Kolońskie rekomendacje fqjciora

Zapach koloński jest ze mną od kiedy pamiętam, poczynając od opakowanej w wiklinowe wdzianko buteleczki Prastarej Wody Kolońskiej stojącej na toaletce mojej babci tudzież Przemysławki okupującej miejsce na półce w łazience. Od kilku lat kolońska jest niezbędnym elementem mojej zapachowej garderoby. Nie wyobrażam sobie nie tylko wiosny i lata, ale i całego roku bez świeżej kolońskiej woni w wydaniu mniej lub bardziej klasycznym.

Prastara kolońska
foto: http://www.brzytwa.org

Szczęśliwie nie tylko ja tak mam, o czym świadczy – jak sądzę – popularność wydanego w 2012 roku przez Toma Forda Neroli Portofino, klasycznie pachnącej kolońskiej, wzbogaconej o aspekt ambrowo-piżmowy, której nadano formę trwałej eau de parfum. Sukces tego zapachu skłonił inne marki do pójścia w ślady Forda i zaproponowania własnych pomysłów na kolońskie aromaty. Jedna z nich – mowa o Atelier Cologne – nawet oparła swoje portfolio na rozmaitych interpretacjach kolońskiego tematu, często zresztą wychodząc bardzo daleko poza kanon (troszkę jak od dawna znana z doskonałych kolońskich Acqua di Parma). Z kolei The Different Company stworzyło własną linię nowoczesnych kolońskich pod nazwa L’Esprit Cologne. Słynny Hermes dopracował się solidnej kolońskiej oferty pod nazwą Collection Colognes. Również Tom Ford – w tempie godnym podziwu – rozbudowuje swój arsenał zapachów kolońskich (Mandarino di Amalfi, Venetian Bergamot, Costa Azzura, Fleur de Portofino, Sole di Positano), a w zeszłym roku zaproponował nawet dwie nowe wersje swojego bestsellera: Neroli Portofino Acqua (lżejszą od pierwowzoru, bliższą klasycznej kolońskiej) i Neroli Portofino Forte – gęsty koloński perfumowy ekstrakt ze skórzaną bazą.

Na tym swoistym renesansie kolońskiej korzysta rzecz jasna konsument, mając coraz większy, niemal nieskończony, wybór.

the-neroli-portifino-collection

Poniżej opisałem zapachy kolońskie, które uważam za zdecydowanie godne rekomendacji. Część to typowe – lekkie i krótkotrwałe – eau de cologne, inne to intensywniejsze i bardziej trwałe wody toaletowe i perfumowane o kolońskim bukiecie. Po jednej na każdy dzień tygodnia…

 

Niedziela 

Acqua Di Colonia (1996) Lorenzo Villoresi

Klasyczna, aromatyczna i bezkompromisowa, czyli 120% kolońskiej w kolońskiej 

Bardzo tradycyjna w pod względem aromatu, archetypiczna wręcz kolońska, w której soczyste i rześko pachnące cytrusy połączono z lawendą, zielonym petitgrain (esencja z liści drzewa gorzkiej pomarańczy) i cytrusowo pachnącą żywca elemi, wzbogacono ziołami (wprowadzająca fizjologiczną nutę szałwia i rozmaryn) oraz esencją z kwiatu pomarańczy (neroli), utrwalając całość piżmami. W zamierzeniu prosta, ale w wykonaniu Villoresiego zaskakująco wyrafinowana kompozycja. Równie aromatyczna, co krótkotrwała, w czym także bardzo wierna klasycznym wzorcom. Acqua Di Colonia florenckiego Mistrza pachnie nieprawdopodobnie naturalnie i organicznie. Jest orzeźwiająca jak poranne słońce, soczysta jak włoskie cytrusy i jednocześnie wytrawna niczym zielnik włoskiego kucharza. To najpiękniejsza i najbardziej naturalna znana mi kolońska w klasycznym typie. Czysta i niczym nie zmącona kolońska ekstaza. Jednocześnie tak bardzo klasyczna w swym wyrazistym aromacie, że prawdopodobnie możliwa to zaakceptowania tylko przez koneserów tematu. Choć może się mylę.

 

główne składniki: cytrusy, petitgrain, elemi, goździk, neroli, szałwia, rozmaryn, piżmo

nos: Lorenzo Villoresi

 

Poniedziałek

Cologne Royale (2010) Christian Dior

Subtelnie i ponadczasowo, czyli gdy mniej znaczy więcej.

Kolońska będąca częścią ekskluzywnej linii Diora La Collection Couturier Parfumeur charakteryzuje się delikatnym cytrusowym muśnięciem kalabryjskiej bergamotki i wyraźną przez pierwsze minuty, ale nie przesadnie mocną nutą włoskiej mięty. Zapach osadzony jest na delikatnej bazie z esencji drewna sandałowego. Jego konstrukcja jest minimalistyczna, bardzo prosta i czytelna, doskonale wyważona, a aromat lekki, świeży i naturalny. Cologne Royale nastawiona jest – podobnie zresztą jak Acqua Do Colonia Lorenzo Villoresiego – na krótkotrwały efekt orzeźwienia, choć w swej formule jest dużo prostsza, łatwiejsza w odbiorze i – paradoksalnie –  zupełnie nie retro (choć podobno bazująca na wzorcach z XVIII wiecznych Dworów Królewskich).

Dominacja delikatnych cytrusów plus efemeryczna mięta. Delikatnie, naturalnie, świeżo i nieco nonszalancko, a przy tym krótko. Tak w największym skrócie można opisać Cologne Royale.

Jak mówi Francois Demachy, perfumiarz, który skomponował Cologne Royale,

Kolońska to dla perfumiarza ćwiczenie,  w którym na jakość powstałego zapachu największy wpływ ma jakość użytych składników, w szczególności cytrusowych esencji.

Ja dodałbym, że potrzeba też nie lada ekspertyzy i doświadczenia, by stworzyć wysokiej jakości kolońską. Francois Demachy nieraz już udowodnił, że jest mistrzem kolońskiej konwencji, i że potrafi żonglować nią w imponujący sposób. Wystarczy przywołać tu Eau Sauvage Cologne, Fahrenheit Cologne czy moje ulubione z tej trójki Dior Homme Cologne, do którego Cologne Royale jest chyba najbardziej podobne.

 

główne składniki: bergamotka, męta, drewno sandałowe

nos: Francois Demachy

 

Wtorek

Cologne Pour Le Matin (2009) Maison Francis Kurkdjian

Dla indywidualistów – musujące cytrusy i biały tymianek z Maroka jako doskonali kompani białej koszuli.

Z właściwym sobie urokiem i odrobiną przekory Francis Kurkdjian zaproponował swoją interpretację kolońskiego tematu łącząc obowiązkowe cytrusy (bergamotka i limonka) z akordem ziołowym złożonym z dominującej tu esencji białego tymianku oraz prowansalskiej lawendy. Efektem jest zapach lekki i odświeżający, w którym najwyraźniej pachnie wspomniany tymianek, podczas gdy obecne na samym początku krótkotrwale cytrusy mają niezwykle delikatny charakter.

Cologne Pour Le Matin pachnie ślicznie i oryginalnie. Choć dopiero dodatek fiołka, neroli, irysa i ambry w wersji Absolue Pour Le Matin uczynił zeń pachnidło porywająco piękne i jedno z moich absolutnie ulubionych (od kliku już lat), to Cologne wciąż jest zapachem godnym polecenia, szczególnie jeżeli w kolońskiej poszukujemy czegoś nowoczesnego i bardziej oryginalnego.

 

główne składniki: bergamotka, limonka, biały tymianek, lawenda

nos: Francis Kurkdjian

 

Środa

Cologne (2001) Thierry Mugler

Rewolucyjna, czyli pachnieć słońcem i mydłem.

Dziś już może nie tak zaskakująca, jak w czasie, gdy miała swą premierę, za to wciąż zachwycająca niepowtarzalnym aromatem, który przyjęło się określać jako czysty i mydlany.

Alberto Morillas przedefiniował tym zapachem pojęcie kolońskiej i stworzył jej współczesną wersję – godną XXI wieku. Pachnącą nowocześnie, mocno i dłużej niż standardowe kolońskie, bo będącą w swej istocie chyba pierwszą w historii kolońską o koncentracji wody toaletowej.

Obok obowiązkowych cytrusów, pachnących tu wszakże w mniej naturalny, niż to zwykle bywa w zapachach kolońskich, a bardziej abstrakcyjny sposób, perfumiarz umieścił w formule biało-kwiatowo i jednocześnie cytrusowo pachnącą esencję kwiatu pomarańczy (neroli) oraz zielony, rześki petitgrain – będący w istocie esencją liścia gorzkiej pomarańczy. Jako bazę zastosował tzw. białe piżma, które w solidnej dawce dodają całości mocy, głębi i trwałości oraz czystej aury (nutka świeżo upranej pościeli).

Kto raz zetknął się z Cologne, ten z pewnością uległ jej słonecznemu i beztroskiemu urokowi oraz świeżej i czystej aurze. Nie sposób do niej nie wracać, gdy robi się ciepło. Ja przynajmniej takiego sposobu nie znam.

 

główne składniki: bergamotka, neroli, petitgrain, białe piżma

nos: Alberto Morillas

 

Czwartek

Mediterranean Neroli  (2015) Ermenegildo Zegna 

Koloński luksus, czyli jak przebić Toma Forda?

Będąca częścią ekskluzywnej linii perfum The Essence Collection marki Zegna (niedoceniona, a doskonała kolekcja, zwracam uwagę wszystkich koneserów!) jest odpowiedzią na zapoczątkowany przez Neroli Portofino Toma Forda powrót do aromatów kolońskich, tyle że zrobionych „na bogato” – wieloskładnikowych, mocnych i bardzo trwałych, będących w swej istocie czymś więcej, niż „tylko” kolońskimi. Barokowo rozbudowana receptura gwarantuje w tym przypadku cały wachlarz nut zapachowych – od cytrysowo-zielonego wstępu, zbudowanego z bergamoty i esencji liści gorzkiej pomarańczy (petitgrain bigarade) przez genialne kwiatowe serce, z cudnym neroli, aż po drzewno-piżmowy finisz. Wszystko to składają się na dominujące poczucie luksusowej świeżości i czystości, które tak lubię w perfumach. Podobieństwo to wspomnianego Neroli Portofino jest tu ewidentne, jednakże zapach Zegny jest mniej ambrowy, bardziej drzewny, wyraźniejszy, nieco ostrzejszy i odrobinę szorstki.

Mediterraean Neroli to genialnie wyegzekwowany temat koloński z użyciem doskonałej jakości esencji, co czuć natychmiast i bardzo długo (w tym „bergamotkę Zegny” – esencję pochodzącą z upraw należących do E. Zegny, którą odnajdziemy w każdym z zapachów The Essence Collection). Kompozycja jest wyrafinowana, zniuansowana i zniewalająco piękna, a zapach projektuje mocno i przez wiele godzin. Prawdziwe techniczne tour de force w wykonaniu Pierre’a Negrina.

To bezdyskusyjnie jeden z najlepszych znanych mi tego typu zapachów. Ścisła czołówka i mój faworyt gatunku w ostatnim czasie, który przebił Neroli Portofino Toma Forda.

 

główne składniki: bergamotka, petitgrain, neroli, cyprys

nos: Pierre Negrin

 

Piątek

Cologne (2014) Etat Libre d’Orange

Świeżo, ciepło, ambrowo, skórzanie – czyli coś łatwego i przyjemnego od przekornego Etienna de Swardta.

Perfekcyjnie wykonana współczesna kolońska w koncentracji eau de parfum z pewnością zainspirowana niezwykłą popularnością Neroli Portofino, ale mająca swą wyraźną indywidualność. Zasadnicze nuty to – oczywiście – cytrusy, tyle że tym razem z przewagą soczystej i słodkiej czerwonej pomarańczy oraz kwiaty w sercu (duet kwiatu pomarańczy i jaśminu). Bazę stanowią piżma oraz subtelny akord skórzany. W zapachu czuć wyraźnie dużą dozę drzewnego cashmeranu, który łącząc się idealnie z białymi kwiatami pogłębia i utrwala go jednocześnie. Całość pachnie owszem świeżo, ale nie rześko, tylko raczej ciepło, kremowo, miękko i otulająco. To ambrowo-skórzana kolońska w ciemnej tonacji. Idealna na chłodny letni dzień? Czemu nie. Doskonała też na cały rok. Zdecydowanie warta uwagi, choć niestety pozostająca w cieniu Neroli Portofino.

 

główne składniki: pomarańcza, bergamotka, jaśmin, kwiat pomarańczy, piżmo, skóra

nos: Alexandra Kosinski

 

Sobota

Neroli Portofino (2012) Tom Ford 

Kolońska na sterydach, czyli wiadomo, kto to wszystko zaczął…

Rodrigo Flores-Roux stworzył tę inspirowaną klasyką woń kolońską mieszając cytrusy (bergamotka, cytryna, grejpfrut) z nutami ziołowymi (lawenda, tymianek, rozmaryn) oraz cennymi esencjami kwiatów gorzkiej pomarańczy i jaśminu wielkolistnego (Sambac). Kwiatowej głębi dodał za pomocą bardzo wysokiej jakości ekstraktu CO2 z kwiatu pomarańczy. Perfumiarzowi bardzo zależało na tym, by jego kolońska była dużo trwalsza, niż to zwykle z tego typu zapachami bywa. Użył więc jemu tylko znanej magicznej mieszanki wybranych białych piżm, nasion ketmii piżmowej i dzięgla. W ten sposób perfumy, które skomponował początkowo tylko dla własnego użytku, z inspiracji dzieciństwem spędzonym pośród drzew gorzkiej pomarańczy na meksykańskiej prowincji, stały się jednym z najchętniej kupowanych zapachów z ekskluzywnej linii Toma Forda i zapoczątkowały renesans inspirowanych klasyką zapachów kolońskich.

Neroli Portofino to przecudnej urody niemalże liniowy (niezmienny w czasie), ciepły i posiadający bursztynową głębię zapach koloński o ponad 8 godzinnej trwałości przy początkowo wyraźnej, a po kilku godzinach blisko skórnej, ale konsekwentnej projekcji. Noszenie go to czysta przyjemność. Czuję się w nim świeżo i ekskluzywnie, na co pewnie wpływ ma także niestety jego przesadnie wygórowana cena, nawet w porównaniu do innych pozycji z butikowej linii Private Blend Toma Forda.

 

główne składniki: cytrusy, kwiat pomarańczy, lawenda, rozmaryn, tymianek, jaśmin Sambac, piżmo, ketmia piżmowa (ambrette), dzięgiel

nos: Rodrigo Flores-Roux

 

Inne polecane współczesne kolońskie:

Byredo Sunday Cologne

Frederic Malle Cologne Indelebile

Parle Moi De Parfum Tomboy Neroli

Atelier Cologne Grand Neroli

Le Labo Bergamotte 22

Le Labo Neroli 36

Helmut Lang Eau de Cologne

Chanel Allure Homme Sport Cologne

Dior Homme Cologne 2013

The Different Company L’Esprit Cologne

Reklamy

Dior Homme Sport 2017 – sportowej sagi Diora ciąg dalszy

Tegoroczna premiera Dior Homme Sport niejednego pewnie wprowadziła w konfuzję. Jak to – kolejna, trzecia wersja tego samego zapachu? Owszem. I śmiem twierdzić, że nie ostania.

Konkretnie jest to już trzecia inkarnacja Dior Homme Sport. Pierwszą Dior zaprezentował w 2008 roku (tu moja recenzja z 2010). Drugą mieliśmy przyjemność poznać w 2012 roku (pisałem o niej tu). Minęło kolejne 5 lat i Francois Demachy po raz trzeci proponuje nam swoją wizję męskiego „sportowego” zapachu Diora. Określenie to biorę w cudzysłów, gdyż w praktyce przyjęło się, że perfumy z taką etykietką oznaczają zwykle aromat orzeźwiający, świeży, lekki, bogaty w nuty cytrusowe, ale nie będący typową kolońską. Faktem jest, że nowa propozycja Diora wręcz podręcznikowo mieści się w tym zakresie.

dior homme sport 2017 commercial

Ale po kolei. Pierwszy Dior Homme Sport (2008) – niestety już praktycznie niedostępny – zachwycał rześką mieszanką słynnych diorowskich cytrusów (z bergamotką i grejpfrutem w rolach głównych), pięknie wibrującym imbirem w sercu i mocną, trwałą, nieco zadziorną drzewną bazą.

Dior-Homme-Sport_2008

Drugi DHS (2012) najlepiej korespondował z nazwą linii, jaką reprezentował, poprzez sygnaturową (choć krótkotrwałą) nutę irysa umieszczoną w sercu (wyczuwalną jednak od samego początku), która czyniła z niego zapach nieco bardziej wyrafinowany, przez co odbiegający od typowej sportowej estetyki. Wciąż pobrzmiewała w nim nuta cytrusowa (tym razem głównie sycylijski cytryn/cedrat), a imbir dalej przydawał ciepłej przyprawowości w sercu. Drzewna baza była tym, co najbardziej zbliżało go do „jedynki”.

dior homme sport 2012

Jak wypada nowy DHS na tle poprzedników? Moim zdaniem najmniej ciekawie, ale nie znaczy to, że jest to kiepskie pachnidło. To wciąż solidny świeżak, który tym razem może nieco zbyt mocno zbliżył się charakterem do – moim zdaniem zapachowo niezbyt interesującego, choć komercyjnie doskonale przyjętego – Dior Sauvage (2015).

Najnowsze wcielenie Dior Homme Sport (2017) nie jest ani tak naturalnie i rześko pachnące, jak pierwsze, ani tak wyrafinowane jak drugie. Schlebia raczej bardziej masowym gustom, choć nie potrafię odmówić mu uroku, gdyż wciąż pozostaje zapachem co najmniej dobrym.

Otwarcie jest znów – podobnie jak w „dwójce” – zbudowane na esencji z cytronu (cedrat), tym razem jednak wzbogacone o pomarańczę i – obecny już w „jedynce” – grejpfrut. Za aspekt przyprawowy tym razem odpowiadają gałka muszkatołowa i różowy pieprz. Efektem jest nieco cytrusowo-owocowe, raczej ciepłe (miast rześkiego) intro i bardzo lekko przyprawowe, trochę jakby owocowo pachnące serce. To prawdopodobnie zasługa zastosowanej esencji z gałki. Baza jest subtelnie drzewna – na samym końcu na skórze pozostaje lubiany przez mnie suchy i lekko gryzący aromat (sandałowiec?), podobny do tego z obu poprzedniej wersji.

Trzeba przyznać, że Demachy potrafi niesamowicie żonglować tymi kilkoma składnikami, by zmieniać oblicze tego samego zapachu, pozostawiając jednak niezmienionym jego klimat. Szkoda, że nie są dostępne wszystkie jego wersje, bo każda ma coś w sobie.

Zapach – przy obfitej aplikacji, co jak zwykle ułatwia fenomenalny diorowski atomizer – jest dobrze wyczuwalny i trzyma się skóry całkiem długo, bo ponad 6-7 godzin. Od słodkawego cytrusowego początku przez lekko owocowe serce po drzewny, suchy finisz DHS daje o sobie przyjemnie znać. Za parametry więc daję mu wysokie noty.

Pozostaje pytanie – dlaczego Dior dokonuje tych zmian? Myślę, że ze względu na zmieniające się trendy i wchodzące w dorosłość nowe pokolenie młodych mężczyzn, do których zapach jest adresowany, o czym dobitnie świadczy przecież zatrudnienie do tej kampanii reklamowej (jak i wcześniejszej Dior Homme) idola niedawnych jeszcze nastolatków – Roberta Pattinsona, który zmienił nieco już jednak przebrzmiałego, łysiejącego Jude’a Lawa. Bazując na prawdopodobnie od dawna słabnących wynikach sprzedaży poprzedniej wersji Dior zdecydował, że należy odświeżyć sportowy temat, by w ramach niby-nowości zachęcić nowych konsumentów do zakupu. Pewnie mu się to uda. Osobiście wróżę bowiem nowej wersji Dior Homme Sport sporą karierę, bo zapach ma wszelkie cechy bestsellera. Co ciekawe, dostępny jest w smukłym flakoniku o pojemności 75 ml, co jest nowością w porównaniu do 50 ml butelek, w jakich dostępne były wersje poprzednie.

 

Dior Homme Sport 2017

nuty głowy: cedrat, pomarańcza, grejpfrut

nuty serca: różowy pieprz, gałka muszkatołowa

nuty bazy: wetiwer, drewno sandałowe

perfumiarz: Francois Demachy

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

Fahrenheit „Cologne”

Zaprezentowana w 2015 roku kolejna świeża wersja klasycznego Fahrenheita była dla mnie zaskoczeniem, szczególnie że od wydania  o Fahrenheit Aqua minęło zaledwie (?) kilka lat. Przypomnijmy – Aqua był grejpfrut i galbanum nadające całości gorzko-zielonego charakteru, który naturalnie łączył się z obecną w bazie wetywerią. Zapach reklamowany był jako połączenie ognia i wody…

aqua_fahrenheit_dior

W Cologne zamiast grejpfruta mamy bukiet cytrusów, a zielone galbanum zastąpiono paczulą, gałką muszkatołową i kminem. To zupełnie niekolońskie składniki, bo i ten zapach nie jest absolutnie typową kolońską. To lżejsza, pozbawiona nuty benzynowo-skórzanej wersja klasyka, wciąż jednak zaskakująco mocna, dobrze projektująca i – jak na kolońską etykietę – trwała.

Znany z klasyka temat fiołkowy, obecny tu w formie bardzo zbliżonej do poroplasty (z wszystkich współcześnie dostępnych wersji Cologne wydaje się być mu najbliższa) został ozdobiony doskonałej jakości esencjami cytrusowymi, z których Dior od lat słynie. W wonnym koszyku znajdziemy więc mandarynkę z Sycylii, bergamotkę z Kalabrii oraz esencję z cytryny, które – poukładane ręką mistrza Francoisa Demachy’ego – budują intro Cologne. Akord cytrusowy ma charakterystyczny dla tego perfumiarza rześki, orzeźwiający i lekko gorzki charakter. Od pierwszych sekund czujemy także sygnaturową zieloną nutę fiołka, która natychmiast informuje nas o tym, z wersją jakiego zapachu mamy do czynienia.

Nie potrzebny jest tu nawet napis na flakonie, bo mimo, że nie znajdziemy tu słynnej nuty paliwowo-skórzanej, DNA Fahrenheita jest tu absolutnie czytelne, tyle że zostało zręcznie wkomponowane w cytrusowo-drzewne ramy znane z Eau Sauvage Cologne.

Fahrenheit Cologne jest wg mnie kolejnym bardzo udaną wersją klasyka. Jest też jego najświeższą i najlżejszą wersją, idealną na ciepłe, a nawet upalne dni, w których nawet także przecież świeża Acqua może okazać się zbyt ciężka.

Oby takie (no może nie aż takie…) dni nadeszły wkrótce…

fahrenheit-cologne

nuty głowy: mandarynka, bergamotka, cytryna

nuty serca: paczula, francuski fiołek, gałka muszkatołowa, kmin

nuty bazy: wetiwer, cedr

rok premiery: 2015

moja ocena: Francois Demachy

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

 

III Perfumowy Top Wszech Czasów wg Perfuforum.pl

perfuforum logo

Ten doroczny ranking stał się już chwalebną tradycją związanego z Perfumowym Blogiem forum Perfuforum.pl skupiającego entuzjastów perfum. Na moją prośbę Scorrpion – autor Perfumowego Topu Wszechczasów – zgodził się na publikację pierwszej dziesiątki rankingu na blogu, za co serdecznie mu dziękuję. Pozostałe 290 (!) miejsc można zobaczyć na forum pod TYM LINKIEM.

Zestawienie powstało na bazie ocen, jakich w skali 1-6 dokonali zarejestrowani użytkownicy forum od początku jego istnienia, czyli od 31.03.2011 roku. Ranking obejmuje pachnidła męskie i uniseks (tu głównie nisza) znajdujące się w bazie Perfuforum.pl.

A tak przedstawia się pierwsza dziesiątka:

10. Rasasi – La Yuqawam Pour Homme

Rasasi Yuqawam PH 2

9. Yves Saint Laurent – Opium Pour Homme

ysl-opium-ph

8. Amouage – Journey Man 

amouage-journey-man-

7. Olivier Durbano – Rock Crystal 

durbano-rock-crystal

6. Yves Saint Laurent – M7 

m7-m

5. Tom Ford – Oud Wood

tom-ford-oud-wood

4. Amouage – Jubilation XXV Man 

amouage-jubilation-man

3. Tom Ford – Tuscan Leather

tom-ford-tuscan-leather

2. Dior – Homme Parfum

dior-homme-parfum

1. Amouage – Interlude Man

amouage-interlude

W porównaniu z rankingiem z zeszłego roku aż siedem zapachów powtórzyło się w Top 10. Awansowały do tego zacnego grona trzy: YSL Opium PH (m. 9.), Rasasi La Yuqawam Pour Homme (m.10.) i Amouage Journey Man (m. 8.), „wyrzucając” poza dziesiątkę obecne w zeszłym roku Ambre Sultan Serge Lutens, Gucci Pour Homme i Tobacco Vanille Tom Ford. Olivier Durbano Rock Crystal zachował swoją 7. pozycję, M7 awansował z 9. na 6., Oud Wood awansował z 8. na 5., Amouage Jubilation Man spadł z 3. na 4., Tuscan Leather awansował z 6. na 3., a Dior Homme Parfum z 5. na 2.

Zwycięzca TOP Wszechczasów pozostał jednak ten sam:

Amouage Interlude Man!

W Top 10 mamy więc aż trzy zapachy Amouage, co nie powinno dziwić zważywszy na doskonałą jakość, jaką ta marka reprezentuje. Podobnie jest z Tomem Fordem – tu aż dwa pachnidła (a trzecie na 11 pozycji). Miłym zaskoczeniem są tak wysokie pozycje dwóch klasyków od YSL (w tym jeden powstały „za rządów” Toma Forda!). Innymi słowy, Tom Ford podzielił się z Christopherem Chongiem, gdyż każdy z nich odpowiada za trzy pozycje w Top 10. Cieszy stała obecność jedynego przedstawiciela niszy perfumowej w TOP 10 – Oliviera Durbano i jego Rock Crystal. Wysoka, bo aż 2, pozycja Dior Homme Parfum wskazuje, że forumowicze najwyżej cenią sobie właśnie tę najbardziej skoncentrowaną, głęboką i trwałą interpretację irysowo-pudrowo-skórzanego tematu Dior Homme. 10 lokata świetnego skądinąd pachnidła arabskiej marki Rasasi La Yuqawam Pour Homme może być zaskoczeniem tylko dla tych, którzy nie wiedzą, iż jest to de facto niemal kopia zajmującego 3 miejsce w rankingu Tuscan Leather Toma Forda. Niemal kopia, gdyż – jak twierdzą niektórzy – przerosła pierwowzór (z czym mogę się poniekąd zgodzić).

A oto jak w rankingu uplasowały się niektóre znane hity oraz pachnidła ponadczasowe:

Tom Ford – Tobacco Vanille – 11

Gucci – Pour Homme – 12

Olivier Durbano – Black Tourmaline  – 15

Dior – Homme – 20

Dior – Fahrenheit EDT – 22

Creed – Aventus – 24

Chanel – Platinum Egoiste – 27

Nasomatto – Black Afgano – 28

Hermes – Terre D’Hermes EDT – 29 

Ralph Lauren – Polo – 30 

Chanel – Egoiste – 33

Cacharel – Pour Homme – 39

Lalique – Encre Noire – 50 

Creed – Green Irish Tweed – 51

Chanel – Antaeus – 57

Cartier – Declaration – 58

Gucci – Pour Homme II – 62

Davidoff – Zino – 65

Givenchy – Gentleman – 67

Aramis – Aramis – 68

Kenzo – Pour Homme – 70

Gucci – Envy Men – 71

Chanel – Allure Homme Sport Cologne – 74

Dior – Eau Sauvage – 78

YSL –Kouros – 81

Chanel – Allure Homme Edition Blanche – 84

Guerlain – Vetiver – 90

Thierry Mugler – A*Men – 93

Guerlain – Habit Rouge – 95

Dior – Homme Sport – 97

Oscar de la Renta- Pour Lui – 116

Dolce & Gabbana – Pour Homme – 122 

Chanel – Allure Homme Sport – 134

Creed – Original Santal – 151

Adidas – Active Bodies – 156

Chanel – Allure Pour Homme – 164

Creed – Millesime Imperial – 172

Calvin Klein – CK One – 174

Jean Paul Gaultier – Le Male – 178

Guy Laroche – Drakkar Noir – 179

Hugo Boss – Bottled – 185

Guerlain – L’Homme Ideal – 190

YSL – L’Homme – 197

JOOP! – Homme – 203

Versace – Dreamer – 204

Giorgio Armani – Code – 221

Davidoff – Cool Water – 239

Chanel – Bleu de Chanel EDT – 246

Abercormbie&Fitch – Fierce – 247

Calvin Klein – Eternity for Men – 252

Amouage – Gold Man – 260

Geoffrey Beene – Grey Flannel – 267

Paco Rabanne – 1 Million – 275

Dior – Sauvage – 288

Paco Rabanne – Invictus – 297

La Collection Privee Christian Dior „Ambre Nuit”

 

dior la collection prive1

Ambre Nuit to część ekskluzywnej kolekcji Diora La Collection Privee, której zapachy dostępne są w firmowych butikach marki. To ta najbardziej wysublimowana, wyrafinowana, najbardziej artystyczna i wolna od marketingu część perfumowego imperium Diora. To perfumy dla koneserów o bardzo głębokich kieszeniach. Ale to nie jest tak, że chodzi tu wyłącznie o stworzenie aury niedostępności i luksusu, choć to oczywiście wpisane jest w tego rodzaju produkty. Te pachnidła to prawdziwe dzieła olfaktorycznej sztuki tworzone z najlepszej jakości składników przez jednego z najwybitniejszych żyjących perfumiarzy – Francoisa Demachy’ego.

Ambre Nuit są tego dobrym przykładem. Oto perfumy ambrowe, o których z czystym sumieniem mogę napisać: doskonałe. Nie będąc fanem ambrowców, dzieło Demachy’ego uważam za najlepsze w swoim gatunku i zdecydowanie warte włączenia do własnej kolekcji, także dlatego, że olfaktorycznie współgra one z moją atencją wobec Dior Homme (w szczególności w wersji Intense oraz Parfum).

demachy-la-collection-privee

 

„Pomysł polegał na stworzeniu zmysłowej róży poprzez połączenie jej z szarą ambrą, a więc na użyciu dwóch najbardziej charakterystycznych składników używanych w perfumiarstwie. To był dla mnie bardzo ważny akord, nad którym pracowałem przez wiele lat, zanim stworzyłem Ambre Nuit.”

Francois Demachy

 

Ambra doskonała

W „zwykłych” perfumach nie znajdziemy prawdziwej szarej ambry w składzie. Tu jest ona obecna i odpowiada za niesamowitą zmysłową i ciepłą, otulająca głębię zapachu, która wzmacnia się w miarę upływu czasu. Róża została tu tak precyzyjnie wtopiona w bursztynowy miód, że nie wyczuwam jej indywidualnie w sposób wyraźny. Współtworzy ona akord, jest obecna, ale nie dominuje go. Różowy pieprz pięknie unosi całość przez pierwsze minuty po aplikacji na skórze. I choć oficjalny spis nut jest bardzo oszczędny, zapach ten jest z pewnością bardziej złożony, aniżeli by to z niego wynikało. Wyczuwam w nim także początkowo subtelnie gorzką nutkę (kakao?), która na zasadzie przeciwieństw ładnie łączy się z kulinarną nutką wanilii w bazie. Jest tu też coś, co sugeruje akord słodko-drzewny (gwajak?).

To jedne z tych perfum, które otaczają noszącego zmysłowym zapachowym woalem. Dzięki nim czujemy się piękniejsi, lepsi i bardziej eleganccy. Bardzo potrzebują ciepła ludzkiej skóry, by zabrzmieć pełnią swego piękna. Przy okazji dodam, że wg mnie to perfumy wieczorowe, doskonałe do eleganckiej sukni, garnitury lub smokingu, na wyjątkowe okazje. W towarzystwie casualowej bluzeczki tudzież T-shirtu zabrzmią cokolwiek nie na miejscu…

dior ambre nuit

 

nuty głowy: bergamotka, grejpfrut, różowy pieprz

nuty serca: róża damasceńska

nuty bazy: szara ambra

twórca: Francois Demachy

rok premiery: 2009

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Dior „Homme Eau”

W przypadku tej wersji Dior Homme miejsce premiery nie było z pewnością przypadkowe. Dior Homme Eau zadebiutował w 2014 roku w domach handlowych sieci Macy’s w USA jako lżejsza, „rozwodniona” wersja męskiego klasyka…

macy's

Mimo moich wcześniejszych obaw co do pierwiastka wodno-świeżego, Homme Eau okazał się być udanym wcieleniem protoplasty – odświeżonym, pozbawionym ciężkości (w szczególności zaś tej sławetnej nuty damskiej szminki), mimo to zachowującym jego DNA. Stąd obecna wyraźna, piękna i jedyna w swoim rodzaju, emblematyczna dla Dior Homme nuta irysa, tym razem obudowana jednak lżejszą, jakby nieco znajomą i szczególnie pewnie bliską Amerykanom, nieco syntetyczną wonią świeżą, która przywołuje na myśl estetykę spopularyzowaną przez zaskakująco popularny za oceanem Fierce od Abercrombie & Fitch, a także jego europejskich następców w typie Montblanc Legend. Wymienianych w akordzie otwarcia cytrusów raczej nie poczujemy, a już na pewno nie w takim stopniu jak w Cologne czy Sport. Od początku zaś wyraźny jest irys wzmocniony kolendrą. Baza zasługuje na miano odrobinę detergentowej, odrobinę też wodnej, choć wymienia się tu ambrę  i cedr

Homme Eau jest całkiem udaną próbą mariażu bardzo charakterystycznej diorowskiej nuty irysa ze współczesnym wcieleniem męskiego aquaticfougere.

Taki charakter zapachu świetnie podkreśla jego blado-niebieska, wodna barwa. Siłą rzeczy przypomina mi kolor Iris de Nuit Jamesa Heeleya. I nie tylko to. Również sam zapach można uznać za utrzymany w podobnej tonacji, bladej i…. chłodnej. Przypadkiem także i tam irysa umoszczono na bazie z ambry i cedru

dior homme eau big

Homme Eau to jest lżejsza, mniej zobowiązująca, bardziej „cywilna”, ale – być może przez swą poprawność i stonowany charakter – nieco nawet bardziej „korporacyjna” wersja klasyka.

Zapach przyjemnie projektuje ze skóry i trzyma się na niej poprawnie mniej więcej osiem godzin, na ubraniach wszakże pozostając dużo dłużej.

Co ciekawe (lub nie) Homme Eau nie jest wyszczególniony na oficjalnej międzynarodowej stronie Dior Perfumes. Zastanawiam się więc, czy nie była to czasem edycja limitowana, i czy ta inkarnacja klasyka nie została już spisana na straty. Byłaby to szkoda, gdyż jest to moim zdaniem całkiem udane pachnidło stanowiące świetną alternatywę dla Dior Homme EDT na cieplejsze dni i mniej zobowiązujące okazje. Nie można bowiem zapominać, że oba lżejsze zapachy z linii Homme (Sport i Cologne), same będąc świetnymi męskimi pachnidłami, nie mają pod względem olfaktorycznym nic wspólnego z pierwowzorem. Podczas gdy Dior Homme Eau zdecydowanie ma i to jest jego wielką zaletą. Moim zdaniem to kolejne udane wcielenie Dior Homme. Co prawda nie tak dobre, jak Parfum, ale to przecież niemal dwa różne pachnidła, każde o innym przeznaczeniu.

dior homme eau 1

nuty głowy: grejpfrut, bergamotka, kolendra

nuty serca: irys

nuty bazy:  cedr, ambra

twórca: Francois Demachy

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Dior „Sauvage”

Wieść o nowym męskim zapachu Diora zelektryzowała mnie z dwóch powodów. Po pierwsze – jest to pierwszy premierowy, w pełni odrębny (czyli nie tzw. flanker) męski zapach tej marki od 2005 roku czyli roku premiery Dior Homme Oliviera Polge’a. Po drugie – to pierwsze męskie pachnidło Diora wykonane przez Francoisa Demachy nie będące flankerem. W ciągu dziesięciu lat pracy dla Diora perfumiarz ten bowiem udowodnił, że potrafi stworzyć świetne męskie perfumy, tyle że na bazie już istniejących w portfolio marki. Tak powstawały kolejne Fahrenheity (Parfum, Acqua czy Absolute), Eau Sauvage (Parfum i Cologne) czy Homme (Sport, Cologne i Parfum). Mimo, że zwykle są to zapachy różne od swych protoplastów, a czasem nawet wyraźnie inne, to jednak siłą rzeczy tkwią w pułapce porównań i pozostają w cieniu. Wyobraziłem więc sobie, że oto teraz Francois Demachy pokaże światu, że Dior wciąż wyznacza trendy, że jego nowy męski zapach będzie czymś przełomowym, co najmniej na miarę Homme. Zgoda – moje oczekiwania były wysokie, ale przecież nie bezpodstawnie. Niestety, tym razem zawiodłem się. Otóż Demachy znów popełnił flankera. Tyle że tym razem – o zgrozo – na bazie perfum konkurencji. Do tego odpowiedzialni za projektowanie produktu ludzie w Dior Parfums postanowili nazwać nowy zapach w sposób nie odcinający się od przeszłości marki, a przeciwnie – nawiązujący do czasów jej chwały (dlaczego nie pokuszono się o zupełnie nowy tytuł!?) Sauvage – to imię zaskoczyło mnie równie mocno, jak wybór aktora Johnny’ego Deppa do – fakt, że bardzo dobrej – kampanii reklamowej. Depp kojarzy mi się z kinem czysto rozrywkowym, a sam styl aktora uważam za przerysowany i przesadny, tak jakby nie tyle grał, ile zgrywał się na planie. I dziś, gdy już znam Sauvage, muszę przyznać, że Depp pasuje do niego jak ulał. Sauvage to nie jest kolejne poważne pachnidło szacownego Diora. To raczej zapachowa zgrywa, do tego niezbyt elegancko kopiująca styl Bleu de Chanel Jacquesa Polge’a. Szkoda.

Dior Sauvage Depp

Perfumiarz, biorący czynny udział w promocji swego najnowszego dzieła, podkreśla, że zasadnicze składniki, na których zbudowana jest sygnaturowa woń Sauvage, to specjalnie pod ten projekt przygotowana esencja bergamotki, odpowiadająca wraz z odrobiną czarnego pieprzu za rześki, cytrusowy, jednocześnie bardo współczesny początek oraz ambroxan, nadający całości drzewno-morskiego charakteru, trwałości i projekcji. Prócz tego w składzie znajdziemy żywice elemi, różowy pieprz, geranium, wetiwer, lawendę i paczulę. Żaden z tych pozostałych składników nie wyłania się przed inne, a wszystkie służą osiągnięciu założonego olfaktorycznego efektu, współczesnego fougere (jak twierdzi perfumiarz), który ja odbieram jako świeży, płaski, syntetycznie pachnący, cytrusowo-drzewny, nieco metaliczny i … odhumanizowany.

sauvage_fragrance_3grille_01

Najbardziej podobny do Bleu de Chanel jest akord otwarcia, w którym wibrują molekuły kwaśnej bergamotki połączone z czarnym i różowym pieprzem. Zaraz po tym oba pachnidła testowane ręka w rękę faktycznie zaczynają się różnić i choć nigdy potem już się nie spotykają, to emitują zbliżoną aurę, która pozwala zakwalifikować je do tej samej kategorii zapachowej. Przy czym Bleu to jednak kompozycja bardziej złożona i głębsza m.in. dzięki zastosowaniu imbiru, labdanum i kadzidła. Sauvage tej głębi jest pozbawiony i przez cały czas trwania na skórze (trwałość ok. 8 godzin, przy przez większość czasu średniej, a w końcówce słabej projekcji) operuje na wysokich zapachowych tonach, pachnąc niemal linearnie. Przy Bleu sprawia wrażenie rachitycznego i ubogiego w substancję, a przecież i Bleu nie należy do pachnideł przesadnie rozbudowanych. W tym pojedynku Bleu de Chanel jest pachnidłem moim zdaniem lepszym i dużo lepiej się noszącym. Mój osobisty wybór pada właśnie na niego, bo przy całej swojej mainstreamowości ma charakter, jakość i naprawdę świetne parametry. W Sauvage kuleją wszystkie te aspekty i nie pomoże tu już ani Demachy, ani tym bardziej Depp…

sauvage_fragrance_3grille_03

Dior opisuje Sauvage jako zapach „śmiały i wyrafinowany”. Podobno „składniki najlepszej jakości zapewniają mu sygnaturę i poczucie szlachetności, jak nigdy dotąd”. Po lekturze tych słów i wielokrotnych testach zapachu nachodzi mnie jednak smutna konstatacja. Oto marketingowy bełkot wziął w tym przypadku absolutną górę, w sposób chyba bezprecedensowy, gdy chodzi o Diora. Zza wielkich słów wyłania się pustka, brak pomysłu, a może raczej połączona z oportunizmem zwykła chciwość i chęć zarobienia kroci na zapachu skonstruowanym tak, by zadowolił jak największą rzeszę klientów, przypominając coś, co już się na rynku całkiem dobrze przyjęło. Niby nic w tym złego, bo przecież designerska perfumeria to dziś niezwykle konkurencyjny biznes, w którym chodzi wyłącznie o zyski. Ale jednak uwiera fakt, że oto Dior wskakuje do wagonu zajętego przez Chanela i zajmuje w nim tylne siedzenie, obok niższych rangą kopistów, zamiast stać przed pociągiem i przestawiać zwrotnicę, tak jak to czynił do tej pory…

sauvage_fragrance_3grille_02

Flakon Sauvage to odrębny temat. Walcowaty kształt i magnetyczna zatyczka z logo Diora. Elegancki i prosty, udany moim zdaniem design, choć wcale nie oryginalny, gdyż wzięty wprost z ekskluzywnej butikowej linii Diora La Collection Privee, zwanej też barokowo Le Collection Couturier Parfumeur. Do tego dominująca czerń (rozjaśniająca się ku dołowi butli – patent cieniowania wzięty z Fahrenheit) i białe napisy. Kolorystyka nie pozostawia złudzeń co do inspiracji Bleu de Chanel, a wręcz ją potwierdza. Jakby tego było mało, także i Chanel zapożyczył do Bleu magnetyczną zatyczkę ze swej ekskluzywnej linii Les Exclusifs. Zbyt wiele tych analogii, by były one przypadkowe…

I jeszcze ta nazwa, która jednak zobowiązuje. Czy zatem Sauvage to Eau Sauvage XXI wieku? Czy zapach ten może równać się z dziełem Edmonda Roudnitski biorąc oczywiście pod uwagę kontekst czasów i okoliczności? Moim zdaniem absolutnie nie. Eau Sauvage (1966) był zapachem na swoje czasy rewolucyjnym, nowatorskim i trendsetterskim. To właśnie Dior stanowił wówczas perfumowe trendy, także w męskiej perfumerii, a kolejne jego pachnidła stawały się punktami odniesienia dla innych, również w latach 70-tych (Jules) i 80-tych (Fahrenheit), cz wreszcie współcześnie – rewolucyjny i nowatorski Homme (2005). Ten zresztą okazał się ostatnim męskim pachnidłem takiego kalibru. Wraz z Sauvage być może kończy się era Diora jako marki odważnej, wizjonerskiej, początkującej trendy w perfumerii. Oby jednak Sauvage był tylko incydentem. Oby nasycił głód obecnych włodarzy Diora, w których ambicje wciąż nie tracę wiary. O talent i kreatywność perfumiarza jestem bowiem spokojny. Wiem przecież, że można inaczej i przy tym dużo lepiej – choćby na przykładzie L’Homme Ideal Guerlain, którym Thierry Wasser udowodnił, że można zaproponować zapach z pomysłem, z wyrazistą sygnaturą, który – mimo swej niewątpliwej komercyjności i zgodności z obecnymi trendami – zdystansuje się wobec podobnych sobie jakością wykonania i tym czymś, co czyni perfumy „zapamiętywalnymi”.

Cóż, wiem. Sauvage ma się doskonale skomercjalizować. Takie ma zadanie i – patrząc po pierwszych notowaniach sprzedaży – zaczął naprawdę nieźle. Ma przynieść grupie LVMH krociowe zyski. A cała reszta, historie o szlachetnych składnikach i niezwykłym charakterze zapachu, to czysta propaganda. Ja jej nie kupuję. Ale wiem, że przeciętny klient perfumerii sieciowej owszem kupi, „łyknie jak pelikan” i obliże się ze smakiem. Smacznego zatem!

dior sauvage 2015_1

nuty głowy: bergamotka

nuty serca: elemi, pieprz syczuański, różowy pieprz, pikantne geranium, lawenda, paczula

nuty głębi: ambroxan

twórca: Francoise Demachy

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ****/ projekcja: ***