Papillon Artisan Perfumes – rodzaj piękna

Artisanal perfumers to stosunkowo nowe określenie na coraz liczniejszą rzeszę perfumiarzy-amatorów, którzy tworzą swoje pachnidła w warunkach domowych, wykonując całość prac samodzielnie i oferując swoje olfaktoryczne dzieła w bardzo małych nakładach i wąskiej dystrybucji. Bardzo często twórcy ci bazują niemal wyłącznie na składnikach naturalnych, przez co ich perfumy mają zwykle charakterystyczny retro sznyt. Określenie artisanal perfumers powstało po to, by odróżnić tę grupę niezależnych twórców od tzw. perfumowej niszy, w której od lat funkcjonują znane marki, wspierane często przez potężny kapitał (choćby L’Artisan Parfumeur, Frederic Malle, Le Labo, By Killian, Amouage, Diptyque i wiele innych), a dla których kompozycje zapachowe tworzą zawodowi perfumiarze, a produkcja i dystrybucja odbywa się w szerokiej skali.

liz-moores-full

Liz Moores – twórczyni Papillon Artisan Perfumes – to doskonały przykład artisanal perfumer. Swoje kompozycje z pietyzmem tworzy w domowym atelier od 2010 roku, używając – jaką sądzę po ich charakterze – wyłącznie naturalnych esencji i absolutów. Jej pachnidła to efekt prawdziwej olfaktorycznej pasji. Jednocześnie to wspaniałe przykłady na to, czym może być współcześnie perfumeria artystyczna, tworzona w mikro skali, z pasją i zaangażowaniem oraz niewątpliwym talentem, którego Liz Moores nie można odmówić. Już na podstawie pierwszych czterech zapachów, jakie skomponowała, śmiało wymienię ją jednym tchem z takimi twórcami, jak Antonio Gardoni z Bogue Profumo, Angelo Orazio Pregoni z O’Driu Perfumes, Laurie Erickson z Sonoma Scent Studio czy Vero Kern z Vero Profumo.

 

Anubis – zamszowy szypr

Liz rozpoczęła pracę nad pierwszymi pachnidłami w 2010 roku nie myśląc jeszcze wówczas o stworzeniu własnej marki. Jak sama przyznaje, komponowała je wyłącznie dla siebie. Chciała zrealizować swoje zapachowe wizje i marzenia. Szczególnie pierwszy zapach – Anubis (z początku nazwany przez nią My Perfume) – miał bardzo osobisty charakter. Liz tworzyła go wyłącznie z myślą o sobie i zawarła w nim wszystkie elementy, które sama w perfumach kocha najbardziej: jaśmin w formie absolutu, dymne kadzidło frankońskie z odrobiną cytrusów, ziemisty różowy lotos, róża, szafran, kolejne „warstwy” żywic na bazie naturalnej wanilii i drewna sandałowego. Liz przyznaje, że praca nad tym zapachem była wyczerpująca, głównie ze względu na duże nagromadzenie w nim ingrediencji i nieustanne próby ich wzajemnego dostrojenia. W tym samym czasie rozpoczęła czytać książkę poświęconą Starożytnemu Egiptowi i zdała sobie sprawę, że 80% składników, jakich użyła w formule, to substancje, które były stosowane do mumifikacji zwłok. Ten swoisty punkt zaczepienia pozwolił Liz na większe ukierunkowanie swojej pracy nad tym zapachem oraz zainspirował ją do nadania mu konkretnej nazwy: Anubis (egipski bóg mumifikacji i życia pozagrobowego).

 Anubi bóg

Anubis rzeczywiście robi wrażenie mocno złożonego, w przewadze jednak ze składników okupujących dolne rejestry olfaktoryczne. Wyczuwam w nim głównie barytonowy akord żywiczny, odrobinę trudnej do zidentyfikowania kwiatowości (lotos) i całkiem wyraźny akord skórzano-zamszowy z szafranową posypką. Wszystko to układa się w coś w rodzaju skórzanego szypru. Anubis trzyma się blisko skóry przez bardzo długi czas. Zapach ma niewątpliwy urok, a wiodący aromat ma  w sobie coś intrygującego. Jednocześnie jednak czuć, że to debiut i to chyba trochę „przekombinowany”, przez co zbyt mocno monolityczny, jednowymiarowy, tak jakby przesadnie obfite nagromadzenie wszystkich ulubionych przez Liz składników przekroczyło masę krytyczną i miast ich synergii otrzymała ich wzajemne znoszenie się. Niemniej efekt końcowy – szczególnie jak na debiut – jest naprawdę wart uwagi i nie dziwi jego powodzenie. Już na etapie debiutu twórczość Liz Moores została zresztą zauważona i doceniona, a Anubis został w 2015 roku finalistą w konkursie The Fragrance Foundation w kategorii Najlepszy Nowy Zapach Niezależny.

papillon-anubis

główne nuty: egipski jaśmin, różowy lotos, zamsz, nieśmiertelnik, kadzidło, szafra

 

Tobacco Rose – róża na wilgotnym sianie

Liz wspomina, że gdy nosiła Anubis, jej znajomi często pytali ją o jej perfumy. W efekcie zaczęła zaopatrywać ich w małe flakoniki. Zarobione w ten sposób pieniądze pozwoliły jej na sfinalizowanie prac nad drugim zapachem, o którym marzyła – z różą w centrum. Tobacco Rose zostało zainspirowane wonią róż rosnących w ogrodzie Liz, które potężna burza jednej nocy pozbawiła życia. Liz nie chciała komponować kolejnego wesołego, świeżego, „zwykłego” zapachu różanego. Zależało jej na uwzględnieniu tych bardziej mrocznych aspektów życia kwiatu i życia w ogóle – cierni, kolców, śmierci, rozkładu. Stąd prócz wzmocnionych geranium dwóch różanych absolutów – z róży stulistnej i damasceńskiej – użyła pochodzącego z Włoch absolutu z siana, wosku pszczelego i specjalnego akordu piżmowego, nadającego całości głębi. Co ciekawe, w formule Tobacco Rose nie ma grama tytoniu, natomiast tytoniową nutkę zawiera wspomniany absolut z siana.

bulgarian-rose

Tobacco Rose to róża niebanalna i w swej unikatowości naprawdę piękna. Aromat jest gęsty, a różany akord jest nieco zielony i ziemisty, wyraźnie złamany trawiasta nutą siana i pogłębiony akcentami animalnymi pochodzącymi z wosku pszczelego i szarej ambry. Mech dębu wraz z sianem budują quasi-szyprowe tło. Zapach ładnie układa się na skórze i przez wiele godzin emanuje wyraźnym różano-drzewnym, lekko animalnym aromatem, który zdecydowanie zapada w pamięć. Dzięki aspektowi drzewnemu, jak sądzę, Tobacco Rose tak dobrze koresponduje również z męską skórą. Zapach jest bardzo intensywny i ekspansywny oraz bardzo trwały.

papillon-tobacco

główne nuty: róża bułgarska, róża majowa, geranium, mech dębowy, wosk pszczeli, siano, szara ambra

 

Angélique – irysowy pył

Ostatnim z debiutanckiego tercetu jest Angélique, będący wedle słów Liz wyrazem uwielbienia dla rosnących w jej ogrodzie kwiatów Iris Pallida i jednocześnie hołdem dla jej ukochanych dzieci. Perfumiarka przyznaje bowiem, że gdy pierwszy raz w życiu powąchała irysowy konkret, było to dla niej bardzo poruszające przeżycie. Ta niezwykła woń odtąd kojarzy jej się melancholijnie z zapachem skóry jej dzieci.

iris_pallida_2290506a_1000px

Angélique otwiera się jednym z najpiękniejszych irysów, jakie dotąd spotkałem. Lekko pudrowy, lekko drzewny, odrobinę „marchewkowy”, niezwykle naturalny. Emanuje spod niego delikatny, kwiatowy akord, który na dobre ujawnia się po tym, jak już opadnie złocisty irysowy pył. Subtelną drzewną bazę tego delikatnej urody zapachu budują kadzidło i cedr. Obok najdoskonalszej jakości konkretu z irysa (Liz przyznaje, że używa najlepszego dostępnego na rynku gatunku konkretu z Iris Pallida), w formule Angélique zastosowała jeszcze kilka innych kwiatowych ingrediencji: mimozę, osmatus i Champaca. Całość zdecydowanie wyróżnia się wysublimowaną, kruchą urodą i kobiecą delikatnością, a szlachetna woń kłącza irysa przydaje Angélique luksusowej aury.

papillon-angelique

główne nuty: osmantus, biała Champaca, irys Pallida, mimoza, kadzidło, cedr

 

Salome – piękność nocy

Ostatnim jak dotąd zapachem skomponowanym przez Liz Moores jest jej chyba najbardziej sławne i docenione, a w niektórych koneserskich kręgach wręcz otoczone kultem Salome z 2014 roku. No bo jeżeli zachwycił się nim sam Luca Turin, pisząc entuzjastyczną recenzję na łamach arabia.style.com, nie wspominając o rzeszy zachwyconych znanych perfumowych bloggerów, to coś musi być na rzeczy. Gdy do tego dodamy nominacje w dwóch kategoriach FIFI Awards 2016 oraz nagrody Art and Olfaction Awards i czytelników portalu Basenotes, to o przypadku nie może być mowy. Jak wspomina Liz, chciała tym razem stworzyć coś głęboko zmysłowego, ale jednocześnie prowokującego, odrobinę kontrowersyjnego, bez popadania jednak w skrajności, tak by były to wciąż dobrze noszące się perfumy. Zależało jej, by był to klasyk na podobieństwo tych sprzed epoki IFRA. Długo poszukiwała odpowiednich składników i odpowiednich relacji pomiędzy nimi. Efekt przeszedł chyba także jej najśmielsze oczekiwania. Narodziła się Salome – kobieta piękna i niebezpieczna zarazem…

salome

Absolut z jaśminu, turecka róża i esencja z kwiatu pomarańczy tworzą klasyczny kwiatowy trzon Salome. Od góry zapach rozjaśnia duet bergamotki i gorzkiej pomarańczy. Ten z natury przyjazny i przyjemny aromat Moores postanowiła złamać ciemnym tytoniem i sianem oraz ocieplić żywicą styraxową i dębowym mchem. W ten sposób nadała Salome charakteru klasycznego kwiatowego szypru. Ale to nie koniec. Kropką nad i jest tu wyrafinowany akord animalny, złożony z (syntetycznych) kastoreum i cywetu oraz z naturalnego pochodzenia hyraceum (tzw. Afrykański kamień, o którym szerzej pisałem tu). Ten kluczowy dla całości akord dodaje oldskulowego, animalnego, zmysłowego i nieco męskiego szlifu, dopełniając i paradoksalnie jednocześnie zaburzając harmonijną urodę Salome.

Każdy etap tej klasycznej konstrukcji zasługuje na pochwałę, ale akord bazy to już absolutny majstersztyk, który swym charakterem przywodzi na myśl takie arcydzieła jak przedreformulacyjny Antaeus Chanel czy Aromatics Elixir Clinique, także pod względem potężnej mocy i ekspansywności.

Podobny, choć wg mnie nie tak spektakularny i urodziwy efekt osiągnął twórca kultowego już Maai Bogue Profumo, niejaki Antonio Gardoni. Również ostatnia głośna premiera Zoologist Perfumes pod wymowną nazwą Civet penetruje podobne obszary zapachowe. Choć oba te pachnidła są bezdyskusyjnie świetne, to jednak dzieło Liz Moores ma w sobie coś wyjątkowego, coś co każde zachwycić się nim bez reszty.

Błysk geniuszu? Niewykluczone.

papillon salome.png

główne nuty: jaśmin, turecka róża, goździk, Afrykański kamień (hyraceum), kastoreum, cywet, piżma

 

Po zapoznaniu się z perfumami Papillon (za umożliwienie czego dziękuję polskiemu dystrybutorowi marki – perfumerii Mood Scent Bar) nie mogę pozostawić tej niezwykłej kolekcji bez puenty. Otóż wg mnie pachnidła Liz Moores to wspaniałe przykłady perfumowej Sztuki. To najwyższej próby olfaktoryczne skarby, które poruszają bogactwem, harmonią, wielowymiarowością i nostalgią za czasami, gdy perfumeria była Wielka i tylko dla wybranych. Jest w nich melancholia i pewien dekadencki urok. Jest też moc i siła wyrazu niedostępne większości współcześnie powstających perfum. Wszystkie cztery zasługują na najwyższe noty. Każde z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Nie umniejszając nic pięknej kobiecej delikatności Angelique i orientalnej tajemniczości Anubis, mój osobisty wybór pada na majestatyczne Tobacco Rose i fenomenalne, powalające Salome, które zasługuje na miano perfumowego Arcydzieła.

Tymczasem czekam na kolejne perfumy Papillon z cichą nadzieją na coś klasycznie męskiego, np. jakiś animalny szypr z kastoreum, różą, woskiem pszczelim, wetywerią, mchem dębowym i czym tam jeszcze…?

Carner Barcelona „Black Collection” – czarno-złoty tercet

Black Collection to najnowsze trio perfumowe hiszpańskiej marki Carner Barcelona. Przepiękne flakony w charakterystycznym dla marki sześciennym kształcie mają tym razem czarno-złote barwy i – wraz z sugestywnymi spisami nut zapachowych – sugerują bogatą i orientalną stylistykę zawartych w nich pachnideł.

carner_barcelona_black_collection-small

Nowoczesny i zwarty styl, z jakiego znane są perfumy Sary Carner, został tu uwzględniony przez jednego z moich ulubionych perfumiarzy: Rodrigo Flores-Rouxa. Gdyby nie on, pewnie nie stałoby się to, co się stało…

A co się stało? O tym poniżej.

sara_carner___rodrigo_flores-1

Black Calamus – skąd znamy tę czerń?

Takie historie dzieją się w perfumerii niezmiernie rzadko. Oto zapach, który kochamy, uwielbiamy zostaje wycofany z produkcji. Po kilku (albo kilkunastu) latach, ni stąd, ni zowąd, ktoś inny wypuszcza zupełnie „nowe” pachnidło, które – ku naszej uciesze – okazuje się być naszym faworytem, tyle że w nowych, odmienionych szatach. Oczywiście pewne różnice są, ale nie na tyle duże, by nie móc powiedzieć o wyraźnym podobieństwie. Co więcej, okazuje się, że zarówno nasze nieodżałowane, jak i to „nowe” wyszło z pracowni tego samego perfumiarza… Tak było w przypadku Bentley For Men Absolute i kultowego Gucci Pour Homme (Michel Almairac). Tak jest też w przypadku Black Calamus i …. Black Cashmere Donny Karan (Rodrigo Flores-Roux). Chciałbym, by tak się kiedyś stało z Gucci Envy for Men (Daniela Andrier)…

black

Charakterystyczna i zapadająca w pamięć słodko-gorzka i odrobinę pikantna mieszanka nut przyprawowych i drzewnych oblanych żywicami i balsamami, uszlachetniona kadzidłem i oudem stanowi doskonałe uniseksowe, sygnaturowe pachnidło, które noszącemu dodaje przydaje smużki wykwintnej tajemniczości. Doskonałe zrównoważenie niebanalnych nut czyni z Black Calamus zapach z jednej strony znajomy i komfortowy, z drugiej – intrygujący. Łączy „noszalny” charakter z niebanalnym tematem. Jest mostem pomiędzy mainstreamem a perfumową niszą. To cecha, która zwykle charakteryzuje pachnidła o dużym potencjale komercyjnym. Melodia znana, ale zagrana w bardziej współczesny, lepiej zrealizowany i lepiej brzmiący sposób. To wspólna cecha wielu najlepszych pachnideł z linii Private Blend Toma Forda.

Świadomie lub nie Sara Carner wskrzesiła jeden z najwspanialszych zapachów wszech czasów. I chwała jej za to.

cb_black_calamus_flacon___packaging-male

główne nuty: kalamus, pieprz, kolendra, papirus, labdanum, czystek, osmantus, róża, wanilia, oud, kadzidło frankońskie, cade

Rose & Dragon – katalońska legenda

Zapach zainspirowawszy katalońską legendą o Świętym Jerzym, który uratował księżniczkę od strasznego smoka, zabijając go, rzecz jasna. Gdy przeszył go mieczem, ze smoczej krwi wyrósł krzew, który obsypał się czarnymi różami. To tak w skrócie. Rzeczywiście, gdy się wczytać w oficjalny spis nut, odnajdziemy w tym zapachu kilka elementów nawiązujących do tej legendy. Przede wszystkim dominująca mocna nuta różana, stworzona z esencji róży bułgarskiej i absolutu róży tureckiej. Ciemnego zabarwienia nadają jej nuty balsamiczne i żywiczne: labdanum z Andaluzji i kadzidło. Wyczuwalny w towarzystwie róży kmin oraz budujące bazę kastoreum symbolizują smocze cielsko, podczas gdy szafran, najcenniejsza z przypraw oraz dzika truskawka nawiązują do (prawdopodobnie) pięknej księżniczki. Całości zapachu dopełnia oryginalna nuta miodu Manuka, liść cynamonu, skóra i ambra.

Rose & Dragon to tajemnicza, orientalna, czarna róża, doprawiona kminem i szafranem, posadowiona na skórzanej bazie.

Z punktu widzenia kompozycji i składników oraz charakteru zapachu Rose & Dragon nie jest niczym nowym ani oryginalnym w perfumerii. Jakiś czas temu opisywałem Indonesian Oud E. Zegna, w którym podobne nuty połączono w podobny zapach. Róża, szafran, ambra, paczula – te ingrediencje budują trzon tego typu orientalno-różanych woni. Poza intrygującym wstępem i pierwszymi trzema-czterema kwadransami, w którym róża pachnie niezwykle, zwierzęco (kmin) i zmysłowo w arabskim stylu (szafran), kompozycja Floresa-Roux nie wyróżnia się niestety niczym szczególnym, a przy tym brakuje jej parametrów. Po mniej więcej godzinie mości się blisko mojej skóry, staje się ociężała i jednowymiarowa. Jej finisz – mimo ogólnej trwałości zapachu – jest raczej nijaki. Zabrakło tu wykończenia. Zapach ma uwieść, ale później, niestety dość szybko, porzucić…

rose-_-dragon

główne nuty: szafran, kmin, dzika truskawka, liście cynamonu, róża bułgarska, róża turecka, miód Manuka, kadzidło frankońskie, kastoreum, skóra, labdanum, ambra

 

Sandor 70’s – pogoda barowa…

Poprzez Sandor ’70 Sara Carner przenosi nas do legendarnego barcelońskiego baru-klubu słynnego pod tą nazwą w latach 70-tych XX wieku, w którym aromat tytoniu mieszał się z wonią skórzanych kanap i foteli. Z pewnością tak właśnie tam było, jednak perfumowa interpretacja tego miejsca rozczarowuje. Mimo swej złożoności Sandor 70′ s osiada na mojej skórze jako monolit trochę zielony, trochę skórzany, trochę zwierzęcy (szałwia!), przez chwilę nieco bardziej tytoniowy, a później już tylko jednowymiarowo kadzidlany. Bo to nuta olibanum – i to rachityczna – wieńczy to dzieło. Zapach – poza pierwszą godziną – jest bardzo blisko-skórny i przyznam, że chyba najmniej ciekawy z całej trójki, więc doprawdy nie mam sensu się rozpisywać…

sandor

główne nuty: zamsz, bergamotka, jaśmin, osmantus, róża bułgarska, tytoń, szałwia, cedr, balsam Peru, wanilia, skóra, paczula, wetyweria, kadzidło frankońskie, mech dębu

Podsumowując moje wrażenia z testów pachnideł wchodzących w skład Black Collection tylko jedno z nich uważam za warte mojej uwagi i jest to Black Calamus. Do tego stopnia, że nie pogardziłbym własnym flakonem. Pozostałe dwa niestety nie dorównują mu ani treścią, ani charakterem, ani parametrami użytkowymi. Szkoda, bo przyznam, że te czarne flakony, spisy nut i składników wzbudziły we mnie spory apetyt…

Wiem, jestem wybredny.

Ale nie tylko ja…

PS. Perfumy Carner Barcelona dostępne są w warszawskiej perfumerii Quality Missala.

Roja Dove „Sultanate of Oman”

Roja Dove zadedykował  to pachnidło Jego Wysokości Sułtanowi Omanu i zapachowemu dziedzictwu jego kraju, w szczególności kadzidłu frankońskiemu, z którego pozyskiwania Oman słynie.

Ale szlachetne kadzidło jest w Sultanate of Oman zaledwie jednym z całej masy drogocennych ingrediencji poukładanych w bogate, mocne, dostojne i przepiękne perfumy orientalne, w których dominują nuty przypraw, balsamów i drzew. Wysoka koncentracja składników, głównie tych molekularnie ciężkich, a także ich proporcje względem pozostałych nut (cytrusy i kwiaty) powoduje, że to, co najistotniejsze, znajduje się w bazie tych perfum. Cała reszta skrzętnie podanych w oficjalnym spisie nut w zasadzie nie ma tu większego znaczenia.

oman-mosque

Niesamowicie wonna i głęboka mieszanka przypraw: kardamonu i szafranu, rozpuszczonych w gęstych słodkich balsamach elemi i gurjum, połączona z nutami drzewnymi papirusu, cedru, gwajaku, brzozy, sandałowca, oudu i amyrisu, wzbogacona przez duet kłącza irysa i ziarna marchwi i uszlachetniona przez kadzidło skutkuje bogatym, ale świetnie zbalansowanym, absolutnie arabskim, pełnym przepychu, wprost obezwładniającym, męskim i eleganckim bukietem zapachowym.

Przy całym swym bogactwie i niewątpliwym pięknie Sultanate of Oman nie uniknął pewnej wtórności, tyle że co to za wtórność, jeżeli pachnidło przypomina zaledwie dwa i to niszowe zapachy – African Leather Memo Paris oraz Jewel for Him M.Micallef? Szczególnie ten pierwszy zdaje się dzielić z dziełem Dove’a najbardziej charakterystyczne nuty zapachowe, ale – tu muszę poczynić pewne zastrzeżenie – Sultanate of Oman emanuje jednak większą głębią i bogactwem, jest cięższy, gęstszy, trwalszy (powyżej 12 godzin), a po dłuższym czasie zmienia się w innym kierunku, niż perfumy Memo.

Gdyby ktoś dał mi to powąchania Sultanate of Oman, nie mówiąc jakiej marki jest to pachnidło, zgadywałbym, że to jakiś nieznany mi jeszcze zapach od Amouage. Znacie Amouage? To taka marka perfumowa z … Omanu.

Jego niepozorna moc jest dość złudna. Nie atakuje on nozdrzy potężnym uderzeniem wonnych molekuł, raczej subtelnie, ale całkiem wyraźnie emituje je ze skóry przez długie godziny, jak przystało na niezwykle wysoką koncentrację czystych perfum. Obecny na nadgarstku w postaci dosłownie jednej dawki potrafi przebić się spod użytych „globalnie” zupełnie innych perfum. To istna perfumowa „waga ciężka”. Także, gdy chodzi o półkę cenową. Na oficjalnej stronie Roja Parfums za 50 ml tej substancji musimy zapłacić 395 brytyjskich funtów (!). Zaraz – jak to my musimy? To raczej Sułtan musi….

sultanate-of-oman-parfum-50ml-ing

nuty głowy: grejpfrut, pomarańcza

nuty serca : róża majowa, jaśmin z Grasse, fiołek, malina

nuty bazy: kardamon, elemi, szafran, gurjum, papirus, mech dębowy, cedr, gwajak, amyris, sandałowiec, oud, ziarna marchwii, irys, kadzidło frankońskie, brzoza, piżmo

perfumiarz: Roja Dove

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 4,0/ trwałość: 6,0

 

 

 

Eutopie Parfumes – nisza made in France

Eutopie Parfumes to młoda francuska marka niszowa utworzona w 2011 roku i prowadzona przez Elodie Pollet – weterankę branży dóbr luksusowych, w tym perfum. Pollet lubi podróżować, mieszkała już w wielu miejscach na świecie. Jej obserwacje podróżnicze oraz doświadczenia życiowe i branżowe znalazły wyraźne odzwierciedlenie w pachnidłach Eutopie, które tworzy wraz z profesjonalnymi francuskimi perfumiarzami. Perfumy ponumerowane zostały od 1 do – póki co – 10, z pominięciem, rzecz jasna, piątki, która jako nazwa perfum zarezerwowana jest przez Chanel…Każda kompozycja zainspirowana została innym miejscem, przy czym te o numerach 7, 8 i 9 poświęcono paryskim ogrodom. Warto wspomnieć, że marka został uhonorowana w 2012 roku w Paryżu nagrodą European Beauty Innovation Awards, a zapach No.4 otrzymał w 2013 roku w Berlinie nagrodę Prix de Parfum Artistique.

elodie-pollet
Elodie Pollet (Fot. Fragrantica)

 

Eutopie Parfums proponuje intrygujące i oryginalne pachnidła o orientalnym, niszowym charakterze, skierowane do koneserów perfumowej sztuki. Zamyka je w masywne, ale poręczne i dobrze prezentujące się flakony zaopatrzone w srebrne lub złote zatyczki. Oszczędna stylowa grafika i numery zamiast nazw dodają całości niszowego i ekskluzywnego charakteru.

Dzięki uprzejmości łódzkiej perfumerii Impressium miałem okazję przetestować pachnidła o numerach od 1 do 6 i przyznać  muszę, że wszystkie zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. To kawał porządnej perfumowej roboty. Przede wszystkim zapachy Eutopia są oryginalne (i – o dziwo – nie ma pośród nich ani kopii Black Afgano, ani imitacji Tuscan Leather (!), choć jest coś…., ale o tym później). Poza tym, są gęste i trwałe, co wynika nie tylko z zastosowanych składników, ale i koncentracji eau de parfum. To także powoduje, że rozwijają się one na skórze bardzo powoli, nie epatując otoczenia swą mocą, a pozostając raczej bliżej noszącego. Zwykle są to kompozycje orientalne, z elementami estetyki arabskiej, tyle że z akcentami położonym na różne aspekty. Według mnie niemal wszystkie mają uniseksowy charakter.

No.1 to pachnidło z wyraźną nutą jaśminu sparowanego z różą, którym początkowo towarzyszy anyż. Kwiaty zanurzono w esencjach drzewnych, przybrudzono odrobiną gorzkawo pachnącego tytoniu i oparto na zmysłowej orientalnej bazie, na którą składa się ambra, piżmo i wanilia. Zapach majestatycznie i długo rozwija się na skórze, dość szybko wszakże tracąc kwiatowe nuty na rzecz orientalnej, lekko pudrowej, ambrowo-drzewno-waniliowej bazy, która z czasem staje się coraz bardziej sucha, nieco duszna, tajemnicza i zmysłowa.

Biały flakon z różowym ornamentem jakoś mi jednak do charakteru No. 1 zupełnie nie pasuje…

eutopie-n-1-luxury-perfume

 

główne nuty:  jaśmin, róża, anyż, drewno sandałowe, tytoń, cedr, ambra, białe piżmo, wanilia

perfumiarz: Charles Caruso (SFA)

rok premiery: 2011

 

No.2 to przepiękne, majestatyczne, orientalne pachnidło łączące w sobie różę, szafran i nuty drzewne. Fani niedoścignionego Rose Nacree du Desert Guerlain, Santal Royal tej samej marki oraz niedawno opisywanego przez mnie Oriento marki Jeroboam mogą znaleźć w tej kompozycji swoje ulubione aromaty. Róża obecna, choć nie dominująca, została tu sowicie obsypana rdzawym szafranowym pyłem przydającym całości tego charakterystycznego słodko-gorzkiego, arabskiego charakteru. Mam słabość do takich pachnideł – mających zmysłowy, ale jednocześnie egzotyczny, ciężki, „osadzony”, ale fascynująco mroczny i tajemniczy charakter, w których szkarłatna róża zmieszana została z czernią nikabu i złotem zdobień arabskich pałaców…

burka

No.2 zawiera w sobie – wedle twórców – aromat specyficznego arabskiego kadziła zwanego Bakhur (bakhoor), będącego w istocie sprasowaną w kształcie cegiełki mieszanką naturalnych składników, głównie drzewnych wiórków oudowych, zanurzonych w pachnących olejkach i zmieszanych z innymi składnikami (żywice, ambra, piżma, drewno sandałowe, zapachowe esencje). Bakhur palony wydziela dym służący do nadawania zapachu pomieszczeniom i tkaninom (ubraniom).

Reasumując, No.2 zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. No i kolor flakonu został tym razem zdecydowanie lepiej dobrany…

eutopie-n-2-luxury-perfume

główne nuty:  przyprawy, tytoń, róża, szafran, piżmo, nuty drzewne, niuanse orientalne

perfumiarz: Prakash Narayan (Givaudan)

rok premiery: 2011

 

No.3 idzie w nieco innym kierunku, niż dominujący w pierwszych dwóch zapachach arabski orient. Owszem, odnajdziemy tu wspólne z nimi ingrediencje (np. szafran, agar), ale całość jest zdecydowanie łagodniejsza i bardziej europejska – głównie dzięki innym proporcjom poszczególnych składników i łagodzącemu całość na pierwszym etapie jałowcowi. Dość szybko No. 3 ujawnia swą drzewna istotę, która – w miarę upływu czasu – zaczyna dominować. Finisz jest intensywny i sucho-drzewny, co jest zasługa niezawodnego cypriolu, który wzmacnia drzewny przekaz. Łagodny początek przeistacza się więc w mocny, drzewny koniec. Całkiem zaskakująco i naprawdę interesująco…

eutopie-3

główne nuty:  jagody jałowca, szafran, drewno sandałowe, cypriol, drewno agarowe, paczula, ambra, piżmo, wanilia

perfumiarz: Sonia Constant (Givaudan)

rok premiery: 2012

 

No. 4 poprzez połączenie paczuli z delikatnymi nutami balsamicznymi (czystek), żywicznymi i kulinarną wanilią na samym początku budzi we mnie jak najlepsze skojarzenia z przecudnej urody Coromandelem Chanela. Jednak w wyniku obecności fiołka w sercu zapach dość szybko zmienia kierunek. Staje się miękki i delikatnie zielony. Co ciekawe, na finiszu podobieństwa do dzieła Jacquesa Polge’a powracają, zapach staje się lekko paczulowo-kremowy i w efekcie jako całość pozostawia naprawdę dobre wrażenie. Jego „nieszczęściem” jest właśnie to, że może kojarzyć się z absolutną perfumową doskonałością, jaką jest Coromandel. Z takim „przeciwnikiem” trudno jest nawet podjąć walkę, a co dopiero ją wygrać… Ale to właśnie tę kompozycję doceniło berlińskie jury przyznając Prix de Parfum Artistique.

eutopie-4

główne nuty:  paczula, bergamotka, czystek, róża, fiołek, sandałowiec, ambra, piżmo, kadzidło

perfumiarz: Charles Caruso (SFA)

rok premiery: 2013

 

No.6 zainspirowane zostało… Rosją (bo czemu nie?), a konkretniej – Moskwą, która wszakże znacząco różni się od reszty Rosji (delikatnie to ujmując), a w której Elodie Pollet mieszkała przez jakiś czas. Stamtąd zabrała ze sobą wspomnienia i skojarzenia z wonią skóry, geranium i kadzidła. Według niej te nuty w dużej mierze tworzą No.6, którego czerwony flakon ze złotą zatyczką nawiązuje do moskiewskiego monastyru z ulicy Petrovka.

moscow-monastery

Zapach otwiera się dość intensywnym aromatem przypominającym pieprz, ale pieprzem nie będącym. To aromamolekuła pepperwood daje znać o sobie. Obok suchego drzewnego cypriolu, to drugi składnik stricte syntetyczny budujący kościec tego niezwykłego zapachu. Zza tego pikantnego wstępu nieśmiało wyłania się geranium na cedrowym fundamencie i – ten moment musiałem sprawdzić kilka razy, by potwierdzić moje skojarzenia – pachnie to jak Terre d’Hermes (!) pozbawiony grejpfruta (methyl pamplemousse) i wetywerii (vetiveryl acetate). Taka mroczna, niszowa, nieoczywista i bardziej wymagająca wersja Terre. Mniej wprawny nos może zupełnie nie zauważyć tego podobieństwa. Ja sam wydobyłem je dopiero przy którejś próbie. Ale No.6 to pachnidło zdecydowanie trudniejsze, obudowane innymi ingrediencjami dla uzyskania innego efektu. Elodie Pollet określa je jako – po części – skórzane. Ja jednak skóry zupełnie tu nie czuję. Natomiast uważam ten zapach za przede wszystkim przyprawowo-drzewny z odrobiną kadzidła, ładnym, dość wyraźnym, lekko mentolowym geranium i świetnym, długotrwałym, suchym cypriolowym finiszem. Co ciekawe, owo podobieństwo do dzieła J.C. Elleny jest dużo większe na papierku testowym, niż na skórze. Tam zapach staje się bardziej mroczny i drzewny, a urocza i rozjaśniająca całość nuta geranium gdzieś się chowa…

Dla osób lubiących olfaktoryczne eksperymenty No.6 może okazać się bardzo ciekawym kandydatem do połączenia go z Terre d’Hermes na skórze, w celu pogłębienia i utrwalenia tego drugiego. Efekty mogą  być bardzo intrygujące. Sam z pewnością tego wkrótce spróbuję… Niemniej oczywiście No.6 to od początku do końca „samodzielne” pachnidło o mocnym, zdecydowanym i męskim charakterze. Obok No. 2 moje ulubione z opisywanej piątki.

 

 eutopie-n-6-luxury-perfume1

główne nuty: kadzidło, cypriol, geranium, labdanum, skóra, paczula, cedr, piżma, Pepperwood

perfumiarz: Nadège le Garletanzec (Givaudan)

rok premiery: 2013

 

Oud w mainstreamie (1) – Boss Bottled Oud

Moda na perfumy oudowe trwa w najlepsze i zatacza coraz szersze kręgi. Czy więc jesteśmy świadkami powstania nowej grupy zapachowej – obok perfum kwiatowych, orientalnych, ambrowych, drzewnych, fougere, szyprów itd.? Ktoś powie – ale przecież oud to drewno. Czyli zapach z oudem to perfumy drzewne. Cóż – niezupełnie. Naturalny oud to faktycznie drewno, tyle że wiele setek lat wcześniej zainfekowane przez grzyb. Esencja z niego pachnie na tyle wielowymiarowo, że określenie jej jako wyłącznie drzewnej byłoby niepełne. W naturalnym oudzie znajdziemy owszem akcenty drzewne, ale równie ważną rolę odgrywają aromaty zwierzęce, dymne, skórzane. Moda na oud przyczynia się do powstania odrębnej perfumowej rodziny podobnie, jak niegdyś ambra – oryginalnie pochodzenia zwierzęcego – poprzez jej imitowanie przy pomocy innych składników (np. połączenie labdanum, wanilii, i benzoesu) – zainicjowała powstanie rodziny zapachów ambrowych, w których prawdziwą naturalna ambrę odnajdziemy niezmiernie rzadko.

oud-burning

Chociaż oud w perfumach spopularyzowały na zachodzie przede wszystkim marki niszowe, to dziś tego typu pachnidła oferuje coraz więcej marek z tzw. mainstreamu. Co ciekawe, można wśród nich trafić na naprawdę udane zapachy. Choćby opisany niegdyś przeze mnie Versace Oud Noir skomponowany przez Alberto Morillasa. Do tej grupy należą także perfumy, którym poświęcę trzy kolejne odcinki tego mini-cyklu. Dwa z nich opublikowały znane designerskie brandy, a jedno wypuściła marka znana chyba tylko wąskiej grupce perfumowych entuzjastów… Ale o nim w ostatnim odcinku. Zacznijmy więc od jednego z wielkich graczy na rynku perfum…

 

Boss Bottled Oud

Z tym zapachem wiąże się pewna krótka historyjka. Otóż około rok temu wychodząc z jednej z perfumerii sieciowych poczułem mimochodem intrygującą woń rozpyloną w powietrzu. Sprzedawczyni prezentowała jakiejś parze klientów nowy zapach Bossa o nazwie – jak usłyszałem – Bottled Oud. Mój nos poczuł wszelako coś, co pozostawało w głębokiej sprzeczności z moim wyobrażeniem na temat pachnideł tej marki. Wielkie nieba! To pachniało doprawdy świetnie! Ze względu na pośpiech, nie cofnąłem się jednak, by samemu przetestować. Zapamiętałem jednak, że muszę koniecznie poznać ten zapach przy najbliższej okazji. I oto (dopiero) rok później testuję Boss Bottled Oud i doznaję przyjemnego deja vu. Mój nos mnie nie zawiódł. To doskonałe perfumy i to od pierwszej do ostatniej sekundy. Jestem naprawdę zbudowany. Nie dałem sześciu gwiazdek tylko dlatego, że tę ocenę postawiam dla dzieł wybitnych lub przełomowych, a Bottled Oud takim zapachem przecież nie jest. Jest natomiast dowodem na to, że marki mainstreamowe potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć nawet tak wybredny nos, jak mój. Szkoda tylko, że nigdzie nie mogę znaleźć informacji dotyczącej perfumiarza, który stworzył ten świetny zapach oraz osoby, która kierowała stworzeniem tego pachnidła,  bo ich imiona należałoby tu w chwale przywołać.

boss-bottled-oud

Akord rozpoczynający zapach należy z pewnością do kategorii przyciągających uwagę, przyjemnych i intrygujących, jest przy tym dość kompleksowy, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Aromat jest ewidentnie orientalny, quasi-arabski, ale jednocześnie wydaje się dziwnie znajomy. To akord zbudowany z części owocowej (jabłko i cytrusy) i przyprawowej (cynamon, szafran, goździk), który z jednej strony nawiązuje do klasycznej wersji Boss Bottled z 1998 roku autorstwa Annick Menardo (aż cztery składniki są tu wspólne), z drugiej – dzięki szafranowi i labdanum  – nabiera arabskiego charakteru oraz ciepła i głębi.  Cała reszta nut odpowiada za to, by dopisek Oud w nazwie nie był bezpodstawny. I zaręczam, że w tym przypadku nie jest. Akord oudowy jest tu wyjątkowo pięknie skomponowany. Ciepły, aksamitny, drzewny, odrobinę zwierzęcy, wysuszający się z czasem, by finiszować długotrwałą dymno-drzewną nutką cypriolu, która siedzi na skórze długie godziny.

Bottled Oud pachnie elegancko i nieco nonszalancko. Jest pięknie skomponowany i wg mnie zasługuje na wysokie noty. Polecam go nie tylko fanom oudu, ale także wszystkim mężczyznom poszukujący niebanalnego pachnidła wieczorowego. To moim zdaniem jedno ze zdecydowanie najlepszych designerskich pachnideł oudowych, jeżeli nie oudowych w ogóle.

bot_oud

nuty głowy: cytrusy, jabłko

nuty serca:  szafran, goździk, labdanum, cynamon

nuty bazy: drewno agarowe, drewno sandałowe, cypriol

perfumiarz: bd.

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

Jeroboam Paris – ekstrakty perfumowe dla miejskich wędrowców (cokolwiek to znaczy…)

Wszystko rozpoczęło się od piżm.

Konkretnie od ich mieszanki, nad którą od dłuższego czasu w zaciszu swojego laboratorium pracowała Vanina Muracciole, perfumiarka włoskiego pochodzenia, absolwentka ekskluzywnej paryskiej szkoły perfumeryjne ISIPCA. Wyjątkowy akord, jaki był rezultatem tych prac, oczarował niejakiego Francoisa Henina, konesera perfum, właściciela jednej z najstarszych i najważniejszych paryskich perfumerii niszowych Jovoy Paris, twórcy doskonałej niszowej marki perfumowej pod tą samą nazwą. Bazując na tym akordzie Muracciole skomponowała Origino – pierwszy zapach nowej kolekcji perfumowych ekstraktów zamkniętych w w małych, uroczych 30 ml-owych flakonikach, którą Henin przekornie ochrzcił mianem Jeroboam (w przemyśle winiarskim jest to określenie na dużą 3 litrową butlę wina) i opatrzył hasłem: Perfumowe ekstrakty dla miejskich koczowników. Ów akord tajemniczych piżm łączy zapachy kolekcji, gdyż stał się bazą dla każdego z nich. Nazwy poszczególnych kompozycji wywodzą się z języka esperanto.

jeroboam teaser

Stanowiącą bazę Origino (Początek) piżmową miksturę Muarcciole ozdobiła pieprzowym, wibrującym otwarciem, która naturalnie przechodzi w przyprawowo-drzewne serce, w którym zarówno esencja z jagód jałowca, jaki gałka muszkatołowa idealnie wprost wynikają z pieprzowego otwarcia. Drzewny wymiar zapachu został znacząco wzmocniony poprzez esencję sandałowca. Ale istotą Origino jest to, co pojawia się na skórze półtora-dwa kwadranse po aplikacji. Trwające niemal w nieskończoność, hipnotyczne, zmysłowe, magnetyzujące piżmowe mini-arcydzieło z subtelną nutką owocową, które natychmiast zapada w pamięć i każe zadawać sobie co jakiś czas pytanie – co tak pięknie pachnie?

 

Jeroboam

nuty głowy: bergamotka, różowy pieprz

nuty serca: jałowiec, gałka muszkatołowa

nuty bazy: drewno sandałowe, tajemnicze piżma

 

Hauto (Skóra) to nic innego, jak dobrze znana z Origino piżmowa baza, tyle że nadbudowana akordem kwiatowym, zdominowanym przez woń tuberozy oraz przyprawy. Zanim jednak mocne, nektarowo-kwiatowe serce ukaże się w pełnej krasie, zapach zaczyna się akordem owocowym, z wiodącą nutą będąca mieszanką niby-ananasa i czegoś słodkiego, kulinarnego i miodowego. Stawiałem na ylang ylang, choć oficjalny skład go nie podaje. Jest też wyczuwalne coś w rodzaju wanilii. Niemniej doprawione tuberozowe serce może się podobać jako bardzo nasycone, gęste i pozbawione jakichkolwiek drażniących biało-kwiatowych akcentów. Hauto ma zdecydowanie kobiecy charakter, jest początkowo dość intensywny, by z czasem mocno osiąść na skórze i trwać na niej wiele godzin jako zmysłowy, biało-kwiatowy skin-scent.

nuty głowy: bergamotka, ananas

nuty serca: tuberoza, róża, przyprawy

nuty bazy: tajemnicze piżma

vanina_muracciole

Miksado (Mieszanie) to przyprawowo-drzewna kompozycja, w której pierwszych minutach pięknie współgrają ze sobą szafran i labdanum, początkowo odświeżone minimalnie wyczuwana bergamotką. Serce to wedle opisu domena nut drzewnych, ale ja wyczuwam tu przede wszystkim intrygującą nutę owocową,  w typie likieru porzeczkowego, która narasta wraz z upływem czasu budując hipnotyczny sygnaturowy akord Miksado. Kompozycja wsparta została paczulą i wanilią, a utrwalona znanym piżmowym motywem przewodnim kolekcji Jeroboam. Całość pachnie bardzo komfortowo, magnetyzująco, przyjemnie i powoli rozwijając się na skórze. Obok Oriento to mój ulubiony Jeroboam.

nuty głowy: bergamotka, labdanum, szafran

nuty serca: cedr, geranium, drewno gwajakowe

nuty bazy: paczula, wanilia, tajemnicze piżma

Francois Henin
Francois Henin

Oriento (Wschód) to – zgodnie z nazwą – mocna, orientalna mieszanka, w której głównymi bohaterami są szafran, róża, paczula oraz drewno sandałowe z obowiązkowym w kolekcji Jeroboam udziałem akordu tajemniczych piżm. Choć sam zapach nie odkrywa nowych horyzontów, to jednak nie można odmówić mu kompetentnego i bardzo solidnego wykonania. W kategorii pachnideł o arabskiej estetyce, które oparto na dobrze znanym zestawieniu esencji różanej z esencjami paczuli i sandałowca, Oriento prezentuje z pewnością najwyższą jakość. Przypomina mi genialną kompozycję Thierry Wassera Rose Nacree Du Desert Guerlain, którą w wersji skomercjalizowanej i rozcieńczonej marka ta niedawno przedstawiła jako Santal Royal. Niemniej zarówno kompozycyjnie, jak i jakościowo (także pod względem koncentracji składników), Oriento może śmiało stawać w szranki z tym pierwszym. Zapach jest piękny, głęboki i zmysłowy. Różana nuta ma barw szkarłatną, szafran zaostrza zapach na początku, przydając arabskiego sznytu, w sercu zaś do głosu dochodzi paczula, dodając całości zmysłowości. Baza jest bardzo długotrwała i ma drzewny charakter z dominująca sucho-drzewną nutą sandałowca.

Oriento rozwija się na skórze majestatycznie, powoli i trwa na niej długie godziny, pachnąc nienachalnie i elegancko, dając o sobie znać co jakiś czas zmysłową i intrygującą smużką. To prawdziwe Magnum Opus tej kolekcji. To także mój ulubiony Jeroboam.

jeroboam oriento

 

nuty głowy: cytryna, szafran, styrax

nuty serca: róża, ylang-ylang, jabłko

nuty bazy: drewno sandałowe, paczula, tajemnicze piżma

 

W Insulo (Wyspa) na bazę z tajemniczych piżm nałożono zmysłowy duet wanilii i jaśminu (duet, który przyczynił się do sukcesu Watch M.Micallef). Początkowo wanilia odminuje, z czasem uchylając nieco jaśminu. Insulo jest bardzo ciepły, blisko-skórny, puszysty, a jego kulinarna strona nie jest specjalnie dominująca. Składniki zostały tu dobrze zrównoważano, tak że tworzą jedną bardzo zwartą całość. Niemniej sprawia ona na mnie wrażenie nieco nijakiej, zbyt subtelnej, a Insulo wypada na tle pozostałych kompozycji Jeroboam najmniej interesująco.

Jeroboam insulo

nuty głowy: wanilia

nuty serca: jaśmin

nuty bazy: tajemnicze piżma

 

Jeroboam Paris to kolekcja rzadkiej urody esencjonalnych, oryginalnych i kompetentnie skomponowanych pachnideł orientalnych.

Na szczególnie uznanie i podkreślenie zasługuje oryginalność tych zapachów. Jeroboam nie próbują kopiować czy choćby naśladować znanych bestsellerów mainstreamu czy niszy i nadawać im luksusowego image’u, co jest – niestety – coraz bardziej powszechną praktyką w perfumerii zwanej – mniej lub bardzie trafnie – niszową czy luksusową.

Wszystkie tworzące kolekcję zapachy charakteryzują się harmonią, zmysłowym ciepłem, swoistą miękkością, bogactwem i wysoką koncentracją ingrediencji, a przez to długotrwałością i delikatną, aczkolwiek satysfakcjonującą projekcją, gwarantującą zmysłową smużkę snującą się za noszącym. Ze względu na wyczuwalną koncentrację ekstraktu, każde pachnidło Jeroboam rozwija się na skórze bardzo powoli, przechodząc kolejne fazy i czasem całkiem znacząco odmieniając swoje oblicze, ku zaskoczeniu i satysfakcji.

Bardzo ważne jest, by tych zapachów nie oceniać po pierwszych nutach i pierwszych minutach (choć i one są równie śliczne, co ciąg dalszy, o co twórcy – zdaje się – zadbali). Trzeba dać im czas, wwąchać się w nie, spróbować ich kilka razy, by odkryć ich prawdziwe piękno.

To spokojne zapachy. Nie krzyczą „oudem”, ani innymi sensacyjnymi składnikami czy kontrowersyjnymi akordami. Dają jednak sporą satysfakcję, jeśli tylko pozwolimy im rozwinąć skrzydła i rzucić na nas swój czar. Wrosną w nas i z czasem staną się częścią na samych.

Jako niekontrowersyjne, a przy tym niebanalne, urodziwe i nienachalne, zamknięte w śliczne, filigranowe flakoniki, wydają się też idealnym materiałem na bezpieczny pachnący upominek dla kogoś wyjątkowego…

 

PS. Zapachy Jeroboam dostępne są w warszawskiej perfumerii Quality.

Nowe kolońskie od Hermesa, czyli „Eau de Neroli Dore” i „Eau de Rhubarbe Ecarlate”

Kolekcja kolońskich Hermesa powiększyła się w tym roku o dwie nowe pozycje, z których pierwszą – Eau de Neroli Dore – przygotował będący już jedną nogą… na emeryturze Jean-Claude Ellena, drugą zaś – Eau de Rhubarbe Ecarlate – Christine Nagel – mająca docelowo przejąć po nim gabinet z jakże prestiżową wizytówka na drzwiach: Hermes In-house Perfumer. O ile dobrze kojarzę, jest to pierwszy w 1oo% przez nią skomponowany zapach z logiem H. Jak więc widać, swoją pracę w Hermesie zaczęła od tej – mam wrażenie -najmniej prestiżowej części oferty francuskiej marki, czyli Les Colognes. Widać, że kierujący perfumowym biznesem w Hermesie są ostrożni…

Testując oba zapachy, które doskonale pasują do obecnej pory roku, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że oboje perfumiarzy podeszło do swego zadania zupełnie inaczej. W sumie nie powinno to dziwić, gdyż każde z nich miało zgoła inną motywację, a poza tym i jedna i drugi to wybitni fachowcy o wyrobionym przez lata warsztacie i stylu. Ale chodzi mi o coś innego…

Christine Nagel et Jean-Claude Ellena@CesarLucadamo

Mianowicie ellenowskie Eau de Neroli Dore (złote neroli) sprawia na mnie wrażenie łabędziego śpiewu Jean-Claude’a Elleny. Zapach charakteryzuje na tyle dużą dozą nonszalancji (na którą może pozwolić sobie tylko ktoś, kto od dawna nie musi niczego udowadniać), że trudno myśleć o nim inaczej. W jakimś sensie sygnaturowy minimalizm Elleny odnajduje w tej kolońskiej swoje apogeum. Wciąż jednak nie można odmówić twórcy poszukiwań, nowatorstwa polegającego głównie na stosowaniu bardzo wyselekcjonowanych składowników i łączeniu ich w nietypowe układy, zwykle bardzo proste, acz charakterystyczne. W Eau de Neroli Dore główną rolę gra kluczowa dla całego kolońskiego gatunku esencja z kwiatu pomarańczy, zwana neroli (znana z subtelnych elementów białokwiatowych, w tym indolowych), której perfumiarz – co sam podkreśla – użył wyjątkowo dużo, jak na standardy przyjęte powszechnie w perfumerii. W otwarciu połączył ją z  aromatem gorzkiej pomarańczy. Te dwa składniki budują koloński charakter zapachu. To bardzo klasyczne i tradycyjne połączenie. Jean-Claude Ellena postanowił jednak złamać te odwieczną harmonię dodając szafranu (stąd pewnie „złote” neroli w nazwie), który nadał całości niecodziennej goryczy, pogłębiając przy tym indolową stronę neroli, w efekcie czego Eau de Neroli Dore tylko początkowo pachnie świeżo i przyjemnie. Dość szybko brudnawo-goryczkowa nuta bierze górę i pozostaje już do końca, dość zresztą rychłego. Ewolucja tej kolońskiej składa się z dwóch etapów: świeżego neroli w otwarciu i gorzkiego neroli w bazie. Po czasie pachnie to zresztą w sposób bardzo tradycyjnie, wręcz prymitywnie koloński… Tak jakby Ellena wrócił po latach do samych korzeni perfumiarstwa. Jakby postanowił stworzyć coś źródłowego, coś co pachnie jakby powstało gdzieś w XVIII wieku.

Uważam, że to zapach skierowany raczej do koneserskich nosów i to chyba bardziej tych męskich. Z pewnością nie należy do pachnideł, które łatwo przypadają do gustu. Do tego nie trzyma się też mojej skóry zbyt długo, ale wiem – to kolońska…

Eau de Neroli Dore to oko puszczone do nas przez nieco znudzonego, zmanierowanego i dopieszczonego przez wszystkich artystę, który zdaje się mówić: Chcecie kolejną kolońską? Proszę. Oto ona. Ale nie spodziewajcie się, że będzie po prostu łatwa i przyjemna. Takich zapachów zrobiłem już zbyt wiele. Zresztą wszyscy inni takie robią. Ja już nie muszę. Robię co chcę i świetnie mi za to płacą, a poza tym za chwilę idę na emeryturę, więc o co chodzi?

Eau de néroli doré - flacon 200 ml BD

główne nuty: gorzka pomarańcza, neroli, szafran

twórca: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

Ellena i Nagel

Eau de Rhubarbe Ecarlate (Szkarłatny Rabarbar), autorstwa Christine Nagel, to zupełnie inna bajka. Dla mnie to szczególnie ważny zapach, gdyż może on być swego rodzaju probierzem tego, na ile wygodnie Nagel czuć się będzie w fotelu Elleny. Oczywiście wiem, że kierunek, w jakim podąża Hermes, nie zależy wyłącznie od woli perfumiarza. Nad tym wszystkim pracuje sztab ludzi z szefem działu perfum na czele. Ale perfumiarz w Hermesie ma pozycje wyjątkową. W każdym razie taką miał Jean-Claude Ellena…

Wszyscy, którzy znają jej zapachy stworzone dla Jo Malone, nie powinni być Eau de Rhubarbe Ecarlate zaskoczeni. To jej styl. Absolutnie harmonijny, pozbawiony dysonansów, śliczny od początku do końca, a przy tym czysty i minimalistyczny, choć nie przesadnie.

Taka też jest jej pierwsza kolońska dla Hermesa. Stworzona chyba nieco bardziej z myślą o kobietach. A może to kwestia tego, że została skomponowana przez kobietę, z właściwą jej wrażliwością i jej preferencjami co do nut i akordów. No ale przecież założeniem Les Colognes Hermesa jest ich uniseksowość. Osobiście bardzo dobrze czuję się nosząc Eau de Rhubarbe Ecarlate, które jest cudownie orzeźwiające, świeże, niezwykle soczyste, z dominującą nutą owocową, która może niekoniecznie kojarzy mi się z rabarbarem (choć jest w niej jakiś element jego kwaśnej soczystości), a bardziej z mieszanką liści i owoców porzeczki. Początkowo pachnie kwaskowato i soczyście, z czasem staje się bardziej aksamitna i – dzięki białym piżmom – wygładzona. Przez cały czas utrzymuje jednak główną owocową nutę. Charakteryzuje się przy tym całkiem sporą wyrazistością i bardzo dobrą trwałością jak na kolońska etykietkę (za co w swojej subiektywnej ocenie przyznaję dwa dodatkowe punkty). Poprzez swój soczysto-owocowy, lekko zielony charakter, nawiązuje też do hermesowych ogródków. Czuć w niej wyraźnie wysoką jakość składników oraz sygnaturę Hermesa. Upss.. Wymknęło mi się! A jednak! Sygnatura Hermesa. Tak – zadziwiające, ale ona jest tu obecna.  

Christine Nagel @Benoit Teillet

Poprzez tę kolońską Christine Nagel miała coś bardzo ważnego do udowodnienia. To mianowicie, że z nią na pokładzie perfumowy Hermes pozostanie perfumowym Hermesem. Synonimem najwyższej jakości, połączenia wysublimowanej perfumiarskiej sztuki z mistrzowskim warsztatem i jasną wizją kierunku, w jakim chce zmierzać. Że zachowa pozycje i dystans do konkurencji nie poprzez bycie wyłącznie lepszym, ale także poprzez bycie innym.  Ja nie mam wątpliwości, że Nagel stanęła na wysokości zdania. Eau de Rhubarbe Ecarlate to jedna z najlepszych kolońskich Hermesa.

Na chwilę zatrzymam się przy flakonie. Kształt znany jest z całej linii Les Colognes i nawiązuje to klasycznego flakonu Eau d’Hermes z nieodwodzonym kapelusikiem jako zatyczką. Wykonanie – jak zwykle u Hermesa – jest perfekcyjne i dopracowane w każdym szczególe. Atomizer to najwyższa półka. Jest niesamowicie solidny. Działa perfekcyjnie i precyzyjnie, jak skrzynia biegów ekskluzywnego niemieckiego auta. Szczególnie pięknie flakon ten prezentuje się właśnie w szkarłatnym wybarwieniu, jakiego użyto dla podkreślenia charakteru zapachu (co jest zasadą w przypadku każdej kolońskiej Hermesa). Trzymanie w dłoniach tego przedmiotu to czysta przyjemność, dająca wrażenie obcowania z mini dziełem współczesnej sztuki użytkowej.

Po zaledwie jednym pachnidle trudno jest oceniać, czy Christine Nagel była dobrze przemyślanym „nabytkiem” Hermesa. Czas i kolejne jej pachnidła pokażą, czy zintegruje ona swój perfumeryjny styl z estetyką tej francuskiej marki. Jeana-Claude’a Ellenę trudno zastąpić, a funkcja głównego perfumiarza Hermesa to prawdopodobnie jedna z najbardziej prestiżowych funkcji w tym biznesie.  Pozostaje więc poczekać na kolejne dzieła Christine Nagel. Szczególnie intryguje mnie, jak sprawdzi się w cięższym gatunku perfumowym, jakim są perfumy kobiece oraz co będzie miała do zaproponowania mężczyznom. Bo kolońska, mimo że moim zdaniem bardzo dobra, to jednak tylko… kolońska.

Alcool 11 Flacons 4 lignes - logo 2 lignes+0,25

główne nuty: rabarbar, czerwone porzeczki, białe piżmo

twórca: Christine Nagel

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****