Kolońskie rekomendacje fqjciora

Zapach koloński jest ze mną od kiedy pamiętam, poczynając od opakowanej w wiklinowe wdzianko buteleczki Prastarej Wody Kolońskiej stojącej na toaletce mojej babci tudzież Przemysławki okupującej miejsce na półce w łazience. Od kilku lat kolońska jest niezbędnym elementem mojej zapachowej garderoby. Nie wyobrażam sobie nie tylko wiosny i lata, ale i całego roku bez świeżej kolońskiej woni w wydaniu mniej lub bardziej klasycznym.

Prastara kolońska
foto: http://www.brzytwa.org

Szczęśliwie nie tylko ja tak mam, o czym świadczy – jak sądzę – popularność wydanego w 2012 roku przez Toma Forda Neroli Portofino, klasycznie pachnącej kolońskiej, wzbogaconej o aspekt ambrowo-piżmowy, której nadano formę trwałej eau de parfum. Sukces tego zapachu skłonił inne marki do pójścia w ślady Forda i zaproponowania własnych pomysłów na kolońskie aromaty. Jedna z nich – mowa o Atelier Cologne – nawet oparła swoje portfolio na rozmaitych interpretacjach kolońskiego tematu, często zresztą wychodząc bardzo daleko poza kanon (troszkę jak od dawna znana z doskonałych kolońskich Acqua di Parma). Z kolei The Different Company stworzyło własną linię nowoczesnych kolońskich pod nazwa L’Esprit Cologne. Słynny Hermes dopracował się solidnej kolońskiej oferty pod nazwą Collection Colognes. Również Tom Ford – w tempie godnym podziwu – rozbudowuje swój arsenał zapachów kolońskich (Mandarino di Amalfi, Venetian Bergamot, Costa Azzura, Fleur de Portofino, Sole di Positano), a w zeszłym roku zaproponował nawet dwie nowe wersje swojego bestsellera: Neroli Portofino Acqua (lżejszą od pierwowzoru, bliższą klasycznej kolońskiej) i Neroli Portofino Forte – gęsty koloński perfumowy ekstrakt ze skórzaną bazą.

Na tym swoistym renesansie kolońskiej korzysta rzecz jasna konsument, mając coraz większy, niemal nieskończony, wybór.

the-neroli-portifino-collection

Poniżej opisałem zapachy kolońskie, które uważam za zdecydowanie godne rekomendacji. Część to typowe – lekkie i krótkotrwałe – eau de cologne, inne to intensywniejsze i bardziej trwałe wody toaletowe i perfumowane o kolońskim bukiecie. Po jednej na każdy dzień tygodnia…

 

Niedziela 

Acqua Di Colonia (1996) Lorenzo Villoresi

Klasyczna, aromatyczna i bezkompromisowa, czyli 120% kolońskiej w kolońskiej 

Bardzo tradycyjna w pod względem aromatu, archetypiczna wręcz kolońska, w której soczyste i rześko pachnące cytrusy połączono z lawendą, zielonym petitgrain (esencja z liści drzewa gorzkiej pomarańczy) i cytrusowo pachnącą żywca elemi, wzbogacono ziołami (wprowadzająca fizjologiczną nutę szałwia i rozmaryn) oraz esencją z kwiatu pomarańczy (neroli), utrwalając całość piżmami. W zamierzeniu prosta, ale w wykonaniu Villoresiego zaskakująco wyrafinowana kompozycja. Równie aromatyczna, co krótkotrwała, w czym także bardzo wierna klasycznym wzorcom. Acqua Di Colonia florenckiego Mistrza pachnie nieprawdopodobnie naturalnie i organicznie. Jest orzeźwiająca jak poranne słońce, soczysta jak włoskie cytrusy i jednocześnie wytrawna niczym zielnik włoskiego kucharza. To najpiękniejsza i najbardziej naturalna znana mi kolońska w klasycznym typie. Czysta i niczym nie zmącona kolońska ekstaza. Jednocześnie tak bardzo klasyczna w swym wyrazistym aromacie, że prawdopodobnie możliwa to zaakceptowania tylko przez koneserów tematu. Choć może się mylę.

 

główne składniki: cytrusy, petitgrain, elemi, goździk, neroli, szałwia, rozmaryn, piżmo

nos: Lorenzo Villoresi

 

Poniedziałek

Cologne Royale (2010) Christian Dior

Subtelnie i ponadczasowo, czyli gdy mniej znaczy więcej.

Kolońska będąca częścią ekskluzywnej linii Diora La Collection Couturier Parfumeur charakteryzuje się delikatnym cytrusowym muśnięciem kalabryjskiej bergamotki i wyraźną przez pierwsze minuty, ale nie przesadnie mocną nutą włoskiej mięty. Zapach osadzony jest na delikatnej bazie z esencji drewna sandałowego. Jego konstrukcja jest minimalistyczna, bardzo prosta i czytelna, doskonale wyważona, a aromat lekki, świeży i naturalny. Cologne Royale nastawiona jest – podobnie zresztą jak Acqua Do Colonia Lorenzo Villoresiego – na krótkotrwały efekt orzeźwienia, choć w swej formule jest dużo prostsza, łatwiejsza w odbiorze i – paradoksalnie –  zupełnie nie retro (choć podobno bazująca na wzorcach z XVIII wiecznych Dworów Królewskich).

Dominacja delikatnych cytrusów plus efemeryczna mięta. Delikatnie, naturalnie, świeżo i nieco nonszalancko, a przy tym krótko. Tak w największym skrócie można opisać Cologne Royale.

Jak mówi Francois Demachy, perfumiarz, który skomponował Cologne Royale,

Kolońska to dla perfumiarza ćwiczenie,  w którym na jakość powstałego zapachu największy wpływ ma jakość użytych składników, w szczególności cytrusowych esencji.

Ja dodałbym, że potrzeba też nie lada ekspertyzy i doświadczenia, by stworzyć wysokiej jakości kolońską. Francois Demachy nieraz już udowodnił, że jest mistrzem kolońskiej konwencji, i że potrafi żonglować nią w imponujący sposób. Wystarczy przywołać tu Eau Sauvage Cologne, Fahrenheit Cologne czy moje ulubione z tej trójki Dior Homme Cologne, do którego Cologne Royale jest chyba najbardziej podobne.

 

główne składniki: bergamotka, męta, drewno sandałowe

nos: Francois Demachy

 

Wtorek

Cologne Pour Le Matin (2009) Maison Francis Kurkdjian

Dla indywidualistów – musujące cytrusy i biały tymianek z Maroka jako doskonali kompani białej koszuli.

Z właściwym sobie urokiem i odrobiną przekory Francis Kurkdjian zaproponował swoją interpretację kolońskiego tematu łącząc obowiązkowe cytrusy (bergamotka i limonka) z akordem ziołowym złożonym z dominującej tu esencji białego tymianku oraz prowansalskiej lawendy. Efektem jest zapach lekki i odświeżający, w którym najwyraźniej pachnie wspomniany tymianek, podczas gdy obecne na samym początku krótkotrwale cytrusy mają niezwykle delikatny charakter.

Cologne Pour Le Matin pachnie ślicznie i oryginalnie. Choć dopiero dodatek fiołka, neroli, irysa i ambry w wersji Absolue Pour Le Matin uczynił zeń pachnidło porywająco piękne i jedno z moich absolutnie ulubionych (od kliku już lat), to Cologne wciąż jest zapachem godnym polecenia, szczególnie jeżeli w kolońskiej poszukujemy czegoś nowoczesnego i bardziej oryginalnego.

 

główne składniki: bergamotka, limonka, biały tymianek, lawenda

nos: Francis Kurkdjian

 

Środa

Cologne (2001) Thierry Mugler

Rewolucyjna, czyli pachnieć słońcem i mydłem.

Dziś już może nie tak zaskakująca, jak w czasie, gdy miała swą premierę, za to wciąż zachwycająca niepowtarzalnym aromatem, który przyjęło się określać jako czysty i mydlany.

Alberto Morillas przedefiniował tym zapachem pojęcie kolońskiej i stworzył jej współczesną wersję – godną XXI wieku. Pachnącą nowocześnie, mocno i dłużej niż standardowe kolońskie, bo będącą w swej istocie chyba pierwszą w historii kolońską o koncentracji wody toaletowej.

Obok obowiązkowych cytrusów, pachnących tu wszakże w mniej naturalny, niż to zwykle bywa w zapachach kolońskich, a bardziej abstrakcyjny sposób, perfumiarz umieścił w formule biało-kwiatowo i jednocześnie cytrusowo pachnącą esencję kwiatu pomarańczy (neroli) oraz zielony, rześki petitgrain – będący w istocie esencją liścia gorzkiej pomarańczy. Jako bazę zastosował tzw. białe piżma, które w solidnej dawce dodają całości mocy, głębi i trwałości oraz czystej aury (nutka świeżo upranej pościeli).

Kto raz zetknął się z Cologne, ten z pewnością uległ jej słonecznemu i beztroskiemu urokowi oraz świeżej i czystej aurze. Nie sposób do niej nie wracać, gdy robi się ciepło. Ja przynajmniej takiego sposobu nie znam.

 

główne składniki: bergamotka, neroli, petitgrain, białe piżma

nos: Alberto Morillas

 

Czwartek

Mediterranean Neroli  (2015) Ermenegildo Zegna 

Koloński luksus, czyli jak przebić Toma Forda?

Będąca częścią ekskluzywnej linii perfum The Essence Collection marki Zegna (niedoceniona, a doskonała kolekcja, zwracam uwagę wszystkich koneserów!) jest odpowiedzią na zapoczątkowany przez Neroli Portofino Toma Forda powrót do aromatów kolońskich, tyle że zrobionych „na bogato” – wieloskładnikowych, mocnych i bardzo trwałych, będących w swej istocie czymś więcej, niż „tylko” kolońskimi. Barokowo rozbudowana receptura gwarantuje w tym przypadku cały wachlarz nut zapachowych – od cytrysowo-zielonego wstępu, zbudowanego z bergamoty i esencji liści gorzkiej pomarańczy (petitgrain bigarade) przez genialne kwiatowe serce, z cudnym neroli, aż po drzewno-piżmowy finisz. Wszystko to składają się na dominujące poczucie luksusowej świeżości i czystości, które tak lubię w perfumach. Podobieństwo to wspomnianego Neroli Portofino jest tu ewidentne, jednakże zapach Zegny jest mniej ambrowy, bardziej drzewny, wyraźniejszy, nieco ostrzejszy i odrobinę szorstki.

Mediterraean Neroli to genialnie wyegzekwowany temat koloński z użyciem doskonałej jakości esencji, co czuć natychmiast i bardzo długo (w tym „bergamotkę Zegny” – esencję pochodzącą z upraw należących do E. Zegny, którą odnajdziemy w każdym z zapachów The Essence Collection). Kompozycja jest wyrafinowana, zniuansowana i zniewalająco piękna, a zapach projektuje mocno i przez wiele godzin. Prawdziwe techniczne tour de force w wykonaniu Pierre’a Negrina.

To bezdyskusyjnie jeden z najlepszych znanych mi tego typu zapachów. Ścisła czołówka i mój faworyt gatunku w ostatnim czasie, który przebił Neroli Portofino Toma Forda.

 

główne składniki: bergamotka, petitgrain, neroli, cyprys

nos: Pierre Negrin

 

Piątek

Cologne (2014) Etat Libre d’Orange

Świeżo, ciepło, ambrowo, skórzanie – czyli coś łatwego i przyjemnego od przekornego Etienna de Swardta.

Perfekcyjnie wykonana współczesna kolońska w koncentracji eau de parfum z pewnością zainspirowana niezwykłą popularnością Neroli Portofino, ale mająca swą wyraźną indywidualność. Zasadnicze nuty to – oczywiście – cytrusy, tyle że tym razem z przewagą soczystej i słodkiej czerwonej pomarańczy oraz kwiaty w sercu (duet kwiatu pomarańczy i jaśminu). Bazę stanowią piżma oraz subtelny akord skórzany. W zapachu czuć wyraźnie dużą dozę drzewnego cashmeranu, który łącząc się idealnie z białymi kwiatami pogłębia i utrwala go jednocześnie. Całość pachnie owszem świeżo, ale nie rześko, tylko raczej ciepło, kremowo, miękko i otulająco. To ambrowo-skórzana kolońska w ciemnej tonacji. Idealna na chłodny letni dzień? Czemu nie. Doskonała też na cały rok. Zdecydowanie warta uwagi, choć niestety pozostająca w cieniu Neroli Portofino.

 

główne składniki: pomarańcza, bergamotka, jaśmin, kwiat pomarańczy, piżmo, skóra

nos: Alexandra Kosinski

 

Sobota

Neroli Portofino (2012) Tom Ford 

Kolońska na sterydach, czyli wiadomo, kto to wszystko zaczął…

Rodrigo Flores-Roux stworzył tę inspirowaną klasyką woń kolońską mieszając cytrusy (bergamotka, cytryna, grejpfrut) z nutami ziołowymi (lawenda, tymianek, rozmaryn) oraz cennymi esencjami kwiatów gorzkiej pomarańczy i jaśminu wielkolistnego (Sambac). Kwiatowej głębi dodał za pomocą bardzo wysokiej jakości ekstraktu CO2 z kwiatu pomarańczy. Perfumiarzowi bardzo zależało na tym, by jego kolońska była dużo trwalsza, niż to zwykle z tego typu zapachami bywa. Użył więc jemu tylko znanej magicznej mieszanki wybranych białych piżm, nasion ketmii piżmowej i dzięgla. W ten sposób perfumy, które skomponował początkowo tylko dla własnego użytku, z inspiracji dzieciństwem spędzonym pośród drzew gorzkiej pomarańczy na meksykańskiej prowincji, stały się jednym z najchętniej kupowanych zapachów z ekskluzywnej linii Toma Forda i zapoczątkowały renesans inspirowanych klasyką zapachów kolońskich.

Neroli Portofino to przecudnej urody niemalże liniowy (niezmienny w czasie), ciepły i posiadający bursztynową głębię zapach koloński o ponad 8 godzinnej trwałości przy początkowo wyraźnej, a po kilku godzinach blisko skórnej, ale konsekwentnej projekcji. Noszenie go to czysta przyjemność. Czuję się w nim świeżo i ekskluzywnie, na co pewnie wpływ ma także niestety jego przesadnie wygórowana cena, nawet w porównaniu do innych pozycji z butikowej linii Private Blend Toma Forda.

 

główne składniki: cytrusy, kwiat pomarańczy, lawenda, rozmaryn, tymianek, jaśmin Sambac, piżmo, ketmia piżmowa (ambrette), dzięgiel

nos: Rodrigo Flores-Roux

 

Inne polecane współczesne kolońskie:

Byredo Sunday Cologne

Frederic Malle Cologne Indelebile

Parle Moi De Parfum Tomboy Neroli

Atelier Cologne Grand Neroli

Le Labo Bergamotte 22

Le Labo Neroli 36

Helmut Lang Eau de Cologne

Chanel Allure Homme Sport Cologne

Dior Homme Cologne 2013

The Different Company L’Esprit Cologne

Gucci Guilty Absolute – winny absolutnie

Kto jest winny? Niejaki Alessandro Michele – dyrektor kreatywny Gucci, który w 2015 roku zastąpił tak nielubianą przez koneserów perfum Fridę Giannini, za której „panowania” marka Gucci zaczęła kojarzyć się z zapachami miałkimi i pozbawionymi charakteru. Michele – mam wrażenie – wziął sobie do serca krytykę, jaka regularnie spadała na jego poprzedniczkę i postanowił osobiście dopilnować, by ten zapach Gucci zdmuchnął trampki ze stóp wszelkiej maści perfumaniaków, koneserów zapachów i samozwańczych „znawców” perfumowej tematyki, do których zalicza się także niżej podpisany. Czy zdmuchnął? Hmmm… Patrząc na reakcje wyżej wymienionych, tak. W każdym razie co najmniej zaskoczył, jeżeli nie zaszokował.

Mnie Gulity Absolute wprawił przede wszystkim w zdumienie i natychmiast wygenerował cyniczną opinię o tym, że jego dni w perfumeriach są policzone. Tym bardziej, że podobno niektóre panie sprzedawczyni w sieciowych perfumeriach w naszym kraju nie chcą go w ogóle prezentować potencjalnym klientom, by przypadkiem nie pachnieć później przykro (że użyję eufemizmu) przez resztę dnia…

Alberto Morillas 2016_2
Alberto Morillas

Nad Guilty Absolute Alessandro Michele współpracował osobiście z perfumiarskim mistrzem Alberto Morillasem. Ten (tak sobie to wyobrażam) – na podstawie lektury briefu i sformułowanych przez projektanta oczekiwań – sięgnął głęboko do szuflady ze swymi zapachowymi projektami. Na samym jej końcu znalazł fiolkę z napisem „sever leather”. Na jej bazie postanowił popracować nad propozycją dla Michele…

Miała być skóra. W końcu to Gucci. Więc jest. Ale nie taka grzeczna i elegancka, jak torebka tej zacnej marki. O nie! Dominujący, nieokrzesany akord skóry z zaskakująco odważnym elementem w postaci nuty rozgrzanego asfaltu, tudzież smoły nie pierwszy raz pojawia się w perfumerii (Tar Comme des Garcons, Lonestar Memories Tauer Perfumes). Nuta ta została tu oryginalnie zestawiona z aromatyczną wonią iglastą (cyprys) i wetywerią, które odpowiadają za ładny, drzewny wstęp. Strukturę zapachu w istotnym stopniu buduje też niezawodna w takich sytuacjach paczula. Zapach jest mocny i od początku do końca bezkompromisowy.

Gucci oficjalnie podaje, że Guilty Absolute składa się z czterech zasadniczych ingrediencji – stworzonych w laboratoriach Firmenich aroma-molekuł: WoodLeather® i GoldenWood®, wetywerii oraz trzech różnych esencji z paczuli. Piątą i – wg mnie – nie mniej istotną, jest naturalny ekstrakt z cyprysu nutkajskiego.

Gucci-Guilty-Absolute_Landscape-

Choć zamierzeniem autorów było stworzenie pachnidła linearnego, nie zmieniającego się na skórze z upływem czasu, to jednak Gulity Absolute siłą rzeczy odrobinę ewoluuje, choć faktycznie trudno tu mówić o klasycznej strukturze piramidy. Faktem jest, że pojawiająca się nieco później nuta smoły narasta i jakby osusza się z czasem stając się coraz bardziej wytrawną i gorzką, a obecna na początku wetyweria i cyprys zanikają w olfaktorycznym spektrum. I tyle. Więcej faktycznie nic się tu nie dzieje i dziać się nie musi. Nie jest tu więc stuprocentowo linearnie, bo tak być nie może. Wszak krzywe ulatniania się (evaporation curve)  poszczególnych ingrediencji nigdy nie będą się na siebie idealnie nakładać, choć tu są bardzo blisko siebie i to czuć.

Alessandro Michele
Alessandro Michele

Zapach jest niewątpliwie bezkompromisowy, co w zestawieniu z marką brzmi cokolwiek nieprawdopodobnie. Ale tak właśnie jest. Podzielam zdanie wielu internautów, że trochę szkoda, iż Gucci nie wypromował tego pachnidła jako zupełnie nowego, poza linią Guilty, w ramach której dotąd marka proponowała zapachy raczej łatwe do zapomnienia lub pomylenia z innymi. Absolute zapada głęboko w pamięć. Pachnie mocno, zdecydowanie i niszowo – w tym sensie, że mógłby spokojnie znaleźć się w portfolio jednej z niszowych marek. Emanuje przy tym wyczuwalnie, ale nieprzesadnie mocno, za to trwa na skórze wiele godzin. Zadowala koneserski nos. Pod każdym względem.

Jednak czy to nie jest aby zbyt mocno, zbyt odważnie, zbyt „po bandzie”, zbyt mocno w kierunku niszy – jak na designerską markę perfumeryjną?

Nawet uwielbiane przez koneserów brązowe, drzewne Pour Homme Michela Almairaca, czy orientalne Envy for Men Danieli Andrier to w zestawieniu z Guilty Absolute zapachy z jasnej strony mocy. Ten jest typem spod ciemnej gwiazdy. To nie może na dłuższą metę się udać, no chyba, że w ramach linii butikowej, ekskluzywnej. Ja nie narzekam. Raczej martwię się. I radzę wszystkim, którzy ulegli nieokrzesanemu skórzanemu urokowi Guilty Absolute, by – bez najmniejszego poczucia winy – jak najszybciej zrobili spory jego zapas.

A wszystkiemu winny jest Alessandro Michele. Absolutnie.

Gucci Guilty Absolute

główne nuty: cyprys nutkajski, smoła, paczula, skóra, wetiwer, nuty drzewne

perfumiarz: Alberto Morillas

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 (za charakter!)/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Bvlgari Man i jego wcielenia

Od momentu jej premiery w 2010 roku marka Bvlgari umiejętnie podtrzymuje zainteresowanie męską linią perfum zatytułowaną po prostu (i jakże męsko) Bvlgari Man. Przypomnijmy: wszystko zaczęło się od oryginalnego Bvlgari Man (2010), w którym zaprezentowano nową, oryginalną, abstrakcyjną świeżość uzyskaną z połączenia nuty gruszki i fiołka z akcentami drzewnymi i ambrowymi.

bvlgari-man

W 2013 pojawiła się wersja Man Extreme – jeszcze bardziej (a nawet ekstremalnie…) świeża, nieco metaliczna, bardziej nowoczesna i dynamiczna, choć także mnie oryginalna, niż poprzednik, ale za to lepiej projektująca i trwalsza.

bvlgari-man-extreme

W 2014 firma wypuściła wodę perfumowaną Man In Black. To był prawdziwy zwrot – od świeżości ku zmysłowej przyprawowości i akcentom drzewnym, skórzanym oraz tytoniowym. Ta charakterystyczna, ciepła i otulająca kompozycja utrzymana została w klimacie Spicebomb Victor&Rolf czy Tobacco Vanille Tom Ford. Dominują w niej nuty przypraw, rumu, tonki i drewna gwajakowego, które tworzą zapach wieczorowy o miłej dla nosa mocy i dobrej trwałości.

perfume-bvlgari-man-in-black

 

Ubiegły rok przyniósł aż dwie wariacje na temat In Black. Pierwszą z nich był Black Cologne, w którym temat przewodni znany z In Black potraktowany został nutami świeżymi i rześkimi, w postaci cytrusów, kwiatu pomarańczy, nut zielonych i tuberozy. Całość sprawia chwilami wrażenie mariażu Man In Black ze świeżą sygnaturą z Versace (Pour Homme), o co postarał się Alberto Morillas, perfumiarz stojący za słynną „Meduzą” i wszystkimi pachnidłami z linii Bvlgari Man. Black Cologne jest bardzo w stylu tego perfumiarza – prawdziwego mistrza perfumowej świeżości.

bvlgari-man-black-cologne-2-jpg

Drugą ubiegłoroczną premierą była Black Orient (o koncentracji opisanej na opakowaniu jako „Parfum”), w której rumowo-skórzany aromat znany z Man In Black doprawiony został kardamonem, a orientalną (odpowiednio do nazwy) zmysłowość zapewniono w nim duetem róży i tuberozy połączonym z emblematyczną nutą oudu (zupełnie wszakże inna od tej z legendarnego M7 YSL, które współtworzył Morillas). Mimo tych zabiegów, zapach ma wciąż bardzo europejski charakter, tyle że z lekkim przechyłem w kierunku estetyki arabskiej. Elegancka i nienachalna projekcja oraz świetna trwałość dopełniają wrażenie bardzo udanego pachnidła, jedno z najlepszych w linii Bvlgari Man, która – jestem o tym przekonany – będzie sukcesywnie rozbudowywana o kolejne flankery. Oby trzymały one dotychczasowy, naprawdę solidny poziom.

bulgari-man-in-black-orient-pack

nuty głowy: rum, kardamon

nuty serca: róża, tuberoza

nuty bazy: skóra, oud

perfumiarz: Alberto Morillas

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

Salvatore Ferragamo Uomo – po włosku czyli smacznie

Miłośnicy męskich pachnideł typu gourmand mogą w nowym zapachu Salvatore Ferragamo odnaleźć swojego faworyta. Gdy przy tym jeszcze są wielbicielami Italii i popularnego tam deseru tiramisu tradycyjnie składającego się z biszkoptu, kawy espresso i likieru Amaretto, doprawionego kremem z serka Mascarpone i tartą czekoladą, to już niemal pewne, że Uomo trafi w ich gusta, o ile oczywiście lubią nie tylko zjeść ciastko, ale i … pachnieć jak ciastko.

tiramisu

Nie piszę tego w negatywnym sensie, gdyż Uomo nie sposób odmówić uroku. Mnie Uomo spodobał się właśnie dzięki temu bardzo sugestywnemu, smacznemu akordowi.

Połączenie nut drzewnych z kulinarnymi zrealizowane przez nie lada duet perfumiarski Alberto Morillasa i Aureliena Guicharda zaowocowało dynamicznym współczesnym męskim zapachem, który reprezentuje dobrze znana kategorię gourmand, wnosząc wszakże do niej nowy w perfumerii akord tiramisu.

Jest on wyczuwalny od pierwszych sekund, choć początkowo, dla uzyskania bardziej spektakularnego efektu, połączono go z cytrusami i pieprzem. W sercu ujawnia się on w pełnej krasie, by z czasem pozostawić po sobie długotrwały, choć już mniej oryginalny finisz, zdominowany przez tonka, drewno sandałowe i cashmeran.

piramide

Uomo projektuje bardzo solidnie przez pierwsze dwa, trzy kwadranse, z czasem cichnąc, ale wciąż utrzymując się na ładnie wyczuwalnym poziomie przez kolejne godziny. Trwałość zapachu jest bardzo dobra, przekraczająca 10 godzin.

Uomo to ze wszech miar zapach mainstreamowy, zaprojektowany z myślą o szeroko pojętej współczesnej, raczej młodszej męskiej klienteli oraz – jak sądzę – także z myślą o kobiecych gustach. A to dlatego, że moim zdaniem mężczyzna tak apetycznie pachnący z pewnością nie będzie obojętnym przedstawicielkom płci pięknej. A przecież młodym facetom zwykle o to chodzi, prawda?

uomo-salvatore-ferragamo-100ml

nuty głowy: bergamotka, kardamon, czarny pieprz

nuty serca: akord Tiramisu, kwiat pomarańczy, Ambrox

nuty bazy: kaszmir, drewno sandałowe, tonka

perfumiarze: Alberto Morillas i Aurelien Guichard

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,0/ oryginalność: 4,0/  projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

Bvlgari Man Black Cologne

Dwa lata po premierze Bvlgari Man in Black zapach doczekał się dwóch flankerów: świeższej wersji w postaci Black Cologne oraz oudowego Black Orient. Oba zapachy popełnił – podobnie jak wszystkie pozostałe z linii Bvlgari Man – niestrudzony i nieprawdopodobnie wprost pracowity i twórczy Alberto Morillas, które zdaje się przeżywać obecnie złote lata swej twórczości, przynajmniej gdy chodzi o liczbę premier, których jest autorem.

alberto_morillas

Cologne w nazwie nie wynika z tego, że mamy tu do czynienia z zapachem kolońskim, choć owszem znajdziemy tu pewne nawiązania do klasycznych kolońskich składników w postaci cytrusów czy kwiatu pomarańczy. Jednak Black Cologne to tak naprawdę świeższa i lżejsza wersja Man in Black. Perfumiarz „zremiksował” w niej aromat znany z Man in Black. Pozostawił w centrum zapachu charakterystyczną nutę rumu, ukierunkował jednak całość na świeższe obszary.

Nuta rumu znana z akordu otwarcia Man in Black (utrzymanego w klimacie Spicebomb Victor&Rolf), tam połączona z tytoniem i przyprawami, tu została ozdobiona nutami zielonymi i cytrusami. Poczujemy je przez krótki okres zaraz po aplikacji zapachu na skórze. Ten świeży początek chwilami budzi moje skojarzenia z klasycznym już Versace Pour Homme tego samego perfumiarza. W sercu kompozycji – obok wspólnej dla obu wersji tuberozy – znajdziemy koloński akcent w postaci kwiatu pomarańczy – miast irysa i skóry obecnych w wersji pierwotnej. Baza Black Cologne to połączenie ambry, piżm i dominującej drzewnej nuty sandałowca, podczas gdy w Man in Black znajdziemy cieplejsze rozwiązanie tematu: gwajak, tonka i beznoes. Baza jest tu bardziej wytrawna, lżejsza, sucha i bardziej lotna, niż Man in Black, ale jednocześnie – co ciekawe – dużo trwalsza, szczególnie na skórze (Man in Black wyjątkowo długo trzyma za to na odzieży, zaś na skórze krócej).

Musze podkreślić, że choć Black Cologne ogólnie bardzo przyjemnie układa się na skórze, to szczególnie akord bazy jest jego silną stroną. Jest zaskakująco intrygujący, ładnie projektujący i długotrwały. Mimo, że lubię rumowo-tytoniowo-gwajakowe Man in Black to  pod względem finiszu wersja Cologne przekonuje mnie bardziej.

Mimo więc różnic co do kierunku, w jakim rozwija się Black Cologne, oba zapachy są do pewnego stopnia do siebie podobne, mają bowiem ten sam motyw przewodni. Warto dodać, że – co charakterystyczne dla Morillasa – gra on tutaj składnikami w niezwykle zręczny sposób. Mamy do czynienia z od początku do końca zrównoważona kompozycją perfumową zrobioną wg wszelkich prawideł współczesnego perfumowego mainstreamu, w której wszystkie składniki „grają” na ostateczny efekt, bez dominowania nad resztą. Każdy, kto zna minimalistyczny styl Morillasa i jego niezwykły talent w tworzeniu zapachów świeżych, nie powinien mieć problemów z wyobrażeniem sobie, jak pachnie Black Cologne. Podobnie każdy, kto zna pozostałe zapachy Bvlgari z linii Man raczej wie, czego spodziewać się po Black Cologne. Solidnego, kompetentnie wykonanego, aczkolwiek bardzo bezpiecznego, nastawionego na masowego klienta pachnidła.

 

bvlgari-man-black-cologne

nuty głowy: cytrusy, nuty zielone, rum

nuty serca: tuberoza, kwiat pomarańczy

nuty bazy: drewno sandałowe, ambra, piżmo

perfumiarz: Alberto Morillas

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 3,5/ oryginalność: 3,5/  projekcja: 3,5/ trwałość: 4,5

Aedes de Venustas „Grenadille d’Afrique”

Grenadille d’Afrique znaczy tyle, co „czarne drewno”, łac. Dalbergia melanoxylon. Drzewo, z którego pozyskiwane jest drewno zwane hebanem. To heban oraz naturalne środowisko, w jakim występuje, były inspiracja dla powstania najnowszego zapachu nowojorskiej marki Aedes de Venustas, który swą premierę miał podczas tegorocznych targów Pitti Fragranze we Florencji, a który wkrótce pojawi się w wybranych perfumeriach na całym świecie. Podobnie jak w przypadku wydanego w 2015 Palissandre D’Or zapach powstał w pracowni Alberto Morillasa. Jest więc to drugie pachnidło, jakie Mistrz stworzył dla Panów Bradla i Gerstnera. Co ciekawe, oba zapachy maja drewno w nazwie i zdecydowanie drzewny charakter.

aedes-grenadille

Drzewność Grenadille d’Afrique sprowadza się do jego wetyweriowej dominanty. Wetyweria obecna jest od samego początku, choć najpierw przez krótki okres „odświeżona” bergamotką, a z czasem wsparta jałowcem, fiołkiem i lawendą. Finisz zapachu wciąż pachnie głównie haitańską wetywerią, posadowioną na ciemnym, niemal drzewnym w swym charakterze akordzie złożonym z wanilii i labdanum. Prócz swej ewidentnej drzewności zapach ma też charakterystyczną aurę mineralną. Wymienione przez mnie składniki towarzyszące wetiwerowi pracują tu na efekt końcowy, bez indywidualnego „przejmowania kontroli”. Są podporządkowane wizji twórców, którą w jednym zdaniu tak scharakteryzował Alberto Morillas:

Skamieniałe drewno nasączone akordem waniliowym

Gdy testuję pachnidło, szukam porównań z innymi, które osobie nie znającej zapachu, a czytającej recenzję, ułatwią orientację co do charakteru opisywanych perfum. W przypadku Grenadille d’Afrique takich możliwych porównań jest sporo. Najbardziej jednak adekwatnym wydaje się być Encre Noire Lalique (wersja eau de toilette). Jako całość bowiem zapach Alberto Morillasa kojarzy mi się właśnie z kultowym już pachnidłem skomponowanym przez Nathalie Lorson. Ale oczywiście są różnice. W Grenadille d’Afrique nie znajdziemy – ku mojemu zadowoleniu – kwaśnej nuty Encre Noire oraz tak wyraźnej dozy cashmeranu. Rolę cyprysu przejął tu jałowiec. Dzieło Morillasa pachnie bardziej świeżo, lekko, jest w nim więcej polotu i wydaje się być przyjemniejsze i łatwiejsze w noszeniu, przynajmniej dla mnie. Projektuje grzecznie, trwa na skórze ponad 8 godzin. Jako całość przekonuje mnie mimo, że nie jest tak oryginalne, jak choćby Palissandre d’Or. Niemniej to bardzo solidna pozycja nie tylko w portfolio Aedes de Venustas, ale także w rodzinie zapachów wetiwerowych.

aedes-grenadille-bottle

główne składniki: bergamotka, lawenda, fiołek, jałowiec, wetyweria z Haiti, czystek (labdanum), wanilia, piżmo

perfumiarz: Alberto Morillas

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 5/ oryginalność: 4/  projekcja: 4/ trwałość: 4

City Exclusives by Le Labo: „Limette 37”, „Benjoin 19”, „Cuir 28″‚ „Vanille 44”, „Baie Rose 26”

City Exclusives to seria zapachów Le Labo, które marka dedykuje i udostępnia do sprzedaży wyłącznie w wybranych miastach świata. To zapachy mające w założeniu oddawać ducha poszczególnych metropolii. Ich wyjątkowość jest wszakże głównie wynikiem owej ograniczonej dostępności oraz… horrendalnej ceny (300 USD za 50 ml), która z pewnością nie ma w tym przypadku nic wspólnego z jakością (niczym pod względem jakości nie ustępujące im perfumy Le Labo z głównej linii kosztują połowę tej ceny). Co ciekawe, każdego września City Exclusives pojawiają się w sprzedaży internetowej na stronie Le Labo oraz w kilku innych wybranych sklepach internetowych (np. LuckyScent.com). Tak więc już za kilka dni będzie można nabyć je bez konieczności odwiedzania salonu marki w Dubaju czy w Moskwie.

Jak dotąd swych własnych pachnideł doczekały się: Londyn, Dallas, Chicago, Moskwa, Dubaj, Tokyo, San Francisco, Los Angeles, Londyn, Nowy Jork i Paryż. Kilka z nich mam dziś okazję zaprezentować.

 

Limette 37 San Francisco by Frank Voelkl

SANFRANCISCO

Urodziwy, świeży i orzeźwiający zapach w swej istocie koloński, jednak o intensywności i trwałości przewyższającej klasyki tego gatunku, plasujący się  raczej obok współczesnych kolońskich wód perfumowanych typu Neroli Portofino Toma Forda czy Cologne Indelebile Frederica Malle. Co prawda w głównym katalogu Le Labo znajdziemy już zapachy podobne co do pomysłu i charakteru (szczególnie świetny Bergamote 22 oraz w mniejszym stopniu kolońskie, a bardziej biało-kwiatowe, śliczne Fleur d’Oranger 27 i  Neroli 36). Jednak Limette 37 ma swój indywidualny charakter. Ta współczesna kolońska skomponowana została przez Francka Voelkla, o którym pisałem niedawno przy okazji recenzji Ylang 49, a którego perfumiarska maestria jest od dawna obiektem mojego szczególnego podziwu.

Limette 37 rozpoczyna się – jak przystało na kolońską – od bardzo świeżego akordu, wypełnionego esencją z limonki połączoną z bergamotką i zieloną esencją petit grain. W tle wyczuwalna jest subtelnie detergentową nuta biało-piżmową, kojarzącą się z wysokiej jakości mydłem. Zapach ewoluuje odsłaniając biało-kwiatowe serce (jaśmin), doprawione subtelnie goździkiem. Baza jest oparta na ładnie spinającym całość wetiwerze oraz z umiarem użytej tonce i spore dawce białych piżm, pozbawionych jakichkolwiek konotacji cielesnych czy zwierzęcych. Reasumując- śliczne, bardzo wysokiej jakości uniseksowe pachnidło kolońskie dla tych, którzy z bardzo grubym portfelem penetrują …. ulice San Francisco.

le labo limette-37

główne nuty: limonka, bergamotka, liść gorzkiej pomarańczy, jaśmin, goździk, wetiwer, tonka, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Benjoin 19 Moscow by Frank Voelkl

moscow

Benjoin 19 to minimalistyczny zapach żywiczny, w którym nad żywicami dominuje początkowo nuta przyprawowa (różowy pieprz?), po której na czoło wysuwa się szlachetne i wciąż nico pieprzowe olibanum. Z czasem do gry dochodzi drzewny akcent cedrowy, aż wreszcie ujawnia się główny bohater – słodkawa, ciepła, gęsta i zmysłowa esencja benzoesu. Mimo swego minimalizmu zapach zmienia się więc stopniowo na skórze. Jest przez praktycznie cały czas subtelny, blisko-skórny, dość trwały, choć nie tak bardzo, jak można by się spodziewać po użytych w nich składnikach. Intrygujący, choć mnie nie przekonał, podobnie jak niegdyś testowany Gaiac 10 dedykowany Tokyo. Po prostu nie jestem fanem perfumowego minimalizmu, podobnie jak nie przepadam za rosyjską stolicą…

Le-Labo-Benjoin-19

główne nuty:  kadzidło frankońskie, cedr, benzoes, ambra, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Cuir 28 Dubai by Nathalie Lorson 

Dubai

Początkowo Cuir 28 pachnie głównie drzewną, lekko wytrawną, szlachetną wanilią. Spod niej jednak dość szybko, bo po kilku minutach, zaczyna wybijać wetyweria. Z czasem jej obecność staje się coraz wyraźniejsza. To właśnie duet dymnej wanilii z wetywerią stanowi oś tego zapachu, trwając na skórze kilkadziesiąt minut. Co ciekawe, w tej środkowej fazie zapachu mam ewidentne skojarzenia z Lalique Encre Noire A l’Extreme. Wszak oba te pachnidła skomponowała Natahlie Lorson i oba charakteryzują się połączeniem wetywerii z żywicznymi i ambrowymi elementami. Le Labo odróżnia się jednak wspomnianą mocną nutą absolutu z wanilii, ktróej na próżno szukać w pachnidle Lalique. Aromat skóry z pewnością tu nie dominuje, z zapach jako całość można z biedą próbować zakwalifikować jako skórzany, choć w sumie zdecydowanie bliżej mu do etykiety pachnidła drzewno-ambrowego. Cuir 28 pachnie blisko skóry, jest przysadzisty, gęsty, otulający. Znów – mógłby być nieco trwalszy…

le labo cuir-28

główne nuty:  skóra, absolut wanilii, nuty drzewne, wetyweria, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Nathalie Lorson

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Vanille 44 Paris by Alberto Morillas

Paris-3

Chronologicznie drugie pachnidło cyklu City Exclusives (po Tubeureuse 40 New York) skomponowane zostało przez legendę i mistrza perfumowego fachu Alberto Morillasa.

Pierwsze, co dochodzi moich nozdrzy, to pięknie podana nuta kadzidła olibanum, z początku nieco złagodzona cytrusowym duetem bergamotki i mandarynki z czasem podbita suchą, drzewną nuta gwajaku. Obecność cytrusów jest tu praktycznie niewyczulana – w tym sensie, że nie poczujemy tu indywidualnie nut cytrusowych. Podobnie jak niewyczuwalne tu indywidualnie aldehydy, tak i cytrusy pełnią rolę unoszącą ciężkie molekuły kadzidła, wanilii i gwajaku, który wyłania się spod kadzidła ładnie korespondując z wanilią (ta z kolei jest najwyraźniejsza w bazie). Mimo tych technicznych zabiegów Vanille 44 lokuje się – podobnie jak Cuir 28 czy Benjoin 19 – blisko skóry, emitując zmysłową i otulającą woń.

Typowo dla Le Labo – składnik wymieniony w nazwie zapachu nie dominuje w sposób ewidentny. Fani zmysłowej, dymnej wanilii powinni raczej sięgnąć po Cuir 28. Vanille 44 wydaje się bowiem być bardziej pachnidłem kadzilano-drzewnym, w którym wanilia – owszem obecna – nie jest wszakże głównym bohaterem.

le labo vanille 44

główne nuty:  bergamotka, mandarynka, aldehydy, gwajak, kadzidło, wanilia

rok premiery: 2007

moja ocena: Alberto Morillas

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Baie Rose 26 Chicago by Frank Voelkl

Chicago

Baie Rose 26 jest świeżą, przyprawowo-drzewną kompozycją różaną, w której róża jest lekka, zwiewna, zdecydowanie uniseksowa. Otaczają ją wzmocnione aldehydami przyprawy (mocny i wyraźny przez pierwsze kilkadziesiąt sekund akord pieprzowy będący mieszanką różowego i czarnego pieprzu z przewagą tego pierwszego oraz subtelnie użyty goździk). W bazie króluje cedr, który wraz z akordem ambrowym i piżmami utrwala zapach na skórze na wiele godzin, projektując przy tym zdecydowanie powyżej średniej City Exclusives.

Zadziwiające, jak ta chicagowska róża od Le Labo przypomina Le Labo Rose 31 z 2006 roku. Jest owszem lżejsza, świeższa, bardziej drzewna, ale mimo ta pachnie tak, jakby jej formuła była punktem wyjścia dla Franka Voelkla. Jakkolwiek było, Baie Rose 26 broni się jako odrębne pachnidło i jest moim zdaniem jednym z najlepszych zapachów serii City Exclusives, które – z pojedynczymi wyjątkami – nie zachwyciły mnie jak dotąd.

Baie Rose

główne nuty:  różowy pieprz, pieprz, aldehydy, goździk, róża, cedr, ambra, piżmo

rok premiery: 2011

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Od 2006 roku, gdy Le Labo wyemitowało pierwszy zapach z serii City Exclusives (Tubereuse 40 New York), marka ta konsekwentnie buduje wokół niej nimb wyjątkowości. Z jednej strony spore ograniczenia w fizycznej dostępności, z drugiej bajońskie sumy, jakie trzeba zapłacić za flakon tych perfum z pewnością skutecznie podtrzymują ekskluzywny status miejskiego cyklu. Jednak same zapachy, czego osobiście doświadczyłem, nie są niczym nadzwyczajnym. Co więcej, moim zdaniem nie dorównują ani pomysłami, ani kompozycjami tańszym (co nie znaczy tanim) perfumom Le Labo z głównej linii. Czy jest więc seria City Exclusives sztucznie nadmuchaną niby-luksusową bańką? Moim zdaniem – zdecydowanie tak. W jej przypadku marketing wyjątkowo mocno- nawet jak na standardy branży perfumowej – oderwał produkt i jego wartość od rzeczywistości.