Terre d’Hermes – między niebem a ziemią

Tak opisywałem Terre d’Hermes w 2009 roku, czyli mniej więcej 3 lata po jego premierze:

„piątek, 13 lutego 2009

BRYLANT na perfumeryjnych półkach. A raczej krzemień….

To zupełnie indywidualna, nowa dla mnie kategoria zapachu – woń wilgotnej ziemi, minerałów, trawy, ziół – zapach bardzo wytrawny, wspaniale trwały, nie duszący, nie narzucający się, oryginalny, klasa sama w sobie. Ktoś tak pachnący musi zwrócić uwagę otoczenia i zafrapować. I tak właśnie działa – sam się o tym przekonałem.  Charakterystyczna jest jego jakby transparentność, czystość oraz deklarowany przez twórcę minimalizm. Ellena konsekwentnie realizuje swą wizję ograniczania liczby składników używanych do stworzenia perfum i Terre jest na to doskonałym przykładem. Jeśli pokusić się o jakieś porównanie, to uważam że jest to rozwinięcie koncepcji, jaką Jean-Claude Ellena zaprezentował w swoim wcześniejszym Declaration Cartiera, tyle że tamten był jakby bardziej kwiatowy, zaś Terre jest mineralny, krzemienny. No cudo po prostu. Na osobną pochwałę zasługuje flakon – przepiękny i w sposób nierozerwalny związany z charakterem zapachu i jego kampanią reklamową. Reklama to mistrzostwo smaku i dobrego gustu (można ją znaleźć na YouTube). Pomysłowa „nakrętka” zaskakuje. Całość to dzieło sztuki. Bez najmniejszych wątpliwości. Owacje na stojąco dla HERMESa i Elleny!”

Czy z perspektywy czasu coś bym w tej impresji sprzed lat zmienił? Z pewnością nie. Dokładnie pamiętam moja ekscytację, gdy po raz pierwszy, zaintrygowany niebanalnym designem flakonu, sięgnąłem po tester Terre d’Hermes w perfumerii. To był jeden z tych rzadkich momentów w życiu perfumowego maniaka, gdy doznaje on uczucia olfaktorycznej podróży  w piękne i zupełnie wcześniej nieznane rejony. Byłem zachwycony! Terre był wówczas czymś absolutnie nowym i – jak się okazało później – bardzo szybko stał się przedmiotem naśladownictwa, który wprowadził do perfumerii nuty mineralne i rodzaj wibrującej drzewności dotąd naszym nosom nieznanej.

jean-claude-ellena-redefining-luxury_2

Jean-Claude Ellena wielokrotnie podkreślał swój ogromny szacunek i podziw dla Edmonda Roudnitski, twórcy m.in. genialnego Eau Sauvage. Sam wszakże stworzył coś na miarę tamtego zapachu. Coś nowatorskiego, ponadczasowego i wyznaczającego nowe trendy, a jednocześnie zdobywającego szeroką rzeszę wielbicieli. Od premiery minęło 10 lat, a Terre d’Hermes wszedł już do kanonu męskich perfum i zostanie tam po wsze czasy. Tak samo jak Eau Sauvage.

Jak pachnie Terre? Cytrusowo, kwiatowo, mineralnie (nutą prochu strzelniczego), drzewnie. Początkowy charakterystyczny, lekko gorzki akord cytrusowy z dominującą nutą grejpfruta, nieco osłodzoną esencją z pomarańczy, łagodnie przechodzi w sygnaturowe serce zbudowane z połączenia geranium i nadającemu całości projekcji i lotności mieszance różowego i czarnego pieprzu. Dochodzące ze spodu drzewne nuty wetywerii, paczuli i cedru budują wraz z geranium ten niezwykły, natychmiast rozpoznawalny akord Ziemi Hermesa. Ale nie byłby on tak specyficzny i tak żywy, gdyby nie bardzo odważne zastosowanie molekuły Iso E Super, która stanowi aż 55% formuły, a której magiczne działanie Jean-Claude Ellena od lat wykorzystuje w swych kreacjach.

Zapach jest idealnie zbalansowany. To prawdziwy techniczny majstersztyk. Ma doskonale dostrojoną moc, projekcję i trwałość. Pozostawia za sobą intrygujący i bardzo elegancki ogonek zapachowy przez większość dnia, jednocześnie nie dominując osoby noszącej, ani tym bardziej otoczenia. Ze względu na swój chłodny (brak nut ciepłych i otulających) i nieco dystansujący charakter oraz wibrującą aurę, Terre jest pachnidłem raczej formalnym, dziennym, doskonałym do biura i na spotkania biznesowe i jako taki sprawdza się znakomicie, co docenili mężczyźni na całym świecie.

W swym minimalizmie i umiarze, w idealnym doborze niewielkiej liczby wyjątkowej jakości składników połączonych w precyzyjnych proporcjach Terre d’Hermes stanowi kwintesencję stylu Hermesa i  – co z tym nierozłącznie związane – perfumowej estetyki Jean-Claude’a Elleny.

Terre d’Hermes to niewątpliwie jedno z najważniejszych i najwspanialszych męskich pachnideł , jakie powstały w XXI wieku.

Ale Terre zachwyca nie tylko zapachem, ale także i niezwykłym flakonem, który zaprojektował Philippe Mouquet. Został on zbudowanym z wielu istotnych dla całej koncepcji elementów. Spód flakonu ma kształt litery H i jest zabarwiony na pomarańczowo (kolor Ziemi Hermesa). Emituje on pomarańczowe światło w kierunku zamkniętej we flakonie pachnącej cieczy. Ramiona flakonu pokryte zostały metalową płytką, w której, niczym z zwierciadle, odbija się niebo. Pachnąca zawartość butli rozpościera się więc pomiędzy niebem a ziemią. Dopełnieniem jest siodlarski ćwiek z logo Hermesa, stanowiący górną część atomizera oraz – bardzo oryginalny patent – opuszczana poprzez przekręcenie czarna zatyczka. Piękny i przemyślany design, jak na Hermesa przystało.

Marka regularnie wypuszcza limitowane edycje flakonu. Od stycznia 2017 roku dostępny jest w sprzedaży flakon ozdobiony wyjątkową, trójwymiarową grafiką autorstwa irlandzkiego artysty Nigela Peake’a. Grafika przedstawia miasto, jego centrum z drapaczami chmur, rozpostartymi pomiędzy ziemią Hermesa (spodem flakonu) , a niebem (ramionami). Poprzez umieszczenie części grafiki na przedniej ścianie flakonu, a części na tylnej, autor zyskał dodatkowy efekt trójwymiaru. Przy odpowiednim ustawieniu flakonu i zorientowaniu względem siebie obu jego ścianek w środku grafiki pojawia się literka H.

terre-graphics

nuty głowy: grejpfrut, pomarańcza

nuty serca: geranium, czarny i różowy pieprz

nuty bazy: paczula, wetyweria, cedr, benzoes, Iso E Super

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2006

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 6,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

Puredistance „Warszawa” – z inspiracji miastem

Dużo się ostatnio mówi o naszej stolicy, zwykle niestety w niepochlebnym kontekście. Afera goni aferę, smog truje mieszkańców, a niektórzy politycy o rozdętym do granic ego próbują urzeczywistnić utopijny sen o „wielkiej Warszawie”, wielkiej obszarem i mnogością okalających ją gmin…

Ale zostawmy politykę. Na szczęście Warszawa to coraz piękniejsza, rozwijającą się, tętniąca życiem, biznesem i sztuką metropolia, w której współczesność przeplata się z wątkami z niezwykle tragicznej historii i wspomnieniami jej świetności z czasów przedwojennych. Ten splot trudnej historii i dumnego, dynamicznego dnia dzisiejszego może być inspirujący, co potwierdza znany już czytelnikom Perfumowego Bloga Jan Ewoud Vos, właściciel luksusowej marki perfumowej Puredistance.

warszawa-panorama

To w wyniku wieloletniej fascynacji naszą stolicą połączonej ze znajomością z rodziną Missalów (a w szczególności ze Stanisławą Missalą) – właścicielami warszawskiej perfumerii Quality –  – powstały perfumy Warszawa, których światowa premiera miała miejsce w Warszawie, bo gdzieżby indziej, w perfumerii Quality,  8 grudnia 2016 roku. Data to była szczególna, gdyż w tygodniu, na który przypadał dzień premiery, Perfumeria Quality obchodziła jubileusz 25 lecia swojej działalności.

perfumeria-quality

Zapach został skomponowany przez Antoine’a Lie’a we współpracy z Janem Vosem. Nie był to pierwszy raz, gdy panowie pracowali razem. Lie zmieszał wcześniej dwa pachnidła dla Puredistance White i Black. Oba zapachy swego czasu recenzowałem na blogu zwracając uwagę na ich nowoczesny charakter i minimalizm, odróżniający je od wcześniejszych, bardziej rozbudowanych perfum Puredistance.

jan-ewoud-vos-warszawa

Warszawa to zamknięcie tradycyjnej treści kwiatowego szypru w nowoczesnej formie. Gdy słyszymy szypr, spodziewamy się czegoś zupełnie innego, retro, bardziej wyrafinowanego i ciężkiego. Warszawa jest natomiast zdecydowanie współczesna, lekka i elegancka w swym minimalizmie. To aromat bardzo kobiecy i absolutnie ponadczasowy.

Zapach rozpoczyna się świeżym akordem zielonym, w którym galbanum i liść fiołka zostały bardzo zgrabnie połączone i nieco odświeżone grejpfrutem. Ale od pierwszych sekund czuć, że za nimi skrywa się delikatny, ujmujący swą lekkością i harmonią akord biało-kwiatowy. Dość szybko przejmuje on pierwszy plan. Obok cennego absolutu z jaśminu użyto w nim jeszcze cenniejszego masła irysowego oraz absolutu janowca hiszpańskiego. Akord ten ma w sobie coś z klasyki, ale podany został w bardzo współczesny sposób. Jest też dobrze zrównoważony, tak że żaden ze składników nie wyróżnia się na tle innych. Drzewna, quasi-szyprowa baza złożona z paczuli, wetywerii i styraxu dopełnia zgrabnej całości. Celowo użyłem tu określenia „zgrabna”, bo właśnie takim jawi mi się ten zapach. Jest bardzo zwarty, konkretny, na temat, pełen bezpretensjonalnego uroku, ze zredukowanymi do niezbędnego minimum ozdobnikami.

Warszawa jest uroczą kobietą. Nowoczesną, dynamiczną, powściągliwie elegancką, niezapatrzoną w siebie, ale z odwagą patrzącą w przyszłość.

Niewiele miast na świecie ma swoje perfumy. Tym bardziej takie olfaktoryczne wyróżnienie Warszawy imponuje i wydaje się być świetnym sposobem promowania naszej stolicy i kraju za jego granicami.  Ale zanim to nastąpi, do listopada 2017 perfumy Puredistance Warszawa będą dostępne wyłącznie w Perfumerii Quality. Później nastąpi ich światowa dystrybucja.

puredistance-warszawa

nuty głowy: galbanum, grejpfrut, liście fiołka

nuty serca: jaśmin (absolut), szczodrzenica sitowata (janowiec hiszpański) – absolut, masło irysowe

nuty bazy: paczula, wetiwer, styraks

perfumiarz: Antoine Lie

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

 

 

Frederic Malle i Michel Roudnitska „Noir Epices”

Mogło to wyglądać tak:

Była końcówka lat 90-tych ubiegłego wieku. W prowansalskim miasteczku Cabris, położonym niedaleko słynnego Grasse, w pięknym domu otoczonym wielkim, pełnym wonnych kwiatów ogrodem, pracował Michel. Choć od dawna, z wielkimi sukcesami, parał się fotografią i tworzeniem prezentacji łączących obraz, dźwięk i zapach, a jego dzieła towarzyszyły pokazom najznamienitszych marek (np. Diora), to nad czym pracował przez ostatnie dwa lata, było czymś zgoła odmiennym. Złożone z wielu składników pachnidło najpierw dojrzewało w głowie Michela, później zaczęło przybierać fizyczną formę. Chciał dedykować te perfumy pięknej brunetce, niespełnionej miłości jego życia. Zapach uważał już praktycznie za skończony. Ostatnie poprawki dotyczące ilości użytej esencji z drewna sandałowego oraz olejku geranium, ale przede wszystkim dodania aldehydu pomarańczowego okazały się kluczowe dla finalnego efektu. Michel był zadowolony z tych zmian. Wcześniej przez długi czas tkwił w martwym punkcie i nie wiedział, w którą stronę podążyć. Zapachowi wyraźnie czegoś brakowało. Teraz jednak, gdy dokonał tych drobnych, ale jakże istotnych modyfikacji, czuł, że jego praca dobiegła końca. Był na tyle dojrzałym perfumiarzem, że wiedział, iż kolejne próby manipulowania proporcjami ingrediencji, choć kuszące, mogłyby zrujnować to, co już osiągnął. Sięgnął po papierowy blotter, spryskał go wonnym płynem o bursztynowo-żółtej barwie, odczekał kilkanaście sekund, aż odparuje alkoholowy nośnik, zbliżył blotter do nozdrzy, rozchylił minimalnie usta i wykonał głęboki wdech nosem… Poczuł, jak mieszanka wibrujących molekuł wpływa głęboko w jego kanały węchowe. Receptory zaczęły w szaleńczym tempie rejestrować poszczególne molekuły i przekazywać impuls elektryczny do ośrodka węchowego mózgu. Tu zaczynała się prawdziwa magia. Mózg Michela zaczął przywoływać obrazy z dzieciństwa, sylwetki bliskich, pełne kolorów obrazy. Zastawiony świąteczny stół, ozdobiona świeczkami choinka, ojciec siedzący na fotelu obok kominka z maleńką siostrą Michela na kolanach, matka krzątająca się w kuchni, dochodzące stamtąd zapachy cytrusów i świątecznego piernika…

Dzwonek do drzwi przerwał Michelowi tę niezwykła podróż w przeszłość. Odłożył wonny papierek, podszedł do drzwi i otworzył je. W drzwiach stał średniego wzrostu szczupły mężczyzna o wyrazistych oczach i pełnym pasji spojrzeniu. Jego głowę zdobiła nienagannie uczesana fryzura, z charakterystyczną falą nad czołem. Miał na sobie oliwkową, sportową marynarkę w kratę, białą koszulę z rozpiętym kołnierzykiem, jasno-brązowe chinosy i mokasyny w kolorze burgundy. W prawej ręce trzymał torbę z brązowej skóry, na której widniała logo w postaci wielkiej litery H zamkniętej w okręgu. Jak zwykle wyglądał elegancko, ale była to elegancja naturalna, niewymuszona. Michel zawsze podziwiał jego wyczucie i styl. 

– Witaj, Michel! – rzekł mężczyzna.

– Cześć, Frederic! Wejdź proszę. 

Michel wskazał gościowi miejsce na skórzanej sofie stojącej przy niskim szklanym stoliku, na którym porozrzucane były różne zdjęcia autorstwa Michela i czasopisma, w których je publikował. Sam usiadł na dużym fotelu stojącym na przeciw sofy.

Co u ciebie słychać? Jak twój perfumowy projekt? Znalazłeś już odpowiednie osoby? – zasypał gościa pytaniami wyraźnie zainteresowany Michel.

– Dziękuję, prace idą w dobrym kierunku… – opowiedział zawieszając głos.

– Opowiedz nieco więcej. Jestem bardzo ciekaw. Masz ambitny plan. Ojciec z pewnością by ci kibicował…

– Wiesz przecież, że twego ojca poprosiłbym w pierwszej kolejności.

– Tak, wiem…To już prawie 3 lata… – zamyślił się. –  Choć przecież mama zgodziła się, byś opublikował perfumy, które stworzył dla niej lata świetlne temu, więc w tym sensie on też jest w to  zaangażowany…

– Zgadza się. Nie wiesz, jaki jestem z tego powodu wdzięczny i szczęśliwy. To wspaniały zapach. Ma w sobie jego ducha…

– To prawda… 

Przez chwilę obaj milczeli, jakby zaskoczeni tym osobistym i trudnym dla Michela wątkiem rozmowy. Frederic chrząknął i postanowił przerwać milczenie:

– Wracam akurat od Jean-Claude’a. Jest bardzo chętny, a nawet podekscytowany. Pierre’a Bourdona nie musiałem długo przekonywać. Mówił, że wręcz czekał na taka okazję. Nawet Olivia Giacobetti zgodziła się coś przygotować. Właściwie to już przygotowała. Przepiękny lilak, dosłownie zwalił mnie z nóg. Nowatorski, minimalistyczny, z nutką ogórka. Mówię ci, genialny. Wymyśliłem już nawet tytuł: „Mijając się”…

– Ładnie. Poetycko. Podoba mi się. Pasuje do ulotnego stylu Olivii. 

– Rozmawiam jeszcze z Mauricem. Chciałbym, byśmy wspólnie stworzyli coś kulinarnego, zmysłowego i ponadczasowego. Facet ma niesamowity talent do takich rzeczy. Będę też – to już niemal pewne – pracował z wielkim Edouardem Flechierem!

– Wow! Doskonała wiadomość!

– Owszem. Strasznie się cieszę. Wszak to człowiek odpowiedzialny za Poison! Mam też akces Ralfa Schwiegera. Facet jest piekielnie zdolny i niesamowicie uniwersalny. Ma przed sobą wielką przyszłość.

– No i Dominique?

– Tak, mój drogi Dominique… Jest od początku zaangażowany. Wyjątkowo dobrze się zrozumiemy. Dominique to według mnie najlepszy znawca składników i ich wzajemnych relacji. Ma niesamowity warsztat. Czuję, że zrobimy razem niejedną wielką rzecz.

– Podziwiam Twój entuzjazm. Wszak czasy nie są łatwe dla takich ambitnych inicjatyw, a już w szczególności w perfumerii, która dawno przestała być haute, a stała się produktem dla mas… Czyli co,  wygląda na to, że twój plan stworzenia „super teamu” wszedł w fazę poważnej realizacji? Cieszę się ogromnie. Kibicuję ci!

– Daj spokój! Ale dziękuję za miłe słowa. Właściwie to przyjechałem do ciebie, by zapytać, czy ty także nie zechciałbyś dołączyć?

– Ja? Ależ moje perfumowe doświadczenie jest tak nikłe… Owszem coś tam komponuję, ale to raczej do szuflady… Bo kto byłby zainteresowany takim klasycznym stylem dziś w dobie dominacji syntetyki, aroma-molekuł, zapachów wodnych, powietrznych i co tam jeszcze…

– Ano właśnie ja jestem zainteresowany! Chcę przywrócić świetność artystycznej perfumerii i wyprowadzić z cienia prawdziwych twórców – takich jak ty, Michel.

– Naprawdę? Cóż…Czuję się zaszczycony, choć także nieco zakłopotany…

– To jak? Nie daj się prosić…

– Z ogromną przyjemnością. Wiesz ja nawet…

– Tak?

– Mam coś gotowego, co mogłoby cię zainteresować. Właściwie, to dziś to skończyłem, zanim przyjechałeś. Pokażę ci.

Michel wstał z fotela i podszedł do swoich perfumowych organów. Wziął stojącą z brzegu stołu buteleczkę i wraz z pękiem blotterów podał ją Fredericowi. Ten jednak sięgnął do swojej torby, z której wyciągnął czystą, wyprasowaną i złożoną w kostkę białą chusteczkę bawełnianą, rozłożył ją w powietrzu kilkoma potrząśnięciami ręki, po czym drugą ręką chwycił buteleczkę i kilkakrotnie spryskał jej zawartością śnieżnobiały materiał. Odczekał kilkanaście sekund i zaczął wymachiwać nią sobie przed twarzą. Z zamkniętymi oczami wdychał zaperfumowane i wprawione w ruch za pomocą chustki powietrze. Trwało to dobre kilkadziesiąt sekund. Michel przyglądał się z uwagą Fredericowi. Starał się nie dawać tego poznać po sobie, ale wewnątrz drżał z obawy przed oceną znajomego. Widział, że Frederic to we Francji największy znawca perfum i ich historii. Prawdziwy koneser tej tematyki. Dziadek Frederica stworzył i kierował działem perfum Christiana Diora. Byli nie tylko współpracownikami, ale i przyjaciółmi. Dior często gościł w domu Malle’ów,  a matka Frederica niejednokrotnie testowała powstające własnie pachnidła, zanim te trafiły do produkcji. Mały Frederic był od dziecka otoczony wonnymi miksturami i ludźmi z branży. 

– Doskonałe! – wykrzyknął Frederic otwierając oczy.- Michel, to jest doskonałe! To jak bożonarodzeniowy szypr! Pozwól, że zabiorę ze sobą kilka ml, by spokojnie przetestować to w domu.

– Ależ oczywiście Frederic! Możesz zabrać ten flakonik, który masz w ręku. 

– Wspaniale, dziekuję. 

Frederic schował buteleczkę w torbie, spojrzał na zegarek, który nosił na lewej dłoni na brązowym skórzanym pasku i zagaił:

– Mam jeszcze chwilę. Opowiedz mi może coś więcej o tym zapachu, Michel…

Sięgnął ponownie do swej torby, tym razem wyciągając mały notatnik oprawiony  w skórę. Otworzył go na pierwszej pustej kartce i zaczął notować słowa Michela:

– Chciałem stworzyć coś zmysłowego i kobiecego z przyprawami w roli głównej, pachnącego naturalnie i głęboko, ale jednocześnie lekko, nie przytłaczająco. Użyłem sporej dawki gałki muszkatołowej mieszając ją z cynamonem, goździkiem i czarnym pieprzem. By nadać całości lekkości, dodałem słodkie cytrusy, głównie pomarańczę. Zależało mi też na nawiązaniu do klasycznych szyprów, więc sięgnąłem po różę, ale – by nie było to zbyt ewidentne – sparowałem ją z geranium…

– Uwielbiam geranium – przerwał Frederic – Chcę kiedyś poświęcić mu osobny zapach… 

–  Baza jest klasycznie drzewna – kontynuował Michel – choć wcale nie typowo szyprowa. Zrezygnowałem z mchu dębowego i labdanum, bo to było by znów zbyt oczywiste i wtórne. Zamiast tego paczulę, bez której nie wyobrażałam sobie zmysłowych perfum,  połączyłem z wetywerią, co przydało całości drzewnej treści, ale ich przesadną kwaśność złagodziłem kremowym sandałowcem. Tę kremową nutę wzmocniłem za pomocą wanilii.  Starałem się z nią nie przesadzać, by nie popaść w orientalne klisze i nie wejść na tereny Shalimar… I chyba mi się udało, mimo że do końca nie jestem pewien, czy jest jej wystarczająco. Typowy dylemat perfumiarza… W każdym razie, indywidualnie nie sposób jej poczuć, jednak gra niezwykle ważną rolę w całości. Aha, jeszcze cedr… Jest genialnym budulcem, niczym drewniane rusztowanie. Stabilizuje całość, tak że zapach płynie gładko, nie drga. Lubię go używać niemal na równi z paczulą.  Ale przyznam ci się, że magicznym dodatkiem, który nadał całości życia, okazał się octanal. Dziś na to wpadłem i to była eureka. Przez większość czasu dominuje w tym zapachu mieszanka pomarańczy, geranium, róży i przypraw, która kojarzy mi się z okresem świątecznym. Przyprawy grają tu ważną, ale nie najważniejszą rolę. Róża owszem jest istotna, ale poprzez geranium przechyliłem ją w bardziej zieloną niż czerwoną stronę, jeżeli wiesz, o czym mówię…

– Jasne. Rozumiem to doskonale. To jednak nietypowe podejście, nowatorskie. Przez to zapach nie jest – mam wrażenie – ewidentnie kobiecy…. Podoba mi się…  Te perfumy nie mogą skończyć w szufladzie. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie ujawnił ich światu, Michel, naprawdę. Powiem ci coś jeszcze, ale nie gniewaj się… Czuję w nich styl Edmonda przefiltrowany przez twój talent i warsztat. Ta taki neoklasyczny szypr, jednak bardzo w stylu Roudnitski…

– Tak się przecież nazywam Frederic, prawda? Jego krew płynie w moich żyłach, to i może nosy mamy podobne?

Roześmieli się obaj głośno. Frederic podniósł się z sofy, chwycił torbę i skierował się do wyjścia.

– Dziękuję, Michel. To jest wielka rzecz, naprawdę. Odezwę się wkrótce co do dalszego ciągu. Prześlę ci też moje wrażenia z testów.  

– To ja dziękuję Frederic! Czekam na twój feedback.

– Jeszcze jedno. Masz już może jakąś nazwę? 

– Myślałem o „Epice Noir”…

 – To może „Noir Epices”?

– Jak najbardziej, może  być.

– Świetnie. Trzymaj się zatem. Pozostajemy w kontakcie – powiedział Frederic i zniknął za drzwiami.

Dwa tygodnie później Michel znalazł w swojej skrzynce e-mailowej taki oto list:

„Witaj Michel,

nie myliłem się co do Noir Epices. Są fenomenalne. Dziś nie robi się już takich perfum, przynajmniej w celach komercyjnych. Nosiłem je przez dwa tygodnie dzień w dzień i mam tylko jedną drobną uwagę – czuję, że warto by nieco zwiększyć udział wanilii, by jeszcze lepiej ułożyć i pogłębić zapach w jego końcowej fazie. Poza tym nic bym nie zmieniał. Jeżeli się zgadzasz, podeślij mi nową próbkę wraz z recepturą. Chcę, by Noir Epices był jednym z pierwszych zapachów opublikowanych w ramach Editions de Parfums.

PS. Odwiedziła mnie ostatnio w pracowni Catherine Deneuve. Zaprezentowałem jej twój zapach. Była absolutnie zachwycona. Błagała wręcz o flakon. Darowałem jej kilka ml i obiecałem, że jak tylko wystartujemy z produkcją, dostanie w prezencie flakon. Wiem, że komponując Noir Epices myślałeś o brunetce, ale – jak widać – jego przeznaczenie było zgoła odmienne!

Pozdrawiam

Frederic”

michel-roudnitskafmalle2

PS. Wszelkie podobieństwo wydarzeń i postaci jest tu nieprzypadkowe. Jest sporo faktów oraz odrobina fikcji.

malle-noir-epices

nuty głowy: pomarańcza, róża, geranium

nuty serca : gałka muszkatołowa, cynamon, pieprz, goździk

nuty bazy: drewno sandałowe, wetyweria, paczula, cedr, wanilia

perfumiarz:  Michel Roudnitska

rok premiery: 1999

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 5,0 / projekcja: 5,0/ trwałość: 5,0

Aedes de Venustas „Grenadille d’Afrique”

Grenadille d’Afrique znaczy tyle, co „czarne drewno”, łac. Dalbergia melanoxylon. Drzewo, z którego pozyskiwane jest drewno zwane hebanem. To heban oraz naturalne środowisko, w jakim występuje, były inspiracja dla powstania najnowszego zapachu nowojorskiej marki Aedes de Venustas, który swą premierę miał podczas tegorocznych targów Pitti Fragranze we Florencji, a który wkrótce pojawi się w wybranych perfumeriach na całym świecie. Podobnie jak w przypadku wydanego w 2015 Palissandre D’Or zapach powstał w pracowni Alberto Morillasa. Jest więc to drugie pachnidło, jakie Mistrz stworzył dla Panów Bradla i Gerstnera. Co ciekawe, oba zapachy maja drewno w nazwie i zdecydowanie drzewny charakter.

aedes-grenadille

Drzewność Grenadille d’Afrique sprowadza się do jego wetyweriowej dominanty. Wetyweria obecna jest od samego początku, choć najpierw przez krótki okres „odświeżona” bergamotką, a z czasem wsparta jałowcem, fiołkiem i lawendą. Finisz zapachu wciąż pachnie głównie haitańską wetywerią, posadowioną na ciemnym, niemal drzewnym w swym charakterze akordzie złożonym z wanilii i labdanum. Prócz swej ewidentnej drzewności zapach ma też charakterystyczną aurę mineralną. Wymienione przez mnie składniki towarzyszące wetiwerowi pracują tu na efekt końcowy, bez indywidualnego „przejmowania kontroli”. Są podporządkowane wizji twórców, którą w jednym zdaniu tak scharakteryzował Alberto Morillas:

Skamieniałe drewno nasączone akordem waniliowym

Gdy testuję pachnidło, szukam porównań z innymi, które osobie nie znającej zapachu, a czytającej recenzję, ułatwią orientację co do charakteru opisywanych perfum. W przypadku Grenadille d’Afrique takich możliwych porównań jest sporo. Najbardziej jednak adekwatnym wydaje się być Encre Noire Lalique (wersja eau de toilette). Jako całość bowiem zapach Alberto Morillasa kojarzy mi się właśnie z kultowym już pachnidłem skomponowanym przez Nathalie Lorson. Ale oczywiście są różnice. W Grenadille d’Afrique nie znajdziemy – ku mojemu zadowoleniu – kwaśnej nuty Encre Noire oraz tak wyraźnej dozy cashmeranu. Rolę cyprysu przejął tu jałowiec. Dzieło Morillasa pachnie bardziej świeżo, lekko, jest w nim więcej polotu i wydaje się być przyjemniejsze i łatwiejsze w noszeniu, przynajmniej dla mnie. Projektuje grzecznie, trwa na skórze ponad 8 godzin. Jako całość przekonuje mnie mimo, że nie jest tak oryginalne, jak choćby Palissandre d’Or. Niemniej to bardzo solidna pozycja nie tylko w portfolio Aedes de Venustas, ale także w rodzinie zapachów wetiwerowych.

aedes-grenadille-bottle

główne składniki: bergamotka, lawenda, fiołek, jałowiec, wetyweria z Haiti, czystek (labdanum), wanilia, piżmo

perfumiarz: Alberto Morillas

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 5/ oryginalność: 4/  projekcja: 4/ trwałość: 4

City Exclusives by Le Labo: „Limette 37”, „Benjoin 19”, „Cuir 28″‚ „Vanille 44”, „Baie Rose 26”

City Exclusives to seria zapachów Le Labo, które marka dedykuje i udostępnia do sprzedaży wyłącznie w wybranych miastach świata. To zapachy mające w założeniu oddawać ducha poszczególnych metropolii. Ich wyjątkowość jest wszakże głównie wynikiem owej ograniczonej dostępności oraz… horrendalnej ceny (300 USD za 50 ml), która z pewnością nie ma w tym przypadku nic wspólnego z jakością (niczym pod względem jakości nie ustępujące im perfumy Le Labo z głównej linii kosztują połowę tej ceny). Co ciekawe, każdego września City Exclusives pojawiają się w sprzedaży internetowej na stronie Le Labo oraz w kilku innych wybranych sklepach internetowych (np. LuckyScent.com). Tak więc już za kilka dni będzie można nabyć je bez konieczności odwiedzania salonu marki w Dubaju czy w Moskwie.

Jak dotąd swych własnych pachnideł doczekały się: Londyn, Dallas, Chicago, Moskwa, Dubaj, Tokyo, San Francisco, Los Angeles, Londyn, Nowy Jork i Paryż. Kilka z nich mam dziś okazję zaprezentować.

 

Limette 37 San Francisco by Frank Voelkl

SANFRANCISCO

Urodziwy, świeży i orzeźwiający zapach w swej istocie koloński, jednak o intensywności i trwałości przewyższającej klasyki tego gatunku, plasujący się  raczej obok współczesnych kolońskich wód perfumowanych typu Neroli Portofino Toma Forda czy Cologne Indelebile Frederica Malle. Co prawda w głównym katalogu Le Labo znajdziemy już zapachy podobne co do pomysłu i charakteru (szczególnie świetny Bergamote 22 oraz w mniejszym stopniu kolońskie, a bardziej biało-kwiatowe, śliczne Fleur d’Oranger 27 i  Neroli 36). Jednak Limette 37 ma swój indywidualny charakter. Ta współczesna kolońska skomponowana została przez Francka Voelkla, o którym pisałem niedawno przy okazji recenzji Ylang 49, a którego perfumiarska maestria jest od dawna obiektem mojego szczególnego podziwu.

Limette 37 rozpoczyna się – jak przystało na kolońską – od bardzo świeżego akordu, wypełnionego esencją z limonki połączoną z bergamotką i zieloną esencją petit grain. W tle wyczuwalna jest subtelnie detergentową nuta biało-piżmową, kojarzącą się z wysokiej jakości mydłem. Zapach ewoluuje odsłaniając biało-kwiatowe serce (jaśmin), doprawione subtelnie goździkiem. Baza jest oparta na ładnie spinającym całość wetiwerze oraz z umiarem użytej tonce i spore dawce białych piżm, pozbawionych jakichkolwiek konotacji cielesnych czy zwierzęcych. Reasumując- śliczne, bardzo wysokiej jakości uniseksowe pachnidło kolońskie dla tych, którzy z bardzo grubym portfelem penetrują …. ulice San Francisco.

le labo limette-37

główne nuty: limonka, bergamotka, liść gorzkiej pomarańczy, jaśmin, goździk, wetiwer, tonka, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Benjoin 19 Moscow by Frank Voelkl

moscow

Benjoin 19 to minimalistyczny zapach żywiczny, w którym nad żywicami dominuje początkowo nuta przyprawowa (różowy pieprz?), po której na czoło wysuwa się szlachetne i wciąż nico pieprzowe olibanum. Z czasem do gry dochodzi drzewny akcent cedrowy, aż wreszcie ujawnia się główny bohater – słodkawa, ciepła, gęsta i zmysłowa esencja benzoesu. Mimo swego minimalizmu zapach zmienia się więc stopniowo na skórze. Jest przez praktycznie cały czas subtelny, blisko-skórny, dość trwały, choć nie tak bardzo, jak można by się spodziewać po użytych w nich składnikach. Intrygujący, choć mnie nie przekonał, podobnie jak niegdyś testowany Gaiac 10 dedykowany Tokyo. Po prostu nie jestem fanem perfumowego minimalizmu, podobnie jak nie przepadam za rosyjską stolicą…

Le-Labo-Benjoin-19

główne nuty:  kadzidło frankońskie, cedr, benzoes, ambra, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Cuir 28 Dubai by Nathalie Lorson 

Dubai

Początkowo Cuir 28 pachnie głównie drzewną, lekko wytrawną, szlachetną wanilią. Spod niej jednak dość szybko, bo po kilku minutach, zaczyna wybijać wetyweria. Z czasem jej obecność staje się coraz wyraźniejsza. To właśnie duet dymnej wanilii z wetywerią stanowi oś tego zapachu, trwając na skórze kilkadziesiąt minut. Co ciekawe, w tej środkowej fazie zapachu mam ewidentne skojarzenia z Lalique Encre Noire A l’Extreme. Wszak oba te pachnidła skomponowała Natahlie Lorson i oba charakteryzują się połączeniem wetywerii z żywicznymi i ambrowymi elementami. Le Labo odróżnia się jednak wspomnianą mocną nutą absolutu z wanilii, ktróej na próżno szukać w pachnidle Lalique. Aromat skóry z pewnością tu nie dominuje, z zapach jako całość można z biedą próbować zakwalifikować jako skórzany, choć w sumie zdecydowanie bliżej mu do etykiety pachnidła drzewno-ambrowego. Cuir 28 pachnie blisko skóry, jest przysadzisty, gęsty, otulający. Znów – mógłby być nieco trwalszy…

le labo cuir-28

główne nuty:  skóra, absolut wanilii, nuty drzewne, wetyweria, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Nathalie Lorson

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Vanille 44 Paris by Alberto Morillas

Paris-3

Chronologicznie drugie pachnidło cyklu City Exclusives (po Tubeureuse 40 New York) skomponowane zostało przez legendę i mistrza perfumowego fachu Alberto Morillasa.

Pierwsze, co dochodzi moich nozdrzy, to pięknie podana nuta kadzidła olibanum, z początku nieco złagodzona cytrusowym duetem bergamotki i mandarynki z czasem podbita suchą, drzewną nuta gwajaku. Obecność cytrusów jest tu praktycznie niewyczulana – w tym sensie, że nie poczujemy tu indywidualnie nut cytrusowych. Podobnie jak niewyczuwalne tu indywidualnie aldehydy, tak i cytrusy pełnią rolę unoszącą ciężkie molekuły kadzidła, wanilii i gwajaku, który wyłania się spod kadzidła ładnie korespondując z wanilią (ta z kolei jest najwyraźniejsza w bazie). Mimo tych technicznych zabiegów Vanille 44 lokuje się – podobnie jak Cuir 28 czy Benjoin 19 – blisko skóry, emitując zmysłową i otulającą woń.

Typowo dla Le Labo – składnik wymieniony w nazwie zapachu nie dominuje w sposób ewidentny. Fani zmysłowej, dymnej wanilii powinni raczej sięgnąć po Cuir 28. Vanille 44 wydaje się bowiem być bardziej pachnidłem kadzilano-drzewnym, w którym wanilia – owszem obecna – nie jest wszakże głównym bohaterem.

le labo vanille 44

główne nuty:  bergamotka, mandarynka, aldehydy, gwajak, kadzidło, wanilia

rok premiery: 2007

moja ocena: Alberto Morillas

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Baie Rose 26 Chicago by Frank Voelkl

Chicago

Baie Rose 26 jest świeżą, przyprawowo-drzewną kompozycją różaną, w której róża jest lekka, zwiewna, zdecydowanie uniseksowa. Otaczają ją wzmocnione aldehydami przyprawy (mocny i wyraźny przez pierwsze kilkadziesiąt sekund akord pieprzowy będący mieszanką różowego i czarnego pieprzu z przewagą tego pierwszego oraz subtelnie użyty goździk). W bazie króluje cedr, który wraz z akordem ambrowym i piżmami utrwala zapach na skórze na wiele godzin, projektując przy tym zdecydowanie powyżej średniej City Exclusives.

Zadziwiające, jak ta chicagowska róża od Le Labo przypomina Le Labo Rose 31 z 2006 roku. Jest owszem lżejsza, świeższa, bardziej drzewna, ale mimo ta pachnie tak, jakby jej formuła była punktem wyjścia dla Franka Voelkla. Jakkolwiek było, Baie Rose 26 broni się jako odrębne pachnidło i jest moim zdaniem jednym z najlepszych zapachów serii City Exclusives, które – z pojedynczymi wyjątkami – nie zachwyciły mnie jak dotąd.

Baie Rose

główne nuty:  różowy pieprz, pieprz, aldehydy, goździk, róża, cedr, ambra, piżmo

rok premiery: 2011

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Od 2006 roku, gdy Le Labo wyemitowało pierwszy zapach z serii City Exclusives (Tubereuse 40 New York), marka ta konsekwentnie buduje wokół niej nimb wyjątkowości. Z jednej strony spore ograniczenia w fizycznej dostępności, z drugiej bajońskie sumy, jakie trzeba zapłacić za flakon tych perfum z pewnością skutecznie podtrzymują ekskluzywny status miejskiego cyklu. Jednak same zapachy, czego osobiście doświadczyłem, nie są niczym nadzwyczajnym. Co więcej, moim zdaniem nie dorównują ani pomysłami, ani kompozycjami tańszym (co nie znaczy tanim) perfumom Le Labo z głównej linii. Czy jest więc seria City Exclusives sztucznie nadmuchaną niby-luksusową bańką? Moim zdaniem – zdecydowanie tak. W jej przypadku marketing wyjątkowo mocno- nawet jak na standardy branży perfumowej – oderwał produkt i jego wartość od rzeczywistości.

Lalique „Encre Noire A L’Extreme”, czyli jak naprawiono pierwowzór (choć przecież nie był popsuty…)

Kultowy już Encre Noire od Lalique kończy w tym roku 10 lat. Mimo – albo dzięki – niewytłumaczalnej reformulacji, jakiej został poddany zaledwie kilka lat po premierze, wciąż obecny jest na półkach perfumerii. Tak sobie myślę, że być może został on „poprawiony”, by spodobał się szerszej klienteli, aniżeli tylko perfumowym koneserom, którzy natychmiast w sposób bezkrytyczny – całkowicie zresztą słusznie – pokochali Encre Noire za niezwykłe, unikatowe, niszowe w swej treści i jakości połączenie dwóch gatunków wetywerii, cyprysu i Cashmeranu z Iso-E -Super w jedną mroczną i poruszającą wysublimowane gusta całość. W międzyczasie – w 2013 roku – marka przedstawiła zaskakującą, ale naprawdę udaną wersję Sport. Zeszły rok przyniósł premierę, która rozgrzała nozdrza fanów Czarnego Atramentu. Już sama zapowiedź Encre Noire A L’Extreme, opisywanego jako eau de parfum, musiała przyśpieszyć bicie serc wszystkich tych, którzy czarny flakon w kształcie kostki trzymają na honorowym miejscu swej kolekcji. Przyznam, że i ja – mimo moich ambiwalentnych odczuć wobec Encre Noire (o czym pisałem w recenzji) – poczułem się mocno zaintrygowany. Wiadomo było, że będzie gęściej i że zapach opracowała nie kto inny, tylko Natahlie Lorson odpowiedzialna za obydwie wcześniejsze wersje Encre Noire.

lalique encre-noire a lextreme 2

Nazwa zapachu mogłaby wskazywać na jakąś wyjątkową intensywność czy moc, ale prawda jest taka, że o żadnych ekstremizmach nie ma tu mowy. A l’Extreme to raczej wyważona w swej mocy, pogłębiona i ocieplona za pomocą żywic (elemi w akordzie głowy, kadzidło w sercu, a syjamski benzoes w bazie) i – uwaga – irysa (!) wersja klasyka, którą odważę się nazwać… ambrową. Nie zmieniło się to, że główne role w zapachu gra duet wetywerii i cyprysa, choć ta pierwsza (mimo deklarowanego użycia – podobnie jak w eau de toilette – esencji z dwóch gatunków) jest tu mniej wyrazista. Nie czuję tu za to w ogóle specyficznej, wilgotnej nutki cashemranu, która tak istotną rolę odgrywa w edt (przez co – teraz już to wiem – nigdy nie stałem się fanem tamtej wersji). Jest za to irys, paczula (choć nie wyczuwalna indywidualnie, to jednak – jak wiemy – potrafi czynić magię) oraz cały zestaw cudnie ciepłych, gęstych żywic, które wznoszą kompozycję Lorson na kolejny poziom i każą mi pokiwać głową z uznaniem.

A L’Extreme rozwija się na skórze od nieco iglakowego, złagodzonego bergamotką (która współgra z cytrusową naturą woni elemi), ciepłego wstępu przez jeszcze cieplejsze wetiwerowo-irysowo-żywiczne serce (kadzidło występuje tu jako kolejna żywica, nie zaś nuta dymna, a irys w połączeniu z żywicami kieruje przez moment moje skojarzenia do Dior Homme Parfum), aż po – urocze muszę przyznać – zwieńczenie w postaci delikatnej, aczkolwiek całkiem długo obecnej na skórze zmysłowej, gęstej, emanującej żywiczną słodyczą benzoesu i ciepłą drzewnością sandałowca bazą. Ta z kolei- zaskakująco – kojarzy mi się z drydownem mojej ulubionej Prady Amber Pour Homme, choć ma zdecydowanie mniejszą projekcję. Także w bazie – po odpowiednio długim czasie, szczególnie na papierku testowym – trudno nie zauważyć jeszcze jednego starego znajomego z pierwszej wersji – Iso-E-Super.

Znany z klasycznej, a także sportowej wersji flakon tym razem został tylko w swej dolnej połowie pokryty czarną, nieprzezroczystą farbą (dla odmiany matową), dzięki czemu odsłonięto piękną, koniakową barwę cieczy. Pod czarną drewnianą zatyczką z logo marki kryje się czarny atomizer. Jak zwykle u Lalique, butla jest perfekcyjnie wykonana i sama w sobie stanowi wartość estetyczną. To po prostu piękny przedmiot, szczególnie gdy ktoś gustuje w regularnych, „męskich” kształtach. Ze względu na bardzo grube szkło, ma solidną wagę.

Encre Noire A L’Extreme to według mnie nie tylko udana wariacja na temat protoplasty, ale – jako całość – pełniejsze, głębsze i  – po prostu – piękniejsze od niego pachnidło. Siłą rzeczy, poprzez obfite użycie z natury ciężkich składników żywicznych, zapach „nabrał masy” i zachowuje się na skórze dość ociężale, nie chcąc zbytnio – mimo wspomnianego ładunku Iso-E-Super –  unosić się w przestrzeń i pozostając w bezpiecznej odległości od otoczenia, a chwilami wręcz stając się niezauważalnym dla noszącego (co ciekawe, głównie w sercu, bo szczęśliwie baza zdaje się magicznie dawać o sobie znać). Nie ujmuje mu to jednak nic z jego wyrafinowanej urody. A L’Extreme to przykład na to, że tzw. flanker może przewyższyć pierwowzór. Potwierdza też, że na czele działu perfum w Lalique stoi ktoś, kto wie, co znaczy perfumowy kunszt, i kto niekoniecznie kieruje się zyskiem podczas podejmowania decyzji dotyczących kształtu nowych perfum (Te perfumy ze względu na swe wyrafinowanie i niepopularny charakter nie mają szans na komercyjny sukces! Świat TAKI nie jest!). I choć – póki co – moim absolutnym faworytem spośród męskich perfum tej marki pozostanie doskonałe Hommage a L’Homme, to Encre Noire w wersji A L’Extreme zajmie – wszystko na to wskazuje – chwalebną drugą lokatę.

Przynajmniej do czasu, gdy nie wypróbuję tegorocznego L’Insoumis, ale to już temat na kolejną, oby natchnioną recenzję…

lalique encre-noire a lextreme

nuty głowy: bergamotka, cyprys, elemi

nuty serca: kadzidło, irysa, wetyweria (dwa gatunki – z Jawy i z Haiti) 

nuty bazy: drewno sandałowe, paczula, benzoes syjamski

rok premiery: 2015

moja ocena: Nathalie Lorson

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

Le Galion – jak feniks z popiołów

La Galion logo

Francuska marka Le Galion szyci się niezwykłą i dość długą historią. Powołana do życia jako dom perfumeryjny w 1930 roku przez Księcia Murata, już po pięciu latach trafiła do rąk niejakiego Paula Vachera, perfumiarza, który zdążył był już pracować z Guerlainem oraz Lanvinem (współtworzył słynny Arpege). Ten w 1936 roku zaprezentował Sortilege – pachnidło, które szybko stało się absolutnym przebojem salonów (nosiła je sama Marilyn Monroe). Potem powstały kolejne: Bourrasque, Brume, Tubeureuse, Iris. Wszystkie słynęły z bogatych w naturalne składniki receptur, nieprzeciętnej elegancji i piękna. Nic dziwnego, że gdy w 1946 roku Christian Dior i Serge Heftler-Louiche (dziadek Frederic Malle!) szukali kogoś, kto skomponowałby dla Diora pierwsze perfumy, Vacher wydawał się naturalnym, choć z pewnością niełatwym wyborem (był wówczas jednym z kilku najbardziej znanych i najwybitniejszych francuskich perfumiarzy obok Edmonda Roudnitski, Etnesta Beaux, Ernest Daltroffa czy Jacquesa Guerlaina). Vacher stworzył dla Diora szyprowe perfumy nazwane Miss Dior.

paul-vacher
Paul Vacher

Niezależnie od tego perfumiarz rozwijał własną markę Le Galion i w ciągu kolejnych niemal 30 lat (zmarł nagle w 1975 roku) dzielił swe obowiązki pomiędzy nią, a rolę głównego producenta perfum dla Christania Diora. Warto wiedzieć, że Vacher jeszcze raz zasiadł przy perfumiarskich organach na zlecenie Diora, aby w 1963 stworzyć Diorling. Ale lata 60-te i początek 70-tych to przede wszystkim kolejne pachnidła Le Galion, m.in. Vetyver (1968).

Diorling

Po śmierci Paula Vachera za sterami firmy na kilka lat stanęła jego córka, Dominique De Urresti. W latach 80-tych Le Galion zakupili Amerykanie i bardzo szybko rozłożyli firmę na łopatki. Byłby Le Galion już wyłącznie historią, gdyby nie Nicolas Chabot, który kilka lat temu zakupił prawa do marki i reaktywował ją w bardzo dobrym stylu, przywracając z pomocą francuskich perfumiarzy (Vanina Muracciole, Marie Duchene, Anne-Sophie Behaghel, Amelie Bourgeois, David Maruitte, Thomasa Fontaine) słynne klasyki we współczesnych wersjach oraz dodając zupełnie nowe pachnidła.

Nicholas Chabot

Chabot zadbał nie tylko o treść pachnideł, ale także o ich formę. Współczesny Flakon Le Galion nawiązuje swym oszczędnym i eleganckim, bezpretensjonalnym designem do butli, w jakiej sprzedawane było Sortilege z czasów swej świetności:

Old Sorilege

Poniżej zdjęcie kolekcji Le Galion eksponowanej podczas Esxence 2016:

Gallion

Ona czyli Sortilege A.D. 2014

Ulubione (zapewne obok No 5 Chanela) perfumy Merylin Monroe także dziś pachną niezwykle kobieco i bardzo w stylu odległych już lat 30-50 tych XX wieku. Tradycyjna i sprawdzona tysiące razy mieszanka wszelkiej maści składników kwiatowych (z dominującymi ylang ylang i jaśminem) z aldehydami na drzewno-ambrowej bazie i sandałowcem jako głównym elementem rusztowania, nigdy, przenigdy nie wyjdzie z mody. Oby zresztą tak było, bo trudno przecież znaleźć bardziej ponadczasowo kobiecy aromat, niż ten prezentowany przez Sortilege, w jakimś sensie – jak każdy tego typu zapach po 1921 roku – dłużnika Ernesta Eaux i jego Chanel No.5. Bowiem po 1921 roku wszystkie pachnidła o podobnej woni chcąc nie chcąc muszą być porównywane do królowej. A królowa jest przecież jedna…

marilyn-monroe-sortilege-perfume-300x229

Trzeba wszakże przyznać, że współczesna wersja Sortilege pachnie bardzo szykownie, harmonijnie i mimo ewidentnej retro metryki, całkiem „dzisiejszo”. Aldeyhydy zastosowano z umiarem (nie to co w dziele Beauxa :)), a kwiatowy bukiet pachnie po prostu nieziemsko. Doskonała jest jakość składników, a kompetencja, z jaką wykonano samą kompozycje – bezdyskusyjna. Godzien podziwu zaś polot, z jakim reaktywowano klasyczną, niemal kultową woń.

Sortilege A.D. 2014 pachnie jak dzieło wybitnego kompozytora, zagrane przez współczesnego wirtuoza  na najlepszej jakości skrzypcach. Takiej muzyki słucha się nie tylko z największą przyjemnością, ale także z zachwytem, podziwem i szacunkiem dla twórców.

Sortilege są współcześnie nienachalne, ale nie należy zapominać, że choć podana wg dzisiejszych reguł, jest to kompozycja w starym stylu. Fanki współczesnych perfum cukierkowych, owocowych i syntetyczno-kwiatowych, słynące z robienia sobie selfie przy każdej okazji i umieszczania ich bez zastanowienia na Instagramie, prawdopodobnie skomentują ten zapach jako – delikatnie mówiąc – „babciny”. Błąd. Przede wszystkim w rozumowaniu. Każda babcia była przecież niegdyś młodą, a później dojrzałą kobietą. Jeżeli pachniała Sortilege, to musiała robić oszałamiając wrażenie. Bo Sortilege jest oszałamiająco kobiecy. A jest tego jedna zasadnicza przyczyna –  to perfumy przeznaczone dla kobiet, nie zaś mentalnych podlotków…

sortilege_le-galion

nuty głowy: konwalia, bez, ylang-ylang, aldehydy

nuty serca: egipski jaśmin, mimoza, narcyz, róża turecka, irys

nuty bazy: indonezyjski sandałowiec, wetiwer, labdanum, piżmo, ambra

twórca: Paul Vacher/ Marie Duchene

rok premiery: 1936/ 2014

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

On czyli Vetyver A.D. 2015

Przypomnijmy – lata 50-te i 60-te ubiegłego wieku były czasem popularności zielono-ziemistej nuty wetywerii w pachnidłach już wówczas kierowanych do gentlemanów. Carven Vetiver (1957), Vetiver od Guerlain (1959), Eau de Vetyver od Givechy (1959) stanowiły swoistą męską odpowiedź na aldehydowo-kwiatowe pachnidła kobiece. Paul Vacher doskonale czuł rynek, więc w 1968 roku wypuścił własną wodę wetiwerową – Eau de Vetyver.

eau de vetyver galion

Nicholas Charabot i Thomas Fontain przywrócili ją światu w 2015 roku pod uproszczoną nazwą Vetyver. Podobnie jak Sortilege nie przypomina współczesnych perfum kwiatowych, tak Vetyver nie jest aromatem wetiwerowym w dzisiejszym tego słowa rozumieniu (w typie Vetiver Extraordnaire Frederica Malle, Sycomore Chanel, Encre Noire Lalique czy Grey Vetiver Toma Forda). Wszystkie wymienione to na wskroś współczesne interpretacje tematu, podczas gdy Vetyver Le Galion pod względem kompozycyjnym wyraźnie tkwi w przeszłości. Przede wszystkim nie wetiwer jest tu głównym aktorem. Zielony, niemal trawiasty, lekko gorzki początek zbudowany jest głównie z esencji liścia gorzkiej pomarańczy (petit grain) i bergamoty, spod których wybija się szorstko pachnąca gałka muszkatołowa. Intro naturalnie przeistacza się w mocno ziołowe, szorstkie serce złożone z szałwii, lawendy, petitgrain, estragonu i kolendra. Spore nagromadzenie takich a nie innych ingrediencji ziołowych przydaje całości retro sznytu. Z czasem zapach nabiera utrzymującego się już do końca drzewno-mszystego charakteru i finiszuje cichnąc, podczas gdy ja wciąż czekam na tytułowy wetiwer…

Vetyver to mocno klasyczne w swym charakterze i utrzymane w konwencji retro bardzo męskie pachnidło dla raczej dojrzałego mężczyzny. Można go śmiało potraktować jako męski odpowiednik Sortilege, gdy chodzi o to, co proponuje Le Galion.

Czuję, że jego obecna wersja zachowała bardzo wiele ze swego poprzedniego wcielenia. Jednak w porównaniu ze starszym przecież Vetiverem od Guerlaina wypada mało przekonująco. Ale mało co przecież może równać się z arcydziełem młodziutkiego Jean-Paula Guerlaina…

 

Le Galion Vetyver

nuty głowy: bergamotka, włoska mandarynka, gałka muszkatołowa

nuty serca: szałwia, lawenda, petit grain, estragon, kolendra

nuty bazy: wetiwer, sandałowiec, bób tonka, piżmo

twórca: Paul Vacher/ Thomas Fontaine

rok premiery: 1968/ 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ****

 

 

PS. Perfumy La Galion dostępne są w perfumerii Quality Missala.