Olivier Durbano #13 – Labradorite – szczęśliwa trzynastka?

Dwa tygodnie temu w Domu Perfumeryjnym Quality Missala odbyła się polska premiera najnowszego pachnidła Oliviera Durbano: Labradorite.

IMG_20171125_125410

To już trzynasta zapachowa kompozycja tego artysty, który – przypomnijmy – mieszka i pracuje w Grasse, a więc kolebce europejskiej perfumerii, gdzie od niedawna można także odwiedzić jego malutki butik zlokalizowany w samym sercu starego miasta – na Place Aux Aires. Olivier przybył do Polski, by przy okazji przeprowadzenia warsztatów poświęconych nutom kadzidlanym w swoich perfumach, zaprezentować właśnie Labradorite, którego trzynasty numer artysta określił jako szczęśliwy… Hmm…

20171125-Radek Zawadzki-Wykład Oliviera Durbano-077

Przyznam, że z przyjemnością przypomniałem sobie po kolei niezwykłe, unikatowe pachnidła Oliviera i niezwykłe kamienne i duchowe inspiracje, jakie za nimi stoją. Powróciło moje wcześniejsze przekonanie, że Perfume Stone Poems to jedna z najbardziej niesamowitych kolekcji perfumerii artystycznej, w której od dawna mam swoich faworytów (Black Tourmalin, Heliotrope, Rock Crystal, Pink Quartz, Lapis Lazuli), a pachnidła ją tworzące nie mają sobie równych i są trochę jakby nie z tego świata…

20171125-Radek Zawadzki-Wykład Oliviera Durbano-017

Labradorite #13 składa się z dwunastu składników. Wedle słów twórcy brakującym trzynastym jest człowiek.

Tak więc perfumy te są kompletne tylko wówczas, gdy naniesione na skórę (swoją drogą myślę, że to tyczy się każdych perfum). Jak wyjaśnił Olivier, pachnidło to ma dwie strony, tak jak kamień, który posłużył za inspirację. Jedna jest gładka i błyszcząca, druga – surowa i szorstka. Te dwie natury kamienia artysta oddał poprzez kontrast akordu tuberozy i nut animalnych – cywetu i kastoreum. W otwarciu zapachu znajdziemy akcent ziołowy w postaci majeranku i kardamonu, który zdaje się potwierdzać, że Olivier od pewnego czasu chętnie umieszcza w swych kompozycjach wonne zioła (koper w Promethee #10, kmin i szałwia w Chrysolithe #11, tymianek w Lapis Lazuli #12).  W składzie nie zabrakło oczywiście kadzideł, tym razem w postaci żywic olibanum i opoponaksu. Ich rola w Labradorite nie jest wiodąca, ale z pewnością to właśnie one tworzą ciepły i otulający klimat tego zapachu. W jego centrum pozostaje wszakże bardzo oryginalne ujęcie tuberozy z podkreślonym jej zwierzęcym aspektem. Kwiat ten osadzony został w żywiczno-ziołowym kontekście, co powoduje, że nie przypomina żadnych znanych mi – zwykle kobiecych – perfum z akordem tuberozy. Co więcej – jak wszystkie perfumy Oliviera – nie daje się zaszufladkować także w aspekcie płci.

Labradoryt

Szczerze mówiąc, gdyby nie towarzyszący premierze opis nut zapachowych, nie zidentyfikowałbym tu tuberozy… Owszem jest w tych perfumach pewna nuta, ujawniająca się w sercu i trwająca dość długo, którą można by z pewną dozą dobrej woli nazwać kwiatową, choć na pewno nie typową. No ale pamiętajmy, że to autorska, całkowicie artystyczna interpretacja tej woni. Niestety drażni mnie ona jakimś przebijającym się z niej syntetykiem, jakby użytym tu w przesadnej ilości. No ale to wyłącznie mój subiektywny i indywidualny odbiór, niemniej zakłócony właśnie przez tę nutę. Czy to jest owa tuberoza, czy nie – nie ma znaczenia. Ze względu na tą nutę właśnie 13-te dzieło Oliviera przypadło mi do gustu najmniej ze wszystkich.

Niezależnie od moich osobistych wrażeń i ocen, Labradorite jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że Olivier Durbano nie przestaje zaskakiwać oryginalnością swych olfaktorycznych pomysłów, i że konsekwentnie od 13 lat podąża swoją własną ścieżką, nie oglądając się na innych. I to dosłownie. Bo nie wiem, czy wiecie, ale Olivier nie testuje żadnych innych perfum poza własnymi, by pozostać wolnym od jakichkolwiek, nawet nieświadomych wpływów. Promuje swoje pachnidła w perfumeriach zlokalizowanych w całej Europie, ale nigdy nie wącha żadnych dostępnych w nich perfum innych marek. Zadziwiające i – jak dla mnie – niemal niewyobrażalne… Z drugiej strony taka postawa z pewnością pomaga w koncentracji na własnych pomysłach i może owocować unikalną stylistyką, z czym w przypadku Durbano z pewnością mamy do czynienia. Trzynasty kamienny zapach dowodzi tego tak samo, jak wszystkie pozostałe. Pachnie wyjątkowo, unikatowo i stylistycznie spójnie z pozostałymi dwunastoma. I choć z wyżej opisanego względu nie dołączył do grona moich faworytów, to obiektywnie rzecz biorąc oceniam go jako wart uwagi, jak każdy zapach z tej niezwykłej kolekcji. Choć znajdziemy w niej rzeczy moim zdaniem dużo, dużo lepsze, jak na przykład poprzedni Lapis Lazuli czy wcześniejszy naprawdę uroczy Chrysolithe.

Durbano Labradorite
fot. Fragrantica

nuty głowy: drewno gwajakowe, majeranek, kardamon

nuty serca: tuberoza, ambra, olibanum (kadzidło frankońskie)

nuty bazy: żywica agarowa (oud), sandałowiec, cyweta, kastoreum, opoponaks, piżmo

moja ocena:

zapach: 3,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0-3,5

Reklamy

Parfum d’Empire „Le Cri de la Lumière” – płacz światła, uśmiech kobiety…

Najnowsza perfumowa propozycja Marca-Antoine’a Corticchiato – Le Cri de la Lumière – to perfumy niezwykle kobiece i zmysłowe, a przy tym zaskakująco nowoczesne, jak na raczej klasyczny styl tego utalentowanego perfumiarza. Zadziwiają też niecodzienną konstrukcją, zachwycając przy tym wyraźną ewolucją na skórze.

 

Le Cri de La Lumière (Płacz światła – cóż za poetycka nazwa!) zbudowane są z pięciu zasadniczych nut-składników. Intro zawdzięcza swoje niecodzienne brzmienie ketmii piżmowej zwanej roślinnym piżmem. Ta pozyskiwana z nasion indyjskiego hibiskusa (Abelmoschus moschatus) esencja ma niezwykły, lekko roślinny, lekko piżmowy i jednocześnie subtelnie owocowy charakter, który niemal w pełnej okazałości można podziwiać w opisanym niegdyś przeze mnie pachnidle Peruvian Ambrette z serii Essenze Zegna. Także i tu ta nuta jest wyrazista i bardzo naturalna. Jej wysunięcie na przód zapachu jest zabiegiem tyleż rzadkim, co odważnym. Składnik ten bowiem zwykle buduje bazę perfum – niczym piżmo – pogłębiając i utrwalając przewodnią nutę. Tu początkowo stanowi jego pierwszy plan, co czyni otwarcie Le Cri de la Lumière zaskakującym i dość wymagającym. Od razu wiadomo, że jest to pachnidło adresowane do bardziej wyrobionej klienteli, jak zresztą cała oferta Parfum d’Empire.

Dla niewprawnego nosa aromat ten może okazać się przeszkodą nie do przeskoczenia. Byłoby szkoda, gdyż Le Cri de La Lumière – niczym świetnie napisana książka – z czasem odsłania przed nami swoje kolejne rozdziały. Im dalej, tym są one piękniejsze i prowadzą do prawdziwie uroczego finału.

Parfum d'Empire Le Cri 03

Ketmia piżmowa została połączona z bardzo naturalnie do niej pasującą nutą irysa. Ten niezwykle cenny składnik przydaje początkowej fazie powagi i wyrafinowanej elegancji. Wiadomo – irys, nuta jedyna w swoim rodzaju, dystyngowana, pudrowo-kwiatowo-ziemista. Słowem – niesamowita, natychmiast wprowadzająca aurę szyku, wyrafinowanej elegancji, dystansu. Mijają pewnie kolejne dwa kwadranse, gdy do nozdrzy zaczyna – zupełnie niespodziewanie – docierać aromat w swej proweniencji równie klasyczny, jak irys, podany wszakże w zdecydowanie bardziej współczesny sposób. Od tej chwili Le Cri de La Lumière stopniowo traci swą poważną minę i zaczyna się do nas zalotnie uśmiechać…

Parfum d'Empire Le Cri

Oto w jego sercu posadzono piękną i oszałamiająco wonną różę turecką, którą oblano sporą porcją piżm na subtelnym drzewnym fundamencie, zbliżając się w ten sposób do sygnatury jednych z moich absolutnie ulubionych kobiecych perfum – For Her od Narciso Rodrigueza! Mówcie co chcecie, ale to dzieło Christine Nagel i Francisa Kurkdjiana to perfumy genialne i zupełnie ponadczasowe w swej obezwładniającej kobiecości! Co prawda Corticchiato przedstawił ten przecudny, niezwykle kobiecy i zmysłowy akord w nieco mniej spektakularny i bardziej ostrożny sposób, ale wciąż przepiękny.

Kto więc nie przetrwał ketmii i irysa w pierwszej godzinie, ten nie będzie miał szczęścia zaznać zapachowej rozkoszy serca. Dlatego – na boga – nie oceniajmy tych perfum po ich otwarciu, ani nawet po pierwszych 3-4 kwadransach, bo to w tym przypadku kardynalny błąd!

Le Cri de La Lumière zostały stworzone po ty, by je powoli, krok po kroku kontemplować i podziwiać ich zmieniający się aromat. Wspomniany uroczy różano-drzewno-piżmowy akord utrzymuje się na skórze całkiem długo, powolutku gasnąc, nie będąc wszakże ani przez chwilę jazgotliwym czy narzucającym się. Elegancja i umiar ponad wszystko.

Le Cri de La Lumière urzekło mnie. To perfekcyjnie i precyzyjnie skonstruowane pachnidło zawiera w sobie różne oblicza kobiecości – począwszy od tej nieco dzikiej, nieokrzesanej, poprzez wyniosłą i onieśmielająco piękną, aż po romantyczną, namiętną, zmysłową i uśmiechniętą. Tej ostatniej jest w Le Cri de La Lumière najwięcej. I to pewnie dlatego tak te perfumy polubiłem…

 

Parfum d'Empire Le Cri 04

 

główne nuty: irys, ketmia piżmowa, róża turecka, piżmo, nuty drzewne

twórca/nos: Marc-Antoine Corticchiato

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0-3,5

Giorgio Armani „Armani Mania for Men” – obsesja zapachu

Armani Mania for Men powstało w 2002 roku i wpisało się w ówczesny mini-trend męskich pachnideł drzewnych (m.in. Gucci Rush, YSL M7, Gucci Pour Homme, Azzaro Visit for Men, C. Lacroix Tumulte Pour Homme). To co wyróżnia Manię od pozostałych, to skrajny minimalizm formy i dyskretna elegancja, doskonale zresztą korespondujące z flakonem i reklamowym wizuelem z 2002.

Armani Mania to zapach elegancki, nieskomplikowany i bardzo dyskretny. Czy taki właśnie miał być mężczyzna Armaniego w 2002 roku?

To przykład minimalistycznej estetyki perfumowej, która zaowocowała interesującym, nietypowym, zupełnie abstrakcyjnym aromatem o dyskretnej elegancji i jednocześnie zaskakującej „nieperfumowości”. Tak jakby mężczyzna Armaniego w 2002 roku powinien owszem pachnieć, ale niekoniecznie perfumami, a przynajmniej takimi pojętymi w tradycyjnym stylu. Czym zatem? No właśnie. Próba opisania tego aromatu jest sporym wyzwaniem. Nie da się bowiem porównać go z niczym. Co więcej, niewiele w nim czuć (!). Deficyt treści. Deficyt formy. Deficyt… ekspresji. O co więc tu chodziło?

Armani Mania

Zapach kategoryzowany jest jako przyprawowo-drzewny i jest to fakt. Tyle, że zarówno jego przyprawowość, jak i drzewność jest tu bardzo oszczędna i nietypowa, a aromat jest skrajnie subtelny, choć całkiem trwały.

Z początku świeże muśnięcie, jakby zielony duszek. Później rozpylony gdzieś w przestrzeni szafran, bardziej domyślny, niż obecny. W bazie utrwalony piżmem i ambrą cedr. Pylisty i boleśnie subtelny. Jak cały ten zapach, który przy całym swoim niedopowiedzeniu posiada jakiś magnetyczny urok, który po cichu, ale sukcesywnie mnie uzależnia…

Dla jednych Armani Mania będzie mistrzostwem dyskretnej perfumowej elegancji i zapachowego niedopowiedzenia. Dla innych będzie pomyłką – perfumami, które niemalże nie pachną, a jeżeli już, to syntetycznie, niemal niezauważalnie. Ja – jak to zwykle u mnie bywa – jestem rozdarty pomiędzy tymi dwoma poglądami. Stoję pośrodku. Z jednej strony jestem oczarowany tym estetycznym minimalizmem, tą elegancją i jednocześnie uzależniony od nuty przewodniej tych perfum. Z drugiej – jestem wściekły, że z taką nonszalancją potraktowano ich ekspresję. To woła o pomstę do nieba!

Co ciekawe, podobny zabieg kompozycyjny Francis Kurkdjian zastosował wiele lat później w wydanym już pod własną marką MFK Baccarat Rouge 540. Minimalizm, abstrakcjonizm, niedopowiedzenie. Również z udziałem szafranu, który zdaje się być nutą, po która ten perfumiarz lubi sięgać, gdy oczywiście widzi tego sens (najbardziej spektakularnie użył go chyba w Davidoff Silver Shadow oraz Oud MFK).

Manię wyróżnia się z pewnością oryginalny podłużny flakon o przekroju lekko zgniecionego walca, który został później użyty i jest używany do dziś w kolejnych wersjach innego męskiego zapachu tej marki: Armani Code.

Mania jest wciąż dostępna w perfumeriach wolnocłowych i internetowych. Znajdziemy ją też na oficjalnej stronie marki Armani. I choć – w przeciwieństwie Code – nie doczekała się flankerów, które potwierdzałyby jej popularność (poza sezonowymi Summer Mania w 2006 i 2007 roku), to jednak prawdopodobnie wciąż ma rzeszę fanów, którzy ulegli jej  dyskretnemu urokowi lub też mają do niej po prostu sentyment, bo kojarzy im się z ich młodymi latami (dzisiejsze pokolenie 35-45 latków). Ja – zdaje się – zaliczam się do obu tych grup. Nie mam więc wyjścia i kontynuuję ten trudny związek. Ale ozłocił bym tego, kto w jakiś magiczny sposób przydałby Manii mocy…

armani mania bottle

główne nuty: liść mandarynki, szafran, cedr, wetyweria, ambra, piżmo

twórca/nos: Francis Kurkdjian

moja ocena:

zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 2,5

Boucheron wczoraj i dziś: „Pour Homme” i „Quatre pour Homme Absolu de Nuit”

Jeżeli na podstawie tych dwóch męskich pachnideł słynnej francuskiej marki jubilerskiej miałbym oceniać, jak zmienił się perfumowy gust mężczyzn w ciągu ostatnich niemal 30 lat, wnioski mogłyby być wstrząsające… Więc nie będę tego robił.

 

Boucheron Pour Homme

Pochodzący z 1989 (lub 1991 – źródła nie są zgodne) Pour Homme to historycznie pierwsze męskie perfumy tej marki. Ta do szpiku francuska kompozycja popełniona przez duet Francisa Deleamonta (Boucheron Eau de Parfum, Parfums de Marly Darley) i Jean-Pierre’a Béthouarta (Versace Dreamer, Burberry Touch for Men, Cacharel Nemo) może spokojnie stanowić wzorzec klasycznego męskiego pachnidła aromatycznego. Nie dość, że znajdziemy w niej najważniejsze tradycyjne perfumowe ingrediencje (bazylia, lawenda, bergamotka, werbena, goździk, jaśmin, konwalia, róża, ylang, beznosez, mech dębu, drewno sandałowe, wetyweria, tonka), to jeszcze zostały one ułożone w klasyczną piramidę o bardzo tradycyjnym brzmieniu. Zapach wyróżnia jednak wyjątkowa jakość. Często podkreślamy, że perfumy – na ten przykład – Creeda cechuje wyczuwalna wysoka jakość składników. Ten Boucheron można opisać dokładnie tak samo. Mógłby moim zdaniem spokojnie konkurować z Bois du Portugal, do którego mu chyba najbliżej, gdy chodzi o ofertę Creeda.

Boucheron Pour Homme visuel

Pour Homme pachnie bogato, harmonijnie, niezwykle męsko i bardzo tradycyjnie, właściwie to oldskulowo. Co ciekawe, aktualnie sprzedawane flakony pachną tak niebywale „niedzisiejszo” (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), że aż trudno w to uwierzyć. Tak jakby marka machnęła ręką na wszelkie reformulacje i po prostu robiła swoje, nie zmieniając swego – było nie było – flagowanego pachnidła dla mężczyzn.

Najpierw – od razu bardzo elegancki i mocno aromatyczny wstęp, w którym cytrusy i werbena miksują się z zieloną bazylią i lawendą. Wyłonienie tych nut jest dość, gdyż są jest to niemal podręcznikowy akord aromatyczny. Później odsłania się subtelnie kwiatowe serce, mocno wciąż zdominowane przez werbenę, która jawi się jako główny bohater tej kompozycji (a która powoduje, że zapach kojarzy mi się z Bowling Green G. Beene) oraz obecne już na tym etapie mszyste i drzewne nuty bazy – typowej dla tego stylu, z dominującym wetiwerem, mchem dębu, drewnem sandałowym i tonką. Baza jest bardzo długotrwała i – jak całe pachnidło – wyrazista i mocna. Utrzymuje ona jeszcze bardzo długo sygnaturowy aromat Pour Homme.

Technicznie Boucheron pour Homme to bezdyskusyjny majstersztyk. Zapachowo – to już kwestia gustu. Pod względem charakteru i kompozycji to lata 70-te XX wieku. Pod względem mocy i wyrazistości cechuje go z kolei asertywność lat 80-tych. Niebywałe, że uchował się po dzień dzisiejszy i to w tak pachnącej formie! To wg mnie idealne pachnidło dla eleganckiego mężczyzny po 50-ce, który ceni sobie klasykę i jakość. Tak, siwe skronie i wiążące się z nimi życiowe doświadczenie, spokój, opanowanie, kindersztuba, do tego biała koszula i tweedowa marynarka – to elementy niemal konieczne, by Pour Homme zagrało w pełnej okazałości. To perfumy dla dżentelmena, który nie ma problemów z gramatyką i ortografią ojczystego języka. Kropka.

Warto wspomnieć, że zapach dostępny jest też w wersji Eau de Parfum, która jest praktycznie tym samym aromatem, tylko głębszym, bardzie skondensowanym, nieco cieplejszym i – przez to – bardziej wieczorowym, ale równie doskonałym co Eau de Toilette. Trwałość obu wersji jest porównywalna i zaskakująco dobra, bo ponad 10-cio godzinna. Zdecydowanie rekomenduję Boucheron Pour Homme wszystkim, którzy gustują w takich ponadczasowych, eleganckich retro tematach. I jeszcze jedno – ceny tych perfum w perfumeriach internetowych (bo obecnie już tylko one je oferują) są zatrważająco niskie. Stosunek jakości do ceny jest więc absolutnie fenomenalny.

Boucheron Pour Homme

nuty głowy: bazylia, bergamotka, lawenda, mandarynka, pomarańcza, werbena, cytryna

nuty serca: jaśmin, konwalia, róża, goździk, irys, ylang-ylang

nuty bazy: mech dębu, wetyweria, drewno sandałowe, piżmo, kadzidło, ambra, benzoes, tonka

twórca/nos: Francis Deleamont i Jean-Pierre Béthouart

rok premiery: 1989 (1991)

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 5,0

 

Boucheron Quatre Pour Homme Absolu de Nuit 

W bieżącym roku Boucheron przedstawił nowe perfumy mężczyzn będące tzw. flankerem wydanej w 2015 roku wody toaletowej Quatre Pour Homme.

Absolue de Nuit to – można by rzec – typowy przedstawiciel współczesnych perfum dla mężczyzn. Skrajnie syntetyczny, bazuje na Akigalawood, powszechnie stosowanej obecnie molekule Givaudana, o której wspominałem już przy okazji recenzji Black Pepper Comme des Garcons i Amourette Etat Libre ‚Orange. Ta pochodna esencji paczulowej łączy w sobie jej drzewność z pikantnością pieprzu – tak w uproszczeniu. Jak większość aromamolekuł da się ona swobodnie modelować przy użyciu innych składników. Tu wzmocniono jej przyprawowy charakter poprzez zastosowanie gałki muszkatołowej, a jej drzewność uzupełniono cedrem i wetywerią (niewyczuwalną).

boucheron-quatre-absolu-de-nuit-pour-homme-pour-femme

Intro to trwająca dwa mgnienia oka nuta pieprzowa – ale taka „trzymana w ryzach”, bez ryzyka zapachowego szoku i kręcenia w nosie. Zaraz potem pojawia się lekko słodki aromat wanilii, który obecny jest przez cały czas trwania zapachu na skórze. To właśnie kontrast tej lekko słodkiej wanilii i pikantno-drzewnego Akigalawood stanowi oś tego zapachu. Wanilia (i wg mnie także wyraźna tonka) wraz z cedrem stanowią jego subtelną i ciepłą bazę. Pozostałe ingrediencje mają charakter raczej efemerycznych ozdobników. Absolu de Nuit pozostaje więc aromatem linearnym i nieskomplikowanym, jakże dalekim od wyrafinowania opisanego wyżej Pour Homme. Jest przy tym bardzo bezpieczny, corpo-friendly, ma delikatną projekcję, trzyma się zauważalnie na skórze tylko kilka godzin (ok. 5-6?). Pomyślany jako pachnidło wieczorowe wg mnie równie dobrze sprawdzi się za dnia.

Mnie Absolue de Nuit niestety nie przekonuje. Jest realizacją tej stylistyki, której w perfumach nie lubię. Nijakość, zachowawczość, syntetyka, braku pomysłu. Szkoda, bo całkiem udany, masywny i dobrze się prezentujący flakon z odkręcaną zatyczką – na wzór Terre d’Hermes czy L’Envol de Cartier – mógłby zawierać dużo lepsze pachnidło. A tak… No cóż…

Forget it.

Boucheron-Quatre_Absolu_de_Nuit_pour_Homme

 

nuty głowy: cytryna, szałwia

nuty serca: Akigalawood, pieprz, gałka muszkatołowa

nuty bazy: cedr, wetyweria, wanilia

twórca/nos: Jacques Huclier

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 3,0/ trwałość: 3,5/ projekcja: 3,0

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Roja Dove „Elysium Parfum Cologne”

Premiera najnowszych męskich perfum Roja Dove Elysium zapowiadana była w mediach społecznościowych wyjątkowo intensywnie. Mam wrażenie, że twórcom mocno zależało no rozgłosie w branży i na „mocnym wejściu” jeszcze przed okresem świątecznych zakupów.

Dlaczego tak uważam? Bo Elysium (testowane przez mnie w wersji Parfum Cologne) zostało zaprojektowane tak, by być idealnym prezentem bożonarodzeniowym dla mężczyzn o zasobnym portfelu. To chyba pierwsze pachnidło Roja Dove stworzone z konkretnym zamierzeniem komercyjnym. I z nadzieją na uszczknięcie dla siebie większego kawałka sprzedażowego tortu na półce męskich perfum luksusowych.

Elysium Dove

W przeciwieństwie do dotychczasowych propozycji Roja Dove, będących albo jedną wielką podróżą w przeszłość, do chwalebnych czasów złotej ery perfum albo utrzymanych w orientalnej estetyce z myślą o lukratywnych rynkach arabskich, Elysium jest zapachem zupełnie współczesnym, a estetycznie absolutnie zachodnim. Moim zdaniem jest też – fakt, dość późną, ale jednak – odpowiedzią Roja Dove na gigantyczny sukces Aventusa Creeda. Od razu zaznaczę, że Elysium to nie jest kolejna kopia lub wersja mocno inspirowana dziełem Oliviera Creeda (patrz Bois de Cedrat Mancera czy Royal Vintage M.Micallef). Roja Dove – jeden z największych żyjących autorytetów w dziedzinie perfum i ich historii – nie pozwoliłby sobie, by jego Elysium było kopią aktualnego bestsellera. Co to, to nie. Co innego kopiować wielkie klasyki przeszłości. Ale przecież nie Aventusa. Tak więc Elysium to – owszem – ten sam typ pachnidła, ta sama kategoria zapachowa, ale byt jednak zupełnie odrębny.

W Elysium połączono nuty cytrusowe i owocowe (jabłko i czarna porzeczka)  z subtelnymi akcentami kwiatowymi i bogactwem aromatów drzewnych (głównie) oraz ambrowo-skórzanym tłem. W rezultacie powstał nowoczesny (wiem – w zestawieniu z tą akurat marką brzmi to niedorzecznie, a jednak), elegancki, wyrafinowany i całkiem efektowny męski drzewny szypr z owocową nutą przewodnią. 

Czuć w nim oczywiście rękę Dove’a, który lubuje się w klasycznym podejściu do komponowania i buduje złożone perfumowe formuły. Ta złożoność jest tu wyczuwalna, choć wcale nie przytłacza. Przeciwnie – Elysium ma doskonały balans pomiędzy przeważającą tu świeżością, a drzewnym tłem. Jego casualowy i absolutnie dzisiejszy charakter połączony z charakterystyczna dla twórczości Dove’a i wyczuwalną w jego perfumach, także w Elysium –  „aurą bogactwa” mogą być (ale wcale nie muszą) gwarancją sukcesu nowych perfum Dove’a. Czas pokaże, jak zostaną przyjęte. Jeśli spytacie mnie – czuję nosem sukces…

elysium-pour-homme-parfum-cologne-100ml-ing

 

nuty głowy: cytryna, bergamotka, grejpfrut, limonka, lawenda, tymianek, bylica, piżmo

nuty serca: tymianek, bylica, konwalia, róża majowa, jaśmin z Grasse, jabłko, czarna porzeczka

nuty bazy: galbanum, różowy pieprz, cypriol (nagarmotha), wetiwer, cedr, jagody jałowca, benzoes, wanilia, labdanum, skóra, ambra szara, piżmo

twórca/nos: Roja Dove

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,5/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0-3,5

„Twilly d’Hermès” – buntownicze dziewczęta Hermèsa

Najnowsza perfumowa propozycja Hermèsa to Twilly d’Hermès. Nazwa pochodzi od hermesowskiej wzorzystej chusty –  eleganckiego dodatku do garderoby. Co ciekawe, Twilly w wersji mini-opaski owinięte zostało wokół każdego flakonu tych perfum. Stanowi więc oryginalny bonus przy ich zakupie. A skoro już jestem przy flakonie, to o nim kilka słów. Kształt stylizowany na retro, zatyczka w kształcie hermesowego melonika, znana z klasycznych flakonów tego brandu – to wyraźne nawiązania do tradycji Hermèsa. To ważne, bowiem Twilly d’Hermès to pierwsze w historii tej firmy perfumy dedykowane młodym kobietom. Wyraz chęci zainteresowania tej grupy marką kojarzoną dotąd raczej ze stateczną francuską arystokracją. To właśnie współczesne dziewczęta, ich styl życia i bycia posłużyły jako inspiracja dla twórców perfum. Jak głosi slogan:

„Wolne, odważne, połączone, psotne i lekceważące, stawiają oczekiwania na głowie, płyną pod prąd, narzucają własny rytm, wymyślają nowe tempo.”

To one mają być docelowymi nabywczyniami Twilly d’Hermès, a zapach ma, jak domniemam, toczyć walkę o ich portfele konkurując z kolejnymi flankerami Coco Madmoiselle Chanel, Miss Dior czy La Petite Robe Noire Guerlain.

Twilly d'Hermes

Twilly d’Hermès moim zdaniem świetnie oddaje ducha zacytowanego wyżej sloganu. Poprzez zupełnie niecodzienne połączenie energicznej przyprawowości imbiru w otwarciu, zmysłowości tuberozy w sercu i ciepłego, kremowego akordu drewna sandałowego w bazie zapach uwolnił się od obowiązujących we współczesnej perfumerii reguł, płynie pod prąd wobec aktualnych trendów z niechcącym odejść do lamusa owocowymi słodziakami na czele. Jest w swej kontrastowości poniekąd psotny, a już na pewno odważny. Zdecydowanie też narzuca swój rytm i własne tempo.

Ekipa Hermèsa – wraz z Christine Nagel jako perfumiarką – zadbała o nowatorskość tej kreacji. Zaskoczyła zestawieniem nut i jej niecodzienną urodą: lekką, energiczną, zwiewną, z delikatną dozą kobiecości w postaci subtelnej białokwiatowej nuty tuberozy, podanej wszakże w bardzo zgrabny i zupełnie niedominujący sposób. Nie nazwałbym więc Twilly zapachem kwiatowym. To raczej mariaż subtelnej nuty kwiatowej z akcentem gourmand na drzewnej podstawie.

twilly d hermes

Twilly d’Hermès został skrojony z wdziękiem i w bardzo zgrabny sposób. Robi wrażenie opartego na krótkiej, ale efektownej i kontrastowej formule, czym kontynuuje styl, który do perfekcji doprowadził Jean-Claude Ellena, poprzednik Christine Nagel. Tu muszę wspomnieć, że parametry zapachu zostały zaprojektowane na bardzo bezpiecznym poziomie. Twilly owszem – trzyma się skóry całkiem długo, jednak – poza fazą otwarcia i kwiatowego serca – promieniuje z niej bardzo subtelnie, uwalniając się od czasu do czasu, jakby prowokował do ruchu, podniesienia tętna, szybszego pulsu, by móc w pełni zakwitnąć. Pozostawia za sobą raczej intrygującą i niedopowiedzianą impresję niż klasyczny perfumowy ogon. Uważam, ze to celowy zabieg.

Młode pokolenie nie lubi mocnych perfum. Zbyt dominujący aromat mógłby spłoszyć hermesowski narybek. Mocne perfumy kojarzą się mu ze… starszym pokoleniem mam, babć. A młodzież robi przecież wszystko, by stać się przeciwieństwem swych rodziców, by – gdy już dojrzeje – bezwolnie upodobnić się do nich bardzo lub „mniej bardzo”….

Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na Twilly d’Hermès. To interesująca, inna, oryginalna propozycja. W zestawieniu ze słodkimi i owocowymi La Petite Robe Noire Guerlain, Miss Dior Cherie czy La Vie Est Belle Lancome Twilly d’Hermès wypada jako zapach zupełnie…. rebeliancki.

1 - twilly-d-hermes-pack+85ml @quentinbertoux

główne nuty: imbir, tuberoza, drewno sandałowe

twórca/nos: Christine Nagel

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 3,5

Paul Schütze Perfume – chcieć znaczy móc?

Mieszkający od 25 lat w Londynie Australijczyk Paul Schütze to postać nietuzinkowa. Kompozytor muzyki ambient. Twórca instalacji dźwiękowych, graficznych, filmów i fotografii. Od młodzieńczych lat owładnięty obsesją zapachu fan i kolekcjoner perfum. Od 2012 roku artysta penetrujący element olfaktoryczny również w swej sztuce. Dał się poznać jako twórca instalacji inkorporujących zapach. W tymże 2012 roku zaperfumował własną kompozycją „In Libro De Tenebris” czarną księgę, którą umieścił jako eksponat wystawy poświęconej zmierzchowi drukowanych książek. Wystawa ta miała miejsce w antykwariacie Maggs Bors w Londynie. Zapach ten wzbudził wówczas ogromne zainteresowanie wśród zwiedzających wystawę, którzy koniecznie chcieli go nabyć, choć nie był na sprzedaż. Dotarł on do finałowej stawki Art & Olfaction Awards w 2015 roku. W tymże roku Paul zainstalował trzy zapachy w pomieszczeniach londyńskiego Sir John Soane Museum. Jego zapachowe dzieła spotykały się zawsze z dużym zainteresowaniem publiki i wywoływały poruszenie, podobnie jak niezwykła muzyka czy fotografie. Pod namową znajomych i fanów swego talentu Paul Schütze przystąpił do stworzenia pachnideł przeznaczonych do noszenia na skórze. Tak powstały perfumy, które swa premierę miały w 2016 roku, a które mam dziś okazję opisać.

Założeniem twórcy było zawrzeć w swych perfumach impresje zaczerpnięte z wyjątkowych momentów i miejsc w jego życiu. Tak jak jego muzyka ambient tworzona jest w oparciu o dźwięki „pobrane” z natury, tak jego perfumy korzystają z naturalnych esencji i portretują wybrany przez artystę wycinek czasu i/ lub przestrzeni.

PAul Schutze
Paul Schutze, foto: Jack Latham

Behind The Rain

„Wyspa na Morzu Egejskim: nagła gwałtowna burza; gdy kończy się burza, ciepło wschodzącego słońca na posiniaczonych liściach powoduje fale żywicznych zapachów, które spływają na nasze miejsce schronienia pod drzewem iglastym.”

Ten niezwykły moment, którego artysta sam niegdyś doświadczył będąc w Grecji, postanowił zawrzeć w swej zapachowej kompozycji. Trzeba przyznać, że efekt jest tyleż zaskakujący, co interesujący. Po kakofonicznym i nieokrzesanym wstępie, w którym rozmaite zapachowe molekuły (ich wspólnym mianownikiem jest wyczuwalne naturalne pochodzenie) szaleją jedna wokół drugiej bez żadnego ładu i składu (co może symbolizować ową gwałtowną burzę), następuje spokój: zapach układa się w aromatyczny akord z dominującą nutą iglakowych pinenów. Ta lekko terpenowa i lekko mentolowa nuta ustępuje z czasem słodko-zielonej woni żywicznej (mastyks). Olfaktoryczne wizje artysty finiszują na skórze w postaci drzewno-żywicznego akordu, z którego wybija się esencja wetywerii i mchu. Echa iglaków są tu jednak wciąż obecne i pozostają w zapachowym spektrum znacznie dłużej, niż to się początkowo wydaje.

Całość pachnie bardzo naturalnie i nieco chaotycznie, jakby artysta nie panował nad pachnącą materią i poddając się siłom pozostawił swe dzieło „grze przypadków”.

główne nuty: zielone, żywiczne, iglakowe

składniki: czarny pieprz, iglaki, kadzidło frankońskie, gerjpfrut, mastyks, kwiat lipy, mech, paczula, koper, wetyweria

 

DF3+Paul+Schutze+Behind+the+Rain

Cirebon

„Noc na wyspie Jawa: nad brzegiem jeziora; pachnące dźwięki dworskiej orkiestry gamelanowej dryfują po wodzie, unosząc się w powietrzu niczym konstelacja migoczących owadów.”

Tu intro jest zdecydowanie konkretniejsze, ułożone i nawiązujące do klasyki. Cytrusy (bergamota, gorzka pomarańcza, petit grain, kwiat pomarańczy) tworzą bowiem mocny i ekspansywny koloński akord, ale obecne obok niego nuty wodno-kwiatowe (cyklamen, magnolia) przydają dodatkowego, osobliwego wymiaru. Całość oparta jest na drzewnym, wetiwerowo-cedrowym podkładzie i broni się moim zdaniem całkiem dobrze. Dodam, że koloński akord jest tu tylko pretekstem do szerszego olfaktorycznego obrazu.

„Cirebon” to moim zdaniem najbardziej udane pod względem technicznym pachnidło tej trylogii, choć w swym post-kolońskim charakterze może najmniej oryginalne, to jednak jego bardzo naturalna, wręcz naturalistyczna nuta, nieco „brudnawa” i zadziorna, nieokrzesana, z wyraźnym drzewnym finiszem, wyróżnia go na tle tego jakże szeroko reprezentowanego gatunku.

główne nuty: cytrusowe, kwiatowe, drzewne

składniki: bergamotka, gorzka pomarańcza, kwiat pomarańczy, petit grain, cyklamen, magnolia, cedr, sandałowiec, wetyweria

PAUL_SCHUTZE_PERFUME_LINE_UP_HI_RES-2

Tears of Eros

„Studio artysty: Zima; kadzidło z Sanju Sangendo z Kioto, miska odrzuconej skórki z klementynki i nocny hiacynt; księżycowe powietrze z otwartych okien: te zapachy łączą się w narkotyczne, mocne, żywe kadzidło.”

Najgęstszy, najbardziej mroczny aromat z opisywanej trójki, którego wstępny, mocno zielony i od razu wyczuwalnie żywiczny oraz delikatnie kadzidlany akord stopniowo traci na soczystej zieloności i przechodzi w skondensowaną mieszankę ciepłych i gęstych żywic, które najpierw przybierają aromat mocnej whiskey, później zaś finiszują ambrową głębią. „Tears of Eros” pachnie zielonymi sokami, mchem, żywicami, ambrą. Jego amorficzny charakter jest dla mnie dowodem na dominujący (jeżeli nawet nie wyłączny) udział naturalnych esencji w formule. Mam wrażenie, jakby autor zmieszał kilka(naście) dość ciężkich molekularnie olejków i esencji, przez co osiągnął efekt tzw. „zupy” (perfumiarze lubią tak określać formułę, w której przekroczono magiczną liczbę ingrediencji powodując w efekcie olfaktoryczny chaos bez wyraźnego tematu, dominanty). O ile zarówno w „Behind the Rain”, jak i w „Ciberon” z łatwością znajdziemy temat, oś, dominantę (w pierwszym jest to nuta iglakowa, w drugim akord koloński), o tyle w „Tears of Eros” jest to chyba niemożliwe.

To pachnidło jest jak okręt bez kotwicy. Można nim płynąć, ale nie sposób przycumować w żadnym porcie…Troszkę strasznie…

składniki: ambra, benzoina, kardamon, cedr, kadzidło frankońskie, klementynka, gwajak, hiacynt, labdanum, masło irysowe, różowy pieprz

paul SCHUTZE bottles

Nietypowe, nieokrzesane, bardziej intuicyjne niż zaprojektowane. Naturalistyczne. Kompozycyjnie zdecydowanie amatorskie. Bardziej perfumowy punk rock niż ambient. Zamknięte w bardzo estetyczne walcowate flakony a’ la Frederic Malle, sugerujące elegancję i szyk, których wewnątrz nie znajdziemy. Takie są pachnidła Paula Schütze. Przypominają mi twórczość Josha Lobba i jego Slumberhouse, choć Lobb potrafi jednak nieco więcej. Wykorzystane w nich naturalne esencje są trochę niby poukładane, trochę pozostawione samym sobie, z ich tendencją do gubienia azymutu. Te perfumy to propozycje dla perfumowych buntowników, anty-mainstreamowców, zapachowych wywrotowców i anarchistów, a więc z pewnością nie dla mnie…

 

 

PS. Pachnidła Paula Schütze można przetestować i nabyć w warszawskiej perfumerii MoodScentBar.