Bvlgari Man „Wood Essence” – obywatel natury

Wood Essence – nowy zapach w głównej męskiej linii Bvlgari Man, który za chwilę trafi do perfumerii – to woda perfumowana o neo-drzewnej sygnaturze, którą skomponował Alberto Morillas.

bvlgari man wood essence

Przedstawiany jako łączący surowość metropolii, naturalnego środowiska współczesnego mężczyzny, z naturą, co – muszę to przyznać – świetnie oddaje design flakonu poprzez zastosowaną tu kombinację imitacji szczotkowanej stali z zieloną barwę pachnącej cieczy. Sam zapach zdaje się znacznie gorzej odzwierciedlać tę koncepcję, choć przy odrobinie dobrej woli można pokusić się o zgodną z nim interpretację:

Wood Essence jest rzeczywiście bardzo współczesnym pachnidłem z wszystkimi tego atrybutami: syntetycznym charakterem, linearnością i subtelnością w sam raz pasującą do jednego z korporacyjnych biur zlokalizowanych w skupionych w metropolii wysokościowcach. Jego naturalność jest umowna i sprowadza się do wspomnianego zielonego koloru zawartości flakonu oraz kilku użytych w nim esencji – wetywerii, cedru i cyprysa.

bvlgari man wood essence 2

Tytułowa drzewność jest zdecydowanie nie-klasyczna, a więc określenie neo-drzewny, którego Bvlgari sam używa dla opisania zapachu – zdaje się być adekwatne.  Ta słodkawa zdławiona zieleń – zdominowana prze cyprys i mocno przesiąknięta miodową słodkością – obecna na skórze przez pierwsze kilkadziesiąt minut – powoli ustępuje miejsca coraz gęściej sypiącymi się z niej wiórkami cedru, by w końcu zostać złamaną niczym sucha gałąź przez mocno syntetyczny, lekko gryzący, sucho-drzewny finisz, który – co ciekawe – zdaje się być najwyraźniej projektująca fazą tego zapachu.

Performance Wood Essence istotnie zaskakuje. Przez pierwsze kwadranse zapach projektuje ze skóry umiarkowanie, by w kolejnych godzinach jakby zupełnie zniknąć z wyczuwalnego nosem widma. Wraca jednak do gry po 6-7 godzinach i trwa na niej kolejnych kilka. Trwałość ma więc na bardzo wysokim poziomie.

Przyznam jednak, że liczyłem na lepsze pachnidło. Ale moje nim rozczarowanie nie musi być udziałem innych. Wszystko jest przecież kwestią gustu. Nie chcę wystawiać Wood Essence przesadnie niskiej oceny, bo przyparty do muru muszę jednak przyznać, że przy którymś z kolei dniu noszenia go zacząłem w tym odnajdywać nawet pewną przyjemność, narastającą wraz z upływem czasu od aplikacji. Jednego jestem pewien – nikt z mojego otoczenia ani go nie skomplementował, ani go nie… poczuł. Jakąkolwiek więc miałem z niego przyjemność, była ona wyłącznie moim udziałem. Czasem to wystarczy, prawda?

 

bvlgari-man-wood-essence-eau-de-parfum-spray-15ml

 

główne składniki: wetyweria, cedr, miód, cyprys

dominujące nuty: słodka, zielona, sucho-drzewna

nos: Alberto Morillas

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 3,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 3,0-3,5

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Armani „Acqua Di Gio Profumo”

Acqua Di Gio, męski zapach legenda, od 22 lat dostępny w sprzedaży, doczekał się dotąd zaledwie kilku flankerów. Pierwszy z nich – Essenza – opublikowano zresztą całkiem niedawno, bo w 2012 roku, ożywiając w ten sposób nieco już zmurszałego protoplastę.

Opisywana wtedy jako intensywniejsza, nowocześniejsza, trwalsza i mniej morska, a bardziej drzewna interpretacja klasyka Essenza przypomniała mężczyznom o tym, jak niegdyś sławna była Acqua Di Gio i przywróciła zainteresowanie nieco już zapomnianym protoplastą. Moją uwagę zwróciła natomiast ostatnio wersja Profumo z 2015 roku. Zamknięta we flakonie o klasycznym, aczkolwiek nieco unowocześnionym kształcie, o intrygującej czarnej barwie, ze srebrnymi napisami, z modną obecnie (i bardzo praktyczną) magnetyczną zatyczką w jakiś niepojęty sposób zachęciła mnie do testów.

Nigdy nie byłem fanem klasyka, ze względu na jego ultrapopularny swego czasu charakter, zbanalizowaną na przestrzeni lat świeżość i nadzwyczajną „podrabialność”.

Któregoś dnia przy okazji rutynowej wizyty w sieciowej perfumerii sięgnąłem jednak z zainteresowaniem po Profumo

luxury_perfume_acqua_di_gi__profumo_armani-1000x1000

Profumo znaczy perfumy.

Zestawienie znanej z lekkości i świeżości oraz ulotności wersji klasycznej z koncentracją wody perfumowanej, kojarzącą się raczej z gęstością i nasyceniem, zaintrygowało mnie. Nuty morskie, kadzidło i paczula jako główne składniki? To wydawało się jeszcze bardziej pociągające…

Już pierwsze, pobieżne testy utwierdziły mnie w przekonaniu, że kiedyś będę chciał bliżej zapoznać się z tym zapachem. To też nie tak dawno temu uczyniłem. Na tej to podstawie – nie bez satysfakcji – stwierdziłem, że Acqua Di Gio Profumo to naprawdę udany, współczesny męski zapach, z owszem wyraźnym DNA protoplasty, ale ze zdecydowanie współczesnym sznytem.

Jest świeżo-drzewny, inkorporuje klasyczny cytrusowo-morski akord, ale przedstawia go w aktualnym drzewnym wydaniu. Kadzidło i paczula przydają mu głębi i treści. Utrwalają też zapach na skórze na tyle, że można śmiało cieszyć się nim przez większość dnia. Całość przekonuje mnie. Coraz bardziej trafia do mnie prostota i skuteczność, ale też praktyczność pachnideł firmowanych przez Armaniego. Doskonale znajdują się w biznesowej codzienności.

Alberto-Morillas 2

Alberto Morillas – tak, ten sam który stworzył protoplastę, a także wszystkie pozostałe flankery tej słynnej kompozycji, a także niezliczoną liczbę męskich „świeżaków”, z których wiele zyskało pozycję klasyków – zadbał o to, by Profumo pasowało współczesnemu mężczyźnie Armaniego – eleganckiemu w minimalistyczny i powściągliwy sposób.

Ten zapach to doskonały, całoroczny dodatek do casualowego garnituru i krawatu lub niezobowiązującego zestawu złożonego z koszuli i spodni oraz – opcjonalnej – marynarki. Niekoniecznie zaś do T-shirtu i krótkich spodenek. Do tej stylizacji zdecydowanie lepiej przystaje klasyczne Acqua Di Gio.

PS. Marka właśnie lansuje najnowszą wersję pod nazwą Absolu. I tym razem stoi za nią Morillas, a nowością jest zastosowanie w niej akordu owocowego. Ale o tym może kiedyś w osobnym wpisie.

Acqua-Di-Gio-Profumo-EDP-3614270157639

dominujące nuty: cytrusy, nuta morska, kadzidło, paczula

twórca/nos: Alberto Morillas

rok premiery: 2015

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0

 

 

 

 

 

 

Bvlgari „Man in Black Essence” – esencja Afryki

Właśnie ukazała się limitowana edycja popularnego męskiego zapachu Bvlgari „Man In Black”. „Essence” –  bo tak została nazwana – jest kolejną wariacją na temat protoplasty, który  –  przypomnijmy – miał swoją premierę w 2014 roku. Podobnie jak wersję pierwotną i jej kolejne flankery (chłodny „Black Cologne” i oudowy, arabski w klimacie „Black Orient”), także i „Essence” skomponowana została przez niestrudzonego Alberto Morillasa.

Alberto Morillas 2014

W zapachu znajdziemy znajomy rumowo-drzewno-tonkowy temat, który został tu podany w nieco inny sposób, poprzez dodanie w sercu nuty ziarna kakaowca, a w bazie nuty hebanu. Dzięki tym zabiegom „Essence” nabrało odrobinę afrykańskiej kulinarności oraz egzotycznej drzewności, co umiejętnie koresponduje ze specjalnym designem grafiki na flakonie autorstwa  Laolu Senbanjo – wszechstronnego nigeryjskiego artysty – designera, grafika i muzyka – żyjącego w Nowym Jorku.

Laolu Senbanjo
Copywright of Laolu Senbanjo. All rights reserved.

„Essence” wyróżnia się bardzo sugestywną nutą kakao, która pojawia się zaraz po ustąpieniu rumowo-pomarańczowego akordu głowy, a po której następuje długotrwały słodko-drzewny finisz z głęboką czarną nutą hebanu. Zapach mości się blisko skóry, jest – mam wrażenie – najcichszy z całej linii, nadrabia za to świetną trwałością. Niewątpliwie ciekawa propozycja, szczególnie dla fanów pierwowzoru, których – zdaje się – jest całkiem sporo.

 bvlgari_man_in_black_essence 01

 

bvlgari_man_in_black_essence

nuty głowy: rum, gorzka pomarańcza

nuty serca: ziarno kakao

nuty bazy: absolut z irysa, tonka, heban

twórca/nos: Alberto Morillas

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,0 trwałość: 5,0/ projekcja: 3,5

Kolońskie rekomendacje fqjciora

Zapach koloński jest ze mną od kiedy pamiętam, poczynając od opakowanej w wiklinowe wdzianko buteleczki Prastarej Wody Kolońskiej stojącej na toaletce mojej babci tudzież Przemysławki okupującej miejsce na półce w łazience. Od kilku lat kolońska jest niezbędnym elementem mojej zapachowej garderoby. Nie wyobrażam sobie nie tylko wiosny i lata, ale i całego roku bez świeżej kolońskiej woni w wydaniu mniej lub bardziej klasycznym.

Prastara kolońska
foto: http://www.brzytwa.org

Szczęśliwie nie tylko ja tak mam, o czym świadczy – jak sądzę – popularność wydanego w 2012 roku przez Toma Forda Neroli Portofino, klasycznie pachnącej kolońskiej, wzbogaconej o aspekt ambrowo-piżmowy, której nadano formę trwałej eau de parfum. Sukces tego zapachu skłonił inne marki do pójścia w ślady Forda i zaproponowania własnych pomysłów na kolońskie aromaty. Jedna z nich – mowa o Atelier Cologne – nawet oparła swoje portfolio na rozmaitych interpretacjach kolońskiego tematu, często zresztą wychodząc bardzo daleko poza kanon (troszkę jak od dawna znana z doskonałych kolońskich Acqua di Parma). Z kolei The Different Company stworzyło własną linię nowoczesnych kolońskich pod nazwa L’Esprit Cologne. Słynny Hermes dopracował się solidnej kolońskiej oferty pod nazwą Collection Colognes. Również Tom Ford – w tempie godnym podziwu – rozbudowuje swój arsenał zapachów kolońskich (Mandarino di Amalfi, Venetian Bergamot, Costa Azzura, Fleur de Portofino, Sole di Positano), a w zeszłym roku zaproponował nawet dwie nowe wersje swojego bestsellera: Neroli Portofino Acqua (lżejszą od pierwowzoru, bliższą klasycznej kolońskiej) i Neroli Portofino Forte – gęsty koloński perfumowy ekstrakt ze skórzaną bazą.

Na tym swoistym renesansie kolońskiej korzysta rzecz jasna konsument, mając coraz większy, niemal nieskończony, wybór.

the-neroli-portifino-collection

Poniżej opisałem zapachy kolońskie, które uważam za zdecydowanie godne rekomendacji. Część to typowe – lekkie i krótkotrwałe – eau de cologne, inne to intensywniejsze i bardziej trwałe wody toaletowe i perfumowane o kolońskim bukiecie. Po jednej na każdy dzień tygodnia…

 

Niedziela 

Acqua Di Colonia (1996) Lorenzo Villoresi

Klasyczna, aromatyczna i bezkompromisowa, czyli 120% kolońskiej w kolońskiej 

Bardzo tradycyjna w pod względem aromatu, archetypiczna wręcz kolońska, w której soczyste i rześko pachnące cytrusy połączono z lawendą, zielonym petitgrain (esencja z liści drzewa gorzkiej pomarańczy) i cytrusowo pachnącą żywca elemi, wzbogacono ziołami (wprowadzająca fizjologiczną nutę szałwia i rozmaryn) oraz esencją z kwiatu pomarańczy (neroli), utrwalając całość piżmami. W zamierzeniu prosta, ale w wykonaniu Villoresiego zaskakująco wyrafinowana kompozycja. Równie aromatyczna, co krótkotrwała, w czym także bardzo wierna klasycznym wzorcom. Acqua Di Colonia florenckiego Mistrza pachnie nieprawdopodobnie naturalnie i organicznie. Jest orzeźwiająca jak poranne słońce, soczysta jak włoskie cytrusy i jednocześnie wytrawna niczym zielnik włoskiego kucharza. To najpiękniejsza i najbardziej naturalna znana mi kolońska w klasycznym typie. Czysta i niczym nie zmącona kolońska ekstaza. Jednocześnie tak bardzo klasyczna w swym wyrazistym aromacie, że prawdopodobnie możliwa to zaakceptowania tylko przez koneserów tematu. Choć może się mylę.

 

główne składniki: cytrusy, petitgrain, elemi, goździk, neroli, szałwia, rozmaryn, piżmo

nos: Lorenzo Villoresi

 

Poniedziałek

Cologne Royale (2010) Christian Dior

Subtelnie i ponadczasowo, czyli gdy mniej znaczy więcej.

Kolońska będąca częścią ekskluzywnej linii Diora La Collection Couturier Parfumeur charakteryzuje się delikatnym cytrusowym muśnięciem kalabryjskiej bergamotki i wyraźną przez pierwsze minuty, ale nie przesadnie mocną nutą włoskiej mięty. Zapach osadzony jest na delikatnej bazie z esencji drewna sandałowego. Jego konstrukcja jest minimalistyczna, bardzo prosta i czytelna, doskonale wyważona, a aromat lekki, świeży i naturalny. Cologne Royale nastawiona jest – podobnie zresztą jak Acqua Do Colonia Lorenzo Villoresiego – na krótkotrwały efekt orzeźwienia, choć w swej formule jest dużo prostsza, łatwiejsza w odbiorze i – paradoksalnie –  zupełnie nie retro (choć podobno bazująca na wzorcach z XVIII wiecznych Dworów Królewskich).

Dominacja delikatnych cytrusów plus efemeryczna mięta. Delikatnie, naturalnie, świeżo i nieco nonszalancko, a przy tym krótko. Tak w największym skrócie można opisać Cologne Royale.

Jak mówi Francois Demachy, perfumiarz, który skomponował Cologne Royale,

Kolońska to dla perfumiarza ćwiczenie,  w którym na jakość powstałego zapachu największy wpływ ma jakość użytych składników, w szczególności cytrusowych esencji.

Ja dodałbym, że potrzeba też nie lada ekspertyzy i doświadczenia, by stworzyć wysokiej jakości kolońską. Francois Demachy nieraz już udowodnił, że jest mistrzem kolońskiej konwencji, i że potrafi żonglować nią w imponujący sposób. Wystarczy przywołać tu Eau Sauvage Cologne, Fahrenheit Cologne czy moje ulubione z tej trójki Dior Homme Cologne, do którego Cologne Royale jest chyba najbardziej podobne.

 

główne składniki: bergamotka, męta, drewno sandałowe

nos: Francois Demachy

 

Wtorek

Cologne Pour Le Matin (2009) Maison Francis Kurkdjian

Dla indywidualistów – musujące cytrusy i biały tymianek z Maroka jako doskonali kompani białej koszuli.

Z właściwym sobie urokiem i odrobiną przekory Francis Kurkdjian zaproponował swoją interpretację kolońskiego tematu łącząc obowiązkowe cytrusy (bergamotka i limonka) z akordem ziołowym złożonym z dominującej tu esencji białego tymianku oraz prowansalskiej lawendy. Efektem jest zapach lekki i odświeżający, w którym najwyraźniej pachnie wspomniany tymianek, podczas gdy obecne na samym początku krótkotrwale cytrusy mają niezwykle delikatny charakter.

Cologne Pour Le Matin pachnie ślicznie i oryginalnie. Choć dopiero dodatek fiołka, neroli, irysa i ambry w wersji Absolue Pour Le Matin uczynił zeń pachnidło porywająco piękne i jedno z moich absolutnie ulubionych (od kliku już lat), to Cologne wciąż jest zapachem godnym polecenia, szczególnie jeżeli w kolońskiej poszukujemy czegoś nowoczesnego i bardziej oryginalnego.

 

główne składniki: bergamotka, limonka, biały tymianek, lawenda

nos: Francis Kurkdjian

 

Środa

Cologne (2001) Thierry Mugler

Rewolucyjna, czyli pachnieć słońcem i mydłem.

Dziś już może nie tak zaskakująca, jak w czasie, gdy miała swą premierę, za to wciąż zachwycająca niepowtarzalnym aromatem, który przyjęło się określać jako czysty i mydlany.

Alberto Morillas przedefiniował tym zapachem pojęcie kolońskiej i stworzył jej współczesną wersję – godną XXI wieku. Pachnącą nowocześnie, mocno i dłużej niż standardowe kolońskie, bo będącą w swej istocie chyba pierwszą w historii kolońską o koncentracji wody toaletowej.

Obok obowiązkowych cytrusów, pachnących tu wszakże w mniej naturalny, niż to zwykle bywa w zapachach kolońskich, a bardziej abstrakcyjny sposób, perfumiarz umieścił w formule biało-kwiatowo i jednocześnie cytrusowo pachnącą esencję kwiatu pomarańczy (neroli) oraz zielony, rześki petitgrain – będący w istocie esencją liścia gorzkiej pomarańczy. Jako bazę zastosował tzw. białe piżma, które w solidnej dawce dodają całości mocy, głębi i trwałości oraz czystej aury (nutka świeżo upranej pościeli).

Kto raz zetknął się z Cologne, ten z pewnością uległ jej słonecznemu i beztroskiemu urokowi oraz świeżej i czystej aurze. Nie sposób do niej nie wracać, gdy robi się ciepło. Ja przynajmniej takiego sposobu nie znam.

 

główne składniki: bergamotka, neroli, petitgrain, białe piżma

nos: Alberto Morillas

 

Czwartek

Mediterranean Neroli  (2015) Ermenegildo Zegna 

Koloński luksus, czyli jak przebić Toma Forda?

Będąca częścią ekskluzywnej linii perfum The Essence Collection marki Zegna (niedoceniona, a doskonała kolekcja, zwracam uwagę wszystkich koneserów!) jest odpowiedzią na zapoczątkowany przez Neroli Portofino Toma Forda powrót do aromatów kolońskich, tyle że zrobionych „na bogato” – wieloskładnikowych, mocnych i bardzo trwałych, będących w swej istocie czymś więcej, niż „tylko” kolońskimi. Barokowo rozbudowana receptura gwarantuje w tym przypadku cały wachlarz nut zapachowych – od cytrysowo-zielonego wstępu, zbudowanego z bergamoty i esencji liści gorzkiej pomarańczy (petitgrain bigarade) przez genialne kwiatowe serce, z cudnym neroli, aż po drzewno-piżmowy finisz. Wszystko to składają się na dominujące poczucie luksusowej świeżości i czystości, które tak lubię w perfumach. Podobieństwo to wspomnianego Neroli Portofino jest tu ewidentne, jednakże zapach Zegny jest mniej ambrowy, bardziej drzewny, wyraźniejszy, nieco ostrzejszy i odrobinę szorstki.

Mediterraean Neroli to genialnie wyegzekwowany temat koloński z użyciem doskonałej jakości esencji, co czuć natychmiast i bardzo długo (w tym „bergamotkę Zegny” – esencję pochodzącą z upraw należących do E. Zegny, którą odnajdziemy w każdym z zapachów The Essence Collection). Kompozycja jest wyrafinowana, zniuansowana i zniewalająco piękna, a zapach projektuje mocno i przez wiele godzin. Prawdziwe techniczne tour de force w wykonaniu Pierre’a Negrina.

To bezdyskusyjnie jeden z najlepszych znanych mi tego typu zapachów. Ścisła czołówka i mój faworyt gatunku w ostatnim czasie, który przebił Neroli Portofino Toma Forda.

 

główne składniki: bergamotka, petitgrain, neroli, cyprys

nos: Pierre Negrin

 

Piątek

Cologne (2014) Etat Libre d’Orange

Świeżo, ciepło, ambrowo, skórzanie – czyli coś łatwego i przyjemnego od przekornego Etienna de Swardta.

Perfekcyjnie wykonana współczesna kolońska w koncentracji eau de parfum z pewnością zainspirowana niezwykłą popularnością Neroli Portofino, ale mająca swą wyraźną indywidualność. Zasadnicze nuty to – oczywiście – cytrusy, tyle że tym razem z przewagą soczystej i słodkiej czerwonej pomarańczy oraz kwiaty w sercu (duet kwiatu pomarańczy i jaśminu). Bazę stanowią piżma oraz subtelny akord skórzany. W zapachu czuć wyraźnie dużą dozę drzewnego cashmeranu, który łącząc się idealnie z białymi kwiatami pogłębia i utrwala go jednocześnie. Całość pachnie owszem świeżo, ale nie rześko, tylko raczej ciepło, kremowo, miękko i otulająco. To ambrowo-skórzana kolońska w ciemnej tonacji. Idealna na chłodny letni dzień? Czemu nie. Doskonała też na cały rok. Zdecydowanie warta uwagi, choć niestety pozostająca w cieniu Neroli Portofino.

 

główne składniki: pomarańcza, bergamotka, jaśmin, kwiat pomarańczy, piżmo, skóra

nos: Alexandra Kosinski

 

Sobota

Neroli Portofino (2012) Tom Ford 

Kolońska na sterydach, czyli wiadomo, kto to wszystko zaczął…

Rodrigo Flores-Roux stworzył tę inspirowaną klasyką woń kolońską mieszając cytrusy (bergamotka, cytryna, grejpfrut) z nutami ziołowymi (lawenda, tymianek, rozmaryn) oraz cennymi esencjami kwiatów gorzkiej pomarańczy i jaśminu wielkolistnego (Sambac). Kwiatowej głębi dodał za pomocą bardzo wysokiej jakości ekstraktu CO2 z kwiatu pomarańczy. Perfumiarzowi bardzo zależało na tym, by jego kolońska była dużo trwalsza, niż to zwykle z tego typu zapachami bywa. Użył więc jemu tylko znanej magicznej mieszanki wybranych białych piżm, nasion ketmii piżmowej i dzięgla. W ten sposób perfumy, które skomponował początkowo tylko dla własnego użytku, z inspiracji dzieciństwem spędzonym pośród drzew gorzkiej pomarańczy na meksykańskiej prowincji, stały się jednym z najchętniej kupowanych zapachów z ekskluzywnej linii Toma Forda i zapoczątkowały renesans inspirowanych klasyką zapachów kolońskich.

Neroli Portofino to przecudnej urody niemalże liniowy (niezmienny w czasie), ciepły i posiadający bursztynową głębię zapach koloński o ponad 8 godzinnej trwałości przy początkowo wyraźnej, a po kilku godzinach blisko skórnej, ale konsekwentnej projekcji. Noszenie go to czysta przyjemność. Czuję się w nim świeżo i ekskluzywnie, na co pewnie wpływ ma także niestety jego przesadnie wygórowana cena, nawet w porównaniu do innych pozycji z butikowej linii Private Blend Toma Forda.

 

główne składniki: cytrusy, kwiat pomarańczy, lawenda, rozmaryn, tymianek, jaśmin Sambac, piżmo, ketmia piżmowa (ambrette), dzięgiel

nos: Rodrigo Flores-Roux

 

Inne polecane współczesne kolońskie:

Byredo Sunday Cologne

Frederic Malle Cologne Indelebile

Parle Moi De Parfum Tomboy Neroli

Atelier Cologne Grand Neroli

Le Labo Bergamotte 22

Le Labo Neroli 36

Helmut Lang Eau de Cologne

Chanel Allure Homme Sport Cologne

Dior Homme Cologne 2013

The Different Company L’Esprit Cologne

Gucci Guilty Absolute – winny absolutnie

Kto jest winny? Niejaki Alessandro Michele – dyrektor kreatywny Gucci, który w 2015 roku zastąpił tak nielubianą przez koneserów perfum Fridę Giannini, za której „panowania” marka Gucci zaczęła kojarzyć się z zapachami miałkimi i pozbawionymi charakteru. Michele – mam wrażenie – wziął sobie do serca krytykę, jaka regularnie spadała na jego poprzedniczkę i postanowił osobiście dopilnować, by ten zapach Gucci zdmuchnął trampki ze stóp wszelkiej maści perfumaniaków, koneserów zapachów i samozwańczych „znawców” perfumowej tematyki, do których zalicza się także niżej podpisany. Czy zdmuchnął? Hmmm… Patrząc na reakcje wyżej wymienionych, tak. W każdym razie co najmniej zaskoczył, jeżeli nie zaszokował.

Mnie Gulity Absolute wprawił przede wszystkim w zdumienie i natychmiast wygenerował cyniczną opinię o tym, że jego dni w perfumeriach są policzone. Tym bardziej, że podobno niektóre panie sprzedawczyni w sieciowych perfumeriach w naszym kraju nie chcą go w ogóle prezentować potencjalnym klientom, by przypadkiem nie pachnieć później przykro (że użyję eufemizmu) przez resztę dnia…

Alberto Morillas 2016_2
Alberto Morillas

Nad Guilty Absolute Alessandro Michele współpracował osobiście z perfumiarskim mistrzem Alberto Morillasem. Ten (tak sobie to wyobrażam) – na podstawie lektury briefu i sformułowanych przez projektanta oczekiwań – sięgnął głęboko do szuflady ze swymi zapachowymi projektami. Na samym jej końcu znalazł fiolkę z napisem „sever leather”. Na jej bazie postanowił popracować nad propozycją dla Michele…

Miała być skóra. W końcu to Gucci. Więc jest. Ale nie taka grzeczna i elegancka, jak torebka tej zacnej marki. O nie! Dominujący, nieokrzesany akord skóry z zaskakująco odważnym elementem w postaci nuty rozgrzanego asfaltu, tudzież smoły nie pierwszy raz pojawia się w perfumerii (Tar Comme des Garcons, Lonestar Memories Tauer Perfumes). Nuta ta została tu oryginalnie zestawiona z aromatyczną wonią iglastą (cyprys) i wetywerią, które odpowiadają za ładny, drzewny wstęp. Strukturę zapachu w istotnym stopniu buduje też niezawodna w takich sytuacjach paczula. Zapach jest mocny i od początku do końca bezkompromisowy.

Gucci oficjalnie podaje, że Guilty Absolute składa się z czterech zasadniczych ingrediencji – stworzonych w laboratoriach Firmenich aroma-molekuł: WoodLeather® i GoldenWood®, wetywerii oraz trzech różnych esencji z paczuli. Piątą i – wg mnie – nie mniej istotną, jest naturalny ekstrakt z cyprysu nutkajskiego.

Gucci-Guilty-Absolute_Landscape-

Choć zamierzeniem autorów było stworzenie pachnidła linearnego, nie zmieniającego się na skórze z upływem czasu, to jednak Gulity Absolute siłą rzeczy odrobinę ewoluuje, choć faktycznie trudno tu mówić o klasycznej strukturze piramidy. Faktem jest, że pojawiająca się nieco później nuta smoły narasta i jakby osusza się z czasem stając się coraz bardziej wytrawną i gorzką, a obecna na początku wetyweria i cyprys zanikają w olfaktorycznym spektrum. I tyle. Więcej faktycznie nic się tu nie dzieje i dziać się nie musi. Nie jest tu więc stuprocentowo linearnie, bo tak być nie może. Wszak krzywe ulatniania się (evaporation curve)  poszczególnych ingrediencji nigdy nie będą się na siebie idealnie nakładać, choć tu są bardzo blisko siebie i to czuć.

Alessandro Michele
Alessandro Michele

Zapach jest niewątpliwie bezkompromisowy, co w zestawieniu z marką brzmi cokolwiek nieprawdopodobnie. Ale tak właśnie jest. Podzielam zdanie wielu internautów, że trochę szkoda, iż Gucci nie wypromował tego pachnidła jako zupełnie nowego, poza linią Guilty, w ramach której dotąd marka proponowała zapachy raczej łatwe do zapomnienia lub pomylenia z innymi. Absolute zapada głęboko w pamięć. Pachnie mocno, zdecydowanie i niszowo – w tym sensie, że mógłby spokojnie znaleźć się w portfolio jednej z niszowych marek. Emanuje przy tym wyczuwalnie, ale nieprzesadnie mocno, za to trwa na skórze wiele godzin. Zadowala koneserski nos. Pod każdym względem.

Jednak czy to nie jest aby zbyt mocno, zbyt odważnie, zbyt „po bandzie”, zbyt mocno w kierunku niszy – jak na designerską markę perfumeryjną?

Nawet uwielbiane przez koneserów brązowe, drzewne Pour Homme Michela Almairaca, czy orientalne Envy for Men Danieli Andrier to w zestawieniu z Guilty Absolute zapachy z jasnej strony mocy. Ten jest typem spod ciemnej gwiazdy. To nie może na dłuższą metę się udać, no chyba, że w ramach linii butikowej, ekskluzywnej. Ja nie narzekam. Raczej martwię się. I radzę wszystkim, którzy ulegli nieokrzesanemu skórzanemu urokowi Guilty Absolute, by – bez najmniejszego poczucia winy – jak najszybciej zrobili spory jego zapas.

A wszystkiemu winny jest Alessandro Michele. Absolutnie.

Gucci Guilty Absolute

główne nuty: cyprys nutkajski, smoła, paczula, skóra, wetiwer, nuty drzewne

perfumiarz: Alberto Morillas

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 (za charakter!)/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Bvlgari Man i jego wcielenia

Od momentu jej premiery w 2010 roku marka Bvlgari umiejętnie podtrzymuje zainteresowanie męską linią perfum zatytułowaną po prostu (i jakże męsko) Bvlgari Man. Przypomnijmy: wszystko zaczęło się od oryginalnego Bvlgari Man (2010), w którym zaprezentowano nową, oryginalną, abstrakcyjną świeżość uzyskaną z połączenia nuty gruszki i fiołka z akcentami drzewnymi i ambrowymi.

bvlgari-man

W 2013 pojawiła się wersja Man Extreme – jeszcze bardziej (a nawet ekstremalnie…) świeża, nieco metaliczna, bardziej nowoczesna i dynamiczna, choć także mnie oryginalna, niż poprzednik, ale za to lepiej projektująca i trwalsza.

bvlgari-man-extreme

W 2014 firma wypuściła wodę perfumowaną Man In Black. To był prawdziwy zwrot – od świeżości ku zmysłowej przyprawowości i akcentom drzewnym, skórzanym oraz tytoniowym. Ta charakterystyczna, ciepła i otulająca kompozycja utrzymana została w klimacie Spicebomb Victor&Rolf czy Tobacco Vanille Tom Ford. Dominują w niej nuty przypraw, rumu, tonki i drewna gwajakowego, które tworzą zapach wieczorowy o miłej dla nosa mocy i dobrej trwałości.

perfume-bvlgari-man-in-black

 

Ubiegły rok przyniósł aż dwie wariacje na temat In Black. Pierwszą z nich był Black Cologne, w którym temat przewodni znany z In Black potraktowany został nutami świeżymi i rześkimi, w postaci cytrusów, kwiatu pomarańczy, nut zielonych i tuberozy. Całość sprawia chwilami wrażenie mariażu Man In Black ze świeżą sygnaturą z Versace (Pour Homme), o co postarał się Alberto Morillas, perfumiarz stojący za słynną „Meduzą” i wszystkimi pachnidłami z linii Bvlgari Man. Black Cologne jest bardzo w stylu tego perfumiarza – prawdziwego mistrza perfumowej świeżości.

bvlgari-man-black-cologne-2-jpg

Drugą ubiegłoroczną premierą była Black Orient (o koncentracji opisanej na opakowaniu jako „Parfum”), w której rumowo-skórzany aromat znany z Man In Black doprawiony został kardamonem, a orientalną (odpowiednio do nazwy) zmysłowość zapewniono w nim duetem róży i tuberozy połączonym z emblematyczną nutą oudu (zupełnie wszakże inna od tej z legendarnego M7 YSL, które współtworzył Morillas). Mimo tych zabiegów, zapach ma wciąż bardzo europejski charakter, tyle że z lekkim przechyłem w kierunku estetyki arabskiej. Elegancka i nienachalna projekcja oraz świetna trwałość dopełniają wrażenie bardzo udanego pachnidła, jedno z najlepszych w linii Bvlgari Man, która – jestem o tym przekonany – będzie sukcesywnie rozbudowywana o kolejne flankery. Oby trzymały one dotychczasowy, naprawdę solidny poziom.

bulgari-man-in-black-orient-pack

nuty głowy: rum, kardamon

nuty serca: róża, tuberoza

nuty bazy: skóra, oud

perfumiarz: Alberto Morillas

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

Salvatore Ferragamo Uomo – po włosku czyli smacznie

Miłośnicy męskich pachnideł typu gourmand mogą w nowym zapachu Salvatore Ferragamo odnaleźć swojego faworyta. Gdy przy tym jeszcze są wielbicielami Italii i popularnego tam deseru tiramisu tradycyjnie składającego się z biszkoptu, kawy espresso i likieru Amaretto, doprawionego kremem z serka Mascarpone i tartą czekoladą, to już niemal pewne, że Uomo trafi w ich gusta, o ile oczywiście lubią nie tylko zjeść ciastko, ale i … pachnieć jak ciastko.

tiramisu

Nie piszę tego w negatywnym sensie, gdyż Uomo nie sposób odmówić uroku. Mnie Uomo spodobał się właśnie dzięki temu bardzo sugestywnemu, smacznemu akordowi.

Połączenie nut drzewnych z kulinarnymi zrealizowane przez nie lada duet perfumiarski Alberto Morillasa i Aureliena Guicharda zaowocowało dynamicznym współczesnym męskim zapachem, który reprezentuje dobrze znana kategorię gourmand, wnosząc wszakże do niej nowy w perfumerii akord tiramisu.

Jest on wyczuwalny od pierwszych sekund, choć początkowo, dla uzyskania bardziej spektakularnego efektu, połączono go z cytrusami i pieprzem. W sercu ujawnia się on w pełnej krasie, by z czasem pozostawić po sobie długotrwały, choć już mniej oryginalny finisz, zdominowany przez tonka, drewno sandałowe i cashmeran.

piramide

Uomo projektuje bardzo solidnie przez pierwsze dwa, trzy kwadranse, z czasem cichnąc, ale wciąż utrzymując się na ładnie wyczuwalnym poziomie przez kolejne godziny. Trwałość zapachu jest bardzo dobra, przekraczająca 10 godzin.

Uomo to ze wszech miar zapach mainstreamowy, zaprojektowany z myślą o szeroko pojętej współczesnej, raczej młodszej męskiej klienteli oraz – jak sądzę – także z myślą o kobiecych gustach. A to dlatego, że moim zdaniem mężczyzna tak apetycznie pachnący z pewnością nie będzie obojętnym przedstawicielkom płci pięknej. A przecież młodym facetom zwykle o to chodzi, prawda?

uomo-salvatore-ferragamo-100ml

nuty głowy: bergamotka, kardamon, czarny pieprz

nuty serca: akord Tiramisu, kwiat pomarańczy, Ambrox

nuty bazy: kaszmir, drewno sandałowe, tonka

perfumiarze: Alberto Morillas i Aurelien Guichard

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,0/ oryginalność: 4,0/  projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5