Nicolai Parfumeur Createur – francuski szyk (1) „Oud Sublime”

Patricia de Nicolai bardzo długo broniła się przed wprowadzeniem do oferty Nicolai Perfumeur Createur pachnidła oudowego. Pamiętam wywiad, w którym twierdziła, że by to zrobić, musiałaby mieć konkretny pomysł na oud, a nie jedynie umieścić go w nazwie zapachu. Jak mówiła, tak zrobiła. Dopiero w 2013 roku zaprezentowała duet zapachów z oudową nutą (choć raczej bez prawdziwego oudu): Amber Oud i Rose Oud. W 2016 dołączyła do kolekcji Incense Oud, a także coś bardzo specjalnego: Oud Sublime, pachnidło dedykowane koneserom perfum. 

Patricia-de-Nicolai-BD
Patricia de Nicolai

Oud Sublime to naprawdę wyjątkowa kreacja, nawet jak na wysokie przecież standardy Patricii de Nicolai. Ta uformowana w klasyczną zapachową piramidę kompozycja w praktyce okazuje się dość monolityczna i zdominowana przez centralny akord zawierający autentyczną esencję oudu z Kambodży (!), połączoną w sercu z cedrem, paczulą, różą, kolendrą i kminem. Zanim jednak do nozdrzy dotrze w pełni ten wyrafinowany, odrobinę animalny akord, poczuć możemy nieco świeższy wstęp z wyróżniającą się davaną, wspomaganą bylicą i ziarnami ambrette. Całość osadzona jest na drzewno-żywicznej bazie uformowanej z kadziła, styraxu, brzozy, kastoreum, piżm i ambry. Baza wraz z oudem trwają na skórze długie godziny, emitując egzotyczny, ciepły i jednocześnie nieco tajemniczy zapach.

Przy całym tym bogactwie ingrediencji, zapach pozostaje niezwykle harmonijny, a nuta oudu jest bardzo „po francusku” (czyli zgrabnie) wkomponowana w całość. Co więcej, mimo sporej zawartości cennego oudu, Oud Sublime ma wyraźną sygnaturę de Nicolai. To charakterystyczne zestawienie aromatycznych składników pochodzenia naturalnego (kolendra, paczula, róża, cedr), które odnaleźć możemy także w innych jej pachnidłach o ciepłym, drzewnym czy ambrowym charakterze (np. Ambre Cashmere czy Cuir Cuba Intense). Jednak nawet przez chwilę nie mam wątpliwości, że to właśnie kambodżański oud ma tu wiodący charakter. Pozostałe składniki budują otoczenie oraz tło i nawet wymieniona w składzie róża nie ujawnia się indywidualnie.

Mimo dość monolitycznego charakteru, w Oud Sublime można jednak odnaleźć różne niuanse: żywiczny, mentolowy (pochodzący z kolendry), drzewny, a także zwierzęcy. Wszystko to w bardzo klasyczny sposób ułożone w wyrafinowaną i – zgodnie z nazwą – majestatyczną całość.

Jedno jest pewne – mimo, że wąchałem już pewnie dziesiątki zapachów oudowych, żaden nie pachniał tak, jak Oud Sublime. I niech to będzie rekomendacją dla tych niezwykłych perfum, które zarówno przez swój wyrafinowany charakter, jak i wysoką cenę oraz bardzo ograniczoną dostępność, zasługują na miano prawdziwie luksusowych i dedykowanych dla wymagających koneserów olfaktorycznej sztuki, którzy skłonni są wydać 385 EUR na mały ozdobny flakonik zawierający 35 ml cieczy o wysokiej koncentracji zapachowej (25%), zamknięty w eleganckiej drewnianej „trumience”. Górna półka cenowa, to fakt. Ale i pachnidło zupełnie wyjątkowe.

nicolai oud sublime

nuty głowy: dawana, ziarna ambrette, bylica

nuty serca: oud z Kambodży, cedr z Atlasu, paczula, róża, kolendra, kmin

nuty bazy: kadziło, styrax, brzoza, kastoreum, piżmo, ambra

perfumiarz: Patricia de Nicolai

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Sospiro znaczy westchnienie…

Segio Momo

Sergio Momo to postać dobrze znana miłośnikom perfum luksusowych. Jest Dyrektorem Kreatywnym znakomitej marki perfumowej Xerjoff. Sospiro (po włosku „westchnienie”) to kolejna marka – dziecko Sergio. Łączy ona muzykę klasyczną i operę z perfumerią, a wszystko to we włoskim stylu, gdzieniegdzie subtelnie podlanym arabskim sosem. Sergio Momo przyznaje, że Sospiro powstało z myślą o rynkach Środkowego Wschodu (choć nie wyłącznie). Kilka kompozycji wzbogacono więc nutą oudu. Większość pachnideł swymi nazwami odwołuje się do klasycznych muzycznych określeń. Pierwsze 6 kompozycji pod tą marką miało swą premierę w 2011 roku. Obecnie kolekcja rozrosła się do czternastu pachnideł podzielonych na Chapter I, Chapter II oraz linię Exclusive Edition.  Pachnidła Sospiro, podobnie jak Xerjoff, znajdziemy w ofercie warszawskiej perfumerii Quality.

sospiro all

Znajdziemy wśród pachnideł Sospiro dwa szypry. Pierwszy to Adagio – mocny, bardzo kobiecy, klasycyzujący, kwiatowy, z centralnie umieszczonym jaśminem, który szyprowego kontekstu nabiera dzięki  mszysto-wetiwerowej bazie doprawionej podobno kroplą oudu, wg mnie niewyczuwalną…  Adagio spodoba się kobietom lubiącym mocne pachnidła kwiatowe inspirowane stylem retro, choć zaaranżowane w absolutnie współczesny sposób. Drugi szypr to Vivace – początkowo subtelniejszy od głośnego Adagio, bardziej też zielony (bazylia i oregano), niż kwiatowy. Utrzymany nieco w klimacie Chanel Cristalle i niektórych pachnideł Grossmith. Jego serce ma zgoła inny charakter. Geranium i goździk czynią go bardziej uniwersalnym i stonowanym, a zaskakująco drzewna (oudo-podobna) baza spowoduje, że Vivace w całości może przypaść do gustu także panom.

sospiro picture

Akordy i nuty kwiatowe są w damskich zapachach Sospiro bardzo częste. Sporo jest tu także zapachów łączących kwiaty i owoce oraz – szerzej – nuty kulinarne. To obecnie bardzo popularny styl w europejskiej perfumerii mainstreamowej. Jednym z takich pachnideł jest Accento. Łączący nutę ananasa w otwarciu z hiacyntem w sercu w bardzo współcześnie brzmiącą całość. Gdyby nie zaskakujący finisz – potężnej mocy i gigantycznej trwałości drzewno-ambrowa woń, która trwa na skórze pewnie ze dwie doby – można by określić Accento jako banalne.

Melodia to z kolei kompozycja kwiatowa, na początku przede wszystkim różana, z przyprawowymi akcentami cynamonu. Kwiatowy bukiet prócz róży budują w sercu w harmonii z różą ylang ylang oraz fiołek w kontrapunkcie. Orientalna, schematyczna baza wieńczy tę owszem ładną, ale strasznie zachowawczą całość.

Capriccio to dobrze znane w damskiej perfumerii połączenie nut kwiatowych z owocowymi i drzewnymi, w tym przede wszystkim paczulą, na mocno piżmowej bazie. Z początku ujawnia się tu specyficzny akord, troszkę przypominający zapach farby malarskiej (emulsji), który kiedyś już zidentyfikowałem w New York Amber Bond No.9. Efekt ten jednak dość szybko zanika, a zapach przeobraża się w ładne kobiece perfumy kwiatowo-drzewne, z istotną rolą paczuli, połączonej z akordem białych kwiatów. Baza Capriccio jest zmysłowa, piżmowo-drzewna, trochę w klimacie fenomenalnego moim zdaniem Divine L’inspiratrice. Właściwie to całe Capriccio penetruje te same olfaktoryczne rewiry, co dzieło Richarda Ibaneza, choć brakuje mu tak wyrazistej sygnatury.

sospiro classica

Erba Pura ma ładny, soczysty, owocowo-słodki początek, pachnący orzeźwiającym koktajlem, złożonym z początkowo przeważających cytrusów oraz abstrakcyjnego akordu „owoców śródziemnomorskich„. Jest to zapach owocowy oparty na nowoczesnym piżmo-ambrowym finiszu, który ma niesamowitą wprost trwałość i intensywność. Ta sucha, gryząca, ale na swój sposób bardzo zmysłowa nuta bazy, pozostaje obecna dużo dłużej, niż byśmy się tego spodziewali.

Dwa – dla odmiany – drzewne pachnidła Sospiro nawet nie próbują silić się na oryginalność. Oba są imitacjami znanych bestsellerów i oba, mam wrażenie, kierowane są do męskiej części klienteli. Oba także z lubością wykorzystują magię Iso E Super…

Laylati  to zapach słodko-drzewny, utrzymany w klimacie Nasomatto Black Afgano, Montale Kabul Aoud czy Liquides Imaginaires Fortis. Wyrazisty cedr oraz słodko-żywiczny, nieco ziołowy akord go otaczający, to dwie główne składowe tej zdecydowanie męskiej całości. Dodatkowa nuta tabaki przypomina trochę tę umieszczoną w zdecydowanie oryginalniejszym (i wciąż czekającym na moją recenzję) Don marki Xerjoff JTCZ kolei Andante – ze swym mocnym pieprzowym początkiem, złagodzonym tylko trochę duetem pomarańczy i galbanum – przechodzi w serce z geranium, dla którego bazę stanowią cedr, wetiwer, paczula, rzekomo wzmocnione oudem. Dla mnie to jednak nic innego jak kolejna, całkiem zresztą udana, imitacja Terre D’Hermes. Tak na marginesie – zabawnie w kontekście tego zapachu brzmią słowa go opisujące na stronie internetowej Sospiro: „Andante jest niewyczerpanym źródłem inspiracji…”.

sospiro WARDASINA

Ciekawostką jest natomiast Wardasina. Najlepsze i najbardziej interesujące testowane przeze mnie pachnidło Sospiro. To nic innego Laylati z dodanym hiszpańskim szafranem i esencją z róży bułgarskiej. Jako edycja specjalna wyróżnia się czerwoną barwą flakonu. Poza tym to ta sama słodkawo-żywiczna drzewność, którą znamy z Laylati, tyle że Wardasina pachnie pełniej, bardziej arabsko, naprawdę świetnie. Szafran przydaje jej zadziornej, pylistej suchości, zaś nieco od niego mniej wyraźna róża – seksapilu. By rzucić nieco światła na te podobieństwa (lub może nieco to wszystko pogmatwać), Wardasina ma drugie, europejskie imię: Rosso Afgano, zaś Laylati w Europie przedstawiana się jako Afgano Puro

*          *          *

Robiąc research nt. marki  Sospiro, a także – siłą rzeczy – Xerjoff  (jak to zwykle mam w zwyczaju, zanim zacznę o czymś pisać) – nabrałem przekonania graniczącego z pewnością, że za tymi rozbudowanymi liniami perfum, często zawierających nutę oudu (Xerjoff ma przecież nawet kilka attarów nazwana Mukhallat, a także linię Oud Stars), za specyficznymi flakonami o orientalnym, czasem dla europejskiego oka kiczowatym designie, wreszcie za naprawdę imponującymi stoiskami na targach perfumeryjnych Esxence i Pitti Fragranze, stoi nie tylko kreatywny dyrektor Sergio Momo, ale przede wszystkim bardzo bogaci inwestorzy, podejrzewam że z krajów arabskich. W tym przekonaniu utwierdzają mnie także same pachnidła Sospiro – choć w swej tematyce zwykle europejskie, to jednak często z dodaną „kroplą orientu”, po arabsku esencjonalne, przebogate w składniki i majestatycznie rozwijające się na skórze.

Nie zmienia to natomiast mojej ogólnej pozytywnej oceny pachnideł Sospiro. Bo choć ich bezdyskusyjnie wysoka jakość i rzadko spotykana esencjonalność, świetne parametry użytkowe (wyrazistość, sillage, potężna projekcja i gigantyczna wprost trwałość!) przesłaniają często brak kreatywności i wtórność (w skrajnych przypadkach przybierającą postać plagiatu), to jestem świadomy, że nie zawsze może i nie zawsze musi być twórczo czy przełomowo. Czasem wystarczy, że jest bardzo dobrze pod względem rzemiosła. I tak właśnie jest w przypadku pachnideł Sospiro.

Versace „Oud Noir”

Czasy mamy takie, że każda perfumowa marka chce mieć w swojej ofercie zapach o tematyce agarowej, najlepiej ze słowem oud w nazwie. I choć mam wrażenie, że oudowa moda traci swój impet, to już pozostawiła po sobie niezliczone „dzieci”. O tym że słowo oud jest zwykle jedynie chwytem marketingowym (bardzo często mającym na celu lukratywną sprzedaż zapachu w krajach arabskich) i absolutnie nie gwarantuje użycia w formule prawdziwej żywicy agarowej, pisałem już wielokrotnie. Ale czyż nie analogicznie działo się i wciąż dzieje z zapachami ambrowymi? Ile z nich mających w nazwie amber zawiera prawdziwą, naturalną szarą ambrę? Żaden. (Znanymi mi wyjątkami są super ekskluzywne pachnidła marek Roja Dove i Royal Crown). Dziś ambra w perfumach = akord ambrowy stworzony z różnych ingrediencji (często są to żywica benzoesowa, wanilina i labdanum), mający „udawać” naturalną ambrową woń. Bardzo często już nawet to kryterium nie jest spełniane, gdyż na przestrzeni wielu lat swej obecności w pachnidłach akord ambrowy nabrał szerszego znaczenia, a nawet w dziwny sposób przetransformował w zapach… bursztynu (ang. amber), tak jakby naturalny bursztyn czymkolwiek pachniał… Identycznie dzieje się dziś z oudem. Zapachy „oudowe” potrafią pachnieć bardzo różnie, a oudem często nazywane są wonie nie mające z zapachem oudu nic wspólnego (patrz np. Ferrari Essence Oud, którego recenzję szykuję). Ale zdarzają się na szczęście przypadki wprost przeciwne. Do takich należy moim zdaniem bohater dzisiejszego wpisu – w mojej opinii przykład naprawdę udanej realizacji agarowego tematu. Długo przymierzałem się do testów Versace Oud Noir, obawiając się zapachowego rozczarowania. Dziś jednak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że było warto poświęcić mu czas (a czas to jak wiadomo także i … pieniądz).

Versace Oud Noir

Choć flakon jest doskonale znany z niezwykle popularnego, świeżego, aromatycznego Versace Pour Homme (2008), to już jego czarno-złota barwa sugeruje zgoła inny charakter i ciężar gatunkowy pachnidła. Nie przypadkowo jednak Oud Noir zamknięty został właśnie w takim flakonie. Ten orientalno-drzewny zapach pomyślany jest bowiem jako skierowany na rynki arabskie odpowiednik europejskiego Pour Homme. I coś w tym jest. Przecież Versace Pour Homme, łączący rześkie nuty cytrusowe z przyprawami i nutami drzewnymi, to absolutnie europejski typ męskiego pachnidła z gatunku casual. W ten sam sposób należy potraktować Oud Noir, tyle że w kontekście arabskim. To agarowy casualowiec, oud europejsko-arabski, o „cywilizowanej” mocy i projekcji.

versace-oud-noir3

Przede wszystkim – i to jest dla mnie spora niespodzianka, a także przyczyna, dla której moja ocena Oud Noir jest bardzo subiektywna – mocno przypomina mi on M7 od Yves Saint-Laurenta. Oczywiście oba zapachy nie są identyczne, ale postawiłbym je obok siebie, gdybym miał grupować znane mi „oudowce” pod względem sposobu realizacji tematu. Co konkretnie wspólnego maja Oud Noir i M7? Łączy je gorzko-„lekarstwiana” nuta, która w Oud Noir obecna jest przede wszystkim w otwarciu (gdzie początkowo jeszcze łagodzą ją nieznacznie pomarańcza i neroli) oraz w fazie serca, gdy do głosu dochodzi tercet szafranu, kardamonu i kadzidła. Początek jest zresztą dość mocny, szorstki i całkiem wyraźnie doprawiony czarnym pieprzem. Z czasem zapach staje się łagodniejszy i gorzko-słodki (szafran). Pojawia się sygnaturowa, sucho-drzewno-szafranowa woń, która ciągnie się przez kolejne godziny wyraźnie projektując i stopniowo, ale bardzo powoli gasnąc, uwydatniając jednocześnie solidne pokłady czegoś, co może być Iso E Super. Na etapie bazy Oud Noir oddala się od M7 znacząco, stając się mniej dymnym, a bardziej sucho-drzewnym. Zapach ten więc praktycznie od początku do końca zachowuje swój zasadniczy, drzewny charakter, ulegając na skórze jedynie subtelnym przemianom, których niewprawiony nos może nawet nie zauważyć. To co czujemy na samym początku jest niemalże tym samym, czym pachniemy na finiszu.

M7-m

Podobieństwo do M7 było czymś, czego absolutnie się nie spodziewałem. Nie spotkałem się nigdzie w Internecie z takim porównaniem, a przecież fani M7 znani są z poszukiwań alternatyw dla swego ulubieńca (choć póki co na szczęście mamy M7 Oud Absolu). Szczerze przyznam, że Oud Noir to chyba najbardziej podobne do M7 znane mi ujęcie oudu i bardzo jestem ciekaw, jaki perfumiarz za nim stoi. Na swój użytek uknuję (jak zwykle!) małą teorię spiskową, która (jak zwykle!) równie dobrze może być funt kłaków warta… Otóż przypomnę, że M7 dla YSL stworzył duet Alberto Morillas i Jacques Cavallier. Versace Pour Homme (europejski) to dzieło Morillasa. Może więc i za Oud Noir stoi ten twórca? Tym bardziej, że czuję w nim charakterystyczne cechy stylu Morillasa: harmonia, oszczędność środków wyrazu, moc na „poprawnym politycznie” poziomie, perfekcyjny warsztat.

versace oud

Oud Noir nie jest przytłaczający, ale jest „obecny” przez wiele godzin pod warunkiem dość solidnej aplikacji (atomizer rozpyla drobne chmurki). Ma satysfakcjonującą projekcję, nie dominuje, ale snuje się za noszącym pozostawiając krótki, ale wyraźny ogon, złożony z bardzo intrygującej mieszanki zapachowych molekuł. Szczyt projekcji przypada między 3 a 8 godziną po aplikacji. Zastosowanie szafranu i kardamonu w sercu przydaje mu tej arabskie orientalności, odrobiny kulinarnej słodkości, ale jest ona tak zbalansowana innymi nutami, że nie ma tu mowy o popadaniu w estetykę gourmand. Podobny zabieg w swoim wspaniałym Oud zastosował Francis Kurkdjian, choć tam więcej jest orientalnej słodkości szafranu. I to właśnie dzieło Kurkdjiana jest dla mnie drugim obok M7 odnośnikiem dla Oud Noir.

Oud Noir uważam za jedno z moich bardziej przyjemnych odkryć zapachowych ostatnich miesięcy. Długo przymierzałem się do jego spróbowania, ale cieszę się, że w końcu to zrobiłem. Gdzieś po cichu liczyłem, że mnie przyjemnie zaskoczy i faktycznie tak się stało. Nosi się go z dużą przyjemnością. Bardzo lubię, gdy perfumy pozostawiają taką enigmatyczną, niedopowiedzianą aurę. Oud Noir taki własnie jest. Tajemniczy i intrygujący. Polecam go nie tylko fanom oudu i M7, ale także wszystkim tym, którzy lubią pachnidła suche, przyprawowe, drzewne i kadzidlane.

versace oud 3

nuty głowy: pomarańcza, neroli, czarny pieprz

nuty serca: kardamon, szafran, kadzidło

nuty głębi: paczula, oud, skóra, akord skórzano-drzewny

twórca: bd.

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ponad 10 h

Maison Francis Kurkdjian Oud Moods

oud collection

Francis Kurkdjian najpierw długo wzbraniał się przed stworzeniem perfum agarowych, a kiedy już je stworzył (Oud), zrobił to po – wg jego stwierdzenia – po europejsku, unikając typowej arabskiej estetyki (choć wg mnie nie do końca, bo jednak mieszanka oudu z szafranem i piżmami wydaje się być bardzo arabska, mimo że agar został tu – jakby z obawy – skrzętnie ukryty wśród pozostałych ingrediencji). W każdym razie zapach okazał się całkiem udanym, a przede wszystkim bardzo wdzięcznym w noszeniu ujęciem agarowego tematu.

Sporym zaskoczeniem była więc nowina, że oto Francis zamierza przedstawić kolejne trzy (!) zapachy z wykorzystanym już w pierwszej kompozycji najlpeszej jakości oudem z Laosu w roli głównej. Już sam design flakonów zdradzał jednak, że tym razem będą to pachnidła o arabskim charakterze, co więcej – prawdopodobnie stworzone głównie z myślą o tamtejszym rynku. Nie mam bowiem wątpliwości, że było to ze strony MFK umiejętne posunięcie komercyjne, ukierunkowane na głębokie kieszenie arabskich szejków i im podobnych beneficjentów nafto-biznesu. Czyż bowiem może być coś bardziej atrakcyjnego od trio arabskich pachnideł stworzonych przez jednego z najzdolniejszych, ale także i najsłynniejszych francuskich perfumiarzy, którego sława bez wątpienia dotarła także na Półwysep Arabski?

FRANCIS_KURKDIJAN_3

Extrait de parfum – na takie wyjątkowo duże stężenie ingrediencji zdecydował się tym razem perfumiarz, o czym zresztą świadczy trwały tłusty ślad pozostawiany na skórze przez wonne płyny. To z kolei przekłada się na bardzo dobrą trwałość, ale i  naprawdę wysoką cenę, nawet jak na standardy tzw. niszy. Obrazu dopełnia ciemna, grafitowa, nieco wręcz złowroga barwa płynów zamkniętych w kurkdjianowskich flakonach ozdobionych tym razem w stylu arabian (czyli dużo koloru złotego…).

Wszystkie trzy kompozycje mają charakter uniseksów, co uważam za ich zaletę. Każda ma oddawać pewien nastrój, klimat (mood) ściśle związany z fakturą materiału znajdującego się w nazwie, a więc kaszmiru, jedwabiu i aksamitu. To oryginalne podejście do tematu i należy to zauważyć. Jestem pewien, że perfumiarz formatu Kurkdjiana potrafi przełożyć fakturę, tudzież nastrój na nuty i akordy zapachowe. Ja mogę jedynie spróbować opisać własne subiektywne odczucia na temat poszczególnych klimatycznych oudów Francisa. Gwoli formalności dodam, że wszystkie pachnidła tej marki dostępne są perfumerii Quality Missala.

Cashmere Mood

Najbardziej wyrazisty z całej trójki zaskakuje ostrym, szczególnie jak na normy Kurkdjiana, wibrującym, lekko kwaśnym i nieco jakby wilgotnym intro, w którego przedłużeniu wyczuwam coś na kształt balsamu sosnowego lub jodłowego. Wstęp jest mocno niszowy, przykuwający uwagę, trochę kontrowersyjny. Może okazać się nawet nieco trudny, szczególnie dla niewprawionego nosa, jednak zakładam, że osoby zainteresowane twórczością MFK to już raczej zapachowi koneserzy, którzy z akceptacją tego typu woni nie będą mieli najmniejszych problemów. W dalszej fazie Cashmere Mood pachnie drzewnie, dymnie, w sposób kojarzący się trochę z gęstym dymem wędzarniczym, a trochę z palonymi ziołami (odległe, ale jednak, reminiscencje Black Tourmaline Oliviera Durbano, a dużo bliższe z Opus VII Amouage). Później stery przejmuje suchy, stuprocentowo drewniany akord, który z biegiem godzin nabiera charakterystycznej agarowej zadziorności połączonej z pewną ciepłotą pochodzącą – jak sądzę – od specyfikowanych w oficjalnym składzie: wanilii, benzoesu i labdanum. Nie ma tu jednak mowy o słodkawej miękkiej i puchatej poduszce, jaką w sposób naturalny z tych składników można by utworzyć. Do samego końca jest tu sucho, drzewnie i… sygnaturowo. Baza to absolutna kwintesencja tego pachnidła.

Gwoli powinności śpieszę dodać, że Cashmere Mood siedzi na mojej skórze prawie dobę pachnąc przez pierwsze kilka godzin dość mocno, a później stonowanie, ale wciąż wyczuwalnie. Francis Kurkdjian udowadnia tu, że potrafi pójść ścieżką, na której nie zostawił wcześniej śladów. To zapach odważny, zdecydowany i charakterny, z pazurem, jakiego w wykonaniu tego perfumiarza dotąd nie doświadczyłem. Wyróżniająca się, naprawdę mocna pozycja – nie tylko w katalogu Maison Francis Kurkdjian.

cashmere

główne nuty: labdanum z Maroka, benzoes, wanilia, oud z Laosu, 

Silk Mood

W porównaniu do Cashmere Mood Silk Mood to zapach z przeciwnej strony agarowego spektrum. W dość typowym ujęciu, bo w duecie z różą, jednak dzieło Kurkdjiana zachwyca niebanalną urodą. Jest narysowane delikatną, choć tłustą kreską i pięknie zaokrąglone. Całości dopełniają papirus (cypriol) i rumianek oraz wiele innych niewymienionych oficjalnie składników.

Początek pachnie dość intensywnie coś jakby lakierem do drewna, ale już po chwili traci na ostrości i mości się wygodnie na skórze w postaci zmysłowego wypolerowanego arabskiego akordu. Baza – wyczuwalna wciąż po kilkunastu godzinach – jest subtelna, ciepła, troszkę piżmowa i zawierająca wspomnienie róży. Mimo bardzo długiego czasu od aplikacji (kilkanaście godzin) zapach wciąż daje o sobie znać.

Silk Mood jest od początku jedwabiste właśnie, a finezja, z jaką maestro Kurkdjian połączył cenne ingrediencje zachwyca. Silk Mood to oud bezpieczny, ujarzmiony, harmonijny i … zachwycająco piękny. Niezwykła homeostaza przypomina mi tę zaprezentowaną w równie cudnym Agarwoud Jamesa Heeleya, który wciąż czeka na swoją recenzje na moim blogu… Silk Mood jest gęsty, raczej bliski skóry, ciepły, przylegający, zmysłowy, spokojny i śliczny. Potwierdza nadzwyczajną trafność zestawienia esencji agarowej i królowej kwiatów. Pięknie pachnące perfumy. Nic dodać, nic ująć.

silk

główne nuty: róża bułgarska, rumianek z Maroka, papirus, oud z Laosu

Velvet Mood

Otwarcie zapachu jest podobne Cashmere Mood, choć pozbawione jego iglastej żywiczności. Później jest trochę mniej ostro i mniej kwaśno, ale jednak klimatem Velvet bardzo bliski jest Cashmere, choć jako całość wypada od niego nieco delikatniejCzuję sporą dawkę szlachetnego szafranu znanego z pierwszego Oud Francisa, tyle że tu pachnie to wszystko wytrwanie i zadziornie. Cynamon nie jest tu tak znajomy i przyjemny, jak nas do tego przyzwyczaiła kuchnia i perfumy cynamonowe w rodzaju Rousse S.Lutensa, Musc Ravageur F. Malle czy Diesel Zero Plus Masculine. Zapach jest przez większość czasu ostry, pikantny, suchy, wytrawny i pylisty… Tak, to najlepsze określenie podsumowujące Velvet Mood – pylisty. 

Z Velvet Mood mam największy ambaras. Nijak nie potrafię zrozumieć, po co perfumiarz stworzył rzecz tak bardzo podobną do Cashmere Mood? Owszem – są pewne różnice, ale wg mnie mają dość subtelny charakter. Dopuszczam oczywiście możliwość, że mój nos nie jest w tym przypadku w stanie wychwycić większych różnic pomiędzy nimi. Jednak ja odbieram Velvet Mood jako stworzone trochę na siłę, bo jakoś tak przyjęło się, że jak zestaw pachnideł, to koniecznie składający się z trzech. A moim zdaniem starczyłyby z powodzeniem dwa wcześniej opisane i przekaz byłby znacznie silniejszy i konkretny. Dobra – przestaję wybrzydzać. Od przybytku głowa przecież nie boli.

velvet

główne nuty: cynamon z Cejlonu, szafran, brazylijski balsam copahu, oud z Laosu

Oudowe trio Maison Francis Kurkdjian to kawał solidnej perfumiarskiej roboty. Chwilami bezkompromisowej i nieokiełznanej (Cashmere), chwilami bardziej wyważonej (Velvet), a nawet troszkę zachowawczej (Silk), ale przede wszystkim niezwykle intrygującej i doskonałej jakością składników oraz ich mistrzowskim poukładaniem. Ale przecież do tego Francis Kurkdjian zdążył mnie już przyzwyczaić, a nawet trochę zepsuć, bowiem zawsze mimowolnie wysoko zawieszam mu poprzeczkę. Nie ma obawy. Przeskoczył ją i tym razem.  

Oud wciąż ma się dobrze? Maison F. Kurkdjian „Oud” vs. Kilian „Amber Oud”

Ostatnie nowości dwóch niszowych, czy raczej ekskluzywnych, marek perfumowych:  Kilian oraz Maison Francis Kurkdjian dowodzą, że moda na agarową żywicę w perfumach wciąż trwa, mimo ewidentnego przesycenia rynku tym tematem. Choć może to wprawiać obserwujących rynek perfum niszowych/ekskluzywnych w pewną konfuzję, to jednak kolejne marki wprowadzają swoje oudy, a niektóre nawet po kilka różnych wariacji. Powiedzmy sobie szczerze – ile można eksploatować ten temat i proponować coś oryginalnego lub unikatowego? Jak to zrobić, by nie zanudzić kompletnie odbiorcy? Twórcy imają się różnych sposobów, czego dowodami są właśnie Amber Oud Kilian i Oud MFK. Oba zapachy mają ze sobą więcej wspólnego, niż to jedno magiczne słowo w nazwie. Obie kompozycje pozycjonują bowiem agar w zapachowym otoczeniu, które okazuje się mieć większe znaczenie niż owe egzotyczne drewno. Ale po kolei…

Kilian Amber Oud

Kilian oficjalnie przyznaje, że nie tylko o oud tu chodzi, nazywając swoje perfumy Amber Oud i dopisując w ten sposób czwarty rozdział do swej księgi Arabian Nights – po Pure Oud, Rose Oud i Incense Oud. I rzeczywiście. To pachnidło to na pierwszym miejscu akord ambrowy, a dopiero na drugim oud. A może nawet na trzecim. Efektem perfumy naprawdę śliczne, ale niemal nie-oudowe. Muszę przyznać, że kremowa ambra – jako mieszanka żywic, balsamów i wanilii – jest tu jedną z najpiękniejszych interpretacji tego akordu w znanym mi dotychczas perfumiarstwie. Oud pozostaje jednak w jej cieniu, dodając tylko odrobinę swego drzewno-skórzanego oblicza. Amber Oud brzmi na skórze bogato i gęsto, mocno i długo w sposób, który bardzo przypada mi do gustu, choć swą prawnie nie-oudowością przypomina mi filozofię zastosowaną przez Creeda w Royal Oud i czy Bond No. 9 New York Oud, choć w obu tych pachnidłach oud mimo wszystko był bardziej wyczuwalny. Jest więc Amber Oud bardzo ostrożnie i z ogromnym umiarem agarowy. Tak jakby Kilian Hennesy wyszedł z założenia, że oud w perfumach ambrowych nie pachnie równie dobrze, jak brzmi w ich nazwie… 

nuty: oud, wanilia, benzoes, cedr, korzennik, ambra

twórca: Calice Becker

rok wprowadzenia: 2012

moja klasyfikacja: gęsty oriental obojga płci, raczej wieczorowy, na chłodniejsze pory roku

ocena w skali 1-6: kompozycja: 4/ moc: 4/ trwałość: 5/ flakon: 5

Maison Francis Kurkdjian Oud

Zacznę od małej dygresji. Ostatnio dowiedziałem się, iż maestro Francis Kurkdjian nie przepada za perfumowymi krytykami i blogerami. W swych rozważaniach dochodzi nawet do wniosku, że krytycy nie powinni oceniać perfum wyłącznie na podstawie ich zapachu. Że liczy się całość, zamysł twórcy, jego wizja. Tylko – pytam – skąd u licha, mając przed sobą próbkę lub ewentualnie flakon perfum, mogę wiedzieć, co autor tychże miał na myśli? Ja po prostu wącham, noszę i opisuję to, co czuję, z czym mi się kojarzy i jak to oceniam. Całkowicie subiektywnie, bo inaczej się nie da. Czy się to Panu Francisowi podoba, czy nie. 🙂

Koniec końców także i on – współczesny olfaktoryczny wirtuoz, mistrz harmonii, gładkiej formy, zwięzłej treści i konkretnego przekazu – uległ potrzebie zapachowego wypowiedzenia się w oudowej konwencji. Jako wielbiciel kunsztu FK czekałem na jego testy Oudu z niecierpliwością. Mogę śmiało napisać, że nie zawiodłem się, chociaż… Podobnie jak Calice Becker, tak i Kurkdjian nie odważył się na postawienie agaru na piedestale. Tyle że on, zamiast pluszowej ambry, użył przede wszystkim aksamitnych piżm. W kontekście agaru to dla mnie nowość, choć w zestawieniu z tym, a nie innym, perfumiarzem nie jestem zaskoczony. Kurkdjian często umieszcza  w swych kompozycjach „czyste” piżma w ilościach sążnistych, dając w ten sposób zapachom pełnię, głębię, okrągłość, zmysłowość, czystą niczym biała koszula aurę i trwałość. Zgoda – tu oud jest nieco lepiej wyczuwalny niż w Ambre Oud Kiliana. Nuta agarowa jest nieco podobna do tej, którą znalazłem w genialnym Leather Oud Diora i w perfumach Mony Di Orio. To ten sam pochodzący z Laosu gatunek, uważany za najszlachetniejszy. Może i tak. W każdym razie Kurkdjian zrobił wiele, by zneutralizować niemiłe aspekty agarowej woni i zanurzył tę egzotyczną żywicę w kąpieli z doskonałej jakości syntetycznych piżm, a całość posypał szarfanem. Efekt to oud czysty. Wyprany. Lekko słodki, balansujący na krawędzi kulinarności. Tak właśnie pachnie. Jak doskonałej jakości oudowy detergent. I nie jest to zarzut, bo mi się kurkdjianowski piżmo-agarowiec podoba. Nawet bardzo. Czuć w nim sygnaturę twórcy. Okrągło, bez kantów, gładko, esencjonalnie i niezwykle noszalnie, rzekłbym nawet – nieniszowo, a komercyjnie. Cały Francis. Brawo. A że przy okazji powstał zapach mający wyraźnie skórzaną aurę…? Cóż… To jest właśnie magia pachnących molekuł!

 

nuty: szafran, elemi, oud, cedr, paczula, piżmo

twórca: Francis Kurkdjian

rok wprowadzenia: 2012

moja klasyfikacja: nowoczesny zapach skórzany z lekko kulinarnym akcentem, uniseks, zmysłowy i z wyraźną sygnaturą

ocena w skali 1-6: kompozycja: 5/ moc: 5/ trwałość: 5/ flakon: 5

Dior „Leather Oud”

Dior – marka niezwykle szacowna i zasłużona także dla perfum – od kilku lat bardzo skutecznie odzyskuje mocno nadszarpniętą w latach 90-tych perfumową reputację. Tak jak niegdyś za czasów jej świetności legendarny Edmond Roudnitska, tak od kilku lat Francois Demachy dba o to, by perfumy Diora były – co tu wiele mówić – najlepsze na świecie. Nie dziwi więc, że w 2004 roku w ramach odbudowy statusu perfum Diora oraz sprostaniu konkurencji (głównie Chanel, Hermes i Guerlain), marka wprowadziła kolekcję trzech ekskluzywnych pachnideł butikowych La Collection Privee (ciekawostka: dwa z nich – Eau Noire i Cologne Blanche zrobił Francis Kurkdjian, a trzecie – Bois d’Argent – Annick Menardo). Demachy w 2010 roku przemianował ją na La Collection Couturier Parfumeur i od tamtego czasu uzupełnia ją sukcesywnie o własne kompozycje. Dziś kolekcja składa się z 11 pachnideł. Podobnie jak Les Exclusifs Chanela i Hermessences Hermesa, kolekcja Diora to oferta perfumeryjna kierowana do najbardziej wymagającej klienteli. W czasach gdy „zwykłe” zapachy Diora są dostępne dla przeciętnego klienta w sieciowych perfumeriach, marka proponuje coś ekstra dla zamożnych klientów swoich butików, podkreślając, że zapachy te są wytwarzane metodami dalekimi od produkcji przemysłowej.

Choć zapachy z kolekcji Couturier Parfumeur nie są jednoznacznie podzielone na damskie i męskie, to jednak dla panów sugerowane są Cologne Royale, Vetiver i dzisiejszy bohater – Leather Oud.

Już sama nazwa powoduje dreszczyk emocji u każdego fana żywicy oudowej. A do tego jeszcze skóra! Jak więc tytuł ma się do treści? Bardzo adekwatnie, choć już teraz mogę zdradzić, że nie jest to pachnidło skórzane, tylko raczej koncentrujące się na zaakcentowaniu skórzanego aspektu oudu, który palony emituje dym o silnie skórzanym zapachu. Ten efekt Demachy starał się osiągnąć  w Leather Oud. Powąchajmy więc nieco dokładniej…

Najpierw ciężka drewniana woń unoszona jest na skrzących się molekułach kardamonu i pikantnym goździku, które to składniki w akordzie otwarcia dodają całości tchnienia, „powietrza” i specyficznej świeżości. Ale to zaledwie intro do tego drzewnego opus magnum. Już chwilę później zaczyna się bowiem prawdziwie drzewna, esencjonalna i wytrwanie-żywiczna podróż w głąb oudowego pnia. Najpierw wyraźna wiórzasta nuta cedru, trochę dymnego gwajaku. Po kilku kolejnych minutach do mych nozdrzy dociera nutka chemiczna, kojarząca się z zapachem pasty do podłóg lub do butów albo czegoś w ten deseń. Ujawnia się wówczas niezwykle szlachetny indonezyjski oud. Ale to nie koniec, bowiem im dalej w las, tym więcej… wilków. Zapach staje się bardziej zwierzęcy, organiczny, chwilami niemal fekalny, balansujący wręcz na granicy noszalności, ale nigdy poza nią nie wykraczający. Całość jest mistrzowsko zbalansowana. Zapach ma dobrą projekcję i tytaniczną trwałość (ma mojej skórze ponad 2 doby).

Francois Demachy pokazał w Leather Oud prawdziwy „pazur” i nie będąc ograniczonym oczekiwaniami rynku stworzył perfumy dla perfum, podnosząc  w ten sposób w imieniu Diora rękawicę rzuconą przez wiele niszowych marek i udowadniając, że by stworzyć doskonałe perfumy oudowe (a za takie uważam Leather Oudpotrzeba – oprócz sprytnego marketingu – najlepszych składników (w tym doskonałego oudu), błysku geniuszu, doświadczenia oraz wybitnego perfumiarskiego warsztatu. Maestro Demachy (prawdziwy Grassoise) zaprezentował swoim niszowym kolegom po fachu, „jak się to robi w Paryżu”. Leather Oud to prawdziwy gigant dla ludzi o mocnych nerwach, który powoduje, że inne oudowce pachną przy nim jak grzeczne perfumy dla dzieci. Wiele oudowców pozostaje dla mnie wciąż nieodkrytych, ale spośród tych, które znam, tylko dwa mogą dotrzymać kroku kompozycji Demachy’ego: Oud Mona Di Orio oraz Oud 27 Le Labo. Nie mam wątpliwości, że we wszystkich trzech przypadkach zastosowana esencja oudu to najlepszej jakości produkt naturalnego pochodzenia. Poza tym to oud „między oczy”, bez łagodzenia i przykrywania go innymi składnikami (róża, jaśmin, balsamy, kadzidła, piżma). Bo choć Leather Oud jest kompozycją w sposób wyczuwalny złożoną, to jednak przeważają w niej składniki podkreślające drzewny (cedr, sandałowiec, gwajak) i zwierzęcy, skórzany (cywet, wosk pszczeli, ambra) charakter żywicy agarowej

Leather Oud to genialne pachnidło. Nie sposób się tu do czegokolwiek przyczepić. Jeżeli Vetiver z kolekcji La Collection Privee jest równie doskonały, to nie będę szukał dalej…

główne składniki: kardamon, goździk, paczula, cedr, sandał, gwajak, brzoza, wetiwer, wosk pszczeli, cywet, oud, labdanum, ambra

twórca: Francois Demachy

rok wprowadzenia: 2010

moja klasyfikacja: drewniany arystokrata na zimne pory roku; zapach dla koneserów i znawców tematu; raczej męski w swej suchości, wytrawności i zwierzęcości;

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 6/ projekcja: 5/ trwałość: 6/ flakon: 5

Perfumowe Podróże (5): Arabia Saudyjska – Montale „Black Aoud” i „Aoud Damascus”

W perfumowych podróżach pozostajemy w klimacie orientalnym. Dziś za pośrednictwem Pierre’a Montale’a z Turcji udajemy się niedaleko, bo na Półwysep Arabski, do Arabii Saudyjskiej, w której artysta ten uległ fascynacji arabska sztuką perfumiarską i jej integralnym składnikiem – żywicą agarową, zwaną oudhem.

Pierre Montale szczególnie upodobał sobie oud jako składnik perfum i chyba większość jego pachnącej oferty zawiera tę ingerdiencję. Jest to z pewnością efekt jego arabskich doświadczeń i fascynacji tamtejszą perfumerią. Montale, po opuszczeniu stworzonego przez siebie Comptoir Sud Pacifique, przez ponad 2 lata był prywatnym perfumiarzem saudyjskiej rodziny królewskiej. W arabskiej sztuce perfumeryjnej zarówno róża (słynne attary, czyli połączenia olejków różanych i sandałowych), a także i jakże specyficzny dla tego regionu oud (żywica zainfekowanego drzewa agarowego) to składniki powszechne, niemal niezbędne dla powstania pachnidła. Swego czasu opisałem już na blogu zapach Montale Dark Aoud, w którym żywica agarowa została połączona z olejkiem z drewna sandałowego, w efekcie czego otrzymaliśmy jeden z najbardziej drzewnych, suchych i wytrawnych oudowców w ofercie tej marki. Dziś dwa inne i dwa różne od siebie oudowce, w których ta niezwykła ingrediencja sparowana została w bardzo tradycyjny arabski sposób z innymi składnikami.

Black Aoud – czyli oud i paczula

Ten podobno najpopularniejszy oudowiec Montale okazuje się być – mimo groźnej nazwy i lekko powalającego otwarcia – nad wyraz wdzięcznym i zrównoważonym pachnidłem, w którym specyficzna, lekarstwiano-drzewno-fizjologiczna woń agarowej żywicy została z sukcesem „ożeniona” z olejkiem z liści paczuli. Z początku poczujemy tu troszkę cytrusów, później da o sobie znać róża (ale bardzo w tle), by wreszcie, po około godzinie od aplikacji, ujawniła się piękna paczulowa nuta trwająca, można by rzecz, w nieskończoność. Black Aoud to bowiem niezwykle trwałe perfumy, mające spokojnie co najmniej dobową trwałość i nie pozwalające o sobie zapomnieć nawet po kąpieli. Szczerze mówiąc, spodobały mi się jako bardzo wdzięczne mimo dość przecież trudnego tematu. Nie jestem jakimś zagorzałym fanem oudu. Mam też spaczony na niego pogląd, co przyznaję, bowiem pierwsze pachnidło z oudem, jakie poznałem, to genialne M7 YSL (mój męski faworyt), w którym jednak oud został użyty w sposób zupełnie inny, bardziej zręczny i (jednak) ostrożny, mainstreamowy, niż ten znany mi z wielu przykładów perfumerii niszowej.  Poza tym, co jest istotne w moim odbiorze Black Aoud, to fakt, że ja lubię zapach paczuli i nie raz łapię się na tym, że przypadają mi od razu do gustu pachnidła z wyczuwalną jej nutą. Black Aoud po kilku testach uznałem za dobrą opcję także dlatego, że nuta różana nie jest w nim szczególnie wyraźna. Tak jak bowiem lubię paczulę, tak i lubię różę, ale w zestawieniu z oudem ten królewski kwiat nie zawsze trafia w mój gust. Dlatego też kolejny oudowy zapach Montale, który opiszę poniżej, nie zachwycił mnie, a właściwe to pozostawił mnie obojętnym.

nuty: mandarynka, róża, paczula z Indonezji, oud (żywica agarowa) z Kambodży, piżmo

twórca: Pierre Montale

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 4,5/ moc: 5/ trwałość: 6/ flakon: 3,5

Aoud Damascus – czyli oud i róża damasceńska

Tym razem oudowa żywica zestawiona została w bardzo tradycyjnie arabski sposób z olejkiem ze szlachetnej róży damasceńskiej. Owszem – pachnie to obiektywnie rzecz ujmując imponująco i niezwykle…. po arabsku właśnie. Tu zaczyna się mój kłopot. To zestawienie nie trafia do mnie. Początek mocno uderza po nozdrzach „fizjologicznym”, lekko kwaśno pachnącym oudem, by już po kilku minutach osiąść na skórze wyraźną nutą różaną. Klasycznie różaną, dodam. Jeżeli więc ktoś nie toleruje takiego lekko mydlanego, klasycznego, „toaletowego” ujęcia róży (patrz choćby Van Cleef & Arpels Pour Homme czy Czech & Speak No. 88), temu Aoud Damascus zwyczajnie nie przypadnie do gustu. Z kolei zwolennicy królowej kwiatów będą co najmniej zadowoleni. Oczywiście róża z czasem przygasa (ale bardzo powoli) i zapach staje się bardziej balsamiczny, ale całość nie zmienia swego klimatu aż do samego końca. Na plus tej kompozycji wpisuję fakt, że róża pachnie tu bardzo naturalnie i szlachetnie, absolutnie nie kiczowato. Jednak całość –  nie dla mnie.

nuta: róża damasceńska, olibanum, balsam gurjun, oud

twórca: Pierre Montale

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 3,5/ moc: 4/ trwałość: 5/ flakon: 3,5

PS. Zapachy Montale można przetestować i zakupić w warszawskiej perfumerii Quality.