Nishane Istanbul – stworzone by zachwycać

Po tym, jak obwieściłem, że Sultan Vetiver to najlepsze perfumy wetyweriowe, jaki dane mi było poznać (i zdania nie zmieniłem), z zaciekawieniem i sporym apetytem przystąpiłem do testów innych pachnideł tureckiej marki Nishane. Jak się później okazało, utwierdziły mnie one w wysokiej ocenie tego, co proponują Mert Güzel i Murat Katran.

Nishane to w mojej ocenie jedna z najbardziej wartych uwagi współczesnych niszowych marek perfumowych. Cechują ją: prymat zapachowej zawartości nad marketingiem oraz gwarancja doskonałej jakości, świetnych parametrów i intensywnych olfaktorycznych przeżyć, przy użyciu akordów, które niejednokrotnie już w perfumerii występowały, ale tu zostały podane w iście koneserski sposób.

Twórcy marki przyznają, że powołali do życia Nishane po to, by zaoferować perfumy, które zachwycą perfumowych koneserów na całym świecie. Cóż, w Polsce na pewno już zachwyciły przynajmniej jednego, a wiem, że jest nas dużo, dużo więcej.

 nishane bottles

Munegu

to pełnokrwisty oriental ze spora dawką paczuli, która dominuje w intro i w sercu, a którą otoczono całym bogactwem składników: od słodkich cytrusów i cedru (!) na wstępie, poprzez bukiet przypraw (kmin, kardamon, gałka) oraz geranium i ylang w sercu, aż po głęboką, ciepłą, zmysłową – można rzec – klasycznie niszową bazę złożoną z labdanum, ambry, kadzidła i tytoniu. Baza jest żywiczna, balsamiczna, a paczula pachnie w niej dużo subtelniej, niż na wcześniejszych etapach. Munegu pachnie przez niemal cały czas mocno, gęsto, intensywnie i zdecydowanie męsko. Przypomina klimatem klasyczną męską perfumerię lat 70-tych i pierwszej połowy 80-tych (np. Givenchy Gentleman, pierwszy męski zapach Van Gilsa czy Giorgio for Men od Giorgio Beverly Hills). Stąd rekomenduję go przed wszystkim wielbicielom tego typu oldskulowych męskich aromatów, ale także oczywiście wielbicielom zapachów z paczulową dominantą. To naprawdę mocna, świetnie pachnąca rzecz o doskonałych parametrach!

NishaneMuneguUseMe_1024x1024

nuty głowy: pomarańcza, cedr

nuty serca: kmin, kardamon, gałka  muszkatołowa, geranium, ylang-ylang

nuty bazy: paczula, labdanum, kadzidło, tytoń, ambra

perfumiarz: Sylvain Cara

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 5,0

 

 

Spice Bazaar

– jak łatwo się domyśleć – traktuje o przyprawach. Wypełniają one praktycznie całe spektrum zapachowe tej kompozycji, co czyni ją naprawdę unikatową. Czegoż tu nie ma? Jest imbir, jest cynamon, kmin, czarny pieprz, szafran. Jest też użyta oszczędnie wanilia. Ale „cichym” bohaterem Spice Bazaar jest esencja z jałowca, która dominuje nieco dłużej niż tylko w otwarciu. Nuta ta jest zdecydowanie mocniejsza i bardziej długotrwała od tej w Juniper Sling Penhaligon’s.  By intro było jaśniejsze, zastosowano subtelnie wyczuwalne cytrusy (rześkość yuzu idealnie pasuje do charakteru zapachu). Pomostem między jego owocowością, a przyprawowym charakterem wielu użytych tu ingrediencji jest imbir. W ten suchy, sypki klimat świetnie wpisany został cedr, który zdaje się pracować tu w charakterze solidnego trzonu kompozycji.

Spice Bazaar dominuje suchy, wytrawny typ przyprawowości, reprezentowany tu przez wspomniany jałowiec, czarny pieprz i szafran. Kontrastem jest obecna w tle nutka owocowa. Całość pachnie bardzo naturalnie, przy tym dość lekko i zwiewnie, całkiem długo zachowując przyprawowy charakter, co nie jest oczywiste w tego typu aromatach.

Faktem jest jednak, że po kilku godzinach Spice Bazaar gwałtownie gaśnie na skórze, co zdaje się potwierdzać moje domniemanie, że nie użyto tu żadnych syntetyków – choćby w celu poprawienia parametrów zapachu. I to chyba dobrze, bo dzięki temu nie naruszono naturalnej aury tego świetnego zapachu.

nishane-istanbul-spice-bazaar-extrait-de-parfum-50-ml

nuty głowy: jałowiec, yuzu, rozmaryn, imbir

nuty serca: cedr, cynamon, kmin

nuty bazy: czarny pieprz, szafran, wanilia

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

 

Pachuli Kozha

ma dość przewrotną nazwę. W przeciwieństwie do Munegu paczulowa nuta jest tu zdecydowanie mniej ewidentna, a kompozycja ciąży wyraźnie w kierunku żywiczno-kadzidlanym z mocnym udziałem labdanum w bazie, podlanego gęstym miodem. Bardzo delikatne akcenty kwiatowe, obecne na początku (hiacynt, ylang, rumianek), oraz – umownie – skórzana aura (kozha znaczy skóra) lokują Pachuli Kozha – obiektywnie piękne i poruszające, ciepłe, otulające pachnidło – gdzieś pomiędzy Sahara Noir Toma Forda, Lonestar Memories Andy Tauera (gdyby pozbawić go brzozowej smoły) i Absolue Pour Le Soir Francisa Kurkdjiana (do którego zresztą pachnidło Nishane jest najbardziej podobne, a które jest – nota bene – najgorzej sprzedającym się zapachem MFK, więc sami wiecie, o co chodzi…).

Pachuli Kozha to po prostu pachnidło dla koneserów perfumowej niszy, wielbicieli aromatów oscylujących w dolnych rejestrach olfaktorycznych. Jestem przekonany, że nie będą oni ani odrobinę zawiedzeni. Ja nie jestem. Przeciwnie – jestem nim zachwycony.

Pachuli-Kozha21

 

nuty głowy: hiacynt, ylang, rumianek

nuty serca: paczula, czarny pieprz

nuty bazy: skóra, miód, kadzidło

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

Suede et Safran

francuska nazwa podpowiada, czego możemy się po tym zapachu spodziewać. Zamsz i szafran. Ale w moim przypadku nie obyło się jednak bez zaskoczenia. Nie spodziewałem się bowiem, że Nishane uraczy nas własną wersją Tuscan Leather Toma Forda. Cóż – muszę dać mały minus marce za naśladownictwo, choć fakt, że jednak stylowe i z bardzo indywidualnym szlifem. Na czym on mianowcie polega? Głównie na nadaniu znanemu aromatowi większej lekkości i na zminimalizowaniu aspektu skórzanego kosztem nuty owocowej (tu uzyskanej za pomocą naturalnie i subtelniej pachnącego imbiru zamiast malinowej, lekko syropowatej, syntetycznej nuty znanej z pachnidła Forda). Zupełnie nowym elementem jest tu akcent wodny, pojawiający się w sercu zapachu i tworzący bardzo osobliwy efekt, którego nie spotkałem ani w Tuscan Leather ani w żadnym z jego klonów. Obowiązkowy w tej estetyce szafran został tu sparowany z nutą faktycznie bardziej zamszową niż skórzaną, jeżeli przyjąć, że zamsz w perfumach pachnie delikatniej i bardziej kremowo, aniżeli skóra. Ta z kolei w swej mocniejszej formie faktycznie wyłania się tu w bazie zapachu i to wtedy zapach najbardziej zbliża się do Tuscan Leather.

Ale Suede et Safran w zestawieniu z protoplastą wypada generalnie mniej słodko-malinowo i delikatniej, gdy chodzi o skórzany aspekt. Jest w nim więcej powietrza. Zapach nie przytłacza, no i nie pachnie tak syntetycznie, jak propozycja Toma Forda.

Tak jest. To kolejny zapach Nishane o bardzo naturalnym aromacie, nie trącącym nachalną chemią (choć zgoda, że bazowa skóra zdaje się być jednak „zdjęta z Forda”). To także kolejne pachnidło – obok Sultan Vetiver, Pachuli Kozha i Spice Bazaar – skomponowane przez perfumiarza Jorge Lee, któremu należą się słowa uznania, bo ma facet talent niezaprzeczalny.

suede-et-safran-nishane

nuty głowy: ziarno ambrette, szafran

nuty serca: zamsz, imbir

nuty bazy: piżmo, skóra

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

 

Na koniec dodam, że nie jest to na pewno ostatnie spotkanie z pachnidłami Nishane na Perfumowym Blogu. Będę czynił starania, by poznać i opisać pozostałe zapachy tej marki. Jestem pewien, że będzie warto.

Reklamy

Jeszcze w zielone gramy: Tom Ford „Vert d’Encens”, Eutopie „No. 8”, Majda Bekkali „Mudejar”

„Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy
Jeszcze się spełnią nasze piękne dni, marzenia plany”*

zdają się śpiewać perfumowe brandy i proponują nam ostatnio całkiem sporo pachnideł o zdecydowanie, czasem wręcz zaskakująco zielonym charakterze. To bardzo pozytywne zjawisko, wszak zieleń jest kolorem nadziei, ale i życia, wiosny, lata, ciepła i radości, a zapachy zielone wywołują taki właśnie radosny, miły i optymistyczny nastrój. Mogą być świetnym antidotum na zbliżające się wielkimi krokami mroki jesieni i zimy…

Jednym z tradycyjnych składników zielonych, używanych w perfumach od dawna, bo od czasów starożytnego Egiptu, jest olejek (a także rezinoid) galbanum. To po ten składnik – obok aromamolekuły cis-heksanol (o zapachu soczystej trawy) najczęściej sięgają perfumiarze, gdy chcą osiągnąć wyrazisty zielony efekt w kompozycji perfumeryjnej. Znanymi przykładami użycia galbanum są zielone klasyki: Chanel No. 19, Gres Cabochard czy Givenchy Ysatis.

galbanum
Galbanum

A propos zielonych klasyków właśnie Tom Ford zaskoczył w zeszłym roku perfumowych koneserów zieloną kolekcją: Vert Boheme, Vert de Fleur, Vert des Bois i Vert d’Encense. Zapachy te miały być w zamyśle współczesnymi interpretacjami klasycznych akordów zielonych w perfumerii.

Zaintrygowany sięgnąłem w pierwszej kolejności po ostatni z nich (resztę mam nadzieję także kiedyś przetestować) i zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony niezwykle oryginalnym aromatem łączącym zielono-żywiczne galbanum z kadzidłem i słodką heliotropiną! Doprawdy niesamowita mieszanka, w której lubiące dominować galbanum (samo w sobie będące bardzo intensywnie pachnącą ingrediencją) zostało tu niejako ujarzmione słodyczą i żywicznym ciepłem kadzidła. Nie przeważa, tylko ładnie równoważy się z pozostałymi nutami wiodącymi. Oczywiście najwyraźniej ta strączkowa zieloność – jak zwykłem określać aromat galbanum – jest wyczuwalna na wstępie. Z czasem nieco traci ona na impecie, a zapach emituje przechodzi w oryginalną słodko-zieloną i jednocześnie ciepłą, słoneczną stronę. Zaczyna przeważać heliotrop i tak jest niemal do – dość odległego w czasie – końca. Na samym finiszu nieco wyraźniej ujawnia się nuta kadzidlana, ale bardziej jest to mirra niż olibanum. Vert d’Encens zachęcił mnie do zapoznania się z pozostałymi trzema pozycjami z zielonej kolekcji Toma Forda.

 

Tom-Ford-Private-Blend-Vert-Collections

 

główne nuty: galbanum (zielona), heliotrop (słodka, migdałowa), kadzidło (ciepła, żywiczna)

 

No. 8 skomponowane przez perfumiarza Thomasa Fontaina dla francuskiej marki niszowej Eutopie to niebanalnej urody uniseksowe perfumy zielono-drzewne osnute – podobnie jak Vert d’Encens – na galbanum.  To właśnie ten nieco gorzki i zielony aromat otwiera kompozycję, a rozjaśniają go bergamotka i limonka. W sercu mamy – dla odmiany – przydającą czystej i lekkiej, eleganckiej, mydlanej aury esencję z kwiatu pomarańczy (neroli) oraz nadającą głębi i nieco ciepła żywicę mastyksową, która tak pięknie swego czasu ujęta została w Eau de Ikar od Sisley. W sercu wymieniane jest także kadzidło oraz mięta. Z obu składników miętę faktycznie można poczuć przy odrobinie wysiłku (została zręcznie skomponowana  w całość), zaś kadzidła nie czuję. Drzewna baza (cedr) z dodatkiem białych piżm i akordu ambrowego stanowi nowoczesne i bardzo trwałe zwieńczenie No. 8, mocno zresztą odmienne od wcześniejszych faz zapachu. Przyznam, że to waśnie ów finisz utwierdził mnie w pozytywnej ocenie tych perfum. Testując je miałem bowiem obawę, że po tym mocno galbanowym (na granicy mojej tolerancji na tę nutę) zielonym początku i lekko kwiatowym, „toaletowym” sercu nie wydarzy się już nic ekscytującego. A tu proszę: zadziorny i zupełnie męski drzewno -ambrowy finisz (zgoda – nieco syntetyczny – ale mi to zupełnie nie przeszkadza). Naprawdę fajnie skomponowane i świetnie zachowujące się na skórze perfumy o przyciągającym temacie i jakości nie pozostawiającej nic do życzenia. Dalekie od spektakularności, ale też więcej niż poprawne. Uniseksowe, choć wg niektórych – w tym i mnie – jednak z przechyłem w męską stronę.

Eutopie No 8

główne nuty: galbanum (zielona), neroli (białokwiatowa, czysta), mastyks (żywiczna), cedr (drzewna)

 

Jednak chyba najbardziej oryginalnym obok Vert d’Encens pachnidłem w tym zielonym zestawie jest Mudejar Majdy Bekkali. Niesamowite intro z molekułami pieprzu wibrującymi wokół grejpfrutowej esencji po ty, by chwilę później odsłonić przedziwne, nieco mineralne serce, złożone z nuty liścia czarnej porzeczki i cedru. Drzewno-kadzidlana baza z wyraźną, „okrągłą” nutką mchu wieńczy to naprawdę intrygująco pachnące dzieło. Zaskakująca „krzemienna” nuta podobna do tej z Terre d’Hermes, ale tu w towarzystwie zielonej porzeczki – zamiast geranium i wetywerii. Mudejar to zdecydowanie uniseks, ciążący może nieco w męskim kierunku (jak każdy z opisywanych tu zapachów, co pewnie wynika z ich zielono-żywiczno-drzewnych charakterów, pozbawionych typowych kobiecych nut kwiatowych czy kulinarnych). To z pewnością kolejne warte uwagi, niebanalne, oryginalne pachnidło w unikatowej kolekcji Majdy Bekkali, na którą zwracam uwagę wszystkich koneserów perfum.

MAJDA-BEKKALI-Mudejar-100ml-EDP-500x500-500x500

główne nuty: pieprz (przyprawowa), czarna porzeczka (zielono-owocowa), mineralna/ krzemienna, drewno sandałowe, mech (drzewna)

 

*) cytat z piosenki Wojciecha Młynarskiego „Jeszcze w zielone gramy”

 

Widian – orientalne pachnidła z Abu Dhabi

Widian to perfumowa marka z Abu Dhabi utworzona przez Ali Aljaberiego w 2014 roku jako Aj Arabia, a w 2016 roku przechrzczona na obecną nazwę. Twórca określa stylistykę swych perfum jako połączenie arabskiej tradycji ze współczesnością. Szukając informacji o Widian spotkałem się także z określeniami, że perfumy te przykład mariażu stylów arabskiego i francuskiego we współczesnym wydaniu. Nawet po dość pobieżnym zapoznaniu się z nimi mogłem stwierdzić, że chyba najtrafniej opisuje je to zdanie, które znalazłem na oficjalnej stronie Widian:

Delikatne i wonne pachnidła, które zabiorą cię w podróż do cudownego dziedzictwa Środkowego Wschodu.

Rzeczywiście elementem wspólnym perfum Widian jest ich niesamowita wonność właśnie. Ktoś zapyta – jak to? Przecież perfumy z natury swej są wonne. Owszem. Ale wonność, o której piszę, zasługuje na szczególne wyróżnienie. Objawia się ona wręcz majestatycznym, spokojnym i wielogodzinnym emanowaniem ze skóry stonowanego, ale permanentnie wyczuwalnego, zmysłowego, ciepłego i przywierającego mocno do skóry zapachu, który poprzez swą olfaktoryczną gęstość i zdecydowaną przewagę składników o dużym ciężarze gatunkowym staje się naszym własnym, „osobniczym” zapachem. Każde z przetestowanych Widian pachnideł posiada tę cechę w mniejszym lub większym stopniu.

Mosque Sheik Zayed

Zanim opiszę swoje wrażenia na ich temat, jeszcze dwa zdania nt. designu flakonu i opakowania Widian. Inspiracją dla nich był monumentalny budynek wielkiego meczetu Szejka Zeyda znajdujący się w Abu Dhabi. Budynek ten – podobnie jak perfumy Widian – łączy w sobie architektoniczne elementy tradycji i nowoczesności.

Widian velvet collection bottle

Widian-Limited Collection Bottle

widian gold collection bottle

Trzeba przyznać, że flakony i ich opakowania prezentują się przepięknie.

Oferta Widian podzielona jest bardzo czytelnie na cztery kolekcje: Black, Gold, Velvet i Limited. Różnią się one nie tylko kolorami flakonów i opakowań, ale także charakterem samych kompozycji zapachowych, choć trzeba dodać, że wszystkie kolekcje łączy zdecydowanie orientalny klimat. Co rzadko spotykane, zapachy w ramach danej kolekcji nie posiadają indywidualnych nazw czy tytułów, a jedynie numery.

Black Collection…

…składa się z pięciu pachnideł, z których póki co trzy miałem przyjemność testować, a które skomponował pracujący w słynnym Grasse Jean-Claude Astier. To niezwykle doświadczony perfumiarz, który – jak mało kto – opanował mariaż arabskiej i klasycznie francuskiej perfumerii, czego wielokrotnie już dowiódł w ramach wspaniałych pachnideł komponowanych dla Martine Micallef i Geoffreya Nejmana. Znajdziemy w Black Collection zarówno orientalne zmysłowe ciepło, jak i klasyczny francuski szyk, harmonię, piękno i głębię. Nie ma tu mowy o kontrowersyjnych nutach animalnych czy oudowych. Te zapachy oczarowują, ale – co ważne – nie od razu, a dopiero po pewnym czasie. Bo nie są to perfumy nastawione na szybki i spektakularny efekt. Nie epatują otoczenia, raczej je intrygują, smużąc przez wiele godzin aromatycznymi nutami. By w pełni docenić ich urodę, potrzeba dwóch czynników: czasu oraz skóry, na co niewątpliwie ma wpływ fakt, iż są to ekstrakty perfumowe i to zbudowane w przewadze z molekuł o dużym ciężarze gatunkowym (żywice, balsamy, kadzidła, drewna). Potrzebują one kilku godzin, by w pełni ujawnić swe oblicze. Odradzam więc stanowczo testy na papierku, gdyż będą one bardzo mylące i nie oddadzą w pełni ich charakteru.

widian 2

Black Collection I jest ciepłą, zmysłową i pełną głębi mieszanką przypraw z wyróżniającym się kardamonem, który nadaje całości subtelnej, jakby owocowej nutki. Gdy kardamon przydaje świeżości, ciepła dodaje cynamon. Przedłużeniem kardamonowej nuty jest najpierw cyprys, nadający subtelniej zieloności, a następnie zręcznie wkomponowana nuta kadzidła. Ale zarówno ona, jak i wspomniane przyprawy, zostały tu umieszczone w bardzo konkretnym, ciepłym i orientalnym kontekście, zbudowanym z cedru, drewna sandałowego i piżmowej głębi. Te nuty praktycznie od początku „ustawiają” to pachnidło i utrzymują jego zmysłowy charakter do samego końca.

Black Collection II otwiera się przecudnym, lekko słodkim akordem owocowym (śliwka i mandarynka), spod którego wyłania się będąca w centrum kompozycji róża, otoczona słodko-żywiczną esencją z drewna sandałowego. Kulinarny wątek z intro kontynuuje wanilia w bazie, a orientalnej reszty dopełniają piżma i esencja z mchu. II jest nieco bardziej kobieca, niż I czy III. Jest też subtelniejsza, ale i trwalsza. Pozostaje na skórze kilkanaście godzin.

Black Collection III ma świeży początek dzięki bergamotce i mięcie. Zaraz po nim ujawnia się akord skórzano-drzewny, który dominuje dalszą część zapachu. Skóra jest subtelna, elegancka, czysta, wyrafinowana. Okrągła, pełna drzewna baza – z istotną rolą paczuli – oraz sandałowcem, wanilią i mchem (podobna jak w II) wieńczy to naprawdę warte uwagi dzieło.

 

Gold Collection

widian gold collection

Gold Collection składa się póki co z dwóch pachnideł, obu o podobnym do siebie, ale wyraźnie innym charakterze od zapachów składających się na Black Collection. Tego typu zapachy lubię nazywać „obsypanymi złotym pyłem szeików ambrowcami” (co świetnie zresztą idealnie oddaje powyższa grafika). Jednym z najdoskonalszych przykładów takich pachnideł jest wg mnie Amouage Opus VI. Mniej więcej w takim właśnie stylu i klimacie są oba zapachy złotej kolekcji Widian. Mają przy tym ambrową-bazową część wspólną, ale różnią pozostałymi elementami. Gold Collection I – obok subtelnych nut kwiatowych i ambrowej bazy – zawiera w sercu nutę oudu – dość delikatną i mającą bardziej klasycznie arabski charakter, przypominający mi oudy takich marek jak Rasasi czy Arabian Oud. Gold Collection II pachnie niczym złoty pył, a to dzięki wyraźnemu szafranowi, którym posypano kwiatowe serce na analogicznej jak w I ambrowej bazie. II przypomina mi z kolei Oud Shamash The Different Company jaki i Sand Aoud Mancera. II jest moim faworytem w tym złotym duecie.

Widian velvet collection

Velvet Collection

To duet perfum orientalno-kwiatowych, mocno się jednak od siebie różniących. Liwa zachwyca ostrym, dymno-przyprawowym intro (szafran plus molekuła Amberwood), a obecne w nim oraz w sercu nuty białokwiatowe mają raczej symboliczny charakter i zostały tu zdecydowanie przytłumione bardzo arabską, dymno-drzewną bazą, która składa się głównie z nut drzewnych: cedru, sandałowca, paczuli, wetywerii, oudu i kadzidła. Kwiatowości jest w więc w Liwie bardzo niewiele, a zapach spokojnie broni się jako uniseks z przechyłem w męską stronę. Co innego Delma. Tu wyraźne kwiatowe serce, złożone z jaśminu i frezji, poprzedzone lekko owocowym wstępem (brzoskwinia i heliotrop), przywołującym trochę na myśl stylistykę No. 5 Chanela, osadzone na lekko kulinarnej, okrągłej, „puszystej” bazie z nutami wanilii, ptasiego mleczka oraz szafranu, paczuli i gwajaku, nie pozostawia złudzeń. To pełnoprawne, śliczne, bardzo kobiece i zmysłowe, orientalno-kwiatowe perfumy dla kobiet.

Perfumy Widian reprezentują tę piękną i łatwą w lubieniu stronę orientalnej perfumerii. Zawierają typowe elementy arabskiej estetyki perfumowej, jak choćby zamiłowanie do wysokiej koncentracji oraz częste używanie niektórych składników do niedawna jeszcze obcych perfumerii europejskiej (szafran, oud, kadzidło). I choć perfumy te nie wymagają przesadnie wyrobionego nosa (jak np. propozycje Amouage, S.H. Lucas 777 czy nawet Montale) i zaprojektowane są tak, by łatwo (choć nie szybko) „wpadały w nos”, to jednak nie można nie zauważyć w nich kunsztu i wyrafinowanego orientalnego piękna. Zbudowane na perfekcyjnej harmonii, bez dysonansów, z głębią i treścią oraz wysoką jakością chyba po prostu nie mogą się nie spodobać.

Atelier Cologne – „Collection Orient” oraz „Bergamote Soleil” „Citron d’Erable” i „Clementine California”

Lato w pełni. To czas, w którym zawsze chętnie wracam do zapachów Atelier Cologne. Tym razem ten „powrót” ma zapach nowości, których przez ostanie półtora roku marka zaprezentowała całkiem sporo.

O Atelier Cologne pisałem już na blogu wielokrotnie. Nie ustaje ona w rozbudowywaniu swej oferty „kolońskich absolutów” – jak nazywają je kreatorzy – Sylvie Ganter i Christophe Cervasel. Dla miłośników aromatów świeżych, orzeźwiających, przepełnionych najróżniejszymi aromatami cytrusowymi (choć nie wyłącznie) Atelier Cologne to prawdziwe perfumowe El Dorado. Ale nie tylko. Marka nie stroni od innego rodzaju aromatów. Szczególnie upodobała sobie wonie orientalne, drzewne i przyprawowe, uciekający od szeroko rozumianych kwiatów (nawet Rose Anonyme jest bardziej drzewne niż kwiatowe).

Atelier Cologne founders
Christophe Cervasel i Sylvie Ganter

W roku 2016 Atelier Cologne zaprezentowało kilka nowych zapachów, w tym całkiem nową kolekcję Collection Orient. To z niej pochodzi opisany przez mnie przy okazji „Małej pieprzowej antologii” Poivre Electrique autorstwa Bruno Jovanovica. Pozostałe zapachy tej kolekcji także zasługują na uwagę. Zachwycają pięknymi, pastelowymi akordami, subtelnie orientalnym i jednocześnie lekkim oraz nieskomplikowanym charakterem, choć żaden z nich nie jest aromatem stricte kolońskim.

 

Philtre Ceylan – herbatka z bergamotką i miętą na zielonym drzewie

Aromat złożony z nut czarnej i zielonej herbaty, aromatyzowanych bergamotką, niczym rasowe earl grey. Prócz tego poczujemy w nim z początku odrobię indyjskiej mięty oraz kardamon. W składzie znalazł się także chiński irys (!), kmin, gwajakowe drewno i indyjski papirus. Składniki te budują subtelną, ale trwałą, zielono suchą bazę (w klimacie zbliżonym do Timbuktu L’Artisan) tej naprawdę prześlicznej i bardzo sugestywnej kompozycji. Warto dodać, że Philtre Ceylan nie jest pierwszym zapachem herbacianym w ofercie Atelier Cologne. Wcześniejszy jest Oolang Infini z 2010.  

atelier-cologne-philtre

główne nuty: czarna herbata cejlońska, bergamotka kalabryjska, mięta indyjska, papirus

 

Mimosa Indigo – świeża kwiatowa skórka

Uroczy, kobiecy, lekki zapach kwiatowo-skórzany,  w którym subtelnie kwiatowa woń indyjskiej mimozy, odświeżona esencją mandarynki, osadzona została na wyczuwalnym praktycznie od początku do samego końca lekkim akordzie skórzanym, opisanym jako „akord białej skóry”, cokolwiek to znaczy. Wraz z dość szybkim zniknięciem aromatu cytrusowego na skórze zaczyna dominować wiodący akord tej kompozycji – kwiatowo-skórzany, subtelnie szminkowy, jednoznacznie kobiecy, kojarzący się z zapachem wnętrza skórzanej damskiej torebki. Skóra nabiera w nim lekkiej kremowości, a całość pachnie bardzo luksusowo. Śliczne.

Atelier Cologne Mimoza

główne nuty: mimoza Indygo, mandarynka, akord białej skóry

 

Tobacco Nuit – przyprawowy kadzidlak z nutką tytoniu

Nazwa tego zapachu jest myląca. Tytułowy tytoń występuje tu bowiem raczej w domyślnej, aniżeli fizycznej formie. Ale sam zapach nic na tym nie traci. Piękne, przyprawowe otwarcie z wyróżniającą się kolendrą, w sercu kwiat tytoniu w kadzidlanej oprawie (kadzidło i labdanum), a wszystko to na bazie z paczuli, cedru i tonki. Całość jest więc przyprawowo-żywiczno-drzewna i tylko odrobinę słodka (tonki jest tu w sam raz). Owszem, takich zapachów powstało już wiele, ale Tobacco Nuit jest – jak zresztą wszystkie zapachy Atelier Cologne – bardzo kompetentnie wykonany i nosi się z go z prawdziwą przyjemnością. Dzięki takim, a nie innym składnikom, wyróżnia się też trwałością. Świetny na te chłodniejsze dni oraz letnie wieczory.

Atelier Tobacco

główne nuty: kwiat tytoniu, kolendra, klementynka, labdanum

 

Encens Jinhae – koreańskie kadzidło z kwitnącą wiśnią

Obok Philtre Ceylan to mój ulubiony zapach z Collection Orient. Kadzidło inne niż wszystkie, lekkie, rześkie, transparentne, nieco także mineralne, podane w – było nie było – konwencji kolońskiej, rozumianej jako lekki i odświeżający zapach. Z początku doprawione cytryną i gałką muszkatołową oraz wprawione w ruch molekułami różowego pieprzu. W sercu ożenione ze zwiewną nutą kwiatu wiśni i odrobiną róży (kapką!), w bazie podbudowane drewnem sandałowymi i elemi, ale przede wszystkim środkową frakcją esencji z indonezyjskiej paczuli, tej samej, która tak niesamowicie prezentuje się w Mistral Patchouli tej samej marki. Stąd pewne podobieństwa obu zapachów, ale także całkiem wyraźne powinowactwo do fenomenalnego Hermann a mes cotes… Etat Libre d’Orange.

Atelier Cologne Encens

główne nuty: kadzidło z  Samarkandy, cytryna, kwiat wiśni z Jinhae

 

Kolejne dwa zapachy Atelier Cologne zasiliły w 2016 roku stricte kolońską kolekcję Joie de Vivre.

Bergamote Soleil – gdzie cytrusy i jaśmin spotykają kardamon,…

… tam powstaje przyjemnie znajomy aromat. Połączenie prowansalskiego akordu znanego z diorowskiego klasyka Eau Sauvage (bergamota, gorzka pomarańcza, jaśmin, lawenda, wetyweria, mech dębu – to wszystko buduje tu szkielet), doprawione kardamonem, który w takim zestawieniu natychmiast powoduje jednoznaczne skojarzenia z innym klasykiem francuskiej perfumerii – Declaration Cartiera (fakt, że bardziej w wersji Cologne). Tak oto dwie perfumeryjne legendy (uosabiane przez dwóch legendarnych perfumiarzy – Edmonda Roudnitskę i Jean-Claude’a Ellenę) spotykają się w jednym współczesnym zapachu. Bo dodać należy, że przy wszystkich podobieństwach do klasyki, Bergamote Soleil jest absolutnie współcześnie, rzesko i dynamicznie pachnącą kolońską, stworzona z wykorzystaniem aktualnie dostępnych, bardzo czysto pachnących składników (np. środkowa frakcja wetywerii, którą wcześniej już poznaliśmy choćby w Vetiver Fatal). Ze względu na wszystkie te cechy Bergamote Soleil to jeden z moich ulubionych zapachów Atelier Cologne.

atelier-cologne-bergamote-soleil-918x538

główne nuty: bergamotka, jaśmin, kardamon, ketmia piżmowa

 

Clementine California – słodkie cytrusy z anyżem oraz kwiaty-widmo

Śliczne, soczyste, słoneczne, słodko cytrusowe intro (troszkę kojarzące mi się z Pomelo Paradise tej samej marki, w którym także zastosowano esencję z mandarynki, tu obok klementynki i jagód jałowca) przechodzące w serce – lekko przeprawowe (anyż, bazylia, pieprz syczuański), lekko jakby kwiatowe (bo kwiatów w składzie nie wymieniono), czyniące z Clementine California jeden z bardziej kobiecych zapachów Atelier Cologne, mimo drzewnej bazy złożone z wetywerii, sandałowca i cyprysu. Jest jednak coś w sercu tej kompozycji, w jej przewodnim temacie, co przechyla ją ku płci pięknej (choć zasadą Atelier Cologne jest uniseksowość ich perfum).

Atelier Cologne Clementine

główne nuty: klementynka, anyż, cyprys

 

Ostatnia propozycja z 2016 roku weszła w skład kolekcji Bon Voyage zwanej też Collection Azur.

 

Citron d’Erable – klonowe cytrusy, czyli kanadyjska kolońska 

Cytrusowa esencja na drzewnej bazie to formuła znana od dawna, ale Atelier Cologne reaktywuje ją ze znaną sobie ekspertyzą i wdzięcznością oraz w dość oryginalnej formie. Niespotykany mariaż cytryny (i mandarynki) z akordem syropu klonowego na solidnie drzewnej, bardzo kanadyjskiej bazie (drewno klonowe, sekwoja, cedr), a pomiędzy nimi przyprawowe serce (pieprz syczuański i eukaliptus) oraz esencja ze słynnych burgundzkich czarnych porzeczek. Choć składnikowy opis brzmi dużo ciekawiej od faktycznego olfaktorycznego efektu (któremu po interesującym otwarciu brakuje treści), to nie można odmówić Citron d’Erable swoistego uroku. Plasuje się on po tej bardziej męskiej stronie zapachowego spektrum Atelier Cologne.

Atelier-Cologne-Citron-dErable-628

 

główne nuty: cytryna, syrop klonowy, drewno klonowe

LM Parfums – mroczne Elizjum

„Ślepy księżyc za oknem

Gdzie noc stała się Elizjum

Dla bezsennych dusz”

 

Pozwólcie, że przedstawię…

fond-LaurentMazzone

„Niech chcę po prostu sprzedawać perfum. Chce jest tworzyć.”

Ta – jakże oryginalna (?) – dewiza przyświeca urodzonemu w Grenoble we Francuskich Alpach Laurentowi Mazzone, od dziecka zafascynowanemu zapachami, miksowaniem pachnących substancji, później modą, wreszcie perfumami. Długa droga prowadziła go do momentu, w którym w 2011 roku zadebiutował jako właściciel i dyrektor kreatywny niszowej marki perfumowej LM Parfums. Ekscentryczny, o mrocznym emploi, odważny zarówno w autokreacji jak i w budowaniu swej marki. Skutecznie. Pamiętam, że urządzone w formie czarno-czarnego niby-namiotu stoisko LM Parfums podczas Esxence 2016 wzbudzało naprawdę duże zainteresowanie i trudno było się tam w ogóle dostać, szczególnie, że sam Mazzone był Mistrzem ceremonii. To pokazuje, w jak ciekawym kierunku rozwinęła się perfumeria niszowa, coraz częściej oparta nie tylko o spójny koncept, ale i często o osobowość dyrektora kreatywnego (bo tak przyjęło się nazywać kierujących perfumowymi brandami).  Im ciekawsza, im barwniejsza, tym większa szansa na popularność marki i jej perfum. W obu kwestiach Mazzone ma czym się pochwalić.

„Respektować tradycję, ale z odrobiną subtelnej prowokacji.”

To zdaniem dobrze oddaje klimat pierwszych czterech pachnideł LM Parfums – wód perfumowanych Noir GabardineO des SoupirsAmbre Muscadin, Patchouli Bohème, dziś wchodzących w skład tzw. White Label Collection. Tradycyjne tematy perfumowe ujęte we współczesny, niewątpliwie intrygujący sposób, w pewnym sensie już zapowiadały kierunek dalszych poszukiwań olfaktorycznych Mazzone. Bo choć nie jest on perfumiarzem i korzysta z usług zawodowców (głównie Jerome’a Epinette’a, znanego m.in. ze współpracy z Benem Gorhamem i jego Byredo), to jego wpływ na efekt końcowy jest bezdyskusyjny. Mazzone kieruje prace perfumiarza na tereny, na które ten być może nigdy nie zdecydowałby się wkroczyć. Tak powstają perfumy o bardzo mocnych i wyrazistych, zwykle orientalnych sygnaturach, złożone z oryginalnych i zapadających w pamięć akordów. LM Parfums to marka, na którą niewątpliwie warto zwrócić uwagę, przede wszystkim, jeżeli poszukujemy perfum mocnych, gęstych, złożonych, powoli rozwijających na skórze, w swym klimacie zwykle mrocznych, z odrobiną nowatorstwa (choć nie zawsze, ale zawsze z dala od eksperymentu).

lm-parfums

Patchouly Bohemepaczula w centrum, jednak zupełnie „niepiwniczna”, ani też nie zdobiona kulinarnie (jak w Angel T. Mugler czy w Coromandel Chanel). Połączona – inaczej niż „zwykle” – z geranium, tytoniem, nutą skóry, balsamem tolu i tonką, utrwalona piżmami. Podana na wpół balsamicznie, na wpół surowo (tytoniowo-skórzanie) wydaje się być nieco bardziej męska niż damska w swym charakterze. Ale bez przesady. Jak wiadomo paczula – gdy nie „stęchła” – przydaje zmysłowości i orientalnej głębi bez względu na płeć noszącego zawierające ją perfumy. Tak jest i tym razem. Naprawdę dobrze to pachnie i na tyle oryginalnie, że warte jest perfumaniackiego grzechu…

główne nuty: geranium, paczula, tytoń, skóra, piżmo, balsam tolu, tonka

Ambre Muscadin – zbitka słów ambre i musc (piżmo) może być nieco myląca (nazwa zawiera grę słów, o czym za chwilę). Fakt – nuta piżmowa jest tu całkiem prominentna, a ambrowe tło – cóż – faktyczne, ale zapach jest dużo bardziej złożony. Wymaga też czasu na skórze, by go w pełni poznać i docenić. Rozwija się od oryginalnego akordu przypominającego woń mocnego wina typu Porto (i tu wracam do gry słów: muscadine to gatunek winogrona), przez wciąż subtelnie owocowe ale i piżmowe serce, po ciepłą waniliowo-ambrową bazę, tworząc całkiem hipnotyczną aurę. Ambre Muscadin pachnie ciekawie, intrygująco i przede wszystkim zmysłowo.

główne nuty: cedr, wetyweria, fiołek, wanilia (absolut), biały miód, benzoes syjamski, ambra, piżmo

LM Hard Leather

Pochodzące z 2014 roku Hard Leather – adresowane przez Mazzone do mężczyzn – może być jednym z najbardziej polaryzujących propozycji LM Parfums. Surowe, nieco kwaśne, wytrawne, przesycone – z początku nieco piwniczną – paczulą (o której – o dziwo – nie wspomina się w oficjalnym spisie nut), zmieszaną z miodem i rumem oraz nutami drzewnymi na ambrowej bazie, Hard Leather pozostaje od początku do końca zapachem wymagającym w swej niszowej bezkompromisowości.  Otwarcie może zwalić z nóg mocnym i zdecydowanym charakterem, a ciąg dalszy to jedynie stopniowy spadek mocy zapachu, przy zachowaniu jego „charakterku”. Czy jednak należy traktować je jako perfumy skórzane? Cóż – to już kwestia interpretacji.

Hard Leather nie ma nic wspólnego z takim „skórzakami”, jak Knize Ten, Lonestar Memories Tauera, Cuir de Russie Chanel czy Cuir Ottoman Parfums d’Empire. Trudno jest mi tu zlokalizować akord skórzany, chyba że przyjmę, iż jest to ten nieco zatęchły aromat, przypominający stare, zapomniane, skórzane rękawice znalezione w piwnicy XVIII wiecznej willi w Grenoble.

Trudny to aromat, z którym mi osobiście nie po drodze. Szczęśliwie nie przesadzono z jego mocą, bo dość szybko lokuje się blisko skóry.

główne nuty: rum, skóra, irys, miód, sandałowiec, cedr, oud, kadzidło, styrax, wanilia

Army-of-Lovers-Ad-_2

Z czasem Laurent Mazzone zaczął nadawać swym perfumom nieco bardziej wyrafinowane nazwy, rzadziej przywołując w nich jakąś konkretną nutę czy składnik (choć oczywiście poddał się modzie na oud i wydał Black Oud, będący w istocie bliskim krewnym Black Afgano Nasomatto). I dobrze. Tak jest moim zdaniem ciekawiej.

Dla Army Of Lovers z 2014 roku Laurent Mazzone pożyczył nazwę od szwedzkiego zespołu, znanego w latach 90-tych, którego jest od tamtych czasów zagorzałym fanem. Sam zapach ma w sobie coś z jego pełnej przepychu muzyki i barokowych strojów lidera grupy Alexandra Barda. Jest przede wszystkim bardzo zmysłowy, z przechyłem w kobiecą stronę, choć przy odrobinie otwartości ciekawie zabrzmi (aczkolwiek niejednoznacznie) na męskiej skórze. Nuty kwiatowe róży i fiołka, połączone z paczulą oraz kolendrą, a także nutami drzewnymi, na bazie z ambry piżm i miodu tworzą gęsty i zawiesisty, troszkę pudrowy, troszkę szminkowy, mroczny, nokturnowy i dekadencki, bardzo zmysłowy zapach, który – mając koncentrację perfumowego ekstraktu – trzyma się skóry w niemal niezmienionej formie przez długie godziny, całkiem wyraźnie projektując.

Z Army of Lovers mam wszakże ten dylemat, że nie wiem, czy chciałbym sam tak pachnieć, czy wolałbym jednak, że by tak pachniała moja – ad nomine – mroczna kochanka.

A może i jedno i drugie?

army-of-lovers-lm-parfums

główne nuty: kolendra, róża, fiołek, paczula, drewno sandałowe, mech dębu, miód, ambra , piżmo

Scandinavian Crime (2016) – nazwany tak (być może z premedytacją, być może przez przypadek), jak pochodząca z 2013 roku EP-ka reaktywowanego Army of Lovers, a przecież nawiązujący do legendarnego już szwedzkiego gatunku literackiego – charakteryzuje się udanym i zapadającym w pamięć zestawieniem wibrujących przypraw (z wyraźnym udziałem pieprzu i kardamonu, a także kolendry i imbiru) z subtelnym, kremowym, waniliowo-żywicznym tłem, zbudowanym z sandałowca, wanilii, kadzidła i labdanum. Warto wspomnieć obecność paczuli, tym razem schowanej, budującej orientalną głębię i zmysłowość zapachu. Paczula przewija się zresztą przez wszystkie opisane tu pachnidła LM Parfums, co skłania mnie ku podejrzeniom, że Laurent Mazzone ma do niej słabość (czemu wcale się nie dziwę). Ja z kolei mam ewidentną słabość do kardamonu (ok – do paczuli także, ale nie w każdym wydaniu), co potwierdziło się przy okazji testów Scandinavian Crime. Jeżeli zastosowany w perfumach w wyczuwalnej ilości (tak jest niemal zawsze, gdyż jest to nuta bardzo ekspansywna) – to jest on niemal gwarantem tego, że te przypadną mi do gustu. Tak jest i tym razem. Obok hipnotycznie pięknego Army of Lovers, Scandinavian Crime to mój absolutny faworyt spośród dotychczas poznanych pachnideł LM Parfums. Taki, którego flakon z chęcią widziałbym we własnej kolekcji.

LM Scandinavian Crime

główne nuty: pieprz, gałka muszkatołowa, kolendra, kardamon, imbir, paczula, oud, drewno sandałowe, ambra, piżmo, wanilia, kadzidło, labdanum

 

LM Parfums oferuje pachnidła przeznaczone dla wielbicieli gęstych, mocnych, orientalnie wyrafinowanych olfaktorycznych sygnatur. Jest w nich coś mrocznego i gotyckiego – w rozumieniu popularnego w latach 90-tych nurtu muzyki rockowej. To perfumy, które wydają się prost idealnie pasować do postaci pokroju Roberta Smitha (The Cure), Carla McCoya (Fields of The Nephilim), Andrew Eldritcha (The Sisters of Mercy) czy Anji Orthodox (Closterkeller), a także osób, które gustują w tego typu stylistyce, nie tylko zresztą muzycznej. Dla niektórych przecież to styl życia i bycia. I choć ja do nich nie należę, to jednak olfaktoryczna magia Laurenta Mazzone zaintrygowała mnie do tego stopnia, że jestem przekonany, iż nieraz jeszcze zagości on na Perfumowym Blogu. Bo mrok i czerń mają swój hipnotyczny urok…

Andrew Eldritch

„Więc wróciłem…

Po co płaczesz?

Gdy będę martwy,

Będziesz płakać mocniej?”

 

 

P.S. W artykule wykorzystano cytaty z tekstów piosenek zespołu Fields of the Nephilim: „At The Gates of Silent Memory” i „The Sequel”.

 

 

Franck Boclet „Rock & Riot” – perfumy rockowe?

Franck Boclet to francuski projektant mody męskiej, od 2011 roku prowadzący własny dom mody. Lubuje się w nieco nonszalanckiej stylistyce, łączącej klasyczne inspiracje z – jak twierdzi – anarchią. Nie znam się na tym, więc nie mi to oceniać. Mnie interesują perfumy. A te Boclet włączył do swej oferty w 2013 roku w postaci zapachów dedykowanych popularnym i tradycyjnym perfumowym aromatom (m.in. Lavender, Oud, Patchouli, Leather, Musc, Tobacco, Tonka itd.). Ta kolekcja jest od momentu jej przedstawienia sukcesywnie rozbudowywana i na pewno powinna zwrócić uwagę wszystkich panów, dla których perfumy są istotnym dopełnieniem stylu lub osobowości (albo jednego i drugiego).

boclet rock riot

W 2016 roku Boclet zaprezentował trio zapachowe rozpoczynające nowy cykl perfum zatytułowany Rock & Riot, inspirowanych muzyką – nazwijmy to – rozrywkową, pochodzącą z czasów, gdy standardowym nośnikiem muzyki były jeszcze winylowe krążki. Nazwy poszczególnych zapachów pochodzą od tytułów znanych utworów muzycznych. W skład kolekcji obecnie wchodzi już sześć pachnideł: Heroes, Angie, Ashes, Cocaine, Rebel, Sugar, mających bardzo wysoką koncentrację ekstraktów perfumowych. Dziś moje wrażenia dotyczące pierwszych trzech z nich.

 

Heroes

Nazwa ma – jak domniemam – być nawiązaniem do słynnej piosenki Davida Bowiego z 1977 roku, w której ten opisuje parę kochanków spotykających się w cieniu berlińskiego muru:

„(…) Ja, ja to pamiętam (pamiętam)
Staliśmy pod murem (pod murem)
Broń strzelała nad naszymi głowami
(nad naszymi głowami)
I całowaliśmy się
Tak jakby nic nie mogło zostać zburzone
(nic nie mogło zostać zburzone)
Wstyd był po drugiej stronie
Och, możemy ich pokonać, już na zawsze
Potem możemy być bohaterami
Tylko na jeden dzień (…)”*

Boclet rozpoczyna swój zapach mocnym uderzeniem, złożonym z zielono-drzewnego galbanum, połączonego z sucho-zieloną bylicą. Z czasem mniej w tym tej lekko kwaśnej zieleni, a więcej suchych drzew. Tyle. I tak to trwa całkiem długo, jako że Heroes o – podobnie jak pozostałe zapachy tej trójki – to bardzo trwałe perfumy.  Nie mogę jednak w tym miejscu nie napisać, że to aromat bardzo dobrze mi znany i bardzo przez mnie lubiany, tyle że występujący już od kilku lat pod inną nazwą – Interlude Man Amouage. Ta sama zielono-sucha i przyprawowa drzewność, może tylko o jednak nieco mniej spektakularnych parametrach. Brak oregano w składzie niewiele tu zmienia. Tak czy inaczej – siłą rzeczy – Heroes podoba mi się.

nuty głowy: bergamotka, bylica, galbanum, kokos

nuty serca: geranium, ylang-ylang, heliotrop, paczula, drzewo sandałowe,
gwajak, cedr

nuty bazy: ambra, wanilia, mech, bób tonka

 

Angie

W tym przypadku muzyczne skojarzenie może być tylko jedno. Przebojowa, ale w swej treści smutna akustyczna ballada The Rolling Stones z 1973 roku o zakończonym romansie Keitha Richardsa stała się – jak podejrzewam – kanwą dla tej olfaktorycznej kompozycji, którą wyróżnia dominująca mleczno-zielona, egzotyczna nuta figi, w jakimś sensie mogąca symbolizować gorące uczucie gitarzysty do tytułowej niewiasty…

„(…) Ale Angie, nadal Cię kocham…
Gdziekolwiek patrzę widzę Twoje oczy
Nie ma kobiety, która Tobie dorównuje
Chodź tu, kochanie, osusz swoje oczy (…)”*

Akord mlecznej figi dominuje tu właściwie przez cały czas, tyle że o ile na początku jest najwyraźniejszy, to z czasem w sercu zaczynają mu towarzyszyć nuty drzewne, by w bazie dodatkowo wzbogacić się miękką wanilią. Jednak nawet wtedy ślad figowego tematu jest wciąż obecny, niczym tytułowa Angie w pamięci Keitha Richardsa. Nie jestem fanem pachnideł figowych, ale tutejsze męskie jej połączenie z nutami drzewnymi jest – jak dla mnie – całkiem przekonujące.

nuty głowy: suszona figa, mleczna figa, liście figi

nuty serca: nuty kwiatowe, głóg, nuty drzewne, cedr, drzewo sandałowe

nuty bazy: ambra, piżmo, wanilia

Ashes

Wydaje się być zainspirowany inną piosenka Dawida Bowie – Ashes to Ashes – z wydanej w 1980 roku płyty Scary Monsters (and Super Creeps), w której Bowie nawiązuje do postaci majora Toma, przedstawionego publiczności na słynnym albumie Space Oddity z 1969 roku.

„(…) Z prochu w proch, ze strachu do zastraszenia
Wiemy, że major Tom jest ćpunem
Zawieszony wysoko w niebie
Sięga dna (…)”*

Olfaktoryczne nawiązanie do tytułu i tekstu piosenki jest tu bardzo dosłowne, poprzez sypką niczym popiół nutę obecną w bazie zapachu. Jednak zanim ona nastąpi, najpierw mamy intensywny, przyprawowy początek, z nutą piołunu, z czasem rozwijający się w kierunku drzewnego serca (cedr i gwajak),  aż do sucho-drzewnego, popiołowego właśnie finiszu z ładnie przebijającym się, ale nie dominującym kadzidłem. Ashes to zapach dla wielbicieli dobrze doprawionych mocnych woni sucho-drzewnych i kadzidlanych, do których od zawsze się zaliczam. Tak więc to mój ulubieniec w opisywanej trójce Rock & Riot. Nie może być inaczej.

nuty głowy: piołun, goździk

nuty serca: gwajak, cedr atlaski, cedr z Virginii, paczula

nuty bazy: ambra, suche drewno, piżmo, kadzidło

 

Rock & Riot Francka Bocleta to zapachy obiektywnie naprawdę porządnej jakości, intensywne, mocne, trwałe, rozwijające się na skórze. Pod względem warsztatowym to więc „pełna profeska”. Choć tematycznie nie wnoszą nic nowego do perfumerii, to jednak zgrabnie eksplorują znane (ale – przyznajmy – dość już „ograne”) niszowe tematy, czasem niestety posuwając się do perfumowego plagiatu, jak jest w przypadku Heroes (David Bowie z pewnością nie posunąłby się do tego, gdyż to raczej jego kopiowano, co i tak było trudne, bo z albumu na album – jakby na przekór – grał inną muzykę). Niemniej ciekaw jestem bardzo pozostałych trzech pachnideł tego cyklu oraz tego, co Boclet zaproponuje w przyszłości, bo pewien jestem, że na sześciu piosenkach się tu nie skończy. Przydałby się wszak cały album, choć może niekoniecznie zaraz podwójny…

Aha. Jeszcze jedno. Czy mogę mieć życzenie? Poproszę o Stairway to Heaven oraz Child in Time. 🙂

*) Tłumaczenia tesktów piosenek zaczerpnięto z http://www.tekstowo.pl

PS. Perfumy Rock & Riot dostępne są w warszawskiej perfumerii Quality Missala.

Etat Libre d’Orange „Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre”- perfumy intelektualne

Każdy z nas rzuca cień, nawet nocą w lesie. Możemy określać go jako naszego kompana, może być emanacją naszej duszy albo naszego ego. Możemy nadać mu imię, tak jak zrobił to bohater poematu Victora Hugo A quoi songeaient les deux cavaliers …:

„Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre”, 

„Hermann po mej stronie wydawał się być cieniem”,

który stał się kanwą i inspiracją dla niezwykłych perfum. Bo perfumy to przecież także w pewnym sensie nasz cień, niewidzialny kompan, którego zabieramy ze sobą, na sobie, by nie czuć się samotni. Prowokujemy nimi, próbujemy na różne sposoby, testujemy granice swoje i otoczenia. O tym właśnie jest ten zapach. O poszukiwaniu swojego drugiego ja, o roli perfum jako elementu nas kreującego, o zapachu jako naszej masce. O olfaktorycznym cieniu, który za nami podąża.

eldo-hermann

Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre

to zapach zaiste niezwykły. Popełniony przez młodą gwiazdę perfumerii Quentina Bischa (autora m.in. świetnego La Fin du Monde ELdO, Angel Muse Thierry Mugler czy Swiss Army Rock) został zaprezentowany w 2015 roku i przeszedł – niestety – bez większego echa. Cóż, nie ma on wdzięku i komercyjnego potencjału Like This, brak mu hipnotycznej urody Eau de Protection, nie ma też skandalizującego charakteru Secretions Magnifiques, ale…

…podobnie jak fenomenalny La Fin du MondeHerman A Mes Cotes… jest pachnidłem koncepcyjnym, intelektualnym, przemyślanym, nowatorskim. Co ważne, istota perfum nie została tu zatracona w imię li tylko realizacji koncepcji. Dzięki temu, przy całym swoim wyrafinowaniu i niezwykłym intelektualnym podkładzie, Hermann to perfumy świetnie się noszące.

Oto potwierdzenie, że kreatywna perfumeria wciąż ma się świetnie, w dużej mierze dzięki młodemu pokoleniu perfumiarzy, z których część nie obawia się poszukiwać nowych środków wyrazu miast tworzyć kolejne kopie komercyjnych sukcesów starszych kolegów z branży. Quentin Bisch wciąż poszukuje i robi to z ogromnym wdziękiem. Facet ma po prostu niesamowity talent. Brak mu może zdolności autopromocyjnych, jakich aż nadto ma np. jego pokoleniowa rówieśniczka Cecile Zarokian. Jestem jednak przekonany, że o Bischu usłyszymy jeszcze wielokrotnie i to w jak najlepszym kontekście.

quentin bisch 2016

Quentin Bisch to wykształcony w szkole Givaudana zawodowy perfumiarz, który z ogromną zręcznością posługuje się wieloma syntetycznymi aroma-molekułami tworząc zupełnie nowe olfaktoryczne byty. Przypomnijmy, że w La Fin Du Monde z sukcesem połączył w „noszalne” perfumy woń irysa z akordem popcornu i nutą masła. Hermann… to równie doskonały przykład talentu Bischa, choć to zupełnie inne pachnidło. W jego formule znajdziemy pachnącą płatkami róży i piwonią, lekko owocową Petalię, ozonowe i melonowe Calypsone, pieprzowo-drzewne Pepperwood (o którym niedawno pisałem przy okazji fenomenalnego Black Pepper CdG) oraz pachnąca wilgotną ziemią po deszczu Geosminę, wreszcie zmysłowy piżmowo-ambrowy Ambroxan, niemal niezbędny składnik współczesnych perfum.

Charakter Hermann A Mes Cotes…, który w skrócie określiłbym jako wodno-mineralno-owocowo-kadzidlany klarownie odzwierciedla wspominanie nuty. Początek jest chłodny, jak woda z leśnego strumyka (połączenie pieprzu z Pepperwood i ozonu Calypsone) i owocowo-kwiatowy (duet czarnej porzeczki i róży – Petalia oraz melon z Calypsone i absolut z róży). W tle majaczy woń trochę ziemista, trochę owocowa, niczym leśna ściółka pełna jagód i jeżyn (Geosmina i paczula). Im głębiej w las, tym aromat robi się mniej owocowy a bardziej… suchy i mineralny. Zaczyna dominować coś, co opisałbym jako transparentne kadzidło olibanum, zupełnie wszakże pozbawione konotacji religijnych, mające za to aspekt mineralny. Na tym i tylko na tym etapie Hermann A Mes Cotes… przypomina mi inne perfumy: Turquoise Oliviera Durbano. Na finiszu ta nuta jest najwyraźniejsza. Inna niż zwykle. Chłodna, odrealniona. Niesamowita. Cały ten zapach jest przedziwny i niesamowity, trudny do opisania ze względu na brak klasycznych „punktów zaczepienia” typu cytrusy, jaśmin, róża, wetyweria, paczula, sandałowiec czy cedr.

Etienne-de-Swardt-portrait-officiel1.jpg
Etienne de Swardt

Hermann A Mes Cotes… to doskonały przykład perfumerii całkowicie abstrakcyjnej. W naturze nie znajdziemy takiego aromatu. Owszem, odnajdziemy jego elementy, ale nigdy w takiej konstelacji. To także przykład perfumerii intelektualnej i koncepcyjnej, u podstaw której stoi literacka i filozoficzna inspiracja.

Dorabianie ideologii do pachnącego płynu? Może. A może to dobrze, że nie zawsze chodzi o to, by jak najwięcej Kowalskich, Smithów i Mullerów kupiło coś w owczym pędzie, ekscytując się wyłącznie logiem znanego kreatora na flakonie, podnosząc sobie w ten sposób samoocenę i zwiększając w ten sposób ilość zer na koncie i tak już bogatych inwestorów branży beauty? Niechże perfumy powstają z najbardziej nawet elitarnych i wymyślnych inspiracji, niech perfumiarze będą artystami, niech realizują swoje najbardziej nawet oderwane od rzeczywistości wizje, nawet jeśli na końcu ktoś gdzieś po prostu polubi dany zapach i „tylko” dlatego będzie go używał, nie wnikając zupełnie w całą otoczkę.

Bo tak właśnie jest w tym przypadku. Mimo całej swej abstrakcyjności i koncepcyjności, mimo niewątpliwego artyzmu, mimo niezwykłej inspiracji i intrygującego przesłania, Hermann A Mes Cotes… to przede wszystkim perfumy przeznaczone do noszenia, a nie wyłącznie podziwiania. Mają wyraźną, raczej męską sygnaturę, wyrazistą projekcję, więcej niż dobrą trwałość. Subtelnie ewoluują na skórze – w sposób, który nie wywraca całości do góry nogami, tylko trwa nie pozwalając nam zapomnieć, o czym jest ten zapach. Koncepcyjnie są bardzo interesujące, unikatowe i frapujące, a użytkowo – świetnie zrobione. Oto pachnidło kreatywne – na miarę XXI wieku. Tandemowi Etienne de Swardt i Quentin Bisch po raz kolejny należą się słowa uznania.

ELDO hermann flakon.jpg

główne nuty: pączki czarnej porzeczki, czarny pieprz, galbanum, Calypsone, geosmina, kadzidło frankońskie, Pepperwood, Petalia, absolut różany, paczula, Ambroxan

perfumiarz: Quentin Bisch

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5