Serge Lutens „Section d’Or” – kto bogatemu zabroni?

Kolekcja Section d’Or miała swą premierę w 2014 roku. Konkretnie w tym właśnie roku światło dzienne ujrzał zapach – pilot tego „serialu” – L’Incendiaire, zaś w 2015 dołączyło 5 pachnideł, a następnie jeszcze dwa kolejno w 2016 i 2017 roku. Od samego początku w perfumowym światku zrobiło się o niej głośno. To za sprawą faktu, że firmuje ją sam Serge Lutens, ale także – a może przede wszystkim – tego, że nadano jej status butikowej, a więc wyjątkowej, luksusowej i prawdziwie ekskluzywnej. Za tym poszła bardzo wysoka cena, która natychmiast wzbudziła kontrowersje. No bo cóż to musza być za pachnidła, skoro za 50 ml flakon trzeba zapłacić od 450 do nawet 700 EUR? Czyżby zawierały płynne złoto?

Serge-Lutens-Section-dOr-918x493

Często zdarza mi się recenzować zapachy, które kosztują niemało: 150-200 EUR za flakon 50, 75 lub 100 ml. To w perfumowej niszy czy na półce zapachów luksusowych praktycznie norma. Rzadko jednak dane mi jest poznać i opisać pachnidło, którego cena wykracza daleko poza ten poziom. Przykładem luksusowe propozycje Roja Parfums, gdzie za 50 ml wody perfumowanej zapłacimy co najmniej 300 EUR, a czystych perfum – 480 EUR. I właśnie na tym poziomie zaczynają się ceny perfum wchodzących w skład Section d’Or. Czy ten wyśrubowany poziom cenowy może mieć i czy w istocie ma jakikolwiek przełożenie na same pachnidła? O tym miałem zupełnie niespodziewaną okazję się przekonać.

Pod poetyckimi – jak to u Lutensa – nazwami kryją się bardzo naturalnie i tradycyjnie pachnące kompozycje orientalne, w których nie znajdziemy nawet śladu eksperymentów, z jakich znany jest Lutens ostatnich lat. Te perfumy to powrót do początków autorskiej perfumerii Serge’a i ma to swój niewątpliwy urok. To, co wyraźnie emanuje z tych pachnideł, to bezdyskusyjnie wysoka jakość składników i wysoka ich koncentracja, a także – wg mnie – dość krótkie, czytelne formuły, mające – jak sądzę – w założeniu jak najpełniejsze ukazanie urody najcenniejszych składników.

Serge-Lutens
Serge Lutens, Diwan Photography, 2005

 

L’Incendiaire (Podpalacz) jest z pewnością niezłym początkiem tej niezwykłej kolekcji, nie tylko za sprawą nazwy (!), ale także poprzez swą mroczną naturę wynikającą z obecności bardzo ciemnych nut: krzemiennej, balsamów, żywic i kadzidła, a także piżm. Może się podobać jako enigmatyczny i intrygujący, a także nieźle korespondujący z tytułem.

Z początku czuję w nim nutę jakby rozgrzanego krzemienia na balsamicznym tle. Z czasem łagodnieje ona i ustępuje miejsca monolitycznej mieszance balsamów, kadzideł i żywic. W późniejszej fazie dochodzą mych nozdrzy smużki olibanum, a ostatnia faza to głównie piżma. Czy tak pachnie marokański podpalacz?

collection-incendiaire

Cannibale (Ludojad) – groźny tytuł zwiastuje niebezpiecznie piękne pachnidło. Na samym początku dominuje w nim niezwykle głęboka, upojna wręcz róża, zatopiona w bardzo luksusowo pachnących akordzie żywiczno-ambrowym, z wyraźną nutą labdanum i subtelnym przyprawowym tłem, które wszakże zaskakująco szybko przykrywają różaną woń, tak jakby kwiat ten z początku pływał na powierzchni gęstej, ambrowo-żywicznej mazi, po czym w niej zatonął, niczym piękna kobieta pożarta przez kanibala…

L’Haleine des Dieux (Tchnienie Bogów) – tu orientalna mieszanka ambry, żywic, kadzidła i labdanum została nieco złamana i w ten sposób ożywiona szałwią i jodłowym balsamem. Zapach zachowuje się na skórze dość zaskakująco. Mianowicie najpierw dominuje w nim wyraźne labdanum i ma się wrażenie, że tak już pozostanie. Ale aromat dość szybko wykonuje woltę i spod labdanum wyłaniają się nuty lekko zielone, lekko jakby pikantne, lekko iglaste i to one zaczynają dominować.

Sidi Bel-Abbès zostało zainspirowane – jak się domyślam, biorąc pod uwagę miejsce w którym Serge Lutens mieszka i pracuje od lat – wnętrzem jednego z meczetów znajdujących się w Marakeszu. Tu pachnie przede wszystkim słodkim tytoniem, który posadowiony został na bazie z wanilii i żywic tworzących ambrowe tło. Czyżby Lutensowska wersja Tobacco Vanille? Poniekąd, aczkolwiek jednak pachnąca bardziej naturalnie, mniej słodko-waniliowo, bardziej ambrowo i męsko, szczególnie w bazie, ale też i – przyznajmy to – dużo mniej spektakularnie od bestsellera Toma Forda.

Zaouia-Sidi-Bel-Abbes-in-Marrakech

Cracheuse de Flammes (Plujące Ogniem) – motyw ognia pojawia się więc w Section d’Or po raz drugi, tyle że tym razem w zupełnie abstrakcyjny sposób. Bo któż by się spodziewał, że to nektarowa róża, na poły świeża, na poły orientalna. Ale nie jest to róża zwyczajna. Esencja z róży Otto, zwanej inaczej damasceńską i pochodzącej z Bułgarii, jest istotą tego pachnidła. Rzeczywiście różany aromat jest tu wyjątkowo piękny i w zaskakująco naturalny sposób połączony z nutą gruszki oraz moreli. Jest więc to na początku róża owocowa, by z czasem przeistoczyć się w ciepłą różę ambrową i tym ambrowym tłem zakończyć.

Renard Constrictor (Lis Dusiciel) – okazuje się – przewrotnie – z początku jaśminową marmoladą z czasem ewoluująca w piżmowo-indolowym kierunku. Jest więc połączeniem akordu białokwiatowego z akcentami animalnymi, co zdaje się nawiązywać do intrygującej nazwy tego pachnidła.

Prócz ceny i złoto-czarnego designu flakonów (który nota bene od razu każe mi patrzeć na to przedsięwzięcie jako obliczone na rynki arabskie i coś mi się zdaje, że się nie mylę) wszystkie zapachy łączy orientalny charakter oraz minimalizm środków wyrazu (zaskakujące, ale takie właśnie na mnie robią wrażenie ), a także czytelność, harmonia, głębia oraz to, że pachną – jak przystało na czyste perfumy – blisko skóry, powoli odkrywając swoją naturę i pozostawiając na skórze dłużej, niż woda perfumowana. Poza tym z mojej strony nie było „wow”, „och” czy „ach”. Zachwyt raczej umiarkowany. Żadne z tych pachnideł nie poruszyło mojej wybrednej i zepsutej do cna perfumo-maniackiej natury. Żaden zapach nie połechtał mojej zapachowej próżności. Wszystkie natomiast dały mi sporo przyjemności podczas testów, to fakt, a to za sprawą ich opisanych wyżej cech. Szczególne wrażenie robią na samym początku, zaraz po aplikacji na skórze, gdyż zadbano o to, by introdukcje rzeczywiście poruszały, dotykały najodleglejszych zapachowych receptorów. Z czasem zapachy osiadają i nie są już tak niezwykłe, jak na początku, ale to niestety nieuniknione, gdy chodzi o perfumy, w szczególności te z dużą zawartością naturalnych esencji, a do takich z pewnością należą te tworzące Section d’Or. 

Nie uznałbym tego wpisu za odpowiednio spuentowanego, gdybym nie spróbował na jego końcu odpowiedzieć na postawione na wstępie pytanie: czy pachnidła Section d’Or warte są swojej ceny? Mając naprawdę spore doświadczenie w testowaniu perfum z różnych półek cenowych z przekonaniem stwierdzam, że absolutnie nie. Owszem, są to piękne, gęste, orientalne perfumy, którym nie można odmówić jakości. Ale ich pozycjonowanie cenowe jest w tym przypadku ewidentnym zabiegiem marketingowym ukierunkowanym na wywołanie zainteresowania wśród obrzydliwie bogatych snobów tudzież (ja jednak obstaję, że przede wszystkim) jeszcze bogatszych klientów zamieszkujących Półwysep Arabski, a bardzo chętnie robiących zakupy m.in. w londyńskim Harrodsie. No ale kto bogatemu zabroni?

 

Reklamy

Serge Lutens -„Dent de lait”, czyli ząb mleczny…

Styl perfum Serge’a Lutensa wyewoluował na przestrzeni lat od bardzo dosłownego, skoncentrowanego na składnikach, nutach i ich kombinacjach oraz korelacjach do niemal całkowicie abstrakcyjnego. Stało się to mniej więcej wraz z opublikowaniem w 2006 roku Gris Clair, którego tytułową „jasną szarość” twórca osiągnął przy użyciu lawendy, tonki i białych piżm. Odtąd oryginalne, pełne inwencji nazwy kolejnych pachnideł towarzyszyły równie oryginalnym, niekiedy bardzo nowatorskim, ale zawsze niezwykle „noszalnym” aromatom. Apogeum abstrakcji duet Lutens/Sheldrake osiągnął w ramach zapoczątkowanego przez L’Eau w 2009 roku cyklu „wodnego”. L’Eau, L’Eau Froide, Laine de Verre, L’Eau de Paille to czystem perfumowe abstrakty penetrujące temat nut wodnych w perfumach. Zapachy minimalistyczne, intrygujące, wykorzystujące aromamolekuły dla osiągnięcia bardzo konkretnego artystycznego celu. Publikowane w tym samym czasie kolejne pachnidła głównej linii Lutensa także nie przypominają jego naturalistycznych klasyków. Przedziwne, kulinarne Jeux de Peau, totalnie abstrakcyjne i nieuchwytne L’Orpheline, oszczędne, jaśminowo-piżmowe La Religieuse, pachnące słonym karmelem i piernikiem Bapteme du Feu. Zeszłoroczna premiera Dent de Lait wpisuje się w ten nurt, plasując się jednak w górnej stawce perfumowej abstrakcji, ex equo z cyklem wodnym i L’Orpheline.

Lutens Dent de Lait

Inspiracja transformacją z małego chłopca w dorosłego mężczyznę, której symbolem jest mleczny ząb. Pożegnanie z wilczkiem, przywitanie wilka. Wejście w brutalny, dorosły świat, w którym czuć krew i mimowolne pozostawienie ciepłego kokonu dzieciństwa, pachnącego migdałami i ciepłym mlekiem. Jakże uniwersalny temat, zamknięty we flakonie z zapachem Dent de Lait. 

Początkowy akord, migotający chłodnymi, metalicznymi aldehydami, szybko odkrywa nutę migdałową z subtelnym dodatkiem jakiejś nie do końca zdefiniowanej i bardzo delikatnej  mentolowości. Oblany ciepłym mlekiem migdał dominuje w sercu, pozbawiony symbolizujących krew aldehydów ze wstępu. Słodkawa, ciepła, pudrowa baza wieńczy ten zapach. Na papierku testowym Dent de Lait trwa pewnie z tydzień albo dłużej. Skóra obchodzi się z nim dużo mniej łaskawie, niwecząc plany twórców i ograniczając zauważalną jego obecność do kilku godzin. Dent de Lait jest – poza oryginalnym, donośnym i przykuwającym uwagę początkiem – zapachem raczej delikatnym, zwiewnym i blisko-skórnym. Brakuje mu przekonująco zwieńczenia, perfumowego ogona, sillage… Swoim generalnie ciepłym, kulinarnym, mleczno-migdałowym charakterem zdecydowanie bardziej pasuje do kobiecej, niż męskiej skóry.

To intrygujący olfaktoryczny abstrakt, ciekawie zrealizowany koncept, ale czy to wciąż są perfumy? To określenie coraz mniej pasuje do takich kompozycji, o ile przyjąć, że słowo perfumy niesie za sobą kolejne integralne elementy: akordy, nuty, piramida, ewolucja, projekcja, ogon, trwałość. W przypadku Dent de Lait lepiej będzie po prostu użyć słowa „zapach”. Oto ciekawa pachnąca historia, wonna opowiastka, zaskakująca, abstrakcyjna, nowatorska. Jako taka z pewnością warta uwagi. Kolejny rozdział niezwykłej opowieści, snutej przez Serge’a Lutensa i Christophera Sheldrake’a – wiernego towarzysza w tej olfaktorycznej wędrówce.

 Dent de Laiy bottle

 

dominujące nuty: aldehydy, mleko kokosowe, migdał, akord krwi

twórca/nos: Christopher Sheldrake/ Serge Lutens

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0-3,5

Serge Lutens „Bas de Soie” – jedwabna wiosna

 

Zwykle słyszę i czytam o podobieństwie Bas de Soie do Chanel No. 19.

Nie znam na tyle dobrze perfum Henri Roberta, by to z przekonaniem potwierdzić. Jednak z kilkukrotnych testów klasycznej 19-ki, jakie w dłuższym okresie przeprowadzałem w perfumeriach, zapamiętałem intensywną zieloność galbanum i pudrowość irysa. Te elementy rzeczywiście odnajduję w Bas de Soie, ale po pierwsze – ich proporcje są tu inne (irys jest zawoalowany, galbanum z kolei jest mniej ewidentne niż w klasyku Chanela), po drugie zaś – jest tu jeszcze coś, czego w perfumach Chanela nie ma. Heliotropina. Ta słodka, słoneczna, migdałowa nuta dodaje całości nowego – hiacyntowego właśnie – wymiaru. Bo moim zdaniem w ten właśnie sposób perfumiarz zbudował akord hiacyntu – łącząc galbanum z heliotropem i być może z czymś jeszcze…

Mniejsza jednak o składniki. Liczy się przecież efekt końcowy. A ten jest w przypadku Bas de Soie bardziej współczesny, wyjątkowo uroczy i wcale nie typowo lutensowski. Owszem, czuć maestrię Sheldrake’a prowadzonego przez wyrafinowany gust Serge’a, ale w tym przypadku znalazły one odzwierciedlenie w czymś jasnym, radosnym, świeżym, dalekim od kontrowersji. Bezpretensjonalnym i pięknym swoją świeżą, niemal naturalistyczną, zieloną kwiatowością.

Z początku zielone, z czasem zielono-kwiatowe i pudrowe, o wyraźnej, czystej, mydlanej, świeżej aurze, Bas de Soie jawią się jako jedne z najśliczniejszych perfum Serge’a Lutensa. Łączą w sobie naturalistyczny element kwiatowy ze zmysłowym kobiecym podtekstem. Niczym wiosna lub kobieta w jedwabnych pończochach*. Albo i jedno i drugie.

silk-stockings-2

Chociaż – co ciekawe – gdy testuję Bas de Soie na papierku, po pewnym czasie zawsze czuję pewne podobieństwa także do klasycznego Grey Flannel Geoffrey Beene, głównie w wyniku połączenia nut zielonych z pudrowymi oraz poprzez tę mydlaną, czystą aurą. Oczywiście Szara Flanela jest dużo bardziej „nieociosana”, archaiczna, mniej ułożona, z wyraźną nutą fiołkową, której tu nie znajdziemy. Ale jednak pewnych podobieństw „gatunkowych” nie sposób nie zauważyć. Przy pewnej więc dozie nonszalancji także i facet mógłby nosić te perfumy. Tylko czy wypada mu odziewać się w jedwabne pończochy…?

lutens basdesoie

główne nuty: irys, hiacynt, galbanum, przyprawy, piżmo

perfumiarze: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2010

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,5/ trwałość: 4,0

 

*) bas de soie – z francuskiego: „jedwabne pończonchy”

Serge Lutens „Clair de Musc”

Pamiętacie Bestię?

furry-beast-3

„Początkowo miód i róże. Nic nie wskazuje na to, że pod ich warstwą leży… bestia. Nie od razu, ale już po chwili czuć jej gęstą sierść. Z czasem szczypiące w nos kastoreum wygrywa z innymi składnikami. Włochaty costus dodatkowo wzmaga zapach sierści. Czystej sierści, pachnącej samą sobą… Bestia żyje. Jej rozgrzane futro uwalnia wonne molekuły dając znać otoczeniu o swej obecności. Miód i róże były tylko po to, by przyciągnąć i odwrócić uwagę, ale teraz już patrzymy prosto w oczy bestii… Jednak, im więcej czasu z nią spędzamy, tym bardziej okazuje się być ona wielkim i przyjaznym, zupełnie niegroźnym futrzakiem, tak że na samym końcu zaczynamy wręcz pałać do niej sympatią… Kolejne z nią spotkanie nie jest już tak traumatyczne, bo wiemy, po co róże i po co miód. Poznaliśmy już bestię i oswajamy się z nią, a ona z nami. Jej futrzasta nieporadność i maślane spojrzenie zaczynają wzbudzać w nas sympatię. Lubimy zwierzaka. Właśnie tak.”

Właśnie tak obrazowo kilka lat temu opisywałem Muscs Koublai Khan, niezwykłe, przepełnione zwierzęcymi aromatami piżmowe pachnidło Serge’a Lutensa. Zdecydowanie najodważniejszy zapach w jego ofercie, akceptowalny chyba tylko przez nielicznych koneserów i zapachowych freaków. Pięć lat po jego premierze duet Lutens/Sheldrake przedstawił zgoła odmienną interpretację piżmowego tematu, tytułując ją znacząco

Clair de Musc – Jasne Piżmo.

To piżmowy Dr Jecykll. Po niepokojącym Mr Hyde pozostało tylko wspomnienie. Clair de Musc nie wzbudza niepokoju. Przeciwnie – wprowadza w stan błogości. Jest delikatny, czysty, biały, jak świeżo uprana pościel. Niewinny i jasny jak aniołek w porównaniu to niedomytego futrzanego Khana.

Clair de Musc nie zawiera oczywiście wyłącznie piżm, choć tych jest tu z pewnością ponad normę i przebijają się przez dość skromną powłokę pozostałych molekuł bardzo skutecznie niemal od początku. Wstęp jest troszeczkę rozrzedzony bergamotką, po czym zaraz ujawnia się wyraźna neroli połączona z subtelnym irysem. Istotnym więc aspektem tej kompozycji jest subtelny akord kwiatowy. To on – wraz z leżącymi u podstaw białymi piżmami – buduje istotę Clair de Musc, przy czym, jak łatwo się domyśleć, z czasem piżma stają się jedynymi bohaterami tej opowieści. Piżmowa treść Clair de Musc jest tu zresztą jedną z najlepszych w swym gatunku. Szerokie – mam wrażenie – spektrum zastosowanych tu typów piżm skutkuje sporym zniuansowaniem piżmowego akordu. Pachnie on jednocześnie ciepło, otulająco, troszkę słodko, ale przez pewien czas subtelnie gryząc nozdrza nieco ostrzejszą nutką, którą zwykłem określać jako zapach rozgrzanego żelazka.

biala-posciel-hotelowa

Z natury rzeczy Clair de Musc jest zapachem bardzo trwałym, ale też przez większość czasu trzyma się blisko skóry. Emituje delikatną, nienarzucającą się woń. Tworzy aurę ciepłej, komfortowej, kojącej czystości. Z czasem staje się bardziej mydlany, a nawet pudrowy. Ma w sobie na tyle dużo kobiecości, że nie odważyłbym się nazwać go uniseksem. Ze względu na swój powściągliwy charakter, idealnie nada się na te okazje, gdy nie chcemy pachnieć głośno i intensywnie, ani zwracać uwagę swoimi perfumami, ale po prostu chcemy dobrze pachnieć i czuć się komfortowo.

Będąc pełnoprawnym pachnidłem, o jednak dość minimalistycznym charakterze i wyjątkowo dużej koncentracji klasycznych składników bazowych, jakimi są przecież piżma, Clair de Musc może też świetnie nadawać się do kombinacji z innymi perfumami, którym w ten sposób doda zmysłowej głębi i trwałości. Jakie to będą perfumy, to już wyłącznie kwestia naszej pomysłowości.

serge-lutens-clair-de-musc

 

główne nuty: bergamotka, neroli, irys, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2003

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 5,0

Kwiaty od Serge’a Lutensa: „Fleurs d’oranger” i „Datura noir”

Fleurs d’oranger 

Zaprezentowany w 2003 roku przez Serge’a Lutensa Fleurs d’Oranger to coś więcej, niż perfumy z nutą kwiatu pomarańczy. To prawdziwa olfaktoryczna oda do tego uroczego aromatu, który został tu umieszczony w samym centrum i ze smakiem podrasowany przez kilka innych składników, które decydują o jego unikatowym i subtelnie zmieniającym się w czasie obliczu. Przez znawców uważane za jedne z najważniejszych i najlepszych perfum dedykowanych tej pięknej, jakże optymistycznej, ciepłej i słonecznej woni kwiatu pomarańczy. Moim zdaniem, zdecydowanie słusznie.

fleur-oranger-blanche-full-12313360

Intensywny początek jest bardzo świeży i ekspansywny. To chyba najpotężniejsza nuta kwiatu pomarańczy, z jaką kiedykolwiek się zetknąłem. Niesamowicie świeża, rześka, obezwładniająca swą wyrazistością. Piękna! Z czasem ociepla się, zgrabnie połączona z nutą tuberozy i białej róży, ale wciąż pozostaje świeża i zaskakująco lekka. Drugi plan tego zapachu, czyli baza – to, co nadaje mu głębi i trwałości – działa tu tyleż efektywnie, co niemal niezauważalnie. Zmysłowy kmin przydaje subtelnej cielesności, zaś użyty z mistrzowska precyzją cywet wzmacnia organiczną naturę pomarańczowego kwiatu, a pachnące roślinnym piżmem ziarno hibiskusa (krewny ketmii piżmowej) pogłębia, utrwala i nadaje zmysłowej głębi. Wreszcie w spektrum zapachowym pojawiają się znak firmowy Lutensa: pachnące świeżo prasowaną pościelą i rozgrzanym żelazkiem białe piżma. Wszystkie te nuty i składniki są jednak podporządkowane głównemu tematowi, który ani przez chwilę nie zostaje nimi zdominowany. Przeciwnie, tylko dzięki nim zyskuje.

Fleurs d’oranger pachnie świeżo, mocno, projektując – ku mojej uciesze – bardzo wyraźnie. Przy tym przez cały czas zachowuje lekkość i zwiewność i ani na chwilę nie traci nic ze swego początkowego swego uroku. Jest to w gruncie rzeczy lekki, uniseksowy zapach białokwiatowy o świeżości, której nie obawiałbym się nazwać kolońską, szczególnie jeżeli w ten sam sposób określamy pachnidła w typie Neroli Portofino marki pewnego znanego skądinąd i coraz bardziej lubianego reżysera filmowego…

serge-lutens-fleurs

główne nuty: kwiat pomarańczy, tuberoza, biała róża, kmin, ziarno hibiskusa, cywet, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2003

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

Datura Noir

W języku hindi dhatūrā oznacza „kolczaste jabłko”. To owoc rośliny zwanej bieluniem. Bieluń, zwany też burgmansją lub Angel’s Trumpet, prócz tego, że owocuje w tak oryginalny sposób, rozkwita kwieciem równie unikatowym…

datura-flower

Serge Lutens pisze:

By być precyzyjnym, pewnej nocy wziąłem Burgamansję, znaną także jako Anielska Trąba, i wydestylowałem z niej nuty jej tęsknych wspomnień.

Ale Datura Noir nie jest w żadnej mierze destylatem z tego kwiatu, ani nawet próbą odtworzenia jego zapachu. To znacznie więcej. To pełnoprawne, bogate w ingrediencje i nuty zapachowe, gęste pachnidło białokwiatowe, w którym dominująca tuberoza przyozdobiona została całą masą akcentów kulinarnych, poczynając od kokosa, poprzez morelę, migdał, a na wanilii kończąc. W to wszystko perfumiarz mocno podrasował przez dłuższy czas bardzo wyrazistą słodko-migdałową heliotropiną i osadził na miękkiej, komfortowej i zmysłowej bazie ze wspomnianej wanilii, mirry i piżm, która z czasem wychodzi na pierwszy plan usuwając aspekt kwiatowy w cień.

Jaeger-LeCoultre Portrait Session With Diane Kruger

Datura Noir to klasyczny wczesny Lutens, intensywny, gęsty, nieco prowokujący, ale jednocześnie przyjazny, daleki od eksperymentów, skupiony na klasycznie pojmowanym pięknie. Bo to są piękne i bardzo kobiece, ciepłe, otulające i bardzo zmysłowe perfumy, pachnące słodkim kwiatowym nektarem, które w moim wyobrażeniu szczególnie dobrze podkreślają pewien konkretny typ kobiecości…

lutens-datura-noir

główne nuty: mandarynka, kwiat cytryny, tuberoza, kokos, morela, osmantus, heliotrop, tonka, migdał, mirra, wanilia, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2001

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

 

 

 

Serge Lutens „Bapteme du Feu”. Chrzest bojowy albo dzieło wizjonera…

Maestro Serge Lutens odezwał się po raz kolejny. Czy jego olfaktoryczna wizja wciąż jest tak ekscytująca, jak niegdyś?

Po charakterystycznych, smukłych, prostokątnych, ascetycznych flakonach od lat możemy spodziewać się niezwykłej zawartości. Tak już do tego przywykliśmy, że kolejne premierowe pachnidła Serge’a Lutensa przestały nas ekscytować, a przynajmniej nie ekscytują nas tak bardzo, jak to miało miejsce lat temu kilkanaście, gdy niszowych marek perfumowych, a co za tym idzie nowych pachnideł, było kilkakrotnie mniej.  Obecnie każdy nowy „lutek” ginie gdzieś w ferworze setek, jak nie tysięcy niszowych premier, których świadkami jesteśmy każdego roku… Ta masa często bezwartościowych, wiedzionych li wyłącznie marketingiem zapachowych „gniotów”, ogranych schematów i wtórnych do bólu koncepcji skutecznie przesłania nam zapachowe klejnoty…

Nie dajmy się więc zwieść. Zaufajmy Serge’owi Lutensowi, jego wyrafinowaniu i wyjątkowym perfumowym wizjom.

Bo ten facet to bezdyskusyjny wizjoner, jedna z absolutnie najbardziej niezwykłych i najważniejszych postaci, jakie kiedykolwiek pojawiły się  w świecie perfum. Jego głoś wciąż się liczy. A jego forma w ostatnim czasie zwyżkuje, czego dowodem są kolejne interesujące, nowatorskie i niesztampowe pachnidła, które zwykle zaskakują oryginalną nazwą, takimże pomysłem i jego perfekcyjnym wykonaniem. Najnowsze Bapteme du Feu (Chrzest Bojowy) zdają się potwierdzać tę prawidłowość.

serge_lutens_by_ran_reuveni
Serge Lutens (fot. Ran Reuveni)

Witająca nas mieszanka słodko-cytrusowej woni mandarynki i słono-słodkiego akordu karmelowego jest ekscytująco zaskakująca. Oto akord charakterystyczny, wyjątkowy, zapadający w pamięć, a jednocześnie absolutnie przyjazny, łatwo akceptowalny. Zresztą dalszy ciąg jest równie przyjemny co niebanalny. Zanikająca dość szybko mandarynka ustępuje miejsca coraz bardziej słonej nucie kulinarnej, częściowo też kwiatowej. Czuję także nutę strzelniczego prochu lub krzemienia. Coraz głośniejsze jest dodające całości głębi i jeszcze bardziej niecodziennego charakteru kastoreum. Całość otacza nieco pudrowa aura, konkludując dryfującą w kierunku kobiecej skóry całość…  A ta jest nie tylko bardzo charakterystyczna, ale i nowoczesna, ewidentnie korzystająca ze zdobyczy współczesnej techniki w zakresie pozyskiwania pachnących molekuł, także tych nie pochodzących wprost od natury…

Baptem de Feu jest od pierwszych minut mocny, wyraźnie projektujący i wyczuwalny. Jest też absolutnie nie do pomylenia z niczym innym. To jest to, co w perfumach lubię najbardziej. Aromat, który po pierwszym kontakcie zapada głęboko w pamięć i pozostaje tam na zawsze…

Opisywanie Baptem de Feu poprzez składające się na niego nuty czy ingrediencje nie oddaje tej woni jako całości, a tak bezwzględnie trzeba ten zapach traktować. Unikatowość tego aromatu docenić można wyłącznie poprzez testy. Mogę jedynie zapewnić, że naprawdę warto je przeprowadzić.

Brawa dla niestrudzonego duetu Lutens/ Sheldrake – perfumiarzy – poszukiwaczy woni niebanalnych i dotąd nieodkrytych. Bapteme de feu to Ich strzał w … szóstkę?

lutens-bapteme

główne nuty:  mandarynka, piernik, nuty pudrowe, osmanthus, kastoreum, nuty drzewne

perfumiarze: Christopher Sheldarake i Serge Lutens

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 5,0/ oryginalność: 6,0/  projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

Serge Lutens i lawenda: „Encens et Lavande” i „Gris Clair”

Lawenda to historycznie jeden z najważniejszych składników perfumeryjnych. To nie tylko tradycyjny składnik wód toaletowych niemal od początku ich wyrabiania, ale także trzon tzw. paprociowej (fougere) rodziny perfumowej, której początek dało słynne Fougere Royale (1882) marki Houbigant. Także i dziś bogata w aromatyczne molekuły esencja z tej niezwykle wonnej rośliny jest bardzo chętnie używana przez perfumiarzy, szczególnie w formułach zapachów męskich. Ale faktem jest, że współcześnie w perfumowym mainstreamie używa się jej bardzo ostrożnie, z ogromnym umiarem, tak by nie popaść w niemodną dziś retro estetykę wód toaletowych sprzed dekad. Do tego celu służą m.in. otrzymywane nowoczesnymi metodami  laboratoryjnymi izolaty olejku lawendowego, będące efektem destylacji frakcyjnej, które pachną co prawda bardziej ubogo od pełnowymiarowego olejku, ale za to pozbawione są tych aromatów, które we współczesnej perfumerii nie są powszechnie akceptowalne. Innymi słowy esencję lawendy oczyszcza się z mniej przyjemnych dla współczesnego „konsumenta” perfum frakcji i w takim kształcie dozuje w perfumach.

Lavender-1_0

Tak to się dziwnie poukładało, że dziś najbardziej wyraziste pachnidła lawendowe, zawierające często klasyczny lawendowy olejek, a czasem nawet absolut z lawendy, proponowane są niemal wyłącznie przez marki niszowe i ekskluzywne (w ofercie większości z nich można znaleźć pachnidła z lawendową dominantą), gdyż klienci sięgający po ich produkty uchodzą za bardziej wyrobionych, w tym także koneserów i miłośników perfum. Do tej grupy należą z pewnością wielbiciele olfaktorycznych propozycji Serge’a Lutensa, jednego z pionierów perfumerii artystycznej i niszowej. Serge Lutens jako wizjoner perfum nigdy nie obawiał się odważnych i zdecydowanych aromatów, przeciwnie – w pierwszym okresie swej twórczości tworzył pachnidła mocne, wyraziste i odległe od głównego nurtu, a przy tym często wynoszące na piedestał klasyczne perfumowe ingrediencje (kwiat pomarańczy, tuberoza, róża, piżma, mech dębu itd.). Także i lawendę potraktował z należnym jej szacunkiem, na co dowodem niech będzie fakt, że umieścił ją w centrum dwóch swoich dzieł, których powstanie dzieli dekada: Encens et Lavande (1996) i Gris Clair (2006).

serge-lutens

1996 – Encens et Lavande

„Pod kwiecisto-niebieskimi nieboskłonem przemówiły do mnie szare kamienie kaplicy. Przejrzysta nazwa tych perfum przyszła mi na myśl spontanicznie. Nie śmiałem jej zmieniać. Kadzidło i lawenda; były niemal pół na pół, zanim pojawiła się zuchwałość.”

Serge Lutens

blue chapel

Encens et Lavande to nie tylko hołd złożony lawendzie, ale także i próba nobilitacji tego zdeprecjonowanego aromatu poprzez połączenie go z nabożnym, wielbionym kadzidłem.

Ta nieco surowa, wytrawna, chłodna i nieco dystyngowana kompozycja powstała w pierwszych latach współpracy duetu Serge Lutens i Christopher Sheldrake, które wielu miłośników marki uważa za okres najlepszy i najbardziej twórczy. W przypadku Encens et Lavande trudno mówić o wyrafinowaniu. Zdecydowanie natomiast można mówić o sugestywnym minimalizmie. Siłą tego zapachu jest przekonująco zbudowany kontrast, (który wg mnie jest warunkiem koniecznym dla powstania co najmniej intrygujących, a często także i wybitnych perfum). Dwie główne nuty lawendy i kadzidła współgrają tu perfekcyjnie. Ich zestawienie powoduje, że początkowo dominująca, najpierw lekko kwaśna (prawdopodobnie przez śladową obecność cytrusa), później coraz bardziej sucha, ale też mocno ziołowa lawenda (mam wrażenie że obecna jest tu też odrobina szałwii jako łącznik pomiędzy dwoma głównymi aromatami) stopniowo wypierana jest przez zimne niczym katedralna posadzka kadzidło. I tak się toczy ten zapach jako zakończona remisem próba sił dwóch wspaniałych perfumowych ingrediencji. Jest w tym zapachu fascynująca asceza, która doskonale wpisuje się w jego charakter.

olibanum (1)

Encens et Lavande to dzieło Serge’a Lutensa pionierskiego, z wizją i mgiełką tajemnicy, wzbudzającego jako twórca perfum zachwyt i podziw. Szczególnie, gdy umieścimy to pachnidło w kontekście roku jego premiery i faktu, że poprzedziło on zarówno kultową kadzidlaną serię Comme des Garcons, jak i Rock Crystal Oliviera Durbano, a nawet Passage d’Enfer L’Artisan Parfumeur.

Encens et Lavande pachnie całkiem wyraziście, szczególnie przez pierwsze kilkadziesiąt minut, i ma dobrą trwałość. To pozycja obowiązkowa dla każdego fana nie tylko kadziła i lawendy w perfumach, ale i niszy perfumowej w ogóle.

lutens encense et lavande

główne nuty: lawenda, kadzidło

twórca: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 1996

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

2006 – Gris Clair czyli Jasnoszary

„Jak pył rozwiewany nad martwym miastem. Tak szare, jak popiół unoszący się w rozpromienione niebo. Lawenda, a później – by do czystości dodać szarości  – dodałem kadzidło. Mam fioła na jego punkcie! W każdym znaczeniu kadzidło ma sens dla moich zmysłów.” 

Serge Lutens

Gris Clair to bardzo interesujące pachnidło, fascynujące mnie od dawna niezwykłym połączeniem prowansalskiego zioła z kulinarną zmysłowością tonki i szaloną dawką piżm.

Dziesięć lat po premierze Encens & Lavande Lutens i Sheldrake powrócili do tematu lawendy i kadzidła, przedstawiając go w innym kontekście i bogatszej oprawie – awangardowego fougere. Zamiast wytrawnej, chłodnej i dystyngowanej, woń jest czysta i gorąca oraz bardziej przyjazna. Efekt czystości zapewnia bardzo tu wyraźna nuta lawendy, wycyzelowana i „wyczyszczona”, ale nie tak mocna i nie tak wyrazista, jak ta z Encens et Lavande. Zaś ciepło wyzwala się w wyniku połączenia ambry i słodkiej tonki z potężną dawką piżm, powodujących olfaktoryczny efekt rozgrzanej żelazkiem tkaniny. Obrazowo Gris Clair można opisać jako zapach suszonej lawendy prasowanej żelazkiem. Kadzidło nie ujawnia się tu indywidualnie – raczej buduje opartą na esencji bobu tonka i piżmach bazę tego nietypowego fougere.

Zapach nie emanuje zbyt mocno, ale intrygująco otula i jest wyczuwalny na skórze przez długi czas. Preferuję go ponad Encens et Lavande ze względu na jego ciepły i męski charakter fougere. Jest bez wątpienia jednym z najbardziej osobliwych pachnideł z lawendą w centrum. Zdecydowanie wartym poznania.

lutens gris clair

główne nuty: lawenda, irys, ambra, tonka, nuty drzewne, kadzidło, piżma

twórca: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2006

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****