Nishane Istanbul – stworzone by zachwycać

Po tym, jak obwieściłem, że Sultan Vetiver to najlepsze perfumy wetyweriowe, jaki dane mi było poznać (i zdania nie zmieniłem), z zaciekawieniem i sporym apetytem przystąpiłem do testów innych pachnideł tureckiej marki Nishane. Jak się później okazało, utwierdziły mnie one w wysokiej ocenie tego, co proponują Mert Güzel i Murat Katran.

Nishane to w mojej ocenie jedna z najbardziej wartych uwagi współczesnych niszowych marek perfumowych. Cechują ją: prymat zapachowej zawartości nad marketingiem oraz gwarancja doskonałej jakości, świetnych parametrów i intensywnych olfaktorycznych przeżyć, przy użyciu akordów, które niejednokrotnie już w perfumerii występowały, ale tu zostały podane w iście koneserski sposób.

Twórcy marki przyznają, że powołali do życia Nishane po to, by zaoferować perfumy, które zachwycą perfumowych koneserów na całym świecie. Cóż, w Polsce na pewno już zachwyciły przynajmniej jednego, a wiem, że jest nas dużo, dużo więcej.

 nishane bottles

Munegu

to pełnokrwisty oriental ze spora dawką paczuli, która dominuje w intro i w sercu, a którą otoczono całym bogactwem składników: od słodkich cytrusów i cedru (!) na wstępie, poprzez bukiet przypraw (kmin, kardamon, gałka) oraz geranium i ylang w sercu, aż po głęboką, ciepłą, zmysłową – można rzec – klasycznie niszową bazę złożoną z labdanum, ambry, kadzidła i tytoniu. Baza jest żywiczna, balsamiczna, a paczula pachnie w niej dużo subtelniej, niż na wcześniejszych etapach. Munegu pachnie przez niemal cały czas mocno, gęsto, intensywnie i zdecydowanie męsko. Przypomina klimatem klasyczną męską perfumerię lat 70-tych i pierwszej połowy 80-tych (np. Givenchy Gentleman, pierwszy męski zapach Van Gilsa czy Giorgio for Men od Giorgio Beverly Hills). Stąd rekomenduję go przed wszystkim wielbicielom tego typu oldskulowych męskich aromatów, ale także oczywiście wielbicielom zapachów z paczulową dominantą. To naprawdę mocna, świetnie pachnąca rzecz o doskonałych parametrach!

NishaneMuneguUseMe_1024x1024

nuty głowy: pomarańcza, cedr

nuty serca: kmin, kardamon, gałka  muszkatołowa, geranium, ylang-ylang

nuty bazy: paczula, labdanum, kadzidło, tytoń, ambra

perfumiarz: Sylvain Cara

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 5,0

 

 

Spice Bazaar

– jak łatwo się domyśleć – traktuje o przyprawach. Wypełniają one praktycznie całe spektrum zapachowe tej kompozycji, co czyni ją naprawdę unikatową. Czegoż tu nie ma? Jest imbir, jest cynamon, kmin, czarny pieprz, szafran. Jest też użyta oszczędnie wanilia. Ale „cichym” bohaterem Spice Bazaar jest esencja z jałowca, która dominuje nieco dłużej niż tylko w otwarciu. Nuta ta jest zdecydowanie mocniejsza i bardziej długotrwała od tej w Juniper Sling Penhaligon’s.  By intro było jaśniejsze, zastosowano subtelnie wyczuwalne cytrusy (rześkość yuzu idealnie pasuje do charakteru zapachu). Pomostem między jego owocowością, a przyprawowym charakterem wielu użytych tu ingrediencji jest imbir. W ten suchy, sypki klimat świetnie wpisany został cedr, który zdaje się pracować tu w charakterze solidnego trzonu kompozycji.

Spice Bazaar dominuje suchy, wytrawny typ przyprawowości, reprezentowany tu przez wspomniany jałowiec, czarny pieprz i szafran. Kontrastem jest obecna w tle nutka owocowa. Całość pachnie bardzo naturalnie, przy tym dość lekko i zwiewnie, całkiem długo zachowując przyprawowy charakter, co nie jest oczywiste w tego typu aromatach.

Faktem jest jednak, że po kilku godzinach Spice Bazaar gwałtownie gaśnie na skórze, co zdaje się potwierdzać moje domniemanie, że nie użyto tu żadnych syntetyków – choćby w celu poprawienia parametrów zapachu. I to chyba dobrze, bo dzięki temu nie naruszono naturalnej aury tego świetnego zapachu.

nishane-istanbul-spice-bazaar-extrait-de-parfum-50-ml

nuty głowy: jałowiec, yuzu, rozmaryn, imbir

nuty serca: cedr, cynamon, kmin

nuty bazy: czarny pieprz, szafran, wanilia

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

 

Pachuli Kozha

ma dość przewrotną nazwę. W przeciwieństwie do Munegu paczulowa nuta jest tu zdecydowanie mniej ewidentna, a kompozycja ciąży wyraźnie w kierunku żywiczno-kadzidlanym z mocnym udziałem labdanum w bazie, podlanego gęstym miodem. Bardzo delikatne akcenty kwiatowe, obecne na początku (hiacynt, ylang, rumianek), oraz – umownie – skórzana aura (kozha znaczy skóra) lokują Pachuli Kozha – obiektywnie piękne i poruszające, ciepłe, otulające pachnidło – gdzieś pomiędzy Sahara Noir Toma Forda, Lonestar Memories Andy Tauera (gdyby pozbawić go brzozowej smoły) i Absolue Pour Le Soir Francisa Kurkdjiana (do którego zresztą pachnidło Nishane jest najbardziej podobne, a które jest – nota bene – najgorzej sprzedającym się zapachem MFK, więc sami wiecie, o co chodzi…).

Pachuli Kozha to po prostu pachnidło dla koneserów perfumowej niszy, wielbicieli aromatów oscylujących w dolnych rejestrach olfaktorycznych. Jestem przekonany, że nie będą oni ani odrobinę zawiedzeni. Ja nie jestem. Przeciwnie – jestem nim zachwycony.

Pachuli-Kozha21

 

nuty głowy: hiacynt, ylang, rumianek

nuty serca: paczula, czarny pieprz

nuty bazy: skóra, miód, kadzidło

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

Suede et Safran

francuska nazwa podpowiada, czego możemy się po tym zapachu spodziewać. Zamsz i szafran. Ale w moim przypadku nie obyło się jednak bez zaskoczenia. Nie spodziewałem się bowiem, że Nishane uraczy nas własną wersją Tuscan Leather Toma Forda. Cóż – muszę dać mały minus marce za naśladownictwo, choć fakt, że jednak stylowe i z bardzo indywidualnym szlifem. Na czym on mianowcie polega? Głównie na nadaniu znanemu aromatowi większej lekkości i na zminimalizowaniu aspektu skórzanego kosztem nuty owocowej (tu uzyskanej za pomocą naturalnie i subtelniej pachnącego imbiru zamiast malinowej, lekko syropowatej, syntetycznej nuty znanej z pachnidła Forda). Zupełnie nowym elementem jest tu akcent wodny, pojawiający się w sercu zapachu i tworzący bardzo osobliwy efekt, którego nie spotkałem ani w Tuscan Leather ani w żadnym z jego klonów. Obowiązkowy w tej estetyce szafran został tu sparowany z nutą faktycznie bardziej zamszową niż skórzaną, jeżeli przyjąć, że zamsz w perfumach pachnie delikatniej i bardziej kremowo, aniżeli skóra. Ta z kolei w swej mocniejszej formie faktycznie wyłania się tu w bazie zapachu i to wtedy zapach najbardziej zbliża się do Tuscan Leather.

Ale Suede et Safran w zestawieniu z protoplastą wypada generalnie mniej słodko-malinowo i delikatniej, gdy chodzi o skórzany aspekt. Jest w nim więcej powietrza. Zapach nie przytłacza, no i nie pachnie tak syntetycznie, jak propozycja Toma Forda.

Tak jest. To kolejny zapach Nishane o bardzo naturalnym aromacie, nie trącącym nachalną chemią (choć zgoda, że bazowa skóra zdaje się być jednak „zdjęta z Forda”). To także kolejne pachnidło – obok Sultan Vetiver, Pachuli Kozha i Spice Bazaar – skomponowane przez perfumiarza Jorge Lee, któremu należą się słowa uznania, bo ma facet talent niezaprzeczalny.

suede-et-safran-nishane

nuty głowy: ziarno ambrette, szafran

nuty serca: zamsz, imbir

nuty bazy: piżmo, skóra

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

 

Na koniec dodam, że nie jest to na pewno ostatnie spotkanie z pachnidłami Nishane na Perfumowym Blogu. Będę czynił starania, by poznać i opisać pozostałe zapachy tej marki. Jestem pewien, że będzie warto.

Reklamy

Widian – orientalne pachnidła z Abu Dhabi

Widian to perfumowa marka z Abu Dhabi utworzona przez Ali Aljaberiego w 2014 roku jako Aj Arabia, a w 2016 roku przechrzczona na obecną nazwę. Twórca określa stylistykę swych perfum jako połączenie arabskiej tradycji ze współczesnością. Szukając informacji o Widian spotkałem się także z określeniami, że perfumy te przykład mariażu stylów arabskiego i francuskiego we współczesnym wydaniu. Nawet po dość pobieżnym zapoznaniu się z nimi mogłem stwierdzić, że chyba najtrafniej opisuje je to zdanie, które znalazłem na oficjalnej stronie Widian:

Delikatne i wonne pachnidła, które zabiorą cię w podróż do cudownego dziedzictwa Środkowego Wschodu.

Rzeczywiście elementem wspólnym perfum Widian jest ich niesamowita wonność właśnie. Ktoś zapyta – jak to? Przecież perfumy z natury swej są wonne. Owszem. Ale wonność, o której piszę, zasługuje na szczególne wyróżnienie. Objawia się ona wręcz majestatycznym, spokojnym i wielogodzinnym emanowaniem ze skóry stonowanego, ale permanentnie wyczuwalnego, zmysłowego, ciepłego i przywierającego mocno do skóry zapachu, który poprzez swą olfaktoryczną gęstość i zdecydowaną przewagę składników o dużym ciężarze gatunkowym staje się naszym własnym, „osobniczym” zapachem. Każde z przetestowanych Widian pachnideł posiada tę cechę w mniejszym lub większym stopniu.

Mosque Sheik Zayed

Zanim opiszę swoje wrażenia na ich temat, jeszcze dwa zdania nt. designu flakonu i opakowania Widian. Inspiracją dla nich był monumentalny budynek wielkiego meczetu Szejka Zeyda znajdujący się w Abu Dhabi. Budynek ten – podobnie jak perfumy Widian – łączy w sobie architektoniczne elementy tradycji i nowoczesności.

Widian velvet collection bottle

Widian-Limited Collection Bottle

widian gold collection bottle

Trzeba przyznać, że flakony i ich opakowania prezentują się przepięknie.

Oferta Widian podzielona jest bardzo czytelnie na cztery kolekcje: Black, Gold, Velvet i Limited. Różnią się one nie tylko kolorami flakonów i opakowań, ale także charakterem samych kompozycji zapachowych, choć trzeba dodać, że wszystkie kolekcje łączy zdecydowanie orientalny klimat. Co rzadko spotykane, zapachy w ramach danej kolekcji nie posiadają indywidualnych nazw czy tytułów, a jedynie numery.

Black Collection…

…składa się z pięciu pachnideł, z których póki co trzy miałem przyjemność testować, a które skomponował pracujący w słynnym Grasse Jean-Claude Astier. To niezwykle doświadczony perfumiarz, który – jak mało kto – opanował mariaż arabskiej i klasycznie francuskiej perfumerii, czego wielokrotnie już dowiódł w ramach wspaniałych pachnideł komponowanych dla Martine Micallef i Geoffreya Nejmana. Znajdziemy w Black Collection zarówno orientalne zmysłowe ciepło, jak i klasyczny francuski szyk, harmonię, piękno i głębię. Nie ma tu mowy o kontrowersyjnych nutach animalnych czy oudowych. Te zapachy oczarowują, ale – co ważne – nie od razu, a dopiero po pewnym czasie. Bo nie są to perfumy nastawione na szybki i spektakularny efekt. Nie epatują otoczenia, raczej je intrygują, smużąc przez wiele godzin aromatycznymi nutami. By w pełni docenić ich urodę, potrzeba dwóch czynników: czasu oraz skóry, na co niewątpliwie ma wpływ fakt, iż są to ekstrakty perfumowe i to zbudowane w przewadze z molekuł o dużym ciężarze gatunkowym (żywice, balsamy, kadzidła, drewna). Potrzebują one kilku godzin, by w pełni ujawnić swe oblicze. Odradzam więc stanowczo testy na papierku, gdyż będą one bardzo mylące i nie oddadzą w pełni ich charakteru.

widian 2

Black Collection I jest ciepłą, zmysłową i pełną głębi mieszanką przypraw z wyróżniającym się kardamonem, który nadaje całości subtelnej, jakby owocowej nutki. Gdy kardamon przydaje świeżości, ciepła dodaje cynamon. Przedłużeniem kardamonowej nuty jest najpierw cyprys, nadający subtelniej zieloności, a następnie zręcznie wkomponowana nuta kadzidła. Ale zarówno ona, jak i wspomniane przyprawy, zostały tu umieszczone w bardzo konkretnym, ciepłym i orientalnym kontekście, zbudowanym z cedru, drewna sandałowego i piżmowej głębi. Te nuty praktycznie od początku „ustawiają” to pachnidło i utrzymują jego zmysłowy charakter do samego końca.

Black Collection II otwiera się przecudnym, lekko słodkim akordem owocowym (śliwka i mandarynka), spod którego wyłania się będąca w centrum kompozycji róża, otoczona słodko-żywiczną esencją z drewna sandałowego. Kulinarny wątek z intro kontynuuje wanilia w bazie, a orientalnej reszty dopełniają piżma i esencja z mchu. II jest nieco bardziej kobieca, niż I czy III. Jest też subtelniejsza, ale i trwalsza. Pozostaje na skórze kilkanaście godzin.

Black Collection III ma świeży początek dzięki bergamotce i mięcie. Zaraz po nim ujawnia się akord skórzano-drzewny, który dominuje dalszą część zapachu. Skóra jest subtelna, elegancka, czysta, wyrafinowana. Okrągła, pełna drzewna baza – z istotną rolą paczuli – oraz sandałowcem, wanilią i mchem (podobna jak w II) wieńczy to naprawdę warte uwagi dzieło.

 

Gold Collection

widian gold collection

Gold Collection składa się póki co z dwóch pachnideł, obu o podobnym do siebie, ale wyraźnie innym charakterze od zapachów składających się na Black Collection. Tego typu zapachy lubię nazywać „obsypanymi złotym pyłem szeików ambrowcami” (co świetnie zresztą idealnie oddaje powyższa grafika). Jednym z najdoskonalszych przykładów takich pachnideł jest wg mnie Amouage Opus VI. Mniej więcej w takim właśnie stylu i klimacie są oba zapachy złotej kolekcji Widian. Mają przy tym ambrową-bazową część wspólną, ale różnią pozostałymi elementami. Gold Collection I – obok subtelnych nut kwiatowych i ambrowej bazy – zawiera w sercu nutę oudu – dość delikatną i mającą bardziej klasycznie arabski charakter, przypominający mi oudy takich marek jak Rasasi czy Arabian Oud. Gold Collection II pachnie niczym złoty pył, a to dzięki wyraźnemu szafranowi, którym posypano kwiatowe serce na analogicznej jak w I ambrowej bazie. II przypomina mi z kolei Oud Shamash The Different Company jaki i Sand Aoud Mancera. II jest moim faworytem w tym złotym duecie.

Widian velvet collection

Velvet Collection

To duet perfum orientalno-kwiatowych, mocno się jednak od siebie różniących. Liwa zachwyca ostrym, dymno-przyprawowym intro (szafran plus molekuła Amberwood), a obecne w nim oraz w sercu nuty białokwiatowe mają raczej symboliczny charakter i zostały tu zdecydowanie przytłumione bardzo arabską, dymno-drzewną bazą, która składa się głównie z nut drzewnych: cedru, sandałowca, paczuli, wetywerii, oudu i kadzidła. Kwiatowości jest w więc w Liwie bardzo niewiele, a zapach spokojnie broni się jako uniseks z przechyłem w męską stronę. Co innego Delma. Tu wyraźne kwiatowe serce, złożone z jaśminu i frezji, poprzedzone lekko owocowym wstępem (brzoskwinia i heliotrop), przywołującym trochę na myśl stylistykę No. 5 Chanela, osadzone na lekko kulinarnej, okrągłej, „puszystej” bazie z nutami wanilii, ptasiego mleczka oraz szafranu, paczuli i gwajaku, nie pozostawia złudzeń. To pełnoprawne, śliczne, bardzo kobiece i zmysłowe, orientalno-kwiatowe perfumy dla kobiet.

Perfumy Widian reprezentują tę piękną i łatwą w lubieniu stronę orientalnej perfumerii. Zawierają typowe elementy arabskiej estetyki perfumowej, jak choćby zamiłowanie do wysokiej koncentracji oraz częste używanie niektórych składników do niedawna jeszcze obcych perfumerii europejskiej (szafran, oud, kadzidło). I choć perfumy te nie wymagają przesadnie wyrobionego nosa (jak np. propozycje Amouage, S.H. Lucas 777 czy nawet Montale) i zaprojektowane są tak, by łatwo (choć nie szybko) „wpadały w nos”, to jednak nie można nie zauważyć w nich kunsztu i wyrafinowanego orientalnego piękna. Zbudowane na perfekcyjnej harmonii, bez dysonansów, z głębią i treścią oraz wysoką jakością chyba po prostu nie mogą się nie spodobać.

Dunhill „ICON Absolute” czyli oud od Dunhilla

Gdy 2 lata temu z niemałą (i słuszną) ekscytacją opisywałem ICON – nowy wówczas męski zapach Dunhilla, który miał wynieść markę na poziom Hermesa i Cartiera (ale – póki co – chyba jeszcze nie wyniósł), zakończyłem swoją recenzję stwierdzeniem, że ICON to obiecujący początek nowego rozdziału w perfumowej historii marki Dunhill. Jednak mimo, że dzieło Carlosa Benaima to bardzo udane, nowoczesne męskie pachnidło, nie słyszę i nie czytam (a także nie czuję), żeby zdobyło popularność, jakiej pewnie od niego oczekiwał John Ray, Dyrektor Kreatywny w Dunhillu. Szkoda. Niemniej nie trzeba było długo czekać na kolejne wcielenie „ikonicznego” Dunhilla. Jeszcze tego samego roku marka wypuściła wersję Absolute (dostępną początkowo tylko w Harrodsie), zamykając ją w jakże emblematycznym flakonie, tym razem w kolorze złotym. Czyżby sugestia orientalnej – ściślej – arabskiej estetyki? Okazuje się, że tak.

F2574-Dunhill-Absolute-Brand-Slider-1000x340

ICON Absolute zupełnie spokojnie mógłby nazywać się ICON Oud i pewnie nikomu by to nie przeszkadzało, może poza tymi, którzy dość już mają tego nad-eksploatowanego w perfumerii ostatniej dekady słowa. Chwalebnie jednak Dunhill nie poszedł tą ścieżką na skróty.

Na początku muszę zastrzec, że Absolute nie ma zapachowo nic wspólnego z zamkniętym w srebrnym flakonie poprzednikiem, no może poza obecnością czarnego pieprzu w otwarciu.

Absolute to woń na początku przyprawowa (pieprz plus szafran), później już wyłącznie drzewna, wytrawno-sucha, sypka niczym pustynny piasek, linearna, o długim, snujący się smużką oudowego dymu finiszu, w której zadbano o nienachalną, ale przyjemną projekcję i bardzo solidną trwałość. Intrygująca i tajemnicza, elegancka w nieco egzotyczny sposób, spodobała mi się bardziej, niż się spodziewałem.

I choć wciąż lubię olfaktoryczne bomby, to jednak ta utrzymana w ryzach „charakterność” ICON Absolute bardzo mi przypasowała – zgodnie z zasadą „mniej znaczy więcej”. W podobny sposób oud – pylisty, połączony z szafranem i pieprzem, został zrealizowany w Versace Oud Noir i to z nim ICON Absolute najbardziej mi się kojarzy, choć muszę tez nadmienić, że zapach Dunhilla jest bardziej minimalistyczny, wyrafinowany i elegancki. Do tego jego finisz przebija wyraźnymi reminiscencjami z bazy M7 YSL i od czasu do czasu echem Oud Wood Toma Forda, a to są dla mnie zawsze mile „widziane” nawiązania.

Reasumując – ICON Absolute uważam za pachnidło zdecydowanie udane, może nie tak oryginalne, jak protoplasta, ale – jak dla mnie – warte posiadania flakonu (nie tylko ze względu na jego niewątpliwie walory estetyczne), szczególnie jeżeli ktoś – tak jak ja – lubuje się w tego typu sucho-drzewnej, oudowej, nieco enigmatycznej, orientalnej stylistyce.

 

dunhill icon absolute

nuty głowy: bergamotka, czarny pieprz,

nuty serca: szafran, czarna róża, jaśmin

nuty bazy: oud, liść tytoniu, skóra

perfumiarz: brak danych

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Parfums de Marly „Nisean”

Zaprezentowany w zeszłym roku Nisean zdaje się potwierdzać moją umiarkowanie pozytywną, aczkolwiek daleką od bezkrytycznej ocenę męskich zapachów Parfums de Marly. Zresztą Nisean prezentuje się jako najbardziej oryginalny z tych kilku, które dotąd poznałem. Nie robi wrażenia prostej kopii czegoś już znanego. W swym charakterze zbliżony do Royal Oud Creeda i Oud Wood Toma Forda, choć dużo mnie finezyjny od pierwszego i nie tak wyrafinowany i wyrazisty, jak drugi. Niemniej reprezentuje tę samą drzewną, luksusową stylistykę. Co więcej, robi to w sposób całkiem przekonujący.

 

PdM Header_Logo

 

Dominuje w nim wytrawno-żywiczna drzewność, doprawiona odrobiną szafranu, szczególnie wyczuwalnego na samym początku. To on – w połączeniu z labdanum – dodaje całości subtelnie skórzanej aury. Jednym z zasadniczych składników jest tu Agikalawood – aroma-molekuła łącząca w sobie drzewne elementy paczuli i oudu. Być może to właśnie ona łączy Niseana z wcześniej wymienionymi kompozycjami z oudem w nazwach.

Nisean subtelnie ewoluuje, gubiąc aspekt przyprawowy, a wzmacniając skórzany i – przede wszystkim – drzewny, kontynuując go przez cały czas trwania na skórze. Jego parametry użytkowe są na cywilizowanym, ale zadowalającym poziomie, gdzieś pomiędzy dość jednak subtelną nutą świetnego skądinąd Royal Oud Creeda, a donośną, tłusto-drzewną wonią fordowskiego Oud Wood.

Nisean to świetny zapach z gatunku „formalnych”, idealny do koszuli, marynarki, a nawet garnituru. Ma intrygującą nutę, ale i bardzo przyswajalną treść, co zdecydowanie zwiększa jego potencjał. Niekontrowersyjny, ale intrygujący i – co niezwykle ważne – bardzo przyjemny w noszeniu. „Świetnie pachniesz” – tak, to słowa, które mogą się pojawić, gdy wyjdziemy w nim do ludzi. To kolejny – obok Oajana – udany zapach Parfums de Marly z „czarnej serii”. Zdecydowanie polecam, tym bardziej, że gdzieniegdzie można już go „trafić” w nieco mniej wygórowanej cenie.

PdM Nisean

główne nuty: szafran, labdanum, amyris, gwajak, drewno sandałowe, Akigalawood®

perfumiarz: brak danych

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

Zoologist Perfumes – „Civet”, „Nightingale” i „Macaque”

Minął nieco ponad rok od mojego poprzedniego wpisu nt. niezwykłych pachnideł kanadyjskiej marki niszowej Zoologist Perfumes. W tym czasie bardzo wiele się wydarzyło w perfumowym zoo. Twórca marki – Victor Wong, kreator zapachów (ale nie perfumiarz), wcześniej zaś perfumowy bloger, z powodzeniem dokooptował do swej uroczej trzódki kolejne zwierzęta (Makak, Skowronek i Cywet), oficjalnie przeformułował bobra* (jakkolwiek dziwnie to brzmi) oraz – dzięki międzynarodowej blogosferze i setkom perfumowych entuzjastów, a także zdobytym nagrodom (Art and Olfaction Award 2016 dla Bat oraz nominacja dla Civet w edycji 2017) i rozlicznym wywiadom udzielanym mediom elektronicznym i tradycyjnym, znacząco poprawił świadomość istnienia młodziutkiej marki.

Ze względu na powierzanie prac nad zapachami nieznanym szerzej perfumiarzom-amatorom (zwykle samoukom) i ujawnianie ich nazwisk przy okazji kolejnych premier, ktoś gdzieś – ze sporą dozą przesady – określił nawet Wonga „Fredericem Malle perfum rzemieślniczych (artisanal perfumes)”, którego to określenia używa się już od kilku lat, by odróżnić kameralne, często jednoosobowe przedsięwzięcia perfumowe, od działających na szeroką skalę marek niszowych, dawno niszowymi nie będących.

Victor Wong Zoologist

Ale imponującego sukcesu Zoologist Perfumes nie byłoby, gdyby nie frapujący koncept i -przede wszystkim – pachnidła – oryginalne, wyjątkowej urody, niezwykłe, pełne bezpretensjonalnej kreatywności, komponowane pod kierunkiem Wonga i na podstawie przygotowanych przez niego briefów, przez wybranych przez niego perfumiarzy wywodzących się spoza mainstreamu.

We wspomnianym poprzednim wpisie próbowałem oddać naturę pierwszych pięciu zwierząt Zoologist: pachnącego ściółką i geosminą Nietoperza (Bat), nektarowego Kolibra (Hummingbird), skórzanego Nosorożca (Rhinoceros), piżmowo-kastoreum-owego Bobra (Beaver) czy zielono-bambusowego misia Pandy (Panda). Dziś kilkanaście zdań o pozostałych trzech zwierzakach.

 

Nightingale (Słowik) – japońska wiosna

Jak wyjaśnia Tomoo Inaba – perfumiarz, który skomponował Nightingale – w Japonii początek wiosny zwiastują śpiewające słowiki i kwitnące kwiaty drzew śliwkowych (a także – rzecz jasna – wiśniowych). Jednak kwiecie śliwy ma zdecydowanie ciekawszy, pełniejszy i mocniejszy aromat, aniżeli słynna japońska wiśnia, a woń kwiatu śliwy jest w Japonii bardzo chętnie imitowana w postaci różnego rodzaju dezodorantów (np. do pomieszczeń, samochodów itp.), a także perfum. Każdy perfumiarz pracuje tam nad własną interpretacją tego akordu, podobnie jak we Francji każdy perfumiarz pochyla się nad zrekonstruowaniem woni konwalii.

tomoo-inaba-smelling-tuberose

Tomoo Inaba od lat para się zgłębianiem tajników perfumerii, także technik pozyskiwania składników perfum (w tym celu odwiedził już 25 krajów) oraz komponuje perfumy – do szuflady. Nightingale jest jego publicznym debiutem. W pierwotnej wersji przeleżał w szufladzie 3 lata. Gdy Victor Wong zgłosił się do niego z propozycją przygotowania perfum do kolekcji Zoologist, ten zdecydował się sięgnąć po jedną ze swych prywatnych mikstur, w której centralnym akordem jest właśnie kwiat śliwy. Dopracował recepturę i przedstawił Wongowi – ku jego zachwytowi, któremu osobiście wcale się nie dziwię.

Nightingale jest zapachem lekkim, kwiatowo-przyprawowym, o szyprowej i jakby niedopowiedzianej aurze. Czuć w nim japoński umiar. Może poza dość mocnym, szafranowym początkiem, cechuje go lekkość i transparentność oraz niezwykle urokliwa sygnatura, będąca wypadkową subtelnej woni kwiatowej, egzotycznej pikantności szafranu, zmysłowości subtelnie użytej paczuli i drzewnej, mszysto-wiórowej bazy. Odrobinę świeżości na początku perfumiarz nadał tradycyjnym akordem cytrusowym, a głębi i trwałości – piżmami, kadzidłem, ambrą i labdanum.

Nightingale ma w sobie niezwykły olfaktoryczny urok. Jest radosny, wiosenny, lekki, ciepły. Choć wydaje się być uniseksem, zdecydowanie lepiej zaprezentuje się na wiosennej, kobiecej skórze. Warto to sprawdzić.

 

nightingale-60-ml-edp

Nuty głowy: bergamotka, cytryna, szafran

Nuty serca: kwiaty japońskiej śliwki, róża, fiołek

Nuty bazy: oud, paczula, drewno sandałowe, mech, kadzidło, białe piżmo, labdanum, ambra

twórca: Tomoo Inaba

rok premiery: 2015

 

Macaque (Makak) – jego (nie)dzika zieloność

To drugi – obok Pandy – zapach zielony w ofercie Zoologist, choć w porównaniu do poprzednika zdecydowanie bardziej uładzony, umiarkowany, nie tak mocno soczysty i nie tak nieokrzesany, co – ma wrażenie – chyba nie do końca pasuje do charakteru tej małpy. Okazuje się jednak, że takie, a nie inne nuty go budujące, mają z tym zwierzęciem pewne związki…

Sarah McCartney

Sarah McCartney – właścicielka londyńskiej pracowni perfumowej 4160 Tuesdays – skomponowała Macaque.

Autorka uwzględniła w kompozycji nuty kojarzące się z codziennym menu makaków, czyli owocami (jabłko, mandarynka). Oddała ukłon w kierunku japońskiej sztuki wyrabiania wonnych kadzideł, sprzedawanych przy tamtejszych świątyniach (przyprawy, kadzidło, cedr), do których to świątyń makaki bardzo chętnie zaglądają w celu znalezienia pożywienia (pozostawianego tam dla nich przez wiernych). Próbowała także uwzględnić osobniczy zapach małp, który – wedle jej słów – jest bardziej owocowy, aniżeli mocno zwierzęcy. Temu posłużyło użycie galbanum. To jedna z dominujących tu nut.

W owocowym początku dominuje nuta jabłka.  Serce jest bardziej zielone, z mocno wyczuwalnym galbanum, którego naturalnie gęsta zieleń została tu ujarzmiona nutami zielonej herbaty z odrobiną jaśminu, kapką miodu oraz odrobiną kadzidła. Baza zapachu jest delikatna, sucho-drzewna.

Macaque to obiektywnie bardzo przyjazne i przyjemne pachnidło, które może szczególnie przypaść do gustu wielbicielom woni herbacianych. Niemniej – jak dla mnie – nie tak ekscytujące jak opisany powyżej Nightingale, którego sygnatura ma w sobie coś uzależniającego, ani też nie tak frapujące jak Civet, któremu poświęciłem ostatnią, trzecią część niniejszego wpisu.

 

 

zoologist macaque-60-ml-edp

Nuty głowy: cedr, zielone jabłko, czerwona mandarynka

Nuty serca: kadzidło, galbanum, miód, palisander, ylang ylang, jasminowa herbata

Nuty bazy: mech cedrowy, zielona herbata, biały oud, piżmo

twórca: Sarah McCartney

rok premiery: 2016

 

Civet – ciemny szyprowy kociak

Zapach nominowany do tegorocznej Art and Olfaction Award w kategorii Twórca Niezależny (wyniki będą ogłoszone 6 maja podczas Gali z Berlinie) to prawdopodobnie już dziś wg wielu wielbicieli marki jedne z najlepszych perfum, jakie dotąd zaproponował Victor Wong. Rozumiem takie opinie i częściowo je podzielam. Częściowo, gdyż mi w Civet czegoś jednak zabrakło…

Civet-Poster-Square-_Man_880x

Nazwa zapachu z jednej strony zachęca, z drugiej wzbudza rezerwę. Wszak każdy, kto nieco bardziej interesuje się perfumami i budującymi je składnikami wie, że cywet to określenie na raczej cuchnącą substancję, pozyskiwaną z gruczołów analnych zwierzęcia przypominającego kota, żyjącego w Afryce i Azji Południowej (ten sam zwierzak żywi się ziarnami kawy, które częściowo nadtrawione wydala, ku uciesze koneserów kawy Kopi Luwak…). Tym bardziej wtajemniczonym wiadomo, że właściwe (czytaj – z wielkim umiarem) użycie cywetu w perfumach (ostatnio zwykle w postaci syntetycznie pozyskiwanego odpowiednika), może czynić olfaktoryczne cuda. Przydaje zapachowi „ciała”, obecności, projekcji, głębi i trwałości oraz podświadomie zwierzęcej zmysłowości…  Potrafi tchnąć życie w perfumową kompozycję. Nie w każdą – rzecz jasna – ale w taką jak Civet – absolutnie tak.

Civet – dzieło mieszkającej i pracującej w Portland, Oregon (USA) perfumiarki Shelley Waddington – to współczesny szypr zbudowany z dużej ilości naturalnych esencji, przez co pachnący bardzo klasycznie, niemal retro, w którym syntetyczny cywet użyto z niezwykłym wyczuciem. Nie ma mowy, byśmy w którymś momencie poczuli jego fekalną naturę. Ale na pewno czujemy jego cudowne działanie.

Zapach ma gęsty, ciepły i nieco zawiesisty, otulający, a przy tym melancholijny charakter. Otwiera się bogatą mieszanką ingrediencji, praktycznie od razu odsłaniając wiele składników z bazy, stanowiącej tu najistotniejszą treść. Obecne na początku nuty cytrusów mieszające się z bogactwem esencji kwiatowych zawartych w sercu, doprawionych goździkiem, są „tylko” oprawą dla niezwykle bogatej i jednocześnie bardzo harmonijnej głębi zapachu, w której autorka pomieściła całe mnóstwo perfumowych „dobroci” o wysokiej wadze molekularnej (żywice, balsamy, nuty drzewne, wanilię, skórę, kadzidło), dodając też element zaskoczenia w postaci wyrazistej nuty kawy. I to właśnie kawa stanowi o niezwykłości tego szypru. O tym, że nie nie pachnie on jak kolejna kopia Habanity Molinard. Warto podkreślić, że perfumiarka ustawiła tak proporcję nut bazy w stosunku do reszty, że w efekcie – mimo wspomnianej obecności nut kwiatowych – Civet trudno nazwać zapachem kwiatowym.

Shelley Weddington

Civet ma koncentrację czystych perfum (25% esencji), a więc wyższą o 5% od pozostałych pachnideł Zoologist. Podobno dopiero w tym stężeniu zaczął pachnieć wedle oczekiwań autorki. To także wg mnie dowodzi, że jest złożony w zdecydowanej przewadze z naturalnych esencji, które w takim bogactwie, jak tu, potrafią przytłoczyć, przytłumić aromat. Zręczne i świadome użycie niektórych magicznych aromamolekuł z pewnością dodało by całości przestrzeni i projekcji i nie wymagało aż tak wysokiej koncentracji. Ale Shelley Weddington znana jest z zamiłowania do perfumerii naturalnej i w ten właśnie sposób tworzyła Civet – ze wszystkimi tego mocnymi i słabymi stronami. I choć nie przebił on swoją urodą stylistycznie pokrewnego Salome Papillon Perfumes, które mnie niedawno wprost oczarowało, a charakteru ma zdecydowanie mniej niż osławione MAAI Bogue Profumo, to nie mogę odmówić mu oryginalnej, choć mocno ugładzonej urody i bardzo komfortowego, otulającego, zmysłowego oraz – co ważne – absolutnie uniseksowego charakteru.

Przy czym Civet jest zupełnie niegroźnym zwierzakiem. To ciemno umaszczony, futerkowy, przymilny kociak. Rozleniwiony, bo dobrze nakarmiony kawą. Ale brak mu pazurów. I to moja jedyna uwaga.

 

zoollogist civet-60-ml-edp

Nuty głowy: bergamotka, czarny pieprz, cytryna, pomarańcze, estragon

Nuty serca: goździk (kwiat), frangipani, heliotrop, hiacynt, kwiat lipy, tuberoza, ylang-ylang

Nuty bazy: cywet, kawa, kadzidło, labdanum, piżmo, mech dębowy, żywice, rosyjska skóra, wanilia, wetiwer, nuty drzewne

twórca: Shelley Waddington

rok premiery: 2016

 

*) Wedle słów Victora Wonga: „W 2016 roku poprawiliśmy formułę (Beavera) poprzez przeprojektowanie akordu kwiatu lipy, usunięcie nut dymnych i popiołowych oraz wzmocnienie bazy, poprzez dodanie piżm o wyższej jakości. Do tego wpletliśmy lekką nutę skórzaną – jako hołd dla prawdziwego kastoreum”.

 

PS. Perfumy marki Zoologist są w Polsce dostępne wyłącznie w perfumerii Lulua w Krakowie. 

 

Papillon Artisan Perfumes – rodzaj piękna

Artisanal perfumers to stosunkowo nowe określenie na coraz liczniejszą rzeszę perfumiarzy-amatorów, którzy tworzą swoje pachnidła w warunkach domowych, wykonując całość prac samodzielnie i oferując swoje olfaktoryczne dzieła w bardzo małych nakładach i wąskiej dystrybucji. Bardzo często twórcy ci bazują niemal wyłącznie na składnikach naturalnych, przez co ich perfumy mają zwykle charakterystyczny retro sznyt. Określenie artisanal perfumers powstało po to, by odróżnić tę grupę niezależnych twórców od tzw. perfumowej niszy, w której od lat funkcjonują znane marki, wspierane często przez potężny kapitał (choćby L’Artisan Parfumeur, Frederic Malle, Le Labo, By Killian, Amouage, Diptyque i wiele innych), a dla których kompozycje zapachowe tworzą zawodowi perfumiarze, a produkcja i dystrybucja odbywa się w szerokiej skali.

liz-moores-full

Liz Moores – twórczyni Papillon Artisan Perfumes – to doskonały przykład artisanal perfumer. Swoje kompozycje z pietyzmem tworzy w domowym atelier od 2010 roku, używając – jaką sądzę po ich charakterze – wyłącznie naturalnych esencji i absolutów. Jej pachnidła to efekt prawdziwej olfaktorycznej pasji. Jednocześnie to wspaniałe przykłady na to, czym może być współcześnie perfumeria artystyczna, tworzona w mikro skali, z pasją i zaangażowaniem oraz niewątpliwym talentem, którego Liz Moores nie można odmówić. Już na podstawie pierwszych czterech zapachów, jakie skomponowała, śmiało wymienię ją jednym tchem z takimi twórcami, jak Antonio Gardoni z Bogue Profumo, Angelo Orazio Pregoni z O’Driu Perfumes, Laurie Erickson z Sonoma Scent Studio czy Vero Kern z Vero Profumo.

 

Anubis – zamszowy szypr

Liz rozpoczęła pracę nad pierwszymi pachnidłami w 2010 roku nie myśląc jeszcze wówczas o stworzeniu własnej marki. Jak sama przyznaje, komponowała je wyłącznie dla siebie. Chciała zrealizować swoje zapachowe wizje i marzenia. Szczególnie pierwszy zapach – Anubis (z początku nazwany przez nią My Perfume) – miał bardzo osobisty charakter. Liz tworzyła go wyłącznie z myślą o sobie i zawarła w nim wszystkie elementy, które sama w perfumach kocha najbardziej: jaśmin w formie absolutu, dymne kadzidło frankońskie z odrobiną cytrusów, ziemisty różowy lotos, róża, szafran, kolejne „warstwy” żywic na bazie naturalnej wanilii i drewna sandałowego. Liz przyznaje, że praca nad tym zapachem była wyczerpująca, głównie ze względu na duże nagromadzenie w nim ingrediencji i nieustanne próby ich wzajemnego dostrojenia. W tym samym czasie rozpoczęła czytać książkę poświęconą Starożytnemu Egiptowi i zdała sobie sprawę, że 80% składników, jakich użyła w formule, to substancje, które były stosowane do mumifikacji zwłok. Ten swoisty punkt zaczepienia pozwolił Liz na większe ukierunkowanie swojej pracy nad tym zapachem oraz zainspirował ją do nadania mu konkretnej nazwy: Anubis (egipski bóg mumifikacji i życia pozagrobowego).

 Anubi bóg

Anubis rzeczywiście robi wrażenie mocno złożonego, w przewadze jednak ze składników okupujących dolne rejestry olfaktoryczne. Wyczuwam w nim głównie barytonowy akord żywiczny, odrobinę trudnej do zidentyfikowania kwiatowości (lotos) i całkiem wyraźny akord skórzano-zamszowy z szafranową posypką. Wszystko to układa się w coś w rodzaju skórzanego szypru. Anubis trzyma się blisko skóry przez bardzo długi czas. Zapach ma niewątpliwy urok, a wiodący aromat ma  w sobie coś intrygującego. Jednocześnie jednak czuć, że to debiut i to chyba trochę „przekombinowany”, przez co zbyt mocno monolityczny, jednowymiarowy, tak jakby przesadnie obfite nagromadzenie wszystkich ulubionych przez Liz składników przekroczyło masę krytyczną i miast ich synergii otrzymała ich wzajemne znoszenie się. Niemniej efekt końcowy – szczególnie jak na debiut – jest naprawdę wart uwagi i nie dziwi jego powodzenie. Już na etapie debiutu twórczość Liz Moores została zresztą zauważona i doceniona, a Anubis został w 2015 roku finalistą w konkursie The Fragrance Foundation w kategorii Najlepszy Nowy Zapach Niezależny.

papillon-anubis

główne nuty: egipski jaśmin, różowy lotos, zamsz, nieśmiertelnik, kadzidło, szafra

 

Tobacco Rose – róża na wilgotnym sianie

Liz wspomina, że gdy nosiła Anubis, jej znajomi często pytali ją o jej perfumy. W efekcie zaczęła zaopatrywać ich w małe flakoniki. Zarobione w ten sposób pieniądze pozwoliły jej na sfinalizowanie prac nad drugim zapachem, o którym marzyła – z różą w centrum. Tobacco Rose zostało zainspirowane wonią róż rosnących w ogrodzie Liz, które potężna burza jednej nocy pozbawiła życia. Liz nie chciała komponować kolejnego wesołego, świeżego, „zwykłego” zapachu różanego. Zależało jej na uwzględnieniu tych bardziej mrocznych aspektów życia kwiatu i życia w ogóle – cierni, kolców, śmierci, rozkładu. Stąd prócz wzmocnionych geranium dwóch różanych absolutów – z róży stulistnej i damasceńskiej – użyła pochodzącego z Włoch absolutu z siana, wosku pszczelego i specjalnego akordu piżmowego, nadającego całości głębi. Co ciekawe, w formule Tobacco Rose nie ma grama tytoniu, natomiast tytoniową nutkę zawiera wspomniany absolut z siana.

bulgarian-rose

Tobacco Rose to róża niebanalna i w swej unikatowości naprawdę piękna. Aromat jest gęsty, a różany akord jest nieco zielony i ziemisty, wyraźnie złamany trawiasta nutą siana i pogłębiony akcentami animalnymi pochodzącymi z wosku pszczelego i szarej ambry. Mech dębu wraz z sianem budują quasi-szyprowe tło. Zapach ładnie układa się na skórze i przez wiele godzin emanuje wyraźnym różano-drzewnym, lekko animalnym aromatem, który zdecydowanie zapada w pamięć. Dzięki aspektowi drzewnemu, jak sądzę, Tobacco Rose tak dobrze koresponduje również z męską skórą. Zapach jest bardzo intensywny i ekspansywny oraz bardzo trwały.

papillon-tobacco

główne nuty: róża bułgarska, róża majowa, geranium, mech dębowy, wosk pszczeli, siano, szara ambra

 

Angélique – irysowy pył

Ostatnim z debiutanckiego tercetu jest Angélique, będący wedle słów Liz wyrazem uwielbienia dla rosnących w jej ogrodzie kwiatów Iris Pallida i jednocześnie hołdem dla jej ukochanych dzieci. Perfumiarka przyznaje bowiem, że gdy pierwszy raz w życiu powąchała irysowy konkret, było to dla niej bardzo poruszające przeżycie. Ta niezwykła woń odtąd kojarzy jej się melancholijnie z zapachem skóry jej dzieci.

iris_pallida_2290506a_1000px

Angélique otwiera się jednym z najpiękniejszych irysów, jakie dotąd spotkałem. Lekko pudrowy, lekko drzewny, odrobinę „marchewkowy”, niezwykle naturalny. Emanuje spod niego delikatny, kwiatowy akord, który na dobre ujawnia się po tym, jak już opadnie złocisty irysowy pył. Subtelną drzewną bazę tego delikatnej urody zapachu budują kadzidło i cedr. Obok najdoskonalszej jakości konkretu z irysa (Liz przyznaje, że używa najlepszego dostępnego na rynku gatunku konkretu z Iris Pallida), w formule Angélique zastosowała jeszcze kilka innych kwiatowych ingrediencji: mimozę, osmatus i Champaca. Całość zdecydowanie wyróżnia się wysublimowaną, kruchą urodą i kobiecą delikatnością, a szlachetna woń kłącza irysa przydaje Angélique luksusowej aury.

papillon-angelique

główne nuty: osmantus, biała Champaca, irys Pallida, mimoza, kadzidło, cedr

 

Salome – piękność nocy

Ostatnim jak dotąd zapachem skomponowanym przez Liz Moores jest jej chyba najbardziej sławne i docenione, a w niektórych koneserskich kręgach wręcz otoczone kultem Salome z 2014 roku. No bo jeżeli zachwycił się nim sam Luca Turin, pisząc entuzjastyczną recenzję na łamach arabia.style.com, nie wspominając o rzeszy zachwyconych znanych perfumowych bloggerów, to coś musi być na rzeczy. Gdy do tego dodamy nominacje w dwóch kategoriach FIFI Awards 2016 oraz nagrody Art and Olfaction Awards i czytelników portalu Basenotes, to o przypadku nie może być mowy. Jak wspomina Liz, chciała tym razem stworzyć coś głęboko zmysłowego, ale jednocześnie prowokującego, odrobinę kontrowersyjnego, bez popadania jednak w skrajności, tak by były to wciąż dobrze noszące się perfumy. Zależało jej, by był to klasyk na podobieństwo tych sprzed epoki IFRA. Długo poszukiwała odpowiednich składników i odpowiednich relacji pomiędzy nimi. Efekt przeszedł chyba także jej najśmielsze oczekiwania. Narodziła się Salome – kobieta piękna i niebezpieczna zarazem…

salome

Absolut z jaśminu, turecka róża i esencja z kwiatu pomarańczy tworzą klasyczny kwiatowy trzon Salome. Od góry zapach rozjaśnia duet bergamotki i gorzkiej pomarańczy. Ten z natury przyjazny i przyjemny aromat Moores postanowiła złamać ciemnym tytoniem i sianem oraz ocieplić żywicą styraxową i dębowym mchem. W ten sposób nadała Salome charakteru klasycznego kwiatowego szypru. Ale to nie koniec. Kropką nad i jest tu wyrafinowany akord animalny, złożony z (syntetycznych) kastoreum i cywetu oraz z naturalnego pochodzenia hyraceum (tzw. Afrykański kamień, o którym szerzej pisałem tu). Ten kluczowy dla całości akord dodaje oldskulowego, animalnego, zmysłowego i nieco męskiego szlifu, dopełniając i paradoksalnie jednocześnie zaburzając harmonijną urodę Salome.

Każdy etap tej klasycznej konstrukcji zasługuje na pochwałę, ale akord bazy to już absolutny majstersztyk, który swym charakterem przywodzi na myśl takie arcydzieła jak przedreformulacyjny Antaeus Chanel czy Aromatics Elixir Clinique, także pod względem potężnej mocy i ekspansywności.

Podobny, choć wg mnie nie tak spektakularny i urodziwy efekt osiągnął twórca kultowego już Maai Bogue Profumo, niejaki Antonio Gardoni. Również ostatnia głośna premiera Zoologist Perfumes pod wymowną nazwą Civet penetruje podobne obszary zapachowe. Choć oba te pachnidła są bezdyskusyjnie świetne, to jednak dzieło Liz Moores ma w sobie coś wyjątkowego, coś co każde zachwycić się nim bez reszty.

Błysk geniuszu? Niewykluczone.

papillon salome.png

główne nuty: jaśmin, turecka róża, goździk, Afrykański kamień (hyraceum), kastoreum, cywet, piżma

 

Po zapoznaniu się z perfumami Papillon (za umożliwienie czego dziękuję polskiemu dystrybutorowi marki – perfumerii Mood Scent Bar) nie mogę pozostawić tej niezwykłej kolekcji bez puenty. Otóż wg mnie pachnidła Liz Moores to wspaniałe przykłady perfumowej Sztuki. To najwyższej próby olfaktoryczne skarby, które poruszają bogactwem, harmonią, wielowymiarowością i nostalgią za czasami, gdy perfumeria była Wielka i tylko dla wybranych. Jest w nich melancholia i pewien dekadencki urok. Jest też moc i siła wyrazu niedostępne większości współcześnie powstających perfum. Wszystkie cztery zasługują na najwyższe noty. Każde z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Nie umniejszając nic pięknej kobiecej delikatności Angelique i orientalnej tajemniczości Anubis, mój osobisty wybór pada na majestatyczne Tobacco Rose i fenomenalne, powalające Salome, które zasługuje na miano perfumowego Arcydzieła.

Tymczasem czekam na kolejne perfumy Papillon z cichą nadzieją na coś klasycznie męskiego, np. jakiś animalny szypr z kastoreum, różą, woskiem pszczelim, wetywerią, mchem dębowym i czym tam jeszcze…?

Carner Barcelona „Black Collection” – czarno-złoty tercet

Black Collection to najnowsze trio perfumowe hiszpańskiej marki Carner Barcelona. Przepiękne flakony w charakterystycznym dla marki sześciennym kształcie mają tym razem czarno-złote barwy i – wraz z sugestywnymi spisami nut zapachowych – sugerują bogatą i orientalną stylistykę zawartych w nich pachnideł.

carner_barcelona_black_collection-small

Nowoczesny i zwarty styl, z jakiego znane są perfumy Sary Carner, został tu uwzględniony przez jednego z moich ulubionych perfumiarzy: Rodrigo Flores-Rouxa. Gdyby nie on, pewnie nie stałoby się to, co się stało…

A co się stało? O tym poniżej.

sara_carner___rodrigo_flores-1

Black Calamus – skąd znamy tę czerń?

Takie historie dzieją się w perfumerii niezmiernie rzadko. Oto zapach, który kochamy, uwielbiamy zostaje wycofany z produkcji. Po kilku (albo kilkunastu) latach, ni stąd, ni zowąd, ktoś inny wypuszcza zupełnie „nowe” pachnidło, które – ku naszej uciesze – okazuje się być naszym faworytem, tyle że w nowych, odmienionych szatach. Oczywiście pewne różnice są, ale nie na tyle duże, by nie móc powiedzieć o wyraźnym podobieństwie. Co więcej, okazuje się, że zarówno nasze nieodżałowane, jak i to „nowe” wyszło z pracowni tego samego perfumiarza… Tak było w przypadku Bentley For Men Absolute i kultowego Gucci Pour Homme (Michel Almairac). Tak jest też w przypadku Black Calamus i …. Black Cashmere Donny Karan (Rodrigo Flores-Roux). Chciałbym, by tak się kiedyś stało z Gucci Envy for Men (Daniela Andrier)…

black

Charakterystyczna i zapadająca w pamięć słodko-gorzka i odrobinę pikantna mieszanka nut przyprawowych i drzewnych oblanych żywicami i balsamami, uszlachetniona kadzidłem i oudem stanowi doskonałe uniseksowe, sygnaturowe pachnidło, które noszącemu dodaje przydaje smużki wykwintnej tajemniczości. Doskonałe zrównoważenie niebanalnych nut czyni z Black Calamus zapach z jednej strony znajomy i komfortowy, z drugiej – intrygujący. Łączy „noszalny” charakter z niebanalnym tematem. Jest mostem pomiędzy mainstreamem a perfumową niszą. To cecha, która zwykle charakteryzuje pachnidła o dużym potencjale komercyjnym. Melodia znana, ale zagrana w bardziej współczesny, lepiej zrealizowany i lepiej brzmiący sposób. To wspólna cecha wielu najlepszych pachnideł z linii Private Blend Toma Forda.

Świadomie lub nie Sara Carner wskrzesiła jeden z najwspanialszych zapachów wszech czasów. I chwała jej za to.

cb_black_calamus_flacon___packaging-male

główne nuty: kalamus, pieprz, kolendra, papirus, labdanum, czystek, osmantus, róża, wanilia, oud, kadzidło frankońskie, cade

Rose & Dragon – katalońska legenda

Zapach zainspirowawszy katalońską legendą o Świętym Jerzym, który uratował księżniczkę od strasznego smoka, zabijając go, rzecz jasna. Gdy przeszył go mieczem, ze smoczej krwi wyrósł krzew, który obsypał się czarnymi różami. To tak w skrócie. Rzeczywiście, gdy się wczytać w oficjalny spis nut, odnajdziemy w tym zapachu kilka elementów nawiązujących do tej legendy. Przede wszystkim dominująca mocna nuta różana, stworzona z esencji róży bułgarskiej i absolutu róży tureckiej. Ciemnego zabarwienia nadają jej nuty balsamiczne i żywiczne: labdanum z Andaluzji i kadzidło. Wyczuwalny w towarzystwie róży kmin oraz budujące bazę kastoreum symbolizują smocze cielsko, podczas gdy szafran, najcenniejsza z przypraw oraz dzika truskawka nawiązują do (prawdopodobnie) pięknej księżniczki. Całości zapachu dopełnia oryginalna nuta miodu Manuka, liść cynamonu, skóra i ambra.

Rose & Dragon to tajemnicza, orientalna, czarna róża, doprawiona kminem i szafranem, posadowiona na skórzanej bazie.

Z punktu widzenia kompozycji i składników oraz charakteru zapachu Rose & Dragon nie jest niczym nowym ani oryginalnym w perfumerii. Jakiś czas temu opisywałem Indonesian Oud E. Zegna, w którym podobne nuty połączono w podobny zapach. Róża, szafran, ambra, paczula – te ingrediencje budują trzon tego typu orientalno-różanych woni. Poza intrygującym wstępem i pierwszymi trzema-czterema kwadransami, w którym róża pachnie niezwykle, zwierzęco (kmin) i zmysłowo w arabskim stylu (szafran), kompozycja Floresa-Roux nie wyróżnia się niestety niczym szczególnym, a przy tym brakuje jej parametrów. Po mniej więcej godzinie mości się blisko mojej skóry, staje się ociężała i jednowymiarowa. Jej finisz – mimo ogólnej trwałości zapachu – jest raczej nijaki. Zabrakło tu wykończenia. Zapach ma uwieść, ale później, niestety dość szybko, porzucić…

rose-_-dragon

główne nuty: szafran, kmin, dzika truskawka, liście cynamonu, róża bułgarska, róża turecka, miód Manuka, kadzidło frankońskie, kastoreum, skóra, labdanum, ambra

 

Sandor 70’s – pogoda barowa…

Poprzez Sandor ’70 Sara Carner przenosi nas do legendarnego barcelońskiego baru-klubu słynnego pod tą nazwą w latach 70-tych XX wieku, w którym aromat tytoniu mieszał się z wonią skórzanych kanap i foteli. Z pewnością tak właśnie tam było, jednak perfumowa interpretacja tego miejsca rozczarowuje. Mimo swej złożoności Sandor 70′ s osiada na mojej skórze jako monolit trochę zielony, trochę skórzany, trochę zwierzęcy (szałwia!), przez chwilę nieco bardziej tytoniowy, a później już tylko jednowymiarowo kadzidlany. Bo to nuta olibanum – i to rachityczna – wieńczy to dzieło. Zapach – poza pierwszą godziną – jest bardzo blisko-skórny i przyznam, że chyba najmniej ciekawy z całej trójki, więc doprawdy nie mam sensu się rozpisywać…

sandor

główne nuty: zamsz, bergamotka, jaśmin, osmantus, róża bułgarska, tytoń, szałwia, cedr, balsam Peru, wanilia, skóra, paczula, wetyweria, kadzidło frankońskie, mech dębu

Podsumowując moje wrażenia z testów pachnideł wchodzących w skład Black Collection tylko jedno z nich uważam za warte mojej uwagi i jest to Black Calamus. Do tego stopnia, że nie pogardziłbym własnym flakonem. Pozostałe dwa niestety nie dorównują mu ani treścią, ani charakterem, ani parametrami użytkowymi. Szkoda, bo przyznam, że te czarne flakony, spisy nut i składników wzbudziły we mnie spory apetyt…

Wiem, jestem wybredny.

Ale nie tylko ja…

PS. Perfumy Carner Barcelona dostępne są w warszawskiej perfumerii Quality Missala.