Montale Paris w dwunastu odsłonach

Bardzo trudno nadążyć za kolejnymi premierami marki Montale. Katalog ich produktów rozrasta się w wyjątkowo szybkim tempie, a pobieżne zapoznawani się z każdym nowym zapachem może wprowadzić w nie lada konfuzję i poczucie, że przecież to już było, że to podobne do innego zapachu tej samej – albo innej (bo i tak czasem bywa) – marki. Nie znam wystarczająco wielu perfum Montale, by móc to samemu ocenić lub jakoś uporządkować ten jakże liczny zbiór. Postanowiłem więc po prostu przebrnąć przez zapas czekających na testy próbek i choć krótko scharakteryzować moje wrażenia na ich temat. Marka o tyle ułatwia zadanie, że – z nielicznymi wyjątkami  – w nazwach perfum umieszcza dominującą nutę. I nie zawsze – na szczęście – jest to oud.

1. The New Rose (2016) – lekka, świeża, owocowa róża 

To oczywiście perfumy z różaną dominantą, podane w zdecydowanie kobiecy sposób, ale… Cóż jest nowego w tej róży? Nie ma tu rewolucji, choć trzeba oddać, że róża połączona tu z nutami owocowymi – maliną, porzeczką, brzoskwinią i cytrusami – pachnie naprawdę uroczo i świeżo, wcale nie przytłaczająco, ani nie ciężko. Szczególnie początek jest rześki i można w nim wyczuć nawet nutkę konwalii. Serce ma nieco bardziej landrynkowy charakter (ale bez przesady). Obiektywnie przyjemne, całkiem nasycone i trwałe pachnidło z zaskakującym drzewnym finiszem, rzeczywiście nieco inaczej, na świeżo prezentujące królową kwiatów. Warto przetestować.

Montale New Rose

2. Montale „Arabians” (2017) – oud i skóra w eleganckim wydaniu

To pachnidło przyprawowo-drzewno-skórzane, zainspirowane wspaniałą rasą koni (z której hodowli znana niegdyś była pewna polska stadnina…) podane w zdecydowanym, arabskim stylu. Otwiera się suchą i intrygująco gorzkawą mieszanką kardamonu i prowansalskich ziół (lawendy i tymianku). W sercu łagodnieje, staje się drzewne. Paczula i wetyweria osadzone są na skórzano-oudowym fundamencie, który przez pewien czas emituje subtelny lekarstwiany aspekt. Baza utrwalona piżmami i ambrą pozwala się cieszyć aromatem Arabians przez wiele godzin, ale to przecież standard w pachnidłach Montale, co wg mnie jest ich zdecydowaną zaletą. Co więcej, Arabians jest ładnie wyważone i nie obezwładnia mocą, co w tym przypadku uważam także za pozytyw. Ogólnie zapach w moim typie. Podoba mi się.

PS. „Arabians” ma dość osobliwą naturę. Trzyma się skóry wiele godzin, ale jego projekcja jest umiarkowana, nie wyczuwalna zbyt mocno dla noszącego, za to zauważana przez otoczenie. Na pewno nie jest więc aromatem przesadnie nachalnym czy męczącym. Zadbano o cywilizowaną moc. Choć osobiście wolę bardziej czuć perfumy na sobie.

Montale Arabians

3. Montale „Starry Nights” (2015) – nouveau chypre?

Intrygujący, balsamiczno-owocowy początek, z wyróżniającą się nutą jabłka przechodzi w kwiatowo-drzewne, szyprowe w swej istocie serce, z jaśminem zmieszanym z różą i paczulą. Wspomniany akord szyprowy jest tu jakby pastelowy, łagodny, przyjazny i zupełnie współczesny. Zaokrąglony chyba dość sporą dawką piżm, których charakterystyczna transparentna i lekko gryząca nozdrza nuta jest tu po pewnym czasie w sercu i bazie zapachu całkiem wyczuwalna. Naprawdę oryginalne ujecie tematu. Ale „Starry Nights” kryje w sobie znacznie więcej. Z czasem nabiera ostrej, nieco wprawdzie syntetycznej, ale mnie bardzo odpowiadającej ambrowo-drzewnej ostrości i finiszuje takimże aromatem. Nadspodziewanie dobry zapach. I trwały wręcz niemiłosiernie. Do tego zdecydowanie uniseksowy, odnajdzie się z powodzeniem na męskiej, jak i kobiecej skórze. A już najbardziej przedziwne jest to, że ja w jego sercu i bazie znajduję echa męskiego „Zino” od Davidoffa…

Montale Starry-Nights

4. Golden Sand (2015) – świeży i transparentny

Jak na Montale – zapach wyjątkowo lekki, co nie znaczy, że pozbawiony treści. Z początku słodkawo cytrusowy i miętowy, z minimalnie wyczuwalną różą. Z czasem bardziej wyraźny staje się zielony aromat fiołka, osadzony na subtelnej waniliowo-drzewnej bazie (sandałowiec). Im bliżej finiszu, tym bardzie zdominowany jest przez białe piżma. Golden Sand jest trudny do opisania, jakby niedookreślony, nie tak intensywny, czytelny i ewidentny jak większość znanych mich pachnideł marki. Wiąż jednak bardzo trwały. Przyznam, że mimo kilku testów, wciąż do końca nie wiem, co o nim myśleć…

 

Montale Golden Sand

5. Amber and Spices (2009) – skóra i ambra z emaliową poświatą

Mocny, ambrowo-drzewno-przyprawowy zapach, którego woń, z charakterystyczną nutką farby emaliowej, przypomina mi przede wszystkim New York Amber Bond No.9, jak i do pewnego stopnia także Davidoff Leather Blend. Co ważne, mimo wymienienia w nazwie ambry i przypraw, niezwykle ważnym elementem tego pachnidła jest nuta oudu, podana w lekko gorzki, „lekarstwiany” sposób. Zresztą przyprawy tu użyte są także dość szczególne i nie należą to najpopularniejszych – kmin i gałka muszkatołowa. Przydają one zapachowi głębi, gorzkości i odrobiny cielesnej zmysłowości. Summa summarum Amber & Spices to moim zdaniem jeden z najlepszych perfum od Montale. Zdecydowanie warte uwagi tych, którzy cenią sobie tego typu mocne quasi-arabskie aromaty.

Montale Amber and Spices

6. Montale „Sweet Peony” (2017) – piwonie i róże w lukrze

Uroczy, bardzo kobiecy zapach kwiatowo-kulinarny. Nie jest może oryginalny czy unikatowy, ale nie można odmówić mu urody i prawdziwie harmonijnej kompozycji. Bukiet kwiatowy z wyróżniającą się tytułową piwonią, przypominającą lekką, świeżą różaną woń, której towarzyszy zgrabnie wkomponowana wanilia, brzoskwinia, nuta kokosu oraz delikatna nuta kawy. Początkowo świeży, wyraźniej kwiatowy, dość szybko nabiera nieprzesadnej, zmysłowej słodkości. „Sweet Peony” jest więc najpierw przez krótki czas „peony”, a później już bardziej „sweet”, choć ślad kwiatowego tematu obecny jest w zapachowym spektrum całkiem długo, a na charakter finiszu duży wpływ ma ujawniające się w bazie drewno sandałowe. Ogólnie – bardzo przyjemne i – podobno – dobrze noszące się perfumy o niedominującej, przyjemnie wyczuwalnej projekcji.

Montale Sweet Peony

7. So Amber (2016) – wieczorowa róża po arabsku

Połączenie nut marokańskiej róży z nutą ambrową znaną z Amber&Spices, posypane szafranem i przybrane nutą maliny, z esencją z sandałowca w bazie. Zmysłowy, orientalno-kwiatowy, raczej kobiecy, wieczorowy, ale też – co trzeba podkreślić – kolejny różano-kulinarny zapach w ofercie Montale. Ginie pośród innych jemu podobnych.

Montale so amber

8. Wild Pears (2011) – gruszka i konwalia na drzewnej bazie

Dotrzymuje danego w tytule słowa. Pierwszy raz bowiem spotykam się z tak intensywną nutą gruszki (!), która początkowo odświeżona bergamotą, bardzo naturalnie przechodzi w umieszczony w sercu zapachu akord konwalii. Ten został subtelnie doprawiony goździkiem i osadzony na bazie z wanilii, sandałowca. Całość utrwalono piżmami, tworząc naprawdę oryginalne i zdecydowanie kobiece perfumy o wyrazistym finiszu.

Montale wild pears

9. Oudmazing (2016) – oud i figa, czyli tego jeszcze (chyba) nie było

Nazwa z jednej strony uprawnia do zakwalifikowanie tego zapachu do najliczniejszej w ofercie Montale linii pachnideł koncentrujących się „wokół oudu”, z drugiej wzmaga apetyt i powoduje, że liczymy na coś… amazing właśnie. Jedno jest pewne – nie jest to oud z jakiego Montale jest najbardziej znane. Aromat zamknięty w czarnym flakonie-puszce ze złotą „etykietą” zdaje się być dość kompleksowy i intrygujący. Kwaśno-drzewna nutka oudu wyczuwalna jest już po kilku minutach, ale towarzystwa dotrzymują jej całkiem donośne i dość nietypowe nuty: cytrusy, gruszka i figa. Zapach jest więc na początku drzewno-owocowy, z dominującą, nieco szorstką nutą figi. Z czasem – w sercu zapachu – duet oudu i figi zdaje się dominować i właśnie ta -nietypowa trzeba przyznać zbitka –  jest sygnaturą tego wyjątkowo intensywnego, nawet jak na Montale, pachnidła.

Montale Oudmazing

10. Day Dreams (2017) – gardenia w lukrze

Jest w jakimś sensie analogią Sweet Peony, tyle że miast piwonii i róży za część kwiatową odpowiadają nuty biało-kwiatowe, z kwiatem pomarańczy, neroli, jaśminem i przede wszystkim gardenią. Nad aspektem kwiatowym jednak niemal od początku dominuje część kulinarna, czyli duet wanilii i kokosu. Rusztowanie dla Day Dreams zbudowano z esencji sandałowca – która przez wzgląd na swą kremową i subtelną naturę idealnie dopełnia tego typu kulinarnie nacechowane kompozycje perfumeryjne. Zapach utrwalono sporą dawką białych piżm, które można poczuć dopiero wiele godzin po aplikacji. Day Dreams to przyjemny i harmonijny kobiecy zapach, biało-kwiatowo-kulinarny i zaskakująco delikatny, jak na standardy tej marki.

Montale Day Dreams

11. Red Aoud (2008) – pudrowana róża 

Z początkowej chmury słodkawego pyły, zbudowanego z drobinek szafranu i kminu (akord otwarcia tu unikat, z jakim dotąd się nie spotkałem) wylania się dość szybko serce zapachu, zbudowane z subtelnej, ale ewidentnej róży. Ta wraz z echem przyprawowego otwarcia rozwija się na skórze w różano-sandałowy aromat, dryfując w kierunku estetyki arabskich attarów. Drzewno-tonkowa baza pogłębia zmysłową, różaną woń. Nie odnalazłem tu natomiast nawet śladu oudu, czy czegokolwiek oudo-podobnego.

Uniseksowy początek przeistacza się z czasem w nieco bardziej kobiece niż męskie pachnidło, gdy wziąć pod uwagę europejskie standardy. Róża trwa naprawdę długo, utrwalona drzewną bliżej końca, tym bardzie kobieco wybrzmiewa. Podczas testów kolejnych pachnideł Montale staram się skategoryzować je (być może niesłusznie) jako bardziej męskie lub bardziej kobiece. Ten wg mnie zdecydowanie należy do tej drugiej grupy.

 

Montale red aoud

12. Montale – „Nepal Aoud” (2014) – suchy, drzewny pył

To jedna z bardzo miłych niespodzianek podczas moich intensywnych testów dwunastu „Montalaków”. Perfumy z gatunku, jaki szczególnie lubię. W klimacie Azzaro „Visit for Men” czy – w mniejszym stopniu – nieodżałowanego „Tumulte Pour Homme Ch. Lacroix”, tyle że z dość ostrym oudowym finiszem. Ale spokojnie. Nie ma tu typowego kwaśno-paczulowo-różanego akordu oudowego, tak powszechnego w wielu pachnidłach tej marki. Jest natomiast szafran i gałka muszkatołowa w wibrującym otwarciu. Ambra, subtelna wanilia i piżma w ciepłej bazie. Trudny do uchwycenia ślad róży. No i wspomniany oud, ale to na samiutkim końcu. Przede wszystkim zaś cedr – obecny przez większość czasu, jest osią tej kompozycji. Cedr sparowany z wibrującą gałką muszkatołową, słodkim szafranem i ładnie wypełniającą całość wanilią tworzą aromat podobny do wspomnianego „Visit for Men”. „Nepal Aoud” jest jednak mniej balsamiczny od dzieła Annick Menardo, a bardziej pylisty, suchy, wytrawny, szorstki. Intrygujący i hipnotyzującym, niemal linearny zapach o przyjemnej, długo wyczuwalnej projekcji i solidnej ponad 10-cio godzinnej trwałości. Męski i naprawdę świetnie się noszący. Jestem zdecydowanie „na tak”.

montale-nepal-aoud

 

 

 

 

 

Reklamy

Armani „Code Profumo” – złoty kod

Pochodzący z 2004 roku Code (pierwotnie nazwany Black Code) to jeden z przykładów męskich perfum, które przetrwały próbę czasu. Musi być w nich coś, z czym wielu mężczyzn się utożsamia. A i reakcje kobiet na ten aromat z pewnością nie pozostają bez znaczenia, a być może nawet mają pierwszorzędne znaczenie podczas decyzji o ich zakupie.

Przypomnijmy, oryginalny Code zmieszał duet wybitnych perfumiarzy i warto to podkreślić: Antoine Maisondieu i Antoine Lie – to zawodowcy lubujący się w zapachowych wyzwaniach, bardzo często współpracujący z markami niszowymi, proponujący zapachy niebanalne, ambitne i nieco bardziej wymagające, ale też nie stroniący – co oczywiste – od mainstreamu. Mają w nim przecież wiele osiągnięć. Code jest jednym z nich, być może nawet najważniejszym. Panowie wykreowali zapach przede wszystkim przyjemny i niekontrowersyjny, ale jednocześnie inny od wszystkiego, co było wówczas na około.  Okazało się, że Code był pod każdym względem predysponowany do bycia czymś więcej niż tylko hitem sezonu. Miał głębię, intrygującą sygnaturę i charakter. Mieszanka nut owocowych z anyżem na gwajakowo-tytoniowo-tonkowym fundamencie okazała się strzałem w dziesiątkę i wraz z niezłymi parametrami użytkowymi zapewniła zapachowi rosnącą popularność wśród mężczyzn. Zainteresowanie Code sprawnie podsycane jest od 14 już lat przez kolejne flankery (m.in. Code Sport, Code Ultimate, Code Summer, Code Cologne).  Jednym z najnowszych jest wylansowana w 2016 roku wersja Profumo. Ona właśnie jest powodem tego wpisu.

Lata temu nosiłem z przyjemnością pierwszy Code. Po latach wrócił do mnie w tej nowej wersji. Jaka ona jest?

code profumo

W Code Profumo czuję echa sygnatury protoplasty, ale została ona mocno zdominowana przez bardzo modny akord słodko-owocowo-tonkowo-ambrowy. Nuty zielonego jabłka i mandarynki połączono z jedną z moich ulubionych ingrediencji perfumowych – esencją kwiatu pomarańczy. Jednak nad wszystkim tym niemal od początku dominuje potężna dawka migdałowej tonki i to ona „ustawia” zapach w kategorii kulinarnej. Poza tym całość umacnia współczesny, znany z wielu innych pachnideł akord ambrowy (molekuła Amberketal?). Jest więc bardzo smacznie i bardzo do czegoś podobnie…

Profumo to moim zdanie odpowiedź Armaniego na nie słabnącą popularność estetyki, którą zapoczątkował One Million Paco Rabanne. Z tym, że w tym konkretnym przypadku czuję podobieństwa bardziej do wersji One Million Intense, aniżeli do zwykłej. To prawdopodobnie za sprawą użycia kardamonu i kwiatu pomarańczy w obu kompozycjach. Dzięki temu zabiegowi Code Profumo pachnie – podobnie jak One Million Intense – bardziej wyrafinowanie, niż klasyczne One Million. Oba zapachy łączy tak  wiele, że po prostu nie sposób uniknąć tych porównań.

Code Profumo – jak przystało na eau de perfum – ma charakter wieczorowy, elegancki i nieco wytworny. Ze względu na ciepły, kulinarno-ambrowy charakter jest z pewnością odbierany jako zmysłowy i bez wątpienia kłania się gustom kobiet, które w swej znaczącej przewadze lubią, gdy mężczyzna pachnie… smacznie. Zapach utrzymuje dość długo przyjemną projekcję i – czego można się domyśleć – trwa na skórze wiele godzin. Przyjemnie się go nosi, wcale niekoniecznie tylko wieczorem. Nie wzbudzi kontrowersji, ale na pewno sprowokuje pozytywne komentarze. Szczególnie płci pięknej. Także panowie – co ja Wam tu będę więcej wyjaśniał? Sami przecież najlepiej wiecie…

code profumo 2

nuty głowy: zielona mandarynka, zielone jabłko, kardamon 

nuty serca: gałka muszkatołowa, lawenda, kwiat pomarańczy

nuty bazy: tonka, ambra, skóra

premiera: 2016

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0

Orto Parisi „Terroni” – wieśniak spod Wezuwiusza

Terroni to zeszłoroczna premiera w ramach kolekcji Orto Parisi Alessandro Gualtieriego, jednej z czołowych postaci współczesnej perfumerii niszowej. Tym zapachem perfumiarz odbywa podróż do południowej Italii, której mieszkańcy są – nieco złośliwie – określani przez swych rodaków mieszkających na północy mianem terroni właśnie (w wolnym tłumaczeniu: wieśniak, chłop).

vesuvio-1-1280x630

Ogród starego Vincenzo znajduje się nieopodal Wezuwiusza, w bezpiecznej, ale i niebezpiecznej odległości. Bezpiecznej, bo wulkan od dekad śpi. Niebezpiecznej, bo gdyby się obudził… Zimny dreszcz przechodzi starego Vincenzo za każdym razem, gdy sobie o tym pomyśli, co też stałoby się z jego ukochanym ogrodem w przypadku potężnej erupcji… Kiedyś wybrał się na wędrówkę w górę tej legendarnej góry. Nie planował wejść na szczyt. Chciał się tylko trochę powspinać… Był ciekawy, jak tam właściwe jest. Nim się spostrzegł, już stał na brzegu potężnego krateru. 230 m głębokości, ponad 500 mm średnicy. To robi wrażenie. Przerażająca czarna otchłań. Vincenzo ukucnął i począł rozgrzebywać ziemię – starą, zastygłą przed wiekami lawę. Do jego nozdrzy dotarła niezwykła woń suchej, nieco spalonej, jakby podwędzonej gleby, palonego drewna, smoły… Pomyślał, że tak przejmująco  i ponuro pachniałby pewnie jego – jakże dziś wielowymiarowy i wonny – ogród, gdyby wulkan zalał go wrzącą lawą, a ta zastygłaby po pewnym czasie, pozostawiając suchą, spaloną skorupę. Dreszcz przeszedł po plecach starego Vincenzo…

… T E R R O N I …

terroni grafika

Znajdujący się nieopodal Neapolu, stolicy włoskiego południa, Wezuwiusz stał się bezpośrednią inspiracją dla Gualtieriego. Czy jest więc Terroni odzwierciedleniem zapachu wulkanicznej lawy? Tego oczywiście nie potrafię stwierdzić, gdyż nigdy nie miałem okazji poznać tej woni, ale…

…pachnidło osnute jest wokół centralnej nuty dymnej, odrobinę smolistej, nieco też mineralnej, która osadzona jest na drzewnym, suchym fundamencie. Początkowo nieco przyprawowe i dymne, z czasem coraz wyraźniej pachnące tlącym się drewnem, w bazie staje się suche, cedrowo-gwajakowo drzewne. Nawet jeżeli tak nie pachnie lawa, to tak pachnieć może wyobrażenie o niej.

Terroni to zapach dość subtelny, aczkolwiek wyczuwalny przez całkiem długi czas (ponad 12 godzin). Jest „po prostu” dymno-drzewny, wytrawnym, zdecydowanie niszowy w charakterze, choć nie jakoś specjalnie wymagający. Dużo mniej oryginalny, niż o rok starsze Seminalis pozostaje wszakże w stylistyce niezwykłego twórcy, jakim jest Gualtieri. A ten bawi się w Terroni prawdopodobnie zaledwie kilkoma aroma-molekułami, które na codzień spotykamy w mainstreamowych kreacjach znanych marek, z tym że tam w znacznie mniejszych ilościach, niższych koncentracjach i w odpowiednio dobranym – miłym dla szeroko pojętego klienta – sąsiedztwie. Gualtieri układa te zupełnie nie-mainstreamowe nuty bardziej w intrygujący obrazek niż wielowątkową opowieść. I choć nie ma tu mowy o spektakularnym aromacie, to jednak Terroni ma swój urok – cichy i magnetyczny, dobrze wpisujący się w stylistykę, do jakiej ten artysta nas przyzwyczaił. Zresztą Terroni w niczym nie ustępuje innym zapachom Orto Parisi. Innymi słowy trzyma poziom. Zarówno fani talentu niezwykłego Włocha, jak i po prostu wielbiciele woni dymno-drzewnych powinni koniecznie poddać to pachnidło testom. Naprawdę warto.

terroni

dominujące nuty: przyprawy, smoła, dym, drewno

premiera: 2017

nos: Alessandro Gualtieri

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0-3,0

Kilian „From dusk till dawn” sztuka jest erotyczna

Rozrastając się w zawrotnym tempie kolekcja luksusowych perfum marki Kilian jest – dla ułatwienia orientacji w niej – podzielona na kolekcje. Zeszłoroczny złoty duet Woman in Gold i Gold Knight dał początek kolejnej, zatytułowanej From dusk till dawn. Jakkolwiek znajomo brzmi ten tytuł, zapachy nie mają nic wspólnego ze słynnym filmem Quentina Tarantino.

Sztuka jest erotyczna.

To hasło promujące ten perfumowy duet, a tworzące go pachnidła zainspirowane zostały malarstwem Gustawa Klimta. Obecny w jego dziełach kontrast złota i czerni został tu przeniesiony na ozdobne flakony, a według kreatywnego dyrektora marki Kiliana Hennessy, także do samych pachnideł, w których światło zostało zestawione z cieniem.

Woman in Gold to prawdziwie erotyczna mieszanka bergamoty, róży, paczuli i wanilii. Te nuty stanowią istotę tego zapachu, tworząc gęsty, harmonijny, nieco tajemniczy, orientalny aromat. Z początku bardziej wyraźna bergamota, z czasem ustępuje miejsca ciepłemu, zmysłowemu akordowi kulinarnemu z umieszczoną w centrum, dynamiczną nutą różaną sparowaną z paczulą w ten współczesny sposób, obecny także m.in. w Le Cri de la Lumiere Parfum d’Empire czy For Her Narciso Rodriguez. Ten sygnaturowy akord jest kwintesencją Woman in Gold, pachnidła intrygującego, uwodzącego i budującego erotyczne napięcie.

To prawdziwy „odwracacz męskich głów”. Panie chcące uwodzić swoich (lub nie swoich) mężczyzn zachęcam do użycia Woman in Gold jako olfaktorycznego wabika. Wg mnie sukces murowany.

Kilian Woman in gold

Męski odpowiednik Gold Knight ma z kobietą w złocie wiele wspólnego (zresztą na kobiecej skórze sprawdzi się moim zdaniem równie dobrze). Ten sam punkt wyjścia, rozwinięcia wszakże zgoła odmienne. Kilka wspólnych nut – bergamota, wanilia, paczula. Miast róży miód i anyż, dające w efekcie coś na kształt gorzko czekoladowej nuty znanej z A*Men Thierry Muglera. Zapach zdecydowanie z rodziny gourmand, ale o umiarkowanej słodyczy, umiejętnie wykończony puchatą wanilią.

Kilian gold knight

Oba pachnidła łączy charakter, wspólne akordy i nuty. Oba też – co rzadkie z przypadku tej marki – przypadły mi szczególnie do gustu. Są niezwykle zmysłowe, doskonale skomponowane, emanujące wieczorową elegancją i sex appealem. Stojąca za nimi Calice Becker – w istocie etatowa perfumiarka Kiliana – wspięła się na szczyty swojego kunsztu.

 

 

 

Serge Lutens -„Dent de lait”, czyli ząb mleczny…

Styl perfum Serge’a Lutensa wyewoluował na przestrzeni lat od bardzo dosłownego, skoncentrowanego na składnikach, nutach i ich kombinacjach oraz korelacjach do niemal całkowicie abstrakcyjnego. Stało się to mniej więcej wraz z opublikowaniem w 2006 roku Gris Clair, którego tytułową „jasną szarość” twórca osiągnął przy użyciu lawendy, tonki i białych piżm. Odtąd oryginalne, pełne inwencji nazwy kolejnych pachnideł towarzyszyły równie oryginalnym, niekiedy bardzo nowatorskim, ale zawsze niezwykle „noszalnym” aromatom. Apogeum abstrakcji duet Lutens/Sheldrake osiągnął w ramach zapoczątkowanego przez L’Eau w 2009 roku cyklu „wodnego”. L’Eau, L’Eau Froide, Laine de Verre, L’Eau de Paille to czystem perfumowe abstrakty penetrujące temat nut wodnych w perfumach. Zapachy minimalistyczne, intrygujące, wykorzystujące aromamolekuły dla osiągnięcia bardzo konkretnego artystycznego celu. Publikowane w tym samym czasie kolejne pachnidła głównej linii Lutensa także nie przypominają jego naturalistycznych klasyków. Przedziwne, kulinarne Jeux de Peau, totalnie abstrakcyjne i nieuchwytne L’Orpheline, oszczędne, jaśminowo-piżmowe La Religieuse, pachnące słonym karmelem i piernikiem Bapteme du Feu. Zeszłoroczna premiera Dent de Lait wpisuje się w ten nurt, plasując się jednak w górnej stawce perfumowej abstrakcji, ex equo z cyklem wodnym i L’Orpheline.

Lutens Dent de Lait

Inspiracja transformacją z małego chłopca w dorosłego mężczyznę, której symbolem jest mleczny ząb. Pożegnanie z wilczkiem, przywitanie wilka. Wejście w brutalny, dorosły świat, w którym czuć krew i mimowolne pozostawienie ciepłego kokonu dzieciństwa, pachnącego migdałami i ciepłym mlekiem. Jakże uniwersalny temat, zamknięty we flakonie z zapachem Dent de Lait. 

Początkowy akord, migotający chłodnymi, metalicznymi aldehydami, szybko odkrywa nutę migdałową z subtelnym dodatkiem jakiejś nie do końca zdefiniowanej i bardzo delikatnej  mentolowości. Oblany ciepłym mlekiem migdał dominuje w sercu, pozbawiony symbolizujących krew aldehydów ze wstępu. Słodkawa, ciepła, pudrowa baza wieńczy ten zapach. Na papierku testowym Dent de Lait trwa pewnie z tydzień albo dłużej. Skóra obchodzi się z nim dużo mniej łaskawie, niwecząc plany twórców i ograniczając zauważalną jego obecność do kilku godzin. Dent de Lait jest – poza oryginalnym, donośnym i przykuwającym uwagę początkiem – zapachem raczej delikatnym, zwiewnym i blisko-skórnym. Brakuje mu przekonująco zwieńczenia, perfumowego ogona, sillage… Swoim generalnie ciepłym, kulinarnym, mleczno-migdałowym charakterem zdecydowanie bardziej pasuje do kobiecej, niż męskiej skóry.

To intrygujący olfaktoryczny abstrakt, ciekawie zrealizowany koncept, ale czy to wciąż są perfumy? To określenie coraz mniej pasuje do takich kompozycji, o ile przyjąć, że słowo perfumy niesie za sobą kolejne integralne elementy: akordy, nuty, piramida, ewolucja, projekcja, ogon, trwałość. W przypadku Dent de Lait lepiej będzie po prostu użyć słowa „zapach”. Oto ciekawa pachnąca historia, wonna opowiastka, zaskakująca, abstrakcyjna, nowatorska. Jako taka z pewnością warta uwagi. Kolejny rozdział niezwykłej opowieści, snutej przez Serge’a Lutensa i Christophera Sheldrake’a – wiernego towarzysza w tej olfaktorycznej wędrówce.

 Dent de Laiy bottle

 

dominujące nuty: aldehydy, mleko kokosowe, migdał, akord krwi

twórca/nos: Christopher Sheldrake/ Serge Lutens

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0-3,5

Armani „Acqua Di Gio Profumo”

Acqua Di Gio, męski zapach legenda, od 22 lat dostępny w sprzedaży, doczekał się dotąd zaledwie kilku flankerów. Pierwszy z nich – Essenza – opublikowano zresztą całkiem niedawno, bo w 2012 roku, ożywiając w ten sposób nieco już zmurszałego protoplastę.

Opisywana wtedy jako intensywniejsza, nowocześniejsza, trwalsza i mniej morska, a bardziej drzewna interpretacja klasyka Essenza przypomniała mężczyznom o tym, jak niegdyś sławna była Acqua Di Gio i przywróciła zainteresowanie nieco już zapomnianym protoplastą. Moją uwagę zwróciła natomiast ostatnio wersja Profumo z 2015 roku. Zamknięta we flakonie o klasycznym, aczkolwiek nieco unowocześnionym kształcie, o intrygującej czarnej barwie, ze srebrnymi napisami, z modną obecnie (i bardzo praktyczną) magnetyczną zatyczką w jakiś niepojęty sposób zachęciła mnie do testów.

Nigdy nie byłem fanem klasyka, ze względu na jego ultrapopularny swego czasu charakter, zbanalizowaną na przestrzeni lat świeżość i nadzwyczajną „podrabialność”.

Któregoś dnia przy okazji rutynowej wizyty w sieciowej perfumerii sięgnąłem jednak z zainteresowaniem po Profumo

luxury_perfume_acqua_di_gi__profumo_armani-1000x1000

Profumo znaczy perfumy.

Zestawienie znanej z lekkości i świeżości oraz ulotności wersji klasycznej z koncentracją wody perfumowanej, kojarzącą się raczej z gęstością i nasyceniem, zaintrygowało mnie. Nuty morskie, kadzidło i paczula jako główne składniki? To wydawało się jeszcze bardziej pociągające…

Już pierwsze, pobieżne testy utwierdziły mnie w przekonaniu, że kiedyś będę chciał bliżej zapoznać się z tym zapachem. To też nie tak dawno temu uczyniłem. Na tej to podstawie – nie bez satysfakcji – stwierdziłem, że Acqua Di Gio Profumo to naprawdę udany, współczesny męski zapach, z owszem wyraźnym DNA protoplasty, ale ze zdecydowanie współczesnym sznytem.

Jest świeżo-drzewny, inkorporuje klasyczny cytrusowo-morski akord, ale przedstawia go w aktualnym drzewnym wydaniu. Kadzidło i paczula przydają mu głębi i treści. Utrwalają też zapach na skórze na tyle, że można śmiało cieszyć się nim przez większość dnia. Całość przekonuje mnie. Coraz bardziej trafia do mnie prostota i skuteczność, ale też praktyczność pachnideł firmowanych przez Armaniego. Doskonale znajdują się w biznesowej codzienności.

Alberto-Morillas 2

Alberto Morillas – tak, ten sam który stworzył protoplastę, a także wszystkie pozostałe flankery tej słynnej kompozycji, a także niezliczoną liczbę męskich „świeżaków”, z których wiele zyskało pozycję klasyków – zadbał o to, by Profumo pasowało współczesnemu mężczyźnie Armaniego – eleganckiemu w minimalistyczny i powściągliwy sposób.

Ten zapach to doskonały, całoroczny dodatek do casualowego garnituru i krawatu lub niezobowiązującego zestawu złożonego z koszuli i spodni oraz – opcjonalnej – marynarki. Niekoniecznie zaś do T-shirtu i krótkich spodenek. Do tej stylizacji zdecydowanie lepiej przystaje klasyczne Acqua Di Gio.

PS. Marka właśnie lansuje najnowszą wersję pod nazwą Absolu. I tym razem stoi za nią Morillas, a nowością jest zastosowanie w niej akordu owocowego. Ale o tym może kiedyś w osobnym wpisie.

Acqua-Di-Gio-Profumo-EDP-3614270157639

dominujące nuty: cytrusy, nuta morska, kadzidło, paczula

twórca/nos: Alberto Morillas

rok premiery: 2015

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0

 

 

 

 

 

 

Boucheron Collection – kolekcja ekskluzywna

Boucheron Collection

Boucheron zaprezentował w zeszłym roku kolekcję sześciu wód perfumowanych, poświęconych popularnym perfumeryjnym akordom. Znajdziemy w niej pachnidła osnute wokół nut kwiatowych: neroli, tuberozy, irysa, drzewnych: oud, kulinarnych: wanilia i – rzecz jasna – zapach ambrowy. Perfumy zostały skomponowane przez bardzo znanych perfumiarzy i zamknięte w bardzo eleganckie flakony podkreślające wyjątkowość tej kolekcji.

 

jean-christophe-herault-full

Jean-Christophe Herault przygotował Ambre d’Alexandrie, w którym klasyczny, podręcznikowy wręcz akord ambrowy zbudowany z labdanum, benzoiny i wanilii został subtelnie urozmaicony nutą „oparów z shishy”, co w praktyce pachnie jak subtelna, słodkawa nuta tytoniowa, która wszakże nie dominuje aromatu, a jedynie ładnie go ubogaca. Suma summarum przyjemny i wcale nie nudny ambrowiec.

główne nuty: ambra, tytoń fajkowy

BCH_COLLECTION_AMBRE_PACKSHOT_BD

Nathalie_lorson

Nathalie Lorson opracowała Iris de Syracuse, który obok Oud de Carthage jest moim  ulubionym z całej kolekcji. Początkowo świeży, z czasem bardziej ciepły i zmysłowy, ładnie oblany heliotropem, wzmocniony paczulą zapach, w którym irysowy temat trwa od samego początku do niemal końca, nie popadając ani przez chwilę w przesadną ziemistość czy „marchewkowość”. Bardzo ładna, harmonijna, zupełnie niekontrowersyjna, przekonująca i – co ważne – uniseksowa – kompozycja.

główne nuty: irys, heliotrop, paczula, wanilia

BCH_COLLECTION_ IRIS_PACKSHOT_BD

 

Nathalie Lorson jest również autorką Vanille de Zanzibar, naprawdę uroczego, zmysłowego i wcale nie słodkiego zapachu z wanilią z Bourbon w centrum. Aromat jest lekko pikantny, lekko drzewny i tylko odrobinę słodki, raczej linearny, układa się w zapach tzw. „drugiej skóry”. Może nie ekscytujący, ale naprawdę przyjemny.

główne nuty: wanilia, balsam Peru, heliotrop, piżmo, drewno sandałowe

 

BCH_COLLECTION_VANILLE_PACKSHOT_BD

fabrice-pellegrin

Fabrice Pellegrin podjął się zadania włączenia do kolekcji pachnidła, które miałoby – jak domniemam – stawić czoła takim pozycjom, jak Neroli Portofino Toma Forda czy Mediterranean Neroli Ermenegildo Zegny i całej masie podobnych „klonów”, próbujących uszczknąć coś z – chyba dość niespodziewanej – popularności pachnidła Rodrigo Flores-Rouxa. Z niewielkim powodzeniem, moim zdaniem. Neroli d’Ispahan, przy całej swojej poprawności i uporządkowanej urodzie podanego na ciepło i gęsto akordu kolońskiego, jest w mojej ocenie zbyt mało zdecydowany, zbyt zachowawczy… Czy ja wiem? Po prostu chyba za wiele jest tego typu – różnej jakości – pachnideł na rynku próbujących się z Neroli Portofino... O ile Zegna – moim zdaniem – sprostał, a nawet wg mnie przewyższył mega-seller Toma Forda, o tyle Boucheron raczej chyba nie zakwalifikuje się nawet do eliminacji.

główne nuty: neroli, czystek, kardamon, piżmo, ambrox, paczula

BCH_COLLECTION_NEROLI_PACKSHOT_BD

 

Dominique Ropion

Dominique Ropion zapewnił w kolekcji pachnidło oudowe. Tak jest. Ten sam, który stworzył jedne z najdoskonalszych perfum z oudem w centrum (mowa o słynnym już The Night dla Frederica Malle).  Tyle, że Oud de Carthage to zupełnie „inny zwierz”, który mimo ewidentnej suchej nuty drzewnej, akcentów miodowych i żywicznych, jako całość, emituje aurę, która mi nieodłącznie kojarzy się z ….. Homme Costume National – tego samego autora zresztą. Jeżeli więc ktoś zna ten zapach, to tu może spodziewać się czegoś do pewnego stopnia podobnego, tyle że przyprawowość tamtego została tu zastąpiona suchą drzewnością i kadzidlanością. Oud de Carthage to – po namyśle – jednak mój ulubieniec z tej kolekcji.  Solidne, dobrze projektujące i trwałe oraz całkiem oryginalne pachnidło drzewne o nieco chyba jednak bardziej męskim charakterze, niż wszystkie pozostałe.

główne nuty: kadzidło, miód, labdanum, oud, skóra

BCH_COLLECTION_OUD_PACKSHOT_BD

christopheraynaud-1180x625

Christophe Raynaud stworzył Tubereuse de Madras, całkiem unikatowe ujęcie tego kwiatowego aromatu, bo w istocie swoje nie jest to tzw. soliflore, czego można by się spodziewać po nazwie. To pełnoprawne i wielowątkowe, jednocześnie raczej świeże i lekkie pachnidło białokwiatowe, w którym akord tuberozy został otoczony zielonością fiołkowego liścia i kolońskim akcentem kwiatu pomarańczy i posadowiony na klasycznej bazie z wanilii i sandałowca. Tubereuse de Madras to najbardziej ewidentnie kobiece pachnidło kolekcji Boucheron. Ładne, ale nic ponad to.

główne nuty: kwiat pomarańczy, liść fiołka, ylang ylang, tuberoza, wanilia, drewno sandałowe

BCH_COLLECTION_TUBEREUSE_PACKSHOT_BDGdybym miał podsumować zapachy wchodzące w skład Boucheron Collection jednym słowem, byłoby to: poprawne. Wszystko się tu zgadza i wszystko jest na swoim miejscu.  Zapachy są wykonane zgodnie ze sztuką. Czuć w nich niezłą jakość składników (choć nie ma tu mowy o poziomie ekskluzywnych kolekcji Chanela czy Diora), ale czuć też sztampę i rutynę w realizacji poszczególnych tematów. Poza ropionowskim Oud de Carthage brakuje mi w nich „osobowości”, charakteru i pazura. Ale być może takie właśnie miały być – do szpiku kości poprawne…