Meo Fuscini Parfum – perfumowe rzemiosło z Italii

Pachnące kompozycje Meo Fusciniego powstają z inspiracji jego własną poezją i podróżami. Zielarz z Sycylii, poeta i podróżnik, wspomagany przez przyjaciół prowadzi perfumową markę w obranym przez siebie kierunku. Zapraszam na subiektywny przegląd pachnących dzieł Meo.

Meo Fuscini

Little Song jest zapachem włoskim do szpiku kości. Dominująca, realistyczna i sugestywna nuta kawy, z której Włosi tak namiętnie zaparzają słynne na cały świat espresso, połączona tu została m.in. z absolutem z tytoniu, cywetem, wetywerią i labdanum. Nieco zaokrągla zapach użyty z ogromnym umiarem absolut różany. By unieść tę ciężką mieszankę i nadać jej ekspresji artysta umieścił w formule pieprz oraz bergamotę. Taka kombinacja jest siłą rzeczy skazana na mój zachwyt. Oryginalne, unikatowe, świetne pachnidło dla poszukujących w perfumach wyjątkowych doznań. Do tego sakramencko trwałe.

główne nuty: pieprz, kawa, tytoń

Spirito ma zdecydowanie niebanalny początek. Wilgotny i przyprawowy z -wydawałoby się – kminem na czele. Prawdopodobnie to złudzenie, bo nie ma o nim ani słowa w spisie nut. W zamian za to wymienia się bylicę i ziarna marchwi. Pachnie to bardzo intrygująco i trochę „kmino-podobnie”. Nuta ta początkowo dominuje, a z czasem ustępuje miejsca tajemniczemu, mrocznemu akordowi zbudowanemu z mirtu, cyprysa, hyzopu i nuty papieru. Co za skład! Brzmi jak marzenie miłośnika mrocznych niszowych zapachów. Gdy do tego dodać drzewną bazę z cedrem, gwajakowcem, i wetywerią, to można by uznać, że Spirito pachnie absolutnie. I coś w tym jest. Tajemniczy, uduchowiony, chwilami majestatyczny i niepokojący, niczym doskonała muzyka grająca w tle na stronie internetowej marki.

Spirito ma tytaniczną trwałość, czuję go na skórze ponad 24 godziny. Dzielnie stawia opór detergentom i uparcie tkwi na skórze. Ale to nie wyłącznie dlatego jest moim ulubionym pośród testowanych pachnideł Fusciniego. Pierwsze miejsce otrzymuje za całokształt. Jeżeli zdecyduję się na pełen flakon tej marki, to będzie to właśnie Spirito.

główne nuty: kmino-podobna, przyprawowa, drzewna

W Narcotico (genialna w swej sugestywnej prostocie nazwa prawda?) Fuscini znowu płata mi figla. Dałbym sobie zostawić wąsy, że w formule tkwi absolut jaśminu lub coś podobnie biało-kwiatowo odurzającego. Może to sugestia w związku z nazwą, a może jednak fakt. Gorzkawo-słodka biało-kwiatowa, bardzo głęboka i poruszająca nuta otwiera bowiem ten zapach i jest – jak sądzę – efektem połączenia paczuli, kadzidła, tymianku i oudu o animalnym zabarwieniu. Zwierzęcość Narcotico jest ewidentna, jakby z każdą chwilą mocniejsza, ale z czasem zapach nabiera jakiejś przedziwnej uduchowionej aury. Kadzidło daje bardziej znać o sobie. To zdjęcie na pudełku, figurka anioła, która kojarzy się twórcy z jego dzieciństwem w Palermo… Zamykam oczy i wyobrażam sobie tę skromną religijną rodzinę, regularnie uczęszczającą na msze i tego małego chłopca przygniecionego pompatycznością katolickiego obrzędu. Teraz bardziej rozumiem, dlaczego Narcotico pachnie właśnie tak… Z jednej strony mnie przyciąga, z drugiej odrzuca…

główne nuty: biało-kwiatowa, paczula, nuta drzewno-animalna (oud)

Soczysto-kwiatowe intro Odor 93 nie pozostawia wątpliwości. Oto wielowymiarowe, nieco obezwładniające, gęste od esencji perfumy kwiatowe z dominującymi nutami narcyza i tuberozy, które perfumiarz bardzo zręcznie ozdobił przyprawami użytymi tu na użytek kwiatowego tematu, a nie w celu przykrycia go czy odwrócenia od niego uwagi. Tak więc wymienione w składzie: kmin, goździk czy szałwia przydają centralnemu aromatowi ekspresji i mocy, ale nie ujawniają się indywidualnie w postaci dominującej. To potwierdza moim zdaniem ponadprzeciętne opanowanie przez Fusciniego perfumiarskiego warsztatu. Dość szybko spod kwiatowego aromatu wyłaniają się nuty w sumie także z nim kompatybilne, ale zaburzające nieco początkową idyllę. Animalny i drzewny akord oudowy, wzmocniony nutami drzewnymi, w tym paczulą i wetywerią, a także tytoniem przydaje zapachowi dodatkowego, zmysłowego, a nawet cielesnego charakteru. Jakby tego było mało kontrapunkt dla tych nut stanowi kulinarna w swej istocie wanilia. Oba akordy tworzą swoiste słodko-gorzkie napięcie, kontrast przydający perfumom życia i intrygi. W miarę upływu czasu drzewna baza wyraźniej daje znać o sobie. Odor 93 to zdecydowanie nie jest nudny „kwiatowiec”.

Odor 93 to hipnotyzująca tuberoza zrobiona z odwagą, pomysłem i wyobraźnią oraz odrobiną brawury. Zmysłowa, obezwładniająca kobiecością, cielesna i magnetyczna. Zapach prawdziwej femme fatale.

główne nuty: tuberoza, animalne, drzewne, wanilia

L’Oblio to po włosku zapomnienie. W tej kompozycji trudno się jednak zapomnieć…

Ta próba stworzenia perfum kadzidlano-drzewnych z przewagą tych drugich w bazie i lekko ziołowym sercem z mieszanką mate, tytoniu i nieśmiertelnika (a także irysa) nie należy do – oględnie mówiąc – najbardziej udanych. Nie zabrakło tu solidnej dawki piżm, ale zabrakło – obawiam się – warsztatu, a być może cierpliwości, by zapach uczynić „jakimś”. L’Oblio ma owszem intrygujący charakter i nie brak mu potencjału. Jednak jest dziwnie zwiewne, niedoprecyzowane, zaskakująco – jak na tego typu zapach – transparentne. Nie chcę go w czambuł potępiać, bowiem być może taki ten zapach w zamiarze Fusciniego miał być. Niedopowiedziany, zastanawiający. Wszak to kreacja artystyczna, tu nie ma komercyjnego bacika. Fuscini zrobił tak, jak zamierzał. Ten zapach ma coś w sobie, z pewnością tak. Ciekawie pachnie w nim mate. Sam nie wiem, próbuję o nim zapomnieć, ale on jakoś nie chce odejść w zapomnienie… Cóż, być może powinniśmy się lepiej poznać, tymczasem w lanej próbce pozostało ostatnie 0,5 ml…. A Meo nie oferuje próbek swych perfum…. Nieładnie. Wszak wycenia swoje dzieła dość wysoko, mógłby więc dać szansę na ich spokojne wypróbowanie przed zakupem.

główne nuty: kadzidło, suche nuty drzewne, piżmo

Notturno ma ładną, obiecującą nazwę i trudny początek. Oto bardzo przeze mnie nie lubiana woń zmywacza do paznokci dominuje akord głowy (wedle spisu nut to ananas i rum). Nie jest tak drażniąca, jak popularny rozpuszczalnik, niemniej moje skojarzenia są mocne i jednoznaczne. Nie znaczy to oczywiście, że każdemu będzie się ten zapach tak kojarzył. Ale – jak sądzę – większości. Inna sprawa, że nie od dziś wiadomo, że te nieco bardziej wyrafinowane perfumy lubią rozpoczynać się trudnym akordem, by z czasem zaskoczyć nas niebagatelnej urody sercem i zmysłową, otulającą i snującą się niczym ogon bazą. Czy tak jest w przypadku Notturno? Niestety nie. Z tej kwaśnej chmury nie ma nawet kwaśnego deszczu. Zapach dosłownie po kilkunastu przechodzi niebywałą transformację, staje się bardzo bliskoskórny, z wyczuwalną na początku nutą animalna w typie hyraceum, by po pewnym czasie pozostać na skórze w postaci – owszem bardzo trwałego, ale też rachitycznego – akordu drzewnego z wyodrębniającym się ISO-E-Super. Kontrast pomiędzy głośnym intro, a bardzo szybkim i szepczącym finiszem jest tu doprawdy bezprecedensowy. Uderza też brak wyraźnego akordu serca. Całość wydaje mi się niedopracowana, nieciekawa, po prostu nieudana. Przyznam – dziwię się, że Meo Fuscini zdecydował się opublikować ten zapach. Szkoda tej ładnej przecież nazwy…

główne nuty: kwaśno-owocowa, drzewna, skórzana/animalna

Przywiezione przez Fusciniego z podróży po Maroku wspomnienia najsilniej wiążą się z tytoniem oraz ceremonią zaparzania i spożywania herbaty miętowej. Słynna marokańska mięta jest jednym z głównych bohaterów zapachu 2# nota di viaggio. Czujemy ją w zielonym i lekko cytrusowym wydaniu od pierwszych sekund. Mięcie towarzyszy bowiem esencja z trawy cytrynowej oraz zręcznie wpleciona nuta tytoniu. Przyznam, że shukran… (bo tak brzmi podtytuł tej kompozycji) urzekł mnie świeżością, zaskakującą głębią i nasyceniem. Poza tym to chyba pierwszy raz, gdy spotykam się z takim połączeniem składników. Meo Fuscini pisze, że ten zapach to prosta kompozycja, ale zawiera w sobie wiele emocji. Zgadzam się i dodam, że choć prosta, to jest to bardzo skuteczna i efektowna kombinacja, dająca naprawdę świetny, świeży zapach z głębią, daleki od miętowego banału. To tylko potwierdza zasadę, której wierni są od lata perfumiarze kalibru Michela Almairaca czy Jean-Claude’a Elleny, że dobry zapach powinien składać się z niewielu składników, bo wtedy istnieje dla nich przestrzeń, by mogły wspólnie interesująco zakwitnąć, a cała kompozycja ma czym oddychać. Tak jest w przypadku 2# nota di viaggio.

główne nuty: marokańska mięta, trawa cytrynowa, tytoń

Część trzecia notatek z podróży 3# nota di viaggo to wspomnienie Sycylii, miejsca urodzenia Meo, które artyście kojarz się m.in. z uprawą fig. To nuta figi właśnie zajmuje centralne miejsce w zapachu, otoczona jaśminem i osadzona na bazie z kadzidła. Prosto i na temat. Figa Fusciniego jest ciepła, lekko kwiatowa i raczej delikatna. Poza tym niewiele się tu dzieje.

główne nuty: figa, jaśmin, kadzidło

Perfumy Meo Fusciniego emanują artyzmem, tajemnicą i pasją. Są natchnione, tak jak natchniony wydaje się być sam Meo. Są dowodem na to, że gdzieś w świecie wciąż tworzone są zapachy niszowe w najlepszym tego słowa znaczeniu i z wszystkimi tego konsekwencjami. Bez oglądania się na trendy czy oczekiwania klientów, choćby mieli to być wyłącznie koneserzy perfum, bo przecież bije z nich bezkompromisowość i artyzm, które niejednego konesera przekonają, mimo, że nie zawsze idą w parze z przekonującą realizacją.

Bvlgari „Rose Goldea Blossom Delight” – róża młodości

W bieżącym roku pojawiło się kolejne wcielenie damskich perfum linii Goldea od Bvlgari (2015). Przypomnijmy, że oryginalna Rose Goldea miała swoją premierę w 2016. Tegoroczna inkarnacja to Rose Goldea Blossom Delight to z założenia perfumy dla młodych kobiet i sam zapach miał być odpowiednio dla gustów młodych pań skrojony.

Jak w przypadku wszystkich poprzednich, tak i tym razem perfumy skomponował niestrudzony Alberto Morillas.

Kompozycja jest bardzo zgrabna, energetyczna, lekka, dynamiczna i bardzo współczesna.

Mimo ewidentnej różanej dominanty, wyczuwalnej praktycznie od początku, zapach emanuje także nutami zielonymi (fiołek) i świeżo-owocowymi (akord papaja). Ten orzeźwiający, lekki owocowo-zielono-różany akord dominuje na pierwszym etapie. Warto zauważyć, że został on złamany subtelną nuta jaśminu. Serce zdominowane jest przez aromaty różane – płatków i pączków róży. Dla równowagi pojawia się tez konwalia, stereotypowe można by rzec rozwiązanie, przydające całości abstrakcyjnej kwiatowości (bo choć konwalia w naturze to kwiat „z krwi i kości”, to w perfumerii jest skomponowanym z kilku składników zielono-białokwiatowym akordem). Róża w Blossom Delight nie pachnie anachronicznie, a – przyznać muszę – bardzo nowocześnie i naprawdę atrakcyjnie. Jednocześnie też niesłodko, nielandrynkowo i niekulinarnie w ten znany w wielu damskich perfum oklepany sposób. Współczesnego tonu tym perfumom przydaje w dużej mierze ich baza, będąca połączeniem białych piżm i syntetycznych molekuł ambrowych, które tu – użyte w połączeniu z absolutem róży bułgarskiej, odpowiadającym za dalszy ciąg różanej historii – tworzą magnetyczny akord głębi, kobiecy i subtelny, jednocześnie obecny i nieco zadziorny.

Nie jest łatwo zaproponować różę, która nie będzie się młodym kobietom kojarzyć anachronicznie, ale mistrz Morillas wie, jak to zrobić. Rose Goldea Blossom Delight to wibrujący, świeży i dynamiczny kobiecy zapach różany, który poprzez swą lekkość i wibrację wspaniale pasuje do współczesnej młodej kobiety. Jego dynamiczna i energiczna sygnatura idealnie uzupełni sylwetkę pełnej energii, życia i sił witalnych wchodzącej w dorosłe życie dziewczyny.

Rose Goldea Blossom Delight do Bvlgari to zapach pod każdym względem mainstreamowy, co oznacza, że skierowany do szerokiej klienteli sieciowych perfumerii. To oczywiście determinuje jego „ogólnie uznany za ładny” charakter. Niemniej jako taki zrobiony został perfekcyjnie i uniknięto w nim oklepanych i banalnych zapachowych schematów. Od początku do końca jest spójny i jest „jakiś”. Ma charakter i sygnaturę. Przyznam, że naprawdę mi się spodobał. Zdecydowanie zachęcam młode panie do sięgnięcia po testerowy flakon podczas wizyty w perfumerii, by wyrobić sobie zdanie. Moim zdaniem warto.

nuty głowy: liść fiołka, zielona papaja, jabłko, jaśmin

nuty serca: róża, liście róży, pączki róży, konwalia

nuty bazy: bułgarska róża, białe piżma, ambra

rok premiery: 2019

nos: Alberto Morillas

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0->3,0

Maison Francis Kurkdijan „G(g)entle (f)Fluidity” – zabawa pachnącym tworzywem

Francis Kurkdjian przyzwyczaił już nas do tego, że wprowadza nowe zapachy parami – dla niej i dla niego. Jednak w przypadku tegorocznego duetu gentle Fluidity/ Gentle fluidity mamy do czynienia z parą wyjątkową pod względem koncepcji. Perfumiarz postawił sobie za cel udowodnić światu, że przy pomocy dokładnie tych samych składników, ale zgoła innych ich proporcji, można stworzyć dwa zupełnie różne zapachy. Czy mu się to udało? O tym nieco później.

Francis Kurkdjian, foto: The Cut

To unikatowa realizacja, dowodząca także tego, że Francis Kurkdjian trochę zmienia swój stosunek do odkrywania tajników perfumiarskiego warsztatu. Niegdyś zapiekły tego przeciwniki, nerwowo reagujący na pytania dotyczące składników i nut zapachowych, dziś nie tylko podaje główne nuty/ akordy w opisie każdego swojego zapachu na oficjalnej stronie internetowej, ale w tym konkretnym przypadku zdradza nam wręcz, że oba pachnidła mają taki sam skład, tyle że różne proporcje.

Ale Francis to artysta przewrotny. Poprzez tę perfumową parę, bawiąc się pachnącymi ingrediencjami, udowadnia też to, przy czym konsekwentnie (i słusznie) stoi, a mianowicie: składniki są w rękach perfumiarza tworzywem, z którego ten, jeżeli ma dość wyobraźni i umiejętności, potrafi wyczarować, co tylko mu się podoba. Więc jaki sens ma ujawnianie listy składników, skoro ta sama lista składników może oznaczać dwa zupełnie inne zapachy?

Składniki są dla perfumiarza tym, czym dla artysty malarza farby. Do tego porównania zresztą Kurkdjian lubi nawiązywać, gdy ktoś pyta go o ingrediencje czy nuty zapachowe. Czy opis dzieła malarskiego powinien składać się z podania listy użytych farb oraz uzyskanych i widocznych na nim wybarwień? Paradoksalnie więc można stwierdzić, że poprzez ten duet perfumowy Francis komunikuje: nie istotne są składniki, bo mogę żonglować nimi i ich zawartością tak, że odmienię zapach nie do poznania. Istotny jest efekt końcowy i to, czy perfumy wywołują emocje oraz jakie to są emocje.

No właśnie – jakie emocje wywołały we mnie oba zapachy?

Przypływ energii i poczucia elegancji, a po nim lekka konfuzja, czyli Gentle fluidity (silver)

To wg mnie męska część tego duetu. Bo choć tym razem Francis nie skierował perfum do konkretnych płci, to ta rześka, wytrawna, odrobinę nawet gorzka i wibrująca mieszanka dominujące esencji z gałki muszkatołowej, pięknie podbita przez jagody jałowca, oparta na bazowych nutach ambrowo-drzewnych i mogący kojarzyć się z aromatem ginu, mnie kojarzy się zdecydowanie z męską skórą. Zapach został – jak zwykle w przypadku MFK – z maestrią zmieszany. Jest żywy, harmonijny, elegancki, świetlisty, a wręcz srebrzysty i idealnie pasuje do srebrnej nakrętki falkonu (lub raczej na odwrót). Przypomina mi owszem nieco Penhaligon’s Juniper Sling (i raczej zapomniany L’homme de coeur Parfums Divine), ale jest intensywniejszy i żywszy od obu. Podobnego wytrawnego i wibrującego zapachu dotąd w ofercie MFK nie było, tak więc Gentle fluidity oceniam jako bardzo udane jej uzupełnienie. Doskonały zapach do koszuli i marynarki. Mógłby jednak nie gasnąć tak szybko na mojej skórze. No ale może inni będą mieli więcej szczęścia…

główne nuty: jagody jałowca, gałka muszkatołowa, kolendra, piżma, nuty drzewno-ambrowe, wanilia

Zafrasowanie spuentowane rozczarowaniem, czyli gentle Fluidity (gold)

Tu perfumiarz zupełnie inaczej rozłożył akcenty. Na pierwszym planie umiejscowił te składniki, które w wersji srebrnej budują tło. Woń jest w efekcie lekko kwiatowa, subtelnie owocowa, ciepło-przyprawowa, piżmowa. Esencja z ziarn kolendry, dymna wanilia i piżma budują zapach w typie skin scent, bliskoskórny, ciepły, otulający. Introwertyczny, a nawet intymny, w opozycji do ekstrawertycznego i bardziej krzykliwego srebrnego brata. Jak dla mnie zdecydowanie zbyt delikatny i rachityczny, ale wiem, że są liczni wielbiciele perfum niedopowiedzianych, nienachalnych i bezpiecznych. Dla nich gentle Fluidity może okazać się strzałem w dziesiątkę. Mnie niestety rozczarował, ale to już typowo rzecz gustu.

Natomiast ten słaby tzw. performance złotej wersji gentle Fluidity wpisuje się w clue tego projektu. Oto bowiem dwie kompozycje złożone z tych samych składników, ale użytych w różnych proporcjach, nie tylko pachną zupełnie odmiennie, ale też różnią się właśnie zachowaniem na skórze. Czy to dobrze, to już inna kwestia. Niewątpliwie jednak na końcu rękopisów lub wydruków obu receptur Francis Kurkdjian powinien z uśmiechem zadowolenia umieścić skrót q.e.d.*

główne nuty: jagody jałowca, gałka muszkatołowa, kolendra, piżma, nuty drzewno-ambrowe, wanilia

*) Na przekór aktualnym trendom nie będę czytelnikom ułatwiał i nie wyjaśnię tutaj, co ten skrót oznacza. Niech wszyscy, którzy tego nie wiedzą, sami odszukają wyjaśnienie. 🙂

M.Micallef „DesirToxic” – czy się odważysz?

Całkiem długo kazał nam czekać Geoffrey Nejman na następcę Osaito i AKOWA. Czy było warto?

Wszystko zaczęło w 2015 się od bardzo oryginalnego, unikatowo pachnącego, drzewno-kakaowo-zielonego AKOWA (półmatowy flakon w barwie głębokiej czerni), zawierającego tajny składnik, którego marka nie chciała ujawnić. Już rok później premierę miał uwielbiany nie tylko przez mężczyzn, dużo bardziej przyjazny i trącający dużo popularniejsze akordy Osaito (ręcznie szczotkowany flakon w kolorze szarym) – będący mieszanką nut cytrusowych, morskich i ziołowych. Pamiętam, że podczas premiery tego zapachu w perfumerii Quality Missala w Warszawie Geoffrey Nejman wspomniał, że jest już gotowy trzeci, zupełnie wyjątkowy zapach, ale data premiery nie jest jeszcze ustalona. Na DesirToxic przyszło więc czekać aż 3 lata. Cóż, czas tak szybko upływa….

Oto więc jest. Tym razem czarny flakon „posmarowany” został ciemno-niebieską farbą i muszę przyznać, że wygląda fantastycznie – chyba najlepiej z całej trójki.

Świeże, owocowo-przyprawowe otwarcie od razy przyciągnęło moją uwagę. Okazało się zresztą dziwnie znajome…. Jest w nim coś z genialnego Opium Pour Homme YSL – co pewnie wynika z połączenia słodkich przypraw z nutą porzeczki. Jednak zamiast dość gęstej waniliowej bazy klasyka, tu znajdziemy bardziej współczesne drzewne tło. Czarna porzeczka, kardamon, cynamon i tonka budują zasadniczy akord zapachu. Nie zapomnijmy jednak o składniku, który nadaje mu bardzo specyficznego charakteru, a który nieco bardziej wyczuwalny staje się w późniejszej fazie – cannabis. Rzeczywiście poczuć można ten jedyny w swoim rodzaju suchy, zielony aromat, ale nie dominuje on zapachu. Jeżeli już miałbym się do czegoś przyczepić, to troszkę rozczarowuje mnie baza. Zarówno AKOWA i jak i dużo przecież delikatniejsze Osaito posiadają fajnie projektujące i długotrwałe finisze. Koniec DesirToxic owszem trwa na skórze, ale zdaje się nie docierać do mojego nosa w dość wyraźny sposób.

Pod względem wyrazistości DesirToxic plasuje się po Akowa, a przed Osaito. Pod względem noszalności jest na odwrót. Wydaje mi się, że tym razem panowanie Geoffrey Nejman oraz Jean-Claude Astier wstrzelili się w dziesiątkę. DeirToxic jest idealnym połączeniem pięknego, sygnaturowego akordu, który natychmiast zapada w pamięć, z tym wszystkim cechami, które czynią z perfum produkt, po który chętnie się sięga bez względu na aktualny nastrój czy okazję. Charakter DesirToxic znajduje się dokładnie pomiędzy wyrazistością i eksperymentem AKOWA, a subtelnością i komfortową noszalnością Osaito. Wspólnie stanowią wyjątkowy perfumy tercet.

Wieszczę temu zapachowi sukces. Marka zadbała – jak zwykle – o marketing, przygotowując całkiem fajną, a przed wszystkim intrygująca kampanię w mediach (zdjęcia, film oraz reklamowe hasło). Poszerzyła też krąg potencjalnych odbiorców przedstawiając zapach jako uniseks, w przeciwieństwie do dwóch poprzedników. I choć DesirToxic może spodobać się niektórym kobietom., według mnie jest to jednak zapachem męskim. Kropka. 🙂

Na koniec wypada odpowiedzieć na zadane przez M.Micallef pytanie:

Will you dare?

Odpowiadam:

Yes! I already did! And it was worth it!

dominujące akordy: owocowo-przyprawowy, zielony, mszysty

nuty głowy: bergamotka, cytryna, kardamon

nuty serca: czarna porzeczka, cynamon, tonka, cannabis

nuty bazy: benzoes, mech, paczula, piżmo

rok premiery: 2019

nos: Geoffrey Nejman/ Jean-Claude Astier

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5->3,5

Aedes de Venustas „Musc Encensé”

Nowojorskie Aedes de Venustas to zdecydowanie jedna z najbardziej interesujących współczesnych marek niszowych. Każdy nowy zapach (a te mają premiery średnio raz w roku) to rzecz warta uwagi. Ich perfumy zręcznie balansują pomiędzy niszowym, wyszukanym charakterem, a mainstreamową „noszalnością”. Ich skomponowanie właściciele i jednocześnie kreatywni kierownicy marki – Robert Gerstner i Karl Brad – powierzają zawsze perfumiarzom ze światowej pierwszej ligi.

Ralph Schwieger

Tak jest także w przypadku Musc Encensé, który swą premierę miał w 2018 roku. Skomponowany przez Ralfa Schwiegera (tego od m.in. Iris Nazarena tej samej marki czy Lipstick Rose Frederica Malle) jest przykładem kreatywnej i intrygującej perfumowej opowieści skomponowanej z oszczędnych środków wyrazu i bazującej na kontraście ciepłego akordy zbudowanego z wielu molekuł piżmowych oraz zimnego, mineralnego kadzidła.

Nieco roślinny (szałwia) wstęp ma w tle subtelną przyprawowość. W oddali czuć suche i drzewne kadzidło, wplecione w całość ze smakiem i umiarem, tak że zapach w zasadzie ani przez chwilę nie atakuje nozdrzy jednoznacznie religijnymi skojarzeniami. Zamiast tego odbywa się swoista gra o dominację pomiędzy kadzidłem i piżmami. Tego pojedynku jednak żaden ze składników nie wygrywa. Tyle tylko, że czasem poczuć można bardziej smużkę kadzidła, a czasem mocniej gęste piżmowe tło. Ale i piżma, mimo że ich tu wiele, nie krzyczą. Wszystko jest bardzo zbalansowane. Drzewnej głębi zapachowi dodaje cashmeran, zaś ciepła esencja z tonka – znów – użyta z niezwykłym umiarem. Całość ma delikatny, jakby zamszowy charakter.

Musc Encensé to małe arcydzieło perfumeryjne. Bardzo oryginalne, zmysłowe i jednocześnie nieco tajemnicze, delikatne, blisko-skórne, ale trzymające się skóry i regularnie się z niej odzywające przez ponad dobę (!), bo tak długo pozostaje na niej finalna sucho-drzewno-kadzidlana nuta. Zdecydowanie warte poznania.

dominujące akordy: roślinny, piżmowy, kadzidlany, drzewny

główne nuty: szałwia, cashmeran, tonka, kadzidło, piżmo

rok premiery: 2018

nos: Ralf Schwieger

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 6,0/ projekcja: 3,5->2,0

L’Orchestre Parfum – molekularna muzyka

Marka L’Orchestre Parfum zadebiutowała w 2017 roku kwintetem pachnideł w oryginalny sposób łączące zapach z muzyką, czyli dwa wcale nie tak odległe światy.

L’Orchestre Parfum

Tym razem jednak to nie muzyka zainspirowała powstanie perfum, ale to perfumy zainspirowały wybranych instrumentalistów do skomponowania muzycznych miniatur, co wydaje mi się bardzo interesujące. W ten oto sposób powstała Perfumowa Orkiestra w składzie:

Nicolas Leroy (Francja) – darbuka (bęben kielichowy)

Fumie Hihara (Japonia) – koto

Nicolas Benedetti (Francja) – puzon

Mathias Berchadsky (Francja) – gitara

Cheikh Diallo (Senegal) – kora

Dźwiękowo L’Orchestre Parfum przybliża nam muzykę z różnych strony świata i charakterystyczne dla niej instrumenty, co jest niewątpliwą edukacyjną zaletą całego projektu.

Wszystkie perfumy kolekcji skomponował duet perfumiarek Anne-Sophie Behaghel i Amelie Bourgeois z pracowni perfum Studio Flair.

Encens Asakusa – w japońskiej świątyni

Dostojna i pełna dramaturgii, wprawiająca w zadumę melodia wygrywana na tradycyjnym japońskim 13-strunowym instrumencie koto przywołuje atmosferę japońskiej świątyni, której przestrzeń wypełnia palone kadzidło.

koto

Jest ono ciepłe, komfortowe i medytacyjne, nie tak niepokojące jak to znane ze świątyń katolickich. Choć centrum zapachu stanowi najczęściej używana we tego typu perfumach esencja z olibanum połączona z równie popularną mirrą (a więc duet zdecydowanie kojarzący się z obrzędem katolickim), to akord ten został otoczony ciepłą i lekko słodką mieszanką cyprysa, irysa i piżm, co w efekcie oddala jego religijną aurę z Europy na Daleki Wschód. Esencja Schinus Molle popularnie zwana różowym pieprzem (a nim w istocie nie będąca) przydaje pikantnej nutki w otwarciu zapachu, który jako całość wydaje się być tyleż „przyjazny” i „bezpieczny”, co mało efektowny.

główne składniki: różowy pieprz, olibanum, mirra, cyprys, irys, piżmo

Thé Darbouka – herbata na pustyni Arabskiej

Hipnotycznemu, dynamicznie narastającemu rytmowi, wygrywanemu w metrum 4/4 na kilku arabskich instrumentach perkusyjnych darbuka jednocześnie, towarzyszy aromat lekko cytrusowego, przyprawionego i nieco też owocowego naparu herbacianego. Piękna symbioza.

darbuka

Początek zapachu jest dość zwyczajny, cytrusowo-zielony. Po chwili wyłania się spod niego akord lekko owocowy. Posiada on w tle nieco zaskakującą, bo niekompatybilną z kulinarnym charakterem świeżą nutkę zielono-mydlaną. Ta wydawałoby się niepasująca tutaj nuta dodaje zapachowi „perfumowości”, oddalając go od typowo kuchennych rejestrów. Z czasem ten akcent zanika. Akord herbaciany ujawnia się w pełniej krasie dopiero po kilkudziesięciu minutach. Jest zrównoważony, przyjemny, ładny. Jak to herbata. Dodatkowo wyczuwam w nim kardamon, o czym spis nut milczy. Może to więc złudzenie, ale… chyba jednak nie. Thé Darbouka to bardzo przyjemne i nieco melancholijne pachnidło o subtelnym i bardzo przyjaznym charakterze. Potrzebuje czasu, by ujawnić swoje atuty.

główne składniki: bergamotka, kmin, suszone owoce, nieśmiertelnik, oud, kakao, styrax

Cuir Kora afrykańska skóra

Utrzymany w subtelnym rytmie reggae i raczej europejskiej harmonii utwór wykonany na niezwykłym i oryginalnie brzmiącym zachodnioafrykańskim instrumencie szarpanym kora, będącym połączeniem tykwy i harfy, stanowił inspiracje dla powstania tego skórzanego zapachu.

kora

Cuir Kora jest współczesną, intensywną kompozycją skórzaną, utrzymaną w charakterze skórzanych propozycji m.in. marki Memo Paris czy Parfum d’Empire. Jego delikatna przyprawowość i dość gęsta, trochę wytrawna i wyraźnie drzewna (szczególnie na suchym finiszu) natura powoduje, że bardzo ładnie układa się – nomen omen – na skórze. Cuir Kora to prawdopodobnie mój ulubionym zapach L’Orchestre Parfum. No chyba, że jeszcze zmienię zdanie…

główne składniki: mango, kardamon, elemi, skóra, labdanum, drewno palisandrowe, benzoes

Flamenco Neroli hiszpańsko brzmiące molekuły

Żadna muzyka nie pasuje lepiej do tego aromatycznego, świeżego, kolońskiego zapachu, niż flamenco. A jeżeli flamenco, to oczywiście gitara – klasyczna, z pudłem rezonansowym i ciepło brzmiącymi strunami nylonowymi. Na taki to instrumencie jeden z czołowych współczesnych francuskich gitarzystów flamenco Mathias Berchadsky wygrywa swą muzyczną miniaturę.

gitara klasyczna

Charakter zapachu oczywiście nie jest niespodzianką. Dominuje białokwiatowo-cytrusowy akord koloński zbudowany z neroli i bergamotki, któremu odrobiny wibracji przydano imbirem, lekkiej goryczki zaś esencją z gorzkiej pomarańczy oraz jaśminem. Zapach osadzono na dwóch gatunkach esencji cedrowej (wirginijskiej i atlaskiej). Flamenco Neroli zwróciło moją uwagę pięknem kompozycji i wysoką jakością użytych składników. W gatunku perfumowanych wód o kolońskim charakterze to propozycja zdecydowanie godna polecenia. Wprowadzi w zbliżające się szare i zimne dni odrobinę słońca Andaluzji. Obok Cuir Kora mój faworyt pośród perfumowej orkiestry.

główne składniki: neroli, bergamotka, gorzka pomarańcza, imbir, jaśmin, cedr

Rose Trombone nowojorski jazz

Zagrany wyłącznie na puzonie (nałożone kilka ścieżek instrumentu, tak że powstała całkiem bogata aranżacja) jazzujący, swingujący utwór z przewodnim tematem przypominającym słynne „Summertime” Georga Gershwina, z improwizowana solówką pośrodku, jak przystało na jazz, zainspirował powstanie perfum z różą w centrum. Osobliwy wybór, and którym można by dyskutować, ale na końcu istotny jest zapach. A ten jest naprawdę udany.

Lekko kulinarna róża, początkowo nieprzesadnie podbita aldehydami, w sercu zgrabnie otoczona nutami owocowymi i nutą rumu, oparta na waniliowo-drzewnej bazie, utrwalona czystymi piżmami. Bardzo przyjemne, nowoczesne i całkiem zmysłowe ujęcie róży.

Zastanawiałem się, jak można by powiązać tę kompozycję zapachową z utworem muzycznym, który stał się dlań inspiracją. I chyba znalazłem klucz. Ten jazzowy temat jest równie ograny jak róża w perfumach. Ale jego odegranie wyłącznie na puzonie wydaje się całkiem oryginalną realizacją, podobnie jak róża zanurzona w owocowym syropie i polana rumem. Intensywna i bardzo trwała, z daleka od banału, z czasem zyskała na mojej ocenie.

główne składniki: róża, akord czystości, brzoskwinia, wanilia, drewno sandałowe, białe piżmo, rum

L’Orchestre Parfum to interesująca kolekcja perfum, oparta na oryginalnym i ciekawy koncepcie. Same zapachy mają cechy wspólne – są bardzo harmonijne, zrównoważone i generalnie przyjemne, miłe w noszeniu. Nie znajdziemy w nich żadnych dysonansów ani napięć. Przez to mogą wiele osób pozostawić obojętnymi, bo nie znajdziemy w nich olfaktorycznych wodotrysków. Wg mnie mają jednak swój urok i warto dać im szansę, bo niejednego mogą jednak pozytywnie zaskoczyć. Harmonia i równowaga pięto przecież cechy klasycznego piękna w sztuce.

House of Sillage „Dignified” – kwintesencja niewymuszonej elegancji

Nawet jeżeli przewąchałeś już setki zapachów, Dignified zwróci twoją uwagę.

Mniej więcej tymi słowami opisał zapach amerykańskiej marki House of Sillage jeden z czytelników portalu Fragrantica.com. Przyznaję mu rację. Z czystej perfumaniackiej ciekawości wziąłem udział w „rozbiórce” flakonu Dignified na Perfuforum.pl i nie żałowałem ani przez chwilę. Co więcej – w wyniku zapoznania się z zapachem niedawno flakon zasilił moją kolekcję. A to zdarza się ostatnio naprawdę rzadko. Jest tak dobrze? – zapyta ktoś. Owszem – odpowiem.

Intro jest słodko-przyprawowe. Dominuje szafran i goździk, w tle kardamon. Wieje lekko z Bliskiego Wschodu, ale to tylko wiaterek, który nie przytłacza zapachu. Po kilku minutach spod mieszanki przypraw wyłania haitańska wetyweria, delikatna, zielona raczej niż korzenna, pięknie kontrastująca z słodko-przyprawową częścią zapachu. Im dłuższy upływa czas, tym wetyweria staje się wyraźniejsza, dodatkowo otoczona drzewnymi nutami cedru i oudu, które jednak nie ujawniają się tu indywidualnie.

Od pierwszych sekund czuć jakość i pomysł kompozycyjny. Czuć prostą, ale bardzo skuteczną formułę. Mark Buxton (perfumiarz stojący za Dignified) jest znany ze swego minimalistycznego stylu, który kiedyś w jakimś wywiadzie określił jako efekt swej… leniwej natury. Od dawna wiadomo, że sztuką jest „się nie narobić, ale zarobić”. Buxton to potrafi, co niejednokrotnie w perfumowym fachu udowodnił.

Pierwsze określenia, które przychodzą mi na myśl, gdy wącham Dignified, to elegancja i umiar z odrobiną wyrafinowania i luksusowej aury, a wszystko to doskonale wyważone.

Dignified to zasadniczo olfaktoryczna gra pomiędzy szafranem, goździkiem i wetywerią. Ale zapach ten z pewnością nie byłby taki sam, gdyby nie wymieniona w oficjalnym składzie róża, dla mnie nie wyczuwalna, jednak z pewnością odgrywająca istotną rolę w kształtowaniu charakteru serca tego zapachu. Mark Buxton nie użyłby czegoś bez powodu, szczególnie w tak krótkiej formule.

Bardzo lubię takie współczesne, nowoczesne, minimalistyczne, ale skuteczne i efektowne podejście do komponowania perfum. Styl Buxtona, podobnie jak m.in. Jean Claude’a Elleny, Antoine’a Lie czy Michela Almairaca (w odróżnieniu od pieczołowicie budowanych kompleksowych formuł choćby Bertranda Duchaufoura czy Roja Dove, które przecież także maja swój urok!) polega na dobraniu idealnych proporcji kilku do maksymalnie kilkunastu składników tak, by wzajemnie się wspierały i wzmacniały, tworząc jednocześnie intrygującą i sygnaturową, synergiczną treść. Żaden ze składników nie znajduje się w formule bez powodu i każdy odgrywa swoją ważną rolę. Nie ma tu ingrediencji zbędnych. Diginfied jest pięknym przykładem takiego podejścia. I co niezwykle ważne – pachnie unikatowo, inaczej, ale nie dziwacznie. Przeciwnie, bardzo przyjaźnie.

Dwa słowa o flakonie, bo warto się nad nim zatrzymać. To kawał solidnego, designersko bardzo męskiego flakonu, świetnie leżącego w dłoniach i przypominającego mi nieco piersiówkę. By odsłonić atomizer, należy nacisnąć przycisk znajdujący się na górze flakonu, na jego srebrnej części. następuje wówczas charakterystyczne kliknięcie, jakbyśmy odbezpieczali broń. Przyznam, że nigdy wcześniej nie spotkałem się z taki rozwiązaniem, ale oceniam je bardzo dobrze. Jest poręczne, wygodne i zastępuje klasyczną zatyczkę, którą roztargniony przecież z natury facet mógłby zgubić. Całość jest tak zaprojektowana, że aż prosi, by wrzucić ją do walizki z bagażem podręcznym i zabrać w najbliższą podróż. Pojemność 75 ml pozwoli spokojnie przejść kontrolę bagażu na lotnisku.

Nie wiem dlaczego, ale zanim poznałem Dignified, spodziewałem się czegoś bardziej gęstego i przytłaczającego w klimacie pachnideł marek arabskich. Nie wiedziałem jeszcze wówczas, że skomponował go Mark Buxton. To natychmiast pozbawiłoby mnie obaw. Na szczęście i ku mojemu zaskoczeniu zapach okazała się być bardzo nowoczesnym i idealnie wyważonym, a przy tym posiadającym wyraźną i bardzo atrakcyjną sygnaturę a także – co na tej półce cenowej powinno być normą – świetne parametry – wyraźną , wyczuwalna zarówno przeze mnie, jak i otoczenie projekcję oraz wielogodzinną trwałość. Tak – tu wszystko „się zgadza”. Jeżeli do tego dodać, że nie przypomina mi nic, co wcześniej testowałem, dopełnia się obraz prawdziwego perfumowego odkrycia. Oceny 6 nie dałem wyłącznie dlatego, że nie zostałem powalony na kolana. Ale to nie jest konieczne, bym uznał zapach za doskonały, a Dignified takim właśnie w mojej ocenie jest.

Panowie, jeżeli chcecie pachnieć elegancko i z klasą, a jednocześnie oryginalnie i pewnym zagadkowym niedowiedzeniem i nie chcecie naśladować używających Aventusa lub Terre d’Hermes kolegów, sięgnijcie po Dignified. Nie będziecie zawiedzeni.

dominujące akordy: słodko-przyprawowy, drzewny

nuty głowy: bergamotka, kardamon, szafran

nut serca: goździk, róża

nuty bazy: oud, drewno cedrowe, wetyweria

rok premiery: 2015

nos: Mark Buxton

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5->4,0