Dior Homme (2020) – korpo-perfumy

Zaskakująca wiadomość o nowym męskim zapachu Diora pod nazwą Homme poruszyła społeczność perfumaniaków. Do tego stopnia, że zapach zaczął nawet zbierać negatywne opinie a priori (!).

Wszystko dlatego, że oficjalna, opublikowana przez markę, informacja o premierze przedstawiała Dior Homme jako zupełnie nowy zapach, nie mający – poza nazwą – nic wspólnego z poprzednikiem. Współczesny, drzewny, dynamiczny, oparty na wetywerii i cedrze zestaw nut to potwierdzał. Nie było w nim ani irysa, ani kakao, ani kardamonu, słowem – zapowiadała się katastrofa… Internauci zarzucają Diorowi, że zupełnie nowa kompozycja została nazwana Homme, tym samym powodując sporą konfuzję i obawy co do przyszłości cenionego przez wielu klasycznego już irysowego Dior Homme (2011) i jego flankerów (Intense 2011 i Parfum 2014). Co prawda podobno klasyk pozostanie w obrocie z nazwą zmienioną na Dior Homme Original, ale jak długo i gdzie będzie dostępny – czas pokaże.

Zanim o nowym zapachu, po to by lepiej zrozumieć najnowszą premierę, warto przypomnieć, jakie zapachy Diora definiowały męskość w poszczególnych dekadach. UWAGA: Komu nie chce się tego czytać i chce przejść od razu do mojej recenzji Dior Homme 2020, proponuję przewinąć kilka akapitów w dół. Mimo wszystko zachęcam do zapoznania się z poniższym.

Dominujący w latach 60-tych i 70-tych Eau Sauvage (1966) – będący genialnym i nowatorskim połączeniem elementów szypru, kolońskiej i fougere z subtelną nutą jaśminu i przedawkowaniem jaśmino-pochodnej aromamolekuły hedione – idealnie wpisał się w męskie potrzeby zapachu dyskretnego i eleganckiego, a jego niezwykła formuła uczyniła go ponadczasowym i „załatwiła” Diorowi temat męskich perfum na półtorej dekady.

Jules (1980) – lata 80-te zdominowane były przez pełne testosteronu, intensywne i bogate w składniki pachnidła. Jules był poniekąd takim zapachem, jednak w swej istocie sięgał raczej jeszcze do lat 70-tych, grając bardziej w lidze YSL Pour Homme (1971) i tzw. „brudnych” ziołowych cytrusów i z tej kategorii nie wyszedł. W porównaniu z Julesem o rok młodszy Kouros pokazał nowy kierunek. Jules był o mniej więcej dekadę spóźniony, a Dior – znieczulony świetnymi notowaniami Eau Sauvage – po prostu przespał 10 lat.

Fahrenheit (1988) – schyłek lat 80-tych to już nowe czasy, przedsionek lat 90-tych, które – jeżeli mielibyśmy je scharakteryzować jednym męskim zapachem – pachniały Cool Water Davidoff. W tym kontekście Fahrenheit, przedziwny, niebywale oryginalny i mający się nijak do nadciągającej mody na zapachy świeże, wodne i ozonowe, ze swą fiołkowo-skórzaną sygnaturą, był swego rodzaju odszczepieńcem, a jego unikatowość stała się jego siłą, która uczyniła z niego ponadczasowego klasyka. Indywidualizm ponad modę. Dior odrobił lekcję Eau Sauvage i dorobił się kolejnego ponadczasowego klasyka.

Lata 90-te Dior zakończył męską wersją Dune (1997), która w swej wysmakowanej, ale rachitycznej zielonej delikatności była świetnym odzwierciedleniem tego, co działo się w męskiej perfumerii lat 90-tych. A działo się wiele złego. Ale najgorsze miało dopiero nadejść…

W pierwszej połowie pierwszej dekady XXI w. Dior kompletnie się pogubił (nie on jeden wszakże). Linia Higher (2001-2003) to perfumowa kompromitacja, o której lepiej zapomnieć…

Dopiero 2005 rok i premiera genialnego Dior Homme (2005) skomponowanego przez Oliviera Polge’a przywróciła Diora na mapę męskiej perfumerii i dała zaczyn do podjęcia rywalizacji z Chanelem, a także z nabierającym impetu po zatrudnieniu J.C Elleny Hermesem. Podczas pracy nad Homme Dior po raz kolejny w swojej historii postanowił pójść po prąd i zaryzykował stawiając (podobnie jak w przypadku Fahrenheita) na pachnidło z pozoru skazane na niezrozumienie i porażkę. Obecny dotąd wyłącznie w perfumach damskich irys, do tego pudrowa nuta szminki w męskim zapachu? Okazało się, że jak najbardziej, szczególnie, że Dior miał nosa i trafił na czas coraz bardziej popularnej w kulturze i społeczeństwach zachodu metroseksualności. Sukcesy Dior Homme i jego kontynuacji w postaci Intense (doskonały i najbardziej wyrafinowany Parfum pozostał raczej obiektem pożądania wąskiej grupy koneserów) oraz włączone w tę linię bardzo udane Sport (sprzed katastroficznej reformulacji w 2017) i Cologne przypieczętowały obrany kierunek. Ale to nie mogło trwać wiecznie, czasu się zmieniły, trendy zmieniają się 2-3 razy na dekadę i trzeba nadążać, bo stara konkurencja nie śpi, a nowa się rodzi…

W tzw. międzyczasie Dior inaugurował własną pracownię perfumeryjną w Grasse (Les Fontaines Parfumées), w której wybudował laboratorium, a w nim zatrudnił mistrza perfumeryjnego Francoisa Demachy’ego, który wcześniej pracował m.in. z Jacquesem Polgem dla Chanela. Teraz był już analogicznie „wyposażony” i zupełnie gotów na konkurencję ze wspomnianymi dwoma gigantami. To dzięki Demachy’emu Dior (a właściwie LVMH, właściciel marki) „odzyskał kontrolę” nad formułą Dior Homme (prawa do niej miał i chyba wciąż ma koncern, dla którego wówczas pracował Olivier Polge). Wieść niesie, ze Demachy po prostu przeanalizował zapach przy pomocy wszelkich dostępnych zdobyczy techniki oraz swojego nosa i skopiował go – po mistrzowsku, choć z pewnymi modyfikacjami. Nie każdemu jednak ta wersja przypadła do gustu.

2015 rok to premiera Sauvage. Nawiązanie w nazwie do klasyka budziło i budzi (słusznie moim zdaniem) spore kontrowersje. Zapach okazał się wykoncypowanym przez marketingowców crowd pleaserem obliczonym na rynkowy sukces i potężne zyski. Złożony z nut zebranych z innych dobrze się aktualnie sprzedających męskich pachnideł (np. Bleu de Chanel, Paco Rabanne Invictus) okazał się tyleż miałki, co – zgodnie z założeniami – popularny i chętnie kupowany. Obiektywnie biorąc, jego atrakcyjność nie powinna dziwić. Jest jakiś urok w tym świeżym i nieco detergentowym aromacie. Kolejne flankery dolewały oliwy do komercyjnego ognia. Będący bankrutem Johnny Depp z sowicie opłaconym przekonaniem wystąpił w telewizyjnych i prasowych reklamach. Biznes się kręcił. John podreperował swój zrujnowany życiem hulaki budżet, a LVMH nabił jeszcze bardziej swą i tak obrzmiałą już kabzę. Pieniędzy nigdy dość. I tu dochodzimy do najnowszej propozycji perfumowej Diora…

Skoro udało się z Sauvage, to może by tak odświeżyć linię Homme i powtórzyć sukces? Tym bardziej, że przecież czasy się (znowu!) zmieniły i metroseksualność nie jest już w modzie. Facet ma być facetem, a kobieta kobietą. Więc to pewnie dlatego słupki sprzedaży Dior Homme od kilku już lat się kurczą. Nadszedł czas na remake i rozgrzanie koniunktury do czerwoności…

Oto jest. Nowy Dior Homme A.D. 2020.

Pierwsze wrażenia

Flakon znany z poprzedniej wersji nabrał smukłości znanej z Homme Sport 2017. Efektownie zmodyfikowano zatyczkę, umieszczając na niej srebrny napis na czarnym tle nie pozostawiający wątpliwości co do marki i nazwy zapachu. Pierwsza aplikacja na przedramię. Zwraca uwagę atomizer – mniejszy od tego w DH 2011, dozujący raczej równe, spore chmury, pozbawiony jednak finezji poprzednika. Ale nic to. To tylko hardware. Przechodzę do zapachu. Czuję stłamszony pieprz i jakieś syntetyczne nuty drzewne. Głównie cashmeran i Iso E Super. Nic więcej. Wszystko to na pograniczu wyczuwalności i to zaraz po aplikacji (!), z nosem na skórze. Nie wierzę własnemu nosowi. Odkładam flakon. Daje zapachowi czas. Po kilkunastu minutach na skórze wyczuwam ledwie wyczuwalny syntetyczno-drzewny ślad, w tle zaczyna majaczyć wetyweria. Wciąż nie wierzę. Owszem Dior zapowiadał, że będzie to nowy, drzewny zapach z cedrem i wetywerią, bez irysa, ale w kontekście tego, co czuję, te zapowiedzi brzmią jak ponury żart. Postanawiam użyć globalnie następnego ranka.

Następnego dnia

Rano wszystko czuję intensywniej, nos wypoczęty, gotowy do testów. Obfita aplikacja, bo wiem, że w tym przypadku tak trzeba. Czuję pieprz, tym razem zaraz za nim wyczuwam wetywerię. Ściślej – akord drzewny z wetywerią w dominancie na żywicznym tle. Myślę sobie, że być może stąd te deklarowane tu i ówdzie porównania do Terre D’Hermes, ale to wg mnie grubo przesadzone. Dior Homme stoi co najmniej półkę niżej. Co dalej? Przez pierwsze 2-3 godziny zapach majaczy, odzywa się w sposób przeraźliwie cichy, od czasu do czasu. Po 4 godzinach już go nie czuję. Pozamiatane.

Nie liczyłem na arcydzieło czy na game changera. Liczyłem na solidny produkt o jakości, do której zobowiązuje marka Dior. Otrzymałem coś, co trudno skomentować. Rachityczny, syntetyczny, nijaki, przy tym przesadnie delikatny. Dior Homme 2020 to produkt, którego – przyznam – chyba nie rozumiem. O co tu chodzi?

Jak zwykle, gdy nie wiadomo o co chodzi, musi chodzić o pieniądze, a konkretnie o pazerność koncernu LVMH, który połyka kolejne marki luksusowe, a jego apetyty zdaje się nie maleć. Jakoś trzeba finansować kolejne akwizycje. Schlebiający masowym gustom – bo nijaki – zapach może być jednym ze sposobów na to.

Wystarczy tupać na raz, by zdobyć uznanie mas.

W. Waglewski

Kto ten zapach zaprojektował? Nie, nie Francois Demachy. On „tylko” go skomponował (pisał formułę, ale się nie cieszył?). Projekt musiał pochodzić z diorowskiego działu rozwoju zapachów, który posłuchał bardzo dokładnie wytycznych działu badania rynku i postanowił przełożyć na perfumy zapachowe oczekiwania współczesnego, młodego mężczyzny (zapachowi twarzy użycza 33 letni aktor Robert Pattinson). Czy odbyły się testy konsumenckie, jak w przypadku dezodorantów Axe? Bardzo możliwe. Treść zapachu zdaje się to potwierdzać. Do kogo ma zatem to zapachowe przesłanie Diora trafić? Sądzę, że do mężczyzn w wieku 30-45 lat, którzy poszukują subtelnego, bezdyskusyjnie męskiego, nikomu nie przeszkadzającego, nie kontrowersyjnego, jakby „wycofanego” zapachu. Przy nim bowiem nawet Sauvage wydaje się krzykliwy. Nosząc nowego Diora Homme nie zostaniemy bowiem „zapachowo zauważeni” przez otoczenie, chyba że przy bardzo bliskim kontakcie… Idealne męskie korpo-perfumy? To chyba całkiem trafne określenie.

Wg mnie ten zapach to kolejny – po Dior Homme Sport 2017 (i w mniejszym zakresie Sauvage) – dowód powrotu Diora do niechlubnej praktyki z lat 1995-2005, gdy męskie perfumy tej marki były pozbawione charakteru i obliczone wyłącznie na słupki sprzedaży. Dior zamiast kreować trendy, jak to czynił w przeszłości (patrz Eau Sauvage, Fahrenheit, Dior Homme 2005), stara się wpasować w istniejące już gusta i to te najmniej wyrafinowane. Jedak ta tendencja zasmuca wyłącznie perfumowych koneserów. Ale to nie oni przecież sfinansują kolejne przedsięwzięcia LVMH. Zrobią to zachęceni marketingową kampanią, magią marki i bezpieczną nijakością zapachu setki tysięcy nabywających flakon Dior Homme 2020 w perfumeriach na całym świecie.

nuty głowy: bergamotka, różowy pieprz, elemi

nuty serca: cedr, paczula, cashmeran

nuty bazy: białe piżmo, wetyweria, Iso-E-Super

rok premiery: 2020

nos: Francois Demachy

moja ocena: zapach: 3,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 3,0->2,0

Dior "Spice Blend" i "Purple Oud"

W butikowej kolekcji Diora sporo się ostatnio dzieje. Nowe zapachy publikowane są dość często (po kilka rocznie), co rodzić może automatycznie pytanie – czy za ilością idzie jakość?

Na podstawie dwóch zapachów z ostatnich lat Purple Oud (2018) i Spice Blend (2019) mogę stwierdzić, że różnie to bywa, ale zawsze jest co najmniej dobrze. To niestety może być niewystarczające, by sięgnąć po cokolwiek kosztowne flakony. Ale nie oszukujmy się – klientela diorowskich butików to przecież nie kolekcjonerzy perfum (poza wyjątkami), tylko ludzie, którzy w zwykłej perfumerii zakupów z zasady nie robią, tak jak nie ubierają się w odzieżowych sieciówkach. Więc wchodząc do „swojego” sklepu – butiku Diora – zastają tam duży wybór perfum w każdym możliwym gatunku: od kolońskich przez zielone, kwiatowe, drzewne, przyprawowe, skórzane, aż po kulinarne. A wszystko to pod szyldem Maison Christian Dior Collection, z którym łączy się jakość, prosty design flakonu i osoba nadwornego perfumiarza Diora Francoisa Demachy’ego.

Francois Demachy

Purple Oud – oud na lato

W kolekcji Diora jest kilka zapachów oudowych. Purple Oud wyróżnia się pośród nich lekkim i zaskakująco świeżym charakterem, co jest efektem połączenia drzewnej – lekko „lakierowanej” miast zwierzęcej – nuty oudu z esencją z pomarańczy. Stąd świeże, niemal kolońskie otwarcie, któremu impetu dodaje różowy pieprz, w którego tle czai się drzewny oud. Orientalny charakter zapachu uzupełnia słodki i pylisty szafran, który z połączeniu z oudem potrafi tworzyć zapadające w pamięć akordy (vide Oud by Francis Kurkdjian). Nietrudno się domyślić, że nuty cytrusowe dość szybko ulatniają się, a na skórze pozostaje akord drzewny i ten towarzyszy noszącemu przez większość czasu. Purple Oud to prosty (wietrzę tu krótką formułę), elegancki i umiarkowany zapach cytrusowo-drzewny, mogący być jednym z niewielu oudów nadających się do noszenia nawet ciepłym latem.

główne nuty: słodkie cytrusy, szafran, oud

rok premiery: 2018

nos: Francois Demachy

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0->3,5

Spice Blend – przyprawowa uczta ze szklanką rumu

Mój absolutny faworyt z opisywanego duetu, przy tym jedno z moich ulubionych pachnideł w ogóle w ostatnich tygodniach. Tę kompilację wielu przypraw na podłożu z rumu naprawdę fantastycznie się nosi. Początek jest bardzo intensywny i nadzwyczaj długotrwały. Wibrujący, dosłownie obezwładnia bogactwem przyprawowych molekuł, przy czym przez pierwszy kwadrans, a może nawet dłużej, naprzód wysuwa się gałka muszkatołowa, w swej naturze dominująca, ostra, wibrująca, nieco chropawa i gorzka, została tu umiejętnie skontrapunktowana zestawem przypraw słodkich, z cynamonem na czele. W formule użyto pikantno-rumowego akordu bay rum, co należy rozumieć jako olfaktoryczne odwzorowanie tego słynnego destylatu:

Bay Rum pierwotnie wytwarzano na wyspie Saint Thomas i prawdopodobnie w innych wyspach Zachodnich Indii z rumu i liści lub jagód drzewa laurowego Indii Zachodnich, Pimenta racemosa. Innymi składnikami mogą być olejki cytrusowe i korzenne (przyprawowe), z których najpowszechniejsze to olejek z limetki, goździkowy i cynamon.

Gdy po długim czasie przyprawowy pył bitewny opadnie, na skórze utrwala się akord rumowy ze śladami przypraw, a zapach nie kręci już w nosie, tylko elegancko i całkiem wyraźnie otula swym głębokim, ciepłym i zmysłowym aromatem. Siedzi na skórze długie godziny i naprawdę fantastycznie pachnie, przypominając mi od czasu do czasu inny zapach, którego nazwy niestety nie pomnę. Jak ja lubię takie sytuacje…. A może to i lepiej?

główne nuty: przyprawy, rum

rok premiery: 2019

nos: Francois Demachy

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5->4,0

Parfums de Marly "Kalan", "Percival", "Layton", "Carlisle"

Marka Parfums de Marly nie wymaga już chyba introdukcji, gościła na moim blogu dotąd dwukrotnie, przy okazji opisywania moich wrażeń nt. męskich pachnideł Herod, Galloway i Oajan, a także Nissean.

Zapachy tej marki cieszą się sporą popularnością wśród miłośników perfum i otrzymują całkiem dobre recenzje. Sam z zainteresowaniem testuje kolejne (dzięki aktywnym forumowiczom Perfuforum.pl, których z tego miejsca pozdrawiam!) i potwierdzają one właściwe wszystko to, co napisałem o Parfums de Marly w dwóch poprzednich wpisach. Bezdyskusyjnie ładne, bezpieczne i solidnie, a czasem nawet bardzo solidnie wykonane pachnidła (komponowane przez zawodowców w pierwszej ligi, co – proszę mi wierzyć – ma istotne znaczenie), o raczej wtórnym charakterze, ale ponadprzeciętnej jakości i napompowanych cenach. To z pewnością nie jest marka, która proponuje coś nowego, czy posuwa perfumerię naprzód. Raczej powiela istniejące już od dawna schematy i akordy męskich perfum, ale podaje je w bardziej wykwintnej i jakościowo wyższej formie. Ale, ale… Poniższe trzy zapachy potwierdzają też jeszcze inną tezę: jeżeli lubimy nuty znane, miłe dla otoczenia, eleganckie i ponadczasowe, ale oczekujemy czegoś więcej niż to, co proponują designerskie marki, przede wszystkim w kwestii harmonii i charakteru samych kompozycji, ale także i jakości, parametrów zapachu, w tym projekcji i trwałości, PdM jest marką, po której zapachy naprawdę warto sięgnąć, mimo że w niektórych przypadkach mark ociera się o… kopiowanie znanych perfum.

Percival – elegancki causal

Już w pierwszych sekundach po aplikacji wprawny i doświadczony nos nie będzie miał wątpliwości. Oto nowoczesne fougere w typie legendarnego już Fierce Abercrombie & Fitch, tak chętnie naśladowanego przez inne marki perfumeryjne (m.in. Mont Blanc Legend), a więc także i przez PdM. Czy wyróżnia się zatem Percival? Jest w nim pewna dojrzałość, dorosła nuta, której nie znajdziemy w bardziej beztroskim, młodzieżowym z założenia Fierce. Kompozycja bazuje na syntetycznych aroma-molekułach zgrabnie ułożonych w bardzo uniwersalną, lekką, męską całość. Intro jest rześkie, cytrusowe, podbite aromatycznym sercem z lawendy i geranium (duet idealny!), a wszystko to bazuje na nowoczesnej bazie z aromamolekuł drzewno-przyprawowych (z naciskiem na drzewne) podlanych iglakowym balsamem jodłowym. Ten opis nut może być nieco złudny, jeżeli chcielibyśmy sobie na jego podstawie wyobrazić ten zapach. Mógłby on wówczas wydawać nam się oldskulowym fougere, a Percival – wprost przeciwnie – pachnie bardzo współcześnie. Składniki są tak zręcznie i profesjonalnie połączone w takich proporcjach, że nie odnajdziemy ich indywidualnie i odbieramy Percival jako całość – jako konkretny zapach nie mający odpowiednika w naturze. Świeży, rześki, wibrujący, elegancki w typie casual, na pewno nie wieczorowy, idealny do biura czy na biznesowe lub towarzyskie spotkanie. Nikogo nie przestraszy, a zwróci uwagę znaną nutą podaną jednakże w sposób epatujący wysoką jakością. Słowem – zrobimy dobre wrażenie.

nuty głowy: bergamotka, mandarynka

nuty serca: lawenda, geranium

nuty bazy: balsam jodłowy, nuty drzewno-przyprawowe

rok premiery: 2018

nos: Hamid Merati-Kashani

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,5->3,0

Hamid Merati-Kashani (Firmenich), fot. http://rokhgallery.i

Carlisle – przytulny

W przypadku tego zapachu nie ukrywam, że mam olfktoryczne deja vu i to ściśle związane z dwoma innymi pachnidłami PdM: Herod i nieco nawet bardziej Oajan. Carlisle to bowiem ponownie zapach z gatunku ciepłych, otulających, „zimowych”, jak zwykłem określać takie aromaty. Wypełniony słodkimi przyprawami na kulinarnej bazie złożonej z tonka i wanilii wydaje się być rozwinięciem wcześniej wspomnianych. Pogłębienie zapachu paczulą i przydanie oryginalnego otwarcia za pomocą zielonego jabłka wydaje się zabiegiem ze wszech miar udanym. To zjadanie własnego ogona, bo nie wiem po co w ofercie jednej marki kilka bardzo podobnych pachnideł. Choć jednak w tym przypadku jest to całkiem samkowite i – obiektywnie – udane, bo Carlisle z tej trójki wydaje mi się pod każdym względem najlepszy.

Nosi się go bardzo komfortowo, nie zmienia się w czasie znacząco, nieco świeższy i wibrujący gałką muszkatołową początek szybko przechodzi do zasadniczego akordu waniliowo-tonkowo-drzewnego, któremu szlachetności dodaje subtelnie wpleciona róża. Ten utrzymuje się na skórze długie godziny, delikatnie odzywając się ze skóry.

Quentin Bisch

Za każdym razem gdy sięgam po Carlisle, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdzieś w mojej coraz bardziej przepastnej kolekcji mam coś bardzo, ale to bardzo podobnego, dużo bardziej niż wspomniane dwa inne zapachy PdM… Wiem! Desert Suave Liquides Imaginaires (wciąż czekające na osobny wpis), choć w swym charakterze jeszcze bardziej niż Carlisle nasycone, zniuansowane i niszowe, to jednak zadziwiająco podobne… Zadziwiająco tylko do momentu, w którym rzucam okiem na „listę płac”… Na obu figuruje jeden z moich ulubionych perfumiarzy nowego pokolenia, Quentin Bisch. Przy czym Carlisle to zapach z 2015 roku, a Desert Suave z 2018. To jakby dwie wariacje na ten sam temat. Jestem prawie pewien, że jeden „wyniknął” z drugiego i stałe się jego bardziej wyrafinowaną i wymagającą wariacją. To nie zmienia faktu, że Carlisle jest w mojej ocenie naprawdę świetnym zapachem.

nuty głowy: zielone jabłko, gałka muszkatołowa

nuty serca: róża, tonka

nuty bazy: wanilia, paczula

rok premiery: 2015

nos: Quentin Bisch

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5->3,5

Layton – znakomity

Zapach otwiera się wyraźnym pieprzem i akordem owocowym z waniliową bazą. Serce jest owocowe i drzewne, aromatyczne, przypominające mi jakiś zapach, który w przeszłości bardzo lubiłem (chyba Burberry London Man). Zapach wyraźnie ewoluuje, bowiem baza jest drzewna, paczulowo-gwajakowa, oblana z umiarem wanilią i nie ma w niej śladów po przyprawach i owocach.

W składzie reprezentacja moich ulubionych nut: pieprz, kardamon, geranium, gwajak, paczula. To – jak dla mnie – więcej niż połowa sukcesu. Resztę dopełnia znakomita kompozycja Hamida Merati-Kashaniego.

Layton okazuje się być na ten moment moim ulubionym zapachem PdM. To świetne męskie pachnidło, któremu absolutnie nic nie brakuje. Jak to zwykle u PdM bywa, kompozycja powołuje się na akordy będące w perfumowym obiegu od lat, a wiec już obeznane, obwąchane i zakodowane w ludzkiej pamięci, a więc nie zaskakujące i nie konfundujące. Ale pachnie przy tym znakomicie i zdecydowanie powyżej rynkowej średniej. Elegancko, nieco formalnie, uniwersalnie, za dnia czy wieczorem, Layton sprawdzi się rewelacyjnie. Ten zapach to bardzo pozytywne odkrycie, wart niewątpliwie posiadania całego flakonu.

Rok po premierze Laytona marka dodała do oferty flanker w postaci Layton Exclusive, który opisuje jako intensywniejszy, bardziej przyprawowy i drzewny. Jak dla mnie konieczny do przetestowania.

nuty głowy: jabłko, bergamotka, mandarynka, pieprz, lawenda

nuty serca: jaśmin, fiołek, geranium,

nuty bazy: wanilia, gwajak, paczula, drewno sandałowe, kardamon

rok premiery: 2016

nos: Hamid Merati-Kashani

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5->3,5

Kalan – indywidualista

Najnowsze męskie pachnidło PdM miało swą premierę w 2019 roku i poprzedzone było całkiem sporym szumem informacyjnym, który przelał się przez perfumowe fora internetowe. Dominowała w nim informacja, jakoby Kalan miał być mocno zainspirowany Baccarat Rouge Francisa Kurkdjiana (bestseller tej marki, nawiasem mówiąc nie rozumiem, dlaczego). Gdy już zapach dotarł do mnie (po raz kolejny dzięki obrotnym forumowiczom Perfuforum.pl) z ogromną niecierpliwością przeprowadziłem pierwsze testy.

Porównania do Baccarat Rouge uważam za grubo przesadzone. Kalan ma dość „osobowości”, by uznać go za oryginalne i odrębne pachnidło. Różni się od innych testowanych przez mnie zapachów PdM swoim wyjątkowo wyraźnie syntetycznym i abstrakcyjnym charakterem. I być może w tym jest faktycznie do podobny Baccarat Rouge, ale to tyle. Dużo to syntetyków, co nawet widać w oficjalnym spisie nut (precious woods oznacza syntetyczne nuty drzewne, solar notes – to „poetyckie” określenie jakichś innych aroma-molekuł). Nie jest to z mojej strony zarzutem, bowiem:

Kalan pachnie intrygująco i absolutnie nietypowo. Z początku zielono, nieco „gałęziasto” (patrz French Lover Frederica Malle), potem sucho, pyliście i drzewnie. Wytrawnie i męsko. Zadziornie, ale i nieco surowo. Ascetycznie. Ale żeby nuty słoneczne? Nie znalazłem…

Poniższa fotografia towarzysząca Kalanowi na oficjalnej stronie PdM może być nieco myląca. Suszone pomarańcze? Hmm…

Tak czy inaczej Kalan to solidna i nacechowana indywidualizmem propozycja PdM. Nie tak zachowawcza, jak inne zapachy marki, co notuję na plus. Nieco bardziej wymagająca i z pewnością warta uwagi, o solidnej jakości i zadowalających parametrach.

nuty głowy: pomarańcza „blood orange”, czarny pieprz

nuty serca: lawenda, „nuty słoneczne”, absolut z kwiatu pomarańczy

nuty bazy: mech, nuty cennych drzew

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5->3,5

VI Perfumowy Top Wszech Czasów

Początek roku to już tradycyjnie czas, gdy na  Perfuforum.pl  Artur vel. Scorrpion opracowuje i ogłasza doroczny ranking – Perfumowy Top Wszech Czasów perfum męskich. 

Tegoroczne zestawienie powstało na bazie ocen, jakich w skali 1-6 dokonali zarejestrowani użytkownicy forum od początku jego istnienia, czyli od 31.03.2011 roku. Ranking obejmuje pachnidła męskie oraz niszowe uniseks znajdujące się w bazie Perfuforum.pl. W tej edycji objął on 394 pachnidła. Poniżej prezentuję pierwszą dziesiątkę. Pozostałe miejsca można zobaczyć na forum pod TYM LINKIEM.

10. Amouage Interlude Man

9. YSL M7

8. Amouage Opus IV

7. Olivier Durbano Black Tourmaline

6. Maison Francis Kurkdjian Oud

5. Jovoy Paris Private Label

4. Dior Homme Parfum

3. Memo Paris African Leather

2. Amouage Opus VI

1.Roja Dove Fetish Parfum

O ile dobrze pamiętam, Amouage Interlude Man, Dior Homme Parfum, Amouage Opus VI i YSL M7 utrzymują się w Topie Wszechczasów od kilku już lat, Black Tourmaline Olivier Durbano zastąpił już rok temu Rock Crystal tegoż, ale zwycięski Fetish Pour Homme Roja Dove w wersji Parfum to debiutant! Natomiast zaskakujące jest dla mnie nie załapanie się do 10-ki żadnego zapachu Toma Forda (w poprzednich latach był zwykle Tobacco Vanille lub Oud Wood) oraz wypadnięcie poza Top Ten zwycięzców dwóch poprzednich notowań: Voyage d’Hermes Parfum (2018) i Majda Bekkali Fusion Sacree (2017). Widać, ze gusta forumowiczów nie podlegają rewolucji, ale stopniowo ewoluują.

Tak się szczęśliwie składa, że znam wszystkie te perfumy. Co więcej, niemal wszystkie posiadam w swojej kolekcji i bez wahania mogę potwierdzić, że to zestaw wyjątkowych, wyrafinowanych pachnideł doskonałej jakości, będących przy tym zapachami absolutnie „noszalnymi”.

Ta finałowa 10-ka przekonuje mnie też o tym, że Perfuforum.pl tworzą koneserzy perfum o wyrobionych gustach i najwyższych wymaganiach. To doprawdy zacne grono, do którego wstąpienia z tego miejsca – jako administrator i właściciel forum – serdecznie zapraszam.

Warto wiedzieć, że półroczny staż na Perfuforum, przy umiarkowanej aktywności „na temat”, może zaowocować wstąpieniem do wyjątkowego klubu wspólnych zakupów, w którym możliwie jest poznanie – nie obawiam się tego stwierdzenia – każdego zapachu świata.

Noème – to co nieuchwytne

Noème to nowa francuska marka perfumowa, za którą stoją: doskonale znana fanom perfumerii niszowej i artystycznej Majda Bekkali oraz niejaki Karim Yacine Akbaraly – specjalizujący się w naturalnych składnikach perfumeryjnych pochodzących z Madagaskaru.

Urodzony w Madagaskarze Karim kontynuuje wielopokoleniową działalność polegająca na zaopatrywaniu znanych domów perfumeryjnych w Grasse w pachnące ingrediencje wytwarzane przez lokalnych producentów. Jak się można domyślić, zadbał on o zapewnienie kluczowych składników w projekcie Majdy Bekkali.

Majda Bekkali, fot. Anna Robotka

Nazwa tego perfumowego projektu pochodzi od greckiego słowa noema określającego wszytko, co dzieje się poza ludzką percepcją i świadomością. Logo marki prezentuje węża zjadającego własny ogon i symbolizuje nieustający upływ czasu i ciągle odnawianie się natury. Majda Bekkali przyznaje, że bardzo lubi tego typu ukryte sensy i teorię zbudowaną na potrzeby kreacji. Ale najbardziej interesujące w projekcie Noème wydaje mi się to, że Majda występuje tu także w roli perfumiarza. Wszystkie kompozycje to jej dzieła. Po ich przetestowaniu muszę z uznaniem stwierdzić, że jest ona pełnoprawną i utalentowaną perfumiarką. Autorka przyznaje, że formuły zapachów są krótkie, a zastosowane – pochodzące z Madagaskaru – składniki prezentują najwyższą dostępną jakość. Oczywiście można by skomentować to tymi słowami, że niemal wszyscy producenci perfum tak deklarują, gdyby nie fakt, że akurat w tym przypadku testy perfum to potwierdzają. Przewąchałem już setki perfum i potrafię to ocenić. Nie od dziś zresztą wiadomo, że perfumy złożone z niewielu składników pozwalają im w pełni ukazać swą urodę, o ile te faktycznie się nią cechują. Krótka i dobrze wyważona formuła złożona z wysokiej jakości ingrediencji potrafi być niezwykle efektowna i tak jest w przypadku zapachów Noème.

Przetestujmy je zatem po kolei.

Kalahari – sekrety pustyni

Lubię wiedzieć, że pustynia tam jest, nawet jeżeli na nią nie patrzę.

Rozpoczyna się intensywnym akordem przyprawowym stanowiącym egzotyczną mieszankę szafranu i kardamonu, choć ja czuję tu także (a początkowo nawet głównie) pieprz. Dość szybko ujawniające się serce skręca w kierunku kobiecej zmysłowości. Ciepłe labdanum i ambrette podbudowane cedrem zapowiadają głęboki i otulający finisz. W głębi Kalahari jest zmysłowe, ambrowo-drzewne, a jego aura kojarzy mi się raczej z kobiecą skórą. Piękny i zmysłowy zapach.

Atitlàn – w cieniu wulkanu

Lubię wiedzieć, że wulkan tam jest, nawet jeżeli na niego nie patrzę.

Elegancka, zmysłowa, pudrowo-kwiatowa (ylang i mimosa) i drzewna (!) kompozycja (paczula, białe drzewa) osadzona na pięknej waniliowo-piżmowej poduszce. Podrasowana salicylatami o korzennej, przypominającej irysa woni. Finisz pięknie kobiecy, lekko zadziorny, w którym czuję echa genialnego For Her od Narciso Rodrigueza. A to oznacza, że Atitlàn bardzo mi się podoba.

Abysse – toń

Lubię poddać się wielkiemu zawrotowi głowy.

Jeżeli zawrót głowy, to morska toń. Bo tym pachnie Abysse. Zaskakujący aromat nawiązujący do najlepszych wzorców zapachów wodnych/ morskich z lat 90-tych XX wieku. Świeże otwarcie owocowo-pikantne z nutą morskiej soli natychmiast ustawia nas na dziobie śródziemnomorskiego jachtu. Wilgotny cyklamen i głóg budują woń walających się po pokładzie wodorostów. Pokład zbudowany jest z aromatycznych cedrowych i sandałowych desek, pod pokładem zaś aromat paczuli otulonej piżmem… Wakacje na Morzu Śródziemnym w pełni…

Naica – melodia…

Lubię wiedzieć, że jesteś tam, gdzie się ciebie nie spodziewam.

To zdanie – jak się okazało – doskonale pasuje do zapachu. Naica to mój absolutny ulubieniec w kolekcji Noème i to z dwóch względów. Po pierwsze – siłą rzeczy – najbardziej lubię te melodie, które już słyszałem, a Naica to ewidentny ukłon w stronę Terre d’Hermès. Nie jest to jednak absolutnie imitacja słynnego zapachu, choć podobieństwa są niekwestionowane. Podobne zestawienie składników z gorzkim grejpfrutem i różowym pieprzem w otwarciu, geranium i cedrem w sercu oraz mieszanką mchy dębowego paczuli i benzoiny w bazie. Efektem wybitnie podobający mi się zapach drzewny o wibrującej i skrzącej się naturze. Elegancki, wyrafinowany i fantastycznie się noszący. Intensywniejszy i zapachowo gęstszy niż wspomniany Terre, bardziej może w kierunku wersji Pure Parfum. Drugą przyczyną, dla której darzę Naica taką atencją jest jakość składników. Górna połka i to czuć natychmiast. Ktoś zapyta – po co mi więc dwa razy droższa Naica? Otóż ma wrażenie, że zapach Hermèsa nigdy nie zawierał w sobie takiej jakości, ale i ilości pachnącej esencji. Wybór zawsze zależy do nas i nikt nas w tym względzie do niczego nie zmusza…

Divin Part – boski

Lubię wiedzieć, że wszystko, co nie jest niemożliwe, w końcu się dzieje.

Boska proporcja Ylang Ylang, masła irysowego i piżm buduje to wielkiej urody pachnidło. Jedno z najpiękniejszych znanych mi ujęć irysa, a jego siła tkwi w prostocie. By zapach zakwitł w pełni, użyto tu kilku ingrediencji. Masło irysowe – jedna z najbardziej szlachetnych ingrediencji perfumowych wszech czasów – stanowi oczywiście trzon tego zapachu. Esencja z Ylang Ylang pięknie się komponuje i ubogaca otwarcie zapachu, a białe piżma utrwalają i nadają mu głębi. Tak więc początek jest okrągły, ciepły, ale ewidentnie irysowy. Serce nieco gorzkie, irys ujawnia swą korzenną naturę. Finisz zaskakuję odrobiną zieloności, tak jakby w bazie pokuszono się o użycie niewymienianej w składzie wetywerii Albo nos płata mi figle. Całość określiłbym jako pachnidło drzewne. Irys jest tu niesamowicie realistyczny, ale to przecież nie jest nuta kwiatowa. Raczej przecież korzenna lub też drzewna właśnie. Pozostałe składniki nie zmieniają jego charakteru.

Stąd Divin Part jawi mi się jako pełnoprawny uniseks, przede wszystkim zaś jako małe perfumeryjne arcydzieło, potwierdzające istotność tego, z czego komponowane są perfumy. Czasem wystarczy zaledwie kilka ingrediencji i ich – co kluczowe – idealne proporcje, by otrzeć się o doskonałość.

Noème to perfumy zdecydowanie warte uwagi. Każdy z pięciu zapachów ma wyrazisty charakter i sygnaturową woń. Choć nie są to akordy oryginalne (wszystkie były już w perfumerii wielokrotnie realizowane), to jednak ich ujęcie jest tu wyjątkowe. Koneserskie, rzekłbym. Cechuje je jakość, ale i swoista klarowność. Akordy są bardzo zbudowane harmonijnie, ale i oszczędnie (w dobrym tego słowa znaczeniu). Zapachy ewoluują na skórze w klasycznym francuskim stylu, a każda ich faza jest nieco inna i równie interesująca. Czuć, że Majda Bekkali nie szczędziła tu wysokiej klasy składników, ale też że – jako ich twórczyni – może pochwalić się przekonującym warsztatem. Napisać, że nic tym perfumom nie brakuje, to zdecydowanie za mało. To bardzo udane pachnidła, podkreślające urodę poszczególnych ingrediencji. Luksus ma wiele oblicz. Moim ulubionym jest umiarkowanie w formie i treści, bezkompromisowość zaś w jakości wykonania. W tym sensie perfumy Noème Paris to absolutny luksus i piękny przykład na to, że luksusowe perfumy to niekoniecznie nadymanie, blichtr, złote łańcuchy na szyi, sygnety na dłoniach i udomowiony gepard u stóp odzianych w obszywane złotą nicią bambosze. I całe szczęście.

Puredistance „Gold” – złota esencja

Marka Puredistance przypomina o sobie już drugi raz w tym roku. Wiosną premierę miał AENOTUS, który swą zaskakująco trwałą i orzeźwiającą nutą pięknie komponował się z letnimi upałami. Jesień przynosi nam pachnidło o zupełnie innym charakterze i jakże jesiennej nazwie. Gold, będące – jak wyjaśnia Jan Ewoud Vos, właściciel i artystyczny dyrektor marki – ostatnim, obok Black i White, elementem kolorowej trylogii, to perfumy wyjątkowe pod wieloma względami…

Jan Ewoud Vos rozpoczął pracę nad tymi perfumami już w marcu 2017. Skontaktował się w tym celu ze znanym perfumiarzem, który wszakże nigdy wcześniej nie pracował dla Puredistance. Proces komponowania Gold trwał ponad rok, jednak ostatecznie żadna z proponowanych wersji nie przekonała Jana. Zdecydował on o zaprzestaniu prac i wrócił do tematu po kilku miesiącach, w październiku 2018 – tym razem w towarzystwie sprawdzonego już wielokrotnie perfumiarza Antoine’ Lie’a (ma on już na swym koncie kilka doskonałych pachnideł Puredistance – wspominane Black, White, AENOTUS, a także Warszawa). Tym razem prace potoczyły się bardzo szybko i już w czerwcu 2019 zapach był gotowy.

Antoine Lie (fot. Fragrantica)

Antoine Lie miał pełną swobodę w doborze składników tego pachnidła, pod jednym wszakże warunkiem – że będą one – zgodnie z filozofią Puredistance – najwyższej jakości, dobierane bez kompromisów. Niejednego perfumiarza takie możliwości przytłoczyłyby, ale Antoine Lie poradził sobie znakomicie. Źródłem wyjątkowych ingrediencji było zlokalizowane we francuskim Archamps L’Atelier Français des Matières.

Inspiracją dla powstanie Gold był „Złoty Modriaan”, jak nazywa tę kubistyczną grafikę Jan Ewoud Vos. Przedstawia ona głównie różne odcienie koloru złotego. Ma oddawać ponadczasową koncepcję elegancji złota, które naturalnie harmonizuje z otoczeniem. Eleganckie odcienie złota – różniące się intensywnością i ciepłem – są tu harmonijnie ułożone w dobrze zbalansowany wzór.

Jan Ewoud Vos

Jakim zapachem jest Gold? Bardzo adekwatnym do nazwy. Złoto kojarzy się nam przecież z wartością i bogactwem, a także – siłą rzeczy – z luksusem. Takie są te perfumy. Bardzo bogate – w doskonałe składniki, do tego mocno nasycone (36% ekstraktu!), co wyraźnie czuć. Mienią się rozmaitymi odcieniami i zachwycają wielowątkowością. Pod względem charakteru to perfumy orientalne, skomponowane w taki sposób, że mają cechy idealnego uniseksu. Są połączeniem przypraw (pieprz, który pięknie otwiera ten zapach, cynamon, goździk) ze szlachetnym jaśminowym absolutem, otoczonym ingrediencjami balsamicznymi, żywicznymi i drzewnymi (m.in. labdanum, mirra, styrax, benzoin) oraz akcentem kulinarnym w postaci wanilii i tonki.

Gold to pod względem treści rodzaj zapachu, który może być znany każdemu, kto zetknął się z luksusową perfumerią (choćby wczesny Amouage czy Roja Parfums), z tym że jego forma jest tu – w charakterystyczny dla stylu Lie’a sposób – zwarta i nowoczesna. Kompozycja jest więc klasyczna, ale jej charakter absolutnie współczesny. Zapach – gdy już osiądzie na skórze – pięknie projektuje i stopniowo przekształca się w charakterystyczną sygnaturę, która ujawnia się na skórze po kilkudziesięciu minutach od aplikacji i stanowi zaskakujący, świetny i zapadający w pamięć akord głębi. Trwałość i projekcja nie podlegają dyskusji. Pierwsza jest całodzienna, druga na wyważonym, ale wyraźnym poziomie.

Gold nosi się z ogromną przyjemnością, poczuciem obcowania z prawdziwym luksusem i nie jest to tylko pusty slogan. Bo tak naprawdę w jaki inny sposób mogą pachnięć perfumy luksusowe, jeżeli nie tak, jak Gold właśnie?

Gold zachwyca, a Puredistance po raz kolejny potwierdza swą wyjątkową pozycję na rynku perfum – jako marki prawdziwie luksusowej, nie idącej na jakościowe skróty i oferującej najwyższe zapachowe doznania. Gold to perfumowy majstersztyk w neoklasycznym wydaniu. Takie perfumy to dla konesera szczyt rozkoszy.

nuty głowy: zielona mandarynka, bergamotka, różowy pieprz, rozmaryn, goździk

nuty serca: absolut jaśminu, absolut czystka, geranium, absolut cynamonu 

nuty bazy: styrax, benzoin, mirra, paczula, wanilia, tonka, kastoreum, wetyweria

rok premiery: 2019

nos: Antoine Lie

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5->4,0

Frederic Malle „Rose and Cuir” czyli rebeliancka róża

Pierwotnie miały nazywać się Rose Rebelle. Pięknie. Później Rose Mistrale. Także ładnie. Ale że – jak wyjaśnił sam twórca zapachu – obie nazwy zostały już wcześniej wykorzystane i zastrzeżone przez inne marki, a próby ich wykupu zakończyły się fiaskiem ze względu na horrendalne sumy żądane przez tych nazw właścicieli, skończyło się na Rose & Cuir.

To moim zdaniem kiepska nazwa dla perfum, szczególnie takiej marki jak Frederic Malle Editions de Parfums (choć zgoda – niepierwszy to raz). Nie ma w niej żadnej poetyckości, nie ma nimbu tajemnicy. Wszystko jest podane na tacy… Róża i skóra. Wszyscy bowiem, którzy nie przepadają za różą i/ lub skórą w perfumach mogą skreślić ten zapach już tylko na podstawie nazwy. Ale byłby to błąd,

bo ten zapach to bowiem trick, oko puszczone do nas przez Jean-Claude’a Ellenę. Nie odnajdziemy w nim bowiem ani róży ani skóry…

Ale po kolei. Wszyscy już wiedzą, że Jean-Claude Ellena przeszedł na emeryturę po zakończeniu swej misji dla Hermesa. I zdaje się, że odzyskał energię i pasję tworzenia i poszukiwania. „Chcę się bawić” powiedział, co w ustach świeżo upieczonego emeryta zabrzmiało tyleż zaskakująco, co zrozumiale. Bo przecież mówiąc to, nie miał pewnie na myśli wieczorków zapoznawczych połączonych z dancingiem organizowanych przez klub seniora w Cabris (choć może to także). Chodziło mu raczej o zabawę tworzeniem, o zapachowe eksperymenty i realizację tego, czego podczas piastowania prestiżowej funkcji, która zdecydowanie lepiej brzmi po angielsku (co częste) niż po polsku (in house perfumer vs. perfumiarz domowy :)) albo nie realizował, albo (co bardziej prawdopodobne) się z tym nie ujawniał. Aż tu nagle – w tym samym 2019 roku – dwie premiery Perris Monte Carlo i kolejne dwie Laborattorio Olfattivo przez niego sygnowane. Jakby tego było mało kolejny zapach dla samego Frederica Malle, starego przyjaciela, z którym pracował jeszcze zanim zasiadł w domu Hermesa (Angéliques Sous La Pluie, Cologne Bigarade, L’Eau d’Hiver). Obaj spotkali się w Grasse w Prowansji, by przedyskutować ewentualny wspólny projekt i obaj złapali się na wspólnej fascynacji klasykiem Edmonda Roudnitski z 1949 roku La Rose de Rochas. To te perfumy stały się inspiracją dla Rose & Cuir. Ale nie tylko…

Jean-Claude Ellena

Jak się możemy domyślić, formuła zapachu jest dość krótka, składa się z 15 ingrediencji i – uwaga – nie zawiera ani grama esencji różanej! Co na to sam perfumiarz?

Czy róża dodałaby coś ważnego do tego zapachu? Nie. Więc ją pominąłem.

J.C. Ellena

Jednak od samego początku jest w nim obecna różo-podobna nuta, pachnąca wszakże inaczej, bowiem świeżo i zielono, a także nieco przyprawowo i bardziej „roślinnie” aniżeli kwiatowo. Owa pikantność to sprawka esencji z pieprzu Timut z Nepalu, z którą to przyprawą zapoznał Ellenę jego przyjaciel, Bretończyk, mistrz kuchni Olivier Roellinger (to ta właśnie znajomość i kulinarne inspiracje znalazły swój wyraz wcześniej w opisywanym przez mnie Epice Marine, które perfumiarz skomponowała jeszcze dla Hermesa). Świeża i lekka „różaność” to z kolei efekt użycia wyjątkowej jakości esencji z geranium, na którą wyłączność ma póki co Frederica Malle właśnie dla tej kompozycji. Nie od dziś wiadomo, że olejek z geranium ma wiele molekuł wspólnych z olejkiem różanym i oba są chętnie przez wielu perfumiarzy łączone, gdyż współgrają ze sobą idealnie. Z tym, że Jean-Claude Ellena to nie „wielu perfumiarzy”, więc róży nie użył…

Jak sam twierdzi, od lat preferuje krótkie formuły, bo stanowią dla niego wyzwanie. Zawsze stara się najpierw bardzo skrupulatnie dobrać składniki, tak by dawały wyjątkowy efekt, i żeby każdy wnosił coś do kompozycji. Odrzuca więc te, które są jego zdaniem bez wpływu, a następnie pracuje nad zbalansowaniem tych, które pozostały.

J.C. Ellena & Frederic Malle

No dobrze, wiemy już więc, że zapach pachnie geranium. I to pięknie i wyraziście. Jednak ktoś, kto nie zna aromatu geranium, zakwalifikuje dominującą tu nutę jako różę. A co z tytułową skórą? Czy wyczujemy w zapachu skórzany aromat? Nie do końca… A jeżeli tak, to będzie to bardzo specyficzne ujęcie skóry uzyskane za pomocą wynalezionej w latach 50-tych XX wieku molekuły isobutyl quinoline, dokładnie tej samej, która odpowiada za skórzany akord w słynnym Bandit Roberta Piqueta. Tu perfumiarz połączył go wetywerią i cedrem oraz słynną perfumową bazą Mousse de Saxe, by przydać całości nutkę – jak sam to opisuje – buraka cukrowego (!), mającą kojarzyć się z cierniami róży. Efektem jest trwały i subtelnie projektujący, nieco gorzki i „wegetalny” akord bazy.

Zapach – zanim został ostatecznie zatwierdzony przez Frederica Malle – przeszedł niemal sto iteracji, a niemal każda była efektem – uwaga – wymiany SMS-owej (!) pomiędzy oboma dżentelmenami. Oczywiście podczas tego procesu, który trwał ok. 6 m-cy, panowie spotkali się kilka razy, by bezpośrednio przedyskutować efekt i kierunek prac. Co zupełnie nowatorskie i bezprecedensowe – całą tę SMSową korespondencję ujawniono w Internecie i można ją sobie prześledzić tu. Trzeba przyznać, że pomysł bardzo oryginalny, ujawniający perfumeryjną „kuchnię” od dotąd nieznanej strony. Co więcej, pokazuje wymianę opinii pomiędzy nie byle kim, bo branżowymi tuzami! Dla perfumowych nerdów to kawał fascynującej lektury!

Rose & Cuir zbudowany jest z nut zielonych, lekko kwaśnych, winnych, wytrawnych i gorzkich i – jako taki – wcale nie jest zapachem łatwym, szczególnie dla niewyrobionego nosa. Bezkompromisowy – to chyba także adekwatne określenie. W Hermesie wbrew pozorom perfumiarz miał ograniczenia w postaci kierującym rozwojem perfum tzw. dyrektorem kreatywnym, a ten miał wyjątkowe wyczucie rynku i – mimo wszystko – musiał brać pod uwagę komercyjność zapachów. „Czy to się będzie sprzedawało”? – to pytanie zadawano sobie w biurze Hermesa wielokrotnie. To samo pytanie musiał sobie zadawać Frederic Malle. Jak twierdzi Ellena – Malle nie był do końca przekonany do ostatecznej wersji zapachu, więc dał sobie ok. 3 miesiące czasu, po których wrócił do Rose & Cuir „na świeżo”, by ostatecznie go zaaprobować. Czy podjął słuszną decyzję? Czas pokaże. Ja uważam, że ryzykowną…

główne nuty: pieprz, geranium, wetyweria, skóra, cedr, mech

rok premiery: 2019

nos: Jean-Claude Ellena

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0->3,0