Arquiste „El” – facet z wąsem i bakami oraz… kontem na portalu społecznościowym

Męska moda na brodę powoli przemija. Czy zastąpi ją wąs, baki i odkryty tors? Wg pewnych dwóch rodowitych Meksykanów jest to niewykluczone. W każdym razie przygotowali już perfumy na tę okazję…

Carlos Huber musi wyjątkowo dobrze rozumieć się z Rodrigo Flores-Roux. Od samego początku tworzą świetny twórczy tandem. Nic w tym dziwnego. Mają ze sobą bardzo wiele wspólnego. Obaj pochodzą z Mexico City. Obaj parają się perfumami. Pierwszy z nich jako właściciel marki Arquiste Parfumeur, drugi zaś jako profesjonalny perfumiarz pracujący dla Givaudan, znany ze współpracy z największymi tuzami branży, jako choćby Tom Ford, Donna Karan, Calvin Klein, Elisabeth Arden, John Varvatos, Dolce&Gabbana czy Houbigant. Flores-Roux jest też autorem wszystkich pachnideł marki Arquiste.

carlos-huber-rodrigo-flores-roux-arquiste-EL-700x386
Flores-Roux i Huber (fot. CaFleuerBon)

Arquiste długo musiało czekać na debiut na moim blogu. Gdy w końcu do niego dochodzi, marka robi to w bardzo ciekawym stylu. Zeszłoroczna premiera duetu zapachów – męskiego El i damskiego Ella – wzbudziła mój najwyższy stopień zaintrygowania. I choć wciąż jestem bardzo ciekaw, jak pachnie Ella (i coś czuję, że fenomenalnie – więc na pewno wkrótce „ją” przetestuję), to naturalna ciekawość dotycząca męskiego El zwyciężyła.

 

Oba pachnidła opisywane są jako podróż w czasie do roku 1978, do zlokalizowanego w Acapulco klubu-dyskoteki Armano’s. Są nostalgicznym powrotem do stylistyki perfumowej, jaka panowała w latach 70-tych i pierwszej połowie 80-tych. Z jednej więc strony ciekawy, choć w gruncie rzeczy przecież niespecjalnie oryginalny pomysł, z drugiej zaś – doskonałe wykonawstwo. Flores-Roux – jak mało który współczesny perfumiarz – czuję stylistykę retro, czego jak dotąd najpełniej dowiódł w nowej interpretacji legendarnego Fougere Royale Houbigant, o której pisałem niegdyś tu. Przy okazji El perfumiarz dokonał analogicznego zabiegu, tyle że tym razem punktem wyjścia był inny zapach-legenda: Kouros od Yves Saint Laurent. Ale uwaga – tak jak Fougere Royale 2010 nie jest zwykłą reaktywacją klasyka, tylko jego współczesną interpretacją, tak El nie ośmieliłbym się nazwać kopią Kourosa (nota bene wciąż przecież obecnego w ofercie marki YSL ), choć jego stylistyczne powinowactwo do genialnego dzieła Pierre’a Bourdona jest dla mnie oczywiste. Perfumowa stylizacja na lata 70-te? Owszem.

men seventies

Intro El jest zielone i ziołowe, z wysuniętą na przód szałwią, zmiksowaną z rozmarynem i geranium. Dość szybko ujawnia się animalna nuta (cywet), utrzymana wszakże w „rozsądnym” wymiarze. Serce to – znany nam z Kourosa – pojedynek brudno i gorzko pachnącej szałwii oraz zwierzęcego kastoreum z delikatną, czystą wonią kwiatu pomarańczy. Nad całością unosi się aura klasycznego męskiego fougere z obowiązkowym (i całkiem wyczuwalnym) mchem dębowym w bazie. Zapach ma solidną trwałość (finalna sucho-gorzka nuta – chyba kastoreum – trwa na mojej skórze ponad 12 godzin) przy – uwaga – raczej grzecznej, współczesnej projekcji. Ten chronologicznie ostatni aromat El zachowuje się dość niezwykle. Mianowicie siedzi na skórze cicho, ale od czasu do czasu daje znać o sobie nawet wtedy, gdy już myślimy, ze na dobre zamilkł. Użyty testowo wieczorem na przedramieniu, przebijał się przez całe do południa następnego dnia przez inne użyte „globalnie” perfumy.

Czarny flakon El przekornie kontrastuje z białą butlą Kourosa. Ale pod względem zapachu to niewątpliwie najbliżsi krewni, jak ojciec i syn. Łączy ich bardzo wiele, tyle, że obaj urodzili się w innych czasach. Nie są identyczni. Każdy jest indywidualnością. Co nie znaczy, że nie są do siebie podobni i nie mają cech wspólnych.

W bezpośrednim zestawieniu z jedną ze starszych formulacji Kouorsa, której resztkami jeszcze dysponuję, El wypada delikatniej i mniej zwierzęco. Ale gdy zestawić El z wzorcami współcześnie tworzonych męskich perfum, jego odbiór natychmiast się zmienia. El staje się super męski, niemal macho i – jak na współczesne standardy – całkiem wyraźnie zwierzęcy, szczególnie w późniejszych fazach rozwoju na skórze.

EL-SLIDER3

O uroku El decyduje ta sama cecha, która do dziś tak przyciąga do Kourosa jednocześnie od niego odpychając. Kontrast nut „brudnych”, fizjologicznych – szałwii oraz składników zwierzęcych – z nutami czystymi, reprezentowanymi głównie przez kwiat pomarańczy oraz akord fougere.

Jest coś mistycznego w tej odwiecznej walce dobra ze złem przeniesionej na płaszczyznę perfum w formie pojedynku pięknego aromatu z fetorem. Przez większość czasu żaden z nich nie zwycięża. Panuje równowaga, przerywana od czasu do czasu chwilowymi przewagami każdej ze stron. Im bliżej jednak finału, tym bardziej ewidentne staje się, kto będzie tu zwycięzcą. W Kourosie jest nim zmysłowy akord cywetowo-mchowy. W El to lekko gryzące w nozdrza kastoreum.

Twórcy nie pozwolili mu co prawda warczeć  i wyć tak głośno, jak zrobił to Pierre Bourdon w 1981 roku, a jego sierść została tu elegancko przystrzyżona. Baczki i wąsy są precyzyjnie „wytrymowane”, a koszula rozpięta tylko w jednej trzeciej. Niemniej wykazali się sporą dozą odwagi proponując takie pachnidło w 2016 roku. I chwała im za to, bo El to świetne perfumy dla tych z nas, którzy nie obawiają się pachnieć bezdyskusyjnie i niemal archetypicznie męsko, ale są świadomi współczesności i wiedzą, który mamy rok. El to pachnidło stworzone dziś i na dziś. I choć czuć w nim nostalgię, czuć klasyczne składniki i ich połączenia w klasyczne akordy, to całość pachnie tu i teraz. Współcześnie i retro zarazem.

Wszystkim fanom męskiej klasyki fougere z wąsem tudzież wydatnymi bakami, rozpiętą koszulą i owłosionym torsem, wszystkich, którzy kochają Kourosa YSL, Paco Rabanne PH, Antaeusa Chanel, Azzaro PH i im podobne aromaty tamtych szczególnych lat, gorąco polecam El. Nie powinniście być zawiedzeni, o ile jednak będziecie pamiętać, że „nic dwa razy się nie zdarza”…

ARQUISTE_EL

nuty głowy: szałwia, rozmaryn, geranium

nuty serca: cynamon, woda z kwiatów pomarańczy

nuty bazy: mech dębu, wetyweria, kastoreum, akord fougere

perfumiarz: Rodrigo Flores-Roux

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Papillon Artisan Perfumes – rodzaj piękna

Artisanal perfumers to stosunkowo nowe określenie na coraz liczniejszą rzeszę perfumiarzy-amatorów, którzy tworzą swoje pachnidła w warunkach domowych, wykonując całość prac samodzielnie i oferując swoje olfaktoryczne dzieła w bardzo małych nakładach i wąskiej dystrybucji. Bardzo często twórcy ci bazują niemal wyłącznie na składnikach naturalnych, przez co ich perfumy mają zwykle charakterystyczny retro sznyt. Określenie artisanal perfumers powstało po to, by odróżnić tę grupę niezależnych twórców od tzw. perfumowej niszy, w której od lat funkcjonują znane marki, wspierane często przez potężny kapitał (choćby L’Artisan Parfumeur, Frederic Malle, Le Labo, By Killian, Amouage, Diptyque i wiele innych), a dla których kompozycje zapachowe tworzą zawodowi perfumiarze, a produkcja i dystrybucja odbywa się w szerokiej skali.

liz-moores-full

Liz Moores – twórczyni Papillon Artisan Perfumes – to doskonały przykład artisanal perfumer. Swoje kompozycje z pietyzmem tworzy w domowym atelier od 2010 roku, używając – jaką sądzę po ich charakterze – wyłącznie naturalnych esencji i absolutów. Jej pachnidła to efekt prawdziwej olfaktorycznej pasji. Jednocześnie to wspaniałe przykłady na to, czym może być współcześnie perfumeria artystyczna, tworzona w mikro skali, z pasją i zaangażowaniem oraz niewątpliwym talentem, którego Liz Moores nie można odmówić. Już na podstawie pierwszych czterech zapachów, jakie skomponowała, śmiało wymienię ją jednym tchem z takimi twórcami, jak Antonio Gardoni z Bogue Profumo, Angelo Orazio Pregoni z O’Driu Perfumes, Laurie Erickson z Sonoma Scent Studio czy Vero Kern z Vero Profumo.

 

Anubis – zamszowy szypr

Liz rozpoczęła pracę nad pierwszymi pachnidłami w 2010 roku nie myśląc jeszcze wówczas o stworzeniu własnej marki. Jak sama przyznaje, komponowała je wyłącznie dla siebie. Chciała zrealizować swoje zapachowe wizje i marzenia. Szczególnie pierwszy zapach – Anubis (z początku nazwany przez nią My Perfume) – miał bardzo osobisty charakter. Liz tworzyła go wyłącznie z myślą o sobie i zawarła w nim wszystkie elementy, które sama w perfumach kocha najbardziej: jaśmin w formie absolutu, dymne kadzidło frankońskie z odrobiną cytrusów, ziemisty różowy lotos, róża, szafran, kolejne „warstwy” żywic na bazie naturalnej wanilii i drewna sandałowego. Liz przyznaje, że praca nad tym zapachem była wyczerpująca, głównie ze względu na duże nagromadzenie w nim ingrediencji i nieustanne próby ich wzajemnego dostrojenia. W tym samym czasie rozpoczęła czytać książkę poświęconą Starożytnemu Egiptowi i zdała sobie sprawę, że 80% składników, jakich użyła w formule, to substancje, które były stosowane do mumifikacji zwłok. Ten swoisty punkt zaczepienia pozwolił Liz na większe ukierunkowanie swojej pracy nad tym zapachem oraz zainspirował ją do nadania mu konkretnej nazwy: Anubis (egipski bóg mumifikacji i życia pozagrobowego).

 Anubi bóg

Anubis rzeczywiście robi wrażenie mocno złożonego, w przewadze jednak ze składników okupujących dolne rejestry olfaktoryczne. Wyczuwam w nim głównie barytonowy akord żywiczny, odrobinę trudnej do zidentyfikowania kwiatowości (lotos) i całkiem wyraźny akord skórzano-zamszowy z szafranową posypką. Wszystko to układa się w coś w rodzaju skórzanego szypru. Anubis trzyma się blisko skóry przez bardzo długi czas. Zapach ma niewątpliwy urok, a wiodący aromat ma  w sobie coś intrygującego. Jednocześnie jednak czuć, że to debiut i to chyba trochę „przekombinowany”, przez co zbyt mocno monolityczny, jednowymiarowy, tak jakby przesadnie obfite nagromadzenie wszystkich ulubionych przez Liz składników przekroczyło masę krytyczną i miast ich synergii otrzymała ich wzajemne znoszenie się. Niemniej efekt końcowy – szczególnie jak na debiut – jest naprawdę wart uwagi i nie dziwi jego powodzenie. Już na etapie debiutu twórczość Liz Moores została zresztą zauważona i doceniona, a Anubis został w 2015 roku finalistą w konkursie The Fragrance Foundation w kategorii Najlepszy Nowy Zapach Niezależny.

papillon-anubis

główne nuty: egipski jaśmin, różowy lotos, zamsz, nieśmiertelnik, kadzidło, szafra

 

Tobacco Rose – róża na wilgotnym sianie

Liz wspomina, że gdy nosiła Anubis, jej znajomi często pytali ją o jej perfumy. W efekcie zaczęła zaopatrywać ich w małe flakoniki. Zarobione w ten sposób pieniądze pozwoliły jej na sfinalizowanie prac nad drugim zapachem, o którym marzyła – z różą w centrum. Tobacco Rose zostało zainspirowane wonią róż rosnących w ogrodzie Liz, które potężna burza jednej nocy pozbawiła życia. Liz nie chciała komponować kolejnego wesołego, świeżego, „zwykłego” zapachu różanego. Zależało jej na uwzględnieniu tych bardziej mrocznych aspektów życia kwiatu i życia w ogóle – cierni, kolców, śmierci, rozkładu. Stąd prócz wzmocnionych geranium dwóch różanych absolutów – z róży stulistnej i damasceńskiej – użyła pochodzącego z Włoch absolutu z siana, wosku pszczelego i specjalnego akordu piżmowego, nadającego całości głębi. Co ciekawe, w formule Tobacco Rose nie ma grama tytoniu, natomiast tytoniową nutkę zawiera wspomniany absolut z siana.

bulgarian-rose

Tobacco Rose to róża niebanalna i w swej unikatowości naprawdę piękna. Aromat jest gęsty, a różany akord jest nieco zielony i ziemisty, wyraźnie złamany trawiasta nutą siana i pogłębiony akcentami animalnymi pochodzącymi z wosku pszczelego i szarej ambry. Mech dębu wraz z sianem budują quasi-szyprowe tło. Zapach ładnie układa się na skórze i przez wiele godzin emanuje wyraźnym różano-drzewnym, lekko animalnym aromatem, który zdecydowanie zapada w pamięć. Dzięki aspektowi drzewnemu, jak sądzę, Tobacco Rose tak dobrze koresponduje również z męską skórą. Zapach jest bardzo intensywny i ekspansywny oraz bardzo trwały.

papillon-tobacco

główne nuty: róża bułgarska, róża majowa, geranium, mech dębowy, wosk pszczeli, siano, szara ambra

 

Angélique – irysowy pył

Ostatnim z debiutanckiego tercetu jest Angélique, będący wedle słów Liz wyrazem uwielbienia dla rosnących w jej ogrodzie kwiatów Iris Pallida i jednocześnie hołdem dla jej ukochanych dzieci. Perfumiarka przyznaje bowiem, że gdy pierwszy raz w życiu powąchała irysowy konkret, było to dla niej bardzo poruszające przeżycie. Ta niezwykła woń odtąd kojarzy jej się melancholijnie z zapachem skóry jej dzieci.

iris_pallida_2290506a_1000px

Angélique otwiera się jednym z najpiękniejszych irysów, jakie dotąd spotkałem. Lekko pudrowy, lekko drzewny, odrobinę „marchewkowy”, niezwykle naturalny. Emanuje spod niego delikatny, kwiatowy akord, który na dobre ujawnia się po tym, jak już opadnie złocisty irysowy pył. Subtelną drzewną bazę tego delikatnej urody zapachu budują kadzidło i cedr. Obok najdoskonalszej jakości konkretu z irysa (Liz przyznaje, że używa najlepszego dostępnego na rynku gatunku konkretu z Iris Pallida), w formule Angélique zastosowała jeszcze kilka innych kwiatowych ingrediencji: mimozę, osmatus i Champaca. Całość zdecydowanie wyróżnia się wysublimowaną, kruchą urodą i kobiecą delikatnością, a szlachetna woń kłącza irysa przydaje Angélique luksusowej aury.

papillon-angelique

główne nuty: osmantus, biała Champaca, irys Pallida, mimoza, kadzidło, cedr

 

Salome – piękność nocy

Ostatnim jak dotąd zapachem skomponowanym przez Liz Moores jest jej chyba najbardziej sławne i docenione, a w niektórych koneserskich kręgach wręcz otoczone kultem Salome z 2014 roku. No bo jeżeli zachwycił się nim sam Luca Turin, pisząc entuzjastyczną recenzję na łamach arabia.style.com, nie wspominając o rzeszy zachwyconych znanych perfumowych bloggerów, to coś musi być na rzeczy. Gdy do tego dodamy nominacje w dwóch kategoriach FIFI Awards 2016 oraz nagrody Art and Olfaction Awards i czytelników portalu Basenotes, to o przypadku nie może być mowy. Jak wspomina Liz, chciała tym razem stworzyć coś głęboko zmysłowego, ale jednocześnie prowokującego, odrobinę kontrowersyjnego, bez popadania jednak w skrajności, tak by były to wciąż dobrze noszące się perfumy. Zależało jej, by był to klasyk na podobieństwo tych sprzed epoki IFRA. Długo poszukiwała odpowiednich składników i odpowiednich relacji pomiędzy nimi. Efekt przeszedł chyba także jej najśmielsze oczekiwania. Narodziła się Salome – kobieta piękna i niebezpieczna zarazem…

salome

Absolut z jaśminu, turecka róża i esencja z kwiatu pomarańczy tworzą klasyczny kwiatowy trzon Salome. Od góry zapach rozjaśnia duet bergamotki i gorzkiej pomarańczy. Ten z natury przyjazny i przyjemny aromat Moores postanowiła złamać ciemnym tytoniem i sianem oraz ocieplić żywicą styraxową i dębowym mchem. W ten sposób nadała Salome charakteru klasycznego kwiatowego szypru. Ale to nie koniec. Kropką nad i jest tu wyrafinowany akord animalny, złożony z (syntetycznych) kastoreum i cywetu oraz z naturalnego pochodzenia hyraceum (tzw. Afrykański kamień, o którym szerzej pisałem tu). Ten kluczowy dla całości akord dodaje oldskulowego, animalnego, zmysłowego i nieco męskiego szlifu, dopełniając i paradoksalnie jednocześnie zaburzając harmonijną urodę Salome.

Każdy etap tej klasycznej konstrukcji zasługuje na pochwałę, ale akord bazy to już absolutny majstersztyk, który swym charakterem przywodzi na myśl takie arcydzieła jak przedreformulacyjny Antaeus Chanel czy Aromatics Elixir Clinique, także pod względem potężnej mocy i ekspansywności.

Podobny, choć wg mnie nie tak spektakularny i urodziwy efekt osiągnął twórca kultowego już Maai Bogue Profumo, niejaki Antonio Gardoni. Również ostatnia głośna premiera Zoologist Perfumes pod wymowną nazwą Civet penetruje podobne obszary zapachowe. Choć oba te pachnidła są bezdyskusyjnie świetne, to jednak dzieło Liz Moores ma w sobie coś wyjątkowego, coś co każde zachwycić się nim bez reszty.

Błysk geniuszu? Niewykluczone.

papillon salome.png

główne nuty: jaśmin, turecka róża, goździk, Afrykański kamień (hyraceum), kastoreum, cywet, piżma

 

Po zapoznaniu się z perfumami Papillon (za umożliwienie czego dziękuję polskiemu dystrybutorowi marki – perfumerii Mood Scent Bar) nie mogę pozostawić tej niezwykłej kolekcji bez puenty. Otóż wg mnie pachnidła Liz Moores to wspaniałe przykłady perfumowej Sztuki. To najwyższej próby olfaktoryczne skarby, które poruszają bogactwem, harmonią, wielowymiarowością i nostalgią za czasami, gdy perfumeria była Wielka i tylko dla wybranych. Jest w nich melancholia i pewien dekadencki urok. Jest też moc i siła wyrazu niedostępne większości współcześnie powstających perfum. Wszystkie cztery zasługują na najwyższe noty. Każde z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Nie umniejszając nic pięknej kobiecej delikatności Angelique i orientalnej tajemniczości Anubis, mój osobisty wybór pada na majestatyczne Tobacco Rose i fenomenalne, powalające Salome, które zasługuje na miano perfumowego Arcydzieła.

Tymczasem czekam na kolejne perfumy Papillon z cichą nadzieją na coś klasycznie męskiego, np. jakiś animalny szypr z kastoreum, różą, woskiem pszczelim, wetywerią, mchem dębowym i czym tam jeszcze…?

Carner Barcelona „Black Collection” – czarno-złoty tercet

Black Collection to najnowsze trio perfumowe hiszpańskiej marki Carner Barcelona. Przepiękne flakony w charakterystycznym dla marki sześciennym kształcie mają tym razem czarno-złote barwy i – wraz z sugestywnymi spisami nut zapachowych – sugerują bogatą i orientalną stylistykę zawartych w nich pachnideł.

carner_barcelona_black_collection-small

Nowoczesny i zwarty styl, z jakiego znane są perfumy Sary Carner, został tu uwzględniony przez jednego z moich ulubionych perfumiarzy: Rodrigo Flores-Rouxa. Gdyby nie on, pewnie nie stałoby się to, co się stało…

A co się stało? O tym poniżej.

sara_carner___rodrigo_flores-1

Black Calamus – skąd znamy tę czerń?

Takie historie dzieją się w perfumerii niezmiernie rzadko. Oto zapach, który kochamy, uwielbiamy zostaje wycofany z produkcji. Po kilku (albo kilkunastu) latach, ni stąd, ni zowąd, ktoś inny wypuszcza zupełnie „nowe” pachnidło, które – ku naszej uciesze – okazuje się być naszym faworytem, tyle że w nowych, odmienionych szatach. Oczywiście pewne różnice są, ale nie na tyle duże, by nie móc powiedzieć o wyraźnym podobieństwie. Co więcej, okazuje się, że zarówno nasze nieodżałowane, jak i to „nowe” wyszło z pracowni tego samego perfumiarza… Tak było w przypadku Bentley For Men Absolute i kultowego Gucci Pour Homme (Michel Almairac). Tak jest też w przypadku Black Calamus i …. Black Cashmere Donny Karan (Rodrigo Flores-Roux). Chciałbym, by tak się kiedyś stało z Gucci Envy for Men (Daniela Andrier)…

black

Charakterystyczna i zapadająca w pamięć słodko-gorzka i odrobinę pikantna mieszanka nut przyprawowych i drzewnych oblanych żywicami i balsamami, uszlachetniona kadzidłem i oudem stanowi doskonałe uniseksowe, sygnaturowe pachnidło, które noszącemu dodaje przydaje smużki wykwintnej tajemniczości. Doskonałe zrównoważenie niebanalnych nut czyni z Black Calamus zapach z jednej strony znajomy i komfortowy, z drugiej – intrygujący. Łączy „noszalny” charakter z niebanalnym tematem. Jest mostem pomiędzy mainstreamem a perfumową niszą. To cecha, która zwykle charakteryzuje pachnidła o dużym potencjale komercyjnym. Melodia znana, ale zagrana w bardziej współczesny, lepiej zrealizowany i lepiej brzmiący sposób. To wspólna cecha wielu najlepszych pachnideł z linii Private Blend Toma Forda.

Świadomie lub nie Sara Carner wskrzesiła jeden z najwspanialszych zapachów wszech czasów. I chwała jej za to.

cb_black_calamus_flacon___packaging-male

główne nuty: kalamus, pieprz, kolendra, papirus, labdanum, czystek, osmantus, róża, wanilia, oud, kadzidło frankońskie, cade

Rose & Dragon – katalońska legenda

Zapach zainspirowawszy katalońską legendą o Świętym Jerzym, który uratował księżniczkę od strasznego smoka, zabijając go, rzecz jasna. Gdy przeszył go mieczem, ze smoczej krwi wyrósł krzew, który obsypał się czarnymi różami. To tak w skrócie. Rzeczywiście, gdy się wczytać w oficjalny spis nut, odnajdziemy w tym zapachu kilka elementów nawiązujących do tej legendy. Przede wszystkim dominująca mocna nuta różana, stworzona z esencji róży bułgarskiej i absolutu róży tureckiej. Ciemnego zabarwienia nadają jej nuty balsamiczne i żywiczne: labdanum z Andaluzji i kadzidło. Wyczuwalny w towarzystwie róży kmin oraz budujące bazę kastoreum symbolizują smocze cielsko, podczas gdy szafran, najcenniejsza z przypraw oraz dzika truskawka nawiązują do (prawdopodobnie) pięknej księżniczki. Całości zapachu dopełnia oryginalna nuta miodu Manuka, liść cynamonu, skóra i ambra.

Rose & Dragon to tajemnicza, orientalna, czarna róża, doprawiona kminem i szafranem, posadowiona na skórzanej bazie.

Z punktu widzenia kompozycji i składników oraz charakteru zapachu Rose & Dragon nie jest niczym nowym ani oryginalnym w perfumerii. Jakiś czas temu opisywałem Indonesian Oud E. Zegna, w którym podobne nuty połączono w podobny zapach. Róża, szafran, ambra, paczula – te ingrediencje budują trzon tego typu orientalno-różanych woni. Poza intrygującym wstępem i pierwszymi trzema-czterema kwadransami, w którym róża pachnie niezwykle, zwierzęco (kmin) i zmysłowo w arabskim stylu (szafran), kompozycja Floresa-Roux nie wyróżnia się niestety niczym szczególnym, a przy tym brakuje jej parametrów. Po mniej więcej godzinie mości się blisko mojej skóry, staje się ociężała i jednowymiarowa. Jej finisz – mimo ogólnej trwałości zapachu – jest raczej nijaki. Zabrakło tu wykończenia. Zapach ma uwieść, ale później, niestety dość szybko, porzucić…

rose-_-dragon

główne nuty: szafran, kmin, dzika truskawka, liście cynamonu, róża bułgarska, róża turecka, miód Manuka, kadzidło frankońskie, kastoreum, skóra, labdanum, ambra

 

Sandor 70’s – pogoda barowa…

Poprzez Sandor ’70 Sara Carner przenosi nas do legendarnego barcelońskiego baru-klubu słynnego pod tą nazwą w latach 70-tych XX wieku, w którym aromat tytoniu mieszał się z wonią skórzanych kanap i foteli. Z pewnością tak właśnie tam było, jednak perfumowa interpretacja tego miejsca rozczarowuje. Mimo swej złożoności Sandor 70′ s osiada na mojej skórze jako monolit trochę zielony, trochę skórzany, trochę zwierzęcy (szałwia!), przez chwilę nieco bardziej tytoniowy, a później już tylko jednowymiarowo kadzidlany. Bo to nuta olibanum – i to rachityczna – wieńczy to dzieło. Zapach – poza pierwszą godziną – jest bardzo blisko-skórny i przyznam, że chyba najmniej ciekawy z całej trójki, więc doprawdy nie mam sensu się rozpisywać…

sandor

główne nuty: zamsz, bergamotka, jaśmin, osmantus, róża bułgarska, tytoń, szałwia, cedr, balsam Peru, wanilia, skóra, paczula, wetyweria, kadzidło frankońskie, mech dębu

Podsumowując moje wrażenia z testów pachnideł wchodzących w skład Black Collection tylko jedno z nich uważam za warte mojej uwagi i jest to Black Calamus. Do tego stopnia, że nie pogardziłbym własnym flakonem. Pozostałe dwa niestety nie dorównują mu ani treścią, ani charakterem, ani parametrami użytkowymi. Szkoda, bo przyznam, że te czarne flakony, spisy nut i składników wzbudziły we mnie spory apetyt…

Wiem, jestem wybredny.

Ale nie tylko ja…

PS. Perfumy Carner Barcelona dostępne są w warszawskiej perfumerii Quality Missala.

Serge Lutens „Bapteme du Feu”. Chrzest bojowy albo dzieło wizjonera…

Maestro Serge Lutens odezwał się po raz kolejny. Czy jego olfaktoryczna wizja wciąż jest tak ekscytująca, jak niegdyś?

Po charakterystycznych, smukłych, prostokątnych, ascetycznych flakonach od lat możemy spodziewać się niezwykłej zawartości. Tak już do tego przywykliśmy, że kolejne premierowe pachnidła Serge’a Lutensa przestały nas ekscytować, a przynajmniej nie ekscytują nas tak bardzo, jak to miało miejsce lat temu kilkanaście, gdy niszowych marek perfumowych, a co za tym idzie nowych pachnideł, było kilkakrotnie mniej.  Obecnie każdy nowy „lutek” ginie gdzieś w ferworze setek, jak nie tysięcy niszowych premier, których świadkami jesteśmy każdego roku… Ta masa często bezwartościowych, wiedzionych li wyłącznie marketingiem zapachowych „gniotów”, ogranych schematów i wtórnych do bólu koncepcji skutecznie przesłania nam zapachowe klejnoty…

Nie dajmy się więc zwieść. Zaufajmy Serge’owi Lutensowi, jego wyrafinowaniu i wyjątkowym perfumowym wizjom.

Bo ten facet to bezdyskusyjny wizjoner, jedna z absolutnie najbardziej niezwykłych i najważniejszych postaci, jakie kiedykolwiek pojawiły się  w świecie perfum. Jego głoś wciąż się liczy. A jego forma w ostatnim czasie zwyżkuje, czego dowodem są kolejne interesujące, nowatorskie i niesztampowe pachnidła, które zwykle zaskakują oryginalną nazwą, takimże pomysłem i jego perfekcyjnym wykonaniem. Najnowsze Bapteme du Feu (Chrzest Bojowy) zdają się potwierdzać tę prawidłowość.

serge_lutens_by_ran_reuveni
Serge Lutens (fot. Ran Reuveni)

Witająca nas mieszanka słodko-cytrusowej woni mandarynki i słono-słodkiego akordu karmelowego jest ekscytująco zaskakująca. Oto akord charakterystyczny, wyjątkowy, zapadający w pamięć, a jednocześnie absolutnie przyjazny, łatwo akceptowalny. Zresztą dalszy ciąg jest równie przyjemny co niebanalny. Zanikająca dość szybko mandarynka ustępuje miejsca coraz bardziej słonej nucie kulinarnej, częściowo też kwiatowej. Czuję także nutę strzelniczego prochu lub krzemienia. Coraz głośniejsze jest dodające całości głębi i jeszcze bardziej niecodziennego charakteru kastoreum. Całość otacza nieco pudrowa aura, konkludując dryfującą w kierunku kobiecej skóry całość…  A ta jest nie tylko bardzo charakterystyczna, ale i nowoczesna, ewidentnie korzystająca ze zdobyczy współczesnej techniki w zakresie pozyskiwania pachnących molekuł, także tych nie pochodzących wprost od natury…

Baptem de Feu jest od pierwszych minut mocny, wyraźnie projektujący i wyczuwalny. Jest też absolutnie nie do pomylenia z niczym innym. To jest to, co w perfumach lubię najbardziej. Aromat, który po pierwszym kontakcie zapada głęboko w pamięć i pozostaje tam na zawsze…

Opisywanie Baptem de Feu poprzez składające się na niego nuty czy ingrediencje nie oddaje tej woni jako całości, a tak bezwzględnie trzeba ten zapach traktować. Unikatowość tego aromatu docenić można wyłącznie poprzez testy. Mogę jedynie zapewnić, że naprawdę warto je przeprowadzić.

Brawa dla niestrudzonego duetu Lutens/ Sheldrake – perfumiarzy – poszukiwaczy woni niebanalnych i dotąd nieodkrytych. Bapteme de feu to Ich strzał w … szóstkę?

lutens-bapteme

główne nuty:  mandarynka, piernik, nuty pudrowe, osmanthus, kastoreum, nuty drzewne

perfumiarze: Christopher Sheldarake i Serge Lutens

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 5,0/ oryginalność: 6,0/  projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

Anatole Lebreton „Parfums de liberte” – z miłości do perfum

Współczesne perfumiarstwo zna już przypadki, gdy wielbiciele perfum, tzw. perfumiści (ang. perfumistas) pod wpływem swej pasji i miłości do perfum, postanawiają znaleźć się po drugiej stronie olfaktorycznego świata i z koneserów stać się twórcami. Najsławniejszym bodaj przykładem jest Andy Tauer, za oceanem zaś – Kerosene. Od niedawna do tego duetu dopisać należy Francuza Anatole’a Lebretona, kolekcjonera i entuzjastę pachnideł vintage, a także perfumowego blogera, który podczas tegorocznej edycji Esxence zaprezentował kolekcję autorskich pachnideł inspirowanych stylistyką retro.

Anatole Leberton

Anatole jest osobą niezwykle sympatyczną i kontaktową, z pasją opowiadającą o swej twórczości, która swój obecny perfumowy kształt zawdzięcza także wcześniejszym zajęciom, jakimi Lebreton się parał (próbował swych sił na deskach teatrów, później zajął się sprzedażą rzadkich gatunków herbat i ekskluzywnych czekolad, co było doskonałym treningiem dla jego zmysłów zapachu i smaku). Jego perfumy pod wspólną nazwą Parfums de liberte to dzieła perfumiarskiego rzemiosła, w których czuć pasję i radość tworzenia. Obcowanie z nimi to swoisty reset dla nosa i mózgu, powrót do źródeł francuskiej perfumerii, nieskażonej grupami docelowymi,  oczekiwaniami rynku, briefami zleceniodawców czy obawą o komercyjną flautę.

Lebreton mówi:

Tworzenie perfum, ale także ich noszenie jest jak odkrywanie i podróż, jak bycie zdobywcą i zdobywanym jednocześnie. Używać perfumy oznacza mieć wyobraźnię, to jest to „małe co nieco”, które dodaje naszemu życiu magii.

Jakże się z nim nie zgodzić?

Incarnata

Mocne, wyraźne, unikatowe intro przykuwa uwagę niecodziennym połączeniem zieloności nuty fiołkowej z maliną, irysem i akordem pudrowym. W tle szybko ujawnia się śliczna nuta zamszowa, tworząc idealne towarzystwo dla coraz bardziej wyraźnego irysa. Tak oto z sekundy na sekundę konstytuuje się przewodni motyw Incarnata – wizerunek tajemniczej kobiety oraz jej atrybutów, przy pomocy których przeistacza się w powabną piękność. Stąd wyczuwalne tu nuty szminki, pudru, malinowego różu do policzków i skórzanej torebki, w której przechowuje swoje niezbędne kosmetyki, poukładane w sugestywną i doprawdy zachwycającą całość. Z upływem czasu, powoli zapach traci początkowy lekko zielony odcień, staj się cieplejszy, bardziej zmysłowy, zamszowo-pudrowo-sypki i ambrowy (w tej właśnie kolejności),  a na samym końcu delikatnie balsamiczny.

Incarnata to hipnotycznie piękne pachnidło w niesamowitym klimacie retro, które każe spojrzeć na Anatole’a Lebretona nie tylko jako na sympatycznego perfumistę, ale przede wszystkim jako na świadomego swych umiejętności i utalentowanego perfumiarza. Taki zapach nie może być dziełem intuicji i przypadku!

Lebreton Incarnata

główne nuty: malina, fiołek, rododendron, akord kosmetyczny, irys, mirra, róża, ambra, skóra, benzoes, wanilia

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

L’Eau Scandaleuse

Białokwiatowe, a ściślej tuberozowe cudo z zaznaczoną na początku jakże vintage‚ową nutką zmywcza do paznokci, tu utrzymaną wszakże w ryzach, ale nie pozostawiająca wątpliwości co do klasycznych inspiracji artysty. W sercu akord kwiatowy z dominacją tuberozy zgrabnie połączonej z nutą brzoskwini poprzez ylang ylang mający w istocie nektarową naturę. W tle zaś tego niesamowitego akordu solidna podstawa, w której akcent animalny, znany z naturalnej woni tuberozy, uzyskany tu przez użycie kastoreum, został ciekawie podbudowany sucho-drzewnym cypriolem oraz mchem dębowym. L’Eau Scandaleuse ewoluuje od krótkiego, lekko „zmywaczowego” początku poprzez tuberozowe, najpierw świeże, ale z czasem coraz mroczniejsze i bardziej animalne serce, aż po gorzkawą, oldskulowo skórzaną i jednocześnie sucho-drzewną bazę.

tuberoza

Możliwie, że zaskakuję w tym momencie sam siebie, ale to prawdopodobnie jedne z najpiękniejszych perfum z tuberozą w centrum, jaki kiedykolwiek miałem okazję wąchać (a na recenzje czekają jeszcze poznane już przeze mnie, tyle że jeszcze nie opisane, fenomenalne Carnal Flower Frederica Malle i Luci ed Ombre Masque Milano).

Warto wiedzieć, że L’Eau Scandaleuse otrzymało w 2014 roku Adjiumi Award w kategorii „Najlepszy niewłoski zapach niszowy” przyznawaną przez włoskie forum wielbicieli niszowych perfum, a sam Anatole Lebreton został uznany przez to samo grono za najlepszego perfumiarza 2014 roku.

Lebreton Scandaleuse

główne nuty: bergamotka, brzoskwinia, dawana, tuberoza, ylang ylang, skóra, kastoreum, cypriol, mech dębu

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

L’Eau de Merzhin

W tej nieco delikatniejszej kompozycji Lebreton zawarł swoje żywe wspomnienia z dzieciństwa spędzonego pośród łąk i lasów Bretanii, gdy jako dziecko spędzał czas obcując z wszechobecną roślinnością, która każdej wiosny eksplodowała olfaktoryczną feerią. Szczególnym wspomnieniem perfumiarz darzy woń zielonego siana i głogu, których ślady zawarł w pięknym, sugestywny, naturalnie pachnącym  L’Eau de Merzhin.

Pachnie on jak stworzona przez młodego chłopca mikstura z soków roślin napotkanych po drodze z lasu, poprzez łąkę i ogród, w drodze na podwieczorek do babci i dziadka. Zamknięta w słoiku po to, by w pełnym trosk dorosłym życiu mieć zawsze na wyciągnięcie ręki swoje słoneczne dziecięce wspomnienia.

Perfumiarz zbudował ten niezwykły wiejski pejzaż za pomocą połączenia popularnych zielonych nut (galbanum, zielona porzeczka, liście fiołka) z chętnie wykorzystywaną w niszy perfumowej bylicą (patrz np. French Lover Frederica Malle) oraz z użyciem nietypowych składników, które raczej rzadko napotykamy w pachnidłach (głóg, tomka wonna, siano). Stąd prawdopodobnie jego bardzo oryginalny i zarazem naturalistyczny charakter. Zapach jest początkowo lekko soczysty, zielony, z czasem nieco bardziej ziołowy, na finiszu przyjemnie mszysty z nutą siana.

L’Eau de Merzhin przypomina mi cudny Yerbamate Lorenzo Villoresiego, choć dzieło Lebretona jest bardziej surowe, paradoksalnie mniej perfumeryjne, bardziej naturalistyczne, ma w sobie nie tylko zieleń, ale i wyraźną goryczkę roślinnych soków. Przywołuje jednak ten sam, co zapach Villoresiego, radosny, wiosenno-letni obraz dzikich, zielonych, kwiecistych łąk. Ma tę magiczną zdolność do przywoływania najlepszych wspomnień z beztroskich lat dzieciństwa, które ja także bardzo często spędzałem  w otoczeniu natury – łąk, lasów i przepełnionych wonnymi roślinami ogródków działkowych. Może właśnie dlatego nie potrafię przejść obojętnie obok L’Eau de Merzhin?

Lebreton Merzhin

główne nuty: galbanum, bylica, liście fiołka, czarna porzeczka, głóg, tomka wonna, zielone siano, tonka, irys, mech

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Bois Lumiere

Pamiętacie niezwykłe lutensowskie Miel do Bois? Wciąż mam jeszcze kilka ml tej niezwykłej cieczy zdominowanej przez chyba najbardziej ekspansywną nutę miodu pszczelego, jaką kiedykolwiek spotkałem w perfumach, słodką tak, że aż trzeszczy między zębami. Anatole Lebreton nie poszedł w swoim Bois Lumiere aż tak daleko, nie mniej to właśnie intensywna nuta miodu pochodząca z rozpylonego podczas Esxence na stoisku sympatycznego Francuza Bois Lumiere zaintrygowała mnie do tego stopnia, że zwróciłem uwagę na ofertę twórcy.

Bois Lumiere jest idealnie wyważony. Niczego mu nie brak i jednocześnie niczego nie jest tu za wiele. Ta równowaga przydaje kompozycji szlachetności świadczącej o ponadprzeciętnym talencie Anatole’a Lebretona. 

Miód, choć wyraźny, jest tylko jednym z elementów tej przepięknej układanki, która – gdy zapomnieć na chwilę o składnikach wymienionych w materiałach promocyjnych -olfaktorycznie zmierza w kierunku wytyczonym przez Tobacco Vanille Toma Forda, pachnąc przy tym jednak bardziej „niszowo” i bardziej szlachetnie. Obok miodu mamy tu nuty balsamu z jodły i benzoesu oraz wosku, które pogłębiają balsamiczny charakter zapachu. Potencjalna jego ociężałość została tu wyeliminowana przez użycie mandarynki i przydających „życia” przypraw: jagód jałowca i goździka. W sercu umieszczono bardzo subtelną nutę róży, dodającą całości szlachetności. No i nie można nie wspomnieć o nieśmiertelniku, który wprost genialnie uzupełnia się z miodowym tematem. Wszystko to razem tworzy jedną z najlepszych kompozycji w na razie skromnym, ale już imponującym treścią i jakością dorobku Lebretona

Lebreton Bois

główne nuty: jałowiec korsykański, szałwia, mandarynka, balsam jodłowy, miód, róża, goździk, nieśmiertelnik, wosk, cedr, benzoes

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Parfums de Liberte  to kolekcja pachnideł zupełnie wyjątkowych. Każde z nich jest małym cudem perfumerii i dowodem na to, że prawdziwa pasja połączona z talentem i pracą mają zawsze szanse zaowocować czymś wyjątkowym. Anatole Lebreton zabiera nas w podróż do krainy perfum-marzeń, pozwalając obcować z zapachami nietuzinkowymi, zapatrzonymi w przeszłość, ale zupełnie współcześnie brzmiącymi. Gdy powącha się je po raz pierwszy, trudno o nich zapomnieć. Czyż nie takie powinny być prawdziwe perfumy? Trudne do zapomnienia? Pozostawiające w nas pozytywne wspomnienia i budzące dobre emocje? Kuszące, by do nich wracać i ponownie cieszyć się ich niezwykła magią? To właśnie w pracowni Lebretona i jemu podobnych, a nie w laboratoriach wielkich korporacji perfumiarskich, dzieją się współczesne perfumowe cuda. Parfums de Liberte mają wszakże jeszcze jedną cechę, którą osobiście bardzo sobie cenie – pozbawione są pretensjonalności, w którą potrafią popaść także i niszowi twórcy. Czuć tu szczerość przekazu i niczym nie zmąconą pasję twórcy. To dziś towar na rynku perfum zdecydowanie deficytowy.

Warto więc mieć na oku poczynania Monsieur Lebretona.

Zoologist Perfumes: perfumowa menażeria

Dziś na blogu goście wyjątkowi. Przybyli prosto Kanady. Jegomoście: Bóbr, Panda, Nosorożec, Nietoperz i Koliber to prawdziwa zapachowa menażeria. Zwierzęce towarzystwo nie mające w perfumerii precedensu. Olfaktoryczny portret każdego z nich składa się na nowatorska kolekcję pachnideł marki Zoologist Perfumes. Jej twórcy nie kryją bezgranicznej miłości do zwierząt i fascynacji fauną, będąc jednocześnie wielbicielami perfum. Połączenie obu pasji zaowocowało tą niezwykłą i unikatową kolekcją perfum, którą dziś mam przyjemność przedstawić.

Wszystkie bez wyjątku pachnidła Zoologist przykuły moją uwagę przede wszystkim oryginalnym i świeżym pomysłem, ale też nieszablonowością, unikatowością i naturalną aurą, wskazującą na duży udział składników pochodzenia naturalnego w formułach. Choć oczywiście nie brak w nich ingrediencji czysto syntetycznych, czego autorzy nie kryją (np. wszystkie użyte tu nuty tzw. zwierzęce w istocie nie pochodzą ze składników zwierzęcych, tylko są ich syntetycznymi odpowiednikami, co oczywiste zważywszy na fakt, że twórcy są przecież miłośnikami zwierząt). Wszystkie zapachy mają wysoką 20%-ową koncentrację  substancji zapachowych, kwalifikującą je jako pełnoprawne wody perfumowane.

Na osobne potraktowanie zasługuje oryginalny i bardzo udany design flakonów oraz niezwykłe graficzne wizerunki poszczególnych zwierzaków, które mojemu pokoleniu czytelników mogą niekoniecznie pozytywnie kojarzyć się z pewną mroczną brytyjską baśnią rysunkową…(zgadnijcie jaką?).

zoologist-perfumes-beaver-rhino-panda

Bat (Nietoperz) – nietoperz owoco-lubny…

Bat to moim zdaniem najbardziej niesamowity zapach w zoologicznej kolekcji.Początkowo jest nieco trudny, z pewnością kontrowersyjny, przynajmniej przez pierwsze kilkadziesiąt minut, gdy dominują w nim bardzo sugestywne, naturalistyczne nuty mchu, ziemi, pleśni, korzeni i fermentujących owoców (aromaty naturalnego środowiska oraz menu nietoperzy?). Bat przypomina mi pod tym wzgledem 5 Elements Ramona Molvizara, Forrest Walk Sonoma Scent Studio czy Black March I Hate Perfumes (czy ktoś jeszcze o tych pachnidłach w ogóle pamięta?).

Fruit_Bat_Drinking_Orange_Juice_600

Jednakże moja skóra obchodzi się z Nietoperzem – muszę przyznać – bardzo wdzięcznie. W miarę upływu czasu bowiem to, co na testowym papierku sprawiało wrażenie eksperymentu, w którym noszalność położono na szali z bezkompromisową realizacją konceptu, na skórze układa się w całkiem intrygujące i coraz bardziej przyjemne pachnidło zielono-mszysto-wetiwerowe. Wciąż niszowe w swej formie, ale zdecydowanie przyjazne użytkownikowi. Bat jest więc przykładem pachnidła skonstruowanego w taki sposób, by zaszokować niecodziennymi, trudnymi akordami głowy i serca, a następnie wynagrodzić noszącym go śmiałkom w postaci bardzo trwalej, wyraźnie wyczuwalnej, pięknej, głębokiej, w moim mniemaniu męskiej bazy, w której kluczową rolę odgrywa wetyweria, drewno sandałowe i tonka, utrwalone piżmami.

Warto wiedzieć, że Dr Ellen Covey – twórczyni tych perfum i jednocześnie uniwersytecka pani profesor studiująca naturę nietoperzy – otrzymała za Bat w 2015 roku nagrodę Art and Olfaction Awards, a inspiracją dla powstania tego pachnidła był tzw. Fruit Bat, nietoperz żywiący się owocami.

Zoologist Bat Bottle

Nuty głowy: banan, miękkie owoce, wilgotna ziemia,

Nuty serca: figa, owoce tropikalne, nuty mineralne, mirra, żywice, korzenie roślin,

Nuty bazy: puszyste piżmo, skóra, wetiwer, drewno sandałowe, bób tonka

twórca: Ellen Covey

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Hummingbird (Koliber) – wiosna, ach to ty!

Hummingbird to złożony z wielu składników kwiatowych i owocowych posadowionych na głębokiej ambrowo-tonkowo-drzewnej bazie uroczy, ciepły zapach, który zachwyca swą bezpretensjonalną, ale i niebanalną urodą praktycznie od pierwszych sekund, wykazując wszakże dość wyraźną ewolucję na skórze. Z racji swojego charakteru wydaje się być propozycją skierowaną bardziej do płci pięknej, na co może także wskazywać wizerunek Kolibra na flakonie, przyodzianego w ewidentnie damskie szaty. Niemniej Koliber zagra spokojnie także i na męskiej skórze.

wiosenna łąka

Zapach otwiera się akordem owocowym, w którym niezwykle wyraźnie prezentuje się nuta jabłka. Czuję tu także w tle nutę zbliżoną do kwiatu pomarańczy. Z czasem do głosu dochodzą kwiaty złożone w jeden zrównoważony bukiet, w którym żaden z nich nie dominuje. Subtelnie użyta nuta miodu wzmaga wrażenie obcowania z aromatami nektarów wąchanymi prosto z kwiatowych kielichów. Baza jest balsamiczna, ambrowo-waniliowa, słodkawa i zmysłowa, nieco kulinarna.

Koliber to zapach bardzo słoneczny, urodziwy, idealnie wiosenny. To wręcz zabutelkowany aromat wiosny. Ciepło, słońce radość i nadzieja we flakonie. Czy to możliwe? Owszem, jeśli to Hummingbird od Zoologist Perfumes. Zabrzmiało jak kiepski slogan reklamowy, prawda?

Zoologist Hummingbird

Nuty głowy: jabłko, wiśnia, cytrusy, lilia, konwalia majowa, śliwka, róża, liście fiołka

Nuty serca: miód, wiciokrzew, mimoza, piwonia, tulipan, ylang-ylang,

Nuty bazy: ambra, kumaryna, bita śmietana, mech, piżmo, drewno sandałowe, jasne drewno

twórca: Shelley Weddington

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Rhinoceros (Nosorożec) – tylko dla prawdziwych facetów…

Początek kojarzy się z mocnym szlachetnym alkoholem w gatunku brandy lub whisky. Słodko-gorzki, z nutką winnych tanin, doprawiony szafranem, zdecydowanie męski aromat. Później wyraźniejsza staje się woń tytoniowo-drzewno-skórzana, która dominuje już do końca, powoli gasnąc. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Nosorożec to pachnidło dedykowane płci silnej. Bezkompromisowe, nieco brudne, szorstkie, twarde, przy tym bardzo oryginalnie pachnące, mimo pewnych skojarzeń z perfumową estetyką marki Frapin (np. Terre de Sarment). Zapach rozwija się minimalnie, będąc przez większość czasu tym, czym jest na samym początku. Przewidywalny, konsekwentny, mocny, szorstki i trwały, choć po początkowym okresie głośności wycisza się i raczej szepcze. Jak prawdziwy mężczyzna…. ujarzmiony?

Troszkę szkoda, że Rhinoceros lepiej pachnie na papierku, niż na mojej skórze, która wyraźnie skraca jego żywot i odbiera mu sporo ekspresji… Myślę, że obfitsza aplikacja może jednak temu przynajmniej częściowo zaradzić.

Zoologist Rhinoceros-Wild-Roots_grande

Nuty głowy: rum, bergamota, lawenda, żywica elemi, szałwia, bylica, igliwie,

Nuty serca: sosna, tytoń, nieśmiertelnik, geranium, drewno agarowe, chiński cedr,

Nuty bazy: wetiwer, drewno sandałowe, ambra, dym, skóra*, piżmo*

twórca: Paul Kiler

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Beaver (Bóbr) – Jego Brudna Czystość…

Bóbr to zapach niezwykły. Kryjący w sobie niespodziankę, swoiste drugie dno. Początkowo świeży, nieco detergentowy, morski z starym stylu (calone?), z odrobiną lipowego nektaru i zaledwie prześwitami lekko animalnej nuty piżmowej, która jakby zapowiadała, co wydarzy się w sercu. A tam… No właśnie…. Czymże może bowiem pachnieć bóbr, jeśli nie kastoreum? A jakże. Oto ono w pełnej (choć syntetycznej) krasie ze swą nie każdemu odpowiadającą zwierzęcą, nieco fekalną naturą. Spora jego dawka w połączeniu z piżmami oraz użytą w bazie zapachu ambrą czyni z Bobra prawdziwego futrzanego zwierzaka (jakby na co dzień nim nie był…), który spokojnie stanie w „smrodkowe” szranki z Muscs Koublai Khan Serge’a Lutensa czy Musc Tonkin Parfum d’Empire, aczkolwiek wygra je, o ile jury będzie w sposób szczególny oceniać urodę.

beaver3

Beaver jest z pozoru bowiem urodziwy, jednak pod tą ładną maską kryje się jego prawdziwe zwierzęce ja. Dziwnie odstręczające i przyciągające zarazem. Ot taki Jekyll i Hyde w jednej – rzecz jasna – osobie. Mimo podobieństw i skojarzeń z innymi niszowcami, muszę podkreślić, że Beaver to indywidualista. To nie tylko miły początek i wspomniane zwierzęce serce, ale także kilka innych ingrediencji (wanilia, irys, cedr), które nadają całości naprawdę unikatowej woni. Trudne nuty nie są tu zresztą obecne przez cały czas, bowiem zmysłowy i komfortowy, piżmowo-ambrowy finisz ma dużo mniej kontrowersyjny charakter, niż mogłoby to się na początku wydawać.

Beaver to zapach nowatorski i śmiały (jakkolwiek dziwnie to brzmi w kontekście tego futrzaka…) głównie za sprawą nagromadzenia „odzwierzęcych” woni. W związku z tym, czym jest i z czego powstał, trzyma się skóry wyjątkowo skutecznie. Jest najodważniejszym z pachnideł Zoologist, kontynuującym najlepsze niszowe tradycje. Osobiście tego typu zapachy traktuję jako ciekawostkę, bo raczej brak mi odwagi, by je na dłuższą metę nosić. Obiektywnie jednak Beaver to w swoim gatunku świetne pachnidło, warte co najmniej przetestowania, jeżeli nie regularnego używania, o ile ktoś nie obawia się… no wiecie, czego….

Zoologist Beaver-60ml-Front_grande

Nuty głowy: kwiat lipy, świeże powietrze, piżmo, cytrusy,

Nuty serca: kastoreum, irys, wanilia, dym, ściółka leśna,

Nuty bazy: piżmo, popiół, cedr, ambra

twórca: Chris Bartlett

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Panda – przechadzka po zielonej dżungli

Reprezentant gatunku pachnideł zielonych, Panda, to zapach złożony z nut nieobcych sympatycznemu chińskiemu misiowi w jego naturalnym środowisku. Bambus, zisu, syczuański pieprz, zielona herbata, cytron zwany „Ręką Buddy”, osmantus, mimoza. Dobór składników zaiste nie jest tu – podobnie jak w pozostałych zapachach Zoologist – przypadkowy. Składają się one na zieloność o niezwykłej intensywności, wyczuwalną głównie w pierwszych kwadransach trwania zapachu na skórze. Z czasem pojawiają się subtelne aromaty kwiatowe, które budują serce zapachu. Charakterystyczna zielono-wetiwerowa baza wieńczy to równie jak Hummingbird sympatyczne i wdzięczne, jednocześnie dość nieskomplikowane i czytelne zapachowe dziełko.

Zoologist Panda-bottle_grande

Nuty głowy: cytron Ręka Buddy, bambus, pieprz syczuański, zielona herbata, mandarynka, liście pachnotki zwyczajnej,

Nuty serca: osmantus, kwiat pomarańczy, lilia, mimoza, kadzidło,

Nuty bazy: drewno sandałowe, korzeń Pemou, cedr, delikatne piżmo, wetiwer z Bourbon, haitański wetiwer, wilgotny mech

rok premiery: 2014

twórca: Paul Kiler

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Szczerze polecam niezwykłe zapachy Zoologist Perfumes wszystkim wielbicielom niszy, osobom szukającym w perfumach swego rodzaju przygody, amatorom aromatów niespotykanych i pomysłowych. Również tym, którzy zapomnieli już, jaka to frajda i radość testować nowe pachnidła. Kanadyjska marka zapewnia bowiem atrakcyjny powiew świeżości i nadziei na coraz bardziej zatłoczonym, rozcieńczonym , jałowym i wtórnym rynku perfum niszowych.

Zapachy Zoologist można przetestować i nabyć w krakowskiej perfumerii Lulua.

Dwie strony tej samej historii – Majda Bekkali „Tendre Est La Nuit” i Masque Milano „Montecristo”

W przepełnionym wonnościami życiu perfumowego blogera (jakkolwiek idyllicznie to stwierdzenie brzmi) zdarzają się z częstotliwością rosnącą wprost proporcjonalnie do liczby przetestowanych perfum, swoiste perfumowe deja vu. Ja szczerze mówiąc nawet lubię te momenty, gdy zbliżając nos do powierzchni zwilżonej właśnie poznawanym pachnidłem, doznaję silnego wrażenia jego znajomości, choć mam z nim do czynienia po praz pierwszy w życiu. O ile podczas poznawania perfum z tzw. mainstreamu tego typu incydenty niemal zupełnie mnie już nie zaskakują, o tyle w tzw. perfumowej niszy (jakkolwiek dziś rozumieć to określenie), to wciąż po pierwsze zjawisko rzadsze, a po drugie – co za tym idzie – dużo bardziej ekscytujące. Sam nie wiem, dlaczego niszowe plagiaty, autoplagiaty (zamierzone czy nie) tak mnie ekscytują. Może dlatego, że w tym segmencie perfumerii, zdawać by się mogło, stawiającej na unikatowość i oryginalności, znaleźć dwa niemal identyczne pachnidła w ofertach dwóch różnych marek powinno być trudno? A jeśli na dodatek okazuje się, że oba pachnidła wyszły z pracowni tego samego perfumiarza, zaczyna się już robić zupełnie interesująco… Przecież to wręcz zakrawa na fortel lub spisek! 😉 Klasycznym i do głębi już spenetrowanym przykładem takiego raczej nieprzypadkowego podobieństwa są nieodrodne dzieci Pierre’a Bourdona: Creed Green Irish Tweed oraz Davidoff Cool Water . Idąc głębiej w niszę, pamiętam moje niemalże osłupienie, gdy „dopadłem” próbkę Vetyver 46 Le Labo Marka Buxtona i poczułem bardziej wyrafinowana, elokwentną wersję Comme des Gacons 2 Man tegoż samego twórcy. Albo gdy poczułem aromat Labdanum 18 Le Labo i przed oczami stanął mi falkon Musc Ravageur Frederica Malle (oba zapachy popełnił Maurice Roucel). Albo przypadek niezwykłej zbieżności aromatów Baume du Doge Eau de Italie i L’Artisan Al Oudh – oba Bertranda Duchaufoura. Wreszcie nie tak dawno odkryte spore powinowactwo pomiędzy skomponowanymi przez Cecile Zarokian Mon Nom Est Rouge Majda Bekkali i Tango Masque Milano. W żadnym z tych przypadków nie ma jednak mowy o stuprocentownym autoplagiacie. Poszczególnie zapachy różnią się między sobą, gdy je ze sobą zestawić. Jednak ich ogólne podobieństwo jest tak wyraźne, że osobiście uknułem sobie teorię (spiskową rzecz jasna), że to po prostu różne modyfikacje tych samych kompozycji lub też efekt rozwijania własnych pomysłów perfumiarzy w różnych kierunkach. Ci uznali je za na tyle odrębne, że odważyli się je zaproponować różnym markom perfumeryjnym do „opublikowania”. Bo chyba raczej nie było tak, że duet właścicieli Le Labo powiedział do Maurice’a Roucela: „słuchaj Maurycy, ten Musc Ravageur od Malle’ego naprawdę świetnie pachnie, podoba nam się ogromnie, no i przy tym wiemy, że sprzedaje się znakomicie. Może byś zrobił i dla nas taki Musc Ravageur….hmmm.. no wiesz, my go jakoś inaczej nazwiemy, ale….Pomyśl, co?” Ja przynajmniej wierzę, że tak nie było. Może jestem naiwny… (a wiem, że czasem taki właśnie bywam).

Po co o tym wszystkim tyle piszę? Po pierwsze dlatego, ze lubię przydługie wstępy. A po drugie po to, żeby gładko przejść to mojego najnowszego „bliźniaczego” odkrycia. Tak, bliźniaczego – bo dotyczy perfum „z jednej matki”. A matką jest niejaka Delphine Thierry, perfumiarka z Grasse, która podpisała (i popisała) się jako twórczyni dwóch pachnideł będących bohaterami dzisiejszego wpisu:  Tendre Est La Nuit Majda Bekkali i Montecristo Masque Milano. Oba zapachy urodziły się – jak przystało na bliźniaki – w 2013 roku. Oba są wyjątkowej urody – żeby było jasne już na wstępie. Oba są też – jak to w przypadku bliźniaków bywa – do siebie podobne, choć jednak różnią się istotnymi szczegółami.

Delphine-Thierry
Delphine Thierry

Na początek zróbmy pozbawione polotu i schematyczne porównanie wymienianych w oficjalnych spisów składników/nut obu perfum:

głowa Montecristo: drewno cabreuva, nasiona ketmii piżmowej, rum

głowa Tendre Est La Nuit: nieśmiertelnik z Korsyki, nasiona ketmii piżmowej, drewno cabreuva, marchew

Mamy więc dwa wspólne składniki w akordach głowy obu kompozycji, w  tym niezwykle ważna z punktu widzenia ich ciepłego, zmysłowego i piżmowego charakteru esencja z nasion ketmii piżmowej (ang. ambrette seeds).

Idźmy więc dalej – w serce:

serce Montecristo: liście tytoniu, ziarna selera, czystek (labdanum), benzoes

serce Tendre Est La Nuit: dawana, pieprz syczuański, benzoes

Co prawda tylko jedna wspólna ingrediencja – benzoes, ale znowu niezwykle istota dla słodko-żywicznej, balsamicznej natury obojga perfum. Poza tym jest jeszcze coś. W sercu Montecristo odnajdziemy ziarna selera. W Tendre Est La Nuit nie ma go co prawda, ale za to są ziarna marchwi, choć fakt, ze wymienione w akordzie głowy. W oby przypadkach uzyskujemy specyficzną organiczną woń esencji z warzywnych nasion.

Wreszcie baza:

baza Montecristo: hyraceum (Golden Stone), sytrax, gwajak, cedr, paczula

baza Tendre Est La Nuit: skóra, labdanum (czystek), mech dębowy, kadzidło, paczula, cywet, kastoreum

Można by rzec, że poza paczulą nie ma tu nic wspólnego. Ale to nieprawda. Obie bazy łączą nuty drzewne i balsamiczne z aromatami pochodzenia zwierzęcego, tyle że Montecristo zawiera niezwykle rzadki w perfumerii odzwierzęcy składnik – hyraceum* (zwany Golden Stone), który pochodzi ze skrystalizowanego moczu zwierzątka o ciekawie brzmiącej nazwie Hyrax**), zaś Tendre Est La Nuit tradycyjne (choć oczywiście syntetyczne) kastoreum i takiż cywet. Poza tym, co także bardzo istotne, w bazie Tendre Est La Nuit odnajdziemy labdanum, zwane inaczej czystkiem. Tenże czystek obecny jest także w formule Montecristo, ale wymieniony został pomiędzy nutami serca…. I jeszcze coś. Żywica styrax (Montecristo) służy do odtwarzania woni skóry, a ta – z imienia – została wymieniona w Tendre Est La Nuit

Widać więc wyraźnie, ile wspólnego mają ze sobą oba pachnidła. Zresztą analizy analizami, analogie analogiami, ale próby empiryczne są tu najbardziej miarodajne. Oba zapachy są do siebie podobne, chwilami nawet bardzo, ale jako całości są na tyle różne, że z pewnością stanowią dwa odrębne zapachowe byty i posądzenie autorki o dwukrotne sprzedanie tego samego dzieła różnym wydawcom byłoby niesprawiedliwe…

Różnice są najwyraźniejsze na etapie początkowym, zaraz po aplikacji zapachów na skórze.

Tendre-est-la-Nuit-Majda-Bekkali-385zl-50ml-perfumeriaquality.pl_gallery_image

Tendre Est La Nuit pachnie bardziej miękko, przyjaźnie, poczuć w nim można charakterystyczną, jakby tytoniowo-miodową nutę nieśmiertelnika, która w połączeniu ze słodkawą, „wegetalną” wonią ziarna marchwi czyni początek zapachu Majdy Bekkali intrygującym i pięknym na swój ewidentnie niszowy sposób. Z zaciekawieniem czeka się na jego rozwój na skórze. Z kolei Montecristo jest od początku bardziej wymagający. Ma trudny, dziwny, mroczny początek. Otwiera się bowiem bardzo oryginalnym akordem, którego opisanie stało się dla mnie nie lada wyzwaniem. Gorzki, mineralno-roślinny, pachnie w pierwszych minutach jak skórka spalonego chleba posypanego ziarnem, którego oleista istota także jest tu obecna. Niewykluczone, że to właśnie hyraceum odpowiada za ten z pewnością niezwykły efekt (pierwszy raz czuję coś takiego w perfumach). Ten początkowo niepokojący, bardzo oryginalny, dysonansowy, jednocześnie odpychający i przyciągający akord stopniowo traci na ostrości, stając się w sercu mniej mineralnym, ale wciąż zachowując specyficzną, „przypaloną” nutkę. Trwa ona na skórze wiele godzin, by stopniowo przejść do sedna zapachu, jakim jest ciepła, zmysłowa, wręcz erotyczna, lekko słodka, piżmowo-drzewno-animalna baza, która bardzo przypomina mi niszowe, bardziej wyrafinowane wydanie bazy fantastycznego Gucci Envy for Men. Ten akord Montecristo trwa na skórze trwa niemal bez końca, bardzo powoli cichnąc. Tendre Est La Nuit rozwija się bardziej naturalnie, pozbawiony jest dysonansu Montecristo, a jego przepełnione benzoesem i ketmią piżmową serce to unikatowej urody zmysłowa woń. Im bardziej ujawnia się baza, tym więcej notuję podobieństw do bazy Montecristo i choć nie jest ona identyczna, to tu także odczuwam – fakt że dużo bardziej odległe – echa Envy for Men.

masque montecristo

Oba pachnidła reprezentują ten sam gatunek – bliskoskórny, ciepły, zmysłowy, słodko-piżmowy, bogaty w utrwalające i wiążące zapach z ludzką skórą składniki zwierzęce, przez co bardzo trwały, aczkolwiek subtelnie projektujący. Czuć w nich styl tej samej perfumiarki. Pachną jak dwie wersje tej samej olfaktorycznej opowieści. Jest coś magnetycznego i pięknego w obu z nich. Dla osób poszukujących mocniejszych wrażeń polecam Montecristo. Dla tych, którzy cenią niebanalne pachnidła niszowe, unikające jednak „trudnych” nut – zdecydowanie polecam Tendre Est La Nuit, który jest też moim faworytem w tym duecie. Hyraceum w Montecristo jest owszem intrygujące, ale jak dla mnie nazbyt dominujące.

 

*) Hyraceum – Kolonie Hyraxa oddają mocz w to samo miejsce, często przez setki lat, a ich mocz ma galaretowatą konsystencję. Wraz z upływem czasu podlega skamienieniu (krystalizacji) i może być pozyskiwany w formie twardych kawałków (zwanych Golden Stone). Substancja ta jest przez tubylców używana do celów medycznych, zaś przemysł perfumeryjny uważa ją za obiecujący składnik perfum zwierzęcego pochodzenia, którego pozyskiwanie nie wiąże się z jakąkolwiek przemocą wobec zwierząt. Zapach tej substancji jest bardzo złożony i można w nim odnaleźć elementy mineralne, roślinne, kwaśne, ziołowe, skórzane, oliwne. Zapachowo najbliżej mu do kastoreum, choć panują opinie że łączy on cywet, kastoreum i piżma w jedno. Póki co bardzo rzadko spotykany w perfumach. Użył go m.in. Bertnand Duchaufour w Mon Numero 10 dla L’Artisan Parfumeur

hyrax

**) Hyrax – mały ssak podobny do świnki morskiej, żyjący w Afryce, najbliższy żyjący krewny słonia (ma z nim wspólnego przodka).