Terre d’Hermes – między niebem a ziemią

Tak opisywałem Terre d’Hermes w 2009 roku, czyli mniej więcej 3 lata po jego premierze:

„piątek, 13 lutego 2009

BRYLANT na perfumeryjnych półkach. A raczej krzemień….

To zupełnie indywidualna, nowa dla mnie kategoria zapachu – woń wilgotnej ziemi, minerałów, trawy, ziół – zapach bardzo wytrawny, wspaniale trwały, nie duszący, nie narzucający się, oryginalny, klasa sama w sobie. Ktoś tak pachnący musi zwrócić uwagę otoczenia i zafrapować. I tak właśnie działa – sam się o tym przekonałem.  Charakterystyczna jest jego jakby transparentność, czystość oraz deklarowany przez twórcę minimalizm. Ellena konsekwentnie realizuje swą wizję ograniczania liczby składników używanych do stworzenia perfum i Terre jest na to doskonałym przykładem. Jeśli pokusić się o jakieś porównanie, to uważam że jest to rozwinięcie koncepcji, jaką Jean-Claude Ellena zaprezentował w swoim wcześniejszym Declaration Cartiera, tyle że tamten był jakby bardziej kwiatowy, zaś Terre jest mineralny, krzemienny. No cudo po prostu. Na osobną pochwałę zasługuje flakon – przepiękny i w sposób nierozerwalny związany z charakterem zapachu i jego kampanią reklamową. Reklama to mistrzostwo smaku i dobrego gustu (można ją znaleźć na YouTube). Pomysłowa „nakrętka” zaskakuje. Całość to dzieło sztuki. Bez najmniejszych wątpliwości. Owacje na stojąco dla HERMESa i Elleny!”

Czy z perspektywy czasu coś bym w tej impresji sprzed lat zmienił? Z pewnością nie. Dokładnie pamiętam moja ekscytację, gdy po raz pierwszy, zaintrygowany niebanalnym designem flakonu, sięgnąłem po tester Terre d’Hermes w perfumerii. To był jeden z tych rzadkich momentów w życiu perfumowego maniaka, gdy doznaje on uczucia olfaktorycznej podróży  w piękne i zupełnie wcześniej nieznane rejony. Byłem zachwycony! Terre był wówczas czymś absolutnie nowym i – jak się okazało później – bardzo szybko stał się przedmiotem naśladownictwa, który wprowadził do perfumerii nuty mineralne i rodzaj wibrującej drzewności dotąd naszym nosom nieznanej.

jean-claude-ellena-redefining-luxury_2

Jean-Claude Ellena wielokrotnie podkreślał swój ogromny szacunek i podziw dla Edmonda Roudnitski, twórcy m.in. genialnego Eau Sauvage. Sam wszakże stworzył coś na miarę tamtego zapachu. Coś nowatorskiego, ponadczasowego i wyznaczającego nowe trendy, a jednocześnie zdobywającego szeroką rzeszę wielbicieli. Od premiery minęło 10 lat, a Terre d’Hermes wszedł już do kanonu męskich perfum i zostanie tam po wsze czasy. Tak samo jak Eau Sauvage.

Jak pachnie Terre? Cytrusowo, kwiatowo, mineralnie (nutą prochu strzelniczego), drzewnie. Początkowy charakterystyczny, lekko gorzki akord cytrusowy z dominującą nutą grejpfruta, nieco osłodzoną esencją z pomarańczy, łagodnie przechodzi w sygnaturowe serce zbudowane z połączenia geranium i nadającemu całości projekcji i lotności mieszance różowego i czarnego pieprzu. Dochodzące ze spodu drzewne nuty wetywerii, paczuli i cedru budują wraz z geranium ten niezwykły, natychmiast rozpoznawalny akord Ziemi Hermesa. Ale nie byłby on tak specyficzny i tak żywy, gdyby nie bardzo odważne zastosowanie molekuły Iso E Super, która stanowi aż 55% formuły, a której magiczne działanie Jean-Claude Ellena od lat wykorzystuje w swych kreacjach.

Zapach jest idealnie zbalansowany. To prawdziwy techniczny majstersztyk. Ma doskonale dostrojoną moc, projekcję i trwałość. Pozostawia za sobą intrygujący i bardzo elegancki ogonek zapachowy przez większość dnia, jednocześnie nie dominując osoby noszącej, ani tym bardziej otoczenia. Ze względu na swój chłodny (brak nut ciepłych i otulających) i nieco dystansujący charakter oraz wibrującą aurę, Terre jest pachnidłem raczej formalnym, dziennym, doskonałym do biura i na spotkania biznesowe i jako taki sprawdza się znakomicie, co docenili mężczyźni na całym świecie.

W swym minimalizmie i umiarze, w idealnym doborze niewielkiej liczby wyjątkowej jakości składników połączonych w precyzyjnych proporcjach Terre d’Hermes stanowi kwintesencję stylu Hermesa i  – co z tym nierozłącznie związane – perfumowej estetyki Jean-Claude’a Elleny.

Terre d’Hermes to niewątpliwie jedno z najważniejszych i najwspanialszych męskich pachnideł , jakie powstały w XXI wieku.

Ale Terre zachwyca nie tylko zapachem, ale także i niezwykłym flakonem, który zaprojektował Philippe Mouquet. Został on zbudowanym z wielu istotnych dla całej koncepcji elementów. Spód flakonu ma kształt litery H i jest zabarwiony na pomarańczowo (kolor Ziemi Hermesa). Emituje on pomarańczowe światło w kierunku zamkniętej we flakonie pachnącej cieczy. Ramiona flakonu pokryte zostały metalową płytką, w której, niczym z zwierciadle, odbija się niebo. Pachnąca zawartość butli rozpościera się więc pomiędzy niebem a ziemią. Dopełnieniem jest siodlarski ćwiek z logo Hermesa, stanowiący górną część atomizera oraz – bardzo oryginalny patent – opuszczana poprzez przekręcenie czarna zatyczka. Piękny i przemyślany design, jak na Hermesa przystało.

Marka regularnie wypuszcza limitowane edycje flakonu. Od stycznia 2017 roku dostępny jest w sprzedaży flakon ozdobiony wyjątkową, trójwymiarową grafiką autorstwa irlandzkiego artysty Nigela Peake’a. Grafika przedstawia miasto, jego centrum z drapaczami chmur, rozpostartymi pomiędzy ziemią Hermesa (spodem flakonu) , a niebem (ramionami). Poprzez umieszczenie części grafiki na przedniej ścianie flakonu, a części na tylnej, autor zyskał dodatkowy efekt trójwymiaru. Przy odpowiednim ustawieniu flakonu i zorientowaniu względem siebie obu jego ścianek w środku grafiki pojawia się literka H.

terre-graphics

nuty głowy: grejpfrut, pomarańcza

nuty serca: geranium, czarny i różowy pieprz

nuty bazy: paczula, wetyweria, cedr, benzoes, Iso E Super

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2006

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 6,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

Pieprzone perfumy, czyli mała (i niepełna) antologia pachnideł z pieprzem w roli głównej

Czarny pieprz to składnik stosowany w perfumach znacznie rzadziej od tańszego w produkcji pieprzu różowego. Ale różni się od niego nie tylko ceną. Zapach esencji z czarnego pieprzu jest znacznie bardziej intensywny i zdefiniowany. Jest także lepiej nam znany z racji bycia jedną z najpowszechniejszych kuchennych przypraw. Niemniej, jego stosowanie  w perfumerii sprowadzało się dotąd do wykorzystania jego własności modyfikujących. Czarny pieprz potrafi bowiem wprawić w ruch inne molekuły, nadając im wibracji, a zapachowi – życia, projekcji, obecności, przede wszystkim zaś przyprawowości. Pięknym przykładem wykorzystania czarnego (a także różowego pieprzu) jako modyfikatora akordu cytrusowo-drzewnego jest Terre d’Hermes Jean-Claude’a Elleny. Innym, w którym użyto sporej dawki czarnego pieprzu w akordzie otwarcia, jest genialne w swym minimalizmie Bois d’Encens Michela Almairaca z linii Armanii Prive.

Black peppercorns

Kreatorzy perfum niechętnie obsadzają czarny pieprz w roli głównej. Jeżeli już to robią, to dotyczy to zwykle pachnideł z tzw. niszy perfumowej i perfumerii artystycznej. Dobrymi przykładami są tu Piper Nigrum L.Villoresiego z 1999 roku, Poivre Piquant L’Artisan Parfumeur z 2002 roku czy Poivre 23 Le Labo. Kto wie, czy nie jedynym przykładem pieprzowego zapachu marki mainstreamowej jest BANG! Marca Jacobsa (2010).

Perfumiarzem, któremu niezwykłe własności zapachowe pieprzu są bardzo bliskie, jest wspomniany Jean-Claude Ellena. Jeszcze jako twórca perfum dla niszowej marki The Different Company Ellena zmiksował pieprz z esencjami różanymi i cywetem tworząc niezwykły Rose Poivree (2000). Później, już jako nadworny perfumiarz Hermesa, przedstawił Poivre Samarcande (2004) w ramach butikowej kolekcji Hermessences. Co ciekawe, inspiracją dla jego powstania wcale nie była sama przyprawa, a drzewo, stary dąb rosnący w pobliżu domu J.C.Elleny, który przez lata zasłaniał mu widok na morze. Pewnego dnia zachorował i został ścięty. Perfumiarz zapamiętał zapach tego świeżo ściętego drzewa jako mieszankę pieprzu, piżm i dymu i to wrażenie starał się zrekonstruować w Poivre Samarcande. Stąd obecność w formule dużej ilości czarnego pieprzu wzmocnionego dodatkowo papryką oraz zastosowanie sążnistej dawki Iso E Super (mówi się, że stanowi ono ponad 70% formuły Poivre Samarcande!), odpowiadającej za aksamitne, trochę drzewne i odrobinę piżmowe tło zapachu. Na nie Maestro rozsypał zmielone drobinki pieprzu i ozdobił całość subtelnie dymną nutką, uzyskując doprawdy osobliwy efekt. Zresztą tę minimalistyczną całość można z powodzeniem nazwać akordem, gdyż składa się ona z zaledwie kilku ingrediencji.

jean-claude-ellena-new

Poivre Samarcande było do niedawna (dlaczego – o tym później) chyba najlepszym zapachem z pieprzem w roli głównej, także pod względem wyraźnej projekcji i zaskakującej – jak na ulotną pieprzową nutę – trwałości. Jestem przekonany (to wyraźnie czuć), że doświadczenia z pracy nad tym zapachem-akordem perfumiarz wykorzystał w opublikowanym dwa lata później Terre d’Hermes, uzupełniając formułę o nuty grejpfruta, cedru i wetywerii. Może więc być Poivre Samarcande swoistą zapachową fotografią postępu prac nad jednym z najwybitniejszych współczesnych męskich pachnideł. Jest jednak poza wszystkim bardzo wdzięcznym w noszeniu, oryginalnym, przyprawowo-transparentnym, wibrującym i bardzo intrygującym zapachem. Olfaktoryczne haiku na najwyższym poziomie, wymagające doskonałych składników i wyjątkowej maestrii.  Mniej znaczy więcej? Nie zawsze, ale tu akurat owszem, tak.

poivre-samarcande

Hermes Poivre Samarcande

główne nuty: czarny pieprz, papryka, kmin, nuty drzewne

rok premiery: 2004

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

 

Dziesięć lat po ukazaniu się Poivre Samarcande znana z oudowych pachnideł marka Montale zaproponowała swoją wizję perfum z nutą pieprzu i – oczywiście – oudu. Intense Pepper to absolutnie w zgodzie z nazwą bardzo intensywny i mocny zapach, zupełnie odmienny od ulotnej, transparentnej urody Poivre Samarcande.  W pierwszej fazie pieprz zmieszany został z cytrusami dając przyjemny, świeży i naturalnie, niemal kuchennie pachnący wstęp do mocniej pikantnego serca, w którym do głosu dochodzi nieco gorzka, mocna nuta która mi kojarzy się z gałką muszkatołową. Pieprz po całkiem długim czasie ustępuje miejsca drzewnej, suchej i nieco zbyt jak na moje gusta chemicznej bazie. Nie sądzę, by był to naturalny oud, zaś użyte tu składniki mające budować oudową nutę dają dość bezkompromisowy, ale też niezwykle trwały efekt. Intense Pepper wgryza się w skórę i tkwi w niej ze dwie doby albo lepiej, z tym, że na tym etapie zapach nie ma już nic wspólnego z pieprzem.

Nie znajdziemy tu finezji Hermesa, to oczywiste. Ale jest moc! Do tego gargantuiczna trwałość, również nuty pieprzowej, co może się podobać. Jeżeli więc szukamy naprawdę mocnego pieprzu na równie mocnej drzewnej podbudowie i nie przeszkadza nam, że pachniemy tym tak ze dwa dni – koniecznie spróbujmy Intense Pepper. Ten zapach ma coś w sobie.

montale-intense-pepper

Montale Intense Pepper

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, cytrusy, oud, piżmo

rok premiery: 2014

perfumiarz: bd.

 

Zeszły rok przyniósł dwie warte wspomnienia „pieprzowe” premiery. Pierwsza to Elektryczny Pieprz (Poivre Electrique) od Atelier Cologne, skomponowany przez Bruno Jovanovica. Zapach jest częścią Collection Orient i łączy dwa rodzaje pieprzu – czarny i różowy – z pikantnym pimento. W otwarciu znajdziemy – obowiązkowe dla gatunku cologne – cytrusy, a w sercu płatek róży i całkiem wyczuwalne kadzidło olibanum. Drzewna, cedrowo-sandałowa baza z dodatkiem mirry dopełnia naprawdę dobrej całości. Niestety mam wrażenie, że Elektryczny Pieprz równie gwałtownie i atrakcyjnie się zaczyna, co szybko cichnie na skórze. Być może odpowiednio zwiększone dozowanie poprawi ten aspekt. Niemniej, zapach sam w sobie zdecydowanie wart jest uwagi. Lekki, jak na kolońską konwencję przystało, energetyzujący, wibrujący, rześki i przede wszystkim mocno pieprzowy.

atelier-cologne-poivre

Atelier Cologne Poivre Electrique

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, papryka, cytrusy, olibanum, mirra,

rok premiery: 2016

perfumiarz: Bruno Jovanovic

 

Drugą i zdecydowanie głośniejszą była premiera najnowszego zapachu Comme des Garcons Black Pepper. Oprawiony w klasyczny, obły, leżący flakon nawiązuje – nie tylko tym elementem – do najlepszych czasów marki. Nie mam wątpliwości, że dzieło Antoine’a Maisondieu (tak jest!)  zasługuje na miano jednego z najlepszych zapachów Comme des Garcons oraz zdecydowanie najlepszego pachnidła pieprzowego, z jakim miałem styczność. I to pod każdym względem.

antoine-maisondieu-full

U podstaw tak doskonałego efektu leży bezprecedensowe przedawkowanie czarnego pieprzu (ok. 20%) i dodatkowe wzmocnienie go za pomocą molekuły Pepperwood (ok. 10%), tej samej, która nadała pieprzowego impetu wspomnianemu BANG! Nie bez znaczenia jest także użycie, doskonale wpisującej się w temat, molekuły Akigalawood, która łączy ze sobą dwa aspekty Black Pepper – przyprawowy i drzewny. Ten drzewny został tu zbudowany za pomocą cedru i sandałowca. Zaskakującą głębię i ciepłe tło buduje tonka, piżma zaś utrwalają całość we wzorowy sposób, w wyniku czego zapach zdaje się nie mieć kresu.

Black Pepper pachnie lekko i wibrująco, ale projektuje potężnie. Jego wibrujące molekuły potrafią zakręcić w nosie nie tylko osobie go noszącej. Możemy być pewni reakcji zaintrygowanych osób z otoczenia. Czy będą one pozytywne czy negatywne, w głównej mierze zależeć będzie od ich gustów i upodobań. Ale będą na pewno.

Black Pepper to dowód na wciąż wielki i z sukcesem wykorzystywany potencjał działu kreacji perfum Comme des Garcons. Firmie należy się uznanie za poziom kreatywności i wykonania.

Black Pepper – zapach, który w swym przyprawowym gatunku jest dziełem doskonałym. Pachnidło doprawdy solidnie popieprzone….

cdg-black-pepper

Comme des Garcons Black Pepper

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, papryka, cytrusy, olibanum, mirra

rok premiery: 2016

perfumiarz: Antoine Maisondieu

 

Nowe kolońskie od Hermesa, czyli „Eau de Neroli Dore” i „Eau de Rhubarbe Ecarlate”

Kolekcja kolońskich Hermesa powiększyła się w tym roku o dwie nowe pozycje, z których pierwszą – Eau de Neroli Dore – przygotował będący już jedną nogą… na emeryturze Jean-Claude Ellena, drugą zaś – Eau de Rhubarbe Ecarlate – Christine Nagel – mająca docelowo przejąć po nim gabinet z jakże prestiżową wizytówka na drzwiach: Hermes In-house Perfumer. O ile dobrze kojarzę, jest to pierwszy w 1oo% przez nią skomponowany zapach z logiem H. Jak więc widać, swoją pracę w Hermesie zaczęła od tej – mam wrażenie -najmniej prestiżowej części oferty francuskiej marki, czyli Les Colognes. Widać, że kierujący perfumowym biznesem w Hermesie są ostrożni…

Testując oba zapachy, które doskonale pasują do obecnej pory roku, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że oboje perfumiarzy podeszło do swego zadania zupełnie inaczej. W sumie nie powinno to dziwić, gdyż każde z nich miało zgoła inną motywację, a poza tym i jedna i drugi to wybitni fachowcy o wyrobionym przez lata warsztacie i stylu. Ale chodzi mi o coś innego…

Christine Nagel et Jean-Claude Ellena@CesarLucadamo

Mianowicie ellenowskie Eau de Neroli Dore (złote neroli) sprawia na mnie wrażenie łabędziego śpiewu Jean-Claude’a Elleny. Zapach charakteryzuje na tyle dużą dozą nonszalancji (na którą może pozwolić sobie tylko ktoś, kto od dawna nie musi niczego udowadniać), że trudno myśleć o nim inaczej. W jakimś sensie sygnaturowy minimalizm Elleny odnajduje w tej kolońskiej swoje apogeum. Wciąż jednak nie można odmówić twórcy poszukiwań, nowatorstwa polegającego głównie na stosowaniu bardzo wyselekcjonowanych składowników i łączeniu ich w nietypowe układy, zwykle bardzo proste, acz charakterystyczne. W Eau de Neroli Dore główną rolę gra kluczowa dla całego kolońskiego gatunku esencja z kwiatu pomarańczy, zwana neroli (znana z subtelnych elementów białokwiatowych, w tym indolowych), której perfumiarz – co sam podkreśla – użył wyjątkowo dużo, jak na standardy przyjęte powszechnie w perfumerii. W otwarciu połączył ją z  aromatem gorzkiej pomarańczy. Te dwa składniki budują koloński charakter zapachu. To bardzo klasyczne i tradycyjne połączenie. Jean-Claude Ellena postanowił jednak złamać te odwieczną harmonię dodając szafranu (stąd pewnie „złote” neroli w nazwie), który nadał całości niecodziennej goryczy, pogłębiając przy tym indolową stronę neroli, w efekcie czego Eau de Neroli Dore tylko początkowo pachnie świeżo i przyjemnie. Dość szybko brudnawo-goryczkowa nuta bierze górę i pozostaje już do końca, dość zresztą rychłego. Ewolucja tej kolońskiej składa się z dwóch etapów: świeżego neroli w otwarciu i gorzkiego neroli w bazie. Po czasie pachnie to zresztą w sposób bardzo tradycyjnie, wręcz prymitywnie koloński… Tak jakby Ellena wrócił po latach do samych korzeni perfumiarstwa. Jakby postanowił stworzyć coś źródłowego, coś co pachnie jakby powstało gdzieś w XVIII wieku.

Uważam, że to zapach skierowany raczej do koneserskich nosów i to chyba bardziej tych męskich. Z pewnością nie należy do pachnideł, które łatwo przypadają do gustu. Do tego nie trzyma się też mojej skóry zbyt długo, ale wiem – to kolońska…

Eau de Neroli Dore to oko puszczone do nas przez nieco znudzonego, zmanierowanego i dopieszczonego przez wszystkich artystę, który zdaje się mówić: Chcecie kolejną kolońską? Proszę. Oto ona. Ale nie spodziewajcie się, że będzie po prostu łatwa i przyjemna. Takich zapachów zrobiłem już zbyt wiele. Zresztą wszyscy inni takie robią. Ja już nie muszę. Robię co chcę i świetnie mi za to płacą, a poza tym za chwilę idę na emeryturę, więc o co chodzi?

Eau de néroli doré - flacon 200 ml BD

główne nuty: gorzka pomarańcza, neroli, szafran

twórca: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

Ellena i Nagel

Eau de Rhubarbe Ecarlate (Szkarłatny Rabarbar), autorstwa Christine Nagel, to zupełnie inna bajka. Dla mnie to szczególnie ważny zapach, gdyż może on być swego rodzaju probierzem tego, na ile wygodnie Nagel czuć się będzie w fotelu Elleny. Oczywiście wiem, że kierunek, w jakim podąża Hermes, nie zależy wyłącznie od woli perfumiarza. Nad tym wszystkim pracuje sztab ludzi z szefem działu perfum na czele. Ale perfumiarz w Hermesie ma pozycje wyjątkową. W każdym razie taką miał Jean-Claude Ellena…

Wszyscy, którzy znają jej zapachy stworzone dla Jo Malone, nie powinni być Eau de Rhubarbe Ecarlate zaskoczeni. To jej styl. Absolutnie harmonijny, pozbawiony dysonansów, śliczny od początku do końca, a przy tym czysty i minimalistyczny, choć nie przesadnie.

Taka też jest jej pierwsza kolońska dla Hermesa. Stworzona chyba nieco bardziej z myślą o kobietach. A może to kwestia tego, że została skomponowana przez kobietę, z właściwą jej wrażliwością i jej preferencjami co do nut i akordów. No ale przecież założeniem Les Colognes Hermesa jest ich uniseksowość. Osobiście bardzo dobrze czuję się nosząc Eau de Rhubarbe Ecarlate, które jest cudownie orzeźwiające, świeże, niezwykle soczyste, z dominującą nutą owocową, która może niekoniecznie kojarzy mi się z rabarbarem (choć jest w niej jakiś element jego kwaśnej soczystości), a bardziej z mieszanką liści i owoców porzeczki. Początkowo pachnie kwaskowato i soczyście, z czasem staje się bardziej aksamitna i – dzięki białym piżmom – wygładzona. Przez cały czas utrzymuje jednak główną owocową nutę. Charakteryzuje się przy tym całkiem sporą wyrazistością i bardzo dobrą trwałością jak na kolońska etykietkę (za co w swojej subiektywnej ocenie przyznaję dwa dodatkowe punkty). Poprzez swój soczysto-owocowy, lekko zielony charakter, nawiązuje też do hermesowych ogródków. Czuć w niej wyraźnie wysoką jakość składników oraz sygnaturę Hermesa. Upss.. Wymknęło mi się! A jednak! Sygnatura Hermesa. Tak – zadziwiające, ale ona jest tu obecna.  

Christine Nagel @Benoit Teillet

Poprzez tę kolońską Christine Nagel miała coś bardzo ważnego do udowodnienia. To mianowicie, że z nią na pokładzie perfumowy Hermes pozostanie perfumowym Hermesem. Synonimem najwyższej jakości, połączenia wysublimowanej perfumiarskiej sztuki z mistrzowskim warsztatem i jasną wizją kierunku, w jakim chce zmierzać. Że zachowa pozycje i dystans do konkurencji nie poprzez bycie wyłącznie lepszym, ale także poprzez bycie innym.  Ja nie mam wątpliwości, że Nagel stanęła na wysokości zdania. Eau de Rhubarbe Ecarlate to jedna z najlepszych kolońskich Hermesa.

Na chwilę zatrzymam się przy flakonie. Kształt znany jest z całej linii Les Colognes i nawiązuje to klasycznego flakonu Eau d’Hermes z nieodwodzonym kapelusikiem jako zatyczką. Wykonanie – jak zwykle u Hermesa – jest perfekcyjne i dopracowane w każdym szczególe. Atomizer to najwyższa półka. Jest niesamowicie solidny. Działa perfekcyjnie i precyzyjnie, jak skrzynia biegów ekskluzywnego niemieckiego auta. Szczególnie pięknie flakon ten prezentuje się właśnie w szkarłatnym wybarwieniu, jakiego użyto dla podkreślenia charakteru zapachu (co jest zasadą w przypadku każdej kolońskiej Hermesa). Trzymanie w dłoniach tego przedmiotu to czysta przyjemność, dająca wrażenie obcowania z mini dziełem współczesnej sztuki użytkowej.

Po zaledwie jednym pachnidle trudno jest oceniać, czy Christine Nagel była dobrze przemyślanym „nabytkiem” Hermesa. Czas i kolejne jej pachnidła pokażą, czy zintegruje ona swój perfumeryjny styl z estetyką tej francuskiej marki. Jeana-Claude’a Ellenę trudno zastąpić, a funkcja głównego perfumiarza Hermesa to prawdopodobnie jedna z najbardziej prestiżowych funkcji w tym biznesie.  Pozostaje więc poczekać na kolejne dzieła Christine Nagel. Szczególnie intryguje mnie, jak sprawdzi się w cięższym gatunku perfumowym, jakim są perfumy kobiece oraz co będzie miała do zaproponowania mężczyznom. Bo kolońska, mimo że moim zdaniem bardzo dobra, to jednak tylko… kolońska.

Alcool 11 Flacons 4 lignes - logo 2 lignes+0,25

główne nuty: rabarbar, czerwone porzeczki, białe piżmo

twórca: Christine Nagel

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Hermes „Epice Marine”- mariaż bretońskiej kuchni i prowansalskiej perfumerii

Spotkanie mistrzów smaku i zapachu, znanego z zamiłowania do przypraw mistrza bretońskiej kuchni Oliviera Roellingera oraz niemniej gustującego w przyprawowych składnikach perfumiarza Jean-Claude’a Elleny, które odbyło się swego czasu u wybrzeży Bretanii, musiało mieć swoje istotne skutki. Zbyt wiele łączy obu panów, by z nich wspólnych rozmów, testów i degustacji nic nie wynikło. W ich efekcie powstały Epice Marine, perfumy zainspirowane na poły bretońską kuchnią, na poły morskim klimatem tego regionu. Kompozycja weszła w skład ekskluzywnej kolekcji Hermessence w 2013 roku i jest chyba pierwszym zapachem w portfolio Jean-Claude’a Elleny zawierającym morską nutę. Nie jest natomiast z pewnością pierwszym, w którym ten posłużył się mieszanka przypraw. W szczególności mam tu na myśli kardamon, którego niezwykła, ciepło-zimna, wibrująca, musująca natura znajduje się na stałe w palecie olfaktorycznej tego perfumiarza od co najmniej 1998 roku, gdy światło dzienne ujrzało przełomowe, zbudowane głównie na kardamonie i Iso E Super genialne Declaration Cartiera, a którego uwspółcześnioną, „hermesową” wersję odnajdziemy w bardzo dobrym Voyage D’Hermes.

Lancement-Epice-Marine-24
Olivier Roellinger i Jean-Claude Ellena

O pierwszym wrażeniu Epice Marine stanowi bukiet przypraw z dominującym kardamonem oraz prażonym kminem i cynamonem w tle, rozcieńczony w esencji z bergamotki. Z czasem dołącza do nich bezprecedensowa w wykonaniu tego perfumiarza delikatna nuta dymna, która wraz z równie niespotykana wcześniej, nienachalną nutą alg tworzą oryginalną mieszankę olfaktoryczną, mimo wszystko pozostającą bardzo w stylu Mistrza, jaki znamy od czasu, gdy przyjął posadę w Hermesie. Prz odrobinie wysiłku można odnaleźć tu odległe echa Declaration Cartiera, a więc także i Voyage d’Hermes. To głównie za sprawą kardamonu oraz delikatnej słoności aromatów alg i dymu. Niemniej Epice Marine jawi się przy obu wymienionych bardziej jako szkic perfumowy, intrygująca zapachowa idea, aniżeli pełnoprawne perfumy.

Epice Marine, choć niewątpliwie interesujące, to jednak rozczarowuje mnie przesadną subtelnością. Gdyby było choć o 25% mocniejsze, bezwzględnie by na tym zyskało. A tak, jedynie zaraz po aplikacji i przez może dwa kwadranse po niej przyjemnie wibruje wokół skóry, by bardzo szybko na niej osiąść i pozostawić na niej słony ślad Bertońskiej bryzy wymieszanej ze wspomnieniem dymu z dawno zagaszonego na plaży ogniska.

Zapach ten to interesujący przykład unikalnego warsztatu Elleny, ale również i jego artystycznej maniery minimalizowania i nadawania swym dziełom przesadnej moim zdaniem transparentności. Osobiście preferuję te kompozycje artysty, którym ten nadał większej mocy (np. Declaration Cartiera,  Terre d’Hermes, Voyage d’Hermes, szczególnie w wersji Parfum czy nawet Hermesowe „Ogródki”)gdyż wówczas jego talent jest… dużo łatwiejszy w docenieniu, że tak to dyplomatycznie ujmę.

A tak? No cóż, pozostaje spory niedosyt, który podobno jest lepszy niż przesyt, ale czy aby zawsze?

 

visuel-prehome-epice-marine

główne nuty: bergamotka, prażony kmin, cynamon, kardamon, wodorosty, whiskey, dym

twórca: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2013

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

The Different Company – współczesne Haute Parfumerie (1)

O pachnidłach marki The Different Company pisałem już na blogu kilka razy, skupiając się jednakowoż głównie na nowej kolońskiej serii L’Esprit Cologne. Miałem też przyjemność zrecenzować niezwykły Sel de Vetiver autorstwa Celine Elleny oraz równie niesamowite Rose Poivree w wykonaniu Jean-Claude’a Elleny.

Przypomnę, że The Different Company powstało w 2000 roku z inicjatywy Thierry de Baschmakoffa, znanego projektanta dóbr luksusowych (flakony do perfum, akcesoria skórzane, zegarki, okulary). Pierwsze pachnidła tworzył dla niego Jean-Claude Ellena. Po tym, jak ten został w 2004 roku zatrudniony jako nadworny perfumiarz Hermesa, kreacją pachnideł zajęła się córka mistrza – perfumiarka Celine Ellena. Na przestrzeni 16 lat od powstania marki zapachy dla niej komponowali także: Christine Nagel (obecnie w Hermesie obok J.C. Elleny), Bertrand Duchaufour, Corine Cachen, Delphine Jelk (obecnie w Guerlain) oraz Alexandra Monet, która jest autorka najnowszego pachnidła Adjatay, o którym, mam nadzieję, szerzej napiszę wkrótce.

TDC

Od 2004 roku The Different Company kieruje Luc Gabriel. Marka przeszła ostatnio redesign opakowań i flakonów. Podczas targów Esxence 2016 Sophie Gabriel, odpowiedzialna za PR marki, zapoznała mnie z konceptem stojącym za Adjatay oraz z wizerunkowymi nowościami.

Oferta TDC obecnie dzieli się na:

Juste Chic Collection – zasadniczą cześć, którą twórcy określają jako francuskie Haute Parfumerie we współczesnej formie. Zapachy dostępne są we flakonach 100 ml z możliwością ich napełniania (w zestawie jest specjalny lejek) lub pozbawionych tej możliwości butelkach 50 ml.  Na flakonie nadrukowano najprawdziwszą platyną najważniejsze składniki każdego pachnidła. Ta kolekcja dedykowana jest amatorom perfum.

Osmanthus

Znajdziemy w niej takie pachnidła, jak: Adjatay, Ailleurs & Fleurs, Bergamote, Bois d’Iris, Charmes & Feuilles, De Bachmakov, Jasmin de Nuit, Oriental Lounge, Osmanthus, Pure eVe, Rose Poivrée, Sel de Vetiver, Sens & Bois, Sublime Balkiss, Une Nuit Magnétique.

 

L’Esprit Cologne to opisana już przeze mnie szczegółowo wcześniej na blogu kolekcja niezobowiązujących, świeżych pachnideł będących szeroko pojętą interpretacją tematu kolońskiego, choć same zapachy są – biorąc pod uwagę koncentrację – pełnoprawnymi wodami toaletowymi. L’Esprit Cologne charakteryzują się bardziej dostępnymi cenami. Obecnie są one dostępne w nieco zmienionym flakonie (100 ml z możliwością napełniania) z białym nadrukiem i korespondującą białą zatyczką. Wszystkie kolońskie skomponowała Emilie Coppermann. Na tę kolekcję składają się obecnie: South Bay, White Zagora, Kashan Rose, Tokyo Bloom, After Midnight, Sienne d’Orange i Limon de Cordoza.

Kashian Rose

Linki do recenzji:

 

Z kolei do perfumowych afficionado marka kieruje Collection Excessive, najkosztowniejsze zapachy dostępne wyłącznie we flakonach 50 ml pakowanych w eleganckie, zamykanie na magnes drewniane skrzyneczki. Autorem wszystkich pachnideł tej kolekcji (Oud For Love, Oud Shamash, Aurore Nomade i I Miss Violet) jest sam Bertrand Duchaufour. W tych kompleksowo złożonych pachnidłach wykorzystano rzadkie i najcenniejsze, mocno skoncentrowane ingrediencje.

 

TDC Oud for love

 

Ale The Different Company to nie tylko perfumy. Marka oferuje również kolekcję ośmiu świec zapachowych stworzonych przez Alexandrę Monet, Delphine Jelk i Corinne Cachen oraz żele do kąpieli.

Już wkrótce będę miał niewątpliwą przyjemność przybliżyć na blogu całą Collection Excessive oraz Juste Chic Collection.

cdn.

Hermes „Bel Ami Vetiver”

O męskim klasyku Bel Ami od Hermesa pisałem na blogu pięć lat temu przy okazji recenzji Equipage tej samej marki. Oryginalna wersja – pochodząca z 1986 roku autorstwa Jean-Luca Sieuzaca- nie przekonała mnie wówczas swą surowością i jednowymiarowością, choć przyznam, że gdy dziś ją testuję, mój osąd jest mniej radykalny. Jean-Claude Ellena opisał klasyka tymi słowy:

„Niezwykły i asertywny styl kompozycji. Niezaprzeczalne nuty skóry, dominujące acz wybitne”.

Czyli z uznaniem, ale i odrobiną subtelnej krytyki…

Jean-Claude Ellena

27 lat po premierze Bel Ami – w ramach tzw. Collection Les Classiques – Hermes zaproponował nową wersję pod nazwą Bel Ami Vetiver. Jak się później okazało, był to początek reinterpretacji klasycznych pachnideł tej szacownej marki, pochodzących jeszcze z czasów, gdy Hermes nie miał własnego ekskluzywnego perfumiarza i zlecał wykonanie perfum zewnętrznym fachowcom. Od 2004 roku to Jean-Claude Ellena odpowiada za wszystkie zapachy Hermesa i to właśnie nie kto inny, tylko on zasiadł w swej pracowni, by zagłębić się w perfumową historię Hermesa i na jej bazie przygotować nowe wersje legendarnych pachnideł. Bel Ami Vetiver (2013) był pierwszym z nich. Następne były Rose Amazone (2014) i Equipage Geranium (2015). Wynikać z tego może, że przyszły rok przyniesie kolejną reinterpretację, prawdopodobnie jednego z damskich pachnideł marki. Widać, że perfumiarz przyjął zasadę wzbogacania historycznych formuł o m.in. jedną zasadniczą ingrediencję, co znalazło odzwierciedlenie w ich nazwach. W przypadku Bel Ami jest to – rzecz jasna – wetiwer.

BelAmi Vetiver 1

W największym skrócie i bez niespodzianek – Bel Ami Vetiver to mariaż skórzanego akordu znanego z klasyka, tu podanego w dużo mniej ostry i nie tak bezkompromisowy sposób, z esencją z wetywerii, która zajęła miejsce obecnej w klasyku dymnej paczuli. Zapach został zreinterpretowany z dużą troską o zachowanie skórzanego charakteru oryginału, w związku z czym przewodnia skórzana nuta Bel Ami została tu zachowana, choć jej asertywność, o której wspomina Ellena, została zastąpiona przyjazną „akuratnością”, z której tak znany jest ten perfumiarz. Zastosowany tu wetiwer został mistrzowsko wpisany w formułę i uzupełnia pachnidło o zielono-drzewną nutę. Ci nieliczni, którzy opisują nutę wetywerii w Bel Ami Vetiver jako podobną do tej znanej z Vetiver Tonka Hermessence mają wiele racji. Mam przekonanie graniczące z pewnością, że perfumiarz zastosował tu tę samą, frakcjonowaną specjalnie dla niego w Laboratoire Monique Remy, esencję z wetywerii o unikalnej czystości i wyjątkowo wysublimowanym charakterze. Czysty, lekko zielony, lekko drzewny, lekko dymny, ale bez ziemistych akcentów wetiwer obecny jest wyraźnie na skórze na pierwszym etapie i drugim etapie trwania zapachu. Z czasem łagodnieje i siłą rzeczy ustępuje miejsca sygnaturowemu akordowi skórzanemu, który przejmuje pierwszy plan i trwa na nim do samego końca.

Bel Ami Vetiver to – podobnie jak protoplasta – perfumy dla dojrzałego mężczyzny. Eleganckie, nieco dystyngowane, ale pachnące zdecydowanie bardziej współcześnie niż klasyk. Czy mają go zastąpić? Nie sądzę. Hermes to marka o bardzo wysublimowanej filozofii, niezwykle poważająca swoją klientelę i nie kierująca się w swych poczynaniach wyłącznie chęcią zysku czy zwiększenia sprzedaży. Nie myślę, by zrezygnowała z oferowania klasycznego Bel Ami. Wersja wetiwerowa jest po prostu flankerem klasyka o wyraźnie zmienionym i bardziej współczesnym charakterze. Sądzę natomiast, że miłośnicy wersji klasycznej odnajdą w Bel Ami Vetiver to, co lubią najbardziej, a dodatkowo ucieszy ich ta unikalna, hermesowa nutka szlachetnej wetywerii. Mnie – jako fanowi wetywerii – ta wersja odpowiada bardziej i noszę ją z prawdziwą przyjemnością.

Zapach zasługuje na bardzo dobrą ocenę. Charakteryzuje się umiarkowaną, ale dobrze wyczuwalną, „ellenowską” projekcją oraz dobrą trwałością przekraczająca 8-9 godzin. Choć nie jest to zupełnie nowe męskie pachnidło tej marki, to w jakimś stopniu zaspokaja moje oczekiwanie na nowe męskie perfumy Hermesa. Jednocześnie bardzo zaostrza apetyt na testy Equipage Geranium. Mimo to jednak chcę wierzyć, że Jean-Claude Ellena zaproponuje jeszcze jakieś całkowicie nowe perfumy dla mężczyzn, zanim odejdzie na zasłużoną emeryturę…

Bel-Ami-Vetiver

główne nuty: cytrusy, wetiwer, skóra

twórca: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2013

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Hermes „Le Jardin de Monsieur Li”

00

„Pamiętam zapach stawów, zapach jaśminu, zapach mokrych kamieni, drzew śliwkowych, kumkwatów i gigantycznych bambusów. To wszystko tam było (…)”

Jean-Claude Ellena o ogrodzie Pana Li.

04

Le Jardin de Monsieur Li to zapach chińskiego ogrodu zawieszonego gdzieś pomiędzy rzeczywistością a wyobraźnią. Choć faktycznie za inspirację perfumiarzowi posłużył autentyczny, namacalny ogród, w którym – jak sam stwierdził – każdy fragment, każdy detal ma swoje z góry przemyślane miejsce, tak by przechadzając się po nim, pozwolić sobie na zagubienie we własnych myślach, na oddanie się rozmyślaniom i medytacji.

02

W przypadku perfumowej twórczości Jean-Claude’a Elleny spisy nut czy składników zdają się być zwykle bezużyteczne. Dlaczego? Składniki bowiem zwykle połączone są w całość w taki sposób, by tworzyć nową olfaktoryczną jakość. Ingrediencje układają się w niej niczym słowa w oryginalną opowieść, w której ważny jest kreowany obraz, świat, wrażenie, a nie poszczególne tworzące ją słowa. Tak też jest w przypadku najnowszego „hermesowego ogródka”. Jest w nim wszystko, za co podziwiam i uwielbiam mistrza Ellenę. Oryginalny akord, wyjątkowe nuty, unikatowe ingrediencje je budujące, pozytywne zaskoczenie, gdy wącham spryskaną nim skórę.

06

Le Jardin de Monsieur Li to przepiękne w swym minimalizmie połączenie wyraźnej na samym początku słodko-owocowej nuty kumkwatu z krystalicznie czystą nutą jaśminu nietypowo zestawioną z miętą, która komponuje się z całością nadając sercu zapachu świeżości, ale nie ujawniając się indywidualnie. Zapach zbudowany jest na subtelnej zielono-drzewnej bazie, która trwa zachowując zadziwiającą świeżość nawet wiele godzin po aplikacji. Całość bywa, że emanuje delikatnie mineralną, delikatnie też wodną, ale przede wszystkim jednak owocową i zielono-kwiatową aurą. Jest jedyny w swoim rodzaju, mimo że tak bliski stylistycznie temu, co dotąd Mistrz w ramach tego niezwykłego ogrodowego cyklu zaproponował. Raz poczuty na kimś, jest nie do pomylenia z niczym innym. Na tym m.in. polega geniusz Jean-Claude’a. Wspomniałem o czystym jaśminie. Otóż nuta ta ma tu wyjątkowo wypolerowany charakter. Jaśmin pozbawiony został typowych dla siebie elementów indolowych, aspektów gorzko-organicznych. Pozostała niczym nie zmącona nuta białokwiatowa o wyjątkowej urodzie. Cały Ellena – lubujący się w specjalnie dla niego opracowywanych esencjach.

09

Perfumy te mają – podobnie jak każdy ogródek Hermesa – uniseksowy charakter, pachną dość subtelnie, ale wyraźnie i trzymają się skóry przez dobrze ponad osiem godzin. Ich charakter zachęca do nieco bardziej obfitego użycia, co znacznie poprawia wszystkie wymienione parametry. Są prześliczną propozycją na ciepłą pogodę, mają w sobie mnóstwo słońca i pozytywnej energii.

03

Warto przypomnieć, że Jean-Claude Ellena, rodowity grassoise, nadworny perfumiarz Hermesa od 2004 roku, to jeden z najwybitniejszych żyjących perfumiarzy, który już zapisał się w annałach perfumeryjnej sztuki na równi z takimi postaciami jak Edmond Roudnistka czy Jean Carles. Jean-Claude jest niekwestionowanym mistrzem minimalizmu, ale i także perfumerii prawdziwie kreatywnej. To twórca o bardzo indywidualnym i dość hermetycznym stylu, bazującym na inspirowanym Haiku minimalizmie formy i wysokiej jakości składnikach. Nie są to wszakże składniki zwyczajne.

08

Perfumiarz lubuje się w doskonałej jakości syntetykach oraz ingrediencjach pochodzenia naturalnego poddanych procesom oczyszczania z wybranych niepożądanych przez niego frakcji. Destylacja frakcyjna opanowana została do perfekcji przez zlokalizowaną w Grasse firmę Laboratoire Monique Remy (należącą obecnie do IFF). To tam przede wszystkim Ellena zaopatruje się w naturalne ingrediencje do swych pachnideł. Bardzo starannie dobiera składniki, a jego paleta jest znakomicie mniejsza od standardowej i ogranicza się do kilkudziesięciu substancji. To świadome samoograniczenie ma na celu z jednej strony większą zwartość kompozycji, z drugiej zaś koncentrację na balansie pomiędzy maksymalnie kilkunastoma składnikami, na ich wzajemnej grze, bez rozpraszania ich natłokiem innych. To prawdopodobnie stąd wynika bardzo rozpoznawalny i indywidualny charakter perfum Elleny.

Le Jardin de Monsieur Li to najlepszy dowód jego niezwykłego talentu i wykrystalizowanego przez lata praktyki stylu, który podsumować można tymi słowy: mniej znaczy więcej. Myślę, że tylko prawdziwi koneserzy luksusu doceniają tę zasadę. Ja wciąż się tego uczę. Hołduję przy tym jeszcze jednej zasadzie – że nietrudno zadowolić mnie najlepszym. Także w tym względzie Le Jardin de Monsieur Li mnie nie zawodzi.

Prehome_Jardin_de_Mr_Li_1

nuty głowy: kumkwat

nuty serca: jaśmin, mięta

nuty głębi: nuty drzewne

rok premiery: 2015

nos: Jean-Claude Ellena

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****