Etat Libre d’Orange „Une Amourette” – wonna miłostka

Roland Mouret, francuski projektant mody, już 8 lat temu spotkał się z Etiennem de Swardtem w jego biurze w butiku Etat Libre d’Orange przy 69 rue des Archives, w Paryżu. Rozmawiali wówczas o możliwości stworzenia perfum dla marki Rolanda. Wcześniej, w artykule w brytyjskiej gazecie, zatytułowanym “Little Black Book: Roland Mouret” napisał on o ELdO: “unikalna marka perfumeryjna produkująca najlepsze „zakręcone” zapachy ekskluzywne.” Niemniej wówczas na rozmowach się skończyło. Pozostały dobre wrażenia ze spotkania i zasiane ziarno, które wykiełkowało dopiero teraz, gdy we współpracy z Rolandem Mouretem i Etiennem de Swardtem Daniela Andrier – perfumarka Givaudan – skomponowała „Une Amourette”.

roland-mouret
Roland Mouret

„Une Amourette” powstało przez przypadek, jak wyjaśnił Etienne de Swardt w udzielonym mi niedawno wywiadzie. Daniela Andrier – znana z fantastycznych pachnideł tworzonych dla domu Miucci Prady – pracowała nad perfumami z paczulą w roli głównej. Obok jej naturalnej esencji w formule znajdowała się Akigalawood – frakcja paczulowego olejku, wydobyta z niego laboratoryjnie w procesie destylacji frakcyjnej. Dzieło arcy-zdolnych chemików z Givaudan.

Akigalawood pozbawiona jest brudnych i nieprzyjemnych nut pleśni, stęchlizny i nut fizjologicznych, jakie występują w naturalnym olejku. Drzewny, nieco pikantny i nieco kwiatowy – tak opisywany jest aromat tej substancji. Dzięki tym walorom ma ona dużo szersze zastosowanie, niż pełnowymiarowy olejek paczulowy. Znajdziemy ją w perfumach wydawanych w ostatnich 2-3 latach („Black Pepper” Comme des Garcons, Mont Blanc „Legend Midnight”, Azzaro „Chrome Pure”, John Varvatos „Dark Rebel”, Parfums de Marly „Nisean” czy Boucheron „Quatre Pour Homme Absolu de Nuit”). Co jeszcze łączy te zapachy? Wszystkie powstały w pracowniach perfumiarzy pracujących dla Givaudan. Akigalawood został bowiem opatentowany przez tą firmę i obecnie mogą go używać wyłącznie jej perfumiarze, a więc także m.in. Daniela Andrier, która – nota bene – zastosowała go już w 2015 roku komponując perfumy „Miu Miu” dla Coty.

Któregoś dnia podczas pracy nad perfumami dla Moureta i de Swardta Daniela Andrier użyła kremu marki Nuxe o zapachu kwiatu pomarańczy. Tego samego dnia testowała na skórze wczesną wersję „Une Amourette”. Poczuła intrygującą woń będącą połączeniem obu aromatów. Uznała to za interesujący przypadek i postanowiła dodać do ówczesnej formuły perfum esencję neroli. Tak powstał sygnaturowy akord „Une Amourette”. W składzie perfum znajdziemy też absolut z wanilii i irys, do którego – jak wiemy – Daniela Andrier ma wielką słabość.

une amorette Eldo

Tak więc w „Une Amourette” Akigalawood oraz paczulowy ekstrakt występują obok siebie tworząc wyrazistą drzewno-pikantną część zapachu, podczas gdy neroli „zderza się” z nią tworząc absolutnie unikatową, niezwykłą, jakby musującą świeżość.

Ten zapach nie rozwija się jak klasyczne perfumy, bo to nie jest klasyczna kompozycja. To raczej efekt „incydentu w laboratorium”, w wyniku którego pozornie nieprzystające do siebie elementy połączyły się w jedną całość, choć nie zatraciły swej odrębności. To ich wzajemne oddziaływanie, iskrzące napięcie między nimi panujące stanowi treść „Une Amourette”.

Oczywiście upływ czasu redukuje natężenie nuty neroli na korzyść ultra trwałej Akigalawood, która de facto pozostaje na skórze jako finisz, ocieplona nieco wanilią. „Une Amourette” pachnie więc owocowo-kwiatowo-drzewnie, raczej abstrakcyjnie niż konkretnie i namacalnie. Mruga okiem w kierunku klasycznej kolońskiej estetyki, a  jednocześnie używa dużej ilości produktu wysokiej technologii. Tworzy niezwykłą, pulsującą aurę wokół noszącego. Nie znam innych perfum, które pachną podobnie. To w moich ustach zawsze komplement, bo nie cierpię wtórności.

Na ile „Une Amourette” są spójne z filozofią Etat Libre d’Orange? Jest w nich przypadek, eksces – jest więc niespodzianka, rodzaj ekscytacji. Jest zapadająca w pamięć sygnatura, efekt wspomnianego przypadku i użycia molekuły póki co dostępnej tylko dla wąskiej grupy perfumiarzy Givaudan. Jest wreszcie obiektywna jakość – dobra projekcja i dobra trwałość. Nie mam więc wątpliwości, że „Une Amourette” to kolejna udana propozycja Etienna de Swardta, należącą przy tym do tych łatwiejszych w odbiorze, mniej wymagających i od pierwszych nut przyjemnych, nawet jeśli zaskakujących.

UNE AMOURETTE

 

 

Dominujące nuty: neroli, paczula, wanilia

Twórca/nos: Daniela Andrier/ Roland Mouret

Rok premiery: 2017

Podobne zapachy: nie znam

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

Reklamy

Paco Rabanne „Pure XS” – powrót sexu…

Mniej więcej wiadomo, czego aktualnie można się spodziewać po męskich perfumach z logo Paco Rabanne. Mocne, wyraziste akordy, zwykle z kulinarnymi odniesieniami. Aromaty w pewnym sensie – jak na główny nurt – odważne i mające potencjał tzw. „game changerów”. Takim okazał się „One Million”. Z „Invictusem” chyba już się tak nie udało, ale trzeba dodać, że przedziwne to pachnidło. Jak na ich tle wypada najnowsza, intensywnie obecnie reklamowana, jako niezwykle skuteczny środek na utratę przytomności wszystkich znajdujących się w pobliżu kobiet ;), propozycja dla mężczyzn – „Pure XS”?

PacoRabanne-Pure-XS-hendriques-635x501

Słodki waniliowy początek ożywiony imbirem, rozjaśniony nutą zieloną i przybrany schowanym w tle  tymiankiem dość szybko nabiera słodkiej, trochę owocowej, trochę waniliowej mocy. Intryguje pojawiająca się (nie od razu) lekko gorzka, gęstą nuta mirry. Delikatny akcent wędzonej śliwki w sercu tworzy intrygujący kontrast z cukierniczym tłem. Ten centralny akord i jednocześnie zasadniczą treść „Pure XS” zbudowana jest na przeciwieństwie właśnie – pomiędzy kulinarną, wręcz żarłoczną słodyczą wanilii, pewną majestatycznością mirry oraz akcentem dymnym, który można także umownie nazwać skórzanym. Co ciekawe, po kilkunastu minutach, gdzieś w tle, można wyczuć ziołowe, aromatyczne echa szacownego protoplasty z 1994 roku. Tak jakby pozostałą jego resztkę we flakonie zalać likierem, wanilią, esencją z wędzonej śliwki i z umiarem to wszystko posłodzić. I tylko szkoda, że zbudowane na wstępie naprawdę intrygujące olfaktoryczne napięcie dość szybko opada, a zapach staje się coraz mniej interesujący, finiszując dość oklepaną współczesną bazą złożoną ze słodyczy, piżm i drzewnego tła. Niemniej „Pure XS” ma rozpustną i dość frywolną naturę… Zadziałać może skutecznie jako perfumy na wieczorną rankę – tak sądzę. Olfaktorycznie ciekawszy niż „One Million”, słabszy zaś pod względem parametrów, prawdopodobnie jednak nie dorówna mu pod względem potencjału komercyjnego.

Ładny flakon kształtem nawiązuje do klasyka, ale jest większy, masywniejszy, z ciemnogranatowego szkła, z odchylaną, bardzo niestety utrudniająca aplikację zatyczką. Kartonik powleczony granatowym aksamitem (takim jak niegdyś D&G „Pour Homme”), ze złotymi literami, świetnie wpisuje się w marketingową otoczkę zapachu. Zwycięstwo designu i marketingu nad treścią? Raczej doskonały przykład, jak to się dzisiaj robi. Sam zapach warto poznać. Nie jest wybitny, ale na swój sposób na pewno oryginalny. No i ma coś w sobie, mimo nieco nachalnej współczesności…

Paco rabanne Pure XS

Dominujące nuty: słodka, dymna, żywiczna, drzewna

Twórca/nos: Anne Flippo, Caroline Dumur, Bruno Jovanovic

Rok premiery: 2017

Podobne zapachy: –

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ projekcja: 4,0 trwałość: 3,5

Widian – orientalne pachnidła z Abu Dhabi

Widian to perfumowa marka z Abu Dhabi utworzona przez Ali Aljaberiego w 2014 roku jako Aj Arabia, a w 2016 roku przechrzczona na obecną nazwę. Twórca określa stylistykę swych perfum jako połączenie arabskiej tradycji ze współczesnością. Szukając informacji o Widian spotkałem się także z określeniami, że perfumy te przykład mariażu stylów arabskiego i francuskiego we współczesnym wydaniu. Nawet po dość pobieżnym zapoznaniu się z nimi mogłem stwierdzić, że chyba najtrafniej opisuje je to zdanie, które znalazłem na oficjalnej stronie Widian:

Delikatne i wonne pachnidła, które zabiorą cię w podróż do cudownego dziedzictwa Środkowego Wschodu.

Rzeczywiście elementem wspólnym perfum Widian jest ich niesamowita wonność właśnie. Ktoś zapyta – jak to? Przecież perfumy z natury swej są wonne. Owszem. Ale wonność, o której piszę, zasługuje na szczególne wyróżnienie. Objawia się ona wręcz majestatycznym, spokojnym i wielogodzinnym emanowaniem ze skóry stonowanego, ale permanentnie wyczuwalnego, zmysłowego, ciepłego i przywierającego mocno do skóry zapachu, który poprzez swą olfaktoryczną gęstość i zdecydowaną przewagę składników o dużym ciężarze gatunkowym staje się naszym własnym, „osobniczym” zapachem. Każde z przetestowanych Widian pachnideł posiada tę cechę w mniejszym lub większym stopniu.

Mosque Sheik Zayed

Zanim opiszę swoje wrażenia na ich temat, jeszcze dwa zdania nt. designu flakonu i opakowania Widian. Inspiracją dla nich był monumentalny budynek wielkiego meczetu Szejka Zeyda znajdujący się w Abu Dhabi. Budynek ten – podobnie jak perfumy Widian – łączy w sobie architektoniczne elementy tradycji i nowoczesności.

Widian velvet collection bottle

Widian-Limited Collection Bottle

widian gold collection bottle

Trzeba przyznać, że flakony i ich opakowania prezentują się przepięknie.

Oferta Widian podzielona jest bardzo czytelnie na cztery kolekcje: Black, Gold, Velvet i Limited. Różnią się one nie tylko kolorami flakonów i opakowań, ale także charakterem samych kompozycji zapachowych, choć trzeba dodać, że wszystkie kolekcje łączy zdecydowanie orientalny klimat. Co rzadko spotykane, zapachy w ramach danej kolekcji nie posiadają indywidualnych nazw czy tytułów, a jedynie numery.

Black Collection…

…składa się z pięciu pachnideł, z których póki co trzy miałem przyjemność testować, a które skomponował pracujący w słynnym Grasse Jean-Claude Astier. To niezwykle doświadczony perfumiarz, który – jak mało kto – opanował mariaż arabskiej i klasycznie francuskiej perfumerii, czego wielokrotnie już dowiódł w ramach wspaniałych pachnideł komponowanych dla Martine Micallef i Geoffreya Nejmana. Znajdziemy w Black Collection zarówno orientalne zmysłowe ciepło, jak i klasyczny francuski szyk, harmonię, piękno i głębię. Nie ma tu mowy o kontrowersyjnych nutach animalnych czy oudowych. Te zapachy oczarowują, ale – co ważne – nie od razu, a dopiero po pewnym czasie. Bo nie są to perfumy nastawione na szybki i spektakularny efekt. Nie epatują otoczenia, raczej je intrygują, smużąc przez wiele godzin aromatycznymi nutami. By w pełni docenić ich urodę, potrzeba dwóch czynników: czasu oraz skóry, na co niewątpliwie ma wpływ fakt, iż są to ekstrakty perfumowe i to zbudowane w przewadze z molekuł o dużym ciężarze gatunkowym (żywice, balsamy, kadzidła, drewna). Potrzebują one kilku godzin, by w pełni ujawnić swe oblicze. Odradzam więc stanowczo testy na papierku, gdyż będą one bardzo mylące i nie oddadzą w pełni ich charakteru.

widian 2

Black Collection I jest ciepłą, zmysłową i pełną głębi mieszanką przypraw z wyróżniającym się kardamonem, który nadaje całości subtelnej, jakby owocowej nutki. Gdy kardamon przydaje świeżości, ciepła dodaje cynamon. Przedłużeniem kardamonowej nuty jest najpierw cyprys, nadający subtelniej zieloności, a następnie zręcznie wkomponowana nuta kadzidła. Ale zarówno ona, jak i wspomniane przyprawy, zostały tu umieszczone w bardzo konkretnym, ciepłym i orientalnym kontekście, zbudowanym z cedru, drewna sandałowego i piżmowej głębi. Te nuty praktycznie od początku „ustawiają” to pachnidło i utrzymują jego zmysłowy charakter do samego końca.

Black Collection II otwiera się przecudnym, lekko słodkim akordem owocowym (śliwka i mandarynka), spod którego wyłania się będąca w centrum kompozycji róża, otoczona słodko-żywiczną esencją z drewna sandałowego. Kulinarny wątek z intro kontynuuje wanilia w bazie, a orientalnej reszty dopełniają piżma i esencja z mchu. II jest nieco bardziej kobieca, niż I czy III. Jest też subtelniejsza, ale i trwalsza. Pozostaje na skórze kilkanaście godzin.

Black Collection III ma świeży początek dzięki bergamotce i mięcie. Zaraz po nim ujawnia się akord skórzano-drzewny, który dominuje dalszą część zapachu. Skóra jest subtelna, elegancka, czysta, wyrafinowana. Okrągła, pełna drzewna baza – z istotną rolą paczuli – oraz sandałowcem, wanilią i mchem (podobna jak w II) wieńczy to naprawdę warte uwagi dzieło.

 

Gold Collection

widian gold collection

Gold Collection składa się póki co z dwóch pachnideł, obu o podobnym do siebie, ale wyraźnie innym charakterze od zapachów składających się na Black Collection. Tego typu zapachy lubię nazywać „obsypanymi złotym pyłem szeików ambrowcami” (co świetnie zresztą idealnie oddaje powyższa grafika). Jednym z najdoskonalszych przykładów takich pachnideł jest wg mnie Amouage Opus VI. Mniej więcej w takim właśnie stylu i klimacie są oba zapachy złotej kolekcji Widian. Mają przy tym ambrową-bazową część wspólną, ale różnią pozostałymi elementami. Gold Collection I – obok subtelnych nut kwiatowych i ambrowej bazy – zawiera w sercu nutę oudu – dość delikatną i mającą bardziej klasycznie arabski charakter, przypominający mi oudy takich marek jak Rasasi czy Arabian Oud. Gold Collection II pachnie niczym złoty pył, a to dzięki wyraźnemu szafranowi, którym posypano kwiatowe serce na analogicznej jak w I ambrowej bazie. II przypomina mi z kolei Oud Shamash The Different Company jaki i Sand Aoud Mancera. II jest moim faworytem w tym złotym duecie.

Widian velvet collection

Velvet Collection

To duet perfum orientalno-kwiatowych, mocno się jednak od siebie różniących. Liwa zachwyca ostrym, dymno-przyprawowym intro (szafran plus molekuła Amberwood), a obecne w nim oraz w sercu nuty białokwiatowe mają raczej symboliczny charakter i zostały tu zdecydowanie przytłumione bardzo arabską, dymno-drzewną bazą, która składa się głównie z nut drzewnych: cedru, sandałowca, paczuli, wetywerii, oudu i kadzidła. Kwiatowości jest w więc w Liwie bardzo niewiele, a zapach spokojnie broni się jako uniseks z przechyłem w męską stronę. Co innego Delma. Tu wyraźne kwiatowe serce, złożone z jaśminu i frezji, poprzedzone lekko owocowym wstępem (brzoskwinia i heliotrop), przywołującym trochę na myśl stylistykę No. 5 Chanela, osadzone na lekko kulinarnej, okrągłej, „puszystej” bazie z nutami wanilii, ptasiego mleczka oraz szafranu, paczuli i gwajaku, nie pozostawia złudzeń. To pełnoprawne, śliczne, bardzo kobiece i zmysłowe, orientalno-kwiatowe perfumy dla kobiet.

Perfumy Widian reprezentują tę piękną i łatwą w lubieniu stronę orientalnej perfumerii. Zawierają typowe elementy arabskiej estetyki perfumowej, jak choćby zamiłowanie do wysokiej koncentracji oraz częste używanie niektórych składników do niedawna jeszcze obcych perfumerii europejskiej (szafran, oud, kadzidło). I choć perfumy te nie wymagają przesadnie wyrobionego nosa (jak np. propozycje Amouage, S.H. Lucas 777 czy nawet Montale) i zaprojektowane są tak, by łatwo (choć nie szybko) „wpadały w nos”, to jednak nie można nie zauważyć w nich kunsztu i wyrafinowanego orientalnego piękna. Zbudowane na perfekcyjnej harmonii, bez dysonansów, z głębią i treścią oraz wysoką jakością chyba po prostu nie mogą się nie spodobać.

LM Parfums – mroczne Elizjum

„Ślepy księżyc za oknem

Gdzie noc stała się Elizjum

Dla bezsennych dusz”

 

Pozwólcie, że przedstawię…

fond-LaurentMazzone

„Niech chcę po prostu sprzedawać perfum. Chce jest tworzyć.”

Ta – jakże oryginalna (?) – dewiza przyświeca urodzonemu w Grenoble we Francuskich Alpach Laurentowi Mazzone, od dziecka zafascynowanemu zapachami, miksowaniem pachnących substancji, później modą, wreszcie perfumami. Długa droga prowadziła go do momentu, w którym w 2011 roku zadebiutował jako właściciel i dyrektor kreatywny niszowej marki perfumowej LM Parfums. Ekscentryczny, o mrocznym emploi, odważny zarówno w autokreacji jak i w budowaniu swej marki. Skutecznie. Pamiętam, że urządzone w formie czarno-czarnego niby-namiotu stoisko LM Parfums podczas Esxence 2016 wzbudzało naprawdę duże zainteresowanie i trudno było się tam w ogóle dostać, szczególnie, że sam Mazzone był Mistrzem ceremonii. To pokazuje, w jak ciekawym kierunku rozwinęła się perfumeria niszowa, coraz częściej oparta nie tylko o spójny koncept, ale i często o osobowość dyrektora kreatywnego (bo tak przyjęło się nazywać kierujących perfumowymi brandami).  Im ciekawsza, im barwniejsza, tym większa szansa na popularność marki i jej perfum. W obu kwestiach Mazzone ma czym się pochwalić.

„Respektować tradycję, ale z odrobiną subtelnej prowokacji.”

To zdaniem dobrze oddaje klimat pierwszych czterech pachnideł LM Parfums – wód perfumowanych Noir GabardineO des SoupirsAmbre Muscadin, Patchouli Bohème, dziś wchodzących w skład tzw. White Label Collection. Tradycyjne tematy perfumowe ujęte we współczesny, niewątpliwie intrygujący sposób, w pewnym sensie już zapowiadały kierunek dalszych poszukiwań olfaktorycznych Mazzone. Bo choć nie jest on perfumiarzem i korzysta z usług zawodowców (głównie Jerome’a Epinette’a, znanego m.in. ze współpracy z Benem Gorhamem i jego Byredo), to jego wpływ na efekt końcowy jest bezdyskusyjny. Mazzone kieruje prace perfumiarza na tereny, na które ten być może nigdy nie zdecydowałby się wkroczyć. Tak powstają perfumy o bardzo mocnych i wyrazistych, zwykle orientalnych sygnaturach, złożone z oryginalnych i zapadających w pamięć akordów. LM Parfums to marka, na którą niewątpliwie warto zwrócić uwagę, przede wszystkim, jeżeli poszukujemy perfum mocnych, gęstych, złożonych, powoli rozwijających na skórze, w swym klimacie zwykle mrocznych, z odrobiną nowatorstwa (choć nie zawsze, ale zawsze z dala od eksperymentu).

lm-parfums

Patchouly Bohemepaczula w centrum, jednak zupełnie „niepiwniczna”, ani też nie zdobiona kulinarnie (jak w Angel T. Mugler czy w Coromandel Chanel). Połączona – inaczej niż „zwykle” – z geranium, tytoniem, nutą skóry, balsamem tolu i tonką, utrwalona piżmami. Podana na wpół balsamicznie, na wpół surowo (tytoniowo-skórzanie) wydaje się być nieco bardziej męska niż damska w swym charakterze. Ale bez przesady. Jak wiadomo paczula – gdy nie „stęchła” – przydaje zmysłowości i orientalnej głębi bez względu na płeć noszącego zawierające ją perfumy. Tak jest i tym razem. Naprawdę dobrze to pachnie i na tyle oryginalnie, że warte jest perfumaniackiego grzechu…

główne nuty: geranium, paczula, tytoń, skóra, piżmo, balsam tolu, tonka

Ambre Muscadin – zbitka słów ambre i musc (piżmo) może być nieco myląca (nazwa zawiera grę słów, o czym za chwilę). Fakt – nuta piżmowa jest tu całkiem prominentna, a ambrowe tło – cóż – faktyczne, ale zapach jest dużo bardziej złożony. Wymaga też czasu na skórze, by go w pełni poznać i docenić. Rozwija się od oryginalnego akordu przypominającego woń mocnego wina typu Porto (i tu wracam do gry słów: muscadine to gatunek winogrona), przez wciąż subtelnie owocowe ale i piżmowe serce, po ciepłą waniliowo-ambrową bazę, tworząc całkiem hipnotyczną aurę. Ambre Muscadin pachnie ciekawie, intrygująco i przede wszystkim zmysłowo.

główne nuty: cedr, wetyweria, fiołek, wanilia (absolut), biały miód, benzoes syjamski, ambra, piżmo

LM Hard Leather

Pochodzące z 2014 roku Hard Leather – adresowane przez Mazzone do mężczyzn – może być jednym z najbardziej polaryzujących propozycji LM Parfums. Surowe, nieco kwaśne, wytrawne, przesycone – z początku nieco piwniczną – paczulą (o której – o dziwo – nie wspomina się w oficjalnym spisie nut), zmieszaną z miodem i rumem oraz nutami drzewnymi na ambrowej bazie, Hard Leather pozostaje od początku do końca zapachem wymagającym w swej niszowej bezkompromisowości.  Otwarcie może zwalić z nóg mocnym i zdecydowanym charakterem, a ciąg dalszy to jedynie stopniowy spadek mocy zapachu, przy zachowaniu jego „charakterku”. Czy jednak należy traktować je jako perfumy skórzane? Cóż – to już kwestia interpretacji.

Hard Leather nie ma nic wspólnego z takim „skórzakami”, jak Knize Ten, Lonestar Memories Tauera, Cuir de Russie Chanel czy Cuir Ottoman Parfums d’Empire. Trudno jest mi tu zlokalizować akord skórzany, chyba że przyjmę, iż jest to ten nieco zatęchły aromat, przypominający stare, zapomniane, skórzane rękawice znalezione w piwnicy XVIII wiecznej willi w Grenoble.

Trudny to aromat, z którym mi osobiście nie po drodze. Szczęśliwie nie przesadzono z jego mocą, bo dość szybko lokuje się blisko skóry.

główne nuty: rum, skóra, irys, miód, sandałowiec, cedr, oud, kadzidło, styrax, wanilia

Army-of-Lovers-Ad-_2

Z czasem Laurent Mazzone zaczął nadawać swym perfumom nieco bardziej wyrafinowane nazwy, rzadziej przywołując w nich jakąś konkretną nutę czy składnik (choć oczywiście poddał się modzie na oud i wydał Black Oud, będący w istocie bliskim krewnym Black Afgano Nasomatto). I dobrze. Tak jest moim zdaniem ciekawiej.

Dla Army Of Lovers z 2014 roku Laurent Mazzone pożyczył nazwę od szwedzkiego zespołu, znanego w latach 90-tych, którego jest od tamtych czasów zagorzałym fanem. Sam zapach ma w sobie coś z jego pełnej przepychu muzyki i barokowych strojów lidera grupy Alexandra Barda. Jest przede wszystkim bardzo zmysłowy, z przechyłem w kobiecą stronę, choć przy odrobinie otwartości ciekawie zabrzmi (aczkolwiek niejednoznacznie) na męskiej skórze. Nuty kwiatowe róży i fiołka, połączone z paczulą oraz kolendrą, a także nutami drzewnymi, na bazie z ambry piżm i miodu tworzą gęsty i zawiesisty, troszkę pudrowy, troszkę szminkowy, mroczny, nokturnowy i dekadencki, bardzo zmysłowy zapach, który – mając koncentrację perfumowego ekstraktu – trzyma się skóry w niemal niezmienionej formie przez długie godziny, całkiem wyraźnie projektując.

Z Army of Lovers mam wszakże ten dylemat, że nie wiem, czy chciałbym sam tak pachnieć, czy wolałbym jednak, że by tak pachniała moja – ad nomine – mroczna kochanka.

A może i jedno i drugie?

army-of-lovers-lm-parfums

główne nuty: kolendra, róża, fiołek, paczula, drewno sandałowe, mech dębu, miód, ambra , piżmo

Scandinavian Crime (2016) – nazwany tak (być może z premedytacją, być może przez przypadek), jak pochodząca z 2013 roku EP-ka reaktywowanego Army of Lovers, a przecież nawiązujący do legendarnego już szwedzkiego gatunku literackiego – charakteryzuje się udanym i zapadającym w pamięć zestawieniem wibrujących przypraw (z wyraźnym udziałem pieprzu i kardamonu, a także kolendry i imbiru) z subtelnym, kremowym, waniliowo-żywicznym tłem, zbudowanym z sandałowca, wanilii, kadzidła i labdanum. Warto wspomnieć obecność paczuli, tym razem schowanej, budującej orientalną głębię i zmysłowość zapachu. Paczula przewija się zresztą przez wszystkie opisane tu pachnidła LM Parfums, co skłania mnie ku podejrzeniom, że Laurent Mazzone ma do niej słabość (czemu wcale się nie dziwę). Ja z kolei mam ewidentną słabość do kardamonu (ok – do paczuli także, ale nie w każdym wydaniu), co potwierdziło się przy okazji testów Scandinavian Crime. Jeżeli zastosowany w perfumach w wyczuwalnej ilości (tak jest niemal zawsze, gdyż jest to nuta bardzo ekspansywna) – to jest on niemal gwarantem tego, że te przypadną mi do gustu. Tak jest i tym razem. Obok hipnotycznie pięknego Army of Lovers, Scandinavian Crime to mój absolutny faworyt spośród dotychczas poznanych pachnideł LM Parfums. Taki, którego flakon z chęcią widziałbym we własnej kolekcji.

LM Scandinavian Crime

główne nuty: pieprz, gałka muszkatołowa, kolendra, kardamon, imbir, paczula, oud, drewno sandałowe, ambra, piżmo, wanilia, kadzidło, labdanum

 

LM Parfums oferuje pachnidła przeznaczone dla wielbicieli gęstych, mocnych, orientalnie wyrafinowanych olfaktorycznych sygnatur. Jest w nich coś mrocznego i gotyckiego – w rozumieniu popularnego w latach 90-tych nurtu muzyki rockowej. To perfumy, które wydają się prost idealnie pasować do postaci pokroju Roberta Smitha (The Cure), Carla McCoya (Fields of The Nephilim), Andrew Eldritcha (The Sisters of Mercy) czy Anji Orthodox (Closterkeller), a także osób, które gustują w tego typu stylistyce, nie tylko zresztą muzycznej. Dla niektórych przecież to styl życia i bycia. I choć ja do nich nie należę, to jednak olfaktoryczna magia Laurenta Mazzone zaintrygowała mnie do tego stopnia, że jestem przekonany, iż nieraz jeszcze zagości on na Perfumowym Blogu. Bo mrok i czerń mają swój hipnotyczny urok…

Andrew Eldritch

„Więc wróciłem…

Po co płaczesz?

Gdy będę martwy,

Będziesz płakać mocniej?”

 

 

P.S. W artykule wykorzystano cytaty z tekstów piosenek zespołu Fields of the Nephilim: „At The Gates of Silent Memory” i „The Sequel”.

 

 

Franck Boclet „Rock & Riot” – perfumy rockowe?

Franck Boclet to francuski projektant mody męskiej, od 2011 roku prowadzący własny dom mody. Lubuje się w nieco nonszalanckiej stylistyce, łączącej klasyczne inspiracje z – jak twierdzi – anarchią. Nie znam się na tym, więc nie mi to oceniać. Mnie interesują perfumy. A te Boclet włączył do swej oferty w 2013 roku w postaci zapachów dedykowanych popularnym i tradycyjnym perfumowym aromatom (m.in. Lavender, Oud, Patchouli, Leather, Musc, Tobacco, Tonka itd.). Ta kolekcja jest od momentu jej przedstawienia sukcesywnie rozbudowywana i na pewno powinna zwrócić uwagę wszystkich panów, dla których perfumy są istotnym dopełnieniem stylu lub osobowości (albo jednego i drugiego).

boclet rock riot

W 2016 roku Boclet zaprezentował trio zapachowe rozpoczynające nowy cykl perfum zatytułowany Rock & Riot, inspirowanych muzyką – nazwijmy to – rozrywkową, pochodzącą z czasów, gdy standardowym nośnikiem muzyki były jeszcze winylowe krążki. Nazwy poszczególnych zapachów pochodzą od tytułów znanych utworów muzycznych. W skład kolekcji obecnie wchodzi już sześć pachnideł: Heroes, Angie, Ashes, Cocaine, Rebel, Sugar, mających bardzo wysoką koncentrację ekstraktów perfumowych. Dziś moje wrażenia dotyczące pierwszych trzech z nich.

 

Heroes

Nazwa ma – jak domniemam – być nawiązaniem do słynnej piosenki Davida Bowiego z 1977 roku, w której ten opisuje parę kochanków spotykających się w cieniu berlińskiego muru:

„(…) Ja, ja to pamiętam (pamiętam)
Staliśmy pod murem (pod murem)
Broń strzelała nad naszymi głowami
(nad naszymi głowami)
I całowaliśmy się
Tak jakby nic nie mogło zostać zburzone
(nic nie mogło zostać zburzone)
Wstyd był po drugiej stronie
Och, możemy ich pokonać, już na zawsze
Potem możemy być bohaterami
Tylko na jeden dzień (…)”*

Boclet rozpoczyna swój zapach mocnym uderzeniem, złożonym z zielono-drzewnego galbanum, połączonego z sucho-zieloną bylicą. Z czasem mniej w tym tej lekko kwaśnej zieleni, a więcej suchych drzew. Tyle. I tak to trwa całkiem długo, jako że Heroes o – podobnie jak pozostałe zapachy tej trójki – to bardzo trwałe perfumy.  Nie mogę jednak w tym miejscu nie napisać, że to aromat bardzo dobrze mi znany i bardzo przez mnie lubiany, tyle że występujący już od kilku lat pod inną nazwą – Interlude Man Amouage. Ta sama zielono-sucha i przyprawowa drzewność, może tylko o jednak nieco mniej spektakularnych parametrach. Brak oregano w składzie niewiele tu zmienia. Tak czy inaczej – siłą rzeczy – Heroes podoba mi się.

nuty głowy: bergamotka, bylica, galbanum, kokos

nuty serca: geranium, ylang-ylang, heliotrop, paczula, drzewo sandałowe,
gwajak, cedr

nuty bazy: ambra, wanilia, mech, bób tonka

 

Angie

W tym przypadku muzyczne skojarzenie może być tylko jedno. Przebojowa, ale w swej treści smutna akustyczna ballada The Rolling Stones z 1973 roku o zakończonym romansie Keitha Richardsa stała się – jak podejrzewam – kanwą dla tej olfaktorycznej kompozycji, którą wyróżnia dominująca mleczno-zielona, egzotyczna nuta figi, w jakimś sensie mogąca symbolizować gorące uczucie gitarzysty do tytułowej niewiasty…

„(…) Ale Angie, nadal Cię kocham…
Gdziekolwiek patrzę widzę Twoje oczy
Nie ma kobiety, która Tobie dorównuje
Chodź tu, kochanie, osusz swoje oczy (…)”*

Akord mlecznej figi dominuje tu właściwie przez cały czas, tyle że o ile na początku jest najwyraźniejszy, to z czasem w sercu zaczynają mu towarzyszyć nuty drzewne, by w bazie dodatkowo wzbogacić się miękką wanilią. Jednak nawet wtedy ślad figowego tematu jest wciąż obecny, niczym tytułowa Angie w pamięci Keitha Richardsa. Nie jestem fanem pachnideł figowych, ale tutejsze męskie jej połączenie z nutami drzewnymi jest – jak dla mnie – całkiem przekonujące.

nuty głowy: suszona figa, mleczna figa, liście figi

nuty serca: nuty kwiatowe, głóg, nuty drzewne, cedr, drzewo sandałowe

nuty bazy: ambra, piżmo, wanilia

Ashes

Wydaje się być zainspirowany inną piosenka Dawida Bowie – Ashes to Ashes – z wydanej w 1980 roku płyty Scary Monsters (and Super Creeps), w której Bowie nawiązuje do postaci majora Toma, przedstawionego publiczności na słynnym albumie Space Oddity z 1969 roku.

„(…) Z prochu w proch, ze strachu do zastraszenia
Wiemy, że major Tom jest ćpunem
Zawieszony wysoko w niebie
Sięga dna (…)”*

Olfaktoryczne nawiązanie do tytułu i tekstu piosenki jest tu bardzo dosłowne, poprzez sypką niczym popiół nutę obecną w bazie zapachu. Jednak zanim ona nastąpi, najpierw mamy intensywny, przyprawowy początek, z nutą piołunu, z czasem rozwijający się w kierunku drzewnego serca (cedr i gwajak),  aż do sucho-drzewnego, popiołowego właśnie finiszu z ładnie przebijającym się, ale nie dominującym kadzidłem. Ashes to zapach dla wielbicieli dobrze doprawionych mocnych woni sucho-drzewnych i kadzidlanych, do których od zawsze się zaliczam. Tak więc to mój ulubieniec w opisywanej trójce Rock & Riot. Nie może być inaczej.

nuty głowy: piołun, goździk

nuty serca: gwajak, cedr atlaski, cedr z Virginii, paczula

nuty bazy: ambra, suche drewno, piżmo, kadzidło

 

Rock & Riot Francka Bocleta to zapachy obiektywnie naprawdę porządnej jakości, intensywne, mocne, trwałe, rozwijające się na skórze. Pod względem warsztatowym to więc „pełna profeska”. Choć tematycznie nie wnoszą nic nowego do perfumerii, to jednak zgrabnie eksplorują znane (ale – przyznajmy – dość już „ograne”) niszowe tematy, czasem niestety posuwając się do perfumowego plagiatu, jak jest w przypadku Heroes (David Bowie z pewnością nie posunąłby się do tego, gdyż to raczej jego kopiowano, co i tak było trudne, bo z albumu na album – jakby na przekór – grał inną muzykę). Niemniej ciekaw jestem bardzo pozostałych trzech pachnideł tego cyklu oraz tego, co Boclet zaproponuje w przyszłości, bo pewien jestem, że na sześciu piosenkach się tu nie skończy. Przydałby się wszak cały album, choć może niekoniecznie zaraz podwójny…

Aha. Jeszcze jedno. Czy mogę mieć życzenie? Poproszę o Stairway to Heaven oraz Child in Time. 🙂

*) Tłumaczenia tesktów piosenek zaczerpnięto z http://www.tekstowo.pl

PS. Perfumy Rock & Riot dostępne są w warszawskiej perfumerii Quality Missala.

Roja Dove „Britannia” – perfumowa arystokracja XXI wieku

Roja Dove znany jest z zamiłowania do Haute Parfumerie (w szczególności do domu Guerlain, dla którego przez wiele lat swej kariery pracował), czemu daje upust w swoich – co do tego nie mam wątpliwości – wyjątkowych pachnidłach.

Kto kiedykolwiek testował olfaktoryczne dzieła Dove’a ten wie, że ich bogactwo i wielowymiarowość oraz klasyczny styl nie mają sobie chyba równych we współczesnej perfumerii (może poza przywróconymi do życia – z pomocą Dove’a zresztą – pachnideł starej brytyjskiej marki Grossmith London). Co więcej,  są one w ogóle zaprzeczeniem tego, w jaki sposób dziś robi się perfumy. Stanowią współczesną apoteozę wysokiej perfumerii przełomu końca XIX i pierwszej połowy XX wieku. Przy pachnidłach Roja Parfums wszystkie inne zdają się dziś być „szarymi myszkami”, zawstydzonymi Kopciuszkami na balu u króla. Jedno jest pewne – Roja Dove wie, jak tworzyć królewskie perfumy.

roje-dove-piter-2

Dove bowiem nie oszczędza na niczym. Jak róża – to majowa (z Grasse), jak jaśmin – to oczywiście ten z Grasse, jak irys – to florencki, a jak sandałowiec – to z Mysore. Tu nie ma taryfy ulgowej. Te najszlachetniejsze ingrediencje komponuje w perfumy pachnące jak gdyby zostały „wyjęte” ze złotej epoki perfum. Nadaje im zwykle stosowną, bardzo wysoką koncentrację (eau de parfum lub parfum). Tymi wonnymi miksturami napełnia piękne flakony wykonane z najwyższej jakości grubego szkła, z misternie zdobionymi, pozłacanymi zatyczkami i grawerowanymi etykietami. Za tym wszystkim podąża oczywiście też cena, która – siłą rzeczy – ogranicza klientelę Dove’a do tej najzamożniejszej. I tylko o tę mu chodzi. Przecież to prawdziwe Haute Parfumerie!

Zapachowy gust Dove’a ukształtowała w dużej mierze praca dla Guerlaina, a wspomnienia wielkich dzieł francuskiego domu perfumowego odnaleźć można w wielu pachnidłach Brytyjczyka.

Mająca swą premierę w bieżącym roku Britannia stanowi doskonały przykład stylu, talentu i pasji tego nietuzinkowego i nieco ekscentrycznego twórcy. To pachnidło orientalne, w którym odnajdziemy cała masę naturalnych ingrediencji budujących kalejdoskop nut, poukładanych wszakże w jedną bardzo sensowną całość. Zasadniczo Britannia składa się z trzech grup nut zapachowych: kulinarnych (cytrusy, kakao, cynamon, wanilia, goździk, brzoskwinia), które nadają mu apetycznej zmysłowości, kwiatowych (róża, jaśmin, heliotrop, magnolia champaca, cassia, irys), przydających pachnidłu kobiecości i drzewnych (paczula, wetyweria, sandałowiec), które z kolei równoważą kobiecy charakter elementami męskimi, ale także pogłębiają zapach i tworzą jego szkielet. Całości dopełnia obowiązkowa w perfumach Roja Dove’a niezwykle cenna naturalna szara ambra oraz piżma.

roja-dove-britannia-parfum

Na samym początku na pierwszy plan wybija się akord kulinarny z dominacją nuty kakao i słodkich cytrusów. Z czasem ujawniają się nuty kwiatowe, wciąż mocno podbudowane słodkimi przyprawami. Kakao schodzi na dalszy plan, a coraz wyraźniejszy stają się brzoskwinia i heliotrop, który odpowiada za spore podobieństwo Britanni – przynajmniej na tym etapie – do L’Heure Bleu Jacquesa Guerlaina. W tym sensie serce Britanni leży w Paryżu. Drzewno-kulinarna baza wieńczy to monumentalne dzieło, przy czym zmysłowy ślad ambry i piżm pozostaje na skórze do dnia następnego.

Sto mililitrów tego eliksiru zamknięte w eleganckim zdobionym flakonie z grubego szkła kosztuje 750 brytyjskich funtów. To prawdziwa arystokracja wśród perfum.

Britannia to czyste perfumy – najwyższa koncentracja zapachowa. Pachną blisko skóry i rozwijają się na niej bardzo powoli i dystyngowanie w klasyczny sposób, choć sprowadzenie ich li tylko do trzech akordów czy faz byłoby niesprawiedliwe. Każda faza ma tu pewnie co najmniej dwie „podfazy”, ale nie ma sensu dzielić włosa na czworo, bo można zatracić obraz całości. A ta jest majestatyczna i poruszająco piękna. Britannia nie tylko brzmi dumnie i królewsko, ale tak też pachnie. Zdaje mi się też, że ląduje głównie pod królewskimi choinkami…

 

 

britannia-parfum-100ml-pac

nuty głowy: cedrat, bergamotka, mandarynka

nuty serca : róża majowa, jaśmin z Grasse, magnolia champaca, heliotrop, cassia (cynamonowiec), fiołek, brzoskwinia

nuty bazy: cynamon, goździk, paczula, wetyweria, drewno sandałowe, wanilia, kakao, irys, szara ambra, piżmo

perfumiarz: Roja Dove

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 3,5/ trwałość: 6,0

Frederic Malle i Michel Roudnitska „Noir Epices”

Mogło to wyglądać tak:

Była końcówka lat 90-tych ubiegłego wieku. W prowansalskim miasteczku Cabris, położonym niedaleko słynnego Grasse, w pięknym domu otoczonym wielkim, pełnym wonnych kwiatów ogrodem, pracował Michel. Choć od dawna, z wielkimi sukcesami, parał się fotografią i tworzeniem prezentacji łączących obraz, dźwięk i zapach, a jego dzieła towarzyszyły pokazom najznamienitszych marek (np. Diora), to nad czym pracował przez ostatnie dwa lata, było czymś zgoła odmiennym. Złożone z wielu składników pachnidło najpierw dojrzewało w głowie Michela, później zaczęło przybierać fizyczną formę. Chciał dedykować te perfumy pięknej brunetce, niespełnionej miłości jego życia. Zapach uważał już praktycznie za skończony. Ostatnie poprawki dotyczące ilości użytej esencji z drewna sandałowego oraz olejku geranium, ale przede wszystkim dodania aldehydu pomarańczowego okazały się kluczowe dla finalnego efektu. Michel był zadowolony z tych zmian. Wcześniej przez długi czas tkwił w martwym punkcie i nie wiedział, w którą stronę podążyć. Zapachowi wyraźnie czegoś brakowało. Teraz jednak, gdy dokonał tych drobnych, ale jakże istotnych modyfikacji, czuł, że jego praca dobiegła końca. Był na tyle dojrzałym perfumiarzem, że wiedział, iż kolejne próby manipulowania proporcjami ingrediencji, choć kuszące, mogłyby zrujnować to, co już osiągnął. Sięgnął po papierowy blotter, spryskał go wonnym płynem o bursztynowo-żółtej barwie, odczekał kilkanaście sekund, aż odparuje alkoholowy nośnik, zbliżył blotter do nozdrzy, rozchylił minimalnie usta i wykonał głęboki wdech nosem… Poczuł, jak mieszanka wibrujących molekuł wpływa głęboko w jego kanały węchowe. Receptory zaczęły w szaleńczym tempie rejestrować poszczególne molekuły i przekazywać impuls elektryczny do ośrodka węchowego mózgu. Tu zaczynała się prawdziwa magia. Mózg Michela zaczął przywoływać obrazy z dzieciństwa, sylwetki bliskich, pełne kolorów obrazy. Zastawiony świąteczny stół, ozdobiona świeczkami choinka, ojciec siedzący na fotelu obok kominka z maleńką siostrą Michela na kolanach, matka krzątająca się w kuchni, dochodzące stamtąd zapachy cytrusów i świątecznego piernika…

Dzwonek do drzwi przerwał Michelowi tę niezwykła podróż w przeszłość. Odłożył wonny papierek, podszedł do drzwi i otworzył je. W drzwiach stał średniego wzrostu szczupły mężczyzna o wyrazistych oczach i pełnym pasji spojrzeniu. Jego głowę zdobiła nienagannie uczesana fryzura, z charakterystyczną falą nad czołem. Miał na sobie oliwkową, sportową marynarkę w kratę, białą koszulę z rozpiętym kołnierzykiem, jasno-brązowe chinosy i mokasyny w kolorze burgundy. W prawej ręce trzymał torbę z brązowej skóry, na której widniała logo w postaci wielkiej litery H zamkniętej w okręgu. Jak zwykle wyglądał elegancko, ale była to elegancja naturalna, niewymuszona. Michel zawsze podziwiał jego wyczucie i styl. 

– Witaj, Michel! – rzekł mężczyzna.

– Cześć, Frederic! Wejdź proszę. 

Michel wskazał gościowi miejsce na skórzanej sofie stojącej przy niskim szklanym stoliku, na którym porozrzucane były różne zdjęcia autorstwa Michela i czasopisma, w których je publikował. Sam usiadł na dużym fotelu stojącym na przeciw sofy.

Co u ciebie słychać? Jak twój perfumowy projekt? Znalazłeś już odpowiednie osoby? – zasypał gościa pytaniami wyraźnie zainteresowany Michel.

– Dziękuję, prace idą w dobrym kierunku… – opowiedział zawieszając głos.

– Opowiedz nieco więcej. Jestem bardzo ciekaw. Masz ambitny plan. Ojciec z pewnością by ci kibicował…

– Wiesz przecież, że twego ojca poprosiłbym w pierwszej kolejności.

– Tak, wiem…To już prawie 3 lata… – zamyślił się. –  Choć przecież mama zgodziła się, byś opublikował perfumy, które stworzył dla niej lata świetlne temu, więc w tym sensie on też jest w to  zaangażowany…

– Zgadza się. Nie wiesz, jaki jestem z tego powodu wdzięczny i szczęśliwy. To wspaniały zapach. Ma w sobie jego ducha…

– To prawda… 

Przez chwilę obaj milczeli, jakby zaskoczeni tym osobistym i trudnym dla Michela wątkiem rozmowy. Frederic chrząknął i postanowił przerwać milczenie:

– Wracam akurat od Jean-Claude’a. Jest bardzo chętny, a nawet podekscytowany. Pierre’a Bourdona nie musiałem długo przekonywać. Mówił, że wręcz czekał na taka okazję. Nawet Olivia Giacobetti zgodziła się coś przygotować. Właściwie to już przygotowała. Przepiękny lilak, dosłownie zwalił mnie z nóg. Nowatorski, minimalistyczny, z nutką ogórka. Mówię ci, genialny. Wymyśliłem już nawet tytuł: „Mijając się”…

– Ładnie. Poetycko. Podoba mi się. Pasuje do ulotnego stylu Olivii. 

– Rozmawiam jeszcze z Mauricem. Chciałbym, byśmy wspólnie stworzyli coś kulinarnego, zmysłowego i ponadczasowego. Facet ma niesamowity talent do takich rzeczy. Będę też – to już niemal pewne – pracował z wielkim Edouardem Flechierem!

– Wow! Doskonała wiadomość!

– Owszem. Strasznie się cieszę. Wszak to człowiek odpowiedzialny za Poison! Mam też akces Ralfa Schwiegera. Facet jest piekielnie zdolny i niesamowicie uniwersalny. Ma przed sobą wielką przyszłość.

– No i Dominique?

– Tak, mój drogi Dominique… Jest od początku zaangażowany. Wyjątkowo dobrze się zrozumiemy. Dominique to według mnie najlepszy znawca składników i ich wzajemnych relacji. Ma niesamowity warsztat. Czuję, że zrobimy razem niejedną wielką rzecz.

– Podziwiam Twój entuzjazm. Wszak czasy nie są łatwe dla takich ambitnych inicjatyw, a już w szczególności w perfumerii, która dawno przestała być haute, a stała się produktem dla mas… Czyli co,  wygląda na to, że twój plan stworzenia „super teamu” wszedł w fazę poważnej realizacji? Cieszę się ogromnie. Kibicuję ci!

– Daj spokój! Ale dziękuję za miłe słowa. Właściwie to przyjechałem do ciebie, by zapytać, czy ty także nie zechciałbyś dołączyć?

– Ja? Ależ moje perfumowe doświadczenie jest tak nikłe… Owszem coś tam komponuję, ale to raczej do szuflady… Bo kto byłby zainteresowany takim klasycznym stylem dziś w dobie dominacji syntetyki, aroma-molekuł, zapachów wodnych, powietrznych i co tam jeszcze…

– Ano właśnie ja jestem zainteresowany! Chcę przywrócić świetność artystycznej perfumerii i wyprowadzić z cienia prawdziwych twórców – takich jak ty, Michel.

– Naprawdę? Cóż…Czuję się zaszczycony, choć także nieco zakłopotany…

– To jak? Nie daj się prosić…

– Z ogromną przyjemnością. Wiesz ja nawet…

– Tak?

– Mam coś gotowego, co mogłoby cię zainteresować. Właściwie, to dziś to skończyłem, zanim przyjechałeś. Pokażę ci.

Michel wstał z fotela i podszedł do swoich perfumowych organów. Wziął stojącą z brzegu stołu buteleczkę i wraz z pękiem blotterów podał ją Fredericowi. Ten jednak sięgnął do swojej torby, z której wyciągnął czystą, wyprasowaną i złożoną w kostkę białą chusteczkę bawełnianą, rozłożył ją w powietrzu kilkoma potrząśnięciami ręki, po czym drugą ręką chwycił buteleczkę i kilkakrotnie spryskał jej zawartością śnieżnobiały materiał. Odczekał kilkanaście sekund i zaczął wymachiwać nią sobie przed twarzą. Z zamkniętymi oczami wdychał zaperfumowane i wprawione w ruch za pomocą chustki powietrze. Trwało to dobre kilkadziesiąt sekund. Michel przyglądał się z uwagą Fredericowi. Starał się nie dawać tego poznać po sobie, ale wewnątrz drżał z obawy przed oceną znajomego. Widział, że Frederic to we Francji największy znawca perfum i ich historii. Prawdziwy koneser tej tematyki. Dziadek Frederica stworzył i kierował działem perfum Christiana Diora. Byli nie tylko współpracownikami, ale i przyjaciółmi. Dior często gościł w domu Malle’ów,  a matka Frederica niejednokrotnie testowała powstające własnie pachnidła, zanim te trafiły do produkcji. Mały Frederic był od dziecka otoczony wonnymi miksturami i ludźmi z branży. 

– Doskonałe! – wykrzyknął Frederic otwierając oczy.- Michel, to jest doskonałe! To jak bożonarodzeniowy szypr! Pozwól, że zabiorę ze sobą kilka ml, by spokojnie przetestować to w domu.

– Ależ oczywiście Frederic! Możesz zabrać ten flakonik, który masz w ręku. 

– Wspaniale, dziekuję. 

Frederic schował buteleczkę w torbie, spojrzał na zegarek, który nosił na lewej dłoni na brązowym skórzanym pasku i zagaił:

– Mam jeszcze chwilę. Opowiedz mi może coś więcej o tym zapachu, Michel…

Sięgnął ponownie do swej torby, tym razem wyciągając mały notatnik oprawiony  w skórę. Otworzył go na pierwszej pustej kartce i zaczął notować słowa Michela:

– Chciałem stworzyć coś zmysłowego i kobiecego z przyprawami w roli głównej, pachnącego naturalnie i głęboko, ale jednocześnie lekko, nie przytłaczająco. Użyłem sporej dawki gałki muszkatołowej mieszając ją z cynamonem, goździkiem i czarnym pieprzem. By nadać całości lekkości, dodałem słodkie cytrusy, głównie pomarańczę. Zależało mi też na nawiązaniu do klasycznych szyprów, więc sięgnąłem po różę, ale – by nie było to zbyt ewidentne – sparowałem ją z geranium…

– Uwielbiam geranium – przerwał Frederic – Chcę kiedyś poświęcić mu osobny zapach… 

–  Baza jest klasycznie drzewna – kontynuował Michel – choć wcale nie typowo szyprowa. Zrezygnowałem z mchu dębowego i labdanum, bo to było by znów zbyt oczywiste i wtórne. Zamiast tego paczulę, bez której nie wyobrażałam sobie zmysłowych perfum,  połączyłem z wetywerią, co przydało całości drzewnej treści, ale ich przesadną kwaśność złagodziłem kremowym sandałowcem. Tę kremową nutę wzmocniłem za pomocą wanilii.  Starałem się z nią nie przesadzać, by nie popaść w orientalne klisze i nie wejść na tereny Shalimar… I chyba mi się udało, mimo że do końca nie jestem pewien, czy jest jej wystarczająco. Typowy dylemat perfumiarza… W każdym razie, indywidualnie nie sposób jej poczuć, jednak gra niezwykle ważną rolę w całości. Aha, jeszcze cedr… Jest genialnym budulcem, niczym drewniane rusztowanie. Stabilizuje całość, tak że zapach płynie gładko, nie drga. Lubię go używać niemal na równi z paczulą.  Ale przyznam ci się, że magicznym dodatkiem, który nadał całości życia, okazał się octanal. Dziś na to wpadłem i to była eureka. Przez większość czasu dominuje w tym zapachu mieszanka pomarańczy, geranium, róży i przypraw, która kojarzy mi się z okresem świątecznym. Przyprawy grają tu ważną, ale nie najważniejszą rolę. Róża owszem jest istotna, ale poprzez geranium przechyliłem ją w bardziej zieloną niż czerwoną stronę, jeżeli wiesz, o czym mówię…

– Jasne. Rozumiem to doskonale. To jednak nietypowe podejście, nowatorskie. Przez to zapach nie jest – mam wrażenie – ewidentnie kobiecy…. Podoba mi się…  Te perfumy nie mogą skończyć w szufladzie. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie ujawnił ich światu, Michel, naprawdę. Powiem ci coś jeszcze, ale nie gniewaj się… Czuję w nich styl Edmonda przefiltrowany przez twój talent i warsztat. Ta taki neoklasyczny szypr, jednak bardzo w stylu Roudnitski…

– Tak się przecież nazywam Frederic, prawda? Jego krew płynie w moich żyłach, to i może nosy mamy podobne?

Roześmieli się obaj głośno. Frederic podniósł się z sofy, chwycił torbę i skierował się do wyjścia.

– Dziękuję, Michel. To jest wielka rzecz, naprawdę. Odezwę się wkrótce co do dalszego ciągu. Prześlę ci też moje wrażenia z testów.  

– To ja dziękuję Frederic! Czekam na twój feedback.

– Jeszcze jedno. Masz już może jakąś nazwę? 

– Myślałem o „Epice Noir”…

 – To może „Noir Epices”?

– Jak najbardziej, może  być.

– Świetnie. Trzymaj się zatem. Pozostajemy w kontakcie – powiedział Frederic i zniknął za drzwiami.

Dwa tygodnie później Michel znalazł w swojej skrzynce e-mailowej taki oto list:

„Witaj Michel,

nie myliłem się co do Noir Epices. Są fenomenalne. Dziś nie robi się już takich perfum, przynajmniej w celach komercyjnych. Nosiłem je przez dwa tygodnie dzień w dzień i mam tylko jedną drobną uwagę – czuję, że warto by nieco zwiększyć udział wanilii, by jeszcze lepiej ułożyć i pogłębić zapach w jego końcowej fazie. Poza tym nic bym nie zmieniał. Jeżeli się zgadzasz, podeślij mi nową próbkę wraz z recepturą. Chcę, by Noir Epices był jednym z pierwszych zapachów opublikowanych w ramach Editions de Parfums.

PS. Odwiedziła mnie ostatnio w pracowni Catherine Deneuve. Zaprezentowałem jej twój zapach. Była absolutnie zachwycona. Błagała wręcz o flakon. Darowałem jej kilka ml i obiecałem, że jak tylko wystartujemy z produkcją, dostanie w prezencie flakon. Wiem, że komponując Noir Epices myślałeś o brunetce, ale – jak widać – jego przeznaczenie było zgoła odmienne!

Pozdrawiam

Frederic”

michel-roudnitskafmalle2

PS. Wszelkie podobieństwo wydarzeń i postaci jest tu nieprzypadkowe. Jest sporo faktów oraz odrobina fikcji.

malle-noir-epices

nuty głowy: pomarańcza, róża, geranium

nuty serca : gałka muszkatołowa, cynamon, pieprz, goździk

nuty bazy: drewno sandałowe, wetyweria, paczula, cedr, wanilia

perfumiarz:  Michel Roudnitska

rok premiery: 1999

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 5,0 / projekcja: 5,0/ trwałość: 5,0