Parle Moi de Parfum – opowiedz mi o perfumach

Intuicja perfumomaniaka podpowiadała mi, że w otwartym we wrześniu 2016 roku przy 10 RUE DE SÉVIGNÉ w Paryżu butiku Parle Moi de Parfum oferowane są warte uwagi pachnidła. Dlaczego?

parle-moi-de-parfum-boutique-02

Dlatego, że ta – zupełnie nowa na perfumowym firmamencie – marka jest wspólnym przedsięwzięciem rodziny o jakże znaczącym nazwisku, które nikomu interesującemu się na serio perfumami nie może być obce: Almairac. Oto klasyczny perfumowy family business, którego inicjatorem i mózgiem jest Benjamin Almairac, syn słynnego Michela Almairaca, perfumiarza- legendy, który swój talent i gigantyczne doświadczenie wykorzystuje komponując zapachy dla Parle Moi de Parfum. Ale to nie koniec, gdyż w powstanie i działalność butiku zaangażowani są także drugi syn Michela – Romain oraz żona perfumiarza Elisabeth.

Michel Almairac and Sidonie Lancesseur
Michel Almairac (na zdjęciu z perfumiarką Sidonie Lancesseur)

Pozwolę sobie przypomnieć, że Michel Almairac, Grassois z krwi i kości – to weteran perfumowego rzemiosła, mający ma na swoim koncie m.in. takie pachnidła, jak: Chopard Casmir, Davidoff Zino, Chopard Heaven, Gucci Rush, Gucci Pour Homme, JOOP! Homme, Armani Bois d’Encens, Burberry Men, Burberry Women, Bottega Veneta for Women, Bentley Absolute for Men, Dunhill Alfred Dunhill, Lalique Hommage a l’Homme Voyageur, Laura Biagotti Venezia, Paloma Picasso Minotaure czy Rochas Lui.

Michel w ten oto sposób przedstawia swoją motywację dla powstania Parle Moi de Parfum:

„Gdy spędzasz swoje życie wyobrażając sobie i komponując (zapachy) dla innych, prędzej czy później chcesz tworzyć wg własnych marzeń i dzielić się tym. W pierwszej kolejności ze swoimi dziećmi. Później z innymi.”

Benjamin wspomina, że od dawna marzył o tym, by w centrum Paryża stworzyć miejsce, w którym mógłby prezentować klienteli perfumy skomponowane przez ojca. Perfumową tematyką siłą rzeczy nasiąkał od dziecka, obserwując go podczas pracy, słuchając jego opowieści o składnikach, komponowaniu i perfumowym biznesie, więc ten kierunek rozwoju jego zainteresowań wydawał się  naturalny.

Benjamin Almairac
Benjamin Almairac (w środku)

Stworzony przez Almaiarców butik Parle Moi de Parfum („Opowiedz mi o perfumach”) nie jest jednak zwyczajnym sklepem z perfumami. Pracujący w nim młody chemik na bieżąco przygotowuje z dostępnych tu składników wonne mieszanki – wg napisanych przez Michela formuł – i napełnia nimi flakony, które następnie uzbraja w atomizer, zatyczkę i etykietę. W tym sensie to miejsce przypomina nieco butiki Le Labo, z tym, że u Almairaców – zgodnie z zawartą w nazwie dewizą – możemy dodatkowo dowiedzieć się o procesie komponowania i powstawania perfum, jak i o składnikach je budujących. Intencją twórców jest nie dorabiać żadnej ideologii do oferowanych produktów i koncentrować się wyłącznie na perfumach jako takich, otwarcie o nich mówiąc.

parle-moi-de-parfum-slide-1

Obecnie linia perfum składa się z ośmiu pozycji w koncentracji eau de parfum: 

Une Tonne de Roses / 8, Guimauve de Noël / 31, Flavia Vanilla / 82Totally White / 126, Cedar Woodpecker / 10, Milky Musk / 39, Tomboy Neroli / 65, Woody Perfecto / 107

Ich nazwy dość wyraźnie sugerują, z jakimi typami pachnideł mamy do czynienia i jakie nuty w nich dominują. Kończące nazwy liczby pozostają póki co tajemnicą. Nie sądzę, by – podobnie jak u Le Labo – oznaczały liczbę użytych składników. Michel Almairac znany jest z raczej krótkich i konkretnych formuł, więc użycie 107 czy 126 składników raczej nie wchodzi tu w rachubę. Co ciekawe i licujące z przyjęta przez twórców strategią, ta pierwsza ósemka to w istocie kompozycje, które Michel tworzył na przestrzeni ostatnich kilku lat z myślą o konkretnych zapytaniach od klientów, a które niestety – ku rozczarowaniu twórcy – nie zostały przez nich wybrane i powędrowały do szuflady. Michel nie chciał, by pozostały tam na zawsze, dał im więc życie pod szyldem Parle Moi de Parfum.

Uwielbiając drzewno-kadzidlane perfumy Almairaca (Gucci Pour Homme, Bentley Absolute for Men czy Armani Bois d’Encens) w pierwszej kolejności sięgnąłem po drzewną kompozycję Parle Moi de Parfum: Cedar Woodpecker / 10.

Przyznam się bez bicia, że – naiwnie i wbrew rozsądkowi – biorąc do ręki Cedar Woodpecker/ 10 liczyłem na jakieś tam choćby odległe powinowactwo do Pour Homme Gucci, choćby stylistyczne. Nie liczyłem na jego kopię, absolutnie nie! Ale może na bardziej wyrafinowaną, bardziej ekskluzywnie pachnącą kompozycję drzewno-kadzidlaną? Otrzymałem jednak coś zupełnie innego, na tyle oryginalnie pachnącego, że nieprzypominającego mi żadnych innych znanych mi perfum. Nie było mowy o rozczarowaniu. Raczej o miłej niespodziance.

Cedar Woodpecker/ 10 to minimalistyczna kompozycja drzewna, z dominującym duetem cedru i irysa oraz słodkimi cytrusami na wstępie. Wszystko to pogłębione i utrwalone bardzo solidną dawką piżm.

Początek przykuwa uwagę komfortową i ciepłą świeżością i luksusową aurą. Odrobina słodkich cytrusów nadaje mu nieco soczystości. Serce stanowi bardzo przyjemny i lekki akord drzewny z wyczuwalnym, bardzo naturalnie pachnącym cedrem (wedle źródeł na cedrową nutę złożyło się kilka różnych esencji), piżmami i dość skrzętnie wmiskowanym irysem, którego indywidualnie nie jestem w stanie tu poczuć.  Na pewno nie jest ziemisty, raczej minimalnie pudrowy. Głębia zapachu jest najpierw naturalnie drzewna, delikatna, raczej bliska skóry, później całkiem wyraźnie piżmowa. Piżma przypominają mi te z Claire de Musc Serge’a Lutensa, są czyste ale też minimalnie zwierzęce i pozostają na skórze na długo po tym, gdy wszystko inne już uleci.

Reasumując, Cedar Woodpecker/ 10 to zapach minimalistyczny, bez zbędnych ozdobników, z elegancką i naprawdę przyjemną sygnaturą. Pozostawia subtelny, ale intrygujący ogonek. Jego trwałość przekracza 8 godzin. Brakuje mu może trochę mocy i nasycenia, które – wydawać by się mogło – powinno wynikać naturalnie z deklarowanej koncentracji eau de parfum, ale obfitsza aplikacja minimalizuje ten mankament. Zdaję sobie zresztą sprawę, że dla wielu osób ta swoista aura zapachowego niedomówienia może być bardzo atrakcyjna. Nie każdy przecież gustuje w mocnych olfaktorycznych deklaracjach. Niemniej,  Cedar Woodpecker/ 10 ma w sobie coś, co powoduje, że im częściej go używam, tym chętniej po niego sięgam, tym lepiej mi się go nosi, tak jakby „wrastał” we mnie i stawał się moim zupełnie osobistym zapachem. Na czym to polega – nie wiem. Niektóre pachnidła tak mają, ale nie zdarza się to często. Tym bardziej miła to niespodzianka.

Do perfum Parle Moi de Parfum z pewnością jeszcze na blogu powrócę. Wszak na recenzję czekają jeszcze wetiwerowe Woody Perfecto /107 i różane Une Tonne de Roses/8,  a – kto wie – może także i pozostałe zapachy z ich oferty?

Parle moi Cedar

nuty: cytrusy, irys, cedr, piżma

perfumiarz: Michel Almairac

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,5

 

Maison Francis Kurkdjian „Aqua Celestia” – niebiańska świeżość

Po zaledwie ośmiu latach działalności marka Maison Francis Kurkdjian wzbudziła apetyt branżowego giganta – koncernu LVMH, dysponującego w swym portfolio takimi brandami jak Guerlain, Dior Parfums, Givenchy czy Acqua di Parma. Skończyło się ogłoszonym dosłownie kilka dni temu zakupem jej pakietu większościowego. Informacja ta zelektryzowała media branżowe i zainteresowanych tematyką perfumową blogerów, w tym także i mnie. Co to oznacza dla przyszłości MFK? Trudno przewidzieć. Oby same dobre rzeczy.

Francis Kurkdjian to postać nietuzinkowa, nawet jak na pełną wyjątkowych postaci branżę, w której działa. Nieskazitelnie elegancki Paryżanin ormiańskiego pochodzenia, elokwentny, pewny siebie i swoich racji, umiejący ze swadą opowiadać o swej pracy i niezwykłych, niebanalnych projektach, jakich się podejmuje. Nie przepada za zdradzaniem tajemnic swojego perfumiarskiego warsztatu, perfumerię traktuje raczej jako rzemiosło, aniżeli sztukę. Lubi wyzwania i niebagatelne, zakrojone na szeroką skalę projekty z użyciem zapachu. Niewątpliwie człowiek sukcesu, ale też artysta, który posiadł tajemną wiedzę, dzięki której potrafi tworzyć piękne i uzależniające perfumy, wyróżniające się przy tym dużym potencjałem komercyjnym. Chcąc skomercjalizować swoją działalność, twórca z reguły potrzebuje wspólnika, orientującego się w zasadach prowadzenia biznesu w danej branży. Dla Francisa jest to Mark Chaya, który odpowiada za biznesową stronę MFK, a który doskonale wie, jak prowadzi się firmę w branży beauty.

MFK
Marka Chaya i Francis Kurkdjian

Połączenie sił, talentów i pracy obu panów zaowocowało powstaniem, rozwojem i sukcesem Maison Francis Kurkdjian – luksusowej marki perfumowej, znanej z imponującej linii nowoczesnych i wyjątkowej urody pachnideł, dostępnych w perfumeriach na wszystkich kontynentach oraz w kilku przepięknych butikach marki – w Paryżu, Kuala Lumpur, Kaohsiung, Taipei.

MFK Boutique

Gołym okiem i bez zaglądania w rachunek zysków i strat domniemać można, że MFK okazało się być udanym biznesem (wg http://us.fashionnetwork.com roczne obroty MFK sięgały 10 mln euro). Tak udanym, że zwróciło uwagę branżowego potentata (no chyba, że wcześniej popadło w finansowe tarapaty i znalazło branżowego inwestora, ale w taki scenariusz trudno by mi było uwierzyć). Zanim jednak „gruchnęła” wspomniana wiadomość o wykupie, Francis zdążył zaprezentować nowy zapach – kolejną, trzecią już po Aqua Universalis i Aqua Vitae, odsłonę swej „wodnej” kolekcji.

Aqua Celestia – podobnie jak Aqua Universalis – łączy subtelne nuty kwiatowe z piżmami i aurą luksusowego detergentu (co w tym przypadku jest komplementem, nie zaś wyrazem dezaprobaty). Różnice tkwią w odmiennej nucie kwiatowej (tu mimoza, tam kwiat pomarańczy i konwalia) oraz – przede wszystkim – w owocowej nucie czarnej porzeczki wyczuwalnej od samego początku, zgrabnie połączonej z orzeźwiającą limonką i miętą. Ten uroczy, świeży, lekki, transparentny, owocowo-kwiatowy akord utrzymuje się na skórze przez kilkadziesiąt minut. To, co pozostaje na skórze po jego wygaśnięciu, jest bardzo podobne do Aqua Universalis, choć nieco bardziej intensywne i trwalsze.

sky

Aqua Celestia to dla mnie kolejny dowód na to, że Francis Kurkdjian jest niedoścignionym mistrzem luksusowej i niebanalnej świeżości w perfumach. Specjalnie użyłem słowa luksusowej, choć bardzo trudno mi wyjaśnić słowami, dlaczego. Myślę jednak, że każdy, kto testował jego perfumy, z pewnością wie lub chociaż czuje, o czym piszę.

Jego wizja świeżości ma w sobie najwyższą jakość, coś nieuchwytnie hi-endowego, coś co powoduje, że otoczony stworzonym przez niego aromatem, czuję się, jakbym właśnie wyszedł spod prysznica i wdział nieskazitelnie białą koszulę uszytą dla mnie przez paryskiego Courtota (tak przynajmniej to sobie wyobrażam…).

Dotąd za każdym razem, gdy używałem Aqua Universalis, miałem chęć dosłownie się w niej wykąpać, nasączać nią odzież, bieliznę, pościel, dosłownie wszystko i… nie sięgać już po żadne inne perfumy. Teraz mam w tym zakresie wybór. Jest nim Aqua Celestia. Zabutelkowana niebiańska świeżość.

MFK Aqua Celestia

główne nuty: limonka, czarna porzeczka, mięta, mimoza, piżma

perfumiarz: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

Aqua Celestia jest już dostępna w perfumerii Quality Missala w Warszawie.

Serge Lutens „Clair de Musc”

Pamiętacie Bestię?

furry-beast-3

„Początkowo miód i róże. Nic nie wskazuje na to, że pod ich warstwą leży… bestia. Nie od razu, ale już po chwili czuć jej gęstą sierść. Z czasem szczypiące w nos kastoreum wygrywa z innymi składnikami. Włochaty costus dodatkowo wzmaga zapach sierści. Czystej sierści, pachnącej samą sobą… Bestia żyje. Jej rozgrzane futro uwalnia wonne molekuły dając znać otoczeniu o swej obecności. Miód i róże były tylko po to, by przyciągnąć i odwrócić uwagę, ale teraz już patrzymy prosto w oczy bestii… Jednak, im więcej czasu z nią spędzamy, tym bardziej okazuje się być ona wielkim i przyjaznym, zupełnie niegroźnym futrzakiem, tak że na samym końcu zaczynamy wręcz pałać do niej sympatią… Kolejne z nią spotkanie nie jest już tak traumatyczne, bo wiemy, po co róże i po co miód. Poznaliśmy już bestię i oswajamy się z nią, a ona z nami. Jej futrzasta nieporadność i maślane spojrzenie zaczynają wzbudzać w nas sympatię. Lubimy zwierzaka. Właśnie tak.”

Właśnie tak obrazowo kilka lat temu opisywałem Muscs Koublai Khan, niezwykłe, przepełnione zwierzęcymi aromatami piżmowe pachnidło Serge’a Lutensa. Zdecydowanie najodważniejszy zapach w jego ofercie, akceptowalny chyba tylko przez nielicznych koneserów i zapachowych freaków. Pięć lat po jego premierze duet Lutens/Sheldrake przedstawił zgoła odmienną interpretację piżmowego tematu, tytułując ją znacząco

Clair de Musc – Jasne Piżmo.

To piżmowy Dr Jecykll. Po niepokojącym Mr Hyde pozostało tylko wspomnienie. Clair de Musc nie wzbudza niepokoju. Przeciwnie – wprowadza w stan błogości. Jest delikatny, czysty, biały, jak świeżo uprana pościel. Niewinny i jasny jak aniołek w porównaniu to niedomytego futrzanego Khana.

Clair de Musc nie zawiera oczywiście wyłącznie piżm, choć tych jest tu z pewnością ponad normę i przebijają się przez dość skromną powłokę pozostałych molekuł bardzo skutecznie niemal od początku. Wstęp jest troszeczkę rozrzedzony bergamotką, po czym zaraz ujawnia się wyraźna neroli połączona z subtelnym irysem. Istotnym więc aspektem tej kompozycji jest subtelny akord kwiatowy. To on – wraz z leżącymi u podstaw białymi piżmami – buduje istotę Clair de Musc, przy czym, jak łatwo się domyśleć, z czasem piżma stają się jedynymi bohaterami tej opowieści. Piżmowa treść Clair de Musc jest tu zresztą jedną z najlepszych w swym gatunku. Szerokie – mam wrażenie – spektrum zastosowanych tu typów piżm skutkuje sporym zniuansowaniem piżmowego akordu. Pachnie on jednocześnie ciepło, otulająco, troszkę słodko, ale przez pewien czas subtelnie gryząc nozdrza nieco ostrzejszą nutką, którą zwykłem określać jako zapach rozgrzanego żelazka.

biala-posciel-hotelowa

Z natury rzeczy Clair de Musc jest zapachem bardzo trwałym, ale też przez większość czasu trzyma się blisko skóry. Emituje delikatną, nienarzucającą się woń. Tworzy aurę ciepłej, komfortowej, kojącej czystości. Z czasem staje się bardziej mydlany, a nawet pudrowy. Ma w sobie na tyle dużo kobiecości, że nie odważyłbym się nazwać go uniseksem. Ze względu na swój powściągliwy charakter, idealnie nada się na te okazje, gdy nie chcemy pachnieć głośno i intensywnie, ani zwracać uwagę swoimi perfumami, ale po prostu chcemy dobrze pachnieć i czuć się komfortowo.

Będąc pełnoprawnym pachnidłem, o jednak dość minimalistycznym charakterze i wyjątkowo dużej koncentracji klasycznych składników bazowych, jakimi są przecież piżma, Clair de Musc może też świetnie nadawać się do kombinacji z innymi perfumami, którym w ten sposób doda zmysłowej głębi i trwałości. Jakie to będą perfumy, to już wyłącznie kwestia naszej pomysłowości.

serge-lutens-clair-de-musc

 

główne nuty: bergamotka, neroli, irys, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2003

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 5,0

Parfums de Marly: „Herod”, „Galloway” i „Oajan”.

Od dawna już przymierzałem się do umieszczenia wpisu na temat wybranych męskich pachnideł Parfums de Marly. W tym celu z koszyka z napisem Men-Unisex Fragrances wylosowałem trzy, poddałem je testom, a wyniki opisałem poniżej, porządkując recenzje wg mojej subiektywnej oceny atrakcyjności poszczególnych zapachów. Najlepsze więc umieściłem jako ostatnie… Zanim jednak o zapachach, kilka słów wstępu.

Parfums de Marly pierwsze perfumy zaprezentowało w 2009 roku. Od tego czasu pachnąca oferta paryskiego domu urosła do ponad dwudziestu pozycji, których nazwy pochodzą od imion koni wyścigowych hodowanych z pasją przez Ludwika XV. Wizerunki koni – inspirowanych sławną paryską rzeźbą The Marly Horses, wykonaną w 1743 roku przez Guillaume Coustou właśnie na zlecenie Ludwika XV – znajdują się na każdym flakonie Parfums de Marly. Marka stworzyła więc sobie historyczno-hippiczną otoczkę, na której wolałbym się jednak tu nie koncentrować. Warto natomiast dodać,  że lista płac Parfums de Marly zawiera same  znane nazwiska perfumiarskie, mi.in: Michele Saramito, Olivier Pescheux, Jacques Flori,  Sidonie Lancesseur, Nathalie Lorson czy Fabrice Pellegrin, które mogą, choć nie muszą, gwarantować co najmniej solidnego poziomu perfum.

marly-horses
The Marly Horses

Herod to słodkawe, waniliowo-cynamonowe pachnidło z deklarowaną, aczkolwiek prawie niemożliwą do wykrycia nutą tytoniu. Zapach jest trochę w stylu Tobacco Vanille, ale nie jest tak wyrazisty, jak bestseller Toma Forda. Herod jest mniej ciekawy, a już na pewno mniej spektakularny. Początek pachnie jak tytoń aromatyzowany śliwką. Owocowa nutka szybko jednak cichnie i – choć jeszcze przez jakiś czas obecna – zdominowana zostaje słodkim aromatem cynamonu. Zapach staje się więc przede wszystkim słodki, a przy tym jednowymiarowy. Nie czynię z tego zarzutu, bo czasem właśnie dobrze jest, gdy pachnidło nie wykonuje żadnych nieprzewidzianych wolt, tylko pachnie długo, konkretnie i na temat. I tak jest w przypadku Heroda, który kończy dość nijaka waniliowa baza. Trochę szkoda, że nie czuję tu tytoniu. Mógłby dodać całości charakteru. A tak mamy oto zupełnie poprawne, ale mało porywające męskie pachnidło., które ma poważną konkurencję.

pdm-herod

nuty głowy: cynamon, drewno pieprzowe

nuty serca : osmantus, tytoń, labdanum, kadzidło

nuty bazy: wanilia, cedr, wetyweria, paczula, iso e super, cypriol, piżmo

perfumiarz:  Olivier Pescheux

rok premiery: 2012

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0 / oryginalność: 2,0 / projekcja: 3,5 / trwałość: 4

 

Galloway to zdecydowanie świeższy, ale i także ciekawszy zapach, w którym początkowo, prócz delikatnego pieprzu, czuję sporą dawkę białych piżm, z gatunku tych przypominających woń rozgrzanego żelazka (jeżeli można tak to określić). Dość szybko miejsce pieprzu zajmuje detergentowy akord z wiodąca nutą kwiatu pomarańczy, spod którego emituje syntetyczna ambrowo-piżmowa baza. Ten etap kojarzy mi się z Fierce A&F, aczkolwiek… ta mieszanka aromatu detergentowej świeżości z potężna dawką białych piżm i molekuł ambro-podobnych (podejrzewam głównie Ambroxan) skutkuje owszem miłym dla nosa, aczkolwiek miałkim i bardzo banalnym aromatem, przy który nawet wspomniany Fierce wypada – moim daniem – po prostu lepiej. Z czasem woń ta zmienia się, tracąc nutę kwiatu pomarańczy i staje się coraz bardziej syntetycznie ambrowo-piżmowa, a na samym końcu nawet sucho-drzewna. Nie wiem, jaki składnik gra tu kluczową rolę (coś „cedro-podobnego”?), ale finisz Galloway jest po prostu sucho-rdzewny i więcej niż trwały. Na skórze potrafi się odezwać, gdy już sądzimy, że Galloway zupełnie przestał pachnieć, a na papierku testowym siedzi – i to całkiem głośno – przez kilka dni!

Galloway to taki „biuro-przyjazny” męski crowd pleaser o mainstreamowej jakości i grzecznej mocy. Jeśli zabrzmiało to pejoratywnie, to nie było to moim zamiarem. Po prostu warto wiedzieć, że sięgając po Galloway dostaniemy dobre, bezpieczne, przyjemne i zmieniające się w czasie męskie pachnidło, w którym jest i detergentowa nuta świeżo upranej (i nawet wyprasowanej) koszuli, ostrożnie użyty kwiat pomarańczy i mocny, męski drzewny finisz. Ale nic ponad to. Średnio.

Internetowi entuzjaści przyrównują Galloway do bardzo przez nich cenionego Lalique White. Niestety, nie mogę potwierdzić, ani też zaprzeczyć temu porównaniu, gdyż (wstyd!) dotąd nie poznałem Lalique White! Czas pewnie nadrobić tę zaległość, choć to nie jedyna…

parfums-de-marly-galloway

nuty głowy:  cytrusy, pieprz

nuty serca : irys, kwiat pomarańczy

nuty bazy: ambra, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2014

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / oryginalność: 3,0 / projekcja: 4 / trwałość: 4,5

 

Oajan należy do bardziej ekskluzywnego cyklu Arabian Breed Collection. To pachnidło z gatunku słodko-przyprawowych, w którym nutę cynamonu połączono z miodem, benzoesem, labdanum, ambrą, paczulą i wanilią w jedną naprawdę sporej urody całość. Spokojnie można go nazwać ulepszoną wersją Heroda, z mniejszą dawką wanilii, a większą – cynamonu i poprawionymi „parametrami użytkowymi”. Bardzo ważną rolę odgrywa też z umiarem zadozowana tonka, przydająca całości kulinarnej zmysłowości. Zapach idealnie nadaje się na zimne pory roku, pięknie otula, wręcz ogrzewa i jest bardzo przyjazny, a jednocześnie zdecydowany. Choć jego temat rzeczywiście wydaje się być znajomy, to obiektywnie muszę przyznać, że jakość i parametry Oajan nie pozostawiają nic do życzenia i wyróżniają się mocno na plus w porównaniu do Heroda czy Gallowaya. Zapach jest trwały i mocny, przyjemnie snuje się za noszącym. Nosi się go z dużą przyjemnością.

Co przypomina mi Oajan? A choćby Odin Semma oraz klasyczne już Burberry London for Men. Oczywiście wiem, że oba zawierają nutę tytoniu, której w Oajan nie ma (ani w opisie, ani w tym, co czuję), lecz mi to zupełnie nie przeszkadza. Co więcej, zapach Parfums de Marly wypada pośród nich najlepiej. To także zdecydowanie najlepszy z prezentowanej w tym wpisie trójki. Pozwala domniemać, że także i pozostałe zapachy z kolekcji Arabian Breed prezentują się równie solidnie.

 

pdm-oajan

nuty głowy: cynamon, miód, osmantus

nuty serca : bylica, benzoes, labdanum, szara ambra

nuty bazy: tonka, paczula, wanilia, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / oryginalność: 2,0 / projekcja: 4,5 / trwałość: 4,5

 

Jak podsumować opisane wyżej męskie zapachy Parfums de Marly? Nie jest to z pewnością perfumeria niszowa. Nie są to też pachnidła „górnych lotów”. Bezpieczne, bezpretensjonalne, łatwe w noszeniu i przyjazne dla otoczenia, ładne, ale… bardzo wtórne. No i jeszcze ta dęta i pretensjonalna „historia marki”, która moim zdaniem wcale jej nie pomaga… Chyba, że jako wabik dla niezorientowanych klientów z grubym portfelem. Właśnie. Portfel. Wg mnie Parfums de Marly „boksuje powyżej swojej wagi”. Także w kwestii ceny, która w stosunku do treści i jakości wydaje się być zbyt wygórowana. Na tej półce cenowej z pewnością znajdziemy dziesiątki lepszych pachnideł. Wystarczy poszukać…

 

Orto Parisi „Seminalis” – czas siewu…

Alessandro Gualtieri dodał właśnie kolejny pachnący element do kolekcji Orto Parisi. Jak pamiętamy, zapachy te powstały z inspiracji ogrodem dziadka perfumiarza, Vincenzo Parisiego. Owe niezwykłe aromaty dość sugestywnie opisałem swego czasu tu:

Orto Parisi – w niezwykłym ogrodzie Vincenzo Parisi

Powróćmy zatem na chwilę do tego niezwykłego ogrodu…

garden-italy… Czymże bowiem byłby ogród Vincenzo bez wszechobecnych tu nasion produkowanych przez wszystkie jego ukochane rośliny? To one przecież warunkowały życie, to one – o ile trafiły na żyzne podłoże – dawały początek nowemu życiu. Życie… jakby zamknięte w tych małych nasionkach, czekające tylko by się rozpocząć… To zawsze fascynowało Vincenzo. Bardzo dbał o to, by życie w jego ogrodzie miało jak najlepsze warunki do powstawania. Wiele czasu i wysiłku poświęcał na to, by przygotować najbardziej wartościowy nawóz, wzbogacając go o produkty własnej przemiany materii. Chciał być pewien, że jego praca nie pójdzie na marne. Oddawał się swemu ogrodowi bez reszty. W rzadkich i niezwykle cennych chwilach, gdy widział i bardzo wyraźnie czuł, a wręcz chłonął całym sobą efekty swojej pracy i zaangażowania, doznawał poczucia niezwykłego, potężnego podniecenia, które nierzadko przechodziło w do głębi fizyczne, ekstatyczne, uwalniające przeżycie… Wiedział, że bez TEGO nasienia jego ogród nie byłby kompletny. Nigdy nie stałby się tym, czym był.  A był jego największą miłością i jedynym autentycznym obiektem namiętności. Cała reszta po prostu się nie liczyła… 

…S E M I N A L I S…

orto-parisi-seminalis

Alessandro Gualtieri:

„Seminalis (łac. nasienny) to zapach, który zdaje się odpowiadać za przyciąganie mężczyzn do kobiet.”

Oto przedziwna mikstura o gęstej woni, początkowo przez dosłownie kilka sekund paczulowej, a zaraz potem słodkawej, przypominającej zapach kruchych ciasteczek (patrz: Dries Van Noten par Frederic Malle), która leniwie, bardzo powoli osiada na skórze. Z czasem owa kremowo-sandałowa słodkość z powrotem oddaje nieco miejsca paczuli w postaci molekuły Clearwood, która na tym etapie nadaje gorzkiego kontrastu. Następuje kilkunastominutowa „walka” nut słodkich i gorzkich, w której zwyciężają te pierwsze, by na przestrzeni kolejnych godzin przejść w ambrowo-drzewno-piżmowy, bardzo długotrwały, z czasem dość ostro pachnący finisz (prawdopodobnie zdominowany przez Ambrocenide). Seminalis trwa bowiem na skórze ponad dobę (!), a jego składniki wgryzają się w skórę z nieprawdopodobną skutecznością, pozostając na niej i całkiem wyraźnie dając o sobie znać jeszcze następnego dnia po użyciu. Zapach początkowo niemal poraża swą mocą, ale z czasem układa się i projektuje w miarę spokojnie, choć jest dobrze wyczuwalny dla noszącego, więc pewnie także i dla otoczenia.

Co ciekawe, z formalnego punktu widzenia, Seminalis praktycznie nie posiada akordu głowy i serca, gdyż składniki je budujące stanowią zaledwie 7,5% formuły. Cała reszta to typowe ingrediencje budujące bazę tych perfum, w tym paczula (14%) i różnego rodzaju piżma (55%). Pozostałe składniki odpowiadają za drzewną (sandałowiec) i ambrową część pachnidła. A jednak przemiany, jakim podlega ten zapach na skórze są ewidentne. Zachodzą one wszakże powoli (poza nieco chaotycznym wstępem), gdyż wynikają ze – z natury rzeczy – powolnego ulatniania się ciężkich molekuł bazowych.

Alessandro Gualtieri zbudował tym razem dość jednoznaczną otoczkę wokół tego zapachu, sugerując jego feromonowe własności. Seksualny nimb wokół Seminalis nie jest jednak bezpodstawny. Sam zapach ma w sobie coś z gruntu erotycznego, zmysłowego w cielesny, niemal fizjologiczny sposób.

Kolorystyka cieczy i zatyczki (a szczególnie jej zwieńczenia) może budzić bardzo organiczne skojarzenia, szczególnie, gdy zestawimy ją z nazwą zapachu…

Nie bez znaczenia jest użyta w kompozycji paczula, niosąca ze sobą zmysłowość, szczególnie gdy połączona jest ze słodszymi nutami (najlepsze przykłady to Angel Thierry Mugler i Coromandel Chanel). Podobny schemat zastosował Gualtieri, ale zrobił to we właściwy sobie poszukujący i kwestionujący sposób, dzięki czemu Seminalis jest bardzo oryginalnym tworem. Niezmiernie istotny jest tu także spory ładunek piżm, chyba jedynych faktycznych afrodyzjaków pośród perfumowych ingrediencji.

Seminalis dowodzi coraz lepszego warsztatu perfumiarza. Jest jednym z jego najlepszych pachnideł i bardzo udanym uzupełnieniem kolekcji Orto Parisi – wyjątkowych, wizjonerskich i zupełnie niezwykłych zapachów. Wszystkich wielbicieli zapachów słodko-drzewnych i kulinarnych, także tych poszukujących w perfumach wyzwań oraz doznań niebanalnych, osoby chcące wyróżnić się przy pomocy wyjątkowego zapachu gorąco zachęcam do zapoznania się z Seminalis. Naprawdę warto.

seminalis-orto-parisi

główne nuty: paczula (Clearwood), drewno sandałowe (Javanol, Polysantol), ambra (Ambrocenide), wanilia (ethyl vanillin), sterydy (Aldrone), piżma (m.in. Ambrettolide, Muscone, Musk Ketone)

nos: Alessandro Gualtieri

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

Zapach: 4,0/ oryginalność: 6,0 / projekcja: 3,5 / trwałość: 6,0

 

P.S. Seminalis, jak i cała linia Orto Parisi, dostępne jest w ofercie krakowskiej perfumerii Lulua.

Helmut Lang – powrót legendarnej trójki

Powrót legendarnych pachnideł Helmuta Langa to branżowy ewenement. Bardzo rzadko bowiem ktoś zdobywa się na odwagę i reanimuje wycofane zapachy. Z tym, że w tym przypadku są to nie byle jakie zapachy. Perfumowa trójca Langa nosi bowiem w pełni zasłużone miano kultowej. Jeszcze niedawno zakup starego flakonu Eau de Cologne (2000), Eau de Parfum (2000) czy skórzanego Cuirona (2002) graniczył z cudem. Nie wspomnę tu o cenach, jakie osiągały flakony na eBay. To pachnidła, których pewnie nigdy bym nie poznał i nie opisał, gdyby nie zaskakujące przywrócenie ich do produkcji w październiku 2014 roku.

Wieść niesie, że zachowano oryginalne formuły, a zapachy zapakowano w ten sam prosty flakon – znany z pierwotnej wersji Eau de Cologne, opatrzony równie prostą białą etykietą z czarnym nadrukiem. Co jednak chyba najważniejsze, dwa z nich – Eau de Cologne i Eau de Parfum – reaktywował ich autor – perfumiarz Maurice Roucel, który tak oto wspomina proces powstawania Eau de Parfum w pierwotnym kształcie:

„(Helmut) Chciał stworzyć zapach przypominający woń potu jego kochanki/ kochanka…erotyczny, piżmowy, zapach jej/ jego skóry. Stworzenie go zajęło półtora roku. Helmut był bardzo zaangażowany jako dyrektor kreatywny. Miał jasną wizję, dobry brief i użył swej minimalistycznej estetyki w projekcie flakonu i marketingu produktu.” 

maurice-roucel-1
Maurice Roucel

Na początku Eau de Cologne oraz Cuiron adresowane były do mężczyzn, Eau de Parfum zaś do kobiet. Obecnie wszystkie trzy zapachy Langa opisane są jako uniseksy i rzeczywiście taki mają charakter.

helmut-lang-cologne-edp-and-cuiron

Eau de Cologne wita nas dość intensywnym bukietem ziół na białokwiatowym tle, jednak szybko przechodzi do meritum, stając się pachnącym czystością skin-scent. Śmiem twierdzić, że Neroli Portofino Toma Forda nigdy by nie powstało, gdyby nie Eau de Cologne Helmuta Langa. 

Eau de Cologne przypomina, że to Helmut Lang już w 2000 roku zaproponował wizjonerską nowoczesną i trwałą wersję zapachu kolońskiego, w którym poprzesuwano akcenty z tradycyjnych cytrusów na lekkie kolońskie nuty kwiatowe i zielone (kwiat pomarańczy i petit grain) i doprawiono jest subtelnie nutami ziołowymi, całość opierając na bazie obfitującej w tzw. białe piżma. W efekcie powstał subtelny zapach czystości. Piżma spełniają tu jeszcze jedna ważną rolę. Wiążą zapach na długo ze skórą, tak że Eau de Cologne staje się niejako „własną wonią” noszącego.

Nie jest to kolońska orzeźwiająca. Nazwałbym ją raczej otulającą subtelną, świeżą, zmysłową czystością. 

Sporo składników buduje ten pozornie prosty i robiący wrażenie minimalistycznego aromat. To jednak pozory, gdyż ciepłota skóry wydobywa z Eau de Cologne zaskakujące aromaty, których nie spodziewalibyśmy się testując zapach na papierku. To wszakże perfumy stworzone po to, by spryskiwać nimi ludzką skórę. I dopiero ona wydobywa z nich urodę w pełni. Proporcje ingrediencje zostały tu podporządkowane konkretnej wizji i to czuć. Eau de Cologne to bardzo spójny zapach, który poprzez swą harmonijność, zmysłowość i – co trzeba podkreślić –  w sumie „łatwą” urodę nie może się nie podobać. Przypadnie do gustu przede wszystkim osobom lubiącym pachnieć w sposób nieskomplikowany i przyjemny oraz niedominujący nad otoczeniem.

Jeszcze raz Maurice Roucel:

Czasem spotykam się z chybionymi opiniami, jakoby Musc Ravageur Fredercia Malle był moim piżmowcem. To nie prawda. W tym zapachu nie ma w ogóle piżma. To pachnidło orientalne z elementami zwierzęcymi. Helmut Lang Eau de Cologne za to jest jednym z najbardziej piżmowych zapachów na rynku i to on jest moim piżmowym arcydziełem.

helmut-lang-edc

Wersja Eau de Pafum pod względem użytych ingrediencji rzekomo nie różni się od Eau de Cologne.  Tak przynajmniej wynika z oficjalnych materiałów promocyjnych towarzyszących zapachom Helmuta Langa. Jednakowoż, jest zapachem nieco innym. Prawdopodobnie inne proporcje składników, a już na pewno odmienna ich koncentracja powodują, że Eau de Parfum jest cieplejsze, bardziej pudrowe, piżmowe, z mocniej podkreśloną wanilią i sandałowcem w bazie. Wysunięto tu naprzód nuty kwiatowe, mniej jest kwiatu pomarańczy i zielonego petit grain, a więcej jaśminu, konwalii i heliotropu. Przede wszystkim jednak mocno wyczuwalne są w tym zapachu – niemal od początku – piżma, czyniące całość pachnidłem blisko-skórnym, zmysłowym, niemal intymnym. Myślę, że Eau de Parfum z racji swego charakteru spełnić może także doskonale rolę bazy i utrwalenia każdej tradycyjnej wody kolońskiej.

Różnice pomiędzy oboma pachnidłami są na tyle istotne, że można śmiało potraktować Eau de Perfum jako wieczorową, a nawet nocną, „poduszkową” wersję Eau de Cologne, która z kolei przez swą względną jasność i lekkość kojarzy mi się z promieniami słońca o poranku.

helmut-lang-1

nuty góry: lawenda, rozmaryn, bylica, liść gorzkiej pomarańczy

nuty środka: jaśmin, róża, heliotrop, konwalia

nuty finiszu: cedr, drewno sandałowe, wanilia, paczula, akord skóry (skin), piżmo, ambra

rok premiery: 2000/ 2014

twórca: Maurice Roucel

moja ocena w skali 1 -6:

Eau de Cologne: zapach: 4,5/ oryginalność: 5/  projekcja: 3,5/ trwałość: 4

Eau de Parfum: zapach: 4,5/ oryginalność: 5/  projekcja: 3/ trwałość: 5

 

Cuiron to w tym zestawieniu najbardziej oryginalne pachnidło. Naprawdę niesamowite. Już sam początek powoduje tak oczekiwany przez perfumo-maniaków „wow factor„. W każdym razie u mnie. A to za sprawą akordu otwarcia, w którym – prócz obowiązkowych, aczkolwiek tu tylko odrobinę wyczuwalnych cytrusów i różowego pieprzu – centralną rolę odgrywa esencja z ziaren marchwi połączona ze słodko-przyprawowo pachnącym cassia oil (przypomina cynamon). Ten niezwykły, trudny do opisania aromat, mający w sobie coś z woni kłącza irysa, ale jakby w bardziej owocowym wydaniu, osadzony został na zmysłowej żywiczno-drzewno-piżmowo-skórzanej bazie zbudowanej m.in. z kadzidła olibanum, labdanum, drewna cedrowego, zamszu oraz – co bardzo ważne – esencji z ziarna ketmii piżmowej. To ona wprost genialnie łączy się z ziarnem marchwi budując wraz z nutą zamszu sygnaturę tego zapachu tyleż oryginalną, co trudną do opisania. To coś w rodzaju delikatnej woni piżmo-skórzanej ze słodkawym roślinnym rdzeniem. Zapach powstał w pracowni utytułowanej perfumiarki Francoise Caron.

francoise-caron-3
Francoise Caron

Podobnie jak pozostałe zapachy Helmuta Langa, także i Cuiron jest raczej subtelny (choć nieco bardziej zdecydowany niż Eau de Parfum), trzyma się blisko naskórka, z którym bardzo trwale wiąże się za pomocą piżma ambrette. Co ciekawe, jego percepcja z nieco większej odległości, bez wnikania w poszczególne nuty, daje wrażenie lekko mydlanej, a nawet lekko „balbierskiej” czystości a’la fougere, przez co Cuiron przechyla się w męską stronę. Oryginalna to mikstura, muszę to podkreślić, która – coś mi się zdaje – prędzej czy później znajdzie się w mojej kolekcji.

helmut-lang-cuiron

nuty góry: bergamotka, mandarynka, różowy pieprz

nuty środka: cassia, ziarno marchwi

nuty finiszu: cedr, olibanum, labdanum, ketmia piżmowa, akord zamszu

rok premiery: 2002/ 2014

twórca: Francoise Caron

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 5,5/ oryginalność: 6/  projekcja: 3,5/ trwałość: 5

 

Przywrócenie trzech legendarnych zapachów Helmuta Langa bardzo cieszy, szczególnie wielbicieli Eau de Cologne i Eau de Parfum, którzy byli wcześniej zdesperowani do tego stopnia, że kontaktowali się bezpośrednio z Maurice Roucelem, by prosić go o informacje, gdzie można jeszcze nabyć pozostałe flakony wycofanych pachnideł! Perfumiarz przyznaje, że rozdawał nawet resztki darmowych próbek, tak bardzo pożądane to były perfumy! Jak widać „konsumenci” zostali wysłuchani, perfumy przywrócono w niezmienionych formułach (co potwierdza Roucel), co jest ruchem bezprecedensowym. Chciałoby się, by takie rzeczy działy się częściej. Wiele bym dał za powrót męskiego Gucci Envy w niezmienionej wersji (wszak brązowy Gucci Pour Homme już powrócił w postaci Bentley for Men Absolute). Oby przywrócenie zapachów Helmuta Langa okazało się ruchem tyleż trafionym, co trwałym. Sadząc po ich przyjaznych i „politycznie poprawnych” charakterach, powinny znaleźć wielu nowych zagorzałych wielbicieli. Ja już jestem jednym z nich. Maurice Roucel ujawnia, że nawet teraz, gdy zapachy są już dostępne, wciąż otrzymuje zapytania, gdzie można je nabyć. Ich dystrybucja jest wciąż bardzo ograniczona, ale widać, że i to się zmienia na lepsze, gdyż dotarły one także do Polski. Wszystkie trzy możemy od niedawna przetestować i zakupić w warszawskiej perfumerii niszowej MoodScentBar. Wspaniale, prawda?

 

 

 

 

 

Parfum d’Empire „Tabac Tabou”

Marc-Antoine Corticchiato nieczęsto raczy swych wielbicieli nowymi kreacjami perfumowymi pod swą marką Parfum d’Empire. I to bardzo dobrze, bo sądząc po ich poziomie, czas im służy. W 2012 roku, po wizualnym remake’u swojej marki, twórca zaskoczył wszystkich bardzo odważnym pachnidłem piżmowym Musc Tonkin, którego bezkompromisowość może równać się chyba jedynie z Muscs Koublai Khan Serge’a Lutensa. Rok 2014 przyniósł bardzo dobrze oceniany zielony Corsica Furiosa, zaś w niedawno pożegnanym 2015 Maestro przedstawił Tabac Tabou (w koncentracji ekstraktu), przyśpieszając bicie serca wszystkich miłośników tytoniu w perfumach. Ten właśnie zapach mam przyjemność dziś testować. Parfum d’Empire nie posługuje się nachalnym marketingiem, nie zasypuje rynku kilkoma zapachami rocznie, nie tworzy wokół siebie hype’u i pewnie dlatego nie jest zbyt popularny, nawet w kręgach entuzjastów perfum. Wielka to szkoda, bo to perfumowa sztuka w najlepszym wydaniu. Przy okazji recenzji Tabac Tabou chciałbym po raz kolejny zwrócić uwagę na tę niedocenianą markę.

parfum empire

Tabac Tabou otwiera się zielonym akordem początkowo rozjaśniającym całość i tworzącym uroczy i bardzo obiecujący, nieco świeży, ale i niepozbawiony głębi wstęp, który wcale nie zapowiada „wagi ciężkiej” tej kompozycji. Od razu jednak czuć pewną rękę perfumiarza, który od lat wierny jest swojej unikatowej, klasycyzującej i – śmiem twierdzić – prawdziwie artystycznej perfumowej estetyce. Zapach rozwija się na skórze powoli i – jak na perfumowy ekstrakt przystało – majestatycznie odsłania kolejne swoje fazy. W momencie, gdy zza zielonej nuty wyłania się zaskakująca, pudrowo-zielona woń narcyza, a z nią coraz wyraźniejsza nuta woskuTabac Tabou zaczyna prawdziwie fascynować. Perfumiarz umieścił ten kwiatowy akord na wyraźnym tle złożonym z nieśmiertelnika (hołdem Corticchiato dla tej niezwykłej ingrediencji jest zresztą doskonałe Fougere Bengale tej samej marki) oraz bardzo naturalnie uzupełniającego go miodu. Każdy kto wąchał esencję z kocanki wie, że sama w sobie posiada miodowy aspekt, więc nuta miodu jest jej naturalnym przedłużeniem. To olfaktoryczne powinowactwo zostało tu w mistrzowski sposób wykorzystane, ale na tym nie koniec. Tytułowy tytoń, z całą swoją zapachową złożonością, w tym dająca się wyczuć nutą siana i …. miodu właśnie, wprost doskonale wkomponowuje się w całą resztę. Wreszcie zapach ten nie były by tym, czym jest, gdyby nie odważne użycie znanych z Musc Tonkin tego samego twórcy piżm, które ujawniają się z narastającą mocą wraz z upływem czasu, przydając całości całkiem wyraźną nutę zwierzęcą. Finisz zapachu po ponad kilkunastu godzinach jest przyjemny i zmysłowy, dzięki piżmom, które w miarę upływu czasu tracą zwierzęce akcenty. Mimo dużej koncentracji Tabac Tabou nie jest pachnidłem obezwładniającym swą mocą. Trzyma się raczej dość blisko skóry, za to jest wyczuwalne przez wiele godzin.

corticchiato-male
Marc-Antoine Corticchiato

Najnowsze dzieło pana Corticchiato to nie jest po prostu pachnidło tytoniowe. To dużo więcej, a nazwa zapachu, choć uprawniona, to jednak troszkę niepotrzebnie zawęża jego percepcję. Jednym z kluczowych aromatów w nim występujących i jednocześnie rzadko podejmowanych w perfumerii, jest tu narcyz, ze swą zielono-pudrowa naturą. Chcę podkreślić maestrię, z jaką twórca połączył wszystkie ingrediencje w jedną fascynująca całość, po raz kolejny potwierdzając swój talent, kreatorską klasę i ogromną wiedzę nt. perfumowych ingrediencji (jest naukowym ekspertem w tej dziedzinie!), a także ponownie ugruntowując w moich oczach status marki Parfum d’Empire jako jednej z bezdyskusyjnie artystycznych, niszowych i najbardziej ambitnych współczesnych marek perfumeryjnych, które przedkładają jakość nad ilość i od lat niezmiennie zachwycają bardzo wysokim poziomem swoich kreacji.

tabac-tabou-parfum empire

główne nuty: trawa, narcyz, nieśmiertelnik, wosk, miód, tytoń, piżmo

twórca: Marc-Antoine Corticchiato

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****