Bvlgari Man i jego wcielenia

Od momentu jej premiery w 2010 roku marka Bvlgari umiejętnie podtrzymuje zainteresowanie męską linią perfum zatytułowaną po prostu (i jakże męsko) Bvlgari Man. Przypomnijmy: wszystko zaczęło się od oryginalnego Bvlgari Man (2010), w którym zaprezentowano nową, oryginalną, abstrakcyjną świeżość uzyskaną z połączenia nuty gruszki i fiołka z akcentami drzewnymi i ambrowymi.

bvlgari-man

W 2013 pojawiła się wersja Man Extreme – jeszcze bardziej (a nawet ekstremalnie…) świeża, nieco metaliczna, bardziej nowoczesna i dynamiczna, choć także mnie oryginalna, niż poprzednik, ale za to lepiej projektująca i trwalsza.

bvlgari-man-extreme

W 2014 firma wypuściła wodę perfumowaną Man In Black. To był prawdziwy zwrot – od świeżości ku zmysłowej przyprawowości i akcentom drzewnym, skórzanym oraz tytoniowym. Ta charakterystyczna, ciepła i otulająca kompozycja utrzymana została w klimacie Spicebomb Victor&Rolf czy Tobacco Vanille Tom Ford. Dominują w niej nuty przypraw, rumu, tonki i drewna gwajakowego, które tworzą zapach wieczorowy o miłej dla nosa mocy i dobrej trwałości.

perfume-bvlgari-man-in-black

 

Ubiegły rok przyniósł aż dwie wariacje na temat In Black. Pierwszą z nich był Black Cologne, w którym temat przewodni znany z In Black potraktowany został nutami świeżymi i rześkimi, w postaci cytrusów, kwiatu pomarańczy, nut zielonych i tuberozy. Całość sprawia chwilami wrażenie mariażu Man In Black ze świeżą sygnaturą z Versace (Pour Homme), o co postarał się Alberto Morillas, perfumiarz stojący za słynną „Meduzą” i wszystkimi pachnidłami z linii Bvlgari Man. Black Cologne jest bardzo w stylu tego perfumiarza – prawdziwego mistrza perfumowej świeżości.

bvlgari-man-black-cologne-2-jpg

Drugą ubiegłoroczną premierą była Black Orient (o koncentracji opisanej na opakowaniu jako „Parfum”), w której rumowo-skórzany aromat znany z Man In Black doprawiony został kardamonem, a orientalną (odpowiednio do nazwy) zmysłowość zapewniono w nim duetem róży i tuberozy połączonym z emblematyczną nutą oudu (zupełnie wszakże inna od tej z legendarnego M7 YSL, które współtworzył Morillas). Mimo tych zabiegów, zapach ma wciąż bardzo europejski charakter, tyle że z lekkim przechyłem w kierunku estetyki arabskiej. Elegancka i nienachalna projekcja oraz świetna trwałość dopełniają wrażenie bardzo udanego pachnidła, jedno z najlepszych w linii Bvlgari Man, która – jestem o tym przekonany – będzie sukcesywnie rozbudowywana o kolejne flankery. Oby trzymały one dotychczasowy, naprawdę solidny poziom.

bulgari-man-in-black-orient-pack

nuty głowy: rum, kardamon

nuty serca: róża, tuberoza

nuty bazy: skóra, oud

perfumiarz: Alberto Morillas

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

Salvatore Ferragamo Uomo – po włosku czyli smacznie

Miłośnicy męskich pachnideł typu gourmand mogą w nowym zapachu Salvatore Ferragamo odnaleźć swojego faworyta. Gdy przy tym jeszcze są wielbicielami Italii i popularnego tam deseru tiramisu tradycyjnie składającego się z biszkoptu, kawy espresso i likieru Amaretto, doprawionego kremem z serka Mascarpone i tartą czekoladą, to już niemal pewne, że Uomo trafi w ich gusta, o ile oczywiście lubią nie tylko zjeść ciastko, ale i … pachnieć jak ciastko.

tiramisu

Nie piszę tego w negatywnym sensie, gdyż Uomo nie sposób odmówić uroku. Mnie Uomo spodobał się właśnie dzięki temu bardzo sugestywnemu, smacznemu akordowi.

Połączenie nut drzewnych z kulinarnymi zrealizowane przez nie lada duet perfumiarski Alberto Morillasa i Aureliena Guicharda zaowocowało dynamicznym współczesnym męskim zapachem, który reprezentuje dobrze znana kategorię gourmand, wnosząc wszakże do niej nowy w perfumerii akord tiramisu.

Jest on wyczuwalny od pierwszych sekund, choć początkowo, dla uzyskania bardziej spektakularnego efektu, połączono go z cytrusami i pieprzem. W sercu ujawnia się on w pełnej krasie, by z czasem pozostawić po sobie długotrwały, choć już mniej oryginalny finisz, zdominowany przez tonka, drewno sandałowe i cashmeran.

piramide

Uomo projektuje bardzo solidnie przez pierwsze dwa, trzy kwadranse, z czasem cichnąc, ale wciąż utrzymując się na ładnie wyczuwalnym poziomie przez kolejne godziny. Trwałość zapachu jest bardzo dobra, przekraczająca 10 godzin.

Uomo to ze wszech miar zapach mainstreamowy, zaprojektowany z myślą o szeroko pojętej współczesnej, raczej młodszej męskiej klienteli oraz – jak sądzę – także z myślą o kobiecych gustach. A to dlatego, że moim zdaniem mężczyzna tak apetycznie pachnący z pewnością nie będzie obojętnym przedstawicielkom płci pięknej. A przecież młodym facetom zwykle o to chodzi, prawda?

uomo-salvatore-ferragamo-100ml

nuty głowy: bergamotka, kardamon, czarny pieprz

nuty serca: akord Tiramisu, kwiat pomarańczy, Ambrox

nuty bazy: kaszmir, drewno sandałowe, tonka

perfumiarze: Alberto Morillas i Aurelien Guichard

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,0/ oryginalność: 4,0/  projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

Bvlgari Man Black Cologne

Dwa lata po premierze Bvlgari Man in Black zapach doczekał się dwóch flankerów: świeższej wersji w postaci Black Cologne oraz oudowego Black Orient. Oba zapachy popełnił – podobnie jak wszystkie pozostałe z linii Bvlgari Man – niestrudzony i nieprawdopodobnie wprost pracowity i twórczy Alberto Morillas, które zdaje się przeżywać obecnie złote lata swej twórczości, przynajmniej gdy chodzi o liczbę premier, których jest autorem.

alberto_morillas

Cologne w nazwie nie wynika z tego, że mamy tu do czynienia z zapachem kolońskim, choć owszem znajdziemy tu pewne nawiązania do klasycznych kolońskich składników w postaci cytrusów czy kwiatu pomarańczy. Jednak Black Cologne to tak naprawdę świeższa i lżejsza wersja Man in Black. Perfumiarz „zremiksował” w niej aromat znany z Man in Black. Pozostawił w centrum zapachu charakterystyczną nutę rumu, ukierunkował jednak całość na świeższe obszary.

Nuta rumu znana z akordu otwarcia Man in Black (utrzymanego w klimacie Spicebomb Victor&Rolf), tam połączona z tytoniem i przyprawami, tu została ozdobiona nutami zielonymi i cytrusami. Poczujemy je przez krótki okres zaraz po aplikacji zapachu na skórze. Ten świeży początek chwilami budzi moje skojarzenia z klasycznym już Versace Pour Homme tego samego perfumiarza. W sercu kompozycji – obok wspólnej dla obu wersji tuberozy – znajdziemy koloński akcent w postaci kwiatu pomarańczy – miast irysa i skóry obecnych w wersji pierwotnej. Baza Black Cologne to połączenie ambry, piżm i dominującej drzewnej nuty sandałowca, podczas gdy w Man in Black znajdziemy cieplejsze rozwiązanie tematu: gwajak, tonka i beznoes. Baza jest tu bardziej wytrawna, lżejsza, sucha i bardziej lotna, niż Man in Black, ale jednocześnie – co ciekawe – dużo trwalsza, szczególnie na skórze (Man in Black wyjątkowo długo trzyma za to na odzieży, zaś na skórze krócej).

Musze podkreślić, że choć Black Cologne ogólnie bardzo przyjemnie układa się na skórze, to szczególnie akord bazy jest jego silną stroną. Jest zaskakująco intrygujący, ładnie projektujący i długotrwały. Mimo, że lubię rumowo-tytoniowo-gwajakowe Man in Black to  pod względem finiszu wersja Cologne przekonuje mnie bardziej.

Mimo więc różnic co do kierunku, w jakim rozwija się Black Cologne, oba zapachy są do pewnego stopnia do siebie podobne, mają bowiem ten sam motyw przewodni. Warto dodać, że – co charakterystyczne dla Morillasa – gra on tutaj składnikami w niezwykle zręczny sposób. Mamy do czynienia z od początku do końca zrównoważona kompozycją perfumową zrobioną wg wszelkich prawideł współczesnego perfumowego mainstreamu, w której wszystkie składniki „grają” na ostateczny efekt, bez dominowania nad resztą. Każdy, kto zna minimalistyczny styl Morillasa i jego niezwykły talent w tworzeniu zapachów świeżych, nie powinien mieć problemów z wyobrażeniem sobie, jak pachnie Black Cologne. Podobnie każdy, kto zna pozostałe zapachy Bvlgari z linii Man raczej wie, czego spodziewać się po Black Cologne. Solidnego, kompetentnie wykonanego, aczkolwiek bardzo bezpiecznego, nastawionego na masowego klienta pachnidła.

 

bvlgari-man-black-cologne

nuty głowy: cytrusy, nuty zielone, rum

nuty serca: tuberoza, kwiat pomarańczy

nuty bazy: drewno sandałowe, ambra, piżmo

perfumiarz: Alberto Morillas

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 3,5/ oryginalność: 3,5/  projekcja: 3,5/ trwałość: 4,5

Aedes de Venustas „Grenadille d’Afrique”

Grenadille d’Afrique znaczy tyle, co „czarne drewno”, łac. Dalbergia melanoxylon. Drzewo, z którego pozyskiwane jest drewno zwane hebanem. To heban oraz naturalne środowisko, w jakim występuje, były inspiracja dla powstania najnowszego zapachu nowojorskiej marki Aedes de Venustas, który swą premierę miał podczas tegorocznych targów Pitti Fragranze we Florencji, a który wkrótce pojawi się w wybranych perfumeriach na całym świecie. Podobnie jak w przypadku wydanego w 2015 Palissandre D’Or zapach powstał w pracowni Alberto Morillasa. Jest więc to drugie pachnidło, jakie Mistrz stworzył dla Panów Bradla i Gerstnera. Co ciekawe, oba zapachy maja drewno w nazwie i zdecydowanie drzewny charakter.

aedes-grenadille

Drzewność Grenadille d’Afrique sprowadza się do jego wetyweriowej dominanty. Wetyweria obecna jest od samego początku, choć najpierw przez krótki okres „odświeżona” bergamotką, a z czasem wsparta jałowcem, fiołkiem i lawendą. Finisz zapachu wciąż pachnie głównie haitańską wetywerią, posadowioną na ciemnym, niemal drzewnym w swym charakterze akordzie złożonym z wanilii i labdanum. Prócz swej ewidentnej drzewności zapach ma też charakterystyczną aurę mineralną. Wymienione przez mnie składniki towarzyszące wetiwerowi pracują tu na efekt końcowy, bez indywidualnego „przejmowania kontroli”. Są podporządkowane wizji twórców, którą w jednym zdaniu tak scharakteryzował Alberto Morillas:

Skamieniałe drewno nasączone akordem waniliowym

Gdy testuję pachnidło, szukam porównań z innymi, które osobie nie znającej zapachu, a czytającej recenzję, ułatwią orientację co do charakteru opisywanych perfum. W przypadku Grenadille d’Afrique takich możliwych porównań jest sporo. Najbardziej jednak adekwatnym wydaje się być Encre Noire Lalique (wersja eau de toilette). Jako całość bowiem zapach Alberto Morillasa kojarzy mi się właśnie z kultowym już pachnidłem skomponowanym przez Nathalie Lorson. Ale oczywiście są różnice. W Grenadille d’Afrique nie znajdziemy – ku mojemu zadowoleniu – kwaśnej nuty Encre Noire oraz tak wyraźnej dozy cashmeranu. Rolę cyprysu przejął tu jałowiec. Dzieło Morillasa pachnie bardziej świeżo, lekko, jest w nim więcej polotu i wydaje się być przyjemniejsze i łatwiejsze w noszeniu, przynajmniej dla mnie. Projektuje grzecznie, trwa na skórze ponad 8 godzin. Jako całość przekonuje mnie mimo, że nie jest tak oryginalne, jak choćby Palissandre d’Or. Niemniej to bardzo solidna pozycja nie tylko w portfolio Aedes de Venustas, ale także w rodzinie zapachów wetiwerowych.

aedes-grenadille-bottle

główne składniki: bergamotka, lawenda, fiołek, jałowiec, wetyweria z Haiti, czystek (labdanum), wanilia, piżmo

perfumiarz: Alberto Morillas

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 5/ oryginalność: 4/  projekcja: 4/ trwałość: 4

City Exclusives by Le Labo: „Limette 37”, „Benjoin 19”, „Cuir 28″‚ „Vanille 44”, „Baie Rose 26”

City Exclusives to seria zapachów Le Labo, które marka dedykuje i udostępnia do sprzedaży wyłącznie w wybranych miastach świata. To zapachy mające w założeniu oddawać ducha poszczególnych metropolii. Ich wyjątkowość jest wszakże głównie wynikiem owej ograniczonej dostępności oraz… horrendalnej ceny (300 USD za 50 ml), która z pewnością nie ma w tym przypadku nic wspólnego z jakością (niczym pod względem jakości nie ustępujące im perfumy Le Labo z głównej linii kosztują połowę tej ceny). Co ciekawe, każdego września City Exclusives pojawiają się w sprzedaży internetowej na stronie Le Labo oraz w kilku innych wybranych sklepach internetowych (np. LuckyScent.com). Tak więc już za kilka dni będzie można nabyć je bez konieczności odwiedzania salonu marki w Dubaju czy w Moskwie.

Jak dotąd swych własnych pachnideł doczekały się: Londyn, Dallas, Chicago, Moskwa, Dubaj, Tokyo, San Francisco, Los Angeles, Londyn, Nowy Jork i Paryż. Kilka z nich mam dziś okazję zaprezentować.

 

Limette 37 San Francisco by Frank Voelkl

SANFRANCISCO

Urodziwy, świeży i orzeźwiający zapach w swej istocie koloński, jednak o intensywności i trwałości przewyższającej klasyki tego gatunku, plasujący się  raczej obok współczesnych kolońskich wód perfumowanych typu Neroli Portofino Toma Forda czy Cologne Indelebile Frederica Malle. Co prawda w głównym katalogu Le Labo znajdziemy już zapachy podobne co do pomysłu i charakteru (szczególnie świetny Bergamote 22 oraz w mniejszym stopniu kolońskie, a bardziej biało-kwiatowe, śliczne Fleur d’Oranger 27 i  Neroli 36). Jednak Limette 37 ma swój indywidualny charakter. Ta współczesna kolońska skomponowana została przez Francka Voelkla, o którym pisałem niedawno przy okazji recenzji Ylang 49, a którego perfumiarska maestria jest od dawna obiektem mojego szczególnego podziwu.

Limette 37 rozpoczyna się – jak przystało na kolońską – od bardzo świeżego akordu, wypełnionego esencją z limonki połączoną z bergamotką i zieloną esencją petit grain. W tle wyczuwalna jest subtelnie detergentową nuta biało-piżmową, kojarzącą się z wysokiej jakości mydłem. Zapach ewoluuje odsłaniając biało-kwiatowe serce (jaśmin), doprawione subtelnie goździkiem. Baza jest oparta na ładnie spinającym całość wetiwerze oraz z umiarem użytej tonce i spore dawce białych piżm, pozbawionych jakichkolwiek konotacji cielesnych czy zwierzęcych. Reasumując- śliczne, bardzo wysokiej jakości uniseksowe pachnidło kolońskie dla tych, którzy z bardzo grubym portfelem penetrują …. ulice San Francisco.

le labo limette-37

główne nuty: limonka, bergamotka, liść gorzkiej pomarańczy, jaśmin, goździk, wetiwer, tonka, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Benjoin 19 Moscow by Frank Voelkl

moscow

Benjoin 19 to minimalistyczny zapach żywiczny, w którym nad żywicami dominuje początkowo nuta przyprawowa (różowy pieprz?), po której na czoło wysuwa się szlachetne i wciąż nico pieprzowe olibanum. Z czasem do gry dochodzi drzewny akcent cedrowy, aż wreszcie ujawnia się główny bohater – słodkawa, ciepła, gęsta i zmysłowa esencja benzoesu. Mimo swego minimalizmu zapach zmienia się więc stopniowo na skórze. Jest przez praktycznie cały czas subtelny, blisko-skórny, dość trwały, choć nie tak bardzo, jak można by się spodziewać po użytych w nich składnikach. Intrygujący, choć mnie nie przekonał, podobnie jak niegdyś testowany Gaiac 10 dedykowany Tokyo. Po prostu nie jestem fanem perfumowego minimalizmu, podobnie jak nie przepadam za rosyjską stolicą…

Le-Labo-Benjoin-19

główne nuty:  kadzidło frankońskie, cedr, benzoes, ambra, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Cuir 28 Dubai by Nathalie Lorson 

Dubai

Początkowo Cuir 28 pachnie głównie drzewną, lekko wytrawną, szlachetną wanilią. Spod niej jednak dość szybko, bo po kilku minutach, zaczyna wybijać wetyweria. Z czasem jej obecność staje się coraz wyraźniejsza. To właśnie duet dymnej wanilii z wetywerią stanowi oś tego zapachu, trwając na skórze kilkadziesiąt minut. Co ciekawe, w tej środkowej fazie zapachu mam ewidentne skojarzenia z Lalique Encre Noire A l’Extreme. Wszak oba te pachnidła skomponowała Natahlie Lorson i oba charakteryzują się połączeniem wetywerii z żywicznymi i ambrowymi elementami. Le Labo odróżnia się jednak wspomnianą mocną nutą absolutu z wanilii, ktróej na próżno szukać w pachnidle Lalique. Aromat skóry z pewnością tu nie dominuje, z zapach jako całość można z biedą próbować zakwalifikować jako skórzany, choć w sumie zdecydowanie bliżej mu do etykiety pachnidła drzewno-ambrowego. Cuir 28 pachnie blisko skóry, jest przysadzisty, gęsty, otulający. Znów – mógłby być nieco trwalszy…

le labo cuir-28

główne nuty:  skóra, absolut wanilii, nuty drzewne, wetyweria, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Nathalie Lorson

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Vanille 44 Paris by Alberto Morillas

Paris-3

Chronologicznie drugie pachnidło cyklu City Exclusives (po Tubeureuse 40 New York) skomponowane zostało przez legendę i mistrza perfumowego fachu Alberto Morillasa.

Pierwsze, co dochodzi moich nozdrzy, to pięknie podana nuta kadzidła olibanum, z początku nieco złagodzona cytrusowym duetem bergamotki i mandarynki z czasem podbita suchą, drzewną nuta gwajaku. Obecność cytrusów jest tu praktycznie niewyczulana – w tym sensie, że nie poczujemy tu indywidualnie nut cytrusowych. Podobnie jak niewyczuwalne tu indywidualnie aldehydy, tak i cytrusy pełnią rolę unoszącą ciężkie molekuły kadzidła, wanilii i gwajaku, który wyłania się spod kadzidła ładnie korespondując z wanilią (ta z kolei jest najwyraźniejsza w bazie). Mimo tych technicznych zabiegów Vanille 44 lokuje się – podobnie jak Cuir 28 czy Benjoin 19 – blisko skóry, emitując zmysłową i otulającą woń.

Typowo dla Le Labo – składnik wymieniony w nazwie zapachu nie dominuje w sposób ewidentny. Fani zmysłowej, dymnej wanilii powinni raczej sięgnąć po Cuir 28. Vanille 44 wydaje się bowiem być bardziej pachnidłem kadzilano-drzewnym, w którym wanilia – owszem obecna – nie jest wszakże głównym bohaterem.

le labo vanille 44

główne nuty:  bergamotka, mandarynka, aldehydy, gwajak, kadzidło, wanilia

rok premiery: 2007

moja ocena: Alberto Morillas

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Baie Rose 26 Chicago by Frank Voelkl

Chicago

Baie Rose 26 jest świeżą, przyprawowo-drzewną kompozycją różaną, w której róża jest lekka, zwiewna, zdecydowanie uniseksowa. Otaczają ją wzmocnione aldehydami przyprawy (mocny i wyraźny przez pierwsze kilkadziesiąt sekund akord pieprzowy będący mieszanką różowego i czarnego pieprzu z przewagą tego pierwszego oraz subtelnie użyty goździk). W bazie króluje cedr, który wraz z akordem ambrowym i piżmami utrwala zapach na skórze na wiele godzin, projektując przy tym zdecydowanie powyżej średniej City Exclusives.

Zadziwiające, jak ta chicagowska róża od Le Labo przypomina Le Labo Rose 31 z 2006 roku. Jest owszem lżejsza, świeższa, bardziej drzewna, ale mimo ta pachnie tak, jakby jej formuła była punktem wyjścia dla Franka Voelkla. Jakkolwiek było, Baie Rose 26 broni się jako odrębne pachnidło i jest moim zdaniem jednym z najlepszych zapachów serii City Exclusives, które – z pojedynczymi wyjątkami – nie zachwyciły mnie jak dotąd.

Baie Rose

główne nuty:  różowy pieprz, pieprz, aldehydy, goździk, róża, cedr, ambra, piżmo

rok premiery: 2011

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Od 2006 roku, gdy Le Labo wyemitowało pierwszy zapach z serii City Exclusives (Tubereuse 40 New York), marka ta konsekwentnie buduje wokół niej nimb wyjątkowości. Z jednej strony spore ograniczenia w fizycznej dostępności, z drugiej bajońskie sumy, jakie trzeba zapłacić za flakon tych perfum z pewnością skutecznie podtrzymują ekskluzywny status miejskiego cyklu. Jednak same zapachy, czego osobiście doświadczyłem, nie są niczym nadzwyczajnym. Co więcej, moim zdaniem nie dorównują ani pomysłami, ani kompozycjami tańszym (co nie znaczy tanim) perfumom Le Labo z głównej linii. Czy jest więc seria City Exclusives sztucznie nadmuchaną niby-luksusową bańką? Moim zdaniem – zdecydowanie tak. W jej przypadku marketing wyjątkowo mocno- nawet jak na standardy branży perfumowej – oderwał produkt i jego wartość od rzeczywistości.

Aedes de Venustas „Palissandre d’Or”

Najnowsza pachnąca propozycja panów Bradla i Gerstnera z Aedes de Venustas (przypomnijmy  – nowojorska perfumeria, której właściciele powołali do życia własną markę perfumową) to drzewny Palissandre d’Or, którego autorstwo słusznie przypisywane jest samemu Alberto Morillasowi.

alberto-morillas-2013

Początek przykuwa uwagę niecodziennym i jednoznacznie niszowym charakterem. Używana zwykle jako nuta bazy woń ketmii piżmowej (pisywana jako łącząca w sobie aspekty róży, gruszki i irysa) umieszczona tu została w otwarciu i subtelnie doprawiona różowym pieprzem, kolendrą oraz muszkatem, a także cynamonem. Efekt to z początku lekko pieprzowy, lekko winny i lekko pleśniowy, intrygujący aromat, przechodzący stopniowo w przyprawowo-drzewne serce. Ale kwintesencją Palissandre d’Or jest akord głębi, który wyłania się po kilkudziesięciu minutach od aplikacji zapachu na skórze, zaskakując swym wyjątkowej urody słodkawo-drzewnym charakterem złożonym z doskonałej jakości esencji sandałowej ze Sri Lanki, paczuli, balsamu Copahu oraz trzech esencji cedrowych (amerykańskiej, rosyjskiej i chińskiej). Całość spaja i pogłębia oraz utrwala niezawodny Ambrox.

Palissandre d’Or to jedno z tych pachnideł, które mocno wiążą się ze skórą i pozostają na niej na długo, emitując swa magnetyczną woń jakby nieco z oddali. Przy tym baza – akord finałowy – każe nam najpierw zapytać: cóż to tak pięknie pachnie?, a następnie na długo zapada nam w pamięć. Drzewno-piżmowy majstersztyk o uzależniającej nucie przewodniej.

Kolejne doskonałe pachnidło w ofercie Aedes de Venustas, która wyrasta na jedną z najwartościowszych nowych marek niszowych.

Aedes-de-Venustas-Palissandre-DOr-2

nuty głowy: ketmia piżmowa

nuty serca: różowy pieprz, kolendra, gałka muszkatołowa, cynamon

nuty głębi: drewno sandałowe, balsam copahu, trzy gatunki cedru, ambroxan, paczula

twórca: Alberto Morillas

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

Letnie orzeźwienie (3) – Kilian na biało, czyli „Sophie Matisse Art Edition”

Perfumer Killian Hennessy introduced his new fragrance "House of Immortality" by Killian at Saks Fifth Ave in South Coast Plaza. ///ADDITIONAL INFORMATION: fashion.killian.0528 – 5/9/13 – LEONARD ORTIZ, ORANGE COUNTY REGISTER - Perfumer Killian Hennessy will introduce his new fragrance "House of Immortality" by Killian at Saks Fifth Ave.

Kilian Henessy zaproponował w tym roku kolekcję niezwykłą, którą określiłbym zestawem świeżych, letnich remiksów pachnideł już obecnych w ofercie marki Kilian, dokonanych nota bene przez tych samych perfumiarzy, którzy popełnili wersje pierwotne. Na jej niezwykłość składają się dwa elementy. Po pierwsze wyjątkowej urody flakony, ozdobione grafikami autorstwa samej Sophie Matisse – prawnuczki słynnego malarza Henri Matisse’a. Po drugie pachnidła – o świeżym, radosnym charakterze, rzadko spotykanym w portfolio By Kilian, znanej głównie z dość jednak mrocznej, orientalnej stylistyki.

by-kilian-perfume-sophie-matisse

Straight to Heaven – Splash of Lemon

Ten zapach to niemal dosłowne to, co sugeruje nazwa. Nuty znane z tyleż zmysłowego co subtelnego Straight to Heaven White Cristal, a więc przede wszystkim rum, paczula, gałka muszkatołowa, wanilia, ambra i cedr, zostały tu dosłownie (i całkiem skutecznie) „zalane” rześkim, musującym i wyrazistym koktajlem cytrynowym, który dominuje w pierwszej fazie trwania zapachu, stopniowo oddając miejsce drzewnemu finiszowi, zdominowanemu przez paczulę, drewno różane i cedr. Musująca cytrynowa świeżość, jaką znam choćby z Cologne Pour La Matin Francisa Kurkdjiana czy Chanel Allure Homme Sport Cologne to jeden z tym tematów perfumowych, które zawsze wywołują szczery uśmiech na mojej twarzy.

sidonie-lancesseur
Sidonie Lancesseur

Splash of Lemon jest więc świeżą, letnią reinterpretacją Straight to Heaven White Cristal z 2007 roku wykonaną przez perfumiarkę Sidonie Lancesseur. Jest to remiks na tyle śmiały, że przez pierwsze kwadranse nieprzypominający protoplasty. Zbliża się do niego mocno w fazie bazy, gdy pachnie niemal identycznie (więcej tu paczuli). Jest zdecydowanie współczesnym i nieco wyrafinowanym zapachem drzewnym z cytrusowym otwarciem, przy tym przyzwoicie trwałym. Podczas pierwszych testów to właśnie on najbardziej zwrócił moją uwagę i pozostał moim faworytem do końca, choć jego przewaga nad pozostałymi stopniowo, ale jednak maleje…

matisse_straight_500x500

nuty głowy: cytryna, bergamotka, rum

nuty serca: paczula, gałka muszkatołowa, drewno różane, drewno cedrowe

nuty głębi: ambra, wanilia, piżmo

twórca: Sidonie Lancesseur

rok premiery: 2015

 

Good Girl Gone Bad – Splash of Neroli 

Wyciągnięty z cyklu In The Garden of Good and Evil biało kwiatowy zapach Good Girl Gone Bad (2012) został zreinterpretowany przez jego autora – Alberto Morillasa. Świeży i lekko soczysty zielono-cytrusowy początek od razu odsłania zasadniczą, „czystą”, zwiewną, uroczą białokwiatową naturę tego zapachu, w którym główne role grają kwiat pomarańczy, neroli, jaśmin i tuberoza. Ale, ale… białą kwiatową hegemonię łamię nuta różana. To właśnie ten kontrast ożywia pachnidło, zwraca uwagę, przydając mu wewnętrznego napięcia. Solidna i zapewniająca dobrą trwałość podstawa zapachu zbudowana została z nut drzewnych: wetywerii, paczuli i sandałowca.

alberto-morillas-expert-in-amber
Alberto Morillas

Splash of Neroli to popis perfumiarskiej wirtuozerii i umiaru jednocześnie, a pomysłowy różany element czyni je interesująco zaskakującym. Mistrzowskie zbalansowanie tej kompozycji nie dziwi, gdy wiemy, kto jest jej autorem. Ten zapach nie może się nie podobać. Jest po prostu śliczny! Niestety – wielka szkoda – szybko traci i tak generalnie subtelną moc i lokuje się bardzo blisko skóry. Jak na mój gust zbyt blisko. Szkoda.

matisse neroli

nuty głowy: neroli, bergamotka, kwiat pomarańczy, mandarynka

nuty serca: absolut jaśminu, pączki róży, akord tuberozy

nuty głębi: wetiwer, paczula, sandałowiec

twórca: Alberto Morillas

rok premiery: 2015

 

Bamboo Harmony

Zielony i rześki początek z wyraźnym neroli i bergamotą nasuwa skojarzenia z zapachami pokroju Original Vetiver Creed czy Cologne Thierry Muglera. To prawdopodobnie zasługa charakterystycznej zielono-cytrusowej i jednocześnie nieco detergentowej aury zapachu, która zresztą w przypadku dzieła Calice Becker nabiera mocy wraz z upływem czasu. Intro toruje drogę dla subtelnie herbacianego serca, w którym odnajdziemy także nutę mate bliższą tej, którą znamy z fantastycznego Duel Annick Goutal aniżeli tej dymnej, nieco wędzonej nuty z pierwszego Bamboo Harmony (przedstawionego w 2012 roku w ramach cyklu Asian Tales). Zresztą osobliwie akurat Bamboo Harmony w kolekcji Matisse nie został opatrzony żadnym podtytułem, co mogłoby sugerować, że jest to ten sam zapach, który znamy z Asian Tales właśnie. Tak chyba jednak nie jest, bo o ile nie posiadam już próbki tamtego i mogę bazować jedynie w swej recenzji, ten wydaje mi się świeższy, bardziej zielony w ten wspomniany detergentowy sposób i zupełnie nie „wędzony”.

Biały Bamboo Harmony jest zapachem dość intensywnym i długo trzymającym się skóry, a użyty w bazie mech dębowy przydaje finiszowi głębi i trwałości. Baza jest charakterystyczna, całkiem wyraźna (co rzadkie w perfumach o świeżym charakterze), zawiera osobliwą zieloną, soczystą nutkę, opisaną jako liść figi. To także najintensywniejszy i najtrwalszy z opisywanych trzech pachnideł.

matisse bamboo

nuty głowy: bergamotka, gorzka pomarańcza, neroli

nuty serca: mimoza, świeży pieprz, liście białej herbaty, mate

nuty głębi: liście figi, mech dębowy

twórca: Calice Becker

rok premiery: 2015