Acqua di Parma „Cipresso di Toscana” – w cieniu toskańskich cyprysów

Tegoroczne lato z Acqua di Parma spędzimy w Toskanii, w małych miasteczkach na wzgórzach, pośród winorośli i bujnych cyprysów. Słońce mamy gwarantowane, doznania smakowe i węchowe też. Czego chcieć więcej?

Tegoroczna premiera w ramach inspirowanej krajobrazami wybrzeża Morza Śródziemnego kolekcji Blu Mediterraneo to właściwie reaktywacja zapachu, który w innej koncentracji (i być może o nieco innym aromacie) Acqua Di Parma wypuściła w 2005 roku. Autorem tamtej kompozycji był Bertrand Duchaufour. Porównując nuty zapachowe można domniemać, że tegoroczna Cipresso di Toscana reprezentuje ten sam zapachowy gatunek: aromatyczne, zielone i – co najważniejsze – iglakowe fougére.

cypress

Jak pachnie Cipresso di Toscana? Dokładnie tak, jak to wynika z nazwy zapachu. Początkowo lekko cytrusowo, z obecnym anyżkiem i lekko cytrusową żywicą elemi. Z czasem „uwidacznia się” akord serca, zbudowany głównie z szałwii oraz lawendy. Ta pierwsza została tu użyta z wyczuciem, druga zaś pięknie się z nią komponuje, choć jest raczej w tle. Zieloności dodaje esencja petit grainClue zapachu stanowi jego iglakowa baza, zbudowana aż z trzech esencji (jodła, sosna i cyprys), nadająca specyficznego zielono-mszystego charakteru.

Cipresso di Toscana pachnie bardzo przyjemnie i bardzo poprawnie, przy tym bardzo klasycznie. To (kolejny) ukłon w kierunku dojrzałej, męskiej klienteli (ta chyba stanowi większość w przypadku tej marki), która ceni sobie klasyczne męskie akordy. Bardzo podobnym, acz nieco intensywniejszym zapachem jest Italian Cypress Toma Forda. Zbieżność nazw nie jest więc przypadkowa. Pod względem intensywności i projekcji to aromat utrzymany w ryzach, dobrze utrwalony, trzyma się na skórze całkiem długo. Trzeba pamietać, że pod względem koncentracji nie jest to przecież kolońska, z którą Acqua Di Parma najbardziej się kojarzy, a woda toaletowa i tak właśnie się zachowuje.

rhdr

Cipresso di Toscana to solidne i dobrze wykonane pachnidło, kontynuujące klasyczne tradycje marki. Trzyma poziom i nie rozczarowuje, choć też nie przyprawiło mnie o zachwyt. Ale nie taki chyba był cel kreatorów w tym przypadku.

Oceniam na mocne 4.

AdP Cipresso

nuty głowy: pomarańcza, elemi, anyżek gwieździsty

nut serca: lawenda, szałwia, liść pomarańczy,

nuty bazy: balsam jodłowy, cyprys, igły sosnowe

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0 –> 3,0

Tom Ford „Beau de Jour” – być pięknym tego dnia

Tom Ford jest mistrzem powtórnego wynajdywania koła. Od początku istnienia perfumowej linii Private Blend sięga do historii perfum i z dużym powodzeniem poddaje ją współczesnej reinterpretacji. Jego najbardziej – póki co – spektakularnym sukcesem w tej dziedzinie jest reaktywowanie popularności kolońskiej w postaci Neroli Portofino (a następnie szeregu kolejnych neo-kolońskich zapachów tworzących już całkiem sporą kolekcję). Tak jakby wychodził z założenia, że nie tylko historia mody, ale i historia perfum kołem się toczy…

Tom Ford

Tegoroczne Beau De Jour to doskonały przykład tego podejścia, tyle że tym razem w gatunku aromatic fougére. Poprzedzony wprawdzie już dwoma zeszłorocznymi, pokrewnymi stylistycznie Fougére d’Argent i Fougére Platine oraz do pewnego stopnia także Noir Anthracite z linii podstawowej Toma Forda, Beau de Jour sprawia wrażenie najwyraźniejszego nawiązania do klasyki gatunku. Mam na myśli klasyczny, zapoczątkowany jeszcze w XIX w. przez Fougére Royale Houbigant męski aromat, oparty na połączeniu lawendy, mchu dębowego i kumaryny, który – w wyniku tego, że w ten, a nie inny sposób w latach 60-70 tych XX w. perfumowano męskie kosmetyki do golenia – przyjęło się nazywać „zapachem gładko ogolonego dżentelmena”. Innymi – nie naszymi – słowy Beau De Jour to tzw. „barbershop scent.” 

Tom Ford Beau du Jour

Beau De Jour nawiązuje swą nazwą do słynnego francuskiego filmu Luisa Buñuela „Belle de Jour” z 1967 roku z Catherine Deneuve w roli głównej. Wizualna kampania inspirowana jest szykiem YSL z tamtych lat. Wreszcie sam zapach to współczesna interpretacja klasycznego tematu fougére, co prowadzi do skojarzeń ze słynnym Rive Gauche Pour Homme, które to pachnidło w 2003 roku Jacques Cavallier skomponował dla YSL, kiedy to kreatywna siłą napędową tego domu mody był… Tom Ford właśnie.

YSL Rive Gauche PH

Co ciekawe, w nazwie zapachu występuje rodzaj męski (beau), ale na zdjęciu promującym zapach widzimy – mam wrażenie – kobietę wystylizowaną na mężczyznę…

W taki oto sposób kreator po raz drugi wszedł do tej samej pachnącej rzeki. Już wspomniany Rive Gauche Pour Homme był jednym z najdoskonalszych (jeżeli nie najdoskonalszym w ogóle) hołdem dla gatunku aromatic fougére. Nikt na początku XXI wieku nie sięgał po tę estetykę w męskich perfumach. Tom Ford odważnie i z sukcesem zrobił to i przy pomocy perfumiarza Jacquesa Cavalliera stworzył kto wie, czy nie najlepszy zapach tego gatunku. Po 19 latach od tamtej premiery Ford wrócił do tego samego pomysłu. Tym razem zadanie zlecił innemu świetnemu perfumiarzowi – Antoine Maisondieu. Ten wywiązał się zeń doskonale.

Beau du Jour to fantastyczny przykład aromatic fougére pachnącego bardzo stylowo, ale skrojonego wg współczesnych kanonów w kwestii doboru niektórych składników, jak i ogólnej mocy i projekcji zapachu. 

 

new-fragrance-Beau-de-Jour-tom-ford-2019

Znajdziemy tu oczywiście emblematyczne dla gatunku nuty, które determinują jego charakter i powodują, że nie można go pomylić z niczym innym, czy też mieć jakiekolwiek wątpliwości. Jest lawenda w otwarciu (a nawet dwa jej gatunki), jest wyczuwalny bardzo szybko mech dębu (jakże piękna, oldskulowa nuta!), nie zabrakło niemniej tradycyjnych nut geranium i rozmarynu, budujących piękną, lekko ziołową część zapachowego spektrum. To tego momentu wszystko wydaje się być zgodne z klasycznym przepisem. Różnica tkwi w bazie, gdzie nie znajdziemy słodkawej kumaryny czy tonki (albo tak nowatorsko użytego w Rive Gauche gwajaku). Miast tego mamy na wskroś współczesną mieszankę paczulowej frakcji i współczesnej nuty ambrowej. Baza jest więc raczej sucha, lekko nawet dymna, wytrawna. Inna niż znane mi bazy tego typu pachnideł. To ona plus wyważenie poszczególnych nut uwspółcześniają całość i powodują, że mimo ewidentnie klasycznej treści, formę ma Belle de Jour dostosowaną do współczesnych standardów. Ale nie traci swego klasycznego charakteru ani na chwilę, a trwa na skórze dobrze ponad 8 godzin, będąc początkowo całkiem wyrazistym, z czasem emitując akuratny zapachowy ogonek i przypominając o sobie od czasu do czasu.

Beau De Jour zasługuje na wysoką ocenę. Nie za odkrywczość czy nowatorstwo, bo przecież nie o to tu chodziło. Za jakość i styl. Ponadczasowy i bezdyskusyjnie męski. To najwyższych lotów retro-stylizacja podana w bardzo wyważony i harmonijny sposób. Tom Ford po raz kolejny wydał na świat fantastyczny neo-klasyczny męski zapach idąc swoją ścieżką, bez oglądania się na aktualne trendy. A że wszyscy lubimy melodie, które już znamy, to przecież nie nasza wina, prawda?

Beau du Jour bottle

nuty głowy: lawenda, lawenda prowansalska

nut serca: afrykański rozmaryn, krzew geranium mech dębu, bazylia,

nuty bazy: paczula, ambra

rok premiery: 2019

nos: Antoine Maisondieu

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5 –> 3,5

 

 

Tom Ford „Noir Anthracite”

Gdyby się tak dobrze zastanowić, to Tom Ford od samego początku gra z nami w pewną grę, którą najkrócej można by nazwać: „Czy znasz ten zapach?”

Perfumy sygnowane jego nazwiskiem garściami czerpią z przeszłości, pachnąc przy tym bardzo współcześnie, choć – gdy się „przyjrzeć” – widzimy, że ekipa Tom Ford Perfumes puszcza do nas nieustannie oko, jakby chciała powiedzieć: Najlepsze w perfumerii już było. Nie da się tego przeskoczyć. Ale da się do ulepszyć i uwspółcześnić.

rom ford

Gdy po raz pierwszy pisałem o Tom Ford Noir EDP, to już wówczas robiłem to w kontekście wyraźnych w nim nawiązań do męskich pachnideł z przeszłości. Wersja EDT pachniała bardzo podobnie, ale mniej gęsto, zaś Extreme odważnie poszła w mocno orientalnym i niemal kobiecym kierunku. Zaprezentowanego w 2017 roku Noir Anthracite nie zawaham się nazwać najbardziej klasycznie i jednoznacznie męskim z tej linii. Do tego chyba najwyraźniej zainspirowanym stylistyką retro, konkretnie zielonymi aromatycznymi zapachami fougere w typie Polo Ralpha Laurena czy – nawet bardziej Halston Z-14. Swoja drogą już ładnych parę lat temu Ford zaproponował przecież niemal kopię zielonego Polo w postaci Italian Cypress. Tyle, że Noir Anthracite pachnie inaczej, bardziej współcześnie, dość surowo i prosto, a także szorstko (im później, tym bardziej), sucho-zielono (galbanum), z charakterystyczną gorzkawą nutką (jaśmin) i sucho-drzewnymi finiszem. O ile wstęp i pierwsze minuty mają w sobie nawiązania do wspomnianej klasycznej męskiej estetyki, o tyle późny i naprawdę długotrwały finisz może kojarzyć się już zdecydowanie bardziej z klimatem French Lover F. Malle. Czy potrzeba lepszych rekomendacji?

Noir Anthracite w swej bezpośredniej męskości i zadziornej surowości, jak i raczej linearnym charakterze okazuje się być najbardziej rasowym i charakternym zapachem linii Noir for Men. Jego natura nie pozostawia żadnych złudzeń co do tego, komu dedykowane są te perfumy. Współczesny macho to ich najpewniejszy odbiorca.

Jak się dziś okazuje, Noir Anthracite okazał sie być jednocześnie pokłosiem serii zielonej Private Blends (Vert Encense, Vert Boheme itd.), jak i przygrywką do tegorocznej premiery dwóch pachnideł w tej ekskluzywnej linii: Fougere d’Argent i – przede wszystkim – Fougere Platine, z którym dzieli zielono-suchą estetykę fougere. Jeżeli więc komuś przypadł do gustu Noir Anthracite, ale chciałby czegoś więcej, czegoś bardziej wielowymiarowego i wyrafinowanego, ten powinien sięgnąć po Fougere Platine (i zapłacić dużo więcej). Mnie wystarczy ten pierwszy.

Tom Ford Noir Anthracite

dominujące nuty: zielona, gorzka, sucho-drzewna

nos: Honorine Blanc

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0

Arquiste „El” – facet z wąsem i bakami oraz… kontem na portalu społecznościowym

Męska moda na brodę powoli przemija. Czy zastąpi ją wąs, baki i odkryty tors? Wg pewnych dwóch rodowitych Meksykanów jest to niewykluczone. W każdym razie przygotowali już perfumy na tę okazję…

Carlos Huber musi wyjątkowo dobrze rozumieć się z Rodrigo Flores-Roux. Od samego początku tworzą świetny twórczy tandem. Nic w tym dziwnego. Mają ze sobą bardzo wiele wspólnego. Obaj pochodzą z Mexico City. Obaj parają się perfumami. Pierwszy z nich jako właściciel marki Arquiste Parfumeur, drugi zaś jako profesjonalny perfumiarz pracujący dla Givaudan, znany ze współpracy z największymi tuzami branży, jako choćby Tom Ford, Donna Karan, Calvin Klein, Elisabeth Arden, John Varvatos, Dolce&Gabbana czy Houbigant. Flores-Roux jest też autorem wszystkich pachnideł marki Arquiste.

carlos-huber-rodrigo-flores-roux-arquiste-EL-700x386
Flores-Roux i Huber (fot. CaFleuerBon)

Arquiste długo musiało czekać na debiut na moim blogu. Gdy w końcu do niego dochodzi, marka robi to w bardzo ciekawym stylu. Zeszłoroczna premiera duetu zapachów – męskiego El i damskiego Ella – wzbudziła mój najwyższy stopień zaintrygowania. I choć wciąż jestem bardzo ciekaw, jak pachnie Ella (i coś czuję, że fenomenalnie – więc na pewno wkrótce „ją” przetestuję), to naturalna ciekawość dotycząca męskiego El zwyciężyła.

 

Oba pachnidła opisywane są jako podróż w czasie do roku 1978, do zlokalizowanego w Acapulco klubu-dyskoteki Armano’s. Są nostalgicznym powrotem do stylistyki perfumowej, jaka panowała w latach 70-tych i pierwszej połowie 80-tych. Z jednej więc strony ciekawy, choć w gruncie rzeczy przecież niespecjalnie oryginalny pomysł, z drugiej zaś – doskonałe wykonawstwo. Flores-Roux – jak mało który współczesny perfumiarz – czuję stylistykę retro, czego jak dotąd najpełniej dowiódł w nowej interpretacji legendarnego Fougere Royale Houbigant, o której pisałem niegdyś tu. Przy okazji El perfumiarz dokonał analogicznego zabiegu, tyle że tym razem punktem wyjścia był inny zapach-legenda: Kouros od Yves Saint Laurent. Ale uwaga – tak jak Fougere Royale 2010 nie jest zwykłą reaktywacją klasyka, tylko jego współczesną interpretacją, tak El nie ośmieliłbym się nazwać kopią Kourosa (nota bene wciąż przecież obecnego w ofercie marki YSL ), choć jego stylistyczne powinowactwo do genialnego dzieła Pierre’a Bourdona jest dla mnie oczywiste. Perfumowa stylizacja na lata 70-te? Owszem.

men seventies

Intro El jest zielone i ziołowe, z wysuniętą na przód szałwią, zmiksowaną z rozmarynem i geranium. Dość szybko ujawnia się animalna nuta (cywet), utrzymana wszakże w „rozsądnym” wymiarze. Serce to – znany nam z Kourosa – pojedynek brudno i gorzko pachnącej szałwii oraz zwierzęcego kastoreum z delikatną, czystą wonią kwiatu pomarańczy. Nad całością unosi się aura klasycznego męskiego fougere z obowiązkowym (i całkiem wyczuwalnym) mchem dębowym w bazie. Zapach ma solidną trwałość (finalna sucho-gorzka nuta – chyba kastoreum – trwa na mojej skórze ponad 12 godzin) przy – uwaga – raczej grzecznej, współczesnej projekcji. Ten chronologicznie ostatni aromat El zachowuje się dość niezwykle. Mianowicie siedzi na skórze cicho, ale od czasu do czasu daje znać o sobie nawet wtedy, gdy już myślimy, ze na dobre zamilkł. Użyty testowo wieczorem na przedramieniu, przebijał się przez całe do południa następnego dnia przez inne użyte „globalnie” perfumy.

Czarny flakon El przekornie kontrastuje z białą butlą Kourosa. Ale pod względem zapachu to niewątpliwie najbliżsi krewni, jak ojciec i syn. Łączy ich bardzo wiele, tyle, że obaj urodzili się w innych czasach. Nie są identyczni. Każdy jest indywidualnością. Co nie znaczy, że nie są do siebie podobni i nie mają cech wspólnych.

W bezpośrednim zestawieniu z jedną ze starszych formulacji Kouorsa, której resztkami jeszcze dysponuję, El wypada delikatniej i mniej zwierzęco. Ale gdy zestawić El z wzorcami współcześnie tworzonych męskich perfum, jego odbiór natychmiast się zmienia. El staje się super męski, niemal macho i – jak na współczesne standardy – całkiem wyraźnie zwierzęcy, szczególnie w późniejszych fazach rozwoju na skórze.

EL-SLIDER3

O uroku El decyduje ta sama cecha, która do dziś tak przyciąga do Kourosa jednocześnie od niego odpychając. Kontrast nut „brudnych”, fizjologicznych – szałwii oraz składników zwierzęcych – z nutami czystymi, reprezentowanymi głównie przez kwiat pomarańczy oraz akord fougere.

Jest coś mistycznego w tej odwiecznej walce dobra ze złem przeniesionej na płaszczyznę perfum w formie pojedynku pięknego aromatu z fetorem. Przez większość czasu żaden z nich nie zwycięża. Panuje równowaga, przerywana od czasu do czasu chwilowymi przewagami każdej ze stron. Im bliżej jednak finału, tym bardziej ewidentne staje się, kto będzie tu zwycięzcą. W Kourosie jest nim zmysłowy akord cywetowo-mchowy. W El to lekko gryzące w nozdrza kastoreum.

Twórcy nie pozwolili mu co prawda warczeć  i wyć tak głośno, jak zrobił to Pierre Bourdon w 1981 roku, a jego sierść została tu elegancko przystrzyżona. Baczki i wąsy są precyzyjnie „wytrymowane”, a koszula rozpięta tylko w jednej trzeciej. Niemniej wykazali się sporą dozą odwagi proponując takie pachnidło w 2016 roku. I chwała im za to, bo El to świetne perfumy dla tych z nas, którzy nie obawiają się pachnieć bezdyskusyjnie i niemal archetypicznie męsko, ale są świadomi współczesności i wiedzą, który mamy rok. El to pachnidło stworzone dziś i na dziś. I choć czuć w nim nostalgię, czuć klasyczne składniki i ich połączenia w klasyczne akordy, to całość pachnie tu i teraz. Współcześnie i retro zarazem.

Wszystkim fanom męskiej klasyki fougere z wąsem tudzież wydatnymi bakami, rozpiętą koszulą i owłosionym torsem, wszystkich, którzy kochają Kourosa YSL, Paco Rabanne PH, Antaeusa Chanel, Azzaro PH i im podobne aromaty tamtych szczególnych lat, gorąco polecam El. Nie powinniście być zawiedzeni, o ile jednak będziecie pamiętać, że „nic dwa razy się nie zdarza”…

ARQUISTE_EL

nuty głowy: szałwia, rozmaryn, geranium

nuty serca: cynamon, woda z kwiatów pomarańczy

nuty bazy: mech dębu, wetyweria, kastoreum, akord fougere

perfumiarz: Rodrigo Flores-Roux

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Lalique „L’Insoumis” – mężczyzna niezależny

Zeszłoroczna męska premiera Lalique charakteryzowana jest jako fougere. Ale L’Insoumis (Niezależny) nie jest próbą stylizacji, ani nawet reinterpretacji czy odmłodzenia tej stylistyki. To absolutnie współczesny zapach, bardzo swobodnie bazujący na klasycznych wzorcach. Dlatego nie dajmy się zwieźć opisom. L’Insoumis w niczym nie przypomina Houbigant Fougere Royale czy Bracken Men od Amouage.

lalique-linsoumius

Mieszanka rumu, bazylii i bergamotki stanowiąca akord głowy ma w sobie zaskakująca świeżą zieloność liścia porzeczki. Serce jest aromatyczne, współcześnie prowansalskie, z subtelną wszakże lawendą i delikatną dozą szałwii. Wszystko wyważone i użyte w takiej formie, by zapach ani na chwilę nie zrobił wrażenia olskulowego czy archaicznego. W bazie kluczową rolę gra obecnie bardzo chętnie używany w perfumerii Clearwood. Jest to opracowana przez laboratoria Firmenich oczyszczona esencja z paczuli, pozbawiona ziemistych, skórzanych i gumowych nut, którymi charakteryzuje się pełnowymiarowy naturalny olejek z paczuli. Clearwood to długotrwała i intensywna drzewa nuta, jednocześnie świeża, lekka, transparentna. W L’Insoumis połączono ją z pokrewnym sercem paczuli, czyli najszlachetniejszą „częścią”, frakcją olejku paczulowego (efektem jego destylacji frakcyjnej), wetywerią i mchem. Efektem jest bardzo męska,  drzewna i jednocześnie lekka i trwała baza. Obrazu L’Insoumis dopełnia jego nienachalny, ale przyjemnie projektujący charakter oraz solidna, ponad ośmiogodzinna trwałość. Drzewny akord bazy pozostaje na skórze naprawdę długo, delikatnie dając znać o sobie od czasu do czasu. Mam wrażenie, że parametry zapachu zostały dobrane bardzo starannie, tak by nie przytłaczać ani osoby go noszącej, ani otoczenia, ale mimo to być długo wyczuwalnym w pełen eleganckiego umiaru sposób.

Umiar. Powściągliwość. Subtelny męski szarm. Zielona świeżość plus subtelna, ale obecna męska drzewna zmysłowości. Tak w największym skrócie można opisać L’Insoumis.

Zapach jest przede wszystkim bardzo, ale to bardzo przyjemny, przyjazny, absolutnie bezpretensjonalny, super komfortowy w noszeniu, a jednocześnie do pewnego stopnia oryginalny.

lalique-linsoumius-man

Jak wypada L’Insoumis na tle męskiej oferty Lalique? Choćby takich pachnideł jak Hommage a’l Homme czy Encre Noire? Jakościowo – moim zdaniem – na tym samym poziomie. W kwestii charakteru – bardziej przyjaźnie i mniej wymagająco. Owszem. Ale nie znaczy to, że gorzej. Zaryzykuję stwierdzenie, że

zdecydowana większość mężczyzn, świadomych wagi używania dobrych perfum, chce pachnieć w sposób nie wzbudzający kontrowersji i nie narzucający się, ale jednocześnie zwracający uwagę przyjemną i niebanalną nutą. L’Insoumis im to zapewnia.

Stąd moim zdaniem jego dużo większy potencjał komercyjny  w porównaniu do wcześniej wymienionych wspaniałych skądinąd pachnideł. A jak L’Insoumis prezentuje się na tle współczesnych propozycji mainstreamowych? Jak zwykle w przypadku Lalique mocno powyżej średniej. Marka po raz kolejny udowadnia, że nie zważa na aktualne trendy i w niezależny sposób realizuje swoją wizję męskości.

Jaki jest mężczyzna Lalique L’Insoumis? Męski (co nie musi być oczywiste), nienachalnie elegancki i niezależny. Dokładnie taki, jak jego zapach.

Na koniec dwa słowa o flakonie, który w przypadku Lalique zawsze jest elementem wyjątkowo ważnym i szczególnym. Także i tym razem mamy do czynienia z pięknym designem, a flakon przyciąga uwagę wysoką jakością wykonania, solidnością, czytelnością i mocnymi akcentami w postaci symbolizujących liście paproci (fern-fougere) tłoczeń umieszczonych na jego bocznych ściankach oraz masywnej zatyczki z wygrawerowanym logo marki. Paprociowe tłoczenia pochodzą ze słynnych kryształowych waz Lalique zwanych Tourbillons. Grafika użyta na szkle flakonu jest prosta, czytelna, idealnie wkomponowana w design butli oraz charakter zapachu.

Reasujmując –  L’Insoumis to kolejna bardzo dobra propozycja Lalique. Tym razem pomyślana jako oferta dla szerszej męskiej publiki, wciąż jednak zachowująca wszystko, co najlepsze w perfumach tej marki, która od lat stara się nie oglądać na trendy i proponuje wyjątkowej jakości produkty.

lalique-linsoumius-2

nuty głowy: bergamotka, bazylia, rum

nuty serca: lawenda, szałwia, czarny pieprz

nuty bazy: mech, serce paczuli, Clearwood, wetyweria

perfumiarz: Fabrice Pellegrin

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

Chanel „Boy” – powściągliwa elegancja

Co znaczy angielskie słowo boy, wie pewnie prawie każdy. Użyte w nazwie perfum niesie ze sobą konkretną sugestię. W przypadku nowych perfum Chanel z kolekcji Les Exclusifs ma ono jednak nieco inne pochodzenie, a jego zastosowanie jest też swoistą słowną grą. Inspiracją dla Oliviera Polge’a do skomponowania tego zapachu była postać Arthura Edwarda Capela, angielskiego gracza polo, swego czasu bliskiego przyjaciela, a nawet kochanka Coco Chanel, który będąc osobą zamożną, pomógł sfinansować jej pierwsze sklepy. Capel miał ksywkę Boy. Idąc tym tropem Polge skomponował urocze fougere o dwoistej męsko-kobiecej naturze, dodając tym samym swoje drugie po Misia (2015) perfumy do ekskluzywnej linii Chanela.

olivier-polge-chanel

Charakterystyczne otwarcie, w którym dominuje duet lawendy i geranium, lekko nasączony rześkimi cytrusowymi esencjami bergamotki i grejpfruta, natychmiast umiejscawia Boy w kategorii klasycznego aromatycznego fougere. Ale ta prowansalska ziołowa świeżość została tu złagodzona odrobiną kwiatu pomarańczy, który Olivier Polge połączył w sercu z różą. Dzięki temu zabiegowi to, co początkowo niemal klasycznie męskie, po dłuższej chwili nabiera subtelnej, miękkiej kobiecości, która nigdy już nie opuszcza Boya, ale nigdy go też nie dominuje, zawieszając zapach „pomiędzy płciami”. Po dłuższej chwili do gry wchodzi emblematyczna kumaryna, zgrabnie podbudowana absolutnie z nią kompatybilną heliotropiną, dając lekko migdałowy efekt, którego nadmiernej kulinarności zapobieżono dodając jakże gatunkowego mchu dębowego. Duet sandałowca i wanilii zatopiony w piżmach stanowi o miękkim, bardzo komfortowym, niezwykle przyjemnym, na poły kobiecym, na poły męskim finiszu Boya.

boy-chanel-fragrance-1170x629

Boy ma więc wszelkie cechy perfum uniseksowych. Pierwiastki tradycyjnie uznawane w perfumerii za damskie i męskie zostały tu w sposób bardzo precyzyjny zrównoważone, a zapach będący początkowo wyraźnie po męskiej stronie, im bliżej finiszu, tym w swej komfortowej miękkości coraz bardziej oddala się od męskich, balbierskich archetypów gatunku, nigdy nie przechodząc wszakże na ewidentnie kobiecą stronę.

I to jest właśnie w tym fougere specyficzne: jego jednoczesna klasyczność i nowoczesność. Złagodzona męskość i subtelna kobiecość. Zręczność i kunszt, z jakim udało się połączyć te elementy w jedną przekonującą całość, nie powinny dziwić, gdy przypomnimy sobie, że to własnie Olivier Polge skomponował Dior Homme – przeznaczone dla mężczyzn perfumy z dominującymi nutami irysa, szminki i pudru…

Boy jest zapachem o grzecznej projekcji, przyjemnie i długo wyczuwalnym przez osobę go noszącą oraz pozostawiającym za nią niedługi, ale stale obecny „ogonek”.

Ma w sobie to coś, co mają tylko niektóre pachnidła z najwyższej półki. Emanuje z niego wyczuwalna wysoka jakość składników, połączonych w doskonałą, bardzo elegancką kompozycję, której celem nie jest zaszokowanie, obezwładnienie czy przytłoczenie przepychem, ale raczej powściągliwe i bardzo wysmakowane podkreślenie wyrafinowanego gustu i wysokiego statusu. Kwintesencja Chanela w jego luksusowej istocie. Maksimum elegancji przy minimum formy. Boy to ma.

Sam twórca ma w kwestii „płciowej” Boya swoje odrębne, dość zaskakujące zdanie:

Nie próbowałem stworzyć zapachu uniseksowego, tylko raczej zapach męski i pokazać, że z powodzeniem może być noszony przez kobietę. Nie chodziło mi o skomponowanie perfum „pomiędzy płciami”, lecz perfum bardzo męskich.  A płeć – jak to z wieloma rzeczami bywa – nadawana jest przez osobę, która tę rzecz nosi.

Cóż, twórca wie przecież najlepiej. Ja jednak uważam, że panowie – tradycyjnie przyzwyczajeni do tego typu aromatów – natychmiast zaaprobują, a nawet pokochają Boya i luksusową aurę, jaką roztacza, podczas gdy dla pań jego męska dominanta może stanowić pewne wyzwanie. Na końcu jednak wszystko jest kwestią gustów i indywidualnych predyspozycji, a przecież wiele kobiet preferuje męskie perfumy i to nie tylko na skórze swych partnerów. Mnie Boy spodobał się bardzo i tylko jego „ekskluzywna” cena powstrzymuje mnie przed zakupem flakonu. Przynajmniej na razie…

chanel-boy

nuty głowy: grejpfrut, cytryna, lawenda

nuty serca: geranium, kwiat pomarańczy, róża

nuty bazy: kumaryna, heliotrop, drewno sandałowe, wanilia, mech dębu, piżmo

perfumiarz: Olivier Polge

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

MDCI Parfums „Invasion Barbare” – zupełnie niebarbarzyńskie fougere…

MDCI (Marchal Dessins et Créations Indépendantes) to luksusowa marka perfumowa utworzona w 2003 roku przez Claude’a Marchala, perfumowego konesera. To jeden z tych brandów, które unikają nachalnego marketingu i funkcjonują na uboczu głównego nurtu perfum luksusowych i niszowych. Bardzo często takie marki oferują znakomite produkty.

claude-marchal

Tak jest w przypadku MDCI, co nie powinno zaskakiwać, zważywszy także na to, jakim tuzom perfumeryjnego fachu Marchal zlecał dotąd skomponowanie zapachów do swej kolekcji (Pierre Bourdon, Bertrand Duchaufour, Francis Kurkdjian, a nawet – co zupełnie wyjątkowe – Patricia De Nicolai). Ale Marchal nie ogranicza się wyłącznie do „starej gwardii” i chętnie powierza komponowanie młodszemu pokoleniu, m.in. Cecile Zarokian oraz Stephanie Bakouche. To ta ostatnia stoi za bohaterem dzisiejszego wpisu.

stephanie-bakouche

Stephanie Bakouche to Paryżanka, absolwentka prestiżowej szkoły perfumiarskiej ISIPCA, do której uczęszczała po ukończeniu studiów w dziedzinie chemii. Pracowała dla Givaudan i Takasago, szkoliła personel Sephory i Marionaud, terminowała w laboratorium Hermesa u boku jego dyrektora Bernarda Burgeoisa, w czasie, gdy marka ta zatrudniła Jean-Claude’a Ellenę. Miała okazję brać udział w kreowaniu kilku pachnideł linii Hermessecne. Była odpowiedzialna za kontrolę jakości wszystkich ówcześnie produkowanych tam perfum dla Hermesa, Cartiera i Lalique. Obecnie jest niezależną perfumiarką rezydująca w Grasse. Przede wszystkim zaś pracuje jako tzw. menadżer kreacji zapachów dla L’Artisan Parfumeur, dla którego również sama skomponowała perfumy (Rose Privee, pod nadzorem swojego mentora Duchaufoura).  Świat perfum usłyszał o niej dopiero w 2005 roku po tym, jak Claude Marchal, twórca MDCI Parfums, wybrał jedną spośród sześciu propozycji zapachowych i zatwierdził ją bez żadnych poprawek. Było to Invasion Barbare. 

mdci-bootles
Charakterystyczne flakony z zatyczkami w kształcie popiersia zastąpiono ostatnio nowym, bardziej nowoczesnym designem.

Invasion Barbare

To rzeczywiście urodziwe fougere, zapatrzone w chwalebną przeszłość gatunku, w szczególności zaś w jego protoplastę Fougere Royale Houbigant. Zresztą to do jego współczesnej wersji, popełnionej przez Rodrigo Flores-Rouxa, Invasion Barbare najbliżej.

Bo to jedno z tych pachnideł, w którym perfumiarz próbuje połączyć wodę z ogniem, stary świat ze współczesnością, tworząc zapach wyraźnie inspirowany przeszłością i jednocześnie nie „trącący myszką”.

To trudna sztuka, gdyż historyczne gatunki typu fougere czy chypree powstały jako kombinacje bardzo konkretnych ingrediencji, które pachną zwykle bardzo podobnie. Wyzwaniem jest więc pominąć niektóre z nich, zastąpić je czymś innym i wciąż osiągnąć zamierzony, stylowy efekt. Ta sztuka udała się wyjątkowo dobrze Bertrandowi Duchauforowi w genialnym Sartorial Penhaligon’s. Invasion Barbare to kolejny przykład na taką udaną, choć może mniej spektakularną, reinkarnację, w której kluczowe role – obok absolutnie niezbędnej lawendy – odgrywają zgromadzone w sercu zapachu zioła (biały tymianek, bylica, kardamon) doprawione imbirem. Paczula buduje trzon, a bazę Bakouche spreparowała łącząc wanilię Bourbon z kostusem i piżmami, przydając całość w ten sposób nieco zwierzęcości. Ale spokojnie. Nie czuć tu nic „zdrożnego”. Zresztą żadna z ingrediencji nie gra tu solo, wszystkie zostały wykorzystane bardzo zespołowo. Invasion Barbare to przykład kompozycji perfumeryjnej w pełnym tego słowa znaczeniu.

Jeżeli chodzi o tzw. parametry użytkowe, to zapach MDCI nosi się bardzo komfortowo. Pachnie wyraźnie, ale nie krzykliwie. Jest bardziej stonowany od Sartorial, mniej od niego awangardowy, bardziej zachowawczy, co nadrabia ogólną urodą i elegancją. Jego charakter stoi więc w kontrze do chwytliwej nazwy.

Invasion Barbare to póki co bestseller MDCI, a szczególną słabość mają do niego podobno klienci rosyjscy. Czyżby ze względu na nazwę?

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

nuty głowy: grejpfrut, bergamotka, liść fiołka

nuty serca: biały tymianek, bylica, kardamon, lawenda, imbir

nuty bazy: paczula, kostus, wanilia Bourbon, piżmo

perfumiarz: Stephanie Bakouche

rok premiery: 2005

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

PS. Perfumy MDCI Parfums można przetestować i zakupić w perfumerii Quality Missala.