Maison Francis Kurkdjian „Aqua Celestia” – niebiańska świeżość

Po zaledwie ośmiu latach działalności marka Maison Francis Kurkdjian wzbudziła apetyt branżowego giganta – koncernu LVMH, dysponującego w swym portfolio takimi brandami jak Guerlain, Dior Parfums, Givenchy czy Acqua di Parma. Skończyło się ogłoszonym dosłownie kilka dni temu zakupem jej pakietu większościowego. Informacja ta zelektryzowała media branżowe i zainteresowanych tematyką perfumową blogerów, w tym także i mnie. Co to oznacza dla przyszłości MFK? Trudno przewidzieć. Oby same dobre rzeczy.

Francis Kurkdjian to postać nietuzinkowa, nawet jak na pełną wyjątkowych postaci branżę, w której działa. Nieskazitelnie elegancki Paryżanin ormiańskiego pochodzenia, elokwentny, pewny siebie i swoich racji, umiejący ze swadą opowiadać o swej pracy i niezwykłych, niebanalnych projektach, jakich się podejmuje. Nie przepada za zdradzaniem tajemnic swojego perfumiarskiego warsztatu, perfumerię traktuje raczej jako rzemiosło, aniżeli sztukę. Lubi wyzwania i niebagatelne, zakrojone na szeroką skalę projekty z użyciem zapachu. Niewątpliwie człowiek sukcesu, ale też artysta, który posiadł tajemną wiedzę, dzięki której potrafi tworzyć piękne i uzależniające perfumy, wyróżniające się przy tym dużym potencjałem komercyjnym. Chcąc skomercjalizować swoją działalność, twórca z reguły potrzebuje wspólnika, orientującego się w zasadach prowadzenia biznesu w danej branży. Dla Francisa jest to Mark Chaya, który odpowiada za biznesową stronę MFK, a który doskonale wie, jak prowadzi się firmę w branży beauty.

MFK
Marka Chaya i Francis Kurkdjian

Połączenie sił, talentów i pracy obu panów zaowocowało powstaniem, rozwojem i sukcesem Maison Francis Kurkdjian – luksusowej marki perfumowej, znanej z imponującej linii nowoczesnych i wyjątkowej urody pachnideł, dostępnych w perfumeriach na wszystkich kontynentach oraz w kilku przepięknych butikach marki – w Paryżu, Kuala Lumpur, Kaohsiung, Taipei.

MFK Boutique

Gołym okiem i bez zaglądania w rachunek zysków i strat domniemać można, że MFK okazało się być udanym biznesem. Tak udanym, że zwróciło uwagę branżowego potentata (no chyba, że wcześniej popadło w finansowe tarapaty i znalazło branżowego inwestora, ale w taki scenariusz trudno by mi było uwierzyć). Zanim jednak „gruchnęła” wspomniana wiadomość o wykupie, Francis zdążył zaprezentować nowy zapach – kolejną, trzecią już po Aqua Universalis i Aqua Vitae, odsłonę swej „wodnej” kolekcji.

Aqua Celestia – podobnie jak Aqua Universalis – łączy subtelne nuty kwiatowe z piżmami i aurą luksusowego detergentu (co w tym przypadku jest komplementem, nie zaś wyrazem dezaprobaty). Różnice tkwią w odmiennej nucie kwiatowej (tu mimoza, tam kwiat pomarańczy i konwalia) oraz – przede wszystkim – w owocowej nucie czarnej porzeczki wyczuwalnej od samego początku, zgrabnie połączonej z orzeźwiającą limonką i miętą. Ten uroczy, świeży, lekki, transparentny, owocowo-kwiatowy akord utrzymuje się na skórze przez kilkadziesiąt minut. To, co pozostaje na skórze po jego wygaśnięciu, jest bardzo podobne do Aqua Universalis, choć nieco bardziej intensywne i trwalsze.

sky

Aqua Celestia to dla mnie kolejny dowód na to, że Francis Kurkdjian jest niedoścignionym mistrzem luksusowej i niebanalnej świeżości w perfumach. Specjalnie użyłem słowa luksusowej, choć bardzo trudno mi wyjaśnić słowami, dlaczego. Myślę jednak, że każdy, kto testował jego perfumy, z pewnością wie lub chociaż czuje, o czym piszę.

Jego wizja świeżości ma w sobie najwyższą jakość, coś nieuchwytnie hi-endowego, coś co powoduje, że otoczony stworzonym przez niego aromatem, czuję się, jakbym właśnie wyszedł spod prysznica i wdział nieskazitelnie białą koszulę uszytą dla mnie przez paryskiego Courtota (tak przynajmniej to sobie wyobrażam…).

Dotąd za każdym razem, gdy używałem Aqua Universalis, miałem chęć dosłownie się w niej wykąpać, nasączać nią odzież, bieliznę, pościel, dosłownie wszystko i… nie sięgać już po żadne inne perfumy. Teraz mam w tym zakresie wybór. Jest nim Aqua Celestia. Zabutelkowana niebiańska świeżość.

MFK Aqua Celestia

główne nuty: limonka, czarna porzeczka, mięta, mimoza, piżma

perfumiarz: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

Aqua Celestia jest już dostępna w perfumerii Quality Missala w Warszawie.

Etat Libre d’Orange „Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre”- perfumy intelektualne

Każdy z nas rzuca cień, nawet nocą w lesie. Możemy określać go jako naszego kompana, może być emanacją naszej duszy albo naszego ego. Możemy nadać mu imię, tak jak zrobił to bohater poematu Victora Hugo A quoi songeaient les deux cavaliers …:

„Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre”, 

„Hermann po mej stronie wydawał się być cieniem”,

który stał się kanwą i inspiracją dla niezwykłych perfum. Bo perfumy to przecież także w pewnym sensie nasz cień, niewidzialny kompan, którego zabieramy ze sobą, na sobie, by nie czuć się samotni. Prowokujemy nimi, próbujemy na różne sposoby, testujemy granice swoje i otoczenia. O tym właśnie jest ten zapach. O poszukiwaniu swojego drugiego ja, o roli perfum jako elementu nas kreującego, o zapachu jako naszej masce. O olfaktorycznym cieniu, który za nami podąża.

eldo-hermann

Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre

to zapach zaiste niezwykły. Popełniony przez młodą gwiazdę perfumerii Quentina Bischa (autora m.in. świetnego La Fin du Monde ELdO, Angel Muse Thierry Mugler czy Swiss Army Rock) został zaprezentowany w 2015 roku i przeszedł – niestety – bez większego echa. Cóż, nie ma on wdzięku i komercyjnego potencjału Like This, brak mu hipnotycznej urody Eau de Protection, nie ma też skandalizującego charakteru Secretions Magnifiques, ale…

…podobnie jak fenomenalny La Fin du MondeHerman A Mes Cotes… jest pachnidłem koncepcyjnym, intelektualnym, przemyślanym, nowatorskim. Co ważne, istota perfum nie została tu zatracona w imię li tylko realizacji koncepcji. Dzięki temu, przy całym swoim wyrafinowaniu i niezwykłym intelektualnym podkładzie, Hermann to perfumy świetnie się noszące.

Oto potwierdzenie, że kreatywna perfumeria wciąż ma się świetnie, w dużej mierze dzięki młodemu pokoleniu perfumiarzy, z których część nie obawia się poszukiwać nowych środków wyrazu miast tworzyć kolejne kopie komercyjnych sukcesów starszych kolegów z branży. Quentin Bisch wciąż poszukuje i robi to z ogromnym wdziękiem. Facet ma po prostu niesamowity talent. Brak mu może zdolności autopromocyjnych, jakich aż nadto ma np. jego pokoleniowa rówieśniczka Cecile Zarokian. Jestem jednak przekonany, że o Bischu usłyszymy jeszcze wielokrotnie i to w jak najlepszym kontekście.

quentin bisch 2016

Quentin Bisch to wykształcony w szkole Givaudana zawodowy perfumiarz, który z ogromną zręcznością posługuje się wieloma syntetycznymi aroma-molekułami tworząc zupełnie nowe olfaktoryczne byty. Przypomnijmy, że w La Fin Du Monde z sukcesem połączył w „noszalne” perfumy woń irysa z akordem popcornu i nutą masła. Hermann… to równie doskonały przykład talentu Bischa, choć to zupełnie inne pachnidło. W jego formule znajdziemy pachnącą płatkami róży i piwonią, lekko owocową Petalię, ozonowe i melonowe Calypsone, pieprzowo-drzewne Pepperwood (o którym niedawno pisałem przy okazji fenomenalnego Black Pepper CdG) oraz pachnąca wilgotną ziemią po deszczu Geosminę, wreszcie zmysłowy piżmowo-ambrowy Ambroxan, niemal niezbędny składnik współczesnych perfum.

Charakter Hermann A Mes Cotes…, który w skrócie określiłbym jako wodno-mineralno-owocowo-kadzidlany klarownie odzwierciedla wspominanie nuty. Początek jest chłodny, jak woda z leśnego strumyka (połączenie pieprzu z Pepperwood i ozonu Calypsone) i owocowo-kwiatowy (duet czarnej porzeczki i róży – Petalia oraz melon z Calypsone i absolut z róży). W tle majaczy woń trochę ziemista, trochę owocowa, niczym leśna ściółka pełna jagód i jeżyn (Geosmina i paczula). Im głębiej w las, tym aromat robi się mniej owocowy a bardziej… suchy i mineralny. Zaczyna dominować coś, co opisałbym jako transparentne kadzidło olibanum, zupełnie wszakże pozbawione konotacji religijnych, mające za to aspekt mineralny. Na tym i tylko na tym etapie Hermann A Mes Cotes… przypomina mi inne perfumy: Turquoise Oliviera Durbano. Na finiszu ta nuta jest najwyraźniejsza. Inna niż zwykle. Chłodna, odrealniona. Niesamowita. Cały ten zapach jest przedziwny i niesamowity, trudny do opisania ze względu na brak klasycznych „punktów zaczepienia” typu cytrusy, jaśmin, róża, wetyweria, paczula, sandałowiec czy cedr.

Etienne-de-Swardt-portrait-officiel1.jpg
Etienne de Swardt

Hermann A Mes Cotes… to doskonały przykład perfumerii całkowicie abstrakcyjnej. W naturze nie znajdziemy takiego aromatu. Owszem, odnajdziemy jego elementy, ale nigdy w takiej konstelacji. To także przykład perfumerii intelektualnej i koncepcyjnej, u podstaw której stoi literacka i filozoficzna inspiracja.

Dorabianie ideologii do pachnącego płynu? Może. A może to dobrze, że nie zawsze chodzi o to, by jak najwięcej Kowalskich, Smithów i Mullerów kupiło coś w owczym pędzie, ekscytując się wyłącznie logiem znanego kreatora na flakonie, podnosząc sobie w ten sposób samoocenę i zwiększając w ten sposób ilość zer na koncie i tak już bogatych inwestorów branży beauty? Niechże perfumy powstają z najbardziej nawet elitarnych i wymyślnych inspiracji, niech perfumiarze będą artystami, niech realizują swoje najbardziej nawet oderwane od rzeczywistości wizje, nawet jeśli na końcu ktoś gdzieś po prostu polubi dany zapach i „tylko” dlatego będzie go używał, nie wnikając zupełnie w całą otoczkę.

Bo tak właśnie jest w tym przypadku. Mimo całej swej abstrakcyjności i koncepcyjności, mimo niewątpliwego artyzmu, mimo niezwykłej inspiracji i intrygującego przesłania, Hermann A Mes Cotes… to przede wszystkim perfumy przeznaczone do noszenia, a nie wyłącznie podziwiania. Mają wyraźną, raczej męską sygnaturę, wyrazistą projekcję, więcej niż dobrą trwałość. Subtelnie ewoluują na skórze – w sposób, który nie wywraca całości do góry nogami, tylko trwa nie pozwalając nam zapomnieć, o czym jest ten zapach. Koncepcyjnie są bardzo interesujące, unikatowe i frapujące, a użytkowo – świetnie zrobione. Oto pachnidło kreatywne – na miarę XXI wieku. Tandemowi Etienne de Swardt i Quentin Bisch po raz kolejny należą się słowa uznania.

ELDO hermann flakon.jpg

główne nuty: pączki czarnej porzeczki, czarny pieprz, galbanum, Calypsone, geosmina, kadzidło frankońskie, Pepperwood, Petalia, absolut różany, paczula, Ambroxan

perfumiarz: Quentin Bisch

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

Papillon Artisan Perfumes – rodzaj piękna

Artisanal perfumers to stosunkowo nowe określenie na coraz liczniejszą rzeszę perfumiarzy-amatorów, którzy tworzą swoje pachnidła w warunkach domowych, wykonując całość prac samodzielnie i oferując swoje olfaktoryczne dzieła w bardzo małych nakładach i wąskiej dystrybucji. Bardzo często twórcy ci bazują niemal wyłącznie na składnikach naturalnych, przez co ich perfumy mają zwykle charakterystyczny retro sznyt. Określenie artisanal perfumers powstało po to, by odróżnić tę grupę niezależnych twórców od tzw. perfumowej niszy, w której od lat funkcjonują znane marki, wspierane często przez potężny kapitał (choćby L’Artisan Parfumeur, Frederic Malle, Le Labo, By Killian, Amouage, Diptyque i wiele innych), a dla których kompozycje zapachowe tworzą zawodowi perfumiarze, a produkcja i dystrybucja odbywa się w szerokiej skali.

liz-moores-full

Liz Moores – twórczyni Papillon Artisan Perfumes – to doskonały przykład artisanal perfumer. Swoje kompozycje z pietyzmem tworzy w domowym atelier od 2010 roku, używając – jaką sądzę po ich charakterze – wyłącznie naturalnych esencji i absolutów. Jej pachnidła to efekt prawdziwej olfaktorycznej pasji. Jednocześnie to wspaniałe przykłady na to, czym może być współcześnie perfumeria artystyczna, tworzona w mikro skali, z pasją i zaangażowaniem oraz niewątpliwym talentem, którego Liz Moores nie można odmówić. Już na podstawie pierwszych czterech zapachów, jakie skomponowała, śmiało wymienię ją jednym tchem z takimi twórcami, jak Antonio Gardoni z Bogue Profumo, Angelo Orazio Pregoni z O’Driu Perfumes, Laurie Erickson z Sonoma Scent Studio czy Vero Kern z Vero Profumo.

 

Anubis – zamszowy szypr

Liz rozpoczęła pracę nad pierwszymi pachnidłami w 2010 roku nie myśląc jeszcze wówczas o stworzeniu własnej marki. Jak sama przyznaje, komponowała je wyłącznie dla siebie. Chciała zrealizować swoje zapachowe wizje i marzenia. Szczególnie pierwszy zapach – Anubis (z początku nazwany przez nią My Perfume) – miał bardzo osobisty charakter. Liz tworzyła go wyłącznie z myślą o sobie i zawarła w nim wszystkie elementy, które sama w perfumach kocha najbardziej: jaśmin w formie absolutu, dymne kadzidło frankońskie z odrobiną cytrusów, ziemisty różowy lotos, róża, szafran, kolejne „warstwy” żywic na bazie naturalnej wanilii i drewna sandałowego. Liz przyznaje, że praca nad tym zapachem była wyczerpująca, głównie ze względu na duże nagromadzenie w nim ingrediencji i nieustanne próby ich wzajemnego dostrojenia. W tym samym czasie rozpoczęła czytać książkę poświęconą Starożytnemu Egiptowi i zdała sobie sprawę, że 80% składników, jakich użyła w formule, to substancje, które były stosowane do mumifikacji zwłok. Ten swoisty punkt zaczepienia pozwolił Liz na większe ukierunkowanie swojej pracy nad tym zapachem oraz zainspirował ją do nadania mu konkretnej nazwy: Anubis (egipski bóg mumifikacji i życia pozagrobowego).

 Anubi bóg

Anubis rzeczywiście robi wrażenie mocno złożonego, w przewadze jednak ze składników okupujących dolne rejestry olfaktoryczne. Wyczuwam w nim głównie barytonowy akord żywiczny, odrobinę trudnej do zidentyfikowania kwiatowości (lotos) i całkiem wyraźny akord skórzano-zamszowy z szafranową posypką. Wszystko to układa się w coś w rodzaju skórzanego szypru. Anubis trzyma się blisko skóry przez bardzo długi czas. Zapach ma niewątpliwy urok, a wiodący aromat ma  w sobie coś intrygującego. Jednocześnie jednak czuć, że to debiut i to chyba trochę „przekombinowany”, przez co zbyt mocno monolityczny, jednowymiarowy, tak jakby przesadnie obfite nagromadzenie wszystkich ulubionych przez Liz składników przekroczyło masę krytyczną i miast ich synergii otrzymała ich wzajemne znoszenie się. Niemniej efekt końcowy – szczególnie jak na debiut – jest naprawdę wart uwagi i nie dziwi jego powodzenie. Już na etapie debiutu twórczość Liz Moores została zresztą zauważona i doceniona, a Anubis został w 2015 roku finalistą w konkursie The Fragrance Foundation w kategorii Najlepszy Nowy Zapach Niezależny.

papillon-anubis

główne nuty: egipski jaśmin, różowy lotos, zamsz, nieśmiertelnik, kadzidło, szafra

 

Tobacco Rose – róża na wilgotnym sianie

Liz wspomina, że gdy nosiła Anubis, jej znajomi często pytali ją o jej perfumy. W efekcie zaczęła zaopatrywać ich w małe flakoniki. Zarobione w ten sposób pieniądze pozwoliły jej na sfinalizowanie prac nad drugim zapachem, o którym marzyła – z różą w centrum. Tobacco Rose zostało zainspirowane wonią róż rosnących w ogrodzie Liz, które potężna burza jednej nocy pozbawiła życia. Liz nie chciała komponować kolejnego wesołego, świeżego, „zwykłego” zapachu różanego. Zależało jej na uwzględnieniu tych bardziej mrocznych aspektów życia kwiatu i życia w ogóle – cierni, kolców, śmierci, rozkładu. Stąd prócz wzmocnionych geranium dwóch różanych absolutów – z róży stulistnej i damasceńskiej – użyła pochodzącego z Włoch absolutu z siana, wosku pszczelego i specjalnego akordu piżmowego, nadającego całości głębi. Co ciekawe, w formule Tobacco Rose nie ma grama tytoniu, natomiast tytoniową nutkę zawiera wspomniany absolut z siana.

bulgarian-rose

Tobacco Rose to róża niebanalna i w swej unikatowości naprawdę piękna. Aromat jest gęsty, a różany akord jest nieco zielony i ziemisty, wyraźnie złamany trawiasta nutą siana i pogłębiony akcentami animalnymi pochodzącymi z wosku pszczelego i szarej ambry. Mech dębu wraz z sianem budują quasi-szyprowe tło. Zapach ładnie układa się na skórze i przez wiele godzin emanuje wyraźnym różano-drzewnym, lekko animalnym aromatem, który zdecydowanie zapada w pamięć. Dzięki aspektowi drzewnemu, jak sądzę, Tobacco Rose tak dobrze koresponduje również z męską skórą. Zapach jest bardzo intensywny i ekspansywny oraz bardzo trwały.

papillon-tobacco

główne nuty: róża bułgarska, róża majowa, geranium, mech dębowy, wosk pszczeli, siano, szara ambra

 

Angélique – irysowy pył

Ostatnim z debiutanckiego tercetu jest Angélique, będący wedle słów Liz wyrazem uwielbienia dla rosnących w jej ogrodzie kwiatów Iris Pallida i jednocześnie hołdem dla jej ukochanych dzieci. Perfumiarka przyznaje bowiem, że gdy pierwszy raz w życiu powąchała irysowy konkret, było to dla niej bardzo poruszające przeżycie. Ta niezwykła woń odtąd kojarzy jej się melancholijnie z zapachem skóry jej dzieci.

iris_pallida_2290506a_1000px

Angélique otwiera się jednym z najpiękniejszych irysów, jakie dotąd spotkałem. Lekko pudrowy, lekko drzewny, odrobinę „marchewkowy”, niezwykle naturalny. Emanuje spod niego delikatny, kwiatowy akord, który na dobre ujawnia się po tym, jak już opadnie złocisty irysowy pył. Subtelną drzewną bazę tego delikatnej urody zapachu budują kadzidło i cedr. Obok najdoskonalszej jakości konkretu z irysa (Liz przyznaje, że używa najlepszego dostępnego na rynku gatunku konkretu z Iris Pallida), w formule Angélique zastosowała jeszcze kilka innych kwiatowych ingrediencji: mimozę, osmatus i Champaca. Całość zdecydowanie wyróżnia się wysublimowaną, kruchą urodą i kobiecą delikatnością, a szlachetna woń kłącza irysa przydaje Angélique luksusowej aury.

papillon-angelique

główne nuty: osmantus, biała Champaca, irys Pallida, mimoza, kadzidło, cedr

 

Salome – piękność nocy

Ostatnim jak dotąd zapachem skomponowanym przez Liz Moores jest jej chyba najbardziej sławne i docenione, a w niektórych koneserskich kręgach wręcz otoczone kultem Salome z 2014 roku. No bo jeżeli zachwycił się nim sam Luca Turin, pisząc entuzjastyczną recenzję na łamach arabia.style.com, nie wspominając o rzeszy zachwyconych znanych perfumowych bloggerów, to coś musi być na rzeczy. Gdy do tego dodamy nominacje w dwóch kategoriach FIFI Awards 2016 oraz nagrody Art and Olfaction Awards i czytelników portalu Basenotes, to o przypadku nie może być mowy. Jak wspomina Liz, chciała tym razem stworzyć coś głęboko zmysłowego, ale jednocześnie prowokującego, odrobinę kontrowersyjnego, bez popadania jednak w skrajności, tak by były to wciąż dobrze noszące się perfumy. Zależało jej, by był to klasyk na podobieństwo tych sprzed epoki IFRA. Długo poszukiwała odpowiednich składników i odpowiednich relacji pomiędzy nimi. Efekt przeszedł chyba także jej najśmielsze oczekiwania. Narodziła się Salome – kobieta piękna i niebezpieczna zarazem…

salome

Absolut z jaśminu, turecka róża i esencja z kwiatu pomarańczy tworzą klasyczny kwiatowy trzon Salome. Od góry zapach rozjaśnia duet bergamotki i gorzkiej pomarańczy. Ten z natury przyjazny i przyjemny aromat Moores postanowiła złamać ciemnym tytoniem i sianem oraz ocieplić żywicą styraxową i dębowym mchem. W ten sposób nadała Salome charakteru klasycznego kwiatowego szypru. Ale to nie koniec. Kropką nad i jest tu wyrafinowany akord animalny, złożony z (syntetycznych) kastoreum i cywetu oraz z naturalnego pochodzenia hyraceum (tzw. Afrykański kamień, o którym szerzej pisałem tu). Ten kluczowy dla całości akord dodaje oldskulowego, animalnego, zmysłowego i nieco męskiego szlifu, dopełniając i paradoksalnie jednocześnie zaburzając harmonijną urodę Salome.

Każdy etap tej klasycznej konstrukcji zasługuje na pochwałę, ale akord bazy to już absolutny majstersztyk, który swym charakterem przywodzi na myśl takie arcydzieła jak przedreformulacyjny Antaeus Chanel czy Aromatics Elixir Clinique, także pod względem potężnej mocy i ekspansywności.

Podobny, choć wg mnie nie tak spektakularny i urodziwy efekt osiągnął twórca kultowego już Maai Bogue Profumo, niejaki Antonio Gardoni. Również ostatnia głośna premiera Zoologist Perfumes pod wymowną nazwą Civet penetruje podobne obszary zapachowe. Choć oba te pachnidła są bezdyskusyjnie świetne, to jednak dzieło Liz Moores ma w sobie coś wyjątkowego, coś co każde zachwycić się nim bez reszty.

Błysk geniuszu? Niewykluczone.

papillon salome.png

główne nuty: jaśmin, turecka róża, goździk, Afrykański kamień (hyraceum), kastoreum, cywet, piżma

 

Po zapoznaniu się z perfumami Papillon (za umożliwienie czego dziękuję polskiemu dystrybutorowi marki – perfumerii Mood Scent Bar) nie mogę pozostawić tej niezwykłej kolekcji bez puenty. Otóż wg mnie pachnidła Liz Moores to wspaniałe przykłady perfumowej Sztuki. To najwyższej próby olfaktoryczne skarby, które poruszają bogactwem, harmonią, wielowymiarowością i nostalgią za czasami, gdy perfumeria była Wielka i tylko dla wybranych. Jest w nich melancholia i pewien dekadencki urok. Jest też moc i siła wyrazu niedostępne większości współcześnie powstających perfum. Wszystkie cztery zasługują na najwyższe noty. Każde z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Nie umniejszając nic pięknej kobiecej delikatności Angelique i orientalnej tajemniczości Anubis, mój osobisty wybór pada na majestatyczne Tobacco Rose i fenomenalne, powalające Salome, które zasługuje na miano perfumowego Arcydzieła.

Tymczasem czekam na kolejne perfumy Papillon z cichą nadzieją na coś klasycznie męskiego, np. jakiś animalny szypr z kastoreum, różą, woskiem pszczelim, wetywerią, mchem dębowym i czym tam jeszcze…?

Stephane Humbert Lucas „777 – Black Gemstone” – zapach magmy

SHL 777 to kolejny po NEZ A NEZ i SoOud perfumowy projekt Stephane’a Humberta Lucasa, postaci obecnej w perfumowym światku od mniej więcej dekady. W ramach kolekcji 777, w gustownych, eleganckich flakonach, zwieńczonych masywną zatyczką, przypominającą kształtem kopułę meczetu, artysta zamyka efekty swojej rosnącej fascynacji perfumową tradycją Bliskiego Wschodu. Już zapachy SoOud są w dużej mierze jej odzwierciedleniem, ale w 777 artysta zdaje się jeszcze głębiej penetrować arabską estetykę.

stephane-humbert-lucas
Stephane Humbert Lucas (fot. fragrancerussia.com)

Kolekcja oznaczona 777 składa się obecnie z 12 pachnideł. To propozycje dla wielbicieli woni masywnych, ciężkich, orientalnych, wypełnionych po brzegi balsamami, przyprawami, kadzidłami i żywicami. Pachnidła te mają bardzo wysoka koncentrację 25%, co lokuje je na poziomie ekstraktów perfumowych. Jeden z nich zwraca szczególną uwagę czarnym jak węgiel flakonem. Jest to Black Gemstone.

777-shl
fot. frangrancerussia.com

Black Gemstone został zainspirowany legendą Hadżaru, Czarnego Kamienia.

Za Wikipedią:

Czarny Kamień, wbudowany na wysokości 1,5 metra w południowo-wschodnim narożniku świątyni Kaaba w Mekce. Hadżar jest największą świętością muzułmanów, celem pielgrzymek milionów wyznawców islamu (tzw. hadżu). Składa się ze scalonych obręczą trzech kawałków meteorytu lub lawy i połyskuje czarno-czerwonawym odcieniem. Według legendy ten święty kamień został przyniesiony przez archanioła Gabriela i przekazany Abrahamowi; pierwotnie miał być nieskalanie białym i zmienił barwę na czarną pod wpływem wchłaniania grzechów i zmazywania win składających mu hołd pielgrzymów.

Czegóż tu nie ma? Są aż trzy gatunku cedru. Jest kadzidło, jest mirra i jest opoponax. Jakby tego było mało, w formule znajdziemy labdanum, drewno tekowe, brzozę i akord kamforowy, złożony z eukaliptusa i rozmarynu. Ale na tym nie koniec. Kompozycję wzmacnia i pogłębia niezawodna paczula. Jest też tonka, której obecność w takim towarzystwie wcale nie wydaje się być oczywista. Wszystko to spróbowano – przynajmniej na wstępie – odświeżyć esencją z włoskiej cytryny. Ale nie łudźmy się – cytrusów tu nie poczujemy. To nie ten „dział” perfumerii…

shl-black_gemstone

Jak może pachnieć tak zaiste niecodzienna mieszanka? Bardzo, ale to bardzo ciężko, smoliście, popiołowo, nieco dymnie, nieco węglowo, trochę też miodowo zawartym w nim labdanum. Początkowo nad wszystkim góruje specyficzna, gryząca, jakby stęchła nuta (paczula?), która z czasem słabnie, oddając miejsce aromatowi żywiczno-kadzidlano-miodowo-drzewnemu, który de facto snuje się przez kolejne godziny, początkowo wzmagając się, po czym bardzo powoli wyciszając, by później niemożliwie wręcz długo emitować subtelny dymno-węglowy temat. W ciągu wielu godzin pozostawania na skórze Black Gemstone ulega tylko nieznacznym zmianom. Jest zapachem niemal linearnym, zbudowanym wbrew zasadzie piramidy, niezwykle leniwie uchodzącym w przestrzeń.

To pachnidło z gatunku love it or hate it. Trudne, monumentalne, zawiłe, mroczne, zbudowane z bardzo charakternych ingrediencji. Pachnie jak gorąca magma.

Jak przystało na perfumowy ekstrakt Black Gemstone trzyma się raczej blisko skóry i to przez długie godziny. Ale jest wystarczająco ekspansywny, by noszący mógł go czuć przez większość dnia na sobie. Co więcej, trzeba bardzo uważać z jego dozowaniem, gdyż zyskuje na mocy z czasem, i to co czujemy na początku, zaraz po aplikacji, ulega znacznemu wzmocnieniu w ciągu kolejnych godzin. To efekt tak wysokiej koncentracji składników, ekspresji których sprzyja czas i ciepłota skóry. Zbyt odważne użycie może w efekcie spowodować nawet pewien dyskomfort szczególnie w pierwszych godzinach noszenia, o czym przekonał się niżej podpisany. Bowiem Black Gemstone to naprawdę charakterna perfumowa rzecz dla oczekujących prawdziwie mocnych wrażeń.

shl-black_gemstone-2

główne składniki: cytryna, cedr, kadzidło, mirra, opoponax, labdanum, drewno tekowe, brzoza, eukaliptus, rozmaryn, paczula, tonka

perfumiarz: Stephane Humbert Lucas

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 3,5/ trwałość: 6,0

 

 

PS. Pachnidła SHL 777 można przetestować i zakupić w perfumerii Quality Missala.

 

Bvlgari „Aqva Pour Homme Atlantiqve” – na oceanicznej fali

Pojawiła się własnie nowa wersja słynnej Aqva od Bvlgari, tym razem opatrzona dopiskiem Atlantiqve. Podobnie jak wszystkie poprzednie wersje Aqva, także i tę skomponował Jacques Cavallier.

Przypomnijmy. Pierwsza Aqva (2005) pachniała i do dziś – mimo upływu dekady od jej premiery – pachnie przedziwnie. Dominująca w niej wilgotna i zielona nuta wodorostu Posidonia Oceanica zmieszana z aromatycznymi nutami lawendy i szałwii na drzewno-ambrowej, lekko słonej bazie tworzy tyleż wyrazisty, ile unikatowy efekt. Nawet obecnie ten zapach wydaje się być wciąż bardzo oryginalny i niebanalny oraz – co ważne – świetne zmontowany pod względem technicznym (projekcja, trwałość). Kolejne jego wersje są mniej lub bardziej udanymi próbami reinterpretacji wodnego tematu.

bvlgari-aqva_pour_homme

 

 

W centrum Aqva Atlantiqve znajdziemy coś zupełnie innego…

bvlgari-aqua-atlantique-2

Akord szarej ambry skomponowany – podobnie jak w przypadku wszystkich wcześniejszych wersji – przez Jacquesa Cavalliera specjalnie na tę okazję. Nuty wodne i morskie przenikają się tu z ambrą, a całość posadowiona jest na drzewnej bazie, zdominowanej przez ciepłe aromaty sandałowca i benzoesu. Świeży początek z delikatnym akordem słodkich cytrusów połączonymi  z nutą wodną szybko ustępuje miejsca tematowi przewodniemu. Ambra ma tu – podobnie jak w naturze – wielowymiarową woń, na którą składają się aspekty: ciepły piżmowy, świeży wodny i słony – niczym wymacerowana w oceanicznej toni bryłka najprawdziwszej szarej ambry.

Cavallierowi udało się stworzyć olfaktoryczne złudzenie szarej ambry i jej naturalnej złożoność i umieścić ją w kontekście męskich i zmysłowych perfum, nie będących wszakże typowym „świeżakiem”.

jacques-cavallier-belletrud

Aqva Atlantiqve jest odzwierciedleniem odradzającego się w ostatnich latach w perfumowym mainstreamie trendu marine,  które dziś znaczy wszak coś innego, niż w latach 90-tych XX wieku (Acqua Di Gio, Kenzo Pour Homme czy Escape for Men Calvina Kleina), czy na początku XXI wieku, gdy powstawały pierwsze Aqva od Bvlgari. Ten obecny tu specyficzny rodzaj wodnej morskości, ściśle łączący się z aromatem szarej ambry, niebędący więc efektem użycia Calone czy nut wodorostowych, odnajdziemy także w innych współczesnych pachnidłach męskich, choćby w Invictus Paco Rabanne czy – w mniejszym stopniu – Bleu de Chanel w wersji Eau de Parfum. Atlantiqve pod względem temperamentu nie jest jednak blisko ani do bardziej wyrafinowanego Bleu ani do wulgarnego Invictusa. Jest aromatem tyleż przyjemnym, ile bezpiecznym i mało charakterystycznym, ale też dobrze wpisującym się w obecne oczekiwania rynkowe. Podobno już bardzo dobrze się sprzedaje. I choć osobiście preferuję pierwszą Aqva oraz Aqva Marine, jestem w stanie zrozumieć tę prawidłowość. Atlantiqve może się bowiem spodobać mniej wymagającemu odbiorcy. A tych jest przecież najwięcej…

bvlgari-aqua-atlantique

nuty głowy: cytryna, bergamotka, nuta wody

nuty serca: szara ambra, nuta morska

nuty bazy: paczula, drewno sandałowe, wetyweria, benzoes

perfumiarz: Jacques Cavallier

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 3,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

Terre d’Hermes – między niebem a ziemią

Tak opisywałem Terre d’Hermes w 2009 roku, czyli mniej więcej 3 lata po jego premierze:

„piątek, 13 lutego 2009

BRYLANT na perfumeryjnych półkach. A raczej krzemień….

To zupełnie indywidualna, nowa dla mnie kategoria zapachu – woń wilgotnej ziemi, minerałów, trawy, ziół – zapach bardzo wytrawny, wspaniale trwały, nie duszący, nie narzucający się, oryginalny, klasa sama w sobie. Ktoś tak pachnący musi zwrócić uwagę otoczenia i zafrapować. I tak właśnie działa – sam się o tym przekonałem.  Charakterystyczna jest jego jakby transparentność, czystość oraz deklarowany przez twórcę minimalizm. Ellena konsekwentnie realizuje swą wizję ograniczania liczby składników używanych do stworzenia perfum i Terre jest na to doskonałym przykładem. Jeśli pokusić się o jakieś porównanie, to uważam że jest to rozwinięcie koncepcji, jaką Jean-Claude Ellena zaprezentował w swoim wcześniejszym Declaration Cartiera, tyle że tamten był jakby bardziej kwiatowy, zaś Terre jest mineralny, krzemienny. No cudo po prostu. Na osobną pochwałę zasługuje flakon – przepiękny i w sposób nierozerwalny związany z charakterem zapachu i jego kampanią reklamową. Reklama to mistrzostwo smaku i dobrego gustu (można ją znaleźć na YouTube). Pomysłowa „nakrętka” zaskakuje. Całość to dzieło sztuki. Bez najmniejszych wątpliwości. Owacje na stojąco dla HERMESa i Elleny!”

Czy z perspektywy czasu coś bym w tej impresji sprzed lat zmienił? Z pewnością nie. Dokładnie pamiętam moja ekscytację, gdy po raz pierwszy, zaintrygowany niebanalnym designem flakonu, sięgnąłem po tester Terre d’Hermes w perfumerii. To był jeden z tych rzadkich momentów w życiu perfumowego maniaka, gdy doznaje on uczucia olfaktorycznej podróży  w piękne i zupełnie wcześniej nieznane rejony. Byłem zachwycony! Terre był wówczas czymś absolutnie nowym i – jak się okazało później – bardzo szybko stał się przedmiotem naśladownictwa, który wprowadził do perfumerii nuty mineralne i rodzaj wibrującej drzewności dotąd naszym nosom nieznanej.

jean-claude-ellena-redefining-luxury_2

Jean-Claude Ellena wielokrotnie podkreślał swój ogromny szacunek i podziw dla Edmonda Roudnitski, twórcy m.in. genialnego Eau Sauvage. Sam wszakże stworzył coś na miarę tamtego zapachu. Coś nowatorskiego, ponadczasowego i wyznaczającego nowe trendy, a jednocześnie zdobywającego szeroką rzeszę wielbicieli. Od premiery minęło 10 lat, a Terre d’Hermes wszedł już do kanonu męskich perfum i zostanie tam po wsze czasy. Tak samo jak Eau Sauvage.

Jak pachnie Terre? Cytrusowo, kwiatowo, mineralnie (nutą prochu strzelniczego), drzewnie. Początkowy charakterystyczny, lekko gorzki akord cytrusowy z dominującą nutą grejpfruta, nieco osłodzoną esencją z pomarańczy, łagodnie przechodzi w sygnaturowe serce zbudowane z połączenia geranium i nadającemu całości projekcji i lotności mieszance różowego i czarnego pieprzu. Dochodzące ze spodu drzewne nuty wetywerii, paczuli i cedru budują wraz z geranium ten niezwykły, natychmiast rozpoznawalny akord Ziemi Hermesa. Ale nie byłby on tak specyficzny i tak żywy, gdyby nie bardzo odważne zastosowanie molekuły Iso E Super, która stanowi aż 55% formuły, a której magiczne działanie Jean-Claude Ellena od lat wykorzystuje w swych kreacjach.

Zapach jest idealnie zbalansowany. To prawdziwy techniczny majstersztyk. Ma doskonale dostrojoną moc, projekcję i trwałość. Pozostawia za sobą intrygujący i bardzo elegancki ogonek zapachowy przez większość dnia, jednocześnie nie dominując osoby noszącej, ani tym bardziej otoczenia. Ze względu na swój chłodny (brak nut ciepłych i otulających) i nieco dystansujący charakter oraz wibrującą aurę, Terre jest pachnidłem raczej formalnym, dziennym, doskonałym do biura i na spotkania biznesowe i jako taki sprawdza się znakomicie, co docenili mężczyźni na całym świecie.

W swym minimalizmie i umiarze, w idealnym doborze niewielkiej liczby wyjątkowej jakości składników połączonych w precyzyjnych proporcjach Terre d’Hermes stanowi kwintesencję stylu Hermesa i  – co z tym nierozłącznie związane – perfumowej estetyki Jean-Claude’a Elleny.

Terre d’Hermes to niewątpliwie jedno z najważniejszych i najwspanialszych męskich pachnideł , jakie powstały w XXI wieku.

Ale Terre zachwyca nie tylko zapachem, ale także i niezwykłym flakonem, który zaprojektował Philippe Mouquet. Został on zbudowanym z wielu istotnych dla całej koncepcji elementów. Spód flakonu ma kształt litery H i jest zabarwiony na pomarańczowo (kolor Ziemi Hermesa). Emituje on pomarańczowe światło w kierunku zamkniętej we flakonie pachnącej cieczy. Ramiona flakonu pokryte zostały metalową płytką, w której, niczym z zwierciadle, odbija się niebo. Pachnąca zawartość butli rozpościera się więc pomiędzy niebem a ziemią. Dopełnieniem jest siodlarski ćwiek z logo Hermesa, stanowiący górną część atomizera oraz – bardzo oryginalny patent – opuszczana poprzez przekręcenie czarna zatyczka. Piękny i przemyślany design, jak na Hermesa przystało.

Marka regularnie wypuszcza limitowane edycje flakonu. Od stycznia 2017 roku dostępny jest w sprzedaży flakon ozdobiony wyjątkową, trójwymiarową grafiką autorstwa irlandzkiego artysty Nigela Peake’a. Grafika przedstawia miasto, jego centrum z drapaczami chmur, rozpostartymi pomiędzy ziemią Hermesa (spodem flakonu) , a niebem (ramionami). Poprzez umieszczenie części grafiki na przedniej ścianie flakonu, a części na tylnej, autor zyskał dodatkowy efekt trójwymiaru. Przy odpowiednim ustawieniu flakonu i zorientowaniu względem siebie obu jego ścianek w środku grafiki pojawia się literka H.

terre-graphics

nuty głowy: grejpfrut, pomarańcza

nuty serca: geranium, czarny i różowy pieprz

nuty bazy: paczula, wetyweria, cedr, benzoes, Iso E Super

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2006

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 6,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

Puredistance „Warszawa” – z inspiracji miastem

Dużo się ostatnio mówi o naszej stolicy, zwykle niestety w niepochlebnym kontekście. Afera goni aferę, smog truje mieszkańców, a niektórzy politycy o rozdętym do granic ego próbują urzeczywistnić utopijny sen o „wielkiej Warszawie”, wielkiej obszarem i mnogością okalających ją gmin…

Ale zostawmy politykę. Na szczęście Warszawa to coraz piękniejsza, rozwijającą się, tętniąca życiem, biznesem i sztuką metropolia, w której współczesność przeplata się z wątkami z niezwykle tragicznej historii i wspomnieniami jej świetności z czasów przedwojennych. Ten splot trudnej historii i dumnego, dynamicznego dnia dzisiejszego może być inspirujący, co potwierdza znany już czytelnikom Perfumowego Bloga Jan Ewoud Vos, właściciel luksusowej marki perfumowej Puredistance.

warszawa-panorama

To w wyniku wieloletniej fascynacji naszą stolicą połączonej ze znajomością z rodziną Missalów (a w szczególności ze Stanisławą Missalą) – właścicielami warszawskiej perfumerii Quality –  – powstały perfumy Warszawa, których światowa premiera miała miejsce w Warszawie, bo gdzieżby indziej, w perfumerii Quality,  8 grudnia 2016 roku. Data to była szczególna, gdyż w tygodniu, na który przypadał dzień premiery, Perfumeria Quality obchodziła jubileusz 25 lecia swojej działalności.

perfumeria-quality

Zapach został skomponowany przez Antoine’a Lie’a we współpracy z Janem Vosem. Nie był to pierwszy raz, gdy panowie pracowali razem. Lie zmieszał wcześniej dwa pachnidła dla Puredistance White i Black. Oba zapachy swego czasu recenzowałem na blogu zwracając uwagę na ich nowoczesny charakter i minimalizm, odróżniający je od wcześniejszych, bardziej rozbudowanych perfum Puredistance.

jan-ewoud-vos-warszawa

Warszawa to zamknięcie tradycyjnej treści kwiatowego szypru w nowoczesnej formie. Gdy słyszymy szypr, spodziewamy się czegoś zupełnie innego, retro, bardziej wyrafinowanego i ciężkiego. Warszawa jest natomiast zdecydowanie współczesna, lekka i elegancka w swym minimalizmie. To aromat bardzo kobiecy i absolutnie ponadczasowy.

Zapach rozpoczyna się świeżym akordem zielonym, w którym galbanum i liść fiołka zostały bardzo zgrabnie połączone i nieco odświeżone grejpfrutem. Ale od pierwszych sekund czuć, że za nimi skrywa się delikatny, ujmujący swą lekkością i harmonią akord biało-kwiatowy. Dość szybko przejmuje on pierwszy plan. Obok cennego absolutu z jaśminu użyto w nim jeszcze cenniejszego masła irysowego oraz absolutu janowca hiszpańskiego. Akord ten ma w sobie coś z klasyki, ale podany został w bardzo współczesny sposób. Jest też dobrze zrównoważony, tak że żaden ze składników nie wyróżnia się na tle innych. Drzewna, quasi-szyprowa baza złożona z paczuli, wetywerii i styraxu dopełnia zgrabnej całości. Celowo użyłem tu określenia „zgrabna”, bo właśnie takim jawi mi się ten zapach. Jest bardzo zwarty, konkretny, na temat, pełen bezpretensjonalnego uroku, ze zredukowanymi do niezbędnego minimum ozdobnikami.

Warszawa jest uroczą kobietą. Nowoczesną, dynamiczną, powściągliwie elegancką, niezapatrzoną w siebie, ale z odwagą patrzącą w przyszłość.

Niewiele miast na świecie ma swoje perfumy. Tym bardziej takie olfaktoryczne wyróżnienie Warszawy imponuje i wydaje się być świetnym sposobem promowania naszej stolicy i kraju za jego granicami.  Ale zanim to nastąpi, do listopada 2017 perfumy Puredistance Warszawa będą dostępne wyłącznie w Perfumerii Quality. Później nastąpi ich światowa dystrybucja.

puredistance-warszawa

nuty głowy: galbanum, grejpfrut, liście fiołka

nuty serca: jaśmin (absolut), szczodrzenica sitowata (janowiec hiszpański) – absolut, masło irysowe

nuty bazy: paczula, wetiwer, styraks

perfumiarz: Antoine Lie

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5