Paul Schütze Perfume – chcieć znaczy móc?

Mieszkający od 25 lat w Londynie Australijczyk Paul Schütze to postać nietuzinkowa. Kompozytor muzyki ambient. Twórca instalacji dźwiękowych, graficznych, filmów i fotografii. Od młodzieńczych lat owładnięty obsesją zapachu fan i kolekcjoner perfum. Od 2012 roku artysta penetrujący element olfaktoryczny również w swej sztuce. Dał się poznać jako twórca instalacji inkorporujących zapach. W tymże 2012 roku zaperfumował własną kompozycją „In Libro De Tenebris” czarną księgę, którą umieścił jako eksponat wystawy poświęconej zmierzchowi drukowanych książek. Wystawa ta miała miejsce w antykwariacie Maggs Bors w Londynie. Zapach ten wzbudził wówczas ogromne zainteresowanie wśród zwiedzających wystawę, którzy koniecznie chcieli go nabyć, choć nie był na sprzedaż. Dotarł on do finałowej stawki Art & Olfaction Awards w 2015 roku. W tymże roku Paul zainstalował trzy zapachy w pomieszczeniach londyńskiego Sir John Soane Museum. Jego zapachowe dzieła spotykały się zawsze z dużym zainteresowaniem publiki i wywoływały poruszenie, podobnie jak niezwykła muzyka czy fotografie. Pod namową znajomych i fanów swego talentu Paul Schütze przystąpił do stworzenia pachnideł przeznaczonych do noszenia na skórze. Tak powstały perfumy, które swa premierę miały w 2016 roku, a które mam dziś okazję opisać.

Założeniem twórcy było zawrzeć w swych perfumach impresje zaczerpnięte z wyjątkowych momentów i miejsc w jego życiu. Tak jak jego muzyka ambient tworzona jest w oparciu o dźwięki „pobrane” z natury, tak jego perfumy korzystają z naturalnych esencji i portretują wybrany przez artystę wycinek czasu i/ lub przestrzeni.

PAul Schutze
Paul Schutze, foto: Jack Latham

Behind The Rain

„Wyspa na Morzu Egejskim: nagła gwałtowna burza; gdy kończy się burza, ciepło wschodzącego słońca na posiniaczonych liściach powoduje fale żywicznych zapachów, które spływają na nasze miejsce schronienia pod drzewem iglastym.”

Ten niezwykły moment, którego artysta sam niegdyś doświadczył będąc w Grecji, postanowił zawrzeć w swej zapachowej kompozycji. Trzeba przyznać, że efekt jest tyleż zaskakujący, co interesujący. Po kakofonicznym i nieokrzesanym wstępie, w którym rozmaite zapachowe molekuły (ich wspólnym mianownikiem jest wyczuwalne naturalne pochodzenie) szaleją jedna wokół drugiej bez żadnego ładu i składu (co może symbolizować ową gwałtowną burzę), następuje spokój: zapach układa się w aromatyczny akord z dominującą nutą iglakowych pinenów. Ta lekko terpenowa i lekko mentolowa nuta ustępuje z czasem słodko-zielonej woni żywicznej (mastyks). Olfaktoryczne wizje artysty finiszują na skórze w postaci drzewno-żywicznego akordu, z którego wybija się esencja wetywerii i mchu. Echa iglaków są tu jednak wciąż obecne i pozostają w zapachowym spektrum znacznie dłużej, niż to się początkowo wydaje.

Całość pachnie bardzo naturalnie i nieco chaotycznie, jakby artysta nie panował nad pachnącą materią i poddając się siłom pozostawił swe dzieło „grze przypadków”.

główne nuty: zielone, żywiczne, iglakowe

składniki: czarny pieprz, iglaki, kadzidło frankońskie, gerjpfrut, mastyks, kwiat lipy, mech, paczula, koper, wetyweria

 

DF3+Paul+Schutze+Behind+the+Rain

Cirebon

„Noc na wyspie Jawa: nad brzegiem jeziora; pachnące dźwięki dworskiej orkiestry gamelanowej dryfują po wodzie, unosząc się w powietrzu niczym konstelacja migoczących owadów.”

Tu intro jest zdecydowanie konkretniejsze, ułożone i nawiązujące do klasyki. Cytrusy (bergamota, gorzka pomarańcza, petit grain, kwiat pomarańczy) tworzą bowiem mocny i ekspansywny koloński akord, ale obecne obok niego nuty wodno-kwiatowe (cyklamen, magnolia) przydają dodatkowego, osobliwego wymiaru. Całość oparta jest na drzewnym, wetiwerowo-cedrowym podkładzie i broni się moim zdaniem całkiem dobrze. Dodam, że koloński akord jest tu tylko pretekstem do szerszego olfaktorycznego obrazu.

„Cirebon” to moim zdaniem najbardziej udane pod względem technicznym pachnidło tej trylogii, choć w swym post-kolońskim charakterze może najmniej oryginalne, to jednak jego bardzo naturalna, wręcz naturalistyczna nuta, nieco „brudnawa” i zadziorna, nieokrzesana, z wyraźnym drzewnym finiszem, wyróżnia go na tle tego jakże szeroko reprezentowanego gatunku.

główne nuty: cytrusowe, kwiatowe, drzewne

składniki: bergamotka, gorzka pomarańcza, kwiat pomarańczy, petit grain, cyklamen, magnolia, cedr, sandałowiec, wetyweria

PAUL_SCHUTZE_PERFUME_LINE_UP_HI_RES-2

Tears of Eros

„Studio artysty: Zima; kadzidło z Sanju Sangendo z Kioto, miska odrzuconej skórki z klementynki i nocny hiacynt; księżycowe powietrze z otwartych okien: te zapachy łączą się w narkotyczne, mocne, żywe kadzidło.”

Najgęstszy, najbardziej mroczny aromat z opisywanej trójki, którego wstępny, mocno zielony i od razu wyczuwalnie żywiczny oraz delikatnie kadzidlany akord stopniowo traci na soczystej zieloności i przechodzi w skondensowaną mieszankę ciepłych i gęstych żywic, które najpierw przybierają aromat mocnej whiskey, później zaś finiszują ambrową głębią. „Tears of Eros” pachnie zielonymi sokami, mchem, żywicami, ambrą. Jego amorficzny charakter jest dla mnie dowodem na dominujący (jeżeli nawet nie wyłączny) udział naturalnych esencji w formule. Mam wrażenie, jakby autor zmieszał kilka(naście) dość ciężkich molekularnie olejków i esencji, przez co osiągnął efekt tzw. „zupy” (perfumiarze lubią tak określać formułę, w której przekroczono magiczną liczbę ingrediencji powodując w efekcie olfaktoryczny chaos bez wyraźnego tematu, dominanty). O ile zarówno w „Behind the Rain”, jak i w „Ciberon” z łatwością znajdziemy temat, oś, dominantę (w pierwszym jest to nuta iglakowa, w drugim akord koloński), o tyle w „Tears of Eros” jest to chyba niemożliwe.

To pachnidło jest jak okręt bez kotwicy. Można nim płynąć, ale nie sposób przycumować w żadnym porcie…Troszkę strasznie…

składniki: ambra, benzoina, kardamon, cedr, kadzidło frankońskie, klementynka, gwajak, hiacynt, labdanum, masło irysowe, różowy pieprz

paul SCHUTZE bottles

Nietypowe, nieokrzesane, bardziej intuicyjne niż zaprojektowane. Naturalistyczne. Kompozycyjnie zdecydowanie amatorskie. Bardziej perfumowy punk rock niż ambient. Zamknięte w bardzo estetyczne walcowate flakony a’ la Frederic Malle, sugerujące elegancję i szyk, których wewnątrz nie znajdziemy. Takie są pachnidła Paula Schütze. Przypominają mi twórczość Josha Lobba i jego Slumberhouse, choć Lobb potrafi jednak nieco więcej. Wykorzystane w nich naturalne esencje są trochę niby poukładane, trochę pozostawione samym sobie, z ich tendencją do gubienia azymutu. Te perfumy to propozycje dla perfumowych buntowników, anty-mainstreamowców, zapachowych wywrotowców i anarchistów, a więc z pewnością nie dla mnie…

 

 

PS. Pachnidła Paula Schütze można przetestować i nabyć w warszawskiej perfumerii MoodScentBar.

Reklamy

Bvlgari „Man in Black Essence” – esencja Afryki

Właśnie ukazała się limitowana edycja popularnego męskiego zapachu Bvlgari „Man In Black”. „Essence” –  bo tak została nazwana – jest kolejną wariacją na temat protoplasty, który  –  przypomnijmy – miał swoją premierę w 2014 roku. Podobnie jak wersję pierwotną i jej kolejne flankery (chłodny „Black Cologne” i oudowy, arabski w klimacie „Black Orient”), także i „Essence” skomponowana została przez niestrudzonego Alberto Morillasa.

Alberto Morillas 2014

W zapachu znajdziemy znajomy rumowo-drzewno-tonkowy temat, który został tu podany w nieco inny sposób, poprzez dodanie w sercu nuty ziarna kakaowca, a w bazie nuty hebanu. Dzięki tym zabiegom „Essence” nabrało odrobinę afrykańskiej kulinarności oraz egzotycznej drzewności, co umiejętnie koresponduje ze specjalnym designem grafiki na flakonie autorstwa  Laolu Senbanjo – wszechstronnego nigeryjskiego artysty – designera, grafika i muzyka – żyjącego w Nowym Jorku.

Laolu Senbanjo
Copywright of Laolu Senbanjo. All rights reserved.

„Essence” wyróżnia się bardzo sugestywną nutą kakao, która pojawia się zaraz po ustąpieniu rumowo-pomarańczowego akordu głowy, a po której następuje długotrwały słodko-drzewny finisz z głęboką czarną nutą hebanu. Zapach mości się blisko skóry, jest – mam wrażenie – najcichszy z całej linii, nadrabia za to świetną trwałością. Niewątpliwie ciekawa propozycja, szczególnie dla fanów pierwowzoru, których – zdaje się – jest całkiem sporo.

 bvlgari_man_in_black_essence 01

 

bvlgari_man_in_black_essence

nuty głowy: rum, gorzka pomarańcza

nuty serca: ziarno kakao

nuty bazy: absolut z irysa, tonka, heban

twórca/nos: Alberto Morillas

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,0 trwałość: 5,0/ projekcja: 3,5

Majda Bekkali „Andalusian Collection” – symbioza historii, sztuki i zapachu

Kolekcja Andaluzyjska Majdy Bekkali to trio perfum, które łączy inspiracja Andaluzją, a konkretnie barwną i złożoną historią tego południowego regionu Hiszpanii. To właśnie wątki andaluzyjskiej historii, elementy jej sztuki, architektury oraz historyczne postaci legły u podstaw niezwykłych perfum o równie niezwykłych nazwach: „Tulaytulah”, „Mudejar” i „Ziryab”. Zanurzmy się więc na kilka chwili w świat niezwykłych zapachów najnowszej kolekcji Majdy Bekkali.

Toledo

Pierwszym zapachem kolekcji jest „Tulaytulah”, którego nazwa pochodzi od średniowiecznej nazwy miasta Toledo, które w tamtych odległych czasach należało do Andaluzji. Zapach ten w swoim centrum zawiera niezwykle sugestywny i piękny akord marcepanu, z którego wytwarzania Toledo słynie po dzień dzisiejszy. Zanim jednak marcepan ujawni się w pełnej krasie, do naszych nozdrzy dobiega owocowa nuta kwiatu wiśni, która – jako perfumowa rekonstrukcja – przypomina mi bardziej zapach słodkiego soku z wiśni. Finisz tych perfum zdominowany jest przez częstą w perfumerii mieszankę tonki i wanilii z subtelnym akcentem zamszowym. To od początku do końca kulinarne pachnidło urzeka swą sugestywną urodą i piękną ewolucją na skórze. Jest zapachową opowieścią o mieście, w którym setki lat temu pokojowo współistniały ze sobą trzy różne kultury: chrześcijańska, żydowska i muzułmańska. Poprzez ten ciepły, smakowity, harmonijny zapach Majda Bekkali chce przypomnieć współczesnemu światu o tym, że w takiej samej harmonii możemy żyć współcześnie – bez względu na wyznawane poglądy czy religie.

Specjalnie dla tej kolekcji przypominające obłe kamienie flakony perfum Majdy Bekkali zostały przyozdobione złotymi wzorami pochodzącymi ze słynnego andaluzyjskiego pałacu Alhambra.

Majda-Bekkali-Tulaytulah-120ml---fond-noir

główne nuty: kulinarne (wiśnia, marcepan, tonka), skórzane (zamsz)

 

 

Andalusian garden

„Mudejar” ma zgoła innych charakter. To chyba pierwsze perfumy w ofercie Majdy Bekkali o świeżym i dość lekkim charakterze. Jednak – jak wszystko w przypadku tej artystki –  są one niebanalne, urodziwe i wyjątkowej jakości. Zainspirowane synkretyczną andaluzyjską architekturą, tamtejszymi ogrodami, zielenią, kwiatami, kamiennymi murami, gorącym powietrzem i kojącym chłodem domowych wnętrz „Mudejar” otwierają się intensywną, soczystą zielonością zbudowaną z grejpfruta i czarnej porzeczki.  W tle wyraźnie czuć ukochane przez Majdę drewno cedrowe. To prawdopodobnie ono w połączeniu z kadzidłem i mchem tworzy subtelnie krzemienną aurę. Co zadziwiające, ta lekko zielona i subtelnie mszysta i mineralna nuta przypominająca chłodny kamień pozostaje świeża i lekka do samego – dość odległego w czasie – końca trwania zapachu na skórze. Wszystkie te elementy sprawiają, że „Mudejar” wydaje mi się wprost idealnym pachnidłem na lato.

MAJDA-BEKKALI-Mudejar-100ml-EDP-500x500-500x500

główne nuty: zielona (czarna porzeczka), mineralna, drzewna (cedr)

rok premiery: 2017

 

 

tulips1

Ostatnim zapachem andaluzyjskiego tercetu jest „Ziryab”, który – nie ukrywam – stał się ostatnio moim faworytem, wyprzedzając „Mudejar”. Dlaczego? Po części za sprawą niezwykłej inspiracji. Ziryab to historyczna postać – twórca flamenco, umysłu tyleż ścisły, co artystyczny. Astronom i muzyk w jednym, innowator, któremu arabski instrument szarpany „oud” zawdzięcza piątą strunę. I to na obraz pięciu strun tego instrumentu „Ziryab” złożony został z pięciu nut: tulipana, cedru, ambry, szafranu i oudu. 

ziryab_6

Ale „Ziryab” uwiódł mnie przede wszystkim bezprecedensowym akordem tulipana, który otwiera to pachnidło, a który osadzony został na orientalnym ambrowym tle, wzmocnionym cedrem i posypanym złotym szafranowym pyłem ze zgrabnie wmiksowaną nutą oudu, jako symbolem owej piątej struny. „Ziryab” pachnie egzotycznie, orientalne i jednocześnie – dzięki tulipanom – dziwnie znajomo. Perfumy te mają w sobie coś magnetycznego. Są wyrafinowanie, zwracają uwagę niebanalną elegancją i egzotycznym sznytem. Nie sposób pozostać wobec nich obojętnymi.

Unikatowe połączenie tulipana, szafranu i oudu tworzy nową jakość w perfumerii i trzeba to podkreślić. W takim kontekście zawsze przecież występowała róża. Jest więc „Ziryab” prawdziwie nowatorski.

W fazie długotrwałego finiszu moje skojarzenia dryfują w kierunku „Oud Satin Mood” Francisa Kurkdjiana. Ale to podobieństwo – nie sądzę, żeby zamierzone, raczej dzieło przypadku – przydaje tylko „Ziryabowi” urody. Piękne i inspirujące perfumy.

majda ziryab

główne nuty: tulipan, szafran, oud, cedr, ambra

rok premiery: 2017

 

„Tulaytulah”, „Mudejar” i „Ziryab” to doskonałe przykłady perfumerii koncepcyjnej, mającej do przekazania coś więcej, niż tylko sam zapach, nawet jeśli to on na końcu najbardziej się liczy. Testy tych pachnideł utwierdziły mnie w przekonaniu, że Majda Bekkali pozostaje jednym z najciekawszych i mających najwięcej do powiedzenia twórców współczesnej artystycznej perfumerii niszowej, tworzącą  zapachy tyleż oryginalne i niebanalne, ile przemyślane, zainspirowane, ale przede wszystkim piękne i doskonale skomponowane. Każde z tych trzech pachnideł – w moim przekonaniu ciążących jednak w kierunku estetyki lepiej pasującej kobietom niż mężczyznom – zasługuje na bardzo wysoką ocenę pod każdym względem. Każde jest inną intrygującą olfaktoryczną opowieścią, za którą stoi przemyślana wizja artystki, perfekcyjnie przełożona na język perfum. Mamy więc urocze pachnidła, doskonale oddające artystyczne wizje twórczyni, zamknięte w pięknych, super oryginalnych flakonach. Czy trzeba czegoś więcej?

„Perfumy to mój sposób wyrażania siebie” – wywiad z Majdą Bekkali

Przy okazji lansowania swoich najnowszych perfum „Ziryab” Majda Bekkali pojawiła się w perfumerii Quality Missala, gdzie poprowadziła także warsztaty zapachowe. Artystka zgodziła się też na rozmowę z Perfumowym Blogiem. Mam dziś przyjemność zaprezentować jej treść.

Majda-Bekkali

Jakie znaczenie mają dla Ciebie perfumy?

To mój sposób wyrażania siebie. W pierwszej kolejności związany ze zmysłami, z percepcją na skórze, a dopiero później intelektualny. Dlatego uważam, że np. krawiectwo jest doskonałą metodą ekspresji.

Jaka jest Twoja historia i Twoje przygotowanie, gdy chodzi o perfumy? Jak to się wszystko zaczęło?

Perfumy są w moim życiu od zawsze, od dzieciństwa. Urodziłam się w Maroku. To kraj, w którym perfumy i zapachy w ogóle są wszechobecne – na ulicach, w domach, wszystko pachnie. Więc gdy po ukończeniu college’u przyjechałam do Francji, byłam zaskoczona, że nic tu nie pachnie.

Co wydaję się dziwne, gdyż Francja powinna chyba pachnieć?

Tak, perfumy są tu owszem wyczuwalne, ale nie ma zapachów naturalnych. A jeśli już są, to mają bardziej nieprzyjemny, trudny charakter. Gdy ukończyłam studia na wydziale Sztuk Pięknych, zostałam dyrektorem artystycznych w jednej z firm produkujących perfumy dla znanych marek (m.in. dla Inter Parfums). Zajmowałam się tam projektowaniem opakowań. Później zainteresowałam się składnikami perfum i przez 10 lat je poznawałam i studiowałam. Mam artystyczny temperament, który nie idzie w parze z komercyjnym i marketingowym podejściem, więc poczułam potrzebę własnej kreacji ograniczonej wyłącznie wyobraźnią.

Czy jest coś, co Twoje perfumy łączy, jakaś wspólna część, cecha?

We wszystkich moich perfumach jest jeden wspólny składnik – cedr z Atlasu. To moja proustowska magdalenka, która przypomina mi dzieciństwo w Maroku, a konkretnie mój pokój, w którym znajdowały się cedrowe belki. Ale także i zapachowe środki wyrazu, których używam do stworzenia perfum są w moich kompozycjach wspólne.

Majda-Bekkali-Quality

Czy mogła byś opisać proces powstawania Twoich perfum? Gdzie znajdujesz inspirację?

Przede wszystkim w samej sobie. Podczas pracy nad moją pierwszą kolekcją odbyłam podróż w głąb swego serca po to, by podzielić się swoimi emocjami z innym. Druga kolekcja jest inna – otworzyłam się na świat w poszukiwaniu inspiracji. Lubię literaturę. Zwykle gdy pracuję nad perfumami, piszę tekst, wiersz. Następnie „tłumaczę” każde zawarte w nim zdanie na konkretny składnik perfum. Podczas pracy nad pierwszymi trzema kompozycjami układałam zapachowe piramidy. Dla kolejnych perfum pisałam już konkretne formuły, które następnie przekazałam perfumiarzom i od tego momentu pracowaliśmy wspólnie nad ich dostrojeniem.

Czyli – jeżeli dobrze rozumiem – opracowujesz kompletną formułę z podaniem proporcji/ procentów?

Tak. Mam w domu składniki, ale nie mam dość dokładnej wagi. Tworzę więc coś na kształt szkieletu moich perfum. Rolą perfumiarza jest dopracować moją formułę.

Czym kierujesz się przy wyborze perfumiarza? Bo z moich obserwacji wynika, że zlecasz pracę nad swoimi perfumami znanym, ale raczej wyjątkowym „nosom” np. Cecile Zarokian…

Cecile Zarokian, gdy pracowała nad perfumami dla mnie („Mon Nom Est Rouge” – przyp. autor), nie była jeszcze w ogóle znana.

Czy była już wówczas autorką „Epic Woman” dla Amouage?

Tak, miała na koncie tylko te perfumy i nic więcej… Staram się pracować z faktycznie niezależnymi perfumiarzami o artystycznym podejściu. Podobnie sprawa ma się z flakonami. Staram się odbudowywać rzemiosło, które w obecnych czasach umiera. Flakony moich perfum produkowane są przez firmę Waltersperger, ostatniego takiego wytwórcę, robiącego wszystko całkowicie ręcznie. Gdy się do nich zgłosiłam, zamykali działalność. Ale wkrótce pojawiła się osoba, która ich wykupiła, a ja była ich pierwszym klientem pod nowym właścicielem.

Flakony Twoich perfum są bardzo charakterystyczne i łatwo rozpoznawalne. Mam wrażenie, że są bardzo spójne z wyjątkowym i pięknym charakterem samych pachnideł.

Tak, flakony mają dla mnie bardzo ważne znaczenie. Gdy wyobrażałam sobie moją kolekcję, chciałam, by były to czyste płynne emocje zamknięte w pięknych kamieniach. Tak jak idąc do lasu nieznaną ścieżką rozrzucasz kamienie, by nie zgubić drogi powrotnej, tak te flakony w kształcie kamieni symbolizują zabezpieczenie przed zgubieniem ścieżki do samego siebie.

Majda-Bekkali-Tulaytulah-120ml---fond-noir

Opowiedz mi o swojej najnowszej kolekcji – andaluzyjskiej. Co znaczą nazwy poszczególnych perfum i jak łączą się z zapachami?

Jak wspomniałam Ci wcześniej, moje pierwsze perfumy powstawały z inspiracją moim wnętrzem. Podczas pracy nad kolekcją andaluzyjską otworzyłam oczy na świat i zauważyłam, że nie czuję się on dobrze. Chciałam więc poprzez tą kolekcję przesłać dobrą nowinę, nadzieję. Rozpoczęłam prace nad nią około roku przed tym strasznym atakiem w Paryżu. Wylansowałam „Tulaytulah” na dwa miesiące przed nim. „Tulaytulah” jest symbolem tolerancji. Jest sprzeciwem wobec obskurantyzmowi, który przybiera na sile na świecie. Wszędzie – w Ameryce, na Środkowym Wschodzie, w Europie. Rządy są szalone, wszyscy walczą ze sobą. „Tulaytulah” to wiadomość mająca na celu reaktywowanie czegoś, co wiem, że może istnieć. To stara hebrajska i arabska wersja nazwy Toledo. To właśnie w tym mieście w czasach Średniowiecza żyły ze sobą w zgodzie trzy różne kultury, które dały tym przykład innym krajom Europy.

To bardzo interesujące. A „Mudejar”?

Mudejar to sztuka architektoniczna w Andaluzji będąca połączeniem mauretańskiej, europejskiej i żydowskiej. Wszystkie jej symbole są zawarte w kamieniach, w architekturze. Gdy wchodzisz do kościoła, widzisz symbol trzech dłoni splecionych razem. Wyobraziłam sobie ten zapach jako pracę w andaluzyjskim ogrodzie, stąd można w nim poczuć najpierw nuty zielone, grejpfruta i białe kwiaty, później nutę mineralną – jako nawiązanie do kamienia i architektury – a na końcu coś chłodnego, ten moment, gdy wchodzisz do andaluzyjskiego domu i czujesz chłód, woń mchu, starych dywanów, drewna. „Mudejar” jest opowieścią, w której kolejne wątki następują po sobie. 

MAJDA-BEKKALI-Mudejar-100ml-EDP-500x500-500x500

A Ziryab? Muszę przyznać, że nigdy dotąd nie spotkałem się w perfumach z tak sugestywną nutą tulipanów!

Tak, tulipany…

Nie można pozyskać z nich zapachu w naturze…

To prawda. Musisz zbudować ten zapach z różnych molekuł. Wiemy, jakie to molekuły dzięki technologii headspace (elektroniczna analiza zapachu obiektu np. kwiatu – przyp. autor). Tak więc jest to reprodukcja ich naturalnego zapachu. W „Tulaytulah” zawarłam nutę słodyczy – marcepanu (Toledo słynie w wytwarzania doskonałego marcepanu – przyp. autor), w „Mudejar” minerały, kwiaty, nuty świeże i chłodne. Z kolei „Ziryab” to osoba, fascynująca postać. Był on rodzajem dandysa, który żył w XII wieku w Bagdadzie. Był astronomem i muzykiem. Ziryab uciekł z Bagdadu przez gniewem Kalifa, który był o niego zazdrosny. Przybył do Andaluzji i przyniósł tam ze sobą swoją muzyczna wiedzę. Będąc w Europie usłyszał pewnego razu pieśń gregoriańską. Wkrótce potem połączył muzykę zachodu i wschodu dając początek flamenco. Był twórcą pierwszego konserwatorium nauczającego tej muzyki. Protoplastą gitary (główny instrument flamenco – przyp. autor) jest instrument zwany oud (lutnia arabska, jej nazwa „oud” wywodzi się z materiału – drewna – z którego buduje się te instrumenty – przyp. autor). Instrument ten miał 4 struny, a Ziryab dodał do niego piąta strunę, wynajdując w ten sposób nową harmonię. Chciałam, by właśnie ta nowa harmonia zamykała kolekcję andaluzyjską, gdyż współczesna muzyka, jaką dziś słyszymy, w dużej mierze wywodzi się właśnie od niego. Zastanawiałam się, jaki kwiat pasowałby do tej postaci. Ziryab był bardzo wyrafinowanym mężczyzną, ale był też obrazoburcą. Podejrzewam, że mógł być gejem. Pomyślałam sobie, że mógłby on lubić tulipany…

Dlaczego akurat tulipany?

Gdyż w Europie były zupełnie nieznane, a rosły naturalnie w ogrodach Bagdadu, Afganistanu, Samarkandy. Więc wyobraziłam sobie, że on przywiózł ze sobą cebulkę tulipana do swojego ogrodu w Andaluzji. Stąd z perfumach jest tulipan, no i jest oud – jako nawiązanie do wspomnianego instrumentu  muzycznego.  

majda ziryab

Podoba mi się to, w jaki sposób tworzysz koncepcję swoich perfum. Są one dobrze przemyślane i – co ważne – znajdują odzwierciedlenie w samych zapachach. Wiele marek najpierw tworzy zapach, później dorabia do niego historię… Czas na nieco bardziej ogólne pytanie: Co sądzisz o współczesnej perfumerii niszowej?

Rozpoczęłam swoją przygodę z perfumami niszowymi ok. 10 lat temu. W tamtym czasie było nas – marek niszowych – kilka. Dominowało artystyczne podejście do tworzenia. Jednak gdy duże, znane marki zauważyły, że coś się dzieje, że ci mali wytwórcy mają swój coraz wyraźniejszy głos, zaczęły lansować swoje własne, ekskluzywne kolekcje – np. Dior. Jakby tego było mało, zaczęły kupować istniejące marki niszowe. Nagle więc pojawiło się El Dorado i myślenie typu: zbuduję markę, a potem sprzedam ją za miliony dolarów do L’Oreal. Jest wiec w tym teraz dużo spekulacji. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, ale… Jest coraz więcej osób pojawiających się w Mediolanie i Florencji (podczas targów perfum niszowych – przyp. autor) kompletnie znikąd, zupełnie nieznanych. Nie wiemy, skąd są, kto to jest, kto za nimi stoi. To dziwne. Coraz trudniej jest odróżnić, kto ma artystyczne podejście, a kto po prostu wykorzystuje okazję. Mimo to dla mnie perfumeria niszowa wciąż pozostaje tą przestrzenią, w której możemy faktycznie odnaleźć prawdziwą autorską twórczość.

Czy są jakieś marki niszowe, które podziwiasz?

Mam wielu przyjaciół… Lubię Evody, Rania J., Gabriella Chieffo, Olivier Durbano. Lubię ich przede wszystkim jako ludzi. Lubię twórczość Francisa Kurkdjiana sprzed momentu, gdy sprzedał firmę. Szczególnie jego pierwszy Oud. Cudowna formuła.   

Niedawno przeczytałem wywiad z Francisem, w którym ten przyznał, że gdy utworzył swoją markę Maison Francis Kurkdjian, poczuł się wolny artystycznie i na fali tego entuzjazmu skomponował „Absolue Pour Le Soir” – bardzo gęsty, zmysłowy, ambrowo-zwierzęcy zapach, który okazał się być komercyjną klapą. Sprzedaje rocznie 56 flakonów tych perfum, ale tak je kocha, że nie zamierza wycofywać ich z oferty. Chce je utrzymywać ze względu na siebie i te kilkadziesiąt osób, które podzielają jego miłość do tego pachnidła.

Doskonale rozumiem, o czym mówi. Ta sama sytuacja ma miejsce w przypadku „Tendre Est La Nuit” z mojej kolekcji.

Czyżby kiepsko się sprzedawały?

Tak, dokładnie. Myślę, że to są perfumy dla koneserów. To bardzo nowoczesny szypr, który nie ma szans spodobać się osobom, które nie interesują się perfumami, nie rozumieją ich. Ale nie chcę go wycofywać, gdyż te perfumy są dla mnie bardzo ważne, są częścią mnie.

To podobnie jak z muzyką. Pewnie jakieś 90% ludzi słucha muzyki popowej, niewymagającej. Część z nich traktuje muzykę wyłącznie jako podkład, tło ich życia. Tylko wąska grupa słuchaczy sięga świadomie po muzykę ambitną. Tak jest pewnie zresztą z każdą dziedziną sztuki.

Dokładnie.

Na pewno masz już jakieś plany na przyszłość dotyczące Twojej marki i perfum. Czy możesz nam coś zdradzić?

Tak. Wylansuję wkrótce wersje obscur wszystkich pachnideł kolekcji andaluzyjskiej (niektóre dotychczasowe pachnidła Majdy Bekkali mają po dwie wersje – clair – delikatniejsza – i obscur – intensywniejsza, głębsza; różnią się też flakony – są albo z jasnego albo z ciemnego szkła – przyp. autor).

Pamiętam, że na początku odróżniałaś perfumy dla kobiet i mężczyzn (np. „Fusion Sacree”), ale widzę, że zrezygnowałaś z tych podziałów…

Tak rzeczywiście było, ale perfumy nie muszą być płciowo określone. Uważam, ze taki podział, jak claire i obscur jest lepszy. Każdy ma wolny wybór, który z nich nosić.

Dziękuję za rozmowę.

Majda Bekkali i Ja

PS. Serdeczne podziękowania dla Biura Prasowego Quality Missala za umożliwienie przeprowadzenia tej rozmowy.

Acqua Di Parma „Colonia Ebano”, „Colonia Ambra” i „Colonia Mirra”

Cykl „Ingredient Collection” włoskiej marki Acqua Di Parma rozrasta się w tempie, za którym trudno nadążyć. Mimo to nadążać za nim warto, bo perfumy te nie schodzą poniżej bardzo solidnego poziomu, przy zachowaniu wyjątkowej elegancji i łatwości w noszeniu.  Zresztą słowo „colonia” może być w nich bardzo mylące, bowiem – po pierwsze – nie mają one nic wspólnego z klasyczną kolońską estetyką (poza użyciem esencji cytrusowych jako nawiązaniem i w pewnym sensie uprawomocnieniem kolońskiej nazwy), realizowaną przez Acqua di Parma od lat, po drugie – to pełnoprawne wody toaletowe o zwykle nienachalnej, ale obecnej projekcji i dobrej trwałości. Po „Leather” i „Oud” (oba moim zdaniem świetne) przyszedł czas na przedstawienie kolejnych trzech.

Ebano

To aromatyczny zapach drzewny, w którym drzewnemu akordowi hebanu przeciwstawiono rześkie nuty cytrusowe. Heban to wyczuwalna w sercu i głębi zapachu słodko-drzewna nuta, będąca tu efektem przekucia wyobrażeń perfumiarza nt. tego drewna w zapachowy akord zbudowany z dostępnych mu ingrediencji (m.in. miód i elemi – cytrusowo pachnąca żywica). Z naturalnego hebanu nie pozyskuje się bowiem zapachowej esencji. Początkowi nadano wibrującego impetu za pomocą różowego pieprzu, a bazę wzmocniono w drzewnym aspekcie za pomocą wetywerii i paczuli. I choć nie wymienia się tu cedru, ja mam wrażenie jego dość ewidentnej obecności. Co ciekawe, „Ebano” jest moim zdaniem utrzymane w tej samej eleganckiej drzewnej estetyce co „Terre d’Hermes”. Nie jest jednak w żadnej mierze jego kopią, a jedynie podobnie skonstruowanym zapachem, znacząco różnym w zakresie dominanty. „Terre” jest mineralny, aromatyczny geranium, wibrujący pieprzem, gorzki grejpfrutem, drzewny wetiwerem i cedrem, trochę zadziorny, niewątpliwie zwracający uwagę. „Ebano” jest za to cieplejszy i łagodniejszy, wciąż aromatyczno drzewny, ale mniej „egocentryczny”. Spragnieni delikatnej odmiany fani „Terre d’Hermes” mogą śmiało sięgnąć po „Ebano” jako „opcję wieczorową”. Mam tylko jedną uwagę do tych perfum – na mojej skórze zbyt szybko tracą impet, stając się subtelne do tego stopnia, że mam problem z ich percepcją już po trzech godzinach od użycia. Może to kwestia indywidualna. A może tak zostały pomyślane – jako owszem eleganckie, ale i intrygująco subtelne?

AdP colonia ebano

nuty głowy: bergamotka, petit grain (liść gorzkiej pomarańczy)

nuty serca: heban, różowy pieprz, elemi

nuty bazy: wetyweria, paczula, miód

twórca/nos: bd.

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,5/ trwałość: 4,0/ projekcja: 3,5

 

Ambra

Otwiera się dość intensywnym akordem, w którym efemeryczne cytrusy towarzyszą bardzo oryginalnie pachnącemu akordowi, który nazwałabym ambrowo-morskim, a który ukazuje się w pełni kilka minut po aplikacji. Jest w tym aromacie coś niezwykłego, kompletnie innego od klasycznie pojmowanego akordu ambrowego w perfumerii – jako dość ociężałego, żywiczno-waniliowego.  Tu mamy do czynienia z iście kolońskim ujęciem ambry – lekkim, ale o sporej emanacji, pachnącym czysto, nieco nawet mydlanie i zmysłowo zarazem. Nie znajdziemy tu wszakże charakterystycznych dla naturalnej ambry akcentów animalnych czy słonych. Z czasem woń pogłębia się i ociepla, a w akordzie bazy skręca – zaskakująco – w kierunku „Colonia Leather” z tej samej linii (niby nie ma tu tej skórzanej nutki, ale mimo to oba zapachy mają coś wspólnego, jakby ten sam charakterystyczny i dość dominujący składnik). O jakości tej kompozycji (jaki wszystkich tego cyklu) niech świadczy fakt, że na próżno szukać tu wymienionych składników – budują one bowiem zupełnie nowy, unikalny aromat, charakterystyczną sygnaturę zapachową. Po tym poznać doskonałe perfumy – co podkreśla Frederic Malle w swej książce „On Perfume Making”. W „Colonia Ambra” ten efekt jest bardzo wyraźny, co czyni z tego zapachu kunsztowne perfumiarskie dzieło. Przede wszystkim jednak nosi się to z przyjemnością i to liczy się najbardziej.

AdP Colonia ambra

nuty głowy: bergamotka, pomarańcza

nuty serca: cedr, róża, paczula

nuty bazy: ambra, drewno sandałowe, wanilia,

twórca/nos: bd.

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5

 

Mirra

Trzeba przyznać, że sposób podania tytułowych nut/ składników w cyklu „Ingredient Collection” jest bardzo wdzięczny i – z premedytacją, jak sądzę – przyjemny dla odbiorcy, a przy tym zupełnie niebanalny. Oud, skóra, heban, ambra – to trudne nuty do podania w atrakcyjny i nie skrajnie niszowy sposób perfumerii. Na skórę sposób znalazł wcześniej Tom Ford lansując bestseller „Tuscan Leather” (do którego zresztą wyraźnie nawiązuje „Colonia Leather” z opisywanej tu kolekcji) . Z kolei zapach z mirrą w centrum mógłby przecież być przysadzisty, gęsty, o wyraźnych konotacjach sakralnych i wtedy nijak miałby się do post-kolońskiej i – mimo wszystko – lekkiej konwencji „Ingredient Collection” i marki Acqua di Parma jako takiej. Mógłby taki być, ale tu jest inny – lekki, przyjemny, ciepły i intrygujący, choć – fakt – dość linearny i siłą rzeczy blisko-skórny, choć trwały. „Colonia Mirra” to – rzecz jasna – nie sama mirra. Choć użyto tu zarówno jej esencji jaki i rezynoidu (o chyba wysokim stopniu oczyszczenia, na co wskazuje nie tylko aromat, ale i idealnie bezbarwna ciecz), to połączono je w – prócz obowiązkowych na wstępie cytrusów – esencję z kwiatu pomarańczy (jakże logiczne skojarzenie!) i – fakt, że niewyczuwalną indywidualnie – paczulę, a ekspresji dodano esencją z gałki muszkatołowej. Znów – połączone składniki zaowocowały czymś więcej, niż tylko ich sumą w wyniku czego „Colonia Mirra” zwraca uwagę ładnym, harmonijnym i zupełnie „niesakralnym” charakterem. Przypomina przy tym nieco „Amber Pour Homme Intense” od Prady, co może wynikać z występującego w obu pachnidłach połączenia mirry i paczuli, a może jeszcze czegoś więcej?

AdP Colonia Mirra

nuty głowy: cytrusy

nuty serca: kwiat pomarańczy, gałka muszkatołowa, mirra (esencja)

nuty bazy: paczula, mirra (rezynoid)

twórca/nos: bd.

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,0 trwałość: 4,5/ projekcja: 3,5

„L’Envol de Cartier EDT” – wzlecieć jeszcze wyżej…

Niemal dokładnie rok temu opisywałem na blogu nowy wówczas zapach maki Cartier „L’Envol de Cartier”, który zrobił na mnie świetne wrażenie jako efekt spójnego konceptualnego projektu, w którego skład wchodziła oryginalna kompozycja perfumowa oraz flakon będący niezwykłym dziełem użytkowego designu. Przewidywałem wówczas, że na ciąg dalszy cartierowskiej opowieści o odrywaniu się od ziemi i szybowaniu w przestworzach nie trzeba będzie długo czekać. Minął rok i marka zaproponowała wersję „L’Envol de Cartier eau de toilette”.

cartier-lenvol

Zapach jest – co oczywiste – kontynuacją protoplasty. Znajdziemy w nim więc znajomy z eau de parfum aromat ambrozji, boskiego napoju opartego na miodzie. Różnica jest taka, że tu został on rozcieńczony cytrusami i zielonym aromatem bylicy. Ta ambrozja w wersji light zmacerowała się podczas leżakowania w gwajakowej beczce. To właśnie subtelna, niemal transparentna nuta drewna gwajakowego dominuje na skórze, gdy już uleci w przestrzeń cytrusowo-zielony wstęp i lekko miodowe serce. Użyte w formule piżma zaokrąglają, pogłębiają i utrwalają zapach, który mimo to trwa na skórze nie dłużej niż siedem – osiem godzin, stając się już po pierwszych 120 minutach zaledwie zapachowym woalem, niedopowiedzianym, subtelnym, jakby znikającym i nagle pojawiającym się wokół nas, gdy tylko ruszymy się z miejsca. Gdy wydaje nam się, że zapach już zupełnie z nas wyparował, ciepło naszej skóry uwalnia zamknięty w gwajakowej beczce aromat ambrozji.

Czuć, ze formuła tych perfum jest bardzo krótka i zwarta, a ich proporcje doskonale wyważone, koncentracja składników zaś dobrana z niezwykłą precyzją tak, by zapach nie dominował, a raczej …. szybował gdzieś ponad nami, to znikając z naszego pola „widzenia” to znów do niego wracając. Technicznie to na pewno majstersztyk, z którego dumny mógłby być sam Jean-Claude Ellena. Jednak jak na mój gust „L’Envol” edt jest zbyt delikatny. Preferuję jednak mocniejsze rzeczy. Więc stawiam na wersję eau de parfum.

cartier lenvol edt

Flakon – choć nawiązuje do protoplasty – jest jednak zdecydowanie bardziej masywny, pękaty i pozbawiony plastikowego „klosza”. To wszakże wciąż bardzo ładny i charakterystyczny przedmiot. Mnie zresztą podoba się w tej wersji bardziej. Ten o pojemności 80 ml to naprawdę solidny kawała szkła – masywny,  ciężki,  z odpowiednio większym w porównaniu do edp obrotowym zamknięciem, na którym – podobnie jak w przypadku edp – wygrawerowano motyw „guilloché” – symbolizujący zwycięskie trasy lotnika Santos‘a-Dumont‘a, legendy Cartier. Piękny przedmiot. Zdecydowanie cieszy oko. Czy jego zawartość ucieszy nos – to już pozostawiam każdemu do własnej oceny.

Cartier-L-Envol-Eau-de-Toilette-2

główne nuty: cytrusy, bylica, miód, gwajak, piżmo

perfumiarka: Mathilde Laurent

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,0/ projekcja: 4,0-3,5/ trwałość: 3,5

Etat Libre d’Orange „Une Amourette” – wonna miłostka

Roland Mouret, francuski projektant mody, już 8 lat temu spotkał się z Etiennem de Swardtem w jego biurze w butiku Etat Libre d’Orange przy 69 rue des Archives, w Paryżu. Rozmawiali wówczas o możliwości stworzenia perfum dla marki Rolanda. Wcześniej, w artykule w brytyjskiej gazecie, zatytułowanym “Little Black Book: Roland Mouret” napisał on o ELdO: “unikalna marka perfumeryjna produkująca najlepsze „zakręcone” zapachy ekskluzywne.” Niemniej wówczas na rozmowach się skończyło. Pozostały dobre wrażenia ze spotkania i zasiane ziarno, które wykiełkowało dopiero teraz, gdy we współpracy z Rolandem Mouretem i Etiennem de Swardtem Daniela Andrier – perfumarka Givaudan – skomponowała „Une Amourette”.

roland-mouret
Roland Mouret

„Une Amourette” powstało przez przypadek, jak wyjaśnił Etienne de Swardt w udzielonym mi niedawno wywiadzie. Daniela Andrier – znana z fantastycznych pachnideł tworzonych dla domu Miucci Prady – pracowała nad perfumami z paczulą w roli głównej. Obok jej naturalnej esencji w formule znajdowała się Akigalawood – frakcja paczulowego olejku, wydobyta z niego laboratoryjnie w procesie destylacji frakcyjnej. Dzieło arcy-zdolnych chemików z Givaudan.

Akigalawood pozbawiona jest brudnych i nieprzyjemnych nut pleśni, stęchlizny i nut fizjologicznych, jakie występują w naturalnym olejku. Drzewny, nieco pikantny i nieco kwiatowy – tak opisywany jest aromat tej substancji. Dzięki tym walorom ma ona dużo szersze zastosowanie, niż pełnowymiarowy olejek paczulowy. Znajdziemy ją w perfumach wydawanych w ostatnich 2-3 latach („Black Pepper” Comme des Garcons, Mont Blanc „Legend Midnight”, Azzaro „Chrome Pure”, John Varvatos „Dark Rebel”, Parfums de Marly „Nisean” czy Boucheron „Quatre Pour Homme Absolu de Nuit”). Co jeszcze łączy te zapachy? Wszystkie powstały w pracowniach perfumiarzy pracujących dla Givaudan. Akigalawood został bowiem opatentowany przez tą firmę i obecnie mogą go używać wyłącznie jej perfumiarze, a więc także m.in. Daniela Andrier, która – nota bene – zastosowała go już w 2015 roku komponując perfumy „Miu Miu” dla Coty.

Któregoś dnia podczas pracy nad perfumami dla Moureta i de Swardta Daniela Andrier użyła kremu marki Nuxe o zapachu kwiatu pomarańczy. Tego samego dnia testowała na skórze wczesną wersję „Une Amourette”. Poczuła intrygującą woń będącą połączeniem obu aromatów. Uznała to za interesujący przypadek i postanowiła dodać do ówczesnej formuły perfum esencję neroli. Tak powstał sygnaturowy akord „Une Amourette”. W składzie perfum znajdziemy też absolut z wanilii i irys, do którego – jak wiemy – Daniela Andrier ma wielką słabość.

une amorette Eldo

Tak więc w „Une Amourette” Akigalawood oraz paczulowy ekstrakt występują obok siebie tworząc wyrazistą drzewno-pikantną część zapachu, podczas gdy neroli „zderza się” z nią tworząc absolutnie unikatową, niezwykłą, jakby musującą świeżość.

Ten zapach nie rozwija się jak klasyczne perfumy, bo to nie jest klasyczna kompozycja. To raczej efekt „incydentu w laboratorium”, w wyniku którego pozornie nieprzystające do siebie elementy połączyły się w jedną całość, choć nie zatraciły swej odrębności. To ich wzajemne oddziaływanie, iskrzące napięcie między nimi panujące stanowi treść „Une Amourette”.

Oczywiście upływ czasu redukuje natężenie nuty neroli na korzyść ultra trwałej Akigalawood, która de facto pozostaje na skórze jako finisz, ocieplona nieco wanilią. „Une Amourette” pachnie więc owocowo-kwiatowo-drzewnie, raczej abstrakcyjnie niż konkretnie i namacalnie. Mruga okiem w kierunku klasycznej kolońskiej estetyki, a  jednocześnie używa dużej ilości produktu wysokiej technologii. Tworzy niezwykłą, pulsującą aurę wokół noszącego. Nie znam innych perfum, które pachną podobnie. To w moich ustach zawsze komplement, bo nie cierpię wtórności.

Na ile „Une Amourette” są spójne z filozofią Etat Libre d’Orange? Jest w nich przypadek, eksces – jest więc niespodzianka, rodzaj ekscytacji. Jest zapadająca w pamięć sygnatura, efekt wspomnianego przypadku i użycia molekuły póki co dostępnej tylko dla wąskiej grupy perfumiarzy Givaudan. Jest wreszcie obiektywna jakość – dobra projekcja i dobra trwałość. Nie mam więc wątpliwości, że „Une Amourette” to kolejna udana propozycja Etienna de Swardta, należącą przy tym do tych łatwiejszych w odbiorze, mniej wymagających i od pierwszych nut przyjemnych, nawet jeśli zaskakujących.

UNE AMOURETTE

 

 

Dominujące nuty: neroli, paczula, wanilia

Twórca/nos: Daniela Andrier/ Roland Mouret

Rok premiery: 2017

Podobne zapachy: nie znam

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5