City Exclusives by Le Labo: „Limette 37”, „Benjoin 19”, Cuir 28″‚ „Vanille 44”, „Baie Rose 26”

City Exclusives to seria zapachów Le Labo, które marka dedykuje i udostępnia do sprzedaży wyłącznie w wybranych miastach świata. To zapachy mające w założeniu oddawać ducha poszczególnych metropolii. Ich wyjątkowość jest wszakże głównie wynikiem owej ograniczonej dostępności oraz… horrendalnej ceny (300 USD za 50 ml), która z pewnością nie ma w tym przypadku nic wspólnego z jakością (niczym pod względem jakości nie ustępujące im perfumy Le Labo z głównej linii kosztują połowę tej ceny). Co ciekawe, każdego września City Exclusives pojawiają się w sprzedaży internetowej na stronie Le Labo oraz w kilku innych wybranych sklepach internetowych (np. LuckyScent.com). Tak więc już za kilka dni będzie można nabyć je bez konieczności odwiedzania salonu marki w Dubaju czy w Moskwie.

Jak dotąd swych własnych pachnideł doczekały się: Londyn, Dallas, Chicago, Moskwa, Dubaj, Tokyo, San Francisco, Los Angeles, Londyn, Nowy Jork i Paryż. Kilka z nich mam dziś okazję zaprezentować.

 

Limette 37 San Francisco by Frank Voelkl

SANFRANCISCO

Urodziwy, świeży i orzeźwiający zapach w swej istocie koloński, jednak o intensywności i trwałości przewyższającej klasyki tego gatunku, plasujący się  raczej obok współczesnych kolońskich wód perfumowanych typu Neroli Portofino Toma Forda czy Cologne Indelebile Frederica Malle. Co prawda w głównym katalogu Le Labo znajdziemy już zapachy podobne co do pomysłu i charakteru (szczególnie świetny Bergamote 22 oraz w mniejszym stopniu kolońskie, a bardziej biało-kwiatowe, śliczne Fleur d’Oranger 27 i  Neroli 36). Jednak Limette 37 ma swój indywidualny charakter. Ta współczesna kolońska skomponowana została przez Francka Voelkla, o którym pisałem niedawno przy okazji recenzji Ylang 49, a którego perfumiarska maestria jest od dawna obiektem mojego szczególnego podziwu.

Limette 37 rozpoczyna się – jak przystało na kolońską – od bardzo świeżego akordu, wypełnionego esencją z limonki połączoną z bergamotką i zieloną esencją petit grain. W tle wyczuwalna jest subtelnie detergentową nuta biało-piżmową, kojarzącą się z wysokiej jakości mydłem. Zapach ewoluuje odsłaniając biało-kwiatowe serce (jaśmin), doprawione subtelnie goździkiem. Baza jest oparta na ładnie spinającym całość wetiwerze oraz z umiarem użytej tonce i spore dawce białych piżm, pozbawionych jakichkolwiek konotacji cielesnych czy zwierzęcych. Reasumując- śliczne, bardzo wysokiej jakości uniseksowe pachnidło kolońskie dla tych, którzy z bardzo grubym portfelem penetrują …. ulice San Francisco.

le labo limette-37

główne nuty: limonka, bergamotka, liść gorzkiej pomarańczy, jaśmin, goździk, wetiwer, tonka, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Benjoin 19 Moscow by Frank Voelkl

moscow

Benjoin 19 to minimalistyczny zapach żywiczny, w którym nad żywicami dominuje początkowo nuta przyprawowa (różowy pieprz?), po której na czoło wysuwa się szlachetne i wciąż nico pieprzowe olibanum. Z czasem do gry dochodzi drzewny akcent cedrowy, aż wreszcie ujawnia się główny bohater – słodkawa, ciepła, gęsta i zmysłowa esencja benzoesu. Mimo swego minimalizmu zapach zmienia się więc stopniowo na skórze. Jest przez praktycznie cały czas subtelny, blisko-skórny, dość trwały, choć nie tak bardzo, jak można by się spodziewać po użytych w nich składnikach. Intrygujący, choć mnie nie przekonał, podobnie jak niegdyś testowany Gaiac 10 dedykowany Tokyo. Po prostu nie jestem fanem perfumowego minimalizmu, podobnie jak nie przepadam za rosyjską stolicą…

Le-Labo-Benjoin-19

główne nuty:  kadzidło frankońskie, cedr, benzoes, ambra, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Cuir 28 Dubai by Nathalie Lorson 

Dubai

Początkowo Cuir 28 pachnie głównie drzewną, lekko wytrawną, szlachetną wanilią. Spod niej jednak dość szybko, bo po kilku minutach, zaczyna wybijać wetyweria. Z czasem jej obecność staje się coraz wyraźniejsza. To właśnie duet dymnej wanilii z wetywerią stanowi oś tego zapachu, trwając na skórze kilkadziesiąt minut. Co ciekawe, w tej środkowej fazie zapachu mam ewidentne skojarzenia z Lalique Encre Noire A l’Extreme. Wszak oba te pachnidła skomponowała Natahlie Lorson i oba charakteryzują się połączeniem wetywerii z żywicznymi i ambrowymi elementami. Le Labo odróżnia się jednak wspomnianą mocną nutą absolutu z wanilii, ktróej na próżno szukać w pachnidle Lalique. Aromat skóry z pewnością tu nie dominuje, z zapach jako całość można z biedą próbować zakwalifikować jako skórzany, choć w sumie zdecydowanie bliżej mu do etykiety pachnidła drzewno-ambrowego. Cuir 28 pachnie blisko skóry, jest przysadzisty, gęsty, otulający. Znów – mógłby być nieco trwalszy…

le labo cuir-28

główne nuty:  skóra, absolut wanilii, nuty drzewne, wetyweria, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Nathalie Lorson

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Vanille 44 Paris by Alberto Morillas

Paris-3

Chronologicznie drugie pachnidło cyklu City Exclusives (po Tubeureuse 40 New York) skomponowane zostało przez legendę i mistrza perfumowego fachu Alberto Morillasa.

Pierwsze, co dochodzi moich nozdrzy, to pięknie podana nuta kadzidła olibanum, z początku nieco złagodzona cytrusowym duetem bergamotki i mandarynki z czasem podbita suchą, drzewną nuta gwajaku. Obecność cytrusów jest tu praktycznie niewyczulana – w tym sensie, że nie poczujemy tu indywidualnie nut cytrusowych. Podobnie jak niewyczuwalne tu indywidualnie aldehydy, tak i cytrusy pełnią rolę unoszącą ciężkie molekuły kadzidła, wanilii i gwajaku, który wyłania się spod kadzidła ładnie korespondując z wanilią (ta z kolei jest najwyraźniejsza w bazie). Mimo tych technicznych zabiegów Vanille 44 lokuje się – podobnie jak Cuir 28 czy Benjoin 19 – blisko skóry, emitując zmysłową i otulającą woń.

Typowo dla Le Labo – składnik wymieniony w nazwie zapachu nie dominuje w sposób ewidentny. Fani zmysłowej, dymnej wanilii powinni raczej sięgnąć po Cuir 28. Vanille 44 wydaje się bowiem być bardziej pachnidłem kadzilano-drzewnym, w którym wanilia – owszem obecna – nie jest wszakże głównym bohaterem.

le labo vanille 44

główne nuty:  bergamotka, mandarynka, aldehydy, gwajak, kadzidło, wanilia

rok premiery: 2007

moja ocena: Alberto Morillas

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Baie Rose 26 Chicago by Frank Voelkl

Chicago

Baie Rose 26 jest świeżą, przyprawowo-drzewną kompozycją różaną, w której róża jest lekka, zwiewna, zdecydowanie uniseksowa. Otaczają ją wzmocnione aldehydami przyprawy (mocny i wyraźny przez pierwsze kilkadziesiąt sekund akord pieprzowy będący mieszanką różowego i czarnego pieprzu z przewagą tego pierwszego oraz subtelnie użyty goździk). W bazie króluje cedr, który wraz z akordem ambrowym i piżmami utrwala zapach na skórze na wiele godzin, projektując przy tym zdecydowanie powyżej średniej City Exclusives.

Zadziwiające, jak ta chicagowska róża od Le Labo przypomina Le Labo Rose 31 z 2006 roku. Jest owszem lżejsza, świeższa, bardziej drzewna, ale mimo ta pachnie tak, jakby jej formuła była punktem wyjścia dla Franka Voelkla. Jakkolwiek było, Baie Rose 26 broni się jako odrębne pachnidło i jest moim zdaniem jednym z najlepszych zapachów serii City Exclusives, które – z pojedynczymi wyjątkami – nie zachwyciły mnie jak dotąd.

Baie Rose

główne nuty:  różowy pieprz, pieprz, aldehydy, goździk, róża, cedr, ambra, piżmo

rok premiery: 2011

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Od 2006 roku, gdy Le Labo wyemitowało pierwszy zapach z serii City Exclusives (Tubereuse 40 New York), marka ta konsekwentnie buduje wokół niej nimb wyjątkowości. Z jednej strony spore ograniczenia w fizycznej dostępności, z drugiej bajońskie sumy, jakie trzeba zapłacić za flakon tych perfum z pewnością skutecznie podtrzymują ekskluzywny status miejskiego cyklu. Jednak same zapachy, czego osobiście doświadczyłem, nie są niczym nadzwyczajnym. Co więcej, moim zdaniem nie dorównują ani pomysłami, ani kompozycjami tańszym (co nie znaczy tanim) perfumom Le Labo z głównej linii. Czy jest więc seria City Exclusives sztucznie nadmuchaną niby-luksusową bańką? Moim zdaniem – zdecydowanie tak. W jej przypadku marketing wyjątkowo mocno- nawet jak na standardy branży perfumowej – oderwał produkt i jego wartość od rzeczywistości.

Givenchy „Gentlemen Only” – dżentelmen naszych czasów

Gdy w 2013 roku Givenchy zaprezentował nowy męski zapach Gentlemen Only, obwieścił, że będzie to hołd złożony o 40 lat (!) starszemu Givenchy Gentleman (1974). To nawiązanie było dla mnie – przyznam – ruchem zaskakującym . Próbą ożywienia wciąż żywej przecież legendy, albo może raczej bardzo spóźnioną próbą zdyskontowania sukcesu klasyka (Gentleman nigdy wcześniej nie doczekał się żadnego flankera, aż tu nagle po 40 latach taka niespodzianka!). Ten cytrusowo-drzewny klasyk jest wciąż dostępny jest na półkach perfumerii, dzielnie stojąc na straży tego, co w perfumach było niegdyś wielkie i wspaniałe. Co ciekawe, jako jedne z zaledwie kilku, może kilkunastu męskich pachnideł z tamtej epoki wytrzymał próbę czasu. Nie bez przyczyny. Jest z pewnością jednym z najwspanialszych kiedykolwiek skomponowanych męskich pachnideł. Ponadczasowe i bardzo pięknie zrównoważone połączenie cytrusów, miodu, wetywerii, paczuli i mchu dębowego to prawdziwy kanon perfumerii, do którego wciąż chętnie nawiązują współczesne marki niszowe. Gentleman był z pewnością emanacją gustów i stylistyki tamtych czasów.  Jego estetyka tak mocno wpisała się w męskie gusta, przekazywane z ojca na syna, że zapach ten trwa do dziś. I niech trwa wiecznie, bo – jak ktoś kiedyś słusznie zauważył  – „trwa mać”.

givenchy-gentleman-perfume-edt

Obecny Gentlemen Only można śmiało nazwać reprezentatywnym przedstawicielem współczesnej męskiej estetyki perfumowej. I to jest moim zdaniem główna analogia pomiędzy klasyczną a współczesną wersją. Nie byłoby go jednak, gdyby nie YSL L’Homme (2006), w którym połączono zieloną nutę liścia fiołka z przyprawami i akordem ambrowym tworząc coś na kształt współczesnego wzorca męskiego akordu, wykorzystywanego, a wręcz nadużywanego od tego czasu dość powszechnie nie tylko w perfumerii, ale i w męskich kosmetykach. Z kolei nie byłoby L’Homme, gdyby nie Fahrenheit (1988). Ten zaś pewnie nie powstałby, gdyby nie Grey Flannel G. Beene (1975).  I tak wróciliśmy do lat 70-tych, gdy powstał klasyczny Gentleman. Tak się to w perfumerii wszystko łączy, a jedno wynika z drugiego…

Gentlemen Only ma wibrujący, pieprzowy, krótkotrwały początek. W chwilę po nim pojawia się zielona nuta liścia brzozy połączona z subtelnym muszkatem. Jest lekko słodko, lekko zielono i raczej delikatnie. Z czasem ujawnia się składnik łączący zapach ze swym starszym o 40 lat protoplastą – paczula. Choć nie tak wyraźna i nie tak ewidentna, to jednak odgrywa istotną rolę w budowie całości. Tak trwa to przez dłuższy czas, który można śmiało określić sercem zapachu. Trzeba przyznać, że jest to serce długotrwałe, a zapach początkowo jakby rozmyty, z czasem powoli nabiera wyrazistości. Bazowy akord ujawnia się dopiero po kilku godzinach i jest to przyjemna woń piżmowa połączona z lekko mydlaną, słodkawą nutą kadzidła, kompletnie pozbawioną jakichkolwiek konotacji religijnych (co oczywiste, gdy weźmiemy pod uwagę mainstreamowy, nastawiony na szeroką klientelę charakter tego pachnidła). Muszę przyznać, że ewolucja, jaką przechodzi Gentlmen Only na skórze oraz ten intrygujący, całkiem niebanalny finisz okazały się dla mnie miłym zaskoczeniem.

coolsty-givenchy-04-1400x700

Gentlemen Only jest skrojony na miarę współczesnego przeciętnego męskiego gustu. Ma przy tym przyzwoitą jakość. Cierpi jednak na brak oryginalności. Nie dla każdego będzie to wada. Ratuje go wszakże ciekawy, niesztampowy finisz, który skłonił mnie do dodania jednej gwiazdki w końcowej ocenie. 

Jednego jestem pewien – opisywanie tego zapachu przez pryzmat oficjalnego spisu nut/ składników mija się w tym przypadku z celem. Jeżeli nawet bowiem np. wetyweria czy cedr zostały tu użyte (a nie mam podstaw sądzić, że było inaczej), to wszystkie te ingrediencje budują główny, zielono-drzewny motyw przewodni, nie ujawniając się indywidualnie w sposób, do jakiego przyzwyczaiła nas perfumeria sprzed dekad (przecież paczulę, miód, mech dębu, wetywerię – wszystko to przy odrobinie wysiłku poczujemy w klasycznym Gentlemanie!). Oczywiście wiem, że paczula użyta w Gentlemen Only nie jest tą samą, pełnowymiarową paczulą z Gentleman. Podobnie jest z innymi składnikami, nierzadko będącymi efektem współczesnych wyrafinowanych laboratoryjnych metod pozyskiwania, o jakich nawet nie śniło się Paulow Legerowi, gdy pracował nad formułą oryginalnego Gentlemana.

givenchy gentlemen-only-bottlesjpg

Współczesne składniki perfumowe są oczyszczane z wszelkich potencjalnych alergenów i innych niechcianych substancji. Wiele z nich traci przez to swoje cechy charakterystyczne, ale jednocześnie daje się lepiej modelować przy pomocy innych składników. Innymi słowy – gdy kiedyś do formuły dodawano olejek paczulowy, wiadomo było , że „wyjdzie on na wierzch” i w którymś momencie zdominuje kompozycję, emitując charakterystyczne cechy swej naturalnej woni. Dziś esencję z paczuli można rozłożyć na kilka części w destylacji frakcyjnej, wykorzystać jedną (albo więcej) z nich i wymodelować ją przy pomocy innych ingrediencji, tworząc w ten sposób niespotykane dotąd akordy (świetnym przykładem Mistral Patchouli Atelier Cologne). Paczula taka odegra istotną rolę, ale nigdy nie ujawni się w sposób ewidentny, taki jaki znamy z przeszłości. Z jednej strony daje to współczesnym perfumiarzom nieograniczone możliwości twórcze, z drugiej paradoksalnie może powodować, że zapachy stają się do siebie podobne, gdyż pewne zbitki składników- akordy – dobrze przyjmują się wśród klientów i są eksploatowane do granic możliwości. Gentlemen Only wpisuje się w to zjawisko, będąc z jednej strony przyzwoitym współczesnymi męskimi perfumami, którym wszakże brak indywidualnego sznytu, gdyż podobne (co nie znaczy, że identyczne) aromaty znaleźć możemy w wielu zapachach innych marek.

Obliczony na zdobycie popularności Gentlemen Only ma wszelkie ku temu zadatki. Będzie je miał zresztą każdy podobny zapach, tak długo, jak długo przeciętny klient perfumerii sieciowej będzie kierował się wyłącznie tym co modne i „bezpieczne” i nie będzie poszukiwał czegoś, co podkreśli jego indywidualność i charakter. Taki to „masowy dżentelmen”. Ale chyba lepszy taki, niż żaden…

Givecnhy G Only

nuty głowy: zielona mandarynka, różowy pieprz, gałka muszkatołowa, liść brzozy

nuty serca: cedr, paczula, wetyweria

nuty bazy: kadzidło, nuty zwierzęce

rok premiery: 2013

perfumiarz: Jean Jacques/ Francis Kurkdjian

moja ocena: 

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Wersja Gentlemen Only Intense weszła na rynek w 2014 roku. Jest w swej istocie kopią swego poprzednika z dodanym współczesnym akordem skórzanym i okrutnie już wyeksploatowaną ambrowo-tonkową bazą. Intense od początku prezentuje się bardziej zachęcająco, niż pierwowzór. Jest głębszy, bardziej zmysłowy. Innymi słowy – takie wieczorowe wcielenie dżentelmena. Ale i w tym przypadku nie ma mowy o oryginalności. Mało tego – uważam, że Intense jest nawet bardziej wtórny, niż pierwowzór, który przynajmniej zaskakuje intrygującą woltą z oklepanej drzewnej zieloności w kierunku zaskakującego i dość unikatowego mydlano-kadzidlanego finiszu. Intense – poprzez dodanie aspektu ambrowego – jeszcze bardziej zbliżył się do L’Homme YSL, a współcześnie ujęta nuta skórzana (w niczym nie przypominająca skóry znanej z klasyki perfum czy współczesnej niszy; innymi słowy wierzymy, że skóra jest, ale jej nie czujemy…) w połączeniu z przewodnią zieloną nutą liścia brzozy zbliża całość do Fahrenheit Parfum Diora. Z tym, że Dior pachnie klasę lepiej… Fakt, miłym akcentem okazała się dla mnie baza Intense, ale to z kolei poprzez jej spore podobieństwo do Prady i jej Amber Pour Homme Intense. Tak więc znów – nic oryginalnego. Całość zasługuje jednak obiektywnie na cztery gwiazdki, gdyż Gentlemen Only Intense jest zapachem pod każdym względem dobrym. Ale nic ponad to.

givenchy gentlemen-only intense

nuty głowy: zielona mandarynka, czarny pieprz, liść brzozy

nuty serca: cedr, paczula, skóra

nuty bazy: tonka, ambra, kadzidło,

rok premiery: 2014

perfumiarz: Jean Jacques

moja ocena: 

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Givenchy-Gentlemen-Only-Casual-Chic-

Póki co Givenchy nie wprowadziło wersji Gentlemen L’Eau lub Fraiche, ale Casual Chic z 2015 roku praktycznie pełni taką rolę lżejszej, świeższej, letniej, casualowej wariacji nt. Gentlemen Only. Zapach jest wyraźnie mniej złożony, oszczędny w środkach wyrazu. Na uwagę zasługuje fakt, że świeżości nie przydano tu w sztampowy sposób –  wyłącznie cytrusami. Posłużono się za to całym zestawem wibrujących i świeżych w swej naturze nut przyprawowych. I tak w akordzie głowy znajdziemy energizującą niczym doskonałej jakości lemoniada mieszankę cytrusowo-pikantnego kardamonu, wibrującego, rześkiego jałowca i dominującego tu słodkawego i pikantnego zarazem imbiru. Ten pikantny i chłodny jednocześnie koktajl ma zdecydowanie odświeżający charakter i ładnie wprowadza motyw przewodni linii Gentlemen Only –  duet zielonego liścia brzozy i cedru, który tym razem więcej ma w sobie suchej drzewności, niż liściastej zieloności i jako całość jest mniej wyrazisty niż to było w obu poprzednich wersjach. Cedr – mimo że obecny we wszystkich opisywanych tu wcieleniach zapachu – tu ujawnia się najwyraźniej, dobrze łącząc się z jałowcem z otwarcia i drewnem sandałowym ulokowanym w bazie. Z czasem zapach staje się suchy i drzewny, dryfując w kierunku estetyki reprezentowanej przez Juniper Sling Penhaligon’s i jemu podobne jałowocowoambroxanowych mikstur. Słowem – bardzo na czasie. Casual Chic wypada na tle pozostałych wersji zupełnie poprawnie, choć w sumie najmniej spektakularnie. Mimo to warto – uważam – dać mu szansę.

Givenchy-Gentlemen-Only-Casual-Chic bottle-

nuty głowy: kardamon, imbir, jałowiec

nuty serca: liść brzozy, cedr

nuty bazy: drewno sandałowe, Ambroxan

perfumiarz: Jean Jacques

rok premiery: 2015

moja ocena: 

zapach: ***/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Saga Gentlemen Only trwa w najlepsze. W bieżącym roku premier miały dwa kolejne flankery: zrywający z motywem przewodnim linii przyprawowo-orientalny Absolute  oraz lekki, zielono-miętowy Parisian Break. Jestem pewien, że to nie koniec…

 

Lalique „Encre Noire A L’Extreme”, czyli jak naprawiono pierwowzór (choć przecież nie był popsuty…)

Kultowy już Encre Noire od Lalique kończy w tym roku 10 lat. Mimo – albo dzięki – niewytłumaczalnej reformulacji, jakiej został poddany zaledwie kilka lat po premierze, wciąż obecny jest na półkach perfumerii. Tak sobie myślę, że być może został on „poprawiony”, by spodobał się szerszej klienteli, aniżeli tylko perfumowym koneserom, którzy natychmiast w sposób bezkrytyczny – całkowicie zresztą słusznie – pokochali Encre Noire za niezwykłe, unikatowe, niszowe w swej treści i jakości połączenie dwóch gatunków wetywerii, cyprysu i Cashmeranu z Iso-E -Super w jedną mroczną i poruszającą wysublimowane gusta całość. W międzyczasie – w 2013 roku – marka przedstawiła zaskakującą, ale naprawdę udaną wersję Sport. Zeszły rok przyniósł premierę, która rozgrzała nozdrza fanów Czarnego Atramentu. Już sama zapowiedź Encre Noire A L’Extreme, opisywanego jako eau de parfum, musiała przyśpieszyć bicie serc wszystkich tych, którzy czarny flakon w kształcie kostki trzymają na honorowym miejscu swej kolekcji. Przyznam, że i ja – mimo moich ambiwalentnych odczuć wobec Encre Noire (o czym pisałem w recenzji) – poczułem się mocno zaintrygowany. Wiadomo było, że będzie gęściej i że zapach opracowała nie kto inny, tylko Natahlie Lorson odpowiedzialna za obydwie wcześniejsze wersje Encre Noire.

lalique encre-noire a lextreme 2

Nazwa zapachu mogłaby wskazywać na jakąś wyjątkową intensywność czy moc, ale prawda jest taka, że o żadnych ekstremizmach nie ma tu mowy. A l’Extreme to raczej wyważona w swej mocy, pogłębiona i ocieplona za pomocą żywic (elemi w akordzie głowy, kadzidło w sercu, a syjamski benzoes w bazie) i – uwaga – irysa (!) wersja klasyka, którą odważę się nazwać… ambrową. Nie zmieniło się to, że główne role w zapachu gra duet wetywerii i cyprysa, choć ta pierwsza (mimo deklarowanego użycia – podobnie jak w eau de toilette – esencji z dwóch gatunków) jest tu mniej wyrazista. Nie czuję tu za to w ogóle specyficznej, wilgotnej nutki cashemranu, która tak istotną rolę odgrywa w edt (przez co – teraz już to wiem – nigdy nie stałem się fanem tamtej wersji). Jest za to irys, paczula (choć nie wyczuwalna indywidualnie, to jednak – jak wiemy – potrafi czynić magię) oraz cały zestaw cudnie ciepłych, gęstych żywic, które wznoszą kompozycję Lorson na kolejny poziom i każą mi pokiwać głową z uznaniem.

A L’Extreme rozwija się na skórze od nieco iglakowego, złagodzonego bergamotką (która współgra z cytrusową naturą woni elemi), ciepłego wstępu przez jeszcze cieplejsze wetiwerowo-irysowo-żywiczne serce (kadzidło występuje tu jako kolejna żywica, nie zaś nuta dymna, a irys w połączeniu z żywicami kieruje przez moment moje skojarzenia do Dior Homme Parfum), aż po – urocze muszę przyznać – zwieńczenie w postaci delikatnej, aczkolwiek całkiem długo obecnej na skórze zmysłowej, gęstej, emanującej żywiczną słodyczą benzoesu i ciepłą drzewnością sandałowca bazą. Ta z kolei- zaskakująco – kojarzy mi się z drydownem mojej ulubionej Prady Amber Pour Homme, choć ma zdecydowanie mniejszą projekcję. Także w bazie – po odpowiednio długim czasie, szczególnie na papierku testowym – trudno nie zauważyć jeszcze jednego starego znajomego z pierwszej wersji – Iso-E-Super.

Znany z klasycznej, a także sportowej wersji flakon tym razem został tylko w swej dolnej połowie pokryty czarną, nieprzezroczystą farbą (dla odmiany matową), dzięki czemu odsłonięto piękną, koniakową barwę cieczy. Pod czarną drewnianą zatyczką z logo marki kryje się czarny atomizer. Jak zwykle u Lalique, butla jest perfekcyjnie wykonana i sama w sobie stanowi wartość estetyczną. To po prostu piękny przedmiot, szczególnie gdy ktoś gustuje w regularnych, „męskich” kształtach. Ze względu na bardzo grube szkło, ma solidną wagę.

Encre Noire A L’Extreme to według mnie nie tylko udana wariacja na temat protoplasty, ale – jako całość – pełniejsze, głębsze i  – po prostu – piękniejsze od niego pachnidło. Siłą rzeczy, poprzez obfite użycie z natury ciężkich składników żywicznych, zapach „nabrał masy” i zachowuje się na skórze dość ociężale, nie chcąc zbytnio – mimo wspomnianego ładunku Iso-E-Super –  unosić się w przestrzeń i pozostając w bezpiecznej odległości od otoczenia, a chwilami wręcz stając się niezauważalnym dla noszącego (co ciekawe, głównie w sercu, bo szczęśliwie baza zdaje się magicznie dawać o sobie znać). Nie ujmuje mu to jednak nic z jego wyrafinowanej urody. A L’Extreme to przykład na to, że tzw. flanker może przewyższyć pierwowzór. Potwierdza też, że na czele działu perfum w Lalique stoi ktoś, kto wie, co znaczy perfumowy kunszt, i kto niekoniecznie kieruje się zyskiem podczas podejmowania decyzji dotyczących kształtu nowych perfum (Te perfumy ze względu na swe wyrafinowanie i niepopularny charakter nie mają szans na komercyjny sukces! Świat TAKI nie jest!). I choć – póki co – moim absolutnym faworytem spośród męskich perfum tej marki pozostanie doskonałe Hommage a L’Homme, to Encre Noire w wersji A L’Extreme zajmie – wszystko na to wskazuje – chwalebną drugą lokatę.

Przynajmniej do czasu, gdy nie wypróbuję tegorocznego L’Insoumis, ale to już temat na kolejną, oby natchnioną recenzję…

lalique encre-noire a lextreme

nuty głowy: bergamotka, cyprys, elemi

nuty serca: kadzidło, irysa, wetyweria (dwa gatunki – z Jawy i z Haiti) 

nuty bazy: drewno sandałowe, paczula, benzoes syjamski

rok premiery: 2015

moja ocena: Nathalie Lorson

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

Maison Gabriella Chieffo – przegląd perfum młodej włoskiej marki niszowej

Tegoroczne targi EsXence w Mediolanie potwierdziły, że Włosi są znaczącą siłą w branży perfum niszowych. Zaryzykuję stwierdzenie, że drugą w Europie zaraz po Francji. Pośród wielu włoskich marek prezentujących się w Mediolanie znaleźć można było i tę, powołaną do życia przez Gabrielle Chieffo, włoską businesswoman (z branży energii odnawialnej!) i zdeklarowaną miłośniczkę narodowej kuchni.

Po raz pierwszy Chieffo zaprezentowała firmowane przez siebie perfumy dwa lata wcześniej, podczas targów Pitti Fragranze w 2014 roku. Spotkały się one wówczas ze sporym zainteresowaniem odwiedzających i o marce stworzonej przez piękną Włoszkę wkrótce zrobiło się głośniej. Kolekcja Maison Gabriella Chieffo początkowo składała się z czterech pachnideł: Lye, Camaheu, Ragu i Hystera. Kolejne, Acquasala, pojawiło się w 2015, zaś w roku bieżącym uczestnicy targów EsXence w Mediolanie mieli okazję poznać dwa najnowsze: Varazione di RaguMaisia.

gabriella chieffo
Gabriella Chieffo

Nad zapachami marki pracowali perfumiarze powstałej w 2011 roku mediolańskiej pracowni perfumiarskiej Atelier Fragranze Milano: Maurizio Cerizza, perfumiarz starszego pokolenia, współzałożyciel atelier (wraz z Marco Maffei) oraz jego – jak sądzę – syn, Luca Maffei, o którym pisałem już przy okazji L’Attesa – najnowszego pachnidła Masque Milano, i o którym na pewno będę nieraz jeszcze pisał w przyszłości.

luca-maffei-html-2

Jak wspomniałem, Chieffo jest miłośniczką gotowania (czego – rzecz jasna – po niej nie widać, gdy przyjrzeć się jej fotografiom), co znalazło swoje odzwierciedlenie w kilku pachnidłach z jej kolekcji, w których użyto wyrazistych nut przyprawowych. W sukurs przyszedł jej właśnie Luca Maffei, który nie kryje swej słabości do wszelkiego rodzaju składników przyprawowych w perfumach. Najdobitniej wyraził swój kunszt w tym zakresie w Ragu.

Ragu to najważniejszy zapach kolekcji, w najpełniejszy sposób oddający estetykę bliską sercu Gabrielli. Oto orientalny przyprawowiec zainspirowany włoskim sosem o tej samej nazwie, służącym – oczywiście – jako dodatek do pasty. Warto wiedzieć, że sos ten nie ma jednej konkretnej receptury (włoskie stowarzyszenie gastronomiczne zarejestrowało oficjalnie 14 receptur sosu Ragu), ale jego cechą charakterystyczną jest obecność mięsa, warzyw oraz przypraw.

Ragu rozpoczyna mocny akord cytrusowo-pieprzowy (z akcentem na to drugie), przechodzący w napakowane po brzegi przyprawami serce. Mimo bogactwa kulinariów (pieprz, gałka muszkatołowa, goździki, elemi, kardamon, szafran), akord serca jest mistrzowsko zbalansowany i zupełnie nie przytłacza. Czuć, że Luca Maffei ma rękę i nos do nut przyprawowych. Baza pachnidła jest sucho-drzewna i niezwykle trwała (ponad dobę!), co zapach prawdopodobnie zawdzięcza użytemu w niej cypriolowi (papirus).  Ragu przypadnie do gustu wielbicielom pachnideł przyprawowych, kulinarnych, fanom takich zapachów, jak np. Arabie Serge’a Lutensa, African Leather MEMO czy Costume National Homme. Osobiście uważam go za swojego faworyta w całej kolekcji Gabrielli Chieffo i gdybym miał wybrać jeden, byłby to z pewnością właśnie on.

 

Chieffo Ragu

nuty głowy: pomarańcza, bergamotka, różowy pieprz

nuty serca: czarny pieprz, gałka muszkatołowa, goździki, elemi, kardamon, szafran

nuty bazy: skóra, cedr, cashmeran, paczula, cypriol, piżmo

perfumiarz: Luca Maffei

rok premiery: 2014

 

W bieżącym roku Gabriella Chieffo dołączyła do swej kolekcji nową wersję Ragu, nazwaną Variazione di Ragu. Gdyby Włoszka dowodziła marką mainstreamową, prawdopodobnie jej dział marketingu ochrzciłby to pachnidło zgodnie z obecnie panującymi trendami jako Ragu Extreme tudzież Intense. W swej istocie jest to bowiem rozwinięcie kulinarnego tematu znanego z poprzednika, a zasadnicza różnica polega na wzmocnieniu przekazu poprzez doprawieniu całości kminem i wzbogaceniu wanilią. Szczęśliwie nuta kminu – dość specyficzna i nie zawsze łatwa w odbiorze – została tu zręcznie wkomponowana i nie dominuje nad całością. Czyni ją natomiast bardziej wyrazistą, szczególnie w początkowej fazie. Komu więc Ragu nie dostarcza wystarczająco mocnych wrażeń, ten ma szansę zadowolić się Variazione di Ragu. Ja jednak skłaniam się ku protoplaście, który – paradoksalnie – wydaje mi się pełniejszy, gdy chodzi o olfaktoryczne spektrum.

Chieffo Variazione di Ragu

nuty głowy: pomarańcza, bergamotka, różowy pieprz

nuty serca: czarny pieprz, gałka muszkatołowa, goździki, elemi, kardamon, szafran

nuty bazy: skóra, cedr, cashmeran, paczula, cypriol, piżmo, kmin, wanilia

perfumiarz: Luca Maffei

rok premiery: 2016

 

Lye to perfumy zainspirowane ługiem, służącym niegdyś jako środek do prania bielizny. W zamyśle miały być zapachem emanującym świeżością i czystością. Nie pierwszy to raz, gdy perfumowa marka bierze się za tę pełną pułapek tematykę. Łatwo tu bowiem o popadnięcie w banał, tandetną detergentowość i skojarzenia wyłącznie z proszkiem do prania. Można oczywiście zrealizować ten temat w sposób wyrafinowany, ale do tego trzeba wyjątkowego kunsztu (przykładami Acqua Universalis Francisa Kurkdjiana czy L’Eau Serge’a Lutensa). Maurizio Cerizzia wybrał trzecią drogę i podjął próbę stworzenia zapachu czystości za pomocą – wydawałoby się – bardzo tradycyjnych składników. Połączył słodkawe nuty cytrusowe z mieszanką irysa i kadzidła i osadził to na miękkiej, kulinarnej, waniliowo-żywiczno-drzewnej bazie. Efekt nie jest może powalający, gdyż zapach jest mało charakterystyczny i niezapadający w pamięć, a przy tym bardzo subtelny (choć to akurat mogło być zamierzone), ale też nie można odmówić mu swoistego uroku. Mnie mimo wszystko Lye w żadnej mierze nie oczarował.

Chieffo Lye

nuty głowy: bergamotka, cytryna

nuty serca: irys, kadzidło

nuty bazy: wanilia, paczula, opoponaks, skóra

perfumiarz: Maurizio Cerizzia

rok premiery: 2014

 

Acquasala to pachnidło o morskim charakterze. Tak więc znów pułapka. Tyle już bowiem powstało tego typu perfum, że o oryginalność z pewnością jest bardzo trudno. Luca Maffei jednak znakomicie poradził sobie z zadaniem, tworząc przekonujące i intrygujące pachnidło morskie. Rozpoczyna się ono słodko-przyprawowym akordem z morskim akcentem. Dość szybko nabiera oryginalnej suchości i staje się lekko słone. Ciekawie prezentuje się kadzidlane serce na tle oceanicznego krajobrazu. Jeśli zaś ocean – nie może zabraknąć ambry. Taki też – po części ambrowy, a po części sucho-drzewny – jest finisz Acquasala, w którym – mimo bardziej drzewnego charakteru – akcenty morskie wciąż są obecne.

Myślę, że zapach ten zdobędzie serca miłośników Sel Marin Heeley’a,  Acqua di Sale Profumum Roma czy Pioggia Salata Il Profvumo. Ma z nimi wiele wspólnego, ale wyróżnia się własnym, indywidualnym charakterem. Jest zdecydowanie wart poznania.

Chieffo Acquasala

 

nuty głowy: neroli, trawa morska, elemi, kminek, czarny pieprz, gałka muszkatołowa

nuty serca: irys, kadzidło, mirra

nuty bazy: paczula, cashmeran, ambra, mech dębowy, piżmo

perfumiarz: Luca Maffei

rok premiery: 2015

 

Hystera to obok Ragu najciekawsze moim zdaniem pachnidło w ofercie Gabrelle Chieffo. Odważnie zastosowano w nim esencję z szałwii, której specyficzna, nieco fizjologiczna woń dominuje, nieco tylko złagodzona bergamotką, w początkowej fazie zapachu, wykraczając zresztą czasowo poza klasycznie rozumiany akord głowy. Serce zajmuje nuta irysa, która pięknie osadzona została na żywiczno-skórzanej bazie, z każdym kwadransem coraz bardziej przypominającej jakże charakterystyczny aromat L’Air du Desert Marocain Andy’ego Tauera. Tradycyjne przecież połączenie wanilii i labdanum  z dodatkiem paczuli tworzy tu bardzo esencjonalną, wyrazistą, odrobinę skórzaną codęHystera jest przy tym mocna, intensywna i bardzo trwała. Podoba mi się.

 

Chieffo Hystera

nuty głowy: bergamotka, szałwia

nuty serca: irys

nuty bazy: wanilia, paczula, labdanum, cashmeran

perfumiarz: Luca Maffei

rok premiery: 2015

 

Camaheu  jest intensywnym i zdecydowanie kobiecym, lekko kulinarnym (za sprawą sporej dawki waniliny) zapachem kwiatowym z trudnym do określenia, nieco oklepanym akordem kwiatowym w sercu. Słodko-ambrowa, lekko wyostrzająca się z czasem baza przydaje całości zadziornej zmysłowości. Mimo iż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że kompozycja jest mało oryginalna, a nawet wtórna, a przez długi czas wręcz nieco przesłodzona, to sam finisz o kulinarno-drzewno-ostrym charakterze robi na mnie bardzo dobre wrażenie. Będą z pewnością tacy, którzy ocenią go jako zbyt syntetyczny, wręcz „chemiczny”, ale mnie odpowiada. Pasuje do wizerunku energicznej kobiety czynu, podobnie jak niedawno testowany przez mnie Aventus for Her Creed. Uważam, że świetnie nada się jako dopełnienie korporacyjnego stylu.

Chieffo Camaheu 2

nuty głowy: bergamotka, grejpfrut, liście bluszczu

nuty serca: jaśmin, róża

nuty bazy: wanilia, ambra, mech piżmowy

perfumiarz: Maurizio Cerizza

rok premiery: 2014

 

Maisa jest najnowszym zapachem kolekcji Gabrielli Chieffo, kolejnym autorstwa Luca Maffei. Jest śliczną, drzewno-kwiatową interpretacja nuty figi, która obecna jest w zapachu od samego początku, najpierw jako zielony liść, później – w sercu – soczysty owoc. Nie znajdziemy tu wszakże akcentów mlecznych czy kokosowych, jak w klasycznych dziełach Olivii Giacobetti (Philosykos Diptyque czy Premier Figuer L’Artisan Parfumeur). Obecne są za to subtelne nuty kwiatowe z narcyzem na czele. Solidna drzewno-ambrowa baza stanowi świetny podkład dla figowego tematu. Maisia jest zapachem zdecydowanym i – przyznam – bardziej mnie przekonującym, niż figowce pięknej Olivii. Ma przy tym dość charakteru, by z powodzeniem zagościć na męskiej skórze. Szczególnie latem może przepięknie zgrać się z aurą. Zdecydowanie udana kompozycja, wyraźnie projektująca i trwała. Jedna z wyróżniających się w ofercie Chieffo.

Chieffo Maisa

nuty głowy: bergamotka, cytryna, liście figi, nuty ogniste

nuty serca: figa, żarnowiec, narcyz, ylang-ylang

nuty bazy: sandałowiec, drewno gwajakowe, popiół, piżmo, czarna ambra

perfumiarz: Luca Maffei

rok premiery: 2016

 

PS. Perfumy Gabrielli Chieffo dostępne są w warszawskiej perfumerii Quality Missala.

Carner Barcelona „Costarela”

Costarela

Costarela – najnowsze pachnidło hiszpańskiej marki niszowej Carner Barcelona – to woda perfumowana o świeżym, letnim, cytrusowo-morsko-drzewnym charakterze. Inspiracją dla jej powstania był klimat śródziemnomorski z jego charakterystycznymi aromatami cytrusów, morskiej bryzy, plażowego piasku i słono-drzewną wonią desek budujących stare łodzie cumujące u nabrzeży.

Trzeba przyznać, że perfumiarz stojący za tą kompozycją bardzo kompetentnie i czytelnie przeniósł tę inspirację w poszczególne nuty pachnidła. Początkowo obezwładniający mocą i soczystością, kwaśno-gorzki akord głowy, zbudowany z esencji z bergamotki połączonej z szafranem (ten kontrast z pewnością zasługuje na uwagę, gdyż jego efektem jest  nieco szorstki aromat cytrusowy) przechodzi całkiem naturalnie w serce, w którym dominują akcenty morskie, rozumiane tu jako sól i piasek.Ulatujące z czasem cytrusy pozostawiają nas z dość intensywną, sypką wonią chlorku sodu i kwarcu, który grubą warstwą przykrywa nasączone wieloma latami przebywania w morskiej wodzie drewno cedrowe, będące – obok molekuł ambro-podobnych (głownie Ambroxan) fundamentem tej olfaktorycznej układanki.

bergamotka mała

Costarela nie jest ani typowym pachnidłem kolońskim, ani typowo morskim w rodzaju tych, które tak masowo powstawały w latach 90-tych ubiegłego wieku. To swoista hybryda, zupełnie inna interpretacja tematu, wyróżniająca się przede wszystkim odważnym użyciem aromatu soli i suchego jak drzazga cedru. Przypomina – owszem – Sel Marin Jamesa Heeleya, jest jednak bardziej zdecydowana, intensywniejsza, bardziej nasycona kolorami. Ma przy tym dobrą projekcje i bardzo solidną trwałość – szczególnie jak na ten gatunek zapachowy.

bag-of-salt

Intensywność, jakość składników i bezkompromisowy charakter samej kompozycji wskazuje na jej niszowy charakter. Współcześnie żadna marka mainstreamowa nie wypuściłaby takiego zdecydowanego zapachu, woląc pozostać w obrębie czegoś dobrze znanego, bezpiecznego przez co nijakiego, wtórnego i do bólu zachowawczego. Mimo dynamicznego w ostatnim czasie rozwoju perfumerii tzw. niszowej i powstawania wielu nowych marek, wciąż (na szczęście) zapachy przez nie proponowane kreatywnością, stylem i jakością zwykle przerastają to, co zasiedla półki perfumerii sieciowych. Costarela to kolejny dowód na poparcie tej tezy. To także potwierdzenie, że Carner Barcelona to jeden z absolutnie najważniejszych hiszpańskich brandów perfumerii niszowej, którego poczynania zdecydowanie warto śledzić.

Poza tym – uwielbiam design tego flakonu….

costarela-collage-img

nuty głowy: bergamotka, szafran

nuty serca: akord morski, akord piasku

nuty bazy: cedr, Ambroxan, ambra

twórca: bd.

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Cartier Declaration Fraiche

Tegoroczna świeża wersja klasyka Declaration z 1998 jest kolejną po wycofanej z oferty bardzo dobrej cytrynowo-imbirowej Declaration Cologne z 2010 oraz zeszłorocznej, także wartej uwagi, grejpfrutowej Declaration L’Eau.  Ze wszystkich świeżych wersji Fraiche zdecydowanie najbliżej jest do wersji pierwotnej, mimo jej mniejszej złożoności i bardziej transparentnej natury. Choć oficjalny, bardzo zresztą lakoniczny, spis nut tego nie podaje, obok sygnaturowego akordu „deklaracyjnego” (tu naprawdę bardzo bliskiego oryginałowi) znajdziemy mentol odpowiedzialny za świeżą i orzeźwiającą cześć zapachu. Nuta miętowa, którą Mathilde Laurent swego czasu w bardzo wyraźny sposób użyła w Cartier Roadster (2008), tu jest niemal równie prominentna – oczywiście głównie w początkowej fazie zapachu – do tego stopnia, że jej chłodzący efekt odczuwalny jest na skórze. Oficjalne zapowiedzi Cartiera dotyczące Fraiche zawierały zresztą obietnicę tzw. „cooling effect on the skin” i śpieszę potwierdzić, że jest to faktem.

Mathilde Laurent 2016
Mathilde Laurent

Fraiche pachnie więc jak lekko słodkawa wersja Declaration, pozbawiona kminu, za to zasypana świeżymi listkami mięty. Tym razem – w przeciwieństwie do zeszłorocznej L’Eau – lepsza jest trwałość zapachu, a jego projekcja także nie zostawia wiele do życzenia, choć jest oczywiście – jak sądzę – w zamierzony sposób delikatniejsza od klasyka. Nie sposób nie zauważyć lekkości i jednocześnie konsekwentnej „obecności” tego zapachu oraz jego minimalizmu, który jest cechą charakterystyczną wielu dzieł Laurent, co zbliża ją stylistycznie do Jean-Claude’a Elleny.

Cóż można więcej napisać o tym pachnidle? Jego centrum pozostaje sygnaturowy akord Declaration skomponowany niemal 20 lat temu przez Jean-Claude’a Ellenę, obecnie już niemal emerytowanego perfumiarza domu Hermes. Tym zapachem Ellena zapowiedział kierunek, w jakim podążał przez kolejne lata swej twórczości. Ta wibrująca, skrząca się, srebrzysta cytrusowo-przyprawowo-drzewna, natychmiast rozpoznawalna woń już zapisała się w historii perfumerii i z pewnością przyczyniła się do powstania Terre d’Hermes – jednego z najważniejszych męskich pachnideł XXI wieku. Podtrzymywanie zainteresowania Declaration poprzez wprowadzanie kolejnych wariacji na jej temat nie jest niczym nadzwyczajnym. To normalna praktyka na perfumeryjnym rynku. Nie mam w tym nic zdrożnego, o ile tylko kolejne wersje trzymają poziom i przyciągają interesującą interpretacją tematu, a tak – dzięki talentowi Mathilde Laurent oraz jej ogromnemu szacunkowi do dzieła Jean-Claude’a Elleny i jego samego jako artysty – jest w przypadku kolejnych wcieleń Declaration, także i tego najnowszego.

Declaration-Fraiche-Cartier-2016

główne nuty: bergamotka, cytrusy, kardamon, cedr

twórca: Mathilde Laurent

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Le Labo „Ylang 49” – majestersztyk

 

Zapachy marki Le Labo łączy pewna prawidłowość. Otóż nie należy pod żadnym pozorem oczekiwać, że będą li wyłącznie pachnieć tym, o czym informuje ich nazwa. Przerabiałem ten wątek już wielokrotnie, zawsze przy okazji testów pachnideł tej – było nie było – kultowej już marki niszowej. Nie inaczej sprawa ma się z Ylang 49. Właściwie powinienem dodać, że jest to przykład pachnidła, w którym odległość nazwy od treści jest – nawet jak na standardy Le Labo – wyraźna.

„Ylang 49 jest spacerem po lesie z soczystym bukietem kwiatów w twojej dłoni, gdy słuchając zrównoważonego fortepianu Glenna Goulda zdajesz sobie sprawę, że kwiatowa kompozycja może wykraczać poza kwiaty w ten sam sposób, w jaki Fuga D-moll wykracza poza D.”

Rzeczywiście Ylang 49 – nieco wbrew swej nazwie – wykracza daleko poza schemat pachnidła kwiatowego. Połączone w nim aspekty kwiatowe i drzewne tworzą zapach wielowymiarowy i uniwersalny, a przy tym uniseksowy. Mimo, że pierwszy akord, zdominowany przez soczyste kwiaty, nosi wszelkie znamiona woni typowo kobiecej, to w miarę upływu czasu strona drzewna bierze górę, do końca już definiując szyprowo-drzewny charakter pachnidła.

Kwiatową stronę zapachu tworzą esencje z ylang ylang oraz z gardenii tahitańskiej (Tiare flower). Naturalność, głębia i intensywność akordu kwiatowego jest doprawdy sugestywna i zachwycająca.  Początkowo soczysty, rozcieńczony bergamotą (przez co jakże klasycznie szyprowy!), z czasem jeszcze zielonkawy, później bardziej miodowy, nektarowy, z pojawiającą się minimalną goryczką, która stanowi łącznik z ujawniającą się stopniowo drzewną osnową. Główne role grają tu paczula, wetyweria, mech dębu i drewno sandałowe tworzące prawdziwie szyprową aurę, która pogłębia się, stając się coraz bardziej wyraźnie drzewna, mszysta i żywiczna. Tym samym kwiatowy aspekt Ylang 49 powolutku gaśnie, ustępując miejsca nutom drzewnym mocno porośniętym dębowym mchem. Ta swoista przemiana odbywa się na skórze bardzo powoli, dostojnie, co wynika m.in. z wyraźnie wysokiej koncentracji zapachowej esencji.

ylang-ylang
Ylang Ylang
tiare flower
Tiare

Warto wiedzieć, że kwiat Tiare jest narodowym symbolem Tahiti, skąd pochodzi żona Franka Voelkla, twórcy Ylang 49. Frank regularnie odwiedza tę wyspę czerpiąc z jej olfaktorycznego bogactwa inspirację dla swej pracy.

Co ciekawe (i co zauważyłem nie tylko ja), Ylang 49 pachnie jak współczesna, cieplejsza, głębsza, bardziej żywiczna wersja klasycznego zapachu Aromatics Elixir Clinique. Znajdzie z pewnością uznanie nie tylko u fanek tego legendarnego szypru, ale także wśród tych osób, dla których wyrazista i nieco już archaiczna kwaśność bergamoty i surowość paczuli w dziele Bernarda Chanta jest „nie do przeskoczenia”. W Ylang 49 bergamoty jest zdecydowanie mniej, cytrusy pachną bardziej słodko, zaś paczula jest współczesna, nieostra i „niepiwniczna”. Niemniej stanowi ona kluczowy składnik tego zapachu i wraz z benzoesem buduje zmysłowy akord, który przywodzi mi na myśl genialny Coromandel Chanela. W pewnym zakresie oba te pachnidła są więc do siebie podobne.

Walory użytkowe Ylang 49 są absolutnie rewelacyjne. Zapach jest naprawdę mocny, należy więc dozować go ostrożnie. Projektuje bardzo wyraziście, trwa na skórze dobrze ponad 12 godzin, wyraźnie się zmieniając.

frank-voelkl
Frank Voelkl

Na osobny akapit zasługuje postać perfumiarza. Frank Voelkl, Niemiec z pochodzenia, pracuje jako senior perfumer w Firmenich. Nie należy do największych gwiazd perfumerii, ale talentem i umiejętnościami – śmiem twierdzić – przerasta niejedną z nich. Jego specjalnością są nuty drzewne, w których Frank jest prawdziwym mistrzem. Ma on w swym wciąż rosnącym dorobku wiele bardzo udanych zapachów mass-marketowych (np. Zirh IKON, Sir Avebury Oriflame), czy tzw. celebrity scents (choćby Covet Sarah Jessica Parker, Purr Kate Perry, a nawet perfumy firmowane przez Rihannę czy Justina Biebera), a także pachnideł klasy premium (np. dla ekskluzywnej linii Ermenegildo Zegna Essenze). Ale najbardziej dumny jest z tych stworzonych wspólnie z Eddiem Roschi dla niszowego Le Labo właśnie. A jest ich całkiem sporo, bo Voelkl wydaje się mieć wyjątkowo dobrą „chemię” z kreatorami tej marki. Do dziś z jego pracowni wyszły: Santal 33 (bestseller), Iris 39, Baie Rose 26, Musk 25,  Benjoin 19, Limette 37Ylang 49 oraz najnowszy The Noir 29. W sumie 8 zapachów na 24 tworzące obecną ofertę Le Labo, a więc 1/3. Sporo. Śmiało można więc nazwać Voelkla głównym perfumiarzem Le Labo.

Bardzo rzadko zdarza mi się ocenić perfumy najwyższą notą, jednak w przypadku Ylang 49 nie mogło być inaczej. To nie tylko arcydzieło współczesnej perfumerii, które nadaje pojęciu kwiatowego szypru nowego wymiaru, ale przede wszystkim przepięknie pachnące i doskonale leżące na skórze perfumy. Jeżeli ktoś ciekaw jest, jakie musi być pachnidło, by wzbudzić zachwyt tak wybrednego nosa, jak mój, niech koniecznie spróbuje Ylang 49. To zapach, który wyznacza górną granicę olfaktorycznej doskonałości.

le labo ylang

główne nuty: bergamotka, ylang ylang, gardenia tahitańska, paczula, mech dębu, drewno sandałowe, wetyweria, benzoes

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ******/ trwałość: *****/ projekcja: *****