Terre d’Hermes – między niebem a ziemią

Tak opisywałem Terre d’Hermes w 2009 roku, czyli mniej więcej 3 lata po jego premierze:

„piątek, 13 lutego 2009

BRYLANT na perfumeryjnych półkach. A raczej krzemień….

To zupełnie indywidualna, nowa dla mnie kategoria zapachu – woń wilgotnej ziemi, minerałów, trawy, ziół – zapach bardzo wytrawny, wspaniale trwały, nie duszący, nie narzucający się, oryginalny, klasa sama w sobie. Ktoś tak pachnący musi zwrócić uwagę otoczenia i zafrapować. I tak właśnie działa – sam się o tym przekonałem.  Charakterystyczna jest jego jakby transparentność, czystość oraz deklarowany przez twórcę minimalizm. Ellena konsekwentnie realizuje swą wizję ograniczania liczby składników używanych do stworzenia perfum i Terre jest na to doskonałym przykładem. Jeśli pokusić się o jakieś porównanie, to uważam że jest to rozwinięcie koncepcji, jaką Jean-Claude Ellena zaprezentował w swoim wcześniejszym Declaration Cartiera, tyle że tamten był jakby bardziej kwiatowy, zaś Terre jest mineralny, krzemienny. No cudo po prostu. Na osobną pochwałę zasługuje flakon – przepiękny i w sposób nierozerwalny związany z charakterem zapachu i jego kampanią reklamową. Reklama to mistrzostwo smaku i dobrego gustu (można ją znaleźć na YouTube). Pomysłowa „nakrętka” zaskakuje. Całość to dzieło sztuki. Bez najmniejszych wątpliwości. Owacje na stojąco dla HERMESa i Elleny!”

Czy z perspektywy czasu coś bym w tej impresji sprzed lat zmienił? Z pewnością nie. Dokładnie pamiętam moja ekscytację, gdy po raz pierwszy, zaintrygowany niebanalnym designem flakonu, sięgnąłem po tester Terre d’Hermes w perfumerii. To był jeden z tych rzadkich momentów w życiu perfumowego maniaka, gdy doznaje on uczucia olfaktorycznej podróży  w piękne i zupełnie wcześniej nieznane rejony. Byłem zachwycony! Terre był wówczas czymś absolutnie nowym i – jak się okazało później – bardzo szybko stał się przedmiotem naśladownictwa, który wprowadził do perfumerii nuty mineralne i rodzaj wibrującej drzewności dotąd naszym nosom nieznanej.

jean-claude-ellena-redefining-luxury_2

Jean-Claude Ellena wielokrotnie podkreślał swój ogromny szacunek i podziw dla Edmonda Roudnitski, twórcy m.in. genialnego Eau Sauvage. Sam wszakże stworzył coś na miarę tamtego zapachu. Coś nowatorskiego, ponadczasowego i wyznaczającego nowe trendy, a jednocześnie zdobywającego szeroką rzeszę wielbicieli. Od premiery minęło 10 lat, a Terre d’Hermes wszedł już do kanonu męskich perfum i zostanie tam po wsze czasy. Tak samo jak Eau Sauvage.

Jak pachnie Terre? Cytrusowo, kwiatowo, mineralnie (nutą prochu strzelniczego), drzewnie. Początkowy charakterystyczny, lekko gorzki akord cytrusowy z dominującą nutą grejpfruta, nieco osłodzoną esencją z pomarańczy, łagodnie przechodzi w sygnaturowe serce zbudowane z połączenia geranium i nadającemu całości projekcji i lotności mieszance różowego i czarnego pieprzu. Dochodzące ze spodu drzewne nuty wetywerii, paczuli i cedru budują wraz z geranium ten niezwykły, natychmiast rozpoznawalny akord Ziemi Hermesa. Ale nie byłby on tak specyficzny i tak żywy, gdyby nie bardzo odważne zastosowanie molekuły Iso E Super, która stanowi aż 55% formuły, a której magiczne działanie Jean-Claude Ellena od lat wykorzystuje w swych kreacjach.

Zapach jest idealnie zbalansowany. To prawdziwy techniczny majstersztyk. Ma doskonale dostrojoną moc, projekcję i trwałość. Pozostawia za sobą intrygujący i bardzo elegancki ogonek zapachowy przez większość dnia, jednocześnie nie dominując osoby noszącej, ani tym bardziej otoczenia. Ze względu na swój chłodny (brak nut ciepłych i otulających) i nieco dystansujący charakter oraz wibrującą aurę, Terre jest pachnidłem raczej formalnym, dziennym, doskonałym do biura i na spotkania biznesowe i jako taki sprawdza się znakomicie, co docenili mężczyźni na całym świecie.

W swym minimalizmie i umiarze, w idealnym doborze niewielkiej liczby wyjątkowej jakości składników połączonych w precyzyjnych proporcjach Terre d’Hermes stanowi kwintesencję stylu Hermesa i  – co z tym nierozłącznie związane – perfumowej estetyki Jean-Claude’a Elleny.

Terre d’Hermes to niewątpliwie jedno z najważniejszych i najwspanialszych męskich pachnideł , jakie powstały w XXI wieku.

Ale Terre zachwyca nie tylko zapachem, ale także i niezwykłym flakonem, który zaprojektował Philippe Mouquet. Został on zbudowanym z wielu istotnych dla całej koncepcji elementów. Spód flakonu ma kształt litery H i jest zabarwiony na pomarańczowo (kolor Ziemi Hermesa). Emituje on pomarańczowe światło w kierunku zamkniętej we flakonie pachnącej cieczy. Ramiona flakonu pokryte zostały metalową płytką, w której, niczym z zwierciadle, odbija się niebo. Pachnąca zawartość butli rozpościera się więc pomiędzy niebem a ziemią. Dopełnieniem jest siodlarski ćwiek z logo Hermesa, stanowiący górną część atomizera oraz – bardzo oryginalny patent – opuszczana poprzez przekręcenie czarna zatyczka. Piękny i przemyślany design, jak na Hermesa przystało.

Marka regularnie wypuszcza limitowane edycje flakonu. Od stycznia 2017 roku dostępny jest w sprzedaży flakon ozdobiony wyjątkową, trójwymiarową grafiką autorstwa irlandzkiego artysty Nigela Peake’a. Grafika przedstawia miasto, jego centrum z drapaczami chmur, rozpostartymi pomiędzy ziemią Hermesa (spodem flakonu) , a niebem (ramionami). Poprzez umieszczenie części grafiki na przedniej ścianie flakonu, a części na tylnej, autor zyskał dodatkowy efekt trójwymiaru. Przy odpowiednim ustawieniu flakonu i zorientowaniu względem siebie obu jego ścianek w środku grafiki pojawia się literka H.

terre-graphics

nuty głowy: grejpfrut, pomarańcza

nuty serca: geranium, czarny i różowy pieprz

nuty bazy: paczula, wetyweria, cedr, benzoes, Iso E Super

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2006

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 6,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

Puredistance „Warszawa” – z inspiracji miastem

Dużo się ostatnio mówi o naszej stolicy, zwykle niestety w niepochlebnym kontekście. Afera goni aferę, smog truje mieszkańców, a niektórzy politycy o rozdętym do granic ego próbują urzeczywistnić utopijny sen o „wielkiej Warszawie”, wielkiej obszarem i mnogością okalających ją gmin…

Ale zostawmy politykę. Na szczęście Warszawa to coraz piękniejsza, rozwijającą się, tętniąca życiem, biznesem i sztuką metropolia, w której współczesność przeplata się z wątkami z niezwykle tragicznej historii i wspomnieniami jej świetności z czasów przedwojennych. Ten splot trudnej historii i dumnego, dynamicznego dnia dzisiejszego może być inspirujący, co potwierdza znany już czytelnikom Perfumowego Bloga Jan Ewoud Vos, właściciel luksusowej marki perfumowej Puredistance.

warszawa-panorama

To w wyniku wieloletniej fascynacji naszą stolicą połączonej ze znajomością z rodziną Missalów (a w szczególności ze Stanisławą Missalą) – właścicielami warszawskiej perfumerii Quality –  – powstały perfumy Warszawa, których światowa premiera miała miejsce w Warszawie, bo gdzieżby indziej, w perfumerii Quality,  8 grudnia 2016 roku. Data to była szczególna, gdyż w tygodniu, na który przypadał dzień premiery, Perfumeria Quality obchodziła jubileusz 25 lecia swojej działalności.

perfumeria-quality

Zapach został skomponowany przez Antoine’a Lie’a we współpracy z Janem Vosem. Nie był to pierwszy raz, gdy panowie pracowali razem. Lie zmieszał wcześniej dwa pachnidła dla Puredistance White i Black. Oba zapachy swego czasu recenzowałem na blogu zwracając uwagę na ich nowoczesny charakter i minimalizm, odróżniający je od wcześniejszych, bardziej rozbudowanych perfum Puredistance.

jan-ewoud-vos-warszawa

Warszawa to zamknięcie tradycyjnej treści kwiatowego szypru w nowoczesnej formie. Gdy słyszymy szypr, spodziewamy się czegoś zupełnie innego, retro, bardziej wyrafinowanego i ciężkiego. Warszawa jest natomiast zdecydowanie współczesna, lekka i elegancka w swym minimalizmie. To aromat bardzo kobiecy i absolutnie ponadczasowy.

Zapach rozpoczyna się świeżym akordem zielonym, w którym galbanum i liść fiołka zostały bardzo zgrabnie połączone i nieco odświeżone grejpfrutem. Ale od pierwszych sekund czuć, że za nimi skrywa się delikatny, ujmujący swą lekkością i harmonią akord biało-kwiatowy. Dość szybko przejmuje on pierwszy plan. Obok cennego absolutu z jaśminu użyto w nim jeszcze cenniejszego masła irysowego oraz absolutu janowca hiszpańskiego. Akord ten ma w sobie coś z klasyki, ale podany został w bardzo współczesny sposób. Jest też dobrze zrównoważony, tak że żaden ze składników nie wyróżnia się na tle innych. Drzewna, quasi-szyprowa baza złożona z paczuli, wetywerii i styraxu dopełnia zgrabnej całości. Celowo użyłem tu określenia „zgrabna”, bo właśnie takim jawi mi się ten zapach. Jest bardzo zwarty, konkretny, na temat, pełen bezpretensjonalnego uroku, ze zredukowanymi do niezbędnego minimum ozdobnikami.

Warszawa jest uroczą kobietą. Nowoczesną, dynamiczną, powściągliwie elegancką, niezapatrzoną w siebie, ale z odwagą patrzącą w przyszłość.

Niewiele miast na świecie ma swoje perfumy. Tym bardziej takie olfaktoryczne wyróżnienie Warszawy imponuje i wydaje się być świetnym sposobem promowania naszej stolicy i kraju za jego granicami.  Ale zanim to nastąpi, do listopada 2017 perfumy Puredistance Warszawa będą dostępne wyłącznie w Perfumerii Quality. Później nastąpi ich światowa dystrybucja.

puredistance-warszawa

nuty głowy: galbanum, grejpfrut, liście fiołka

nuty serca: jaśmin (absolut), szczodrzenica sitowata (janowiec hiszpański) – absolut, masło irysowe

nuty bazy: paczula, wetiwer, styraks

perfumiarz: Antoine Lie

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

 

 

Serge Lutens „Clair de Musc”

Pamiętacie Bestię?

furry-beast-3

„Początkowo miód i róże. Nic nie wskazuje na to, że pod ich warstwą leży… bestia. Nie od razu, ale już po chwili czuć jej gęstą sierść. Z czasem szczypiące w nos kastoreum wygrywa z innymi składnikami. Włochaty costus dodatkowo wzmaga zapach sierści. Czystej sierści, pachnącej samą sobą… Bestia żyje. Jej rozgrzane futro uwalnia wonne molekuły dając znać otoczeniu o swej obecności. Miód i róże były tylko po to, by przyciągnąć i odwrócić uwagę, ale teraz już patrzymy prosto w oczy bestii… Jednak, im więcej czasu z nią spędzamy, tym bardziej okazuje się być ona wielkim i przyjaznym, zupełnie niegroźnym futrzakiem, tak że na samym końcu zaczynamy wręcz pałać do niej sympatią… Kolejne z nią spotkanie nie jest już tak traumatyczne, bo wiemy, po co róże i po co miód. Poznaliśmy już bestię i oswajamy się z nią, a ona z nami. Jej futrzasta nieporadność i maślane spojrzenie zaczynają wzbudzać w nas sympatię. Lubimy zwierzaka. Właśnie tak.”

Właśnie tak obrazowo kilka lat temu opisywałem Muscs Koublai Khan, niezwykłe, przepełnione zwierzęcymi aromatami piżmowe pachnidło Serge’a Lutensa. Zdecydowanie najodważniejszy zapach w jego ofercie, akceptowalny chyba tylko przez nielicznych koneserów i zapachowych freaków. Pięć lat po jego premierze duet Lutens/Sheldrake przedstawił zgoła odmienną interpretację piżmowego tematu, tytułując ją znacząco

Clair de Musc – Jasne Piżmo.

To piżmowy Dr Jecykll. Po niepokojącym Mr Hyde pozostało tylko wspomnienie. Clair de Musc nie wzbudza niepokoju. Przeciwnie – wprowadza w stan błogości. Jest delikatny, czysty, biały, jak świeżo uprana pościel. Niewinny i jasny jak aniołek w porównaniu to niedomytego futrzanego Khana.

Clair de Musc nie zawiera oczywiście wyłącznie piżm, choć tych jest tu z pewnością ponad normę i przebijają się przez dość skromną powłokę pozostałych molekuł bardzo skutecznie niemal od początku. Wstęp jest troszeczkę rozrzedzony bergamotką, po czym zaraz ujawnia się wyraźna neroli połączona z subtelnym irysem. Istotnym więc aspektem tej kompozycji jest subtelny akord kwiatowy. To on – wraz z leżącymi u podstaw białymi piżmami – buduje istotę Clair de Musc, przy czym, jak łatwo się domyśleć, z czasem piżma stają się jedynymi bohaterami tej opowieści. Piżmowa treść Clair de Musc jest tu zresztą jedną z najlepszych w swym gatunku. Szerokie – mam wrażenie – spektrum zastosowanych tu typów piżm skutkuje sporym zniuansowaniem piżmowego akordu. Pachnie on jednocześnie ciepło, otulająco, troszkę słodko, ale przez pewien czas subtelnie gryząc nozdrza nieco ostrzejszą nutką, którą zwykłem określać jako zapach rozgrzanego żelazka.

biala-posciel-hotelowa

Z natury rzeczy Clair de Musc jest zapachem bardzo trwałym, ale też przez większość czasu trzyma się blisko skóry. Emituje delikatną, nienarzucającą się woń. Tworzy aurę ciepłej, komfortowej, kojącej czystości. Z czasem staje się bardziej mydlany, a nawet pudrowy. Ma w sobie na tyle dużo kobiecości, że nie odważyłbym się nazwać go uniseksem. Ze względu na swój powściągliwy charakter, idealnie nada się na te okazje, gdy nie chcemy pachnieć głośno i intensywnie, ani zwracać uwagę swoimi perfumami, ale po prostu chcemy dobrze pachnieć i czuć się komfortowo.

Będąc pełnoprawnym pachnidłem, o jednak dość minimalistycznym charakterze i wyjątkowo dużej koncentracji klasycznych składników bazowych, jakimi są przecież piżma, Clair de Musc może też świetnie nadawać się do kombinacji z innymi perfumami, którym w ten sposób doda zmysłowej głębi i trwałości. Jakie to będą perfumy, to już wyłącznie kwestia naszej pomysłowości.

serge-lutens-clair-de-musc

 

główne nuty: bergamotka, neroli, irys, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2003

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 5,0

Pieprzone perfumy, czyli mała (i niepełna) antologia pachnideł z pieprzem w roli głównej

Czarny pieprz to składnik stosowany w perfumach znacznie rzadziej od tańszego w produkcji pieprzu różowego. Ale różni się od niego nie tylko ceną. Zapach esencji z czarnego pieprzu jest znacznie bardziej intensywny i zdefiniowany. Jest także lepiej nam znany z racji bycia jedną z najpowszechniejszych kuchennych przypraw. Niemniej, jego stosowanie  w perfumerii sprowadzało się dotąd do wykorzystania jego własności modyfikujących. Czarny pieprz potrafi bowiem wprawić w ruch inne molekuły, nadając im wibracji, a zapachowi – życia, projekcji, obecności, przede wszystkim zaś przyprawowości. Pięknym przykładem wykorzystania czarnego (a także różowego pieprzu) jako modyfikatora akordu cytrusowo-drzewnego jest Terre d’Hermes Jean-Claude’a Elleny. Innym, w którym użyto sporej dawki czarnego pieprzu w akordzie otwarcia, jest genialne w swym minimalizmie Bois d’Encens Michela Almairaca z linii Armanii Prive.

Black peppercorns

Kreatorzy perfum niechętnie obsadzają czarny pieprz w roli głównej. Jeżeli już to robią, to dotyczy to zwykle pachnideł z tzw. niszy perfumowej i perfumerii artystycznej. Dobrymi przykładami są tu Piper Nigrum L.Villoresiego z 1999 roku, Poivre Piquant L’Artisan Parfumeur z 2002 roku czy Poivre 23 Le Labo. Kto wie, czy nie jedynym przykładem pieprzowego zapachu marki mainstreamowej jest BANG! Marca Jacobsa (2010).

Perfumiarzem, któremu niezwykłe własności zapachowe pieprzu są bardzo bliskie, jest wspomniany Jean-Claude Ellena. Jeszcze jako twórca perfum dla niszowej marki The Different Company Ellena zmiksował pieprz z esencjami różanymi i cywetem tworząc niezwykły Rose Poivree (2000). Później, już jako nadworny perfumiarz Hermesa, przedstawił Poivre Samarcande (2004) w ramach butikowej kolekcji Hermessences. Co ciekawe, inspiracją dla jego powstania wcale nie była sama przyprawa, a drzewo, stary dąb rosnący w pobliżu domu J.C.Elleny, który przez lata zasłaniał mu widok na morze. Pewnego dnia zachorował i został ścięty. Perfumiarz zapamiętał zapach tego świeżo ściętego drzewa jako mieszankę pieprzu, piżm i dymu i to wrażenie starał się zrekonstruować w Poivre Samarcande. Stąd obecność w formule dużej ilości czarnego pieprzu wzmocnionego dodatkowo papryką oraz zastosowanie sążnistej dawki Iso E Super (mówi się, że stanowi ono ponad 70% formuły Poivre Samarcande!), odpowiadającej za aksamitne, trochę drzewne i odrobinę piżmowe tło zapachu. Na nie Maestro rozsypał zmielone drobinki pieprzu i ozdobił całość subtelnie dymną nutką, uzyskując doprawdy osobliwy efekt. Zresztą tę minimalistyczną całość można z powodzeniem nazwać akordem, gdyż składa się ona z zaledwie kilku ingrediencji.

jean-claude-ellena-new

Poivre Samarcande było do niedawna (dlaczego – o tym później) chyba najlepszym zapachem z pieprzem w roli głównej, także pod względem wyraźnej projekcji i zaskakującej – jak na ulotną pieprzową nutę – trwałości. Jestem przekonany (to wyraźnie czuć), że doświadczenia z pracy nad tym zapachem-akordem perfumiarz wykorzystał w opublikowanym dwa lata później Terre d’Hermes, uzupełniając formułę o nuty grejpfruta, cedru i wetywerii. Może więc być Poivre Samarcande swoistą zapachową fotografią postępu prac nad jednym z najwybitniejszych współczesnych męskich pachnideł. Jest jednak poza wszystkim bardzo wdzięcznym w noszeniu, oryginalnym, przyprawowo-transparentnym, wibrującym i bardzo intrygującym zapachem. Olfaktoryczne haiku na najwyższym poziomie, wymagające doskonałych składników i wyjątkowej maestrii.  Mniej znaczy więcej? Nie zawsze, ale tu akurat owszem, tak.

poivre-samarcande

Hermes Poivre Samarcande

główne nuty: czarny pieprz, papryka, kmin, nuty drzewne

rok premiery: 2004

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

 

Dziesięć lat po ukazaniu się Poivre Samarcande znana z oudowych pachnideł marka Montale zaproponowała swoją wizję perfum z nutą pieprzu i – oczywiście – oudu. Intense Pepper to absolutnie w zgodzie z nazwą bardzo intensywny i mocny zapach, zupełnie odmienny od ulotnej, transparentnej urody Poivre Samarcande.  W pierwszej fazie pieprz zmieszany został z cytrusami dając przyjemny, świeży i naturalnie, niemal kuchennie pachnący wstęp do mocniej pikantnego serca, w którym do głosu dochodzi nieco gorzka, mocna nuta która mi kojarzy się z gałką muszkatołową. Pieprz po całkiem długim czasie ustępuje miejsca drzewnej, suchej i nieco zbyt jak na moje gusta chemicznej bazie. Nie sądzę, by był to naturalny oud, zaś użyte tu składniki mające budować oudową nutę dają dość bezkompromisowy, ale też niezwykle trwały efekt. Intense Pepper wgryza się w skórę i tkwi w niej ze dwie doby albo lepiej, z tym, że na tym etapie zapach nie ma już nic wspólnego z pieprzem.

Nie znajdziemy tu finezji Hermesa, to oczywiste. Ale jest moc! Do tego gargantuiczna trwałość, również nuty pieprzowej, co może się podobać. Jeżeli więc szukamy naprawdę mocnego pieprzu na równie mocnej drzewnej podbudowie i nie przeszkadza nam, że pachniemy tym tak ze dwa dni – koniecznie spróbujmy Intense Pepper. Ten zapach ma coś w sobie.

montale-intense-pepper

Montale Intense Pepper

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, cytrusy, oud, piżmo

rok premiery: 2014

perfumiarz: bd.

 

Zeszły rok przyniósł dwie warte wspomnienia „pieprzowe” premiery. Pierwsza to Elektryczny Pieprz (Poivre Electrique) od Atelier Cologne, skomponowany przez Bruno Jovanovica. Zapach jest częścią Collection Orient i łączy dwa rodzaje pieprzu – czarny i różowy – z pikantnym pimento. W otwarciu znajdziemy – obowiązkowe dla gatunku cologne – cytrusy, a w sercu płatek róży i całkiem wyczuwalne kadzidło olibanum. Drzewna, cedrowo-sandałowa baza z dodatkiem mirry dopełnia naprawdę dobrej całości. Niestety mam wrażenie, że Elektryczny Pieprz równie gwałtownie i atrakcyjnie się zaczyna, co szybko cichnie na skórze. Być może odpowiednio zwiększone dozowanie poprawi ten aspekt. Niemniej, zapach sam w sobie zdecydowanie wart jest uwagi. Lekki, jak na kolońską konwencję przystało, energetyzujący, wibrujący, rześki i przede wszystkim mocno pieprzowy.

atelier-cologne-poivre

Atelier Cologne Poivre Electrique

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, papryka, cytrusy, olibanum, mirra,

rok premiery: 2016

perfumiarz: Bruno Jovanovic

 

Drugą i zdecydowanie głośniejszą była premiera najnowszego zapachu Comme des Garcons Black Pepper. Oprawiony w klasyczny, obły, leżący flakon nawiązuje – nie tylko tym elementem – do najlepszych czasów marki. Nie mam wątpliwości, że dzieło Antoine’a Maisondieu (tak jest!)  zasługuje na miano jednego z najlepszych zapachów Comme des Garcons oraz zdecydowanie najlepszego pachnidła pieprzowego, z jakim miałem styczność. I to pod każdym względem.

antoine-maisondieu-full

U podstaw tak doskonałego efektu leży bezprecedensowe przedawkowanie czarnego pieprzu (ok. 20%) i dodatkowe wzmocnienie go za pomocą molekuły Pepperwood (ok. 10%), tej samej, która nadała pieprzowego impetu wspomnianemu BANG! Nie bez znaczenia jest także użycie, doskonale wpisującej się w temat, molekuły Akigalawood, która łączy ze sobą dwa aspekty Black Pepper – przyprawowy i drzewny. Ten drzewny został tu zbudowany za pomocą cedru i sandałowca. Zaskakującą głębię i ciepłe tło buduje tonka, piżma zaś utrwalają całość we wzorowy sposób, w wyniku czego zapach zdaje się nie mieć kresu.

Black Pepper pachnie lekko i wibrująco, ale projektuje potężnie. Jego wibrujące molekuły potrafią zakręcić w nosie nie tylko osobie go noszącej. Możemy być pewni reakcji zaintrygowanych osób z otoczenia. Czy będą one pozytywne czy negatywne, w głównej mierze zależeć będzie od ich gustów i upodobań. Ale będą na pewno.

Black Pepper to dowód na wciąż wielki i z sukcesem wykorzystywany potencjał działu kreacji perfum Comme des Garcons. Firmie należy się uznanie za poziom kreatywności i wykonania.

Black Pepper – zapach, który w swym przyprawowym gatunku jest dziełem doskonałym. Pachnidło doprawdy solidnie popieprzone….

cdg-black-pepper

Comme des Garcons Black Pepper

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, papryka, cytrusy, olibanum, mirra

rok premiery: 2016

perfumiarz: Antoine Maisondieu

 

Lalique „L’Insoumis” – mężczyzna niezależny

Zeszłoroczna męska premiera Lalique charakteryzowana jest jako fougere. Ale L’Insoumis (Niezależny) nie jest próbą stylizacji, ani nawet reinterpretacji czy odmłodzenia tej stylistyki. To absolutnie współczesny zapach, bardzo swobodnie bazujący na klasycznych wzorcach. Dlatego nie dajmy się zwieźć opisom. L’Insoumis w niczym nie przypomina Houbigant Fougere Royale czy Bracken Men od Amouage.

lalique-linsoumius

Mieszanka rumu, bazylii i bergamotki stanowiąca akord głowy ma w sobie zaskakująca świeżą zieloność liścia porzeczki. Serce jest aromatyczne, współcześnie prowansalskie, z subtelną wszakże lawendą i delikatną dozą szałwii. Wszystko wyważone i użyte w takiej formie, by zapach ani na chwilę nie zrobił wrażenia olskulowego czy archaicznego. W bazie kluczową rolę gra obecnie bardzo chętnie używany w perfumerii Clearwood. Jest to opracowana przez laboratoria Firmenich oczyszczona esencja z paczuli, pozbawiona ziemistych, skórzanych i gumowych nut, którymi charakteryzuje się pełnowymiarowy naturalny olejek z paczuli. Clearwood to długotrwała i intensywna drzewa nuta, jednocześnie świeża, lekka, transparentna. W L’Insoumis połączono ją z pokrewnym sercem paczuli, czyli najszlachetniejszą „częścią”, frakcją olejku paczulowego (efektem jego destylacji frakcyjnej), wetywerią i mchem. Efektem jest bardzo męska,  drzewna i jednocześnie lekka i trwała baza. Obrazu L’Insoumis dopełnia jego nienachalny, ale przyjemnie projektujący charakter oraz solidna, ponad ośmiogodzinna trwałość. Drzewny akord bazy pozostaje na skórze naprawdę długo, delikatnie dając znać o sobie od czasu do czasu. Mam wrażenie, że parametry zapachu zostały dobrane bardzo starannie, tak by nie przytłaczać ani osoby go noszącej, ani otoczenia, ale mimo to być długo wyczuwalnym w pełen eleganckiego umiaru sposób.

Umiar. Powściągliwość. Subtelny męski szarm. Zielona świeżość plus subtelna, ale obecna męska drzewna zmysłowości. Tak w największym skrócie można opisać L’Insoumis.

Zapach jest przede wszystkim bardzo, ale to bardzo przyjemny, przyjazny, absolutnie bezpretensjonalny, super komfortowy w noszeniu, a jednocześnie do pewnego stopnia oryginalny.

lalique-linsoumius-man

Jak wypada L’Insoumis na tle męskiej oferty Lalique? Choćby takich pachnideł jak Hommage a’l Homme czy Encre Noire? Jakościowo – moim zdaniem – na tym samym poziomie. W kwestii charakteru – bardziej przyjaźnie i mniej wymagająco. Owszem. Ale nie znaczy to, że gorzej. Zaryzykuję stwierdzenie, że

zdecydowana większość mężczyzn, świadomych wagi używania dobrych perfum, chce pachnieć w sposób nie wzbudzający kontrowersji i nie narzucający się, ale jednocześnie zwracający uwagę przyjemną i niebanalną nutą. L’Insoumis im to zapewnia.

Stąd moim zdaniem jego dużo większy potencjał komercyjny  w porównaniu do wcześniej wymienionych wspaniałych skądinąd pachnideł. A jak L’Insoumis prezentuje się na tle współczesnych propozycji mainstreamowych? Jak zwykle w przypadku Lalique mocno powyżej średniej. Marka po raz kolejny udowadnia, że nie zważa na aktualne trendy i w niezależny sposób realizuje swoją wizję męskości.

Jaki jest mężczyzna Lalique L’Insoumis? Męski (co nie musi być oczywiste), nienachalnie elegancki i niezależny. Dokładnie taki, jak jego zapach.

Na koniec dwa słowa o flakonie, który w przypadku Lalique zawsze jest elementem wyjątkowo ważnym i szczególnym. Także i tym razem mamy do czynienia z pięknym designem, a flakon przyciąga uwagę wysoką jakością wykonania, solidnością, czytelnością i mocnymi akcentami w postaci symbolizujących liście paproci (fern-fougere) tłoczeń umieszczonych na jego bocznych ściankach oraz masywnej zatyczki z wygrawerowanym logo marki. Paprociowe tłoczenia pochodzą ze słynnych kryształowych waz Lalique zwanych Tourbillons. Grafika użyta na szkle flakonu jest prosta, czytelna, idealnie wkomponowana w design butli oraz charakter zapachu.

Reasujmując –  L’Insoumis to kolejna bardzo dobra propozycja Lalique. Tym razem pomyślana jako oferta dla szerszej męskiej publiki, wciąż jednak zachowująca wszystko, co najlepsze w perfumach tej marki, która od lat stara się nie oglądać na trendy i proponuje wyjątkowej jakości produkty.

lalique-linsoumius-2

nuty głowy: bergamotka, bazylia, rum

nuty serca: lawenda, szałwia, czarny pieprz

nuty bazy: mech, serce paczuli, Clearwood, wetyweria

perfumiarz: Fabrice Pellegrin

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

Kwiaty od Serge’a Lutensa: „Fleurs d’oranger” i „Datura noir”

Fleurs d’oranger 

Zaprezentowany w 2003 roku przez Serge’a Lutensa Fleurs d’Oranger to coś więcej, niż perfumy z nutą kwiatu pomarańczy. To prawdziwa olfaktoryczna oda do tego uroczego aromatu, który został tu umieszczony w samym centrum i ze smakiem podrasowany przez kilka innych składników, które decydują o jego unikatowym i subtelnie zmieniającym się w czasie obliczu. Przez znawców uważane za jedne z najważniejszych i najlepszych perfum dedykowanych tej pięknej, jakże optymistycznej, ciepłej i słonecznej woni kwiatu pomarańczy. Moim zdaniem, zdecydowanie słusznie.

fleur-oranger-blanche-full-12313360

Intensywny początek jest bardzo świeży i ekspansywny. To chyba najpotężniejsza nuta kwiatu pomarańczy, z jaką kiedykolwiek się zetknąłem. Niesamowicie świeża, rześka, obezwładniająca swą wyrazistością. Piękna! Z czasem ociepla się, zgrabnie połączona z nutą tuberozy i białej róży, ale wciąż pozostaje świeża i zaskakująco lekka. Drugi plan tego zapachu, czyli baza – to, co nadaje mu głębi i trwałości – działa tu tyleż efektywnie, co niemal niezauważalnie. Zmysłowy kmin przydaje subtelnej cielesności, zaś użyty z mistrzowska precyzją cywet wzmacnia organiczną naturę pomarańczowego kwiatu, a pachnące roślinnym piżmem ziarno hibiskusa (krewny ketmii piżmowej) pogłębia, utrwala i nadaje zmysłowej głębi. Wreszcie w spektrum zapachowym pojawiają się znak firmowy Lutensa: pachnące świeżo prasowaną pościelą i rozgrzanym żelazkiem białe piżma. Wszystkie te nuty i składniki są jednak podporządkowane głównemu tematowi, który ani przez chwilę nie zostaje nimi zdominowany. Przeciwnie, tylko dzięki nim zyskuje.

Fleurs d’oranger pachnie świeżo, mocno, projektując – ku mojej uciesze – bardzo wyraźnie. Przy tym przez cały czas zachowuje lekkość i zwiewność i ani na chwilę nie traci nic ze swego początkowego swego uroku. Jest to w gruncie rzeczy lekki, uniseksowy zapach białokwiatowy o świeżości, której nie obawiałbym się nazwać kolońską, szczególnie jeżeli w ten sam sposób określamy pachnidła w typie Neroli Portofino marki pewnego znanego skądinąd i coraz bardziej lubianego reżysera filmowego…

serge-lutens-fleurs

główne nuty: kwiat pomarańczy, tuberoza, biała róża, kmin, ziarno hibiskusa, cywet, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2003

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

Datura Noir

W języku hindi dhatūrā oznacza „kolczaste jabłko”. To owoc rośliny zwanej bieluniem. Bieluń, zwany też burgmansją lub Angel’s Trumpet, prócz tego, że owocuje w tak oryginalny sposób, rozkwita kwieciem równie unikatowym…

datura-flower

Serge Lutens pisze:

By być precyzyjnym, pewnej nocy wziąłem Burgamansję, znaną także jako Anielska Trąba, i wydestylowałem z niej nuty jej tęsknych wspomnień.

Ale Datura Noir nie jest w żadnej mierze destylatem z tego kwiatu, ani nawet próbą odtworzenia jego zapachu. To znacznie więcej. To pełnoprawne, bogate w ingrediencje i nuty zapachowe, gęste pachnidło białokwiatowe, w którym dominująca tuberoza przyozdobiona została całą masą akcentów kulinarnych, poczynając od kokosa, poprzez morelę, migdał, a na wanilii kończąc. W to wszystko perfumiarz mocno podrasował przez dłuższy czas bardzo wyrazistą słodko-migdałową heliotropiną i osadził na miękkiej, komfortowej i zmysłowej bazie ze wspomnianej wanilii, mirry i piżm, która z czasem wychodzi na pierwszy plan usuwając aspekt kwiatowy w cień.

Jaeger-LeCoultre Portrait Session With Diane Kruger

Datura Noir to klasyczny wczesny Lutens, intensywny, gęsty, nieco prowokujący, ale jednocześnie przyjazny, daleki od eksperymentów, skupiony na klasycznie pojmowanym pięknie. Bo to są piękne i bardzo kobiece, ciepłe, otulające i bardzo zmysłowe perfumy, pachnące słodkim kwiatowym nektarem, które w moim wyobrażeniu szczególnie dobrze podkreślają pewien konkretny typ kobiecości…

lutens-datura-noir

główne nuty: mandarynka, kwiat cytryny, tuberoza, kokos, morela, osmantus, heliotrop, tonka, migdał, mirra, wanilia, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2001

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

 

 

 

Mont Blanc „Legend” i „Legend Intense” – triumf syntetyki?

Pomarosa, Evernyl, Pepperwood – dla współczesnych perfumiarzy to określenia znaczące tyle samo, co dla żyjącego i tworzącego 100 lat temu Jacques’a Guerlaina lawenda, bergamotka czy mech dębowy. Nie mające zapachowych odpowiedników w naturze molekuły, stworzone w laboratoriach chemicznych, pozwalają kreować współczesnym perfumiarzom pachnidła abstrakcyjne w swej olfaktorycznej treści.

Określenie „syntetyczne” nie powinno być dziś używane wobec perfum jako obelga, gdyż to właśnie syntetyczne (w uproszczeniu) substancje decydują o obliczu i rozwoju współczesnej perfumerii.

Poza nielicznymi przypadkami – zwykle domorosłymi perfumiarzami amatorami –  nikt nie tworzy dziś perfum wyłącznie z naturalnych składników. Współczesne perfumy to najczęściej mieszanka esencji naturalnego pochodzenia z pachnącymi produktami zaprojektowanymi i wyprodukowanymi w laboratoriach chemicznych. Ale tylko najlepsi przedstawiciele perfumowego fachu potrafią stworzyć przy użyciu tych sztucznych substancji zapachy tak żywe, tak przekonujące i tak satysfakcjonujące w noszeniu jak Legend i Legend Intense.

Długo zabierałem się za testy Mont Blanc Legend. Wielokrotnie próbowałem tego zapachu podczas krótkich wizyt w perfumeriach. Zawsze miałem to samo wrażenie – że skądś to znam. I że pachnie to naprawdę solidnie. Męsko, nowocześnie, formalnie i bezpretensjonalnie. W końcu nadszedł czas testów i dobrze, bo warto napisać kilka zdań o tym moim zdaniem całkiem udanym pachnidle.

Legend

to zapach skomponowany dla marki Mont Blanc przez Oliviera Pescheuxa, pracującego w koncernie Givaudan. Perfumiarz ten – o bardzo już bogatym dorobku – dał się poznać jako bardzo utalentowany twórca wielu zapachów, m.in. dla Diptyque (np. Vetyverio, Eau Moheli), Jil Sander (Ultrasense), Davidoff (Horizon) czy Paco Rabanne (jest współtwórcą hitowego One Million).

olivier-pescheux-02

Legend nie jest zapachem odkrywczym. Przeciwnie, wpisuje się  w panujące od kilku lat trendy w męskich perfumach. Robi to jednak w niezwykle efektowny, przyjazny i jakościowy sposób.

To świetnie wykonany mariaż Fierce, sztandarowego zapachu męskiego odzieżowej marki Abercrombie & Fitch, z Platinum Egoiste Chanel wzbogacony o popularną współcześnie nutkę suszonych owoców.

Jest więc Legend wpisany w bardzo konkretną konwencję męskiego zapachu świeżego, ale nie pozbawionego głębi, tu obecnej w postaci współczesnej, wibrującej, drzewnej, owocowej i ambrowej olfaktorycznej gry światłocieni. Jest przy tym zapachem dynamicznym, a nawet dynamizującym, w tym rozumieniu, że jego aromat dodaje energii, siły, w jakimś sensie – że zacytuję klasyka – „odświeża umysł”. To doskonałe pachnidło biurowe, zapach biznesowy, który na pewno nie wywoła podejrzeń o brak gustu.

Miks cytrusów (bergamotka) i klasycznych, męskich składników aromatycznych w postaci werbeny, lawendy i geranium, odpowiada za bardzo Fierce-o-podobny początek Legend. Owocowe nuty Pomarosa i jabłka intrygująco wypełniają serce zapachu, podczas gdy kumaryna, tonka, sandałowiec i mech dębowy w postaci syntetycznej aromamolekuły Evernyl budują trwałą męską bazę, dzięki której aromatyczna sygnatura zapachu utrzymuje się na skórze do samego końca.

Legend to zapach perfekcyjnie wyegzekwowany z dużym udziałem najnowszych zdobyczy chemii molekularnej. Może mało oryginalny, ale o bardzo dobrej jakości. Nosi się go doskonale. Ma wyrazistą projekcję i bardzo dobrą trwałość. Jeżeli szukamy czegoś bezdyskusyjnie męskiego i eleganckiego (choć nie przesadnie) oraz współczesnego, pasującego praktycznie na każda okazję i porę roku, balansującego pomiędzy świeżością i zmysłowością, Legend może być idealnym wyborem.

Czarny flakon o oryginalnym kształcie, zamykany – z przyjemnym dla ucha „klikiem”- ciężką srebrną zatyczką, robi bardzo dobre wrażenie i współgra z zawartością.

Legend może się podobać. Mnie się podoba. Bardzo.

mont-blanc-legend

nuty głowy: bergamotka, lawenda, liść ananasa, werbena

nuty serca: geranium, kumaryna, jabłko, róża, Pomarosa (suszone owoce)

nuty bazy: drewno sandałowe, tonka, Evernyl (mech dębu)

perfumiarz: Olivier Pescheux (Givaudan)

rok premiery: 2011

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

mont-blanc-legend-intense

Legend Intense

oczywiście wyraźnie nawiązuje do protoplasty, z tym że zdecydowanie mniej jest tu tej wibrującej, rześkiej świeżości Legend, a więcej współcześnie chętnie nadużywanej syntetycznej owocowości. Nie znaczy to wszakże, że Intense nie jest zapachem świeżym. Jest to jednak świeżość cieplejsza, bardziej owocowa. Sygnatura Legend jest tu bardzo wyraźnie obecna, a początek znów przypomina Fierce’a, ale już ciąg dalszy to wyraźne nawiązanie do Bleu de Chanel. No i nie wyczuwam tu powinowactwa do Platinum Egoiste, co zresztą potwierdza oficjalny spis nut, w którym na próżno szukać obecnych w wersji pierwszej klasycznych męskich nut aromatycznych lawendy, geranium czy werbeny. Te różnice, a także inne rozłożenia akcentów sprawiają, że

Intense to zapach bardziej nowoczesny, ale też – faktycznie – bardziej intensywny, robiący wrażenie bogatszego w ingrediencje, w ich liczbę i użytą ilość. To przekłada się głównie na bardzo dobrą trwałość zapachu, przy zbliżonej projekcji w porównaniu do Legend.

Co do podobieństwa do Bleu de Chanel to nie jest tak, że Legend Intense jest jego kopią. To raczej zapach o podobnym charakterze, roztaczający podobną aurę, ale efekt ten osiągnięty został przy użyciu innych środków. Nie znajdziemy tu imbiru, a jego rolę pełni kardamon połączony z molekułą Pepperwood o drzewno-pieprzowym charakterze. Współczesne molekuły ambrowe i Evernyl w połączeniu z białym cedrem (także syntetyk, jak sądzę) i tonką tworzą trwałą męską bazę, która nadaje całości głębi i świetnie utrwala sygnaturę zapachu.

Flakon został tym razem polakierowany metaliczną, mieniąca się i nieco lustrzaną farbą, co daje całkiem intrygujący efekt. Legend Intense to zdecydowanie udana kontynuacja wersji pierwszej, a przy tym zapach równie przyjemny i „skuteczny” w noszeniu. Szczerze rekomenduję.

mont-blanc-legend-intense-bottlenuty głowy: bergamotka, ananas

nuty serca: kardamon, czerwone jabłko, Pepperwood, jaśmin

nuty bazy: biały cedr, tonka, ambra, Evernyl (mech dębu)

perfumiarz: Olivier Pescheux (Givaudan)

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0