Widian – orientalne pachnidła z Abu Dhabi

Widian to perfumowa marka z Abu Dhabi utworzona przez Ali Aljaberiego w 2014 roku jako Aj Arabia, a w 2016 roku przechrzczona na obecną nazwę. Twórca określa stylistykę swych perfum jako połączenie arabskiej tradycji ze współczesnością. Szukając informacji o Widian spotkałem się także z określeniami, że perfumy te przykład mariażu stylów arabskiego i francuskiego we współczesnym wydaniu. Nawet po dość pobieżnym zapoznaniu się z nimi mogłem stwierdzić, że chyba najtrafniej opisuje je to zdanie, które znalazłem na oficjalnej stronie Widian:

Delikatne i wonne pachnidła, które zabiorą cię w podróż do cudownego dziedzictwa Środkowego Wschodu.

Rzeczywiście elementem wspólnym perfum Widian jest ich niesamowita wonność właśnie. Ktoś zapyta – jak to? Przecież perfumy z natury swej są wonne. Owszem. Ale wonność, o której piszę, zasługuje na szczególne wyróżnienie. Objawia się ona wręcz majestatycznym, spokojnym i wielogodzinnym emanowaniem ze skóry stonowanego, ale permanentnie wyczuwalnego, zmysłowego, ciepłego i przywierającego mocno do skóry zapachu, który poprzez swą olfaktoryczną gęstość i zdecydowaną przewagę składników o dużym ciężarze gatunkowym staje się naszym własnym, „osobniczym” zapachem. Każde z przetestowanych Widian pachnideł posiada tę cechę w mniejszym lub większym stopniu.

Mosque Sheik Zayed

Zanim opiszę swoje wrażenia na ich temat, jeszcze dwa zdania nt. designu flakonu i opakowania Widian. Inspiracją dla nich był monumentalny budynek wielkiego meczetu Szejka Zeyda znajdujący się w Abu Dhabi. Budynek ten – podobnie jak perfumy Widian – łączy w sobie architektoniczne elementy tradycji i nowoczesności.

Widian velvet collection bottle

Widian-Limited Collection Bottle

widian gold collection bottle

Trzeba przyznać, że flakony i ich opakowania prezentują się przepięknie.

Oferta Widian podzielona jest bardzo czytelnie na cztery kolekcje: Black, Gold, Velvet i Limited. Różnią się one nie tylko kolorami flakonów i opakowań, ale także charakterem samych kompozycji zapachowych, choć trzeba dodać, że wszystkie kolekcje łączy zdecydowanie orientalny klimat. Co rzadko spotykane, zapachy w ramach danej kolekcji nie posiadają indywidualnych nazw czy tytułów, a jedynie numery.

Black Collection…

…składa się z pięciu pachnideł, z których póki co trzy miałem przyjemność testować, a które skomponował pracujący w słynnym Grasse Jean-Claude Astier. To niezwykle doświadczony perfumiarz, który – jak mało kto – opanował mariaż arabskiej i klasycznie francuskiej perfumerii, czego wielokrotnie już dowiódł w ramach wspaniałych pachnideł komponowanych dla Martine Micallef i Geoffreya Nejmana. Znajdziemy w Black Collection zarówno orientalne zmysłowe ciepło, jak i klasyczny francuski szyk, harmonię, piękno i głębię. Nie ma tu mowy o kontrowersyjnych nutach animalnych czy oudowych. Te zapachy oczarowują, ale – co ważne – nie od razu, a dopiero po pewnym czasie. Bo nie są to perfumy nastawione na szybki i spektakularny efekt. Nie epatują otoczenia, raczej je intrygują, smużąc przez wiele godzin aromatycznymi nutami. By w pełni docenić ich urodę, potrzeba dwóch czynników: czasu oraz skóry, na co niewątpliwie ma wpływ fakt, iż są to ekstrakty perfumowe i to zbudowane w przewadze z molekuł o dużym ciężarze gatunkowym (żywice, balsamy, kadzidła, drewna). Potrzebują one kilku godzin, by w pełni ujawnić swe oblicze. Odradzam więc stanowczo testy na papierku, gdyż będą one bardzo mylące i nie oddadzą w pełni ich charakteru.

widian 2

Black Collection I jest ciepłą, zmysłową i pełną głębi mieszanką przypraw z wyróżniającym się kardamonem, który nadaje całości subtelnej, jakby owocowej nutki. Gdy kardamon przydaje świeżości, ciepła dodaje cynamon. Przedłużeniem kardamonowej nuty jest najpierw cyprys, nadający subtelniej zieloności, a następnie zręcznie wkomponowana nuta kadzidła. Ale zarówno ona, jak i wspomniane przyprawy, zostały tu umieszczone w bardzo konkretnym, ciepłym i orientalnym kontekście, zbudowanym z cedru, drewna sandałowego i piżmowej głębi. Te nuty praktycznie od początku „ustawiają” to pachnidło i utrzymują jego zmysłowy charakter do samego końca.

Black Collection II otwiera się przecudnym, lekko słodkim akordem owocowym (śliwka i mandarynka), spod którego wyłania się będąca w centrum kompozycji róża, otoczona słodko-żywiczną esencją z drewna sandałowego. Kulinarny wątek z intro kontynuuje wanilia w bazie, a orientalnej reszty dopełniają piżma i esencja z mchu. II jest nieco bardziej kobieca, niż I czy III. Jest też subtelniejsza, ale i trwalsza. Pozostaje na skórze kilkanaście godzin.

Black Collection III ma świeży początek dzięki bergamotce i mięcie. Zaraz po nim ujawnia się akord skórzano-drzewny, który dominuje dalszą część zapachu. Skóra jest subtelna, elegancka, czysta, wyrafinowana. Okrągła, pełna drzewna baza – z istotną rolą paczuli – oraz sandałowcem, wanilią i mchem (podobna jak w II) wieńczy to naprawdę warte uwagi dzieło.

 

Gold Collection

widian gold collection

Gold Collection składa się póki co z dwóch pachnideł, obu o podobnym do siebie, ale wyraźnie innym charakterze od zapachów składających się na Black Collection. Tego typu zapachy lubię nazywać „obsypanymi złotym pyłem szeików ambrowcami” (co świetnie zresztą idealnie oddaje powyższa grafika). Jednym z najdoskonalszych przykładów takich pachnideł jest wg mnie Amouage Opus VI. Mniej więcej w takim właśnie stylu i klimacie są oba zapachy złotej kolekcji Widian. Mają przy tym ambrową-bazową część wspólną, ale różnią pozostałymi elementami. Gold Collection I – obok subtelnych nut kwiatowych i ambrowej bazy – zawiera w sercu nutę oudu – dość delikatną i mającą bardziej klasycznie arabski charakter, przypominający mi oudy takich marek jak Rasasi czy Arabian Oud. Gold Collection II pachnie niczym złoty pył, a to dzięki wyraźnemu szafranowi, którym posypano kwiatowe serce na analogicznej jak w I ambrowej bazie. II przypomina mi z kolei Oud Shamash The Different Company jaki i Sand Aoud Mancera. II jest moim faworytem w tym złotym duecie.

Widian velvet collection

Velvet Collection

To duet perfum orientalno-kwiatowych, mocno się jednak od siebie różniących. Liwa zachwyca ostrym, dymno-przyprawowym intro (szafran plus molekuła Amberwood), a obecne w nim oraz w sercu nuty białokwiatowe mają raczej symboliczny charakter i zostały tu zdecydowanie przytłumione bardzo arabską, dymno-drzewną bazą, która składa się głównie z nut drzewnych: cedru, sandałowca, paczuli, wetywerii, oudu i kadzidła. Kwiatowości jest w więc w Liwie bardzo niewiele, a zapach spokojnie broni się jako uniseks z przechyłem w męską stronę. Co innego Delma. Tu wyraźne kwiatowe serce, złożone z jaśminu i frezji, poprzedzone lekko owocowym wstępem (brzoskwinia i heliotrop), przywołującym trochę na myśl stylistykę No. 5 Chanela, osadzone na lekko kulinarnej, okrągłej, „puszystej” bazie z nutami wanilii, ptasiego mleczka oraz szafranu, paczuli i gwajaku, nie pozostawia złudzeń. To pełnoprawne, śliczne, bardzo kobiece i zmysłowe, orientalno-kwiatowe perfumy dla kobiet.

Perfumy Widian reprezentują tę piękną i łatwą w lubieniu stronę orientalnej perfumerii. Zawierają typowe elementy arabskiej estetyki perfumowej, jak choćby zamiłowanie do wysokiej koncentracji oraz częste używanie niektórych składników do niedawna jeszcze obcych perfumerii europejskiej (szafran, oud, kadzidło). I choć perfumy te nie wymagają przesadnie wyrobionego nosa (jak np. propozycje Amouage, S.H. Lucas 777 czy nawet Montale) i zaprojektowane są tak, by łatwo (choć nie szybko) „wpadały w nos”, to jednak nie można nie zauważyć w nich kunsztu i wyrafinowanego orientalnego piękna. Zbudowane na perfekcyjnej harmonii, bez dysonansów, z głębią i treścią oraz wysoką jakością chyba po prostu nie mogą się nie spodobać.

Reklamy

Atelier Cologne – „Collection Orient” oraz „Bergamote Soleil” „Citron d’Erable” i „Clementine California”

Lato w pełni. To czas, w którym zawsze chętnie wracam do zapachów Atelier Cologne. Tym razem ten „powrót” ma zapach nowości, których przez ostanie półtora roku marka zaprezentowała całkiem sporo.

O Atelier Cologne pisałem już na blogu wielokrotnie. Nie ustaje ona w rozbudowywaniu swej oferty „kolońskich absolutów” – jak nazywają je kreatorzy – Sylvie Ganter i Christophe Cervasel. Dla miłośników aromatów świeżych, orzeźwiających, przepełnionych najróżniejszymi aromatami cytrusowymi (choć nie wyłącznie) Atelier Cologne to prawdziwe perfumowe El Dorado. Ale nie tylko. Marka nie stroni od innego rodzaju aromatów. Szczególnie upodobała sobie wonie orientalne, drzewne i przyprawowe, uciekający od szeroko rozumianych kwiatów (nawet Rose Anonyme jest bardziej drzewne niż kwiatowe).

Atelier Cologne founders
Christophe Cervasel i Sylvie Ganter

W roku 2016 Atelier Cologne zaprezentowało kilka nowych zapachów, w tym całkiem nową kolekcję Collection Orient. To z niej pochodzi opisany przez mnie przy okazji „Małej pieprzowej antologii” Poivre Electrique autorstwa Bruno Jovanovica. Pozostałe zapachy tej kolekcji także zasługują na uwagę. Zachwycają pięknymi, pastelowymi akordami, subtelnie orientalnym i jednocześnie lekkim oraz nieskomplikowanym charakterem, choć żaden z nich nie jest aromatem stricte kolońskim.

 

Philtre Ceylan – herbatka z bergamotką i miętą na zielonym drzewie

Aromat złożony z nut czarnej i zielonej herbaty, aromatyzowanych bergamotką, niczym rasowe earl grey. Prócz tego poczujemy w nim z początku odrobię indyjskiej mięty oraz kardamon. W składzie znalazł się także chiński irys (!), kmin, gwajakowe drewno i indyjski papirus. Składniki te budują subtelną, ale trwałą, zielono suchą bazę (w klimacie zbliżonym do Timbuktu L’Artisan) tej naprawdę prześlicznej i bardzo sugestywnej kompozycji. Warto dodać, że Philtre Ceylan nie jest pierwszym zapachem herbacianym w ofercie Atelier Cologne. Wcześniejszy jest Oolang Infini z 2010.  

atelier-cologne-philtre

główne nuty: czarna herbata cejlońska, bergamotka kalabryjska, mięta indyjska, papirus

 

Mimosa Indigo – świeża kwiatowa skórka

Uroczy, kobiecy, lekki zapach kwiatowo-skórzany,  w którym subtelnie kwiatowa woń indyjskiej mimozy, odświeżona esencją mandarynki, osadzona została na wyczuwalnym praktycznie od początku do samego końca lekkim akordzie skórzanym, opisanym jako „akord białej skóry”, cokolwiek to znaczy. Wraz z dość szybkim zniknięciem aromatu cytrusowego na skórze zaczyna dominować wiodący akord tej kompozycji – kwiatowo-skórzany, subtelnie szminkowy, jednoznacznie kobiecy, kojarzący się z zapachem wnętrza skórzanej damskiej torebki. Skóra nabiera w nim lekkiej kremowości, a całość pachnie bardzo luksusowo. Śliczne.

Atelier Cologne Mimoza

główne nuty: mimoza Indygo, mandarynka, akord białej skóry

 

Tobacco Nuit – przyprawowy kadzidlak z nutką tytoniu

Nazwa tego zapachu jest myląca. Tytułowy tytoń występuje tu bowiem raczej w domyślnej, aniżeli fizycznej formie. Ale sam zapach nic na tym nie traci. Piękne, przyprawowe otwarcie z wyróżniającą się kolendrą, w sercu kwiat tytoniu w kadzidlanej oprawie (kadzidło i labdanum), a wszystko to na bazie z paczuli, cedru i tonki. Całość jest więc przyprawowo-żywiczno-drzewna i tylko odrobinę słodka (tonki jest tu w sam raz). Owszem, takich zapachów powstało już wiele, ale Tobacco Nuit jest – jak zresztą wszystkie zapachy Atelier Cologne – bardzo kompetentnie wykonany i nosi się z go z prawdziwą przyjemnością. Dzięki takim, a nie innym składnikom, wyróżnia się też trwałością. Świetny na te chłodniejsze dni oraz letnie wieczory.

Atelier Tobacco

główne nuty: kwiat tytoniu, kolendra, klementynka, labdanum

 

Encens Jinhae – koreańskie kadzidło z kwitnącą wiśnią

Obok Philtre Ceylan to mój ulubiony zapach z Collection Orient. Kadzidło inne niż wszystkie, lekkie, rześkie, transparentne, nieco także mineralne, podane w – było nie było – konwencji kolońskiej, rozumianej jako lekki i odświeżający zapach. Z początku doprawione cytryną i gałką muszkatołową oraz wprawione w ruch molekułami różowego pieprzu. W sercu ożenione ze zwiewną nutą kwiatu wiśni i odrobiną róży (kapką!), w bazie podbudowane drewnem sandałowymi i elemi, ale przede wszystkim środkową frakcją esencji z indonezyjskiej paczuli, tej samej, która tak niesamowicie prezentuje się w Mistral Patchouli tej samej marki. Stąd pewne podobieństwa obu zapachów, ale także całkiem wyraźne powinowactwo do fenomenalnego Hermann a mes cotes… Etat Libre d’Orange.

Atelier Cologne Encens

główne nuty: kadzidło z  Samarkandy, cytryna, kwiat wiśni z Jinhae

 

Kolejne dwa zapachy Atelier Cologne zasiliły w 2016 roku stricte kolońską kolekcję Joie de Vivre.

Bergamote Soleil – gdzie cytrusy i jaśmin spotykają kardamon,…

… tam powstaje przyjemnie znajomy aromat. Połączenie prowansalskiego akordu znanego z diorowskiego klasyka Eau Sauvage (bergamota, gorzka pomarańcza, jaśmin, lawenda, wetyweria, mech dębu – to wszystko buduje tu szkielet), doprawione kardamonem, który w takim zestawieniu natychmiast powoduje jednoznaczne skojarzenia z innym klasykiem francuskiej perfumerii – Declaration Cartiera (fakt, że bardziej w wersji Cologne). Tak oto dwie perfumeryjne legendy (uosabiane przez dwóch legendarnych perfumiarzy – Edmonda Roudnitskę i Jean-Claude’a Ellenę) spotykają się w jednym współczesnym zapachu. Bo dodać należy, że przy wszystkich podobieństwach do klasyki, Bergamote Soleil jest absolutnie współcześnie, rzesko i dynamicznie pachnącą kolońską, stworzona z wykorzystaniem aktualnie dostępnych, bardzo czysto pachnących składników (np. środkowa frakcja wetywerii, którą wcześniej już poznaliśmy choćby w Vetiver Fatal). Ze względu na wszystkie te cechy Bergamote Soleil to jeden z moich ulubionych zapachów Atelier Cologne.

atelier-cologne-bergamote-soleil-918x538

główne nuty: bergamotka, jaśmin, kardamon, ketmia piżmowa

 

Clementine California – słodkie cytrusy z anyżem oraz kwiaty-widmo

Śliczne, soczyste, słoneczne, słodko cytrusowe intro (troszkę kojarzące mi się z Pomelo Paradise tej samej marki, w którym także zastosowano esencję z mandarynki, tu obok klementynki i jagód jałowca) przechodzące w serce – lekko przeprawowe (anyż, bazylia, pieprz syczuański), lekko jakby kwiatowe (bo kwiatów w składzie nie wymieniono), czyniące z Clementine California jeden z bardziej kobiecych zapachów Atelier Cologne, mimo drzewnej bazy złożone z wetywerii, sandałowca i cyprysu. Jest jednak coś w sercu tej kompozycji, w jej przewodnim temacie, co przechyla ją ku płci pięknej (choć zasadą Atelier Cologne jest uniseksowość ich perfum).

Atelier Cologne Clementine

główne nuty: klementynka, anyż, cyprys

 

Ostatnia propozycja z 2016 roku weszła w skład kolekcji Bon Voyage zwanej też Collection Azur.

 

Citron d’Erable – klonowe cytrusy, czyli kanadyjska kolońska 

Cytrusowa esencja na drzewnej bazie to formuła znana od dawna, ale Atelier Cologne reaktywuje ją ze znaną sobie ekspertyzą i wdzięcznością oraz w dość oryginalnej formie. Niespotykany mariaż cytryny (i mandarynki) z akordem syropu klonowego na solidnie drzewnej, bardzo kanadyjskiej bazie (drewno klonowe, sekwoja, cedr), a pomiędzy nimi przyprawowe serce (pieprz syczuański i eukaliptus) oraz esencja ze słynnych burgundzkich czarnych porzeczek. Choć składnikowy opis brzmi dużo ciekawiej od faktycznego olfaktorycznego efektu (któremu po interesującym otwarciu brakuje treści), to nie można odmówić Citron d’Erable swoistego uroku. Plasuje się on po tej bardziej męskiej stronie zapachowego spektrum Atelier Cologne.

Atelier-Cologne-Citron-dErable-628

 

główne nuty: cytryna, syrop klonowy, drewno klonowe

LM Parfums – mroczne Elizjum

„Ślepy księżyc za oknem

Gdzie noc stała się Elizjum

Dla bezsennych dusz”

 

Pozwólcie, że przedstawię…

fond-LaurentMazzone

„Niech chcę po prostu sprzedawać perfum. Chce jest tworzyć.”

Ta – jakże oryginalna (?) – dewiza przyświeca urodzonemu w Grenoble we Francuskich Alpach Laurentowi Mazzone, od dziecka zafascynowanemu zapachami, miksowaniem pachnących substancji, później modą, wreszcie perfumami. Długa droga prowadziła go do momentu, w którym w 2011 roku zadebiutował jako właściciel i dyrektor kreatywny niszowej marki perfumowej LM Parfums. Ekscentryczny, o mrocznym emploi, odważny zarówno w autokreacji jak i w budowaniu swej marki. Skutecznie. Pamiętam, że urządzone w formie czarno-czarnego niby-namiotu stoisko LM Parfums podczas Esxence 2016 wzbudzało naprawdę duże zainteresowanie i trudno było się tam w ogóle dostać, szczególnie, że sam Mazzone był Mistrzem ceremonii. To pokazuje, w jak ciekawym kierunku rozwinęła się perfumeria niszowa, coraz częściej oparta nie tylko o spójny koncept, ale i często o osobowość dyrektora kreatywnego (bo tak przyjęło się nazywać kierujących perfumowymi brandami).  Im ciekawsza, im barwniejsza, tym większa szansa na popularność marki i jej perfum. W obu kwestiach Mazzone ma czym się pochwalić.

„Respektować tradycję, ale z odrobiną subtelnej prowokacji.”

To zdaniem dobrze oddaje klimat pierwszych czterech pachnideł LM Parfums – wód perfumowanych Noir GabardineO des SoupirsAmbre Muscadin, Patchouli Bohème, dziś wchodzących w skład tzw. White Label Collection. Tradycyjne tematy perfumowe ujęte we współczesny, niewątpliwie intrygujący sposób, w pewnym sensie już zapowiadały kierunek dalszych poszukiwań olfaktorycznych Mazzone. Bo choć nie jest on perfumiarzem i korzysta z usług zawodowców (głównie Jerome’a Epinette’a, znanego m.in. ze współpracy z Benem Gorhamem i jego Byredo), to jego wpływ na efekt końcowy jest bezdyskusyjny. Mazzone kieruje prace perfumiarza na tereny, na które ten być może nigdy nie zdecydowałby się wkroczyć. Tak powstają perfumy o bardzo mocnych i wyrazistych, zwykle orientalnych sygnaturach, złożone z oryginalnych i zapadających w pamięć akordów. LM Parfums to marka, na którą niewątpliwie warto zwrócić uwagę, przede wszystkim, jeżeli poszukujemy perfum mocnych, gęstych, złożonych, powoli rozwijających na skórze, w swym klimacie zwykle mrocznych, z odrobiną nowatorstwa (choć nie zawsze, ale zawsze z dala od eksperymentu).

lm-parfums

Patchouly Bohemepaczula w centrum, jednak zupełnie „niepiwniczna”, ani też nie zdobiona kulinarnie (jak w Angel T. Mugler czy w Coromandel Chanel). Połączona – inaczej niż „zwykle” – z geranium, tytoniem, nutą skóry, balsamem tolu i tonką, utrwalona piżmami. Podana na wpół balsamicznie, na wpół surowo (tytoniowo-skórzanie) wydaje się być nieco bardziej męska niż damska w swym charakterze. Ale bez przesady. Jak wiadomo paczula – gdy nie „stęchła” – przydaje zmysłowości i orientalnej głębi bez względu na płeć noszącego zawierające ją perfumy. Tak jest i tym razem. Naprawdę dobrze to pachnie i na tyle oryginalnie, że warte jest perfumaniackiego grzechu…

główne nuty: geranium, paczula, tytoń, skóra, piżmo, balsam tolu, tonka

Ambre Muscadin – zbitka słów ambre i musc (piżmo) może być nieco myląca (nazwa zawiera grę słów, o czym za chwilę). Fakt – nuta piżmowa jest tu całkiem prominentna, a ambrowe tło – cóż – faktyczne, ale zapach jest dużo bardziej złożony. Wymaga też czasu na skórze, by go w pełni poznać i docenić. Rozwija się od oryginalnego akordu przypominającego woń mocnego wina typu Porto (i tu wracam do gry słów: muscadine to gatunek winogrona), przez wciąż subtelnie owocowe ale i piżmowe serce, po ciepłą waniliowo-ambrową bazę, tworząc całkiem hipnotyczną aurę. Ambre Muscadin pachnie ciekawie, intrygująco i przede wszystkim zmysłowo.

główne nuty: cedr, wetyweria, fiołek, wanilia (absolut), biały miód, benzoes syjamski, ambra, piżmo

LM Hard Leather

Pochodzące z 2014 roku Hard Leather – adresowane przez Mazzone do mężczyzn – może być jednym z najbardziej polaryzujących propozycji LM Parfums. Surowe, nieco kwaśne, wytrawne, przesycone – z początku nieco piwniczną – paczulą (o której – o dziwo – nie wspomina się w oficjalnym spisie nut), zmieszaną z miodem i rumem oraz nutami drzewnymi na ambrowej bazie, Hard Leather pozostaje od początku do końca zapachem wymagającym w swej niszowej bezkompromisowości.  Otwarcie może zwalić z nóg mocnym i zdecydowanym charakterem, a ciąg dalszy to jedynie stopniowy spadek mocy zapachu, przy zachowaniu jego „charakterku”. Czy jednak należy traktować je jako perfumy skórzane? Cóż – to już kwestia interpretacji.

Hard Leather nie ma nic wspólnego z takim „skórzakami”, jak Knize Ten, Lonestar Memories Tauera, Cuir de Russie Chanel czy Cuir Ottoman Parfums d’Empire. Trudno jest mi tu zlokalizować akord skórzany, chyba że przyjmę, iż jest to ten nieco zatęchły aromat, przypominający stare, zapomniane, skórzane rękawice znalezione w piwnicy XVIII wiecznej willi w Grenoble.

Trudny to aromat, z którym mi osobiście nie po drodze. Szczęśliwie nie przesadzono z jego mocą, bo dość szybko lokuje się blisko skóry.

główne nuty: rum, skóra, irys, miód, sandałowiec, cedr, oud, kadzidło, styrax, wanilia

Army-of-Lovers-Ad-_2

Z czasem Laurent Mazzone zaczął nadawać swym perfumom nieco bardziej wyrafinowane nazwy, rzadziej przywołując w nich jakąś konkretną nutę czy składnik (choć oczywiście poddał się modzie na oud i wydał Black Oud, będący w istocie bliskim krewnym Black Afgano Nasomatto). I dobrze. Tak jest moim zdaniem ciekawiej.

Dla Army Of Lovers z 2014 roku Laurent Mazzone pożyczył nazwę od szwedzkiego zespołu, znanego w latach 90-tych, którego jest od tamtych czasów zagorzałym fanem. Sam zapach ma w sobie coś z jego pełnej przepychu muzyki i barokowych strojów lidera grupy Alexandra Barda. Jest przede wszystkim bardzo zmysłowy, z przechyłem w kobiecą stronę, choć przy odrobinie otwartości ciekawie zabrzmi (aczkolwiek niejednoznacznie) na męskiej skórze. Nuty kwiatowe róży i fiołka, połączone z paczulą oraz kolendrą, a także nutami drzewnymi, na bazie z ambry piżm i miodu tworzą gęsty i zawiesisty, troszkę pudrowy, troszkę szminkowy, mroczny, nokturnowy i dekadencki, bardzo zmysłowy zapach, który – mając koncentrację perfumowego ekstraktu – trzyma się skóry w niemal niezmienionej formie przez długie godziny, całkiem wyraźnie projektując.

Z Army of Lovers mam wszakże ten dylemat, że nie wiem, czy chciałbym sam tak pachnieć, czy wolałbym jednak, że by tak pachniała moja – ad nomine – mroczna kochanka.

A może i jedno i drugie?

army-of-lovers-lm-parfums

główne nuty: kolendra, róża, fiołek, paczula, drewno sandałowe, mech dębu, miód, ambra , piżmo

Scandinavian Crime (2016) – nazwany tak (być może z premedytacją, być może przez przypadek), jak pochodząca z 2013 roku EP-ka reaktywowanego Army of Lovers, a przecież nawiązujący do legendarnego już szwedzkiego gatunku literackiego – charakteryzuje się udanym i zapadającym w pamięć zestawieniem wibrujących przypraw (z wyraźnym udziałem pieprzu i kardamonu, a także kolendry i imbiru) z subtelnym, kremowym, waniliowo-żywicznym tłem, zbudowanym z sandałowca, wanilii, kadzidła i labdanum. Warto wspomnieć obecność paczuli, tym razem schowanej, budującej orientalną głębię i zmysłowość zapachu. Paczula przewija się zresztą przez wszystkie opisane tu pachnidła LM Parfums, co skłania mnie ku podejrzeniom, że Laurent Mazzone ma do niej słabość (czemu wcale się nie dziwę). Ja z kolei mam ewidentną słabość do kardamonu (ok – do paczuli także, ale nie w każdym wydaniu), co potwierdziło się przy okazji testów Scandinavian Crime. Jeżeli zastosowany w perfumach w wyczuwalnej ilości (tak jest niemal zawsze, gdyż jest to nuta bardzo ekspansywna) – to jest on niemal gwarantem tego, że te przypadną mi do gustu. Tak jest i tym razem. Obok hipnotycznie pięknego Army of Lovers, Scandinavian Crime to mój absolutny faworyt spośród dotychczas poznanych pachnideł LM Parfums. Taki, którego flakon z chęcią widziałbym we własnej kolekcji.

LM Scandinavian Crime

główne nuty: pieprz, gałka muszkatołowa, kolendra, kardamon, imbir, paczula, oud, drewno sandałowe, ambra, piżmo, wanilia, kadzidło, labdanum

 

LM Parfums oferuje pachnidła przeznaczone dla wielbicieli gęstych, mocnych, orientalnie wyrafinowanych olfaktorycznych sygnatur. Jest w nich coś mrocznego i gotyckiego – w rozumieniu popularnego w latach 90-tych nurtu muzyki rockowej. To perfumy, które wydają się prost idealnie pasować do postaci pokroju Roberta Smitha (The Cure), Carla McCoya (Fields of The Nephilim), Andrew Eldritcha (The Sisters of Mercy) czy Anji Orthodox (Closterkeller), a także osób, które gustują w tego typu stylistyce, nie tylko zresztą muzycznej. Dla niektórych przecież to styl życia i bycia. I choć ja do nich nie należę, to jednak olfaktoryczna magia Laurenta Mazzone zaintrygowała mnie do tego stopnia, że jestem przekonany, iż nieraz jeszcze zagości on na Perfumowym Blogu. Bo mrok i czerń mają swój hipnotyczny urok…

Andrew Eldritch

„Więc wróciłem…

Po co płaczesz?

Gdy będę martwy,

Będziesz płakać mocniej?”

 

 

P.S. W artykule wykorzystano cytaty z tekstów piosenek zespołu Fields of the Nephilim: „At The Gates of Silent Memory” i „The Sequel”.

 

 

Voyage d’Hermes – jedyna taka podróż

Obok Terre d’Hermes i Ogródków Hermesa Voyage d’Hermes to dla mnie wciąż największe osiągnięcie Jean-Claude’a Elleny z czasu, gdy pracował dla tej francuskiej marki. Właściwie, to po Voyage (głównie w wersji edp, aczkolwiek także edt) sięgam równie chętnie i często, co po Terre.

Voyage d’Hermes 

Voyage w wersji eau de toilette łączy w sobie elementy bardzo charakterystyczne dla J.C. Elleny, które ten zawarł w swych wcześniejszych – skądinąd znakomitych – dziełach. Delikatne nuty zielonej herbaty znane z Bvlgari Eau Parfumee au The Vert, chłodna przyprawowość kardamonu, znana z genialnego Declaration Cartiera oraz drzewno-piżmowy finisz, oparty na przedawkowaniu aksamitnego transparentno-drzewnego Iso-E-Super, którego maksymalistycznym użyciem mistrz popisał się wcześniej choćby we wspomnianym Declaration, ale także i w Terre czy w niszowym Poivre Samarcande. To wszystko połączone i „zremiksowane”, dodatkowo całkiem wyraźnie pokropione cytryną znajdziemy w Voyage – olfaktorycznej  podróży po arcydziełach Mistrza. Voyage eau de toliette jest lekki i zwiewny, ma nienachalną projekcję, trzyma na skórze dłużej, niż się wydaje, co jest za pewnie zasługą Iso E Super.

Charakterystyczny, wibrujący, rześki, świeży, niezwykle przyjemny i jednocześnie zupełnie niebanalny Voyage d’Hermes wydaje się w najpełniejszy sposób oddawać stylistykę i sygnaturę J.C. Elleny i jego przekonanie o tym, że perfumy nie mają płci. Oto uniseks doskonały, z którego zarówno perfumiarz, jak i marka, mogą być dumni. To także jedno z najbardziej słonecznych i pozytywnie oddziałujących na mnie pachnideł. Absolutnie niezbędny element mojej perfumowej kolekcji.

chapter_Voyage_d_Hermes_4

nuty głowy: cytryna, przyprawy, kardamon

nuty serca: herbata, nuty zielone, nuty kwiatowe

nuty bazy: nuty drzewne, piżmo

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2010

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

 

Voyage d’Hermes Pure Parfum

Pure Parfum to bardziej skoncentrowane, pełniejsze i bogatsze w nuty wcielenie Voyage d’Hermes. Otwiera się znanym z eau de toilette akordem pieprzowo-kardamonowym, tyle że wyraźnie zagęszczonym, z przytłumionymi w stosunku do protoplasty cytrusami. Od pierwszej chwili czuć też coś, czego nie znajdziemy w poprzedniku – różę. Charakterystyczna dla obu wersji chłodna przyprawowość ma tu w sobie dodatkowo lekko słoną poświatę. Zapach ewoluuje dość subtelnie, przechodząc od głównego, przyprawowo-kwiatowego tematu do drzewno-ambrowej bazy, do samego końca utrzymując swoją sygnaturową nutę.

Voyage d’Hermes Pure Parfum to idealny zapach całoroczny, raczej formalny, niezwykle elegancki, oszałamiający natychmiast wyczuwalną jakością składników, luksusem i nutą transparentnej czystości. Nie narzucający się, ale z pewnością zwracający uwagę. Piękny, bardzo Ellenowski i bardzo Hermesowy.

To jedno z niewielu pachnideł, w których czuję się doskonale od pierwszej do ostatniej sekundy trwania na skórze, i po które regularnie sięgam. Co mnie w nich urzeka? Unikatowa i zapadająca w pamięć woń – połączenie elegancji z intrygującą oryginalnością – oraz absolutnie fenomenalne parametry, co w przypadku zapachów Hermesa nie jest – niestety – regułą. Voyage d’Hermes Pure Parfum ma więc raczej niezagrożoną pozycję w moim prywatnym rankingu Top 10.

HERMES - VDH parfum 1 Temitchellfeindberg

nuty głowy: cytryna, przyprawy, kardamon

nuty serca: róża, Hedione, herbata, nuty zielone, nuty kwiatowe

nuty bazy: nuty drzewne, piżmo, ambra

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2012

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 5,0

Roja Dove „Sultanate of Oman”

Roja Dove zadedykował  to pachnidło Jego Wysokości Sułtanowi Omanu i zapachowemu dziedzictwu jego kraju, w szczególności kadzidłu frankońskiemu, z którego pozyskiwania Oman słynie.

Ale szlachetne kadzidło jest w Sultanate of Oman zaledwie jednym z całej masy drogocennych ingrediencji poukładanych w bogate, mocne, dostojne i przepiękne perfumy orientalne, w których dominują nuty przypraw, balsamów i drzew. Wysoka koncentracja składników, głównie tych molekularnie ciężkich, a także ich proporcje względem pozostałych nut (cytrusy i kwiaty) powoduje, że to, co najistotniejsze, znajduje się w bazie tych perfum. Cała reszta skrzętnie podanych w oficjalnym spisie nut w zasadzie nie ma tu większego znaczenia.

oman-mosque

Niesamowicie wonna i głęboka mieszanka przypraw: kardamonu i szafranu, rozpuszczonych w gęstych słodkich balsamach elemi i gurjum, połączona z nutami drzewnymi papirusu, cedru, gwajaku, brzozy, sandałowca, oudu i amyrisu, wzbogacona przez duet kłącza irysa i ziarna marchwi i uszlachetniona przez kadzidło skutkuje bogatym, ale świetnie zbalansowanym, absolutnie arabskim, pełnym przepychu, wprost obezwładniającym, męskim i eleganckim bukietem zapachowym.

Przy całym swym bogactwie i niewątpliwym pięknie Sultanate of Oman nie uniknął pewnej wtórności, tyle że co to za wtórność, jeżeli pachnidło przypomina zaledwie dwa i to niszowe zapachy – African Leather Memo Paris oraz Jewel for Him M.Micallef? Szczególnie ten pierwszy zdaje się dzielić z dziełem Dove’a najbardziej charakterystyczne nuty zapachowe, ale – tu muszę poczynić pewne zastrzeżenie – Sultanate of Oman emanuje jednak większą głębią i bogactwem, jest cięższy, gęstszy, trwalszy (powyżej 12 godzin), a po dłuższym czasie zmienia się w innym kierunku, niż perfumy Memo.

Gdyby ktoś dał mi to powąchania Sultanate of Oman, nie mówiąc jakiej marki jest to pachnidło, zgadywałbym, że to jakiś nieznany mi jeszcze zapach od Amouage. Znacie Amouage? To taka marka perfumowa z … Omanu.

Jego niepozorna moc jest dość złudna. Nie atakuje on nozdrzy potężnym uderzeniem wonnych molekuł, raczej subtelnie, ale całkiem wyraźnie emituje je ze skóry przez długie godziny, jak przystało na niezwykle wysoką koncentrację czystych perfum. Obecny na nadgarstku w postaci dosłownie jednej dawki potrafi przebić się spod użytych „globalnie” zupełnie innych perfum. To istna perfumowa „waga ciężka”. Także, gdy chodzi o półkę cenową. Na oficjalnej stronie Roja Parfums za 50 ml tej substancji musimy zapłacić 395 brytyjskich funtów (!). Zaraz – jak to my musimy? To raczej Sułtan musi….

sultanate-of-oman-parfum-50ml-ing

nuty głowy: grejpfrut, pomarańcza

nuty serca : róża majowa, jaśmin z Grasse, fiołek, malina

nuty bazy: kardamon, elemi, szafran, gurjum, papirus, mech dębowy, cedr, gwajak, amyris, sandałowiec, oud, ziarna marchwii, irys, kadzidło frankońskie, brzoza, piżmo

perfumiarz: Roja Dove

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 4,0/ trwałość: 6,0

 

 

 

Cartier Declaration Fraiche

Tegoroczna świeża wersja klasyka Declaration z 1998 jest kolejną po wycofanej z oferty bardzo dobrej cytrynowo-imbirowej Declaration Cologne z 2010 oraz zeszłorocznej, także wartej uwagi, grejpfrutowej Declaration L’Eau.  Ze wszystkich świeżych wersji Fraiche zdecydowanie najbliżej jest do wersji pierwotnej, mimo jej mniejszej złożoności i bardziej transparentnej natury. Choć oficjalny, bardzo zresztą lakoniczny, spis nut tego nie podaje, obok sygnaturowego akordu „deklaracyjnego” (tu naprawdę bardzo bliskiego oryginałowi) znajdziemy mentol odpowiedzialny za świeżą i orzeźwiającą cześć zapachu. Nuta miętowa, którą Mathilde Laurent swego czasu w bardzo wyraźny sposób użyła w Cartier Roadster (2008), tu jest niemal równie prominentna – oczywiście głównie w początkowej fazie zapachu – do tego stopnia, że jej chłodzący efekt odczuwalny jest na skórze. Oficjalne zapowiedzi Cartiera dotyczące Fraiche zawierały zresztą obietnicę tzw. „cooling effect on the skin” i śpieszę potwierdzić, że jest to faktem.

Mathilde Laurent 2016
Mathilde Laurent

Fraiche pachnie więc jak lekko słodkawa wersja Declaration, pozbawiona kminu, za to zasypana świeżymi listkami mięty. Tym razem – w przeciwieństwie do zeszłorocznej L’Eau – lepsza jest trwałość zapachu, a jego projekcja także nie zostawia wiele do życzenia, choć jest oczywiście – jak sądzę – w zamierzony sposób delikatniejsza od klasyka. Nie sposób nie zauważyć lekkości i jednocześnie konsekwentnej „obecności” tego zapachu oraz jego minimalizmu, który jest cechą charakterystyczną wielu dzieł Laurent, co zbliża ją stylistycznie do Jean-Claude’a Elleny.

Cóż można więcej napisać o tym pachnidle? Jego centrum pozostaje sygnaturowy akord Declaration skomponowany niemal 20 lat temu przez Jean-Claude’a Ellenę, obecnie już niemal emerytowanego perfumiarza domu Hermes. Tym zapachem Ellena zapowiedział kierunek, w jakim podążał przez kolejne lata swej twórczości. Ta wibrująca, skrząca się, srebrzysta cytrusowo-przyprawowo-drzewna, natychmiast rozpoznawalna woń już zapisała się w historii perfumerii i z pewnością przyczyniła się do powstania Terre d’Hermes – jednego z najważniejszych męskich pachnideł XXI wieku. Podtrzymywanie zainteresowania Declaration poprzez wprowadzanie kolejnych wariacji na jej temat nie jest niczym nadzwyczajnym. To normalna praktyka na perfumeryjnym rynku. Nie mam w tym nic zdrożnego, o ile tylko kolejne wersje trzymają poziom i przyciągają interesującą interpretacją tematu, a tak – dzięki talentowi Mathilde Laurent oraz jej ogromnemu szacunkowi do dzieła Jean-Claude’a Elleny i jego samego jako artysty – jest w przypadku kolejnych wcieleń Declaration, także i tego najnowszego.

Declaration-Fraiche-Cartier-2016

główne nuty: bergamotka, cytrusy, kardamon, cedr

twórca: Mathilde Laurent

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Beaufort London „Vi et Armis”

Za sprawą marki Beaufort London, o której pisałem już swego czasu tu, pozostajemy w Wielkiej Brytanii, której społeczeństwo – nie dalej jak przedwczoraj, 23.06.2016 – postanowiło „wypisać się” z Unii Europejskiej głosami 52% biorących udział w referendum, co jest wydarzeniem bezprecedensowym i historycznym o ogromnym znaczeniu zarówno politycznym jak i gospodarczym. Właśnie. Ale co to ma wspólnego z perfumami? Otóż Vi et Armis (łac. Siła Ramion), opisywane dziś przeze mnie pachnidło Beaufort London, to zapach mający wiele wspólnego z brytyjską gospodarką. Przechrzczony z wcześniejszej nazwy (East India) powstał z inspiracji  wielowiekową potęgą brytyjskiej floty handlowej i chwalebną historią angielskiej wymiany handlowej, bez której Anglicy nie mieli by nigdy szansy stać się wielbicielami m.in. herbaty, a ich kuchnia pozbawiona byłaby orientalnych przypraw, zaś sztuka nie byłaby tym, czym była bez szmuglowanego przez piratów opium. W Vi et Armis znajdziemy więc nuty bezpośrednio nawiązujące do popularnych wówczas towarów handlowych (przyprawy, herbata, whisky, kadzidło, tytoń, opium).

Vi-Et-Armis-vibe-shot-500x500

„Herbata, tytoń, opium, whisky i religia dostarczają mężczyźnie emocjonalnego podekscytowania.”

Georg Bernard Shaw

 

Jeżeli za symbol religii w perfumach przyjąć kadzidło (przecież słusznie), to Vi et Armis jawi się jako olfaktoryczne przedłużenie słów słynnego pisarza i noblisty. Stylistycznie zaś jest bardzo spójny z pozostałymi zapachami marki Beaufort London. Bezkompromisowy i zdecydowany, a przy tym bardzo męski. Już pierwszy akord nie pozostawia wątpliwości co to charakteru zapachu. Połączenie wibrującego czarnego pieprzu z subtelnie cytrusowym kardamonem za pomocą zielonej nuty liści herbaty tworzy bardzo wyrazistą woń, w której poszczególne składniki są całkiem mocno zauważalne. Z czasem lekka nuta herbaciana ustępuje miejsca mocniejszym „używkom” w postaci nuty whisky wymieszanej z kadzidłem (!)  i – przede wszystkim – tytoniu.  Aromat tytoniowy jest tu bardzo sugestywny, aczkolwiek nie ma nic a nic wspólnego ze słodkim i miodowym tytoniem  w typie Tobacco Vanille Toma Forda, Feuilles de Tabac Miller Harris czy Tabac Aurea Sonoma Scent Studio. W zapachu Beaufort jest on brudny, męski, wytrawny. W bazie Vi Et Armis przeobraża się w zdominowany przez brzozowy dziegieć akord dymny w rodzaju Black Tourmaline Oliviera Durbano połączony z suchą popiołową znana mi z Serge Noire Serge’a Lutensa. Całość pachnie naprawdę niesamowicie i bardzo… mrocznie.

Bez względu na porównania czy skojarzenia, które są naturalnym aspektem recenzowania zapachów, Vi Et Armis w mojej opinii potwierdza, że Beaufort London to marka zdecydowanie warta uwagi szczególnie ze strony wielbicieli zapachów mrocznych, dymnych, popiołowych i wytrawnych. A że sam do nich należę, z pewnością będę śledzić kolejne poczynania pana Leo Crabtree.

Vi-Et-Armis-bottle-and-Pack

nuty głowy: kardamon, czarny pieprz, liście herbaty

nuty serca: whisky, kadzidło, opium

nuty bazy: tytoń, brzoza, oud

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

PS. Perfumy Beaufort London można przetestować i nabyć w perfumerii Lulua w Krakowie.