Frederic Malle „Outrageous” – skandalicznie amerykański

Sophia Grojsman to postać legendarna i kultowa w perfumiarskich kręgach.Urodzona na Białorusi, w wieku 15 lat wyemigrowała z rodzicami do Polski, gdzie ukończyła studia w kierunku chemicznym (chemia nieorganiczna).

W 1965 roku przeniosła się do USA, gdzie już rok później – mając 20 lat – podjęła pracę w nowojorskim gigancie International Flavours & Fragrances jako asystent w laboratorium. Tak rozpoczęła się ta niezwykła kariera, ściśle związana z IFF, w trakcie której Grojsman wyewoluowała w chyba najwybitniejszą amerykańską perfumiarkę, komponując wiele absolutnie przełomowych, legendarnych już dziś perfum. Lista jej prac przyprawia o zdumienie: Estee Lauder White Linen, Calvin Klein Eternity, Bvlgari Pour Femme, Lalique Lalique, Coty Ex’cla-ma’tion, Estee Lauder Beautiful, Lancome Tresor, YSL: Paris, Parisienne, Yvresse. A to tylko niewielka cześć jej portfolio. Co ciekawe, Grojsman nigdy nie zmieniła pracodawcy, a ukoronowaniem jej konsekwencji i niewątpliwych dokonań jest jej obecna pozycja w IFF, gdzie piastuje rolę Wiceprezes Zarządu. Łatwo zauważyć, że Sophia wyspecjalizowała się i osiągnęła absolutną maestrię w tworzeniu perfum damskich (czego dobitnym przykładem jest fenomenalny Tresor Lancome). Na liście jej prac bardzo długo nie było zapachu męskiego. Aż to 2007 roku, gdy przekonał ją do tego jej wieloletni przyjaciel, Frederic Malle.

Sophia Grojsman
Sophia Grojsman

Pomysł na Outrageous! wziął się z brazylijskiego koktajlu Caipirinha (podobnie jak w przypadku Batacuda L’Artisan Parfumeur), a sam zapach niesie w sobie beztroską młodość, słońce, egzotyczne plaże i … namiętny seks.

Outrageous! potwierdza kunszt Sophii Grojsman i jej – tak chętnie podkreślaną przez kolegów i koleżanki z branży – wyjątkową zdolność tworzenia oryginalnych i zapadających w pamięć akordów. Delikatny akord owocowy rozpoczynający zapach (limonka, grejpfrut i nuta zielonego jabłka z odrobiną mięty) został tu przeciwstawiony ciepłemu miksowi cynamonu, piżm i ambroxanu. Pomiędzy nimi w sercu znajduje się subtelne duo neroli i kwiatu pomarańczy, co przydaje zapachowi nutki czystości. Bardzo ważnym elementem są tu aldehydy powodujące zaskakującą, aczkolwiek nienachalną metaliczność zapachu, wyraźną szczególnie w początkowej jego fazie. I choć – być może – wymienione składniki brzmią mało oryginalnie, to jednak Outrageous! z pewnością mało oryginalnym zapachem nie jest. A to dlatego, że ingrediencje zostały tu precyzyjnie połączone w nową jakość. Efekt synergii jest tu bardzo wyraźny. Żaden ze składników nie dominuje, wszystkie grają na efekt końcowy. A ten jest niewątpliwie unikatowy. Wspomniana Batacuda pachnie – o ile pamiętam – do pewnego stopnia podobnie, ale nie ma mowy o identyczności.

Outrageous! miał swa premierę w 2007 i był dostępny wyłącznie w amerykańskiej sieci domów handlowych Barney’s. Wyróżniał się innym niż typowy dla marki designem flakonu (na dole po lewej – srebrna zakrętka dobrze korespondująca z metaliczną nutą zapachu). W 2017 Malle najpierw reaktywował go – ponownie jako edycję limitowaną (flakon po prawej), po czym decydował się włączyć go na stałe do ogólnodostępnej linii Editions de Parfums – tyle, że już w „zwykłym” flakonie i z nazwą pozbawioną dotychczasowego wykrzyknika.

 

 

Słowo outrageous tłumaczy się z angielskiego jako: skandaliczny, oburzający. Cóż, w przypadku kompozycji Grojsman jest oto określenie mocno na wyrost (może dlatego – choć nazwę zachowano – to zniknął z niej wykrzyknik).

To aromat zdecydowanie przyjemny, czysty, subtelny i delikatnie zmysłowy. Nie ma w nim nic skandalicznego. Jest po amerykańsku grzeczny, politycznie poprawny i nienarzucający się. Dość szybko przechodzi w tzw. skinscent. Jest więc propozycją dla tych, którzy cenią perfumowe niedopowiedzenie. Zarówno jego charakter jak i parametry wyraźnie wskazują na docelowego klienta, jakim w pierwotnym założeniu byli ceniący delikatne, czyste, piżmowe perfumy Amerykanie, a ściślej – Nowojorczycy. Subtelna zmysłowość Outrageous! – którą Frederic Malle określił jako „czysty sex appeal” – wynika, jak sądzę, ze współbrzmienia ciepłych nut przyprawowych i owocowych z utrwalającymi całość piżmami i ambroxanem. Niestety, mimo tych zabiegów, sporo do życzenia pozostawia trwałość tych perfum.

Na koniec pytanie – czy Outrageous jest zapachem męskim (bo takim przecież w założeniu miał być)? Wg mnie nie. To zapach absolutnie uniseksowy, dobrze pasujący zarówno do męskiej, jak i kobiecej skóry, szczególnie podczas gorącej letniej aury. Czuć w nim tropikalny klimat i delikatną zmysłową kulinarność. I to stanowi o jego niewątpliwej wyjątkowości.

Editions-de-Parfums-Frederic-Malle-Outrageous

nuty głowy: limonka, cynamon, zielone jabłko, mięta, grejpfrut

nuty serca: kwiat pomarańczy, neroli,

nuty bazy: aldehydy, piżmo, ambroxan, cedr

perfumiarz: Sophia Grojsman

rok premiery: 2007 (reedycja 2017)

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,0/ trwałość: 3,0

LM Parfums – mroczne Elizjum

„Ślepy księżyc za oknem

Gdzie noc stała się Elizjum

Dla bezsennych dusz”

 

Pozwólcie, że przedstawię…

fond-LaurentMazzone

„Niech chcę po prostu sprzedawać perfum. Chce jest tworzyć.”

Ta – jakże oryginalna (?) – dewiza przyświeca urodzonemu w Grenoble we Francuskich Alpach Laurentowi Mazzone, od dziecka zafascynowanemu zapachami, miksowaniem pachnących substancji, później modą, wreszcie perfumami. Długa droga prowadziła go do momentu, w którym w 2011 roku zadebiutował jako właściciel i dyrektor kreatywny niszowej marki perfumowej LM Parfums. Ekscentryczny, o mrocznym emploi, odważny zarówno w autokreacji jak i w budowaniu swej marki. Skutecznie. Pamiętam, że urządzone w formie czarno-czarnego niby-namiotu stoisko LM Parfums podczas Esxence 2016 wzbudzało naprawdę duże zainteresowanie i trudno było się tam w ogóle dostać, szczególnie, że sam Mazzone był Mistrzem ceremonii. To pokazuje, w jak ciekawym kierunku rozwinęła się perfumeria niszowa, coraz częściej oparta nie tylko o spójny koncept, ale i często o osobowość dyrektora kreatywnego (bo tak przyjęło się nazywać kierujących perfumowymi brandami).  Im ciekawsza, im barwniejsza, tym większa szansa na popularność marki i jej perfum. W obu kwestiach Mazzone ma czym się pochwalić.

„Respektować tradycję, ale z odrobiną subtelnej prowokacji.”

To zdaniem dobrze oddaje klimat pierwszych czterech pachnideł LM Parfums – wód perfumowanych Noir GabardineO des SoupirsAmbre Muscadin, Patchouli Bohème, dziś wchodzących w skład tzw. White Label Collection. Tradycyjne tematy perfumowe ujęte we współczesny, niewątpliwie intrygujący sposób, w pewnym sensie już zapowiadały kierunek dalszych poszukiwań olfaktorycznych Mazzone. Bo choć nie jest on perfumiarzem i korzysta z usług zawodowców (głównie Jerome’a Epinette’a, znanego m.in. ze współpracy z Benem Gorhamem i jego Byredo), to jego wpływ na efekt końcowy jest bezdyskusyjny. Mazzone kieruje prace perfumiarza na tereny, na które ten być może nigdy nie zdecydowałby się wkroczyć. Tak powstają perfumy o bardzo mocnych i wyrazistych, zwykle orientalnych sygnaturach, złożone z oryginalnych i zapadających w pamięć akordów. LM Parfums to marka, na którą niewątpliwie warto zwrócić uwagę, przede wszystkim, jeżeli poszukujemy perfum mocnych, gęstych, złożonych, powoli rozwijających na skórze, w swym klimacie zwykle mrocznych, z odrobiną nowatorstwa (choć nie zawsze, ale zawsze z dala od eksperymentu).

lm-parfums

Patchouly Bohemepaczula w centrum, jednak zupełnie „niepiwniczna”, ani też nie zdobiona kulinarnie (jak w Angel T. Mugler czy w Coromandel Chanel). Połączona – inaczej niż „zwykle” – z geranium, tytoniem, nutą skóry, balsamem tolu i tonką, utrwalona piżmami. Podana na wpół balsamicznie, na wpół surowo (tytoniowo-skórzanie) wydaje się być nieco bardziej męska niż damska w swym charakterze. Ale bez przesady. Jak wiadomo paczula – gdy nie „stęchła” – przydaje zmysłowości i orientalnej głębi bez względu na płeć noszącego zawierające ją perfumy. Tak jest i tym razem. Naprawdę dobrze to pachnie i na tyle oryginalnie, że warte jest perfumaniackiego grzechu…

główne nuty: geranium, paczula, tytoń, skóra, piżmo, balsam tolu, tonka

Ambre Muscadin – zbitka słów ambre i musc (piżmo) może być nieco myląca (nazwa zawiera grę słów, o czym za chwilę). Fakt – nuta piżmowa jest tu całkiem prominentna, a ambrowe tło – cóż – faktyczne, ale zapach jest dużo bardziej złożony. Wymaga też czasu na skórze, by go w pełni poznać i docenić. Rozwija się od oryginalnego akordu przypominającego woń mocnego wina typu Porto (i tu wracam do gry słów: muscadine to gatunek winogrona), przez wciąż subtelnie owocowe ale i piżmowe serce, po ciepłą waniliowo-ambrową bazę, tworząc całkiem hipnotyczną aurę. Ambre Muscadin pachnie ciekawie, intrygująco i przede wszystkim zmysłowo.

główne nuty: cedr, wetyweria, fiołek, wanilia (absolut), biały miód, benzoes syjamski, ambra, piżmo

LM Hard Leather

Pochodzące z 2014 roku Hard Leather – adresowane przez Mazzone do mężczyzn – może być jednym z najbardziej polaryzujących propozycji LM Parfums. Surowe, nieco kwaśne, wytrawne, przesycone – z początku nieco piwniczną – paczulą (o której – o dziwo – nie wspomina się w oficjalnym spisie nut), zmieszaną z miodem i rumem oraz nutami drzewnymi na ambrowej bazie, Hard Leather pozostaje od początku do końca zapachem wymagającym w swej niszowej bezkompromisowości.  Otwarcie może zwalić z nóg mocnym i zdecydowanym charakterem, a ciąg dalszy to jedynie stopniowy spadek mocy zapachu, przy zachowaniu jego „charakterku”. Czy jednak należy traktować je jako perfumy skórzane? Cóż – to już kwestia interpretacji.

Hard Leather nie ma nic wspólnego z takim „skórzakami”, jak Knize Ten, Lonestar Memories Tauera, Cuir de Russie Chanel czy Cuir Ottoman Parfums d’Empire. Trudno jest mi tu zlokalizować akord skórzany, chyba że przyjmę, iż jest to ten nieco zatęchły aromat, przypominający stare, zapomniane, skórzane rękawice znalezione w piwnicy XVIII wiecznej willi w Grenoble.

Trudny to aromat, z którym mi osobiście nie po drodze. Szczęśliwie nie przesadzono z jego mocą, bo dość szybko lokuje się blisko skóry.

główne nuty: rum, skóra, irys, miód, sandałowiec, cedr, oud, kadzidło, styrax, wanilia

Army-of-Lovers-Ad-_2

Z czasem Laurent Mazzone zaczął nadawać swym perfumom nieco bardziej wyrafinowane nazwy, rzadziej przywołując w nich jakąś konkretną nutę czy składnik (choć oczywiście poddał się modzie na oud i wydał Black Oud, będący w istocie bliskim krewnym Black Afgano Nasomatto). I dobrze. Tak jest moim zdaniem ciekawiej.

Dla Army Of Lovers z 2014 roku Laurent Mazzone pożyczył nazwę od szwedzkiego zespołu, znanego w latach 90-tych, którego jest od tamtych czasów zagorzałym fanem. Sam zapach ma w sobie coś z jego pełnej przepychu muzyki i barokowych strojów lidera grupy Alexandra Barda. Jest przede wszystkim bardzo zmysłowy, z przechyłem w kobiecą stronę, choć przy odrobinie otwartości ciekawie zabrzmi (aczkolwiek niejednoznacznie) na męskiej skórze. Nuty kwiatowe róży i fiołka, połączone z paczulą oraz kolendrą, a także nutami drzewnymi, na bazie z ambry piżm i miodu tworzą gęsty i zawiesisty, troszkę pudrowy, troszkę szminkowy, mroczny, nokturnowy i dekadencki, bardzo zmysłowy zapach, który – mając koncentrację perfumowego ekstraktu – trzyma się skóry w niemal niezmienionej formie przez długie godziny, całkiem wyraźnie projektując.

Z Army of Lovers mam wszakże ten dylemat, że nie wiem, czy chciałbym sam tak pachnieć, czy wolałbym jednak, że by tak pachniała moja – ad nomine – mroczna kochanka.

A może i jedno i drugie?

army-of-lovers-lm-parfums

główne nuty: kolendra, róża, fiołek, paczula, drewno sandałowe, mech dębu, miód, ambra , piżmo

Scandinavian Crime (2016) – nazwany tak (być może z premedytacją, być może przez przypadek), jak pochodząca z 2013 roku EP-ka reaktywowanego Army of Lovers, a przecież nawiązujący do legendarnego już szwedzkiego gatunku literackiego – charakteryzuje się udanym i zapadającym w pamięć zestawieniem wibrujących przypraw (z wyraźnym udziałem pieprzu i kardamonu, a także kolendry i imbiru) z subtelnym, kremowym, waniliowo-żywicznym tłem, zbudowanym z sandałowca, wanilii, kadzidła i labdanum. Warto wspomnieć obecność paczuli, tym razem schowanej, budującej orientalną głębię i zmysłowość zapachu. Paczula przewija się zresztą przez wszystkie opisane tu pachnidła LM Parfums, co skłania mnie ku podejrzeniom, że Laurent Mazzone ma do niej słabość (czemu wcale się nie dziwę). Ja z kolei mam ewidentną słabość do kardamonu (ok – do paczuli także, ale nie w każdym wydaniu), co potwierdziło się przy okazji testów Scandinavian Crime. Jeżeli zastosowany w perfumach w wyczuwalnej ilości (tak jest niemal zawsze, gdyż jest to nuta bardzo ekspansywna) – to jest on niemal gwarantem tego, że te przypadną mi do gustu. Tak jest i tym razem. Obok hipnotycznie pięknego Army of Lovers, Scandinavian Crime to mój absolutny faworyt spośród dotychczas poznanych pachnideł LM Parfums. Taki, którego flakon z chęcią widziałbym we własnej kolekcji.

LM Scandinavian Crime

główne nuty: pieprz, gałka muszkatołowa, kolendra, kardamon, imbir, paczula, oud, drewno sandałowe, ambra, piżmo, wanilia, kadzidło, labdanum

 

LM Parfums oferuje pachnidła przeznaczone dla wielbicieli gęstych, mocnych, orientalnie wyrafinowanych olfaktorycznych sygnatur. Jest w nich coś mrocznego i gotyckiego – w rozumieniu popularnego w latach 90-tych nurtu muzyki rockowej. To perfumy, które wydają się prost idealnie pasować do postaci pokroju Roberta Smitha (The Cure), Carla McCoya (Fields of The Nephilim), Andrew Eldritcha (The Sisters of Mercy) czy Anji Orthodox (Closterkeller), a także osób, które gustują w tego typu stylistyce, nie tylko zresztą muzycznej. Dla niektórych przecież to styl życia i bycia. I choć ja do nich nie należę, to jednak olfaktoryczna magia Laurenta Mazzone zaintrygowała mnie do tego stopnia, że jestem przekonany, iż nieraz jeszcze zagości on na Perfumowym Blogu. Bo mrok i czerń mają swój hipnotyczny urok…

Andrew Eldritch

„Więc wróciłem…

Po co płaczesz?

Gdy będę martwy,

Będziesz płakać mocniej?”

 

 

P.S. W artykule wykorzystano cytaty z tekstów piosenek zespołu Fields of the Nephilim: „At The Gates of Silent Memory” i „The Sequel”.

 

 

Etat Libre d’Orange „You or someone like you” – zapach (nie) dla kogoś takiego jak ty (ja)…

Czy słynny krytyk perfumowy i koneser perfumowej sztuki może stworzyć przekonujące perfumy? Dlaczego nie. Jednak, by przejść od krytyki do tworzenia, z pewnością trzeba sporej odwagi. Tej Chandlerowi Burrowi odmówić nie można…

ELDO You or Someone 1.jpg

Chandler Burr to amerykański pisarz, a także krytyk zajmujący się tematyką perfum. Jest m.in. autorem książki The Perfect Scent, w fascynujący sposób opisującej proces powstawania elitarnych perfum Hermesa Un Jardin Sur Le Nil w Paryżu i Grasse oraz – równolegle – mainstreamowego Lovely Sarah Jessica Parker w Nowym Jorku. Zasłynął jako recenzent perfum w New York Times. Jest twórcą Wydziału Sztuki Olfaktorycznej w nowojorskim Muzeum Sztuki i Designu, gdzie od 2010 roku pełnił funkcję kuratora wystawy zatytułowanej Sztuka Zapachu: 1889-2011. Wystawa prezentuje najwybitniejsze – zdaniem Burra – perfumy powstałe w latach 1889 -2011. Do tych wybranych pachnideł Chandler Burr przyporządkował style w perfumerii (np. Jicky Aime Guerlaina to przykład Romantyzmu, Hermes Osmanthe Yunnan J.C. Elleny to Luminizm, z kolei Untitled marki Maison Margiela (autorstwa Danieli Andrier) to Post-Brutalizm (!).

Można różnie oceniać twórczość Burra, ale faktem jest, że nikt bardziej nie przyczynił się w ostatnich latach do wyniesienia perfumerii do rangi sztuki. Może jeszcze bloger Octavian Coifan oraz naukowiec i perfumowy krytyk Luca Turin, któremu zresztą Burr poświęcił jedną ze swych książek (The Emperor od Scent).

Chandler-Burr-You-918x538
Chandler Burr

Kilka lat temu Chandler Burr popełnił powieść zatytułowaną You or Someone Like You, której akcja rozgrywa się w Los Angeles. Bohaterką powieści jest Anne Rosenbaum, żona hollywodzkiego producenta filmowego, Howarda. Lektura tej książki zainspirowała Etienne’a de Swardta, dyrektora artystycznego Etat Libre d’Orange, do powierzenia Burrowi prac nad perfumami o tym samym tytule. Postać Anny i jej ogród, który z zaangażowaniem uprawia, a także klimat Los Angeles, miasta, w którym bujna zieleń łączy się z betonowymi autostradami i asfaltowymi ulicami, zacienionymi gigantycznymi palmami. Wszystko to Burr starał się zawrzeć w tym zapachu, choć wcale nie w dosłowny, tylko raczej abstrakcyjny sposób. Nie jest to bowiem w żadnej mierze woń Los Angeles. To raczej – jak podpowiada twórca – perfumy, które mogłaby nosić bohaterka jego powieści.

Chandler Burr skomponował You or Someone Like You razem z perfumiarką Caroline Sabas.

Caroline Sabas.jpg
Caroline Sabas (Givaudan)

You or Someone Like You 

Zielono-miętowy, dość delikatny początek może budzić skojarzenia z koktajlem Mojito, choć mnie bardziej kojarzy się z ogrodem w upalny dzień, gdy wysuszone skwarem rośliny podlewa woda. Zieleń jest soczysta i trawiasta, ale i wyraźnie przepojona mentolem. Proporcja mięty jest wszak idealna, a miętowa aromat trwa nadspodziewanie długo. Otwarcie nie jest zbyt ekspansywne, jak na zielone perfumy jest raczej subtelne. Po kilku minutach obok wciąż obecnej mięty pojawia się owocowo-zielona nuta czarnej porzeczki, która z kolei wprowadza umieszczoną w sercu – wcale nie oczywistą do zidentyfikowania i także zieloną w swym aromacie – różę. Na tym etapie zapach jest uniseksowy, jednak im bliżej bazy, tym wyraźniej przechyla się w stronę kobiecej skóry. Finisz ma w sobie abstrakcyjny element kwiatowy zmieszany z piżmami i syntetyczną nutą drzewną.

ELDO You or Someone collage

Etat Libre d’Orange nie podaje tym razem oficjalnego spisu nut (te wymienione powyżej oraz na końcu wpisu to te, które sam wyczuwam). Dzieje się tak – jak domniemam – na życzenie Burra, który na promującym zapach filmie video (swoistym trailerze) dość prowokacyjnie i nieco arogancko stwierdza:

Składniki są tu zupełnie bez znaczenia. Dzieło jest dziełem. Jeżeli potrzebujesz wiedzieć, z czego jest stworzone, nie noś go. Prawdopodobnie  nie jest ono dla ciebie.

Mocne, prawda? No ale Chandler Burr znany jest ze swego – bardzo krytycznego (poniekąd słusznie) – zdania na temat analizowania, rozkładania perfum na składniki i nuty. Przyrównuje to do oceniania muzyki przez pryzmat tonacji, metrum i użytych akordów, a nie wywoływanych przez nią wrażeń, emocji i wspomnień. Uważa takie podejście za – delikatnie mówiąc – krzywdzące twórcę i jego dzieło. I coś w tym jest, choć osobiście jednak nie postawiłbym znaku równości pomiędzy perfumami, a utworem muzycznym, obrazem czy obiektem architektonicznym. To jednak zupełnie inne światy. Sposób ich opisywania siłą rzeczy musi się więc różnić.

Jeżeli chcę, by mój opis przybliżył czytelnikowi perfumy, nie mogę poprzestać jedynie na scharakteryzowaniu moich wrażeń, wyobrażeń i emocji oraz ewentualnym zakwalifikowaniu go do jakiegoś typu/gatunku. Owszem, to też jest bardzo ważne. Ale przywołanie nut zapachowych, które wyczuwam, a które często tożsame są z nazwami składników (szczególnie w przypadku ingrediencji naturalnych), jest w moim mniemaniu czymś absolutnie kluczowym. Bez tego narażam się jedynie na grafomaństwo i operowani abstraktami, z którymi większość nie będzie się w stanie zidentyfikować. Każdy z nas odbiera bowiem zapachy bardzo indywidualnie, ma inne z nimi skojarzenia, inne wspomnienia, inne emocje. Ale każdy z nas wie, jak pachną cytrusy, jaką woń ma truskawka, mięta, marcepan, trawa, róża, sosna, asfalt, świeżo pocięte drewno, lilak, konwalia czy kościelne kadzidło. Prawie każdy kojarzy woń jaśminu czy lawendy. I tak dalej.

Chandler Burr jest zafascynowany możliwościami zapachowej kreacji, jakie wynikają z zastosowania współczesnych aromamolekuł. You or Someone Like You jest niewątpliwie głównie (jeżeli nie wyłącznie) na nich oparty. Twórca chciał, by zapach ten (nie lubi nazywać go perfumami) łączył w sobie styl minimalistyczny z luminizmem i współczesnym romantyzmem. Czy inspirował się innymi perfumami? Owszem. Wymienia: Cologne Muglera, Un Jardin Sur Le Nil Hermesa i Calyx Clinique. Co ciekawe, wybrana spośród wielu innych, ostateczna wersja zapachu nie jest dokładnie tą, za którą Burr optował. Decydujące zdanie miał bowiem Etienne De Swardt, a ten postawił na nieco inną „wariację”.

W którymś w wywiadów Chandler Burr przyznał, że nie zdawał sobie sprawy, jak trudnym procesem jest komponowanie perfum wg tzw. briefu, przekuwanie czyjejś abstrakcyjnej wizji w konkretną kompozycję perfumową.

Z pewnością nieporównanie łatwiej jest być perfumowym krytykiem. Sam nie mam co do tego żadnych wątpliwości…

Świeży, nowoczesny, zgrabny, konkretny, spójny. Tak. Odkrywczy? Nie. Kontrowersyjny? Też nie. Trudny? Wręcz przeciwnie. Przyjemny i łatwy w percepcji oraz – jednak – niebanalny. Przy tym – pewnie w sposób zamierzony – po amerykańsku nie narzucający się. Taki jest w mojej ocenie You or Someone Like You – zapach, którego historia i marketingowa otoczka chyba jednak nieco przerosły…

Odpowiadając na postawione na wstępie pytanie, stwierdzam że Chandler Burr poradził sobie – jak na debiutanta – nieźle. Jednocześnie jednak – jako osoba podpisująca się pod You or Someone Like You – przeistoczył się z myśliwego w zwierzynę. Ciekawe, jak mu w tej nowej skórze (futrze?)…?

ELDO You or Someone

główne nuty: mięta, liść czarnej porzeczki, róża, piżmo

perfumiarz: Caroline Sabas/ Chandler Burr

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

Parle Moi de Parfum – opowiedz mi o perfumach

Intuicja perfumomaniaka podpowiadała mi, że w otwartym we wrześniu 2016 roku przy 10 RUE DE SÉVIGNÉ w Paryżu butiku Parle Moi de Parfum oferowane są warte uwagi pachnidła. Dlaczego?

parle-moi-de-parfum-boutique-02

Dlatego, że ta – zupełnie nowa na perfumowym firmamencie – marka jest wspólnym przedsięwzięciem rodziny o jakże znaczącym nazwisku, które nikomu interesującemu się na serio perfumami nie może być obce: Almairac. Oto klasyczny perfumowy family business, którego inicjatorem i mózgiem jest Benjamin Almairac, syn słynnego Michela Almairaca, perfumiarza- legendy, który swój talent i gigantyczne doświadczenie wykorzystuje komponując zapachy dla Parle Moi de Parfum. Ale to nie koniec, gdyż w powstanie i działalność butiku zaangażowani są także drugi syn Michela – Romain oraz żona perfumiarza Elisabeth.

Michel Almairac and Sidonie Lancesseur
Michel Almairac (na zdjęciu z perfumiarką Sidonie Lancesseur)

Pozwolę sobie przypomnieć, że Michel Almairac, Grassois z krwi i kości – to weteran perfumowego rzemiosła, mający ma na swoim koncie m.in. takie pachnidła, jak: Chopard Casmir, Davidoff Zino, Chopard Heaven, Gucci Rush, Gucci Pour Homme, JOOP! Homme, Armani Bois d’Encens, Burberry Men, Burberry Women, Bottega Veneta for Women, Bentley Absolute for Men, Dunhill Alfred Dunhill, Lalique Hommage a l’Homme Voyageur, Laura Biagotti Venezia, Paloma Picasso Minotaure czy Rochas Lui.

Michel w ten oto sposób przedstawia swoją motywację dla powstania Parle Moi de Parfum:

„Gdy spędzasz swoje życie wyobrażając sobie i komponując (zapachy) dla innych, prędzej czy później chcesz tworzyć wg własnych marzeń i dzielić się tym. W pierwszej kolejności ze swoimi dziećmi. Później z innymi.”

Benjamin wspomina, że od dawna marzył o tym, by w centrum Paryża stworzyć miejsce, w którym mógłby prezentować klienteli perfumy skomponowane przez ojca. Perfumową tematyką siłą rzeczy nasiąkał od dziecka, obserwując go podczas pracy, słuchając jego opowieści o składnikach, komponowaniu i perfumowym biznesie, więc ten kierunek rozwoju jego zainteresowań wydawał się  naturalny.

Benjamin Almairac
Benjamin Almairac (w środku)

Stworzony przez Almaiarców butik Parle Moi de Parfum („Opowiedz mi o perfumach”) nie jest jednak zwyczajnym sklepem z perfumami. Pracujący w nim młody chemik na bieżąco przygotowuje z dostępnych tu składników wonne mieszanki – wg napisanych przez Michela formuł – i napełnia nimi flakony, które następnie uzbraja w atomizer, zatyczkę i etykietę. W tym sensie to miejsce przypomina nieco butiki Le Labo, z tym, że u Almairaców – zgodnie z zawartą w nazwie dewizą – możemy dodatkowo dowiedzieć się o procesie komponowania i powstawania perfum, jak i o składnikach je budujących. Intencją twórców jest nie dorabiać żadnej ideologii do oferowanych produktów i koncentrować się wyłącznie na perfumach jako takich, otwarcie o nich mówiąc.

parle-moi-de-parfum-slide-1

Obecnie linia perfum składa się z ośmiu pozycji w koncentracji eau de parfum: 

Une Tonne de Roses / 8, Guimauve de Noël / 31, Flavia Vanilla / 82Totally White / 126, Cedar Woodpecker / 10, Milky Musk / 39, Tomboy Neroli / 65, Woody Perfecto / 107

Ich nazwy dość wyraźnie sugerują, z jakimi typami pachnideł mamy do czynienia i jakie nuty w nich dominują. Kończące nazwy liczby pozostają póki co tajemnicą. Nie sądzę, by – podobnie jak u Le Labo – oznaczały liczbę użytych składników. Michel Almairac znany jest z raczej krótkich i konkretnych formuł, więc użycie 107 czy 126 składników raczej nie wchodzi tu w rachubę. Co ciekawe i licujące z przyjęta przez twórców strategią, ta pierwsza ósemka to w istocie kompozycje, które Michel tworzył na przestrzeni ostatnich kilku lat z myślą o konkretnych zapytaniach od klientów, a które niestety – ku rozczarowaniu twórcy – nie zostały przez nich wybrane i powędrowały do szuflady. Michel nie chciał, by pozostały tam na zawsze, dał im więc życie pod szyldem Parle Moi de Parfum.

Uwielbiając drzewno-kadzidlane perfumy Almairaca (Gucci Pour Homme, Bentley Absolute for Men czy Armani Bois d’Encens) w pierwszej kolejności sięgnąłem po drzewną kompozycję Parle Moi de Parfum: Cedar Woodpecker / 10.

Przyznam się bez bicia, że – naiwnie i wbrew rozsądkowi – biorąc do ręki Cedar Woodpecker/ 10 liczyłem na jakieś tam choćby odległe powinowactwo do Pour Homme Gucci, choćby stylistyczne. Nie liczyłem na jego kopię, absolutnie nie! Ale może na bardziej wyrafinowaną, bardziej ekskluzywnie pachnącą kompozycję drzewno-kadzidlaną? Otrzymałem jednak coś zupełnie innego, na tyle oryginalnie pachnącego, że nieprzypominającego mi żadnych innych znanych mi perfum. Nie było mowy o rozczarowaniu. Raczej o miłej niespodziance.

Cedar Woodpecker/ 10 to minimalistyczna kompozycja drzewna, z dominującym duetem cedru i irysa oraz słodkimi cytrusami na wstępie. Wszystko to pogłębione i utrwalone bardzo solidną dawką piżm.

Początek przykuwa uwagę komfortową i ciepłą świeżością i luksusową aurą. Odrobina słodkich cytrusów nadaje mu nieco soczystości. Serce stanowi bardzo przyjemny i lekki akord drzewny z wyczuwalnym, bardzo naturalnie pachnącym cedrem (wedle źródeł na cedrową nutę złożyło się kilka różnych esencji), piżmami i dość skrzętnie wmiskowanym irysem, którego indywidualnie nie jestem w stanie tu poczuć.  Na pewno nie jest ziemisty, raczej minimalnie pudrowy. Głębia zapachu jest najpierw naturalnie drzewna, delikatna, raczej bliska skóry, później całkiem wyraźnie piżmowa. Piżma przypominają mi te z Claire de Musc Serge’a Lutensa, są czyste ale też minimalnie zwierzęce i pozostają na skórze na długo po tym, gdy wszystko inne już uleci.

Reasumując, Cedar Woodpecker/ 10 to zapach minimalistyczny, bez zbędnych ozdobników, z elegancką i naprawdę przyjemną sygnaturą. Pozostawia subtelny, ale intrygujący ogonek. Jego trwałość przekracza 8 godzin. Brakuje mu może trochę mocy i nasycenia, które – wydawać by się mogło – powinno wynikać naturalnie z deklarowanej koncentracji eau de parfum, ale obfitsza aplikacja minimalizuje ten mankament. Zdaję sobie zresztą sprawę, że dla wielu osób ta swoista aura zapachowego niedomówienia może być bardzo atrakcyjna. Nie każdy przecież gustuje w mocnych olfaktorycznych deklaracjach. Niemniej,  Cedar Woodpecker/ 10 ma w sobie coś, co powoduje, że im częściej go używam, tym chętniej po niego sięgam, tym lepiej mi się go nosi, tak jakby „wrastał” we mnie i stawał się moim zupełnie osobistym zapachem. Na czym to polega – nie wiem. Niektóre pachnidła tak mają, ale nie zdarza się to często. Tym bardziej miła to niespodzianka.

Do perfum Parle Moi de Parfum z pewnością jeszcze na blogu powrócę. Wszak na recenzję czekają jeszcze wetiwerowe Woody Perfecto /107 i różane Une Tonne de Roses/8,  a – kto wie – może także i pozostałe zapachy z ich oferty?

Parle moi Cedar

nuty: cytrusy, irys, cedr, piżma

perfumiarz: Michel Almairac

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,5

 

Maison Francis Kurkdjian „Aqua Celestia” – niebiańska świeżość

Po zaledwie ośmiu latach działalności marka Maison Francis Kurkdjian wzbudziła apetyt branżowego giganta – koncernu LVMH, dysponującego w swym portfolio takimi brandami jak Guerlain, Dior Parfums, Givenchy czy Acqua di Parma. Skończyło się ogłoszonym dosłownie kilka dni temu zakupem jej pakietu większościowego. Informacja ta zelektryzowała media branżowe i zainteresowanych tematyką perfumową blogerów, w tym także i mnie. Co to oznacza dla przyszłości MFK? Trudno przewidzieć. Oby same dobre rzeczy.

Francis Kurkdjian to postać nietuzinkowa, nawet jak na pełną wyjątkowych postaci branżę, w której działa. Nieskazitelnie elegancki Paryżanin ormiańskiego pochodzenia, elokwentny, pewny siebie i swoich racji, umiejący ze swadą opowiadać o swej pracy i niezwykłych, niebanalnych projektach, jakich się podejmuje. Nie przepada za zdradzaniem tajemnic swojego perfumiarskiego warsztatu, perfumerię traktuje raczej jako rzemiosło, aniżeli sztukę. Lubi wyzwania i niebagatelne, zakrojone na szeroką skalę projekty z użyciem zapachu. Niewątpliwie człowiek sukcesu, ale też artysta, który posiadł tajemną wiedzę, dzięki której potrafi tworzyć piękne i uzależniające perfumy, wyróżniające się przy tym dużym potencjałem komercyjnym. Chcąc skomercjalizować swoją działalność, twórca z reguły potrzebuje wspólnika, orientującego się w zasadach prowadzenia biznesu w danej branży. Dla Francisa jest to Mark Chaya, który odpowiada za biznesową stronę MFK, a który doskonale wie, jak prowadzi się firmę w branży beauty.

MFK
Marka Chaya i Francis Kurkdjian

Połączenie sił, talentów i pracy obu panów zaowocowało powstaniem, rozwojem i sukcesem Maison Francis Kurkdjian – luksusowej marki perfumowej, znanej z imponującej linii nowoczesnych i wyjątkowej urody pachnideł, dostępnych w perfumeriach na wszystkich kontynentach oraz w kilku przepięknych butikach marki – w Paryżu, Kuala Lumpur, Kaohsiung, Taipei.

MFK Boutique

Gołym okiem i bez zaglądania w rachunek zysków i strat domniemać można, że MFK okazało się być udanym biznesem (wg http://us.fashionnetwork.com roczne obroty MFK sięgały 10 mln euro). Tak udanym, że zwróciło uwagę branżowego potentata (no chyba, że wcześniej popadło w finansowe tarapaty i znalazło branżowego inwestora, ale w taki scenariusz trudno by mi było uwierzyć). Zanim jednak „gruchnęła” wspomniana wiadomość o wykupie, Francis zdążył zaprezentować nowy zapach – kolejną, trzecią już po Aqua Universalis i Aqua Vitae, odsłonę swej „wodnej” kolekcji.

Aqua Celestia – podobnie jak Aqua Universalis – łączy subtelne nuty kwiatowe z piżmami i aurą luksusowego detergentu (co w tym przypadku jest komplementem, nie zaś wyrazem dezaprobaty). Różnice tkwią w odmiennej nucie kwiatowej (tu mimoza, tam kwiat pomarańczy i konwalia) oraz – przede wszystkim – w owocowej nucie czarnej porzeczki wyczuwalnej od samego początku, zgrabnie połączonej z orzeźwiającą limonką i miętą. Ten uroczy, świeży, lekki, transparentny, owocowo-kwiatowy akord utrzymuje się na skórze przez kilkadziesiąt minut. To, co pozostaje na skórze po jego wygaśnięciu, jest bardzo podobne do Aqua Universalis, choć nieco bardziej intensywne i trwalsze.

sky

Aqua Celestia to dla mnie kolejny dowód na to, że Francis Kurkdjian jest niedoścignionym mistrzem luksusowej i niebanalnej świeżości w perfumach. Specjalnie użyłem słowa luksusowej, choć bardzo trudno mi wyjaśnić słowami, dlaczego. Myślę jednak, że każdy, kto testował jego perfumy, z pewnością wie lub chociaż czuje, o czym piszę.

Jego wizja świeżości ma w sobie najwyższą jakość, coś nieuchwytnie hi-endowego, coś co powoduje, że otoczony stworzonym przez niego aromatem, czuję się, jakbym właśnie wyszedł spod prysznica i wdział nieskazitelnie białą koszulę uszytą dla mnie przez paryskiego Courtota (tak przynajmniej to sobie wyobrażam…).

Dotąd za każdym razem, gdy używałem Aqua Universalis, miałem chęć dosłownie się w niej wykąpać, nasączać nią odzież, bieliznę, pościel, dosłownie wszystko i… nie sięgać już po żadne inne perfumy. Teraz mam w tym zakresie wybór. Jest nim Aqua Celestia. Zabutelkowana niebiańska świeżość.

MFK Aqua Celestia

główne nuty: limonka, czarna porzeczka, mięta, mimoza, piżma

perfumiarz: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

Aqua Celestia jest już dostępna w perfumerii Quality Missala w Warszawie.

Serge Lutens „Clair de Musc”

Pamiętacie Bestię?

furry-beast-3

„Początkowo miód i róże. Nic nie wskazuje na to, że pod ich warstwą leży… bestia. Nie od razu, ale już po chwili czuć jej gęstą sierść. Z czasem szczypiące w nos kastoreum wygrywa z innymi składnikami. Włochaty costus dodatkowo wzmaga zapach sierści. Czystej sierści, pachnącej samą sobą… Bestia żyje. Jej rozgrzane futro uwalnia wonne molekuły dając znać otoczeniu o swej obecności. Miód i róże były tylko po to, by przyciągnąć i odwrócić uwagę, ale teraz już patrzymy prosto w oczy bestii… Jednak, im więcej czasu z nią spędzamy, tym bardziej okazuje się być ona wielkim i przyjaznym, zupełnie niegroźnym futrzakiem, tak że na samym końcu zaczynamy wręcz pałać do niej sympatią… Kolejne z nią spotkanie nie jest już tak traumatyczne, bo wiemy, po co róże i po co miód. Poznaliśmy już bestię i oswajamy się z nią, a ona z nami. Jej futrzasta nieporadność i maślane spojrzenie zaczynają wzbudzać w nas sympatię. Lubimy zwierzaka. Właśnie tak.”

Właśnie tak obrazowo kilka lat temu opisywałem Muscs Koublai Khan, niezwykłe, przepełnione zwierzęcymi aromatami piżmowe pachnidło Serge’a Lutensa. Zdecydowanie najodważniejszy zapach w jego ofercie, akceptowalny chyba tylko przez nielicznych koneserów i zapachowych freaków. Pięć lat po jego premierze duet Lutens/Sheldrake przedstawił zgoła odmienną interpretację piżmowego tematu, tytułując ją znacząco

Clair de Musc – Jasne Piżmo.

To piżmowy Dr Jecykll. Po niepokojącym Mr Hyde pozostało tylko wspomnienie. Clair de Musc nie wzbudza niepokoju. Przeciwnie – wprowadza w stan błogości. Jest delikatny, czysty, biały, jak świeżo uprana pościel. Niewinny i jasny jak aniołek w porównaniu to niedomytego futrzanego Khana.

Clair de Musc nie zawiera oczywiście wyłącznie piżm, choć tych jest tu z pewnością ponad normę i przebijają się przez dość skromną powłokę pozostałych molekuł bardzo skutecznie niemal od początku. Wstęp jest troszeczkę rozrzedzony bergamotką, po czym zaraz ujawnia się wyraźna neroli połączona z subtelnym irysem. Istotnym więc aspektem tej kompozycji jest subtelny akord kwiatowy. To on – wraz z leżącymi u podstaw białymi piżmami – buduje istotę Clair de Musc, przy czym, jak łatwo się domyśleć, z czasem piżma stają się jedynymi bohaterami tej opowieści. Piżmowa treść Clair de Musc jest tu zresztą jedną z najlepszych w swym gatunku. Szerokie – mam wrażenie – spektrum zastosowanych tu typów piżm skutkuje sporym zniuansowaniem piżmowego akordu. Pachnie on jednocześnie ciepło, otulająco, troszkę słodko, ale przez pewien czas subtelnie gryząc nozdrza nieco ostrzejszą nutką, którą zwykłem określać jako zapach rozgrzanego żelazka.

biala-posciel-hotelowa

Z natury rzeczy Clair de Musc jest zapachem bardzo trwałym, ale też przez większość czasu trzyma się blisko skóry. Emituje delikatną, nienarzucającą się woń. Tworzy aurę ciepłej, komfortowej, kojącej czystości. Z czasem staje się bardziej mydlany, a nawet pudrowy. Ma w sobie na tyle dużo kobiecości, że nie odważyłbym się nazwać go uniseksem. Ze względu na swój powściągliwy charakter, idealnie nada się na te okazje, gdy nie chcemy pachnieć głośno i intensywnie, ani zwracać uwagę swoimi perfumami, ale po prostu chcemy dobrze pachnieć i czuć się komfortowo.

Będąc pełnoprawnym pachnidłem, o jednak dość minimalistycznym charakterze i wyjątkowo dużej koncentracji klasycznych składników bazowych, jakimi są przecież piżma, Clair de Musc może też świetnie nadawać się do kombinacji z innymi perfumami, którym w ten sposób doda zmysłowej głębi i trwałości. Jakie to będą perfumy, to już wyłącznie kwestia naszej pomysłowości.

serge-lutens-clair-de-musc

 

główne nuty: bergamotka, neroli, irys, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2003

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 5,0

Orto Parisi „Seminalis” – czas siewu…

Alessandro Gualtieri dodał właśnie kolejny pachnący element do kolekcji Orto Parisi. Jak pamiętamy, zapachy te powstały z inspiracji ogrodem dziadka perfumiarza, Vincenzo Parisiego. Owe niezwykłe aromaty dość sugestywnie opisałem swego czasu tu:

Orto Parisi – w niezwykłym ogrodzie Vincenzo Parisi

Powróćmy zatem na chwilę do tego niezwykłego ogrodu…

garden-italy… Czymże bowiem byłby ogród Vincenzo bez wszechobecnych tu nasion produkowanych przez wszystkie jego ukochane rośliny? To one przecież warunkowały życie, to one – o ile trafiły na żyzne podłoże – dawały początek nowemu życiu. Życie… jakby zamknięte w tych małych nasionkach, czekające tylko by się rozpocząć… To zawsze fascynowało Vincenzo. Bardzo dbał o to, by życie w jego ogrodzie miało jak najlepsze warunki do powstawania. Wiele czasu i wysiłku poświęcał na to, by przygotować najbardziej wartościowy nawóz, wzbogacając go o produkty własnej przemiany materii. Chciał być pewien, że jego praca nie pójdzie na marne. Oddawał się swemu ogrodowi bez reszty. W rzadkich i niezwykle cennych chwilach, gdy widział i bardzo wyraźnie czuł, a wręcz chłonął całym sobą efekty swojej pracy i zaangażowania, doznawał poczucia niezwykłego, potężnego podniecenia, które nierzadko przechodziło w do głębi fizyczne, ekstatyczne, uwalniające przeżycie… Wiedział, że bez TEGO nasienia jego ogród nie byłby kompletny. Nigdy nie stałby się tym, czym był.  A był jego największą miłością i jedynym autentycznym obiektem namiętności. Cała reszta po prostu się nie liczyła… 

…S E M I N A L I S…

orto-parisi-seminalis

Alessandro Gualtieri:

„Seminalis (łac. nasienny) to zapach, który zdaje się odpowiadać za przyciąganie mężczyzn do kobiet.”

Oto przedziwna mikstura o gęstej woni, początkowo przez dosłownie kilka sekund paczulowej, a zaraz potem słodkawej, przypominającej zapach kruchych ciasteczek (patrz: Dries Van Noten par Frederic Malle), która leniwie, bardzo powoli osiada na skórze. Z czasem owa kremowo-sandałowa słodkość z powrotem oddaje nieco miejsca paczuli w postaci molekuły Clearwood, która na tym etapie nadaje gorzkiego kontrastu. Następuje kilkunastominutowa „walka” nut słodkich i gorzkich, w której zwyciężają te pierwsze, by na przestrzeni kolejnych godzin przejść w ambrowo-drzewno-piżmowy, bardzo długotrwały, z czasem dość ostro pachnący finisz (prawdopodobnie zdominowany przez Ambrocenide). Seminalis trwa bowiem na skórze ponad dobę (!), a jego składniki wgryzają się w skórę z nieprawdopodobną skutecznością, pozostając na niej i całkiem wyraźnie dając o sobie znać jeszcze następnego dnia po użyciu. Zapach początkowo niemal poraża swą mocą, ale z czasem układa się i projektuje w miarę spokojnie, choć jest dobrze wyczuwalny dla noszącego, więc pewnie także i dla otoczenia.

Co ciekawe, z formalnego punktu widzenia, Seminalis praktycznie nie posiada akordu głowy i serca, gdyż składniki je budujące stanowią zaledwie 7,5% formuły. Cała reszta to typowe ingrediencje budujące bazę tych perfum, w tym paczula (14%) i różnego rodzaju piżma (55%). Pozostałe składniki odpowiadają za drzewną (sandałowiec) i ambrową część pachnidła. A jednak przemiany, jakim podlega ten zapach na skórze są ewidentne. Zachodzą one wszakże powoli (poza nieco chaotycznym wstępem), gdyż wynikają ze – z natury rzeczy – powolnego ulatniania się ciężkich molekuł bazowych.

Alessandro Gualtieri zbudował tym razem dość jednoznaczną otoczkę wokół tego zapachu, sugerując jego feromonowe własności. Seksualny nimb wokół Seminalis nie jest jednak bezpodstawny. Sam zapach ma w sobie coś z gruntu erotycznego, zmysłowego w cielesny, niemal fizjologiczny sposób.

Kolorystyka cieczy i zatyczki (a szczególnie jej zwieńczenia) może budzić bardzo organiczne skojarzenia, szczególnie, gdy zestawimy ją z nazwą zapachu…

Nie bez znaczenia jest użyta w kompozycji paczula, niosąca ze sobą zmysłowość, szczególnie gdy połączona jest ze słodszymi nutami (najlepsze przykłady to Angel Thierry Mugler i Coromandel Chanel). Podobny schemat zastosował Gualtieri, ale zrobił to we właściwy sobie poszukujący i kwestionujący sposób, dzięki czemu Seminalis jest bardzo oryginalnym tworem. Niezmiernie istotny jest tu także spory ładunek piżm, chyba jedynych faktycznych afrodyzjaków pośród perfumowych ingrediencji.

Seminalis dowodzi coraz lepszego warsztatu perfumiarza. Jest jednym z jego najlepszych pachnideł i bardzo udanym uzupełnieniem kolekcji Orto Parisi – wyjątkowych, wizjonerskich i zupełnie niezwykłych zapachów. Wszystkich wielbicieli zapachów słodko-drzewnych i kulinarnych, także tych poszukujących w perfumach wyzwań oraz doznań niebanalnych, osoby chcące wyróżnić się przy pomocy wyjątkowego zapachu gorąco zachęcam do zapoznania się z Seminalis. Naprawdę warto.

seminalis-orto-parisi

główne nuty: paczula (Clearwood), drewno sandałowe (Javanol, Polysantol), ambra (Ambrocenide), wanilia (ethyl vanillin), sterydy (Aldrone), piżma (m.in. Ambrettolide, Muscone, Musk Ketone)

nos: Alessandro Gualtieri

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

Zapach: 4,0/ oryginalność: 6,0 / projekcja: 3,5 / trwałość: 6,0

 

P.S. Seminalis, jak i cała linia Orto Parisi, dostępne jest w ofercie krakowskiej perfumerii Lulua.