L’Envol de Cartier – zapach ambrozji

Zaprezentowany publiczności latem tego roku L’Envol de Cartier, najnowszy męski zapach Cartiera, był dla mnie – obok nowej męskiej Prady L’Homme oraz Lalique L’Insoumis – jedną z najbardziej wyczekiwanych mainstreamowych premier tego roku. Już dziś mam ogromną przyjemność przedstawić go na łamach mojego bloga.

 

Inspiracja

Autorka perfum, Mathilde Laurent, ujawniła, że inspiracją dla ich powstania była ambrozja – mityczny nektar bogów zapewniający im nieśmiertelność. Perfumiarka chciała też, by było to pachnidło lekkie i świeże, ale jednocześnie ciepłe i komfortowe. Po wielokrotnym już przetestowaniu L’Envol muszę przyznać, że założenia te udało się zrealizować wprost perfekcyjnie. Zapach jest dokładnie taki, jaki miał być…

mathilde-laurent-20162

Zapach

L’Envol – oparty na kontraście pomiędzy lekko zieloną świeżością a subtelnie kulinarną, lekko słodką i drzewną zmysłowością – stanowi aromat z jednej strony jakby znajomy, z drugiej – nowatorski. Nawet jeżeli spotkałem się już z perfumami utrzymanymi w podobnej stylistyce, to z pewnością po raz pierwszy wącham aromat, w którym taki efekt osiągnięto przy użyciu takich, a nie innych środków.

Zapach wita nas nutą irysa daleką wszakże od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Irys jest tu lekki, świeży, ulotny, pozbawiony swej naturalnej ziemistości i drzewności. Tak jakby w formule użyto tylko pewnej – tej świeżej – części zapachowego widma irysowej esencji. W tle czuć nutę zieloną, przypominającą liść fiołkowa. Niemal od początku czuję także bardzo sugestywny aromat miodu. Zapach osadzony jest na niezawodnej paczuli, która przydaje mu „ciała” i zmysłowej drzewności, przedłużonej jakże licującym z nutą miodową gwajakiem. Piżma utrwalają, pogłębiają i zaokrąglają bardzo przyjemnie pachnącą całość. L’Envol jest zapachem niemal linearnym, zmienia się w czasie bardzo minimalnie, tracąc bardzo powoli na swej początkowej irysowo-zielonej świeżości (irys przyznam odzywa się całkiem długo) i stając się z czasem bardziej ciepły i słodkawo-drzewny.

cartier-2-lenvol

L’Envol – zakategoryzowany przez producenta jako eau de parfum – miał być wedle założenia twórców zapachem subtelnym. Faktycznie trzyma się raczej blisko skóry. Nie promieniuje na otoczenie, raczej otula noszącego komfortowym aromatem, wyczuwalnym jednak całkiem wyraźnie przez wiele godzin. Oczywiście jego wyczuwalność możemy regulować aplikowaną na skórę ilością. Co ważne, niezależnie od użytej ilości L’Envol siedzi na skórze całkiem długo – na jego trwałość nie można więc narzekać.

Marketing

Oglądając materiały promujące L’Envol – piękne fotografie i – w szczególności – film – nie sposób oprzeć się wrażeniu, że marketingowy team Cartiera wzoruje się na Hermesie, próbując mu dorównać. Robi to z naprawdę dobrym skutkiem.

cartier-lenvol-2

Flakon

W przypadku L’Envol nie można pominąć flakonu. Jego opisanie może okazać się nawet większym wyzwaniem niż scharakteryzowanie samego zapachu. Na szczęście w sukurs idą wspominanie fotografie, które dają niezłe pojęcie o oryginalności designu butli. Ta składa się z dwóch części – szklanej kapsuły, w której znajduje się ciecz w kolorze miodu oraz otaczającej ją, wykonanej z tworzywa sztucznego, kopuły, którą ja określam jako klosz, gdyż mnie całość kojarzy się z pomarańczową żarówką umieszczona w przeźroczystym kloszu, ale chyba nie takie były zamierzenia projektantów…

Trzeba jednak przyznać, że jest to design niezwykły i nie mający chyba precedensu w świecie perfum. Przy odrobinie odwagi i manualnej sprawności oraz siły i znajomości sposobu, można odkręcić kapsułę (która de facto jest wymiennym wkładem) i zabrać ją ze sobą do podróżnej walizki. Jednak dla zachowania stabilność flakonu na półce konieczne jest ponowne połączenie kapsuły z kloszem. Możliwość wymiany wkładu nawiązuje do designu pierwszych flakonów Cartiera (zapachów Must i Santos). Atomizer ukryty jest w sporych rozmiarów nagwintowanej zakrętce, zespolonej z górną, metalową częścią flakonu. By go osłonić, wystarczy delikatny ruch zakrętką w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara (rozwiązanie znane z flakonu Terre D’Hermes). Nakrętka posiada wygrawerowany słynny motyw Cartiera wykonany w technice guilloche (rytownictwo).

Całość…

… stanowi naprawdę świetnie wykonany produkt, którego kreatywność zawiera się nie tylko we flakonie, ale także i w niezwykłym zapachu skomponowanym przez Mathilde Laurent. L’Envol de Cartier praktycznie nie może się nie spodobać, jest natychmiastowo przyjazny, zawiera wyłącznie przyjemne dla nosa nuty ułożone wszakże w intrygującą i oryginalną całość. Tak rzeczywiście mogłaby pachnieć ambrozja – świeżo, żywo, ciepło, smakowicie i zmysłowo. Jestem pewien, że L’Envol jest początkiem, pierwszy rozdziałem dłuższej zapachowej opowieści Cartiera i Mathilde Laurent, na której kolejne części nie będziemy musieli długo czekać…

cartier-lenvol

główne nuty: irys, miód,  gwajak, paczula, piżmo

perfumiarka: Mathilde Laurent

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,5/ oryginalność: 5/  projekcja: 3,5/ trwałość: 4,5

Oud w mainstreamie (3) – Franck Olivier „Oud Touch”

Marka Franck Olivier pojawia się na moim blogu po raz pierwszy. Znana z tanich, ale dobrej jakości  perfum, zdobyła serca, nosy i portfele męskiej części klienteli głównie dwoma kopiami znanych pachnideł. Black Touch okazał się być jedną z lepszych, a już na pewno najtańszych kopii Terre d’Hermes, podczas gdy Eau de Passion jest niczym innym tylko falsyfikatem Chanel Platinum Egoiste, przy czym niektórzy oceniają go wyżej od obecnej wersji klasyka (!) Jestem posiadaczem obu wymienionych zapachów Francka Oliviera i z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że są to pachnidła, w których stosunek jakości do ceny należy do najkorzystniejszych na rynku. Zarówno Terre d’Hermes jak i Platinum Egoiste nie należą do perfum tanich, więc dobrej jakości imitacja za ok. 20-25% ceny oryginału będzie dla wielu osób – całkiem zresztą słusznie – optymalnym rozwiązaniem.

Gdy więc sięgałem po raz pierwszy po Oud Touch, byłem siłą rzeczy nastawiony na kolejną kopię znanego mi zapachu. A tu zaskoczenie, bo albo nie znam pierwowzoru (co jest możliwe), albo mam do czynienia z zupełnie oryginalną kompozycją oudową, w której akord oudu pachnie w  sposób całkiem efektowny i absolutnie nie gorszy od tego, co proponują marki typu Rasasi, Montale czy Mancera.

Ze względu na potężną moc osobiście przemianowałbym Oud Touch na Oud Strike. Już początek obezwładnia, a później wcale nie jest wiele delikatniej. Fakt – pachnie od początku do końca syntetycznie, składniki nie emanują jakąś super jakością i szlachetnością, ale mimo to uważam, że osiągnięto tu nadspodziewanie dobry efekt. W pierwszej fazie dominuje duet karmelu i nuty drzewnej, ostrej, nieco nawet duszącej, a złagodzony owocową nutka maliny.  Akord serca przypomina nieco zapach farby emaliowej – pewnie w wyniku połączenia wciąż obecnej maliny i paczuli. W miarę upływu czasu zapach staje się coraz bardziej drzewny, wytrawny, suchy  i nieco animalny. Baza to sucho-drzewno-ambrowa niezwykle trwała i dość intensywna nuta. Co ciekawe, oficjalna strona Franck Olivier nie wymienia oudu pośród nut. To wyjątkowo uczciwe postawienie sprawy. Wręcz nieprawdopodobne. Nie zmienia to faktu że specyficzny oudowy efekt z pewnością został tu osiągnięty.

Jak oceniam Oud Touch? Jest może nieco zbyt syntetyczny, nieco szorstki, asertywny, agresywny, mógłby też być bardziej wyrafinowany, niemniej na tej półce cenowej prawdopodobnie nie ma konkurencji. Obiektywnie to naprawdę mocny oudowy zawodnik o gargantuicznej wprost mocy i kilkudniowej trwałości trwałość. Zdecydowanie warto dać mu szansę, szczególnie że prawdopodobnie nie będzie nadmiernym obciążeniem dla budżetu.

oud-touch-2

 

nuty głowy: pomarańcza, malina, toffee

nuty serca:  fiołek, paczula, róża, kadzidło, jaśmin

nuty bazy: ambra, piżmo, wanilia

perfumiarz: bd.

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

Oud w mainstreamie (2) – Ralph Lauren „Polo Supreme Oud”

Niemal 40 lat po premierze słynnego Polo Ralpha Laurena ten sam perfumiarz – Carlos Benaim – podążając za wciąż aktualnym trendem oudowym skomponował nowy zapach dla tej marki – Polo Supreme Oud.  Nie pachnie on wszakże oudem w żadnym momencie, ale nie jest przecież w tym odosobniony. Jest natomiast bardzo solidnym zapachem przyprawowo-drzewnym (z naciskiem na to pierwsze), który oud traktuje nie tyle jako konkretny składnik, ile jako olfaktoryczną konwencję. Oto niby-arabska woń, która ma zgoła odmienny (czyt. mniej drzewny a bardziej przyprawowy) charakter od ostatnio opisanego Hugo Boss Bottled Oud, częściowo nawiązująca do bardzo na tamtejszym rynku popularnego Black Afgano Nasomatto, zbliżona też do zapachów typu Kabul Aoud Montale czy Rumz Al Rasasi Pour Lui, częściowo zaś korzystająca z dobrodziejstw współczesnych molekuł przyprawowych i drzewnych. Carlos Benaim nie skopiował żadnego z nich, ale – świadomie lub nie – do nich nawiązał.

 

carlos-benaim
Carlos Benaim

„Afgański” początek Supreme Oud to mocna i zdecydowana mieszanka aromatu goryczki, przypraw i kawy. To akord, który – nie mam wątpliwości – skojarzy się każdemu, kto zna kultowe dzieło Alessandro Gualtieriego. Z czasem podobieństwa jednak stopniowo zanikają i ustępują właściwej treści Supreme Oud – odsłaniając zdecydowanie więcej oryginalności. Robi się pikantnie i drzewnie (cynamon plus gwajak), nieco także sucho. Cynamon czuć dość mocno. Wibruje, wierci w nozdrzach, pachnie nieco szorstko i tajemniczo. Finalny akord, który długo siedzi na skórze, to dość charakterystyczna dla współczesnej perfumerii mainstreamowej woń ambrowo-drzewna. Fakt, że na tym etapie zapach jest najmniej oryginalny, nie zmienia mojej solidnej jego oceny.

Supreme Oud to więcej niż dobre pachnidło, w sumie całkiem oryginalne, wyraziste i intrygujące, kompetentnie skomponowane po to, by dobrze się je nosiło także tym, którzy niekoniecznie gustują w typowo arabskich, mocnych i często „poniewierających” aromatach.  Kilka dni z nim spędzonych utwierdziły mnie w przekonaniu, że to pozycja to zdecydowanie warta odnotowania, szczególnie że marka Ralph Lauren w ostatnich latach raczej nie może poszczycić się niczym równie interesującym, gdy chodzi o pachnidła przeznaczone dla mężczyzn. Zapach ma solidną, ponad dziesięciogodzinna trwałość i „cywilizowaną” (choć trochę za bardzo, jak na moje gusta) projekcję. Ze względu na gęsty orientalny charakter wydaje się pasować bardziej do okazji wieczorowych, aczkolwiek przy odrobinie odwagi zda także egzamin jako tzw. „perfumy do biura”, jak lubię określać te pachnidła, w których sam dobrze czuje się na co dzień w pracy.

Ode mnie dla Supreme Oud mocna czwórka z wychyłem w kierunku 4+.

 

ralph_lauren_polo_supreme_oud

główne nuty: różowy pieprz, cynamon, oud, wetiwer, gwajak

rok premiery: 2015

perfumiarz: Carlos Benaim

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Oud w mainstreamie (1) – Boss Bottled Oud

Moda na perfumy oudowe trwa w najlepsze i zatacza coraz szersze kręgi. Czy więc jesteśmy świadkami powstania nowej grupy zapachowej – obok perfum kwiatowych, orientalnych, ambrowych, drzewnych, fougere, szyprów itd.? Ktoś powie – ale przecież oud to drewno. Czyli zapach z oudem to perfumy drzewne. Cóż – niezupełnie. Naturalny oud to faktycznie drewno, tyle że wiele setek lat wcześniej zainfekowane przez grzyb. Esencja z niego pachnie na tyle wielowymiarowo, że określenie jej jako wyłącznie drzewnej byłoby niepełne. W naturalnym oudzie znajdziemy owszem akcenty drzewne, ale równie ważną rolę odgrywają aromaty zwierzęce, dymne, skórzane. Moda na oud przyczynia się do powstania odrębnej perfumowej rodziny podobnie, jak niegdyś ambra – oryginalnie pochodzenia zwierzęcego – poprzez jej imitowanie przy pomocy innych składników (np. połączenie labdanum, wanilii, i benzoesu) – zainicjowała powstanie rodziny zapachów ambrowych, w których prawdziwą naturalna ambrę odnajdziemy niezmiernie rzadko.

oud-burning

Chociaż oud w perfumach spopularyzowały na zachodzie przede wszystkim marki niszowe, to dziś tego typu pachnidła oferuje coraz więcej marek z tzw. mainstreamu. Co ciekawe, można wśród nich trafić na naprawdę udane zapachy. Choćby opisany niegdyś przeze mnie Versace Oud Noir skomponowany przez Alberto Morillasa. Do tej grupy należą także perfumy, którym poświęcę trzy kolejne odcinki tego mini-cyklu. Dwa z nich opublikowały znane designerskie brandy, a jedno wypuściła marka znana chyba tylko wąskiej grupce perfumowych entuzjastów… Ale o nim w ostatnim odcinku. Zacznijmy więc od jednego z wielkich graczy na rynku perfum…

 

Boss Bottled Oud

Z tym zapachem wiąże się pewna krótka historyjka. Otóż około rok temu wychodząc z jednej z perfumerii sieciowych poczułem mimochodem intrygującą woń rozpyloną w powietrzu. Sprzedawczyni prezentowała jakiejś parze klientów nowy zapach Bossa o nazwie – jak usłyszałem – Bottled Oud. Mój nos poczuł wszelako coś, co pozostawało w głębokiej sprzeczności z moim wyobrażeniem na temat pachnideł tej marki. Wielkie nieba! To pachniało doprawdy świetnie! Ze względu na pośpiech, nie cofnąłem się jednak, by samemu przetestować. Zapamiętałem jednak, że muszę koniecznie poznać ten zapach przy najbliższej okazji. I oto (dopiero) rok później testuję Boss Bottled Oud i doznaję przyjemnego deja vu. Mój nos mnie nie zawiódł. To doskonałe perfumy i to od pierwszej do ostatniej sekundy. Jestem naprawdę zbudowany. Nie dałem sześciu gwiazdek tylko dlatego, że tę ocenę postawiam dla dzieł wybitnych lub przełomowych, a Bottled Oud takim zapachem przecież nie jest. Jest natomiast dowodem na to, że marki mainstreamowe potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć nawet tak wybredny nos, jak mój. Szkoda tylko, że nigdzie nie mogę znaleźć informacji dotyczącej perfumiarza, który stworzył ten świetny zapach oraz osoby, która kierowała stworzeniem tego pachnidła,  bo ich imiona należałoby tu w chwale przywołać.

boss-bottled-oud

Akord rozpoczynający zapach należy z pewnością do kategorii przyciągających uwagę, przyjemnych i intrygujących, jest przy tym dość kompleksowy, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Aromat jest ewidentnie orientalny, quasi-arabski, ale jednocześnie wydaje się dziwnie znajomy. To akord zbudowany z części owocowej (jabłko i cytrusy) i przyprawowej (cynamon, szafran, goździk), który z jednej strony nawiązuje do klasycznej wersji Boss Bottled z 1998 roku autorstwa Annick Menardo (aż cztery składniki są tu wspólne), z drugiej – dzięki szafranowi i labdanum  – nabiera arabskiego charakteru oraz ciepła i głębi.  Cała reszta nut odpowiada za to, by dopisek Oud w nazwie nie był bezpodstawny. I zaręczam, że w tym przypadku nie jest. Akord oudowy jest tu wyjątkowo pięknie skomponowany. Ciepły, aksamitny, drzewny, odrobinę zwierzęcy, wysuszający się z czasem, by finiszować długotrwałą dymno-drzewną nutką cypriolu, która siedzi na skórze długie godziny.

Bottled Oud pachnie elegancko i nieco nonszalancko. Jest pięknie skomponowany i wg mnie zasługuje na wysokie noty. Polecam go nie tylko fanom oudu, ale także wszystkim mężczyznom poszukujący niebanalnego pachnidła wieczorowego. To moim zdaniem jedno ze zdecydowanie najlepszych designerskich pachnideł oudowych, jeżeli nie oudowych w ogóle.

bot_oud

nuty głowy: cytrusy, jabłko

nuty serca:  szafran, goździk, labdanum, cynamon

nuty bazy: drewno agarowe, drewno sandałowe, cypriol

perfumiarz: bd.

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

Essenze Zegna – „Indonesian Oud” i „Peruvian Ambrette”

Ekskluzywne linie perfum, dostępne zwykle wyłącznie w markowych butikach, to współczesny sposób na odbudowę właściwego statusu perfum jako produktu prawdziwie luksusowego – dostępnego dla wybranych. W czasach, gdy np. wody toaletowe marki Ermenegildo Zegna „przeciętny” mężczyzna może zakupić w niemal każdej perfumerii stacjonarnej czy internetowej, perfumy serii Essenze Zegna dostępne są wyłącznie w markowych butikach i w odpowiednio wysokich cenach, jak na towar prawdziwie luksusowy przystało.

ermenegildo-zegna_121-profile

Ermenegildo Zegna jako marka perfum znajduje się w szerokim portfolio koncernu kosmetycznego Estee Lauder, podobnie jak m.in. Donna Karan, Jo Malone, Tom Ford, Frederic Malle  czy – od niedawna – By Killian. Linia Essenze Zegna została zaprezentowana w 2012 roku. Obecnie składa się z dziewięciu zapachów, które łączy jeden składnik: włoska bergamotka, pochodząca z jednej uprawy.W bieżącym roku do kolekcji dołączono tercet pachnideł  po osobną nazwą Essenze Gold, na który składają się: Amber Gold (ups!), Incense Gold i Musk Gold.

Zegna Essenze

Komponowanie perfum powierzono perfumiarskiej śmietance. Tuzy pipety i menzurki  – Pierre Negrin, Richard Herpin, Marie Salamagne, Harry Fremont, Jacques Cavallier i Frank Voelkl to nazwiska, które w połączeniu ze swobodą twórczą i obfitszymi niż standardowe budżetami pozwalają liczyć na perfumy niebanalne i o wysokiej jakości.

Zegna to krawiecka marka męska, stąd także i perfumy tej marki dedykowane są panom. By choć odrobinę zaspokoić moja perfumaniacką ciekawość, sięgnąłem po dwa zapachy z tej wyjątkowej kolekcji: Indonesian Oud i Peruvian Ambrette. Oto moje wrażenia z testów.

Indonesian Oud

Pachnidło oudowe autorstwa Jacquesa Cavalliera (przypomnę – tego samego, który wraz z Alberto Morillasem, a pod kierunkiem Toma Forda skomponował  w 2002 oudowy M7 dla YSL) siłą rzeczy musiało wzbudzić moje duże zainteresowanie. Jak ma się Indonesian Oud do M7? To dwa różne zapachy, tak jak różne są czasy, w których powstały. M7 były pierwszymi perfumami z nutą oudu w składzie (ale nie w nazwie!), które nie pochodziły z kraju arabskiego, gdzie oud używany jest w pachnidłach od tysiącleci, tylko z Europy zachodniej. Wyprzedzały swoje czasy i modę na oud w perfumach, która rozpoczęła się dobre kilka lat później, osiągając swoje apogeum na początku bieżącej dekady. Natomiast Indonesian Oud to jeden z efektów tej mody. Nie ma w nim żadnych podobieństw do M7.

Początek zapachu jest bardzo intensywny. Potężna „lekarstwiana” (lizol) nuta oudu nieco tylko złagodzona przez bergamotkę natychmiast komunikuje nam, że mam do czynienia z zapachem raczej bezkompromisowym.  Wraz z upływem czasu uwypukla się orientalny duet róży i paczuli z dużą zawartością cashmeranu. Ten – podbity przez paczulę – zdaje się wraz z różą dominować w tym pachnidle, szczególnie na późniejszym etapie. W głębi tkwi nuta animalna, ożywająca jedynie podczas nagłego wzrostu temperatury wyperfumowanej Indonesian Oud skóry.

Indonesian Oud osnuty jest więc wokół dość charakterystycznego dla arabskiej estetyki perfum akordu róża-paczula, którego z lubością nadużywa w swoich „oudach” Montale, choć dodatek cashmeranu i – mam wrażenie – także szafranu, choć nie ma go w składzie – pozwala odróżnić się kompozycji Cavalliera jako nieco bardziej nowoczesną i europejską. Zapach ma początkowo potężną, później dobrą projekcję. Nosi się go przyjemnie, zwraca uwagę otoczenia. Niestety zaskakująco szybko – bo po kilku godzinach – mocno cichnie, pozostając na skórze owszem długo, ale za to bardzo jej blisko.

Indonesian Oud  z pewnością nie ma bezkompromisowej siły i indywidualności Leather Oud Diora, elegancji i uroku Royal Oud Creeda czy oryginalnego przyprawowego ciepła Oud Francisa Kurkdjiana, stanowi jednak udany i całkiem oryginalny przykład europejskich perfum agarowych. A czy w formule zawarto prawdziwą esencję agarową, czy raczej syntetyczną molekułę, a może oudo-podobny akord skonstruowany zręcznie z innych składników przez – było nie było – wybitnego perfumiarza, tego pewnie się nigdy nie dowiemy. Zresztą, jakie to ma znaczenie, skoro szlachetny aromat oudu jest tu ewidentny?

 

zegna_oud

główne nuty: bergamotka Zegny, indonezyjski oud, róża, ambra, paczula

rok premiery: 2012

moja ocena:  Jacques Cavallier

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Peruvian Ambrette

Piżmian właściwy (Abelmoschus moschatus), zwany ketmią piżmową, to gatunek krzewu wyjątkowy i niezwykle ważny dla perfumiarstwa. Jego ziarna zawierają bowiem substancję o zapachu piżma. Ambrette – bo tak jest ona nazywana – to więc nic innego jak roślinne piżmo, doskonała alternatywa dla nieużywanych od dawna w perfumerii składników odzwierzęcych (naturalnych piżm), czy stricte syntetycznych aroma-molekuł piżmowych.

 

Ambrette_Seed_Absolute

Składnik ten jest bardzo chętnie stosowany w perfumerii, ale rzadko bywa jej głównym tematem ze względu na jego bazowy, budujący tło zapachu, utrwalający go i nadający mu zmysłowości charakter. W kompozycji Richarda Herpina ambrette także zajmuje przynależną mu pozycję bazową, a zasadniczą treść zapachu budują subtelny, papierowy irys i suche, transparentne drewno gwajakowe. Całość ozdobiono w otwarciu odrobiną cytrusów (w tym wspomnianą na wstępie bergamotką) i czarnym pieprzem, użytym tu wszakże z ogromnym umiarem.

Peruvian Ambrette to zapach dość subtelny, ulotny, ale jednocześnie bardzo oryginalny i naprawdę intrygujący. Dość trudno jest go opisać. Ma w sobie element roślinny w typie arcydzięgla z French Lover Frederica Malle, kwaskowatą goryczkę a’la M7 YSL, ma ewidentną „papierową”, podaną tu w bardzo minimalistyczny („shade of iris”) sposób nutę kłącza irysa, ma wreszcie drzewną nutę gwajakową podpartą tytułowym roślinno-piżmowym ambrette. To jako całość ambitne i zupełnie pozbawione pierwiastka komercyjnego, zdecydowanie niszowe pachnidło, przeznaczone dla koneserów perfumowej sztuki. Do jego mankamentów zaliczyć muszę małą projekcję, która wszakże może wynikać z takiego, a nie innego profilu tego zapachu,  i trochę zbyt słabą trwałość. Mimo to oceniam Peruvian Ambrette wysoko, ze względu na jego intrygującą unikatowość. Jest przykładem dobrze zrealizowanej konwencji minimalizmu w perfumach.

zegna peruvian mabrette

główne nuty: bergamotka Zegny, czarny pieprz, irys, mandarynka, drewno gwajakowe, cashmeran, ambrette

rok premiery: 2014

moja ocena:  Richard Herpin

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

City Exclusives by Le Labo: „Limette 37”, „Benjoin 19”, Cuir 28″‚ „Vanille 44”, „Baie Rose 26”

City Exclusives to seria zapachów Le Labo, które marka dedykuje i udostępnia do sprzedaży wyłącznie w wybranych miastach świata. To zapachy mające w założeniu oddawać ducha poszczególnych metropolii. Ich wyjątkowość jest wszakże głównie wynikiem owej ograniczonej dostępności oraz… horrendalnej ceny (300 USD za 50 ml), która z pewnością nie ma w tym przypadku nic wspólnego z jakością (niczym pod względem jakości nie ustępujące im perfumy Le Labo z głównej linii kosztują połowę tej ceny). Co ciekawe, każdego września City Exclusives pojawiają się w sprzedaży internetowej na stronie Le Labo oraz w kilku innych wybranych sklepach internetowych (np. LuckyScent.com). Tak więc już za kilka dni będzie można nabyć je bez konieczności odwiedzania salonu marki w Dubaju czy w Moskwie.

Jak dotąd swych własnych pachnideł doczekały się: Londyn, Dallas, Chicago, Moskwa, Dubaj, Tokyo, San Francisco, Los Angeles, Londyn, Nowy Jork i Paryż. Kilka z nich mam dziś okazję zaprezentować.

 

Limette 37 San Francisco by Frank Voelkl

SANFRANCISCO

Urodziwy, świeży i orzeźwiający zapach w swej istocie koloński, jednak o intensywności i trwałości przewyższającej klasyki tego gatunku, plasujący się  raczej obok współczesnych kolońskich wód perfumowanych typu Neroli Portofino Toma Forda czy Cologne Indelebile Frederica Malle. Co prawda w głównym katalogu Le Labo znajdziemy już zapachy podobne co do pomysłu i charakteru (szczególnie świetny Bergamote 22 oraz w mniejszym stopniu kolońskie, a bardziej biało-kwiatowe, śliczne Fleur d’Oranger 27 i  Neroli 36). Jednak Limette 37 ma swój indywidualny charakter. Ta współczesna kolońska skomponowana została przez Francka Voelkla, o którym pisałem niedawno przy okazji recenzji Ylang 49, a którego perfumiarska maestria jest od dawna obiektem mojego szczególnego podziwu.

Limette 37 rozpoczyna się – jak przystało na kolońską – od bardzo świeżego akordu, wypełnionego esencją z limonki połączoną z bergamotką i zieloną esencją petit grain. W tle wyczuwalna jest subtelnie detergentową nuta biało-piżmową, kojarzącą się z wysokiej jakości mydłem. Zapach ewoluuje odsłaniając biało-kwiatowe serce (jaśmin), doprawione subtelnie goździkiem. Baza jest oparta na ładnie spinającym całość wetiwerze oraz z umiarem użytej tonce i spore dawce białych piżm, pozbawionych jakichkolwiek konotacji cielesnych czy zwierzęcych. Reasumując- śliczne, bardzo wysokiej jakości uniseksowe pachnidło kolońskie dla tych, którzy z bardzo grubym portfelem penetrują …. ulice San Francisco.

le labo limette-37

główne nuty: limonka, bergamotka, liść gorzkiej pomarańczy, jaśmin, goździk, wetiwer, tonka, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Benjoin 19 Moscow by Frank Voelkl

moscow

Benjoin 19 to minimalistyczny zapach żywiczny, w którym nad żywicami dominuje początkowo nuta przyprawowa (różowy pieprz?), po której na czoło wysuwa się szlachetne i wciąż nico pieprzowe olibanum. Z czasem do gry dochodzi drzewny akcent cedrowy, aż wreszcie ujawnia się główny bohater – słodkawa, ciepła, gęsta i zmysłowa esencja benzoesu. Mimo swego minimalizmu zapach zmienia się więc stopniowo na skórze. Jest przez praktycznie cały czas subtelny, blisko-skórny, dość trwały, choć nie tak bardzo, jak można by się spodziewać po użytych w nich składnikach. Intrygujący, choć mnie nie przekonał, podobnie jak niegdyś testowany Gaiac 10 dedykowany Tokyo. Po prostu nie jestem fanem perfumowego minimalizmu, podobnie jak nie przepadam za rosyjską stolicą…

Le-Labo-Benjoin-19

główne nuty:  kadzidło frankońskie, cedr, benzoes, ambra, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Cuir 28 Dubai by Nathalie Lorson 

Dubai

Początkowo Cuir 28 pachnie głównie drzewną, lekko wytrawną, szlachetną wanilią. Spod niej jednak dość szybko, bo po kilku minutach, zaczyna wybijać wetyweria. Z czasem jej obecność staje się coraz wyraźniejsza. To właśnie duet dymnej wanilii z wetywerią stanowi oś tego zapachu, trwając na skórze kilkadziesiąt minut. Co ciekawe, w tej środkowej fazie zapachu mam ewidentne skojarzenia z Lalique Encre Noire A l’Extreme. Wszak oba te pachnidła skomponowała Natahlie Lorson i oba charakteryzują się połączeniem wetywerii z żywicznymi i ambrowymi elementami. Le Labo odróżnia się jednak wspomnianą mocną nutą absolutu z wanilii, ktróej na próżno szukać w pachnidle Lalique. Aromat skóry z pewnością tu nie dominuje, z zapach jako całość można z biedą próbować zakwalifikować jako skórzany, choć w sumie zdecydowanie bliżej mu do etykiety pachnidła drzewno-ambrowego. Cuir 28 pachnie blisko skóry, jest przysadzisty, gęsty, otulający. Znów – mógłby być nieco trwalszy…

le labo cuir-28

główne nuty:  skóra, absolut wanilii, nuty drzewne, wetyweria, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Nathalie Lorson

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Vanille 44 Paris by Alberto Morillas

Paris-3

Chronologicznie drugie pachnidło cyklu City Exclusives (po Tubeureuse 40 New York) skomponowane zostało przez legendę i mistrza perfumowego fachu Alberto Morillasa.

Pierwsze, co dochodzi moich nozdrzy, to pięknie podana nuta kadzidła olibanum, z początku nieco złagodzona cytrusowym duetem bergamotki i mandarynki z czasem podbita suchą, drzewną nuta gwajaku. Obecność cytrusów jest tu praktycznie niewyczulana – w tym sensie, że nie poczujemy tu indywidualnie nut cytrusowych. Podobnie jak niewyczuwalne tu indywidualnie aldehydy, tak i cytrusy pełnią rolę unoszącą ciężkie molekuły kadzidła, wanilii i gwajaku, który wyłania się spod kadzidła ładnie korespondując z wanilią (ta z kolei jest najwyraźniejsza w bazie). Mimo tych technicznych zabiegów Vanille 44 lokuje się – podobnie jak Cuir 28 czy Benjoin 19 – blisko skóry, emitując zmysłową i otulającą woń.

Typowo dla Le Labo – składnik wymieniony w nazwie zapachu nie dominuje w sposób ewidentny. Fani zmysłowej, dymnej wanilii powinni raczej sięgnąć po Cuir 28. Vanille 44 wydaje się bowiem być bardziej pachnidłem kadzilano-drzewnym, w którym wanilia – owszem obecna – nie jest wszakże głównym bohaterem.

le labo vanille 44

główne nuty:  bergamotka, mandarynka, aldehydy, gwajak, kadzidło, wanilia

rok premiery: 2007

moja ocena: Alberto Morillas

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Baie Rose 26 Chicago by Frank Voelkl

Chicago

Baie Rose 26 jest świeżą, przyprawowo-drzewną kompozycją różaną, w której róża jest lekka, zwiewna, zdecydowanie uniseksowa. Otaczają ją wzmocnione aldehydami przyprawy (mocny i wyraźny przez pierwsze kilkadziesiąt sekund akord pieprzowy będący mieszanką różowego i czarnego pieprzu z przewagą tego pierwszego oraz subtelnie użyty goździk). W bazie króluje cedr, który wraz z akordem ambrowym i piżmami utrwala zapach na skórze na wiele godzin, projektując przy tym zdecydowanie powyżej średniej City Exclusives.

Zadziwiające, jak ta chicagowska róża od Le Labo przypomina Le Labo Rose 31 z 2006 roku. Jest owszem lżejsza, świeższa, bardziej drzewna, ale mimo ta pachnie tak, jakby jej formuła była punktem wyjścia dla Franka Voelkla. Jakkolwiek było, Baie Rose 26 broni się jako odrębne pachnidło i jest moim zdaniem jednym z najlepszych zapachów serii City Exclusives, które – z pojedynczymi wyjątkami – nie zachwyciły mnie jak dotąd.

Baie Rose

główne nuty:  różowy pieprz, pieprz, aldehydy, goździk, róża, cedr, ambra, piżmo

rok premiery: 2011

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Od 2006 roku, gdy Le Labo wyemitowało pierwszy zapach z serii City Exclusives (Tubereuse 40 New York), marka ta konsekwentnie buduje wokół niej nimb wyjątkowości. Z jednej strony spore ograniczenia w fizycznej dostępności, z drugiej bajońskie sumy, jakie trzeba zapłacić za flakon tych perfum z pewnością skutecznie podtrzymują ekskluzywny status miejskiego cyklu. Jednak same zapachy, czego osobiście doświadczyłem, nie są niczym nadzwyczajnym. Co więcej, moim zdaniem nie dorównują ani pomysłami, ani kompozycjami tańszym (co nie znaczy tanim) perfumom Le Labo z głównej linii. Czy jest więc seria City Exclusives sztucznie nadmuchaną niby-luksusową bańką? Moim zdaniem – zdecydowanie tak. W jej przypadku marketing wyjątkowo mocno- nawet jak na standardy branży perfumowej – oderwał produkt i jego wartość od rzeczywistości.

Givenchy „Gentlemen Only” – dżentelmen naszych czasów

Gdy w 2013 roku Givenchy zaprezentował nowy męski zapach Gentlemen Only, obwieścił, że będzie to hołd złożony o 40 lat (!) starszemu Givenchy Gentleman (1974). To nawiązanie było dla mnie – przyznam – ruchem zaskakującym . Próbą ożywienia wciąż żywej przecież legendy, albo może raczej bardzo spóźnioną próbą zdyskontowania sukcesu klasyka (Gentleman nigdy wcześniej nie doczekał się żadnego flankera, aż tu nagle po 40 latach taka niespodzianka!). Ten cytrusowo-drzewny klasyk jest wciąż dostępny jest na półkach perfumerii, dzielnie stojąc na straży tego, co w perfumach było niegdyś wielkie i wspaniałe. Co ciekawe, jako jedne z zaledwie kilku, może kilkunastu męskich pachnideł z tamtej epoki wytrzymał próbę czasu. Nie bez przyczyny. Jest z pewnością jednym z najwspanialszych kiedykolwiek skomponowanych męskich pachnideł. Ponadczasowe i bardzo pięknie zrównoważone połączenie cytrusów, miodu, wetywerii, paczuli i mchu dębowego to prawdziwy kanon perfumerii, do którego wciąż chętnie nawiązują współczesne marki niszowe. Gentleman był z pewnością emanacją gustów i stylistyki tamtych czasów.  Jego estetyka tak mocno wpisała się w męskie gusta, przekazywane z ojca na syna, że zapach ten trwa do dziś. I niech trwa wiecznie, bo – jak ktoś kiedyś słusznie zauważył  – „trwa mać”.

givenchy-gentleman-perfume-edt

Obecny Gentlemen Only można śmiało nazwać reprezentatywnym przedstawicielem współczesnej męskiej estetyki perfumowej. I to jest moim zdaniem główna analogia pomiędzy klasyczną a współczesną wersją. Nie byłoby go jednak, gdyby nie YSL L’Homme (2006), w którym połączono zieloną nutę liścia fiołka z przyprawami i akordem ambrowym tworząc coś na kształt współczesnego wzorca męskiego akordu, wykorzystywanego, a wręcz nadużywanego od tego czasu dość powszechnie nie tylko w perfumerii, ale i w męskich kosmetykach. Z kolei nie byłoby L’Homme, gdyby nie Fahrenheit (1988). Ten zaś pewnie nie powstałby, gdyby nie Grey Flannel G. Beene (1975).  I tak wróciliśmy do lat 70-tych, gdy powstał klasyczny Gentleman. Tak się to w perfumerii wszystko łączy, a jedno wynika z drugiego…

Gentlemen Only ma wibrujący, pieprzowy, krótkotrwały początek. W chwilę po nim pojawia się zielona nuta liścia brzozy połączona z subtelnym muszkatem. Jest lekko słodko, lekko zielono i raczej delikatnie. Z czasem ujawnia się składnik łączący zapach ze swym starszym o 40 lat protoplastą – paczula. Choć nie tak wyraźna i nie tak ewidentna, to jednak odgrywa istotną rolę w budowie całości. Tak trwa to przez dłuższy czas, który można śmiało określić sercem zapachu. Trzeba przyznać, że jest to serce długotrwałe, a zapach początkowo jakby rozmyty, z czasem powoli nabiera wyrazistości. Bazowy akord ujawnia się dopiero po kilku godzinach i jest to przyjemna woń piżmowa połączona z lekko mydlaną, słodkawą nutą kadzidła, kompletnie pozbawioną jakichkolwiek konotacji religijnych (co oczywiste, gdy weźmiemy pod uwagę mainstreamowy, nastawiony na szeroką klientelę charakter tego pachnidła). Muszę przyznać, że ewolucja, jaką przechodzi Gentlmen Only na skórze oraz ten intrygujący, całkiem niebanalny finisz okazały się dla mnie miłym zaskoczeniem.

coolsty-givenchy-04-1400x700

Gentlemen Only jest skrojony na miarę współczesnego przeciętnego męskiego gustu. Ma przy tym przyzwoitą jakość. Cierpi jednak na brak oryginalności. Nie dla każdego będzie to wada. Ratuje go wszakże ciekawy, niesztampowy finisz, który skłonił mnie do dodania jednej gwiazdki w końcowej ocenie. 

Jednego jestem pewien – opisywanie tego zapachu przez pryzmat oficjalnego spisu nut/ składników mija się w tym przypadku z celem. Jeżeli nawet bowiem np. wetyweria czy cedr zostały tu użyte (a nie mam podstaw sądzić, że było inaczej), to wszystkie te ingrediencje budują główny, zielono-drzewny motyw przewodni, nie ujawniając się indywidualnie w sposób, do jakiego przyzwyczaiła nas perfumeria sprzed dekad (przecież paczulę, miód, mech dębu, wetywerię – wszystko to przy odrobinie wysiłku poczujemy w klasycznym Gentlemanie!). Oczywiście wiem, że paczula użyta w Gentlemen Only nie jest tą samą, pełnowymiarową paczulą z Gentleman. Podobnie jest z innymi składnikami, nierzadko będącymi efektem współczesnych wyrafinowanych laboratoryjnych metod pozyskiwania, o jakich nawet nie śniło się Paulow Legerowi, gdy pracował nad formułą oryginalnego Gentlemana.

givenchy gentlemen-only-bottlesjpg

Współczesne składniki perfumowe są oczyszczane z wszelkich potencjalnych alergenów i innych niechcianych substancji. Wiele z nich traci przez to swoje cechy charakterystyczne, ale jednocześnie daje się lepiej modelować przy pomocy innych składników. Innymi słowy – gdy kiedyś do formuły dodawano olejek paczulowy, wiadomo było , że „wyjdzie on na wierzch” i w którymś momencie zdominuje kompozycję, emitując charakterystyczne cechy swej naturalnej woni. Dziś esencję z paczuli można rozłożyć na kilka części w destylacji frakcyjnej, wykorzystać jedną (albo więcej) z nich i wymodelować ją przy pomocy innych ingrediencji, tworząc w ten sposób niespotykane dotąd akordy (świetnym przykładem Mistral Patchouli Atelier Cologne). Paczula taka odegra istotną rolę, ale nigdy nie ujawni się w sposób ewidentny, taki jaki znamy z przeszłości. Z jednej strony daje to współczesnym perfumiarzom nieograniczone możliwości twórcze, z drugiej paradoksalnie może powodować, że zapachy stają się do siebie podobne, gdyż pewne zbitki składników- akordy – dobrze przyjmują się wśród klientów i są eksploatowane do granic możliwości. Gentlemen Only wpisuje się w to zjawisko, będąc z jednej strony przyzwoitym współczesnymi męskimi perfumami, którym wszakże brak indywidualnego sznytu, gdyż podobne (co nie znaczy, że identyczne) aromaty znaleźć możemy w wielu zapachach innych marek.

Obliczony na zdobycie popularności Gentlemen Only ma wszelkie ku temu zadatki. Będzie je miał zresztą każdy podobny zapach, tak długo, jak długo przeciętny klient perfumerii sieciowej będzie kierował się wyłącznie tym co modne i „bezpieczne” i nie będzie poszukiwał czegoś, co podkreśli jego indywidualność i charakter. Taki to „masowy dżentelmen”. Ale chyba lepszy taki, niż żaden…

Givecnhy G Only

nuty głowy: zielona mandarynka, różowy pieprz, gałka muszkatołowa, liść brzozy

nuty serca: cedr, paczula, wetyweria

nuty bazy: kadzidło, nuty zwierzęce

rok premiery: 2013

perfumiarz: Jean Jacques/ Francis Kurkdjian

moja ocena: 

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Wersja Gentlemen Only Intense weszła na rynek w 2014 roku. Jest w swej istocie kopią swego poprzednika z dodanym współczesnym akordem skórzanym i okrutnie już wyeksploatowaną ambrowo-tonkową bazą. Intense od początku prezentuje się bardziej zachęcająco, niż pierwowzór. Jest głębszy, bardziej zmysłowy. Innymi słowy – takie wieczorowe wcielenie dżentelmena. Ale i w tym przypadku nie ma mowy o oryginalności. Mało tego – uważam, że Intense jest nawet bardziej wtórny, niż pierwowzór, który przynajmniej zaskakuje intrygującą woltą z oklepanej drzewnej zieloności w kierunku zaskakującego i dość unikatowego mydlano-kadzidlanego finiszu. Intense – poprzez dodanie aspektu ambrowego – jeszcze bardziej zbliżył się do L’Homme YSL, a współcześnie ujęta nuta skórzana (w niczym nie przypominająca skóry znanej z klasyki perfum czy współczesnej niszy; innymi słowy wierzymy, że skóra jest, ale jej nie czujemy…) w połączeniu z przewodnią zieloną nutą liścia brzozy zbliża całość do Fahrenheit Parfum Diora. Z tym, że Dior pachnie klasę lepiej… Fakt, miłym akcentem okazała się dla mnie baza Intense, ale to z kolei poprzez jej spore podobieństwo do Prady i jej Amber Pour Homme Intense. Tak więc znów – nic oryginalnego. Całość zasługuje jednak obiektywnie na cztery gwiazdki, gdyż Gentlemen Only Intense jest zapachem pod każdym względem dobrym. Ale nic ponad to.

givenchy gentlemen-only intense

nuty głowy: zielona mandarynka, czarny pieprz, liść brzozy

nuty serca: cedr, paczula, skóra

nuty bazy: tonka, ambra, kadzidło,

rok premiery: 2014

perfumiarz: Jean Jacques

moja ocena: 

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Givenchy-Gentlemen-Only-Casual-Chic-

Póki co Givenchy nie wprowadziło wersji Gentlemen L’Eau lub Fraiche, ale Casual Chic z 2015 roku praktycznie pełni taką rolę lżejszej, świeższej, letniej, casualowej wariacji nt. Gentlemen Only. Zapach jest wyraźnie mniej złożony, oszczędny w środkach wyrazu. Na uwagę zasługuje fakt, że świeżości nie przydano tu w sztampowy sposób –  wyłącznie cytrusami. Posłużono się za to całym zestawem wibrujących i świeżych w swej naturze nut przyprawowych. I tak w akordzie głowy znajdziemy energizującą niczym doskonałej jakości lemoniada mieszankę cytrusowo-pikantnego kardamonu, wibrującego, rześkiego jałowca i dominującego tu słodkawego i pikantnego zarazem imbiru. Ten pikantny i chłodny jednocześnie koktajl ma zdecydowanie odświeżający charakter i ładnie wprowadza motyw przewodni linii Gentlemen Only –  duet zielonego liścia brzozy i cedru, który tym razem więcej ma w sobie suchej drzewności, niż liściastej zieloności i jako całość jest mniej wyrazisty niż to było w obu poprzednich wersjach. Cedr – mimo że obecny we wszystkich opisywanych tu wcieleniach zapachu – tu ujawnia się najwyraźniej, dobrze łącząc się z jałowcem z otwarcia i drewnem sandałowym ulokowanym w bazie. Z czasem zapach staje się suchy i drzewny, dryfując w kierunku estetyki reprezentowanej przez Juniper Sling Penhaligon’s i jemu podobne jałowocowoambroxanowych mikstur. Słowem – bardzo na czasie. Casual Chic wypada na tle pozostałych wersji zupełnie poprawnie, choć w sumie najmniej spektakularnie. Mimo to warto – uważam – dać mu szansę.

Givenchy-Gentlemen-Only-Casual-Chic bottle-

nuty głowy: kardamon, imbir, jałowiec

nuty serca: liść brzozy, cedr

nuty bazy: drewno sandałowe, Ambroxan

perfumiarz: Jean Jacques

rok premiery: 2015

moja ocena: 

zapach: ***/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Saga Gentlemen Only trwa w najlepsze. W bieżącym roku premier miały dwa kolejne flankery: zrywający z motywem przewodnim linii przyprawowo-orientalny Absolute  oraz lekki, zielono-miętowy Parisian Break. Jestem pewien, że to nie koniec…