Tauer Perfumes „L’Oudh” – dogoniony króliczek?

Dobrze wiem, że kiedy Andy Tauer bierze się za jakiś nowy zapach, nie opublikuje go dopóty, dopóki ten nie będzie perfekcyjny i idealnie zgodny z wizją twórcy.

ANDY_TAUER

A że Andy Tauer nie musi oglądać się dosłownie na nic (co zawdzięcza wyłącznie samemu sobie, talentowi oraz ogromnej pracowitości), to też jego pachnidła są zawsze efektem niczym nie skrępowanej twórczej wizji. Co to oznacza? Ano tyle, że kupując perfumy marki Tauer Perfumes możemy być pewnie jednego – że będziemy mieli do czynienia z produktami wyjątkowej jakości i unikatowej treści o mocnym charakterze, który pozwoli zapach pokochać albo znienawidzić. Ale tak to już jest z dziełami bezkompromisowymi. Mógłbym tu pisać peany na cześć Tauera, ale nie taki jest mój cel. Po prostu każdym nowym zapachem utwierdza mnie on w przekonaniu, że reprezentuje wszystko, co w perfumach najlepsze, jednocześnie skrzętnie unikając wszystkiego, co moim zdaniem najgorsze (blichtr, nabzdyczenie, pompatyczność, przerost formy nad treścią, banalny i niedorzeczny marketing, nieadekwatnie wysokie pozycjonowanie produktów, wreszcie zwykła „niszowa ściema”).

Tegoroczny L’Oudh był z pewnością niespodzianką. Andy długo unikał podjęcia oudowego tematu (dłużej nawet niż wyjątkowo silnie ignorujący wszelkie mody i trendy Patricia de Nicolai czy Frederic Malle), jakby czekając, aż napompowana do granic możliwości oudowa bańka pęknie lub chociaż się skurczy. I – zdaje się – doczekał tego momentu. Bardzo dobrego momentu. Być może właśnie dlatego to, co umieścił we flakonie L’Oudh, okazało się być w jakimś sensie czystą kwintesencją oudowego trendu, a może nawet jego podsumowaniem.

Tak w każdym razie pachnie dla mnie L’Oudh. Kwintesencjonalnie. Ten przypadkowy powstały neologizm brzmi szczególnie adekwatnie do sytuacji.

W L’Oudh znajdziemy aromat, jaki dla wielu może być końcem poszukiwań w oudowej dziedzinie. Taki oudowym dogonionym króliczkiem. Oszałamiający mocnym, nieco kwaśnym początkiem, osiada na skórze w postaci mieszanki nut zwierzęcych, skórzanych i drzewnych, które na przemian przejmują pierwszy plan, by sfiniszować sucho-drzewnym akordem.

agarwood

L’Oudh przez cały czas utrzymuje wytrwany i raczej surowy charakter. Bez zbędnych ozdobników. Jest bardzo na temat.

Zastosowany olejek z oudu pochodzący z Laosu pachnie szczególnie. Wspominałem już, że to mój ulubiony gatunek, którego stosuje m.in. James Heeley (Agarwoud i Phoencia) oraz Francis Kurkdjian (genialne oudowe trio Oud Moods). Jest on bogaty właśnie w skórzane i sucho drzewne oraz animalne akcenty. Podejrzewam, że Andy – po umieszczeniu drogocennej esencji w centrum kompozycji – podkręcił wszystkie jej naturalne aspekty za pomocą odpowiednio dobranych ingrediencji, o których zresztą otwarcie wspomina. Kastoreum, piżmo i szara ambra wzmocniły aspekt zwierzęcy (ale bez obaw – nie dominuje on zapachu). Esencja z sandałowca oraz moje ukochane składniki: cypriol i wetyweria podkreśliły drzewną istotę oudu, zaś styrax, labdanum, mirra, tytoń i paczula budują akord skórzany. Do tego ta przedziwna nuta smardza(!), którą Andy określił jako na poły naturalną, na poły sztuczną (zapewne efekt kompozycyjnych zmagań artysty), nadająca subtelnej grzybnej aury (oud to przecież w naturze efekt reakcji drewna agarowego na atak bakterii i grzybów). Tak więc wszystkie te składniki nie tyle ozdabiają aromat, ile go wzmacniają. Efekt jest naprawdę bardzo sugestywny i absolutnie niezwykły.

L’Oudh pachnie bardzo naturalnie (i w istocie swojej zbudowany jest w przewadze z naturalnych ingrediencji). Jest zapachem niemal linearnym, o bardzo precyzyjnie wyregulowanej projekcji, nie dominującej otoczenia, ale pięknie wyczuwalnej przez noszącego przez większość czasu i pozostawiającej za noszącym magnetyzującą smużkę. Może doskonale łączyć się z innymi perfumami, dodając im egzotyki i intrygującej drzewnej nuty.  Trwa przy tym dobrze ponad 12 godzin. Ma wszelkie cechy czyniące go zapachem absolutnie wybitnym w swojej stylistyce. Jest przykładem perfum doskonałych, choć pod względem treści i charakteru skierowanych do koneserów, których zresztą ma ogromne szanse ukontentować.  Ja z pełną odpowiedzialnością daje L’Oudh najwyższą notę. Oudowe arcydzieło.

Tauer LOudh

dominujące nuty: drewno, skóra, animalne

główne składniki: oud z Laosu, cypriol, ciemna wetyweria z Javy, paczula, mirra, piżmo, labdanum, drewno sandałowe, szara ambra, smardz, tytoń, róża, jaśmin

nos: Andy Tauer

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0

James Heeley „Phoenicia” – oud Fenicjan

Kilka lat temu bardzo entuzjastycznie oceniłem Agarwoud Jamesa Heeleya. Dziś podpisałbym się pod moją opinią obiema rękami. Zamiast tego wolę jednak obiema rękami napisać kilka zdań o innym zapachu tej marki, który również zawiera słynny i ulubiony przez mnie oud z Laosu, i który zasługuje na nie mniejszy zachwyt.

phoenicia heeley

Phoenicia to pachnidło z 2015 roku umieszczone w kolekcji ekstraktów perfumowych Jamesa Heeleya. Znany z Agarwoud – gdzie towarzyszył róży – laotański oud jest tu tym razem otoczony subtelnymi nutami suszonych owoców oraz kadzidłem, labdanum i rozmaitymi esencjami drzewnymi: sandałowcem, wetywerią, cedrem, brzozą.

To brzoza właśnie o w połączeniu z kadzidłem i oudem oraz wetywerią stanowią moim zdaniem o unikalnym, nieco dymnym i drzewnym charakterze tego niezwykłego pachnidła. Przypominać ono nieco może Black Tourmaline Oliviera Durbano, ale inaczej rozłożone są tu akcenty – więcej oudu, drewna w ogóle i kadzidła, a mniej wędzonego dymu, a przy tym bardzo ostrożna projekcja.

Co interesujące, mimo sporej liczby różnych składników o podobnej naturze, zapach jest bardzo przejrzysty, a żadna nuta indywidualnie nie dominuje – poza – co oczywiste – oudem lub – szerzej – akordem drzewnym z oudem na czele.  Phoenicia ma niemal linearny charakter, poza subtelnie owocowym początkiem, w zasadzie trwa jako drzewno-kadzidlany akord, przy czym z czasem wyraźniej brzmi kadzidło, dzięki dodatkom drzewnym nie popadające jednak w religijny klimat.

Można Fenicję nosić nie tylko solo, ale również z powodzeniem łączyć ją z innymi perfumami, dodając tym samym nowego, intrygującego drzewno-kadzidlanego wymiaru. Szczególnie zapachy z różą w dominancie w naturalny sposób doskonale połączą się z Fenicją, ale przecież nie tylko. Można dowolnie eksperymentować, choć ja osoboście wolę niczym nie zakłócać tego wyjątkowego aromatu.

phoenicia 2 heeley

Phoenicia jest – jak wszystkie zapachy Heeleya – do perfekcji wyważona, a przy tym bardzo elegancka.

To oud podany z ogromnym smakiem, bez zbędnych ozdobników, ale w sposób natychmiast akceptowalny. Obecny na skórze w formie intensywnego ekstraktu emanuje z niej subtelną, ale obecną strużką, tworzącą zagadkowy i intrygujący akcent. Wspaniały przykład współczesnej perfumerii zachodniej, zainspirowanej orientalnym aromatem i przedstawionej w bardzo przyjazny, a jednocześnie pełen klasy i wyrafinowania sposób.

Brawo Heeley.

phoenicia 3 heeley

dominujące nuty: suszone owoce,  drewna (oud, wetyweria, brzoza)

składniki: kadzidło, labdanum, daktyle, suche żywice, oud, drewno sandałowe, cedr, brzoza, wetyweria

nos: James Heeley

rok premiery: 2015

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 3,5

 

Tom Ford „Noir Anthracite”

Gdyby się tak dobrze zastanowić, to Tom Ford od samego początku gra z nami w pewną grę, którą najkrócej można by nazwać: „Czy znasz ten zapach?”

Perfumy sygnowane jego nazwiskiem garściami czerpią z przeszłości, pachnąc przy tym bardzo współcześnie, choć – gdy się „przyjrzeć” – widzimy, że ekipa Tom Ford Perfumes puszcza do nas nieustannie oko, jakby chciała powiedzieć: Najlepsze w perfumerii już było. Nie da się tego przeskoczyć. Ale da się do ulepszyć i uwspółcześnić.

rom ford

Gdy po raz pierwszy pisałem o Tom Ford Noir EDP, to już wówczas robiłem to w kontekście wyraźnych w nim nawiązań do męskich pachnideł z przeszłości. Wersja EDT pachniała bardzo podobnie, ale mniej gęsto, zaś Extreme odważnie poszła w mocno orientalnym i niemal kobiecym kierunku. Zaprezentowanego w 2017 roku Noir Anthracite nie zawaham się nazwać najbardziej klasycznie i jednoznacznie męskim z tej linii. Do tego chyba najwyraźniej zainspirowanym stylistyką retro, konkretnie zielonymi aromatycznymi zapachami fougere w typie Polo Ralpha Laurena czy – nawet bardziej Halston Z-14. Swoja drogą już ładnych parę lat temu Ford zaproponował przecież niemal kopię zielonego Polo w postaci Italian Cypress. Tyle, że Noir Anthracite pachnie inaczej, bardziej współcześnie, dość surowo i prosto, a także szorstko (im później, tym bardziej), sucho-zielono (galbanum), z charakterystyczną gorzkawą nutką (jaśmin) i sucho-drzewnymi finiszem. O ile wstęp i pierwsze minuty mają w sobie nawiązania do wspomnianej klasycznej męskiej estetyki, o tyle późny i naprawdę długotrwały finisz może kojarzyć się już zdecydowanie bardziej z klimatem French Lover F. Malle. Czy potrzeba lepszych rekomendacji?

Noir Anthracite w swej bezpośredniej męskości i zadziornej surowości, jak i raczej linearnym charakterze okazuje się być najbardziej rasowym i charakternym zapachem linii Noir for Men. Jego natura nie pozostawia żadnych złudzeń co do tego, komu dedykowane są te perfumy. Współczesny macho to ich najpewniejszy odbiorca.

Jak się dziś okazuje, Noir Anthracite okazał sie być jednocześnie pokłosiem serii zielonej Private Blends (Vert Encense, Vert Boheme itd.), jak i przygrywką do tegorocznej premiery dwóch pachnideł w tej ekskluzywnej linii: Fougere d’Argent i – przede wszystkim – Fougere Platine, z którym dzieli zielono-suchą estetykę fougere. Jeżeli więc komuś przypadł do gustu Noir Anthracite, ale chciałby czegoś więcej, czegoś bardziej wielowymiarowego i wyrafinowanego, ten powinien sięgnąć po Fougere Platine (i zapłacić dużo więcej). Mnie wystarczy ten pierwszy.

Tom Ford Noir Anthracite

dominujące nuty: zielona, gorzka, sucho-drzewna

nos: Honorine Blanc

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0

Jeroboam Paris – „Vespero” i „Ambra”

Od czasu mojej pierwszej recenzji perfumowych ekstraktów Jeroboam Paris marka Francoisa Henina dokooptowała w 2017 roku dwa kolejne: Ambra i Vespero, a najnowszą pozycją jest tegoroczne białokwiatowe BOHA, które jeszcze nie dotarło do perfumerii. Zarówno Ambra jak i Vespero powstały w pracowni Vaniny Muracciole, tej samej, która skomponowała pierwsze pięć zapachów marki. Dzięki temu są stylistycznie bardzo spójne z poprzednikami i pozostają w gęstej, zmysłowej, orientalnej stylistyce.

jeroboamlogo

Ambra bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie soczystością, esencjonalnością i niezwykła uroda daleką od typowych waniliowo-benzoesowych ambrowców, tak chętnie prezentowanych przez niszowe marki perfumowe. Ambra Vaniny Muracciole jest od początku bardzo żywa, ma odświeżony cytrusami wstęp i zaskakująco aromatyczne serce – co prawdopodobnie zawdzięcza użyciu w formule geranium. Z czasem nabiera coraz cieplejszego, żywiczno-kulinarnego charakteru, utrwalonego głębią piżm. Jak wszystkie ekstrakty Jeroboam trwa na skórze bardzo długo cudnie otulając. Wprost doskonały zapach na właśnie rozpoczęty zimny i nieprzyjemny okres jesienno-zimowy i jednocześnie jeden z najlepszych znanych mi współczesnych ambrowców.

jeroboam ambra

główne nuty: cytrusy, balsamy, żywice, wanilia, tonka

 

Vespero (Wieczór) szybko stał się moim faworytem w całej kolekcji Jeroboam. Dlaczego? Pewnie dlatego, że jest to typ aromatu, który bardzo mi odpowiada, a z którym w perfumerii niszowej (wyłącznie) spotkałem się już (do pewnego stopnia) co najmniej dwa razy: w świetnym Jewel for Him M. Micllef i nie mniej udanym African Leather Mamo Paris. Ten typ – opisywany jako współcześnie skórzany – mi jednak zupełnie się ze skórą niekojarzący. Jest to raczej bardzo aromatyczny zapach przyprawowo-żywiczno-ambrowy z dominującym przez długi czas akordem zbudowanym z żywic, paczuli i geranium. Na wstępie znajdziemy intrygująco wplecioną nutę jabłka, w sercu wspaniałe aromatyczne geranium (moja ulubiona faza Vespero), bazę przy pewnej dozie dobrej woli można opisać jako skórzano-drzewną. Vespero urzekł mnie zdecydowanie. To mój no. 1, gdy chodzi o Jeroboam.

jeroboam vespero

główne nuty: cytrusy, jabłko, geranium, paczula, drzewne, piżma

 

 

PS. Zapachy Jeroboam można nabyć wyłącznie w perfumerii Quality Missala.

 

 

 

 

 

 

 

 

Hervé Gambs Parfums – wprost z Grasse

Hervé Gambs Parfums to jedna z najmłodszych francuskich marek perfumowych. Stworzona przez artystę designera, poszukującego nowych środków ekspresji zadebiutowała w 2013 roku. Hervé Gambs – jak sam przyznaje – nie jest perfumiarzem, ale bierze czynny udział w powstawaniu sygnowanych przez niego pachnideł. Te zaś powstają w historycznym sercu perfumowego świata – w Grasse. Ten fakt zachęcił mnie do zainteresowania się marką.

the-designer HG

Parfums Couture Collection to główna linia zapachów marki, na którą w tej chwili składa się pięć pachnideł.

Rouge Cardinal – zdominowany przez dość klasyczne, surowe ujęcie paczuli, mocne, korzenno-drzewne, szczególnie na samym początku, nieco później trochę duszne i suche. Wymienione w składzie kadzidło, kwiat pomarańczy, kakao i wanilia nie są dla mnie wyczuwalne, stanowią więc raczej przeciwwagę dla paczuli. Bez nich zapach mógłby okazać się zbyt bezkompromisowy. Choć i tak kardynalska czerwień jest – jak na mój gust – zbyt rdzawo-piwniczna. Coś dla wielbicieli paczuli w tradycyjnym wydaniu, a tych przecież nie brakuje.

Hotel Particuler to ambra skomponowana w bardzo tradycyjny sposób: żywice – styrax, benzoes. Zapach niczym się jednak nie wyróżnia pośród wielu jemu podobnych. Jest poprawny – owszem –  ale nic poza tym. Niestety pachnidła ambrowe nie należą do moich ulubionych więc i Hotel Particuler już na starcie miał trudne zadanie, któremu zresztą nie podołał.

Jardin Prive to bardzo ładne ujęcie tematu herbacianego nieco w kierunku Tea for two L’Artisan Parfumeur, ale mniej posłodzone, przekonująco rozwijające się od odświeżonego cytrusami intro, poprzez herbaciane serce, aż po finisz klasycznie złożony z wetywerii i paczuli. Choć nie ma tu mowy od odkrywczości, to jednak Jardin Prive jawi się jako naprawdę udana, jedna z najlepszych propozycji Hervé Gambs. Mój faworyt w Couture Collection.

Coeur Couronne to woń wyrafinowanego trunku, coś pomiędzy rumem a słodkim winem w typie Porto, złożone z neroli, jaśminu, davany i wanilii z Madagaskaru. Choć nie znajdziemy tu herbaty, to jako całość Coeur Couronne stanowi podobny w charakterze, ciepły, lekko owocowy (tu owoce suszone), zmysłowy i naprawdę udany zapach.

W Coup de Grace dominuje początkowo róża doprawiona szafranem na drzewnej bazie – inna niż by to mogło wynikać z opisanych składników, z początku lekko zielona, później sucha, ale generalnie raczej mało przekonująca.

parfums-couture

Colognes Intenses Collection

Zestaw czterech zapachów o kolońskim charakterze, ale intensywności i trwałości wód perfumowanych. Recepta na sukces Neroli Portofino Toma Forda, tak chętnie kopiowana przez niezliczone marki perfumowe została zaadaptowana także przez Hervé’a Gambsa.

La Baie des Anges to zapach koloński o słodko-cytrusowym charakterze. Całkiem oryginalne, jak na ograną przecież kolońską konwencję połączenie grejpfruta i nawet przekonującego akordu rabarbaru z subtelną nutą białokwiatową i ciepłym waniliowym tłem. Obok wanilii czuję w bazie sporą ilość drewna, chyba cedru.

Domaine du Cap pachnie niczym ziołowy zagajnik na Lazurowym Wybrzeżu. Esencja z kopru, bazylia, tymianek i rozmaryn oraz rozjaśniająca całość cytryna tworzą bardzo naturalnie pachnącą i bardzo południowofrancuską woń, w której sercu dominuje lekko anyżowa nuta. Ten niezwykle radosny aromat osadzono na bazie z cedru, który ujawnia się w późniejszej fazie.

Hotel Riviera jest jedyną w tym zestawie klasycznie kolońską kompozycją bez żadnych dodatkowych ozdobników. Mandarynka, bergamotka, kluczowy dla kolońskiej woni kwiat pomarańczy i cedr w bazie gwarantują przywołanie słonecznych wspomnień z wakacji. Dzięki wysokiej koncentracji esencji zapach całkiem długo trzyma się skóry przyjemnie się z niej „odzywając”.

Pink Evidence to zapach zdecydowanie wychodzący poza klasyczną kolońską estetykę. Cytrusy w nim co prawda znajdziemy – w postaci bardzo delikatnego i obecnego na samym początku yuzu, ale jest on tylko przygrywką do ze smakiem skomponowanego lekkiego i świeżego akordu kwiatowego, na który składają się irys (!), ylang, jaśmin i fiołek. Z czasem świeżość zaczyna ustępować pudrowej kwiatowości i Pink Evidence potwierdza, że został skomponowany z myślą o kobietach. Zaiste bardzo przyjemne i bardzo kobiece pachnidło.

herve gambs colognes

Eaux de Parfums Collection

Trzy pachnidła tworzące tę kolekcję prezentują tę cięższą, mroczniejszą, bardziej drapieżną i zmysłową perfumową estetykę.

Bois Dahman jest mieszanką aromatu kadzidła z nutami drzewnymi – ciemną (brzoza) i jasną (sandałowiec) doprawioną szafranem i podane na waniliowej bazie. Dobrze dobrane proporcje poszczególnych składników powodują, że żaden nie dominuje, a całość pachnie całkiem oryginalnie i tajemniczo. To drzewno-kadzidlane perfumy dla lubujących się w nieco bardziej natchnionych woniach. Zapach jest raczej wieczorowy, przy czym na kobiecie zabrzmi z pewnością znacznie bardziej intrygująco, niż na mężczyźnie, mimo że to 100%-owy uniseks (jak zresztą przygniatająca większość oferty Hervé Gambs).

Ombre Sauvage – najpierw dymny, później skórzany, a na końcu kadzidlany. Taki jest „cień dzikusa”, rozpostarty gdzieś pomiędzy  genialnym Bois d’Ascese Naomi Goodsir i nie mniej doskonałym Bel Ami Hermesa. To jeden z moich ulubieńców w kolekcji Hervé Gambs – tajemniczy, gesty, osadzony, majestatycznie się rozwijający i bardzo trwały.

Infusion Noire to bardzo aromatyczne pachnidło o wyraźnej sygnaturze zbudowanej z gęstej nuty lawendy całkiem unikatowo połączonej z anyżem, przyozdobionej podmuchem pieprzu i osadzonej na cedrze. Zupełnie nietypowe ujęcie lawendy o tyle zaskakuje, iż wydawałoby się, że na ten temat w perfumerii powiedziano już wszystko. Okazuje się, że nie wcale nie. Infusion Noire to jeden z najciekawszych aromatów w ofercie Hervé Gambs.

eaux-de-parfum herve gambs

Pachnidła Herve Gambs są na rynku od 2013 roku, ale pachną, jakby powstały co najmniej 20 lat wcześniej. Są odtwórcze, a nawet retrospektywne i nie wnoszą niczego nowego do świata perfum. To jednak nie jest zarzut. Ta przepełniona melancholią kolekcja cechuje się więcej niż dobrą jakością samych kompozycji, na co wpływ ma zapewnie miejsce ich pochodzenia – Grasse, czyli kolebka francuskiej perfumerii, a także – co za tym idzie – wysoka jakość użytych komponentów. Zapachy ostały stworzone w wg klasycznej południowofrancuskiej szkoły i to wyraźnie czuć. Jako takie mogę się naprawdę podobać. Pachną też naturalnie, nie epatują syntetycznymi nutami, co nie znaczy , że nie ma w nich składników pochodzenia „laboratoryjnego”. Tak czy inaczej warto zainteresować się pachnidłami Hervé Gambs, jeżeli poszukujemy klasycznych tematów perfumeryjnych wyegzekwowanych w kompetentny sposób i na wysokim jakościowo poziomie.

 

PS. Perfumerii Tiger & Bear dziękuję za możliwość przetestowania pachnideł Hervé Gambs.

 

 

Clean Reserve – równowaga i odpowiedzialność, czyli eko-perfumy

Wracam dziś do marki Clean, a to przy okazji linii Clean Reserve. To wyjątkowa kolekcja zapachów stworzona w duchu kontrastu clean-dirt, która zdecydowanie wychodzi poza estetykę prezentowaną przez zapachy z głównej linii, o których pisałem kilka tygodni temu tu.

 

clean reserve bottles

Kompozycje wchodzące w skład Clean Reserve powstały ze składników pochodzących ze zrównoważonych upraw, pozyskiwanych w sposób odpowiedzialny, często posiadających ekologiczne certyfikaty. Wedle PR-owców marki stanowią one nową generację zapachów Clean i tworzą zupełnie nowe doświadczenia zapachowe.

Trzy zapachy z tej linii, które miałem przyjemność poznać, cechuje paradoksalnie bardziej tradycyjny w treści charakter, aniżeli zaskakujące odcieniami detergentowej świeżości pachnidła klasycznej linii Clean. Penetrują one olfaktoryczne obszary znane z produktów wielu niszowych marek perfumowych, przy czym robią to w sposób bardzo oszczędny, niemal minimalistyczny i dość subtelny, przez co sprawiają wrażenie lekkich, a nawet czystych. Choć stanowią odrębne byty, zostały pomyślane tak, by móc kreatywnie łączyć je na skórze w ramach tzw. layeringu.

Citron fig rozpoczyna sie wyrazistym w swej świeżości akordem zbudowanym z rześkich cytrusów i cis-3-Heksen-1-olu, czyli nuty soczysto-trawiastej, które mają ewokować aromat figi. Kardamon i imbir – choć użyte niezwykle oszczędnie – przydają pikantnej ekspresji, balsam Copaiba dodaje głębi, zaś drewno sandałowe i cedr budują sucho-drzewny finisz i wraz z piżmami utrwalają zapach na skórze. Citron fig jest lekki, świeży, ale ma też intrygującą drzewną podbudowę.  Jest czytelnie skonstruowany, bardzo przyjemny, zrównoważony i całkiem trwały, przy początkowo dość wyraźnej, a później już subtelnej projekcji. Zapach skomponował perfumiarz Richard Herpin z Firmenich.

Clean-Reserve-Citron fig

Sel Santal – zgodnie ze swą nazwą – zawiera w formule esencję z drewna sandałowego. Ale jego zasadnicza i dominująca natura jest zielona, a to w wyniku zastosowania nuty fiołka, która na początku rozświetlona została mandarynką i bergamotką, a w sercu subtelnie posolona, co zostało zresztą podkreślone w nazwie zapachu. W spisie nut wymienia się też dość abstrakcyjny aromat „kremu z orzechów laskowych”, co należy potraktować raczej jako „perfumową poezję, aniżeli konkret. Drewnu sandałowemu w bazie towarzyszy duet ambry i piżma. Zapach ma parametry podobne do Citron fig, czyli dość intensywny, projektujący początek i raczej spokojny dalszy ciąg, kończący sie bardzo delikatną bazą. Na papierze testowym na wiele dni po aplikacji Sel Santal pozostaje już tylko wyraźny piżmowy finisz. Jego drzewno-słona sygnatura może kojarzyć się nieco z Santal 33 Le Labo, ale pachnidło Clean jest nieporównanie bardziej subtelne i bardziej świeże. Zapach skomponowała znana z pracy m.in. dla Biehl Parfumkunstwerke Patricia Choux (Mane).

Clean-Reserve-Sel_Santal

 

Sueded Oud to w tym zestawieniu mój faworyt, ale wynika to wyłącznie z moich zapachowych preferencji, a nie samego zapachu, który pod względem temperamentu jest bardzo podobny do pozostałych dwóch przeze mnie opisanych. Tyle, że tym razem mamy do czynienie z raczej linearnym pachnidłem stricte drzewnym z odrobiną nowoczesnej skóry – zamszu. Nieco wygładzony cyprysem i wiciokrzewem początek szybko przechodzi do meritum, a tym jest drzewny akord oudowy. Oud marki Clean (co za kontrastowe połączenie – czystość i oud!) jest subtelny, lekko dymny, z pewną dozą nutki, którą ja nazywam emulsyjną, farbową (tak wyrazistą w New York Amber marki Bond No. 9), którą przy odrobinie wyobraźni można faktycznie nazwać zamszową. Jedyna zmiana, jakie podlega Sueded Oud na skórze (a także na testowym papierze) to gubienie tej emaliowej skóry i wysuszanie się. Nuta pozostająca na skórze najdłużej, to suche, pyliste drewno, o co podejrzewam albo cedr albo papirus (ale raczej to pierwsze).

Marka poleca Sueded Oud jako doskonały podkład pod jakikolwiek inny zapach z serii Reserve tworząc w ten sposób analogię do tradycyjnego użycia oudu przez mieszkańców krajów arabskich, w których ten jest niezwykle popularny. Tam esencja oudu (lub oudowy dym) służy właśnie jako podkład do perfumowania sie innymi aromatami – przede wszystkim kwiatowymi. Faktycznie Sueded Oud ma wszelkie cechy takiego podkładu – wyraźną drzewność i linearność, a także ponadprzeciętną trwałość, w szczególności na tkaninie. Zapach skomponował Claude Dir, perfumiarz firmy Mane.

Clean-Reserve-sueded-oud-1

Warto zatrzymać się przy opakowaniu, które – czym marka ewidentnie się szczyci – zostało wykonane z materiałów ekologicznych poczynając od masywnego flakonu 100 ml z białego szkła, bardzo prostego w recyklingu, aż po korek zrobiony z drewna z hiszpańskich lasów o zrównoważonej gospodarce drewnem. Dalej – pudełko z papieru z certyfikatem FSC, biodegradowalny celofan z kukurydzy. Zawartość jest nie mniej eco – składniki z odpowiedzialnych upraw, alkohol z kukurydzy z dodatkiem aloesu. Wszystko to w bardzo spójny i przemyślany sposób zaprojektowane robi naprawdę przekonujące wrażenie czystości, przyjazności i dbałości o środowisko. Z punktu widzenia ekologicznego designu Clean Reserve to niewątpliwie przykład godny naśladowania. Ale nie tylko. Trzeba oddać, że flakony tej serii prezentują się naprawdę fantastycznie i będą podobać się lubiącym elegancki, „czysty” minimalizm. Mnie podobają się zdecydowanie.

Zapachy Clean Reserve należą do gatunku przyjemnych, intrygujących i wchodzących na terytoria olfaktoryczne najchętniej penetrowane przez marki niszowe. Tu jednak podane one zostały w bardzo przystępny, atrakcyjny i ostrożny sposób tak, by nie przestraszyć odbiorców. Mogą stanowić pierwszy krok w „rytuale przejścia” z używania perfum mainstreamowych do pławienia się w bezkresnych odmętach perfumowej niszy z jej niezwykłym bogactwem i fascynującą kreatywnością. Ale mogą też być dokładnie tym, czego szukamy. Czymś akurat i w sam raz.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Terre d’Hermès „Eau Intense Vétiver” – Terre nowych czasów?

To była dla mnie najważniejsza perfumowa premiera tego roku. Nowy męski zapach od Hermèsa. Oczekiwania były – to prawda – wysokie. Bardzo wysokie. Ale czy aby nie za wysokie?

No może nie do końca jest to nowy zapach, bo Eau Intense Vétiver to kolejny po Parfum i Eau Tres Fraiche flanker klasycznego już Terre d’Hermès, prawdopodobnie największego osiągnięcia Jean-Claude’a Elleny jako nadwornego perfumiarza tej marki. Zapachu, który dla francuskiej perfumerii i perfumerii w ogóle jest wg mnie równie przełomowy i ważny, co legendarny Eau Sauvage Diora.

Wróćmy jednak do tegorocznej premiery.

Terre Vetiver 2

Słowo vetivèr w nazwie zaintrygowało mnie dodatkowo – jako fana tej nuty w perfumach. I choć od pewnego czasu uważam, że i tak najlepsze męskie pachnidło z wetywerią to nieśmiertelny Vetiver Guerlain, to jednak każde perfumy z tym składnikiem uważam za co najmniej warte przetestowania. Oczywiście miałem więc bazujące na tym wyobrażenia dotyczące nowego Terre. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna od spodziewanej… Czy to dobrze, czy nie – o tym poniżej.

Eau Intense Vétiver wydaje się kontynuować hermesowską opowieść o ziemi, tym razem jednak traktując nie tyle o jej mineralnej naturze, ile o tkwiących w niej korzeniach. Szczególnie o jednym – korzeniu wetywerii, choć na potrzeby tej kompozycji pozbawionym swej ziemistej nutki, za to z dominującą lekką, świeżą zielonością znaną już z innych perfum Hermèsa – Vétiver Tonka czy Bel Ami Vétiver. Wetyweria to oczywiście także jeden z najważniejszych składników klasycznego Terre d’Hermès, choć znacząco przesłonięty przez cedr i potężną dawkę ISO-E-SUPER.

Część wspólna z klasykiem, to połączenie cytrusów i pieprzu budujące wstęp. Tyle, że tu dominuje soczysta bergamotka, a pieprzu jest znacznie mniej. Mimo to na samym początku, zaraz po aplikacji, można przez krótką chwilę poczuć aromat pośrednio nawiązujący do protoplasty. Wspólny jest także drzewny charakter obu kompozycji, w tym oczywiście obecność wetywerii. Tu – rzecz jasna – zdecydowanie bardziej ewidentna i odmienna w charakterze. Zielona, raczej delikatna nuta wetywerii pojawia się dość szybko. W sercu zapachu dołącza do niej aromat, którego nie potrafię niestety nazwać, a i opisać go jest dość trudno. Lekko gryzący w nos, jakby drzewny, lekko też słodki (ale nie w sposób kulinarny, bardziej w kierunku jakiegoś nowoczesnego wydania drewna sandałowego), przy tym pachnący nieco syntetycznie. Nuta, którą – znacznie wyraźniej – wyczuwam też w Vikingu Creeda. Została ona tu naprawdę ładnie i z umiarem wkomponowana i była dla mnie miłą niespodzianką. Wraz z wetywerią pozostaje ona do końca na skórze, budując raczej delikatny i – niestety – pozbawiony wyraźnej sygnatury finisz. Przyznam, że liczyłem na wyraźniejszą wetywerię w tym zapachu. Poza tym nie znajdziemy tu charakterystycznej dla stylu poprzednika Christine Nagel Iso E Super, co nie jest zarzutem. Czuć, że Nagel chciała odcisnąć na Terre wyraźne piętno swego indywidualnego stylu. A jest to styl mocno odmienny od bardzo wyrafinowanego, nowatorskiego i dość ascetycznego stylu Jean-Claude’a Elleny.

Takie czyste, zielone, ostrożne ujęcie wetywerii nie jest jednak wcale niczym w perfumerii nowym. Weźmy choćby Vetiver Creed’a czy do pewnego stopnia podobny Cologne Thierry Muglera. To w tym kierunku poszła perfumiarka, tworząc Eau Intense Vétiver. Przy czym dla mnie faworytem w tej trójcy pozostaje Creed.

Terre-dHermès-Eau-Intense-Vétiver-new-perfume-for-men-2018

Nie potrafię też zrozumieć, co takiego jest intense w Eau Intense VétiverZapachowi brakuje wyrazistości i zapadającej w pamięć sygnatury. A ma ku temu ewidentne zadatki, bo pierwsze 30 minut na skórze zdaje się sporo obiecywać. Niestety – wraz z upływem czas – i to bardzo szybko – zapach osiada blisko skóry i robi się mało interesujący. Wielka to szkoda, bo sam akord łączący wetywerię i wspomnianą słodko-drzewną nutę ma znamiona nowatorstwa i sygnaturowości. Wszystko się tu niby zgadza, ale jednak czegoś brak. Nos nie ma punktu zaczepienia i nim się zorientuje, robi się jakoś tak nijako i niespecjalnie…

Zasadnicza różnica pomiędzy Eau Intense Vétiver a wcześniejszymi wersjami Terre d’Hermès to odejście od skrzącej się, mineralnej i cedrowej oraz – co ważne – kwaśnej i wytrawnej estetyki w kierunku „olfaktorycznego środka” w każdym aspekcie – od cytrusowego  (bergamotka nie pachnie przecież gorzko jak grejpfrut) po drzewny (wetyweria obudowana tu jest nie suchym cedrem, ale słodkim sandałowcem).

Najnowszy Terre ma spore szanse  – poprzez swój do perfekcji wygładzony i mainstreamowy charakter – na zdobycie serca szerokiej, mniej wyrobionej publiki, w tym młodszych mężczyzn, podczas gdy klasyk to zdecydowanie domena dojrzałości. Tak już pewnie pozostanie.

Tymczasem ja wciąż czekam na nowy męski zapach Hermèsa. Jestem cierpliwy. Z wiekiem coraz bardziej…

 

Terre Vetiver 3

dominujące nuty: cytrusy, pieprz, wetyweria, nuta słodko-drzewna

nos: Christine Nagel

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 3,5