Clive Christian „Private Collection”

W zeszłym roku luksusowy brytyjski dom perfumowy Clive Christian przedstawił nową i bezprecedensową w swoim wykonaniu Private Collection – kolekcję 5 par pachnideł, z których każda para oznaczona została jedną z liter imienia kreatora. Nowa kolekcja zdaje się zastępować dotychczasową, także literową (choć złożoną ze – zdaje się – póki co 3 par zapachów: C,L,V), i także zamkniętą w brązowych flakonach. O ile jednak w tamtej pachnidła debiutowały parami z podziałem na męskie i damskie (podobnie jak zwykło to czynić Amouage), co było wyraźnie zaznaczone na flakonach, tak nowa kolekcja nie kontynuuje tego podziału w tak wyraźny sposób. Dopiero gdy wejdziemy na stronę marki i zajrzymy do opisów poszczególnych perfum, znajdziemy tam sugestie co do płciowe predestynacji (masculine lub feminine). Na flakonach umieszczono natomiast krótkie opisy rodziny zapachowej, do jakiej należą poszczególne perfumy, co zdaje się być ciekawym zabiegiem, skierowanym do coraz bardziej świadomej klienteli. Trzeba zaznaczyć, że Private Collection składa się z zupełnie nowych kompozycji, mimo zachowania jednoliterowych „nazw”. Oznacza to, że nowe L pachnie inaczej niż stare L itd.

C Christian private-collection-masculine-47905445

Kolekcja dostępna jest już od jakiegoś czasu w Perfumerii Quality Missala, dzięki uprzejmości której mam okazję zapoznać się z 3 parami pachnideł: L, I oraz E.

Wedle informacji znajdującej się na stronie internetowej marki, każde pachnidło zawiera od stu do trzystu (!) składników, co wydaje się być niemal niewiarygodne w czasach, gdy perfumy komponuje się z kilku, kilkunastu, w porywach kilkudziesięciu ingrediencji! Poziom ich koncentracji to 20%. Są to więc wody perfumowane, nawet nie ekstrakty. No dobrze, ale jak pachną tak rzekomo bogate w składniki kompozycje?

L (Feminine – Floral Chypre) – jak wynika z opisu jest to kwiatowy szypr i faktycznie tak jest. Takie określenie mogłoby nasuwać skojarzenia z estetyką klasycznego No 5 Chanela i tysięcy innych pachnideł, która powstały z inspiracji tym arcydziełem przypadku… Będą to oczywiście skojarzenia słuszne, ale tylko poniekąd. L Feminine to bowiem szypr pachnący jednocześnie tradycyjnie i współcześnie. Bije z niego precyzja i znajoma uroda. Nie zaskakuje treścią, ale oczarowuje formą. Przepiękne, niezwykle kobiece, mogące z powodzeniem stawać w szranki z Gabrielle od Chanel. Uwielbiam takie perfumy do tego stopnia, że sam chętnie bym je nosił…. Zresztą, zawsze gdy nachodzi mnie chęć na kwiatowy szypr, sięgam po Amouage Gold Men lub co najmniej Silver Man…. A jakie nuty znajdziemy w L Feminine? Przede wszystkim klasyczny duet jaśminu Sambac i róży, szczyptę irysa, który przepięknie odzywa się w sercu zapachu nadając akordowi kwiatowemu lekko szorstkiej, niesamowicie eleganckiej faktury, odrobinę kadzidła oraz budujące trwałą bazę piżma i wanilię o subtelnie animalnym sznycie. Owszem, powstało tysiące takich pachnideł, ale pewnie zaledwie kilkanaście z nich może pochwalić się taką urodą. Klasyczny i naprawdę ładny.

L (Masculine – Woody Oriental) – intrygujące połączenie przypraw (pieprz) z akordem fougere (lawenda i geranium) i subtelnymi nutami kwiatowymi (irys, magnolia, jaśmin) na ambrowo-tytoniowej bazie, utrwalonej i pogłębionej przez piżma. Oryginalny, męski i emanujący luksusem zapach wpisujący się w aktualnie panujący trend powrotu fougere do kanonu męskiej perfumerii (co mnie bardzo cieszy). Troszkę może zachowawczy, niemniej bardzo kompetentnie skomponowany.

I (Feminine – Woody Floral) – otwiera się świeżym, owocowo-przyprawowy akordem, by w sercu odsłonić klasycznie kobiece nuty kwiatowe róży i jaśminu, ale w lżejszym i bardziej dynamicznym wydaniu, niż choćby ten z opisywanego wyżej L Feminine. Baza zapachu jest ambrowo-drzewna i odrobinę gorzka. Początek intrygujący, serce ładne, reszta trochę nijaka.

I (Masculine – Amber Oriental) – ma dość niezwykły, pachnący lekko sfermentowanymi owocami i farbą emaliową, początek. Jest to aromat mocnej whiskey, dębowej beczki, jest też element iglakowej żywicy. W składzie znajdziemy m.in. nutę jabłka, suszonych owoców, ambrę i piżma, a także balsam jodłowy, mech i cedr z Atlasu. Całość jest męska, mocna i konkretna. Co ciekawe, nieco benzynowa baza przypomina mi trochę Lonestar Memories Andy’ego Tauera. Mimo to jest chyba najbardziej oryginalny z opisywanej szóstki, o mocnym charakterze i przykuwających uwagę zestawieniach nut, nie zawsze w 100% konsonansowych. Takie kontrasty zawsze dobrze robią perfumom i ta prawidłowość sprawdza się także i tu.

 

 

E (Masculine – Gourmande Oriental) – sypkie przyprawy na ambrowym tle z nutami rumu,  brzoskwini, labdanum, cynamonu i goździka w otoczeniu aromatu whiskey. Początkowo nieco bardziej słodkie, z czasem nabierając nieco bardziej słonego i suchego charakteru, szczególnie w bazie. Zapach sam w sobie świetny, ale jestem przekonany, że gdzieś czułem już coś bardzo podobnego… Mniejsza o to. Nie każde pachnidło musi być unikatowe i oryginalne. Zwykle wystarczy, jeżeli jest po prostu dobrze zrobione. Tak jest w tym przypadku. E Masculine to obok I Masculine ulubiony męski zapach z opisywanej szóstki.

E (Feminine – Green Fougere) – aromatyczno-zielony fougere z dość mocnym, zielono-ziemisto-kwiatowym akordem narcyza, aromatycznym lawendowym sercem i delikatnym finiszem, w którym echom wciąż obecnej zieleni towarzyszy sucha nuta drzewna i spora dawka białych, pachnących rozgrzanym żelazkiem białym prześcieradłem piżm. Intrygujący, inny, oryginalny.

 

Gdybym miał podsumować moje testy wybranych perfum Private Collection Clive Christian, to musiałbym stwierdzić, że przede wszystkim nie czuję w nich tej gigantycznej liczby składników (zresztą czym można to poczuć? raczej nie ma takiej możliwości), więc równie dobrze może to być chwyt marketingowy, mający na celu usprawiedliwienie grubo przesadzonych ceny tych perfum. Ale może to też być prawda, jeżeli np. przyjmiemy taki oto sposób liczenia, że sama esencja różna to pewnie dobrze ponad sto różnych aroma-molekuł… Mój zdrowy rozsądek i realna ocena podpowiadają zgodnie, że współcześnie nie komponuje się perfum z udziałem ponad 200 składników albo są to zupełnie marginalne przypadki. Z drugiej jednak strony, czy marka Clive Christian chce się kojarzyć ze zdrowym rozsądkiem, jeżeli wycenia jeden 50 ml flakon tych perfum na 275 brytyjskich funtów? Z pewnością nie.

Puredistance „Warszawa” – z inspiracji miastem

Dużo się ostatnio mówi o naszej stolicy, zwykle niestety w niepochlebnym kontekście. Afera goni aferę, smog truje mieszkańców, a niektórzy politycy o rozdętym do granic ego próbują urzeczywistnić utopijny sen o „wielkiej Warszawie”, wielkiej obszarem i mnogością okalających ją gmin…

Ale zostawmy politykę. Na szczęście Warszawa to coraz piękniejsza, rozwijającą się, tętniąca życiem, biznesem i sztuką metropolia, w której współczesność przeplata się z wątkami z niezwykle tragicznej historii i wspomnieniami jej świetności z czasów przedwojennych. Ten splot trudnej historii i dumnego, dynamicznego dnia dzisiejszego może być inspirujący, co potwierdza znany już czytelnikom Perfumowego Bloga Jan Ewoud Vos, właściciel luksusowej marki perfumowej Puredistance.

warszawa-panorama

To w wyniku wieloletniej fascynacji naszą stolicą połączonej ze znajomością z rodziną Missalów (a w szczególności ze Stanisławą Missalą) – właścicielami warszawskiej perfumerii Quality –  – powstały perfumy Warszawa, których światowa premiera miała miejsce w Warszawie, bo gdzieżby indziej, w perfumerii Quality,  8 grudnia 2016 roku. Data to była szczególna, gdyż w tygodniu, na który przypadał dzień premiery, Perfumeria Quality obchodziła jubileusz 25 lecia swojej działalności.

perfumeria-quality

Zapach został skomponowany przez Antoine’a Lie’a we współpracy z Janem Vosem. Nie był to pierwszy raz, gdy panowie pracowali razem. Lie zmieszał wcześniej dwa pachnidła dla Puredistance White i Black. Oba zapachy swego czasu recenzowałem na blogu zwracając uwagę na ich nowoczesny charakter i minimalizm, odróżniający je od wcześniejszych, bardziej rozbudowanych perfum Puredistance.

jan-ewoud-vos-warszawa

Warszawa to zamknięcie tradycyjnej treści kwiatowego szypru w nowoczesnej formie. Gdy słyszymy szypr, spodziewamy się czegoś zupełnie innego, retro, bardziej wyrafinowanego i ciężkiego. Warszawa jest natomiast zdecydowanie współczesna, lekka i elegancka w swym minimalizmie. To aromat bardzo kobiecy i absolutnie ponadczasowy.

Zapach rozpoczyna się świeżym akordem zielonym, w którym galbanum i liść fiołka zostały bardzo zgrabnie połączone i nieco odświeżone grejpfrutem. Ale od pierwszych sekund czuć, że za nimi skrywa się delikatny, ujmujący swą lekkością i harmonią akord biało-kwiatowy. Dość szybko przejmuje on pierwszy plan. Obok cennego absolutu z jaśminu użyto w nim jeszcze cenniejszego masła irysowego oraz absolutu janowca hiszpańskiego. Akord ten ma w sobie coś z klasyki, ale podany został w bardzo współczesny sposób. Jest też dobrze zrównoważony, tak że żaden ze składników nie wyróżnia się na tle innych. Drzewna, quasi-szyprowa baza złożona z paczuli, wetywerii i styraxu dopełnia zgrabnej całości. Celowo użyłem tu określenia „zgrabna”, bo właśnie takim jawi mi się ten zapach. Jest bardzo zwarty, konkretny, na temat, pełen bezpretensjonalnego uroku, ze zredukowanymi do niezbędnego minimum ozdobnikami.

Warszawa jest uroczą kobietą. Nowoczesną, dynamiczną, powściągliwie elegancką, niezapatrzoną w siebie, ale z odwagą patrzącą w przyszłość.

Niewiele miast na świecie ma swoje perfumy. Tym bardziej takie olfaktoryczne wyróżnienie Warszawy imponuje i wydaje się być świetnym sposobem promowania naszej stolicy i kraju za jego granicami.  Ale zanim to nastąpi, do listopada 2017 perfumy Puredistance Warszawa będą dostępne wyłącznie w Perfumerii Quality. Później nastąpi ich światowa dystrybucja.

puredistance-warszawa

nuty głowy: galbanum, grejpfrut, liście fiołka

nuty serca: jaśmin (absolut), szczodrzenica sitowata (janowiec hiszpański) – absolut, masło irysowe

nuty bazy: paczula, wetiwer, styraks

perfumiarz: Antoine Lie

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

 

 

Wywiad z Martine Micallef i Geoffreyem Nejmanem (2)

Zapraszam na drugą cześć wywiadu z twórcami maki Parfums Micallef.

PB: Geoffrey, od samego początku pracujesz nad perfumami wspólnie z jednym perfumiarzem Jean-Claudem Astierem. Wydaje się on być integralną częścią Waszego zespołu. To dość niespotykane współcześnie, gdy większość marek niszowych korzysta z zewnętrznych, wynajętych perfumiarzy. Dlaczego  zdecydowałeś się tworzyć perfumy tylko z jednym perfumiarzem? Jakie są zalety takiego podejścia? 

GN: Miałem zamiar odpowiedzieć Ci, że jestem bardzo lojalną osobą. Jedna żona, jeden perfumiarz [śmiech]. Ale lojalność jest dużą częścią tego wszystkiego. W naszym biznesie wszystko oparte jest na emocjach, przyjaźni i miłości. Myślę, że skakanie z kwiatka na kwiatek oznacza brak respektowania tych wartości. Tak jak wspomniałem dziś podczas prezentacji, z błogosławieństwem Jean-Claude’a i z jego pomocą zaczynamy obecnie poszukiwać wśród młodej generacji perfumiarzy. Jak widzisz na podstawie zdjęcia, Osaito jest naszym pierwszym krokiem w tym kierunku. Nie rozumiem tego pomysłu, by zmieniać perfumiarzy, szczególnie, gdy jest się marką, która chce być identyfikowana przez swój unikalny charakter. Częścią tej unikatowości jest perfumiarz. To jest ten człowiek, który nadaje perfumom ostateczny kształt. Ma swoje indywidualne metody i sposoby łączenia poszczególnych składników, a niektóre z nich są i będą we wszystkich jego kompozycjach. W ten sposób buduje swoją sygnaturę. Tak więc jestem nieco innego zdania niż większość dzisiejszego rynku. Razem z Martine podzielamy te same zasady i wartości od pierwszego dnia. Oczywiście na przestrzeni lat zmienialiśmy dostawców opakowań, flakonów, ale gdy znaleźliśmy odpowiednich ludzi, pozostaliśmy z nimi. Mam w tej chwili dostawców, którzy pracują z nami od 12 lat. Nigdy ich nie zmieniliśmy. To jest ważne. Mamy podzieloną odpowiedzialność. To praca zespołowa i praca rodzinna. To buduje naszą tożsamość.

PB: Ale Wasze perfumy potrafią bardzo różnić się od siebie, choć są stworzone przez tego samego człowieka. Wasze najnowsze Osaito jest zupełnie innym zapachem od np. Emira. Nigdy bym nie powiedział, że oba stworzył ten sam perfumiarz…

GN: Z całym szacunkiem i skromnością, ale to akurat jest moja część tej pracy.  Biedny Jean-Claude! Jego włosy czasem stają dęba, gdy mówię: „Nie rób tego w ten sposób! Naprawdę chcę, żeby ten zapach był taki!” A on na to odpowiada: „Oh! Nie możesz tego zrobić w ten sposób! Nie można mieszać tych dwóch składników!”.

PB: Czyli kłócicie się czasem?

GN: Jak w każdej sytuacji są dyskusje, czasem bardzo ożywione, ale to akurat jest zabawna część tego wszystkiego. Mówię do niego: „Koniec końców, gdy okaże się, że zrobiłem błąd, wrócimy do Twojej formuły, ale spróbujmy chociaż!”. Watch był typowym przykładem. Gdy tworzyliśmy Watch, byłem jeszcze początkujący. Byłem z Jean-Claudem w jego laboratorium. Zawsze lubiłem zapach jaśminu i wanilii. (Tak właściwie to wanilia jest we wszystkich naszych perfumach, tyle że w różnym natężeniu. Czasem nawet jej nie czujesz, ale nadaje ona całości ciepła) Więc powiedziałem do Jean-Claude’a: ”Zróbmy perfumy, w których zmieszamy nuty kwiatowe i wanilię.” A on na to” „Nie możesz tego zrobić. Możesz stworzyć perfumy kwiatowe z odrobiną wanilii w tle, ale nie możesz połączyć obu tych składników w akordzie górnym.” Powiedziałem: „Zróbmy to.” Później śmiał się mówiąc „Wiesz, z moją wiedzą chemiczną nigdy bym nie śmiał tego zrobić!” I to jest przyczyna, dla której Watch stałe się sukcesem. Jest obecnie sprzedawany także w Emirates Airlines i jego sprzedaż bije rekordy. To jedne z naszych najlepiej sprzedających się perfum. Są na rynku od 15 lat.

PB: Wycofaliście Style z oferty? To był dobry zapach. Bardzo dojrzały, trochę w klimacie Antaeus Chanela…

GN: To ciekawe, co mówisz. Style nigdy nie sprzedawał się dobrze.

MM: Nie. Może był zbyt klasyczny…

GN: Z kolei inny, którego pewnie nie miałeś nawet okazji spróbować, tak krótko był w sprzedaży, to Shanaan…

PB: Nie, nie testowałem go…

GN: To była wielka frustracja, gdyż po spróbowaniu Shanaan ludzie nie chcieli go kupować!

MM: [śmiech] Uciekali!

GN: Tak, uciekali. Ja natomiast bardzo lubiłem ten zapach. Nosiłem go przez długi czas. Zawsze, gdy go użyłem, ludzie pytali mnie: „Wow! Czym pachniesz? To fantastyczne!”

MM: Także niektórzy z naszych przyjaciół nosili te perfumy. Pierwsza nuta nie jest łatwa do zrozumienia…

GN: Tak, akord głowy zawiera przesadnie dużo kadzidła. Ludzie mówili, że czują się, jakby weszli do kościoła. Ale gdy zapach osiadł na skórze i pojawiały się nuty serca, stawał się cudowny. Ale ludzie nie mieli cierpliwości ani też chyba nie oczekiwali, że zapach się w jakikolwiek sposób zmieni.

MM: Ten zapach powinien był być sprzedawany inaczej, niż to, co robiło większość sprzedawców. Powinien był być wcześniej podany na blotter, tak by pierwsza nuta wyparowała. To była bardziej kwestia tego, w jaki sposób oferowaliśmy te perfumy…

GN: Tego typu opowieści mamy na temat każdego naszego zapachu…

MM: Ja także kocham Shannan. Jest taki zmysłowy, gdy go nosisz…

PB: Wśród Waszych perfum znajduję kilka dedykowanych mężczyznom. AKOWA, Emir, Royal Vintage czy Jewel for Him to przykłady zachwycających męskich pachnideł o najlepszej jakości i świetnych parametrach. Jestem bardzo wdzięczny za to, że nie zapominacie o mężczyznach i o tym, że także i oni chcą mieć wybór i możliwości, by pachnieć nadzwyczajnie. Czy Wasz najnowszy zapach Osaito także jest przeznaczony raczej dla mężczyzn? Gdyż tak można sądzić po obejrzeniu video clipu i wizuali…

GN: Podczas tworzenia założeniem było, że będzie to zapach męski. Ale współcześnie w perfumach tak naprawdę nie można postawić granicy pomiędzy tym co męskie, a tym co damskie. To zależy od kultury i od narodowości. Są mężczyźni, którzy noszą róże (w Arabii Saudyjskiej) i tego rodzaju – dla nas kobiece – nuty. Ale szczególnie tą trylogią; AKOWA, Osaito i trzecim zapachem, który będzie miał premierę w przyszłym roku… Będzie to trylogia duchowego podróżnika który szuka swej tożsamości i powodów swego istnienia. W przyszłym roku zakończy on swą misję i zrozumie przesłanie, dowie się dlaczego tam jest, po co, co lubi i co chce zrobić ze swym życiem…

PB: Czyli trzeci zapach będzie ostatnim i także męskim?

GN: Tak, to męska saga.

PB: Jak sobie radzi AKOWA?

GN: Wierzę, że AKOWA to zapach, który potrzebuje wniknąć do zwyczajów ludzi. Na początku był ekstremalnie szokujący. Nawet przesłanie jakie mu towarzyszyło, było swego rodzaju szokiem. Czarny mężczyzna z zielonymi oczami… Chcieliśmy zaszokować ludzi. A teraz czujemy dreszczyk obawy, ponieważ pierwsze reakcje były odrzucające. W pewnym momencie powiedziałem nawet do Martine: „Nie sądzisz, że jest zbyt brutalny?” Ale ona odpowiedziała: „Poczekamy, zobaczymy”. Teraz widzimy pewien postęp w akceptacji dla tego zapachu. Przypomina mi to bardzo naszą sytuację z przeszłości z oudem.

PB: Pamiętam, że gdy pierwszy raz powąchałem AKOWA, pomyślałem: „Wow! To jest coś nowego, coś innego. Czekałem na to! Jest cudowne!”

GN: To jedyny zapach na rynku zawierający pewien sekretny składnik…

PB: A Osaito?

GN: Osaito jest zupełnie inny. To dobre następstwo w ramach tej trylogii. Lepiej wyjaśnia wiadomość, jaka chcieliśmy przekazać konsumentowi. AKOWA to źródło życia. Ziemia afrykańskiego kontynentu. Musiał być w jakiś sposób prymitywny, zwierzęcy. A teraz poprzez odkrycie elementów wiatru, góry, powietrza, oddechu – mamy Osaito. Będziesz zaskoczony trzecim zapachem…

PB: Nie mogę się doczekać! Które zapachy są Waszymi bestsellerami?

GN: Ananda, Royal Vintage, Royal Musk, Mon Parfum, Jewel for Him, Watch. 25% naszej kolekcji to zapachy, które dobrze się sprzedają.

PB: Geoffrey, kilka lat temu wylansowałeś markę perfumową pod swoim własnym nazwiskiem G. Nejman. Wszystkie one były bardzo dobrymi męskimi pachnidłami. Ale zniknęły z rynku dość szybko. Co się stało? Czy zamierzasz je kiedyś wznowić?

GN: Moja żona zapłaciła mi dużo pieniędzy, bym nie kontynuował tej marki i schował ją do szuflady. [śmiech]

MM: Nie! Byłbyś wówczas moim konkurentem! Myślę, że wygrałam! [śmieje się] To była kwestia marketingu. Konsumenci nie rozumieli, dlaczego powstała nowa marka z tak naprawdę tymi samymi ludźmi jako twórcami. Pytali Geoffreya, dlaczego ruszył z nową marką zamiast te same zapachy wydać w ramach Parfums Micallef.

GN: Tak jak mówi Martine, to nie  było dobre, gdyż przede wszystkim jesteśmy ze sobą zbyt blisko prywatnie, a po drugie byliśmy zbyt blisko siebie także w obszarze marketingu. G.Nejman powinien był mieć osobne pozycjonowanie. Nawet osoby sprzedające nasze perfumy wiedziały przecież, że jesteśmy małżeństwem, więc ustawiały obie linie zapachowe obok siebie. Niemalże ze sobą konkurowaliśmy! By jednak G.Nejman miał szanse na sukces, potrzebny był osobny PR, osobna historia… Co jednak moglibyśmy któregoś dnia zrobić, gdy już pójdziemy łowić rybki na emeryturze, to…

MM: Nie!!!

GN: …to moglibyśmy przywrócić markę G.Nejman. [śmieje się]

MM: Nie! To żart!

PB: Jedyny zapach z linii G.Nejman jaki przetrwał w ramach Micallef to Emir. Co z pozostałymi?

GN: Były to: Le Sportif, Le Professionnel and Le Seducteur. Trzy pachnidła. To, którego ludziom rzeczywiście brakuje, to Le Seducteur. Ten był bardzo aromatyczny. Zresztą cały pomysł był dobry. Przede wszystkim Martine zaprojektował fantastyczny flakon. Był ciężki i miał piękną zatyczkę…

PB: Czy pamiętacie perfumy zrobione dla Denisa Duranda?

MM i GN: Tak!

PB: Czy zamierzacie zrobić coś podobnego ponownie?

MM i GN: Nie!

PB: Pytam, gdyż pachnidło to jest bardzo interesujące także dla mężczyzn…

MM: Tak, ale to był znów przypadek trudny do zrozumienia dla naszych klientów, ponieważ zapach jest bardziej męski, a flakon jest bardzo sexy, z koronką itd.

PB: Ale jest wciąż w sprzedaży?

MM: Tak. Wciąż produkujemy go w małych ilościach, ale wkrótce zostanie wycofany. Nie był udany komercyjnie i okazał się czymś, czego nie powinniśmy byli robić. Ludzie pytali nas, kto to jest ten Durand. To projektant mody z południa Francji, ale nie jest szeroko znany.

PB: Geoffrey, jesteś spełnionym przedsiębiorcą z doświadczeniem w finansach. Jak jest Twoja opinia o ostatnich transakcjach zakupu, jakich dokonał Estee Lauder na rynku marek niszowych (Le Labo, Frederic Malle, ostatnio także Kilian). Czy potrafisz wyobrazić sobie, że sprzedajesz Waszą firmę jednemu z Wielkich Graczy?

MM: Zależy od ceny! [śmieje się]

GN: Martine jest zawsze bardzo praktyczna. Ale zgadzam się. To kwestia ceny. Ale by odpowiedzieć prawidłowo, mamy dziś ten trend. Pokazuje on ewolucję niszy, która 15 lat temu nie reprezentowała niemal niczego. Stanowiła może 3%  rynku… Dziś stanowi 25-28%. Tak więc wielkie marki już nie mogą przechodzić obok tego obojętnie. Muszą się tym zainteresować. „Big Boys” obserwują te marki niszowe, które dojrzały w tym rodzaju biznesu. Z pewnością któregoś dnia zostaniemy więc zagadnięci przez jedną z nich i jej ludzi. A nie możemy pozostać firmą rodzinną, gdyż nasze córki wybrały inna drogę życiową, a syn pasjonuje się gotowaniem. My z kolei chcemy kiedyś przejść na emeryturę. To dlatego w naszym entuzjastycznym i ważnym biznes planie postawiliśmy sobie cele na koleje 5-7 lat. Realizacja tego planu otworzy nas na wykup przez jedną z dużych marek.

MM: Nasza marka nie będzie łatwa do sprzedania tym ludziom. Jest bardzo złożona. Gdy popatrzysz na marki, które oni kupują, są to te, które z łatwością mogą uczynić bardziej komercyjnymi.

GN: Nasza marka to realizacja koncepcji połączenia sztuki z perfumami. Właśnie zacząłem czytać książkę o luksusie i sporo się z niej dowiaduję. W tej książce można znaleźć stwierdzenie, że luksus jest sztuką. Tak więc my jesteśmy i jednym i drugim jednocześnie!

MM: Jesteśmy bardzo pewni swego. Nie jest naszym priorytetowym celem, by zostać sprzedanymi jednemu z dużych graczy. Być może pewnego dnia się to zdarzy, ale będzie to dla nich sporym wyzwaniem. Większym niż to było w przypadku Malle, dlatego że nasza strategia jest kompletnie inna. Jeżeli któregoś dnia będą mieli w swym portfolio Parfums Micallef, będą musieli utrzymać jej ekskluzywny status.

PB: Cóż, życzę Wam więc, aby te następne 5, 10, a nawet 15 lat były najlepszymi w historii Waszej oraz Waszej firmy!

GN: Prawdopodobnie będziesz na bieżąco, jako że spotykamy się co najmniej raz w roku i mam nadzieję, że spotkamy się ponownie!

PB: Również mam taką nadzieję! Dziękuję za interesująca rozmowę.

MM i GN: Dziękujemy! To była przyjemność!

IMG_4722

P.S. Dziękuję Perfumerii Quality Missala za umożliwienie przeprowadzenia rozmowy z Parfums Micallef.

 

Wywiad z Martine Micallef i Geoffreyem Nejmanem (1)

Oto pierwsza część ekskluzywnego wywiadu, jaki przeprowadziłem 18.05.2016 w Domu Perfumeryjnym Quality z twórcami marki Parfums Micallef przy okazji promowania dwóch nowych pachnideł: Osaito oraz Pure Extreme.

Perfumowy Blog: Gratulacje z okazji jubileuszu 20-lecia marki Parfums Micallef. To duże osiągnięcie być na rynku tak długo i to z sukcesem.

Geoffrey Nejman: Dziękuję.

PB: Jaka jest Twoja recepta na sukces w perfumeryjnym biznesie?

GN: Nie ma konkretnej recepty, ale oczywiście są pewne elementy, które pomagają osiągnąć sukces. To pasja, miłość to tego, co się robi i kreatywność Martine. To niezbędne elementy naszego sukcesu. Jest wyjątkową kobietą i ma zawsze mnóstwo kuszących pomysłów. To nas niesie. Ale równie ważni są nasi partnerzy biznesowi, dystrybutorzy i sprzedawcy, z którymi pracujemy. Szczęśliwie udało nam się zbudować przyjaźnie i dobrze wszystko skoordynować aż do samego konsumenta. Nawet on jest bardzo blisko marki i nas samych. Otrzymujemy od naszych klientów listy i emaile. Głównie za sprawą obecności Martine i mnie w punktach sprzedaży podczas prezentacji stworzyliśmy bliską relację z naszymi klientami. To czyni nas wyjątkowymi.

PB: Czy Twoja wiedza i doświadczenie w zakresie finansów i ekonomii przydają się w prowadzeniu tej działalności?

GN: Bardziej niż kiedykolwiek. Pierwsze lata naszej działalności były przygodą. Każdy był odpowiedzialny za wszystko. Później, w miarę rozwoju firmy, musieliśmy ją zorganizować. Musieliśmy mieć także wsparcie finansowe, które wspierałoby rozwój. Wówczas całość stała się też bardziej profesjonalna od strony finansowej. Dziś wiedza i doświadczenie w kwestii finansów są bardzo ważne. Wszystko sprowadza się do finansów, jeżeli ma być prowadzone należycie, tak być mieć właściwy cash flow. Szczególnie w trudnych ekonomicznie czasach, w jakich ostatnio żyjemy. Trzeba być niezwykle ostrożnym i dwa razy się zastanowić nad inwestycjami, nad kierunkiem swych działań, nad wydatkowaniem pieniędzy, nad tym, które wydatki zmniejszać. To bardzo ważne.

PB: Czy prowadzenie tego typu biznesu ma jakieś ciemne strony czy jest to wyłącznie przyjemność?

GN: Są ciemne i jasne strony. Jak we wszystkim w życiu. Ale to, co nas napędza, to nasza pasja i wzajemne zrozumienie. To równoważy nasze nastroje. Mamy pozytywną energię. Gdybym jednak miał znaleźć ciemną stronę, byłaby ona związana z rozwojem firmy, powodującym w efekcie konieczność podziału odpowiedzialności.  Będę z Tobą zupełnie szczery – dla mnie najciemniejsza strona to konieczność odpowiadania na ok. 100 e-maili dziennie. To mnie wykańcza. To często bezproduktywna czynność, ale w tym rozpędzonym świecie, w którym żyjemy,  jeżeli nie odpowiesz na wiadomość w ciągu 48 godzin, otrzymujesz przypomnienia. „Czy coś się stało? Dlaczego nie odpowiedziałeś na mojego e-maila?”. To jest szalone. Czasem wracamy do domu późnym wieczorem… Tak jak choćby dziś, po spotkaniu wspaniałych ludzi podczas prezentacji, wrócimy do hotelu, zmęczeni i chcący się zrelaksować, a ja otwieram mojego laptopa i mam ok. setki wiadomości. Oczywiście nie wszystkie są pilne, ale trzeba je przeczytać i należy na nie odpowiedzieć. I to jest dla mnie najtrudniejsza cześć tego wszystkiego.

PB: Ale to część tej pracy, prawda?

GN: Absolutnie tak, jest to część tej pracy. Jednak staramy się wzmocnić nasz zespół tak, by tę prace przekazać asystentom. Jest to ważne ze względu na mnie, by umożliwić mi skoncentrowanie się na pracy z dystrybutorami, na PR i na sprzedaży, która jest przecież bardzo istotna. Miesiąc jest krótki, a na jego końcu trzeba zapłacić wiele rachunków.

PB: Jak porównałbyś dzisiejszy rynek perfum do tego z czasu, gdy zaczynaliście 20 lat temu?

GN: Gdy zaczynaliśmy, cały segment perfum niszowych i artystycznych był nowym odkryciem. Był czymś zupełnie nowym dla klientów. Oczywiście konkurencja była mniejsza, łatwiej było przekonać konsumentów. Dziś marka niszowa lub luksusowa musi prowadzić swój biznes tak, jak Chanel czy Dior robili to 20 lat temu. Płyniemy tą samą łodzią. Musimy zmieniać naszą strategię. Potrzebujemy próbek, podiów, gondoli, ścianek, filmów, posterów. Całe to otoczenie związane z komunikacją, w którym musimy działać jak profesjonalna marka luksusowa. Nie chodzi wyłącznie o zapach i flakon, ale o tę całą otoczkę.

Martine Micallef: A to dużo dla małej marki.

GN: Mniejsze firmy, takie jak nasza, mają z tym kłopot. Nie jesteśmy jedną z wielkich marek. Jesteśmy wciąż mali z 800-900 punktami sprzedaży w porównaniu do tych, którzy mają ich 10, 15 albo 20 tysięcy. Ale jesteśmy tu i walczymy. Uważam, że perfumeria niszowa stała się czymś w rodzaju artystycznego przemysłu. Obecnie jest ok. 150-200 marek, podczas gdy 15 lat temu było ich pięć, może dziesięć. Nie chcę mówić źle o konkurencji, ale z tych 150-200 marek tylko 25-30 to te wiodące. To niszczy rynek, ponieważ dystrybutorzy mają ograniczoną przestrzeń i fundusze , by zainwestować w nowy zapach, nowy koncept. Myślę, że to ból głowy dla każdego – łącznie z klientem, który na końcu nie ma pojęcia, co ma kupić.

PB: I tu pomagają bloggerzy.

GN: O tak! Nie moglibyśmy bez Was funkcjonować! Bloggerzy na całym świecie są dla nas bardzo ważni. To – znów – kwestia komunikacji i personalizacji, relacji ze śledzącymi, swoisty klub klientów, którzy stali się fanami marki Micallef.

PB: Co jest niezwykłego w Waszych produktach co wyróżnia Was na tym coraz bardziej zatłoczonym rynku?

GN: Szczerze mówiąc – efektowność produktu, która ma przyciągnąć klienta. Tkwi ona w pięknie opakowania, flakonu, zdobienia, co tak umiejętnie wykonuje Martine (pomaga mi także w zakresie inspiracji dla powstania nowych pachnideł). Ważne też, by mieć bazę klientów, ten fan club. Ale tak naprawdę na końcu sprzedajesz perfumy. I to one właśnie uwodzą ludzi i czynią ich lojalnymi wobec marki. Nigdy nie szliśmy na kompromis, gdy chodzi o ich jakość. Tworzymy formuły i dopiero na końcu zliczamy ich koszt. I musimy z tym kosztem żyć. To dlatego niektóre nasze pachnidła są droższe od innych. Koniec końców potrzebujemy przecież marży. Ale nigdy nie powiedziałem do perfumiarza, z którym pracuję: „Musisz to zrobić w takiej a takiej cenie i nie wychodź ponad nią”. A współcześnie większość marek tak właśnie robi. Mają konkretny budżet i w nim się mieszczą. Myślę, że to także nas wyróżnia.

PB: Potwierdzam, że wszystkie Wasze perfumy, jakie znam, prezentują najwyższą jakość, nieosiągalną dla 80% konkurencji…

GN: Jest kilka innych marek, które faktycznie także inwestują w jakość. To jest wyczuwalne, szczególnie jeżeli jesteś koneserem. A w naszym segmencie niszy służymy głównie koneserom. Większość z tych ludzi zna naturę perfum, zna składniki, te tanie i te pierwszej klasy, a także te długotrwałe…

MM: Micallef jest dla klientów, którzy chcą czuć się wyjątkowo.

PB: Martine, jak sądzisz, dlaczego perfumy są dla niektórych ludzi ważne? Co dodają lub co powinny dodawać do ich życia?

MM: Dla wielu klientów perfumy to część życia. Nie potrafią wyjść z domu bez ich użycia, gdyż te przypominają im o czymś. To nostalgiczne. Pamiętasz zapach ciasta, pamiętasz ten zapach, gdy wracałeś do domu, a Twoja matka gotowała… To naprawdę sentymentalne. Potrzebujesz tego nastroju, tych emocji w życiu. Życie to nie tylko zarabianie pieniędzy. To bardzo ważne, by żyć z tą częścią wspomnień.

PB: Czy nosisz swoje perfumy codziennie?

MM: Tak. Ale kupujemy również perfumy innych marek. No i trzymamy te zapachy, których nie publikujemy, a które są efektami naszego miksowania i poszukiwań czegoś specjalnego.

GN: Ja także nosze perfumy codziennie.

MM (do Geoffreya): Tak, ale większość czasu nosisz swój sygnaturowy zapach. Jesteś też wierny jednemu lub dwóm zapachom, które lubisz mieć jak… Eau Sauvage…

GN: Tak, jestem wielkim fanem Eau Sauvage w wersji klasycznej eau de toilette. To niewiarygodna formuła. Bardzo dobre perfumy stworzone lata temu. Dwa czy trzy składniki je budujące są produkowane wyłącznie dla Diora.

MM: Tak, mają na nie wyłączność.

GN: Estragon, bazylia – są produkowane specjalnie dla nich.

PB: Eau Sauvage to dzieło geniusza. Tyle lat na rynku i wciąż tak popularne.

GN: Tak. A kolejne to Caron Pour Un Homme, choć nie noszę ich osobiście. Bardzo tradycyjne.

PB: Czyli to są Twoje dwa ulubione zapachy z przeszłości?

GN: Tak. Normalnie tego nie robię, ale akurat Eau Sauvage często łączę z naszym Royal Vintage…

PB: Mam własny flakon Royal Vintage…

GN: Więc musisz tego spróbować.

MM: Kiedyś byłam bardziej klasyczna, ale teraz lubię bardziej nowoczesne, minimalistyczne zapachy. To zresztą widać w naszym nowym designie.  Lubię czyste zapachy, czysty design. Dlatego noszę Pure Extreme.

GN: (do Martine) Bardzo do Ciebie pasują.

MM: Tak. To bardzo ładny zapach. To dzięki Tobie, Geoffrey.

GN: (uśmiecha się)

MM: Jesteśmy pewni, że odniesie on taki sukces, jak Ananda, która jest już na rynku całkiem długo.

PB: Skąd ta pewność? Co takiego specjalnego jest w Pure Extreme?

MM: Wiesz, czasem w życiu po prostu dobre rzeczy pojawiają się w odpowiednim czasie…

GN: Trudno tak naprawdę odpowiedzieć…

MM: Nie jest to zapach zgodny z obecną modą na zapachy orientalne i oud. Wiesz, perfumy nosisz wedle nastroju, a te uczynią Cię szczęśliwym i pełnym energii. Czujesz, że są idealnie wyważone. Nie za słodkie, nie za owocowe. To specjalna kategoria.

PB: Po zaledwie kilku testach mogę stwierdzić, że to zapach łatwy w noszeniu, zdecydowanie łatwiejszy  niż większość Waszych perfum, aczkolwiek nie pachnie przesadnie komercyjnie…

MM: Ma bardzo ładną sygnaturę.

PB: Wyczuwam w nim różę…

GN: Tak, jest w nim róża stulistna, czyli to lżejsze i bardziej zielone oblicze róży.

MM: To zmysłowe perfumy i jednocześnie nowoczesne, atrakcyjne, eleganckie. Mają cechy, które skazują je na sukces. Dopasowują się dobrze zarówno do dojrzałej damy jaki i do młodej 20-25 letniej kobiety.

PB: Miejmy zatem nadzieję, że Pure Extreme będą tak długowieczne jak Eau Sauvage!

MM: Tak…Zobaczymy!

PB: Martine, Wasza marka znana jest z bardzo specjalnych, pięknych flakonów zaprojektowanych przez Ciebie i zdobionych ręcznie. Czy uważasz, że istnie artystyczna synergia pomiędzy perfumami a flakonem?

MM: Flakony są dla nas bardzo ważne od samego początku. Lubię koncepcję łączenia sztuki i perfum. To jedna z przyczyn naszego sukcesu. Kontynuujemy więc projektowanie artystycznych flakonów. Nasi klienci, którzy są bardzo lojalni, bardzo to sobie cenią. Uważam, że gdybym zdecydowała się teraz na zupełnie prosty flakon bez artystycznych zdobień, tak jak to robi wiele niszowych marek, to nie byłaby już nasza sygnatura ani nasza charyzma. Dla mnie to bardzo ważne, gdyż lubię piękne przedmioty.

GN: To nasze DNA…

Cdn.

micallef maj

Micallef w Quality – nowe zapachy: „Osaïto” i „Pure Extreme”.

Zdążyło minąć nieco ponad pół roku od poprzedniej wizyty Martine Micallef i Geoffrey’a Nejmana w Perfumerii Quality. Wówczas to w chłodny październikowy dzień zostaliśmy oczarowani opowieścią Geoffreya o ówczesnej męskiej premierze pod tajemniczą nazwą AKOWA i niezwykłym składniku, który buduje ten wyjątkowy zapach. Tym razem twórcy marki Parfums Micallef przybyli do nas z dwóch, a właściwie nawet trzech powodów: jubileuszu 20 lecia powstania marki, premiery nowych damskich perfum Pure Extreme oraz premiery męskiego zapachu Osaïto, będącego kontynuacją opowieści rozpoczętej przez AKOWA (opowieść ta – co zdradził mi Geoffrey – znajdzie swoje zakończenie w postaci trzeciego zapachu, którego premiera przewidziana jest na przyszły  rok).

Martine Micallef & Geoffrey Nejman

20 lat to kawał czasu i trzeba przyznać, że Martine i Geoffreyowi udało się z połączenia sztuki i perfumowego rzemiosła zbudować z sukcesem coś niezwykłego. Przypominam, że mówimy nie tylko o znanej na całym świecie z bezkompromisowej jakości marce perfum niszowych/ ekskluzywnych, ale także o zlokalizowanej w Grasse fabryce perfum z własnym laboratorium, „osobistym” perfumiarzem (Jean-Claude Astier) oraz rozlewnią zdolną napełnić 150 tys. flakonów rocznie, gdzie zarówno napełnianie, zdobienie i pakowanie flakonów odbywa się całkowicie ręcznie, co kreatorzy marki często podkreślają. Na obecnym etapie marka jest w trakcie otwierania kolejnych ekskluzywnych butików w najważniejszych miastach świata (póki co czynne są dwa – w Dubaju i Abu Dhabi, ale w planach już są kolejne, m.in. w Paryżu, a finalnie ma być ich 10).

Osaito 2

Dla mnie wizyta twórców Parfums Micallef miała jeszcze jeden, najważniejszy, aspekt. Zarówno z wypowiedzi prezentującego nam dwa nowe zapachy Nejmana, jak i z niektórych jego stwierdzeń, które usłyszałem podczas ekskluzywnego wywiadu, jakiego twórcy marki udzielili mi po prezentacji (cały wywiad opublikuję wkrótce), wynika że Micallef i Nejman postanowili odmłodzić swoją firmę, i że już zaczęli przygotować się do przekazania jej w ręce młodych następców. Obecni na środowej prezentacji  prasowej mogli usłyszeć od Geoffreya, że ma on już gotowy plan rozwoju firmy na najbliższe siedem lat. Można się jedynie domyślać, że po zrealizowaniu tego planu firma Parfums Micallef będzie już zarządzana i kreowana przez młode pokolenie. Tymczasem podjęte już zostały działania odświeżające image marki (m.in. nowe visuale), a oba najnowsze pachnidła: Pure ExtremeOsaïto dowodzą zmian także w zakresie projektowania zapachów, co zresztą potwierdził sam Nejman, mówiąc iż są one zdecydowanie mniej couture, bardziej zaś modern i minimalistic, podobnie zresztą jak flakony, pozbawione ozdób w rodzaju kryształów Swarovskiego, z których marka była dotąd znana. Nejman nie krył, że nowymi zapachami chcą trafić do młodszej klienteli, i że po raz pierwszy w historii marki decyzję na temat ostatecznego kształtu perfum miało „młode pokolenie” kreatywnego zespołu Parfums Micallef. Pure Extreme i Osaïto doskonale ilustrują tę zmianę kierunku.

M. MICALLEF Osaïto_visual

Osaïto – duchowa podróż do Tybetu

Tak jak  AKOWA miał swój początek w Afryce, w jej ziemi, w esencjach roślin z Czarnego Lądu tak Osaïto znalazł swą inspirację w powietrzu i wietrze Tybetu.

W przeciwieństwie do mocnego, wyrazistego i charakternego poprzednika Osaïto to zapach bardziej ulotny, lekki, świeży, łączący subtelne cytrusy z zielonością mirtu i ciepłem nieśmiertelnika, a wszystko to osadzone na drzewno-ambrowej bazie. 

Osaïto to nowa jakość w ofercie Micallef. Zapach jest na wskroś nowoczesny, casualowy, choć wciaż niebanalny. Rozwija się od miękkiego cytrusowego intro, przez zielone i jednocześnie subtelnie ziołowe serce aż po jeszcze cieplejszą, słoneczną, ambrową bazę, w której wciąż czuć echa głównego tematu. Osaïto kojarzy mi się z Aqua Vitae Francisa Kurkdjiana, ale ma od niego lepsze parametry użytkowe, a także wyraźniejszą sygnaturę

Osaito

Flakon Osaïto ma szorstką, przypominająca beton fakturę, która nadawana jest ręcznie. Stąd nie ma dwóch identycznie wyglądających flakonów tego zapachu.

M. MICALLEF Osaïto 100ml EDP

Nuty głowy: grejpfrut, cytrusy, nuty  morskie

Nuty serca: mirt, nieśmiertelnik

Nuty bazy: sandałowiec, egzotyczne drzewa, piżmo, ambra

twórcy: Geoffrey Nejman/ Jean-Claude Astier

rok premiery: 2016

 

 

micallef pure extreme

Pure Extreme 

Pomyślany jako lekki, kwiatowy zapach dla młodych kobiet Pure Extreme jest przykładem perfekcyjnej realizacji założeń. Śliczne,  w istocie bardzo kobiece, lekkie, ale jednocześnie wyraźne perfumy, w których delikatny bukiet kwiatowy (gardenia, róża i jaśmin) oparty został na ambrowo-piżmowej bazie. W zapachu użyto dużej ilości piżm, z przewagą pachnących „czystością” tzw. białych piżm. Efekt jest moim zdaniem naprawdę przekonujący i nie dziwi mnie fakt, iż – jak relacjonowali Martine i Geoffrey – zapach krótko po wejściu na rynek stał się bestsellerem. Mimo nieskomplikowania, ma wyraźną sygnaturę, która pięknie projektuje wokół noszącej go osoby.  Jest zaprzeczeniem tego, co było charakterystyczne dla dotychczasowych kobiecych pachnideł Micallef, takich jak Ananda, Mon Parfum czy Jewel for Her – ich wyraźnej złożoności, wielowątkowości, czasem wręcz przytłaczającej gęstości i nierzadko obezwładniającej mocy.

To wszystko czyni zeń doskonały zapach do używania na co dzień, na każdą okazję, bez obawy o niedostosowanie lub trudny do zaakceptowania przez otoczenie charakter. Komercja? Z pewnością tak, ale w najlepszym wydaniu. 

Flakon to przykład niespotykanego dotąd u Micallef minimalizmu i jednocześnie idealna ilustracja charakteru zapachu, który sprawia wrażenie odpowiedzi na konwencję transparentnych, ciepłych zapachów kwiatowych proponowanych w mistrzowski sposób choćby przez Francisa Kurkdjiana (A La Rose czy Aqua Universalis). Zarówno design flakonu jak i sam zapach zdecydowane mnie przekonują.

pure-extreme-par-m-micallef-

Nuty głowy: gardenia, róża

Nuty serca: jaśmin

Nuty bazy: nuty drzewne, białe piżmo, ambra

twórcy: Geoffrey Nejman/ Jean-Claude Astier

rok premiery: 2015

Wywiad z Olivierem Durbano, Dom Perfumeryjny Quality, Warszawa, 17.11.2015

Podczas niedawnego pobytu Oliviera Durbano w Domu Perfumeryjnym Quality i przy okazji warsztatów zapachowych połączonych z premierą jego najnowszego pachnidła „Chrysolithe” udało mi się porozmawiać z tym nietuzinkowym artystą, a zapis niniejszej rozmowy publikuję poniżej.

_MG_7306

Perfumowy Blog: Olivier, na wstępie chciałbym podziękować Ci za to, że zgodziłeś się na ten wywiad i poinformować Cię, że będzie on opublikowany na Perfumowym Blogu, który piszę już od ponad pięciu lat. Miałem więc okazję testować bardzo wiele perfum i muszę przyznać, że Twoje zawsze robiły na mnie wyjątkowe wrażenie…

Olivier Durbano: Dziękuję.

PB: Zanim przejdziemy do tematyki perfumowej, chciałbym wyrazić moje wyrazy współczucia w związku z tym, co stało się w ostatni piątek w Paryżu (ataki terrorystów 13.11). Wiem, że mieszkasz w tym mieście. Czy byłeś tamtej nocy w domu?

OD: Tak, oczywiście, poprzedni weekend spędziłem w Paryżu. Trudno mi o tym mówić. Wielki smutek, wiele tego typu emocji, których tak naprawdę w normalnej sytuacji nie lubisz. Jedynym wyjściem dla nas jest myśleć więcej o tym, co lubimy. Rozmawiać o sztuce, tworzyć dobre i piękne emocje. Nic poza tym.

PB: Jeżeli możemy jeszcze chwilę kontynuować ten wątek – jaki jest Twój punkt widzenia na problem emigrantów w Europie?

OD: Dla mnie to tak naprawdę nie ma związku. Po prostu niektórzy ludzie pozbawieni są człowieczeństwa. To nie jest jedna grupa, nie jest to jeden człowiek. To zbyt skomplikowane i trudne do zrozumienia. Najprostszą reakcją jest dyskusja i zastosowanie rozwiązań politycznych, ale ja nie chcę się w to zagłębiać. Wolę myśleć wyłącznie o pięknych rzeczach. Co najlepszego możemy  w tej sytuacji zrobić? Odpowiedź na to pytanie jest dla mnie jedynym rozwiązaniem. Nadzieja, światło, miłość, piękno, sztuka, wolność…

PB: Czy widziałeś reakcje Europejczyków na te tragiczne wydarzenia? Te manifestacje solidarności z Francją? Myślę, że one są pełne nadziei?

OD: Tak, to bardzo poruszające i myślę, że wszyscy we Francji są tym poruszeni. Ale uważam, że poza tym musimy sobie zdawać sprawę, że nie jesteśmy sami na świecie. Nawet gdy jest to trudne, musimy coraz bardziej przejmować się także tym, co dzieje się na zewnątrz nas, nie tylko w Paryżu. Musimy być dumni i pamiętać, że jesteśmy symbolem czegoś. Myślę, że Francuzi odkrywają teraz, że musimy do czegoś wrócić. Musimy się czegoś nauczyć. Ale tu nie chodzi tylko o Paryż. Właśnie zaczęliśmy coś rozumieć. Także dlatego jest to tak trudne…

PB: Miejmy nadzieję, że z całej tej sytuacji wyciągniemy dobre wnioski…

OD: Musimy także walczyć ze sobą – w tym sensie, by nie reagować negatywnie, a o to przecież jest tak łatwo. To wszystko łączy się ze sobą. Przez cały weekend nie byłem gotów, by się spakować do podróży tutaj, by nawet o tym myśleć. Ale że znam rodzinę Missalów i wiem, że jestem tu zawsze mile przyjmowany, i że jest wiele osób w Polsce, które są tak miłe, i że będziemy rozmawiać o tym, co lubimy, nie pomyślałem ani przez chwilę o odwołaniu przyjazdu. Choć nie było mi łatwo wczoraj odnaleźć energię, by opuścić Paryż. Pojutrze wracam do Paryża. Trudno mi opuszczać to miasto, jednak prawdopodobnie wkrótce będę musiał udać się do Nowego Jorku, choć w tej chwili nie jest to jeszcze pewne. Wolałbym jednak w tym okresie pozostać w Paryżu, nawet jeśli nie jest to do końca komfortowe patrzeć na smutek, myśleć wciąż o tym. Poza tym, wszechobecne media i pełni obaw ludzie… Każdy jest w tej chwili bardzo wrażliwy…

PB: Przejdźmy zatem do głównego tematu naszej rozmowy. Przede wszystkim chciałbym Ci pogratulować, gdyż minęło już 10 lat od premiery Twoich pierwszych perfum Rock Crystal. Do dnia dzisiejszego stworzyłeś ich już jedenaście, co daje jedno pachnidło na rok. Znam je wszystkie, poza oczywiście najnowszym Chrysolithe. Wszystkie one są wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. Bardzo trudno mi wybrać jeden ulubiony zapach. Stąd moje pierwsze pytanie, czy masz swoją ulubioną kompozycję lub taką, z której jesteś najbardziej dumny. Jeżeli tak, to która to i dlaczego właśnie ta?

OD: Nie mam swojej ulubionej. Zwykle najbliższa jest mi najnowsza. W tej chwili noszę właśnie najnowszą, Chrysolithe. Przez cały poprzedni rok nosiłem Promethee. Z kolei 10 lat temu przez ponad 3 kolejne lata byłem wierny Rock Crystal, od czasu do czasu zmieniając go na powstające wówczas Amethyst i Black Tourmaline. Od tego czasu każdego roku przez rok noszę swój nowy zapach. Myślę, że jest to logiczne. To jest mój rok przemyśleń, więc muszę nosić mój nowy zapach. Kto wie, może w przyszłym roku będę nosił swoje kolejne perfumy?

_MG_7226

PB: Bardzo często muzycy rockowi lub jazzowi pytani o  to, którą swoją płytę lubią najbardziej, odpowiadają że ostatnią lub też tą, która dopiero powstanie. Nie przepadają za swymi starszymi dziełami i nie chcą do nich wracać, wolą żyć teraźniejszością i przyszłością…

OD: To wydaje się logiczne. To znaczy, ja kocham wszystkie swoje pachnidła, ale czuję się komfortowo, gdy noszę najnowsze. Ono zawsze wieńczy ostatni rok moich przemyśleń i poszukiwań, więc wydaje się to logiczne. Jest to dla mnie także rodzaj ewolucji. Mógłbym oczywiście sięgnąć po inny swój zapach – na przykład w pewnym okresie mojego życia, gdy często występowałem przed dużymi grupami ludzi, odstępowałem od swojej zasady i nosiłem Black Tourmaline. Stanowił on dla mnie swego rodzaju ochronę, osłonę… Natomiast teraz już tego nie robię. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że jestem inny, niż kilka lat temu. I teraz zwykle używam swych najnowszych perfum.

PB: Czy Black Torumaline jest rodzajem zapachu, który odpycha ludzi od osoby go noszącej?

OD: Nie. Nie w tym rzecz. Chodzi mi o osłonę. Wiesz, do czasu do czasu, gdy mam trudności z pewnymi ludźmi, noszę także Czarny Turmalin w formie kamienia. Nie twierdzę, że to jest prawdziwe. Dla mnie to jest po prostu akt symboliczny, który być może mi pomaga, nie wiem… Jednak w tej chwili coraz mniej tego potrzebuje, więc to się zmienia. Wszystko to jest moim artystycznym zamiarem, choć dla kogoś innego może to oznaczać coś zupełnie innego. I to jest to, co w tym lubię. Jest dla mnie ważne, co czuję, gdy coś tworzę. Jednak później ważne jest dla mnie wiedzieć, że ktoś inny ma swoje odczucia względem mojego dzieła. Najważniejsza rzeczą jest otrzymywać emocje, czuć te emocje. Możesz wyobrazić sobie coś zupełnie innego od moich inspiracji, mi to nie przeszkadza. Ważne jest to, że w ogóle coś czujesz. Najlepiej gdy jest to coś pozytywnego [śmiech]. Ale oczywiście nie mam nic naprzeciw, gdy ludzie mówią mi, że zupełnie nie lubią tego czy tamtego zapachu. Czemu nie? To Twoje życie! Nie ja decyduję. Nie wiem, dlaczego tego nie lubisz. Może gdybyśmy się zastanowili, dowiedzielibyśmy się, czemu nie lubisz np. jakiegoś składnika lub mieszanki jakichś składników. Na pewno jest jakaś przyczyna. Ale generalnie Twój odbiór nie jest niczym skrępowany. Jest zupełnie wolny.

PB: Jesteś z wykształcenia architektem, ale nie praktykujesz tego zawodu. Zamiast tego zajmujesz się tworzeniem biżuterii i jest to Twoja zasadniczą działalność artystyczna. Dlaczego więc niegdyś zdecydowałeś się również na tworzenie perfum? Czy perfumy były dla Ciebie wcześniej ważne? A może był to przypadek?

OD: Perfumy były dla mnie ważne. Jednak punktem wyjścia, początkiem wszystkiego były i są kamienie. Wszystko kręci się wokół kamieni. Byłem zafascynowany kamieniami, stworzyłem pierwszy naszyjnik. Gdy to się stało, szybko zdałem sobie sprawę, że było to dla mnie coś bardzo ważnego.

PB: Kiedy to dokładnie było?

OD: Mój pierwszy naszyjnik powstał w 1998 roku. Pomysł na perfumy powstał w 2004 roku. Zapach Rock Crystal został przedstawiony w 2005 roku. Wcześniej perfumy były dla mnie ważne. Podobały mi się bardzo specyficzne zapachy. Byłem wierny wybranym przez siebie perfumom. Pomysł połączenia legend, symboliki pojawił się w moim umyśle w formie historii, filmu, obrazów, do których można wyobrazić sobie zapach. A ten zapach mógł stać się perfumami. Tak więc krok po kroku rodził się pomysł moich perfum. Nie wiedziałem wtedy nic o ich tworzeniu…

PB: Ale jesteś przecież Francuzem, więc perfumy są ściśle związane z historią i kulturą Twojego kraju…

OD: Tak, więc może także i to, ze urodziłem się w Cannes, a część mojej rodziny pochodziła z Grasse, choć nie była związana z przemysłem perfumeryjnym (moi pradziadkowie zajmowali się kwiatowymi ozdobami). Na początku nie widziałem z tym związku, ale w tej chwili myślę, że jakieś nieuświadomione związki istnieją.

PB: W 2005 roku deklarowałeś, że Twoja kolekcja perfum składać się będzie z siedmiu zapachów…

OD: Tak, gdyż siódemka to moja ulubiona cyfra. Jednak, jak widać, czasem jestem w błędzie! [śmiech]

PB: Jednak po premierze Citrine kontynuowałeś tworzenie perfum, tworząc wspaniały Heliotrope (który nota bene mam dziś na sobie) oraz kolejne pachnidła. Dlaczego więc zmieniłeś plany?

OD: Szczerze mówiąc, to wówczas jeszcze nie wiedziałem, ile będzie tych zapachów. Ludzie jednak bardzo często mnie o to pytali, więc wybrałem siedem z wyżej wspomnianych względów… Akt twórczy nie jest czymś, o czym decydujesz. Nie kontrolujesz tego. Jedne perfumy na rok to nie jest dużo, ale pozwala mi czuć się dobrze je tworząc. Jeżeli mam pomysł i możliwości tworzenia – tworzę. Zapachów jest więcej niż siedem, i to jest wg mnie dobre. Ludzie myślą, że to koniec, ale ja zawsze mogę zmienić zdanie. Gdy powstawały Rock Crystal, Amethyst i Black Tourmaline, było to co roku i nie miałem wówczas określonej i zaplanowanej liczby. Teraz mogę powiedzieć Ci, że będę coś robił w przyszłym roku, ale nigdy nie wyjaśniam, co będę robił, gdyż chcę czuć swobodę zmieniania i adaptacji mojego projektu. Uważam, że tworzenie jest miłe, gdy dajesz ludziom coś skończonego. Nie ma sensu rozmawiać o tym, zanim to powstanie. Także z pewnością będzie kolejny zapach, ale nic o nim jeszcze nie wiem i nie chcę wiedzieć. Nie wiem, co się wydarzy, w jakim kierunku pójdę. Tego jeszcze nie wiem…

_MG_7209

PB: W tym miejscu chciałbym zapytać Cię nieco więcej nt. samego procesu tworzenia. Z tego co wiem, nie jesteś wyszkolonym perfumiarzem. W jednym z wywiadów wspomniałeś, że pracujesz z perfumiarzami w Grasse. Jak wygląda ta współpraca? Jaki jest podział ról pomiędzy Tobą a chemikiem-nosem?

OD: Na początku muszę mieć pewność, jaki kamień lub jaka legenda będzie moją inspiracją. Gdy już to wiem, zaczynam zgłębiać temat, wiele czytam, spędzam czas z inspirującym mnie kamieniem, poznaję go. Przed sobą mam listę, na której dopisuje krok po kroku składniki będące wynikiem mojej logiki.

PB: Czyli zaczynasz tworzenie we własnej głowie, w wyobraźni. Potrafisz wyobrazić sobie mniej więcej swoje przyszłe dzieło?

OD: Tak. Odnajduje wszystkie obrazki potrzebne mi do stworzenia tego filmu. To coś w tym rodzaju. Muszę mieć poukładany kompletny film w moim umyśle. Film ten skalda się z obrazów, a te ze składników. I te zapisuje na mojej liście. Gdy lista ta wydaje się kompletna, udaje się do miejsca, które nazywam „kuchnią”, gdzie wraz z chemikiem [perfumiarzem – przyp. autor] staramy się te składniki połączyć. Jest dla mnie bardzo ważne, żeby w formule perfum znalazły się wszystkie składniki z mojej listy, nawet jeśli – a było tak szczególnie na początku – staczam walkę z chemikiem, który mówi mi, że nie da się połączyć tego i tamtego składnika. Spróbujmy – mówię mu. To jest dobre. Ponieważ nie jestem nosem, więc nie dbam o to. Chcę coś zbudować, jestem niczym architekt. Mam pomysł, projekt budynku, ale potrzebuję ludzi, by ze mną ten budynek postawili. Tak samo jest właśnie z perfumami. Ważne jest, by pracować z ludźmi, którzy nie są gwiazdami. Tzn. szanuję sławnych perfumiarzy, ale nie z nimi chcę pracować. Nie byłbym w stanie. Mam szczęście wciąż pracować z ludźmi, których poznałem na samym początku. Lubię pracować w zespole trzyosobowym. Uważam, że jest wtedy zachowana większa równowaga. Pracujemy tak długo, aż dochodzimy do tego momentu, gdy dzieło jest tym, czego oczekiwałem.

PB: W jaki sposób wiesz, że perfumy, nad którymi pracujecie, są w danym momencie skończone?

OD: W sztuce jest to zawsze ten sam problem. Ja czuję się ponad wszystko artystą. Nie jestem jubilerem, nigdy nie chciałem nim być. Nie jestem nosem. Nie chcę nim być. Szanuję ich, ale to nie moja rola. Jestem artystą. Czuję się dobrze z pewnym rodzajem medium, nawet jeśli nie wiem o nim wszystkiego. Gdy malujesz, jest to taka sama sytuacja. Kiedy powinieneś skończyć? To bardzo specjalnym moment. Nie jest dobrze skończyć, zanim ten moment nastąpi i podobnie – nie jest dobrze kończyć po upływie tego momentu. Musisz więc znaleźć ten właściwy moment. Jeżeli nie myślisz o percepcji Twojego dzieła przez ludzi, gdy jesteś prawdziwie wolny… To jest problem twórczości i sztuki. Nie tworzysz dzieła dla siebie. Twoją pracą jest stworzyć dzieło najlepsze wg Twoich własnych kryteriów. Jako artysta jesteś zupełnie sam z tym problemem. Musisz wybrać moment ukończenia swojego dzieła w zgodzie ze samym sobą. Musisz powziąć pewne ryzyko. To nie jest łatwe, ale dla mnie to normlany proces. Od czasu do czasu pojawiają się oczywiście wątpliwości, ale trzeba stawiać im czoło. Perfumy to nie jest wyłącznie proces komponowania. Dla mnie to znacznie więcej. Jest w tym zarówno filozofia, jak i duchowość, zgoda ze sobą, a czasem walka ze sobą. To coś kompletnego.

PB: Gdy czytam na temat procesu tworzenia perfum, spotykam się z informacjami na temat tego, ile prób zajęło perfumiarzowi skomponowanie tego czy tamtego zapachu. Czy pamiętasz, które z Twoich perfum wymagało największej liczby prób lub które powstawały najdłużej?

OD: Nie zwracam na to uwagi. Zapominam o tym. Zwykle pracuję nad zapachem rok. Może to i nie długo, ale z drugiej strony to długo. To moja metoda – nie śpieszyć się. Zwykle ostatnie testy robione są u progu lata, później następuje maceracja, następnie we wrześniu podczas targów Pitti Fragranze we Florencji przedstawiam nowy zapach. Lubię ten rytm, przyzwyczaiłem się do niego, jest dla mnie odpowiedni.

_MG_7210

PB: Podczas recenzowania Twoich perfum zawsze staram się interpretować je znajdując pewne powiązania pomiędzy zapachem, składnikami, a kamieniem lub legendą, która była dla Ciebie inspiracją. I tak np. w Amethyst umieściłeś wyraźną nutę winogrona, które jest surowcem do produkcji wina. Jednocześnie ametyst to kamień, które wg. starożytnych Greków miał chronić przed pijaństwem. Tego typu powiązania znajduję także w innych Twoich perfumach, a ich odkrywanie jest bardzo ekscytujące i jedyne w swoim rodzaju. Czy zgadzasz się z taką interpretacją Twoich zapachów?

OD: O tak. To jest dokładnie to, co jest dla mnie ważne. Oczywiście. To dlatego właśnie, gdy projektuje zapach, tworzę swoją listę składników, która pochodzi wprost z moich inspiracji. Nie jest ona dosłowna. To raczej moja osobista interpretacja, gdyż to jest przecież sztuka, a nie nauka uniwersytecka. Wybieram te składniki, które lubię. Te które do mnie w danym kontekście przemawiają. Nie wszystkie te powiązania będą dla każdego zrozumiałe, gdyż zdarzają się też bardzo osobiste interpretacje, Czasem – w okresie pracy nad listą składników do zapachu – natrafiam przypadkiem na coś, co okazuje się idealnie pasować do mojej koncepcji. Tak było z nutą białej trufli w Lapis Philosophorum.  To było we Włoszech. To był pierwszy raz gdy zamówiłem makaron z białymi truflami. Gdy otrzymałem swój talerz, aromat jaki mnie dobiegł wywarł na mnie niemal alchemiczny efekt! To było coś więcej, niż tylko zapach jedzenia. Tak więc moje inspiracje mają bardzo różny charakter. To mieszanka. Mogę pójść na wystawę obrazów i znaleźć malowidło, w którym odnajdę połączenie ze swoimi poszukiwaniami. Tak więc krzyżuję wiele różnych rzeczy. Owszem, zwykle świadomie poszukuję elementów tej układanki, gdy np. czytam na dany temat. Ale jestem także otwarty na rzeczy, które w tym czasie przydarzają mi się w życiu. Jeżeli mam poczucie, że to pasuje, biorę to. Nawet jeśli później trudno to wyjaśnić. Ale przecież nie trzeba wszystkiego wyjaśniać! Przecież ten przykład białej trufli to anegdota. Ale zabawna! Wierzę, że to jest dobra metoda. Gdy starasz się zawrzeć w swoim dziele więcej napięć, wywołasz więcej emocji wśród odbiorców Twojego dzieła.

PB: Od Rock Crystal do Heliotrope używałeś prawdziwych kamieni jako inspiracji dla swych perfum. To czyniło Twoją kolekcję bardzo spójną. Jednak w 2013 roku tworząc Lapis Philosophorum, posłużyłeś się legendą jako inspiracją. W perfumowej blogosferze pojawiły się pogłoski, że ten zapach był swoistym przejściem od prawdziwych kamieni do legendarnych, nieistniejącymi w naturze – jako źródeł Twojej inspiracji. Twój następny zapach Promethee potwierdzał tę zmianę. Opowiedz proszę o inspiracji dla Twojego najnowszego dzieła Chrysolithe? W jaki sposób przetłumaczyłeś legendę tego kamienia w pachnidło?

OD: Wróćmy na chwilę do Lapis Philosophorum. Lubię być w swej twórczości wolny. A ten zapach był moim dziewiątym. Dziewiątka symbolizuje zakończenie jednego cyklu i rozpoczęcie kolejnego. Pomyślałem wówczas, że tym razem chcę poszukać inspiracji gdzie indziej. Kamień filozoficzny wydawał się być w tym momencie idealną inspiracją. Jednak decyzja o takiej zmianie miała dotyczyć tylko tego jednego zapachu, a nie wszystkich kolejnych. Mimo to rok później natrafiłem na legendę o Prometeuszu i zainspirowała one mnie. Chrysolithe to ciekawy przypadek, gdyż jest to kamień, ale nie konkretny. To raczej ogólna nazwa dla grupy kamieni. Ta nazwa używana była niegdyś wobec różnych rodzajów kamieni. Obecnie jej się nie używa, gdyż identyfikuje się już konkretne kamienie np. oliwin, prenit, apatyt. Co ważne dla mnie, Chrysolithe można odnaleźć w różnych świętych pismach, w Biblii, w Torze i oznacza on tam bardzo wysoki poziom duchowości. Tak więc ten zapach był okazją do oddania czegoś bardzo uduchownionego, ale i szansą na użycie innego rodzaju składników. Tak jak na liście składników budujących Promethee pierwsze miejsce zajmował koper włoski, tak w przypadku Chrysolithe była to szałwia – symbol czystości. Wiem, że niektóry ludzie lubią rzeczy łatwe do zrozumienia, ale ja nie jestem tego zwolennikiem. Przede wszystkim robię to, co chcę, nawet jeśli będzie to może trochę trudniejsze do wyjaśnienia. Wiem, ze wielu osobom przeszkadza odmienność Philosopher Stone od tego, co robiłem wcześniej. Nie rozumiem tego. Ale moja wolność twórcza jest najważniejsza. Czasem zrobisz krok w lewo, krok w prawo, a niektórzy mają z tym kłopot…

PB: Uważam, że to dobrze świadczy o artyście, jeżeli stawia sobie i swej publiczności wyzwania…

OD: Robię to, co czuję. Byłoby to smutne, gdybym mając koncepcję inspiracji w mitycznym kamieniu stwierdził, że nie zrobię tego, gdyż ludzie są tak przyzwyczajeni do prawdziwych kamieni. Może więc stworzę np. Black Agate. Jeżeli faktycznie poczuję, ze to właśnie Black Agate będzie następnym, pójdę w tym kierunku. Ale nie chce zmieniać swoich uczuć tylko dlatego, że obawiam się reakcji ludzi. Muszę sam czuć się dobrze ze swoimi wyborami. Dam Ci przykład. Wracając do mojej listy składników w przypadku Chrysolithe, gdy na nią spojrzałem, zanim udałem się do „kuchni”, zdałem sobie sprawę, że nie ma na niej kadzidła. Więc natychmiast pomyślałem, jakiego kadzidła mógłbym tu użyć. Ale okazało się dla mnie ważne, by powiedzieć sobie nie. Lista jest taka, ponieważ taką stworzyłem pod wpływem inspiracji i taka powinna pozostać. Więc będzie bez kadzidła. Choć przecież sam zapach ma w sobie naturę kadzidła, gdyż inspiracją jest wysoki poziom uduchowienia. Nie jestem więźniem kadzidła. Kocham kadzidła, kocham kamienie, ale – choć było to wyzwanie i walczyłem sam z sobą – powiedziałem tym razem nie. Poszedłem dalej nie dodając kadzidła, a rezultat jest równie interesujący.

PB: Sprzedajesz swoje perfumy w Europie, w USA oraz w Zjednoczonych Emiratach Arabskich…

OD: Tak, ale nie w całych  krajach, tzn. w Stanach tylko w Luckyscent w Kalifornii, a w ZEA tylko w Dubaju w Villa 505. Luckyscent jest ze mną od samego początku. Zaprosili mnie na wylansowanie Rock Crystal i od tego czasu pracujemy razem. Są bardzo mili i lubię z nimi pracować. Z kolei Villa 505 to spotkanie z Dhaher Bin Dhaherem, twórcą domu Tola Perfumes. Stworzył on bardzo miłe i zupełnie unikatowe miejsce w Dubaju, inne niż wszystkie perfumerie. To rodzaj domu z ogrodem, w którym można nie śpiesząc się, poczuć się wyjątkowo. Pracujemy razem od 2 lat. Lubię pracować z miłymi ludźmi, z którymi darzymy się wzajemnym szacunkiem i dzielimy podobną filozofię.

_MG_7215

PB: Czy znasz opinie nt. Twoich perfum wśród klienteli w tych krajach? Czy widzisz różnice w odbiorze Twoich perfum w zależności od miejsca zamieszkania?

OD: Nie znam opinii, ale myślę, że to jest bardziej kwestia osobowości, a nie kraju, w którym mieszkasz. Oczywiście wygodnie jest kalkulować, jaki zapach polubią w krajach arabskich, a jaki w Stanach Zjednoczonych, i może nawet jest to faktem, ale to nie jest moja filozofia. Spotkałem się z opiniami, że Black Tourmaline jest zapachem typowo męskim, podczas gdy swego czasu wybrała go dla siebie niezwykle elegancka i bardzo kobieca klientka. Tak więc moim zdaniem chodzi bardziej o osobowość, aniżeli cokolwiek innego. Ten sam zapach z mojej kolekcji znajdziesz na wielu różnych osobach: mężczyznach, kobietach, blondynach, brunetach, starszych, młodszych, pięknych, niezbyt urodziwych…

PB: Czy coś te osoby Twoim zdaniem łączy? Jakiś rodzaj uduchowienia?

OD: Trudno to zrozumieć. To skomplikowane. Na to składa się historia danej osoby, jej wspomnienia, jej pamięć zapachowa, wiele rzeczy. Czasem ludzie mogą twierdzić, że nie są uduchowione, ale z drugiej strony są zachwycone bardzo uduchowionym zapachem… Co jest dla mnie najważniejsze, to nie wiedzieć i rozumieć, tylko czuć. Jeżeli więc perfumy wywołują u kogoś dobre emocje i czuje się on w nich dobrze – to doskonale. To jest miłe.

PB: Prawdopodobnie wiesz, który z Twoich zapachów jest bestsellerem…

OD: Zupełnie nie lubię tego określenia….

PB: Muszę przyznać, że w miarę upływu naszej rozmowy uświadamiam sobie, że Twoje podejście do sztuki perfumowej jest zupełnie niekomercyjne… Zapytam więc inaczej – czy wiesz który z Twoich zapachów jest najbardziej lubiany?

OD: Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Co mogę powiedzieć to to, że jestem szczęściarzem, że wszystkie moje zapachy, mimo że minęło już 11 lat od premiery pierwszego z nich, są wciąż dostępne, wciąż żyją. Nawet jeśli niektóre z nich nie „spotykają ludzi”, nic się nie dzieje. Rock Crystal jest jednym, którego lubi wiele osób. Być może dlatego, że był pierwszy, czas obecności na pewno gra tu rolę. Black Tourmaline jest także bardzo specjalny… Jednak dla mnie ważne jest, by każdy z nich znalazł swojego odbiorcę. Wiem, że niektóre z moich zapachów tworzą z ludźmi dużą rodzinę, a inne małą rodzinę, ale nie dbam o liczby. Jestem szczęśliwy, gdy dochodzi do spotkania moich perfum z człowiekiem.

PB: Czyli zupełnie niekomercyjne podejście….

OD: Czasem jest to niedobre dla mnie, wiem o tym! [śmiech]

PB: Twoje zapachy mają koncentrację wód perfumowanych, a więc wysoką. Są bardzo intensywne  i trwałe…

OD: Gdy lubisz jakieś perfumy, chcesz by były trwałe… To dla mnie bardzo ważny aspekt od samego początku. Lubię tę koncepcje, że używasz perfum o poranku, a wieczorem ktoś mówi Ci: „ładnie pachniesz” albo „czym Ty tak pachniesz?”.

PB: Skąd wziął się więc pomysł na Twoje perfumy w formie ekstraktów?

OD: Chciałem spróbować czegoś wyżej skoncentrowanego…

PB: Czy ekstrakty różnią się zapachem od eau de parfum?

OD: To kwestia innej ewolucji i innego sposobu używania, spryskiwania się nimi. Dla mnie zasadniczą częścią kolekcji są wody perfumowane, ale niektórzy lubią ekstrakty, więc czemu nie? Różnią się one koncentracją [30%, podczas gdy eau de parfum mają 20% – przyp. autor] i sposobem, w jaki ewoluują na skórze. Najpierw próbowaliśmy koncentrację 40%, ale to było zbyt wiele, więc zdecydowaliśmy się na 30%.

PB: Oferujesz także zapachy do pomieszczeń i świece…

OD: Traktuje je raczej anegdotycznie… Świece to była jednorazowa, bardzo mała produkcja. Lubię je, ale było to bardzo skomplikowane do zrobienia, ponieważ świece nie są łatwym produktem. Nie chciałem ani trochę zmieniać moich zapachów i np. z Citrine nie udało mi się to w ogóle. Cały proces jest tak skomplikowany, że postanowiłem, że nie będę tego robił ponownie. Dla mnie liczą się perfumy. Gdy chodzi o zapachy do pomieszczeń, to chodziło po prostu o to, by móc perfumować mieszkanie czy łóżko swym ulubionym zapachem. Ale możesz do tego celu równie dobrze użyć perfum.

PB: Faktycznie Twoje perfumy świetnie wiążą się z materiałami i na długo nadają im zapachu…

OD: Tak, to od początku było dla mnie jedną z najważniejszych kwestii, obok wysokiej jakości zapachów i ich kreatywności oraz ekskluzywności.

PB: Jak widzisz przyszłość swojej marki perfumowej?

OD: W tej chwili myślę o nowym projekcie. To wszystko. Mam poczucie, że by robić to, co robię, potrzebuję czasu. Muszę starać się robić to jak najlepiej, unikać błędów, mieć pasję. Odwiedzać miejsca, spotykać ludzi, rozmawiać z nimi. Mieć dobrą komunikację z ludźmi.

PB: Na koniec chciałbym Cię zapytać o „oudomanię”, o modę na perfumy  z oudem…

OD: Jeżeli coś jest modą, mnie to nie interesuje. Wiesz, ja użyłem oud w Black Tourmaline. To było w 2007 roku. Jednak teraz mnie to nie interesuje. Jeżeli coś jest modne, muszę być ostrożny, by tego nie robić. Gdyż teraz to już jest za późno. To samo doświadczenie miałem z kolorami moich perfum. Użyłem barwników, gdyż dla mnie miało to znaczenie – symbolika koloru związana z barwami kamieni. Wszyscy byli sceptyczni, gdy proponowałem moje kolorowe pachnidła, a dziś wszyscy używają kolorów w perfumach. Nie twierdzę, że to dzięki mnie, ale to na swój sposób zabawne…

PB: Olivier, mam jeszcze kilka pytań w zanadrzu, ale zdaje się, że musimy kończyć. Bardzo dziękuję za tę rozmowę. To była przyjemność.

OD: To ja dziękuję. Wiesz, dzięki tym pytaniom i naszej rozmowie pomogłeś mi samemu pewne kwestie lepiej zrozumieć.

_MG_7323
Olivier Durbano z autorem Perfumowego Bloga

 

PS. Serdecznie dziękuję Quality Missala za umożliwienie mi przeprowadzenia tego wywiadu.

Parfums M.Micallef w Quality Missala

IMG_20151027_111342

27.10.2015 Dom Perfumeryjny Quality Missala na warszawskim Bemowie gościł twórców marki M.Micallef – Martine Micallef i Geoffreya Nejmana. Pretekstem do zorganizowania spotkania z przedstawicielami mediów była premiera nowego męskiego pachnidła AKOWA, którego recenzję zdążyłem już napisać kilkanaście dni wcześniej. Zanim jednak Geoffrey Nejman przedstawił nam bliżej swe najmłodsze zapachowe dziecko, zaprezentował pokrótce historię marki. Muszę przyznać, że zaimponowało mi to, w jaki sposób ten zafascynowany perfumami duet artystki i finansisty (zapałał miłością do perfum podczas finansowego doradzania jednej z firm z branży perfumiarskiej w Grasse) postawił wszystko na jedną kartę i kierując się pasją połączoną z pracowitością i talentem, na przestrzeni niemal 20 lat zbudował jedną z najmocniejszych luksusowych marek perfumowych na świecie. Zaczynali od skromnej pracowni zlokalizowanej w ich domu w Grasse. Pierwsze flakony Geoffrey sprzedawał jeżdżąc od domu do domu rowerem (później małym Peugeotem). Przełomowym momentem była handlowa wizyta Nejmana w jego rodzinnych Niemczech (co ciekawe, ojciec Nejmana urodził się w Zduńskiej Woli). Tamtejszy rynek okazał się spragniony doskonałej jakości perfum, jakie od początku oferowali. Dziś w tym samym Grasse stoi fabryka o łącznej powierzchni 2000 m2, zaś perfumy M.Micallef dostępne są w 50 krajach na całym świecie. Imponujące. Mimo takiego rozwoju wiele operacji wciąż wykonuje się tu ręcznie, tak jak na samym początku w sławnej piwnicy.

Micallef Nejman 2015
Geoffrey Nejman i Martine Micallef

 

Obecnie – jak objaśniał Nejman – oferta Parfums Micallef składa się z kilku kolekcji:

Exclusifs – to pachnidła posiadające wspólną cechę – są wyraziste i oryginalne, odważne, czasem kontrowersyjne. Mają wzbudzać emocje – od uwielbienia po niekiedy nawet odrazę. To zapachy z gatunku: love it or hate it. Początkiem tej kolekcji był Aoud (2003) – jedne z chronologicznie pierwszych europejskich perfum z agarową żywicą w składzie. Tak, Geoffrey Nejman jest w tym zakresie pionierem. Jako jeden z pierwszych zdecydował się użyć agaru w perfumach przeznaczonych na europejski rynek, do czego z resztą z wielkim trudem przekonał Jean-Claude’a Astiera – perfumiarza o bardzo klasycznym, francuskim stylu. Ten nie wyobrażał sobie estetycznego użycia tej przedziwnie pachnącej substancji w perfumach. Efekt jednak okazał się doskonały, a zapach zdobył rzesze oddanych fanów. Europejska oudomania miała się zacząć kilka lat później…

Ananda – to kolekcja perfum o klasycznie kobiecych tematach kwiatowych wzbogaconych przez nuty kulinarne. Pierwsza Ananda – zapach owocowo-kwiatowy – okazała się bestsellerem. Za nią pojawiły się waniliowo-konwaliowa Ananda Dolce oraz wieczorowa Black Ananda. Martine Micallef wyjaśniła, że kształt flakonu zainspirowany został wieżyczkami rosyjskich cerkwi.

IMG_20151027_124411
Kolekcja Ananda, w tle Exclusifs

Mon Parfum – kolekcja zapoczątkowana pachnidłem, które Geoffrey stworzył specjalnie dla miłości swego życia: Martine. Podobno pierwsza wersja nie przypadła jej do gustu i niepocieszony Nejman musiał jeszcze wielokrotnie poprawiać kompozycję, by w końcu trafić w gust partnerki. A zajęło to w sumie dwa lata (!). To w wyniku tego procesu, a nie wieku – jak stwierdził z właściwym dla siebie, pełnym dystansu poczuciem humoru – na jego głowie pojawiły się siwe włosy. Najnowszy zapach tej kolekcji, Mon Parfum Gold, który miałem już okazję opisać, zawiera niewielką ilość tajemniczego składnika stanowiącego podstawę AKOWA, o którym więcej nieco później.

IMG_20151027_124401
Kolekcja Mon Parfum

Trzeba pamiętać, że w przypadku perfum M.Micallef flakony grają równie ważną rolę jak same zapachy. Za ich design, czyli za zewnętrzną, „widzialną” cześć produktu, odpowiada przecież Martine Micallef, podczas gdy Nejman wraz z perfumiarzem Jean-Claudem Astierem zajmują się pachnącym wnętrzem flakonów. Jewel to kolekcja, którą łączy kształt flakonu oraz zdobienia kryształami Svarowskiego. Bestsellerem i ulubionym zapachem Nejmana w tej kolekcji jest Royal Muska, zapach złożonym z m.in. w kilku rodzajów piżma. O jego zmysłowej piżmowo-owocowej naturze można się było przekonać podczas spotkania. Ja z kolei bardzo lubię niezwykle męski i elegancki Jewel for Him.

IMG_20151027_124433
kolekcja Jewel

AKOWA przypisany został właśnie do kolekcji Jewel. Flakon o znanym kształcie tym razem przykuwa uwagę oszczędnym designem i wszechobecną czernią. W miejsce kryształów Svarowskiego pojawiła się oryginalnie tłoczona faktura, która ma przypominać spękaną słońcem afrykańską ziemię. Projekt flakonu został zainspirowany twórczością Pierre’a Soulagesa, grafika-minimalisty, lubującego się w czerni o różnych fakturach. Flakon – to trzeba oddać – robi świetne wrażenie i jest bardzo spójny z wyjątkowo dobrze przemyślanym marketingiem tego zapachu, m.in. krótkim i dynamicznym klipem filmowym.

Micallef AKOWA 4

Przy okazji prezentacji AKOWA Nejman opowiedział nam o tajemniczym naturalnym składniku, który stanowi 80% jego formuły, a którego nazwa i istota ma pozostać tajemnicą. Otóż podczas podróży po Afryce dwa lata temu Martine i Geoffrey poprosili tamtejszego przewodnika, by zawiózł ich jeepem wgłąb buszu. Ten zabrał ich na spotkanie z afrykańskim plemieniem Akowa. Podczas kilkugodzinnego pobytu Nejman zauważył, że tamtejsze kobiety wyrabiają coś na kształt pasty, mieszając małe gniecione ziarenka – fasolki z oleistym nośnikiem. Pastę tą następnie rozprowadzają na skórze. Służy ona jako perfumy, które – a jakże – mają działać jak afrodyzjak. Nejman zaintrygowany szczególnie tą ostatnią właściwością przywiózł tajemniczą substancję Jean-Claude’owi Astierowi, by ten, podobnie jak kilkanaście lat wcześniej uczynił to z oudem, zastosował ją w perfumach. Pierwszym więc zapachem, do którego użył ów specyfik, był Mon Parfum Gold. Ale dopiero w AKOWA perfumiarz nadał mu odpowiednie znaczenie, stosując go w proporcji w pełni zasługującej na używane w perfumerii określenie overdose. Trzeba przyznać, że zarówno sam składnik (woń nieco zielona, nieco ziemista, nieco mineralna, nieco roślinna), jaki i oparta na nim AKOWA pachną unikatowo i oryginalnie.

Chapeau bas dla marki M.Micallef za odkrywanie nowych aromatów i odważne inkorporowanie ich do swych pachnideł. To – było nie było – posuwanie perfumeryjnej sztuki naprzód, a także szansa na nowe doznania olfaktoryczne. AKOWA zdecydowanie takie gwarantuje. Pozostaje przy tym pachnidłem bardzo dobrze się noszącym, co potwierdza moim zdaniem wielki kunszt perfumiarza Jean-Claude’a Astiera.

Geoffrey Nejman zakończył swą prezentację bardzo obiecująco. AKOWA to bowiem początek nowego cyklu. Kolejne pachnidło oparte będzie na innej substancji, pochodzącej z innego kontynentu…

Prawdziwy z niego mistrz marketingu, prawda?

G.Nejman and me
G.Nejman i fqjcior 🙂