L’Orchestre Parfum – molekularna muzyka

Marka L’Orchestre Parfum zadebiutowała w 2017 roku kwintetem pachnideł w oryginalny sposób łączące zapach z muzyką, czyli dwa wcale nie tak odległe światy.

L’Orchestre Parfum

Tym razem jednak to nie muzyka zainspirowała powstanie perfum, ale to perfumy zainspirowały wybranych instrumentalistów do skomponowania muzycznych miniatur, co wydaje mi się bardzo interesujące. W ten oto sposób powstała Perfumowa Orkiestra w składzie:

Nicolas Leroy (Francja) – darbuka (bęben kielichowy)

Fumie Hihara (Japonia) – koto

Nicolas Benedetti (Francja) – puzon

Mathias Berchadsky (Francja) – gitara

Cheikh Diallo (Senegal) – kora

Dźwiękowo L’Orchestre Parfum przybliża nam muzykę z różnych strony świata i charakterystyczne dla niej instrumenty, co jest niewątpliwą edukacyjną zaletą całego projektu.

Wszystkie perfumy kolekcji skomponował duet perfumiarek Anne-Sophie Behaghel i Amelie Bourgeois z pracowni perfum Studio Flair.

Encens Asakusa – w japońskiej świątyni

Dostojna i pełna dramaturgii, wprawiająca w zadumę melodia wygrywana na tradycyjnym japońskim 13-strunowym instrumencie koto przywołuje atmosferę japońskiej świątyni, której przestrzeń wypełnia palone kadzidło.

koto

Jest ono ciepłe, komfortowe i medytacyjne, nie tak niepokojące jak to znane ze świątyń katolickich. Choć centrum zapachu stanowi najczęściej używana we tego typu perfumach esencja z olibanum połączona z równie popularną mirrą (a więc duet zdecydowanie kojarzący się z obrzędem katolickim), to akord ten został otoczony ciepłą i lekko słodką mieszanką cyprysa, irysa i piżm, co w efekcie oddala jego religijną aurę z Europy na Daleki Wschód. Esencja Schinus Molle popularnie zwana różowym pieprzem (a nim w istocie nie będąca) przydaje pikantnej nutki w otwarciu zapachu, który jako całość wydaje się być tyleż „przyjazny” i „bezpieczny”, co mało efektowny.

główne składniki: różowy pieprz, olibanum, mirra, cyprys, irys, piżmo

Thé Darbouka – herbata na pustyni Arabskiej

Hipnotycznemu, dynamicznie narastającemu rytmowi, wygrywanemu w metrum 4/4 na kilku arabskich instrumentach perkusyjnych darbuka jednocześnie, towarzyszy aromat lekko cytrusowego, przyprawionego i nieco też owocowego naparu herbacianego. Piękna symbioza.

darbuka

Początek zapachu jest dość zwyczajny, cytrusowo-zielony. Po chwili wyłania się spod niego akord lekko owocowy. Posiada on w tle nieco zaskakującą, bo niekompatybilną z kulinarnym charakterem świeżą nutkę zielono-mydlaną. Ta wydawałoby się niepasująca tutaj nuta dodaje zapachowi „perfumowości”, oddalając go od typowo kuchennych rejestrów. Z czasem ten akcent zanika. Akord herbaciany ujawnia się w pełniej krasie dopiero po kilkudziesięciu minutach. Jest zrównoważony, przyjemny, ładny. Jak to herbata. Dodatkowo wyczuwam w nim kardamon, o czym spis nut milczy. Może to więc złudzenie, ale… chyba jednak nie. Thé Darbouka to bardzo przyjemne i nieco melancholijne pachnidło o subtelnym i bardzo przyjaznym charakterze. Potrzebuje czasu, by ujawnić swoje atuty.

główne składniki: bergamotka, kmin, suszone owoce, nieśmiertelnik, oud, kakao, styrax

Cuir Kora afrykańska skóra

Utrzymany w subtelnym rytmie reggae i raczej europejskiej harmonii utwór wykonany na niezwykłym i oryginalnie brzmiącym zachodnioafrykańskim instrumencie szarpanym kora, będącym połączeniem tykwy i harfy, stanowił inspiracje dla powstania tego skórzanego zapachu.

kora

Cuir Kora jest współczesną, intensywną kompozycją skórzaną, utrzymaną w charakterze skórzanych propozycji m.in. marki Memo Paris czy Parfum d’Empire. Jego delikatna przyprawowość i dość gęsta, trochę wytrawna i wyraźnie drzewna (szczególnie na suchym finiszu) natura powoduje, że bardzo ładnie układa się – nomen omen – na skórze. Cuir Kora to prawdopodobnie mój ulubionym zapach L’Orchestre Parfum. No chyba, że jeszcze zmienię zdanie…

główne składniki: mango, kardamon, elemi, skóra, labdanum, drewno palisandrowe, benzoes

Flamenco Neroli hiszpańsko brzmiące molekuły

Żadna muzyka nie pasuje lepiej do tego aromatycznego, świeżego, kolońskiego zapachu, niż flamenco. A jeżeli flamenco, to oczywiście gitara – klasyczna, z pudłem rezonansowym i ciepło brzmiącymi strunami nylonowymi. Na taki to instrumencie jeden z czołowych współczesnych francuskich gitarzystów flamenco Mathias Berchadsky wygrywa swą muzyczną miniaturę.

gitara klasyczna

Charakter zapachu oczywiście nie jest niespodzianką. Dominuje białokwiatowo-cytrusowy akord koloński zbudowany z neroli i bergamotki, któremu odrobiny wibracji przydano imbirem, lekkiej goryczki zaś esencją z gorzkiej pomarańczy oraz jaśminem. Zapach osadzono na dwóch gatunkach esencji cedrowej (wirginijskiej i atlaskiej). Flamenco Neroli zwróciło moją uwagę pięknem kompozycji i wysoką jakością użytych składników. W gatunku perfumowanych wód o kolońskim charakterze to propozycja zdecydowanie godna polecenia. Wprowadzi w zbliżające się szare i zimne dni odrobinę słońca Andaluzji. Obok Cuir Kora mój faworyt pośród perfumowej orkiestry.

główne składniki: neroli, bergamotka, gorzka pomarańcza, imbir, jaśmin, cedr

Rose Trombone nowojorski jazz

Zagrany wyłącznie na puzonie (nałożone kilka ścieżek instrumentu, tak że powstała całkiem bogata aranżacja) jazzujący, swingujący utwór z przewodnim tematem przypominającym słynne „Summertime” Georga Gershwina, z improwizowana solówką pośrodku, jak przystało na jazz, zainspirował powstanie perfum z różą w centrum. Osobliwy wybór, and którym można by dyskutować, ale na końcu istotny jest zapach. A ten jest naprawdę udany.

Lekko kulinarna róża, początkowo nieprzesadnie podbita aldehydami, w sercu zgrabnie otoczona nutami owocowymi i nutą rumu, oparta na waniliowo-drzewnej bazie, utrwalona czystymi piżmami. Bardzo przyjemne, nowoczesne i całkiem zmysłowe ujęcie róży.

Zastanawiałem się, jak można by powiązać tę kompozycję zapachową z utworem muzycznym, który stał się dlań inspiracją. I chyba znalazłem klucz. Ten jazzowy temat jest równie ograny jak róża w perfumach. Ale jego odegranie wyłącznie na puzonie wydaje się całkiem oryginalną realizacją, podobnie jak róża zanurzona w owocowym syropie i polana rumem. Intensywna i bardzo trwała, z daleka od banału, z czasem zyskała na mojej ocenie.

główne składniki: róża, akord czystości, brzoskwinia, wanilia, drewno sandałowe, białe piżmo, rum

L’Orchestre Parfum to interesująca kolekcja perfum, oparta na oryginalnym i ciekawy koncepcie. Same zapachy mają cechy wspólne – są bardzo harmonijne, zrównoważone i generalnie przyjemne, miłe w noszeniu. Nie znajdziemy w nich żadnych dysonansów ani napięć. Przez to mogą wiele osób pozostawić obojętnymi, bo nie znajdziemy w nich olfaktorycznych wodotrysków. Wg mnie mają jednak swój urok i warto dać im szansę, bo niejednego mogą jednak pozytywnie zaskoczyć. Harmonia i równowaga pięto przecież cechy klasycznego piękna w sztuce.

Perris Monte Carlo – „Les Parfums de Grasse”

W 2018 roku UNESCO wpisało regiony Grasse na „Listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości” w związku z kultywowaną tam od wieków wyjątkową wiedzą związaną z uprawą roślin perfumeryjnych, znajomością i przetwarzaniem naturalnych surowców w wonne ingrediencje oraz sztuką kompozycji perfum. Właśnie to miejsce zainspirowało kierującego marką Perris Monte Carlo Gianlucę Perrisa to zainicjowania wyjątkowej kolekcji perfum.

Grasse słynęło niegdyś z upraw przeznaczonych do produkcji perfum: róży majowej i jaśminu. Obecnie oczywiście wciąż uprawia się tam te (i inne) rośliny, ale skala tych upraw jest nieporównanie mniejsza. Niemniej zarówno róża, jak i jaśmin to emblematyczne dla historii i tradycji regionu Grasse kwiaty. Nie dziwi mnie więc zupełnie wybór tematyki dla dwóch pierwszych perfum kolekcji Les Parfums de Grasse.

Gianluca Perris

Aby były to perfumy naprawdę wyjątkowe, ich skomponowanie Perris powierzył wyjątkowemu perfumiarzowi, mieszkającemu zresztą w rzeczonym regionie (a konkretnie w Cabris) Jean Claude’owi Ellenie, który dopiero niedawno ustąpił z prestiżowego fotela nadwornego perfumiarza marki Hermes.

W Grasse było kilku wartych uwagi kandydatów do tego projektu. Ale dla mnie Jean Claude Ellena jest najbardziej kultowym perfumiarzem naszych czasów i stoi ponad wszystkimi innymi. Jest oczywiste ponad wszelką wątpliwość, że artystycznie urodził się on w Grasse.

Gianluca Perris

Wiadomość o tym, że nowe perfumy Perris Monte Carlo wyszły z laboratorium w Cabris zelektryzowała mnie. Wszak J.C. Ellena to jeden z moich absolutnie ulubionych perfumiarzy, perfumowy wizjoner, którego kunsztu jestem wielkim wielbicielem. Mistrz perfumowego minimalizmu, który skomponował m.in. tak genialne zapachy, jak Declaration Cartier, Terre d’Hermes, Voyage d’Hermes czy Un Jardin Sur Le Nil, by wymienić tylko moje ulubione.

Jean Claude Ellena

J.C. Elleny wspomina przy tej okazji, jak będąc jeszcze dzieckiem, pracował podczas wieczornych zbiorów jaśminu (a także róż), pomagając swojej babci. Tamtego zapachu kwitów nigdy nie zapomniał i chciał go jak najwierniej oddać w tej kompozycji.

Jasmin de Pays

To klasyczny J.C. Ellena – minimalistyczny, bardzo na temat, skupiony na podkreśleniu natury tytułowego bohatera. A ten zmienia się tak, jak aromat jaśminu, którego kwiaty Jean Claude zbierał będąc dzieckiem. Najpierw pachnie zielono, świeżo, następnie zaczyna przypominać woń kwiatu pomarańczy, by na finiszu ukazać subtelne, indolowe zwierzęce akcenty. Ale od początku do końca jest to pięknie pachnący jaśmin. Dokładnie taki, jak wspomina perfumiarz – woń zbieranych kwiatów zmieniała się od godzin wieczornych aż do północy. Co więcej można tu dodać – Jasmin de Pays to jeden z najpiękniejszych zapachów jaśminowych, najwierniejszych naturze kwiatu, potraktowany bez zbędnych dodatków.

Absolut jaśminu jest w centrum, a zmienną naturę kwiatu autor uzyskał odpowiednio dozując esencję z goździka i aksamitki. Zwierzęcą naturę finiszu, a także trwałość i głębię zapachu zapewnił stosowną dawką piżma. Jakież to proste i jakże piękne?

główne nuty: jaśmin (absolut), goździk, aksamitka, piżmo

Rose de Mai

Ellena wybrał różę majową jako tę najbardziej charakterystyczną dla upraw w rejonie Grasse. Ta róża ma lekki, jasny i świeży zapach i w ten sposób właśnie artysta zaprezentował ją w swej kompozycji. W tym celu połączył cenny absolut z róży z równie charakterystyczną dla południowej Francji esencją z nieśmiertelnika oraz jedną z moich ulubionych esencji – geranium. Ostateczne szlify nadał dawką piżma.

Rose de Mai otwiera się róża lekko zieloną, świeżą. Dość szybko róża staje się lekka, kremowa i pastelowa, jak gdyby namalowana delikatną różaną, kremową pianką. Z czasem piękny różany absolut gęstnieje i dominuje, trwając na skórze do końca. Uroda tego zapachu tkwi w jego naturalności i prostoście oraz mistrzowskich proporcjach.

główne nuty: róża (absolut), nieśmiertelnik, geranium, piżmo

Oba zapachy to mistrzostwo precyzji i minimalizmu w perfumerii. Pachną bardzo naturalnie, przyjaźnie i po prostu ślicznie. W ich prostocie tkwi ich piękno. Tak to już jest z mistrzami sztuk, że umieją najbardziej zdawałoby się oklepany, a nawet banalny temat przedstawić w taki sposób, że zachwyca i porusza. J.C. Ellena to potrafi, co po raz kolejny udowodnił.

Amouage „Opus XI” – smoła na sterydach

Ile by nie napisać o wkładzie Christophera Chonga w rozkwit marki Amouage, trudno byłoby oddać mu w pełni jego zasługi.

Dziś – z perspektywy faktu, że kilka tygodni temu ogłosił rozstanie z marką – jego praca dla Amouage nabiera dodatkowego wymiaru. Chong stworzył – wraz ze współpracującymi z nim perfumiarzami – spektakularną kolekcję niezwykłych – w najlepszym tego słowa znaczeniu – perfum, pośród których dla mnie szczególną pozycję mają zapachy tworzące The Library Collection – najambitniejsze, najbardziej wizjonerskie i najbardziej wymagające.

Opusy to pachnidła nie tylko doskonałej jakości. Moim zdaniem to najodważniejsze i najciekawsze perfumy, jakie powstały w ostatniej dekadzie. Pierwszy Opus miał swą premierę w 2010 roku. Ostatni – Opus XI – w 2018. Czy będą kolejne? Czas pokaże.

„Nie uważam, aby którekolwiek z moich perfum były dziwne, może dlatego, że żyję z nimi w każdej sekundzie mojego życia. To jak posiadanie dziecka. Nawet jeśli twoje dziecko jest trochę dziwne, nie widzisz tego. Wydaje ci się normalne. Słyszałem wiele osób mówiących mi, że moje perfumy nie są takie łatwe do zrozumienia. Ale to właśnie chcę robić. Przynajmniej mam odwagę pchnąć paletę olfaktoryczną, jak to robili ludzie w ubiegłym stuleciu. I chcę, żeby klienci ciężko ze mną pracowali i poświęcili czas na zrozumienie tej podróży. ”

Christopher Chong
Christopher Chong

Żaden z Opusów nigdy nie mnie rozczarował. Są realizacją wszystkiego, co w niszowej perfumerii uważam za najlepsze. Niespotykane akordy, intrygujące kontrasty, nuty czasem wymagające zmiany zapachowych przyzwyczajeń, przestawienia osobistego „zapachowego kompasu”, poszerzające olfaktoryczną pojemność słowa „perfumy”. Do tego zawsze spektakularna intensywność, moc i niebywała, czasem wielodniowa trwałość. A wszystko to bez popadania w parodię, bez błyskotek i oślepiających uniformów, bez niestworzonych historii o królewskich dworach czy najcenniejszych składnikach świata. W oryginalnych flakonach o nowoczesnym designie, z minimalistycznymi etykietkami. Wszystko to w cenie stosownej do prezentowanej treści i jakości oraz do klienteli, do jakiej perfumy Amouage są kierowane (finansowo zasobnej, ale stroniącej od kiczu i banału, lubiącej zapachowe wyzwania, indywidualistycznej, chcącej swój charakter podkreślić perfumami).

Smoła zamiast drzew

Opus XI jest doskonałym przykładem stylu Chonga, który na przestrzeni lat stał się stylem Amouage. Już od pierwszych sekund czuć, że to aromat ambitny i wymagający. Otwierająca go nuta majeranku ma w sobie trochę zieloności i stosowną dozę ziołowości, nie przechylającą wszakże zapachu w kierunku kuchennej półki z przyprawami. Na myśl natychmiast przychodzi inny doskonały zapach Amouage Interlude Man z wyrazistą nuta oregano. Oba pachnidła łączy też perfumiarza – chyba ulubionego przez Chonga – Pierre Negrina. Majeranek nie fruwa to sobie swobodnie w powietrzu. Osadzony został bowiem na drzewnej nucie oudu, którą perfumiarz ulokował – co ciekawe – w sercu zapachu (zwykle oud buduje bazę). To co opisuję, dzieje się w pierwszym kwadransie od aplikacji na skórę. Podczas pierwszych testów do tego właśnie momentu Opus XI wydawał mi się kontynuacją kierunku obranego we wspomnianym Interlude Man, a także w innym wspaniałym dziele spółki Chong/ Negrin: w Opusie VII. Czułem, że jeśli w dalszej kolejności nastąpi drzewny finisz – polubimy się i to bardzo. Stało się jednak coś zupełnie innego… Nastąpiło zaskakujące „przełamanie” i aromat zaczął być w dość brutalny sposób okupowany przez coraz intensywniejszą nutę neo-skórzaną, brudną, jednocześnie drzewną i smolistą. Tyleż szokującą, co już mi znaną z… Gucci Guilty Absolute! To dokładnie ta sama nuta, śmiem podejrzewać, że ta sama aroma-molekuła, którą Amouage całkiem odpowiednio nazwał w oficjalnym wykazie nut jako woodleather. Dokładnie. Ta smolista nuta niepodzielnie już rządzi przez kolejne godziny, bardzo powoli tracąc na intensywności, siedząc na skórze zdecydowanie ponad dobę. Zapach jest tak nieprawdopodobnie mocny, że jago aplikacja musi być dosłownie minimalna. W przeciwnym razie powali noszącego i jego otocznie w promieniu 10 metrów.

To czy polubimy Opus XI zależy od tego, czy zaakceptujemy wspomniany akord woodleather, który w największym skrócie pachnie jak smoła na sterydach. To potężny i dominujący aromat, dodatkowo w Opus XI jest go moim zdaniem znacznie więcej, niż w Guilty Absolute (poza tym tam został połączony z nieco go łagodzącymi pinenowymi nutami iglaków i wetywerią, więc – mimo, że też drzewny – to jednak ma bardziej kamforową aurę, niż oudowo-skórzany, nieco animalny Opus XI). Oprócz wspomnianego Gucciego znam jeszcze jeden zapach o podobnej skórzano-smolistej, bezkompromisowej naturze – Rien Etat Libre d’Orange.

Christopher Chong zakończył kolekcję „biblioteczną” zdecydowanie mocnym akcentem, bezkompromisowym i bardzo trudnym pachnidłem. To zapach dla najsilniejszych indywidualności, dla osób nie obawiających się podejrzliwych i pełnych zniesmaczenia zmieszanego z zaskoczeniem spojrzeń. Dominujący i nie biorący jeńców. Nie jestem pewien, czy kreatorzy nie posunęli się tu jednak trochę za daleko…

Christophera Chonga w Amouage już nie ma, ale jego ostatni Opus będzie jeszcze pachniał długo, bardzo długo i bardzo mocno, nikogo nie pozostawiając obojętnym. Zamiast pięknych drzew, pozostawił nam przesączoną lepikiem spaleniznę. Dość mroczny to krajobraz, ale też – co za pożegnanie!

PS. Jestem niemal pewien, że choć Chong zakończył swoją misję w Amouage, wkrótce wróci z nowym zapachowym projektem…

Już nie mogę się doczekać…

nuty głowy: majeranek

nut serca: oud

nuty bazy: styrax, Woodleather

rok premiery: 2018

nos: Pierre Negrin

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 6,0/ projekcja: 5,0->4,0

Carner Barcelona „Mediterranean Collection” – śródziemnomorskie lato

U progu lata Carner Barcelona raczy nas aż trzema zapachami w koncentracji wody perfumowanej zainspirowanymi wybrzeżem Morza Śródziemnego.  Nie jest to wszakże pierwszy raz, gdy marka sięga po ten jakże rozległy region geograficzny. Trzy lata temu brand Sary Carner przedstawił świetną morsko-ambrową Costarelę. Tegoroczny tercet to doskonałe uzupełnienie nieco dotąd zaniedbanej w ofercie marki kategorii świeżej i orzeźwiającej. Uzupełnienie bardzo, ale to bardzo udane, co muszę stwierdzić juz na samym wstępie.

Salado

Zapach skąpanej opalonej skóry pokrytej kryształkami morskiej soli. Rześki i odświeżający jak lekka śródziemnomorska bryza, przesuwająca się po pokładzie żaglówki zadokowanej na morskim wybrzeżu.

Salado otwiera się zielonym, lekko cytrusowym i lekko musującym akordem, któremu krótkotrwałej wibracji nadaje różowy pieprz. Słoneczne ciepło esencji kwiatu pomarańczy w sercu naturalnie współgra z wodnym orzeźwieniem nuty ogórka. W tle czuć drobinki morskiej soli, osadzone na podłożu z dryfującego drewna i utrwalających zapach na skórze piżm. Subtelna baza jest słonawa i ciepła, dokładnie jak skąpana śródziemnomorskim słońcem skóra. Świetny i bardzo sugestywny zapach.

Carner_Fresh_Salado-100ml__76810.1555349387

główne nuty: zielone cytrusy, kwiat pomarańczy, ogórek, akord słony, piżma

Bo-Bo

Bo-bo wziął swą nazwę ze starożytnego tańca folklorystycznego i podobnie jako on przywołuje dawny śródziemnomorski klimat.

Zapach jest początkowo rześko-cytrusowy, z delikatnie wkomponowanymi w sercu duetem białych kwiatów (jaśmin i konwalia). Wetyweria naturalnie przedłuża zielony aspekt zapachu dodając lekkiej drzewności, a biała ambra pogłębia finisz. Prosta, ale jakże skuteczna formuła, choć – i to muszę napisać – powodująca, że Bo-Bo wypada najmniej efektownie spośród opisywanej trójki zapachów.

Carner-Barcelona-Fresh-Collection-Bo-Bo

główne nuty: cytrusy, czarna porzeczka, białe kwiaty, wetyweria, piżmo

Fig Man

Zainspirowany ilustracją Salvadora Dali’ego o tej samej nazwie, jest oryginalnym ujęciem pozornie klasycznych nut ziemistych odwróconych w taki sposób, by powstał fantazyjny aromat.

Fantazyjny czy nie, Fig Man to bardzo dobrze zrobiony zapach zielony z umieszczoną w centrum i wzmocnioną fiołkiem nutą figowego liścia, poprzedzoną zielono-cytrusowym wstępem, wzbogaconym wibrującym kardamonem, a spuentowaną solidną drzewną bazą z paczulą i gwajakiem, ocieploną tonką. Fig Man pachnie zielono-drzewnie, dość intensywnie i nie aż tak wielowymiarowo, jakby to wynikało z wymienionych wyżej nut. Jest mimo wszystko dość linearny i bardzo na temat, co mi akurat odpowiada. To piękny figowiec od początku do końca.

Carner-Barcelona-Fresh-Collection-Fig-Man

główne nuty: cytrusy, kardamon, figa, akord morski, paczula, gwajak, tonka

Zapachy Carner Barcelona z kolekcji Mediterrenean urzekły mnie uniseksowym połączeniem bardzo żywych, kolorowych, orzeźwiających akordów oraz zaskakującą – jak na świeże pachnidła – esencjonalnością i trwałością, która będzie ich niewątpliwym atutem, gdy zostaną użyte w warunkach upalnej aury (która nareszcie do nas dotarła, bo niekończących się miesiącach zimna, wilgoci i niedostatku światła słonecznego), do czego zostały moim zdaniem stworzone. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym tercetem. To naprawdę świetnie pod każdym względem perfumy, których dotąd zdecydowanie brakowało w ofercie Carner Barcelona.

Puredistance – prawdziwy perfumowy luksus

Czasem zastanawiam się nad tym, czym współcześnie jest w perfumerii luksus? W jaki sposób go określić? Co wyznacza jego ramy w czasach, gdy pachnidła z logotypami znanych designerów mody, niegdyś uznawane za luksusowe, stały się ogólnodostępne w wyniku strategii nastawionej na maksymalizacje sprzedaży, której w sukurs przyszedł rozwoju e-handlu?

O tym, że perfumy są luksusowe, stanowi kilka czynników. Po pierwsze – i najważniejsze – jakość kompozycji i użytych w niej składników. Tu nie może być drogi na skróty. Koneserski nos natychmiast wychwyci fałsz, kiepską jakość lub słabą kompozycję. Jakości składników powinna towarzyszyć też wyższa niż przeciętna koncentracja pachnącej esencji, choć nie jest to warunkiem koniecznym i zależy tak naprawdę od intencji twórców perfum. Po drugie flakon – zarówno jakość jego wykonania, jak i materiały, z których został zrobiony. Niedoróbki wykonawstwa – np. kiepsko spasowana zatyczka, niedokładnie naniesione elementy graficzne czy np. cieknący atomizer dyskwalifikują perfumy jako luksusowe. Po trzecie opakowanie – zwykły tekturowy kartonik zdecydowanie nie ma luksusowego charakteru, tu trzeba czegoś więcej – eleganckiego skórzanego etui, drewnianej szkatułki, lub co najmniej solidnej – przepraszam za wyrażenie – tekturowej „trumienki” obitej skórą lub innym wysokiej jakości materiałem, w której wygodnie leży sobie flakon. Po czwarte – relacja z klientem. Marka sprzedająca perfumy luksusowe nie ogranicza się li tylko do sprzedaży swych produktów, ale tworzy z klientem relację opartą na wyjątkowym do niego podejściu. Klient nabywając taki produkt staje się też częścią marki, jej wewnątrznago świata, wyznawanego przez nią systemu wartości. Wierny (czyt. powtarzający zakupy) klient informowany jest o wydarzeniach z życia marki, obdarowywany jest cennymi podarunkami przy różnych okazjach, a właściciel marki nawiązuje z nim czasem bezpośrednią relację poprzez rozmowy lub korespondencję. Po piąte – ograniczona dostępność. Towar luksusowe nie mogą być dostępne byle gdzie. Starannie wyselekcjonowane punkty sprzedaży, które zadbają nie tylko o odpowiednią prezentację produktu, ale też o odpowiedni serwis – pełną informację na jego temat, przekazywaną zgodnie z wytycznymi marki. Sprzedaż internetowa jest w obecnych czasach nieunikniona, ale w przypadku perfum luksusowych raczej ta bezpośrednia – z własnego e-shopu, a niekoniecznie poprzez perfumerie internetowe. Po szóste – niska liczebność dostępnych produktów. Towary luksusowe, ze względu na ograniczoną bazę konsumentów, nie są produkowane w liczbach, w jakich wytwarza się produkty ogólnodostępne. To oczywiste. Nie oznacza to, że perfum luksusowych może zabraknąć, tylko że pojedyncza partia produkcyjna jest nieporównanie mniejsza, niż w przypadku perfum designerskich, co ma kolosalny wpływ na jednostkowy koszt wytworzenia. Po siódme – marketing. Luksu nie potrzebuje marketingu. Jeżeli już, to subtelnego, opartego raczej na rekomendacjach, na pracy ambasadorów danej marki. Na koniec – cena. Tu zasada jest jasna – perfumy luksusowe – jak każdy tego rodzaju towar – muszą po prostu być drogie, droższe lub dużo droższe od perfum designerskich. Cena wynika z wszystkich wcześniej wymienionych elementów i jest po części konsekwencją wyższych kosztów produkcji samej zapachowej esencji, flakonu, opakowania, małych partii produkcyjnych i ograniczonej dystrybucji. Ale wysoka cena to przede wszystkim immanentna cecha produktu luksusowego, który także poprzez nią de facto nabiera luksusowego charakteru. Kluczowym jest, by za tą ceną stał produkt posiadający wymienione wcześniej cechy. Fałsz w tym zakresie łatwo wyczuć.

Gdy przez sito powyższych kryteriów przepuścić współczesne marki perfumowe chcące uchodzić za luksusowe, nagle okaże się, że na jego powierzchni pozostanie zaledwie kilka, może kilkanaście. Jedną z tych, które idealnie je spełniają jest – i nie mam tu najmniejszych wątpliwości – Puredistance.

puredistance

Powołana do życia przez Jana Ewouda Vosa jest zjawiskiem absolutnie wyjątkowym na perfumowym rynku, przy czym słowo rynek brzmi tu – powiedziałbym – niestosownie. Na stronach mojego bloga miałem już okazję opisywać pachnidła Puredistance:

M  – gdzie napisałem także więcej o samej marce, jej pochodzeniu i jej filozofii, a sam zapach to przepiękny męski skórzany szypr na miarę Astona Martina

Blacknowoczesna interpretacja męskości Puredistance

Sheiduna wyjątkowej urody i oryginalności niesamowicie eleganckie i zmysłowe , nowoczesne i bardzo kobiece perfumy orientalne

White – energetyczny kobiecy, współczesny zapach kwiatowy

Warszawa – perfumowy hołd dla Warszawy, powstały w wyniku wieloletniej przyjaźni Jana Ewoda Vosa i Stanisławy Missali, właścicielki perfumerii Quality Missala, wyłącznego dystrybutora perfum Puredistance w Polsce.

Jan Evoud Vos Puredistance
Jan Ewoud Vos

Mimo, że Puredistance zadebiutowało w 2007 roku, przez kolejnych 11 lat zaprezentowało zaledwie osiem pachnideł, co pozostaje w zgodzie z minimalistycznym pojęciem luksusu, jakiemu hołduje twórca marki. Od niego samego wiem, że w przyszłym roku będzie miała miejsce premiera nowego pachnidła – zupełnie wyjątkowego, nawet jak na wysokie standardy marki. Jak łatwo policzyć, na blogu opisałem dotąd pięć z ośmiu kompozycji. Dziś chcę nadrobić tę zaległość i podzielić się wrażeniami nt. pozostałych trzech, które – tak się złożyło – mają stricte kobiecy charakter.

anne-buzantia-land
Annie Buzantian

Wszystko zaczęło się od Puredistance I (2007) – pierwszego pachnidła marki, o którego skomponowanie Jan poprosił pracującą w Nowym Jorku mistrzynię perfumiarskiego fachu Annie Buzantian. Ta zaproponowała Janowi perfumy swoich marzeń, która wcześniej skomponowała wyłącznie na własny użytek. Zapach idealnie wpisywał się w oczekiwania Vosa i jego filozofię. Wąchany dziś wciąż robi potężne wrażenie niezwykle zręcznym, mistrzowsko zrównoważonym połączeniem delikatnego akordu owocowego zbudowanego z esencji kwiatu mandarynki, neroli oraz czarnej porzeczki z klasycznymi nutami kwiatowymi (magnolia, róża, jaśmin, mimoza) oblanymi gęstą słodko-ambrową mazią szczelnie wypełniającą przestrzenie pomiędzy korzeniami wetywerii. Kompozycję pogłębiono i utrwalono białymi piżmami i rozcieńczono do „skromnych” 38% (!), co w praktyce oznacza, że jest ona perfumowym ekstraktem, a to determinuje jej zachowanie na skórze. Zapach otula, nie emanuje na otoczenie, pozostawia zmysłowy ogon. Majestatycznie rozwija się pod wpływem ciepła skóry, jest bardzo zmysłowy, kobiecy – owszem – ale nie do tego stopnia, by nie zagrać wdzięcznie na męskiej skórze. Znajduję w nim oryginalne ujęcie ambrowości – lekko słodkiej, ale tak doskonale wyważonej, że nie popadającej ani na chwilę w kulinarne skojarzenia, może poza wyczuwaniem w tle najdoskonalszej gatunkowo nuty gorzkiej czekolady. Doskonałe pachnidło wieczorowe, idealnie licujące z szykowną suknią lub smokingiem. Puredistance I jest przykładem perfumerii opartej na klasycznych wzorcach, ale podanej we współczesny sposób. Nie znajdziemy tu retro akcentów, z których znane jest M czy Antonia. Ma w sobie ponadczasowość, która wynika z perfekcyjnie wyważonego charakteru i bezkompromisowej jakości. Jest piękne od owocowo-kwiatowego początku do ambrowego końca. Majstersztyk.

puredistance-master-perfumes-1-giftbox-flacon-perfume-spray-ribbon-60ml-st01

główne nuty: kwiat mandarynki, czarna porzeczka, neroli, magnolia, róża, jaśmin, mimoza, słodka ambra, wetyweria, białe piżma

rok premiery: 2007

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0-3,5

 

puredistance-pure-perfume-extrait-antonia-st02-472x654

Skomponowana jako hołd dla matki Jana Antonia to zapierające dech w piersiach interpretacja tematu zielono-kwiatowo-pudrowego, którego najbardziej znanym w perfumerii przykładem jest genialne Chanel No.19. Z tym, że w Antonii temat ów został ujęty w sposób godny marki Puredistance. Od pierwszego zielonego podmuchu galbanum, wzmocnionego bluszczem, a ukorzenionego w kompozycji za pomocą wetywerii, poprzez kwiatowo-pudrowe serca zawierające absolutnie klasyczny kwiatowy kwartet jaśminu, róży, Ylang-Ylang i irysa, aż po miękki, zmysłowy waniliowy finisz Antonia zdaje się krzyczeć wprost powalającą jakością samej na wskroś klasycznej kompozycji, jak i użytych ingrediencji. Nigdy wcześniej nie dane mi było wąchać tak doskonale pachnących perfum w tym konkretnym zielono-pudrowym gatunku. Antonia jest przy tym zapachem bardzo intensywnym, o potężnej projekcji i wyraźnej ewolucji na skórze, na której – jak na zapach w koncentracji 25% przystało – pozostaje długie godziny. Odmiennie do Puredistance I uważam Antonię za perfumy zdecydowanie najlepiej korespondujące z osobowością i charakterem kobiety dojrzałej i jest to moim zdaniem jedyne pachnidło w ofercie marki tak głęboko usadowione w stylistyce retro. Jednak mimo, że nuty i akordy nie pozostawiają wątpliwości co do klasyczny inspiracji, to już sposób ich realizacji pozwolił uniknąć aromatów, które byłby trudne do zaakceptowania wśród współczesnych kobiet. Udała się więc Annie Buzantian trudna sztuka, co tylko potwierdza jej ogromny talent i mistrzowskie umiejętności. Antonia to przykład perfumowej sztuki na najwyższym poziomie.

puredistance-Antonia-master-perfume-17.5ml-giftbox-st-02

główne nuty: galbanum, bluszcz, jaśmin, róża, Ylang Ylang, irys, wetyweria, wanilia

rok premiery: 2010

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 5,0-4,5

 

Skomponowane ponownie przez Annie Buzantian Opardu miało swoją premierę w 2012 roku. Perfumiarka i kreator Jan Ewoud Vos pozostali w rejonach klasycznych, kwiatowych, obezwładniających swoją urodą, bogactwem i harmonią, bazujących na najlepszych wzorcach francuskiej perfumerii. Tym razem jednak powstało pachnidło dużo bardziej stylistycznie współczesne, niż dwa wcześniej opisane, a także (pewnie w wyniku obecności tuberozy) – i piszę to z pełnym przekonaniem – wręcz erotycznie zmysłowe.

Puredistance-OPARDU-06B-HR

Opardu to perfumy wieczorowe, które idealnie dopełnią elegancką, ale i lekko wyzywającą kreację balową czy bankietową. Bo takie właśnie są – pełne szyku, ale i zmysłowej erotycznej obietnicy. Mężczyźni będą tym aromatem obezwładnieni, o ile poczują go na adekwatnej do jego charakteru i stylu kobiecie. Jestem tego pewien.

Zapach otwiera się praktycznie do razu zmysłowym bukietem kwiatów, orientalnym i gęstym, ale nieprzytłaczającym, początkowo złagodzonym heliotropem. Z czasem akord kwiatowy konstytuuje się na skórze, nabiera kształtów i mocy i zaczyna wyraźnie projektować oszałamiającym, orientalno-kwiatowym bukietem, będącym olfaktorycznym odzwierciedleniem zmysłowej kobiecości. Tuberoza, gardenia, bułgarska róża i lekko z początku indolowy jaśmin w formie absolutu, z dodatkiem goździka i heliotropu. Co za niesamowity kwiatowy popis! Ten pełen erotycznych obietnic akord trwa na skórze kilka godzin, by z czasem zacząć przeobrażać się w zadziorny finisz – bazę, która jest narkotyczna i wciąż zmysłowa, z mocno wyczuwalnym jaśminowy indolem, podbitym drzewną nutą cedru. Opardu to zapach kobiety niezwykłej, to woń upojnej, pełnej erotycznych uniesień nocy. To zapach, któremu nie sposób się oprzeć. Ja w każdym razie nie potrafię…

puredistance-perfume-opardu-100ml-st04

główne nuty: absolut z tuberozy, gardenia, róża bułgarska, purpurowy lilak, goździk, absolut jaśminu, heliotrop, drewno cedrowe

rok premiery: 2012

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5-4,0

 

Chronologicznie pierwsze trzy kobiece pachnidła Puredistance tworzą swego rodzaju trylogię kwiatowych perfum opartych na najlepszych wzorcach i skomponowanych z absolutną maestrią. Każdy z tych zapachów jest wyraźnie inny, ale wszystkie mają cechy wspólne: są bogate, gęste od pachnącej esencji, potrzebują ciepła skóry, by rozwinąć się na niej w absolutnie hipnotyzującą aurę, która doda kobiecie zmysłowej tajemnicy. Czuć w nich wspólną estetykę, wyrafinowaną i onieśmielająco piękną. Nie mam wątpliwości, że tak właśnie pachną współczesne perfumy luksusowe.

 

 

 

Clive Christian „Private Collection”

W zeszłym roku luksusowy brytyjski dom perfumowy Clive Christian przedstawił nową i bezprecedensową w swoim wykonaniu Private Collection – kolekcję 5 par pachnideł, z których każda para oznaczona została jedną z liter imienia kreatora. Nowa kolekcja zdaje się zastępować dotychczasową, także literową (choć złożoną ze – zdaje się – póki co 3 par zapachów: C,L,V), i także zamkniętą w brązowych flakonach. O ile jednak w tamtej pachnidła debiutowały parami z podziałem na męskie i damskie (podobnie jak zwykło to czynić Amouage), co było wyraźnie zaznaczone na flakonach, tak nowa kolekcja nie kontynuuje tego podziału w tak wyraźny sposób. Dopiero gdy wejdziemy na stronę marki i zajrzymy do opisów poszczególnych perfum, znajdziemy tam sugestie co do płciowe predestynacji (masculine lub feminine). Na flakonach umieszczono natomiast krótkie opisy rodziny zapachowej, do jakiej należą poszczególne perfumy, co zdaje się być ciekawym zabiegiem, skierowanym do coraz bardziej świadomej klienteli. Trzeba zaznaczyć, że Private Collection składa się z zupełnie nowych kompozycji, mimo zachowania jednoliterowych „nazw”. Oznacza to, że nowe L pachnie inaczej niż stare L itd.

C Christian private-collection-masculine-47905445

Kolekcja dostępna jest już od jakiegoś czasu w Perfumerii Quality Missala, dzięki uprzejmości której mam okazję zapoznać się z 3 parami pachnideł: L, I oraz E.

Wedle informacji znajdującej się na stronie internetowej marki, każde pachnidło zawiera od stu do trzystu (!) składników, co wydaje się być niemal niewiarygodne w czasach, gdy perfumy komponuje się z kilku, kilkunastu, w porywach kilkudziesięciu ingrediencji! Poziom ich koncentracji to 20%. Są to więc wody perfumowane, nawet nie ekstrakty. No dobrze, ale jak pachną tak rzekomo bogate w składniki kompozycje?

L (Feminine – Floral Chypre) – jak wynika z opisu jest to kwiatowy szypr i faktycznie tak jest. Takie określenie mogłoby nasuwać skojarzenia z estetyką klasycznego No 5 Chanela i tysięcy innych pachnideł, która powstały z inspiracji tym arcydziełem przypadku… Będą to oczywiście skojarzenia słuszne, ale tylko poniekąd. L Feminine to bowiem szypr pachnący jednocześnie tradycyjnie i współcześnie. Bije z niego precyzja i znajoma uroda. Nie zaskakuje treścią, ale oczarowuje formą. Przepiękne, niezwykle kobiece, mogące z powodzeniem stawać w szranki z Gabrielle od Chanel. Uwielbiam takie perfumy do tego stopnia, że sam chętnie bym je nosił…. Zresztą, zawsze gdy nachodzi mnie chęć na kwiatowy szypr, sięgam po Amouage Gold Men lub co najmniej Silver Man…. A jakie nuty znajdziemy w L Feminine? Przede wszystkim klasyczny duet jaśminu Sambac i róży, szczyptę irysa, który przepięknie odzywa się w sercu zapachu nadając akordowi kwiatowemu lekko szorstkiej, niesamowicie eleganckiej faktury, odrobinę kadzidła oraz budujące trwałą bazę piżma i wanilię o subtelnie animalnym sznycie. Owszem, powstało tysiące takich pachnideł, ale pewnie zaledwie kilkanaście z nich może pochwalić się taką urodą. Klasyczny i naprawdę ładny.

L (Masculine – Woody Oriental) – intrygujące połączenie przypraw (pieprz) z akordem fougere (lawenda i geranium) i subtelnymi nutami kwiatowymi (irys, magnolia, jaśmin) na ambrowo-tytoniowej bazie, utrwalonej i pogłębionej przez piżma. Oryginalny, męski i emanujący luksusem zapach wpisujący się w aktualnie panujący trend powrotu fougere do kanonu męskiej perfumerii (co mnie bardzo cieszy). Troszkę może zachowawczy, niemniej bardzo kompetentnie skomponowany.

I (Feminine – Woody Floral) – otwiera się świeżym, owocowo-przyprawowy akordem, by w sercu odsłonić klasycznie kobiece nuty kwiatowe róży i jaśminu, ale w lżejszym i bardziej dynamicznym wydaniu, niż choćby ten z opisywanego wyżej L Feminine. Baza zapachu jest ambrowo-drzewna i odrobinę gorzka. Początek intrygujący, serce ładne, reszta trochę nijaka.

I (Masculine – Amber Oriental) – ma dość niezwykły, pachnący lekko sfermentowanymi owocami i farbą emaliową, początek. Jest to aromat mocnej whiskey, dębowej beczki, jest też element iglakowej żywicy. W składzie znajdziemy m.in. nutę jabłka, suszonych owoców, ambrę i piżma, a także balsam jodłowy, mech i cedr z Atlasu. Całość jest męska, mocna i konkretna. Co ciekawe, nieco benzynowa baza przypomina mi trochę Lonestar Memories Andy’ego Tauera. Mimo to jest chyba najbardziej oryginalny z opisywanej szóstki, o mocnym charakterze i przykuwających uwagę zestawieniach nut, nie zawsze w 100% konsonansowych. Takie kontrasty zawsze dobrze robią perfumom i ta prawidłowość sprawdza się także i tu.

 

 

E (Masculine – Gourmande Oriental) – sypkie przyprawy na ambrowym tle z nutami rumu,  brzoskwini, labdanum, cynamonu i goździka w otoczeniu aromatu whiskey. Początkowo nieco bardziej słodkie, z czasem nabierając nieco bardziej słonego i suchego charakteru, szczególnie w bazie. Zapach sam w sobie świetny, ale jestem przekonany, że gdzieś czułem już coś bardzo podobnego… Mniejsza o to. Nie każde pachnidło musi być unikatowe i oryginalne. Zwykle wystarczy, jeżeli jest po prostu dobrze zrobione. Tak jest w tym przypadku. E Masculine to obok I Masculine ulubiony męski zapach z opisywanej szóstki.

E (Feminine – Green Fougere) – aromatyczno-zielony fougere z dość mocnym, zielono-ziemisto-kwiatowym akordem narcyza, aromatycznym lawendowym sercem i delikatnym finiszem, w którym echom wciąż obecnej zieleni towarzyszy sucha nuta drzewna i spora dawka białych, pachnących rozgrzanym żelazkiem białym prześcieradłem piżm. Intrygujący, inny, oryginalny.

 

Gdybym miał podsumować moje testy wybranych perfum Private Collection Clive Christian, to musiałbym stwierdzić, że przede wszystkim nie czuję w nich tej gigantycznej liczby składników (zresztą czym można to poczuć? raczej nie ma takiej możliwości), więc równie dobrze może to być chwyt marketingowy, mający na celu usprawiedliwienie grubo przesadzonych ceny tych perfum. Ale może to też być prawda, jeżeli np. przyjmiemy taki oto sposób liczenia, że sama esencja różna to pewnie dobrze ponad sto różnych aroma-molekuł… Mój zdrowy rozsądek i realna ocena podpowiadają zgodnie, że współcześnie nie komponuje się perfum z udziałem ponad 200 składników albo są to zupełnie marginalne przypadki. Z drugiej jednak strony, czy marka Clive Christian chce się kojarzyć ze zdrowym rozsądkiem, jeżeli wycenia jeden 50 ml flakon tych perfum na 275 brytyjskich funtów? Z pewnością nie.

Puredistance „Warszawa” – z inspiracji miastem

Dużo się ostatnio mówi o naszej stolicy, zwykle niestety w niepochlebnym kontekście. Afera goni aferę, smog truje mieszkańców, a niektórzy politycy o rozdętym do granic ego próbują urzeczywistnić utopijny sen o „wielkiej Warszawie”, wielkiej obszarem i mnogością okalających ją gmin…

Ale zostawmy politykę. Na szczęście Warszawa to coraz piękniejsza, rozwijającą się, tętniąca życiem, biznesem i sztuką metropolia, w której współczesność przeplata się z wątkami z niezwykle tragicznej historii i wspomnieniami jej świetności z czasów przedwojennych. Ten splot trudnej historii i dumnego, dynamicznego dnia dzisiejszego może być inspirujący, co potwierdza znany już czytelnikom Perfumowego Bloga Jan Ewoud Vos, właściciel luksusowej marki perfumowej Puredistance.

warszawa-panorama

To w wyniku wieloletniej fascynacji naszą stolicą połączonej ze znajomością z rodziną Missalów (a w szczególności ze Stanisławą Missalą) – właścicielami warszawskiej perfumerii Quality –  – powstały perfumy Warszawa, których światowa premiera miała miejsce w Warszawie, bo gdzieżby indziej, w perfumerii Quality,  8 grudnia 2016 roku. Data to była szczególna, gdyż w tygodniu, na który przypadał dzień premiery, Perfumeria Quality obchodziła jubileusz 25 lecia swojej działalności.

perfumeria-quality

Zapach został skomponowany przez Antoine’a Lie’a we współpracy z Janem Vosem. Nie był to pierwszy raz, gdy panowie pracowali razem. Lie zmieszał wcześniej dwa pachnidła dla Puredistance White i Black. Oba zapachy swego czasu recenzowałem na blogu zwracając uwagę na ich nowoczesny charakter i minimalizm, odróżniający je od wcześniejszych, bardziej rozbudowanych perfum Puredistance.

jan-ewoud-vos-warszawa

Warszawa to zamknięcie tradycyjnej treści kwiatowego szypru w nowoczesnej formie. Gdy słyszymy szypr, spodziewamy się czegoś zupełnie innego, retro, bardziej wyrafinowanego i ciężkiego. Warszawa jest natomiast zdecydowanie współczesna, lekka i elegancka w swym minimalizmie. To aromat bardzo kobiecy i absolutnie ponadczasowy.

Zapach rozpoczyna się świeżym akordem zielonym, w którym galbanum i liść fiołka zostały bardzo zgrabnie połączone i nieco odświeżone grejpfrutem. Ale od pierwszych sekund czuć, że za nimi skrywa się delikatny, ujmujący swą lekkością i harmonią akord biało-kwiatowy. Dość szybko przejmuje on pierwszy plan. Obok cennego absolutu z jaśminu użyto w nim jeszcze cenniejszego masła irysowego oraz absolutu janowca hiszpańskiego. Akord ten ma w sobie coś z klasyki, ale podany został w bardzo współczesny sposób. Jest też dobrze zrównoważony, tak że żaden ze składników nie wyróżnia się na tle innych. Drzewna, quasi-szyprowa baza złożona z paczuli, wetywerii i styraxu dopełnia zgrabnej całości. Celowo użyłem tu określenia „zgrabna”, bo właśnie takim jawi mi się ten zapach. Jest bardzo zwarty, konkretny, na temat, pełen bezpretensjonalnego uroku, ze zredukowanymi do niezbędnego minimum ozdobnikami.

Warszawa jest uroczą kobietą. Nowoczesną, dynamiczną, powściągliwie elegancką, niezapatrzoną w siebie, ale z odwagą patrzącą w przyszłość.

Niewiele miast na świecie ma swoje perfumy. Tym bardziej takie olfaktoryczne wyróżnienie Warszawy imponuje i wydaje się być świetnym sposobem promowania naszej stolicy i kraju za jego granicami.  Ale zanim to nastąpi, do listopada 2017 perfumy Puredistance Warszawa będą dostępne wyłącznie w Perfumerii Quality. Później nastąpi ich światowa dystrybucja.

puredistance-warszawa

nuty głowy: galbanum, grejpfrut, liście fiołka

nuty serca: jaśmin (absolut), szczodrzenica sitowata (janowiec hiszpański) – absolut, masło irysowe

nuty bazy: paczula, wetiwer, styraks

perfumiarz: Antoine Lie

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5