Franck Boclet „Rock & Riot” – perfumy rockowe?

Franck Boclet to francuski projektant mody męskiej, od 2011 roku prowadzący własny dom mody. Lubuje się w nieco nonszalanckiej stylistyce, łączącej klasyczne inspiracje z – jak twierdzi – anarchią. Nie znam się na tym, więc nie mi to oceniać. Mnie interesują perfumy. A te Boclet włączył do swej oferty w 2013 roku w postaci zapachów dedykowanych popularnym i tradycyjnym perfumowym aromatom (m.in. Lavender, Oud, Patchouli, Leather, Musc, Tobacco, Tonka itd.). Ta kolekcja jest od momentu jej przedstawienia sukcesywnie rozbudowywana i na pewno powinna zwrócić uwagę wszystkich panów, dla których perfumy są istotnym dopełnieniem stylu lub osobowości (albo jednego i drugiego).

boclet rock riot

W 2016 roku Boclet zaprezentował trio zapachowe rozpoczynające nowy cykl perfum zatytułowany Rock & Riot, inspirowanych muzyką – nazwijmy to – rozrywkową, pochodzącą z czasów, gdy standardowym nośnikiem muzyki były jeszcze winylowe krążki. Nazwy poszczególnych zapachów pochodzą od tytułów znanych utworów muzycznych. W skład kolekcji obecnie wchodzi już sześć pachnideł: Heroes, Angie, Ashes, Cocaine, Rebel, Sugar, mających bardzo wysoką koncentrację ekstraktów perfumowych. Dziś moje wrażenia dotyczące pierwszych trzech z nich.

 

Heroes

Nazwa ma – jak domniemam – być nawiązaniem do słynnej piosenki Davida Bowiego z 1977 roku, w której ten opisuje parę kochanków spotykających się w cieniu berlińskiego muru:

„(…) Ja, ja to pamiętam (pamiętam)
Staliśmy pod murem (pod murem)
Broń strzelała nad naszymi głowami
(nad naszymi głowami)
I całowaliśmy się
Tak jakby nic nie mogło zostać zburzone
(nic nie mogło zostać zburzone)
Wstyd był po drugiej stronie
Och, możemy ich pokonać, już na zawsze
Potem możemy być bohaterami
Tylko na jeden dzień (…)”*

Boclet rozpoczyna swój zapach mocnym uderzeniem, złożonym z zielono-drzewnego galbanum, połączonego z sucho-zieloną bylicą. Z czasem mniej w tym tej lekko kwaśnej zieleni, a więcej suchych drzew. Tyle. I tak to trwa całkiem długo, jako że Heroes o – podobnie jak pozostałe zapachy tej trójki – to bardzo trwałe perfumy.  Nie mogę jednak w tym miejscu nie napisać, że to aromat bardzo dobrze mi znany i bardzo przez mnie lubiany, tyle że występujący już od kilku lat pod inną nazwą – Interlude Man Amouage. Ta sama zielono-sucha i przyprawowa drzewność, może tylko o jednak nieco mniej spektakularnych parametrach. Brak oregano w składzie niewiele tu zmienia. Tak czy inaczej – siłą rzeczy – Heroes podoba mi się.

nuty głowy: bergamotka, bylica, galbanum, kokos

nuty serca: geranium, ylang-ylang, heliotrop, paczula, drzewo sandałowe,
gwajak, cedr

nuty bazy: ambra, wanilia, mech, bób tonka

 

Angie

W tym przypadku muzyczne skojarzenie może być tylko jedno. Przebojowa, ale w swej treści smutna akustyczna ballada The Rolling Stones z 1973 roku o zakończonym romansie Keitha Richardsa stała się – jak podejrzewam – kanwą dla tej olfaktorycznej kompozycji, którą wyróżnia dominująca mleczno-zielona, egzotyczna nuta figi, w jakimś sensie mogąca symbolizować gorące uczucie gitarzysty do tytułowej niewiasty…

„(…) Ale Angie, nadal Cię kocham…
Gdziekolwiek patrzę widzę Twoje oczy
Nie ma kobiety, która Tobie dorównuje
Chodź tu, kochanie, osusz swoje oczy (…)”*

Akord mlecznej figi dominuje tu właściwie przez cały czas, tyle że o ile na początku jest najwyraźniejszy, to z czasem w sercu zaczynają mu towarzyszyć nuty drzewne, by w bazie dodatkowo wzbogacić się miękką wanilią. Jednak nawet wtedy ślad figowego tematu jest wciąż obecny, niczym tytułowa Angie w pamięci Keitha Richardsa. Nie jestem fanem pachnideł figowych, ale tutejsze męskie jej połączenie z nutami drzewnymi jest – jak dla mnie – całkiem przekonujące.

nuty głowy: suszona figa, mleczna figa, liście figi

nuty serca: nuty kwiatowe, głóg, nuty drzewne, cedr, drzewo sandałowe

nuty bazy: ambra, piżmo, wanilia

Ashes

Wydaje się być zainspirowany inną piosenka Dawida Bowie – Ashes to Ashes – z wydanej w 1980 roku płyty Scary Monsters (and Super Creeps), w której Bowie nawiązuje do postaci majora Toma, przedstawionego publiczności na słynnym albumie Space Oddity z 1969 roku.

„(…) Z prochu w proch, ze strachu do zastraszenia
Wiemy, że major Tom jest ćpunem
Zawieszony wysoko w niebie
Sięga dna (…)”*

Olfaktoryczne nawiązanie do tytułu i tekstu piosenki jest tu bardzo dosłowne, poprzez sypką niczym popiół nutę obecną w bazie zapachu. Jednak zanim ona nastąpi, najpierw mamy intensywny, przyprawowy początek, z nutą piołunu, z czasem rozwijający się w kierunku drzewnego serca (cedr i gwajak),  aż do sucho-drzewnego, popiołowego właśnie finiszu z ładnie przebijającym się, ale nie dominującym kadzidłem. Ashes to zapach dla wielbicieli dobrze doprawionych mocnych woni sucho-drzewnych i kadzidlanych, do których od zawsze się zaliczam. Tak więc to mój ulubieniec w opisywanej trójce Rock & Riot. Nie może być inaczej.

nuty głowy: piołun, goździk

nuty serca: gwajak, cedr atlaski, cedr z Virginii, paczula

nuty bazy: ambra, suche drewno, piżmo, kadzidło

 

Rock & Riot Francka Bocleta to zapachy obiektywnie naprawdę porządnej jakości, intensywne, mocne, trwałe, rozwijające się na skórze. Pod względem warsztatowym to więc „pełna profeska”. Choć tematycznie nie wnoszą nic nowego do perfumerii, to jednak zgrabnie eksplorują znane (ale – przyznajmy – dość już „ograne”) niszowe tematy, czasem niestety posuwając się do perfumowego plagiatu, jak jest w przypadku Heroes (David Bowie z pewnością nie posunąłby się do tego, gdyż to raczej jego kopiowano, co i tak było trudne, bo z albumu na album – jakby na przekór – grał inną muzykę). Niemniej ciekaw jestem bardzo pozostałych trzech pachnideł tego cyklu oraz tego, co Boclet zaproponuje w przyszłości, bo pewien jestem, że na sześciu piosenkach się tu nie skończy. Przydałby się wszak cały album, choć może niekoniecznie zaraz podwójny…

Aha. Jeszcze jedno. Czy mogę mieć życzenie? Poproszę o Stairway to Heaven oraz Child in Time. 🙂

*) Tłumaczenia tesktów piosenek zaczerpnięto z http://www.tekstowo.pl

PS. Perfumy Rock & Riot dostępne są w warszawskiej perfumerii Quality Missala.

Serge Lutens „Bas de Soie” – jedwabna wiosna

 

Zwykle słyszę i czytam o podobieństwie Bas de Soie do Chanel No. 19.

Nie znam na tyle dobrze perfum Henri Roberta, by to z przekonaniem potwierdzić. Jednak z kilkukrotnych testów klasycznej 19-ki, jakie w dłuższym okresie przeprowadzałem w perfumeriach, zapamiętałem intensywną zieloność galbanum i pudrowość irysa. Te elementy rzeczywiście odnajduję w Bas de Soie, ale po pierwsze – ich proporcje są tu inne (irys jest zawoalowany, galbanum z kolei jest mniej ewidentne niż w klasyku Chanela), po drugie zaś – jest tu jeszcze coś, czego w perfumach Chanela nie ma. Heliotropina. Ta słodka, słoneczna, migdałowa nuta dodaje całości nowego – hiacyntowego właśnie – wymiaru. Bo moim zdaniem w ten właśnie sposób perfumiarz zbudował akord hiacyntu – łącząc galbanum z heliotropem i być może z czymś jeszcze…

Mniejsza jednak o składniki. Liczy się przecież efekt końcowy. A ten jest w przypadku Bas de Soie bardziej współczesny, wyjątkowo uroczy i wcale nie typowo lutensowski. Owszem, czuć maestrię Sheldrake’a prowadzonego przez wyrafinowany gust Serge’a, ale w tym przypadku znalazły one odzwierciedlenie w czymś jasnym, radosnym, świeżym, dalekim od kontrowersji. Bezpretensjonalnym i pięknym swoją świeżą, niemal naturalistyczną, zieloną kwiatowością.

Z początku zielone, z czasem zielono-kwiatowe i pudrowe, o wyraźnej, czystej, mydlanej, świeżej aurze, Bas de Soie jawią się jako jedne z najśliczniejszych perfum Serge’a Lutensa. Łączą w sobie naturalistyczny element kwiatowy ze zmysłowym kobiecym podtekstem. Niczym wiosna lub kobieta w jedwabnych pończochach*. Albo i jedno i drugie.

silk-stockings-2

Chociaż – co ciekawe – gdy testuję Bas de Soie na papierku, po pewnym czasie zawsze czuję pewne podobieństwa także do klasycznego Grey Flannel Geoffrey Beene, głównie w wyniku połączenia nut zielonych z pudrowymi oraz poprzez tę mydlaną, czystą aurą. Oczywiście Szara Flanela jest dużo bardziej „nieociosana”, archaiczna, mniej ułożona, z wyraźną nutą fiołkową, której tu nie znajdziemy. Ale jednak pewnych podobieństw „gatunkowych” nie sposób nie zauważyć. Przy pewnej więc dozie nonszalancji także i facet mógłby nosić te perfumy. Tylko czy wypada mu odziewać się w jedwabne pończochy…?

lutens basdesoie

główne nuty: irys, hiacynt, galbanum, przyprawy, piżmo

perfumiarze: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2010

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,5/ trwałość: 4,0

 

*) bas de soie – z francuskiego: „jedwabne pończonchy”

Zoologist Perfumes – „Civet”, „Nightingale” i „Macaque”

Minął nieco ponad rok od mojego poprzedniego wpisu nt. niezwykłych pachnideł kanadyjskiej marki niszowej Zoologist Perfumes. W tym czasie bardzo wiele się wydarzyło w perfumowym zoo. Twórca marki – Victor Wong, kreator zapachów (ale nie perfumiarz), wcześniej zaś perfumowy bloger, z powodzeniem dokooptował do swej uroczej trzódki kolejne zwierzęta (Makak, Skowronek i Cywet), oficjalnie przeformułował bobra* (jakkolwiek dziwnie to brzmi) oraz – dzięki międzynarodowej blogosferze i setkom perfumowych entuzjastów, a także zdobytym nagrodom (Art and Olfaction Award 2016 dla Bat oraz nominacja dla Civet w edycji 2017) i rozlicznym wywiadom udzielanym mediom elektronicznym i tradycyjnym, znacząco poprawił świadomość istnienia młodziutkiej marki.

Ze względu na powierzanie prac nad zapachami nieznanym szerzej perfumiarzom-amatorom (zwykle samoukom) i ujawnianie ich nazwisk przy okazji kolejnych premier, ktoś gdzieś – ze sporą dozą przesady – określił nawet Wonga „Fredericem Malle perfum rzemieślniczych (artisanal perfumes)”, którego to określenia używa się już od kilku lat, by odróżnić kameralne, często jednoosobowe przedsięwzięcia perfumowe, od działających na szeroką skalę marek niszowych, dawno niszowymi nie będących.

Victor Wong Zoologist

Ale imponującego sukcesu Zoologist Perfumes nie byłoby, gdyby nie frapujący koncept i -przede wszystkim – pachnidła – oryginalne, wyjątkowej urody, niezwykłe, pełne bezpretensjonalnej kreatywności, komponowane pod kierunkiem Wonga i na podstawie przygotowanych przez niego briefów, przez wybranych przez niego perfumiarzy wywodzących się spoza mainstreamu.

We wspomnianym poprzednim wpisie próbowałem oddać naturę pierwszych pięciu zwierząt Zoologist: pachnącego ściółką i geosminą Nietoperza (Bat), nektarowego Kolibra (Hummingbird), skórzanego Nosorożca (Rhinoceros), piżmowo-kastoreum-owego Bobra (Beaver) czy zielono-bambusowego misia Pandy (Panda). Dziś kilkanaście zdań o pozostałych trzech zwierzakach.

 

Nightingale (Słowik) – japońska wiosna

Jak wyjaśnia Tomoo Inaba – perfumiarz, który skomponował Nightingale – w Japonii początek wiosny zwiastują śpiewające słowiki i kwitnące kwiaty drzew śliwkowych (a także – rzecz jasna – wiśniowych). Jednak kwiecie śliwy ma zdecydowanie ciekawszy, pełniejszy i mocniejszy aromat, aniżeli słynna japońska wiśnia, a woń kwiatu śliwy jest w Japonii bardzo chętnie imitowana w postaci różnego rodzaju dezodorantów (np. do pomieszczeń, samochodów itp.), a także perfum. Każdy perfumiarz pracuje tam nad własną interpretacją tego akordu, podobnie jak we Francji każdy perfumiarz pochyla się nad zrekonstruowaniem woni konwalii.

tomoo-inaba-smelling-tuberose

Tomoo Inaba od lat para się zgłębianiem tajników perfumerii, także technik pozyskiwania składników perfum (w tym celu odwiedził już 25 krajów) oraz komponuje perfumy – do szuflady. Nightingale jest jego publicznym debiutem. W pierwotnej wersji przeleżał w szufladzie 3 lata. Gdy Victor Wong zgłosił się do niego z propozycją przygotowania perfum do kolekcji Zoologist, ten zdecydował się sięgnąć po jedną ze swych prywatnych mikstur, w której centralnym akordem jest właśnie kwiat śliwy. Dopracował recepturę i przedstawił Wongowi – ku jego zachwytowi, któremu osobiście wcale się nie dziwię.

Nightingale jest zapachem lekkim, kwiatowo-przyprawowym, o szyprowej i jakby niedopowiedzianej aurze. Czuć w nim japoński umiar. Może poza dość mocnym, szafranowym początkiem, cechuje go lekkość i transparentność oraz niezwykle urokliwa sygnatura, będąca wypadkową subtelnej woni kwiatowej, egzotycznej pikantności szafranu, zmysłowości subtelnie użytej paczuli i drzewnej, mszysto-wiórowej bazy. Odrobinę świeżości na początku perfumiarz nadał tradycyjnym akordem cytrusowym, a głębi i trwałości – piżmami, kadzidłem, ambrą i labdanum.

Nightingale ma w sobie niezwykły olfaktoryczny urok. Jest radosny, wiosenny, lekki, ciepły. Choć wydaje się być uniseksem, zdecydowanie lepiej zaprezentuje się na wiosennej, kobiecej skórze. Warto to sprawdzić.

 

nightingale-60-ml-edp

Nuty głowy: bergamotka, cytryna, szafran

Nuty serca: kwiaty japońskiej śliwki, róża, fiołek

Nuty bazy: oud, paczula, drewno sandałowe, mech, kadzidło, białe piżmo, labdanum, ambra

twórca: Tomoo Inaba

rok premiery: 2015

 

Macaque (Makak) – jego (nie)dzika zieloność

To drugi – obok Pandy – zapach zielony w ofercie Zoologist, choć w porównaniu do poprzednika zdecydowanie bardziej uładzony, umiarkowany, nie tak mocno soczysty i nie tak nieokrzesany, co – ma wrażenie – chyba nie do końca pasuje do charakteru tej małpy. Okazuje się jednak, że takie, a nie inne nuty go budujące, mają z tym zwierzęciem pewne związki…

Sarah McCartney

Sarah McCartney – właścicielka londyńskiej pracowni perfumowej 4160 Tuesdays – skomponowała Macaque.

Autorka uwzględniła w kompozycji nuty kojarzące się z codziennym menu makaków, czyli owocami (jabłko, mandarynka). Oddała ukłon w kierunku japońskiej sztuki wyrabiania wonnych kadzideł, sprzedawanych przy tamtejszych świątyniach (przyprawy, kadzidło, cedr), do których to świątyń makaki bardzo chętnie zaglądają w celu znalezienia pożywienia (pozostawianego tam dla nich przez wiernych). Próbowała także uwzględnić osobniczy zapach małp, który – wedle jej słów – jest bardziej owocowy, aniżeli mocno zwierzęcy. Temu posłużyło użycie galbanum. To jedna z dominujących tu nut.

W owocowym początku dominuje nuta jabłka.  Serce jest bardziej zielone, z mocno wyczuwalnym galbanum, którego naturalnie gęsta zieleń została tu ujarzmiona nutami zielonej herbaty z odrobiną jaśminu, kapką miodu oraz odrobiną kadzidła. Baza zapachu jest delikatna, sucho-drzewna.

Macaque to obiektywnie bardzo przyjazne i przyjemne pachnidło, które może szczególnie przypaść do gustu wielbicielom woni herbacianych. Niemniej – jak dla mnie – nie tak ekscytujące jak opisany powyżej Nightingale, którego sygnatura ma w sobie coś uzależniającego, ani też nie tak frapujące jak Civet, któremu poświęciłem ostatnią, trzecią część niniejszego wpisu.

 

 

zoologist macaque-60-ml-edp

Nuty głowy: cedr, zielone jabłko, czerwona mandarynka

Nuty serca: kadzidło, galbanum, miód, palisander, ylang ylang, jasminowa herbata

Nuty bazy: mech cedrowy, zielona herbata, biały oud, piżmo

twórca: Sarah McCartney

rok premiery: 2016

 

Civet – ciemny szyprowy kociak

Zapach nominowany do tegorocznej Art and Olfaction Award w kategorii Twórca Niezależny (wyniki będą ogłoszone 6 maja podczas Gali z Berlinie) to prawdopodobnie już dziś wg wielu wielbicieli marki jedne z najlepszych perfum, jakie dotąd zaproponował Victor Wong. Rozumiem takie opinie i częściowo je podzielam. Częściowo, gdyż mi w Civet czegoś jednak zabrakło…

Civet-Poster-Square-_Man_880x

Nazwa zapachu z jednej strony zachęca, z drugiej wzbudza rezerwę. Wszak każdy, kto nieco bardziej interesuje się perfumami i budującymi je składnikami wie, że cywet to określenie na raczej cuchnącą substancję, pozyskiwaną z gruczołów analnych zwierzęcia przypominającego kota, żyjącego w Afryce i Azji Południowej (ten sam zwierzak żywi się ziarnami kawy, które częściowo nadtrawione wydala, ku uciesze koneserów kawy Kopi Luwak…). Tym bardziej wtajemniczonym wiadomo, że właściwe (czytaj – z wielkim umiarem) użycie cywetu w perfumach (ostatnio zwykle w postaci syntetycznie pozyskiwanego odpowiednika), może czynić olfaktoryczne cuda. Przydaje zapachowi „ciała”, obecności, projekcji, głębi i trwałości oraz podświadomie zwierzęcej zmysłowości…  Potrafi tchnąć życie w perfumową kompozycję. Nie w każdą – rzecz jasna – ale w taką jak Civet – absolutnie tak.

Civet – dzieło mieszkającej i pracującej w Portland, Oregon (USA) perfumiarki Shelley Waddington – to współczesny szypr zbudowany z dużej ilości naturalnych esencji, przez co pachnący bardzo klasycznie, niemal retro, w którym syntetyczny cywet użyto z niezwykłym wyczuciem. Nie ma mowy, byśmy w którymś momencie poczuli jego fekalną naturę. Ale na pewno czujemy jego cudowne działanie.

Zapach ma gęsty, ciepły i nieco zawiesisty, otulający, a przy tym melancholijny charakter. Otwiera się bogatą mieszanką ingrediencji, praktycznie od razu odsłaniając wiele składników z bazy, stanowiącej tu najistotniejszą treść. Obecne na początku nuty cytrusów mieszające się z bogactwem esencji kwiatowych zawartych w sercu, doprawionych goździkiem, są „tylko” oprawą dla niezwykle bogatej i jednocześnie bardzo harmonijnej głębi zapachu, w której autorka pomieściła całe mnóstwo perfumowych „dobroci” o wysokiej wadze molekularnej (żywice, balsamy, nuty drzewne, wanilię, skórę, kadzidło), dodając też element zaskoczenia w postaci wyrazistej nuty kawy. I to właśnie kawa stanowi o niezwykłości tego szypru. O tym, że nie nie pachnie on jak kolejna kopia Habanity Molinard. Warto podkreślić, że perfumiarka ustawiła tak proporcję nut bazy w stosunku do reszty, że w efekcie – mimo wspomnianej obecności nut kwiatowych – Civet trudno nazwać zapachem kwiatowym.

Shelley Weddington

Civet ma koncentrację czystych perfum (25% esencji), a więc wyższą o 5% od pozostałych pachnideł Zoologist. Podobno dopiero w tym stężeniu zaczął pachnieć wedle oczekiwań autorki. To także wg mnie dowodzi, że jest złożony w zdecydowanej przewadze z naturalnych esencji, które w takim bogactwie, jak tu, potrafią przytłoczyć, przytłumić aromat. Zręczne i świadome użycie niektórych magicznych aromamolekuł z pewnością dodało by całości przestrzeni i projekcji i nie wymagało aż tak wysokiej koncentracji. Ale Shelley Weddington znana jest z zamiłowania do perfumerii naturalnej i w ten właśnie sposób tworzyła Civet – ze wszystkimi tego mocnymi i słabymi stronami. I choć nie przebił on swoją urodą stylistycznie pokrewnego Salome Papillon Perfumes, które mnie niedawno wprost oczarowało, a charakteru ma zdecydowanie mniej niż osławione MAAI Bogue Profumo, to nie mogę odmówić mu oryginalnej, choć mocno ugładzonej urody i bardzo komfortowego, otulającego, zmysłowego oraz – co ważne – absolutnie uniseksowego charakteru.

Przy czym Civet jest zupełnie niegroźnym zwierzakiem. To ciemno umaszczony, futerkowy, przymilny kociak. Rozleniwiony, bo dobrze nakarmiony kawą. Ale brak mu pazurów. I to moja jedyna uwaga.

 

zoollogist civet-60-ml-edp

Nuty głowy: bergamotka, czarny pieprz, cytryna, pomarańcze, estragon

Nuty serca: goździk (kwiat), frangipani, heliotrop, hiacynt, kwiat lipy, tuberoza, ylang-ylang

Nuty bazy: cywet, kawa, kadzidło, labdanum, piżmo, mech dębowy, żywice, rosyjska skóra, wanilia, wetiwer, nuty drzewne

twórca: Shelley Waddington

rok premiery: 2016

 

*) Wedle słów Victora Wonga: „W 2016 roku poprawiliśmy formułę (Beavera) poprzez przeprojektowanie akordu kwiatu lipy, usunięcie nut dymnych i popiołowych oraz wzmocnienie bazy, poprzez dodanie piżm o wyższej jakości. Do tego wpletliśmy lekką nutę skórzaną – jako hołd dla prawdziwego kastoreum”.

 

PS. Perfumy marki Zoologist są w Polsce dostępne wyłącznie w perfumerii Lulua w Krakowie. 

 

Hermes „Eau des Merveilles Bleue”

Wstęp

Eau des Merveilles Bleue to najnowsze wcielenie pochodzącego z 2004 roku Eau des Merveilles, zapachu skomponowanego dla Hermesa przez Natalie Feisthauer i Ralfa Schwiegera. A było to jeszcze, zanim marka zatrudniła Jean-Claude’a Ellenę, który swymi niezwykłymi pachnidłami pomógł odbudować, a nawet chyba więcej – zbudować pozycję marki na rynku. Ellena zresztą popełnił później kilka wariacji na temat Cudownej Wody (Eau Claire des Merveilles, L’Ambre des Merveilles czy Elixir des Merveilles), ale ta zeszłoroczna to już samodzielne dzieło Christine Nagel, która – jak wiemy – zastąpiła jakiś czas temu J.C. Ellenę w fotelu Hermes in- house perfumer.

Zapach

Tym razem ten oryginalnie ciepły, zmysłowy, ambrowo-drzewny zapach został zinterpretowany w kontekście morskim. Zachowana została jego subtelna ambrowość, ale to, co dominuje przez pierwsze kilkadziesiąt minut, to całkiem wyraźny akord morski, lekko wodny, lekko słony, lekko pienisty, niczym oceaniczne bałwany. Później stopniowo ujawnia się ambrowa baza, a zapach staje się tzw. skinscent (blisko-skórny, cielesny, mocno i blisko wiążący się ze skórą). Gdzieś po drodze wyczuwam ślady wanilii lub czegoś do niej zbliżonego. Bazowa ambra to jednak w tym przypadku nie płynna bursztynowa żywica, tylko całkiem przekonująca imitacja szarej ambry z jej morskim, lekko słonym, lekko piżmowym aromatem.

Eau des Merveilles Bleue to doskonała, moim zdaniem uniseksowa, propozycja na letnią aurę. Świetna alternatywa dla wszelkiej maści cytrusów czy lekkich pachnideł kwiatowych. Projekcja zapachu jest umiarkowana, z początku wyraźna, ale już na etapie wczesnej bazy zdecydowanie bardziej subtelna. Zapach ten ma jednak tę cechę, iż z każdym podgrzaniem skóry (o co latem nietrudno) na nowo emituje swoją morsko-ambrową sygnaturę, pozostawiając za osobą go noszącą przyjemną, świeżą i intrygującą aurę.

Flakon

Mający kształt połowy soczewki lub – jak kto woli – kropli wody na płaskiej powierzchni (w końcu to Eau des Merveilles), znany z protoplasty (tu jednak stosownie do nazwy i wodnego charakteru zabarwiony subtelnym błękitem, w rzeczywistości wszakże dużo delikatniejszym, niż na poniższej grafice i utrzymanym w morskim odcieniu) jest prześlicznym przedmiotem i – jak to u Hermesa – dalekim od banału, zaprojektowanym z pomysłem i wykonanym z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Nazwa zapachu nadrukowana jest z przodu, na owalnej ściance, czcionką w hermesowym pomarańczowym kolorze.  Na tylnej płaskiej ściance flakonu, na której u dołu widnieje logo marki, mienią się srebrne drobinki oraz gwiazdki. Butelkę można postawić na jednym z dwóch przewidzianych do tego „frezów” lub położyć na tylnej ściance. Wygląda wówczas jak kropla wody przylgnięta do płaskiej powierzchni. Atomizer bez zatyczki, dostępny jest od razu po wyjęciu flakonu z pudełka.

Flakon to gustowna ozdoba półki, małe arcydzieło wzornictwa. Co  najważniejsze jednak – zwierające bardzo przyjemnie pachnącą ciecz, o czym miał przyjemność donieść „niżej podpisany”.

EDM BLEUE - 100 ml

główne nuty: morskie, drzewne, paczula

perfumiarz: Christine Nagel

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

„Gosha Rubchinskiy” by CdG – zapach post-sowieckich skate’owców…

Jako stary rutyniarz od dłuższego czasu żyłem w przekonaniu, że nic mnie już w perfumerii nie zaskoczy. O ja niepokorny! Przecież rzeczywistość tak bardzo nie znosi próżni! Ta olfaktoryczna również! Jeżeli ktoś czegoś jeszcze nie wymyślił, to już za chwilę to wymyśli. Spokojnie! Zapach w hołdzie dla skateboardingu? Proszę bardzo. Tego przecież jeszcze nie było. Ale już jest!

skateboarding

Tylko jak coś takiego może pachnieć? Jak perfumiarz przełoży na aromat taki koncept?

Skateboarding w letni dzień

Kółka deski palące się na rozgrzanym betonie chodnika

Zapachy gumy i smoły, a zarazem woń młodości i wolności

Oto pierwsze pachnidło sygnowane przez rosyjskiego projektanta odzieży, Goshę Rubchinskiy’ego, który na fali „mody na Rosję” (uff, mam z tym „historycznie uwarunkowany” kłopot), zdobył sobie uwielbienie na zachodzie Europy, głównie w UK i Niemczech, gdzie jego kolekcje sprzedawane są w najlepszych londyńskich i berlińskich sklepach.

gosha rubchinskity clothes  

Rubchinskiy to „Rosjanin, który przez ostatnie lata stał się globalnym fenomenem, w swoich niełatwych w odbiorze, inspirowanych post-sowiecką estetyką ubraniach, oraz w surowych i ascetycznych fotografiach krymskiej sceny deskorolkowej, zawarł esencję buntu swojego pokolenia„. (Ignacy Hryniewicz, newonce.net) 

gosha-rubchinskiy-2560x1400_c

Kartonik w kolorze post-sowieckiej czerwieni z napisem nadrukowany cyrylicą. Prosty i klasyczny kształt flakonu (podobno ukłon w kierunku rosyjskiej perfumerii, choć mi przypomina butlę klasycznego Pour Homme od zupełnie nierosyjskich Włochów Dolcego i Gabbany), zatyczka pokryta drewnem z deskorolki. Prosty i oszczędny napis (cyrylica) na flakonie z imieniem i nazwiskiem kreatora. Surowo. Po rosyjsku, aż chłód przechodzi po plecach…

Zapach otwiera się mocnym podmuchem alkoholu (tak!), spod którego wyłania się najpierw rachityczna, zielono-gałęziasta nuta korzenia arcydzięgla, po czym pojawia się i z czasem wzmaga aromat gumy, rozgrzanej na gorącym od promieni słonecznych betonie. Zresztą w późniejszej fazie ta guma przechodzi w całkiem sugestywną woń smoły lub – jak kto woli – asfaltu. Rozgrzanego, ma się rozumieć. I tyle. Bo zapach ten, podobnie jak flakon, jest surowy i minimalistyczny, a jednocześnie sugestywny i obrazowy.

To doskonały przykład minimalistycznej, abstrakcyjnej perfumerii koncepcyjnej, która przekracza granicę tego, co zwykliśmy nazywać perfumami. Nawet obecnie, gdy tyle rzeczy zdążyło się już w perfumerii wydarzyć, zapach Goshy Rubchinskiy’ego pachnie zaskakująco nowatorsko i frapująco.  Jego neo-perfumy to przedziwny, awangardowy konglomerat nut ściśle powiązanych z miejską subkulturą skateboardingu.

Co ciekawe, poszczególne składniki budują tu konkretny zapachowy obrazek tak celnie i sugestywnie, że na jego rzecz zatracają swą indywidualność. Bardzo lubię, gdy tak się dzieje. To jak mieszanie farb po to, by uzyskać nowe nienaturalne kolory, przez co obraz nie odwzorowuje po prostu rzeczywistości, tylko tworzy nową, abstrakcyjną nierzeczywistość. 

Interesujące perfumy powinny opowiadać jakąś historię, malować jakiś obraz, a nie jedynie prezentować ten czy inny składnik niczym dumną postać w świetle jupiterów. Jeżeli robią to przekonująco i spójnie, to ich akceptacja jest już jedynie rzeczą gustu i smaku odbiorcy.

gosha-rubchinskiy-fragrance-release-0

Daleko mi bardzo do Rosji. Dalej jest mi chyba jedynie do skateboardingu. Daleki też jestem od zachwytów nad tym zapachem. Natomiast uważam go obiektywnie za interesujący i – co ważne – udany eksperyment. Nie znam nic, co pachnie podobnie. Spotkałem już w perfumach nutę smoły (Comme des Garcons Tar), spotkałem też nie raz, nie dwa gorzko-sucho-zielonego arcydzięgla (wyraźnego choćby we French Lover F. Malle). Fakt, nie znalazłem dotąd w perfumach woni gumy. Tak czy inaczej, na taką konstelację urbanistycznych aromatów, jak ta tutaj, nigdy dotąd nie wpadłem. I za to warto Goshę pochwalić.  Są bardzo w stylu Comme des Garcons z najbardziej poszukującego okresu serii Synthetic czy Odeur. Czy to zachęta do ich poznania, czy nie, to pozostawiam do oceny wszystkim, którzy doczytali ten wpis do tego miejsca. 

COMME_DES_GARCONS_GOSHA_RUBCHINSKIY_PERFUME_ARTWORKED_V2-2

nuty głowy: korzeń arcydzięgla, bukko

nuty serca: ziarna mandarynki, błękitny rumianek

nuty bazy: żywica benzoesowa, wetyweria, paczula

rok premiery: 2016

perfumiarz: Alexis Dadier (pod kierunkeim Christiana Astuguevieille’a i Goshy Rubchinskiy’ego)

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 3,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

 

PS Zapach do przetestowania i nabycia w perfumerii Mood Scent Bar w Warszawie.

Parle Moi de Parfum – opowiedz mi o perfumach

Intuicja perfumomaniaka podpowiadała mi, że w otwartym we wrześniu 2016 roku przy 10 RUE DE SÉVIGNÉ w Paryżu butiku Parle Moi de Parfum oferowane są warte uwagi pachnidła. Dlaczego?

parle-moi-de-parfum-boutique-02

Dlatego, że ta – zupełnie nowa na perfumowym firmamencie – marka jest wspólnym przedsięwzięciem rodziny o jakże znaczącym nazwisku, które nikomu interesującemu się na serio perfumami nie może być obce: Almairac. Oto klasyczny perfumowy family business, którego inicjatorem i mózgiem jest Benjamin Almairac, syn słynnego Michela Almairaca, perfumiarza- legendy, który swój talent i gigantyczne doświadczenie wykorzystuje komponując zapachy dla Parle Moi de Parfum. Ale to nie koniec, gdyż w powstanie i działalność butiku zaangażowani są także drugi syn Michela – Romain oraz żona perfumiarza Elisabeth.

Michel Almairac and Sidonie Lancesseur
Michel Almairac (na zdjęciu z perfumiarką Sidonie Lancesseur)

Pozwolę sobie przypomnieć, że Michel Almairac, Grassois z krwi i kości – to weteran perfumowego rzemiosła, mający ma na swoim koncie m.in. takie pachnidła, jak: Chopard Casmir, Davidoff Zino, Chopard Heaven, Gucci Rush, Gucci Pour Homme, JOOP! Homme, Armani Bois d’Encens, Burberry Men, Burberry Women, Bottega Veneta for Women, Bentley Absolute for Men, Dunhill Alfred Dunhill, Lalique Hommage a l’Homme Voyageur, Laura Biagotti Venezia, Paloma Picasso Minotaure czy Rochas Lui.

Michel w ten oto sposób przedstawia swoją motywację dla powstania Parle Moi de Parfum:

„Gdy spędzasz swoje życie wyobrażając sobie i komponując (zapachy) dla innych, prędzej czy później chcesz tworzyć wg własnych marzeń i dzielić się tym. W pierwszej kolejności ze swoimi dziećmi. Później z innymi.”

Benjamin wspomina, że od dawna marzył o tym, by w centrum Paryża stworzyć miejsce, w którym mógłby prezentować klienteli perfumy skomponowane przez ojca. Perfumową tematyką siłą rzeczy nasiąkał od dziecka, obserwując go podczas pracy, słuchając jego opowieści o składnikach, komponowaniu i perfumowym biznesie, więc ten kierunek rozwoju jego zainteresowań wydawał się  naturalny.

Benjamin Almairac
Benjamin Almairac (w środku)

Stworzony przez Almaiarców butik Parle Moi de Parfum („Opowiedz mi o perfumach”) nie jest jednak zwyczajnym sklepem z perfumami. Pracujący w nim młody chemik na bieżąco przygotowuje z dostępnych tu składników wonne mieszanki – wg napisanych przez Michela formuł – i napełnia nimi flakony, które następnie uzbraja w atomizer, zatyczkę i etykietę. W tym sensie to miejsce przypomina nieco butiki Le Labo, z tym, że u Almairaców – zgodnie z zawartą w nazwie dewizą – możemy dodatkowo dowiedzieć się o procesie komponowania i powstawania perfum, jak i o składnikach je budujących. Intencją twórców jest nie dorabiać żadnej ideologii do oferowanych produktów i koncentrować się wyłącznie na perfumach jako takich, otwarcie o nich mówiąc.

parle-moi-de-parfum-slide-1

Obecnie linia perfum składa się z ośmiu pozycji w koncentracji eau de parfum: 

Une Tonne de Roses / 8, Guimauve de Noël / 31, Flavia Vanilla / 82Totally White / 126, Cedar Woodpecker / 10, Milky Musk / 39, Tomboy Neroli / 65, Woody Perfecto / 107

Ich nazwy dość wyraźnie sugerują, z jakimi typami pachnideł mamy do czynienia i jakie nuty w nich dominują. Kończące nazwy liczby pozostają póki co tajemnicą. Nie sądzę, by – podobnie jak u Le Labo – oznaczały liczbę użytych składników. Michel Almairac znany jest z raczej krótkich i konkretnych formuł, więc użycie 107 czy 126 składników raczej nie wchodzi tu w rachubę. Co ciekawe i licujące z przyjęta przez twórców strategią, ta pierwsza ósemka to w istocie kompozycje, które Michel tworzył na przestrzeni ostatnich kilku lat z myślą o konkretnych zapytaniach od klientów, a które niestety – ku rozczarowaniu twórcy – nie zostały przez nich wybrane i powędrowały do szuflady. Michel nie chciał, by pozostały tam na zawsze, dał im więc życie pod szyldem Parle Moi de Parfum.

Uwielbiając drzewno-kadzidlane perfumy Almairaca (Gucci Pour Homme, Bentley Absolute for Men czy Armani Bois d’Encens) w pierwszej kolejności sięgnąłem po drzewną kompozycję Parle Moi de Parfum: Cedar Woodpecker / 10.

Przyznam się bez bicia, że – naiwnie i wbrew rozsądkowi – biorąc do ręki Cedar Woodpecker/ 10 liczyłem na jakieś tam choćby odległe powinowactwo do Pour Homme Gucci, choćby stylistyczne. Nie liczyłem na jego kopię, absolutnie nie! Ale może na bardziej wyrafinowaną, bardziej ekskluzywnie pachnącą kompozycję drzewno-kadzidlaną? Otrzymałem jednak coś zupełnie innego, na tyle oryginalnie pachnącego, że nieprzypominającego mi żadnych innych znanych mi perfum. Nie było mowy o rozczarowaniu. Raczej o miłej niespodziance.

Cedar Woodpecker/ 10 to minimalistyczna kompozycja drzewna, z dominującym duetem cedru i irysa oraz słodkimi cytrusami na wstępie. Wszystko to pogłębione i utrwalone bardzo solidną dawką piżm.

Początek przykuwa uwagę komfortową i ciepłą świeżością i luksusową aurą. Odrobina słodkich cytrusów nadaje mu nieco soczystości. Serce stanowi bardzo przyjemny i lekki akord drzewny z wyczuwalnym, bardzo naturalnie pachnącym cedrem (wedle źródeł na cedrową nutę złożyło się kilka różnych esencji), piżmami i dość skrzętnie wmiskowanym irysem, którego indywidualnie nie jestem w stanie tu poczuć.  Na pewno nie jest ziemisty, raczej minimalnie pudrowy. Głębia zapachu jest najpierw naturalnie drzewna, delikatna, raczej bliska skóry, później całkiem wyraźnie piżmowa. Piżma przypominają mi te z Claire de Musc Serge’a Lutensa, są czyste ale też minimalnie zwierzęce i pozostają na skórze na długo po tym, gdy wszystko inne już uleci.

Reasumując, Cedar Woodpecker/ 10 to zapach minimalistyczny, bez zbędnych ozdobników, z elegancką i naprawdę przyjemną sygnaturą. Pozostawia subtelny, ale intrygujący ogonek. Jego trwałość przekracza 8 godzin. Brakuje mu może trochę mocy i nasycenia, które – wydawać by się mogło – powinno wynikać naturalnie z deklarowanej koncentracji eau de parfum, ale obfitsza aplikacja minimalizuje ten mankament. Zdaję sobie zresztą sprawę, że dla wielu osób ta swoista aura zapachowego niedomówienia może być bardzo atrakcyjna. Nie każdy przecież gustuje w mocnych olfaktorycznych deklaracjach. Niemniej,  Cedar Woodpecker/ 10 ma w sobie coś, co powoduje, że im częściej go używam, tym chętniej po niego sięgam, tym lepiej mi się go nosi, tak jakby „wrastał” we mnie i stawał się moim zupełnie osobistym zapachem. Na czym to polega – nie wiem. Niektóre pachnidła tak mają, ale nie zdarza się to często. Tym bardziej miła to niespodzianka.

Do perfum Parle Moi de Parfum z pewnością jeszcze na blogu powrócę. Wszak na recenzję czekają jeszcze wetiwerowe Woody Perfecto /107 i różane Une Tonne de Roses/8,  a – kto wie – może także i pozostałe zapachy z ich oferty?

Parle moi Cedar

nuty: cytrusy, irys, cedr, piżma

perfumiarz: Michel Almairac

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,5

 

Maison Francis Kurkdjian „Aqua Celestia” – niebiańska świeżość

Po zaledwie ośmiu latach działalności marka Maison Francis Kurkdjian wzbudziła apetyt branżowego giganta – koncernu LVMH, dysponującego w swym portfolio takimi brandami jak Guerlain, Dior Parfums, Givenchy czy Acqua di Parma. Skończyło się ogłoszonym dosłownie kilka dni temu zakupem jej pakietu większościowego. Informacja ta zelektryzowała media branżowe i zainteresowanych tematyką perfumową blogerów, w tym także i mnie. Co to oznacza dla przyszłości MFK? Trudno przewidzieć. Oby same dobre rzeczy.

Francis Kurkdjian to postać nietuzinkowa, nawet jak na pełną wyjątkowych postaci branżę, w której działa. Nieskazitelnie elegancki Paryżanin ormiańskiego pochodzenia, elokwentny, pewny siebie i swoich racji, umiejący ze swadą opowiadać o swej pracy i niezwykłych, niebanalnych projektach, jakich się podejmuje. Nie przepada za zdradzaniem tajemnic swojego perfumiarskiego warsztatu, perfumerię traktuje raczej jako rzemiosło, aniżeli sztukę. Lubi wyzwania i niebagatelne, zakrojone na szeroką skalę projekty z użyciem zapachu. Niewątpliwie człowiek sukcesu, ale też artysta, który posiadł tajemną wiedzę, dzięki której potrafi tworzyć piękne i uzależniające perfumy, wyróżniające się przy tym dużym potencjałem komercyjnym. Chcąc skomercjalizować swoją działalność, twórca z reguły potrzebuje wspólnika, orientującego się w zasadach prowadzenia biznesu w danej branży. Dla Francisa jest to Mark Chaya, który odpowiada za biznesową stronę MFK, a który doskonale wie, jak prowadzi się firmę w branży beauty.

MFK
Marka Chaya i Francis Kurkdjian

Połączenie sił, talentów i pracy obu panów zaowocowało powstaniem, rozwojem i sukcesem Maison Francis Kurkdjian – luksusowej marki perfumowej, znanej z imponującej linii nowoczesnych i wyjątkowej urody pachnideł, dostępnych w perfumeriach na wszystkich kontynentach oraz w kilku przepięknych butikach marki – w Paryżu, Kuala Lumpur, Kaohsiung, Taipei.

MFK Boutique

Gołym okiem i bez zaglądania w rachunek zysków i strat domniemać można, że MFK okazało się być udanym biznesem (wg http://us.fashionnetwork.com roczne obroty MFK sięgały 10 mln euro). Tak udanym, że zwróciło uwagę branżowego potentata (no chyba, że wcześniej popadło w finansowe tarapaty i znalazło branżowego inwestora, ale w taki scenariusz trudno by mi było uwierzyć). Zanim jednak „gruchnęła” wspomniana wiadomość o wykupie, Francis zdążył zaprezentować nowy zapach – kolejną, trzecią już po Aqua Universalis i Aqua Vitae, odsłonę swej „wodnej” kolekcji.

Aqua Celestia – podobnie jak Aqua Universalis – łączy subtelne nuty kwiatowe z piżmami i aurą luksusowego detergentu (co w tym przypadku jest komplementem, nie zaś wyrazem dezaprobaty). Różnice tkwią w odmiennej nucie kwiatowej (tu mimoza, tam kwiat pomarańczy i konwalia) oraz – przede wszystkim – w owocowej nucie czarnej porzeczki wyczuwalnej od samego początku, zgrabnie połączonej z orzeźwiającą limonką i miętą. Ten uroczy, świeży, lekki, transparentny, owocowo-kwiatowy akord utrzymuje się na skórze przez kilkadziesiąt minut. To, co pozostaje na skórze po jego wygaśnięciu, jest bardzo podobne do Aqua Universalis, choć nieco bardziej intensywne i trwalsze.

sky

Aqua Celestia to dla mnie kolejny dowód na to, że Francis Kurkdjian jest niedoścignionym mistrzem luksusowej i niebanalnej świeżości w perfumach. Specjalnie użyłem słowa luksusowej, choć bardzo trudno mi wyjaśnić słowami, dlaczego. Myślę jednak, że każdy, kto testował jego perfumy, z pewnością wie lub chociaż czuje, o czym piszę.

Jego wizja świeżości ma w sobie najwyższą jakość, coś nieuchwytnie hi-endowego, coś co powoduje, że otoczony stworzonym przez niego aromatem, czuję się, jakbym właśnie wyszedł spod prysznica i wdział nieskazitelnie białą koszulę uszytą dla mnie przez paryskiego Courtota (tak przynajmniej to sobie wyobrażam…).

Dotąd za każdym razem, gdy używałem Aqua Universalis, miałem chęć dosłownie się w niej wykąpać, nasączać nią odzież, bieliznę, pościel, dosłownie wszystko i… nie sięgać już po żadne inne perfumy. Teraz mam w tym zakresie wybór. Jest nim Aqua Celestia. Zabutelkowana niebiańska świeżość.

MFK Aqua Celestia

główne nuty: limonka, czarna porzeczka, mięta, mimoza, piżma

perfumiarz: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

Aqua Celestia jest już dostępna w perfumerii Quality Missala w Warszawie.