LM Parfums – mroczne Elizjum

„Ślepy księżyc za oknem

Gdzie noc stała się Elizjum

Dla bezsennych dusz”

 

Pozwólcie, że przedstawię…

fond-LaurentMazzone

„Niech chcę po prostu sprzedawać perfum. Chce jest tworzyć.”

Ta – jakże oryginalna (?) – dewiza przyświeca urodzonemu w Grenoble we Francuskich Alpach Laurentowi Mazzone, od dziecka zafascynowanemu zapachami, miksowaniem pachnących substancji, później modą, wreszcie perfumami. Długa droga prowadziła go do momentu, w którym w 2011 roku zadebiutował jako właściciel i dyrektor kreatywny niszowej marki perfumowej LM Parfums. Ekscentryczny, o mrocznym emploi, odważny zarówno w autokreacji jak i w budowaniu swej marki. Skutecznie. Pamiętam, że urządzone w formie czarno-czarnego niby-namiotu stoisko LM Parfums podczas Esxence 2016 wzbudzało naprawdę duże zainteresowanie i trudno było się tam w ogóle dostać, szczególnie, że sam Mazzone był Mistrzem ceremonii. To pokazuje, w jak ciekawym kierunku rozwinęła się perfumeria niszowa, coraz częściej oparta nie tylko o spójny koncept, ale i często o osobowość dyrektora kreatywnego (bo tak przyjęło się nazywać kierujących perfumowymi brandami).  Im ciekawsza, im barwniejsza, tym większa szansa na popularność marki i jej perfum. W obu kwestiach Mazzone ma czym się pochwalić.

„Respektować tradycję, ale z odrobiną subtelnej prowokacji.”

To zdaniem dobrze oddaje klimat pierwszych czterech pachnideł LM Parfums – wód perfumowanych Noir GabardineO des SoupirsAmbre Muscadin, Patchouli Bohème, dziś wchodzących w skład tzw. White Label Collection. Tradycyjne tematy perfumowe ujęte we współczesny, niewątpliwie intrygujący sposób, w pewnym sensie już zapowiadały kierunek dalszych poszukiwań olfaktorycznych Mazzone. Bo choć nie jest on perfumiarzem i korzysta z usług zawodowców (głównie Jerome’a Epinette’a, znanego m.in. ze współpracy z Benem Gorhamem i jego Byredo), to jego wpływ na efekt końcowy jest bezdyskusyjny. Mazzone kieruje prace perfumiarza na tereny, na które ten być może nigdy nie zdecydowałby się wkroczyć. Tak powstają perfumy o bardzo mocnych i wyrazistych, zwykle orientalnych sygnaturach, złożone z oryginalnych i zapadających w pamięć akordów. LM Parfums to marka, na którą niewątpliwie warto zwrócić uwagę, przede wszystkim, jeżeli poszukujemy perfum mocnych, gęstych, złożonych, powoli rozwijających na skórze, w swym klimacie zwykle mrocznych, z odrobiną nowatorstwa (choć nie zawsze, ale zawsze z dala od eksperymentu).

lm-parfums

Patchouly Bohemepaczula w centrum, jednak zupełnie „niepiwniczna”, ani też nie zdobiona kulinarnie (jak w Angel T. Mugler czy w Coromandel Chanel). Połączona – inaczej niż „zwykle” – z geranium, tytoniem, nutą skóry, balsamem tolu i tonką, utrwalona piżmami. Podana na wpół balsamicznie, na wpół surowo (tytoniowo-skórzanie) wydaje się być nieco bardziej męska niż damska w swym charakterze. Ale bez przesady. Jak wiadomo paczula – gdy nie „stęchła” – przydaje zmysłowości i orientalnej głębi bez względu na płeć noszącego zawierające ją perfumy. Tak jest i tym razem. Naprawdę dobrze to pachnie i na tyle oryginalnie, że warte jest perfumaniackiego grzechu…

główne nuty: geranium, paczula, tytoń, skóra, piżmo, balsam tolu, tonka

Ambre Muscadin – zbitka słów ambre i musc (piżmo) może być nieco myląca (nazwa zawiera grę słów, o czym za chwilę). Fakt – nuta piżmowa jest tu całkiem prominentna, a ambrowe tło – cóż – faktyczne, ale zapach jest dużo bardziej złożony. Wymaga też czasu na skórze, by go w pełni poznać i docenić. Rozwija się od oryginalnego akordu przypominającego woń mocnego wina typu Porto (i tu wracam do gry słów: muscadine to gatunek winogrona), przez wciąż subtelnie owocowe ale i piżmowe serce, po ciepłą waniliowo-ambrową bazę, tworząc całkiem hipnotyczną aurę. Ambre Muscadin pachnie ciekawie, intrygująco i przede wszystkim zmysłowo.

główne nuty: cedr, wetyweria, fiołek, wanilia (absolut), biały miód, benzoes syjamski, ambra, piżmo

LM Hard Leather

Pochodzące z 2014 roku Hard Leather – adresowane przez Mazzone do mężczyzn – może być jednym z najbardziej polaryzujących propozycji LM Parfums. Surowe, nieco kwaśne, wytrawne, przesycone – z początku nieco piwniczną – paczulą (o której – o dziwo – nie wspomina się w oficjalnym spisie nut), zmieszaną z miodem i rumem oraz nutami drzewnymi na ambrowej bazie, Hard Leather pozostaje od początku do końca zapachem wymagającym w swej niszowej bezkompromisowości.  Otwarcie może zwalić z nóg mocnym i zdecydowanym charakterem, a ciąg dalszy to jedynie stopniowy spadek mocy zapachu, przy zachowaniu jego „charakterku”. Czy jednak należy traktować je jako perfumy skórzane? Cóż – to już kwestia interpretacji.

Hard Leather nie ma nic wspólnego z takim „skórzakami”, jak Knize Ten, Lonestar Memories Tauera, Cuir de Russie Chanel czy Cuir Ottoman Parfums d’Empire. Trudno jest mi tu zlokalizować akord skórzany, chyba że przyjmę, iż jest to ten nieco zatęchły aromat, przypominający stare, zapomniane, skórzane rękawice znalezione w piwnicy XVIII wiecznej willi w Grenoble.

Trudny to aromat, z którym mi osobiście nie po drodze. Szczęśliwie nie przesadzono z jego mocą, bo dość szybko lokuje się blisko skóry.

główne nuty: rum, skóra, irys, miód, sandałowiec, cedr, oud, kadzidło, styrax, wanilia

Army-of-Lovers-Ad-_2

Z czasem Laurent Mazzone zaczął nadawać swym perfumom nieco bardziej wyrafinowane nazwy, rzadziej przywołując w nich jakąś konkretną nutę czy składnik (choć oczywiście poddał się modzie na oud i wydał Black Oud, będący w istocie bliskim krewnym Black Afgano Nasomatto). I dobrze. Tak jest moim zdaniem ciekawiej.

Dla Army Of Lovers z 2014 roku Laurent Mazzone pożyczył nazwę od szwedzkiego zespołu, znanego w latach 90-tych, którego jest od tamtych czasów zagorzałym fanem. Sam zapach ma w sobie coś z jego pełnej przepychu muzyki i barokowych strojów lidera grupy Alexandra Barda. Jest przede wszystkim bardzo zmysłowy, z przechyłem w kobiecą stronę, choć przy odrobinie otwartości ciekawie zabrzmi (aczkolwiek niejednoznacznie) na męskiej skórze. Nuty kwiatowe róży i fiołka, połączone z paczulą oraz kolendrą, a także nutami drzewnymi, na bazie z ambry piżm i miodu tworzą gęsty i zawiesisty, troszkę pudrowy, troszkę szminkowy, mroczny, nokturnowy i dekadencki, bardzo zmysłowy zapach, który – mając koncentrację perfumowego ekstraktu – trzyma się skóry w niemal niezmienionej formie przez długie godziny, całkiem wyraźnie projektując.

Z Army of Lovers mam wszakże ten dylemat, że nie wiem, czy chciałbym sam tak pachnieć, czy wolałbym jednak, że by tak pachniała moja – ad nomine – mroczna kochanka.

A może i jedno i drugie?

army-of-lovers-lm-parfums

główne nuty: kolendra, róża, fiołek, paczula, drewno sandałowe, mech dębu, miód, ambra , piżmo

Scandinavian Crime (2016) – nazwany tak (być może z premedytacją, być może przez przypadek), jak pochodząca z 2013 roku EP-ka reaktywowanego Army of Lovers, a przecież nawiązujący do legendarnego już szwedzkiego gatunku literackiego – charakteryzuje się udanym i zapadającym w pamięć zestawieniem wibrujących przypraw (z wyraźnym udziałem pieprzu i kardamonu, a także kolendry i imbiru) z subtelnym, kremowym, waniliowo-żywicznym tłem, zbudowanym z sandałowca, wanilii, kadzidła i labdanum. Warto wspomnieć obecność paczuli, tym razem schowanej, budującej orientalną głębię i zmysłowość zapachu. Paczula przewija się zresztą przez wszystkie opisane tu pachnidła LM Parfums, co skłania mnie ku podejrzeniom, że Laurent Mazzone ma do niej słabość (czemu wcale się nie dziwę). Ja z kolei mam ewidentną słabość do kardamonu (ok – do paczuli także, ale nie w każdym wydaniu), co potwierdziło się przy okazji testów Scandinavian Crime. Jeżeli zastosowany w perfumach w wyczuwalnej ilości (tak jest niemal zawsze, gdyż jest to nuta bardzo ekspansywna) – to jest on niemal gwarantem tego, że te przypadną mi do gustu. Tak jest i tym razem. Obok hipnotycznie pięknego Army of Lovers, Scandinavian Crime to mój absolutny faworyt spośród dotychczas poznanych pachnideł LM Parfums. Taki, którego flakon z chęcią widziałbym we własnej kolekcji.

LM Scandinavian Crime

główne nuty: pieprz, gałka muszkatołowa, kolendra, kardamon, imbir, paczula, oud, drewno sandałowe, ambra, piżmo, wanilia, kadzidło, labdanum

 

LM Parfums oferuje pachnidła przeznaczone dla wielbicieli gęstych, mocnych, orientalnie wyrafinowanych olfaktorycznych sygnatur. Jest w nich coś mrocznego i gotyckiego – w rozumieniu popularnego w latach 90-tych nurtu muzyki rockowej. To perfumy, które wydają się prost idealnie pasować do postaci pokroju Roberta Smitha (The Cure), Carla McCoya (Fields of The Nephilim), Andrew Eldritcha (The Sisters of Mercy) czy Anji Orthodox (Closterkeller), a także osób, które gustują w tego typu stylistyce, nie tylko zresztą muzycznej. Dla niektórych przecież to styl życia i bycia. I choć ja do nich nie należę, to jednak olfaktoryczna magia Laurenta Mazzone zaintrygowała mnie do tego stopnia, że jestem przekonany, iż nieraz jeszcze zagości on na Perfumowym Blogu. Bo mrok i czerń mają swój hipnotyczny urok…

Andrew Eldritch

„Więc wróciłem…

Po co płaczesz?

Gdy będę martwy,

Będziesz płakać mocniej?”

 

 

P.S. W artykule wykorzystano cytaty z tekstów piosenek zespołu Fields of the Nephilim: „At The Gates of Silent Memory” i „The Sequel”.

 

 

Hermes „Eau des Merveilles Bleue”

Wstęp

Eau des Merveilles Bleue to najnowsze wcielenie pochodzącego z 2004 roku Eau des Merveilles, zapachu skomponowanego dla Hermesa przez Natalie Feisthauer i Ralfa Schwiegera. A było to jeszcze, zanim marka zatrudniła Jean-Claude’a Ellenę, który swymi niezwykłymi pachnidłami pomógł odbudować, a nawet chyba więcej – zbudować pozycję marki na rynku. Ellena zresztą popełnił później kilka wariacji na temat Cudownej Wody (Eau Claire des Merveilles, L’Ambre des Merveilles czy Elixir des Merveilles), ale ta zeszłoroczna to już samodzielne dzieło Christine Nagel, która – jak wiemy – zastąpiła jakiś czas temu J.C. Ellenę w fotelu Hermes in- house perfumer.

Zapach

Tym razem ten oryginalnie ciepły, zmysłowy, ambrowo-drzewny zapach został zinterpretowany w kontekście morskim. Zachowana została jego subtelna ambrowość, ale to, co dominuje przez pierwsze kilkadziesiąt minut, to całkiem wyraźny akord morski, lekko wodny, lekko słony, lekko pienisty, niczym oceaniczne bałwany. Później stopniowo ujawnia się ambrowa baza, a zapach staje się tzw. skinscent (blisko-skórny, cielesny, mocno i blisko wiążący się ze skórą). Gdzieś po drodze wyczuwam ślady wanilii lub czegoś do niej zbliżonego. Bazowa ambra to jednak w tym przypadku nie płynna bursztynowa żywica, tylko całkiem przekonująca imitacja szarej ambry z jej morskim, lekko słonym, lekko piżmowym aromatem.

Eau des Merveilles Bleue to doskonała, moim zdaniem uniseksowa, propozycja na letnią aurę. Świetna alternatywa dla wszelkiej maści cytrusów czy lekkich pachnideł kwiatowych. Projekcja zapachu jest umiarkowana, z początku wyraźna, ale już na etapie wczesnej bazy zdecydowanie bardziej subtelna. Zapach ten ma jednak tę cechę, iż z każdym podgrzaniem skóry (o co latem nietrudno) na nowo emituje swoją morsko-ambrową sygnaturę, pozostawiając za osobą go noszącą przyjemną, świeżą i intrygującą aurę.

Flakon

Mający kształt połowy soczewki lub – jak kto woli – kropli wody na płaskiej powierzchni (w końcu to Eau des Merveilles), znany z protoplasty (tu jednak stosownie do nazwy i wodnego charakteru zabarwiony subtelnym błękitem, w rzeczywistości wszakże dużo delikatniejszym, niż na poniższej grafice i utrzymanym w morskim odcieniu) jest prześlicznym przedmiotem i – jak to u Hermesa – dalekim od banału, zaprojektowanym z pomysłem i wykonanym z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Nazwa zapachu nadrukowana jest z przodu, na owalnej ściance, czcionką w hermesowym pomarańczowym kolorze.  Na tylnej płaskiej ściance flakonu, na której u dołu widnieje logo marki, mienią się srebrne drobinki oraz gwiazdki. Butelkę można postawić na jednym z dwóch przewidzianych do tego „frezów” lub położyć na tylnej ściance. Wygląda wówczas jak kropla wody przylgnięta do płaskiej powierzchni. Atomizer bez zatyczki, dostępny jest od razu po wyjęciu flakonu z pudełka.

Flakon to gustowna ozdoba półki, małe arcydzieło wzornictwa. Co  najważniejsze jednak – zwierające bardzo przyjemnie pachnącą ciecz, o czym miał przyjemność donieść „niżej podpisany”.

EDM BLEUE - 100 ml

główne nuty: morskie, drzewne, paczula

perfumiarz: Christine Nagel

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

Bvlgari „Aqva Pour Homme Atlantiqve” – na oceanicznej fali

Pojawiła się własnie nowa wersja słynnej Aqva od Bvlgari, tym razem opatrzona dopiskiem Atlantiqve. Podobnie jak wszystkie poprzednie wersje Aqva, także i tę skomponował Jacques Cavallier.

Przypomnijmy. Pierwsza Aqva (2005) pachniała i do dziś – mimo upływu dekady od jej premiery – pachnie przedziwnie. Dominująca w niej wilgotna i zielona nuta wodorostu Posidonia Oceanica zmieszana z aromatycznymi nutami lawendy i szałwii na drzewno-ambrowej, lekko słonej bazie tworzy tyleż wyrazisty, ile unikatowy efekt. Nawet obecnie ten zapach wydaje się być wciąż bardzo oryginalny i niebanalny oraz – co ważne – świetne zmontowany pod względem technicznym (projekcja, trwałość). Kolejne jego wersje są mniej lub bardziej udanymi próbami reinterpretacji wodnego tematu.

bvlgari-aqva_pour_homme

 

 

W centrum Aqva Atlantiqve znajdziemy coś zupełnie innego…

bvlgari-aqua-atlantique-2

Akord szarej ambry skomponowany – podobnie jak w przypadku wszystkich wcześniejszych wersji – przez Jacquesa Cavalliera specjalnie na tę okazję. Nuty wodne i morskie przenikają się tu z ambrą, a całość posadowiona jest na drzewnej bazie, zdominowanej przez ciepłe aromaty sandałowca i benzoesu. Świeży początek z delikatnym akordem słodkich cytrusów połączonymi  z nutą wodną szybko ustępuje miejsca tematowi przewodniemu. Ambra ma tu – podobnie jak w naturze – wielowymiarową woń, na którą składają się aspekty: ciepły piżmowy, świeży wodny i słony – niczym wymacerowana w oceanicznej toni bryłka najprawdziwszej szarej ambry.

Cavallierowi udało się stworzyć olfaktoryczne złudzenie szarej ambry i jej naturalnej złożoność i umieścić ją w kontekście męskich i zmysłowych perfum, nie będących wszakże typowym „świeżakiem”.

jacques-cavallier-belletrud

Aqva Atlantiqve jest odzwierciedleniem odradzającego się w ostatnich latach w perfumowym mainstreamie trendu marine,  które dziś znaczy wszak coś innego, niż w latach 90-tych XX wieku (Acqua Di Gio, Kenzo Pour Homme czy Escape for Men Calvina Kleina), czy na początku XXI wieku, gdy powstawały pierwsze Aqva od Bvlgari. Ten obecny tu specyficzny rodzaj wodnej morskości, ściśle łączący się z aromatem szarej ambry, niebędący więc efektem użycia Calone czy nut wodorostowych, odnajdziemy także w innych współczesnych pachnidłach męskich, choćby w Invictus Paco Rabanne czy – w mniejszym stopniu – Bleu de Chanel w wersji Eau de Parfum. Atlantiqve pod względem temperamentu nie jest jednak blisko ani do bardziej wyrafinowanego Bleu ani do wulgarnego Invictusa. Jest aromatem tyleż przyjemnym, ile bezpiecznym i mało charakterystycznym, ale też dobrze wpisującym się w obecne oczekiwania rynkowe. Podobno już bardzo dobrze się sprzedaje. I choć osobiście preferuję pierwszą Aqva oraz Aqva Marine, jestem w stanie zrozumieć tę prawidłowość. Atlantiqve może się bowiem spodobać mniej wymagającemu odbiorcy. A tych jest przecież najwięcej…

bvlgari-aqua-atlantique

nuty głowy: cytryna, bergamotka, nuta wody

nuty serca: szara ambra, nuta morska

nuty bazy: paczula, drewno sandałowe, wetyweria, benzoes

perfumiarz: Jacques Cavallier

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 3,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

Mont Blanc „Legend” i „Legend Intense” – triumf syntetyki?

Pomarosa, Evernyl, Pepperwood – dla współczesnych perfumiarzy to określenia znaczące tyle samo, co dla żyjącego i tworzącego 100 lat temu Jacques’a Guerlaina lawenda, bergamotka czy mech dębowy. Nie mające zapachowych odpowiedników w naturze molekuły, stworzone w laboratoriach chemicznych, pozwalają kreować współczesnym perfumiarzom pachnidła abstrakcyjne w swej olfaktorycznej treści.

Określenie „syntetyczne” nie powinno być dziś używane wobec perfum jako obelga, gdyż to właśnie syntetyczne (w uproszczeniu) substancje decydują o obliczu i rozwoju współczesnej perfumerii.

Poza nielicznymi przypadkami – zwykle domorosłymi perfumiarzami amatorami –  nikt nie tworzy dziś perfum wyłącznie z naturalnych składników. Współczesne perfumy to najczęściej mieszanka esencji naturalnego pochodzenia z pachnącymi produktami zaprojektowanymi i wyprodukowanymi w laboratoriach chemicznych. Ale tylko najlepsi przedstawiciele perfumowego fachu potrafią stworzyć przy użyciu tych sztucznych substancji zapachy tak żywe, tak przekonujące i tak satysfakcjonujące w noszeniu jak Legend i Legend Intense.

Długo zabierałem się za testy Mont Blanc Legend. Wielokrotnie próbowałem tego zapachu podczas krótkich wizyt w perfumeriach. Zawsze miałem to samo wrażenie – że skądś to znam. I że pachnie to naprawdę solidnie. Męsko, nowocześnie, formalnie i bezpretensjonalnie. W końcu nadszedł czas testów i dobrze, bo warto napisać kilka zdań o tym moim zdaniem całkiem udanym pachnidle.

Legend

to zapach skomponowany dla marki Mont Blanc przez Oliviera Pescheuxa, pracującego w koncernie Givaudan. Perfumiarz ten – o bardzo już bogatym dorobku – dał się poznać jako bardzo utalentowany twórca wielu zapachów, m.in. dla Diptyque (np. Vetyverio, Eau Moheli), Jil Sander (Ultrasense), Davidoff (Horizon) czy Paco Rabanne (jest współtwórcą hitowego One Million).

olivier-pescheux-02

Legend nie jest zapachem odkrywczym. Przeciwnie, wpisuje się  w panujące od kilku lat trendy w męskich perfumach. Robi to jednak w niezwykle efektowny, przyjazny i jakościowy sposób.

To świetnie wykonany mariaż Fierce, sztandarowego zapachu męskiego odzieżowej marki Abercrombie & Fitch, z Platinum Egoiste Chanel wzbogacony o popularną współcześnie nutkę suszonych owoców.

Jest więc Legend wpisany w bardzo konkretną konwencję męskiego zapachu świeżego, ale nie pozbawionego głębi, tu obecnej w postaci współczesnej, wibrującej, drzewnej, owocowej i ambrowej olfaktorycznej gry światłocieni. Jest przy tym zapachem dynamicznym, a nawet dynamizującym, w tym rozumieniu, że jego aromat dodaje energii, siły, w jakimś sensie – że zacytuję klasyka – „odświeża umysł”. To doskonałe pachnidło biurowe, zapach biznesowy, który na pewno nie wywoła podejrzeń o brak gustu.

Miks cytrusów (bergamotka) i klasycznych, męskich składników aromatycznych w postaci werbeny, lawendy i geranium, odpowiada za bardzo Fierce-o-podobny początek Legend. Owocowe nuty Pomarosa i jabłka intrygująco wypełniają serce zapachu, podczas gdy kumaryna, tonka, sandałowiec i mech dębowy w postaci syntetycznej aromamolekuły Evernyl budują trwałą męską bazę, dzięki której aromatyczna sygnatura zapachu utrzymuje się na skórze do samego końca.

Legend to zapach perfekcyjnie wyegzekwowany z dużym udziałem najnowszych zdobyczy chemii molekularnej. Może mało oryginalny, ale o bardzo dobrej jakości. Nosi się go doskonale. Ma wyrazistą projekcję i bardzo dobrą trwałość. Jeżeli szukamy czegoś bezdyskusyjnie męskiego i eleganckiego (choć nie przesadnie) oraz współczesnego, pasującego praktycznie na każda okazję i porę roku, balansującego pomiędzy świeżością i zmysłowością, Legend może być idealnym wyborem.

Czarny flakon o oryginalnym kształcie, zamykany – z przyjemnym dla ucha „klikiem”- ciężką srebrną zatyczką, robi bardzo dobre wrażenie i współgra z zawartością.

Legend może się podobać. Mnie się podoba. Bardzo.

mont-blanc-legend

nuty głowy: bergamotka, lawenda, liść ananasa, werbena

nuty serca: geranium, kumaryna, jabłko, róża, Pomarosa (suszone owoce)

nuty bazy: drewno sandałowe, tonka, Evernyl (mech dębu)

perfumiarz: Olivier Pescheux (Givaudan)

rok premiery: 2011

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

mont-blanc-legend-intense

Legend Intense

oczywiście wyraźnie nawiązuje do protoplasty, z tym że zdecydowanie mniej jest tu tej wibrującej, rześkiej świeżości Legend, a więcej współcześnie chętnie nadużywanej syntetycznej owocowości. Nie znaczy to wszakże, że Intense nie jest zapachem świeżym. Jest to jednak świeżość cieplejsza, bardziej owocowa. Sygnatura Legend jest tu bardzo wyraźnie obecna, a początek znów przypomina Fierce’a, ale już ciąg dalszy to wyraźne nawiązanie do Bleu de Chanel. No i nie wyczuwam tu powinowactwa do Platinum Egoiste, co zresztą potwierdza oficjalny spis nut, w którym na próżno szukać obecnych w wersji pierwszej klasycznych męskich nut aromatycznych lawendy, geranium czy werbeny. Te różnice, a także inne rozłożenia akcentów sprawiają, że

Intense to zapach bardziej nowoczesny, ale też – faktycznie – bardziej intensywny, robiący wrażenie bogatszego w ingrediencje, w ich liczbę i użytą ilość. To przekłada się głównie na bardzo dobrą trwałość zapachu, przy zbliżonej projekcji w porównaniu do Legend.

Co do podobieństwa do Bleu de Chanel to nie jest tak, że Legend Intense jest jego kopią. To raczej zapach o podobnym charakterze, roztaczający podobną aurę, ale efekt ten osiągnięty został przy użyciu innych środków. Nie znajdziemy tu imbiru, a jego rolę pełni kardamon połączony z molekułą Pepperwood o drzewno-pieprzowym charakterze. Współczesne molekuły ambrowe i Evernyl w połączeniu z białym cedrem (także syntetyk, jak sądzę) i tonką tworzą trwałą męską bazę, która nadaje całości głębi i świetnie utrwala sygnaturę zapachu.

Flakon został tym razem polakierowany metaliczną, mieniąca się i nieco lustrzaną farbą, co daje całkiem intrygujący efekt. Legend Intense to zdecydowanie udana kontynuacja wersji pierwszej, a przy tym zapach równie przyjemny i „skuteczny” w noszeniu. Szczerze rekomenduję.

mont-blanc-legend-intense-bottlenuty głowy: bergamotka, ananas

nuty serca: kardamon, czerwone jabłko, Pepperwood, jaśmin

nuty bazy: biały cedr, tonka, ambra, Evernyl (mech dębu)

perfumiarz: Olivier Pescheux (Givaudan)

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

 

Irie Parfums – Japończyk w Paryżu

Stworzona przez mieszkającego i tworzącego w od 40 lat Paryżu japońskiego projektanta Sueo Irie marka odzieżowa Irie Wash uzupełniła niedawno (w 2014) swą ofertę o perfumy. Nie byłoby w tym zupełnie nic nadzwyczajnego, robi tak przecież coraz więcej brandów odzieżowych. Jednak zapachy Irie zasługują na szczególną uwagę entuzjasty perfum i to z dwóch względów. Po pierwsze – mają niebanalny, intrygujący, niszowy charakter. Po drugie – za połową z nich stoi Julien Rasquinet (perfumiarz znany m.in. ze świetnych zapachów dla Naomi Goodsir i Masque Milano). Najwyższy więc czas się z nimi zapoznać, szczególnie, że już dochodzą mnie informacje, że nie utrzymają się długo w sprzedaży. Cóż – z pewnością nie mają charaktery stricte komercyjnego. To raczej małe perfumowe dzieła sztuki.

irie-the-first-three

Obecnie dostępnych jest sześć pachnideł Irie, z których pierwsze trzy (Id Est, Nota Bene, Post Scriptum) pojawiły się jako inspirowana łacińskimi skrótami trylogia Les Abrégés d’Irié w 2014 roku (wszystkie skomponowane przez Rasquineta), zaś kolejne trzy inspirowane postaciami z greckiej mitologii (Edipe, Hemera, Hephaistos) miały swą premierę w 2015 roku. „Nos” stojący za tymi trzema to David Maruitte.

Trzy pierwsze wydają się być rozdziałami tej samej opowieści. Wszystkie dzielą minimalizm i subtelną ewolucję na skórze.  Są do siebie w pewnym sensie podobne, ale każdy ma swój odrębnych charakter. Mimo to trudno jednoznacznie je zaszufladkować, co stanowi o ich unikalnym charakterze.

Id Est oczarowuje ambrową aurą z subtelnie zielonym (wawrzyn) wstępem oraz niezwykłym sygnaturowym sercem, które w miarę upływu czasu nabiera mocy, zadziwiając oryginalnym aromatem złożonym z cynamonu, rumianku i geranium. Zapach zdaje się przeczyć mojej prywatnej teorii, że ambrowce to z gruntu nudne pachnidła. To jest wprost przeciwne, zaskakujące, inne. To ambra, której nadano innego, nieco ziołowego wymiaru.

Nota Bene okazuje się aromatem skórzanym, a nawet zamszowym, z mocną sucho-drzewną nutą papirusu. Nuty aromatyczne oraz żywice połączono tu z gorzką lukrecją i miodem. W tle zaś pojawia się ładnie komponujący się z miodem tytoń. Reasumując intrygujące, nieco szorstkie i bardziej męskie pachnidło Irie.

Post Scriptum zaskakuje przyprawowym otwarciem z ziołową nutą absyntu osadzoną na balsamiczno-drzewnej, raczej ociężałej bazie. Mimo intrygującego początku rozwija się najmniej interesująco z całej trójki, pozostając raczej blisko-skórnym zapachem żywiczno-ambrowym. Cóż, wszak to  Post Scriptum

irie-the-other-three-big

Druga trójka zapachowa Irie jawi się jako nieco bardziej żywa i zróżnicowana, a także moim zdaniem dużo ciekawsza i po prostu lepsza pod względem charakteru, ale także zachowania pachnideł na skórze. Zdecydowanie więcej tu olfaktorycznej magii i satysfakcji.

Edipe  kryje niespodziankę. To pozornie najświeższy zapach Irie, rozpoczynający się długotrwałym, mroźnym podmuchem mięty pieprzowej, zza której wyłania się krajobraz zimowego lasu sosnowego. Aromat iglakowej żywicy stanowi preludium do tematu Edipe, jaką jest olibanum. Oto więc kadzidlak, ale jakże nietypowy. Mroźny, zimowy, dzięki połączeniu olibanum z sosną mogący trochę kojarzyć się z Zagorskiem Comme des Garcons. To jednak dość luźne skojarzenia, raczej koncepcyjne niż olfaktoryczne. Edipe to bowiem rodzaj kadzidła najpierw bliższy Avignon CdG czy Full Incense Montale (tyle że zmieszano je tu z iglakami i miętą), a później – na finiszu – przypominający estetykę pachnideł Oliviera Durbano (w tym przede wszystkim Rock Crystal, ale także – szczególnie na samym końcu – Black Tourmaline z jego wędzoną dymnością).  Edipe to nie tylko jedna z najciekawszych propozycji Irie, ale i jedno z najbardziej twórczych pachnideł z kadzidłem w centrum. Zdecydowanie warte uwagi. Ważne, by nie dać się zwieźć początkowej dominacji mentolu, choć mi akurat ona zupełnie nie przeszkadza. Zaś wolty, jakie wykonuje zapach w miarę upływu czasu, uważam za fascynujące.

Niemniej intrygująco wypada Hemera, choć to zupełnie inny gatunek. Właśnie, jaki? Jakże trudno ją zaszufladkować! Zapachowo to jakby fougere (choć składniki zdają się temu przeczyć) z owocową (eukaliptus) nutą na wstępie i niecodziennym finiszem, kojarzącym mi się z tym z masculine Pluriel Francisa Kurkdjiana. Ale znajdziemy tu także wyraźnie zaznaczoną esencję z sosnowych igieł oraz tytoń, które budują serce Hemery i wzmacniają jej męski, aromatyczny charakter. Zaskakuje baza – mocna, trwała, jakby ambrowa, choć wedle składu pełna kadzideł. Hemera to mój ulubieniec w ofercie Irie. Charakterystyczny, przedziwny i magnetyczny, a przy tym rozkwitający na skórze, nabierający z czasem charakteru i mocy.

Wreszcie drzewny, uroczy w swym nieskomplikowanym charakterze Hephaistos. Ładnie współgra tu ciepły słodkawy gwajak z drzewnymi nutami wetywerii, cedru i sandałowca,. Subtelne akcenty ze smoły brzozowej i labdanum nadają mu nieco głębi. Przyprawy w postaci szafranu, kminu i kardamonu zostały tu zręcznie wkomponowane w drzewno-dymny temat. W formule nie zabrakło kadzidła, choć nie jest ono na pierwszym, ani nawet drugim planie. Zapach jest niemal linearny, zmienia się minimalnie. Spotka się – jak sądzę – z uznaniem wielbicieli Gucci Pour Homme, z bardziej nawet Dirty English for Men by Juicy Couture. Innymi słowy , coś dla wielbicieli słodkawo tlących się drewienek, do których – rzecz jasna – należę.

PS. Perfumy Irie można nabyć w Polsce wyłącznie w perfumerii Mood Scent Bar w Warszawie. Z tego, co mi wiadomo, ich dostępność jest bardzo ograniczona i wkrótce ich produkcja ma być zakończona. Szkoda, gdyż to niezwykłe olfaktoryczne cudeńka.

Parfums de Marly: „Herod”, „Galloway” i „Oajan”.

Od dawna już przymierzałem się do umieszczenia wpisu na temat wybranych męskich pachnideł Parfums de Marly. W tym celu z koszyka z napisem Men-Unisex Fragrances wylosowałem trzy, poddałem je testom, a wyniki opisałem poniżej, porządkując recenzje wg mojej subiektywnej oceny atrakcyjności poszczególnych zapachów. Najlepsze więc umieściłem jako ostatnie… Zanim jednak o zapachach, kilka słów wstępu.

Parfums de Marly pierwsze perfumy zaprezentowało w 2009 roku. Od tego czasu pachnąca oferta paryskiego domu urosła do ponad dwudziestu pozycji, których nazwy pochodzą od imion koni wyścigowych hodowanych z pasją przez Ludwika XV. Wizerunki koni – inspirowanych sławną paryską rzeźbą The Marly Horses, wykonaną w 1743 roku przez Guillaume Coustou właśnie na zlecenie Ludwika XV – znajdują się na każdym flakonie Parfums de Marly. Marka stworzyła więc sobie historyczno-hippiczną otoczkę, na której wolałbym się jednak tu nie koncentrować. Warto natomiast dodać,  że lista płac Parfums de Marly zawiera same  znane nazwiska perfumiarskie, mi.in: Michele Saramito, Olivier Pescheux, Jacques Flori,  Sidonie Lancesseur, Nathalie Lorson czy Fabrice Pellegrin, które mogą, choć nie muszą, gwarantować co najmniej solidnego poziomu perfum.

marly-horses
The Marly Horses

Herod to słodkawe, waniliowo-cynamonowe pachnidło z deklarowaną, aczkolwiek prawie niemożliwą do wykrycia nutą tytoniu. Zapach jest trochę w stylu Tobacco Vanille, ale nie jest tak wyrazisty, jak bestseller Toma Forda. Herod jest mniej ciekawy, a już na pewno mniej spektakularny. Początek pachnie jak tytoń aromatyzowany śliwką. Owocowa nutka szybko jednak cichnie i – choć jeszcze przez jakiś czas obecna – zdominowana zostaje słodkim aromatem cynamonu. Zapach staje się więc przede wszystkim słodki, a przy tym jednowymiarowy. Nie czynię z tego zarzutu, bo czasem właśnie dobrze jest, gdy pachnidło nie wykonuje żadnych nieprzewidzianych wolt, tylko pachnie długo, konkretnie i na temat. I tak jest w przypadku Heroda, który kończy dość nijaka waniliowa baza. Trochę szkoda, że nie czuję tu tytoniu. Mógłby dodać całości charakteru. A tak mamy oto zupełnie poprawne, ale mało porywające męskie pachnidło., które ma poważną konkurencję.

pdm-herod

nuty głowy: cynamon, drewno pieprzowe

nuty serca : osmantus, tytoń, labdanum, kadzidło

nuty bazy: wanilia, cedr, wetyweria, paczula, iso e super, cypriol, piżmo

perfumiarz:  Olivier Pescheux

rok premiery: 2012

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0 / oryginalność: 2,0 / projekcja: 3,5 / trwałość: 4

 

Galloway to zdecydowanie świeższy, ale i także ciekawszy zapach, w którym początkowo, prócz delikatnego pieprzu, czuję sporą dawkę białych piżm, z gatunku tych przypominających woń rozgrzanego żelazka (jeżeli można tak to określić). Dość szybko miejsce pieprzu zajmuje detergentowy akord z wiodąca nutą kwiatu pomarańczy, spod którego emituje syntetyczna ambrowo-piżmowa baza. Ten etap kojarzy mi się z Fierce A&F, aczkolwiek… ta mieszanka aromatu detergentowej świeżości z potężna dawką białych piżm i molekuł ambro-podobnych (podejrzewam głównie Ambroxan) skutkuje owszem miłym dla nosa, aczkolwiek miałkim i bardzo banalnym aromatem, przy który nawet wspomniany Fierce wypada – moim daniem – po prostu lepiej. Z czasem woń ta zmienia się, tracąc nutę kwiatu pomarańczy i staje się coraz bardziej syntetycznie ambrowo-piżmowa, a na samym końcu nawet sucho-drzewna. Nie wiem, jaki składnik gra tu kluczową rolę (coś „cedro-podobnego”?), ale finisz Galloway jest po prostu sucho-rdzewny i więcej niż trwały. Na skórze potrafi się odezwać, gdy już sądzimy, że Galloway zupełnie przestał pachnieć, a na papierku testowym siedzi – i to całkiem głośno – przez kilka dni!

Galloway to taki „biuro-przyjazny” męski crowd pleaser o mainstreamowej jakości i grzecznej mocy. Jeśli zabrzmiało to pejoratywnie, to nie było to moim zamiarem. Po prostu warto wiedzieć, że sięgając po Galloway dostaniemy dobre, bezpieczne, przyjemne i zmieniające się w czasie męskie pachnidło, w którym jest i detergentowa nuta świeżo upranej (i nawet wyprasowanej) koszuli, ostrożnie użyty kwiat pomarańczy i mocny, męski drzewny finisz. Ale nic ponad to. Średnio.

Internetowi entuzjaści przyrównują Galloway do bardzo przez nich cenionego Lalique White. Niestety, nie mogę potwierdzić, ani też zaprzeczyć temu porównaniu, gdyż (wstyd!) dotąd nie poznałem Lalique White! Czas pewnie nadrobić tę zaległość, choć to nie jedyna…

parfums-de-marly-galloway

nuty głowy:  cytrusy, pieprz

nuty serca : irys, kwiat pomarańczy

nuty bazy: ambra, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2014

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / oryginalność: 3,0 / projekcja: 4 / trwałość: 4,5

 

Oajan należy do bardziej ekskluzywnego cyklu Arabian Breed Collection. To pachnidło z gatunku słodko-przyprawowych, w którym nutę cynamonu połączono z miodem, benzoesem, labdanum, ambrą, paczulą i wanilią w jedną naprawdę sporej urody całość. Spokojnie można go nazwać ulepszoną wersją Heroda, z mniejszą dawką wanilii, a większą – cynamonu i poprawionymi „parametrami użytkowymi”. Bardzo ważną rolę odgrywa też z umiarem zadozowana tonka, przydająca całości kulinarnej zmysłowości. Zapach idealnie nadaje się na zimne pory roku, pięknie otula, wręcz ogrzewa i jest bardzo przyjazny, a jednocześnie zdecydowany. Choć jego temat rzeczywiście wydaje się być znajomy, to obiektywnie muszę przyznać, że jakość i parametry Oajan nie pozostawiają nic do życzenia i wyróżniają się mocno na plus w porównaniu do Heroda czy Gallowaya. Zapach jest trwały i mocny, przyjemnie snuje się za noszącym. Nosi się go z dużą przyjemnością.

Co przypomina mi Oajan? A choćby Odin Semma oraz klasyczne już Burberry London for Men. Oczywiście wiem, że oba zawierają nutę tytoniu, której w Oajan nie ma (ani w opisie, ani w tym, co czuję), lecz mi to zupełnie nie przeszkadza. Co więcej, zapach Parfums de Marly wypada pośród nich najlepiej. To także zdecydowanie najlepszy z prezentowanej w tym wpisie trójki. Pozwala domniemać, że także i pozostałe zapachy z kolekcji Arabian Breed prezentują się równie solidnie.

 

pdm-oajan

nuty głowy: cynamon, miód, osmantus

nuty serca : bylica, benzoes, labdanum, szara ambra

nuty bazy: tonka, paczula, wanilia, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / oryginalność: 2,0 / projekcja: 4,5 / trwałość: 4,5

 

Jak podsumować opisane wyżej męskie zapachy Parfums de Marly? Nie jest to z pewnością perfumeria niszowa. Nie są to też pachnidła „górnych lotów”. Bezpieczne, bezpretensjonalne, łatwe w noszeniu i przyjazne dla otoczenia, ładne, ale… bardzo wtórne. No i jeszcze ta dęta i pretensjonalna „historia marki”, która moim zdaniem wcale jej nie pomaga… Chyba, że jako wabik dla niezorientowanych klientów z grubym portfelem. Właśnie. Portfel. Wg mnie Parfums de Marly „boksuje powyżej swojej wagi”. Także w kwestii ceny, która w stosunku do treści i jakości wydaje się być zbyt wygórowana. Na tej półce cenowej z pewnością znajdziemy dziesiątki lepszych pachnideł. Wystarczy poszukać…

 

Orto Parisi „Seminalis” – czas siewu…

Alessandro Gualtieri dodał właśnie kolejny pachnący element do kolekcji Orto Parisi. Jak pamiętamy, zapachy te powstały z inspiracji ogrodem dziadka perfumiarza, Vincenzo Parisiego. Owe niezwykłe aromaty dość sugestywnie opisałem swego czasu tu:

Orto Parisi – w niezwykłym ogrodzie Vincenzo Parisi

Powróćmy zatem na chwilę do tego niezwykłego ogrodu…

garden-italy… Czymże bowiem byłby ogród Vincenzo bez wszechobecnych tu nasion produkowanych przez wszystkie jego ukochane rośliny? To one przecież warunkowały życie, to one – o ile trafiły na żyzne podłoże – dawały początek nowemu życiu. Życie… jakby zamknięte w tych małych nasionkach, czekające tylko by się rozpocząć… To zawsze fascynowało Vincenzo. Bardzo dbał o to, by życie w jego ogrodzie miało jak najlepsze warunki do powstawania. Wiele czasu i wysiłku poświęcał na to, by przygotować najbardziej wartościowy nawóz, wzbogacając go o produkty własnej przemiany materii. Chciał być pewien, że jego praca nie pójdzie na marne. Oddawał się swemu ogrodowi bez reszty. W rzadkich i niezwykle cennych chwilach, gdy widział i bardzo wyraźnie czuł, a wręcz chłonął całym sobą efekty swojej pracy i zaangażowania, doznawał poczucia niezwykłego, potężnego podniecenia, które nierzadko przechodziło w do głębi fizyczne, ekstatyczne, uwalniające przeżycie… Wiedział, że bez TEGO nasienia jego ogród nie byłby kompletny. Nigdy nie stałby się tym, czym był.  A był jego największą miłością i jedynym autentycznym obiektem namiętności. Cała reszta po prostu się nie liczyła… 

…S E M I N A L I S…

orto-parisi-seminalis

Alessandro Gualtieri:

„Seminalis (łac. nasienny) to zapach, który zdaje się odpowiadać za przyciąganie mężczyzn do kobiet.”

Oto przedziwna mikstura o gęstej woni, początkowo przez dosłownie kilka sekund paczulowej, a zaraz potem słodkawej, przypominającej zapach kruchych ciasteczek (patrz: Dries Van Noten par Frederic Malle), która leniwie, bardzo powoli osiada na skórze. Z czasem owa kremowo-sandałowa słodkość z powrotem oddaje nieco miejsca paczuli w postaci molekuły Clearwood, która na tym etapie nadaje gorzkiego kontrastu. Następuje kilkunastominutowa „walka” nut słodkich i gorzkich, w której zwyciężają te pierwsze, by na przestrzeni kolejnych godzin przejść w ambrowo-drzewno-piżmowy, bardzo długotrwały, z czasem dość ostro pachnący finisz (prawdopodobnie zdominowany przez Ambrocenide). Seminalis trwa bowiem na skórze ponad dobę (!), a jego składniki wgryzają się w skórę z nieprawdopodobną skutecznością, pozostając na niej i całkiem wyraźnie dając o sobie znać jeszcze następnego dnia po użyciu. Zapach początkowo niemal poraża swą mocą, ale z czasem układa się i projektuje w miarę spokojnie, choć jest dobrze wyczuwalny dla noszącego, więc pewnie także i dla otoczenia.

Co ciekawe, z formalnego punktu widzenia, Seminalis praktycznie nie posiada akordu głowy i serca, gdyż składniki je budujące stanowią zaledwie 7,5% formuły. Cała reszta to typowe ingrediencje budujące bazę tych perfum, w tym paczula (14%) i różnego rodzaju piżma (55%). Pozostałe składniki odpowiadają za drzewną (sandałowiec) i ambrową część pachnidła. A jednak przemiany, jakim podlega ten zapach na skórze są ewidentne. Zachodzą one wszakże powoli (poza nieco chaotycznym wstępem), gdyż wynikają ze – z natury rzeczy – powolnego ulatniania się ciężkich molekuł bazowych.

Alessandro Gualtieri zbudował tym razem dość jednoznaczną otoczkę wokół tego zapachu, sugerując jego feromonowe własności. Seksualny nimb wokół Seminalis nie jest jednak bezpodstawny. Sam zapach ma w sobie coś z gruntu erotycznego, zmysłowego w cielesny, niemal fizjologiczny sposób.

Kolorystyka cieczy i zatyczki (a szczególnie jej zwieńczenia) może budzić bardzo organiczne skojarzenia, szczególnie, gdy zestawimy ją z nazwą zapachu…

Nie bez znaczenia jest użyta w kompozycji paczula, niosąca ze sobą zmysłowość, szczególnie gdy połączona jest ze słodszymi nutami (najlepsze przykłady to Angel Thierry Mugler i Coromandel Chanel). Podobny schemat zastosował Gualtieri, ale zrobił to we właściwy sobie poszukujący i kwestionujący sposób, dzięki czemu Seminalis jest bardzo oryginalnym tworem. Niezmiernie istotny jest tu także spory ładunek piżm, chyba jedynych faktycznych afrodyzjaków pośród perfumowych ingrediencji.

Seminalis dowodzi coraz lepszego warsztatu perfumiarza. Jest jednym z jego najlepszych pachnideł i bardzo udanym uzupełnieniem kolekcji Orto Parisi – wyjątkowych, wizjonerskich i zupełnie niezwykłych zapachów. Wszystkich wielbicieli zapachów słodko-drzewnych i kulinarnych, także tych poszukujących w perfumach wyzwań oraz doznań niebanalnych, osoby chcące wyróżnić się przy pomocy wyjątkowego zapachu gorąco zachęcam do zapoznania się z Seminalis. Naprawdę warto.

seminalis-orto-parisi

główne nuty: paczula (Clearwood), drewno sandałowe (Javanol, Polysantol), ambra (Ambrocenide), wanilia (ethyl vanillin), sterydy (Aldrone), piżma (m.in. Ambrettolide, Muscone, Musk Ketone)

nos: Alessandro Gualtieri

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

Zapach: 4,0/ oryginalność: 6,0 / projekcja: 3,5 / trwałość: 6,0

 

P.S. Seminalis, jak i cała linia Orto Parisi, dostępne jest w ofercie krakowskiej perfumerii Lulua.