Piotr Czarnecki – „Scent of Dance”, czyli jak z tańca zrobić perfumy?

O Piotrze Czarneckim, a właściwie o tworzonych przez niego perfumach, chciałem napisać na Perfumowym Blogu już kilka lat temu przy okazji niebywałego sukcesu, jaki odniosły perfumy jego autorstwa. Mowa tu o Sensei (2013), dzięki któremu Piotr – na codzień instruktor tańca i właściciel szkoły tańca – znalazł się w gronie finalistów amerykańskiego The Art and Olfaction Awards w 2014 roku i osobiście wziął udział w uroczystej gali z okazji przyznania nagród, która odbyła się w Los Angeles.

Piotr Czarnecki
Piotr Czarnecki, copyright Agencja Gazeta

Mimo, że byliśmy w kontakcie, nie składało się jakoś i recenzja Sensei nigdy nie powstała. Na szczęście okazało się, że Sensei – ten prawdziwy precedens w historii polskiego perfumiarstwa – miał swój ciąg dalszy. Piotr zachęcony jego sukcesem (przemianował go na Shihan) następne lata wykorzystał pracując nad kolejnymi pachnidłami. Już rok po premierze Sensei, perfum o raczej męskim charakterze, światło dzienne ujrzał Shihan She, perfumy przeznaczone dla kobiecej skóry. Zeszły rok przyniósł zakończenie prac i wylansowanie trzech kolejnych pachnideł Piotra: Kiviskin, Bleubijou i Venom of Angel.

Dzięki uprzejmości Piotra mam dziś w końcu okazję podzielić sie wrażeniami na temat jego perfumowej twórczości. Zacznijmy – a jakże – od Shihan.

 

Sklep kolonialny

Pamiętacie jeszcze, jak pachnie słynny pierwszy zapach Comme des Garcons? Shihan przypomina mi go w pierwszych minutach. Podobne połączenie nut przyprawowych (z goździkiem i cynamonem w rolach głównych) z ambrowym tłem. Shihan dodatkowo jeszcze emituje jakże mi drogie nuty nut kawy,  whiskey i tytoniu, zamieniając się w coś, co określiłbym zapachem wnętrza sklepu kolonialnego. Aromat ten nie po raz pierwszy został zamknięty we flakonie perfum. Nie jest więc Shihan w żadnej mierze oryginalny, ale jak debiut perfumiarza – amatora z pewnością zasługuje na uwagę i uznanie. Poza tym pachnie naprawdę ładnie – jest zbalansowany, nasycony, złożony. Ale – przy całym swoim uroku – nosi kompozycyjnie wyraźne cechy debiutu, intryguje owszem początkowymi nutami, które trzymają się jeszcze nieźle w fazie serca, zapach mocno gaśnie w drydownie i czegoś mu tu wyraźnie brakuje.

shihan

główne nuty: goździk, kawa, whiskey, ambra,

 

Karmelowa róża

Choć Shihan to bezdyskusyjnie uniseks, Piotr zdecydował się na stworzenie także jego damskiego „odpowiednika”. She Shihan zbudowane zostało na kanwie poprzednika, ale perfumiarz ozdobił go nutą róży oraz śliwki. Przyznać muszę, że efekt jest naprawdę dobry, bo obie te nuty połączyły się w jeden akord o oryginalnej woni, wcale nie ewidentnie kwiatowej czy owocowej, ale za to wyraźnie kobiecej. Przyprawowy charakter poprzednika złagodził zaś puchatą wanilią. W rezultacie w sercu She Shihan pachnie jak róża oblana karmelem i muszę przyznać, że jest to zapach bardzo przekonujący i skazany na uwielbienie przez panie. Dzięki olejkowi różanemu She Shihan lepiej emanuje ze skóry i ma w sobie znacznie więcej życia, niż dość statyczny i stateczny Shihan. Wanilia okupuje bazę stanowiąc ładne zwieńczenie całości.

shihan she

główne nuty: róża, śliwka, przyprawy, wanilia

 

Zielona skóra

Kiviskin od pierwszych nut zaskakuje niszowym charakterem, który na pierwszym etapie początkowo kojarzy mi się z estetyką niektórych pachnideł Oliviera Durbano. Akord otwarcia jest naprawdę intrygujący i bardzo mocny. Wirująca mieszanka zielonej nuty fiołkowej i sporej dawki kręcących w nosie przypraw (szafran, pimento, gałka muszkatołowa) spodoba się poszukiwaczom mocniejszych i zupełnie niesztampowych wrażeń perfumeryjnych. Aromat ten – siłą rzeczy – niczym huragan sieje spustoszenie w naszych nozdrzach (i zapachowej pamięci – obrazki wspomnień zmieniają się jak w kalejdoskopie), by dość gwałtownie zniknąć i pozostawić po sobie woń powalonych drzew cedrowych, nad którymi unosi się zapach orzechów oraz – uwaga – skóry. Teraz z kolei bliżej mu do niektórych propozycji L’Artisan Parfumeur z okresu współpracy z Bertrandem Duchaufourem (zieleń Timbuktu połączona z orzechami Mechant Loup). Z czasem centralną nutą zapachu staje się skóra, której zwiastun wyczuwalny jest tak naprawdę już na samym początku. Kiviskin to bardzo oryginalne i intrygujące pachnidło zielono-skórzane. Czuć, że Piotr poszukuje nowych akordów i to z powodzeniem. Sam choć przewąchałem już wiele perfum, nigdy wcześniej takiego aromatu nie spotkałem.

kiviskin

główne nuty: przyprawy, fiołek, orzech, cedr, skóra

 

„Na (zielone) jagody”

Owocowo-zielone intro o potężnej mocy stopniowo traci swą niesamowicie intensywną zieloność i przechodzi w łagodniejsze, nieco bardziej owocowe serce, spod którego przebija słodkawa nuta kawy i coś jeszcze, jakaś nuta, której nie umiem zidentyfikować (może to wspomniana w składzie borówka?). Kontrast – ten środek artystycznego wyrazu potrafi być w perfumerii szczególnie efektowny, gdy umiejętnie zbalansowany. Połączenie nut w przyrodzie niewystępujące, nieodczuwalne także w naszym otoczeniu, może wzbudzić zainteresowanie, a nawet zachwyt, ale może też mieć czasem szokujący charakter. W Bluebijou stosuje kontrast zielone-słodkie, co troszkę szokuje i troszkę zachwyca. Wynikać to może ze zbyt przytłaczającej w swej mocy zawartości zielonej esencji fiołka i zbyt małej kawowo-czekoladowej przeciwwagi. Potrzeba sporo czasu, by zapach ułożył się w całkiem przyjemny aromat raczej linearny, który niewiele się zmienia w czasie poza tym, że traci (bardzo powoli) swój pierwotny impet, aby na końcu uraczyć nas mocnym piżmowym drydownem, na wierzchu którego czuć resztki kawy.

bluebijou

główne nuty: fiołek, borówka, kawa, piżmo

 

Anielski jad

Chyba najbardziej „perfumowy” z wszystkich perfum Piotra – póki co. Mam na myśli to, że pachnie bardziej profesjonalnie, a mniej rzemieślniczo. Nie znaczy to, że pachnie gorzej od innych. Przeciwnie – Venom of Angel to mój ulubione pachnidło Piotra Czarneckiego. Przede wszystkim akordy są tu trudne do rozszyfrowania, czuć efekt synergii składników, zapach stanowi monolityczną całość, ciekawie się rozwija i naprawdę dobrze sprawuje się na skórze przechodząc od słodkawo-pikantnego początku z wyraźną nutą kokosa niesioną w przestworza przez czarny pieprz, przez intrygujące, słodkawo-zielone (aloes, bluszcz, trzcina cukrowa) serce, aż po bardzo charakterystyczną, dość wyraźną i sygnaturową bazę z m.in. cedrem, która kojarzy mi się nieco z finiszem fougere. Jest w niej ten męski pierwiastek charakterystyczny dla perfum tego gatunku.

Testując Venom… w „teście niewidomego” mógłbym spokojnie pomyśleć, że to kolejne perfumy jednej z bardziej zapachowo przyjaznych marek niszowych lub kolejna propozycja jednej z marek designerskich słynących z bardziej odważnych i wymagających jak na mainstream kreacji. I nie traktuję tego jako zarzutu, tylko raczej jako komplement dla rozwijającego się warsztatu Piotra. Jako całość Venom of Angel to wg mnie jego najbardziej dojrzałe perfumy. Absolutnie uniseksowe, a nawet – w drydownie – bardziej męskie.

venom

główne nuty: kokos, aloes, bluszcz, trzcina cukrowa, cedr

 

Piotr Czarnecki wyraźnie się rozkręca. Jego najnowsze pachnidła dobitnie o tym świadczą. Nasz rodzimy perfumiarz ma intrygujące pomysły, które z powodzeniam przekłada na olfaktoryczne opowieści, a te nie tylko interesująco pachną na testowym papierku, ale również – a może nawet przede wszystkim – na skórze, ciesząc noszącego i intrygując otoczenie. Co jest szczególnego w perfumach Piotra to fakt, że są one autentyczne. To małe dzieła perfumowej sztuki, zapachowe zwieńczenia wizji i poszukiwań Piotra, ograniczonych jedynie paletą dostępnych składników i jego umiejętnościami. Tu nie ma kalkulacji. Jest za to szczery artystyczny przekaz. Trzymam kciuki za rozwój perfumowej działalności Piotra, mając nadzieję, że stworzy on kiedyś perfumy dedykowane mężczyznom – takie z wetiwerową dominantą, bergamotą, tytoniem, mchem dębowym i … dużą dawką jego talentu.

 

PS. Dla zainteresowanych poniżej reportaż o Piotrze i jego perfumiarskiej pasji.

Reklamy

Carner Barcelona – „Oriental Collection”, ślepy zaułek w Barcelonie

Po całkiem udanej Black Collection i nijakiej Floral Collection, chyba najbardziej znana hiszpańska perfumowa marka niszowa przedstawiła właśnie Oriental Collection, na którą – podobnie jak w przypadku ostatnich wyżej wymienionych dwóch dwóch kolekcji – składają się trzy pachnidła.

Carner Barcelona Oriental Collection

Megalium

Przyprawiona cynamonem, gałką, pimento i pieprzem słodko-żywiczny kadzidlak. „Ale to już było” i to wielokrotnie. I to dawno temu. Wciąż jednak – jak widać – lubi wracać, mimo że przecież słowa piosenki mówią coś zupełnie innego…

Botafumeiro

Przyprawiony pieprzem i gałką kadzidlak, rozpoczynający się bardzo podobnie do słynnego Bois d’Encens Armani Prive (choć wstęp jest mniej pikantny i drzewny, za to złagodzony przez cytrusy), dość szybko jednak tracący początkowy impet i w przeciwieństwie do przywołanego dla porównania arcydzieła minimalizmu Michela Almairaca, Botafumeiro nie oferuje nic interesującego poza wspomnianym początkiem. Szkoda.

Ambar del Sur

Po prostu żywiczny, ciepły zapach ambrowy, jak dziesiątki innych. Nuda.

Carner Oriental

Oriental Collection potwierdza wg mnie na to, że Sara Carner wyraźnie skręciła w ścieżkę komercyjną. Granie znanych i przyjemnych melodii niejednemu już przyniosło zyski, choć niekoniecznie chwałę. Zapachy te są poprawne. Tyle i tylko tyle. Cechuje je wtórność i zachowawczość oraz raczej dyskretny charakter. Już Black Collection trochę niepokoiła wtórnością, choć same zapachy broniły się jakością. Flower Collection niczym mnie nie zachwyciła. Ostatnie wg mnie naprawdę intrygujące i udane pachnidła Carner to Paolo Santo i Costarella. Także w najstarszej Woody Collection znajdziemy znacznie lepsze pozycje, niż te składające się na miałką w mojej ocenie Oriental Collection. I nawet te piękne flakony jej nie ratują. Niestety.

Le Galion „Sang Bleu” – gdy „Kouros” spotyka „Aventusa”…

Czy Le Galion jest marką arystokratyczną? Obecnie, w czasach gdy ta warstwa społeczna praktycznie przestała istnieć, raczej nie. Ale w czasach swej świetności w latach 30-tych, 40-tych czy 50-tych z pewnością nią była. Opisałem już jej historię swego czasu na Perfumowym blogu przez pryzmat dwóch klasycznych kompozycji Sortilege i Vetyver.

Przypomnijmy. Bazująca głównie (choć nie tylko) na recepturach stworzonych przez legendarnego Paula Vachera (twórcy m.in. Miss Dior i Diorling) marka prezentuje estetykę perfumową przeszłości zamkniętą w idealnie do tego pasującym flakonie. Nicholas Charabot – reaktywator Le Galion, nadający jej  artystyczny kierunek – dba o to, by oferowane przez niego perfumy prezentowały najwyższy poziom, ale jednocześnie miały współczesny szlif, przy zachowaniu tradycyjnej francuskiej estetyki.

Sang Bleu – bohater dzisiejszej recenzji – jest kolejnym doskonałym przykładem tej filozofii działania. Przykładem wyjątkowo wyrazistym, którego receptura pierwotnie stworzona (ale nie skończona) przez Vachera na początku lat 70-tych XX wieku, została dokończona współcześnie przez jednego z perfumiarzy współpracujących z Charabotem.

Sang Bleu to klasycznie męskie, „muskularne” – jak opisuje marka – perfumy o ponadczasowym cytrusowo-ziołowo-drzewno-piżmowo-skórzanym aromacie, który mężczyźni znają od pokoleń, a który najpełniej i najbardziej wyraziście obecny jest w postaci genialnego Kouros YSL. Także fotografia z wizerunkiem nagiego mężczyzny towarzyszący zapachowi budzi jednoznaczne skojarzenia z reklamami Kouros i Body Kouros, ale nawiązuje też do słynnej i kontrowersyjnej fotografii promującej M7 YSL. Tak czy inaczej wyraźnie wskazuje na charakter zapachu, choć – przyznam – może wzbudzać dwuznaczne skojarzenia.

La Galion Sang Bleu

Ze względu na fakt, że Pierre Bourdon stworzył Kourosa mniej więcej dekadę po tym, jak Paul Vacher przerwał pracę nad Sang Bleu, można powiedzieć, że Le Galion pachnie jak jego protoplasta. Przy czym jest między nimi jedna zasadnicza różnica, nawet gdy porównamy Sang Bleu do aktualnie produkowanej wersji Kourosa. Zapach Le Galion jest pozbawiony „brudnej”, ziołowo-cywetowej nuty, która jest tak charakterystyczna dla Kourosa. Fani perfum porównują Sang Bleu do dawno nieprodukowanego już Kouros Fraicheur. Ja tego podobieństwa (choć wydaje się logiczne) nie mogę potwierdzić, gdyż nie znam tej wersji laurentowskiego klasyka. Jedno jest pewne – Sang Bleu mimo swych oczywistych retro korzeni pachnie bardzo współcześnie.

Sang Bleu otwiera się znajomym cytrusowo-ziołowym akordem, jednak o wyjątkowej urodzie, w którym piękny, wyważony i nienachalny bukiet cytrusów z przewagą pomarańczy połączony został z przydającym zielonego akcentu, subtelnie użytym galbanum i okraszony ziołami (rozmaryn i estragon) oraz zrównoważony eukaliptusem i suchą nutą bylicy. Czuć tą złożoność akordu otwarcia, co jest nie lada gratką dla mej perfumaniackiej duszy. Serce zapachu jest niemniej złożone. W nim do głosu dochodzą nuty kwiatowe umiejętnie ułożone w męski bukiet oraz przyprawy. Całość emituje subtelnie owocowy aromat, co może być efektem połączenia fiołka, róży i eukaliptusa. Wszystko to osadzono na klasycznym, bardzo solidnym drzewnym fundamencie z cedru, paczuli, sandałowca i wetywerii.

Klasyczna struktura, bardzo tradycyjne, wyczuwalnie wysokiej jakości składniki i doskonała kompozycja przekute zostały w na wskroś współczesny męski zapach. Bo Sang Bleu ma dwoistą naturę – z jednej strony klasyczny, z drugiej posiada bardzo współczesne akcenty, które nie pozwalają na przypięcie mu łatki retro. Zaskoczę pewnie wielu, ale ja testując i nosząc Sang Bleu wyczuwam w sercu niby-owocową nutę kojarzącą mi się z Creed Aventus. Tak jest! Zachęcam, by to sprawdzić. Parametry zapachu nie pozostawiają żadnych życzeń. Sang Bleu pozostawia wyraźny ogon, pięknie ewoluuje na skórze i jest naprawdę trwały. Ten zapach to jedna z największych niespodzianek, na jakie trafiłem w ostatnim czasie. Sam w sobie może nie odkrywczy, ale pod każdym względem świetny. Kwintesencja męskiej perfumerii.

Le-Galion-Sang-Bleu

nuty głowy: galbanum, bergamotka, pomarańcza, cytryna, bylica, rozmaryn, eukaliptus, estragon

nuty serca: geranium, jaśmin, róża, fiołek, różowy pieprz, goździk

nuty bazy: cedr, paczula, drewno sandałowe, wetyweria

perfumiarz: pierwotnie Paul Vacher; obecnie współczesny perfumiarz, którego nazwiska marka nie podaje, niemniej biorąc pod uwagę charakter zapachu i pewne fakty, mam swoje podejrzenia – Nicolas Charabot pracuje ostatnimi czasy z Rodrigo Flores-Roux, tym samym, który kilka lat temu popełnił bardzo Kouroso-podobny El dla Arquiste i który wyjątkowo dobrze czuje się we współcześnie podanej retro estetyce

rok premiery: 2016

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5-4,0

Bleu de Chanel Parfum – lepsze jest wrogiem dobrego

Od niedawna w perfumeriach dostępny jest Bleu de Chanel w wersji Parfum. Nie ukrywam, że z zainteresowaniem czekałem na premierę i pierwsze testy.

Parfum to zwykle wersja o koncentracji powyżej 20% (nawet do 30%), przez to o bardziej gęstym, złożonym i zwykle zmysłowym charakterze, mająca najczęściej charakter orientalny, ambrowy, skórzany lub drzewny, w której skupienie nut bazy jest największe.

To w konsekwencji powoduje, że zapach jest zwykle ponadprzeciętnie trwały (choć nie zawsze) i sadowi się blisko skóry, co oznacza, że mało kto poza noszącym go czuje (a czasem ma z tym problem nawet sam noszący). Parfum traktuje się zwykle ją jako wersję wieczorową, najbardziej elegancką z całej linii. Zdarzają się wersje Parfum genialne (jak choćby Dior Homme Parfum), ale najczęściej nie dorównują one pierwowzorom.

Naprawdę liczyłem, że będzie to zapach na miarę marki i talentu Oliviera Polge’a. Niestety to typowy produkt marketingu, mający podtrzymać zainteresowanie linią, ale zapachowo – moim zdaniem – nieudany (bądź – bardziej dyplomatycznie – dużo poniżej możliwości Polge’a). Po zapoznaniu się z nim stwierdzam, że jest najgorszym wcieleniem Bleu de Chanel.

Chronologia jest tu bezlitosna.

Pierwszy zapach linii, Eau de Toilette, ten nad którym moim zdaniem naprawdę popracowano i to nie tylko w dziale marketingu Chanel, jest perfekcyjnie zrobionym, świeżym i wibrującym, cytrusowo-przyprawowo-drzewnym, nowoczesnym męskim zapachem, który pięknie projektuje i długo trzyma się na skórze. Czuć w nim pomysł i doskonałe wykonanie. Można go nie lubić, ale docenić trzeba jakość kompozycji, skuteczność i efektowny performance. To obecnie jedne z absolutnie najlepszych mainstreamowych męskich zapachów.

chanel-bleu.jpg

Eau de Parfum – z nieco wyciszoną cytrusową świeżością i dodanym akcentem wodnym oraz kulinariami w postaci tonki i wanilii, a także suchą, drzewną, cedrową bazą – wpisuje się w popularne obecnie w męskich perfumach trendy: gourmand i odrodzony przy pomocy nowych aroma-molekuł trend aqua, a jednocześnie zachowuje w ca. 70% użytkowe walory Eau de Toilette, choć nie jest już tak wyrazisty. Mimo to wciąż dobrze się go nosi, choć cichnie zbyt szybko i generalnie nie dorównuje wersji Eau de Toilette.

Bleu de Chanel EDP.jpg

Wersja Parfum, pozbawiona już niemal zupełnie świeżych akcentów, koncentruje się na drzewnej charakterystyce. Z początku czuć co prawda sygnaturę Bleu EDT, obleczoną wszakże od razu akordem słodko-drzewnym, złożonym głównie z drewna sandałowego oraz – w zdecydowanej mniejszości – cedru. Ten akord z czasem przejmuje pierwszy plan. Nie znajdziemy tu też śladu po akcentach wodnych czy kulinarnych Eau de Parfum. Niestety zapach cierpi na kiepską projekcję, chowa się bardzo szybko przy skórze, nie daje radości z noszenia, z czucia na sobie zapachowego ogona. Jest mało wyrazisty, skupiony, niemrawy. Niestety. Rozczarowuje i to mocno. O wiele lepiej zachowuje się na materiale – na kołnierzyku koszuli czy kurtki. Ale chyba nie o to chodzi, prawda?

Zapomniałem dodać o jednej generalnej „cesze nadanej” wersji Parfum – zwykle kosztuje ona więcej, niż Eau de Toilette. Tak jest też w tym przypadku. Nie widzę i nie czuję żadnego uzasadnienia dla takiej praktyki, poza zimną kalkulacją i chęcią powiększania zysku. Ale żeby był zysk, musi najpierw być popyt. A z tym w przypadku Bleu de Chanel Parfum może być pewien kłopot. O ile tylko konsumenci perfumerii będą dość świadomi, by ten zapach obiektywnie ocenić, a nie jedynie poddać się magii marki i marketingowej otoczki i poprzestać na teście papierkowym. Broń boże!

Bleu de Chanel Parfum.jpg

główne nuty: nuty świeże, cedr, drewno sandałowe

nos: Olivier Polge

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 3,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 3,5-3,0

Maison Francis Kurkdjian „Aqua Celestia Forte”

Kompozycje Francisa Kurkdjiana prezentowane w ramach Maison Francis Kurkdjian są równie nieskazitelnie perfekcyjne, jak noszone przez niego białe koszule. Podobnie zresztą jak design jego produktów i butików, o świetnej strategii marketingowej nie zapominając. MFK to prawdziwa gwiazda na perfumowym firmamencie i przykład ogromnego sukcesu w branży.

Francis Kurkdjian
for. Maison Francis Kurkdjian

Sam Francis Kurkdjian kocha świeżość w perfumach, czemu szczególny wyraz daje w kolejnych pachnidłach z cyklu Aqua. Te fenomenalne zapachy są w swym gatunku niemal bezkonkurencyjne. Rzadko można spotkać tak urodziwe, harmonijne i jednocześnie niebanalne, świeżo pachnące perfumy.

 

MFK Aquas 2
fot. Maison Francis Kurkdjian: Aqua Celestia, Aqua Vitae, Aqua Universalis

Lekkiej, zwiewnej i nieco bardziej subtelnej wersji eau de toilette każdego z tych zapachów zaczyna po czasie towarzyszyć bogatsza, głębsza, bardziej zniuansowana i przede wszystkim trwalsza wersja Forte będące w istocie eau de parfum.

Po tym, jak w wersjach Forte zostały zaprezentowane Aqua Universalis i Aqua Vitae, nietrudno było zgadnąć, że także i Aqua Celestia się tego szybko doczeka.

Jak pamiętamy, Aqua Celestia wyróżnia się na tle pozostałych wód zieloną kwiatową nutą mimozy w sercu oraz świeżym limonkowo-miętowo-przeczkowym otwarciem. W wersji Forte czujemy oczywiście znany z poprzednika temat, ale intro zapachu jest bardziej intensywnie limonkowe i za sprawą petit grain mocniej zielone, a także bardziej długotrwałe, kwiatowość serca wzbogacono zaś o kremową nutę jaśminu. Tyle szczegóły. Odnosząc sie zaś do – naprawdę bardzo udanej – całości, mam wrażenie, że jej moc (forte – silny, mocny) i głębia zostały uzyskane podobnymi środkami, jak w w przypadku wcześniejszych Aqua Universalis i Acqua Vitae w wersjach Forte. Jest taka wspólna dla nich wszystkich, dość trudna do opisania, kremowo-kwiatowa nuta, która wraz z upływem czasu wzmacnia swą obecność, powodując, że finisz zapachu przypomina woń luksusowego kremu do skóry. Ten właśnie aspekt powoduje, że wszystkie wersje Forte odbieram jako pachnidła, które lepiej licują z kobiecą niż męską skórą. W przeciwieństwie do wersji pierwotnych (eau de toilette), które sprawdzają się także jako odświeżające kolońskie dla mężczyzn. Choć na końcu oczywiście wszystko jest kwestią indywidualnych preferencji.

Aqua Celestia Forte to kolejne wyjątkowej urody pachnidło w ofercie Maison Francis Kurkdjian, marki, której pachnące propozycje to połączenie perfumiarskiego kunsztu z najwyższej jakości składniami i rzadko spotykaną, uniwersalną urodą. Polecam zdecydowanie.

aqua_celestia_forte_2_1024x1024
fot. Arielle Shoshana

główne nuty: limonka, mięta, liść gorzkiej pomarańczy, czarna porzeczka, mimoza, jaśmin, piżmo

nos: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5-4,0

Boucheron „Santal de Kandy”

Kilka miesięcy temu opisywałem perfumy wchodzące w skład ekskluzywnej kolekcji Boucheron Collection. Najnowsze tegoroczne pachnidło zaprezentowane w jej ramach to Santal de Kandy. Tym razem marka zaprasza nas na olfaktoryczną podróż do Sri Lanki, słynącej z rosnących tam drzew sandałowych. Autorem zapachu jest Nathalie Lorson, która tak oto mówi o swoim dziele:

“Chciałam odzwierciedlić przesyconą, sakralną atmosferę Sri Lanki poprzez Drzewo Sandałowe, rzadkość  w mojej perfumiarskiej palecie”.

Zapach oczywiście należy do kategorii drzewnych i ma wg mnie uniseksowy charakter. Otwiera się przyprawową mieszanką czarnego pieprzu i kardamonu, spod którego poczuć można subtelną pudrową nutę fiołkową. Gdy pikantność znika, zapach staje się lekko słodki, pudrowy i żywiczny, a z czasem sucho-drzewny. Znakomita większość użytych tu ingrediencji ma oczywiście drzewny charakter. Nadają go więc żywica Styrax, cedr i paczula, ale przede wszystkim oczywiście drewno sandałowe.

Santale de Kandy jest przy tym dość subtelny i jakby transparentny. To w swym charakterze raczej perfumowy mainstream, zachowawczy, bezpieczny a przez to niestety pozbawiony charakteru. Drzewny temat został tu przedstawiony bardzo ostrożnie, z rezerwą, trochę niestety nijako. Szkoda. Lorson potrafi zrobić interesujące drzewne perfumy, jak choćby Lalique Encre Noire we wszystkich swych odsłonach. Tu – mam wrażenie – zabrakło nie tyle perfumiarskiego kunsztu, ile odwagi ze strony zespołu kreatywnego perfumowego działu Boucheron. W tym sensie Santal de Kandy doskonale wpisuje się zresztą w konwencję tej kolekcji, z której wyłamuje w pozytywny sposób tylko Oud de Carthage.

Odwagi Drodzy Państwo Kreatorzy! Perfumy muszą zapadać w pamięć, a nie jedynie drenować naszą kieszeń!

 

Boucheron Santal de Kandy

główne nuty: przyprawy, fiołek, styrax, drewno sandałowe, cedr, paczula

nos: Nathalie Lorson

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 3,5/ trwałość: 4,0/ projekcja: 3,5

Acqua Di Parma „Chinotto di Liguria”

Upalna aura w pełni, niezwykle wcześnie w tym roku. Nie pozwala mi ona nawet pomyśleć o użyciu zapachów innych niż orzeźwiające kolońskie, których mam w tej chwili kilka i używam zamiennie. Ostatnio – obok fantastycznego Eau de Citron Noir Hermèsa – w sukurs przychodzi nowa Acqua Di Parma z cyklu Blue Mediterraneo. Chinotto di Liguria to już – o ile dobrze liczę to, co pokazane jest na oficjalnej stronie marki  – ósma część błękitnego śródziemnomorskiego cyklu.

Wstyd się przyznać, ale to pierwsza woda tej włoskiej marki w charakterystycznym błękitnym flakonie, z jaką mam do czynienia. Nie wiem, dlaczego, ale właśnie takie, a nie inne wybarwienie butelki od zawsze odsuwało testy zapachów z kolekcji śródziemnomorskiej na mój plan dalszy. Przedziwne, ale miałem nieodparte przekonanie, że to są jakieś zupełnie lekkie i ulotne zapachy cytrusowe, inne od tych przepięknych, nasyconych i trwałych kolońskich z głównej linii. Paradoksalnie okazało się, że jest odwrotnie. Bo jeżeli wszystkie Blu Mediterraneo pachną tak jak ta najnowsza, to jakże się myliłem! Ileż wobec tego jeszcze przede mną śródziemnomorskich cytrusowych rozkoszy do odkrycia!

Cinque Terre Liguria

Zanim o samym zapachu, kilka słów o kluczowym składniku go budującym. Chinotto to pochodzący z Chin cytrus uprawiany już w XVI wieku we Włoszech, m.in. w śródziemnomorskim regionie Liguria. Głównym miastem tego regiony jest Genua.

chinotto

Owoc znany mi był dotąd z orzeźwiającego włoskiego napoju gazowanego Chino firmy San Pellegrino, którego karmelowy smak przypominający colę, ale przełamany wspaniałym gorzkim cytrusem (esencją z chinotto właśnie) bardzo przypadł mi do gustu. Schłodzony byłby dziś – podczas obecnej niemal tropikalnej aury – niemal ambrozją, ale niestety bardzo trudno go w Polsce kupić (miała go niegdyś w ofercie chyba tylko jedna sieć delikatesów, ale ostatnio nawet tam go nie widuję).

chino

Chinotto di Liguria to intensywny aromat cytrusowo-kwiatowo-drzewny, koloński – owszem, ale o bardziej złożonym charakterze.

Otwiera się mocnym bukietem cytrusów lekko słodkich (mandarynka) i jednocześnie lekko gorzkich (chinotto), mocno orzeźwiających, który z czasem ulega przemianie i ukazuje swoje nieco inne oblicze. Oto duet jaśminu i – jakże zaskakująco – kardamonu, mającego cechy chłodnej, orzeźwiającej przyprawy, rozwija zapach w biało-kwiatowym, wyraźnie jaśminowym kierunku. Masy i przyjemnej zmysłowości przydaje kompozycji paczula, a głębi, trwałości – piżma. Chinotto di Liguria jest więc czymś więcej, niż eau de cologne. To pełnoprawna woda toaletowa o tradycyjnej piramidalnej budowie, rozwijająca się na skórze i pozostająca na niej zdecydowanie dłużej, niż można by się początkowo spodziewać. Pachnie przy tym po prostu prześlicznie, absolutnie uniseksowo, niezwykle naturalnie i luksusowo, co jest zresztą cechą charakterystyczną dla zapachów tej marki – przynajmniej tych, które miałem okazję poznać.

Dla mnie Chinotto di Liguria to  – obok Eau de Citron Noir – wybór na tegoroczne lato, gdy chodzi o zapachy kolońskie oraz inspiracja do sięgnięcia po pozostałe zapachy błękitnej kolekcji Acqua Di Parma, a także do… znalezienia źródła dobrze schłodzonego Chino San Pellegrino. Tak będzie łatwiej przetrwać falę upałów…

AdP Chinotto

główne nuty: cytrusy (mandarynka i chinotto), kardamon, jaśmin, paczula, piżmo

premiera: 2018

nos: bd.

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0