Maison Francis Kurkdjian „Aqua Celestia” – niebiańska świeżość

Po zaledwie ośmiu latach działalności marka Maison Francis Kurkdjian wzbudziła apetyt branżowego giganta – koncernu LVMH, dysponującego w swym portfolio takimi brandami jak Guerlain, Dior Parfums, Givenchy czy Acqua di Parma. Skończyło się ogłoszonym dosłownie kilka dni temu zakupem jej pakietu większościowego. Informacja ta zelektryzowała media branżowe i zainteresowanych tematyką perfumową blogerów, w tym także i mnie. Co to oznacza dla przyszłości MFK? Trudno przewidzieć. Oby same dobre rzeczy.

Francis Kurkdjian to postać nietuzinkowa, nawet jak na pełną wyjątkowych postaci branżę, w której działa. Nieskazitelnie elegancki Paryżanin ormiańskiego pochodzenia, elokwentny, pewny siebie i swoich racji, umiejący ze swadą opowiadać o swej pracy i niezwykłych, niebanalnych projektach, jakich się podejmuje. Nie przepada za zdradzaniem tajemnic swojego perfumiarskiego warsztatu, perfumerię traktuje raczej jako rzemiosło, aniżeli sztukę. Lubi wyzwania i niebagatelne, zakrojone na szeroką skalę projekty z użyciem zapachu. Niewątpliwie człowiek sukcesu, ale też artysta, który posiadł tajemną wiedzę, dzięki której potrafi tworzyć piękne i uzależniające perfumy, wyróżniające się przy tym dużym potencjałem komercyjnym. Chcąc skomercjalizować swoją działalność, twórca z reguły potrzebuje wspólnika, orientującego się w zasadach prowadzenia biznesu w danej branży. Dla Francisa jest to Mark Chaya, który odpowiada za biznesową stronę MFK, a który doskonale wie, jak prowadzi się firmę w branży beauty.

MFK
Marka Chaya i Francis Kurkdjian

Połączenie sił, talentów i pracy obu panów zaowocowało powstaniem, rozwojem i sukcesem Maison Francis Kurkdjian – luksusowej marki perfumowej, znanej z imponującej linii nowoczesnych i wyjątkowej urody pachnideł, dostępnych w perfumeriach na wszystkich kontynentach oraz w kilku przepięknych butikach marki – w Paryżu, Kuala Lumpur, Kaohsiung, Taipei.

MFK Boutique

Gołym okiem i bez zaglądania w rachunek zysków i strat domniemać można, że MFK okazało się być udanym biznesem. Tak udanym, że zwróciło uwagę branżowego potentata (no chyba, że wcześniej popadło w finansowe tarapaty i znalazło branżowego inwestora, ale w taki scenariusz trudno by mi było uwierzyć). Zanim jednak „gruchnęła” wspomniana wiadomość o wykupie, Francis zdążył zaprezentować nowy zapach – kolejną, trzecią już po Aqua Universalis i Aqua Vitae, odsłonę swej „wodnej” kolekcji.

Aqua Celestia – podobnie jak Aqua Universalis – łączy subtelne nuty kwiatowe z piżmami i aurą luksusowego detergentu (co w tym przypadku jest komplementem, nie zaś wyrazem dezaprobaty). Różnice tkwią w odmiennej nucie kwiatowej (tu mimoza, tam kwiat pomarańczy i konwalia) oraz – przede wszystkim – w owocowej nucie czarnej porzeczki wyczuwalnej od samego początku, zgrabnie połączonej z orzeźwiającą limonką i miętą. Ten uroczy, świeży, lekki, transparentny, owocowo-kwiatowy akord utrzymuje się na skórze przez kilkadziesiąt minut. To, co pozostaje na skórze po jego wygaśnięciu, jest bardzo podobne do Aqua Universalis, choć nieco bardziej intensywne i trwalsze.

sky

Aqua Celestia to dla mnie kolejny dowód na to, że Francis Kurkdjian jest niedoścignionym mistrzem luksusowej i niebanalnej świeżości w perfumach. Specjalnie użyłem słowa luksusowej, choć bardzo trudno mi wyjaśnić słowami, dlaczego. Myślę jednak, że każdy, kto testował jego perfumy, z pewnością wie lub chociaż czuje, o czym piszę.

Jego wizja świeżości ma w sobie najwyższą jakość, coś nieuchwytnie hi-endowego, coś co powoduje, że otoczony stworzonym przez niego aromatem, czuję się, jakbym właśnie wyszedł spod prysznica i wdział nieskazitelnie białą koszulę uszytą dla mnie przez paryskiego Courtota (tak przynajmniej to sobie wyobrażam…).

Dotąd za każdym razem, gdy używałem Aqua Universalis, miałem chęć dosłownie się w niej wykąpać, nasączać nią odzież, bieliznę, pościel, dosłownie wszystko i… nie sięgać już po żadne inne perfumy. Teraz mam w tym zakresie wybór. Jest nim Aqua Celestia. Zabutelkowana niebiańska świeżość.

MFK Aqua Celestia

główne nuty: limonka, czarna porzeczka, mięta, mimoza, piżma

perfumiarz: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

Aqua Celestia jest już dostępna w perfumerii Quality Missala w Warszawie.

Serge Lutens „Clair de Musc”

Pamiętacie Bestię?

furry-beast-3

„Początkowo miód i róże. Nic nie wskazuje na to, że pod ich warstwą leży… bestia. Nie od razu, ale już po chwili czuć jej gęstą sierść. Z czasem szczypiące w nos kastoreum wygrywa z innymi składnikami. Włochaty costus dodatkowo wzmaga zapach sierści. Czystej sierści, pachnącej samą sobą… Bestia żyje. Jej rozgrzane futro uwalnia wonne molekuły dając znać otoczeniu o swej obecności. Miód i róże były tylko po to, by przyciągnąć i odwrócić uwagę, ale teraz już patrzymy prosto w oczy bestii… Jednak, im więcej czasu z nią spędzamy, tym bardziej okazuje się być ona wielkim i przyjaznym, zupełnie niegroźnym futrzakiem, tak że na samym końcu zaczynamy wręcz pałać do niej sympatią… Kolejne z nią spotkanie nie jest już tak traumatyczne, bo wiemy, po co róże i po co miód. Poznaliśmy już bestię i oswajamy się z nią, a ona z nami. Jej futrzasta nieporadność i maślane spojrzenie zaczynają wzbudzać w nas sympatię. Lubimy zwierzaka. Właśnie tak.”

Właśnie tak obrazowo kilka lat temu opisywałem Muscs Koublai Khan, niezwykłe, przepełnione zwierzęcymi aromatami piżmowe pachnidło Serge’a Lutensa. Zdecydowanie najodważniejszy zapach w jego ofercie, akceptowalny chyba tylko przez nielicznych koneserów i zapachowych freaków. Pięć lat po jego premierze duet Lutens/Sheldrake przedstawił zgoła odmienną interpretację piżmowego tematu, tytułując ją znacząco

Clair de Musc – Jasne Piżmo.

To piżmowy Dr Jecykll. Po niepokojącym Mr Hyde pozostało tylko wspomnienie. Clair de Musc nie wzbudza niepokoju. Przeciwnie – wprowadza w stan błogości. Jest delikatny, czysty, biały, jak świeżo uprana pościel. Niewinny i jasny jak aniołek w porównaniu to niedomytego futrzanego Khana.

Clair de Musc nie zawiera oczywiście wyłącznie piżm, choć tych jest tu z pewnością ponad normę i przebijają się przez dość skromną powłokę pozostałych molekuł bardzo skutecznie niemal od początku. Wstęp jest troszeczkę rozrzedzony bergamotką, po czym zaraz ujawnia się wyraźna neroli połączona z subtelnym irysem. Istotnym więc aspektem tej kompozycji jest subtelny akord kwiatowy. To on – wraz z leżącymi u podstaw białymi piżmami – buduje istotę Clair de Musc, przy czym, jak łatwo się domyśleć, z czasem piżma stają się jedynymi bohaterami tej opowieści. Piżmowa treść Clair de Musc jest tu zresztą jedną z najlepszych w swym gatunku. Szerokie – mam wrażenie – spektrum zastosowanych tu typów piżm skutkuje sporym zniuansowaniem piżmowego akordu. Pachnie on jednocześnie ciepło, otulająco, troszkę słodko, ale przez pewien czas subtelnie gryząc nozdrza nieco ostrzejszą nutką, którą zwykłem określać jako zapach rozgrzanego żelazka.

biala-posciel-hotelowa

Z natury rzeczy Clair de Musc jest zapachem bardzo trwałym, ale też przez większość czasu trzyma się blisko skóry. Emituje delikatną, nienarzucającą się woń. Tworzy aurę ciepłej, komfortowej, kojącej czystości. Z czasem staje się bardziej mydlany, a nawet pudrowy. Ma w sobie na tyle dużo kobiecości, że nie odważyłbym się nazwać go uniseksem. Ze względu na swój powściągliwy charakter, idealnie nada się na te okazje, gdy nie chcemy pachnieć głośno i intensywnie, ani zwracać uwagę swoimi perfumami, ale po prostu chcemy dobrze pachnieć i czuć się komfortowo.

Będąc pełnoprawnym pachnidłem, o jednak dość minimalistycznym charakterze i wyjątkowo dużej koncentracji klasycznych składników bazowych, jakimi są przecież piżma, Clair de Musc może też świetnie nadawać się do kombinacji z innymi perfumami, którym w ten sposób doda zmysłowej głębi i trwałości. Jakie to będą perfumy, to już wyłącznie kwestia naszej pomysłowości.

serge-lutens-clair-de-musc

 

główne nuty: bergamotka, neroli, irys, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2003

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 5,0

Orto Parisi „Seminalis” – czas siewu…

Alessandro Gualtieri dodał właśnie kolejny pachnący element do kolekcji Orto Parisi. Jak pamiętamy, zapachy te powstały z inspiracji ogrodem dziadka perfumiarza, Vincenzo Parisiego. Owe niezwykłe aromaty dość sugestywnie opisałem swego czasu tu:

Orto Parisi – w niezwykłym ogrodzie Vincenzo Parisi

Powróćmy zatem na chwilę do tego niezwykłego ogrodu…

garden-italy… Czymże bowiem byłby ogród Vincenzo bez wszechobecnych tu nasion produkowanych przez wszystkie jego ukochane rośliny? To one przecież warunkowały życie, to one – o ile trafiły na żyzne podłoże – dawały początek nowemu życiu. Życie… jakby zamknięte w tych małych nasionkach, czekające tylko by się rozpocząć… To zawsze fascynowało Vincenzo. Bardzo dbał o to, by życie w jego ogrodzie miało jak najlepsze warunki do powstawania. Wiele czasu i wysiłku poświęcał na to, by przygotować najbardziej wartościowy nawóz, wzbogacając go o produkty własnej przemiany materii. Chciał być pewien, że jego praca nie pójdzie na marne. Oddawał się swemu ogrodowi bez reszty. W rzadkich i niezwykle cennych chwilach, gdy widział i bardzo wyraźnie czuł, a wręcz chłonął całym sobą efekty swojej pracy i zaangażowania, doznawał poczucia niezwykłego, potężnego podniecenia, które nierzadko przechodziło w do głębi fizyczne, ekstatyczne, uwalniające przeżycie… Wiedział, że bez TEGO nasienia jego ogród nie byłby kompletny. Nigdy nie stałby się tym, czym był.  A był jego największą miłością i jedynym autentycznym obiektem namiętności. Cała reszta po prostu się nie liczyła… 

…S E M I N A L I S…

orto-parisi-seminalis

Alessandro Gualtieri:

„Seminalis (łac. nasienny) to zapach, który zdaje się odpowiadać za przyciąganie mężczyzn do kobiet.”

Oto przedziwna mikstura o gęstej woni, początkowo przez dosłownie kilka sekund paczulowej, a zaraz potem słodkawej, przypominającej zapach kruchych ciasteczek (patrz: Dries Van Noten par Frederic Malle), która leniwie, bardzo powoli osiada na skórze. Z czasem owa kremowo-sandałowa słodkość z powrotem oddaje nieco miejsca paczuli w postaci molekuły Clearwood, która na tym etapie nadaje gorzkiego kontrastu. Następuje kilkunastominutowa „walka” nut słodkich i gorzkich, w której zwyciężają te pierwsze, by na przestrzeni kolejnych godzin przejść w ambrowo-drzewno-piżmowy, bardzo długotrwały, z czasem dość ostro pachnący finisz (prawdopodobnie zdominowany przez Ambrocenide). Seminalis trwa bowiem na skórze ponad dobę (!), a jego składniki wgryzają się w skórę z nieprawdopodobną skutecznością, pozostając na niej i całkiem wyraźnie dając o sobie znać jeszcze następnego dnia po użyciu. Zapach początkowo niemal poraża swą mocą, ale z czasem układa się i projektuje w miarę spokojnie, choć jest dobrze wyczuwalny dla noszącego, więc pewnie także i dla otoczenia.

Co ciekawe, z formalnego punktu widzenia, Seminalis praktycznie nie posiada akordu głowy i serca, gdyż składniki je budujące stanowią zaledwie 7,5% formuły. Cała reszta to typowe ingrediencje budujące bazę tych perfum, w tym paczula (14%) i różnego rodzaju piżma (55%). Pozostałe składniki odpowiadają za drzewną (sandałowiec) i ambrową część pachnidła. A jednak przemiany, jakim podlega ten zapach na skórze są ewidentne. Zachodzą one wszakże powoli (poza nieco chaotycznym wstępem), gdyż wynikają ze – z natury rzeczy – powolnego ulatniania się ciężkich molekuł bazowych.

Alessandro Gualtieri zbudował tym razem dość jednoznaczną otoczkę wokół tego zapachu, sugerując jego feromonowe własności. Seksualny nimb wokół Seminalis nie jest jednak bezpodstawny. Sam zapach ma w sobie coś z gruntu erotycznego, zmysłowego w cielesny, niemal fizjologiczny sposób.

Kolorystyka cieczy i zatyczki (a szczególnie jej zwieńczenia) może budzić bardzo organiczne skojarzenia, szczególnie, gdy zestawimy ją z nazwą zapachu…

Nie bez znaczenia jest użyta w kompozycji paczula, niosąca ze sobą zmysłowość, szczególnie gdy połączona jest ze słodszymi nutami (najlepsze przykłady to Angel Thierry Mugler i Coromandel Chanel). Podobny schemat zastosował Gualtieri, ale zrobił to we właściwy sobie poszukujący i kwestionujący sposób, dzięki czemu Seminalis jest bardzo oryginalnym tworem. Niezmiernie istotny jest tu także spory ładunek piżm, chyba jedynych faktycznych afrodyzjaków pośród perfumowych ingrediencji.

Seminalis dowodzi coraz lepszego warsztatu perfumiarza. Jest jednym z jego najlepszych pachnideł i bardzo udanym uzupełnieniem kolekcji Orto Parisi – wyjątkowych, wizjonerskich i zupełnie niezwykłych zapachów. Wszystkich wielbicieli zapachów słodko-drzewnych i kulinarnych, także tych poszukujących w perfumach wyzwań oraz doznań niebanalnych, osoby chcące wyróżnić się przy pomocy wyjątkowego zapachu gorąco zachęcam do zapoznania się z Seminalis. Naprawdę warto.

seminalis-orto-parisi

główne nuty: paczula (Clearwood), drewno sandałowe (Javanol, Polysantol), ambra (Ambrocenide), wanilia (ethyl vanillin), sterydy (Aldrone), piżma (m.in. Ambrettolide, Muscone, Musk Ketone)

nos: Alessandro Gualtieri

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

Zapach: 4,0/ oryginalność: 6,0 / projekcja: 3,5 / trwałość: 6,0

 

P.S. Seminalis, jak i cała linia Orto Parisi, dostępne jest w ofercie krakowskiej perfumerii Lulua.

Helmut Lang – powrót legendarnej trójki

Powrót legendarnych pachnideł Helmuta Langa to branżowy ewenement. Bardzo rzadko bowiem ktoś zdobywa się na odwagę i reanimuje wycofane zapachy. Z tym, że w tym przypadku są to nie byle jakie zapachy. Perfumowa trójca Langa nosi bowiem w pełni zasłużone miano kultowej. Jeszcze niedawno zakup starego flakonu Eau de Cologne (2000), Eau de Parfum (2000) czy skórzanego Cuirona (2002) graniczył z cudem. Nie wspomnę tu o cenach, jakie osiągały flakony na eBay. To pachnidła, których pewnie nigdy bym nie poznał i nie opisał, gdyby nie zaskakujące przywrócenie ich do produkcji w październiku 2014 roku.

Wieść niesie, że zachowano oryginalne formuły, a zapachy zapakowano w ten sam prosty flakon – znany z pierwotnej wersji Eau de Cologne, opatrzony równie prostą białą etykietą z czarnym nadrukiem. Co jednak chyba najważniejsze, dwa z nich – Eau de Cologne i Eau de Parfum – reaktywował ich autor – perfumiarz Maurice Roucel, który tak oto wspomina proces powstawania Eau de Parfum w pierwotnym kształcie:

„(Helmut) Chciał stworzyć zapach przypominający woń potu jego kochanki/ kochanka…erotyczny, piżmowy, zapach jej/ jego skóry. Stworzenie go zajęło półtora roku. Helmut był bardzo zaangażowany jako dyrektor kreatywny. Miał jasną wizję, dobry brief i użył swej minimalistycznej estetyki w projekcie flakonu i marketingu produktu.” 

maurice-roucel-1
Maurice Roucel

Na początku Eau de Cologne oraz Cuiron adresowane były do mężczyzn, Eau de Parfum zaś do kobiet. Obecnie wszystkie trzy zapachy Langa opisane są jako uniseksy i rzeczywiście taki mają charakter.

helmut-lang-cologne-edp-and-cuiron

Eau de Cologne wita nas dość intensywnym bukietem ziół na białokwiatowym tle, jednak szybko przechodzi do meritum, stając się pachnącym czystością skin-scent. Śmiem twierdzić, że Neroli Portofino Toma Forda nigdy by nie powstało, gdyby nie Eau de Cologne Helmuta Langa. 

Eau de Cologne przypomina, że to Helmut Lang już w 2000 roku zaproponował wizjonerską nowoczesną i trwałą wersję zapachu kolońskiego, w którym poprzesuwano akcenty z tradycyjnych cytrusów na lekkie kolońskie nuty kwiatowe i zielone (kwiat pomarańczy i petit grain) i doprawiono jest subtelnie nutami ziołowymi, całość opierając na bazie obfitującej w tzw. białe piżma. W efekcie powstał subtelny zapach czystości. Piżma spełniają tu jeszcze jedna ważną rolę. Wiążą zapach na długo ze skórą, tak że Eau de Cologne staje się niejako „własną wonią” noszącego.

Nie jest to kolońska orzeźwiająca. Nazwałbym ją raczej otulającą subtelną, świeżą, zmysłową czystością. 

Sporo składników buduje ten pozornie prosty i robiący wrażenie minimalistycznego aromat. To jednak pozory, gdyż ciepłota skóry wydobywa z Eau de Cologne zaskakujące aromaty, których nie spodziewalibyśmy się testując zapach na papierku. To wszakże perfumy stworzone po to, by spryskiwać nimi ludzką skórę. I dopiero ona wydobywa z nich urodę w pełni. Proporcje ingrediencje zostały tu podporządkowane konkretnej wizji i to czuć. Eau de Cologne to bardzo spójny zapach, który poprzez swą harmonijność, zmysłowość i – co trzeba podkreślić –  w sumie „łatwą” urodę nie może się nie podobać. Przypadnie do gustu przede wszystkim osobom lubiącym pachnieć w sposób nieskomplikowany i przyjemny oraz niedominujący nad otoczeniem.

Jeszcze raz Maurice Roucel:

Czasem spotykam się z chybionymi opiniami, jakoby Musc Ravageur Fredercia Malle był moim piżmowcem. To nie prawda. W tym zapachu nie ma w ogóle piżma. To pachnidło orientalne z elementami zwierzęcymi. Helmut Lang Eau de Cologne za to jest jednym z najbardziej piżmowych zapachów na rynku i to on jest moim piżmowym arcydziełem.

helmut-lang-edc

Wersja Eau de Pafum pod względem użytych ingrediencji rzekomo nie różni się od Eau de Cologne.  Tak przynajmniej wynika z oficjalnych materiałów promocyjnych towarzyszących zapachom Helmuta Langa. Jednakowoż, jest zapachem nieco innym. Prawdopodobnie inne proporcje składników, a już na pewno odmienna ich koncentracja powodują, że Eau de Parfum jest cieplejsze, bardziej pudrowe, piżmowe, z mocniej podkreśloną wanilią i sandałowcem w bazie. Wysunięto tu naprzód nuty kwiatowe, mniej jest kwiatu pomarańczy i zielonego petit grain, a więcej jaśminu, konwalii i heliotropu. Przede wszystkim jednak mocno wyczuwalne są w tym zapachu – niemal od początku – piżma, czyniące całość pachnidłem blisko-skórnym, zmysłowym, niemal intymnym. Myślę, że Eau de Parfum z racji swego charakteru spełnić może także doskonale rolę bazy i utrwalenia każdej tradycyjnej wody kolońskiej.

Różnice pomiędzy oboma pachnidłami są na tyle istotne, że można śmiało potraktować Eau de Perfum jako wieczorową, a nawet nocną, „poduszkową” wersję Eau de Cologne, która z kolei przez swą względną jasność i lekkość kojarzy mi się z promieniami słońca o poranku.

helmut-lang-1

nuty góry: lawenda, rozmaryn, bylica, liść gorzkiej pomarańczy

nuty środka: jaśmin, róża, heliotrop, konwalia

nuty finiszu: cedr, drewno sandałowe, wanilia, paczula, akord skóry (skin), piżmo, ambra

rok premiery: 2000/ 2014

twórca: Maurice Roucel

moja ocena w skali 1 -6:

Eau de Cologne: zapach: 4,5/ oryginalność: 5/  projekcja: 3,5/ trwałość: 4

Eau de Parfum: zapach: 4,5/ oryginalność: 5/  projekcja: 3/ trwałość: 5

 

Cuiron to w tym zestawieniu najbardziej oryginalne pachnidło. Naprawdę niesamowite. Już sam początek powoduje tak oczekiwany przez perfumo-maniaków „wow factor„. W każdym razie u mnie. A to za sprawą akordu otwarcia, w którym – prócz obowiązkowych, aczkolwiek tu tylko odrobinę wyczuwalnych cytrusów i różowego pieprzu – centralną rolę odgrywa esencja z ziaren marchwi połączona ze słodko-przyprawowo pachnącym cassia oil (przypomina cynamon). Ten niezwykły, trudny do opisania aromat, mający w sobie coś z woni kłącza irysa, ale jakby w bardziej owocowym wydaniu, osadzony został na zmysłowej żywiczno-drzewno-piżmowo-skórzanej bazie zbudowanej m.in. z kadzidła olibanum, labdanum, drewna cedrowego, zamszu oraz – co bardzo ważne – esencji z ziarna ketmii piżmowej. To ona wprost genialnie łączy się z ziarnem marchwi budując wraz z nutą zamszu sygnaturę tego zapachu tyleż oryginalną, co trudną do opisania. To coś w rodzaju delikatnej woni piżmo-skórzanej ze słodkawym roślinnym rdzeniem. Zapach powstał w pracowni utytułowanej perfumiarki Francoise Caron.

francoise-caron-3
Francoise Caron

Podobnie jak pozostałe zapachy Helmuta Langa, także i Cuiron jest raczej subtelny (choć nieco bardziej zdecydowany niż Eau de Parfum), trzyma się blisko naskórka, z którym bardzo trwale wiąże się za pomocą piżma ambrette. Co ciekawe, jego percepcja z nieco większej odległości, bez wnikania w poszczególne nuty, daje wrażenie lekko mydlanej, a nawet lekko „balbierskiej” czystości a’la fougere, przez co Cuiron przechyla się w męską stronę. Oryginalna to mikstura, muszę to podkreślić, która – coś mi się zdaje – prędzej czy później znajdzie się w mojej kolekcji.

helmut-lang-cuiron

nuty góry: bergamotka, mandarynka, różowy pieprz

nuty środka: cassia, ziarno marchwi

nuty finiszu: cedr, olibanum, labdanum, ketmia piżmowa, akord zamszu

rok premiery: 2002/ 2014

twórca: Francoise Caron

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 5,5/ oryginalność: 6/  projekcja: 3,5/ trwałość: 5

 

Przywrócenie trzech legendarnych zapachów Helmuta Langa bardzo cieszy, szczególnie wielbicieli Eau de Cologne i Eau de Parfum, którzy byli wcześniej zdesperowani do tego stopnia, że kontaktowali się bezpośrednio z Maurice Roucelem, by prosić go o informacje, gdzie można jeszcze nabyć pozostałe flakony wycofanych pachnideł! Perfumiarz przyznaje, że rozdawał nawet resztki darmowych próbek, tak bardzo pożądane to były perfumy! Jak widać „konsumenci” zostali wysłuchani, perfumy przywrócono w niezmienionych formułach (co potwierdza Roucel), co jest ruchem bezprecedensowym. Chciałoby się, by takie rzeczy działy się częściej. Wiele bym dał za powrót męskiego Gucci Envy w niezmienionej wersji (wszak brązowy Gucci Pour Homme już powrócił w postaci Bentley for Men Absolute). Oby przywrócenie zapachów Helmuta Langa okazało się ruchem tyleż trafionym, co trwałym. Sadząc po ich przyjaznych i „politycznie poprawnych” charakterach, powinny znaleźć wielu nowych zagorzałych wielbicieli. Ja już jestem jednym z nich. Maurice Roucel ujawnia, że nawet teraz, gdy zapachy są już dostępne, wciąż otrzymuje zapytania, gdzie można je nabyć. Ich dystrybucja jest wciąż bardzo ograniczona, ale widać, że i to się zmienia na lepsze, gdyż dotarły one także do Polski. Wszystkie trzy możemy od niedawna przetestować i zakupić w warszawskiej perfumerii niszowej MoodScentBar. Wspaniale, prawda?

 

 

 

 

 

Jeroboam Paris – ekstrakty perfumowe dla miejskich wędrowców (cokolwiek to znaczy…)

Wszystko rozpoczęło się od piżm.

Konkretnie od ich mieszanki, nad którą od dłuższego czasu w zaciszu swojego laboratorium pracowała Vanina Muracciole, perfumiarka włoskiego pochodzenia, absolwentka ekskluzywnej paryskiej szkoły perfumeryjne ISIPCA. Wyjątkowy akord, jaki był rezultatem tych prac, oczarował niejakiego Francoisa Henina, konesera perfum, właściciela jednej z najstarszych i najważniejszych paryskich perfumerii niszowych Jovoy Paris, twórcy doskonałej niszowej marki perfumowej pod tą samą nazwą. Bazując na tym akordzie Muracciole skomponowała Origino – pierwszy zapach nowej kolekcji perfumowych ekstraktów zamkniętych w w małych, uroczych 30 ml-owych flakonikach, którą Henin przekornie ochrzcił mianem Jeroboam (w przemyśle winiarskim jest to określenie na dużą 3 litrową butlę wina) i opatrzył hasłem: Perfumowe ekstrakty dla miejskich koczowników. Ów akord tajemniczych piżm łączy zapachy kolekcji, gdyż stał się bazą dla każdego z nich. Nazwy poszczególnych kompozycji wywodzą się z języka esperanto.

jeroboam teaser

Stanowiącą bazę Origino (Początek) piżmową miksturę Muarcciole ozdobiła pieprzowym, wibrującym otwarciem, która naturalnie przechodzi w przyprawowo-drzewne serce, w którym zarówno esencja z jagód jałowca, jaki gałka muszkatołowa idealnie wprost wynikają z pieprzowego otwarcia. Drzewny wymiar zapachu został znacząco wzmocniony poprzez esencję sandałowca. Ale istotą Origino jest to, co pojawia się na skórze półtora-dwa kwadranse po aplikacji. Trwające niemal w nieskończoność, hipnotyczne, zmysłowe, magnetyzujące piżmowe mini-arcydzieło z subtelną nutką owocową, które natychmiast zapada w pamięć i każe zadawać sobie co jakiś czas pytanie – co tak pięknie pachnie?

 

Jeroboam

nuty głowy: bergamotka, różowy pieprz

nuty serca: jałowiec, gałka muszkatołowa

nuty bazy: drewno sandałowe, tajemnicze piżma

 

Hauto (Skóra) to nic innego, jak dobrze znana z Origino piżmowa baza, tyle że nadbudowana akordem kwiatowym, zdominowanym przez woń tuberozy oraz przyprawy. Zanim jednak mocne, nektarowo-kwiatowe serce ukaże się w pełnej krasie, zapach zaczyna się akordem owocowym, z wiodącą nutą będąca mieszanką niby-ananasa i czegoś słodkiego, kulinarnego i miodowego. Stawiałem na ylang ylang, choć oficjalny skład go nie podaje. Jest też wyczuwalne coś w rodzaju wanilii. Niemniej doprawione tuberozowe serce może się podobać jako bardzo nasycone, gęste i pozbawione jakichkolwiek drażniących biało-kwiatowych akcentów. Hauto ma zdecydowanie kobiecy charakter, jest początkowo dość intensywny, by z czasem mocno osiąść na skórze i trwać na niej wiele godzin jako zmysłowy, biało-kwiatowy skin-scent.

nuty głowy: bergamotka, ananas

nuty serca: tuberoza, róża, przyprawy

nuty bazy: tajemnicze piżma

vanina_muracciole

Miksado (Mieszanie) to przyprawowo-drzewna kompozycja, w której pierwszych minutach pięknie współgrają ze sobą szafran i labdanum, początkowo odświeżone minimalnie wyczuwana bergamotką. Serce to wedle opisu domena nut drzewnych, ale ja wyczuwam tu przede wszystkim intrygującą nutę owocową,  w typie likieru porzeczkowego, która narasta wraz z upływem czasu budując hipnotyczny sygnaturowy akord Miksado. Kompozycja wsparta została paczulą i wanilią, a utrwalona znanym piżmowym motywem przewodnim kolekcji Jeroboam. Całość pachnie bardzo komfortowo, magnetyzująco, przyjemnie i powoli rozwijając się na skórze. Obok Oriento to mój ulubiony Jeroboam.

nuty głowy: bergamotka, labdanum, szafran

nuty serca: cedr, geranium, drewno gwajakowe

nuty bazy: paczula, wanilia, tajemnicze piżma

Francois Henin
Francois Henin

Oriento (Wschód) to – zgodnie z nazwą – mocna, orientalna mieszanka, w której głównymi bohaterami są szafran, róża, paczula oraz drewno sandałowe z obowiązkowym w kolekcji Jeroboam udziałem akordu tajemniczych piżm. Choć sam zapach nie odkrywa nowych horyzontów, to jednak nie można odmówić mu kompetentnego i bardzo solidnego wykonania. W kategorii pachnideł o arabskiej estetyce, które oparto na dobrze znanym zestawieniu esencji różanej z esencjami paczuli i sandałowca, Oriento prezentuje z pewnością najwyższą jakość. Przypomina mi genialną kompozycję Thierry Wassera Rose Nacree Du Desert Guerlain, którą w wersji skomercjalizowanej i rozcieńczonej marka ta niedawno przedstawiła jako Santal Royal. Niemniej zarówno kompozycyjnie, jak i jakościowo (także pod względem koncentracji składników), Oriento może śmiało stawać w szranki z tym pierwszym. Zapach jest piękny, głęboki i zmysłowy. Różana nuta ma barw szkarłatną, szafran zaostrza zapach na początku, przydając arabskiego sznytu, w sercu zaś do głosu dochodzi paczula, dodając całości zmysłowości. Baza jest bardzo długotrwała i ma drzewny charakter z dominująca sucho-drzewną nutą sandałowca.

Oriento rozwija się na skórze majestatycznie, powoli i trwa na niej długie godziny, pachnąc nienachalnie i elegancko, dając o sobie znać co jakiś czas zmysłową i intrygującą smużką. To prawdziwe Magnum Opus tej kolekcji. To także mój ulubiony Jeroboam.

jeroboam oriento

 

nuty głowy: cytryna, szafran, styrax

nuty serca: róża, ylang-ylang, jabłko

nuty bazy: drewno sandałowe, paczula, tajemnicze piżma

 

W Insulo (Wyspa) na bazę z tajemniczych piżm nałożono zmysłowy duet wanilii i jaśminu (duet, który przyczynił się do sukcesu Watch M.Micallef). Początkowo wanilia odminuje, z czasem uchylając nieco jaśminu. Insulo jest bardzo ciepły, blisko-skórny, puszysty, a jego kulinarna strona nie jest specjalnie dominująca. Składniki zostały tu dobrze zrównoważano, tak że tworzą jedną bardzo zwartą całość. Niemniej sprawia ona na mnie wrażenie nieco nijakiej, zbyt subtelnej, a Insulo wypada na tle pozostałych kompozycji Jeroboam najmniej interesująco.

Jeroboam insulo

nuty głowy: wanilia

nuty serca: jaśmin

nuty bazy: tajemnicze piżma

 

Jeroboam Paris to kolekcja rzadkiej urody esencjonalnych, oryginalnych i kompetentnie skomponowanych pachnideł orientalnych.

Na szczególnie uznanie i podkreślenie zasługuje oryginalność tych zapachów. Jeroboam nie próbują kopiować czy choćby naśladować znanych bestsellerów mainstreamu czy niszy i nadawać im luksusowego image’u, co jest – niestety – coraz bardziej powszechną praktyką w perfumerii zwanej – mniej lub bardzie trafnie – niszową czy luksusową.

Wszystkie tworzące kolekcję zapachy charakteryzują się harmonią, zmysłowym ciepłem, swoistą miękkością, bogactwem i wysoką koncentracją ingrediencji, a przez to długotrwałością i delikatną, aczkolwiek satysfakcjonującą projekcją, gwarantującą zmysłową smużkę snującą się za noszącym. Ze względu na wyczuwalną koncentrację ekstraktu, każde pachnidło Jeroboam rozwija się na skórze bardzo powoli, przechodząc kolejne fazy i czasem całkiem znacząco odmieniając swoje oblicze, ku zaskoczeniu i satysfakcji.

Bardzo ważne jest, by tych zapachów nie oceniać po pierwszych nutach i pierwszych minutach (choć i one są równie śliczne, co ciąg dalszy, o co twórcy – zdaje się – zadbali). Trzeba dać im czas, wwąchać się w nie, spróbować ich kilka razy, by odkryć ich prawdziwe piękno.

To spokojne zapachy. Nie krzyczą „oudem”, ani innymi sensacyjnymi składnikami czy kontrowersyjnymi akordami. Dają jednak sporą satysfakcję, jeśli tylko pozwolimy im rozwinąć skrzydła i rzucić na nas swój czar. Wrosną w nas i z czasem staną się częścią na samych.

Jako niekontrowersyjne, a przy tym niebanalne, urodziwe i nienachalne, zamknięte w śliczne, filigranowe flakoniki, wydają się też idealnym materiałem na bezpieczny pachnący upominek dla kogoś wyjątkowego…

 

PS. Zapachy Jeroboam dostępne są w warszawskiej perfumerii Quality.

Frederic Malle Editions de Parfums „Monsieur.”

Mało która marka perfumowa równie mocno ekscytuje mnie każdą premierą nowego zapachu co Editions de Parfums Frederica Malle. Amouage, Maison Francis Kurkdjian i nie wiem, czy cokolwiek jeszcze… no może Creed i Tom Ford Private Blend. Moja ekscytacja sięga oczywiście zenitu, gdy nowe pachnidło dedykowane jest mężczyznom, i gdy stoi za nim ceniony przeze mnie perfumiarz. Gdy do tego dodam dobrze brzmiącą nazwę oraz – co bywa ważne – sugestywną fotografię towarzyszącą zapachowi, a także dobre „hasło reklamowe”, przygotowuję się na spotkanie z czymś co mnie mam nadzieję poruszy. I tu dochodzę do tematu wpisu, czyli najnowszego pachnidła Frederica Malle dedykowanego mężczyznom.

Monsieur.

Frederic Malle Monsieur

Frederic Malle zaprasza do współpracy perfumiarzy jego zdaniem najlepszych, ale jednocześnie takich, z którymi znajduje wspólny język. Najlepiej – jak twierdzi – pracuje mu się z weteranami branży: Mauricem Roucelem, Jean-Claudem Elleną, Dominiquem Ropionem czy Carlosem Benaimem. Ma z nimi wspólne perfumowe wspomnienia i te same punkty odniesienia. Panowie rozumieją się niemal bez słów, jak starzy, doświadczeni muzycy jazzowi, gdy przyjdzie im razem zagrać znane standardy lub wspólnie improwizować.

Jednak nad Monsieur. Frederic Malle współpracował z Bruno Jovanovicem, przedstawicielem młodszego pokolenia „nosów” IFF. Obaj panowie stworzyli już wcześniej Dries Van Noten par Frederic MalleJovanovic zaperfumował też trzy świece z kolekcji Malle. Współpraca z tym perfumiarzem ma z pewnością nieco inny charakter (Bruno to rocznik 1975), ale musi być bardzo udana, skoro i tym razem Frederic Malle postawił na Jovanovica. Tym razem imię i nazwisko perfumiarza znalazło się na flakonie Editions de Parfums, a to najwyższy rodzaj uznania i najlepsza możliwa obecnie rekomendacja w perfumiarskim światku.

Malle and Jovanovic
Frederic Malle i Bruno Jovanovic podczas oceny zapachu w laboratorium

 

Monsieur. moim zdaniem wpisuje się w dotychczasową stylistykę i filozofię marki Fredrica Malle, która w skrócie – wedle słów samego twórcy – polega na przywracaniu klasycznej artystycznej perfumerii najbardziej wymagającej klienteli poprzez publikowanie perfum inspirowanych Haute Parfumerie, ale tworzonych wg współczesnych reguł i z wykorzystaniem możliwości, jakie daje współczesna chemia i technika.

Jak więc pachnie Monsieur.? Pachnie… paczulą, esencji której w formule jest ponad 50%(!). Frederic Malle twierdzi, że Monsieur. jest dla paczuli tym, czym Carnal Flower dla tuberozy. A ja dodałbym jeszcze, że jest także tym, czym Vetiver Extraordinaire dla wetywerii. Współczesną interpretacją klasycznego tematu z użyciem najbardziej wyrafinowanych obecnie dostępnych składników, bazującą na tzw. przedawkowaniu (overdose) głównej ingrediencji. W związku z tym nasuwa mi się pewna analogia. Otóż Vetiver Extraordinaire (2002) można śmiało nazwać współczesnym odpowiednikiem klasycznego Vetiver (1959) od Guerlain. W tym kontekście Monsieur. w swej treści jawi mi się jako współczesna wersja Gentleman (1974) od Givenchy, klasycznego pachnidła szyprowo-skórzanego z paczulową dominantą. Nie wiem, czy to przypadek, ale nawet w towarzyszącym zapachowi haśle Monsieur. A Gentleman’s Perfume odnajduję to nawiązanie klasyka Givenchy…

Monsieur. to neoklasyczne, sentymentalne, wyrafinowane i wyraziste pachnidło dla dojrzałego mężczyzny, szczególnie tego dobrze pamiętającego lata 70-te.

Zapach ewoluuje na skórze od mocnego, intensywnego i bardzo intrygującego początku, w którym paczula ma pewną dozę oryginalnej dymności, a której towarzyszy łagodząca charakterny początek mandarynka. Owa niby-dymna nuta być może wynika z zastosowanego tu absolutu rumu. W każdym razie czuć, że panowie mocno popracowali nad akordem głowy. Jest bardzo oryginalny, unikatowy, przykuwający uwagę i powodujący tzw. „efekt wow”. Robi wrażenie!

W sercu zapachu niepodzielnie już rządzi wyrazista paczula. Choć nie pachnie ona ani vintage’owo ani stricte niszowo (czyt. bezkompromisowo), nie jest też lekką i zwiewną nowoczesną paczulą znaną z np. Mistral Patchouli Atelier Cologne. Ma swój ciężar gatunkowy, pachnie naturalnie i nie pozostawia wątpliwości co do swego absolutnie rozpoznawalnego charakteru. Pozostałe zastosowane tu ingrediencje (cedr, kadzidło) tworzą dla niej solidne tło. Nie wyczuwam ich indywidualnie.

Baza Monsieur właściwie pachnie jak pochodna serca. Woń paczuli dominuje, choć jest subtelniejsza i pozbawiona dymności. Utrzymuje się na skórze praktycznie do samego końca trwania zapachu, na co z pewnością wpływ mają zastosowanie tu piżma, ambra i wanilia.

Zapach ma elegancką projekcję, tzn. nie przytłacza, nie wypełnia pomieszczenia, ale jest bardzo dobrze wyczuwalny w pobliżu noszącego i pozostawia intrygujący ogonek. Wszak prawdziwy dżentelmen we wszystkim zna umiar, także w sposobie, w jaki pachnie. Trwałość zbliżająca się do 10 godzin to wynik optymalny, przy czym ostatnie kilka godzin to etap bardziej subtelnej, choć wciąż wyczuwalnej projekcji. Pod względem typowo użytkowym zapach więc absolutnie nie zawodzi.

Na koniec mam dwie refleksje dot najnowszego dzieła Frederica Malle. Otóż, po pierwsze, zapach ten jest już kolejnym po Eau de Magnolia i Cologne Indelebile potwierdzeniem, że sprzedaż marki Frederic Malle koncernowi Estee Lauder póki co nie odbiła się negatywnie ani na jakości ani na stylu perfum Frederica Malle. Monsieur. jest bardzo spójny z estetyką i filozofią marki i ma jednocześnie zadatki na „goodseller”. Jest też logiczną kontynuacją kolekcji i wartościowym jej uzupełnieniem o zapach o dominancie paczulowej, którego dotąd w niej brakowało. Mam tylko jedno zastrzeżenie, i to jest moja druga refleksja. Otóż

po zapachu nazwanym Monsieur. i pochodzącym od Fredrica Malle spodziewałbym się jednak czegoś bardziej unikatowego pod względem treści, aniżeli „zaledwie” doskonałe – to fakt – perfumy paczulowe. Chciałbym, by Monsieur. był próbą zaproponowania czegoś nowego, co z czasem miałoby szansę stać się męskim klasykiem. Prezentacją jakiegoś nowego akordu lub jakiejś nowej odciskającej mocne piętno na zapachu ingrediencji, czymś bardziej kreatywnym, a nie jedynie doskonałą reinterpretacją bardzo popularnego w latach 70-tych tematu paczulowego.

Malle nie raz udowadniał, że potrafi stworzyć nową treść – weźmy Musc RavageurPortrait of a Lady, French Lover czy Dries Van Noten. Wszystkie te pachnidła wyróżnia unikalny charakter, oryginalną i natychmiast rozpoznawalna woń. I to jest jedyny mój zarzut wobec nowego pachnidła Frederica Malle – zachowawczość i niedobór kreatywności, z której marka ta dotąd była znana. Wszak nosząc Monsieur. owszem będę czuł się wyjątkowo, bo to doskonałe perfumy, ale koniec końców pachniał będę jednak głównie paczulą i – koniec końców – tylko paczulą…

Editions-de-Parfums-Frederic-Malle-Bruno-Jovanovic-Monsieur

nuty głowy: mandarynka, absolut rumu

nuty serca: paczula (ponad 50%), kadzidło, cedr,

nuty bazy: ambra, piżmo, wanilia

twórca: Bruno Jovanovic/ Frederic Malle

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Atelier des Ors – niszowo ale ostrożnie…

Nowa francuska marka niszowa Atelier des Ors prezentuje swe pachnidła w oryginalnych transparentnych flakonach z wizerunkiem słońca wytłoczonym na tylnej ścianie. W perfumach pływają płatki autentycznego 24 karatowego złota. Taki design ma podkreślać historyczny związek perfum z boskością, podobnie do złota i słońca. Tak bynajmniej tłumaczy to Jean-Phillipe Clermont, twórca marki. Osobiście nie jestem zwolennikiem tego typu dodatków, bo okazują się często czymś więcej niż same zapachy. Troszkę obawiałem się, że tak też będzie w przypadku Atelier des Ors…

Atelier des ors bottles

Flakony oraz drobinki złota to nie jedyne wspólne elementy pachnideł Atelier des Ors. Łączy je także osoba perfumiarki Marie Salamagne oraz stylistyka samych wonności. Wszystkie bez wyjątku są zapachami orientalnymi, gęstymi, zawiesistymi, bazującymi na ingrediencjach o sporym ciężarze gatunkowym – żywice, kadzidła, ambra, esencje drzewne, balsamy. Perfumy te testowane na bloterach sprawiają wrażenie niepozornych. Jako takie wprost wymagają ludzkiej skóry, bo dopiero jej ciepło uaktywnia je i nadaje im sensu. Niemniej wszystkie bez wyjątku sprawiły na mnie wrażenie jakby nieśmiałych, wycofanych, z premedytacją blisko-skórnych. Intrygujących, ale jednak nieprzekonujących… Czegoś pozbawionych. Swoistej zapachowej „kropki nad i”. Choć to niedopowiedzenie może być dla niektórych zaletą właśnie.

marie-salamagne-by-jerome-bonnet
Marie Salamagne by Jerome Bonnet

Aube Rubis intryguje od pierwszych sekund nutą marchewkową znaną wszystkim wielbicielom pachnideł irysowych. Nuta irysa jest tu wszakże wymieniona i obecna w sercu zapachu, ale początkowo rozrzedza i rozjaśniają ją cytrusy i esencja z pączków czarnej porzeczki. W sercu irys dominuje w towarzystwie w zielonym cieniu szałwii i fiołka. Sucha, drzewna baza z wetywerii i przede wszystkim paczuli pojawia się nadspodziewanie szybko i w sposób mało efektowny wieńczy to początkowo intrygujące dzieło. Nuty praliny tu nie znajduję…

AdO Aube

Nuty głowy: bergamotka, grejpfrut, czarna porzeczka

Nuty serca: szałwia, fiołek, irys

Nuty bazy: paczula, wetiwer, pralina

 

Lune Feline

Jedyny w zestawie zapach w gatunku gourmand przykuwa nozdrza złożonym, zmysłowym, bardzo niszowym w charakterze akordem zbudowanym przede wszystkim na naturalnej wanilii z Tahiti i piżmach. Przyprawy, balsamy i nuty drzewne dopełniają formuły zapachu, nadając mu nieco bardziej złożonego charakteru, ale tak naprawdę chodzi tu o wzmocnienie olfaktorycznego efektu wspomnianego duetu. Mimo tego dominującym jest akord „szpitalnych” piżm (lizol) i wanilii. Oryginalnie i nie dla każdego.

AdO Lune

Nuty głowy: cynamon, kardamon, szara ambra, różowy pieprz

Nuty serca: nuty zielone, cedr, szara ambra, styraks, nuty drzewne

Nuty bazy: absolut wanilii tahitańskiej, balsam Peru, piżmo

 

Rose Omeyyade to róża z gatunku gęstych i mrocznych. Głęboka woń róży damasceńskiej na tle złożonego akordu drzewno-ambrowego tworzy orientalną woń bliską arabskim wzorcom. Ale nie jest to dość surowa stylistyka znana z dzieł Montale czy arabskich pachnideł Rasasi. Tu na myśl przychodzą mi raczej bardziej wyrafinowane pachnidła, jak choćby nie mające sobie równych, genialne Rose Nacrée du Désert Guerlain. Wzorzec to zacny, choć dla Rose Omeyyade jednak bardzo odległy. Mimo to jest to jedna z wg mnie najlepszych propozycji Atelier des Ors. Absolutnie uniseksowa. Tak jak wszystkie pozostałe.

AdO Rose

Nuty głowy: różowy pieprz, pączki róży, malina

Nuty serca: paczula, gwajakowiec, akord brązowego cukru

Nuty bazy: sandałowiec, akord oudu, ambra

 

Cuir Sacre to oryginalny i unikatowo pachnący zapach skórzano-drzewny z zaskakująco wyeksponowaną nutą wetywerii. Wibrujące intro budują jagody jałowca w połączeniu z kardamonem. Drzewny wymiar zapachu uzupełnia cyprys i cedr. Całość subtelnie doprawiona jest szafranem. W skórzanej bazie istotną rolę gra jedna z moich ulubionych zielono-drzewnych ingrediencji – cypriol (papirus), przydają całości suchości. Summa summarum zapach bardziej nawet wetiwerowy niż stricte skórzany, choć skóra faktycznie wychodzi na pierwszy plan w głębokiej bazie. Coś dla wielbicieli wetiweru w nietypowym wydaniu.

AdO Cuir

Nuty głowy: jagody jałowca, kardamon, cyprys

Nuty serca: kadzidło, szafran, liście cedru

Nuty bazy: wetiwer, cypriol, skóra

 

Larmes du Desert

W każdej ambitnej kolekcji perfum niszowych, a za taką Atelier des Ors chce uchodzić, nie może zabraknąć zapachu kadzidlanego. Tu jest to Larmes du Desert (Łzy Pustyni). Swoisty hołd dla Bliskiego Wschodu – światowej kolebki perfum. Już sama, przyznam – bardzo piękna – nazwa nasuwa skojarzenia z przypominającymi kształtem łzy drobinkami żywic zbieranymi z pni krzewów i drzew kadzidlanych (np. Boswellia Sacra, Boswellia Serrata czy Commpihora Myrrha). Pachnidło jest gęstą mieszanką kadzidlanych żywic właśnie z esencjami drzewnymi. Znajdziemy tu więc elemi, olibanum oraz – szczególnie mocne i wyczuwalne – labdanum. Drzewność wynika z obecności paczuli, gwajakowca, cyprysa i cedru. Całość jest raczej linearna, niemal niezmienna w czasie, lokująca się raczej blisko skóry na wiele godzin. Może się podobać. Niestety, mimo potencjału i sporego podobieństwa, nie zastąpi doskonałego, a rzekomo wycofanego z produkcji Sahara Noir Toma Forda, który tę samą tematykę realizuje pod każdym względem lepiej.

AdO Larmes

Nuty głowy: elemi, kadzidło, cyprys

Nuty serca: paczula, gwajakowiec, cedr

Nuty bazy: czystek (labdanum), benzoes, ambra, nuty drzewne

 

PS. Pachnidła Atelier des Ors dostępne są wyłącznie w warszawskiej perfumerii Quality Missala.