Dior Homme (2020) – korpo-perfumy

Zaskakująca wiadomość o nowym męskim zapachu Diora pod nazwą Homme poruszyła społeczność perfumaniaków. Do tego stopnia, że zapach zaczął nawet zbierać negatywne opinie a priori (!).

Wszystko dlatego, że oficjalna, opublikowana przez markę, informacja o premierze przedstawiała Dior Homme jako zupełnie nowy zapach, nie mający – poza nazwą – nic wspólnego z poprzednikiem. Współczesny, drzewny, dynamiczny, oparty na wetywerii i cedrze zestaw nut to potwierdzał. Nie było w nim ani irysa, ani kakao, ani kardamonu, słowem – zapowiadała się katastrofa… Internauci zarzucają Diorowi, że zupełnie nowa kompozycja została nazwana Homme, tym samym powodując sporą konfuzję i obawy co do przyszłości cenionego przez wielu klasycznego już irysowego Dior Homme (2011) i jego flankerów (Intense 2011 i Parfum 2014). Co prawda podobno klasyk pozostanie w obrocie z nazwą zmienioną na Dior Homme Original, ale jak długo i gdzie będzie dostępny – czas pokaże.

Zanim o nowym zapachu, po to by lepiej zrozumieć najnowszą premierę, warto przypomnieć, jakie zapachy Diora definiowały męskość w poszczególnych dekadach. UWAGA: Komu nie chce się tego czytać i chce przejść od razu do mojej recenzji Dior Homme 2020, proponuję przewinąć kilka akapitów w dół. Mimo wszystko zachęcam do zapoznania się z poniższym.

Dominujący w latach 60-tych i 70-tych Eau Sauvage (1966) – będący genialnym i nowatorskim połączeniem elementów szypru, kolońskiej i fougere z subtelną nutą jaśminu i przedawkowaniem jaśmino-pochodnej aromamolekuły hedione – idealnie wpisał się w męskie potrzeby zapachu dyskretnego i eleganckiego, a jego niezwykła formuła uczyniła go ponadczasowym i „załatwiła” Diorowi temat męskich perfum na półtorej dekady.

Jules (1980) – lata 80-te zdominowane były przez pełne testosteronu, intensywne i bogate w składniki pachnidła. Jules był poniekąd takim zapachem, jednak w swej istocie sięgał raczej jeszcze do lat 70-tych, grając bardziej w lidze YSL Pour Homme (1971) i tzw. „brudnych” ziołowych cytrusów i z tej kategorii nie wyszedł. W porównaniu z Julesem o rok młodszy Kouros pokazał nowy kierunek. Jules był o mniej więcej dekadę spóźniony, a Dior – znieczulony świetnymi notowaniami Eau Sauvage – po prostu przespał 10 lat.

Fahrenheit (1988) – schyłek lat 80-tych to już nowe czasy, przedsionek lat 90-tych, które – jeżeli mielibyśmy je scharakteryzować jednym męskim zapachem – pachniały Cool Water Davidoff. W tym kontekście Fahrenheit, przedziwny, niebywale oryginalny i mający się nijak do nadciągającej mody na zapachy świeże, wodne i ozonowe, ze swą fiołkowo-skórzaną sygnaturą, był swego rodzaju odszczepieńcem, a jego unikatowość stała się jego siłą, która uczyniła z niego ponadczasowego klasyka. Indywidualizm ponad modę. Dior odrobił lekcję Eau Sauvage i dorobił się kolejnego ponadczasowego klasyka.

Lata 90-te Dior zakończył męską wersją Dune (1997), która w swej wysmakowanej, ale rachitycznej zielonej delikatności była świetnym odzwierciedleniem tego, co działo się w męskiej perfumerii lat 90-tych. A działo się wiele złego. Ale najgorsze miało dopiero nadejść…

W pierwszej połowie pierwszej dekady XXI w. Dior kompletnie się pogubił (nie on jeden wszakże). Linia Higher (2001-2003) to perfumowa kompromitacja, o której lepiej zapomnieć…

Dopiero 2005 rok i premiera genialnego Dior Homme (2005) skomponowanego przez Oliviera Polge’a przywróciła Diora na mapę męskiej perfumerii i dała zaczyn do podjęcia rywalizacji z Chanelem, a także z nabierającym impetu po zatrudnieniu J.C Elleny Hermesem. Podczas pracy nad Homme Dior po raz kolejny w swojej historii postanowił pójść po prąd i zaryzykował stawiając (podobnie jak w przypadku Fahrenheita) na pachnidło z pozoru skazane na niezrozumienie i porażkę. Obecny dotąd wyłącznie w perfumach damskich irys, do tego pudrowa nuta szminki w męskim zapachu? Okazało się, że jak najbardziej, szczególnie, że Dior miał nosa i trafił na czas coraz bardziej popularnej w kulturze i społeczeństwach zachodu metroseksualności. Sukcesy Dior Homme i jego kontynuacji w postaci Intense (doskonały i najbardziej wyrafinowany Parfum pozostał raczej obiektem pożądania wąskiej grupy koneserów) oraz włączone w tę linię bardzo udane Sport (sprzed katastroficznej reformulacji w 2017) i Cologne przypieczętowały obrany kierunek. Ale to nie mogło trwać wiecznie, czasu się zmieniły, trendy zmieniają się 2-3 razy na dekadę i trzeba nadążać, bo stara konkurencja nie śpi, a nowa się rodzi…

W tzw. międzyczasie Dior inaugurował własną pracownię perfumeryjną w Grasse (Les Fontaines Parfumées), w której wybudował laboratorium, a w nim zatrudnił mistrza perfumeryjnego Francoisa Demachy’ego, który wcześniej pracował m.in. z Jacquesem Polgem dla Chanela. Teraz był już analogicznie „wyposażony” i zupełnie gotów na konkurencję ze wspomnianymi dwoma gigantami. To dzięki Demachy’emu Dior (a właściwie LVMH, właściciel marki) „odzyskał kontrolę” nad formułą Dior Homme (prawa do niej miał i chyba wciąż ma koncern, dla którego wówczas pracował Olivier Polge). Wieść niesie, ze Demachy po prostu przeanalizował zapach przy pomocy wszelkich dostępnych zdobyczy techniki oraz swojego nosa i skopiował go – po mistrzowsku, choć z pewnymi modyfikacjami. Nie każdemu jednak ta wersja przypadła do gustu.

2015 rok to premiera Sauvage. Nawiązanie w nazwie do klasyka budziło i budzi (słusznie moim zdaniem) spore kontrowersje. Zapach okazał się wykoncypowanym przez marketingowców crowd pleaserem obliczonym na rynkowy sukces i potężne zyski. Złożony z nut zebranych z innych dobrze się aktualnie sprzedających męskich pachnideł (np. Bleu de Chanel, Paco Rabanne Invictus) okazał się tyleż miałki, co – zgodnie z założeniami – popularny i chętnie kupowany. Obiektywnie biorąc, jego atrakcyjność nie powinna dziwić. Jest jakiś urok w tym świeżym i nieco detergentowym aromacie. Kolejne flankery dolewały oliwy do komercyjnego ognia. Będący bankrutem Johnny Depp z sowicie opłaconym przekonaniem wystąpił w telewizyjnych i prasowych reklamach. Biznes się kręcił. John podreperował swój zrujnowany życiem hulaki budżet, a LVMH nabił jeszcze bardziej swą i tak obrzmiałą już kabzę. Pieniędzy nigdy dość. I tu dochodzimy do najnowszej propozycji perfumowej Diora…

Skoro udało się z Sauvage, to może by tak odświeżyć linię Homme i powtórzyć sukces? Tym bardziej, że przecież czasy się (znowu!) zmieniły i metroseksualność nie jest już w modzie. Facet ma być facetem, a kobieta kobietą. Więc to pewnie dlatego słupki sprzedaży Dior Homme od kilku już lat się kurczą. Nadszedł czas na remake i rozgrzanie koniunktury do czerwoności…

Oto jest. Nowy Dior Homme A.D. 2020.

Pierwsze wrażenia

Flakon znany z poprzedniej wersji nabrał smukłości znanej z Homme Sport 2017. Efektownie zmodyfikowano zatyczkę, umieszczając na niej srebrny napis na czarnym tle nie pozostawiający wątpliwości co do marki i nazwy zapachu. Pierwsza aplikacja na przedramię. Zwraca uwagę atomizer – mniejszy od tego w DH 2011, dozujący raczej równe, spore chmury, pozbawiony jednak finezji poprzednika. Ale nic to. To tylko hardware. Przechodzę do zapachu. Czuję stłamszony pieprz i jakieś syntetyczne nuty drzewne. Głównie cashmeran i Iso E Super. Nic więcej. Wszystko to na pograniczu wyczuwalności i to zaraz po aplikacji (!), z nosem na skórze. Nie wierzę własnemu nosowi. Odkładam flakon. Daje zapachowi czas. Po kilkunastu minutach na skórze wyczuwam ledwie wyczuwalny syntetyczno-drzewny ślad, w tle zaczyna majaczyć wetyweria. Wciąż nie wierzę. Owszem Dior zapowiadał, że będzie to nowy, drzewny zapach z cedrem i wetywerią, bez irysa, ale w kontekście tego, co czuję, te zapowiedzi brzmią jak ponury żart. Postanawiam użyć globalnie następnego ranka.

Następnego dnia

Rano wszystko czuję intensywniej, nos wypoczęty, gotowy do testów. Obfita aplikacja, bo wiem, że w tym przypadku tak trzeba. Czuję pieprz, tym razem zaraz za nim wyczuwam wetywerię. Ściślej – akord drzewny z wetywerią w dominancie na żywicznym tle. Myślę sobie, że być może stąd te deklarowane tu i ówdzie porównania do Terre D’Hermes, ale to wg mnie grubo przesadzone. Dior Homme stoi co najmniej półkę niżej. Co dalej? Przez pierwsze 2-3 godziny zapach majaczy, odzywa się w sposób przeraźliwie cichy, od czasu do czasu. Po 4 godzinach już go nie czuję. Pozamiatane.

Nie liczyłem na arcydzieło czy na game changera. Liczyłem na solidny produkt o jakości, do której zobowiązuje marka Dior. Otrzymałem coś, co trudno skomentować. Rachityczny, syntetyczny, nijaki, przy tym przesadnie delikatny. Dior Homme 2020 to produkt, którego – przyznam – chyba nie rozumiem. O co tu chodzi?

Jak zwykle, gdy nie wiadomo o co chodzi, musi chodzić o pieniądze, a konkretnie o pazerność koncernu LVMH, który połyka kolejne marki luksusowe, a jego apetyty zdaje się nie maleć. Jakoś trzeba finansować kolejne akwizycje. Schlebiający masowym gustom – bo nijaki – zapach może być jednym ze sposobów na to.

Wystarczy tupać na raz, by zdobyć uznanie mas.

W. Waglewski

Kto ten zapach zaprojektował? Nie, nie Francois Demachy. On „tylko” go skomponował (pisał formułę, ale się nie cieszył?). Projekt musiał pochodzić z diorowskiego działu rozwoju zapachów, który posłuchał bardzo dokładnie wytycznych działu badania rynku i postanowił przełożyć na perfumy zapachowe oczekiwania współczesnego, młodego mężczyzny (zapachowi twarzy użycza 33 letni aktor Robert Pattinson). Czy odbyły się testy konsumenckie, jak w przypadku dezodorantów Axe? Bardzo możliwe. Treść zapachu zdaje się to potwierdzać. Do kogo ma zatem to zapachowe przesłanie Diora trafić? Sądzę, że do mężczyzn w wieku 30-45 lat, którzy poszukują subtelnego, bezdyskusyjnie męskiego, nikomu nie przeszkadzającego, nie kontrowersyjnego, jakby „wycofanego” zapachu. Przy nim bowiem nawet Sauvage wydaje się krzykliwy. Nosząc nowego Diora Homme nie zostaniemy bowiem „zapachowo zauważeni” przez otoczenie, chyba że przy bardzo bliskim kontakcie… Idealne męskie korpo-perfumy? To chyba całkiem trafne określenie.

Wg mnie ten zapach to kolejny – po Dior Homme Sport 2017 (i w mniejszym zakresie Sauvage) – dowód powrotu Diora do niechlubnej praktyki z lat 1995-2005, gdy męskie perfumy tej marki były pozbawione charakteru i obliczone wyłącznie na słupki sprzedaży. Dior zamiast kreować trendy, jak to czynił w przeszłości (patrz Eau Sauvage, Fahrenheit, Dior Homme 2005), stara się wpasować w istniejące już gusta i to te najmniej wyrafinowane. Jedak ta tendencja zasmuca wyłącznie perfumowych koneserów. Ale to nie oni przecież sfinansują kolejne przedsięwzięcia LVMH. Zrobią to zachęceni marketingową kampanią, magią marki i bezpieczną nijakością zapachu setki tysięcy nabywających flakon Dior Homme 2020 w perfumeriach na całym świecie.

nuty głowy: bergamotka, różowy pieprz, elemi

nuty serca: cedr, paczula, cashmeran

nuty bazy: białe piżmo, wetyweria, Iso-E-Super

rok premiery: 2020

nos: Francois Demachy

moja ocena: zapach: 3,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 3,0->2,0

Parfums de Marly "Kalan", "Percival", "Layton", "Carlisle"

Marka Parfums de Marly nie wymaga już chyba introdukcji, gościła na moim blogu dotąd dwukrotnie, przy okazji opisywania moich wrażeń nt. męskich pachnideł Herod, Galloway i Oajan, a także Nissean.

Zapachy tej marki cieszą się sporą popularnością wśród miłośników perfum i otrzymują całkiem dobre recenzje. Sam z zainteresowaniem testuje kolejne (dzięki aktywnym forumowiczom Perfuforum.pl, których z tego miejsca pozdrawiam!) i potwierdzają one właściwe wszystko to, co napisałem o Parfums de Marly w dwóch poprzednich wpisach. Bezdyskusyjnie ładne, bezpieczne i solidnie, a czasem nawet bardzo solidnie wykonane pachnidła (komponowane przez zawodowców w pierwszej ligi, co – proszę mi wierzyć – ma istotne znaczenie), o raczej wtórnym charakterze, ale ponadprzeciętnej jakości i napompowanych cenach. To z pewnością nie jest marka, która proponuje coś nowego, czy posuwa perfumerię naprzód. Raczej powiela istniejące już od dawna schematy i akordy męskich perfum, ale podaje je w bardziej wykwintnej i jakościowo wyższej formie. Ale, ale… Poniższe trzy zapachy potwierdzają też jeszcze inną tezę: jeżeli lubimy nuty znane, miłe dla otoczenia, eleganckie i ponadczasowe, ale oczekujemy czegoś więcej niż to, co proponują designerskie marki, przede wszystkim w kwestii harmonii i charakteru samych kompozycji, ale także i jakości, parametrów zapachu, w tym projekcji i trwałości, PdM jest marką, po której zapachy naprawdę warto sięgnąć, mimo że w niektórych przypadkach mark ociera się o… kopiowanie znanych perfum.

Percival – elegancki causal

Już w pierwszych sekundach po aplikacji wprawny i doświadczony nos nie będzie miał wątpliwości. Oto nowoczesne fougere w typie legendarnego już Fierce Abercrombie & Fitch, tak chętnie naśladowanego przez inne marki perfumeryjne (m.in. Mont Blanc Legend), a więc także i przez PdM. Czy wyróżnia się zatem Percival? Jest w nim pewna dojrzałość, dorosła nuta, której nie znajdziemy w bardziej beztroskim, młodzieżowym z założenia Fierce. Kompozycja bazuje na syntetycznych aroma-molekułach zgrabnie ułożonych w bardzo uniwersalną, lekką, męską całość. Intro jest rześkie, cytrusowe, podbite aromatycznym sercem z lawendy i geranium (duet idealny!), a wszystko to bazuje na nowoczesnej bazie z aromamolekuł drzewno-przyprawowych (z naciskiem na drzewne) podlanych iglakowym balsamem jodłowym. Ten opis nut może być nieco złudny, jeżeli chcielibyśmy sobie na jego podstawie wyobrazić ten zapach. Mógłby on wówczas wydawać nam się oldskulowym fougere, a Percival – wprost przeciwnie – pachnie bardzo współcześnie. Składniki są tak zręcznie i profesjonalnie połączone w takich proporcjach, że nie odnajdziemy ich indywidualnie i odbieramy Percival jako całość – jako konkretny zapach nie mający odpowiednika w naturze. Świeży, rześki, wibrujący, elegancki w typie casual, na pewno nie wieczorowy, idealny do biura czy na biznesowe lub towarzyskie spotkanie. Nikogo nie przestraszy, a zwróci uwagę znaną nutą podaną jednakże w sposób epatujący wysoką jakością. Słowem – zrobimy dobre wrażenie.

nuty głowy: bergamotka, mandarynka

nuty serca: lawenda, geranium

nuty bazy: balsam jodłowy, nuty drzewno-przyprawowe

rok premiery: 2018

nos: Hamid Merati-Kashani

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,5->3,0

Hamid Merati-Kashani (Firmenich), fot. http://rokhgallery.i

Carlisle – przytulny

W przypadku tego zapachu nie ukrywam, że mam olfktoryczne deja vu i to ściśle związane z dwoma innymi pachnidłami PdM: Herod i nieco nawet bardziej Oajan. Carlisle to bowiem ponownie zapach z gatunku ciepłych, otulających, „zimowych”, jak zwykłem określać takie aromaty. Wypełniony słodkimi przyprawami na kulinarnej bazie złożonej z tonka i wanilii wydaje się być rozwinięciem wcześniej wspomnianych. Pogłębienie zapachu paczulą i przydanie oryginalnego otwarcia za pomocą zielonego jabłka wydaje się zabiegiem ze wszech miar udanym. To zjadanie własnego ogona, bo nie wiem po co w ofercie jednej marki kilka bardzo podobnych pachnideł. Choć jednak w tym przypadku jest to całkiem samkowite i – obiektywnie – udane, bo Carlisle z tej trójki wydaje mi się pod każdym względem najlepszy.

Nosi się go bardzo komfortowo, nie zmienia się w czasie znacząco, nieco świeższy i wibrujący gałką muszkatołową początek szybko przechodzi do zasadniczego akordu waniliowo-tonkowo-drzewnego, któremu szlachetności dodaje subtelnie wpleciona róża. Ten utrzymuje się na skórze długie godziny, delikatnie odzywając się ze skóry.

Quentin Bisch

Za każdym razem gdy sięgam po Carlisle, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdzieś w mojej coraz bardziej przepastnej kolekcji mam coś bardzo, ale to bardzo podobnego, dużo bardziej niż wspomniane dwa inne zapachy PdM… Wiem! Desert Suave Liquides Imaginaires (wciąż czekające na osobny wpis), choć w swym charakterze jeszcze bardziej niż Carlisle nasycone, zniuansowane i niszowe, to jednak zadziwiająco podobne… Zadziwiająco tylko do momentu, w którym rzucam okiem na „listę płac”… Na obu figuruje jeden z moich ulubionych perfumiarzy nowego pokolenia, Quentin Bisch. Przy czym Carlisle to zapach z 2015 roku, a Desert Suave z 2018. To jakby dwie wariacje na ten sam temat. Jestem prawie pewien, że jeden „wyniknął” z drugiego i stałe się jego bardziej wyrafinowaną i wymagającą wariacją. To nie zmienia faktu, że Carlisle jest w mojej ocenie naprawdę świetnym zapachem.

nuty głowy: zielone jabłko, gałka muszkatołowa

nuty serca: róża, tonka

nuty bazy: wanilia, paczula

rok premiery: 2015

nos: Quentin Bisch

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5->3,5

Layton – znakomity

Zapach otwiera się wyraźnym pieprzem i akordem owocowym z waniliową bazą. Serce jest owocowe i drzewne, aromatyczne, przypominające mi jakiś zapach, który w przeszłości bardzo lubiłem (chyba Burberry London Man). Zapach wyraźnie ewoluuje, bowiem baza jest drzewna, paczulowo-gwajakowa, oblana z umiarem wanilią i nie ma w niej śladów po przyprawach i owocach.

W składzie reprezentacja moich ulubionych nut: pieprz, kardamon, geranium, gwajak, paczula. To – jak dla mnie – więcej niż połowa sukcesu. Resztę dopełnia znakomita kompozycja Hamida Merati-Kashaniego.

Layton okazuje się być na ten moment moim ulubionym zapachem PdM. To świetne męskie pachnidło, któremu absolutnie nic nie brakuje. Jak to zwykle u PdM bywa, kompozycja powołuje się na akordy będące w perfumowym obiegu od lat, a wiec już obeznane, obwąchane i zakodowane w ludzkiej pamięci, a więc nie zaskakujące i nie konfundujące. Ale pachnie przy tym znakomicie i zdecydowanie powyżej rynkowej średniej. Elegancko, nieco formalnie, uniwersalnie, za dnia czy wieczorem, Layton sprawdzi się rewelacyjnie. Ten zapach to bardzo pozytywne odkrycie, wart niewątpliwie posiadania całego flakonu.

Rok po premierze Laytona marka dodała do oferty flanker w postaci Layton Exclusive, który opisuje jako intensywniejszy, bardziej przyprawowy i drzewny. Jak dla mnie konieczny do przetestowania.

nuty głowy: jabłko, bergamotka, mandarynka, pieprz, lawenda

nuty serca: jaśmin, fiołek, geranium,

nuty bazy: wanilia, gwajak, paczula, drewno sandałowe, kardamon

rok premiery: 2016

nos: Hamid Merati-Kashani

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5->3,5

Kalan – indywidualista

Najnowsze męskie pachnidło PdM miało swą premierę w 2019 roku i poprzedzone było całkiem sporym szumem informacyjnym, który przelał się przez perfumowe fora internetowe. Dominowała w nim informacja, jakoby Kalan miał być mocno zainspirowany Baccarat Rouge Francisa Kurkdjiana (bestseller tej marki, nawiasem mówiąc nie rozumiem, dlaczego). Gdy już zapach dotarł do mnie (po raz kolejny dzięki obrotnym forumowiczom Perfuforum.pl) z ogromną niecierpliwością przeprowadziłem pierwsze testy.

Porównania do Baccarat Rouge uważam za grubo przesadzone. Kalan ma dość „osobowości”, by uznać go za oryginalne i odrębne pachnidło. Różni się od innych testowanych przez mnie zapachów PdM swoim wyjątkowo wyraźnie syntetycznym i abstrakcyjnym charakterem. I być może w tym jest faktycznie do podobny Baccarat Rouge, ale to tyle. Dużo to syntetyków, co nawet widać w oficjalnym spisie nut (precious woods oznacza syntetyczne nuty drzewne, solar notes – to „poetyckie” określenie jakichś innych aroma-molekuł). Nie jest to z mojej strony zarzutem, bowiem:

Kalan pachnie intrygująco i absolutnie nietypowo. Z początku zielono, nieco „gałęziasto” (patrz French Lover Frederica Malle), potem sucho, pyliście i drzewnie. Wytrawnie i męsko. Zadziornie, ale i nieco surowo. Ascetycznie. Ale żeby nuty słoneczne? Nie znalazłem…

Poniższa fotografia towarzysząca Kalanowi na oficjalnej stronie PdM może być nieco myląca. Suszone pomarańcze? Hmm…

Tak czy inaczej Kalan to solidna i nacechowana indywidualizmem propozycja PdM. Nie tak zachowawcza, jak inne zapachy marki, co notuję na plus. Nieco bardziej wymagająca i z pewnością warta uwagi, o solidnej jakości i zadowalających parametrach.

nuty głowy: pomarańcza „blood orange”, czarny pieprz

nuty serca: lawenda, „nuty słoneczne”, absolut z kwiatu pomarańczy

nuty bazy: mech, nuty cennych drzew

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5->3,5

Parle Moi de Parfum „Papyrus Oud/71” – powrót króla

Parle Moi de Parfum to francuska marka perfumowa powołana do życia w 2016 roku przez rodzinę Almairac. Swego czasu przedstawiałem ją już na blogu w artykule Parle Moi de Parfum – opowiedz mi o perfumach. Jej największym i absolutnie bezcennym kapitałem jest Michel Almairac – legendarny perfumiarz, którego imponujące portfolio zajęłoby pewnie kilkanaście stron „maszynopisu”.

Michel Almairac

Ale w kontekście dzisiejszego wpisu ważny jest jeden zapach, który pojawił się na rynku w 2003 roku, a zostało z niego wycofany około 7-8 lat później. Mowa o ukochanym przez wielu Gucci Pour Homme. Tak pisałem o nim kilka lat temu:

Złożona przez mistrza Michela Almairaca mieszanka nut przyprawowych, kadzidlanych, drzewnych i skórzanych o ambrowej aurze stała się synonimem nowej męskości – nieco zdystansowanej, nieco uduchowionej, a jednocześnie ciepłej i zmysłowej. Zapach zdobywał swą popularność powoli, ale skutecznie. Gdy ktoś już pokochał Pour Homme, nie potrafił bez niego żyć. To nie było pachnidło na jeden sezon. To były perfumy na całe życie. A przynajmniej miały takimi być… Niestety, w 2004 roku Ford rozstał się z Guccim w wyniku rozbieżności pomiędzy nim a kierownictwem w zakresie artystycznej wizji marki. Efektem zmian personalnych i nowej wizji marki było m.in. przemeblowanie oferty perfumowej, w tym wycofanie Pour Homme ze sprzedaży. Zniknął z półek perfumerii kilka lat później (nie pamiętam dokładnie kiedy, ale obstawiam gdzieś 2010 rok). Później nastąpiły jeszcze wyprzedaże ostatnich flakonów w sieciowych apteko-drogeriach. I tyle. Dziś można go wciąż kupić na nielicznych aukcjach od prywatnych sprzedawców w niebotycznych cenach. Niektórzy – ci najbardziej od Gucciego uzależnieni – i tak je płacą. Pozostali – w tym niżej podpisany – testowali przez lata zapachy innych marek w poszukiwaniu czegoś podobnego. Jakiejś dobrej alternatywy. Nawet jeżeli coś znaleźli, coś co nieco przypominało Gucciego, to jednak nigdy nie było to na tyle, by wypełnić pustkę, jaką po sobie pozostawił. „Brązowy Gucio” był jeden jedyny.

Dopiero Bentley for Men Absolute z 2014, skomponowany zresztą przez samego Michela Almairaca, trafił w oczekiwania wielbicieli Gucci Pour Homme. Wielu z nich – w tym niżej podpisany – uznało, że oto doczekali się wreszcie jego godnego następcy. Bo choć oba zapachy nie są „kropla w kroplę” identyczne, to jednak – pomijając rozmaite detale – w swej istocie Bentley pachnie jak Gucci. Żaden inny zapach nie zbliżył się tak bardzo do legendy, bo żaden inny nie miał prawa. Dlaczego? Bo tylko Michel Almairac zna tajemnicę…

Ku memu zaskoczeniu okazało się, że perfumiarz postanowił jeszcze raz tę tajemną wiedzę wykorzystać. Tym razem jednak już wyłącznie na korzyść swoją i rodzinnej marki. I chwała mu za to, bo takie perfumy zdarzają się raz na ćwierć wieku.

W 2018 roku – mniej więcej rok temu – na internetowej stronie Parle Moi de Parfum pojawiła się zapowiedź nowego zapachu o jakże nęcącej i wiele mówiącej wtajemniczonym nazwie Papyrus Oud. Intuicja i papirus w nazwie nasunęły mi podejrzenie, że być może ukochany kadzidlano-drzewny aromat pojawi się w kolejnej odsłonie… I tak się stało. Zapach miał premierę w maju 2019 i przez entuzjastów został natychmiast ochrzczony reaktywacją słynnego i nieodżałowanego protoplasty.

Papyrus Oud/ 71 to współczesna, bardziej wyrafinowana i zniuansowana, mniej asertywna, a bardziej ciepła i miękka, lepiej zbalansowana i mniej syntetycznie pachnąca odsłona „brązowego klasyka”. Otwarcie jest – za sprawą wibrującego pieprzu – identyczne z tym, jakie zapamiętałem. Charakterystyczny sygnaturowy akord kadzidlano-drzewny został troszkę zmieniony – mniej w nim kadzidła, a więcej ciepłych słodkawych żywic, przez co zapach zyskał na dojrzałości, a utracił na natarczywości. Baza jest przepiękna, głęboka, kadzidlano-żywiczna. Mimo tych subtelnych różnic nie mam żadnych wątpliwości, czym w istocie jest ten zapach i świadomość tego czyni mnie po prostu szczęśliwym. A jednak cuda się zdarzają…

Papyrus Oud/71 projektuje w sposób charakterystyczny dla perfum Michela Almairaca. Nie jest narzucający się, nie dominuje, ale czuć go delikatnie cały czas, a od czasu do czasu emanuje nieco mocniej. Gdy już o nim zapomnieliśmy, przypomina o sobie smużką słodkawego dymu. Nosi się go po prostu rewelacyjnie, bardzo komfortowo i bez ryzyka zmęczenia. Obaj poprzednicy – Gucci Pour Homme i Bentley for Men Absolute – mają tę cechę, że potrafią mnie po kilku godzinach trochę zmęczyć, przeszkadzać, wręcz subtelnie drażnić. W przypadku Papyrus Oud/ 71 tego zjawiska nie zanotowałem. Noszenie go to wyłącznie przyjemność.

Papyrus Oud/ 71 to nie tylko powrót perfumowej legendy i spełnienie marzeń wielu tęskniących za brązowym płynem. To także najbardziej aktualna realizacja wizji Michela Almairaca na temat tego zapachu, uwzględniająca jego wciąż rosnące doświadczenie jako perfumiarza. To artysta, który wciąż poprawia swoje metody pracy. Nieustannie doskonali też receptury perfum, które w pewnym czasie uznał za zakończone. W ten sposób udoskonalił też formułę legendarnego pachnidła, czego efektem jest Papyrus Oud/ 71. Pozostaje tylko cieszyć się tym niezwykłym aromatem, co zamierzam czynić często, szczególnie w perspektywie jesienno-zimowej aury.

Król powrócił więc i mam nadzieję, że tym razem na dobre!

główne nuty: pieprz, kadzidło, papirus, żywice

rok premiery: 2019

nos: Michel Almairac

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0->3,5

Meo Fuscini Parfum – perfumowe rzemiosło z Italii

Pachnące kompozycje Meo Fusciniego powstają z inspiracji jego własną poezją i podróżami. Zielarz z Sycylii, poeta i podróżnik, wspomagany przez przyjaciół prowadzi perfumową markę w obranym przez siebie kierunku. Zapraszam na subiektywny przegląd pachnących dzieł Meo.

Meo Fuscini

Little Song jest zapachem włoskim do szpiku kości. Dominująca, realistyczna i sugestywna nuta kawy, z której Włosi tak namiętnie zaparzają słynne na cały świat espresso, połączona tu została m.in. z absolutem z tytoniu, cywetem, wetywerią i labdanum. Nieco zaokrągla zapach użyty z ogromnym umiarem absolut różany. By unieść tę ciężką mieszankę i nadać jej ekspresji artysta umieścił w formule pieprz oraz bergamotę. Taka kombinacja jest siłą rzeczy skazana na mój zachwyt. Oryginalne, unikatowe, świetne pachnidło dla poszukujących w perfumach wyjątkowych doznań. Do tego sakramencko trwałe.

główne nuty: pieprz, kawa, tytoń

Spirito ma zdecydowanie niebanalny początek. Wilgotny i przyprawowy z -wydawałoby się – kminem na czele. Prawdopodobnie to złudzenie, bo nie ma o nim ani słowa w spisie nut. W zamian za to wymienia się bylicę i ziarna marchwi. Pachnie to bardzo intrygująco i trochę „kmino-podobnie”. Nuta ta początkowo dominuje, a z czasem ustępuje miejsca tajemniczemu, mrocznemu akordowi zbudowanemu z mirtu, cyprysa, hyzopu i nuty papieru. Co za skład! Brzmi jak marzenie miłośnika mrocznych niszowych zapachów. Gdy do tego dodać drzewną bazę z cedrem, gwajakowcem, i wetywerią, to można by uznać, że Spirito pachnie absolutnie. I coś w tym jest. Tajemniczy, uduchowiony, chwilami majestatyczny i niepokojący, niczym doskonała muzyka grająca w tle na stronie internetowej marki.

Spirito ma tytaniczną trwałość, czuję go na skórze ponad 24 godziny. Dzielnie stawia opór detergentom i uparcie tkwi na skórze. Ale to nie wyłącznie dlatego jest moim ulubionym pośród testowanych pachnideł Fusciniego. Pierwsze miejsce otrzymuje za całokształt. Jeżeli zdecyduję się na pełen flakon tej marki, to będzie to właśnie Spirito.

główne nuty: kmino-podobna, przyprawowa, drzewna

W Narcotico (genialna w swej sugestywnej prostocie nazwa prawda?) Fuscini znowu płata mi figla. Dałbym sobie zostawić wąsy, że w formule tkwi absolut jaśminu lub coś podobnie biało-kwiatowo odurzającego. Może to sugestia w związku z nazwą, a może jednak fakt. Gorzkawo-słodka biało-kwiatowa, bardzo głęboka i poruszająca nuta otwiera bowiem ten zapach i jest – jak sądzę – efektem połączenia paczuli, kadzidła, tymianku i oudu o animalnym zabarwieniu. Zwierzęcość Narcotico jest ewidentna, jakby z każdą chwilą mocniejsza, ale z czasem zapach nabiera jakiejś przedziwnej uduchowionej aury. Kadzidło daje bardziej znać o sobie. To zdjęcie na pudełku, figurka anioła, która kojarzy się twórcy z jego dzieciństwem w Palermo… Zamykam oczy i wyobrażam sobie tę skromną religijną rodzinę, regularnie uczęszczającą na msze i tego małego chłopca przygniecionego pompatycznością katolickiego obrzędu. Teraz bardziej rozumiem, dlaczego Narcotico pachnie właśnie tak… Z jednej strony mnie przyciąga, z drugiej odrzuca…

główne nuty: biało-kwiatowa, paczula, nuta drzewno-animalna (oud)

Soczysto-kwiatowe intro Odor 93 nie pozostawia wątpliwości. Oto wielowymiarowe, nieco obezwładniające, gęste od esencji perfumy kwiatowe z dominującymi nutami narcyza i tuberozy, które perfumiarz bardzo zręcznie ozdobił przyprawami użytymi tu na użytek kwiatowego tematu, a nie w celu przykrycia go czy odwrócenia od niego uwagi. Tak więc wymienione w składzie: kmin, goździk czy szałwia przydają centralnemu aromatowi ekspresji i mocy, ale nie ujawniają się indywidualnie w postaci dominującej. To potwierdza moim zdaniem ponadprzeciętne opanowanie przez Fusciniego perfumiarskiego warsztatu. Dość szybko spod kwiatowego aromatu wyłaniają się nuty w sumie także z nim kompatybilne, ale zaburzające nieco początkową idyllę. Animalny i drzewny akord oudowy, wzmocniony nutami drzewnymi, w tym paczulą i wetywerią, a także tytoniem przydaje zapachowi dodatkowego, zmysłowego, a nawet cielesnego charakteru. Jakby tego było mało kontrapunkt dla tych nut stanowi kulinarna w swej istocie wanilia. Oba akordy tworzą swoiste słodko-gorzkie napięcie, kontrast przydający perfumom życia i intrygi. W miarę upływu czasu drzewna baza wyraźniej daje znać o sobie. Odor 93 to zdecydowanie nie jest nudny „kwiatowiec”.

Odor 93 to hipnotyzująca tuberoza zrobiona z odwagą, pomysłem i wyobraźnią oraz odrobiną brawury. Zmysłowa, obezwładniająca kobiecością, cielesna i magnetyczna. Zapach prawdziwej femme fatale.

główne nuty: tuberoza, animalne, drzewne, wanilia

L’Oblio to po włosku zapomnienie. W tej kompozycji trudno się jednak zapomnieć…

Ta próba stworzenia perfum kadzidlano-drzewnych z przewagą tych drugich w bazie i lekko ziołowym sercem z mieszanką mate, tytoniu i nieśmiertelnika (a także irysa) nie należy do – oględnie mówiąc – najbardziej udanych. Nie zabrakło tu solidnej dawki piżm, ale zabrakło – obawiam się – warsztatu, a być może cierpliwości, by zapach uczynić „jakimś”. L’Oblio ma owszem intrygujący charakter i nie brak mu potencjału. Jednak jest dziwnie zwiewne, niedoprecyzowane, zaskakująco – jak na tego typu zapach – transparentne. Nie chcę go w czambuł potępiać, bowiem być może taki ten zapach w zamiarze Fusciniego miał być. Niedopowiedziany, zastanawiający. Wszak to kreacja artystyczna, tu nie ma komercyjnego bacika. Fuscini zrobił tak, jak zamierzał. Ten zapach ma coś w sobie, z pewnością tak. Ciekawie pachnie w nim mate. Sam nie wiem, próbuję o nim zapomnieć, ale on jakoś nie chce odejść w zapomnienie… Cóż, być może powinniśmy się lepiej poznać, tymczasem w lanej próbce pozostało ostatnie 0,5 ml…. A Meo nie oferuje próbek swych perfum…. Nieładnie. Wszak wycenia swoje dzieła dość wysoko, mógłby więc dać szansę na ich spokojne wypróbowanie przed zakupem.

główne nuty: kadzidło, suche nuty drzewne, piżmo

Notturno ma ładną, obiecującą nazwę i trudny początek. Oto bardzo przeze mnie nie lubiana woń zmywacza do paznokci dominuje akord głowy (wedle spisu nut to ananas i rum). Nie jest tak drażniąca, jak popularny rozpuszczalnik, niemniej moje skojarzenia są mocne i jednoznaczne. Nie znaczy to oczywiście, że każdemu będzie się ten zapach tak kojarzył. Ale – jak sądzę – większości. Inna sprawa, że nie od dziś wiadomo, że te nieco bardziej wyrafinowane perfumy lubią rozpoczynać się trudnym akordem, by z czasem zaskoczyć nas niebagatelnej urody sercem i zmysłową, otulającą i snującą się niczym ogon bazą. Czy tak jest w przypadku Notturno? Niestety nie. Z tej kwaśnej chmury nie ma nawet kwaśnego deszczu. Zapach dosłownie po kilkunastu przechodzi niebywałą transformację, staje się bardzo bliskoskórny, z wyczuwalną na początku nutą animalna w typie hyraceum, by po pewnym czasie pozostać na skórze w postaci – owszem bardzo trwałego, ale też rachitycznego – akordu drzewnego z wyodrębniającym się ISO-E-Super. Kontrast pomiędzy głośnym intro, a bardzo szybkim i szepczącym finiszem jest tu doprawdy bezprecedensowy. Uderza też brak wyraźnego akordu serca. Całość wydaje mi się niedopracowana, nieciekawa, po prostu nieudana. Przyznam – dziwię się, że Meo Fuscini zdecydował się opublikować ten zapach. Szkoda tej ładnej przecież nazwy…

główne nuty: kwaśno-owocowa, drzewna, skórzana/animalna

Przywiezione przez Fusciniego z podróży po Maroku wspomnienia najsilniej wiążą się z tytoniem oraz ceremonią zaparzania i spożywania herbaty miętowej. Słynna marokańska mięta jest jednym z głównych bohaterów zapachu 2# nota di viaggio. Czujemy ją w zielonym i lekko cytrusowym wydaniu od pierwszych sekund. Mięcie towarzyszy bowiem esencja z trawy cytrynowej oraz zręcznie wpleciona nuta tytoniu. Przyznam, że shukran… (bo tak brzmi podtytuł tej kompozycji) urzekł mnie świeżością, zaskakującą głębią i nasyceniem. Poza tym to chyba pierwszy raz, gdy spotykam się z takim połączeniem składników. Meo Fuscini pisze, że ten zapach to prosta kompozycja, ale zawiera w sobie wiele emocji. Zgadzam się i dodam, że choć prosta, to jest to bardzo skuteczna i efektowna kombinacja, dająca naprawdę świetny, świeży zapach z głębią, daleki od miętowego banału. To tylko potwierdza zasadę, której wierni są od lata perfumiarze kalibru Michela Almairaca czy Jean-Claude’a Elleny, że dobry zapach powinien składać się z niewielu składników, bo wtedy istnieje dla nich przestrzeń, by mogły wspólnie interesująco zakwitnąć, a cała kompozycja ma czym oddychać. Tak jest w przypadku 2# nota di viaggio.

główne nuty: marokańska mięta, trawa cytrynowa, tytoń

Część trzecia notatek z podróży 3# nota di viaggo to wspomnienie Sycylii, miejsca urodzenia Meo, które artyście kojarz się m.in. z uprawą fig. To nuta figi właśnie zajmuje centralne miejsce w zapachu, otoczona jaśminem i osadzona na bazie z kadzidła. Prosto i na temat. Figa Fusciniego jest ciepła, lekko kwiatowa i raczej delikatna. Poza tym niewiele się tu dzieje.

główne nuty: figa, jaśmin, kadzidło

Perfumy Meo Fusciniego emanują artyzmem, tajemnicą i pasją. Są natchnione, tak jak natchniony wydaje się być sam Meo. Są dowodem na to, że gdzieś w świecie wciąż tworzone są zapachy niszowe w najlepszym tego słowa znaczeniu i z wszystkimi tego konsekwencjami. Bez oglądania się na trendy czy oczekiwania klientów, choćby mieli to być wyłącznie koneserzy perfum, bo przecież bije z nich bezkompromisowość i artyzm, które niejednego konesera przekonają, mimo, że nie zawsze idą w parze z przekonującą realizacją.

Bvlgari „Rose Goldea Blossom Delight” – róża młodości

W bieżącym roku pojawiło się kolejne wcielenie damskich perfum linii Goldea od Bvlgari (2015). Przypomnijmy, że oryginalna Rose Goldea miała swoją premierę w 2016. Tegoroczna inkarnacja to Rose Goldea Blossom Delight to z założenia perfumy dla młodych kobiet i sam zapach miał być odpowiednio dla gustów młodych pań skrojony.

Jak w przypadku wszystkich poprzednich, tak i tym razem perfumy skomponował niestrudzony Alberto Morillas.

Kompozycja jest bardzo zgrabna, energetyczna, lekka, dynamiczna i bardzo współczesna.

Mimo ewidentnej różanej dominanty, wyczuwalnej praktycznie od początku, zapach emanuje także nutami zielonymi (fiołek) i świeżo-owocowymi (akord papaja). Ten orzeźwiający, lekki owocowo-zielono-różany akord dominuje na pierwszym etapie. Warto zauważyć, że został on złamany subtelną nuta jaśminu. Serce zdominowane jest przez aromaty różane – płatków i pączków róży. Dla równowagi pojawia się tez konwalia, stereotypowe można by rzec rozwiązanie, przydające całości abstrakcyjnej kwiatowości (bo choć konwalia w naturze to kwiat „z krwi i kości”, to w perfumerii jest skomponowanym z kilku składników zielono-białokwiatowym akordem). Róża w Blossom Delight nie pachnie anachronicznie, a – przyznać muszę – bardzo nowocześnie i naprawdę atrakcyjnie. Jednocześnie też niesłodko, nielandrynkowo i niekulinarnie w ten znany w wielu damskich perfum oklepany sposób. Współczesnego tonu tym perfumom przydaje w dużej mierze ich baza, będąca połączeniem białych piżm i syntetycznych molekuł ambrowych, które tu – użyte w połączeniu z absolutem róży bułgarskiej, odpowiadającym za dalszy ciąg różanej historii – tworzą magnetyczny akord głębi, kobiecy i subtelny, jednocześnie obecny i nieco zadziorny.

Nie jest łatwo zaproponować różę, która nie będzie się młodym kobietom kojarzyć anachronicznie, ale mistrz Morillas wie, jak to zrobić. Rose Goldea Blossom Delight to wibrujący, świeży i dynamiczny kobiecy zapach różany, który poprzez swą lekkość i wibrację wspaniale pasuje do współczesnej młodej kobiety. Jego dynamiczna i energiczna sygnatura idealnie uzupełni sylwetkę pełnej energii, życia i sił witalnych wchodzącej w dorosłe życie dziewczyny.

Rose Goldea Blossom Delight do Bvlgari to zapach pod każdym względem mainstreamowy, co oznacza, że skierowany do szerokiej klienteli sieciowych perfumerii. To oczywiście determinuje jego „ogólnie uznany za ładny” charakter. Niemniej jako taki zrobiony został perfekcyjnie i uniknięto w nim oklepanych i banalnych zapachowych schematów. Od początku do końca jest spójny i jest „jakiś”. Ma charakter i sygnaturę. Przyznam, że naprawdę mi się spodobał. Zdecydowanie zachęcam młode panie do sięgnięcia po testerowy flakon podczas wizyty w perfumerii, by wyrobić sobie zdanie. Moim zdaniem warto.

nuty głowy: liść fiołka, zielona papaja, jabłko, jaśmin

nuty serca: róża, liście róży, pączki róży, konwalia

nuty bazy: bułgarska róża, białe piżma, ambra

rok premiery: 2019

nos: Alberto Morillas

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0->3,0

Maison Francis Kurkdijan „G(g)entle (f)Fluidity” – zabawa pachnącym tworzywem

Francis Kurkdjian przyzwyczaił już nas do tego, że wprowadza nowe zapachy parami – dla niej i dla niego. Jednak w przypadku tegorocznego duetu gentle Fluidity/ Gentle fluidity mamy do czynienia z parą wyjątkową pod względem koncepcji. Perfumiarz postawił sobie za cel udowodnić światu, że przy pomocy dokładnie tych samych składników, ale zgoła innych ich proporcji, można stworzyć dwa zupełnie różne zapachy. Czy mu się to udało? O tym nieco później.

Francis Kurkdjian, foto: The Cut

To unikatowa realizacja, dowodząca także tego, że Francis Kurkdjian trochę zmienia swój stosunek do odkrywania tajników perfumiarskiego warsztatu. Niegdyś zapiekły tego przeciwniki, nerwowo reagujący na pytania dotyczące składników i nut zapachowych, dziś nie tylko podaje główne nuty/ akordy w opisie każdego swojego zapachu na oficjalnej stronie internetowej, ale w tym konkretnym przypadku zdradza nam wręcz, że oba pachnidła mają taki sam skład, tyle że różne proporcje.

Ale Francis to artysta przewrotny. Poprzez tę perfumową parę, bawiąc się pachnącymi ingrediencjami, udowadnia też to, przy czym konsekwentnie (i słusznie) stoi, a mianowicie: składniki są w rękach perfumiarza tworzywem, z którego ten, jeżeli ma dość wyobraźni i umiejętności, potrafi wyczarować, co tylko mu się podoba. Więc jaki sens ma ujawnianie listy składników, skoro ta sama lista składników może oznaczać dwa zupełnie inne zapachy?

Składniki są dla perfumiarza tym, czym dla artysty malarza farby. Do tego porównania zresztą Kurkdjian lubi nawiązywać, gdy ktoś pyta go o ingrediencje czy nuty zapachowe. Czy opis dzieła malarskiego powinien składać się z podania listy użytych farb oraz uzyskanych i widocznych na nim wybarwień? Paradoksalnie więc można stwierdzić, że poprzez ten duet perfumowy Francis komunikuje: nie istotne są składniki, bo mogę żonglować nimi i ich zawartością tak, że odmienię zapach nie do poznania. Istotny jest efekt końcowy i to, czy perfumy wywołują emocje oraz jakie to są emocje.

No właśnie – jakie emocje wywołały we mnie oba zapachy?

Przypływ energii i poczucia elegancji, a po nim lekka konfuzja, czyli Gentle fluidity (silver)

To wg mnie męska część tego duetu. Bo choć tym razem Francis nie skierował perfum do konkretnych płci, to ta rześka, wytrawna, odrobinę nawet gorzka i wibrująca mieszanka dominujące esencji z gałki muszkatołowej, pięknie podbita przez jagody jałowca, oparta na bazowych nutach ambrowo-drzewnych i mogący kojarzyć się z aromatem ginu, mnie kojarzy się zdecydowanie z męską skórą. Zapach został – jak zwykle w przypadku MFK – z maestrią zmieszany. Jest żywy, harmonijny, elegancki, świetlisty, a wręcz srebrzysty i idealnie pasuje do srebrnej nakrętki falkonu (lub raczej na odwrót). Przypomina mi owszem nieco Penhaligon’s Juniper Sling (i raczej zapomniany L’homme de coeur Parfums Divine), ale jest intensywniejszy i żywszy od obu. Podobnego wytrawnego i wibrującego zapachu dotąd w ofercie MFK nie było, tak więc Gentle fluidity oceniam jako bardzo udane jej uzupełnienie. Doskonały zapach do koszuli i marynarki. Mógłby jednak nie gasnąć tak szybko na mojej skórze. No ale może inni będą mieli więcej szczęścia…

główne nuty: jagody jałowca, gałka muszkatołowa, kolendra, piżma, nuty drzewno-ambrowe, wanilia

Zafrasowanie spuentowane rozczarowaniem, czyli gentle Fluidity (gold)

Tu perfumiarz zupełnie inaczej rozłożył akcenty. Na pierwszym planie umiejscowił te składniki, które w wersji srebrnej budują tło. Woń jest w efekcie lekko kwiatowa, subtelnie owocowa, ciepło-przyprawowa, piżmowa. Esencja z ziarn kolendry, dymna wanilia i piżma budują zapach w typie skin scent, bliskoskórny, ciepły, otulający. Introwertyczny, a nawet intymny, w opozycji do ekstrawertycznego i bardziej krzykliwego srebrnego brata. Jak dla mnie zdecydowanie zbyt delikatny i rachityczny, ale wiem, że są liczni wielbiciele perfum niedopowiedzianych, nienachalnych i bezpiecznych. Dla nich gentle Fluidity może okazać się strzałem w dziesiątkę. Mnie niestety rozczarował, ale to już typowo rzecz gustu.

Natomiast ten słaby tzw. performance złotej wersji gentle Fluidity wpisuje się w clue tego projektu. Oto bowiem dwie kompozycje złożone z tych samych składników, ale użytych w różnych proporcjach, nie tylko pachną zupełnie odmiennie, ale też różnią się właśnie zachowaniem na skórze. Czy to dobrze, to już inna kwestia. Niewątpliwie jednak na końcu rękopisów lub wydruków obu receptur Francis Kurkdjian powinien z uśmiechem zadowolenia umieścić skrót q.e.d.*

główne nuty: jagody jałowca, gałka muszkatołowa, kolendra, piżma, nuty drzewno-ambrowe, wanilia

*) Na przekór aktualnym trendom nie będę czytelnikom ułatwiał i nie wyjaśnię tutaj, co ten skrót oznacza. Niech wszyscy, którzy tego nie wiedzą, sami odszukają wyjaśnienie. 🙂

M.Micallef „DesirToxic” – czy się odważysz?

Całkiem długo kazał nam czekać Geoffrey Nejman na następcę Osaito i AKOWA. Czy było warto?

Wszystko zaczęło w 2015 się od bardzo oryginalnego, unikatowo pachnącego, drzewno-kakaowo-zielonego AKOWA (półmatowy flakon w barwie głębokiej czerni), zawierającego tajny składnik, którego marka nie chciała ujawnić. Już rok później premierę miał uwielbiany nie tylko przez mężczyzn, dużo bardziej przyjazny i trącający dużo popularniejsze akordy Osaito (ręcznie szczotkowany flakon w kolorze szarym) – będący mieszanką nut cytrusowych, morskich i ziołowych. Pamiętam, że podczas premiery tego zapachu w perfumerii Quality Missala w Warszawie Geoffrey Nejman wspomniał, że jest już gotowy trzeci, zupełnie wyjątkowy zapach, ale data premiery nie jest jeszcze ustalona. Na DesirToxic przyszło więc czekać aż 3 lata. Cóż, czas tak szybko upływa….

Oto więc jest. Tym razem czarny flakon „posmarowany” został ciemno-niebieską farbą i muszę przyznać, że wygląda fantastycznie – chyba najlepiej z całej trójki.

Świeże, owocowo-przyprawowe otwarcie od razy przyciągnęło moją uwagę. Okazało się zresztą dziwnie znajome…. Jest w nim coś z genialnego Opium Pour Homme YSL – co pewnie wynika z połączenia słodkich przypraw z nutą porzeczki. Jednak zamiast dość gęstej waniliowej bazy klasyka, tu znajdziemy bardziej współczesne drzewne tło. Czarna porzeczka, kardamon, cynamon i tonka budują zasadniczy akord zapachu. Nie zapomnijmy jednak o składniku, który nadaje mu bardzo specyficznego charakteru, a który nieco bardziej wyczuwalny staje się w późniejszej fazie – cannabis. Rzeczywiście poczuć można ten jedyny w swoim rodzaju suchy, zielony aromat, ale nie dominuje on zapachu. Jeżeli już miałbym się do czegoś przyczepić, to troszkę rozczarowuje mnie baza. Zarówno AKOWA i jak i dużo przecież delikatniejsze Osaito posiadają fajnie projektujące i długotrwałe finisze. Koniec DesirToxic owszem trwa na skórze, ale zdaje się nie docierać do mojego nosa w dość wyraźny sposób.

Pod względem wyrazistości DesirToxic plasuje się po Akowa, a przed Osaito. Pod względem noszalności jest na odwrót. Wydaje mi się, że tym razem panowanie Geoffrey Nejman oraz Jean-Claude Astier wstrzelili się w dziesiątkę. DeirToxic jest idealnym połączeniem pięknego, sygnaturowego akordu, który natychmiast zapada w pamięć, z tym wszystkim cechami, które czynią z perfum produkt, po który chętnie się sięga bez względu na aktualny nastrój czy okazję. Charakter DesirToxic znajduje się dokładnie pomiędzy wyrazistością i eksperymentem AKOWA, a subtelnością i komfortową noszalnością Osaito. Wspólnie stanowią wyjątkowy perfumy tercet.

Wieszczę temu zapachowi sukces. Marka zadbała – jak zwykle – o marketing, przygotowując całkiem fajną, a przed wszystkim intrygująca kampanię w mediach (zdjęcia, film oraz reklamowe hasło). Poszerzyła też krąg potencjalnych odbiorców przedstawiając zapach jako uniseks, w przeciwieństwie do dwóch poprzedników. I choć DesirToxic może spodobać się niektórym kobietom., według mnie jest to jednak zapachem męskim. Kropka. 🙂

Na koniec wypada odpowiedzieć na zadane przez M.Micallef pytanie:

Will you dare?

Odpowiadam:

Yes! I already did! And it was worth it!

dominujące akordy: owocowo-przyprawowy, zielony, mszysty

nuty głowy: bergamotka, cytryna, kardamon

nuty serca: czarna porzeczka, cynamon, tonka, cannabis

nuty bazy: benzoes, mech, paczula, piżmo

rok premiery: 2019

nos: Geoffrey Nejman/ Jean-Claude Astier

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5->3,5