Tauer Perfumes „L’Oudh” – dogoniony króliczek?

Dobrze wiem, że kiedy Andy Tauer bierze się za jakiś nowy zapach, nie opublikuje go dopóty, dopóki ten nie będzie perfekcyjny i idealnie zgodny z wizją twórcy.

ANDY_TAUER

A że Andy Tauer nie musi oglądać się dosłownie na nic (co zawdzięcza wyłącznie samemu sobie, talentowi oraz ogromnej pracowitości), to też jego pachnidła są zawsze efektem niczym nie skrępowanej twórczej wizji. Co to oznacza? Ano tyle, że kupując perfumy marki Tauer Perfumes możemy być pewnie jednego – że będziemy mieli do czynienia z produktami wyjątkowej jakości i unikatowej treści o mocnym charakterze, który pozwoli zapach pokochać albo znienawidzić. Ale tak to już jest z dziełami bezkompromisowymi. Mógłbym tu pisać peany na cześć Tauera, ale nie taki jest mój cel. Po prostu każdym nowym zapachem utwierdza mnie on w przekonaniu, że reprezentuje wszystko, co w perfumach najlepsze, jednocześnie skrzętnie unikając wszystkiego, co moim zdaniem najgorsze (blichtr, nabzdyczenie, pompatyczność, przerost formy nad treścią, banalny i niedorzeczny marketing, nieadekwatnie wysokie pozycjonowanie produktów, wreszcie zwykła „niszowa ściema”).

Tegoroczny L’Oudh był z pewnością niespodzianką. Andy długo unikał podjęcia oudowego tematu (dłużej nawet niż wyjątkowo silnie ignorujący wszelkie mody i trendy Patricia de Nicolai czy Frederic Malle), jakby czekając, aż napompowana do granic możliwości oudowa bańka pęknie lub chociaż się skurczy. I – zdaje się – doczekał tego momentu. Bardzo dobrego momentu. Być może właśnie dlatego to, co umieścił we flakonie L’Oudh, okazało się być w jakimś sensie czystą kwintesencją oudowego trendu, a może nawet jego podsumowaniem.

Tak w każdym razie pachnie dla mnie L’Oudh. Kwintesencjonalnie. Ten przypadkowy powstały neologizm brzmi szczególnie adekwatnie do sytuacji.

W L’Oudh znajdziemy aromat, jaki dla wielu może być końcem poszukiwań w oudowej dziedzinie. Taki oudowym dogonionym króliczkiem. Oszałamiający mocnym, nieco kwaśnym początkiem, osiada na skórze w postaci mieszanki nut zwierzęcych, skórzanych i drzewnych, które na przemian przejmują pierwszy plan, by sfiniszować sucho-drzewnym akordem.

agarwood

L’Oudh przez cały czas utrzymuje wytrwany i raczej surowy charakter. Bez zbędnych ozdobników. Jest bardzo na temat.

Zastosowany olejek z oudu pochodzący z Laosu pachnie szczególnie. Wspominałem już, że to mój ulubiony gatunek, którego stosuje m.in. James Heeley (Agarwoud i Phoencia) oraz Francis Kurkdjian (genialne oudowe trio Oud Moods). Jest on bogaty właśnie w skórzane i sucho drzewne oraz animalne akcenty. Podejrzewam, że Andy – po umieszczeniu drogocennej esencji w centrum kompozycji – podkręcił wszystkie jej naturalne aspekty za pomocą odpowiednio dobranych ingrediencji, o których zresztą otwarcie wspomina. Kastoreum, piżmo i szara ambra wzmocniły aspekt zwierzęcy (ale bez obaw – nie dominuje on zapachu). Esencja z sandałowca oraz moje ukochane składniki: cypriol i wetyweria podkreśliły drzewną istotę oudu, zaś styrax, labdanum, mirra, tytoń i paczula budują akord skórzany. Do tego ta przedziwna nuta smardza(!), którą Andy określił jako na poły naturalną, na poły sztuczną (zapewne efekt kompozycyjnych zmagań artysty), nadająca subtelnej grzybnej aury (oud to przecież w naturze efekt reakcji drewna agarowego na atak bakterii i grzybów). Tak więc wszystkie te składniki nie tyle ozdabiają aromat, ile go wzmacniają. Efekt jest naprawdę bardzo sugestywny i absolutnie niezwykły.

L’Oudh pachnie bardzo naturalnie (i w istocie swojej zbudowany jest w przewadze z naturalnych ingrediencji). Jest zapachem niemal linearnym, o bardzo precyzyjnie wyregulowanej projekcji, nie dominującej otoczenia, ale pięknie wyczuwalnej przez noszącego przez większość czasu i pozostawiającej za noszącym magnetyzującą smużkę. Może doskonale łączyć się z innymi perfumami, dodając im egzotyki i intrygującej drzewnej nuty.  Trwa przy tym dobrze ponad 12 godzin. Ma wszelkie cechy czyniące go zapachem absolutnie wybitnym w swojej stylistyce. Jest przykładem perfum doskonałych, choć pod względem treści i charakteru skierowanych do koneserów, których zresztą ma ogromne szanse ukontentować.  Ja z pełną odpowiedzialnością daje L’Oudh najwyższą notę. Oudowe arcydzieło.

Tauer LOudh

dominujące nuty: drewno, skóra, animalne

główne składniki: oud z Laosu, cypriol, ciemna wetyweria z Javy, paczula, mirra, piżmo, labdanum, drewno sandałowe, szara ambra, smardz, tytoń, róża, jaśmin

nos: Andy Tauer

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0

James Heeley „Phoenicia” – oud Fenicjan

Kilka lat temu bardzo entuzjastycznie oceniłem Agarwoud Jamesa Heeleya. Dziś podpisałbym się pod moją opinią obiema rękami. Zamiast tego wolę jednak obiema rękami napisać kilka zdań o innym zapachu tej marki, który również zawiera słynny i ulubiony przez mnie oud z Laosu, i który zasługuje na nie mniejszy zachwyt.

phoenicia heeley

Phoenicia to pachnidło z 2015 roku umieszczone w kolekcji ekstraktów perfumowych Jamesa Heeleya. Znany z Agarwoud – gdzie towarzyszył róży – laotański oud jest tu tym razem otoczony subtelnymi nutami suszonych owoców oraz kadzidłem, labdanum i rozmaitymi esencjami drzewnymi: sandałowcem, wetywerią, cedrem, brzozą.

To brzoza właśnie o w połączeniu z kadzidłem i oudem oraz wetywerią stanowią moim zdaniem o unikalnym, nieco dymnym i drzewnym charakterze tego niezwykłego pachnidła. Przypominać ono nieco może Black Tourmaline Oliviera Durbano, ale inaczej rozłożone są tu akcenty – więcej oudu, drewna w ogóle i kadzidła, a mniej wędzonego dymu, a przy tym bardzo ostrożna projekcja.

Co interesujące, mimo sporej liczby różnych składników o podobnej naturze, zapach jest bardzo przejrzysty, a żadna nuta indywidualnie nie dominuje – poza – co oczywiste – oudem lub – szerzej – akordem drzewnym z oudem na czele.  Phoenicia ma niemal linearny charakter, poza subtelnie owocowym początkiem, w zasadzie trwa jako drzewno-kadzidlany akord, przy czym z czasem wyraźniej brzmi kadzidło, dzięki dodatkom drzewnym nie popadające jednak w religijny klimat.

Można Fenicję nosić nie tylko solo, ale również z powodzeniem łączyć ją z innymi perfumami, dodając tym samym nowego, intrygującego drzewno-kadzidlanego wymiaru. Szczególnie zapachy z różą w dominancie w naturalny sposób doskonale połączą się z Fenicją, ale przecież nie tylko. Można dowolnie eksperymentować, choć ja osoboście wolę niczym nie zakłócać tego wyjątkowego aromatu.

phoenicia 2 heeley

Phoenicia jest – jak wszystkie zapachy Heeleya – do perfekcji wyważona, a przy tym bardzo elegancka.

To oud podany z ogromnym smakiem, bez zbędnych ozdobników, ale w sposób natychmiast akceptowalny. Obecny na skórze w formie intensywnego ekstraktu emanuje z niej subtelną, ale obecną strużką, tworzącą zagadkowy i intrygujący akcent. Wspaniały przykład współczesnej perfumerii zachodniej, zainspirowanej orientalnym aromatem i przedstawionej w bardzo przyjazny, a jednocześnie pełen klasy i wyrafinowania sposób.

Brawo Heeley.

phoenicia 3 heeley

dominujące nuty: suszone owoce,  drewna (oud, wetyweria, brzoza)

składniki: kadzidło, labdanum, daktyle, suche żywice, oud, drewno sandałowe, cedr, brzoza, wetyweria

nos: James Heeley

rok premiery: 2015

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 3,5

 

Clean Reserve – równowaga i odpowiedzialność, czyli eko-perfumy

Wracam dziś do marki Clean, a to przy okazji linii Clean Reserve. To wyjątkowa kolekcja zapachów stworzona w duchu kontrastu clean-dirt, która zdecydowanie wychodzi poza estetykę prezentowaną przez zapachy z głównej linii, o których pisałem kilka tygodni temu tu.

 

clean reserve bottles

Kompozycje wchodzące w skład Clean Reserve powstały ze składników pochodzących ze zrównoważonych upraw, pozyskiwanych w sposób odpowiedzialny, często posiadających ekologiczne certyfikaty. Wedle PR-owców marki stanowią one nową generację zapachów Clean i tworzą zupełnie nowe doświadczenia zapachowe.

Trzy zapachy z tej linii, które miałem przyjemność poznać, cechuje paradoksalnie bardziej tradycyjny w treści charakter, aniżeli zaskakujące odcieniami detergentowej świeżości pachnidła klasycznej linii Clean. Penetrują one olfaktoryczne obszary znane z produktów wielu niszowych marek perfumowych, przy czym robią to w sposób bardzo oszczędny, niemal minimalistyczny i dość subtelny, przez co sprawiają wrażenie lekkich, a nawet czystych. Choć stanowią odrębne byty, zostały pomyślane tak, by móc kreatywnie łączyć je na skórze w ramach tzw. layeringu.

Citron fig rozpoczyna sie wyrazistym w swej świeżości akordem zbudowanym z rześkich cytrusów i cis-3-Heksen-1-olu, czyli nuty soczysto-trawiastej, które mają ewokować aromat figi. Kardamon i imbir – choć użyte niezwykle oszczędnie – przydają pikantnej ekspresji, balsam Copaiba dodaje głębi, zaś drewno sandałowe i cedr budują sucho-drzewny finisz i wraz z piżmami utrwalają zapach na skórze. Citron fig jest lekki, świeży, ale ma też intrygującą drzewną podbudowę.  Jest czytelnie skonstruowany, bardzo przyjemny, zrównoważony i całkiem trwały, przy początkowo dość wyraźnej, a później już subtelnej projekcji. Zapach skomponował perfumiarz Richard Herpin z Firmenich.

Clean-Reserve-Citron fig

Sel Santal – zgodnie ze swą nazwą – zawiera w formule esencję z drewna sandałowego. Ale jego zasadnicza i dominująca natura jest zielona, a to w wyniku zastosowania nuty fiołka, która na początku rozświetlona została mandarynką i bergamotką, a w sercu subtelnie posolona, co zostało zresztą podkreślone w nazwie zapachu. W spisie nut wymienia się też dość abstrakcyjny aromat „kremu z orzechów laskowych”, co należy potraktować raczej jako „perfumową poezję, aniżeli konkret. Drewnu sandałowemu w bazie towarzyszy duet ambry i piżma. Zapach ma parametry podobne do Citron fig, czyli dość intensywny, projektujący początek i raczej spokojny dalszy ciąg, kończący sie bardzo delikatną bazą. Na papierze testowym na wiele dni po aplikacji Sel Santal pozostaje już tylko wyraźny piżmowy finisz. Jego drzewno-słona sygnatura może kojarzyć się nieco z Santal 33 Le Labo, ale pachnidło Clean jest nieporównanie bardziej subtelne i bardziej świeże. Zapach skomponowała znana z pracy m.in. dla Biehl Parfumkunstwerke Patricia Choux (Mane).

Clean-Reserve-Sel_Santal

 

Sueded Oud to w tym zestawieniu mój faworyt, ale wynika to wyłącznie z moich zapachowych preferencji, a nie samego zapachu, który pod względem temperamentu jest bardzo podobny do pozostałych dwóch przeze mnie opisanych. Tyle, że tym razem mamy do czynienie z raczej linearnym pachnidłem stricte drzewnym z odrobiną nowoczesnej skóry – zamszu. Nieco wygładzony cyprysem i wiciokrzewem początek szybko przechodzi do meritum, a tym jest drzewny akord oudowy. Oud marki Clean (co za kontrastowe połączenie – czystość i oud!) jest subtelny, lekko dymny, z pewną dozą nutki, którą ja nazywam emulsyjną, farbową (tak wyrazistą w New York Amber marki Bond No. 9), którą przy odrobinie wyobraźni można faktycznie nazwać zamszową. Jedyna zmiana, jakie podlega Sueded Oud na skórze (a także na testowym papierze) to gubienie tej emaliowej skóry i wysuszanie się. Nuta pozostająca na skórze najdłużej, to suche, pyliste drewno, o co podejrzewam albo cedr albo papirus (ale raczej to pierwsze).

Marka poleca Sueded Oud jako doskonały podkład pod jakikolwiek inny zapach z serii Reserve tworząc w ten sposób analogię do tradycyjnego użycia oudu przez mieszkańców krajów arabskich, w których ten jest niezwykle popularny. Tam esencja oudu (lub oudowy dym) służy właśnie jako podkład do perfumowania sie innymi aromatami – przede wszystkim kwiatowymi. Faktycznie Sueded Oud ma wszelkie cechy takiego podkładu – wyraźną drzewność i linearność, a także ponadprzeciętną trwałość, w szczególności na tkaninie. Zapach skomponował Claude Dir, perfumiarz firmy Mane.

Clean-Reserve-sueded-oud-1

Warto zatrzymać się przy opakowaniu, które – czym marka ewidentnie się szczyci – zostało wykonane z materiałów ekologicznych poczynając od masywnego flakonu 100 ml z białego szkła, bardzo prostego w recyklingu, aż po korek zrobiony z drewna z hiszpańskich lasów o zrównoważonej gospodarce drewnem. Dalej – pudełko z papieru z certyfikatem FSC, biodegradowalny celofan z kukurydzy. Zawartość jest nie mniej eco – składniki z odpowiedzialnych upraw, alkohol z kukurydzy z dodatkiem aloesu. Wszystko to w bardzo spójny i przemyślany sposób zaprojektowane robi naprawdę przekonujące wrażenie czystości, przyjazności i dbałości o środowisko. Z punktu widzenia ekologicznego designu Clean Reserve to niewątpliwie przykład godny naśladowania. Ale nie tylko. Trzeba oddać, że flakony tej serii prezentują się naprawdę fantastycznie i będą podobać się lubiącym elegancki, „czysty” minimalizm. Mnie podobają się zdecydowanie.

Zapachy Clean Reserve należą do gatunku przyjemnych, intrygujących i wchodzących na terytoria olfaktoryczne najchętniej penetrowane przez marki niszowe. Tu jednak podane one zostały w bardzo przystępny, atrakcyjny i ostrożny sposób tak, by nie przestraszyć odbiorców. Mogą stanowić pierwszy krok w „rytuale przejścia” z używania perfum mainstreamowych do pławienia się w bezkresnych odmętach perfumowej niszy z jej niezwykłym bogactwem i fascynującą kreatywnością. Ale mogą też być dokładnie tym, czego szukamy. Czymś akurat i w sam raz.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

The House of Oud – kiedy Włoch spotyka Araba (Saudyjczyka)…

Za marką The House of Oud stoi międzynarodowy duet. Para biznesowych wspólników, partnerów, których połączyła pasja do perfum i… oudu.

Efektem ich pracy jest kolekcja (a dokładnie dwie) pachnideł, których cechami wspólnymi są niezwykłych kształtów i barw flakony (trzeba oddać, że spektakularne) oraz to, że każda kompozycja rzekomo zawiera w formule oud. Stąd też nazwa brandu. Nie znaczy to jednak, że w każdym pachnidle ten oud jest ewidentnie wyczuwalny. Stanowi natomiast – wedle informacji twórców – element receptury każdego z nich. Za ten „wszędobylski” oud odpowiedzialny jest Saudyjczyk Mohammed Abu Nashim, człowiek opętany miłością do esencji z zagrzybionego drewna agarowego. Można i tak, prawda? Przeciwwagę dla niego stanowi Włoch Andrea Casotti, który w pewnym momencie procesu opracowywania koncepcji marki i perfum tworzących obie kolekcje postawił na swoim i nie dopuścił do tego, by – jak tego chciał jego wspólnik „w zbrodni” – każde pachnidło The House of Oud emitowało wyraźną oudową nutę. Czy to dobrze? Trudno powiedzieć. Dyskutowałbym z tym, ale zamiast tego przejdę to opisania swoich wrażeń z testów poszczególnych perfum.

 

Desert Day – dzień na pustyni

To kolekcja pięciu pachnideł zdominowanych przez nuty przyprawowe i drzewne. Sprawiają wrażenie dedykowanych raczej męskiej klienteli.

HoO Day

Golden Powder pachnie suchymi przyprawami i drewnem. Najpierw przeważają cynamon i gałka muszkatołowa, później górę biorą esencje drzewne – cedr, sandałowiec, gwajak. Baza z początku jest ciepła, wypełniona labdanum, wanilią, tonką i kwiatem tytoniu. Finał zaś sucho-drzewny, niestety dość cichy.

Owocowo drzewny Wonderfly zawiera wedle źródeł unikatową w perfumerii esencję z jagód goi, pachnie na początku słodko-owocowo z subtelnym akcentem ziemi. Później jest bardziej drzewne, sama głębia to już suche drewno, które wydaje się być podstawą większości pachnideł The House of Oud.

Blessing Silence to jedyne wyraźnie oudowe pachnidło The House of Oud. Klasycznie arabskie połączenie oudu z różą i szafranem skutkuje aromatem dobrze znanym z propozycji wielu marek (m.in. Montale, Bond No.9, Heeley, Maison Francis Kurkdjian) przedstawionym tu wszakże w sposób wyjątkowo przekonujący. Blessing Silence to mój faworyt w kolekcji Desert Day, zapachowe odzwierciedlenie wieczoru na pustyni, woń upalnego gorąca u schyłku dnia. Mocna rzecz. Magnetyzująca i mistyczna.

THE-HOUSE-OF-OUD-Blessing-Silence-75ml-EDP-957x1024

Breath of the Infinite to najdziwniejszy zapach z obu kolekcji, pachnący bardzo… chemicznie. Trudno to nawet nazwać klasycznymi perfumami. To raczej olfaktoryczny obraz pustyni, namalowany bardzo oszczędnymi środkami. Ambroxan, cashmeran, ślad jakiejś nieokreślonej nuty owocowo-kwiatowej, która zresztą przedziwnie nabiera z czasem większej wyrazistości, jakby wynurzała się z gorącego piasku. Całość raczej dysonansowa, sucha, dusząca… Pachnie jak rozgrzany słońcem piasek. Może o to właśnie chodziło? Jeśli tak, to OK. Rozumiem. Ale nie kupuję.

Wind Heat przedstawia się zdecydowanie lepiej. Ma przyprawowy początek z obecnym przez pierwsze kilkadziesiąt sekund pieprzem, następnie wybijająca się gałką muszkatołową, spod której wyłania się stopniowo stanowiący serce zapachu aromat będący mieszanką irysa, cedru, wetywerii i oudu. Orientalna kompozycja o intrygującej, pikantnej nucie ze zmysłowym sercem i ładnym suchym drzewnym finiszem. Zdecydowanie jeden z moich faworytów w ofercie marki.

The-House-of-Oud-Wind-Heat-Eau-de-Parfum-Spray-63744

 

Klem Garden – dzień w ogrodzie Klem

Na tę kolekcję także składa się pięć pachnideł, tyle że o wyraźnie innym charakterze od tych budujących Desert Day. Więcej tu nut kwiatowych i owocowych, mniej arabskiego orientu. Intensywność, gęstość i trwałość tych pachnideł pozostaje na podobnym, ponadprzeciętnym poziomie.

HoO GArden

Grape Pearls to całkiem udane połączenie kulinariów i piżm oraz subtelnej drzewnej bazy. Oto nuty owoców (konkretnie rzekomo winogron) w towarzystwie kawy na oudowym podkładzie. Poukładane w sposób, jaki znamy z perfum Mancera (Aoud Cafe) czy Montale (Intense Cafe) aczkolwiek z większą gracją. Bardzo przyjemne, uniseksowe, zmysłowe pachnidło. Tylko?

Dates Delight jest kulinarnym, słodkim zapachem orientalnym, w którym nuta suszonych owoców połączona została z żywiczną bazą oraz nuta słodkiego tytoniu a’la Tuscan Leather Toma Forda.

Cypress Shade – wg Andrei Casottiego –  zostało stworzone z myślą o perfumowych maniakach, blogerach, miłośnikach woni niebagatelnych, złożonych, fascynujących. W jego formule – obok cytrusów, nut zielonych (petit grain, kolendra, mięta) zawarto esencję z cedru z Madagaskaru oraz bardzo wyraźną, wzmacniającą się z czasem nutę wetywerii. Oud jako taki nie ujawnia się tu indywidualnie. Po kilkunastu minutach od aplikacji na skórze wetyweria zaczyna dominować i – trzeba to przyznać – pachnie wyjątkowo, głęboko, intensywnie. Z czasem zaczyna przybierać nieco mydlanego, „czystego” charakteru, trochę w kierunku Original Vetiver Creeda. Nie dziwi mnie, że to ulubione przez panów perfumy The House of Oud. To także jeden z moich ulubieńców w ofercie tej marki. A już na pewno ulubiony w kolekcji Klem Garden.

THE-HOUSE-OD-OUD-Cypress-Shade-75ml-EDP-969x1024

 

Almond Harmony  –  tytułowy migdał jako początkowo dominująca nuta, w towarzystwie nut kwiatowych, w tym heliotropu (rzecz jasna) na balsamiczno-tonkowej (o tak) bazie. Heliotropina i tonka plus wanilia gwarantują słodko-migdałowy efekt obecny w pierwszej i drugiej fazie trwania zapachu. Początkowo intensywny, że aż zgrzyta między zębami. Później spod tej słodkiej pierzyny przebija się nieśmiało nuta kwiatowa, ale bardziej w typie narcyza lub lilii, niż jaśminu czy ylang, które widnieją w oficjalnym spisie nut. I tak to sobie trwa, aż zniknie…

Ładne to, słodkie, smakowite. I nie można od tego przytyć. Same zalety.

Empathy ma kręcące w nozdrzach, przyprawowo(pieprz?)-owocowe (malina?) intro, po którym nabiera nieco bardziej kwiatowego charakteru, zachowując przy tym wdzięczną owocowość. Ten owocowo-kwiatowy akord wiodący osadzony został na ładnie przedłużającej całość drzewno-mszystej bazie, z której wszakże najwyraźniej czuję cashmeran. Ładne, choć bardzo schematyczne.

 

Pachnidła The House of Oud okazały się zupełnie inne od tego, czego spodziewałem się po nazwie marki. Miałem nadzieję na kawał bezkompromisowej arabskiej perfumerii, przepełnionej prawdziwym oudem (ceny flakonów pozwalałyby na to) w różnych wydaniach. Miast tego dostałem zestaw, a właściwie dwa zestawy perfum, które z Arabią wspólnego mają bardzo niewiele. Przy czym kolekcja Desert Day generalnie wypada tu lepiej i w niej można odnaleźć ślady arabskiego sznytu, w pełni wyczuwalnego tylko w Blessing Silence. Broni się też Wind Heat, choć już nie tak ewidentnie. Z kolei kolekcja Klem Garden to raczej zestaw bardziej owocowych niż kwiatowych pachnideł orientalnych, nie wyróżniających się niczym specjalnym może poza sporą gęstością samych aromatów. Ale i tu mam swego faworyta – Cypress Shade (tu akurat ani kwiaty ani owoce nie odgrywaj istotnej roli), a to dzięki całkiem oryginalnemu i naprawdę efektownemu potraktowaniu wetywerii. W sumie trzy dobre pachnidła na 10. Nieźle, czy źle? Hmm….

Panie Casotti, dlaczego czuję się nabijany w piękną butelkę?

 

 

PS. Perfumy The House Of Oud można przetestować i zakupić w Perfumerii Quality Missala.

 

 

 

 

Montale Paris w dwunastu odsłonach

Bardzo trudno nadążyć za kolejnymi premierami marki Montale. Katalog ich produktów rozrasta się w wyjątkowo szybkim tempie, a pobieżne zapoznawani się z każdym nowym zapachem może wprowadzić w nie lada konfuzję i poczucie, że przecież to już było, że to podobne do innego zapachu tej samej – albo innej (bo i tak czasem bywa) – marki. Nie znam wystarczająco wielu perfum Montale, by móc to samemu ocenić lub jakoś uporządkować ten jakże liczny zbiór. Postanowiłem więc po prostu przebrnąć przez zapas czekających na testy próbek i choć krótko scharakteryzować moje wrażenia na ich temat. Marka o tyle ułatwia zadanie, że – z nielicznymi wyjątkami  – w nazwach perfum umieszcza dominującą nutę. I nie zawsze – na szczęście – jest to oud.

1. The New Rose (2016) – lekka, świeża, owocowa róża 

To oczywiście perfumy z różaną dominantą, podane w zdecydowanie kobiecy sposób, ale… Cóż jest nowego w tej róży? Nie ma tu rewolucji, choć trzeba oddać, że róża połączona tu z nutami owocowymi – maliną, porzeczką, brzoskwinią i cytrusami – pachnie naprawdę uroczo i świeżo, wcale nie przytłaczająco, ani nie ciężko. Szczególnie początek jest rześki i można w nim wyczuć nawet nutkę konwalii. Serce ma nieco bardziej landrynkowy charakter (ale bez przesady). Obiektywnie przyjemne, całkiem nasycone i trwałe pachnidło z zaskakującym drzewnym finiszem, rzeczywiście nieco inaczej, na świeżo prezentujące królową kwiatów. Warto przetestować.

Montale New Rose

2. Montale „Arabians” (2017) – oud i skóra w eleganckim wydaniu

To pachnidło przyprawowo-drzewno-skórzane, zainspirowane wspaniałą rasą koni (z której hodowli znana niegdyś była pewna polska stadnina…) podane w zdecydowanym, arabskim stylu. Otwiera się suchą i intrygująco gorzkawą mieszanką kardamonu i prowansalskich ziół (lawendy i tymianku). W sercu łagodnieje, staje się drzewne. Paczula i wetyweria osadzone są na skórzano-oudowym fundamencie, który przez pewien czas emituje subtelny lekarstwiany aspekt. Baza utrwalona piżmami i ambrą pozwala się cieszyć aromatem Arabians przez wiele godzin, ale to przecież standard w pachnidłach Montale, co wg mnie jest ich zdecydowaną zaletą. Co więcej, Arabians jest ładnie wyważone i nie obezwładnia mocą, co w tym przypadku uważam także za pozytyw. Ogólnie zapach w moim typie. Podoba mi się.

PS. „Arabians” ma dość osobliwą naturę. Trzyma się skóry wiele godzin, ale jego projekcja jest umiarkowana, nie wyczuwalna zbyt mocno dla noszącego, za to zauważana przez otoczenie. Na pewno nie jest więc aromatem przesadnie nachalnym czy męczącym. Zadbano o cywilizowaną moc. Choć osobiście wolę bardziej czuć perfumy na sobie.

Montale Arabians

3. Montale „Starry Nights” (2015) – nouveau chypre?

Intrygujący, balsamiczno-owocowy początek, z wyróżniającą się nutą jabłka przechodzi w kwiatowo-drzewne, szyprowe w swej istocie serce, z jaśminem zmieszanym z różą i paczulą. Wspomniany akord szyprowy jest tu jakby pastelowy, łagodny, przyjazny i zupełnie współczesny. Zaokrąglony chyba dość sporą dawką piżm, których charakterystyczna transparentna i lekko gryząca nozdrza nuta jest tu po pewnym czasie w sercu i bazie zapachu całkiem wyczuwalna. Naprawdę oryginalne ujecie tematu. Ale „Starry Nights” kryje w sobie znacznie więcej. Z czasem nabiera ostrej, nieco wprawdzie syntetycznej, ale mnie bardzo odpowiadającej ambrowo-drzewnej ostrości i finiszuje takimże aromatem. Nadspodziewanie dobry zapach. I trwały wręcz niemiłosiernie. Do tego zdecydowanie uniseksowy, odnajdzie się z powodzeniem na męskiej, jak i kobiecej skórze. A już najbardziej przedziwne jest to, że ja w jego sercu i bazie znajduję echa męskiego „Zino” od Davidoffa…

Montale Starry-Nights

4. Golden Sand (2015) – świeży i transparentny

Jak na Montale – zapach wyjątkowo lekki, co nie znaczy, że pozbawiony treści. Z początku słodkawo cytrusowy i miętowy, z minimalnie wyczuwalną różą. Z czasem bardziej wyraźny staje się zielony aromat fiołka, osadzony na subtelnej waniliowo-drzewnej bazie (sandałowiec). Im bliżej finiszu, tym bardzie zdominowany jest przez białe piżma. Golden Sand jest trudny do opisania, jakby niedookreślony, nie tak intensywny, czytelny i ewidentny jak większość znanych mich pachnideł marki. Wiąż jednak bardzo trwały. Przyznam, że mimo kilku testów, wciąż do końca nie wiem, co o nim myśleć…

 

Montale Golden Sand

5. Amber and Spices (2009) – skóra i ambra z emaliową poświatą

Mocny, ambrowo-drzewno-przyprawowy zapach, którego woń, z charakterystyczną nutką farby emaliowej, przypomina mi przede wszystkim New York Amber Bond No.9, jak i do pewnego stopnia także Davidoff Leather Blend. Co ważne, mimo wymienienia w nazwie ambry i przypraw, niezwykle ważnym elementem tego pachnidła jest nuta oudu, podana w lekko gorzki, „lekarstwiany” sposób. Zresztą przyprawy tu użyte są także dość szczególne i nie należą to najpopularniejszych – kmin i gałka muszkatołowa. Przydają one zapachowi głębi, gorzkości i odrobiny cielesnej zmysłowości. Summa summarum Amber & Spices to moim zdaniem jeden z najlepszych perfum od Montale. Zdecydowanie warte uwagi tych, którzy cenią sobie tego typu mocne quasi-arabskie aromaty.

Montale Amber and Spices

6. Montale „Sweet Peony” (2017) – piwonie i róże w lukrze

Uroczy, bardzo kobiecy zapach kwiatowo-kulinarny. Nie jest może oryginalny czy unikatowy, ale nie można odmówić mu urody i prawdziwie harmonijnej kompozycji. Bukiet kwiatowy z wyróżniającą się tytułową piwonią, przypominającą lekką, świeżą różaną woń, której towarzyszy zgrabnie wkomponowana wanilia, brzoskwinia, nuta kokosu oraz delikatna nuta kawy. Początkowo świeży, wyraźniej kwiatowy, dość szybko nabiera nieprzesadnej, zmysłowej słodkości. „Sweet Peony” jest więc najpierw przez krótki czas „peony”, a później już bardziej „sweet”, choć ślad kwiatowego tematu obecny jest w zapachowym spektrum całkiem długo, a na charakter finiszu duży wpływ ma ujawniające się w bazie drewno sandałowe. Ogólnie – bardzo przyjemne i – podobno – dobrze noszące się perfumy o niedominującej, przyjemnie wyczuwalnej projekcji.

Montale Sweet Peony

7. So Amber (2016) – wieczorowa róża po arabsku

Połączenie nut marokańskiej róży z nutą ambrową znaną z Amber&Spices, posypane szafranem i przybrane nutą maliny, z esencją z sandałowca w bazie. Zmysłowy, orientalno-kwiatowy, raczej kobiecy, wieczorowy, ale też – co trzeba podkreślić – kolejny różano-kulinarny zapach w ofercie Montale. Ginie pośród innych jemu podobnych.

Montale so amber

8. Wild Pears (2011) – gruszka i konwalia na drzewnej bazie

Dotrzymuje danego w tytule słowa. Pierwszy raz bowiem spotykam się z tak intensywną nutą gruszki (!), która początkowo odświeżona bergamotą, bardzo naturalnie przechodzi w umieszczony w sercu zapachu akord konwalii. Ten został subtelnie doprawiony goździkiem i osadzony na bazie z wanilii, sandałowca. Całość utrwalono piżmami, tworząc naprawdę oryginalne i zdecydowanie kobiece perfumy o wyrazistym finiszu.

Montale wild pears

9. Oudmazing (2016) – oud i figa, czyli tego jeszcze (chyba) nie było

Nazwa z jednej strony uprawnia do zakwalifikowanie tego zapachu do najliczniejszej w ofercie Montale linii pachnideł koncentrujących się „wokół oudu”, z drugiej wzmaga apetyt i powoduje, że liczymy na coś… amazing właśnie. Jedno jest pewne – nie jest to oud z jakiego Montale jest najbardziej znane. Aromat zamknięty w czarnym flakonie-puszce ze złotą „etykietą” zdaje się być dość kompleksowy i intrygujący. Kwaśno-drzewna nutka oudu wyczuwalna jest już po kilku minutach, ale towarzystwa dotrzymują jej całkiem donośne i dość nietypowe nuty: cytrusy, gruszka i figa. Zapach jest więc na początku drzewno-owocowy, z dominującą, nieco szorstką nutą figi. Z czasem – w sercu zapachu – duet oudu i figi zdaje się dominować i właśnie ta -nietypowa trzeba przyznać zbitka –  jest sygnaturą tego wyjątkowo intensywnego, nawet jak na Montale, pachnidła.

Montale Oudmazing

10. Day Dreams (2017) – gardenia w lukrze

Jest w jakimś sensie analogią Sweet Peony, tyle że miast piwonii i róży za część kwiatową odpowiadają nuty biało-kwiatowe, z kwiatem pomarańczy, neroli, jaśminem i przede wszystkim gardenią. Nad aspektem kwiatowym jednak niemal od początku dominuje część kulinarna, czyli duet wanilii i kokosu. Rusztowanie dla Day Dreams zbudowano z esencji sandałowca – która przez wzgląd na swą kremową i subtelną naturę idealnie dopełnia tego typu kulinarnie nacechowane kompozycje perfumeryjne. Zapach utrwalono sporą dawką białych piżm, które można poczuć dopiero wiele godzin po aplikacji. Day Dreams to przyjemny i harmonijny kobiecy zapach, biało-kwiatowo-kulinarny i zaskakująco delikatny, jak na standardy tej marki.

Montale Day Dreams

11. Red Aoud (2008) – pudrowana róża 

Z początkowej chmury słodkawego pyły, zbudowanego z drobinek szafranu i kminu (akord otwarcia tu unikat, z jakim dotąd się nie spotkałem) wylania się dość szybko serce zapachu, zbudowane z subtelnej, ale ewidentnej róży. Ta wraz z echem przyprawowego otwarcia rozwija się na skórze w różano-sandałowy aromat, dryfując w kierunku estetyki arabskich attarów. Drzewno-tonkowa baza pogłębia zmysłową, różaną woń. Nie odnalazłem tu natomiast nawet śladu oudu, czy czegokolwiek oudo-podobnego.

Uniseksowy początek przeistacza się z czasem w nieco bardziej kobiece niż męskie pachnidło, gdy wziąć pod uwagę europejskie standardy. Róża trwa naprawdę długo, utrwalona drzewną bliżej końca, tym bardzie kobieco wybrzmiewa. Podczas testów kolejnych pachnideł Montale staram się skategoryzować je (być może niesłusznie) jako bardziej męskie lub bardziej kobiece. Ten wg mnie zdecydowanie należy do tej drugiej grupy.

 

Montale red aoud

12. Montale – „Nepal Aoud” (2014) – suchy, drzewny pył

To jedna z bardzo miłych niespodzianek podczas moich intensywnych testów dwunastu „Montalaków”. Perfumy z gatunku, jaki szczególnie lubię. W klimacie Azzaro „Visit for Men” czy – w mniejszym stopniu – nieodżałowanego „Tumulte Pour Homme Ch. Lacroix”, tyle że z dość ostrym oudowym finiszem. Ale spokojnie. Nie ma tu typowego kwaśno-paczulowo-różanego akordu oudowego, tak powszechnego w wielu pachnidłach tej marki. Jest natomiast szafran i gałka muszkatołowa w wibrującym otwarciu. Ambra, subtelna wanilia i piżma w ciepłej bazie. Trudny do uchwycenia ślad róży. No i wspomniany oud, ale to na samiutkim końcu. Przede wszystkim zaś cedr – obecny przez większość czasu, jest osią tej kompozycji. Cedr sparowany z wibrującą gałką muszkatołową, słodkim szafranem i ładnie wypełniającą całość wanilią tworzą aromat podobny do wspomnianego „Visit for Men”. „Nepal Aoud” jest jednak mniej balsamiczny od dzieła Annick Menardo, a bardziej pylisty, suchy, wytrawny, szorstki. Intrygujący i hipnotyzującym, niemal linearny zapach o przyjemnej, długo wyczuwalnej projekcji i solidnej ponad 10-cio godzinnej trwałości. Męski i naprawdę świetnie się noszący. Jestem zdecydowanie „na tak”.

montale-nepal-aoud

 

 

 

 

 

Boucheron Collection – kolekcja ekskluzywna

Boucheron Collection

Boucheron zaprezentował w zeszłym roku kolekcję sześciu wód perfumowanych, poświęconych popularnym perfumeryjnym akordom. Znajdziemy w niej pachnidła osnute wokół nut kwiatowych: neroli, tuberozy, irysa, drzewnych: oud, kulinarnych: wanilia i – rzecz jasna – zapach ambrowy. Perfumy zostały skomponowane przez bardzo znanych perfumiarzy i zamknięte w bardzo eleganckie flakony podkreślające wyjątkowość tej kolekcji.

 

jean-christophe-herault-full

Jean-Christophe Herault przygotował Ambre d’Alexandrie, w którym klasyczny, podręcznikowy wręcz akord ambrowy zbudowany z labdanum, benzoiny i wanilii został subtelnie urozmaicony nutą „oparów z shishy”, co w praktyce pachnie jak subtelna, słodkawa nuta tytoniowa, która wszakże nie dominuje aromatu, a jedynie ładnie go ubogaca. Suma summarum przyjemny i wcale nie nudny ambrowiec.

główne nuty: ambra, tytoń fajkowy

BCH_COLLECTION_AMBRE_PACKSHOT_BD

Nathalie_lorson

Nathalie Lorson opracowała Iris de Syracuse, który obok Oud de Carthage jest moim  ulubionym z całej kolekcji. Początkowo świeży, z czasem bardziej ciepły i zmysłowy, ładnie oblany heliotropem, wzmocniony paczulą zapach, w którym irysowy temat trwa od samego początku do niemal końca, nie popadając ani przez chwilę w przesadną ziemistość czy „marchewkowość”. Bardzo ładna, harmonijna, zupełnie niekontrowersyjna, przekonująca i – co ważne – uniseksowa – kompozycja.

główne nuty: irys, heliotrop, paczula, wanilia

BCH_COLLECTION_ IRIS_PACKSHOT_BD

 

Nathalie Lorson jest również autorką Vanille de Zanzibar, naprawdę uroczego, zmysłowego i wcale nie słodkiego zapachu z wanilią z Bourbon w centrum. Aromat jest lekko pikantny, lekko drzewny i tylko odrobinę słodki, raczej linearny, układa się w zapach tzw. „drugiej skóry”. Może nie ekscytujący, ale naprawdę przyjemny.

główne nuty: wanilia, balsam Peru, heliotrop, piżmo, drewno sandałowe

 

BCH_COLLECTION_VANILLE_PACKSHOT_BD

fabrice-pellegrin

Fabrice Pellegrin podjął się zadania włączenia do kolekcji pachnidła, które miałoby – jak domniemam – stawić czoła takim pozycjom, jak Neroli Portofino Toma Forda czy Mediterranean Neroli Ermenegildo Zegny i całej masie podobnych „klonów”, próbujących uszczknąć coś z – chyba dość niespodziewanej – popularności pachnidła Rodrigo Flores-Rouxa. Z niewielkim powodzeniem, moim zdaniem. Neroli d’Ispahan, przy całej swojej poprawności i uporządkowanej urodzie podanego na ciepło i gęsto akordu kolońskiego, jest w mojej ocenie zbyt mało zdecydowany, zbyt zachowawczy… Czy ja wiem? Po prostu chyba za wiele jest tego typu – różnej jakości – pachnideł na rynku próbujących się z Neroli Portofino... O ile Zegna – moim zdaniem – sprostał, a nawet wg mnie przewyższył mega-seller Toma Forda, o tyle Boucheron raczej chyba nie zakwalifikuje się nawet do eliminacji.

główne nuty: neroli, czystek, kardamon, piżmo, ambrox, paczula

BCH_COLLECTION_NEROLI_PACKSHOT_BD

 

Dominique Ropion

Dominique Ropion zapewnił w kolekcji pachnidło oudowe. Tak jest. Ten sam, który stworzył jedne z najdoskonalszych perfum z oudem w centrum (mowa o słynnym już The Night dla Frederica Malle).  Tyle, że Oud de Carthage to zupełnie „inny zwierz”, który mimo ewidentnej suchej nuty drzewnej, akcentów miodowych i żywicznych, jako całość, emituje aurę, która mi nieodłącznie kojarzy się z ….. Homme Costume National – tego samego autora zresztą. Jeżeli więc ktoś zna ten zapach, to tu może spodziewać się czegoś do pewnego stopnia podobnego, tyle że przyprawowość tamtego została tu zastąpiona suchą drzewnością i kadzidlanością. Oud de Carthage to – po namyśle – jednak mój ulubieniec z tej kolekcji.  Solidne, dobrze projektujące i trwałe oraz całkiem oryginalne pachnidło drzewne o nieco chyba jednak bardziej męskim charakterze, niż wszystkie pozostałe.

główne nuty: kadzidło, miód, labdanum, oud, skóra

BCH_COLLECTION_OUD_PACKSHOT_BD

christopheraynaud-1180x625

Christophe Raynaud stworzył Tubereuse de Madras, całkiem unikatowe ujęcie tego kwiatowego aromatu, bo w istocie swoje nie jest to tzw. soliflore, czego można by się spodziewać po nazwie. To pełnoprawne i wielowątkowe, jednocześnie raczej świeże i lekkie pachnidło białokwiatowe, w którym akord tuberozy został otoczony zielonością fiołkowego liścia i kolońskim akcentem kwiatu pomarańczy i posadowiony na klasycznej bazie z wanilii i sandałowca. Tubereuse de Madras to najbardziej ewidentnie kobiece pachnidło kolekcji Boucheron. Ładne, ale nic ponad to.

główne nuty: kwiat pomarańczy, liść fiołka, ylang ylang, tuberoza, wanilia, drewno sandałowe

BCH_COLLECTION_TUBEREUSE_PACKSHOT_BDGdybym miał podsumować zapachy wchodzące w skład Boucheron Collection jednym słowem, byłoby to: poprawne. Wszystko się tu zgadza i wszystko jest na swoim miejscu.  Zapachy są wykonane zgodnie ze sztuką. Czuć w nich niezłą jakość składników (choć nie ma tu mowy o poziomie ekskluzywnych kolekcji Chanela czy Diora), ale czuć też sztampę i rutynę w realizacji poszczególnych tematów. Poza ropionowskim Oud de Carthage brakuje mi w nich „osobowości”, charakteru i pazura. Ale być może takie właśnie miały być – do szpiku kości poprawne…

Maison Francis Kurkdjian „Oud Extrait de Parfum” i „Oud Silk Mood Eau de Parfum”

Francis-Kurkdjian-1024x682
Francis Kukdjian lansuje „Oud Satin Mood Extrait de Parfum” (fot. parfumplusmag)

Francis Kurkdjian dokonał w zeszłym roku kilku zręcznych uzupełnień swojej kolekcji pachnideł oudowych, w efekcie których z dotychczasowych pięciu „zrobiło się” osiem. Jest więc w czym wybierać. Najpierw wylansował Oud Satin Mood (fantastyczny jako EDP) w wersji Extrait. Następnie zaś – całkiem niedawno – zaprezentował analogiczną ekstraktową wersję swego zupełnie pierwszego – i absolutnie fantastycznego – oudowca Oud Extrait oraz – dla odmiany – na bazie jednego ekstraktu z super luksusowej kolekcji arabskiej (tak ją sobie dla porządku nazwałem) zaproponował Oud Silk Mood jako EDP (eau de parfum). Ufff….Można się w tym pogubić, ale rezultat ma – jako całość – sens.

Uporządkujmy zatem. Dziś oudowa kolekcja MFK składa się z:

 

Oud Eau de Parfum                           Oud Extrait de Parfum

 

Oud Satin Mood Eau de Parfum      Oud Satin Mood Extrait de Parfum

 

Oud Silk Mood Eau de Parfum            Oud Silk Mood Extrait de Parfum

Oud Cashmere Mood Extrait de Parfum Oud Velvet Mood Extrait de Parfum

Warto nadmienić, że Francis Kurkdjian deklaruje użycie w swych pachnidłach autentycznej esencji z oudu z Laosu, a więc jednego z najbardziej cenionych typów tej ingrediencji.

Gdy już więc uporządkowaliśmy ten oudowy, pozorny chaos, skupmy się na dwóch najnowszych kompozycjach domu Francisa:

Oud Extrait de parfum to zagęszczona, zintensyfikowana i pogłębiona wersja pierwszego Oudu Francisa. Tamten perfekcyjnie wykonany, sygnaturowy, absolutnie doskonały, słodko-drzewny, egzotyczny i niesamowicie zmysłowy aromat, w którym oud sparowany został z szafranem, żywicą elemi, cedrem i paczulą perfumiarz doprawił tu ketmią piżmową (Ambrette) oraz akordem słodkiej wanilii, przydając mu kulinarnej, zmysłowej, oszałamiającej głębi i puchatej słodkości, uwypuklającej się szczególnie na finiszu, w miejscu, w którym wersja pierwotna emanuje suchym i lekko gryzącym oudowym dymkiem (co mnie się akurat bardzo podoba).

Zapach stał się więc pełniejszy, bardziej skoncentrowany, bardziej intensywny i bardziej leniwie się rozwijający, ale też bardziej kulinarny. Z początku nieco pikantny, w sercu słodko-gorzki, w bazie puchaty wanilią, na samym jej końcu snując drzewne reminiscencje. A przy tym – to  prawdziwy demon trwałości!

Ten remiks w kierunku słodkości nie każdemu pewnie przypadnie do gustu, szczególnie, że wiele osób już pierwszy Oud Francisa uważa za zbyt słodki (szafran). Ja go z kolei uwielbiam. Niewiele jest go w stanie przebić. Przyznam wszakże, że ta nowa wersja zrobiła na mnie niemałe wrażenie i jest duża szansa, że się mocno polubimy. Chyba nawet już się polubiliśmy…

dominujące nuty: szafran, oud, wanilia

twórca/nos: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 6,0/ projekcja: 4,0

MFK Oud Extrait i Silk Mood EDP

Oud Silk Mood Eau de parfum powstało na bazie ekstraktu pochodzącego z – jak ją nazywam – „arabskiej złotej trójki”, tych błyskotkach, które Francis (prawda że sprytnie?)  przygotował z myślą o rynkach w takich pachnących błyskotkach się lubujących. Ekstrakt jest absolutnie genialny, doskonały w każdym calu. Oszałamiająco piękny. Prawdopodobnie najlepsze pachnidło zestawiające akord różany z oudem, jakie kiedykolwiek testowałem (zaraz za nim Agarwoud Heeleya). Być może kluczem do jego urody jest unikatowa nuta niebieskiego rumianku z Maroka, a już na pewno niezmiernie ważny dla efektu końcowego jest mój ulubiony papirus.

Moim zdaniem nie można tego zapachu poprawić. Ale można go zmodyfikować np. w kierunku większej lekkości, z odrobiną świeżości. To – zdaje się – właśnie zrobił Francis, zmniejszając koncentrację formuły oraz wzbogacając ją w kilka nadających jej świeższego i lżejszego charakteru ingrediencji: bergamotę, gwajak i …. Hedione.

Tak, dokładnie. Ta cudowna molekuła wraz z bergamotą rozświetlają Silk Oud, podczas gdy gwajak wzmacnia jego sucho-drzewną nutę, utrwalaną papirusem. Akord różany jest mniej nasycony, wciąż jednak wyraźny i unikatowo piękny. Bardzo udana alternatywa dla tych klientów (europejskich?), dla których ekstrakt, schlebiający – jak zresztą całe oudowe ekstraktowe trio – raczej gustom (i kieszeniom) Szejków znad Zatoki Perskiej, to jednak nieco zbyt wiele. Ja „łaskawie akceptuję” (adoruję!) obie wersje, będąc wszakże wciąż niezmiernie ciekawym, jak się – na dłuższą metę – noszą. Mam zamiar to wkrótce sprawdzić.

dominujące nuty: róża, oud, papirus, niebieski rumianek z Maroka

twórca/nos: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5