Carner Barcelona „Mediterranean Collection” – śródziemnomorskie lato

U progu lata Carner Barcelona raczy nas aż trzema zapachami w koncentracji wody perfumowanej zainspirowanymi wybrzeżem Morza Śródziemnego.  Nie jest to wszakże pierwszy raz, gdy marka sięga po ten jakże rozległy region geograficzny. Trzy lata temu brand Sary Carner przedstawił świetną morsko-ambrową Costarelę. Tegoroczny tercet to doskonałe uzupełnienie nieco dotąd zaniedbanej w ofercie marki kategorii świeżej i orzeźwiającej. Uzupełnienie bardzo, ale to bardzo udane, co muszę stwierdzić juz na samym wstępie.

Salado

Zapach skąpanej opalonej skóry pokrytej kryształkami morskiej soli. Rześki i odświeżający jak lekka śródziemnomorska bryza, przesuwająca się po pokładzie żaglówki zadokowanej na morskim wybrzeżu.

Salado otwiera się zielonym, lekko cytrusowym i lekko musującym akordem, któremu krótkotrwałej wibracji nadaje różowy pieprz. Słoneczne ciepło esencji kwiatu pomarańczy w sercu naturalnie współgra z wodnym orzeźwieniem nuty ogórka. W tle czuć drobinki morskiej soli, osadzone na podłożu z dryfującego drewna i utrwalających zapach na skórze piżm. Subtelna baza jest słonawa i ciepła, dokładnie jak skąpana śródziemnomorskim słońcem skóra. Świetny i bardzo sugestywny zapach.

Carner_Fresh_Salado-100ml__76810.1555349387

główne nuty: zielone cytrusy, kwiat pomarańczy, ogórek, akord słony, piżma

Bo-Bo

Bo-bo wziął swą nazwę ze starożytnego tańca folklorystycznego i podobnie jako on przywołuje dawny śródziemnomorski klimat.

Zapach jest początkowo rześko-cytrusowy, z delikatnie wkomponowanymi w sercu duetem białych kwiatów (jaśmin i konwalia). Wetyweria naturalnie przedłuża zielony aspekt zapachu dodając lekkiej drzewności, a biała ambra pogłębia finisz. Prosta, ale jakże skuteczna formuła, choć – i to muszę napisać – powodująca, że Bo-Bo wypada najmniej efektownie spośród opisywanej trójki zapachów.

Carner-Barcelona-Fresh-Collection-Bo-Bo

główne nuty: cytrusy, czarna porzeczka, białe kwiaty, wetyweria, piżmo

Fig Man

Zainspirowany ilustracją Salvadora Dali’ego o tej samej nazwie, jest oryginalnym ujęciem pozornie klasycznych nut ziemistych odwróconych w taki sposób, by powstał fantazyjny aromat.

Fantazyjny czy nie, Fig Man to bardzo dobrze zrobiony zapach zielony z umieszczoną w centrum i wzmocnioną fiołkiem nutą figowego liścia, poprzedzoną zielono-cytrusowym wstępem, wzbogaconym wibrującym kardamonem, a spuentowaną solidną drzewną bazą z paczulą i gwajakiem, ocieploną tonką. Fig Man pachnie zielono-drzewnie, dość intensywnie i nie aż tak wielowymiarowo, jakby to wynikało z wymienionych wyżej nut. Jest mimo wszystko dość linearny i bardzo na temat, co mi akurat odpowiada. To piękny figowiec od początku do końca.

Carner-Barcelona-Fresh-Collection-Fig-Man

główne nuty: cytrusy, kardamon, figa, akord morski, paczula, gwajak, tonka

Zapachy Carner Barcelona z kolekcji Mediterrenean urzekły mnie uniseksowym połączeniem bardzo żywych, kolorowych, orzeźwiających akordów oraz zaskakującą – jak na świeże pachnidła – esencjonalnością i trwałością, która będzie ich niewątpliwym atutem, gdy zostaną użyte w warunkach upalnej aury (która nareszcie do nas dotarła, bo niekończących się miesiącach zimna, wilgoci i niedostatku światła słonecznego), do czego zostały moim zdaniem stworzone. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym tercetem. To naprawdę świetnie pod każdym względem perfumy, których dotąd zdecydowanie brakowało w ofercie Carner Barcelona.

Puredistance – prawdziwy perfumowy luksus

Czasem zastanawiam się nad tym, czym współcześnie jest w perfumerii luksus? W jaki sposób go określić? Co wyznacza jego ramy w czasach, gdy pachnidła z logotypami znanych designerów mody, niegdyś uznawane za luksusowe, stały się ogólnodostępne w wyniku strategii nastawionej na maksymalizacje sprzedaży, której w sukurs przyszedł rozwoju e-handlu?

O tym, że perfumy są luksusowe, stanowi kilka czynników. Po pierwsze – i najważniejsze – jakość kompozycji i użytych w niej składników. Tu nie może być drogi na skróty. Koneserski nos natychmiast wychwyci fałsz, kiepską jakość lub słabą kompozycję. Jakości składników powinna towarzyszyć też wyższa niż przeciętna koncentracja pachnącej esencji, choć nie jest to warunkiem koniecznym i zależy tak naprawdę od intencji twórców perfum. Po drugie flakon – zarówno jakość jego wykonania, jak i materiały, z których został zrobiony. Niedoróbki wykonawstwa – np. kiepsko spasowana zatyczka, niedokładnie naniesione elementy graficzne czy np. cieknący atomizer dyskwalifikują perfumy jako luksusowe. Po trzecie opakowanie – zwykły tekturowy kartonik zdecydowanie nie ma luksusowego charakteru, tu trzeba czegoś więcej – eleganckiego skórzanego etui, drewnianej szkatułki, lub co najmniej solidnej – przepraszam za wyrażenie – tekturowej „trumienki” obitej skórą lub innym wysokiej jakości materiałem, w której wygodnie leży sobie flakon. Po czwarte – relacja z klientem. Marka sprzedająca perfumy luksusowe nie ogranicza się li tylko do sprzedaży swych produktów, ale tworzy z klientem relację opartą na wyjątkowym do niego podejściu. Klient nabywając taki produkt staje się też częścią marki, jej wewnątrznago świata, wyznawanego przez nią systemu wartości. Wierny (czyt. powtarzający zakupy) klient informowany jest o wydarzeniach z życia marki, obdarowywany jest cennymi podarunkami przy różnych okazjach, a właściciel marki nawiązuje z nim czasem bezpośrednią relację poprzez rozmowy lub korespondencję. Po piąte – ograniczona dostępność. Towar luksusowe nie mogą być dostępne byle gdzie. Starannie wyselekcjonowane punkty sprzedaży, które zadbają nie tylko o odpowiednią prezentację produktu, ale też o odpowiedni serwis – pełną informację na jego temat, przekazywaną zgodnie z wytycznymi marki. Sprzedaż internetowa jest w obecnych czasach nieunikniona, ale w przypadku perfum luksusowych raczej ta bezpośrednia – z własnego e-shopu, a niekoniecznie poprzez perfumerie internetowe. Po szóste – niska liczebność dostępnych produktów. Towary luksusowe, ze względu na ograniczoną bazę konsumentów, nie są produkowane w liczbach, w jakich wytwarza się produkty ogólnodostępne. To oczywiste. Nie oznacza to, że perfum luksusowych może zabraknąć, tylko że pojedyncza partia produkcyjna jest nieporównanie mniejsza, niż w przypadku perfum designerskich, co ma kolosalny wpływ na jednostkowy koszt wytworzenia. Po siódme – marketing. Luksu nie potrzebuje marketingu. Jeżeli już, to subtelnego, opartego raczej na rekomendacjach, na pracy ambasadorów danej marki. Na koniec – cena. Tu zasada jest jasna – perfumy luksusowe – jak każdy tego rodzaju towar – muszą po prostu być drogie, droższe lub dużo droższe od perfum designerskich. Cena wynika z wszystkich wcześniej wymienionych elementów i jest po części konsekwencją wyższych kosztów produkcji samej zapachowej esencji, flakonu, opakowania, małych partii produkcyjnych i ograniczonej dystrybucji. Ale wysoka cena to przede wszystkim immanentna cecha produktu luksusowego, który także poprzez nią de facto nabiera luksusowego charakteru. Kluczowym jest, by za tą ceną stał produkt posiadający wymienione wcześniej cechy. Fałsz w tym zakresie łatwo wyczuć.

Gdy przez sito powyższych kryteriów przepuścić współczesne marki perfumowe chcące uchodzić za luksusowe, nagle okaże się, że na jego powierzchni pozostanie zaledwie kilka, może kilkanaście. Jedną z tych, które idealnie je spełniają jest – i nie mam tu najmniejszych wątpliwości – Puredistance.

puredistance

Powołana do życia przez Jana Ewouda Vosa jest zjawiskiem absolutnie wyjątkowym na perfumowym rynku, przy czym słowo rynek brzmi tu – powiedziałbym – niestosownie. Na stronach mojego bloga miałem już okazję opisywać pachnidła Puredistance:

M  – gdzie napisałem także więcej o samej marce, jej pochodzeniu i jej filozofii, a sam zapach to przepiękny męski skórzany szypr na miarę Astona Martina

Blacknowoczesna interpretacja męskości Puredistance

Sheiduna wyjątkowej urody i oryginalności niesamowicie eleganckie i zmysłowe , nowoczesne i bardzo kobiece perfumy orientalne

White – energetyczny kobiecy, współczesny zapach kwiatowy

Warszawa – perfumowy hołd dla Warszawy, powstały w wyniku wieloletniej przyjaźni Jana Ewoda Vosa i Stanisławy Missali, właścicielki perfumerii Quality Missala, wyłącznego dystrybutora perfum Puredistance w Polsce.

Jan Evoud Vos Puredistance
Jan Ewoud Vos

Mimo, że Puredistance zadebiutowało w 2007 roku, przez kolejnych 11 lat zaprezentowało zaledwie osiem pachnideł, co pozostaje w zgodzie z minimalistycznym pojęciem luksusu, jakiemu hołduje twórca marki. Od niego samego wiem, że w przyszłym roku będzie miała miejsce premiera nowego pachnidła – zupełnie wyjątkowego, nawet jak na wysokie standardy marki. Jak łatwo policzyć, na blogu opisałem dotąd pięć z ośmiu kompozycji. Dziś chcę nadrobić tę zaległość i podzielić się wrażeniami nt. pozostałych trzech, które – tak się złożyło – mają stricte kobiecy charakter.

anne-buzantia-land
Annie Buzantian

Wszystko zaczęło się od Puredistance I (2007) – pierwszego pachnidła marki, o którego skomponowanie Jan poprosił pracującą w Nowym Jorku mistrzynię perfumiarskiego fachu Annie Buzantian. Ta zaproponowała Janowi perfumy swoich marzeń, która wcześniej skomponowała wyłącznie na własny użytek. Zapach idealnie wpisywał się w oczekiwania Vosa i jego filozofię. Wąchany dziś wciąż robi potężne wrażenie niezwykle zręcznym, mistrzowsko zrównoważonym połączeniem delikatnego akordu owocowego zbudowanego z esencji kwiatu mandarynki, neroli oraz czarnej porzeczki z klasycznymi nutami kwiatowymi (magnolia, róża, jaśmin, mimoza) oblanymi gęstą słodko-ambrową mazią szczelnie wypełniającą przestrzenie pomiędzy korzeniami wetywerii. Kompozycję pogłębiono i utrwalono białymi piżmami i rozcieńczono do „skromnych” 38% (!), co w praktyce oznacza, że jest ona perfumowym ekstraktem, a to determinuje jej zachowanie na skórze. Zapach otula, nie emanuje na otoczenie, pozostawia zmysłowy ogon. Majestatycznie rozwija się pod wpływem ciepła skóry, jest bardzo zmysłowy, kobiecy – owszem – ale nie do tego stopnia, by nie zagrać wdzięcznie na męskiej skórze. Znajduję w nim oryginalne ujęcie ambrowości – lekko słodkiej, ale tak doskonale wyważonej, że nie popadającej ani na chwilę w kulinarne skojarzenia, może poza wyczuwaniem w tle najdoskonalszej gatunkowo nuty gorzkiej czekolady. Doskonałe pachnidło wieczorowe, idealnie licujące z szykowną suknią lub smokingiem. Puredistance I jest przykładem perfumerii opartej na klasycznych wzorcach, ale podanej we współczesny sposób. Nie znajdziemy tu retro akcentów, z których znane jest M czy Antonia. Ma w sobie ponadczasowość, która wynika z perfekcyjnie wyważonego charakteru i bezkompromisowej jakości. Jest piękne od owocowo-kwiatowego początku do ambrowego końca. Majstersztyk.

puredistance-master-perfumes-1-giftbox-flacon-perfume-spray-ribbon-60ml-st01

główne nuty: kwiat mandarynki, czarna porzeczka, neroli, magnolia, róża, jaśmin, mimoza, słodka ambra, wetyweria, białe piżma

rok premiery: 2007

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0-3,5

 

puredistance-pure-perfume-extrait-antonia-st02-472x654

Skomponowana jako hołd dla matki Jana Antonia to zapierające dech w piersiach interpretacja tematu zielono-kwiatowo-pudrowego, którego najbardziej znanym w perfumerii przykładem jest genialne Chanel No.19. Z tym, że w Antonii temat ów został ujęty w sposób godny marki Puredistance. Od pierwszego zielonego podmuchu galbanum, wzmocnionego bluszczem, a ukorzenionego w kompozycji za pomocą wetywerii, poprzez kwiatowo-pudrowe serca zawierające absolutnie klasyczny kwiatowy kwartet jaśminu, róży, Ylang-Ylang i irysa, aż po miękki, zmysłowy waniliowy finisz Antonia zdaje się krzyczeć wprost powalającą jakością samej na wskroś klasycznej kompozycji, jak i użytych ingrediencji. Nigdy wcześniej nie dane mi było wąchać tak doskonale pachnących perfum w tym konkretnym zielono-pudrowym gatunku. Antonia jest przy tym zapachem bardzo intensywnym, o potężnej projekcji i wyraźnej ewolucji na skórze, na której – jak na zapach w koncentracji 25% przystało – pozostaje długie godziny. Odmiennie do Puredistance I uważam Antonię za perfumy zdecydowanie najlepiej korespondujące z osobowością i charakterem kobiety dojrzałej i jest to moim zdaniem jedyne pachnidło w ofercie marki tak głęboko usadowione w stylistyce retro. Jednak mimo, że nuty i akordy nie pozostawiają wątpliwości co do klasyczny inspiracji, to już sposób ich realizacji pozwolił uniknąć aromatów, które byłby trudne do zaakceptowania wśród współczesnych kobiet. Udała się więc Annie Buzantian trudna sztuka, co tylko potwierdza jej ogromny talent i mistrzowskie umiejętności. Antonia to przykład perfumowej sztuki na najwyższym poziomie.

puredistance-Antonia-master-perfume-17.5ml-giftbox-st-02

główne nuty: galbanum, bluszcz, jaśmin, róża, Ylang Ylang, irys, wetyweria, wanilia

rok premiery: 2010

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 5,0-4,5

 

Skomponowane ponownie przez Annie Buzantian Opardu miało swoją premierę w 2012 roku. Perfumiarka i kreator Jan Ewoud Vos pozostali w rejonach klasycznych, kwiatowych, obezwładniających swoją urodą, bogactwem i harmonią, bazujących na najlepszych wzorcach francuskiej perfumerii. Tym razem jednak powstało pachnidło dużo bardziej stylistycznie współczesne, niż dwa wcześniej opisane, a także (pewnie w wyniku obecności tuberozy) – i piszę to z pełnym przekonaniem – wręcz erotycznie zmysłowe.

Puredistance-OPARDU-06B-HR

Opardu to perfumy wieczorowe, które idealnie dopełnią elegancką, ale i lekko wyzywającą kreację balową czy bankietową. Bo takie właśnie są – pełne szyku, ale i zmysłowej erotycznej obietnicy. Mężczyźni będą tym aromatem obezwładnieni, o ile poczują go na adekwatnej do jego charakteru i stylu kobiecie. Jestem tego pewien.

Zapach otwiera się praktycznie do razu zmysłowym bukietem kwiatów, orientalnym i gęstym, ale nieprzytłaczającym, początkowo złagodzonym heliotropem. Z czasem akord kwiatowy konstytuuje się na skórze, nabiera kształtów i mocy i zaczyna wyraźnie projektować oszałamiającym, orientalno-kwiatowym bukietem, będącym olfaktorycznym odzwierciedleniem zmysłowej kobiecości. Tuberoza, gardenia, bułgarska róża i lekko z początku indolowy jaśmin w formie absolutu, z dodatkiem goździka i heliotropu. Co za niesamowity kwiatowy popis! Ten pełen erotycznych obietnic akord trwa na skórze kilka godzin, by z czasem zacząć przeobrażać się w zadziorny finisz – bazę, która jest narkotyczna i wciąż zmysłowa, z mocno wyczuwalnym jaśminowy indolem, podbitym drzewną nutą cedru. Opardu to zapach kobiety niezwykłej, to woń upojnej, pełnej erotycznych uniesień nocy. To zapach, któremu nie sposób się oprzeć. Ja w każdym razie nie potrafię…

puredistance-perfume-opardu-100ml-st04

główne nuty: absolut z tuberozy, gardenia, róża bułgarska, purpurowy lilak, goździk, absolut jaśminu, heliotrop, drewno cedrowe

rok premiery: 2012

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5-4,0

 

Chronologicznie pierwsze trzy kobiece pachnidła Puredistance tworzą swego rodzaju trylogię kwiatowych perfum opartych na najlepszych wzorcach i skomponowanych z absolutną maestrią. Każdy z tych zapachów jest wyraźnie inny, ale wszystkie mają cechy wspólne: są bogate, gęste od pachnącej esencji, potrzebują ciepła skóry, by rozwinąć się na niej w absolutnie hipnotyzującą aurę, która doda kobiecie zmysłowej tajemnicy. Czuć w nich wspólną estetykę, wyrafinowaną i onieśmielająco piękną. Nie mam wątpliwości, że tak właśnie pachną współczesne perfumy luksusowe.

 

 

 

Clive Christian „Private Collection”

W zeszłym roku luksusowy brytyjski dom perfumowy Clive Christian przedstawił nową i bezprecedensową w swoim wykonaniu Private Collection – kolekcję 5 par pachnideł, z których każda para oznaczona została jedną z liter imienia kreatora. Nowa kolekcja zdaje się zastępować dotychczasową, także literową (choć złożoną ze – zdaje się – póki co 3 par zapachów: C,L,V), i także zamkniętą w brązowych flakonach. O ile jednak w tamtej pachnidła debiutowały parami z podziałem na męskie i damskie (podobnie jak zwykło to czynić Amouage), co było wyraźnie zaznaczone na flakonach, tak nowa kolekcja nie kontynuuje tego podziału w tak wyraźny sposób. Dopiero gdy wejdziemy na stronę marki i zajrzymy do opisów poszczególnych perfum, znajdziemy tam sugestie co do płciowe predestynacji (masculine lub feminine). Na flakonach umieszczono natomiast krótkie opisy rodziny zapachowej, do jakiej należą poszczególne perfumy, co zdaje się być ciekawym zabiegiem, skierowanym do coraz bardziej świadomej klienteli. Trzeba zaznaczyć, że Private Collection składa się z zupełnie nowych kompozycji, mimo zachowania jednoliterowych „nazw”. Oznacza to, że nowe L pachnie inaczej niż stare L itd.

C Christian private-collection-masculine-47905445

Kolekcja dostępna jest już od jakiegoś czasu w Perfumerii Quality Missala, dzięki uprzejmości której mam okazję zapoznać się z 3 parami pachnideł: L, I oraz E.

Wedle informacji znajdującej się na stronie internetowej marki, każde pachnidło zawiera od stu do trzystu (!) składników, co wydaje się być niemal niewiarygodne w czasach, gdy perfumy komponuje się z kilku, kilkunastu, w porywach kilkudziesięciu ingrediencji! Poziom ich koncentracji to 20%. Są to więc wody perfumowane, nawet nie ekstrakty. No dobrze, ale jak pachną tak rzekomo bogate w składniki kompozycje?

L (Feminine – Floral Chypre) – jak wynika z opisu jest to kwiatowy szypr i faktycznie tak jest. Takie określenie mogłoby nasuwać skojarzenia z estetyką klasycznego No 5 Chanela i tysięcy innych pachnideł, która powstały z inspiracji tym arcydziełem przypadku… Będą to oczywiście skojarzenia słuszne, ale tylko poniekąd. L Feminine to bowiem szypr pachnący jednocześnie tradycyjnie i współcześnie. Bije z niego precyzja i znajoma uroda. Nie zaskakuje treścią, ale oczarowuje formą. Przepiękne, niezwykle kobiece, mogące z powodzeniem stawać w szranki z Gabrielle od Chanel. Uwielbiam takie perfumy do tego stopnia, że sam chętnie bym je nosił…. Zresztą, zawsze gdy nachodzi mnie chęć na kwiatowy szypr, sięgam po Amouage Gold Men lub co najmniej Silver Man…. A jakie nuty znajdziemy w L Feminine? Przede wszystkim klasyczny duet jaśminu Sambac i róży, szczyptę irysa, który przepięknie odzywa się w sercu zapachu nadając akordowi kwiatowemu lekko szorstkiej, niesamowicie eleganckiej faktury, odrobinę kadzidła oraz budujące trwałą bazę piżma i wanilię o subtelnie animalnym sznycie. Owszem, powstało tysiące takich pachnideł, ale pewnie zaledwie kilkanaście z nich może pochwalić się taką urodą. Klasyczny i naprawdę ładny.

L (Masculine – Woody Oriental) – intrygujące połączenie przypraw (pieprz) z akordem fougere (lawenda i geranium) i subtelnymi nutami kwiatowymi (irys, magnolia, jaśmin) na ambrowo-tytoniowej bazie, utrwalonej i pogłębionej przez piżma. Oryginalny, męski i emanujący luksusem zapach wpisujący się w aktualnie panujący trend powrotu fougere do kanonu męskiej perfumerii (co mnie bardzo cieszy). Troszkę może zachowawczy, niemniej bardzo kompetentnie skomponowany.

I (Feminine – Woody Floral) – otwiera się świeżym, owocowo-przyprawowy akordem, by w sercu odsłonić klasycznie kobiece nuty kwiatowe róży i jaśminu, ale w lżejszym i bardziej dynamicznym wydaniu, niż choćby ten z opisywanego wyżej L Feminine. Baza zapachu jest ambrowo-drzewna i odrobinę gorzka. Początek intrygujący, serce ładne, reszta trochę nijaka.

I (Masculine – Amber Oriental) – ma dość niezwykły, pachnący lekko sfermentowanymi owocami i farbą emaliową, początek. Jest to aromat mocnej whiskey, dębowej beczki, jest też element iglakowej żywicy. W składzie znajdziemy m.in. nutę jabłka, suszonych owoców, ambrę i piżma, a także balsam jodłowy, mech i cedr z Atlasu. Całość jest męska, mocna i konkretna. Co ciekawe, nieco benzynowa baza przypomina mi trochę Lonestar Memories Andy’ego Tauera. Mimo to jest chyba najbardziej oryginalny z opisywanej szóstki, o mocnym charakterze i przykuwających uwagę zestawieniach nut, nie zawsze w 100% konsonansowych. Takie kontrasty zawsze dobrze robią perfumom i ta prawidłowość sprawdza się także i tu.

 

 

E (Masculine – Gourmande Oriental) – sypkie przyprawy na ambrowym tle z nutami rumu,  brzoskwini, labdanum, cynamonu i goździka w otoczeniu aromatu whiskey. Początkowo nieco bardziej słodkie, z czasem nabierając nieco bardziej słonego i suchego charakteru, szczególnie w bazie. Zapach sam w sobie świetny, ale jestem przekonany, że gdzieś czułem już coś bardzo podobnego… Mniejsza o to. Nie każde pachnidło musi być unikatowe i oryginalne. Zwykle wystarczy, jeżeli jest po prostu dobrze zrobione. Tak jest w tym przypadku. E Masculine to obok I Masculine ulubiony męski zapach z opisywanej szóstki.

E (Feminine – Green Fougere) – aromatyczno-zielony fougere z dość mocnym, zielono-ziemisto-kwiatowym akordem narcyza, aromatycznym lawendowym sercem i delikatnym finiszem, w którym echom wciąż obecnej zieleni towarzyszy sucha nuta drzewna i spora dawka białych, pachnących rozgrzanym żelazkiem białym prześcieradłem piżm. Intrygujący, inny, oryginalny.

 

Gdybym miał podsumować moje testy wybranych perfum Private Collection Clive Christian, to musiałbym stwierdzić, że przede wszystkim nie czuję w nich tej gigantycznej liczby składników (zresztą czym można to poczuć? raczej nie ma takiej możliwości), więc równie dobrze może to być chwyt marketingowy, mający na celu usprawiedliwienie grubo przesadzonych ceny tych perfum. Ale może to też być prawda, jeżeli np. przyjmiemy taki oto sposób liczenia, że sama esencja różna to pewnie dobrze ponad sto różnych aroma-molekuł… Mój zdrowy rozsądek i realna ocena podpowiadają zgodnie, że współcześnie nie komponuje się perfum z udziałem ponad 200 składników albo są to zupełnie marginalne przypadki. Z drugiej jednak strony, czy marka Clive Christian chce się kojarzyć ze zdrowym rozsądkiem, jeżeli wycenia jeden 50 ml flakon tych perfum na 275 brytyjskich funtów? Z pewnością nie.

Puredistance „Warszawa” – z inspiracji miastem

Dużo się ostatnio mówi o naszej stolicy, zwykle niestety w niepochlebnym kontekście. Afera goni aferę, smog truje mieszkańców, a niektórzy politycy o rozdętym do granic ego próbują urzeczywistnić utopijny sen o „wielkiej Warszawie”, wielkiej obszarem i mnogością okalających ją gmin…

Ale zostawmy politykę. Na szczęście Warszawa to coraz piękniejsza, rozwijającą się, tętniąca życiem, biznesem i sztuką metropolia, w której współczesność przeplata się z wątkami z niezwykle tragicznej historii i wspomnieniami jej świetności z czasów przedwojennych. Ten splot trudnej historii i dumnego, dynamicznego dnia dzisiejszego może być inspirujący, co potwierdza znany już czytelnikom Perfumowego Bloga Jan Ewoud Vos, właściciel luksusowej marki perfumowej Puredistance.

warszawa-panorama

To w wyniku wieloletniej fascynacji naszą stolicą połączonej ze znajomością z rodziną Missalów (a w szczególności ze Stanisławą Missalą) – właścicielami warszawskiej perfumerii Quality –  – powstały perfumy Warszawa, których światowa premiera miała miejsce w Warszawie, bo gdzieżby indziej, w perfumerii Quality,  8 grudnia 2016 roku. Data to była szczególna, gdyż w tygodniu, na który przypadał dzień premiery, Perfumeria Quality obchodziła jubileusz 25 lecia swojej działalności.

perfumeria-quality

Zapach został skomponowany przez Antoine’a Lie’a we współpracy z Janem Vosem. Nie był to pierwszy raz, gdy panowie pracowali razem. Lie zmieszał wcześniej dwa pachnidła dla Puredistance White i Black. Oba zapachy swego czasu recenzowałem na blogu zwracając uwagę na ich nowoczesny charakter i minimalizm, odróżniający je od wcześniejszych, bardziej rozbudowanych perfum Puredistance.

jan-ewoud-vos-warszawa

Warszawa to zamknięcie tradycyjnej treści kwiatowego szypru w nowoczesnej formie. Gdy słyszymy szypr, spodziewamy się czegoś zupełnie innego, retro, bardziej wyrafinowanego i ciężkiego. Warszawa jest natomiast zdecydowanie współczesna, lekka i elegancka w swym minimalizmie. To aromat bardzo kobiecy i absolutnie ponadczasowy.

Zapach rozpoczyna się świeżym akordem zielonym, w którym galbanum i liść fiołka zostały bardzo zgrabnie połączone i nieco odświeżone grejpfrutem. Ale od pierwszych sekund czuć, że za nimi skrywa się delikatny, ujmujący swą lekkością i harmonią akord biało-kwiatowy. Dość szybko przejmuje on pierwszy plan. Obok cennego absolutu z jaśminu użyto w nim jeszcze cenniejszego masła irysowego oraz absolutu janowca hiszpańskiego. Akord ten ma w sobie coś z klasyki, ale podany został w bardzo współczesny sposób. Jest też dobrze zrównoważony, tak że żaden ze składników nie wyróżnia się na tle innych. Drzewna, quasi-szyprowa baza złożona z paczuli, wetywerii i styraxu dopełnia zgrabnej całości. Celowo użyłem tu określenia „zgrabna”, bo właśnie takim jawi mi się ten zapach. Jest bardzo zwarty, konkretny, na temat, pełen bezpretensjonalnego uroku, ze zredukowanymi do niezbędnego minimum ozdobnikami.

Warszawa jest uroczą kobietą. Nowoczesną, dynamiczną, powściągliwie elegancką, niezapatrzoną w siebie, ale z odwagą patrzącą w przyszłość.

Niewiele miast na świecie ma swoje perfumy. Tym bardziej takie olfaktoryczne wyróżnienie Warszawy imponuje i wydaje się być świetnym sposobem promowania naszej stolicy i kraju za jego granicami.  Ale zanim to nastąpi, do listopada 2017 perfumy Puredistance Warszawa będą dostępne wyłącznie w Perfumerii Quality. Później nastąpi ich światowa dystrybucja.

puredistance-warszawa

nuty głowy: galbanum, grejpfrut, liście fiołka

nuty serca: jaśmin (absolut), szczodrzenica sitowata (janowiec hiszpański) – absolut, masło irysowe

nuty bazy: paczula, wetiwer, styraks

perfumiarz: Antoine Lie

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

 

 

Wywiad z Martine Micallef i Geoffreyem Nejmanem (2)

Zapraszam na drugą cześć wywiadu z twórcami maki Parfums Micallef.

PB: Geoffrey, od samego początku pracujesz nad perfumami wspólnie z jednym perfumiarzem Jean-Claudem Astierem. Wydaje się on być integralną częścią Waszego zespołu. To dość niespotykane współcześnie, gdy większość marek niszowych korzysta z zewnętrznych, wynajętych perfumiarzy. Dlaczego  zdecydowałeś się tworzyć perfumy tylko z jednym perfumiarzem? Jakie są zalety takiego podejścia? 

GN: Miałem zamiar odpowiedzieć Ci, że jestem bardzo lojalną osobą. Jedna żona, jeden perfumiarz [śmiech]. Ale lojalność jest dużą częścią tego wszystkiego. W naszym biznesie wszystko oparte jest na emocjach, przyjaźni i miłości. Myślę, że skakanie z kwiatka na kwiatek oznacza brak respektowania tych wartości. Tak jak wspomniałem dziś podczas prezentacji, z błogosławieństwem Jean-Claude’a i z jego pomocą zaczynamy obecnie poszukiwać wśród młodej generacji perfumiarzy. Jak widzisz na podstawie zdjęcia, Osaito jest naszym pierwszym krokiem w tym kierunku. Nie rozumiem tego pomysłu, by zmieniać perfumiarzy, szczególnie, gdy jest się marką, która chce być identyfikowana przez swój unikalny charakter. Częścią tej unikatowości jest perfumiarz. To jest ten człowiek, który nadaje perfumom ostateczny kształt. Ma swoje indywidualne metody i sposoby łączenia poszczególnych składników, a niektóre z nich są i będą we wszystkich jego kompozycjach. W ten sposób buduje swoją sygnaturę. Tak więc jestem nieco innego zdania niż większość dzisiejszego rynku. Razem z Martine podzielamy te same zasady i wartości od pierwszego dnia. Oczywiście na przestrzeni lat zmienialiśmy dostawców opakowań, flakonów, ale gdy znaleźliśmy odpowiednich ludzi, pozostaliśmy z nimi. Mam w tej chwili dostawców, którzy pracują z nami od 12 lat. Nigdy ich nie zmieniliśmy. To jest ważne. Mamy podzieloną odpowiedzialność. To praca zespołowa i praca rodzinna. To buduje naszą tożsamość.

PB: Ale Wasze perfumy potrafią bardzo różnić się od siebie, choć są stworzone przez tego samego człowieka. Wasze najnowsze Osaito jest zupełnie innym zapachem od np. Emira. Nigdy bym nie powiedział, że oba stworzył ten sam perfumiarz…

GN: Z całym szacunkiem i skromnością, ale to akurat jest moja część tej pracy.  Biedny Jean-Claude! Jego włosy czasem stają dęba, gdy mówię: „Nie rób tego w ten sposób! Naprawdę chcę, żeby ten zapach był taki!” A on na to odpowiada: „Oh! Nie możesz tego zrobić w ten sposób! Nie można mieszać tych dwóch składników!”.

PB: Czyli kłócicie się czasem?

GN: Jak w każdej sytuacji są dyskusje, czasem bardzo ożywione, ale to akurat jest zabawna część tego wszystkiego. Mówię do niego: „Koniec końców, gdy okaże się, że zrobiłem błąd, wrócimy do Twojej formuły, ale spróbujmy chociaż!”. Watch był typowym przykładem. Gdy tworzyliśmy Watch, byłem jeszcze początkujący. Byłem z Jean-Claudem w jego laboratorium. Zawsze lubiłem zapach jaśminu i wanilii. (Tak właściwie to wanilia jest we wszystkich naszych perfumach, tyle że w różnym natężeniu. Czasem nawet jej nie czujesz, ale nadaje ona całości ciepła) Więc powiedziałem do Jean-Claude’a: ”Zróbmy perfumy, w których zmieszamy nuty kwiatowe i wanilię.” A on na to” „Nie możesz tego zrobić. Możesz stworzyć perfumy kwiatowe z odrobiną wanilii w tle, ale nie możesz połączyć obu tych składników w akordzie górnym.” Powiedziałem: „Zróbmy to.” Później śmiał się mówiąc „Wiesz, z moją wiedzą chemiczną nigdy bym nie śmiał tego zrobić!” I to jest przyczyna, dla której Watch stałe się sukcesem. Jest obecnie sprzedawany także w Emirates Airlines i jego sprzedaż bije rekordy. To jedne z naszych najlepiej sprzedających się perfum. Są na rynku od 15 lat.

PB: Wycofaliście Style z oferty? To był dobry zapach. Bardzo dojrzały, trochę w klimacie Antaeus Chanela…

GN: To ciekawe, co mówisz. Style nigdy nie sprzedawał się dobrze.

MM: Nie. Może był zbyt klasyczny…

GN: Z kolei inny, którego pewnie nie miałeś nawet okazji spróbować, tak krótko był w sprzedaży, to Shanaan…

PB: Nie, nie testowałem go…

GN: To była wielka frustracja, gdyż po spróbowaniu Shanaan ludzie nie chcieli go kupować!

MM: [śmiech] Uciekali!

GN: Tak, uciekali. Ja natomiast bardzo lubiłem ten zapach. Nosiłem go przez długi czas. Zawsze, gdy go użyłem, ludzie pytali mnie: „Wow! Czym pachniesz? To fantastyczne!”

MM: Także niektórzy z naszych przyjaciół nosili te perfumy. Pierwsza nuta nie jest łatwa do zrozumienia…

GN: Tak, akord głowy zawiera przesadnie dużo kadzidła. Ludzie mówili, że czują się, jakby weszli do kościoła. Ale gdy zapach osiadł na skórze i pojawiały się nuty serca, stawał się cudowny. Ale ludzie nie mieli cierpliwości ani też chyba nie oczekiwali, że zapach się w jakikolwiek sposób zmieni.

MM: Ten zapach powinien był być sprzedawany inaczej, niż to, co robiło większość sprzedawców. Powinien był być wcześniej podany na blotter, tak by pierwsza nuta wyparowała. To była bardziej kwestia tego, w jaki sposób oferowaliśmy te perfumy…

GN: Tego typu opowieści mamy na temat każdego naszego zapachu…

MM: Ja także kocham Shannan. Jest taki zmysłowy, gdy go nosisz…

PB: Wśród Waszych perfum znajduję kilka dedykowanych mężczyznom. AKOWA, Emir, Royal Vintage czy Jewel for Him to przykłady zachwycających męskich pachnideł o najlepszej jakości i świetnych parametrach. Jestem bardzo wdzięczny za to, że nie zapominacie o mężczyznach i o tym, że także i oni chcą mieć wybór i możliwości, by pachnieć nadzwyczajnie. Czy Wasz najnowszy zapach Osaito także jest przeznaczony raczej dla mężczyzn? Gdyż tak można sądzić po obejrzeniu video clipu i wizuali…

GN: Podczas tworzenia założeniem było, że będzie to zapach męski. Ale współcześnie w perfumach tak naprawdę nie można postawić granicy pomiędzy tym co męskie, a tym co damskie. To zależy od kultury i od narodowości. Są mężczyźni, którzy noszą róże (w Arabii Saudyjskiej) i tego rodzaju – dla nas kobiece – nuty. Ale szczególnie tą trylogią; AKOWA, Osaito i trzecim zapachem, który będzie miał premierę w przyszłym roku… Będzie to trylogia duchowego podróżnika który szuka swej tożsamości i powodów swego istnienia. W przyszłym roku zakończy on swą misję i zrozumie przesłanie, dowie się dlaczego tam jest, po co, co lubi i co chce zrobić ze swym życiem…

PB: Czyli trzeci zapach będzie ostatnim i także męskim?

GN: Tak, to męska saga.

PB: Jak sobie radzi AKOWA?

GN: Wierzę, że AKOWA to zapach, który potrzebuje wniknąć do zwyczajów ludzi. Na początku był ekstremalnie szokujący. Nawet przesłanie jakie mu towarzyszyło, było swego rodzaju szokiem. Czarny mężczyzna z zielonymi oczami… Chcieliśmy zaszokować ludzi. A teraz czujemy dreszczyk obawy, ponieważ pierwsze reakcje były odrzucające. W pewnym momencie powiedziałem nawet do Martine: „Nie sądzisz, że jest zbyt brutalny?” Ale ona odpowiedziała: „Poczekamy, zobaczymy”. Teraz widzimy pewien postęp w akceptacji dla tego zapachu. Przypomina mi to bardzo naszą sytuację z przeszłości z oudem.

PB: Pamiętam, że gdy pierwszy raz powąchałem AKOWA, pomyślałem: „Wow! To jest coś nowego, coś innego. Czekałem na to! Jest cudowne!”

GN: To jedyny zapach na rynku zawierający pewien sekretny składnik…

PB: A Osaito?

GN: Osaito jest zupełnie inny. To dobre następstwo w ramach tej trylogii. Lepiej wyjaśnia wiadomość, jaka chcieliśmy przekazać konsumentowi. AKOWA to źródło życia. Ziemia afrykańskiego kontynentu. Musiał być w jakiś sposób prymitywny, zwierzęcy. A teraz poprzez odkrycie elementów wiatru, góry, powietrza, oddechu – mamy Osaito. Będziesz zaskoczony trzecim zapachem…

PB: Nie mogę się doczekać! Które zapachy są Waszymi bestsellerami?

GN: Ananda, Royal Vintage, Royal Musk, Mon Parfum, Jewel for Him, Watch. 25% naszej kolekcji to zapachy, które dobrze się sprzedają.

PB: Geoffrey, kilka lat temu wylansowałeś markę perfumową pod swoim własnym nazwiskiem G. Nejman. Wszystkie one były bardzo dobrymi męskimi pachnidłami. Ale zniknęły z rynku dość szybko. Co się stało? Czy zamierzasz je kiedyś wznowić?

GN: Moja żona zapłaciła mi dużo pieniędzy, bym nie kontynuował tej marki i schował ją do szuflady. [śmiech]

MM: Nie! Byłbyś wówczas moim konkurentem! Myślę, że wygrałam! [śmieje się] To była kwestia marketingu. Konsumenci nie rozumieli, dlaczego powstała nowa marka z tak naprawdę tymi samymi ludźmi jako twórcami. Pytali Geoffreya, dlaczego ruszył z nową marką zamiast te same zapachy wydać w ramach Parfums Micallef.

GN: Tak jak mówi Martine, to nie  było dobre, gdyż przede wszystkim jesteśmy ze sobą zbyt blisko prywatnie, a po drugie byliśmy zbyt blisko siebie także w obszarze marketingu. G.Nejman powinien był mieć osobne pozycjonowanie. Nawet osoby sprzedające nasze perfumy wiedziały przecież, że jesteśmy małżeństwem, więc ustawiały obie linie zapachowe obok siebie. Niemalże ze sobą konkurowaliśmy! By jednak G.Nejman miał szanse na sukces, potrzebny był osobny PR, osobna historia… Co jednak moglibyśmy któregoś dnia zrobić, gdy już pójdziemy łowić rybki na emeryturze, to…

MM: Nie!!!

GN: …to moglibyśmy przywrócić markę G.Nejman. [śmieje się]

MM: Nie! To żart!

PB: Jedyny zapach z linii G.Nejman jaki przetrwał w ramach Micallef to Emir. Co z pozostałymi?

GN: Były to: Le Sportif, Le Professionnel and Le Seducteur. Trzy pachnidła. To, którego ludziom rzeczywiście brakuje, to Le Seducteur. Ten był bardzo aromatyczny. Zresztą cały pomysł był dobry. Przede wszystkim Martine zaprojektował fantastyczny flakon. Był ciężki i miał piękną zatyczkę…

PB: Czy pamiętacie perfumy zrobione dla Denisa Duranda?

MM i GN: Tak!

PB: Czy zamierzacie zrobić coś podobnego ponownie?

MM i GN: Nie!

PB: Pytam, gdyż pachnidło to jest bardzo interesujące także dla mężczyzn…

MM: Tak, ale to był znów przypadek trudny do zrozumienia dla naszych klientów, ponieważ zapach jest bardziej męski, a flakon jest bardzo sexy, z koronką itd.

PB: Ale jest wciąż w sprzedaży?

MM: Tak. Wciąż produkujemy go w małych ilościach, ale wkrótce zostanie wycofany. Nie był udany komercyjnie i okazał się czymś, czego nie powinniśmy byli robić. Ludzie pytali nas, kto to jest ten Durand. To projektant mody z południa Francji, ale nie jest szeroko znany.

PB: Geoffrey, jesteś spełnionym przedsiębiorcą z doświadczeniem w finansach. Jak jest Twoja opinia o ostatnich transakcjach zakupu, jakich dokonał Estee Lauder na rynku marek niszowych (Le Labo, Frederic Malle, ostatnio także Kilian). Czy potrafisz wyobrazić sobie, że sprzedajesz Waszą firmę jednemu z Wielkich Graczy?

MM: Zależy od ceny! [śmieje się]

GN: Martine jest zawsze bardzo praktyczna. Ale zgadzam się. To kwestia ceny. Ale by odpowiedzieć prawidłowo, mamy dziś ten trend. Pokazuje on ewolucję niszy, która 15 lat temu nie reprezentowała niemal niczego. Stanowiła może 3%  rynku… Dziś stanowi 25-28%. Tak więc wielkie marki już nie mogą przechodzić obok tego obojętnie. Muszą się tym zainteresować. „Big Boys” obserwują te marki niszowe, które dojrzały w tym rodzaju biznesu. Z pewnością któregoś dnia zostaniemy więc zagadnięci przez jedną z nich i jej ludzi. A nie możemy pozostać firmą rodzinną, gdyż nasze córki wybrały inna drogę życiową, a syn pasjonuje się gotowaniem. My z kolei chcemy kiedyś przejść na emeryturę. To dlatego w naszym entuzjastycznym i ważnym biznes planie postawiliśmy sobie cele na koleje 5-7 lat. Realizacja tego planu otworzy nas na wykup przez jedną z dużych marek.

MM: Nasza marka nie będzie łatwa do sprzedania tym ludziom. Jest bardzo złożona. Gdy popatrzysz na marki, które oni kupują, są to te, które z łatwością mogą uczynić bardziej komercyjnymi.

GN: Nasza marka to realizacja koncepcji połączenia sztuki z perfumami. Właśnie zacząłem czytać książkę o luksusie i sporo się z niej dowiaduję. W tej książce można znaleźć stwierdzenie, że luksus jest sztuką. Tak więc my jesteśmy i jednym i drugim jednocześnie!

MM: Jesteśmy bardzo pewni swego. Nie jest naszym priorytetowym celem, by zostać sprzedanymi jednemu z dużych graczy. Być może pewnego dnia się to zdarzy, ale będzie to dla nich sporym wyzwaniem. Większym niż to było w przypadku Malle, dlatego że nasza strategia jest kompletnie inna. Jeżeli któregoś dnia będą mieli w swym portfolio Parfums Micallef, będą musieli utrzymać jej ekskluzywny status.

PB: Cóż, życzę Wam więc, aby te następne 5, 10, a nawet 15 lat były najlepszymi w historii Waszej oraz Waszej firmy!

GN: Prawdopodobnie będziesz na bieżąco, jako że spotykamy się co najmniej raz w roku i mam nadzieję, że spotkamy się ponownie!

PB: Również mam taką nadzieję! Dziękuję za interesująca rozmowę.

MM i GN: Dziękujemy! To była przyjemność!

IMG_4722

P.S. Dziękuję Perfumerii Quality Missala za umożliwienie przeprowadzenia rozmowy z Parfums Micallef.

 

Wywiad z Martine Micallef i Geoffreyem Nejmanem (1)

Oto pierwsza część ekskluzywnego wywiadu, jaki przeprowadziłem 18.05.2016 w Domu Perfumeryjnym Quality z twórcami marki Parfums Micallef przy okazji promowania dwóch nowych pachnideł: Osaito oraz Pure Extreme.

Perfumowy Blog: Gratulacje z okazji jubileuszu 20-lecia marki Parfums Micallef. To duże osiągnięcie być na rynku tak długo i to z sukcesem.

Geoffrey Nejman: Dziękuję.

PB: Jaka jest Twoja recepta na sukces w perfumeryjnym biznesie?

GN: Nie ma konkretnej recepty, ale oczywiście są pewne elementy, które pomagają osiągnąć sukces. To pasja, miłość to tego, co się robi i kreatywność Martine. To niezbędne elementy naszego sukcesu. Jest wyjątkową kobietą i ma zawsze mnóstwo kuszących pomysłów. To nas niesie. Ale równie ważni są nasi partnerzy biznesowi, dystrybutorzy i sprzedawcy, z którymi pracujemy. Szczęśliwie udało nam się zbudować przyjaźnie i dobrze wszystko skoordynować aż do samego konsumenta. Nawet on jest bardzo blisko marki i nas samych. Otrzymujemy od naszych klientów listy i emaile. Głównie za sprawą obecności Martine i mnie w punktach sprzedaży podczas prezentacji stworzyliśmy bliską relację z naszymi klientami. To czyni nas wyjątkowymi.

PB: Czy Twoja wiedza i doświadczenie w zakresie finansów i ekonomii przydają się w prowadzeniu tej działalności?

GN: Bardziej niż kiedykolwiek. Pierwsze lata naszej działalności były przygodą. Każdy był odpowiedzialny za wszystko. Później, w miarę rozwoju firmy, musieliśmy ją zorganizować. Musieliśmy mieć także wsparcie finansowe, które wspierałoby rozwój. Wówczas całość stała się też bardziej profesjonalna od strony finansowej. Dziś wiedza i doświadczenie w kwestii finansów są bardzo ważne. Wszystko sprowadza się do finansów, jeżeli ma być prowadzone należycie, tak być mieć właściwy cash flow. Szczególnie w trudnych ekonomicznie czasach, w jakich ostatnio żyjemy. Trzeba być niezwykle ostrożnym i dwa razy się zastanowić nad inwestycjami, nad kierunkiem swych działań, nad wydatkowaniem pieniędzy, nad tym, które wydatki zmniejszać. To bardzo ważne.

PB: Czy prowadzenie tego typu biznesu ma jakieś ciemne strony czy jest to wyłącznie przyjemność?

GN: Są ciemne i jasne strony. Jak we wszystkim w życiu. Ale to, co nas napędza, to nasza pasja i wzajemne zrozumienie. To równoważy nasze nastroje. Mamy pozytywną energię. Gdybym jednak miał znaleźć ciemną stronę, byłaby ona związana z rozwojem firmy, powodującym w efekcie konieczność podziału odpowiedzialności.  Będę z Tobą zupełnie szczery – dla mnie najciemniejsza strona to konieczność odpowiadania na ok. 100 e-maili dziennie. To mnie wykańcza. To często bezproduktywna czynność, ale w tym rozpędzonym świecie, w którym żyjemy,  jeżeli nie odpowiesz na wiadomość w ciągu 48 godzin, otrzymujesz przypomnienia. „Czy coś się stało? Dlaczego nie odpowiedziałeś na mojego e-maila?”. To jest szalone. Czasem wracamy do domu późnym wieczorem… Tak jak choćby dziś, po spotkaniu wspaniałych ludzi podczas prezentacji, wrócimy do hotelu, zmęczeni i chcący się zrelaksować, a ja otwieram mojego laptopa i mam ok. setki wiadomości. Oczywiście nie wszystkie są pilne, ale trzeba je przeczytać i należy na nie odpowiedzieć. I to jest dla mnie najtrudniejsza cześć tego wszystkiego.

PB: Ale to część tej pracy, prawda?

GN: Absolutnie tak, jest to część tej pracy. Jednak staramy się wzmocnić nasz zespół tak, by tę prace przekazać asystentom. Jest to ważne ze względu na mnie, by umożliwić mi skoncentrowanie się na pracy z dystrybutorami, na PR i na sprzedaży, która jest przecież bardzo istotna. Miesiąc jest krótki, a na jego końcu trzeba zapłacić wiele rachunków.

PB: Jak porównałbyś dzisiejszy rynek perfum do tego z czasu, gdy zaczynaliście 20 lat temu?

GN: Gdy zaczynaliśmy, cały segment perfum niszowych i artystycznych był nowym odkryciem. Był czymś zupełnie nowym dla klientów. Oczywiście konkurencja była mniejsza, łatwiej było przekonać konsumentów. Dziś marka niszowa lub luksusowa musi prowadzić swój biznes tak, jak Chanel czy Dior robili to 20 lat temu. Płyniemy tą samą łodzią. Musimy zmieniać naszą strategię. Potrzebujemy próbek, podiów, gondoli, ścianek, filmów, posterów. Całe to otoczenie związane z komunikacją, w którym musimy działać jak profesjonalna marka luksusowa. Nie chodzi wyłącznie o zapach i flakon, ale o tę całą otoczkę.

Martine Micallef: A to dużo dla małej marki.

GN: Mniejsze firmy, takie jak nasza, mają z tym kłopot. Nie jesteśmy jedną z wielkich marek. Jesteśmy wciąż mali z 800-900 punktami sprzedaży w porównaniu do tych, którzy mają ich 10, 15 albo 20 tysięcy. Ale jesteśmy tu i walczymy. Uważam, że perfumeria niszowa stała się czymś w rodzaju artystycznego przemysłu. Obecnie jest ok. 150-200 marek, podczas gdy 15 lat temu było ich pięć, może dziesięć. Nie chcę mówić źle o konkurencji, ale z tych 150-200 marek tylko 25-30 to te wiodące. To niszczy rynek, ponieważ dystrybutorzy mają ograniczoną przestrzeń i fundusze , by zainwestować w nowy zapach, nowy koncept. Myślę, że to ból głowy dla każdego – łącznie z klientem, który na końcu nie ma pojęcia, co ma kupić.

PB: I tu pomagają bloggerzy.

GN: O tak! Nie moglibyśmy bez Was funkcjonować! Bloggerzy na całym świecie są dla nas bardzo ważni. To – znów – kwestia komunikacji i personalizacji, relacji ze śledzącymi, swoisty klub klientów, którzy stali się fanami marki Micallef.

PB: Co jest niezwykłego w Waszych produktach co wyróżnia Was na tym coraz bardziej zatłoczonym rynku?

GN: Szczerze mówiąc – efektowność produktu, która ma przyciągnąć klienta. Tkwi ona w pięknie opakowania, flakonu, zdobienia, co tak umiejętnie wykonuje Martine (pomaga mi także w zakresie inspiracji dla powstania nowych pachnideł). Ważne też, by mieć bazę klientów, ten fan club. Ale tak naprawdę na końcu sprzedajesz perfumy. I to one właśnie uwodzą ludzi i czynią ich lojalnymi wobec marki. Nigdy nie szliśmy na kompromis, gdy chodzi o ich jakość. Tworzymy formuły i dopiero na końcu zliczamy ich koszt. I musimy z tym kosztem żyć. To dlatego niektóre nasze pachnidła są droższe od innych. Koniec końców potrzebujemy przecież marży. Ale nigdy nie powiedziałem do perfumiarza, z którym pracuję: „Musisz to zrobić w takiej a takiej cenie i nie wychodź ponad nią”. A współcześnie większość marek tak właśnie robi. Mają konkretny budżet i w nim się mieszczą. Myślę, że to także nas wyróżnia.

PB: Potwierdzam, że wszystkie Wasze perfumy, jakie znam, prezentują najwyższą jakość, nieosiągalną dla 80% konkurencji…

GN: Jest kilka innych marek, które faktycznie także inwestują w jakość. To jest wyczuwalne, szczególnie jeżeli jesteś koneserem. A w naszym segmencie niszy służymy głównie koneserom. Większość z tych ludzi zna naturę perfum, zna składniki, te tanie i te pierwszej klasy, a także te długotrwałe…

MM: Micallef jest dla klientów, którzy chcą czuć się wyjątkowo.

PB: Martine, jak sądzisz, dlaczego perfumy są dla niektórych ludzi ważne? Co dodają lub co powinny dodawać do ich życia?

MM: Dla wielu klientów perfumy to część życia. Nie potrafią wyjść z domu bez ich użycia, gdyż te przypominają im o czymś. To nostalgiczne. Pamiętasz zapach ciasta, pamiętasz ten zapach, gdy wracałeś do domu, a Twoja matka gotowała… To naprawdę sentymentalne. Potrzebujesz tego nastroju, tych emocji w życiu. Życie to nie tylko zarabianie pieniędzy. To bardzo ważne, by żyć z tą częścią wspomnień.

PB: Czy nosisz swoje perfumy codziennie?

MM: Tak. Ale kupujemy również perfumy innych marek. No i trzymamy te zapachy, których nie publikujemy, a które są efektami naszego miksowania i poszukiwań czegoś specjalnego.

GN: Ja także nosze perfumy codziennie.

MM (do Geoffreya): Tak, ale większość czasu nosisz swój sygnaturowy zapach. Jesteś też wierny jednemu lub dwóm zapachom, które lubisz mieć jak… Eau Sauvage…

GN: Tak, jestem wielkim fanem Eau Sauvage w wersji klasycznej eau de toilette. To niewiarygodna formuła. Bardzo dobre perfumy stworzone lata temu. Dwa czy trzy składniki je budujące są produkowane wyłącznie dla Diora.

MM: Tak, mają na nie wyłączność.

GN: Estragon, bazylia – są produkowane specjalnie dla nich.

PB: Eau Sauvage to dzieło geniusza. Tyle lat na rynku i wciąż tak popularne.

GN: Tak. A kolejne to Caron Pour Un Homme, choć nie noszę ich osobiście. Bardzo tradycyjne.

PB: Czyli to są Twoje dwa ulubione zapachy z przeszłości?

GN: Tak. Normalnie tego nie robię, ale akurat Eau Sauvage często łączę z naszym Royal Vintage…

PB: Mam własny flakon Royal Vintage…

GN: Więc musisz tego spróbować.

MM: Kiedyś byłam bardziej klasyczna, ale teraz lubię bardziej nowoczesne, minimalistyczne zapachy. To zresztą widać w naszym nowym designie.  Lubię czyste zapachy, czysty design. Dlatego noszę Pure Extreme.

GN: (do Martine) Bardzo do Ciebie pasują.

MM: Tak. To bardzo ładny zapach. To dzięki Tobie, Geoffrey.

GN: (uśmiecha się)

MM: Jesteśmy pewni, że odniesie on taki sukces, jak Ananda, która jest już na rynku całkiem długo.

PB: Skąd ta pewność? Co takiego specjalnego jest w Pure Extreme?

MM: Wiesz, czasem w życiu po prostu dobre rzeczy pojawiają się w odpowiednim czasie…

GN: Trudno tak naprawdę odpowiedzieć…

MM: Nie jest to zapach zgodny z obecną modą na zapachy orientalne i oud. Wiesz, perfumy nosisz wedle nastroju, a te uczynią Cię szczęśliwym i pełnym energii. Czujesz, że są idealnie wyważone. Nie za słodkie, nie za owocowe. To specjalna kategoria.

PB: Po zaledwie kilku testach mogę stwierdzić, że to zapach łatwy w noszeniu, zdecydowanie łatwiejszy  niż większość Waszych perfum, aczkolwiek nie pachnie przesadnie komercyjnie…

MM: Ma bardzo ładną sygnaturę.

PB: Wyczuwam w nim różę…

GN: Tak, jest w nim róża stulistna, czyli to lżejsze i bardziej zielone oblicze róży.

MM: To zmysłowe perfumy i jednocześnie nowoczesne, atrakcyjne, eleganckie. Mają cechy, które skazują je na sukces. Dopasowują się dobrze zarówno do dojrzałej damy jaki i do młodej 20-25 letniej kobiety.

PB: Miejmy zatem nadzieję, że Pure Extreme będą tak długowieczne jak Eau Sauvage!

MM: Tak…Zobaczymy!

PB: Martine, Wasza marka znana jest z bardzo specjalnych, pięknych flakonów zaprojektowanych przez Ciebie i zdobionych ręcznie. Czy uważasz, że istnie artystyczna synergia pomiędzy perfumami a flakonem?

MM: Flakony są dla nas bardzo ważne od samego początku. Lubię koncepcję łączenia sztuki i perfum. To jedna z przyczyn naszego sukcesu. Kontynuujemy więc projektowanie artystycznych flakonów. Nasi klienci, którzy są bardzo lojalni, bardzo to sobie cenią. Uważam, że gdybym zdecydowała się teraz na zupełnie prosty flakon bez artystycznych zdobień, tak jak to robi wiele niszowych marek, to nie byłaby już nasza sygnatura ani nasza charyzma. Dla mnie to bardzo ważne, gdyż lubię piękne przedmioty.

GN: To nasze DNA…

Cdn.

micallef maj

Micallef w Quality – nowe zapachy: „Osaïto” i „Pure Extreme”.

Zdążyło minąć nieco ponad pół roku od poprzedniej wizyty Martine Micallef i Geoffrey’a Nejmana w Perfumerii Quality. Wówczas to w chłodny październikowy dzień zostaliśmy oczarowani opowieścią Geoffreya o ówczesnej męskiej premierze pod tajemniczą nazwą AKOWA i niezwykłym składniku, który buduje ten wyjątkowy zapach. Tym razem twórcy marki Parfums Micallef przybyli do nas z dwóch, a właściwie nawet trzech powodów: jubileuszu 20 lecia powstania marki, premiery nowych damskich perfum Pure Extreme oraz premiery męskiego zapachu Osaïto, będącego kontynuacją opowieści rozpoczętej przez AKOWA (opowieść ta – co zdradził mi Geoffrey – znajdzie swoje zakończenie w postaci trzeciego zapachu, którego premiera przewidziana jest na przyszły  rok).

Martine Micallef & Geoffrey Nejman

20 lat to kawał czasu i trzeba przyznać, że Martine i Geoffreyowi udało się z połączenia sztuki i perfumowego rzemiosła zbudować z sukcesem coś niezwykłego. Przypominam, że mówimy nie tylko o znanej na całym świecie z bezkompromisowej jakości marce perfum niszowych/ ekskluzywnych, ale także o zlokalizowanej w Grasse fabryce perfum z własnym laboratorium, „osobistym” perfumiarzem (Jean-Claude Astier) oraz rozlewnią zdolną napełnić 150 tys. flakonów rocznie, gdzie zarówno napełnianie, zdobienie i pakowanie flakonów odbywa się całkowicie ręcznie, co kreatorzy marki często podkreślają. Na obecnym etapie marka jest w trakcie otwierania kolejnych ekskluzywnych butików w najważniejszych miastach świata (póki co czynne są dwa – w Dubaju i Abu Dhabi, ale w planach już są kolejne, m.in. w Paryżu, a finalnie ma być ich 10).

Osaito 2

Dla mnie wizyta twórców Parfums Micallef miała jeszcze jeden, najważniejszy, aspekt. Zarówno z wypowiedzi prezentującego nam dwa nowe zapachy Nejmana, jak i z niektórych jego stwierdzeń, które usłyszałem podczas ekskluzywnego wywiadu, jakiego twórcy marki udzielili mi po prezentacji (cały wywiad opublikuję wkrótce), wynika że Micallef i Nejman postanowili odmłodzić swoją firmę, i że już zaczęli przygotować się do przekazania jej w ręce młodych następców. Obecni na środowej prezentacji  prasowej mogli usłyszeć od Geoffreya, że ma on już gotowy plan rozwoju firmy na najbliższe siedem lat. Można się jedynie domyślać, że po zrealizowaniu tego planu firma Parfums Micallef będzie już zarządzana i kreowana przez młode pokolenie. Tymczasem podjęte już zostały działania odświeżające image marki (m.in. nowe visuale), a oba najnowsze pachnidła: Pure ExtremeOsaïto dowodzą zmian także w zakresie projektowania zapachów, co zresztą potwierdził sam Nejman, mówiąc iż są one zdecydowanie mniej couture, bardziej zaś modern i minimalistic, podobnie zresztą jak flakony, pozbawione ozdób w rodzaju kryształów Swarovskiego, z których marka była dotąd znana. Nejman nie krył, że nowymi zapachami chcą trafić do młodszej klienteli, i że po raz pierwszy w historii marki decyzję na temat ostatecznego kształtu perfum miało „młode pokolenie” kreatywnego zespołu Parfums Micallef. Pure Extreme i Osaïto doskonale ilustrują tę zmianę kierunku.

M. MICALLEF Osaïto_visual

Osaïto – duchowa podróż do Tybetu

Tak jak  AKOWA miał swój początek w Afryce, w jej ziemi, w esencjach roślin z Czarnego Lądu tak Osaïto znalazł swą inspirację w powietrzu i wietrze Tybetu.

W przeciwieństwie do mocnego, wyrazistego i charakternego poprzednika Osaïto to zapach bardziej ulotny, lekki, świeży, łączący subtelne cytrusy z zielonością mirtu i ciepłem nieśmiertelnika, a wszystko to osadzone na drzewno-ambrowej bazie. 

Osaïto to nowa jakość w ofercie Micallef. Zapach jest na wskroś nowoczesny, casualowy, choć wciaż niebanalny. Rozwija się od miękkiego cytrusowego intro, przez zielone i jednocześnie subtelnie ziołowe serce aż po jeszcze cieplejszą, słoneczną, ambrową bazę, w której wciąż czuć echa głównego tematu. Osaïto kojarzy mi się z Aqua Vitae Francisa Kurkdjiana, ale ma od niego lepsze parametry użytkowe, a także wyraźniejszą sygnaturę

Osaito

Flakon Osaïto ma szorstką, przypominająca beton fakturę, która nadawana jest ręcznie. Stąd nie ma dwóch identycznie wyglądających flakonów tego zapachu.

M. MICALLEF Osaïto 100ml EDP

Nuty głowy: grejpfrut, cytrusy, nuty  morskie

Nuty serca: mirt, nieśmiertelnik

Nuty bazy: sandałowiec, egzotyczne drzewa, piżmo, ambra

twórcy: Geoffrey Nejman/ Jean-Claude Astier

rok premiery: 2016

 

 

micallef pure extreme

Pure Extreme 

Pomyślany jako lekki, kwiatowy zapach dla młodych kobiet Pure Extreme jest przykładem perfekcyjnej realizacji założeń. Śliczne,  w istocie bardzo kobiece, lekkie, ale jednocześnie wyraźne perfumy, w których delikatny bukiet kwiatowy (gardenia, róża i jaśmin) oparty został na ambrowo-piżmowej bazie. W zapachu użyto dużej ilości piżm, z przewagą pachnących „czystością” tzw. białych piżm. Efekt jest moim zdaniem naprawdę przekonujący i nie dziwi mnie fakt, iż – jak relacjonowali Martine i Geoffrey – zapach krótko po wejściu na rynek stał się bestsellerem. Mimo nieskomplikowania, ma wyraźną sygnaturę, która pięknie projektuje wokół noszącej go osoby.  Jest zaprzeczeniem tego, co było charakterystyczne dla dotychczasowych kobiecych pachnideł Micallef, takich jak Ananda, Mon Parfum czy Jewel for Her – ich wyraźnej złożoności, wielowątkowości, czasem wręcz przytłaczającej gęstości i nierzadko obezwładniającej mocy.

To wszystko czyni zeń doskonały zapach do używania na co dzień, na każdą okazję, bez obawy o niedostosowanie lub trudny do zaakceptowania przez otoczenie charakter. Komercja? Z pewnością tak, ale w najlepszym wydaniu. 

Flakon to przykład niespotykanego dotąd u Micallef minimalizmu i jednocześnie idealna ilustracja charakteru zapachu, który sprawia wrażenie odpowiedzi na konwencję transparentnych, ciepłych zapachów kwiatowych proponowanych w mistrzowski sposób choćby przez Francisa Kurkdjiana (A La Rose czy Aqua Universalis). Zarówno design flakonu jak i sam zapach zdecydowane mnie przekonują.

pure-extreme-par-m-micallef-

Nuty głowy: gardenia, róża

Nuty serca: jaśmin

Nuty bazy: nuty drzewne, białe piżmo, ambra

twórcy: Geoffrey Nejman/ Jean-Claude Astier

rok premiery: 2015