Roja Dove „Sultanate of Oman”

Roja Dove zadedykował  to pachnidło Jego Wysokości Sułtanowi Omanu i zapachowemu dziedzictwu jego kraju, w szczególności kadzidłu frankońskiemu, z którego pozyskiwania Oman słynie.

Ale szlachetne kadzidło jest w Sultanate of Oman zaledwie jednym z całej masy drogocennych ingrediencji poukładanych w bogate, mocne, dostojne i przepiękne perfumy orientalne, w których dominują nuty przypraw, balsamów i drzew. Wysoka koncentracja składników, głównie tych molekularnie ciężkich, a także ich proporcje względem pozostałych nut (cytrusy i kwiaty) powoduje, że to, co najistotniejsze, znajduje się w bazie tych perfum. Cała reszta skrzętnie podanych w oficjalnym spisie nut w zasadzie nie ma tu większego znaczenia.

oman-mosque

Niesamowicie wonna i głęboka mieszanka przypraw: kardamonu i szafranu, rozpuszczonych w gęstych słodkich balsamach elemi i gurjum, połączona z nutami drzewnymi papirusu, cedru, gwajaku, brzozy, sandałowca, oudu i amyrisu, wzbogacona przez duet kłącza irysa i ziarna marchwi i uszlachetniona przez kadzidło skutkuje bogatym, ale świetnie zbalansowanym, absolutnie arabskim, pełnym przepychu, wprost obezwładniającym, męskim i eleganckim bukietem zapachowym.

Przy całym swym bogactwie i niewątpliwym pięknie Sultanate of Oman nie uniknął pewnej wtórności, tyle że co to za wtórność, jeżeli pachnidło przypomina zaledwie dwa i to niszowe zapachy – African Leather Memo Paris oraz Jewel for Him M.Micallef? Szczególnie ten pierwszy zdaje się dzielić z dziełem Dove’a najbardziej charakterystyczne nuty zapachowe, ale – tu muszę poczynić pewne zastrzeżenie – Sultanate of Oman emanuje jednak większą głębią i bogactwem, jest cięższy, gęstszy, trwalszy (powyżej 12 godzin), a po dłuższym czasie zmienia się w innym kierunku, niż perfumy Memo.

Gdyby ktoś dał mi to powąchania Sultanate of Oman, nie mówiąc jakiej marki jest to pachnidło, zgadywałbym, że to jakiś nieznany mi jeszcze zapach od Amouage. Znacie Amouage? To taka marka perfumowa z … Omanu.

Jego niepozorna moc jest dość złudna. Nie atakuje on nozdrzy potężnym uderzeniem wonnych molekuł, raczej subtelnie, ale całkiem wyraźnie emituje je ze skóry przez długie godziny, jak przystało na niezwykle wysoką koncentrację czystych perfum. Obecny na nadgarstku w postaci dosłownie jednej dawki potrafi przebić się spod użytych „globalnie” zupełnie innych perfum. To istna perfumowa „waga ciężka”. Także, gdy chodzi o półkę cenową. Na oficjalnej stronie Roja Parfums za 50 ml tej substancji musimy zapłacić 395 brytyjskich funtów (!). Zaraz – jak to my musimy? To raczej Sułtan musi….

sultanate-of-oman-parfum-50ml-ing

nuty głowy: grejpfrut, pomarańcza

nuty serca : róża majowa, jaśmin z Grasse, fiołek, malina

nuty bazy: kardamon, elemi, szafran, gurjum, papirus, mech dębowy, cedr, gwajak, amyris, sandałowiec, oud, ziarna marchwii, irys, kadzidło frankońskie, brzoza, piżmo

perfumiarz: Roja Dove

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 4,0/ trwałość: 6,0

 

 

 

Cartier Declaration Fraiche

Tegoroczna świeża wersja klasyka Declaration z 1998 jest kolejną po wycofanej z oferty bardzo dobrej cytrynowo-imbirowej Declaration Cologne z 2010 oraz zeszłorocznej, także wartej uwagi, grejpfrutowej Declaration L’Eau.  Ze wszystkich świeżych wersji Fraiche zdecydowanie najbliżej jest do wersji pierwotnej, mimo jej mniejszej złożoności i bardziej transparentnej natury. Choć oficjalny, bardzo zresztą lakoniczny, spis nut tego nie podaje, obok sygnaturowego akordu „deklaracyjnego” (tu naprawdę bardzo bliskiego oryginałowi) znajdziemy mentol odpowiedzialny za świeżą i orzeźwiającą cześć zapachu. Nuta miętowa, którą Mathilde Laurent swego czasu w bardzo wyraźny sposób użyła w Cartier Roadster (2008), tu jest niemal równie prominentna – oczywiście głównie w początkowej fazie zapachu – do tego stopnia, że jej chłodzący efekt odczuwalny jest na skórze. Oficjalne zapowiedzi Cartiera dotyczące Fraiche zawierały zresztą obietnicę tzw. „cooling effect on the skin” i śpieszę potwierdzić, że jest to faktem.

Mathilde Laurent 2016
Mathilde Laurent

Fraiche pachnie więc jak lekko słodkawa wersja Declaration, pozbawiona kminu, za to zasypana świeżymi listkami mięty. Tym razem – w przeciwieństwie do zeszłorocznej L’Eau – lepsza jest trwałość zapachu, a jego projekcja także nie zostawia wiele do życzenia, choć jest oczywiście – jak sądzę – w zamierzony sposób delikatniejsza od klasyka. Nie sposób nie zauważyć lekkości i jednocześnie konsekwentnej „obecności” tego zapachu oraz jego minimalizmu, który jest cechą charakterystyczną wielu dzieł Laurent, co zbliża ją stylistycznie do Jean-Claude’a Elleny.

Cóż można więcej napisać o tym pachnidle? Jego centrum pozostaje sygnaturowy akord Declaration skomponowany niemal 20 lat temu przez Jean-Claude’a Ellenę, obecnie już niemal emerytowanego perfumiarza domu Hermes. Tym zapachem Ellena zapowiedział kierunek, w jakim podążał przez kolejne lata swej twórczości. Ta wibrująca, skrząca się, srebrzysta cytrusowo-przyprawowo-drzewna, natychmiast rozpoznawalna woń już zapisała się w historii perfumerii i z pewnością przyczyniła się do powstania Terre d’Hermes – jednego z najważniejszych męskich pachnideł XXI wieku. Podtrzymywanie zainteresowania Declaration poprzez wprowadzanie kolejnych wariacji na jej temat nie jest niczym nadzwyczajnym. To normalna praktyka na perfumeryjnym rynku. Nie mam w tym nic zdrożnego, o ile tylko kolejne wersje trzymają poziom i przyciągają interesującą interpretacją tematu, a tak – dzięki talentowi Mathilde Laurent oraz jej ogromnemu szacunkowi do dzieła Jean-Claude’a Elleny i jego samego jako artysty – jest w przypadku kolejnych wcieleń Declaration, także i tego najnowszego.

Declaration-Fraiche-Cartier-2016

główne nuty: bergamotka, cytrusy, kardamon, cedr

twórca: Mathilde Laurent

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Beaufort London „Vi et Armis”

Za sprawą marki Beaufort London, o której pisałem już swego czasu tu, pozostajemy w Wielkiej Brytanii, której społeczeństwo – nie dalej jak przedwczoraj, 23.06.2016 – postanowiło „wypisać się” z Unii Europejskiej głosami 52% biorących udział w referendum, co jest wydarzeniem bezprecedensowym i historycznym o ogromnym znaczeniu zarówno politycznym jak i gospodarczym. Właśnie. Ale co to ma wspólnego z perfumami? Otóż Vi et Armis (łac. Siła Ramion), opisywane dziś przeze mnie pachnidło Beaufort London, to zapach mający wiele wspólnego z brytyjską gospodarką. Przechrzczony z wcześniejszej nazwy (East India) powstał z inspiracji  wielowiekową potęgą brytyjskiej floty handlowej i chwalebną historią angielskiej wymiany handlowej, bez której Anglicy nie mieli by nigdy szansy stać się wielbicielami m.in. herbaty, a ich kuchnia pozbawiona byłaby orientalnych przypraw, zaś sztuka nie byłaby tym, czym była bez szmuglowanego przez piratów opium. W Vi et Armis znajdziemy więc nuty bezpośrednio nawiązujące do popularnych wówczas towarów handlowych (przyprawy, herbata, whisky, kadzidło, tytoń, opium).

Vi-Et-Armis-vibe-shot-500x500

„Herbata, tytoń, opium, whisky i religia dostarczają mężczyźnie emocjonalnego podekscytowania.”

Georg Bernard Shaw

 

Jeżeli za symbol religii w perfumach przyjąć kadzidło (przecież słusznie), to Vi et Armis jawi się jako olfaktoryczne przedłużenie słów słynnego pisarza i noblisty. Stylistycznie zaś jest bardzo spójny z pozostałymi zapachami marki Beaufort London. Bezkompromisowy i zdecydowany, a przy tym bardzo męski. Już pierwszy akord nie pozostawia wątpliwości co to charakteru zapachu. Połączenie wibrującego czarnego pieprzu z subtelnie cytrusowym kardamonem za pomocą zielonej nuty liści herbaty tworzy bardzo wyrazistą woń, w której poszczególne składniki są całkiem mocno zauważalne. Z czasem lekka nuta herbaciana ustępuje miejsca mocniejszym „używkom” w postaci nuty whisky wymieszanej z kadzidłem (!)  i – przede wszystkim – tytoniu.  Aromat tytoniowy jest tu bardzo sugestywny, aczkolwiek nie ma nic a nic wspólnego ze słodkim i miodowym tytoniem  w typie Tobacco Vanille Toma Forda, Feuilles de Tabac Miller Harris czy Tabac Aurea Sonoma Scent Studio. W zapachu Beaufort jest on brudny, męski, wytrawny. W bazie Vi Et Armis przeobraża się w zdominowany przez brzozowy dziegieć akord dymny w rodzaju Black Tourmaline Oliviera Durbano połączony z suchą popiołową znana mi z Serge Noire Serge’a Lutensa. Całość pachnie naprawdę niesamowicie i bardzo… mrocznie.

Bez względu na porównania czy skojarzenia, które są naturalnym aspektem recenzowania zapachów, Vi Et Armis w mojej opinii potwierdza, że Beaufort London to marka zdecydowanie warta uwagi szczególnie ze strony wielbicieli zapachów mrocznych, dymnych, popiołowych i wytrawnych. A że sam do nich należę, z pewnością będę śledzić kolejne poczynania pana Leo Crabtree.

Vi-Et-Armis-bottle-and-Pack

nuty głowy: kardamon, czarny pieprz, liście herbaty

nuty serca: whisky, kadzidło, opium

nuty bazy: tytoń, brzoza, oud

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

PS. Perfumy Beaufort London można przetestować i nabyć w perfumerii Lulua w Krakowie.

Etat Libre d’Orange „Remarkable People”

Remarkable People (autor… nieznany, choć z pewnych względów podejrzewam Violaine Collas…) miał premierę w zeszłym roku. Prezentuje on odmienne oblicze marki Etat Libre d’Orange, która do niedawna znana była jako z jedna z najbardziej eksperymentalnych i odważnych niszowych marek współczesnej perfumerii. Artystyczne ambicje twórcy marki, Etienne’a de Swardta, realizowane były przez świetnych perfumiarzy w postaci kultowych dziś pachnideł, mi.in. Tom of Finland, Charogne, Rien, Jasmin et Cigarette, Fat Electrician, Je Suis un Homme czy Seceretions Magnifiques.

Remarkable People to sprawnie wykonany, bardzo aktualny, zważywszy na zapoczątkowaną przez Hermesa modę na pachnidła transparentne, zapach uniseksowy, w którym wiodącą rolę kardamonu połączono z całkiem udanym akordem szampana. Całość doprawiono bardzo subtelnie pieprzem i osadzono na drzewnej bazie. W składzie wymieniany jest też pachnący drewnem, ambrą i skóra Lorenox, o którym wspominałem już przy okazji innego zapachy tej marki: Dangerous Complicity.

champagne

Remarkable People to lekki, transparentny zapach przyprawowo-drzewny z ładną, choć krótkotrwałą nutką szampana, który nie może się nie spodobać.  To osobliwa wariacja nt. Declaration Cartiera, w której kardamon zrównoważono nutka szampana i oryginalnym współczesnym akordem ambrowym.

Jest w Remarkable People nutka oryginalności, ale całość jest bardzo mocno „uładzona” i nastawiona na natychmiastowe spodobanie się. Zapach jest delikatny, nie narzucający się, bezpieczny, idealnie uniseksowy, bez elementów ciążących w kierunku żadnej z płci. Politycznie poprawny, idealny „biurowiec”, wyróżniający się subtelną sygnaturą. To nie jest złe czy nieudane pachnidło. Absolutnie nie. Dalekie jest jednak – jak sądzę – od ideałów Etienne’a De Swardta, które przyświecały mu, gdy tworzył i prowadził ELdO przez pierwsze lata jego istnienia. Cóż – ELdO idzie widać z duchem czasu i biznesu.

Eldo Remarkable-People

główne nuty: grejpfrut, akord szampana, kardamon, jaśmin, curry, czarny pieprz, labdanum, drewno sandałowe, Lorenox

twórca: bd.

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

Hermes „Epice Marine”- mariaż bretońskiej kuchni i prowansalskiej perfumerii

Spotkanie mistrzów smaku i zapachu, znanego z zamiłowania do przypraw mistrza bretońskiej kuchni Oliviera Roellingera oraz niemniej gustującego w przyprawowych składnikach perfumiarza Jean-Claude’a Elleny, które odbyło się swego czasu u wybrzeży Bretanii, musiało mieć swoje istotne skutki. Zbyt wiele łączy obu panów, by z nich wspólnych rozmów, testów i degustacji nic nie wynikło. W ich efekcie powstały Epice Marine, perfumy zainspirowane na poły bretońską kuchnią, na poły morskim klimatem tego regionu. Kompozycja weszła w skład ekskluzywnej kolekcji Hermessence w 2013 roku i jest chyba pierwszym zapachem w portfolio Jean-Claude’a Elleny zawierającym morską nutę. Nie jest natomiast z pewnością pierwszym, w którym ten posłużył się mieszanka przypraw. W szczególności mam tu na myśli kardamon, którego niezwykła, ciepło-zimna, wibrująca, musująca natura znajduje się na stałe w palecie olfaktorycznej tego perfumiarza od co najmniej 1998 roku, gdy światło dzienne ujrzało przełomowe, zbudowane głównie na kardamonie i Iso E Super genialne Declaration Cartiera, a którego uwspółcześnioną, „hermesową” wersję odnajdziemy w bardzo dobrym Voyage D’Hermes.

Lancement-Epice-Marine-24
Olivier Roellinger i Jean-Claude Ellena

O pierwszym wrażeniu Epice Marine stanowi bukiet przypraw z dominującym kardamonem oraz prażonym kminem i cynamonem w tle, rozcieńczony w esencji z bergamotki. Z czasem dołącza do nich bezprecedensowa w wykonaniu tego perfumiarza delikatna nuta dymna, która wraz z równie niespotykana wcześniej, nienachalną nutą alg tworzą oryginalną mieszankę olfaktoryczną, mimo wszystko pozostającą bardzo w stylu Mistrza, jaki znamy od czasu, gdy przyjął posadę w Hermesie. Prz odrobinie wysiłku można odnaleźć tu odległe echa Declaration Cartiera, a więc także i Voyage d’Hermes. To głównie za sprawą kardamonu oraz delikatnej słoności aromatów alg i dymu. Niemniej Epice Marine jawi się przy obu wymienionych bardziej jako szkic perfumowy, intrygująca zapachowa idea, aniżeli pełnoprawne perfumy.

Epice Marine, choć niewątpliwie interesujące, to jednak rozczarowuje mnie przesadną subtelnością. Gdyby było choć o 25% mocniejsze, bezwzględnie by na tym zyskało. A tak, jedynie zaraz po aplikacji i przez może dwa kwadranse po niej przyjemnie wibruje wokół skóry, by bardzo szybko na niej osiąść i pozostawić na niej słony ślad Bertońskiej bryzy wymieszanej ze wspomnieniem dymu z dawno zagaszonego na plaży ogniska.

Zapach ten to interesujący przykład unikalnego warsztatu Elleny, ale również i jego artystycznej maniery minimalizowania i nadawania swym dziełom przesadnej moim zdaniem transparentności. Osobiście preferuję te kompozycje artysty, którym ten nadał większej mocy (np. Declaration Cartiera,  Terre d’Hermes, Voyage d’Hermes, szczególnie w wersji Parfum czy nawet Hermesowe „Ogródki”)gdyż wówczas jego talent jest… dużo łatwiejszy w docenieniu, że tak to dyplomatycznie ujmę.

A tak? No cóż, pozostaje spory niedosyt, który podobno jest lepszy niż przesyt, ale czy aby zawsze?

 

visuel-prehome-epice-marine

główne nuty: bergamotka, prażony kmin, cynamon, kardamon, wodorosty, whiskey, dym

twórca: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2013

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

Liquides Imaginaires – płynąć we właściwym kierunku…

Bohaterami tej historii są dwaj gentlemani – Philippe Di Meo oraz David Frossard. Pierwszy z nich to znany designer mający za sobą współpracę z wieloma znanymi markami: Dior, Baccarat, Guerlain, a nawet Coca Cola. Drugi to założyciel i dyrektor Différentes Latitudes (2005) – swoistego „wydawnictwa” specjalizującego się w kompleksowym wspieraniu nieznanych perfumiarzy i propagowaniu ich twórczości (np. dla takich marek jak Dear Rose, Thirdman, Anna Rivka, Marcel Franck). Działają jako konsultanci, agenci, dystrybutorzy oraz producenci. Są także właścicielami licencji Frapin Parfums. Ale to nie wszystko. W 2013 roku powołali wspólne do życia perfumerię Liquides Bar a Parfums, zlokalizowaną w Paryżu (bo gdzieżby indziej…) przy 9 Rue de Normandie. Sami określają to miejsce „perfumowym barem”, serwującym pachnidła wyselekcjonowanych przez nich marek niszowych. To obecnie jedno z najważniejszych miejsc na zapachowej mapie Paryża. Enklawa perfumerii najbardziej ukrytej przed światem, prawdziwie niszowej, artystycznej. Znajdziemy tu także flagowy dla nich brand – Liquides Imaginaires – kolekcję pachnideł powstałych pod osobistym kierunkiem Philippe Di Meo i Davida Frossarda, a stworzonych przez nieznane szerzej perfumiarki Amelie Bourgeois i Anne Sophie Behaghel.

image-1-liquides-155799_full
David Frossard i Philippe Di Meo

image-4-liquides-155819_slide

Kolekcja Liquides Imaginaires składa się z dwóch Trylogii: I – Les Eaux Dela (2013) oraz II – Les Eaux Sanguines (2014). Pierwsza z nich poświęcona jest tematyce boskiej, transcendentnej, absolutnej. Próżno tu szukać jednak klasycznego kadzidlaka (a zwykle to właśnie takie nuty pojawiają się w tego typu kontekście) w typie Incense Series by Comme des Garcons, Rock Crystal Durbano czy Cardinal Heeleya. Tu mamy do czynienia z pachnidłami żywiczno-drzewnymi, choć każde z nich realizuje temat w nieco inny sposób.

Fortis (L’Eau Forte) to woda siły. Jest żywiczno-drzewna, hipnotyczna, nieco słodka, nieco dymna i bardzo przypomina kultowy Black Afgano Nasomatto, aczkolwiek jest od niego subtelniejsza i mniej „zwierzęca”, bardziej „ułożona” i zbalansowana. Znajdziemy w niej kilkanaście składników, które decydują o jej charakterze. Szafran, gwajak, wanilia przydają słodkawej, hipnotycznej aury. Oudowa nuta wsparta została subtelnie organicznym kminem. Cedr i drewno sandałowe budują drzewne rusztowanie. Cypriol (papirus) zaś nadaje jej suchej, dymnej charakterystyki. Głębię zapewniają paczula i wetiwer, zaś utrwalają wszystko oraz wiążą ze skórą szara ambra i piżmo. Fortis może się podobać, choć jego wtórność jest ewidentna.

nuty głowy: szafran, kmin, oud, cypriol

nuty serca: gwajak, cedr, amyris, wetiwer

nuty głębi:  szara ambra, paczula, drewno sandałowe, wanilia, piżmo, gwajak, cedr

 

Sancti (L’Eau Bénite) to święta woda. Nie przypadkowo zawiera ulokowane w akordzie głębi dwie najważniejsze żywice kadzidłowe – olibanum i mirrę – oraz labdanum. Ale nim ujawnią się one na skórze, upływa trochę czasu spędzonego w towarzystwie zaskakującego, musującego cytrusami  i aldehydami otwarcia, w którym głośno obwieszcza swą obecność użyty tu na granicy przedawkowania kardamon, będący jednym z głównych składników serca kompozycji. Swoją drogą trzeba przyznać, że to połączenie cytrusów (bergamotka, mandarynka, grejpfrut, a nawet nuta pomelo) z ciekawie skonstruowanym sercem (obok kardamonu jest tu ciekawie go uzupełniający balsam jodłowy, a także rozmaryn, różowy pieprz, kolendra, muszkat i lawenda) oraz drzewno-kadzidlaną bazą (obok wymienionych kadzideł jest tu cedr, paczula, ambra, benzoes) daje bardzo wdzięczny efekt i stanowi o niebanalności realizacji tematu oraz zapachu jako takiego. Warto dodać, że Sancti wyróżnia się pośród Lea Eaux Dela nieco większą głośnością – przynajmniej w pierwszych kwadransach.

nuty głowy: bergamotka, mandarynka, pomelo, grejpfrut, aldehydy

nuty serca: balsam jodłowy, lawenda, rozmaryn, różowy pieprz, kardamon, kolendra, gałka muszkatołowa

nuty głębi:  cedr, szara ambra, paczula, olibanum, mirra, benzoes, labdanum

 

Tumultu (L’Eau Trouble) to najprostszy w budowie i najbardziej drzewny zapach Trylogii Lea Eaux Dela. Jego kwintesencję stanowi esencja z drewna sandałowego, którą ozdobiono w sposób bardzo niecodzienny znaną z Sancti nutą pomelo oraz nutą kokosa(!). To te dwa składniki odpowiadają za bardzo nietypowe, lekko soczyste i lekko słodkie otwarcie pachnidła, które jednak – gdy rozprowadzone na skórze – szybko zmierza ku swej drzewnej istocie. Sandałowiec połączony został tu z cedrem i paczulą, które stanowią trzon. Tumultu jest najcichszym i najmniej efektownym zapachem tej trylogii. Nie do końca także przekonującym.

nuty głowy: pomelo

nuty serca: kokos

nuty głębi:  cedr, paczula, drewno sandałowe

 

Trójca zapachów Les Eaux Dela z pewnością zasługuje na uwagę fanów niszowej perfumerii, choć – poza rzeczywiście oryginalnym Sancti – pozostawia wg mnie do życzenia. Fortis to ewidentna odpowiedź na Black Afgano (choć to nie zarzut, bo osobiście bardzo lubię to pachnidło), zaś Tumultu owszem intrygujący, to jednak pozbawiony jest czegoś, co pozostałoby w pamięci na dłużej. Ale Liquides Imaginaires to nie tylko Les Eaux Dela…

liquides-imaginaires-compo

Mająca swą premierę w bieżącym roku druga Trylogia Les Eaux Sanguines jest moim zdaniem warta szczególnej uwagi ze względu na inspiracje i samą treść pachnideł. Bardzo rzadko w perfumerii możemy napotkać próby stworzenia perfum zainspirowanych winem, a to właśnie „święte wina” – jak przyznają autorzy kolekcji – były inspiracjami dla stworzenia „Krwawych wód”. Muszę przyznać, że efekt jest doprawdy zadziwiający i przekonujący zarazem. Każdy z zapachów ma w sobie coś z charakterystyki trunku, na kanwie którego powstał, pozostając przy tym pełnoprawnymi perfumami.

Dom Rosa – szampańska róża, której początek wprost zachwyca akordem doskonałego wina musującego, w którym przewijają się też nuty pomelo i gruszki. Jest więc owocowo i lekko alkoholowo. Z czasem Dom Rosa stopniowo odsłania ukrytą w sercu nutę damasceńskiej róży, która przyozdobiona goździkiem i odrobiną kadzidła, posadzona na gruncie z wetiwerii, paczuli i cedru nigdy do końca nie rozwija swej typowo różanej woni. Pozostaje wonią niedosłowną, domyślną i piękną w swym niedopowiedzeniu, aż w końcu finiszuje żywiczno-drzewnym akordem. Dom Rosa to jedno z najciekawszych i najbardziej uroczych pachnideł z różą w centrum, jakie dotąd poznałem. Wydawać by się mogło, że na temat róży wszystko już zostało w perfumerii powiedziane. Po raz kolejny okazało się jednak, że perfumeria to sztuka niezwykła, granicząca z magią, która zawsze może zaskoczyć czymś dotąd nieodkrytym.

nuty głowy: szampan, pomelo, gruszka

nuty serca: róża damasceńska, goździk, olibanum

nuty głębi:  cedr, wetiwer, gwajak

 

Bloody Wood to zapachowy hołd oddany wykwintnym winom Grand Cru Bourgeois z Bordeaux. Tutaj owocowa nuta winorośli łączy się z wyraźną nutą alkoholową i wonią dębowej beczki. Nad całością unosi się delikatnie metaliczna, krwista poświata. Poprzez to bardzo rzadko spotykane w perfumerii połączenie owoców i dymu Bloody Wood przypomina mi niezwykłe Breath of God ultra-niszowej marki Lush. Dzięki niemu właśnie w sposób bardzo sugestywny oddano charakter doskonałego francuskiego wina. Wiśnie i maliny oraz nuta różana odwzorowują winne taniny, a wyrazista nuta dębu pogłębiona przez esencję sandałową w bazie podkreśla specyfikę dębowej beczki, w której wino jest przechowywane. Zapach dość szybko przechodzi od upojnego intro do głębokiego, wspaniale dębowego outro, pozostawiając mnie w niemalże niemym zachwycie…

nuty głowy: czerwone wino, fiołek, róża

nuty serca: czerwone wino, wiśnie, maliny

nuty głębi:  drewno sandałowe, drewno dębowe

 

Bello Rabelo to zapach Porto – portugalskiego wina gronowego, które po dojrzeniu w dębowych beczkach wzmacniane jest spirytusem winnym. Ten mocny, gęsty trunek został tu odwzorowany za pomocą nut czerwonego wina, suszonych owoców oraz kluczowego w formule nieśmiertelnika (immortelle), który nadaje całości tej niezwykłej lekko miodowej, lekko ziołowej, lekko karmelowej, syropowej woni. Brunatnej głębi przydają żywice – w tym labdanum i benzoes, a wanilia pięknie uzupełnia nieśmiertelnik w jego słodko-kulinarnym aspekcie. Przyznam, że akord głowy Bello Rabelo po prostu zapiera dech w piersiach, szczególnie komuś, kto dobrze zna wspaniały smak wina Porto. Jest powalająco realistyczny w swej alkoholowej mocy i winnej istocie. Rozwija się w kierunku dyktowanym przez esencję immortelle, która ewidentnie dominuje kompozycję, wspierana i utrwalana przez pozostałe ingrediencję. Piękny, upojny, gęsty. Taki jest Bello Rabelo.

nuty głowy: czerwone wino, suszone owoce

nuty serca: żywice, nieśmiertelnik, labdanum

nuty głębi:  wanilia, nuty drzewne, benzoes

 

Bello Rabelo to mój faworyt z trójcy Les Eaux Sanguines. Pragnę jednak podkreślić, ze wszystkie trzy pachnidła są prawdziwymi majstersztykami, niezwykle przekonująco i oryginalnie realizującymi winne tematy, ale także poruszającymi swym głębokim perfumowym pięknem. Les Eaux Sanguines zrobiły na mnie szczególne wrażenie także poprzez swą unikatową tematykę i jej fantastyczną realizację. Są wg mnie tą ciekawszą Trójcą w ofercie Liquides Imaginaires, marki której poczynania z pewnością warto śledzić, o czym przekonałem się testując i opisując poszczególne kompozycje. Nie wątpię, że Philippe Di Meo i David Frossard płyną we właściwym kierunku…

Pachnidła Liquides Imaginaires dostępne są w warszawskiej perfumerii Mood Scent Bar, dzięki uprzejmości której miałem możliwość się z nimi zapoznać.

Neela Vermeire Creations – zapachy Indii (1) – „Trayee” i „Mohur”

„Perfumy inspirowane historią, kulturą, przyrodą i współczesnym życiem Indii.”

Takim zdaniem wita nas na swej stronie internetowej Neela Vermeire, mieszkająca w Paryżu Hinduska określająca siebie koneserką perfum, a od niedawna także kreatorką własnej perfumowej marki. Głośno zrobiło się o niej w 2012 roku, gdy debiutowała trójką pachnideł stworzonych przez samego Bertranda Duchaufoura, perfumiarza niezwykle wszechstronnego i lubiącego podejmować nowe wyzwania (a najlepiej kilka na raz…). Neela deklaruje, że dała słynnemu perfumiarzowi dostęp do cennych składników, by ten w najlepszy możliwy sposób oddał w swych kompozycjach splendor Indii z różnych okresów ich historii. Tak powstały Trayee, Mohur i Bombay Bling!, do których w zeszłym roku dołączono Ashoka.

neela vermeire i duchaufour
Neela Vermeire i Bertrand Duchaufour

Dzięki uprzejmości warszawskiej perfumerii Mon Credo mam przyjemność podzielić się swymi wrażeniami nt. tych z pewnością niezwykłych zapachów. Nie byłbym sobą, gdybym nie dodał, że byłem ich szczególnie ciekaw ze względu na ich twórcę – wspomnianego Bertranda Duchaufoura, znanego m.in. z tego, że potrafi jak nikt inny przełożyć klimat odwiedzanych przez siebie miejsc na język perfum, co udowodnił przede wszystkim, ale nie jedynie, w serii podróżnych pachnideł skomponowanych dla L’Artisan Parfumeur.

Trayee

Wedle źródeł Trayee odzwierciedla boską trójcę ksiąg kanonu wedyjskiego – Rygweda, Jadźurweda oraz Samaweda – najstarszej odnotowanej indyjskiej religii – wedyzmu. Użyte w kompozycji składniki, a przynajmniej część z nich, nawiązują do substancji używanych podczas tradycyjnych wedyjskich obrzędów. Jeżeli można mówić o hinduskim klimacie perfum, na analogicznych zasadach jak mówimy o arabskim, gdy poznajemy dzieła Serge Lutensa czy Amouage, to Trayee wydaje się być doskonałym jego przykładem. Nie karykaturalnym, tylko autentycznym. Zresztą nawet sama Neela podkreśla, że Trayee to w jej kolekcji perfumy najpełniej i najdoskonalej oddające jej wspomnienia o Indiach i towarzyszących jej w młodości zapachach związanych z rozmaitymi codziennymi rytuałami. Zawierają wszystkie istotne z tego punktu widzenia komponenty i składają się na bardzo sugestywny olfaktoryczny obraz. Trayee to przebogata, ale wcale nie przytłaczająca kompozycja orientalna, pełna przypraw i osadzona na bardzo solidnych drzewno-waniliowych podstawach. Pachnie bardzo hindusko, ale też charakterystycznie dla stylu Duchaufoura z ostatnich lat. Perfumiarz ten lubi budować perfumy na kontrastach. Także i tu odnajdziemy taki antagonizm – pomiędzy nutami słodkich przypraw oraz początkowo wyrazistym, później subtelniejszym dymnym, słonym, lekko zwierzęcym oudem. Niecodzienny kwaskowaty akord otwarcia z nutami cynamonu, porzeczki i bazylii z nutą dymu wędzarniczego i kardamonu, dość szybko układa się w główny temat: ciepłą woń słodkich przypraw i drzew – w tym subtelnego oudu. Czas działa na korzyść nut drzewnych, które z każdym kwadransem stają się wyraźniejsze, ale ich wiórową naturę poskramiają gęste nuty wanilii, ambry i mchu dębowego. Finisz jest znakomicie waniliowy, głęboki i ciepły, komfortowy, nieco nawet hipnotyczny.

india

Trayee układa się blisko skóry i wydaje się być nieco ociężały masą i liczbą użytych ingrediencji, których zaskakująco szczegółowy spis znajdziemy na etykiecie ozdobnego flakonu o dość klasycznym kształcie. Nota bene wszystkie pachnidła Nelee Vermiere wyposażone są w taką pouczającą etykietę, która pozwala natychmiast zaznajomić się z użytymi w nich składnikami. To – mam wrażenie – sympatyczny ukłon autorki w stronę wszystkich perfumowych entuzjastów, których jest przecież doskonałym przykładem, a którzy lubią wiedzieć, co składa się na dane pachnidło. Trayee wymaga czasu na skórze, by móc się rozwinąć, i by go w pełni docenić. Troszkę tylko szkoda, że jest dość cichy. Jak dla mnie – zbyt cichy. W jednym z wywiadów Neela jednak zastrzega, że nie lubi mocnych perfum, bo traktuje je jako coś bardzo osobistego i bliskiego samej sobie.

neela vermeire flakony

Nuty głowy: imbir, cynamon, elemi, czarna porzeczka, bazylia

Nuty serca: jaśmin, kardamon, szafran, goździk, drzewo sandałowe

Nuty Bazy: wetiwer, paczula, wanilia, cedr, ambra, oud, mech dębowy

 

Mohur 

Zainspirowany został postacią Noor Dżahan – żony mogolskiego cesarza Dżahangira, najbardziej wpływowej kobiety XVII-wiecznej dynastii Mogołów. Jej pasją była perfumeryjna sztuka różana, której popularyzacji i rozwojowi poświęciła się po śmierci męża. Mohur jest właśnie poświęcony róży, która stanowi aż 11% formuły. Sposób w jaki Duchaufour umiejscowił woń królowej kwiatów w tym zapachu z pewnością zasługuje na podkreślenie i uznanie (a wiemy, że to potrafi – choćby na podstawie Paestum Rose Eau d’Italie). Oto róża jakiej dotąd nie wąchałem. Wydaje się to niemożliwe, ale jednak tak w istocie jest. Otoczona przyprawami (pieprz, kardamon) i subtelnym akordem skóry, z ogromnym wyczuciem połączona z jaśminem i irysem, wreszcie przyozdobiona – niecodziennie – esencją z nasion marchwi („kompatybilność” z irysem znana i przez mnie lubiana), pogłębiona i utrwalona nutami drzew i ketmii piżmowej oraz ostatnio niemal obowiązkowej u Bertranda wanilii, tu wzmocnionej esencją z fasoli tonka oraz balsamicznym i żywicznym zarazem beznoesem. Niesamowite jest, jak Duchaufour doskonale łączy mnogość składników w tak przekonującą całość, w której róża owszem wiedzie prym, ale nie przytłacza reszty składników, tylko synergicznie tworzy piękny, sygnaturowy zapach. Ciepły, otulający i wręcz błogi, przy tym całkiem wyrazisty. Całość jest równie piękna, co bezpiecznie uniseksowa. Polecam ją więc  z czystym sumieniem nie tylko paniom.

mughal rose

Nuty głowy: kardamon, kolendra, ambrette (piżmo ambrowe), nasiona marchwi, pieprz i elemi

Nuty serca: irys, jaśmin, róża, fiołek, migdał i skóra

Nuty Bazy: drzewo sandałowe, ambra, nuty drzewne, paczula, agar (oud), benzoes, wanilia i fasolka tonka

cdn.