Cecile Zarokian – olfaktoryczna czarodziejka

Dla kogoś, kto tak jak ja od ponad 10 lat śledzi rynek perfum niszowych, postać Cecile Zarokian nie może być obca. Prowadząca swoje własne perfumowe laboratorium niezależna artystka komponuje perfumy dla marek niszowych, a każda premiera zapachu jej autorstwa jest w niszowym światku wydarzeniem. Przypomnijmy – debiutowała w 2009 (o czym jeszcze później) damskim Epic dla Amouage. W kolejnych latach z jej laboratorium wyszły perfumy dla Majdy Bekkali, Masque Milano, MDCI Parfums, Puredistance, Laboratorio Olfattivo, Jul et Mad, Jovoy Paris, Jacques Zloty, Hayari Parfums, Evody Parfums, Suleko, UerMi, David Jourquin, Jacques Fath (dla którego odtworzyła słynne Green Water). Doprawdy imponujący dorobek jak na 9 lat.

cecile zarokian puredistance
Cecile Zarokian, photo credit: Puredistance

Wygląda na to, że Cecile bardzo ciężko pracuje na swój sukces. Zresztą nie ogranicza się „tylko” do komponowania perfum. Bierze także czynny udział w ich promowaniu własną osobą. Obecna na wszystkich tragach perfumowych, chętnie pokazująca się u boku firm, dla których pracuje, jest osobą otwartą na rozmowy o swym fachu. A dowodem na to niech będzie fakt, że Cecile zgodziła się odpowiedzieć Perfumowemu Blogowi na kilka pytań dotyczących wybranych przeze mnie perfum jej autorstwa (!). Pierwsze z nich miało charakter ogólny, kolejne dotyczyły już konkretnych zapachów i można je odnaleźć w dalszej części artykułu.

Perfumowy Blog: Skomponowałaś ponad 40 pachnideł. Większość z nich dla marek niszowych. Czy potrafisz wyobrazić sobie stworzenie perfum dla znanej marki designerskiej jak Armani czy Ralph Lauren? Czy podjęłabyś się wyzwania dopasowania swojej kreatywności do bardzo konkretnego briefu? Czy sądzisz, że byłoby to bardziej wymagające, niż komponowanie perfum niszowych, gdy często jedynym limitem jest wyobraźnia twórców?

Cecile Zarokian: Właściwie to nie tworzę wyłącznie dla marek niszowych. Są marki o większej dystrybucji, dla których pracowałam, ale tego nie ogłaszam. Nie powiedziałabym, że komponowanie dla dobrze znanej marki designerskiej jest bardziej wymagające, ale powiedziałabym, że szanse na wygranie projektu są niskie i jest to długa droga z dużą presją. No i kreatywność oraz innowacja mogą zniknąć w procesie dostosowywania zapachu do wyników przeprowadzanych testów konsumenckich.

 

Amouage Epic Woman (2009) – mocny debiut

towarzyszy niesamowitemu, przepełnionemu oudem i przyprawami męskiemu Epic Man Randy Hammami i jest to towarzysz zaiste godny. Obie kompozycje mają część wspólną i jest to wyraźnie zaakcentowana nuta kminu. Podczas gdy w męskim, dość ascetycznie pachnącym (choć wcale nie ubogim w ingrediencje!) Epic Man kmin – obok innych przypraw – egzotycznie ozdabia nuty drzewne, kadzidlane i animalne kastoreum, tu w wersji Woman jest zaledwie wstępem do niezwykłej orientalnej, balsamiczno-kwiatowej opowieści, której charakter jest na tyle oryginalny, że nie do pomylenia z niczym innym.

Epic Woman to niszowy debiut Cecile Zarokian (powstały wprawdzie przy współpracy z Danielem Maurelem i Angeline Leporini). Jako taki pozostaje wciąż jednym z najbardziej spektakularnych. Mało kto może pochwalić się taką kolaboracją na początku profesjonalnej kariery. Ten zapach zwrócił uwagę perfumowej branży i zapachowych koneserów na wschodzącą gwiazdę perfumerii.

Epic Woman (wykazuje już wszystkie charakterystyczne cechy stylu artystki, charakteryzujący się zapadającymi w pamięć, sygnaturowymi akordami, oryginalnością zestawień składników, nut i akordów, świetnymi parametrami (zapachowy ogon, projekcja, trwałość). Epic to pachnidło trudne do zaszufladkowania i to także typowe jest dla twórczości Cecile. Dominujące akordy to stanowiący otwarcie akord przyprawowy z dominującym kminem, któremu towarzyszą różowy pieprz i cynamon. Serce zapachu zbudowane jest z nut kwiatowych – róża, jaśmin, geranium plus nuta herbaty. Baza jest drzewno-ambrowo-kadzidlana, z dodatkiem kłącza irysa i oudu. Napisać, że Epic Woman pachnie ciekawie, to nic nie napisać.

Oto co nt. tego zapachu oraz jego podobieństwa do „Mon nom est Rouge” Majdy Bekkali (o co zawsze chciałem zapytać) sądzi Cecile Zarokian:

Perfumowy Blog: Popraw mnie, jeśli jestem w błędzie, ale zadebiutowałaś w profesjonalnej perfumerii niezwykle oryginalnym przyprawowo-kwiatowym „Epic Woman” skomponowanym dla Amouage. Jaka była Twoja rola w tym projekcie? Jak wspominasz pracę nad nim? Czy zgodzisz się, że „Mon nom est rouge” dla Majdy Bekkali jest rozwinięciem tego pomysłu? Jakie są różnice między nimi z punktu widzenia kompozycji?

Cecile Zarokian: Byłam w tym czasie stażystką w Robertet, wciąż jeszcze studiowałam na ISIPCA. Szkolił mnie perfumiarz Daniel Maurel, który zaufał mi w kwestii tego projektu dla Amouage. Byliśmy tak szczęśliwi i dumni z wygranej, zawsze będę to pamiętać! Jeżeli chodzi o „Mon Nom est Rouge” nie zgodzę się z Tobą. To kompletnie inne perfumy. Historia „Mon Nom est Rouge” oparta jest na powieści Orhana Pamuka o czerwieni. Jest prawdą, że oba zapachy mogą mieć niektóre składniki wspólne, jak róża czy kadzidło, podobnie jak niektóre inne perfumy, które stworzyłam, ale to tyle. „Mon Nom est Rouge” został zainspirowany kolorem czerwonym, od zapachu krwi do uczucia pasji oraz aksamitną strukturą perskich brokatów i kaftanów. „Epic Woman” jest przyprawowym i bardzo orientalnym oraz drzewnym zapachem zainspirowanym legendami Jedwabnego Szlaku z Chin do Arabii.

 

Amouage Epic Woman

Nuty głowy: kmin, różowe liście laurowe (wawrzyn szlachetny), cynamon

Nuty serca: róża damasceńska, bodziszek (geranium), jaśmin, herbata

Nuty bazy: ambra, piżmo, kadzidło, oud (drzewo agarowe, drzewo aloesowe), drzewo sandałowe, drzewo gwajakowe, paczula, wanilia, irys

 

Laboratorio Olfattivo Nerotic (2016) – zmysłowa czerń

Nerotic (swoją drogą genialna nazwa dla perfum) reprezentuje – mam wrażenie – zapachowy „teren”, na którym Cecile Zarokian ma niewielu równych sobie, i na którym czuje się najpewniej. Kolejny dowód na to, że w dziedzinie zapachów drzewno-skórzano-ambrowych można wciąż zaproponować wiele nowego. Nerotic nie jest może pachnidłem spektakularnym (ale – po prawdzie – który zapach Laborattorio Olfattivo jest?), prezentuje za to oryginalne akordy w bardzo dobrym wykonaniu i świetnej jakości. Zresztą – jak zwykle u Cecile – doszukamy się tu kilku ładnie ze sobą kontrastujących ingrediencji i efektownych pulsujących pomiędzy nim napięć. Świetne wykorzystanie geranium w sercu oraz przypraw – kolendry i szafranu – dla stworzenia unikatowo pachnącego akordu i podkręcenia nowoczesnej sucho-ambrowo-drzewnej bazy, która zdradza subtelne dymne i neo-skórzane akcenty. Zapach abstrakcyjny, dość monolityczny, nie rozwija się wyraziście, raczej subtelnie zmieniają się w nim odcienie głównego tematu. Tak czy inaczej to bardzo dobra pozycja w ofercie marki. Poza tym należą jej się dodatkowe brawa za wprowadzenie flakonów 30 ml o designie bardzo przypominającym flakony 50 ml Frederica Malle’a (także kartonikowe twarde opakowanie wygląda na – umówmy się – skopiowane od Mistrza, no ale jeśli już naśladować, to najlepszych).

PB: „Nerotic” Laboratorio Olfattivo pachnie bardzo nowocześnie i wyjątkowo. Jak byś go opisała? Co jest w tej kompozycji specjalnego? Co jest w nim czarne a co erotyczne? 

CZ: To rzeczywiście bardzo zmysłowy zapach. Ambrowy, sucho-drzewny i przyprawowy – te elementy przydają mu dużo charakteru i mocnej osobowości, a także – wedle niektórych – erotycznego charakteru. Właściwie to nawet nie tyle chodzi o jego nazwę. Wiele opinii o erotycznym, niemal cielesnym uczuciu podczas wąchania „Nerotic”, zostało przekazanych nawet bez znajomości jego nazwy.

Nerotic-1

nuty głowy: bergamotka, grejpfrut, czerwone owoce

nuty serca: geranium, kolendra, szafran

nuty bazy: akord suchej drzewnej ambry, sandałowiec, akord skóry, nuty dymne

 

UerMi OR±White (2016) – pachnieć bielą…

Wielu próbowało już zmierzyć się z tematem bieli w perfumach – z różnym skutkiem. Jak temat zinterpretowała Cecile Zarokian? Dwa zapachy przychodzą mi na myśl, gdy testuję Or±WHITE. Jeden niszowy, drugi designerski. Ten pierwszy to być może już zapomniany Pentachord WHITE Andy Tauera, a to w wyniku użycia nuty irysa i podobnej koncepcji zapachowej bieli. Drugi to Fleur du Male Jean-Paula Gaultiera. Połączenie kwiatu pomarańczy z kulinarnym waniliowo-tonkowym akordem stanowi oś obu pachnideł, przy czym w zapachu Kurkdjiana odnajdziemy też akord białokwiatowy wychodzący poza słodko-pomarańczowe neroli, podczas gdy Cecile poszła w innym kierunku, dodają nutę irysa i kolendrę, co w efekcie dodało zapachowi niesamowitej aury kulinarnej. Po słodko-pomarańczowym wstępie pojawia się bardzo charakterystyczny akord, który bardzo trudno opisać, niemniej to on realizuje idee czystej białości zapachu. Kwiat pomarańczu plus mocna nuta tonkowa, marcepanowa, wzbogacona wszakże o irys i kolendrę pachnie zdecydowanie inaczej, niż można by sądzić z samego opisu. Or±WHITE pachnie naprawdę niesamowicie, uniseksowo, czysto i zmysłowo, a jednocześnie ma głębię charakterystyczną dla stylu Zarokian, a także pewną ostrą, nieco zadziorną nutkę (neo-skóra?). To zapach, który zrobił na mnie natychmiastowe świetne wrażenie po krótkim teście podczas targów EsXence w 2016 roku. Po 2 lata wróciłem do niego, by potwierdzić swój pierwotny zachwyt.

Jak już wspomniałem, Or±WHITE  łączy w sobie dwie estetyki: niszową i tę bardziej przystępną, mainstreamową. Umiejętne ich wyważenie jest uważam przyczyną wyjątkowej urody tego pachnidła i jego walorów zarówno estetycznych, jak i czysto użytkowych.  Or±WHITE świetnie się nosi. Zapach przyjemnie otula i przydaje poczucia czystości, elegancji, czuję go na sobie przez większość czasu, a lekko gryząca baza ładnie go wieńczy. Pozostawia intrygujący ogonek i trwa na skórze dobrze ponad 8 godzin.

PB: „Or White” for UerMi zachwycił mnie mieszanką tonki i kwiatu pomarańczy wzbogaconą o składniki, których nie jestem w stanie nazwać, ale zdecydowanie czuję coś sucho-drzewno-ambrowego w bazie, co czyni ten zapach nieco męskim, a także uzależniającym. Co zainspirowało się podczas komponowania tego zapachu i jak przełożyłaś tę inspirację na konkretne nuty?

CZ: Zainspirował mnie materiał wytwarzany z mlecznych protein. Starałam się przetłumaczyć na zapach uczucie i jedwabne wrażenie, jakie miałam obcując z tym materiałem. Delikatność kwiatu pomarańczy i irysa, kojąca tonka, trochę zamszu dla delikatności i zmysłowości, zbalansowane z intensywnymi nutami suchej ambry i drewna.

uremi-or-white

główne nuty: tonka, irys, kolendra, kwiat pomarańczy, skóra

 

Jovoy Paris Remember Me (2018) – „bawarka” w Paryżu

Zapachy perfum utrwalają się w naszej pamięci i poczute po czasie przywołują silne wspomnienia. Bardzo często są to wspomnienia związane z osobą, zwykle dla nas ważną, która na przykład podczas spotkania z nami nosiła konkretne perfumy. Ich zapach zakodował się w naszej pamięci i zawsze kojarzy się z tą osobą. W tym kontekście nazwa perfum Jovoy Remember Me nabiera specjalnego znaczenia. Aromat zamknięty we flakonie z taką nazwą zdaje się mówić: spróbuj, a zapamiętasz mnie na zawsze. Czy rzeczywiście to pachnidło ma taką moc?

Doprawiona imbirem i kardamonem „herbatka z cytrynką” jest tym, co czujemy na samym początku. I jest to naprawdę intrygujący i urodziwy początek. Z czasem robi się coraz ciekawiej. Otóż do gry wchodzi nuta mleka. Tak więc nasza herbata staje się „bawarką”, nota bene z laską wanilii w środku. Dzieje się to jeszcze w sercu zapachu i jest taki moment gdy czujemy wszystkie te elementy razem: delikatne cytrusy, herbata, kardamon, mleko. Dość szybko mleczno-waniliowy, puchaty akord zaczyna dominować zapach. Nuty drzewne – m.in. cedr – dodają nieco wytrawności w generalnie kulinarnej bazie. Remember Me rzeczywiście szybko i trwale zapada w pamięć dzięki jakże interesującemu zestawieniu nut „jadalnych”. Jest delikatne i wyważone, ale zdecydowanie nie brak mu charakteru. Bardzo udane pachnidło, chyba jednak nieco bardziej damskie niż uniseksowe.

PB: Gdy wącham „Remember Me” Jovoy Paris myślę o mocnej herbacie z mlekiem, wanilią i odrobiną kardamonu. Ten zapach rozpoczyna się jak uniseks, ale okazuje się być bardzo kobiecy w bazie. Jako całość pachnie nieco kulinarnie, ale jednocześnie delikatnie i bardzo zmysłowo. Skąd wziął się pomysł na taką unikalną i jednocześnie „noszalną: kombinację nut?

CZ: Dziękuję, ale naprawdę nie wiem, co powiedzieć i jak to wyjaśnić… Trzeba zawsze znajdować idealną kombinację, właściwy kompromis pomiędzy oryginalnością i unikatowością oraz „noszalnością”. 

 

JOVOY-PARIS-Remember-Me-EDP-100-ml

Nuty głowy: bergamotka, cytryna, kardamon

Nuty serca: herbata, frangipani, imbir

Nuty bazy: akord mleczny, nuty drzewne, cedr, wanilia

 

Jul et Mad Acqua Sextius (2014) –  utrwalić lato w Prowansji

Acqua Sextius to dawna nazwa prowansalskiego miasta stu fontann – Aix-en-Provence. Jest coś w tym świeżym śródziemnomorskim zapachu, co w istocie wynosi go ponad li tylko szufladkę marine. Bo choć morska nuta jest w Acqua Sextius oczywiście obecna, to prócz niej znajdziemy tu szeroką gamę ingrediencji budujących trwałą świeżość z głębią. Cecile Zarokian dotąd wydawała się specjalizować w aromatach raczej ciężkich, orientalnych, ciążących zwykle ku ambrze w takim czy innym wydaniu. W Acqua Sextius udowodniła, że jest perfumiarką tyleż oryginalną i odważną, co wszechstronną. Swój styl, charakteryzujący się dość rozbudowanymi formułami, przełożyła na robiące spore wrażenie pachnidło orzeźwiające, lekkie, mimo że wyraźnie złożone i wielowymiarowe.

Jul et mad acqua sextius

Acqua Sextius rozpoczyna się akordem zielonym i bardzo aromatycznym, orzeźwionym koszykiem lekko cierpkich cytrusów. Zapach ewoluuje przez morskie serce, wypełnione akcentami białych kwiatów oraz nutą mimozy, doprawione eukaliptusem i miętą (tej wszakże nie czuję). W sercu tkwi także nuta figi. Serce łączy w sobie świeżość z zapowiedzią ciepłej bazy, którą Cecile zmontowała z nut drzewnych, labdanum, doskonale pogłębiającej morski wymiar szarej ambry, mchu i piżm. Ale Acqua Sextius to nie tylko zbiór wielu składników. To przede wszystkim spójna kompozycja, z której żadna nuta nie stara się wyodrębnić w dominujący sposób. Zapach ma wyraźną sygnaturę, to coś, co stanowi o jego oryginalnym i rozpoznawalnym charakterze. I choć za każdym razem, gdy go testuję, „mam na końcu języka” inne pachnidło, która Acqua Sextius jak żywo mi przypomina, to nie potrafię sobie absolutnie przypomnieć jego nazwy. Może to i lepiej? Dodam, że standardowa dla zapachów Jul et Mad (do marki – póki co niedostępnej niestety w polskich perfumeriach – mam nadzieję kiedyś szerzej wrócić) koncentracja ekstraktu perfum gwarantuje całkiem solidną trwałość, także – jak sądzę – podczas wysokich temperatur, do noszenia podczas których kompozycja Cecile Zarokian wydaje się najbardziej odpowiednia. Tak – Acqua Sextius to pachnidło, które zdecydowanie chętnie przywitałbym w mojej kolekcji w postaci pełnowymiarowego flakonu.

PB: Jesteś znana z mistrzowsko skomponowanych akordów ambrowych i zapachów orientalnych. „Tango” dla Masque Milano i „SHEIDUNA” dla Puredistance są pięknymi, zapierającymi dech w piersiach i unikatowymi kreacjami. Czy skomponowanie bardzo świeżego zapachu, jakim jest „Aqua Sextius” Jul et Mad było dla Ciebie wyzwaniem? W jaki sposób osiągnęłaś tę niesamowitą synergię pomiędzy zielonymi, morskim i ambrowo-drzewnymi aspektami? Czy zapach ten ma coś wspólnego z „Curacao Bay”, który skomponowałaś dla Jacques Fath?

CZ: Przede wszystkim dziękuję za Twoje bardzo miłe słowa i komplementy! Rozpoczęłam od perfum orientalnych, więc w sposób naturalny klienci na początku prosili mnie o zapachy tego typu…ale perfumiarz musi potrafić zrobić wszystko, co niezbędne, by opowiedzieć piękną pachnącą historię zgodną z briefem klienta i DNA marki. Jeśli chodzi o „Aqua Sextius”, zapach ten miał być bardzo odświeżającą, pełną cytrusów musującą i jednocześnie bardzo trwałą kolońską. Więc tego właśnie probowałam – pobawić się z cytrusami, świeżymi nutami wodnymi, a także nutami cieplejszymi. „Curacao Bay” ma w sobie owszem nuty morskie, ale więcej nut jodowych, słonych, pochodzących przede wszystkim z szarej ambry, otoczonych przez kwiat Frangipani.

PackshotCoffret-Aqua-Sextius_2

nuty głowy: bergamotka, pomarańcza, grejpfrut, nuty zielone

nuty serca: mięta/eukaliptus, nuty morskie, mimosa, białe kwiaty, figa

nuty bazy: labdanum, szara ambra, cedr, gwajak, mech dębu, piżmo

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Aether – perfumy molekularne

Wszystko zaczęło się od Comme des Garcons. Awangardowa marka kierowana przez Rei Kawakubo i Christiana Astuguevieille’a zaprezentowała w 1998 roku słynny Odeur 53 – zapach skomponowany z 53 wyłącznie syntetycznych, nieorganicznych składników.

W 2000 roku pojawił się – w ramach rozwinięcia tematu – Odeur 71. Kontynuacją kierunku była seria Synthetic z 2004. Ale to w roku 2006 rozpoczął się prawdziwy hype wokół syntetycznych molekuł perfumowych, a to za sprawą debiutu Escentric Molecules Gezy Schöna. Genialny w swej prostocie pomysł, by zamiast kompleksowych wieloskładnikowych kompozycji zaproponować doświadczenie jednowymiarowe, zapach jednej aromamolekuły, perfumy w istocie nie będące perfumami w dotychczasowym pojęciu. Obok tego by przedstawić kompozycję perfumeryjną z istotnym udziałem owej molekuły. Sukces tego projektu wyniknął moim zdaniem z tego, że jako pierwszą wykorzystano rzeczywiście zupełnie niesamowicie pachnąca i mającą niezwykłe właściwości olfaktoryczne ISO E SUPER. Kolejne – Ambroxan, octan wetywerylu i wreszcie Javanol, same w sobie nie są już tak spektakularne. Ale drzwi zostały otwarte i kolejne marki wybrały tę samą lub bardzo podobną drogę np. Nomenclature prowadzona przez Karla Bradla – współwłaściciela nowojorskiego Aedes de Venustas. Urokowi koncepcji prostych syntetycznych formuł uległ też słynny szwajcarski perfumiarz niszowy Andy Tauer, ale zrobił to na swój wyjątkowy sposób. Jego trio Pentachords: White, Aubrun i Verdant, z których każdy złożony z zaledwie pięciu składników, choć okazało się komercyjną klapą, było w istocie moim zdaniem najbardziej kreatywnym i najbardziej udanym podejściem do tematu. Andy zdradził mi niegdyś, że odsprzedał formuły i prawa do nich Rosjanom, a sam zaprzestał ich wytwarzania. Syntetyczny trend miał także duży wpływ na zapachową ofertę marki Zarkoperfum, na bardzo udaną kolekcję „pierwiastkową” marki Nu_Be (przemianowanej później na One of Those – Tracks for Humans), legł też u podstaw powstania Aether – marki dowodzonej przez Nicholasa Chabota, któremu zawdzięczamy wskrzeszenie legendarnego francuskiego domu perfumeryjnego Le Galion, będącego przecież absolutnym zaprzeczeniem filozofii, jaka stoi za Aether. Zapachy miałem ostatnio przyjemność przetestować dzięki uprzejmości perfumerii Tiger & Bear.

nicolas-chabot1-1
Nicholas Chabot

aether chabot

Większość zapachów głównej kolekcji (2016-2017) skomponowały perfumiarki z domu Flair Paris: Anne-Sophie Behagel i Amélie Bourgeois. Jedno z nich (Methaldone) jest autorstwa samego Rodrigo Flores-Rouxa (główny perfumiarz Givaudan, autor niezliczonych perfum, w tym wielu bestsellerów, jak choćby Black Cashmere Donny Karan czy Neroli Portofino Toma Forda). Perfumiarze stojący za Iconic Synthetics Collection (2018) nie są mi niestety znani. Kompozycje są złożone z kilku aromamolekuł, z których najważniejsze marka wyszczególnia w oficjalnych materiałach.

Aetheroxyde – woń eteru

Eteryczne, lekko kwaskowe, owocowe otwarcie (octan etylu) łagodnie przechodzące w abstrakcyjny, neo-drzewny akord zbudowany z dwóch aroma-molekuł – gwiazd współczesnej perfumerii: Ambroxanu i ISO-E-SUPER. Oba składniki od lat są dosłownie wszechobecne w perfumach, zwykle w sowitych ilościach, a każdy z nich ma do spełnienia inną rolę w kompozycji. Ambroxan  – w naturze jeden z głównych składników naturalnej szarej ambry, w przemożny sposób decydujący o jej aromacie – zwykle utrwala i pogłębia, dodaje zmysłowości, wiąże se skórą, podczas gdy świetlisty, neo-drzewny ISO-E-SUPER przydaje projekcji, obecności, wibrującej i aksamitnej aury. Tu zostały sparowane, a co z tego wynikło, to zapach eteryczny, zapach duch, niedookreślony, przedziwny, im dłużej obecny na skórze, tym bardziej magnetyzujący i hipnotyzujący, a także w jakiś niewytłumaczalny sposób uzależniający…

iso_e_super_structure.svg

główne ingrediencje: octan etylu, Ambroxan, ISO-E-SUPER

 

Citrus Ester – molekularna kolońska

Niezwykle intensywny kwaśno-cytrusowy początek stopniowo przechodzi w akord o wciąż nieco cytrusowym, ale też mającym pewną głębię charakterze. Lekko owocowy, utrwalony na skórze przypomina dominującą nutę aktualnej wersji klasycznego Pour Homme Dolce & Gabbana. Dokładnie tak! Raczej więc męski, neo-koloński, bardzo trwały – reasumując całkiem udany zapach o solidnej projekcji. Magia molekuł tym razem w służbie minimalistycznego, ale jakże efektownego zapachu kolońskiego. Warto wspomnieć, że wymienione w składzie Firascone to syntetyczna aroma-molekuła produkcji Firmenich pachnąca różano-owocowo-szafranowo, stanowiąca doskonałe zastępstwo dla wystepujących naturalnie w esencji różanej Damascones. Rhubafuram zaś pachnie… rabarbarem oczywiście.

Grapefruits with leaves on a wooden table.

główne ingrediencje: metyl grejpfrutowy, Firascone, Rhubafurane

 

aether bottles

Carboneum – neoprenowe fougere

Intro to nuta plastiku wpadająca w migdałowo-tonkowe amaretto (benzoesan metylu). Z czasem przechodzi w powszechnie spotykany w męskich (i nie tylko) perfumach aromat kumaryny, mnie kojarzący się np. z sygnaturą czarnego Adidasa, ale nie tylko, bo także wieloma innymi pachnidłami w gatunku szeroko rozumianego fougere.  Timberol pachnie ambrowo i nieco drzewnie, Globanone to z kolei syntetyczne piżmo, Suederal pachnie bardzo intensywnie zamszem/ skórą. Carboneum jako całość pachnie więc – nie będzie to odkryciem – jak mieszanka powyższych ingrediencji, przy czym ich proporcje oraz krzywe parowania (evaporation curve) determinują zachowanie na skórze, a nawet – co mogłoby się wydawać w przypadku tak krótkich i całkowicie syntetycznych formuł niewiarygodne – ewolucję, czyli zmiany dominujących aromatów w funkcji czasu. I tak też jest w przypadku Carboneum – kulinarny migdałowo-plastikowy (neoprenowy jak chciał Nicolas Chabot) początek przechodzi w męski, kumarynowy akord serca, który takim pozostaje już do końca. Takie niedopowiedziane, neoprenowe fougere.

methyl_benzoate_200.svg

główne ingrediencje: benzoesan metylu, Suederal®, Timberol®, Globanone®

 

Rose Alcane

To oczywiście zapach z różą w centrum. Ale jest to róża inna – początkowo nieco jakby plastikowa, później zielona i metaliczna. Tak jak tlenek różany który niepodzielnie rządzi w tej kompozycji i chyba niewiele więcej. To jednak w zupełności wystarczy. Róża jaka jest (jak pachnie) każdy przecież czuje. Ale ta pachnie jednak nieco inaczej….

hand-forged-wrought-iron-red-metal-rose-_57 (4)

główne ingrediencje: tlenek różany, Oxane

 

Muskethanol – wdzięcznie owocowy

To jedna z najefektowniejszych i najwdzięczniejszych propozycji Aether. Dzięki połączeniu owocowej nuty davany i pachnącego przyprawą curry nieśmiertelnika z owocowo-kwiatowym (róża) damascenonem oraz magicznymi molekułami ambrowego Cetaloxu (czyli de facto Ambroxu zwanego też Ambroxanem) i piżmowego Muscone otrzymano bardzo charakterystyczny owocowy aromat z subtelnymi kwiatowymi odcieniami, któremu zmysłowości, głębi i trwałości dodają wspomniane molekuły ambrowe i piżmowe. Na samym początku pachnie trochę jak gęsty i mocny likier porzeczkowy, z czasem ocieplaj się i osadza na skórze, spaja się z nią bardzo skutecznie i na długie godziny ciesząc naprawdę świetną, niby nie jakoś przesadnie oryginalną, ale jednak bardzo satysfakcjonująca zapachową sygnaturą. Muskethanol jest jednym z niewielu (a może nawet jedynym) zapachem z oferty Aether pachnącym jak pełnoprawne perfumy. Najmniej też w nim eksperymentu i próby zaskoczenia jakąś nietypową zbitką zapachową. Jednak broni się sam znakomicie – poprzez swój charakter i wdzięczną egzekucję tematu. Wszystko to razem czyni z niego mojego ulubieńca pośród zapachów tej marki. I jakkolwiek uważam go za – jak właściwie każdy Aether – za pachnidło uniseksowe, tak mam podejrzenia, że na kobiecej skórze może on robić dużo większe wrażenie.

główne ingrediencje: nieśmiertelnik, davana, damascenon, Cetalox, Muscone

 

Methaldone – zapach wnętrza promu kosmicznego

Zaraz po otwarciu włazu do promu kosmicznego czujemy metaliczną woń, zapach rozgrzanego metalu, nagrzanych wiązek kabli w otulinie z tworzyw sztucznego. Rodrigo Flore-Roux podjął wyzwanie odtworzenia tego zapachu bazując na relacjach astronauty, który powrócił z międzynarodowej stacji kosmicznej. Użył tu wyłącznie tzw. captives, czyli molekuł produkowanych i opatentowanych przez firmę Givaudan, na użycie których ta ma wyłączność. Wśród nich pachnąca palącym się metalem ROSYRANE®, słodko-metaliczny akord zbudowany z AMBERMAX®, SILVANONE® i BOISIRIS ®.

Methaldone to zdecydowanie jeden z najbardziej niezwykłych zapachów w ofercie Aether. Absolutnie futurystyczny, nieziemski, kosmiczny.

główne ingrediencje: Belambra, Ambermax®, Silvanone®, Boisiris®, Rosyrane®

space shuttle

Celluloid – pachnieć jak taśma filmowa

To z pewnością jeden z najtrudniejszych w odbiorze i najbardziej wizjonerskich i odważnych zapachów Aether. W założeniu miał pachnieć tak, by „zadowolić Andy Warhola”, który rzekomo mówił: „Kocham LA. Kocham Hollywood. Wszyscy są tu plastikowi. Ale ja kocham plastik. Też chce być plastikowy.” Faktycznie Celluloid pachnie przedziwnie i można ten zapach nazwać plastikowym.

Początek jest lekko jakby kwaskowy, syntetycznie drzewny, czuję echa ISO-E-SUPER. Ale to przez chwilę. Zaraz potem gdzieś spod spodu dość szybko wydobywa się lekko gumowa, lekko skórzana nuta, na przemian z czymś jaśniejszym, zielonym i lekko musującym. Trudnym do opisania. W bazie Celluloid pachnie nieco gumowo. Jako całość po lepszym poznaniu zaczął mnie przekonywać. Jest intrygujący, inny, ewoluuje na skórze, zaskakuje w tym czasie. Bardzo trudno jest go jakoś zakwalifikować. Ja nazwałbym go neo-drzewnym z subtelnym akcentem zielonym i lekko gumową głębią.

W składzie Celluloid znajdziemy niesamowicie ważne z punktu widzenia perfumerii molekuły, z których jedna stanowią nieodzowny budulec akordu fiołkowego: beta ionone (drzewny, słodki, owocowy, przypominający zielone jagody), druga zaś jest nieodzowna w akordzie irysa, ale także i fiołka (alpha irone), a jej woń opisuje się jako drzewną, jagodową, kwiatową i pudrową. Ma bardzo intensywny aromat, w związku z czym używa się jej zwykle bardzo mało (średnio 0,2%).

film reel

główne ingrediencje: octan etylu, ionone beta, irone alpha, ISO-E-SUPER, Cashemran

 

Iconic Synthehtics Collection

To kolekcja czterech pachnideł w których głównymi składnikami są legendarne i od lat powszechnie stosowane w perfumerii aromamolekuły: ISO-E-SUPER, Cashmeran, Ambroxan i Aldambre. Zapachy te można używać indywidualnie, a także dowolnie łączyć ze sobą. Można je również łączyć ze swoimi ulubionymi „tradycyjnymi perfumami”, a efekty tych eksperymentów mogą być bardzo ciekawe i zaskakujące. Marka zachęca więc do kreatywnego podejścia do używania perfum.

 

Supaer

Już sama nazwa jest pewną podpowiedzią. Tak, głównym bohaterem Supaer jest ISO-E-SUPER. Nic dziwnego. Jest go bowiem w formule aż 90%, czyli – o ile dobrze pamiętam – tyle samo, co w słynnym Molecule 01 Escentric Molecules. Kto więc poszukuje alternatywy dla „dzieła” Gezy Schöna, ten nie musi już dalej szukać. Niemniej oba zapachy różnią się w fazie początkowej. Supaer wyposażono w metaliczną nutę otwarcia (tlenek fenylu), której z Molecule 01 nie znajdziemy, a którą trzeba „przeczekać” (nie jestem fanem takich nut w perfumach), by w pełni cieszyć się niezwykłą, neo-drzewną, aksamitną, na przemian pojawiającą się i znikającą nutą ISO-E-SUPER. W sumie to należy się Aether uznanie, że nie poszli na totalne skróty i nie skopiowali po prostu Molecule 01.

1200px-rosenoxide.svg

główne ingrediencje: ISO-E-Super (90%), octan etylu, tlenek fenylu, octan metanylu 

 

Hypaer

Kompozycja syntetycznie drzewna zdominowana przez jedną z najpopularniejszych aromamolekuł dodawanych do większości współczesnych perfum, nie tylko drzewnych, ale także i kwiatowych. Mowa o słynnym Cashmeranie, który swego czasu zrobił elitarną furorę poprzez – faktycznie niesamowite jak na swój czas – Black Cashmere Donny Karan (nosa Rodrigo Flores-Rouxa). Początek zaskakuje oryginalnym, nieco ziemistym akordem, w którym rzeczony cashmeran (sam w sobie ma pewną ziemistość i będę się tej wersji kurczowo trzymał) łączy się z zielonym piżmem oraz roślinnym piżmem Ambrettolide dając ciekawy efekt –  pachnący wilgotną ziemią po deszczu. Zaraz potem cashmeran przejmuje rolę główna wspomagany przez  sucho-drzewny Kephalis (pamiętacie męskie Gucci Rush?  Tam Kephalis rządzi.). Wszystko to utrwalone Amberwood. Całkowicie abstrakcyjny zapach drzewny, dzięki zastosowaniu naprawdę efektownych aromamolekuł w odpowiednich proporcjach naprawdę ciekawie pachnący, z subtelną ewolucją na skórze. Jeden z moich ulubieńców w kolekcji.

główne ingrediencje: Cashmeran, Triplal, Kephalis, Amberttolide, Piżmo T (zielone piżmo), drzewna ambra

aether iconic

 

Xtraem

Tak jak Supaer jest swego rodzaju odpowiedzią na Molecule 01 tak Xtraem to odpowiednik Molecule 02. Chodzi oczywiście o dominujący w obu zapachach Ambroxan, molekułę w naturze budująca woń szarej ambry. Ta zmysłowa, ciepła i dodająca głębii nuta została tu utrwalona piżmami oraz ozdobiona słynną Hedione tu w wersji High Cis. Pachnąca jaśminem, świeża i mocno projektująca stanowi tu przeciwwagę dla kilku molekuł mających zdecydowanie wyższy ciężar cząsteczkowy. Hedione jest bardzo ulotne i wpływa na charakter zapachu jedynie na pierwszym etapie zaraz po aplikacji na skórę. W formule znalazł się jeszcze Irotyl, pachnący lekko owocowo, lekko ziołowo, w kierunku kłącza irysa czy ziarna marchwi. Przyznam, że Jako całość Xtraem mnie nie przekonał i pozostaje chyba najmniej ciekawy zapachem w ofercie Aether.

cashmeran.svg

główne ingrediencje: Ambroxan (50%), Globalide, Exaltolide, Hedione High Cis, Irotyl, 

 

Ultrae

Na początku w nozdrza uderza woń rozgrzanego metalu, pachnąca niczym gorące żelazko. To Aldamber – aldehydowa molekuła o zapachu sucho-drzewnym i nieco ambrowym tu zmieszana z metalicznym tlenkiem różanym. Przez jakiś czas ta lekko dusząca aldehydowa  woń trwa, ale powolutko spod niej wyłania się coś nowego. Ultrae może początkowo nieco szokować, a nawet przeszkadzać, budzić kojarzenia z wonią lizolu, czy generalnie szpitalnej sali.  Z czasem jednak przechodzi na skórze niesamowitą metamorfozę finiszując bardzo trwałym i tyleż przyjemnym, co trudnym do opisania aromatem. Podejrzewam, że jest on wypadkową połączenia piżm. Tonalide pachnie ciepło i lekko piżmowo-owocowo, zaś Habanolide ma mydlany i kwiatowy aromat. Razem tworzą bardzo ładnie pachnącą kompozycję. Ultrae mimo groźnej nazwy to jedna z przyjemniejszych niespodzianek w ofercie Aether.

główne ingrediencje: Aldambre, tlenek różany, Habanolide, Tonalide

aether iconic 2

Zapachy Aether to wg mnie całkiem udana próba dowartościowania syntetycznych aromamolekuł jako niezależnych od natury bytów stanowiących świetne tworzywo do komponowania perfum o niespotykanych dotąd aromatach. Ingrediencje, które na codzień w sposób powszechny są używane dla nadania współczesnym perfumom (ale nie tylko – bo także detergentom, kosmetykom) kolorów, odcieni, wreszcie czysto użytkowych cech, jak projekcja, sillage, trwałość, tu grają pierwszoplanowe role. Zwykle z powodzeniem. Ale by naprawdę poznać ich urodę, trzeba koniecznie dać im szansę na skórze i to przez dłuższy czas. One potrzebują czasu, by osiąść i przejść zaplanowane metamorfozy od zwykle dość dziwnych, często jakby dysonansowych początków po zaskakujące, oryginalne, a nawet i magnetyzujące finisze. Ważne więc, by nie testować ich wyłącznie na papierkach testowych, i by nie wyrabiać sobie opinii o nich tylko na bazie pierwszego wrażenie, bo to  szczególnie w przypadku zapachów Aether kardynalny błąd. One potrzebują koniecznie ciepłoty i chemii skóry ludzkiej, by się „uruchomić” i oczarować abstrakcyjnym zapachem. I o tym trzeba koniecznie pamiętać testując te zapachy.

 

 

 

Puredistance – prawdziwy perfumowy luksus

Czasem zastanawiam się nad tym, czym współcześnie jest w perfumerii luksus? W jaki sposób go określić? Co wyznacza jego ramy w czasach, gdy pachnidła z logotypami znanych designerów mody, niegdyś uznawane za luksusowe, stały się ogólnodostępne w wyniku strategii nastawionej na maksymalizacje sprzedaży, której w sukurs przyszedł rozwoju e-handlu?

O tym, że perfumy są luksusowe, stanowi kilka czynników. Po pierwsze – i najważniejsze – jakość kompozycji i użytych w niej składników. Tu nie może być drogi na skróty. Koneserski nos natychmiast wychwyci fałsz, kiepską jakość lub słabą kompozycję. Jakości składników powinna towarzyszyć też wyższa niż przeciętna koncentracja pachnącej esencji, choć nie jest to warunkiem koniecznym i zależy tak naprawdę od intencji twórców perfum. Po drugie flakon – zarówno jakość jego wykonania, jak i materiały, z których został zrobiony. Niedoróbki wykonawstwa – np. kiepsko spasowana zatyczka, niedokładnie naniesione elementy graficzne czy np. cieknący atomizer dyskwalifikują perfumy jako luksusowe. Po trzecie opakowanie – zwykły tekturowy kartonik zdecydowanie nie ma luksusowego charakteru, tu trzeba czegoś więcej – eleganckiego skórzanego etui, drewnianej szkatułki, lub co najmniej solidnej – przepraszam za wyrażenie – tekturowej „trumienki” obitej skórą lub innym wysokiej jakości materiałem, w której wygodnie leży sobie flakon. Po czwarte – relacja z klientem. Marka sprzedająca perfumy luksusowe nie ogranicza się li tylko do sprzedaży swych produktów, ale tworzy z klientem relację opartą na wyjątkowym do niego podejściu. Klient nabywając taki produkt staje się też częścią marki, jej wewnątrznago świata, wyznawanego przez nią systemu wartości. Wierny (czyt. powtarzający zakupy) klient informowany jest o wydarzeniach z życia marki, obdarowywany jest cennymi podarunkami przy różnych okazjach, a właściciel marki nawiązuje z nim czasem bezpośrednią relację poprzez rozmowy lub korespondencję. Po piąte – ograniczona dostępność. Towar luksusowe nie mogą być dostępne byle gdzie. Starannie wyselekcjonowane punkty sprzedaży, które zadbają nie tylko o odpowiednią prezentację produktu, ale też o odpowiedni serwis – pełną informację na jego temat, przekazywaną zgodnie z wytycznymi marki. Sprzedaż internetowa jest w obecnych czasach nieunikniona, ale w przypadku perfum luksusowych raczej ta bezpośrednia – z własnego e-shopu, a niekoniecznie poprzez perfumerie internetowe. Po szóste – niska liczebność dostępnych produktów. Towary luksusowe, ze względu na ograniczoną bazę konsumentów, nie są produkowane w liczbach, w jakich wytwarza się produkty ogólnodostępne. To oczywiste. Nie oznacza to, że perfum luksusowych może zabraknąć, tylko że pojedyncza partia produkcyjna jest nieporównanie mniejsza, niż w przypadku perfum designerskich, co ma kolosalny wpływ na jednostkowy koszt wytworzenia. Po siódme – marketing. Luksu nie potrzebuje marketingu. Jeżeli już, to subtelnego, opartego raczej na rekomendacjach, na pracy ambasadorów danej marki. Na koniec – cena. Tu zasada jest jasna – perfumy luksusowe – jak każdy tego rodzaju towar – muszą po prostu być drogie, droższe lub dużo droższe od perfum designerskich. Cena wynika z wszystkich wcześniej wymienionych elementów i jest po części konsekwencją wyższych kosztów produkcji samej zapachowej esencji, flakonu, opakowania, małych partii produkcyjnych i ograniczonej dystrybucji. Ale wysoka cena to przede wszystkim immanentna cecha produktu luksusowego, który także poprzez nią de facto nabiera luksusowego charakteru. Kluczowym jest, by za tą ceną stał produkt posiadający wymienione wcześniej cechy. Fałsz w tym zakresie łatwo wyczuć.

Gdy przez sito powyższych kryteriów przepuścić współczesne marki perfumowe chcące uchodzić za luksusowe, nagle okaże się, że na jego powierzchni pozostanie zaledwie kilka, może kilkanaście. Jedną z tych, które idealnie je spełniają jest – i nie mam tu najmniejszych wątpliwości – Puredistance.

puredistance

Powołana do życia przez Jana Ewouda Vosa jest zjawiskiem absolutnie wyjątkowym na perfumowym rynku, przy czym słowo rynek brzmi tu – powiedziałbym – niestosownie. Na stronach mojego bloga miałem już okazję opisywać pachnidła Puredistance:

M  – gdzie napisałem także więcej o samej marce, jej pochodzeniu i jej filozofii, a sam zapach to przepiękny męski skórzany szypr na miarę Astona Martina

Blacknowoczesna interpretacja męskości Puredistance

Sheiduna wyjątkowej urody i oryginalności niesamowicie eleganckie i zmysłowe , nowoczesne i bardzo kobiece perfumy orientalne

White – energetyczny kobiecy, współczesny zapach kwiatowy

Warszawa – perfumowy hołd dla Warszawy, powstały w wyniku wieloletniej przyjaźni Jana Ewoda Vosa i Stanisławy Missali, właścicielki perfumerii Quality Missala, wyłącznego dystrybutora perfum Puredistance w Polsce.

Jan Evoud Vos Puredistance
Jan Ewoud Vos

Mimo, że Puredistance zadebiutowało w 2007 roku, przez kolejnych 11 lat zaprezentowało zaledwie osiem pachnideł, co pozostaje w zgodzie z minimalistycznym pojęciem luksusu, jakiemu hołduje twórca marki. Od niego samego wiem, że w przyszłym roku będzie miała miejsce premiera nowego pachnidła – zupełnie wyjątkowego, nawet jak na wysokie standardy marki. Jak łatwo policzyć, na blogu opisałem dotąd pięć z ośmiu kompozycji. Dziś chcę nadrobić tę zaległość i podzielić się wrażeniami nt. pozostałych trzech, które – tak się złożyło – mają stricte kobiecy charakter.

anne-buzantia-land
Annie Buzantian

Wszystko zaczęło się od Puredistance I (2007) – pierwszego pachnidła marki, o którego skomponowanie Jan poprosił pracującą w Nowym Jorku mistrzynię perfumiarskiego fachu Annie Buzantian. Ta zaproponowała Janowi perfumy swoich marzeń, która wcześniej skomponowała wyłącznie na własny użytek. Zapach idealnie wpisywał się w oczekiwania Vosa i jego filozofię. Wąchany dziś wciąż robi potężne wrażenie niezwykle zręcznym, mistrzowsko zrównoważonym połączeniem delikatnego akordu owocowego zbudowanego z esencji kwiatu mandarynki, neroli oraz czarnej porzeczki z klasycznymi nutami kwiatowymi (magnolia, róża, jaśmin, mimoza) oblanymi gęstą słodko-ambrową mazią szczelnie wypełniającą przestrzenie pomiędzy korzeniami wetywerii. Kompozycję pogłębiono i utrwalono białymi piżmami i rozcieńczono do „skromnych” 38% (!), co w praktyce oznacza, że jest ona perfumowym ekstraktem, a to determinuje jej zachowanie na skórze. Zapach otula, nie emanuje na otoczenie, pozostawia zmysłowy ogon. Majestatycznie rozwija się pod wpływem ciepła skóry, jest bardzo zmysłowy, kobiecy – owszem – ale nie do tego stopnia, by nie zagrać wdzięcznie na męskiej skórze. Znajduję w nim oryginalne ujęcie ambrowości – lekko słodkiej, ale tak doskonale wyważonej, że nie popadającej ani na chwilę w kulinarne skojarzenia, może poza wyczuwaniem w tle najdoskonalszej gatunkowo nuty gorzkiej czekolady. Doskonałe pachnidło wieczorowe, idealnie licujące z szykowną suknią lub smokingiem. Puredistance I jest przykładem perfumerii opartej na klasycznych wzorcach, ale podanej we współczesny sposób. Nie znajdziemy tu retro akcentów, z których znane jest M czy Antonia. Ma w sobie ponadczasowość, która wynika z perfekcyjnie wyważonego charakteru i bezkompromisowej jakości. Jest piękne od owocowo-kwiatowego początku do ambrowego końca. Majstersztyk.

puredistance-master-perfumes-1-giftbox-flacon-perfume-spray-ribbon-60ml-st01

główne nuty: kwiat mandarynki, czarna porzeczka, neroli, magnolia, róża, jaśmin, mimoza, słodka ambra, wetyweria, białe piżma

rok premiery: 2007

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0-3,5

 

puredistance-pure-perfume-extrait-antonia-st02-472x654

Skomponowana jako hołd dla matki Jana Antonia to zapierające dech w piersiach interpretacja tematu zielono-kwiatowo-pudrowego, którego najbardziej znanym w perfumerii przykładem jest genialne Chanel No.19. Z tym, że w Antonii temat ów został ujęty w sposób godny marki Puredistance. Od pierwszego zielonego podmuchu galbanum, wzmocnionego bluszczem, a ukorzenionego w kompozycji za pomocą wetywerii, poprzez kwiatowo-pudrowe serca zawierające absolutnie klasyczny kwiatowy kwartet jaśminu, róży, Ylang-Ylang i irysa, aż po miękki, zmysłowy waniliowy finisz Antonia zdaje się krzyczeć wprost powalającą jakością samej na wskroś klasycznej kompozycji, jak i użytych ingrediencji. Nigdy wcześniej nie dane mi było wąchać tak doskonale pachnących perfum w tym konkretnym zielono-pudrowym gatunku. Antonia jest przy tym zapachem bardzo intensywnym, o potężnej projekcji i wyraźnej ewolucji na skórze, na której – jak na zapach w koncentracji 25% przystało – pozostaje długie godziny. Odmiennie do Puredistance I uważam Antonię za perfumy zdecydowanie najlepiej korespondujące z osobowością i charakterem kobiety dojrzałej i jest to moim zdaniem jedyne pachnidło w ofercie marki tak głęboko usadowione w stylistyce retro. Jednak mimo, że nuty i akordy nie pozostawiają wątpliwości co do klasyczny inspiracji, to już sposób ich realizacji pozwolił uniknąć aromatów, które byłby trudne do zaakceptowania wśród współczesnych kobiet. Udała się więc Annie Buzantian trudna sztuka, co tylko potwierdza jej ogromny talent i mistrzowskie umiejętności. Antonia to przykład perfumowej sztuki na najwyższym poziomie.

puredistance-Antonia-master-perfume-17.5ml-giftbox-st-02

główne nuty: galbanum, bluszcz, jaśmin, róża, Ylang Ylang, irys, wetyweria, wanilia

rok premiery: 2010

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 5,0-4,5

 

Skomponowane ponownie przez Annie Buzantian Opardu miało swoją premierę w 2012 roku. Perfumiarka i kreator Jan Ewoud Vos pozostali w rejonach klasycznych, kwiatowych, obezwładniających swoją urodą, bogactwem i harmonią, bazujących na najlepszych wzorcach francuskiej perfumerii. Tym razem jednak powstało pachnidło dużo bardziej stylistycznie współczesne, niż dwa wcześniej opisane, a także (pewnie w wyniku obecności tuberozy) – i piszę to z pełnym przekonaniem – wręcz erotycznie zmysłowe.

Puredistance-OPARDU-06B-HR

Opardu to perfumy wieczorowe, które idealnie dopełnią elegancką, ale i lekko wyzywającą kreację balową czy bankietową. Bo takie właśnie są – pełne szyku, ale i zmysłowej erotycznej obietnicy. Mężczyźni będą tym aromatem obezwładnieni, o ile poczują go na adekwatnej do jego charakteru i stylu kobiecie. Jestem tego pewien.

Zapach otwiera się praktycznie do razu zmysłowym bukietem kwiatów, orientalnym i gęstym, ale nieprzytłaczającym, początkowo złagodzonym heliotropem. Z czasem akord kwiatowy konstytuuje się na skórze, nabiera kształtów i mocy i zaczyna wyraźnie projektować oszałamiającym, orientalno-kwiatowym bukietem, będącym olfaktorycznym odzwierciedleniem zmysłowej kobiecości. Tuberoza, gardenia, bułgarska róża i lekko z początku indolowy jaśmin w formie absolutu, z dodatkiem goździka i heliotropu. Co za niesamowity kwiatowy popis! Ten pełen erotycznych obietnic akord trwa na skórze kilka godzin, by z czasem zacząć przeobrażać się w zadziorny finisz – bazę, która jest narkotyczna i wciąż zmysłowa, z mocno wyczuwalnym jaśminowy indolem, podbitym drzewną nutą cedru. Opardu to zapach kobiety niezwykłej, to woń upojnej, pełnej erotycznych uniesień nocy. To zapach, któremu nie sposób się oprzeć. Ja w każdym razie nie potrafię…

puredistance-perfume-opardu-100ml-st04

główne nuty: absolut z tuberozy, gardenia, róża bułgarska, purpurowy lilak, goździk, absolut jaśminu, heliotrop, drewno cedrowe

rok premiery: 2012

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5-4,0

 

Chronologicznie pierwsze trzy kobiece pachnidła Puredistance tworzą swego rodzaju trylogię kwiatowych perfum opartych na najlepszych wzorcach i skomponowanych z absolutną maestrią. Każdy z tych zapachów jest wyraźnie inny, ale wszystkie mają cechy wspólne: są bogate, gęste od pachnącej esencji, potrzebują ciepła skóry, by rozwinąć się na niej w absolutnie hipnotyzującą aurę, która doda kobiecie zmysłowej tajemnicy. Czuć w nich wspólną estetykę, wyrafinowaną i onieśmielająco piękną. Nie mam wątpliwości, że tak właśnie pachną współczesne perfumy luksusowe.

 

 

 

Miller et Bertaux – perfumowy dziennik podróży

Panowie Miller i Bertaux to partnerzy w życiu, podróżach, sztuce i biznesie. A wszystko zaczęło się w 1985 roku, gdy otworzyli w Paryżu w dzielnicy Le Marais. W nim to mieli zamiar sprzedawać projektowaną przez siebie odzież, jak i przedmioty, jakie przywozili ze swych licznych podróży.

W 2006 roku uzupełnili swoją ofertę perfumami, których idea była i pozostała podobna – zapachowe suweniry z podróży, bo tak należy opisywać perfumy Miller et Bertaux, to w swej istocie przekute przez zawodowych perfumiarzy w perfumowe kompozycje olfaktoryczne wspomnienia obu panów z kolejnych globtroterskich wypraw.

Pierwsze trzy #1, #2 i #3 to obecnie już kultowe pachnidła niszowe. Potem pojawiły się kolejne. Marka stopniowo utrwalała swoją obecność na coraz bardziej konkurencyjnym rynku perfum niszowych.

Śmiem twierdzić, że pozostała jedną z niewielu wiernych ideałom twórców niszowej perfumerii: artystyczna kreatywność, wysoka jakość, ignorowanie rynkowych trendów, ograniczona dystrybucja.

Wszystko to do dziś opisuje Miller et Bertaux, bo choć dostępność tych zapachów zdecydowanie się poprawiła (w Polsce można je nabyć w krakowskiej perfumerii Tiger & Bear, dzięki uprzejmości której miałem okazję przetestować jej zapachy), to wciąż przeczytać i usłyszeć o nich można bardzo rzadko. Brak nachalnego marketingu, oszczędne, ekologiczne opakowanie, subtelność przekazu to dla wielu poszukujących nieco innych wartości w perfumach oferta z pewnością warta uwagi.

miller-bertaux
Miller et Bertaux

#1 (For You) Parfum Trouvé to chronologicznie pierwszy zapach Miller et Bertaux, a dokładniej – to pierwszy z premierowej trójki zapachów oznaczonych znaczkiem # i kolejnymi numerami, którymi marka zaistniała w światku perfumerii niszowej. A był rok 2006 – na rynku perfum to była inna epoka. Nisza była wówczas reprezentowana nieporównanie mniej licznie, niż obecnie i tak naprawdę dopiero wchodziła w okres dorastania. Na tle innych marek Miller et Bertaux i ich minimalistyczne zapachowe trio mogło wówczas intrygować i faktycznie wyróżniało się (zbliżone estetycznie Byredo debiutowało 2 lata później). Co ciekawe, twórcy prezentowali te trzy zapachy jako wzajemnie się uzupełniające i nadające się do noszenia równoczesnego w wszelkich możliwych kombinacjach, spryskujący każdym inną cześć ciała dla uzyskania szczególnie intrygujących i nieprzewidywalnych efektów. Parfum Trouvé to przedziwna kreacja, przede wszystkim drzewna (sandałowiec i cedr, no bo cóż innego?), otoczona bardzo oszczędnie kilkoma innymi ingrediencjami: irysem, białą lilią czy ylang-ylang, ale te składniki – wymienione w oficjalnym składzie – nie ujawniają się w istotny sposób, pracują więc – jak sądzę – na końcowy efekt. Nie można zapomnieć też o tzw. drewnie różanym (rosewood), którego lekko mentolowy i jednocześnie słodko-żywiczny aromat gra w tym zapachu, kto wie, czy nie jedną z najważniejszych ról. Ważne, by podkreślić że #1 jest zapachem absolutnie abstrakcyjnym, a jej dominującej przecież drzewności jakże daleko do dosłowności opisywanego wcześniej Indian Study/ Santal. Suchy, papierowy, lekko słodki, domyślny bardziej niż mocno obecny. Kreatywny minimalizm w najlepszej odsłonie.

#3 Green, Green, Green and… Green

Tytuł zdradza wszystko. Ten zapach jest początkowo zielony, później zielony, a następnie… zielony. To zieloność trawiasta, pełna, soczysta, ale jednocześnie lekka i nie zakłócana niczym innym. Werbena, kolendra, liść laurowy, odrobina jaśminu, zielona żywica mastyks oraz baza z wetywerii i cedru tworzą uroczy zielony krajobraz, dość wszakże statyczny. Z początku bardzo soczyste i świeże, z czasem nieco bardziej żywiczne i ciepłe, drzewne, wetyweriowe, ale do samego końca zielone. Bardzo ładne.

m et b 3

A Quiet Morning (2008) – poranek w Indiach

Tak pachnie cichy indyjski poranek. Delikatnie smużki przypraw ze złocistym szafranem i słodkawą kurkumą na czele w otoczeniu akordu basmati. W tle nuty drzewne – sandałowiec i cedr – które zdają się być elementem łączącym wszystkie zapachy Miller et Bertaux. Całość tworzy mistyczny i minimalistyczny zapach, tyleż subtelny, co intrygujący. Niemal transparentny, ale mimo to obecny. Wymienione nuty tworzą niezwykłą olfaktoryczną aurę, przywodzącą na myśl suchy i lekko słodki zapach świeżej pościeli, choć nie ma tu mowy o syntetycznych akcentach detergentowych w stylu Francisa Kurkdjiana. A Quiet Morning to jeden z moich faworytów pośród pachnideł tej marki. To także jeden z trzech zapachów mini-cyklu poświęconego Indiom (obok Shanti Shanti i Tulsivivah!)

Close Your Eyes, And… /Bois de Gaiac et Poire (2006) 

Gdy zamknąć oczy, już od pierwszych sekund czujemy różę, najpierw bardzo wdzięcznie odświeżoną cytrusami, otoczoną zaskakującą i bardzo rzadko występującą w perfumach nutą gruszki (!), a później pięknie pogłębioną heliotropem i jaśminem, przyprawioną cynamonem i osadzoną na drzewnej bazie z gwajaku. To róża orientalna, skręcająca wg mnie raczej w stronę kobiecej skóry. Gdy już zniknie, pozostaje słodki gwajakowy dymek. Pachnidło bardzo wdzięczne i przyjemne, bezpieczne i dalekie od eksperymentów, wciąż jednak niebanalne i na pewno warte uwagi.

In (2013) 

zabiera nas w podróż do serca perfum, w którym odnajdziemy żywicę elemi, której naturalna cytrusowa nuta została tu wzmocniona bergamotką i limonką, zaś przeważający w elemi aromat żywiczny ożywiono imbirem. Oszczędna w dodatki, prosta kompozycja zwieńczona jest ciepłą bursztynową bazą. Mimo ambrowego charakteru, ma w sobie rzadko spotykaną lekkość, na co z pewnością pracują wymienione nieambrowe ingrediencje, w szczególności imbir. Nietypowo zresztą zapach ten nabiera świeżości i wspomnianej lekkości z czasem, co zdaje się potwierdzać informację, że skomponowano go na zasadzie odwróconej piramidy.

miller-et-bertaux-in

Indian Study / Santal +++ (2017) 

to coś dla fanów suchych drzewnych aromatów. W tej kategorii propozycja Miller et Bertaux wyróżnia się oszczędnością środków wyrazu i zarazem skutecznością. We wstępie suche przyprawy – kmin i curry – zapowiadają serce pachnące świeżo pociętymi deskami, ociekającymi jeszcze żywicą. Całość została utrwalona piżmami. Jest minimalistyczna, wręcz ascetyczna, ale niesamowicie sugestywna i poruszająca czystością przekazu. Jeden z moich faworytów w kolekcji marki.

New Study (Postcard) (2017) – pocztówka z nad Morza Śródziemnego 

Zielone (głównie cis-hexenol pachnący jak skoszona trawa) i cytrusowe (mniej, a tu zielona pomarańcza(?), dzika cytryna i grejpfrut) intro z wyczuwalnym drzewnym tłem, które z czasem przejmuje pierwszy plan. Ale zanim to, New Study „morfuje” w akord figi zmiękczony kokosem. Wszystko razem tworzy całkiem intensywną, rześką i nieco drzewną zieleń, inną od opisywanego wcześniej #3. Figowiec Miller et Bertaux? Właśnie tak.

Oh, ooOoh …oh (mist, wood, wind and guitar) (2012) – czyli nocą na leśnej polanie

To prawdopodobnie najbardziej oryginalna znana mi nazwa perfum. Generalnie Miller et Bertaux nazywają swoje zapachy bardzo specyficznie… Brzmią bardziej jak robocze nazwy perfumowych projektów, jak zapachowe impresje opisane pierwszymi słowami, jakie przychodzą do głowy, aniżeli jak przemyślane, dopieszczone nazwy. Oh…. otwiera się wibrującą nutą jałowca, spod której wyłania się minimalistyczna i intrygująca mieszanka nut drzewnych, mszystych i subtelnie oblewających całość żywic, które ocieplają i utrwalają całość. W oddali snujący się dymek z ogniska…. Idylliczny obrazek mistycznego wieczory spędzonego w lesie, przy rozpalonym ognisku, z gitarą i śpiewem. Prawda, że uruchamia skautowskie wspomnienia? 😉

Om (2011) – goździkowa oda

to przedstawiciel mojego ulubionego perfumowego gatunku przyprawowo-drzewnego. Piękne intro z różowym pieprzem i dominującym w fazie serca goździkiem, paczulowe wypełnienie (na szczęście nie czuję tu klasycznej piwnicznej paczuli) oraz drzewny finisz. Zapach idealny na obecną zimną i nieprzyjemną aurę, rozgrzewa szczyptą chili. Om ma suchą, pylistą i słodkawą aurę i pachnie niczym niszowa, bardziej wytrwana wersja Spicebomb Viktor & Rolf. Podoba mi się. Szkoda tylko, że zbyt szybko traci rezon i nie pozostawia na skórze nic intrygującego.

M et B OM

Shanti Shanti (2008)

to kolejny – obok Close Your Eyes – orientalny zapach Miller et Bertaux z różą w centrum, z tym że tu róża podana została w zdecydowanie kobiecy sposób, w doborowym towarzystwie przypraw (różowy pieprz i kardamon), irysa, paczuli oraz drewna sandałowego. Początek jest jednak zaskakujący, transparentny, lekko przyprawowy, lekko papierowy poprzez nutę irysa i zupełnie nie zwiastujący tego, co następuję parę minut po nim, gdy róża zacznie wygodnie mościć się na skórze, z każdym kwadransem nabierając mocy, pogłębiając się i utrwalając na sandałowej bazie. Lekko mydlany akord różany to w istocie temat „Shanti Shanti”, zainspirowanego podróżami do Indii i tamtejszym festiwalem kwiatów, podczas którego różane płatki lądują w nieprzebranych ilościach na ziemi. Bardzo ładne i solidnie wykonane pachnidło na konkretny temat, bez niepotrzebnych udziwnień.

„Study No. 17 ” (2015) – letni ogród

zabiera nas w podróż do wonnego ogrodu, w którym obok drzew cytrusowych odnajdziemy grządki pełne ziół, z estragonem i miętą w rolach pierwszoplanowych, z gęsto rosnącym geranium i krzakami czarnej porzeczki oraz grubymi łodygami rabarbaru, które to „wespół w zespół” tworzą zapachowy trzon tej kompozycji. Wszystkie te soczysto zielone ingrediencje osadzone zostały ma mszystym, porostowym podłożu, dodającym całości jeszcze dodatkowej zieleni. Study No.17 to słoneczny, świeży i soczysty zapach zielony, doskonale wypełniający pustkę po lecie, które jakiś czas temu nas opuściło. Harmonijnie skomponowany, perfekcyjnie wyważony, zdecydowanie udany.

m et b study 17

Study No. 23 / Newsletter (2016) – kadzidlak

to jedyne pachnidło w ofercie marki emanujące tak wyraźną nutą kadzidła olibanum, tu podrasowanego początkowo aldehydami, lekko osłodzonego nektarem z żółtych kwiatów,  wzmocnionego paczulą i osadzonego na drzewnym rusztowaniu. Zestawienie olibanum z aldehydami znamy już z Cardinal Heeleya, ale zapach M&B jest lżejszy, świeższy, bardziej transparenty. Warto podkreślić, że ma świetne parametry – emanuje mocno i trwa na skórze naprawdę długo. Mimo, że osobiście nie jestem fanem takiego ujęcia kadzidła (wolę interpretacje bardziej dymne i drzewne, jak choćby genialny Zagorsk Comme des Garcons, a – gdy już jesteśmy przy Comme des Garcons Study No. 23 bliżej do Avignon), to jednak obiektywnie uważam ten zapach za naprawdę udany i klasycznie niszowy zarówno w tematyce jak i wykonaniu. Jedna z najciekawszych propozycji Miller et Bertaux.

Tulsivivah! (2018) – indyjska herbata z bazylią

Wracamy do Indii, celebrującej świętą bazylię podczas festiwalu. Esencja z jej liści znalazła się oczywiście w formule zapachu, a towarzyszą jej początkowo cytrusy i przyprawy (krótkie acz intensywne pieprzowe otwarcie) oraz budująca serce nuta herbaty, a wszystko to na drzewnym akordzie z sandałowca i kaszmiru. Idealnie uniseksowy, przyjemny, najpierw pikantny, później herbaciany (serwuje nam lekko osłodzoną i raczej nietęgą herbatę), finiszuje drewnem. Jak każda z zapachowych pocztówek z podroży panów Millera i Bertauxa, także i ta potrafi zauroczyć prostotą przekazu i niebanalnym tematem. Efektowny minimalizm to zdecydowanie wspólny mianownik perfum tej marki. Idealnie zresztą koresponduje on z ascetycznym designem flakonów.

M et B Tulsivivah

I tak dotarłem do końca zapachowych podróży (lub też podróżnych zapachów) panów Millera i Bertaux. Jak mogę je podsumować? Abstrakcyjne, impresyjne bardziej niż konstruktywistyczne, minimalistyczne, z powtarzającymi się nutami drzewnymi (głównie sandałowiec, ewentualnie cedr), zwykle ze smakiem przyprawione, czasem ze smużką dymu, czasem z kadzidłem, czasem z nutą kwiatową, ale jeżeli już – to z różą. Intrygujące, choć bardzo kameralne. Niszowe w dobrym tego słowa znaczeniu, także w tym sensie, że niepoparte niemal żadnym marketingiem, a to już obecnie niezwykła rzadkość. Na pewno warte uwagi koneserów perfum i wszystkich, którzy chcą pachnieć niebanalnie, intrygująco, ale jednocześnie subtelnie, bez narzucania się otoczeniu. Zapachy Miller et Bertaux zasługują moim zdaniem na szerszą publikę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tom Ford „Fucking Fabulous” – doprawdy?

Gdy mniej więcej w połowie 2017 pojawiły się w internecie informacje nt. nowych perfum Toma Forda o nazwie Fucking Fabulous uznałem to za fake news.

TF FFabulous

Nie wierzyłem, że Ford mógłby aż tak daleko posunąć się w prymitywnym marketingu. Owszem dał się nie raz nie dwa poznać jako projektant lubiący zwrócić uwagę na swój produkt niemal wulgarną kampanią reklamową, ale miałem wrażenie, że w ostatnich latach nieco zbastował i poszedł w kierunku bardziej eleganckich treści w materiałach promocyjnych. Gdy jednak jakiś czas później okazało się, że to faktyczna nazwa limitowanego zapachu, który swą premierę miał podczas Nowojorskiego Tygodnia Mody w 2017 roku, byłem – przyznam – zniesmaczony. A nie jestem zbytnim purystą. Po prostu wydało mi się to wyjątkowo pretensjonalne, a nawet prostackie, jak na tak wyrafinowanego projektanta. Kolejna granica została przekroczona… Znów przez Toma Forda… Do tego ta napompowana cena, wyższa od „typowego” zapachu z kolekcji Private Blend o ok. 30%… Na długi czas zapomniałem o tym pachnidle – aż do września br., gdy miałem okazję powąchać je w perfumerii na lotnisku w Monachium. A flakon wyglądał tak….

TF FFabulous 3

 

O co chodzi z tą cenzurą w nazwie? – pomyślałem. Polityczna poprawność w Europie? A może kolejny sprytny chwyt marketingowy speców z Tom Ford Beauty?

Butla wyróżniała się pośród innych z kolekcji modnym matowym wykończeniem. Aromat z papierowego blottera natomiast zaskoczył mnie najpierw parafinową nutą. Trochę świecy, trochę skóry, trochę słodkości. Takie było moje pierwsze wrażenie. Hmmm…. Nie zachwycił, ale i nie rozczarował. Na pewno zaintrygował tą niecodzienną zbitką nut… Owszem spodziewałem się czegoś daleko bardziej spektakularnego, ale… Zdecydowałem, że w nieodległym czasie zdobędę materiał do głębszych testów i tak niedawno uczyniłem.

Dziś po kilku próbach jedno wiem na pewno. Zapach nie ma nic wspólnego z nazwą. Ogłaszam więc kolejne spektakularne zwycięstwo marketingu nad produktem jako takim. Niemniej zdecydowanie wart jest uwagi, bo nie można odmówić mu oryginalności i unikatowego charakteru.

Fucking Fabulous otwiera się przedziwnym akordem z którego wyłania się na pewno tonka oblana zielonym sokiem – tu szałwią (gdzieś to u Forda już czułem – wiem – Vert d’Encens). Początkowo aura jest zielono-słodko-gorzka i ta zbitka totalnych przeciwieństw działa na ośrodek węchowy nieco dezorientująco. Do tego w tle majaczy nuta skóry, ale nie ta znana z Tuscan Leather czy Ombre Leather. Tu skóra jest jakby woskowana, tłusta, błyszcząca. Wraz z upływem czasu zapach zaczyna tracić na zieloności i pojawia się nutka drzewna (z opisu wynika cashmeran), choć mi przypominająca mi bardziej esencję cedrową. Mocy nabiera aromat słodkawo-gorzko-woskowy. To co pozostaje na skórze na koniec – czyli tzw. głębia, baza – niestety jest najmniej udanym elementem zapachu. Nieco gorzka, nieco drzewna, nieprzekonująca.

tom-ford-fucking-fabulous.jpg

Mam pewne uwagi do parametrów, bo o ile Fucking Fabulous trzyma się na skórze całkiem długo, to jego ekspresja i projekcja pozostawia do życzenia. Mogłaby być nieco bardziej wyrazista, choćby na poziomie wspomnianego Vert d’Encens nie wspominając o Oud Wood czy Tobacco Vanille.

Reasumując – Fucking Fabulous (i zapomnijmy na chwilę o dyskusyjnej nazwie) to perfumy, które wymykają się znanym klasyfikacjom. Intrygują pomysłowym i odważnym zestawieniem nut, ale rażą brakiem zdecydowania i wrażeniem… niedokończenia. Jakby studium, projekt w trakcie… Perfumowa ciekawostka dla najbardziej zainteresowanych i… nie żałujących pieniędzy. Tak na marginesie, to wydaje mi się, że Fucking Fabulous mógł powstać przy okazji opracowywania zapachów z mini-serii Vert z 2016 (Vert Boheme, Vert d’Ensens,  Vert de Fleur i Vert de Bois), a być może nawet nie zmieścił się w głównej czwórce, więc został odłożony na później. Idealna opcja na limitowaną edycję, prawda? Ach, ten fordowski marketing…

Tom Ford FFabulous 2

główne nuty: szałwia, gorzki migdał, tonka, kłącze irysa, skóra, cashmeran

nos: bd.

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0-3,5

Etat Libre d’Orange „Les Fleurs du Déchet” – przydatny śmieć…

„To co brudne, musi być też piękne”

Etienne de Swardt

ELdO Les Fleurs du Dechet banner

Les Fleurs du Déchet (dosłownie: „Kwiaty odpadów”) to w swej istocie bezprecedensowa perfumowa deklaracja Etat Libre d’Orange, Etienna de Swardta, perfumiarki Danieli Andrier oraz współpracującej przy tym projekcie firmy Ogilvy (potęga w dziedzinie marketingu, reklamy i PR) wartościująca odpady i w jakimś sensie gloryfikująca ich przydatność.

W czasach, gdy ludzkość wyrzuca na śmieci zatrważające ilości produktów, często wciąż zdatnych do użycia, gdy na wysypiskach lądują miliony ton odpadów z tworzyw sztucznych, z których spora część kończy niestety w oceanach, i gdy ekolodzy coraz głośniej wzywają do opamiętania się i podjęcia kroków mających na celu ograniczenie ilości odpadów i lepsze ich zagospodarowanie, wieszcząc – nie bez słuszności – katastrofalne konsekwencje obecnych praktyk dla przyszłości naszej planety i rodzaju ludzkiego,  Les Fleurs du Déchet wydaje się być bardzo na czasie, szczególnie że także przemysł perfumeryjny generuje potężne ilości specyficznych odpadów, których dalsze wykorzystanie w perfumach przynajmniej w części mogłoby być możliwe, czego zresztą najnowsze pachnidło Eta Libre d’Orange ma dowodzić.

Życie każdego produktu, czy to przemysłowego, czy żywnościowego, ale także rośliny, warzywa czy owocu nie kończy się po jego wyrzuceniu na śmieci. Wszystkie te rzeczy wciąż mają przecież wciąż pewną wartość, a sam fakt ich wyrzucenia tej wartości ich nie pozbaia. Tak przynajmniej uważają twórcy najnowszego zapachu Etat Libre d’Orange. Co więcej, odpady stać się mogą tworzywem dla stworzenia nowej jakości.

A więc:

Trash but never waste.

ELdO Les Fleurs du Dechet visual

Les Fleurs du Déchet to zaskakująco lekki i dość delikatny zapach sprawiający wrażenie minimalistycznego w formule, ale dość efektywnego w przekazie. Nie zwraca uwagi żadnym oryginalnym akordem czy jakąś niespotykaną dotąd nutą i jako całość lokuje się gdzieś pomiędzy Rose Ikebana Hermesa i Kashan Rose The Different Company. Róża – powiecie. Owszem, też, ale nie tylko. Jest też jabłko…

W otwarciu nuta zielonego jabłka, za nim róża podana w lekki, przyjemny, nieco zielony sposób. Później intrygujący i trudny do opisania całkowicie abstrakcyjny akord ni to owocowy, ni to drzewny, zdecydowanie uniseksowy, jak zresztą całe pachnidło.  Kilka składników mających dodać głębi i utrwalić zapach na skórze, a które nie wyodrębniają się jako indywidualne nuty. Marka wymienia cedr, przypominającą zapach drewna sandałowego aromamolekułę Sandalore, użyte w sporych ilościach w poprzednim zapachu Une Amourette od-paczulowe Akigalawood oraz niezastąpione ISO E SUPER, gwarantujące projekcję i mieniącą się aurę. Po raz kolejny „za kolbami” w perfumowych laboratorium zasiadłą Daniela Andrier. Efektem jest minimalistyczny zapach, który w doskonały sposób ilustruje to, czym od strony technicznej są w swej większości współczesne perfumy: zbiorem składników po części naturalnych, w większej zaś części pochodzenia laboratoryjnego połączonych w kompozycję, której końcowy aromat jest nowym olfaktorycznym tworem, nieobecnym 1:1 w naturze, choć częściowo do natury nawiązującym. Kluczowymi zaś elementami dla jego efektowności i efektywności, dla wyrazistości i trwałości są produkowane w laboratoriach wielkich koncernów aroma-molekuły, produkujące – jak już wiemy – potężne ilości chemicznych odpadów…

Jak głosi marketingowy brief:

„Les Fleurs du Déchet symbolizuje przejście od Sécrétions Magnifiques do dorosłości. To kontrrewolucja dla Etat Libre d’Orange, marki wciąż głośnej i destruktywnej, ale ostatecznie – funkcjonalnej.”

Rodzi się więc pytanie, czy Les Fleurs… to faktycznie cezura i jednoczęsnie symbol końca olfaktorycznych przygód, wyzwań i eksperymentów, jakie marka serwowała od momentu swego debiutu w 2006 roku i zdeklarowany już skręt w stronę zapachów owszem obleczonych oryginalnym marketingiem i intrygującą wizją, ale już przyjemnych i łatwych w odbiorze, pozbawionych elementów olfaktorycznego zaskoczenia? Cóż – poczekamy, powąchamy. Ja w jo jakoś nie potrafię uwierzyć i wciąż liczę na to, że Etienne de Swardt zaskoczy mnie czymś na miarę Le Fin du Monde lub Hermann a Mes Cotes...

„A więc, zanim będzie zbyt późno, pomódlmy się do boga odpadów, naszego drogiego lorda pozostałości.”

Les-Fleurs-du-Déchet-–-I-Am-Trashdominujące nuty: zielone jabłko, neo-róża, akord neo-drzewny

nos: Daniela Andrier

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0

Ralph Lauren „Safari for Men” czyli jak się ładnie zestarzeć

Lata dziewięćdziesiąte były dla perfum męskich czasem przemian. Na ich początku w powietrzu wciąż unosiły się jeszcze potężne, gęste, bezpardonowe i trudne do zapomnienia, barokowe aromaty lat 80-tych, ale wraz z odkrywaniem coraz to nowych syntetycznych aroma-molekuł szło nowe, zapoczątkowane pod koniec poprzedniej dekady przez słynne nadużycie hydromyrcenoluCool Water for Men Davidoff, ukoronowane przez zdominowane przez calone CK One. 

W porównaniu do czasów obecnych rynek notował stosunkowo małą liczbę premier, wśród których pojawiło się wiele zapachów wyraźnie stylistycznie „zapóźnionych” i nie tak nowatorskich, jak dwa wyżej wspomniane. Jednym z takich pachnideł jest Safari for Men marki Ralph Lauren, szczęśliwie wciąż produkowany i dostępny w sprzedaży. 

W Safari urzeka mnie natychmiast rozpoznawalny sygnaturowy aromat – jak podpis, jak pieczęć, jak wzór wyryty w mojej olfaktorycznej pamięci. Efekt Old Spice’a i może jeszcze kilku innych pachnideł. Safari ma podobną do tego super-klasyka ciepłą, przyprawową głębię. Jest to niesamowicie męskie, eleganckie i zupełnie ponadczasowe pachnidło o zapachu, który wpija się w pamięć i pozostaje tam na zawsze. Od pierwszej docierającej do nosa nuty ma się wrażenie, jakby spotkało się starego, dobrego znajomego z przeszłości

Otwarcie zbudowane jest z absolutnie tradycyjnych składników, jak zresztą całe to pachnidło. Współczesna wersja mocno podrasowana jest cashemranem (ale który – po prawdzie – nie jest, poza tym może był tu zawsze?) Niemniej ćwierć wieku musiało nieco wpłynąć na rodzaj użytych w formule składników, jak choćby minimalizację udziału mchu dębowego. Można sobie wyobrazić, że pierwotnie Safari było jeszcze gęstsze i jeszcze bardziej oszałamiające.

Jest aromatycznie, z początku bardziej ziołowo, nawet gorzkawo (zaraz po aplikacji, gdy całość unoszą w powietrze aldehydy!), ale zapach szybko układa się i nabiera swego charakteru, który zdeterminowany jest mieszanką ciepłych przypraw (kolendra, estragon, goździk, cynamon!) na drzewnej bazie z paczuli, mchu dębowego i słodkawego sandałowca, która wszakże dzięki akordowi ambrowemu jest ciepła i otulająca. Nie można zapomnieć o kilku ingrediencjach kwiatowych (cyklamen, jaśmin, róża), które co prawda nie grają pierwszych skrzypiec, ale łagodzą i zaokrąglają całość. Safari pachnie w bazie ambrowo i trochę jakby tytoniowo (choć w składzie nie wymienia się tytoniu, to efekt ten osiągnięto prawdopodobnie innymi środkami, bo  nie jest to surowy tytoń, który znamy z innego klasyka tej samej marki – Polo), na końcu zaś poczuć można odrobinę skóry – na tyle, na ile było to możliwe w 1992 roku. 

Safari to zapach zawsze eleganckiego wuja z zagranicy, który lata temu odwiedzał nas z okazji urodzinowych przyjęć, i który – składając nam życzenia i całując nas w policzek – pozostawiał na naszej twarzy ten niezapomniany aromat, który trzymał się nas aż do wieczornej kąpieli. Wspomnienia z dzieciństwa są silne. Te zapachowe zaś najsilniejsze.

Kilka słów należy się flakonowi, który jest jednym z najbardziej męskich i eleganckich, jakie kiedykolwiek miałem w dłoniach. Grube szkło z głębokimi tłoczeniami tworzącymi regularny wzór, centralnie umieszczony srebrny herb Ralpha Laurena na przedzie i zatyczka z wpasowaną od góry plastikową, drewnopodobną inkrustracją. Kawał solidnego i ponadczasowego designu. Ten flakon będzie ozdobą każdej męskiej półki, a najlepiej skomponuje się z blatem masywnego dębowego biurka w gabinecie, obok skórzanego fotela i pudełka z kubańskimi cygarami.  

Safari to stara szkoła perfumeryjna. Całe mnóstwo składników, których starannie dobrane proporcje składają się na efekt synergii w postaci wspomnianej zapachowej sygnatury. Szybko szukając w pamięci jakiegokolwiek innego męskiego zapachu o podobnej charakterystyce znajduję Givenchy Insensé z – uwaga – 1993 roku. Znacznie mniej znany, przeszedł bez echa, wspominany jedynie przez Lucę Turina, a za nim przez perfumowych zapaleńców, bo też – przyznajmy – mniej udany. W porównaniu z nim Safari ma nie tylko ma więcej charakteru, ale też dużo lepiej się zestarzało. Prawie wcale. No chyba, że to ja do niego w końcu dojrzałem?

dominujące nuty: przyprawowa, kwiatowa, mszysta, tytoniowa, skórzana

nuty głowy: aldehydy, bergamotka, nuty zielone, kolendra, lawenda, neroli, cytryna, vermouth

nuty serca: cyklamen, estragon, jaśmin, goździk, róża, cynamon

nuty bazy: ambra, mech dębu, skóra, piżmo, paczula, sandałowiec, cedr

nos: bd.

rok premiery: 1992

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0