdaniem bez wpływu, a następnie pracuje nad zbalansowaniem tych, które pozostały.

J.C. Ellena & Frederic Malle

No dobrze, wiemy już więc, że zapach pachnie geranium. I to pięknie i wyraziście. Jednak ktoś, kto nie zna aromatu geranium, zakwalifikuje dominującą tu nutę jako różę. A co z tytułową skórą? Czy wyczujemy w zapachu skórzany aromat? Nie do końca… A jeżeli tak, to będzie to bardzo specyficzne ujęcie skóry uzyskane za pomocą wynalezionej w latach 50-tych XX wieku molekuły isobutyl quinoline, dokładnie tej samej, która odpowiada za skórzany akord w słynnym Bandit Roberta Piqueta. Tu perfumiarz połączył go wetywerią i cedrem oraz słynną perfumową bazą Mousse de Saxe, by przydać całości nutkę – jak sam to opisuje – buraka cukrowego (!), mającą kojarzyć się z cierniami róży. Efektem jest trwały i subtelnie projektujący, nieco gorzki i „wegetalny” akord bazy.

Zapach – zanim został ostatecznie zatwierdzony przez Frederica Malle – przeszedł niemal sto iteracji, a niemal każda była efektem – uwaga – wymiany SMS-owej (!) pomiędzy oboma dżentelmenami. Oczywiście podczas tego procesu, który trwał ok. 6 m-cy, panowie spotkali się kilka razy, by bezpośrednio przedyskutować efekt i kierunek prac. Co zupełnie nowatorskie i bezprecedensowe – całą tę SMSową korespondencję ujawniono w Internecie i można ją sobie prześledzić tu. Trzeba przyznać, że pomysł bardzo oryginalny, ujawniający perfumeryjną „kuchnię” od dotąd nieznanej strony. Co więcej, pokazuje wymianę opinii pomiędzy nie byle kim, bo branżowymi tuzami! Dla perfumowych nerdów to kawał fascynującej lektury!

Rose & Cuir zbudowany jest z nut zielonych, lekko kwaśnych, winnych, wytrawnych i gorzkich i – jako taki – wcale nie jest zapachem łatwym, szczególnie dla niewyrobionego nosa. Bezkompromisowy – to chyba także adekwatne określenie. W Hermesie wbrew pozorom perfumiarz miał ograniczenia w postaci kierującym rozwojem perfum tzw. dyrektorem kreatywnym, a ten miał wyjątkowe wyczucie rynku i – mimo wszystko – musiał brać pod uwagę komercyjność zapachów. „Czy to się będzie sprzedawało”? – to pytanie zadawano sobie w biurze Hermesa wielokrotnie. To samo pytanie musiał sobie zadawać Frederic Malle. Jak twierdzi Ellena – Malle nie był do końca przekonany do ostatecznej wersji zapachu, więc dał sobie ok. 3 miesiące czasu, po których wrócił do Rose & Cuir „na świeżo”, by ostatecznie go zaaprobować. Czy podjął słuszną decyzję? Czas pokaże. Ja uważam, że ryzykowną…

główne nuty: pieprz, geranium, wetyweria, skóra, cedr, mech

rok premiery: 2019

nos: Jean-Claude Ellena

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0->3,0

Perris Monte Carlo – „Les Parfums de Grasse”

W 2018 roku UNESCO wpisało regiony Grasse na „Listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości” w związku z kultywowaną tam od wieków wyjątkową wiedzą związaną z uprawą roślin perfumeryjnych, znajomością i przetwarzaniem naturalnych surowców w wonne ingrediencje oraz sztuką kompozycji perfum. Właśnie to miejsce zainspirowało kierującego marką Perris Monte Carlo Gianlucę Perrisa to zainicjowania wyjątkowej kolekcji perfum.

Grasse słynęło niegdyś z upraw przeznaczonych do produkcji perfum: róży majowej i jaśminu. Obecnie oczywiście wciąż uprawia się tam te (i inne) rośliny, ale skala tych upraw jest nieporównanie mniejsza. Niemniej zarówno róża, jak i jaśmin to emblematyczne dla historii i tradycji regionu Grasse kwiaty. Nie dziwi mnie więc zupełnie wybór tematyki dla dwóch pierwszych perfum kolekcji Les Parfums de Grasse.

Gianluca Perris

Aby były to perfumy naprawdę wyjątkowe, ich skomponowanie Perris powierzył wyjątkowemu perfumiarzowi, mieszkającemu zresztą w rzeczonym regionie (a konkretnie w Cabris) Jean Claude’owi Ellenie, który dopiero niedawno ustąpił z prestiżowego fotela nadwornego perfumiarza marki Hermes.

W Grasse było kilku wartych uwagi kandydatów do tego projektu. Ale dla mnie Jean Claude Ellena jest najbardziej kultowym perfumiarzem naszych czasów i stoi ponad wszystkimi innymi. Jest oczywiste ponad wszelką wątpliwość, że artystycznie urodził się on w Grasse.

Gianluca Perris

Wiadomość o tym, że nowe perfumy Perris Monte Carlo wyszły z laboratorium w Cabris zelektryzowała mnie. Wszak J.C. Ellena to jeden z moich absolutnie ulubionych perfumiarzy, perfumowy wizjoner, którego kunsztu jestem wielkim wielbicielem. Mistrz perfumowego minimalizmu, który skomponował m.in. tak genialne zapachy, jak Declaration Cartier, Terre d’Hermes, Voyage d’Hermes czy Un Jardin Sur Le Nil, by wymienić tylko moje ulubione.

Jean Claude Ellena

J.C. Elleny wspomina przy tej okazji, jak będąc jeszcze dzieckiem, pracował podczas wieczornych zbiorów jaśminu (a także róż), pomagając swojej babci. Tamtego zapachu kwitów nigdy nie zapomniał i chciał go jak najwierniej oddać w tej kompozycji.

Jasmin de Pays

To klasyczny J.C. Ellena – minimalistyczny, bardzo na temat, skupiony na podkreśleniu natury tytułowego bohatera. A ten zmienia się tak, jak aromat jaśminu, którego kwiaty Jean Claude zbierał będąc dzieckiem. Najpierw pachnie zielono, świeżo, następnie zaczyna przypominać woń kwiatu pomarańczy, by na finiszu ukazać subtelne, indolowe zwierzęce akcenty. Ale od początku do końca jest to pięknie pachnący jaśmin. Dokładnie taki, jak wspomina perfumiarz – woń zbieranych kwiatów zmieniała się od godzin wieczornych aż do północy. Co więcej można tu dodać – Jasmin de Pays to jeden z najpiękniejszych zapachów jaśminowych, najwierniejszych naturze kwiatu, potraktowany bez zbędnych dodatków.

Absolut jaśminu jest w centrum, a zmienną naturę kwiatu autor uzyskał odpowiednio dozując esencję z goździka i aksamitki. Zwierzęcą naturę finiszu, a także trwałość i głębię zapachu zapewnił stosowną dawką piżma. Jakież to proste i jakże piękne?

główne nuty: jaśmin (absolut), goździk, aksamitka, piżmo

Rose de Mai

Ellena wybrał różę majową jako tę najbardziej charakterystyczną dla upraw w rejonie Grasse. Ta róża ma lekki, jasny i świeży zapach i w ten sposób właśnie artysta zaprezentował ją w swej kompozycji. W tym celu połączył cenny absolut z róży z równie charakterystyczną dla południowej Francji esencją z nieśmiertelnika oraz jedną z moich ulubionych esencji – geranium. Ostateczne szlify nadał dawką piżma.

Rose de Mai otwiera się róża lekko zieloną, świeżą. Dość szybko róża staje się lekka, kremowa i pastelowa, jak gdyby namalowana delikatną różaną, kremową pianką. Z czasem piękny różany absolut gęstnieje i dominuje, trwając na skórze do końca. Uroda tego zapachu tkwi w jego naturalności i prostoście oraz mistrzowskich proporcjach.

główne nuty: róża (absolut), nieśmiertelnik, geranium, piżmo

Oba zapachy to mistrzostwo precyzji i minimalizmu w perfumerii. Pachną bardzo naturalnie, przyjaźnie i po prostu ślicznie. W ich prostocie tkwi ich piękno. Tak to już jest z mistrzami sztuk, że umieją najbardziej zdawałoby się oklepany, a nawet banalny temat przedstawić w taki sposób, że zachwyca i porusza. J.C. Ellena to potrafi, co po raz kolejny udowodnił.

Eau d’Hermès – zapomniany klasyk

Eau d’Hermès – historycznie pierwsze perfumy tej marki – zostały wylansowane w 1951 roku. Skomponował je dobrze nam znany Edmond Roudnitska w okresie pomiędzy pracą dla domu Rochas w latach 40-tych, a erą Diora, która trwała od roku 1948 i słynnej Dioramy, aż do późnych lat 70-tych. Pachnidło zainspirowane zostało zapachem wnętrza wyimaginowanej torebki Hermèsa, w której nuty skóry mieszają się z zapachem perfum i innych znajdujących się w niej kosmetyków.

Jakkolwiek perfumy te wąchane współcześnie mają zdecydowanie retro charakter, wyobrażam sobie, że ponad 60 lat temu musiały robić ogromne wrażenie, bo w jakiś magiczny sposób, mimo dość ubogiej palety środków wyrazu, jaką dysponowali w tamtych czasach perfumiarze (w porównaniu do czasów obecnych), Edmondowi Roudnitsce udało się osiągnąć zupełnie przekonujący skórzano-kosmetyczny efekt wnętrza damskiej torebki. Jeżeli założymy, że w owej wyimaginowanej torebce znajdują się któreś z perfum Roudnitski, wszystko zaczyna się tu zgadzać.

Jednak by go doświadczyć, trzeba najpierw przebrnąć przez dość trudny w odbiorze wstęp w którym nad przyjemnymi przecież cytrusami dominuje akord, który nazywam „brudną lawendą”, doprawioną goździkiem i czym tam jeszcze, z obecnym niemal od początku wyraźnym akcentem animalnym, który na mnie robi wszakże wrażenie nie tyle cyweto- ile szałwio-pochodnego (mogę się tu mylić). Wszystkie te składniki początkowo nie układają się, tylko raczej walczą ze sobą tworząc aromat, który dla przeciętnego, statystycznego nosa może okazać się doświadczeniem trudnym do zniesienia, a nawet traumatycznym. Jak to w prawdziwych francuskich perfumach bywa (a Eau d’Hermès to przecież przykład 100% klasycznych francuskich perfum!), potrzeba czasu, by ukazały one swoje właściwe, zwykle poruszająco piękne oblicze. Tak jest i w tym przypadku. Dość szybko ujawniający się akord głębi – istota Eau d’Hermès – to już wyraźna sygnatura Roudnitski. Nieco zwietrzałe wspomnienie cytrusów, dolny, bardziej kwiatowy niż ziołowy aspekt lawendowej esencji, ślady indolowego jaśminu i nuta animalna, wszystko złagodzone mieszanką tonki i wanilii na drzewnej bazie z cedru i sandałowca.

edmond-roudnitska-young-700x488
Młody Edmond Roudnitska, fot. CafleureBon

Klasyczny i jakże niedzisiejszy aromat, który niezbyt dobrze się zestarzał – w tym sensie, że współcześnie docenią go jedynie koneserzy perfum i osoby mające sentyment do tego typu aromatów. Eau d’Hermès  to bowiem przeciwieństwo pozbawionego trudnych nut, świetlistego i unikającego kontrowersji – przez co ponadczasowego – Eau Sauvage. A przecież oba zapachy skomponował ten sam człowiek (choć daty ich wylansowania dzieli 15 lat).

Aktualnie sprzedawana wersja Eau d’Hermès, widoczna na poniższej fotografii, musi być – jak sądzę – niezwykle bliska pierwowzorowi Roudnitski z jednego głównego powodu – nad jej kształtem czuwa Jean-Claude Ellena, perfumiarz, dla którego Roudnitska to największy – jeżeli nie jedyny – mentor i wzór.

Warto zaznaczyć, że Eau d’Hermès to wbrew niewinnej nazwie (określenie eau kojarzy się współcześnie z zapachami raczej lekkimi i zwiewnymi, ale 60 lat temu nie miało takich konotacji) pachnidło zaskakująco agresywne i mocne, szczególnie w pierwszej fazie, a z czasem układające się na skórze w zdecydowanie spokojniejszy, ale całkiem trwały aromat. Moje główne skojarzenie, gdy chodzi o podobieństwa do innych znanych mi perfum, to Eau Sauvage Extreme w pierwotnej wersji (1982) – tyle, że bez nuty animalnej oraz – właśnie ze względu na podobne połączenie lawendy i cywetu – Jicky Guerlain, tyle że w Eau d’Hermès nie doświadczymy rzecz jasna guerlinade – puszystej orientalno-kulinarnej bazy charakterystycznej dla pachnideł Guerlaina. Zapach Hermesa jest mniej ciepły, bardziej cytrusowy, skórzany, ostry i… surowy. Generalnie – trudniejszy w odbiorze niż oba wymienione. To pozycja tylko dla najbardziej wyrobionych odbiorców, która dzięki jej wierności oryginałowi, przepięknie prezentuje unikatowy styl wielkiego Edmonda Roudnistki, który dał początek jednej z dominujących estetyk w perfumerii okresu powojennego.

 

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

dominujące nuty: cytrusy, lawenda, nuty ziołowe, nuty animalne

twórca/nos: Edmond Roudnitska

rok premiery: 1951

moja ocena:

zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0

 

Voyage d’Hermes – jedyna taka podróż

Obok Terre d’Hermes i Ogródków Hermesa Voyage d’Hermes to dla mnie wciąż największe osiągnięcie Jean-Claude’a Elleny z czasu, gdy pracował dla tej francuskiej marki. Właściwie, to po Voyage (głównie w wersji edp, aczkolwiek także edt) sięgam równie chętnie i często, co po Terre.

Voyage d’Hermes 

Voyage w wersji eau de toilette łączy w sobie elementy bardzo charakterystyczne dla J.C. Elleny, które ten zawarł w swych wcześniejszych – skądinąd znakomitych – dziełach. Delikatne nuty zielonej herbaty znane z Bvlgari Eau Parfumee au The Vert, chłodna przyprawowość kardamonu, znana z genialnego Declaration Cartiera oraz drzewno-piżmowy finisz, oparty na przedawkowaniu aksamitnego transparentno-drzewnego Iso-E-Super, którego maksymalistycznym użyciem mistrz popisał się wcześniej choćby we wspomnianym Declaration, ale także i w Terre czy w niszowym Poivre Samarcande. To wszystko połączone i „zremiksowane”, dodatkowo całkiem wyraźnie pokropione cytryną znajdziemy w Voyage – olfaktorycznej  podróży po arcydziełach Mistrza. Voyage eau de toliette jest lekki i zwiewny, ma nienachalną projekcję, trzyma na skórze dłużej, niż się wydaje, co jest za pewnie zasługą Iso E Super.

Charakterystyczny, wibrujący, rześki, świeży, niezwykle przyjemny i jednocześnie zupełnie niebanalny Voyage d’Hermes wydaje się w najpełniejszy sposób oddawać stylistykę i sygnaturę J.C. Elleny i jego przekonanie o tym, że perfumy nie mają płci. Oto uniseks doskonały, z którego zarówno perfumiarz, jak i marka, mogą być dumni. To także jedno z najbardziej słonecznych i pozytywnie oddziałujących na mnie pachnideł. Absolutnie niezbędny element mojej perfumowej kolekcji.

chapter_Voyage_d_Hermes_4

nuty głowy: cytryna, przyprawy, kardamon

nuty serca: herbata, nuty zielone, nuty kwiatowe

nuty bazy: nuty drzewne, piżmo

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2010

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

 

Voyage d’Hermes Pure Parfum

Pure Parfum to bardziej skoncentrowane, pełniejsze i bogatsze w nuty wcielenie Voyage d’Hermes. Otwiera się znanym z eau de toilette akordem pieprzowo-kardamonowym, tyle że wyraźnie zagęszczonym, z przytłumionymi w stosunku do protoplasty cytrusami. Od pierwszej chwili czuć też coś, czego nie znajdziemy w poprzedniku – różę. Charakterystyczna dla obu wersji chłodna przyprawowość ma tu w sobie dodatkowo lekko słoną poświatę. Zapach ewoluuje dość subtelnie, przechodząc od głównego, przyprawowo-kwiatowego tematu do drzewno-ambrowej bazy, do samego końca utrzymując swoją sygnaturową nutę.

Voyage d’Hermes Pure Parfum to idealny zapach całoroczny, raczej formalny, niezwykle elegancki, oszałamiający natychmiast wyczuwalną jakością składników, luksusem i nutą transparentnej czystości. Nie narzucający się, ale z pewnością zwracający uwagę. Piękny, bardzo Ellenowski i bardzo Hermesowy.

To jedno z niewielu pachnideł, w których czuję się doskonale od pierwszej do ostatniej sekundy trwania na skórze, i po które regularnie sięgam. Co mnie w nich urzeka? Unikatowa i zapadająca w pamięć woń – połączenie elegancji z intrygującą oryginalnością – oraz absolutnie fenomenalne parametry, co w przypadku zapachów Hermesa nie jest – niestety – regułą. Voyage d’Hermes Pure Parfum ma więc raczej niezagrożoną pozycję w moim prywatnym rankingu Top 10.

HERMES - VDH parfum 1 Temitchellfeindberg

nuty głowy: cytryna, przyprawy, kardamon

nuty serca: róża, Hedione, herbata, nuty zielone, nuty kwiatowe

nuty bazy: nuty drzewne, piżmo, ambra

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2012

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 5,0

Terre d’Hermes – między niebem a ziemią

Tak opisywałem Terre d’Hermes w 2009 roku, czyli mniej więcej 3 lata po jego premierze:

„piątek, 13 lutego 2009

BRYLANT na perfumeryjnych półkach. A raczej krzemień….

To zupełnie indywidualna, nowa dla mnie kategoria zapachu – woń wilgotnej ziemi, minerałów, trawy, ziół – zapach bardzo wytrawny, wspaniale trwały, nie duszący, nie narzucający się, oryginalny, klasa sama w sobie. Ktoś tak pachnący musi zwrócić uwagę otoczenia i zafrapować. I tak właśnie działa – sam się o tym przekonałem.  Charakterystyczna jest jego jakby transparentność, czystość oraz deklarowany przez twórcę minimalizm. Ellena konsekwentnie realizuje swą wizję ograniczania liczby składników używanych do stworzenia perfum i Terre jest na to doskonałym przykładem. Jeśli pokusić się o jakieś porównanie, to uważam że jest to rozwinięcie koncepcji, jaką Jean-Claude Ellena zaprezentował w swoim wcześniejszym Declaration Cartiera, tyle że tamten był jakby bardziej kwiatowy, zaś Terre jest mineralny, krzemienny. No cudo po prostu. Na osobną pochwałę zasługuje flakon – przepiękny i w sposób nierozerwalny związany z charakterem zapachu i jego kampanią reklamową. Reklama to mistrzostwo smaku i dobrego gustu (można ją znaleźć na YouTube). Pomysłowa „nakrętka” zaskakuje. Całość to dzieło sztuki. Bez najmniejszych wątpliwości. Owacje na stojąco dla HERMESa i Elleny!”

Czy z perspektywy czasu coś bym w tej impresji sprzed lat zmienił? Z pewnością nie. Dokładnie pamiętam moja ekscytację, gdy po raz pierwszy, zaintrygowany niebanalnym designem flakonu, sięgnąłem po tester Terre d’Hermes w perfumerii. To był jeden z tych rzadkich momentów w życiu perfumowego maniaka, gdy doznaje on uczucia olfaktorycznej podróży  w piękne i zupełnie wcześniej nieznane rejony. Byłem zachwycony! Terre był wówczas czymś absolutnie nowym i – jak się okazało później – bardzo szybko stał się przedmiotem naśladownictwa, który wprowadził do perfumerii nuty mineralne i rodzaj wibrującej drzewności dotąd naszym nosom nieznanej.

jean-claude-ellena-redefining-luxury_2

Jean-Claude Ellena wielokrotnie podkreślał swój ogromny szacunek i podziw dla Edmonda Roudnitski, twórcy m.in. genialnego Eau Sauvage. Sam wszakże stworzył coś na miarę tamtego zapachu. Coś nowatorskiego, ponadczasowego i wyznaczającego nowe trendy, a jednocześnie zdobywającego szeroką rzeszę wielbicieli. Od premiery minęło 10 lat, a Terre d’Hermes wszedł już do kanonu męskich perfum i zostanie tam po wsze czasy. Tak samo jak Eau Sauvage.

Jak pachnie Terre? Cytrusowo, kwiatowo, mineralnie (nutą prochu strzelniczego), drzewnie. Początkowy charakterystyczny, lekko gorzki akord cytrusowy z dominującą nutą grejpfruta, nieco osłodzoną esencją z pomarańczy, łagodnie przechodzi w sygnaturowe serce zbudowane z połączenia geranium i nadającemu całości projekcji i lotności mieszance różowego i czarnego pieprzu. Dochodzące ze spodu drzewne nuty wetywerii, paczuli i cedru budują wraz z geranium ten niezwykły, natychmiast rozpoznawalny akord Ziemi Hermesa. Ale nie byłby on tak specyficzny i tak żywy, gdyby nie bardzo odważne zastosowanie molekuły Iso E Super, która stanowi aż 55% formuły, a której magiczne działanie Jean-Claude Ellena od lat wykorzystuje w swych kreacjach.

Zapach jest idealnie zbalansowany. To prawdziwy techniczny majstersztyk. Ma doskonale dostrojoną moc, projekcję i trwałość. Pozostawia za sobą intrygujący i bardzo elegancki ogonek zapachowy przez większość dnia, jednocześnie nie dominując osoby noszącej, ani tym bardziej otoczenia. Ze względu na swój chłodny (brak nut ciepłych i otulających) i nieco dystansujący charakter oraz wibrującą aurę, Terre jest pachnidłem raczej formalnym, dziennym, doskonałym do biura i na spotkania biznesowe i jako taki sprawdza się znakomicie, co docenili mężczyźni na całym świecie.

W swym minimalizmie i umiarze, w idealnym doborze niewielkiej liczby wyjątkowej jakości składników połączonych w precyzyjnych proporcjach Terre d’Hermes stanowi kwintesencję stylu Hermesa i  – co z tym nierozłącznie związane – perfumowej estetyki Jean-Claude’a Elleny.

Terre d’Hermes to niewątpliwie jedno z najważniejszych i najwspanialszych męskich pachnideł , jakie powstały w XXI wieku.

Ale Terre zachwyca nie tylko zapachem, ale także i niezwykłym flakonem, który zaprojektował Philippe Mouquet. Został on zbudowanym z wielu istotnych dla całej koncepcji elementów. Spód flakonu ma kształt litery H i jest zabarwiony na pomarańczowo (kolor Ziemi Hermesa). Emituje on pomarańczowe światło w kierunku zamkniętej we flakonie pachnącej cieczy. Ramiona flakonu pokryte zostały metalową płytką, w której, niczym z zwierciadle, odbija się niebo. Pachnąca zawartość butli rozpościera się więc pomiędzy niebem a ziemią. Dopełnieniem jest siodlarski ćwiek z logo Hermesa, stanowiący górną część atomizera oraz – bardzo oryginalny patent – opuszczana poprzez przekręcenie czarna zatyczka. Piękny i przemyślany design, jak na Hermesa przystało.

Marka regularnie wypuszcza limitowane edycje flakonu. Od stycznia 2017 roku dostępny jest w sprzedaży flakon ozdobiony wyjątkową, trójwymiarową grafiką autorstwa irlandzkiego artysty Nigela Peake’a. Grafika przedstawia miasto, jego centrum z drapaczami chmur, rozpostartymi pomiędzy ziemią Hermesa (spodem flakonu) , a niebem (ramionami). Poprzez umieszczenie części grafiki na przedniej ścianie flakonu, a części na tylnej, autor zyskał dodatkowy efekt trójwymiaru. Przy odpowiednim ustawieniu flakonu i zorientowaniu względem siebie obu jego ścianek w środku grafiki pojawia się literka H.

terre-graphics

nuty głowy: grejpfrut, pomarańcza

nuty serca: geranium, czarny i różowy pieprz

nuty bazy: paczula, wetyweria, cedr, benzoes, Iso E Super

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2006

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 6,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

Pieprzone perfumy, czyli mała (i niepełna) antologia pachnideł z pieprzem w roli głównej

Czarny pieprz to składnik stosowany w perfumach znacznie rzadziej od tańszego w produkcji pieprzu różowego. Ale różni się od niego nie tylko ceną. Zapach esencji z czarnego pieprzu jest znacznie bardziej intensywny i zdefiniowany. Jest także lepiej nam znany z racji bycia jedną z najpowszechniejszych kuchennych przypraw. Niemniej, jego stosowanie  w perfumerii sprowadzało się dotąd do wykorzystania jego własności modyfikujących. Czarny pieprz potrafi bowiem wprawić w ruch inne molekuły, nadając im wibracji, a zapachowi – życia, projekcji, obecności, przede wszystkim zaś przyprawowości. Pięknym przykładem wykorzystania czarnego (a także różowego pieprzu) jako modyfikatora akordu cytrusowo-drzewnego jest Terre d’Hermes Jean-Claude’a Elleny. Innym, w którym użyto sporej dawki czarnego pieprzu w akordzie otwarcia, jest genialne w swym minimalizmie Bois d’Encens Michela Almairaca z linii Armanii Prive.

Black peppercorns

Kreatorzy perfum niechętnie obsadzają czarny pieprz w roli głównej. Jeżeli już to robią, to dotyczy to zwykle pachnideł z tzw. niszy perfumowej i perfumerii artystycznej. Dobrymi przykładami są tu Piper Nigrum L.Villoresiego z 1999 roku, Poivre Piquant L’Artisan Parfumeur z 2002 roku czy Poivre 23 Le Labo. Kto wie, czy nie jedynym przykładem pieprzowego zapachu marki mainstreamowej jest BANG! Marca Jacobsa (2010).

Perfumiarzem, któremu niezwykłe własności zapachowe pieprzu są bardzo bliskie, jest wspomniany Jean-Claude Ellena. Jeszcze jako twórca perfum dla niszowej marki The Different Company Ellena zmiksował pieprz z esencjami różanymi i cywetem tworząc niezwykły Rose Poivree (2000). Później, już jako nadworny perfumiarz Hermesa, przedstawił Poivre Samarcande (2004) w ramach butikowej kolekcji Hermessences. Co ciekawe, inspiracją dla jego powstania wcale nie była sama przyprawa, a drzewo, stary dąb rosnący w pobliżu domu J.C.Elleny, który przez lata zasłaniał mu widok na morze. Pewnego dnia zachorował i został ścięty. Perfumiarz zapamiętał zapach tego świeżo ściętego drzewa jako mieszankę pieprzu, piżm i dymu i to wrażenie starał się zrekonstruować w Poivre Samarcande. Stąd obecność w formule dużej ilości czarnego pieprzu wzmocnionego dodatkowo papryką oraz zastosowanie sążnistej dawki Iso E Super (mówi się, że stanowi ono ponad 70% formuły Poivre Samarcande!), odpowiadającej za aksamitne, trochę drzewne i odrobinę piżmowe tło zapachu. Na nie Maestro rozsypał zmielone drobinki pieprzu i ozdobił całość subtelnie dymną nutką, uzyskując doprawdy osobliwy efekt. Zresztą tę minimalistyczną całość można z powodzeniem nazwać akordem, gdyż składa się ona z zaledwie kilku ingrediencji.

jean-claude-ellena-new

Poivre Samarcande było do niedawna (dlaczego – o tym później) chyba najlepszym zapachem z pieprzem w roli głównej, także pod względem wyraźnej projekcji i zaskakującej – jak na ulotną pieprzową nutę – trwałości. Jestem przekonany (to wyraźnie czuć), że doświadczenia z pracy nad tym zapachem-akordem perfumiarz wykorzystał w opublikowanym dwa lata później Terre d’Hermes, uzupełniając formułę o nuty grejpfruta, cedru i wetywerii. Może więc być Poivre Samarcande swoistą zapachową fotografią postępu prac nad jednym z najwybitniejszych współczesnych męskich pachnideł. Jest jednak poza wszystkim bardzo wdzięcznym w noszeniu, oryginalnym, przyprawowo-transparentnym, wibrującym i bardzo intrygującym zapachem. Olfaktoryczne haiku na najwyższym poziomie, wymagające doskonałych składników i wyjątkowej maestrii.  Mniej znaczy więcej? Nie zawsze, ale tu akurat owszem, tak.

poivre-samarcande

Hermes Poivre Samarcande

główne nuty: czarny pieprz, papryka, kmin, nuty drzewne

rok premiery: 2004

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

 

Dziesięć lat po ukazaniu się Poivre Samarcande znana z oudowych pachnideł marka Montale zaproponowała swoją wizję perfum z nutą pieprzu i – oczywiście – oudu. Intense Pepper to absolutnie w zgodzie z nazwą bardzo intensywny i mocny zapach, zupełnie odmienny od ulotnej, transparentnej urody Poivre Samarcande.  W pierwszej fazie pieprz zmieszany został z cytrusami dając przyjemny, świeży i naturalnie, niemal kuchennie pachnący wstęp do mocniej pikantnego serca, w którym do głosu dochodzi nieco gorzka, mocna nuta która mi kojarzy się z gałką muszkatołową. Pieprz po całkiem długim czasie ustępuje miejsca drzewnej, suchej i nieco zbyt jak na moje gusta chemicznej bazie. Nie sądzę, by był to naturalny oud, zaś użyte tu składniki mające budować oudową nutę dają dość bezkompromisowy, ale też niezwykle trwały efekt. Intense Pepper wgryza się w skórę i tkwi w niej ze dwie doby albo lepiej, z tym, że na tym etapie zapach nie ma już nic wspólnego z pieprzem.

Nie znajdziemy tu finezji Hermesa, to oczywiste. Ale jest moc! Do tego gargantuiczna trwałość, również nuty pieprzowej, co może się podobać. Jeżeli więc szukamy naprawdę mocnego pieprzu na równie mocnej drzewnej podbudowie i nie przeszkadza nam, że pachniemy tym tak ze dwa dni – koniecznie spróbujmy Intense Pepper. Ten zapach ma coś w sobie.

montale-intense-pepper

Montale Intense Pepper

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, cytrusy, oud, piżmo

rok premiery: 2014

perfumiarz: bd.

 

Zeszły rok przyniósł dwie warte wspomnienia „pieprzowe” premiery. Pierwsza to Elektryczny Pieprz (Poivre Electrique) od Atelier Cologne, skomponowany przez Bruno Jovanovica. Zapach jest częścią Collection Orient i łączy dwa rodzaje pieprzu – czarny i różowy – z pikantnym pimento. W otwarciu znajdziemy – obowiązkowe dla gatunku cologne – cytrusy, a w sercu płatek róży i całkiem wyczuwalne kadzidło olibanum. Drzewna, cedrowo-sandałowa baza z dodatkiem mirry dopełnia naprawdę dobrej całości. Niestety mam wrażenie, że Elektryczny Pieprz równie gwałtownie i atrakcyjnie się zaczyna, co szybko cichnie na skórze. Być może odpowiednio zwiększone dozowanie poprawi ten aspekt. Niemniej, zapach sam w sobie zdecydowanie wart jest uwagi. Lekki, jak na kolońską konwencję przystało, energetyzujący, wibrujący, rześki i przede wszystkim mocno pieprzowy.

atelier-cologne-poivre

Atelier Cologne Poivre Electrique

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, papryka, cytrusy, olibanum, mirra,

rok premiery: 2016

perfumiarz: Bruno Jovanovic

 

Drugą i zdecydowanie głośniejszą była premiera najnowszego zapachu Comme des Garcons Black Pepper. Oprawiony w klasyczny, obły, leżący flakon nawiązuje – nie tylko tym elementem – do najlepszych czasów marki. Nie mam wątpliwości, że dzieło Antoine’a Maisondieu (tak jest!)  zasługuje na miano jednego z najlepszych zapachów Comme des Garcons oraz zdecydowanie najlepszego pachnidła pieprzowego, z jakim miałem styczność. I to pod każdym względem.

antoine-maisondieu-full

U podstaw tak doskonałego efektu leży bezprecedensowe przedawkowanie czarnego pieprzu (ok. 20%) i dodatkowe wzmocnienie go za pomocą molekuły Pepperwood (ok. 10%), tej samej, która nadała pieprzowego impetu wspomnianemu BANG! Nie bez znaczenia jest także użycie, doskonale wpisującej się w temat, molekuły Akigalawood, która łączy ze sobą dwa aspekty Black Pepper – przyprawowy i drzewny. Ten drzewny został tu zbudowany za pomocą cedru i sandałowca. Zaskakującą głębię i ciepłe tło buduje tonka, piżma zaś utrwalają całość we wzorowy sposób, w wyniku czego zapach zdaje się nie mieć kresu.

Black Pepper pachnie lekko i wibrująco, ale projektuje potężnie. Jego wibrujące molekuły potrafią zakręcić w nosie nie tylko osobie go noszącej. Możemy być pewni reakcji zaintrygowanych osób z otoczenia. Czy będą one pozytywne czy negatywne, w głównej mierze zależeć będzie od ich gustów i upodobań. Ale będą na pewno.

Black Pepper to dowód na wciąż wielki i z sukcesem wykorzystywany potencjał działu kreacji perfum Comme des Garcons. Firmie należy się uznanie za poziom kreatywności i wykonania.

Black Pepper – zapach, który w swym przyprawowym gatunku jest dziełem doskonałym. Pachnidło doprawdy solidnie popieprzone….

cdg-black-pepper

Comme des Garcons Black Pepper

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, papryka, cytrusy, olibanum, mirra

rok premiery: 2016

perfumiarz: Antoine Maisondieu

 

Nowe kolońskie od Hermesa, czyli „Eau de Neroli Dore” i „Eau de Rhubarbe Ecarlate”

Kolekcja kolońskich Hermesa powiększyła się w tym roku o dwie nowe pozycje, z których pierwszą – Eau de Neroli Dore – przygotował będący już jedną nogą… na emeryturze Jean-Claude Ellena, drugą zaś – Eau de Rhubarbe Ecarlate – Christine Nagel – mająca docelowo przejąć po nim gabinet z jakże prestiżową wizytówka na drzwiach: Hermes In-house Perfumer. O ile dobrze kojarzę, jest to pierwszy w 1oo% przez nią skomponowany zapach z logiem H. Jak więc widać, swoją pracę w Hermesie zaczęła od tej – mam wrażenie -najmniej prestiżowej części oferty francuskiej marki, czyli Les Colognes. Widać, że kierujący perfumowym biznesem w Hermesie są ostrożni…

Testując oba zapachy, które doskonale pasują do obecnej pory roku, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że oboje perfumiarzy podeszło do swego zadania zupełnie inaczej. W sumie nie powinno to dziwić, gdyż każde z nich miało zgoła inną motywację, a poza tym i jedna i drugi to wybitni fachowcy o wyrobionym przez lata warsztacie i stylu. Ale chodzi mi o coś innego…

Christine Nagel et Jean-Claude Ellena@CesarLucadamo

Mianowicie ellenowskie Eau de Neroli Dore (złote neroli) sprawia na mnie wrażenie łabędziego śpiewu Jean-Claude’a Elleny. Zapach charakteryzuje na tyle dużą dozą nonszalancji (na którą może pozwolić sobie tylko ktoś, kto od dawna nie musi niczego udowadniać), że trudno myśleć o nim inaczej. W jakimś sensie sygnaturowy minimalizm Elleny odnajduje w tej kolońskiej swoje apogeum. Wciąż jednak nie można odmówić twórcy poszukiwań, nowatorstwa polegającego głównie na stosowaniu bardzo wyselekcjonowanych składowników i łączeniu ich w nietypowe układy, zwykle bardzo proste, acz charakterystyczne. W Eau de Neroli Dore główną rolę gra kluczowa dla całego kolońskiego gatunku esencja z kwiatu pomarańczy, zwana neroli (znana z subtelnych elementów białokwiatowych, w tym indolowych), której perfumiarz – co sam podkreśla – użył wyjątkowo dużo, jak na standardy przyjęte powszechnie w perfumerii. W otwarciu połączył ją z  aromatem gorzkiej pomarańczy. Te dwa składniki budują koloński charakter zapachu. To bardzo klasyczne i tradycyjne połączenie. Jean-Claude Ellena postanowił jednak złamać te odwieczną harmonię dodając szafranu (stąd pewnie „złote” neroli w nazwie), który nadał całości niecodziennej goryczy, pogłębiając przy tym indolową stronę neroli, w efekcie czego Eau de Neroli Dore tylko początkowo pachnie świeżo i przyjemnie. Dość szybko brudnawo-goryczkowa nuta bierze górę i pozostaje już do końca, dość zresztą rychłego. Ewolucja tej kolońskiej składa się z dwóch etapów: świeżego neroli w otwarciu i gorzkiego neroli w bazie. Po czasie pachnie to zresztą w sposób bardzo tradycyjnie, wręcz prymitywnie koloński… Tak jakby Ellena wrócił po latach do samych korzeni perfumiarstwa. Jakby postanowił stworzyć coś źródłowego, coś co pachnie jakby powstało gdzieś w XVIII wieku.

Uważam, że to zapach skierowany raczej do koneserskich nosów i to chyba bardziej tych męskich. Z pewnością nie należy do pachnideł, które łatwo przypadają do gustu. Do tego nie trzyma się też mojej skóry zbyt długo, ale wiem – to kolońska…

Eau de Neroli Dore to oko puszczone do nas przez nieco znudzonego, zmanierowanego i dopieszczonego przez wszystkich artystę, który zdaje się mówić: Chcecie kolejną kolońską? Proszę. Oto ona. Ale nie spodziewajcie się, że będzie po prostu łatwa i przyjemna. Takich zapachów zrobiłem już zbyt wiele. Zresztą wszyscy inni takie robią. Ja już nie muszę. Robię co chcę i świetnie mi za to płacą, a poza tym za chwilę idę na emeryturę, więc o co chodzi?

Eau de néroli doré - flacon 200 ml BD

główne nuty: gorzka pomarańcza, neroli, szafran

twórca: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

Ellena i Nagel

Eau de Rhubarbe Ecarlate (Szkarłatny Rabarbar), autorstwa Christine Nagel, to zupełnie inna bajka. Dla mnie to szczególnie ważny zapach, gdyż może on być swego rodzaju probierzem tego, na ile wygodnie Nagel czuć się będzie w fotelu Elleny. Oczywiście wiem, że kierunek, w jakim podąża Hermes, nie zależy wyłącznie od woli perfumiarza. Nad tym wszystkim pracuje sztab ludzi z szefem działu perfum na czele. Ale perfumiarz w Hermesie ma pozycje wyjątkową. W każdym razie taką miał Jean-Claude Ellena…

Wszyscy, którzy znają jej zapachy stworzone dla Jo Malone, nie powinni być Eau de Rhubarbe Ecarlate zaskoczeni. To jej styl. Absolutnie harmonijny, pozbawiony dysonansów, śliczny od początku do końca, a przy tym czysty i minimalistyczny, choć nie przesadnie.

Taka też jest jej pierwsza kolońska dla Hermesa. Stworzona chyba nieco bardziej z myślą o kobietach. A może to kwestia tego, że została skomponowana przez kobietę, z właściwą jej wrażliwością i jej preferencjami co do nut i akordów. No ale przecież założeniem Les Colognes Hermesa jest ich uniseksowość. Osobiście bardzo dobrze czuję się nosząc Eau de Rhubarbe Ecarlate, które jest cudownie orzeźwiające, świeże, niezwykle soczyste, z dominującą nutą owocową, która może niekoniecznie kojarzy mi się z rabarbarem (choć jest w niej jakiś element jego kwaśnej soczystości), a bardziej z mieszanką liści i owoców porzeczki. Początkowo pachnie kwaskowato i soczyście, z czasem staje się bardziej aksamitna i – dzięki białym piżmom – wygładzona. Przez cały czas utrzymuje jednak główną owocową nutę. Charakteryzuje się przy tym całkiem sporą wyrazistością i bardzo dobrą trwałością jak na kolońska etykietkę (za co w swojej subiektywnej ocenie przyznaję dwa dodatkowe punkty). Poprzez swój soczysto-owocowy, lekko zielony charakter, nawiązuje też do hermesowych ogródków. Czuć w niej wyraźnie wysoką jakość składników oraz sygnaturę Hermesa. Upss.. Wymknęło mi się! A jednak! Sygnatura Hermesa. Tak – zadziwiające, ale ona jest tu obecna.  

Christine Nagel @Benoit Teillet

Poprzez tę kolońską Christine Nagel miała coś bardzo ważnego do udowodnienia. To mianowicie, że z nią na pokładzie perfumowy Hermes pozostanie perfumowym Hermesem. Synonimem najwyższej jakości, połączenia wysublimowanej perfumiarskiej sztuki z mistrzowskim warsztatem i jasną wizją kierunku, w jakim chce zmierzać. Że zachowa pozycje i dystans do konkurencji nie poprzez bycie wyłącznie lepszym, ale także poprzez bycie innym.  Ja nie mam wątpliwości, że Nagel stanęła na wysokości zdania. Eau de Rhubarbe Ecarlate to jedna z najlepszych kolońskich Hermesa.

Na chwilę zatrzymam się przy flakonie. Kształt znany jest z całej linii Les Colognes i nawiązuje to klasycznego flakonu Eau d’Hermes z nieodwodzonym kapelusikiem jako zatyczką. Wykonanie – jak zwykle u Hermesa – jest perfekcyjne i dopracowane w każdym szczególe. Atomizer to najwyższa półka. Jest niesamowicie solidny. Działa perfekcyjnie i precyzyjnie, jak skrzynia biegów ekskluzywnego niemieckiego auta. Szczególnie pięknie flakon ten prezentuje się właśnie w szkarłatnym wybarwieniu, jakiego użyto dla podkreślenia charakteru zapachu (co jest zasadą w przypadku każdej kolońskiej Hermesa). Trzymanie w dłoniach tego przedmiotu to czysta przyjemność, dająca wrażenie obcowania z mini dziełem współczesnej sztuki użytkowej.

Po zaledwie jednym pachnidle trudno jest oceniać, czy Christine Nagel była dobrze przemyślanym „nabytkiem” Hermesa. Czas i kolejne jej pachnidła pokażą, czy zintegruje ona swój perfumeryjny styl z estetyką tej francuskiej marki. Jeana-Claude’a Ellenę trudno zastąpić, a funkcja głównego perfumiarza Hermesa to prawdopodobnie jedna z najbardziej prestiżowych funkcji w tym biznesie.  Pozostaje więc poczekać na kolejne dzieła Christine Nagel. Szczególnie intryguje mnie, jak sprawdzi się w cięższym gatunku perfumowym, jakim są perfumy kobiece oraz co będzie miała do zaproponowania mężczyznom. Bo kolońska, mimo że moim zdaniem bardzo dobra, to jednak tylko… kolońska.

Alcool 11 Flacons 4 lignes - logo 2 lignes+0,25

główne nuty: rabarbar, czerwone porzeczki, białe piżmo

twórca: Christine Nagel

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****