Naomi Goodsir „Iris Cendre”

Julien Rasquinet to bezdyskusyjnie wschodząca gwiazda perfumiarstwa. Ten bardzo utalentowany przedstawiciel młodego pokolenia perfumiarzy ma za sobą trzy lata terminowania u samego Pierre’a Bourdona, a następnie okres pracy u boku Christine Nagel. Co ciekawe, Julien nie planował zostać perfumiarzem. Ukończył szkołę biznesową i zaraz potem na jego drodze pojawił się jego – jak się później okazało – mentor, który z własnej inicjatywy zaproponował mu staż. Mistrz chciał przekazać swoją wiedzę dwóm wybranym osobom, wykształcić osobiście dwóch młodych perfumiarzy. Wybrał Julie Masse i Juliena Rasqiuneta, którego zresztą znał od lat. Kolejne trzy lata upłynęły młodemu adeptowi na zgłębianiu wiedzy dotyczącej perfumeryjnej sztuki i na nasiąkaniu wszystkim, co przekazywał mu Mistrz. Gdy testuje pachnidła autorstwa Juliena m.in. dla Naomi Goodsir czy Masque Milano czuję wyraźnie, że Pierre Bourdon nie tylko przekazał mu bardzo wiele, ale że te przekazy trafiły na podatny grunt…

julien iff

Z Iris Cendre wiąże się zabawna historia. Pracowaliśmy na nim przez rok, ale wciąż wracaliśmy do pierwszej wersji, która de facto stała się wersją ostateczną! Chcieliśmy, by był to irys zakotwiczony  w historii oraz w tożsamości marki, którą zaczęliśmy budować. Mistyczny i dymny, z odrobiną skóry.

Julien Rasquinet

Twórczyni marki Naomi Goodsir i pełniącemu rolę dyrektora kreatywnego Renaudowi Coutaudierowi zależało, by Iris Cendre był idealnie wyważony, tak by równie dobrze pasował kobiecie, jak i mężczyźnie. Dlatego obok wyraźnej obecności szlachetnej woni irysowego kłącza, lekko drzewnej, lekko ziemistej, a także odrobinę zielonej dzięki fiołkowi, zapach został wzbogacony o akord skóry w tle (nieco terpenowy –  taki w stylu Cuir Velours tej samej marki i tego samego perfumiarza), a jego kadzidlana baza została przeniesiona z fenomenalnego Bois d’Ascese (także od Naomi Goodsir i Juliena) przydając nieco popiołowego tonu. W akordzie głowy irysowi towarzyszą zręcznie wkomponowane cytrusy i przyprawy, które początkowo nadają zapachowi nieco świeżości i lekkości. Aromat irysa trwa dość długo, jednak zapach ewoluuje tak, że po części w sercu i na dobre już w bazie irys znika, a woń staje się skórzano-ambrowa i bliskoskórna.

naomi_goodsir_interview
Naomi Goodsir

Iris Cendre pachnie przepięknie i faktycznie uniseksowo. W wyniku zestawienia irysa ze skórzanym tłem przypomina mi jedno z najdoskonalszych pachnideł z irysową dominantą – Iris Nazarena Aedes de Venustas. Pozostawiając jednak na boku porównania, który zwykle pojawiają się w mej głowie, gdy testuje jakieś nowe dla mnie pachnidło, dzieło Rasquineta zasługuje na mój niezależny koneserski zachwyt. Porusza urodą i mrocznym dostojeństwem. Ujęcie irysa jest w nim bardzo artystyczne i niszowe, a jednocześnie klasyczne, dalekie od eksperymentu czy współczesnych interpretacji w rodzaju Dior Homme czy Fin du Monde Etat Libre d’Orange. Otoczenie irysa dopełnia całości w oryginalny i przekonujący sposób, nie pozostając wątpliwości, że Iris Cendre to kolejne już w ofercie Naomi Goodsir wyjątkowe dzieło perfumiarskiej sztuki.

 

iris-cendre-50-ml-edp

główne nuty:  bergamota, mandarynka, świeże kwiaty, przyprawy, fiołek, irys, czystek, kadzidło, tytoń, ambra

perfumiarz:  Julien Rasquinet

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 4,0 / projekcja: 4,0 / trwałość: 4,0

 

PS. Perfumy Naomi Goodsir można przetestować i zakupić m.in. w perfumerii Lulua w Krakowie.

 

Olivier Durbano „Lapis Lazuli” czyli błękit ultramarynowy

To już dwunasty kamień w pachnącej interpretacji Oliviera Durbano, co z pewnością cieszy fanów talentu tego niezwykłego twórcy, w tym mnie osobiście. Niejednokrotnie już podkreślałem wyjątkowość i unikatowość perfumowej kolekcji Parfums de Pierres Poemes. Każdy miłośnik perfum o niebanalnym i wysublimowanym pięknie powinien ją znać. Kropka.

olivier-durbano

Tym razem inspiracją był lazuryt – kamień o przepięknej błękitnej barwie. Słowo „błękit” nie do końca oddaje niezwykłości koloru tego kamienia, który w epoce Renesansu używany był do pozyskiwania niezwykle cennego pigmentu – naturalnej ultramaryny. Ta inspiracja oczywiście znalazła odbicie w przepięknej barwie perfum.

Znawcy kamieni szlachetnych lazurytowi przypisują własności wspierające w walce melancholią, pozytywny wpływ na pogodę ducha, na harmonię w kontaktach z innymi ludźmi, na poczucie bezpieczeństwa. Lazuryt ma wzmacniać silną wolę, koncentrację, intuicję, wiarę we własne siły, kreatywność, odwagę i zdolności przywódcze (za http://pozytywnaenergiakamieni.blogspot.com/).

lazuryt

Lapis Lazuli to Durbano, jakiego lubię najbardziej. Chłodny, mineralny, mistyczny, niepokojący i absolutnie inny od wszystkiego. 

Zapach jest połączeniem suchej, drzewnej bylicy (znanej nam dobrze w bardzo wyrazistym i surowym wydaniu z French Lover Frederica Malle), z iglakowo pachnącym cyprysem, nutą drzewa herbacianego oraz zieloną ziołowością tymianku i eugenolową wonią goździka. Tym składnikom nadano – z pomocą tlenku różanego  – nieprzesadnie, ale wyraźnie wyczuwalnie różano-metalicznej poświaty (którą w mocniejszym i bardziej różanym wydaniu znajdziemy w fenomenalnym Opus X Amouage.) Tutaj ów tlenek odciska swe piętno, ale nie na tyle, byśmy mieli do czynienia z aromatem róży, jedynie z jej metalicznym, zielonym wspomnieniem. Serce zapachu jest bardziej ziołowe, z dominującym tymiankiem. Bardzo niecodzienne nuty w postaci „mleka roślinnego” czy „orkiszu„, dla mnie nie możliwie do zidentyfikowania, z pewnością dodają niezwykłości. Finisz ma drzewny charakter i w bardzo naturalny sposób wypływa z reszty kompozycji, zachowując wciąż jej przewodni temat. To ważne, gdyż wg mnie Lapis Lazuli do samego końca pachnie w dużej mierze tak, jak na początku, a następujące w nim zmiany – choć obecne – są minimalne.

Perfumy przyjemnie projektują, trzymając się skóry ponad osiem godzin, co dopełnia moją ich wysoką ocenę. Wg mnie to jeden z najciekawszych o najlepszych zapachów w ofercie Oliviera Durbano. Im dłużej go testuję, tym bardziej mnie zachwyca…

durbano-lapis-lazuli

nuty głowy: bylica, cyprys, drzewo herbaciane, goździk, tlenek różany

nuty serca: tymianek, mleko roślinne, orkisz, irys

nuty bazy: wetyweria, drzewo cedrowe, ambra, żywica elemi, żywica tolu, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 6,0 / projekcja: 4,0 / trwałość: 4,5

PS. Perfumy Oliviera Durbano można przetestować i nabyć wyłącznie w perfumerii Quality Missala.

Parfums de Marly: „Herod”, „Galloway” i „Oajan”.

Od dawna już przymierzałem się do umieszczenia wpisu na temat wybranych męskich pachnideł Parfums de Marly. W tym celu z koszyka z napisem Men-Unisex Fragrances wylosowałem trzy, poddałem je testom, a wyniki opisałem poniżej, porządkując recenzje wg mojej subiektywnej oceny atrakcyjności poszczególnych zapachów. Najlepsze więc umieściłem jako ostatnie… Zanim jednak o zapachach, kilka słów wstępu.

Parfums de Marly pierwsze perfumy zaprezentowało w 2009 roku. Od tego czasu pachnąca oferta paryskiego domu urosła do ponad dwudziestu pozycji, których nazwy pochodzą od imion koni wyścigowych hodowanych z pasją przez Ludwika XV. Wizerunki koni – inspirowanych sławną paryską rzeźbą The Marly Horses, wykonaną w 1743 roku przez Guillaume Coustou właśnie na zlecenie Ludwika XV – znajdują się na każdym flakonie Parfums de Marly. Marka stworzyła więc sobie historyczno-hippiczną otoczkę, na której wolałbym się jednak tu nie koncentrować. Warto natomiast dodać,  że lista płac Parfums de Marly zawiera same  znane nazwiska perfumiarskie, mi.in: Michele Saramito, Olivier Pescheux, Jacques Flori,  Sidonie Lancesseur, Nathalie Lorson czy Fabrice Pellegrin, które mogą, choć nie muszą, gwarantować co najmniej solidnego poziomu perfum.

marly-horses
The Marly Horses

Herod to słodkawe, waniliowo-cynamonowe pachnidło z deklarowaną, aczkolwiek prawie niemożliwą do wykrycia nutą tytoniu. Zapach jest trochę w stylu Tobacco Vanille, ale nie jest tak wyrazisty, jak bestseller Toma Forda. Herod jest mniej ciekawy, a już na pewno mniej spektakularny. Początek pachnie jak tytoń aromatyzowany śliwką. Owocowa nutka szybko jednak cichnie i – choć jeszcze przez jakiś czas obecna – zdominowana zostaje słodkim aromatem cynamonu. Zapach staje się więc przede wszystkim słodki, a przy tym jednowymiarowy. Nie czynię z tego zarzutu, bo czasem właśnie dobrze jest, gdy pachnidło nie wykonuje żadnych nieprzewidzianych wolt, tylko pachnie długo, konkretnie i na temat. I tak jest w przypadku Heroda, który kończy dość nijaka waniliowa baza. Trochę szkoda, że nie czuję tu tytoniu. Mógłby dodać całości charakteru. A tak mamy oto zupełnie poprawne, ale mało porywające męskie pachnidło., które ma poważną konkurencję.

pdm-herod

nuty głowy: cynamon, drewno pieprzowe

nuty serca : osmantus, tytoń, labdanum, kadzidło

nuty bazy: wanilia, cedr, wetyweria, paczula, iso e super, cypriol, piżmo

perfumiarz:  Olivier Pescheux

rok premiery: 2012

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0 / oryginalność: 2,0 / projekcja: 3,5 / trwałość: 4

 

Galloway to zdecydowanie świeższy, ale i także ciekawszy zapach, w którym początkowo, prócz delikatnego pieprzu, czuję sporą dawkę białych piżm, z gatunku tych przypominających woń rozgrzanego żelazka (jeżeli można tak to określić). Dość szybko miejsce pieprzu zajmuje detergentowy akord z wiodąca nutą kwiatu pomarańczy, spod którego emituje syntetyczna ambrowo-piżmowa baza. Ten etap kojarzy mi się z Fierce A&F, aczkolwiek… ta mieszanka aromatu detergentowej świeżości z potężna dawką białych piżm i molekuł ambro-podobnych (podejrzewam głównie Ambroxan) skutkuje owszem miłym dla nosa, aczkolwiek miałkim i bardzo banalnym aromatem, przy który nawet wspomniany Fierce wypada – moim daniem – po prostu lepiej. Z czasem woń ta zmienia się, tracąc nutę kwiatu pomarańczy i staje się coraz bardziej syntetycznie ambrowo-piżmowa, a na samym końcu nawet sucho-drzewna. Nie wiem, jaki składnik gra tu kluczową rolę (coś „cedro-podobnego”?), ale finisz Galloway jest po prostu sucho-rdzewny i więcej niż trwały. Na skórze potrafi się odezwać, gdy już sądzimy, że Galloway zupełnie przestał pachnieć, a na papierku testowym siedzi – i to całkiem głośno – przez kilka dni!

Galloway to taki „biuro-przyjazny” męski crowd pleaser o mainstreamowej jakości i grzecznej mocy. Jeśli zabrzmiało to pejoratywnie, to nie było to moim zamiarem. Po prostu warto wiedzieć, że sięgając po Galloway dostaniemy dobre, bezpieczne, przyjemne i zmieniające się w czasie męskie pachnidło, w którym jest i detergentowa nuta świeżo upranej (i nawet wyprasowanej) koszuli, ostrożnie użyty kwiat pomarańczy i mocny, męski drzewny finisz. Ale nic ponad to. Średnio.

Internetowi entuzjaści przyrównują Galloway do bardzo przez nich cenionego Lalique White. Niestety, nie mogę potwierdzić, ani też zaprzeczyć temu porównaniu, gdyż (wstyd!) dotąd nie poznałem Lalique White! Czas pewnie nadrobić tę zaległość, choć to nie jedyna…

parfums-de-marly-galloway

nuty głowy:  cytrusy, pieprz

nuty serca : irys, kwiat pomarańczy

nuty bazy: ambra, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2014

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / oryginalność: 3,0 / projekcja: 4 / trwałość: 4,5

 

Oajan należy do bardziej ekskluzywnego cyklu Arabian Breed Collection. To pachnidło z gatunku słodko-przyprawowych, w którym nutę cynamonu połączono z miodem, benzoesem, labdanum, ambrą, paczulą i wanilią w jedną naprawdę sporej urody całość. Spokojnie można go nazwać ulepszoną wersją Heroda, z mniejszą dawką wanilii, a większą – cynamonu i poprawionymi „parametrami użytkowymi”. Bardzo ważną rolę odgrywa też z umiarem zadozowana tonka, przydająca całości kulinarnej zmysłowości. Zapach idealnie nadaje się na zimne pory roku, pięknie otula, wręcz ogrzewa i jest bardzo przyjazny, a jednocześnie zdecydowany. Choć jego temat rzeczywiście wydaje się być znajomy, to obiektywnie muszę przyznać, że jakość i parametry Oajan nie pozostawiają nic do życzenia i wyróżniają się mocno na plus w porównaniu do Heroda czy Gallowaya. Zapach jest trwały i mocny, przyjemnie snuje się za noszącym. Nosi się go z dużą przyjemnością.

Co przypomina mi Oajan? A choćby Odin Semma oraz klasyczne już Burberry London for Men. Oczywiście wiem, że oba zawierają nutę tytoniu, której w Oajan nie ma (ani w opisie, ani w tym, co czuję), lecz mi to zupełnie nie przeszkadza. Co więcej, zapach Parfums de Marly wypada pośród nich najlepiej. To także zdecydowanie najlepszy z prezentowanej w tym wpisie trójki. Pozwala domniemać, że także i pozostałe zapachy z kolekcji Arabian Breed prezentują się równie solidnie.

 

pdm-oajan

nuty głowy: cynamon, miód, osmantus

nuty serca : bylica, benzoes, labdanum, szara ambra

nuty bazy: tonka, paczula, wanilia, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / oryginalność: 2,0 / projekcja: 4,5 / trwałość: 4,5

 

Jak podsumować opisane wyżej męskie zapachy Parfums de Marly? Nie jest to z pewnością perfumeria niszowa. Nie są to też pachnidła „górnych lotów”. Bezpieczne, bezpretensjonalne, łatwe w noszeniu i przyjazne dla otoczenia, ładne, ale… bardzo wtórne. No i jeszcze ta dęta i pretensjonalna „historia marki”, która moim zdaniem wcale jej nie pomaga… Chyba, że jako wabik dla niezorientowanych klientów z grubym portfelem. Właśnie. Portfel. Wg mnie Parfums de Marly „boksuje powyżej swojej wagi”. Także w kwestii ceny, która w stosunku do treści i jakości wydaje się być zbyt wygórowana. Na tej półce cenowej z pewnością znajdziemy dziesiątki lepszych pachnideł. Wystarczy poszukać…

 

Frederic Malle „Le Parfum de Therese” – klasyka objawiona

Z tymi perfumami łączy się niezwykła opowieść. Niezwykła nie dlatego, że sporządził ją wyrachowany copywriter po to, by zachęcić do zakupu perfum lub zwiększyć ich sprzedaż. Niezwykła dlatego, że napisało ją życie…

Dotyczy ona jednej z najważniejszych postaci w historii perfumerii, wybitnego perfumiarza Edmonda Roudnitski, który nie tylko stworzył ponadczasowe arcydzieła perfumerii (głównie dla Christiana Diora: Diorissimo, Diorella, Diorama, Eau Fraiche, Eau Sauvage, ale także słynne Eau D’Hermes i pachnidła dla Rochas: m.in. Femme, Moustache for Men), ale także wyznaczył nowe kierunku w perfumerii. Pisał też książki o swym fachu, które weszły do kanonu, podobnie jak jego perfumy.

edmondroudnitska1969cafleurebon1
Edmond Roudnitska (1905-1996) (fot. Cafleurebon)

Edmond Roudnitskę stworzył Le Parfum de Therese gdzieś pomiędzy 1957 a 1965 rokiem z myślą tylko i wyłącznie o swej żonie Theresie. Ta nosiła je przez kolejne lata swego życia i nikt poza nią (i pewnie synem Michelem oraz oczywiście twórcą) nie wiedział o ich istnieniu. Do momentu, gdy już po śmierci perfumiarza, pod wpływem sugestii Frederica Malle, który właśnie tworzył swoje perfumowe wydawnictwo Editions de Parfums, Theresa zgodziła się ujawnić recepturę tych perfum i pozwoliła Fredericowi wydać je pod własną marką.

edmond-and-therese-roudnitska

Jak niemal każde ówcześnie popełnione przez Roudnitskę pachnidło, także i to wyprzedzało swoje czasy. Podobnie jak Eau Sauvage, który zadziwił i urzekł wszystkich swym totalnie wówczas nowatorskim charakterem, o którym w dużej mierze zdecydowało odważne i przekraczające wszelkie ówczesne normy użycie molekuły Hedione, dzięki której ten koloński szypr nabrał niezwykłego, świetlistego, jaśminowego charakteru, tak Le Parfum de Therese po raz pierwszy zaprezentował nutę wodną, która 30 lat później stała się elementem budującym bardzo modny gatunek perfum wodnych (acquatic).

Gdyby Le Parfum de Therese zostały opublikowane w czasach, gdy jest stworzono, byłby dziś jednym z uwielbianych ponadczasowych klasyków, wymienianych jednym tchem z  Diorella, Diorissimo, Eau Sauvage czy Femme.

frederic_malle
Frederic Malle

Dzieło Roudnitski to neoklasyczny owocowy szypr z wodnym akcentem w postaci nuty melona (melonal), która współtworzy tu świeże i soczyste, słodko-cytrusowe i jednocześnie rześkie otwarcie (mandarynka), wzbogacone o unoszący całość pieprz. Serce tej klasycznie zbudowanej (bo jakżeby inaczej) kompozycji również nie jest typowe dla szyprów tamtych czasów. Obowiązkowej esencji różanej i subtelnego jaśminu towarzyszy bowiem zdecydowanie wówczas nowatorski i przydający oryginalności akord śliwki (daleki wszakże od współczesnych wytworów chemii i w swej umowności podobny do słynnej nuty brzoskwini w Mitsouko Guerlain). Dzięki fiołkowi zaś niemu serce pachnie nieco zielono i w sumie bardzo odlegle od ciężkich retro szyprów. Baza ma drzewny charakter, a jej najważniejsze ingrediencje to wetyweria, cedr i akord skórzany. Mimo braku emblematycznych dla bazy szypru mchu dębowego i labdanum, zapach utrzymuje się w tej klasycznej estetyce, nadając jej jednocześnie nowoczesnego sznytu. Na etapie bazy nie ma już śladu po wcześniejszych nutach, co potwierdza klasyczną konstrukcję tych perfum.

Co może być zaskakujące, wg mnie Le Parfum de Therese ma uniseksowy charakter. Generalnie szypry, o ile nie zdominowane przez białe kwiaty i aldehydy, nuty szminki czy pudru, bardzo dobrze układają się na męskiej skórze (nawet szypr nad szypry Aromatics Elixir Estee Lauder), co zwykle wynika z ich cytrusowo-mszysto-drzewnego charakteru. Le Parfum de Therese nie jest tu wyjątkiem. Nawet więcej – ze względu na swój nowatorski i oszczędny w środki wyrazu charakter, bardzo dobrze współgra z męskim naskórkiem .

Przede wszystkim jednak Le Parfum de Therese pachnie bardzo charakterystycznie dla stylu Mistrza Edmonda. Ten bezdyskusyjny geniusz kolby i pipety potrafił tworzyć prawdziwe cuda perfumerii na miarę ówcześnie dostępnych składników i możliwości technicznych. Z niezwykłym wyczuciem wykorzystywał nowe wówczas aromamolekuły po to, by znanej estetyce dodać nowych wymiarów, by pokierować ją na nowe tory. Dzięki temu, ale także niezwykłemu talentowi i tytanicznej pracy w swoim laboratorium, stworzył perfumy, które funkcjonują „poza czasem”, poza zmieniającymi się modami i wbrew współczesnemu natłokowi nowych składników i sztucznie budowanych wokół nich trendów. W latach swojej świetności Roudnitska mógł swoje dzieła zaprezentować publice głównie dzięki wizjonerstwu, odwadze i niezwykłemu smakowi Christiana Diora. Le Parfum de Therese musiały poczekać wiele lat, by dzięki innemu koneserowi perfumeryjnego rzemiosła, Fredericowi Malle, mogły zostać upublicznione. To świetnie, że tak się stało, bo to pachnidło zupełnie wyjątkowe. Bo choć nie będące koronnym osiągnięciem Edmonda Roudnitski, to jednak potwierdzające jego niezwykły talent, wyjątkowy kunszt i gigantyczny warsztat. Jestem pewien, że ich klasyczna harmonia z domieszką współczesności i niezwykła uroda nikogo wrażliwego na aromaty nie pozostawią obojętnym…

 

malle-parfum-de-therese

nuty głowy: pieprz, mandarynka, melon

nuty serca : jaśmin, fiołek, róża, śliwka

nuty bazy: cedr, wetyweria, skóra

perfumiarz:  Edmond Roudnitska

rok premiery: 1999 – w ramach Frederic Malle Editions de Parfums (pierwotnie w 1957-65)

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 4,0 / projekcja: 3,5-4,0 / trwałość: 3,5

Orto Parisi „Seminalis” – czas siewu…

Alessandro Gualtieri dodał właśnie kolejny pachnący element do kolekcji Orto Parisi. Jak pamiętamy, zapachy te powstały z inspiracji ogrodem dziadka perfumiarza, Vincenzo Parisiego. Owe niezwykłe aromaty dość sugestywnie opisałem swego czasu tu:

Orto Parisi – w niezwykłym ogrodzie Vincenzo Parisi

Powróćmy zatem na chwilę do tego niezwykłego ogrodu…

garden-italy… Czymże bowiem byłby ogród Vincenzo bez wszechobecnych tu nasion produkowanych przez wszystkie jego ukochane rośliny? To one przecież warunkowały życie, to one – o ile trafiły na żyzne podłoże – dawały początek nowemu życiu. Życie… jakby zamknięte w tych małych nasionkach, czekające tylko by się rozpocząć… To zawsze fascynowało Vincenzo. Bardzo dbał o to, by życie w jego ogrodzie miało jak najlepsze warunki do powstawania. Wiele czasu i wysiłku poświęcał na to, by przygotować najbardziej wartościowy nawóz, wzbogacając go o produkty własnej przemiany materii. Chciał być pewien, że jego praca nie pójdzie na marne. Oddawał się swemu ogrodowi bez reszty. W rzadkich i niezwykle cennych chwilach, gdy widział i bardzo wyraźnie czuł, a wręcz chłonął całym sobą efekty swojej pracy i zaangażowania, doznawał poczucia niezwykłego, potężnego podniecenia, które nierzadko przechodziło w do głębi fizyczne, ekstatyczne, uwalniające przeżycie… Wiedział, że bez TEGO nasienia jego ogród nie byłby kompletny. Nigdy nie stałby się tym, czym był.  A był jego największą miłością i jedynym autentycznym obiektem namiętności. Cała reszta po prostu się nie liczyła… 

…S E M I N A L I S…

orto-parisi-seminalis

Alessandro Gualtieri:

„Seminalis (łac. nasienny) to zapach, który zdaje się odpowiadać za przyciąganie mężczyzn do kobiet.”

Oto przedziwna mikstura o gęstej woni, początkowo przez dosłownie kilka sekund paczulowej, a zaraz potem słodkawej, przypominającej zapach kruchych ciasteczek (patrz: Dries Van Noten par Frederic Malle), która leniwie, bardzo powoli osiada na skórze. Z czasem owa kremowo-sandałowa słodkość z powrotem oddaje nieco miejsca paczuli w postaci molekuły Clearwood, która na tym etapie nadaje gorzkiego kontrastu. Następuje kilkunastominutowa „walka” nut słodkich i gorzkich, w której zwyciężają te pierwsze, by na przestrzeni kolejnych godzin przejść w ambrowo-drzewno-piżmowy, bardzo długotrwały, z czasem dość ostro pachnący finisz (prawdopodobnie zdominowany przez Ambrocenide). Seminalis trwa bowiem na skórze ponad dobę (!), a jego składniki wgryzają się w skórę z nieprawdopodobną skutecznością, pozostając na niej i całkiem wyraźnie dając o sobie znać jeszcze następnego dnia po użyciu. Zapach początkowo niemal poraża swą mocą, ale z czasem układa się i projektuje w miarę spokojnie, choć jest dobrze wyczuwalny dla noszącego, więc pewnie także i dla otoczenia.

Co ciekawe, z formalnego punktu widzenia, Seminalis praktycznie nie posiada akordu głowy i serca, gdyż składniki je budujące stanowią zaledwie 7,5% formuły. Cała reszta to typowe ingrediencje budujące bazę tych perfum, w tym paczula (14%) i różnego rodzaju piżma (55%). Pozostałe składniki odpowiadają za drzewną (sandałowiec) i ambrową część pachnidła. A jednak przemiany, jakim podlega ten zapach na skórze są ewidentne. Zachodzą one wszakże powoli (poza nieco chaotycznym wstępem), gdyż wynikają ze – z natury rzeczy – powolnego ulatniania się ciężkich molekuł bazowych.

Alessandro Gualtieri zbudował tym razem dość jednoznaczną otoczkę wokół tego zapachu, sugerując jego feromonowe własności. Seksualny nimb wokół Seminalis nie jest jednak bezpodstawny. Sam zapach ma w sobie coś z gruntu erotycznego, zmysłowego w cielesny, niemal fizjologiczny sposób.

Kolorystyka cieczy i zatyczki (a szczególnie jej zwieńczenia) może budzić bardzo organiczne skojarzenia, szczególnie, gdy zestawimy ją z nazwą zapachu…

Nie bez znaczenia jest użyta w kompozycji paczula, niosąca ze sobą zmysłowość, szczególnie gdy połączona jest ze słodszymi nutami (najlepsze przykłady to Angel Thierry Mugler i Coromandel Chanel). Podobny schemat zastosował Gualtieri, ale zrobił to we właściwy sobie poszukujący i kwestionujący sposób, dzięki czemu Seminalis jest bardzo oryginalnym tworem. Niezmiernie istotny jest tu także spory ładunek piżm, chyba jedynych faktycznych afrodyzjaków pośród perfumowych ingrediencji.

Seminalis dowodzi coraz lepszego warsztatu perfumiarza. Jest jednym z jego najlepszych pachnideł i bardzo udanym uzupełnieniem kolekcji Orto Parisi – wyjątkowych, wizjonerskich i zupełnie niezwykłych zapachów. Wszystkich wielbicieli zapachów słodko-drzewnych i kulinarnych, także tych poszukujących w perfumach wyzwań oraz doznań niebanalnych, osoby chcące wyróżnić się przy pomocy wyjątkowego zapachu gorąco zachęcam do zapoznania się z Seminalis. Naprawdę warto.

seminalis-orto-parisi

główne nuty: paczula (Clearwood), drewno sandałowe (Javanol, Polysantol), ambra (Ambrocenide), wanilia (ethyl vanillin), sterydy (Aldrone), piżma (m.in. Ambrettolide, Muscone, Musk Ketone)

nos: Alessandro Gualtieri

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

Zapach: 4,0/ oryginalność: 6,0 / projekcja: 3,5 / trwałość: 6,0

 

P.S. Seminalis, jak i cała linia Orto Parisi, dostępne jest w ofercie krakowskiej perfumerii Lulua.

Prada L’Homme czyli sen spełniony

 

 

Prada-Lhomme-2

 

L’Homme, które miało niedawno swa premierę łącznie z wersją damską La Femme, jest kwintesencja perfumowego stylu marki Prada, od samego początku realizowanego z powodzeniem przez niezastąpioną Danielę Andrier.

W centrum zapachu  znalazł się „pradowski” irys. Nie pierwszy raz zresztą. To właśnie wilgotna i drzewna nuta kłącza irysa jest tym, co czuję zaraz po aplikacji L’Homme na skórę. Początkowo „podbita” pieprzem i ładnie zaokrąglona neroli. Z czasem – w sercu – zmiksowana z fiołkiem i geranium w piękny, emblematyczny dla perfum Prady akord „mydlany”, po raz pierwszy zaprezentowany w fantastycznym (i moim ulubionym) Prada Man, obecnie noszącym nazwę  Amber Pour Homme. Ów neo-koloński mydlany akord z czasem nabiera mocy dzięki obecności geranium i fiołka. Irys bowiem po pewnym czasie – jak zawsze – znika z zapachowego spektrum, a całość ewoluuje w kierunku komfortowego mydlano-ambrowego finiszu, w którym wyraźnie czuję niewymienioną w oficjalnym składzie tonka lub coś tonko-podobnego.

ansel-elgort-for-prada-lhomme-fragrance-3

Jeżeli irys i puder, to Dior Homme. Porównania z dziełem Oliviera Polge’a są oczywiście nieuniknione, ale też i wyjątkowo uprawnione. Oba zapachy są bowiem do siebie podobne nie tylko pod względem koncepcji (męskie perfumy ciążące ku damskiej estetyce), ale także budowy i użytych składników. Stąd moje graniczące z pewnością przekonanie, że L’Homme przypadnie do gustu wszystkim wielbicielom wspomnianych perfum Diora. Nie ma tu jednak mowy o kopiowaniu. L’Homme ma w sobie dość oryginalności, by nie pozostawać w cieniu sławnego poprzednika. Wszakże są między nimi różnice. Jakie? Otóż irys w Dior Homme jest bardziej „papierowy” i zupełnie niemydlany. Duże znaczenie mają użyte na wstępie ziołowe nuty szałwii lawendy. Dzięki nim początkowo jest bardziej aromatyczny. Z kolei intro w L’Homme – mimo obecnego pieprzu i neroli – jest cięższe, a istotną rolę od razu grają tu geranium i fiołek, które siłą rzeczy przydają wspomnianego mydlanego „pradowskiego” klimatu. Zbudowany z wetywerii i nuty skórzanej finisz Dior Homme jest nieco bardziej… męski (nie sądziłem, że kiedykolwiek to napiszę!) niż mydlano-tonkowe zwieńczenie L’Homme

Swoją drogą ciekaw jestem, jaki wpływ mógł mieć na podobieństwo obu zapachów fakt, że Daniela Andrier na początku swej perfumiarskiej drogi terminowała u Jacquesa Polge’a – ojca Oliviera, twórcy Dior Homme. Pewnie żaden, ale…

daniela-andrier-5
Daniela Andrier

Niezależnie od sporych podobieństw obu pachnideł L’Homme zasługuje moim zdaniem na wysoką ocenę zarówno pod względem treści i jakości, jak i parametrów użytkowych. Przyjazna projekcja pozwala cieszyć się zapachem noszącemu i pozostawiać elegancki, przyjemny i „czysty” ogonek przez dobre osiem-dziewięć godzin. Zresztą na mojej skórze dzieło Danieli Andrier zdaje się sprawować lepiej niż Dior. Poza tym L’Homme nosi się po prostu bardzo komfortowo i piszę to z pełnym przekonaniem. Zapach przydaje szyku i zdecydowanie poprawia mi nastrój z czasem minorowego na serdeczny, a mój styl zmienia z porannego-byle jakiego na bardziej profesjonalny😉

Mimo sugestywnej nazwy L’Homme jest idealnym uniseksem, nie przechylającym szali na żadną ze stron. I na tym m.in. polega jego urok. Jak dla mnie, to jedna z najważniejszych i najlepszych perfumowych premier tego roku. Sporo po niej oczekiwałem, obawiałem się rozczarowania, ale przyznam, że absolutnie się nie zawiodłem. Co więcej – L’Homme okazał się niemal dokładnie taki, jakiego się po Danieli Andrier spodziewałem. To się mi niemal nigdy nie zdarza. A jednak!

Prada did it again! 

prada-lhomme

Nuty głowy: pieprz, neroli

Nuty serca : irys, fiołek, geranium

Nuty bazy: ambra, paczula, cedr

perfumiarz:  Daniela Andrier

Rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

Zapach: 5,0 / oryginalność: 3,5 / projekcja: 4,5 / trwałość: 4,5

Memo Paris „Russian Leather” – skórzane fougere

Skórzany cykl Cuirs Nomades marki Memo Paris wzbogacił się ostatnio o kolejne po Italian Leather, Irish Leather, African Leather i French Leather pachnidło: Russian Leather.

memo-cuirs

Tym razem inspiracja przyszła z mroźnej Syberii, a kompozycja Alienor Massenet okazała się być „mroźnym fougere„, w którym klasyczne składniki gatunku – lawendę i tonkę – wzbogacono o całą gamę bardzo rosyjskich ingrediencji: rozmaryn, szałwię, akord rosyjskiej skóry, cyprys, sosnę i kolendrę. „Mroźny podmuch” nadano za pomocą mięty, a całość doprawiono bazylią i gałką muszkatołową. Drzewną naturę pachnidła uzupełniają gwajak i paczula.

Jak pachnie Russian Leather? Po tytule można by spodziewać się czegoś na kształt Cuir de Russie Chanela, jednak rzeczywistość jest zupełnie inna. Owszem, odnajdziemy w nim lekko gorzką nutę skórzaną, ale została ona wpasowana w dominującą w zapachu estetykę zielonego, iglakowego fougere. Stąd – jeśli miałbym koniecznie poszukać jakiegoś punktu odniesienia – byłoby to zielone Polo Ralpha Laurena, a bardziej nawet Italian Cypress Toma Forda. W porównaniu z nimi zapach Memo jest jednak łagodniejszy, mniej zdecydowany, a elementy, które zwykle stanowią o męskości fougere, zostały tu zgrabnie wyciszone. W efekcie Russian Leather zagra moim zdaniem na kobiecej skórze bez powodowania u niej uczucia, że nosi męskie pachnidło. Ten sam zabieg, choć w nieco inny sposób, zastosował Olivier Polge w Chanel Boy, o czym wkrótce w osobnym wpisie.

alienor-massenet-2
Alienor Massenet

Początek Russian Leather jest bardzo aromatyczny. Czuć akord igliwia, spod którego szybko wyłaniają się zioła na lekko gorzkiej bazie skórzanej. Ten element uwypukla się z każdą minutą i jest mocno wyczuwalny w sercu. Z czasem zapach ociepla się i nieco osładza coraz wyraźniejszą nutą tonki i gwajaku. Szybko traci na mocy i staje się subtelny, ale wyczuwalny. Finisz jest zgrabny, delikatny, odrobinę tonkowy i lekko drzewny.

Cieszy mnie ten całkiem wyraźny w ostatnim czasie, realizowany wszakże głównie przez marki niszowe, powrót do gatunku fougere. Najpierw (w 2010 roku) Penhaligon’s wydał świetny Sartorial. Przez długi czas pozostał w tym odosobniony. Całkiem niedawno jednak Francis Kurkdjian odświeżył temat za pomocą Masculine Pluriel. W bieżącym roku Amouage wypuścił doskonały Bracken Man i nawet Chanel (!) wzbogacił butikową linię Les Exclusifs o Boyfougere dedykowane paniom. Każde z tych perfum wierne są klasycznym wzorcom, ale pachną współcześnie. Dokładnie tak samo jest w przypadku Russian Leather, które uważam za kolejną wartościową pozycję w ofercie Memo Paris – marki, która zdecydowanie wyróżnia się na tle niszowej konkurencji nie tylko świetnym designem opakowań, intrygującą i coraz szerszą ofertą zapachów, ale przede wszystkim ich wysoką jakością.

memo-russian-leather

główne składniki/nuty: akord fougère, rozmaryn, rosyjska skóra, bazylia, szałwia, sosna, lawenda, cedr, kolendra, mięta, paczula, gwajakowiec, cyprys, bób tonka, gałka muszkatołowa

perfumiarz: Aliénor Massenet

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ oryginalność: 2,0/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0