Atelier Cologne – „Collection Orient” oraz „Bergamote Soleil” „Citron d’Erable” i „Clementine California”

Lato w pełni. To czas, w którym zawsze chętnie wracam do zapachów Atelier Cologne. Tym razem ten „powrót” ma zapach nowości, których przez ostanie półtora roku marka zaprezentowała całkiem sporo.

O Atelier Cologne pisałem już na blogu wielokrotnie. Nie ustaje ona w rozbudowywaniu swej oferty „kolońskich absolutów” – jak nazywają je kreatorzy – Sylvie Ganter i Christophe Cervasel. Dla miłośników aromatów świeżych, orzeźwiających, przepełnionych najróżniejszymi aromatami cytrusowymi (choć nie wyłącznie) Atelier Cologne to prawdziwe perfumowe El Dorado. Ale nie tylko. Marka nie stroni od innego rodzaju aromatów. Szczególnie upodobała sobie wonie orientalne, drzewne i przyprawowe, uciekający od szeroko rozumianych kwiatów (nawet Rose Anonyme jest bardziej drzewne niż kwiatowe).

Atelier Cologne founders
Christophe Cervasel i Sylvie Ganter

W roku 2016 Atelier Cologne zaprezentowało kilka nowych zapachów, w tym całkiem nową kolekcję Collection Orient. To z niej pochodzi opisany przez mnie przy okazji „Małej pieprzowej antologii” Poivre Electrique autorstwa Bruno Jovanovica. Pozostałe zapachy tej kolekcji także zasługują na uwagę. Zachwycają pięknymi, pastelowymi akordami, subtelnie orientalnym i jednocześnie lekkim oraz nieskomplikowanym charakterem, choć żaden z nich nie jest aromatem stricte kolońskim.

 

Philtre Ceylan – herbatka z bergamotką i miętą na zielonym drzewie

Aromat złożony z nut czarnej i zielonej herbaty, aromatyzowanych bergamotką, niczym rasowe earl grey. Prócz tego poczujemy w nim z początku odrobię indyjskiej mięty oraz kardamon. W składzie znalazł się także chiński irys (!), kmin, gwajakowe drewno i indyjski papirus. Składniki te budują subtelną, ale trwałą, zielono suchą bazę (w klimacie zbliżonym do Timbuktu L’Artisan) tej naprawdę prześlicznej i bardzo sugestywnej kompozycji. Warto dodać, że Philtre Ceylan nie jest pierwszym zapachem herbacianym w ofercie Atelier Cologne. Wcześniejszy jest Oolang Infini z 2010.  

atelier-cologne-philtre

główne nuty: czarna herbata cejlońska, bergamotka kalabryjska, mięta indyjska, papirus

 

Mimosa Indigo – świeża kwiatowa skórka

Uroczy, kobiecy, lekki zapach kwiatowo-skórzany,  w którym subtelnie kwiatowa woń indyjskiej mimozy, odświeżona esencją mandarynki, osadzona została na wyczuwalnym praktycznie od początku do samego końca lekkim akordzie skórzanym, opisanym jako „akord białej skóry”, cokolwiek to znaczy. Wraz z dość szybkim zniknięciem aromatu cytrusowego na skórze zaczyna dominować wiodący akord tej kompozycji – kwiatowo-skórzany, subtelnie szminkowy, jednoznacznie kobiecy, kojarzący się z zapachem wnętrza skórzanej damskiej torebki. Skóra nabiera w nim lekkiej kremowości, a całość pachnie bardzo luksusowo. Śliczne.

Atelier Cologne Mimoza

główne nuty: mimoza Indygo, mandarynka, akord białej skóry

 

Tobacco Nuit – przyprawowy kadzidlak z nutką tytoniu

Nazwa tego zapachu jest myląca. Tytułowy tytoń występuje tu bowiem raczej w domyślnej, aniżeli fizycznej formie. Ale sam zapach nic na tym nie traci. Piękne, przyprawowe otwarcie z wyróżniającą się kolendrą, w sercu kwiat tytoniu w kadzidlanej oprawie (kadzidło i labdanum), a wszystko to na bazie z paczuli, cedru i tonki. Całość jest więc przyprawowo-żywiczno-drzewna i tylko odrobinę słodka (tonki jest tu w sam raz). Owszem, takich zapachów powstało już wiele, ale Tobacco Nuit jest – jak zresztą wszystkie zapachy Atelier Cologne – bardzo kompetentnie wykonany i nosi się z go z prawdziwą przyjemnością. Dzięki takim, a nie innym składnikom, wyróżnia się też trwałością. Świetny na te chłodniejsze dni oraz letnie wieczory.

Atelier Tobacco

główne nuty: kwiat tytoniu, kolendra, klementynka, labdanum

 

Encens Jinhae – koreańskie kadzidło z kwitnącą wiśnią

Obok Philtre Ceylan to mój ulubiony zapach z Collection Orient. Kadzidło inne niż wszystkie, lekkie, rześkie, transparentne, nieco także mineralne, podane w – było nie było – konwencji kolońskiej, rozumianej jako lekki i odświeżający zapach. Z początku doprawione cytryną i gałką muszkatołową oraz wprawione w ruch molekułami różowego pieprzu. W sercu ożenione ze zwiewną nutą kwiatu wiśni i odrobiną róży (kapką!), w bazie podbudowane drewnem sandałowymi i elemi, ale przede wszystkim środkową frakcją esencji z indonezyjskiej paczuli, tej samej, która tak niesamowicie prezentuje się w Mistral Patchouli tej samej marki. Stąd pewne podobieństwa obu zapachów, ale także całkiem wyraźne powinowactwo do fenomenalnego Hermann a mes cotes… Etat Libre d’Orange.

Atelier Cologne Encens

główne nuty: kadzidło z  Samarkandy, cytryna, kwiat wiśni z Jinhae

 

Kolejne dwa zapachy Atelier Cologne zasiliły w 2016 roku stricte kolońską kolekcję Joie de Vivre.

Bergamote Soleil – gdzie cytrusy i jaśmin spotykają kardamon,…

… tam powstaje przyjemnie znajomy aromat. Połączenie prowansalskiego akordu znanego z diorowskiego klasyka Eau Sauvage (bergamota, gorzka pomarańcza, jaśmin, lawenda, wetyweria, mech dębu – to wszystko buduje tu szkielet), doprawione kardamonem, który w takim zestawieniu natychmiast powoduje jednoznaczne skojarzenia z innym klasykiem francuskiej perfumerii – Declaration Cartiera (fakt, że bardziej w wersji Cologne). Tak oto dwie perfumeryjne legendy (uosabiane przez dwóch legendarnych perfumiarzy – Edmonda Roudnitskę i Jean-Claude’a Ellenę) spotykają się w jednym współczesnym zapachu. Bo dodać należy, że przy wszystkich podobieństwach do klasyki, Bergamote Soleil jest absolutnie współcześnie, rzesko i dynamicznie pachnącą kolońską, stworzona z wykorzystaniem aktualnie dostępnych, bardzo czysto pachnących składników (np. środkowa frakcja wetywerii, którą wcześniej już poznaliśmy choćby w Vetiver Fatal). Ze względu na wszystkie te cechy Bergamote Soleil to jeden z moich ulubionych zapachów Atelier Cologne.

atelier-cologne-bergamote-soleil-918x538

główne nuty: bergamotka, jaśmin, kardamon, ketmia piżmowa

 

Clementine California – słodkie cytrusy z anyżem oraz kwiaty-widmo

Śliczne, soczyste, słoneczne, słodko cytrusowe intro (troszkę kojarzące mi się z Pomelo Paradise tej samej marki, w którym także zastosowano esencję z mandarynki, tu obok klementynki i jagód jałowca) przechodzące w serce – lekko przeprawowe (anyż, bazylia, pieprz syczuański), lekko jakby kwiatowe (bo kwiatów w składzie nie wymieniono), czyniące z Clementine California jeden z bardziej kobiecych zapachów Atelier Cologne, mimo drzewnej bazy złożone z wetywerii, sandałowca i cyprysu. Jest jednak coś w sercu tej kompozycji, w jej przewodnim temacie, co przechyla ją ku płci pięknej (choć zasadą Atelier Cologne jest uniseksowość ich perfum).

Atelier Cologne Clementine

główne nuty: klementynka, anyż, cyprys

 

Ostatnia propozycja z 2016 roku weszła w skład kolekcji Bon Voyage zwanej też Collection Azur.

 

Citron d’Erable – klonowe cytrusy, czyli kanadyjska kolońska 

Cytrusowa esencja na drzewnej bazie to formuła znana od dawna, ale Atelier Cologne reaktywuje ją ze znaną sobie ekspertyzą i wdzięcznością oraz w dość oryginalnej formie. Niespotykany mariaż cytryny (i mandarynki) z akordem syropu klonowego na solidnie drzewnej, bardzo kanadyjskiej bazie (drewno klonowe, sekwoja, cedr), a pomiędzy nimi przyprawowe serce (pieprz syczuański i eukaliptus) oraz esencja ze słynnych burgundzkich czarnych porzeczek. Choć składnikowy opis brzmi dużo ciekawiej od faktycznego olfaktorycznego efektu (któremu po interesującym otwarciu brakuje treści), to nie można odmówić Citron d’Erable swoistego uroku. Plasuje się on po tej bardziej męskiej stronie zapachowego spektrum Atelier Cologne.

Atelier-Cologne-Citron-dErable-628

 

główne nuty: cytryna, syrop klonowy, drewno klonowe

LM Parfums – mroczne Elizjum

„Ślepy księżyc za oknem

Gdzie noc stała się Elizjum

Dla bezsennych dusz”

 

Pozwólcie, że przedstawię…

fond-LaurentMazzone

„Niech chcę po prostu sprzedawać perfum. Chce jest tworzyć.”

Ta – jakże oryginalna (?) – dewiza przyświeca urodzonemu w Grenoble we Francuskich Alpach Laurentowi Mazzone, od dziecka zafascynowanemu zapachami, miksowaniem pachnących substancji, później modą, wreszcie perfumami. Długa droga prowadziła go do momentu, w którym w 2011 roku zadebiutował jako właściciel i dyrektor kreatywny niszowej marki perfumowej LM Parfums. Ekscentryczny, o mrocznym emploi, odważny zarówno w autokreacji jak i w budowaniu swej marki. Skutecznie. Pamiętam, że urządzone w formie czarno-czarnego niby-namiotu stoisko LM Parfums podczas Esxence 2016 wzbudzało naprawdę duże zainteresowanie i trudno było się tam w ogóle dostać, szczególnie, że sam Mazzone był Mistrzem ceremonii. To pokazuje, w jak ciekawym kierunku rozwinęła się perfumeria niszowa, coraz częściej oparta nie tylko o spójny koncept, ale i często o osobowość dyrektora kreatywnego (bo tak przyjęło się nazywać kierujących perfumowymi brandami).  Im ciekawsza, im barwniejsza, tym większa szansa na popularność marki i jej perfum. W obu kwestiach Mazzone ma czym się pochwalić.

„Respektować tradycję, ale z odrobiną subtelnej prowokacji.”

To zdaniem dobrze oddaje klimat pierwszych czterech pachnideł LM Parfums – wód perfumowanych Noir GabardineO des SoupirsAmbre Muscadin, Patchouli Bohème, dziś wchodzących w skład tzw. White Label Collection. Tradycyjne tematy perfumowe ujęte we współczesny, niewątpliwie intrygujący sposób, w pewnym sensie już zapowiadały kierunek dalszych poszukiwań olfaktorycznych Mazzone. Bo choć nie jest on perfumiarzem i korzysta z usług zawodowców (głównie Jerome’a Epinette’a, znanego m.in. ze współpracy z Benem Gorhamem i jego Byredo), to jego wpływ na efekt końcowy jest bezdyskusyjny. Mazzone kieruje prace perfumiarza na tereny, na które ten być może nigdy nie zdecydowałby się wkroczyć. Tak powstają perfumy o bardzo mocnych i wyrazistych, zwykle orientalnych sygnaturach, złożone z oryginalnych i zapadających w pamięć akordów. LM Parfums to marka, na którą niewątpliwie warto zwrócić uwagę, przede wszystkim, jeżeli poszukujemy perfum mocnych, gęstych, złożonych, powoli rozwijających na skórze, w swym klimacie zwykle mrocznych, z odrobiną nowatorstwa (choć nie zawsze, ale zawsze z dala od eksperymentu).

lm-parfums

Patchouly Bohemepaczula w centrum, jednak zupełnie „niepiwniczna”, ani też nie zdobiona kulinarnie (jak w Angel T. Mugler czy w Coromandel Chanel). Połączona – inaczej niż „zwykle” – z geranium, tytoniem, nutą skóry, balsamem tolu i tonką, utrwalona piżmami. Podana na wpół balsamicznie, na wpół surowo (tytoniowo-skórzanie) wydaje się być nieco bardziej męska niż damska w swym charakterze. Ale bez przesady. Jak wiadomo paczula – gdy nie „stęchła” – przydaje zmysłowości i orientalnej głębi bez względu na płeć noszącego zawierające ją perfumy. Tak jest i tym razem. Naprawdę dobrze to pachnie i na tyle oryginalnie, że warte jest perfumaniackiego grzechu…

główne nuty: geranium, paczula, tytoń, skóra, piżmo, balsam tolu, tonka

Ambre Muscadin – zbitka słów ambre i musc (piżmo) może być nieco myląca (nazwa zawiera grę słów, o czym za chwilę). Fakt – nuta piżmowa jest tu całkiem prominentna, a ambrowe tło – cóż – faktyczne, ale zapach jest dużo bardziej złożony. Wymaga też czasu na skórze, by go w pełni poznać i docenić. Rozwija się od oryginalnego akordu przypominającego woń mocnego wina typu Porto (i tu wracam do gry słów: muscadine to gatunek winogrona), przez wciąż subtelnie owocowe ale i piżmowe serce, po ciepłą waniliowo-ambrową bazę, tworząc całkiem hipnotyczną aurę. Ambre Muscadin pachnie ciekawie, intrygująco i przede wszystkim zmysłowo.

główne nuty: cedr, wetyweria, fiołek, wanilia (absolut), biały miód, benzoes syjamski, ambra, piżmo

LM Hard Leather

Pochodzące z 2014 roku Hard Leather – adresowane przez Mazzone do mężczyzn – może być jednym z najbardziej polaryzujących propozycji LM Parfums. Surowe, nieco kwaśne, wytrawne, przesycone – z początku nieco piwniczną – paczulą (o której – o dziwo – nie wspomina się w oficjalnym spisie nut), zmieszaną z miodem i rumem oraz nutami drzewnymi na ambrowej bazie, Hard Leather pozostaje od początku do końca zapachem wymagającym w swej niszowej bezkompromisowości.  Otwarcie może zwalić z nóg mocnym i zdecydowanym charakterem, a ciąg dalszy to jedynie stopniowy spadek mocy zapachu, przy zachowaniu jego „charakterku”. Czy jednak należy traktować je jako perfumy skórzane? Cóż – to już kwestia interpretacji.

Hard Leather nie ma nic wspólnego z takim „skórzakami”, jak Knize Ten, Lonestar Memories Tauera, Cuir de Russie Chanel czy Cuir Ottoman Parfums d’Empire. Trudno jest mi tu zlokalizować akord skórzany, chyba że przyjmę, iż jest to ten nieco zatęchły aromat, przypominający stare, zapomniane, skórzane rękawice znalezione w piwnicy XVIII wiecznej willi w Grenoble.

Trudny to aromat, z którym mi osobiście nie po drodze. Szczęśliwie nie przesadzono z jego mocą, bo dość szybko lokuje się blisko skóry.

główne nuty: rum, skóra, irys, miód, sandałowiec, cedr, oud, kadzidło, styrax, wanilia

Army-of-Lovers-Ad-_2

Z czasem Laurent Mazzone zaczął nadawać swym perfumom nieco bardziej wyrafinowane nazwy, rzadziej przywołując w nich jakąś konkretną nutę czy składnik (choć oczywiście poddał się modzie na oud i wydał Black Oud, będący w istocie bliskim krewnym Black Afgano Nasomatto). I dobrze. Tak jest moim zdaniem ciekawiej.

Dla Army Of Lovers z 2014 roku Laurent Mazzone pożyczył nazwę od szwedzkiego zespołu, znanego w latach 90-tych, którego jest od tamtych czasów zagorzałym fanem. Sam zapach ma w sobie coś z jego pełnej przepychu muzyki i barokowych strojów lidera grupy Alexandra Barda. Jest przede wszystkim bardzo zmysłowy, z przechyłem w kobiecą stronę, choć przy odrobinie otwartości ciekawie zabrzmi (aczkolwiek niejednoznacznie) na męskiej skórze. Nuty kwiatowe róży i fiołka, połączone z paczulą oraz kolendrą, a także nutami drzewnymi, na bazie z ambry piżm i miodu tworzą gęsty i zawiesisty, troszkę pudrowy, troszkę szminkowy, mroczny, nokturnowy i dekadencki, bardzo zmysłowy zapach, który – mając koncentrację perfumowego ekstraktu – trzyma się skóry w niemal niezmienionej formie przez długie godziny, całkiem wyraźnie projektując.

Z Army of Lovers mam wszakże ten dylemat, że nie wiem, czy chciałbym sam tak pachnieć, czy wolałbym jednak, że by tak pachniała moja – ad nomine – mroczna kochanka.

A może i jedno i drugie?

army-of-lovers-lm-parfums

główne nuty: kolendra, róża, fiołek, paczula, drewno sandałowe, mech dębu, miód, ambra , piżmo

Scandinavian Crime (2016) – nazwany tak (być może z premedytacją, być może przez przypadek), jak pochodząca z 2013 roku EP-ka reaktywowanego Army of Lovers, a przecież nawiązujący do legendarnego już szwedzkiego gatunku literackiego – charakteryzuje się udanym i zapadającym w pamięć zestawieniem wibrujących przypraw (z wyraźnym udziałem pieprzu i kardamonu, a także kolendry i imbiru) z subtelnym, kremowym, waniliowo-żywicznym tłem, zbudowanym z sandałowca, wanilii, kadzidła i labdanum. Warto wspomnieć obecność paczuli, tym razem schowanej, budującej orientalną głębię i zmysłowość zapachu. Paczula przewija się zresztą przez wszystkie opisane tu pachnidła LM Parfums, co skłania mnie ku podejrzeniom, że Laurent Mazzone ma do niej słabość (czemu wcale się nie dziwę). Ja z kolei mam ewidentną słabość do kardamonu (ok – do paczuli także, ale nie w każdym wydaniu), co potwierdziło się przy okazji testów Scandinavian Crime. Jeżeli zastosowany w perfumach w wyczuwalnej ilości (tak jest niemal zawsze, gdyż jest to nuta bardzo ekspansywna) – to jest on niemal gwarantem tego, że te przypadną mi do gustu. Tak jest i tym razem. Obok hipnotycznie pięknego Army of Lovers, Scandinavian Crime to mój absolutny faworyt spośród dotychczas poznanych pachnideł LM Parfums. Taki, którego flakon z chęcią widziałbym we własnej kolekcji.

LM Scandinavian Crime

główne nuty: pieprz, gałka muszkatołowa, kolendra, kardamon, imbir, paczula, oud, drewno sandałowe, ambra, piżmo, wanilia, kadzidło, labdanum

 

LM Parfums oferuje pachnidła przeznaczone dla wielbicieli gęstych, mocnych, orientalnie wyrafinowanych olfaktorycznych sygnatur. Jest w nich coś mrocznego i gotyckiego – w rozumieniu popularnego w latach 90-tych nurtu muzyki rockowej. To perfumy, które wydają się prost idealnie pasować do postaci pokroju Roberta Smitha (The Cure), Carla McCoya (Fields of The Nephilim), Andrew Eldritcha (The Sisters of Mercy) czy Anji Orthodox (Closterkeller), a także osób, które gustują w tego typu stylistyce, nie tylko zresztą muzycznej. Dla niektórych przecież to styl życia i bycia. I choć ja do nich nie należę, to jednak olfaktoryczna magia Laurenta Mazzone zaintrygowała mnie do tego stopnia, że jestem przekonany, iż nieraz jeszcze zagości on na Perfumowym Blogu. Bo mrok i czerń mają swój hipnotyczny urok…

Andrew Eldritch

„Więc wróciłem…

Po co płaczesz?

Gdy będę martwy,

Będziesz płakać mocniej?”

 

 

P.S. W artykule wykorzystano cytaty z tekstów piosenek zespołu Fields of the Nephilim: „At The Gates of Silent Memory” i „The Sequel”.

 

 

Gucci Guilty Absolute – winny absolutnie

Kto jest winny? Niejaki Alessandro Michele – dyrektor kreatywny Gucci, który w 2015 roku zastąpił tak nielubianą przez koneserów perfum Fridę Giannini, za której „panowania” marka Gucci zaczęła kojarzyć się z zapachami miałkimi i pozbawionymi charakteru. Michele – mam wrażenie – wziął sobie do serca krytykę, jaka regularnie spadała na jego poprzedniczkę i postanowił osobiście dopilnować, by ten zapach Gucci zdmuchnął trampki ze stóp wszelkiej maści perfumaniaków, koneserów zapachów i samozwańczych „znawców” perfumowej tematyki, do których zalicza się także niżej podpisany. Czy zdmuchnął? Hmmm… Patrząc na reakcje wyżej wymienionych, tak. W każdym razie co najmniej zaskoczył, jeżeli nie zaszokował.

Mnie Gulity Absolute wprawił przede wszystkim w zdumienie i natychmiast wygenerował cyniczną opinię o tym, że jego dni w perfumeriach są policzone. Tym bardziej, że podobno niektóre panie sprzedawczyni w sieciowych perfumeriach w naszym kraju nie chcą go w ogóle prezentować potencjalnym klientom, by przypadkiem nie pachnieć później przykro (że użyję eufemizmu) przez resztę dnia…

Alberto Morillas 2016_2
Alberto Morillas

Nad Guilty Absolute Alessandro Michele współpracował osobiście z perfumiarskim mistrzem Alberto Morillasem. Ten (tak sobie to wyobrażam) – na podstawie lektury briefu i sformułowanych przez projektanta oczekiwań – sięgnął głęboko do szuflady ze swymi zapachowymi projektami. Na samym jej końcu znalazł fiolkę z napisem „sever leather”. Na jej bazie postanowił popracować nad propozycją dla Michele…

Miała być skóra. W końcu to Gucci. Więc jest. Ale nie taka grzeczna i elegancka, jak torebka tej zacnej marki. O nie! Dominujący, nieokrzesany akord skóry z zaskakująco odważnym elementem w postaci nuty rozgrzanego asfaltu, tudzież smoły nie pierwszy raz pojawia się w perfumerii (Tar Comme des Garcons, Lonestar Memories Tauer Perfumes). Nuta ta została tu oryginalnie zestawiona z aromatyczną wonią iglastą (cyprys) i wetywerią, które odpowiadają za ładny, drzewny wstęp. Strukturę zapachu w istotnym stopniu buduje też niezawodna w takich sytuacjach paczula. Zapach jest mocny i od początku do końca bezkompromisowy.

Gucci oficjalnie podaje, że Guilty Absolute składa się z czterech zasadniczych ingrediencji – stworzonych w laboratoriach Firmenich aroma-molekuł: WoodLeather® i GoldenWood®, wetywerii oraz trzech różnych esencji z paczuli. Piątą i – wg mnie – nie mniej istotną, jest naturalny ekstrakt z cyprysu nutkajskiego.

Gucci-Guilty-Absolute_Landscape-

Choć zamierzeniem autorów było stworzenie pachnidła linearnego, nie zmieniającego się na skórze z upływem czasu, to jednak Gulity Absolute siłą rzeczy odrobinę ewoluuje, choć faktycznie trudno tu mówić o klasycznej strukturze piramidy. Faktem jest, że pojawiająca się nieco później nuta smoły narasta i jakby osusza się z czasem stając się coraz bardziej wytrawną i gorzką, a obecna na początku wetyweria i cyprys zanikają w olfaktorycznym spektrum. I tyle. Więcej faktycznie nic się tu nie dzieje i dziać się nie musi. Nie jest tu więc stuprocentowo linearnie, bo tak być nie może. Wszak krzywe ulatniania się (evaporation curve)  poszczególnych ingrediencji nigdy nie będą się na siebie idealnie nakładać, choć tu są bardzo blisko siebie i to czuć.

Alessandro Michele
Alessandro Michele

Zapach jest niewątpliwie bezkompromisowy, co w zestawieniu z marką brzmi cokolwiek nieprawdopodobnie. Ale tak właśnie jest. Podzielam zdanie wielu internautów, że trochę szkoda, iż Gucci nie wypromował tego pachnidła jako zupełnie nowego, poza linią Guilty, w ramach której dotąd marka proponowała zapachy raczej łatwe do zapomnienia lub pomylenia z innymi. Absolute zapada głęboko w pamięć. Pachnie mocno, zdecydowanie i niszowo – w tym sensie, że mógłby spokojnie znaleźć się w portfolio jednej z niszowych marek. Emanuje przy tym wyczuwalnie, ale nieprzesadnie mocno, za to trwa na skórze wiele godzin. Zadowala koneserski nos. Pod każdym względem.

Jednak czy to nie jest aby zbyt mocno, zbyt odważnie, zbyt „po bandzie”, zbyt mocno w kierunku niszy – jak na designerską markę perfumeryjną?

Nawet uwielbiane przez koneserów brązowe, drzewne Pour Homme Michela Almairaca, czy orientalne Envy for Men Danieli Andrier to w zestawieniu z Guilty Absolute zapachy z jasnej strony mocy. Ten jest typem spod ciemnej gwiazdy. To nie może na dłuższą metę się udać, no chyba, że w ramach linii butikowej, ekskluzywnej. Ja nie narzekam. Raczej martwię się. I radzę wszystkim, którzy ulegli nieokrzesanemu skórzanemu urokowi Guilty Absolute, by – bez najmniejszego poczucia winy – jak najszybciej zrobili spory jego zapas.

A wszystkiemu winny jest Alessandro Michele. Absolutnie.

Gucci Guilty Absolute

główne nuty: cyprys nutkajski, smoła, paczula, skóra, wetiwer, nuty drzewne

perfumiarz: Alberto Morillas

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 (za charakter!)/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Carner Barcelona „Black Collection” – czarno-złoty tercet

Black Collection to najnowsze trio perfumowe hiszpańskiej marki Carner Barcelona. Przepiękne flakony w charakterystycznym dla marki sześciennym kształcie mają tym razem czarno-złote barwy i – wraz z sugestywnymi spisami nut zapachowych – sugerują bogatą i orientalną stylistykę zawartych w nich pachnideł.

carner_barcelona_black_collection-small

Nowoczesny i zwarty styl, z jakiego znane są perfumy Sary Carner, został tu uwzględniony przez jednego z moich ulubionych perfumiarzy: Rodrigo Flores-Rouxa. Gdyby nie on, pewnie nie stałoby się to, co się stało…

A co się stało? O tym poniżej.

sara_carner___rodrigo_flores-1

Black Calamus – skąd znamy tę czerń?

Takie historie dzieją się w perfumerii niezmiernie rzadko. Oto zapach, który kochamy, uwielbiamy zostaje wycofany z produkcji. Po kilku (albo kilkunastu) latach, ni stąd, ni zowąd, ktoś inny wypuszcza zupełnie „nowe” pachnidło, które – ku naszej uciesze – okazuje się być naszym faworytem, tyle że w nowych, odmienionych szatach. Oczywiście pewne różnice są, ale nie na tyle duże, by nie móc powiedzieć o wyraźnym podobieństwie. Co więcej, okazuje się, że zarówno nasze nieodżałowane, jak i to „nowe” wyszło z pracowni tego samego perfumiarza… Tak było w przypadku Bentley For Men Absolute i kultowego Gucci Pour Homme (Michel Almairac). Tak jest też w przypadku Black Calamus i …. Black Cashmere Donny Karan (Rodrigo Flores-Roux). Chciałbym, by tak się kiedyś stało z Gucci Envy for Men (Daniela Andrier)…

black

Charakterystyczna i zapadająca w pamięć słodko-gorzka i odrobinę pikantna mieszanka nut przyprawowych i drzewnych oblanych żywicami i balsamami, uszlachetniona kadzidłem i oudem stanowi doskonałe uniseksowe, sygnaturowe pachnidło, które noszącemu dodaje przydaje smużki wykwintnej tajemniczości. Doskonałe zrównoważenie niebanalnych nut czyni z Black Calamus zapach z jednej strony znajomy i komfortowy, z drugiej – intrygujący. Łączy „noszalny” charakter z niebanalnym tematem. Jest mostem pomiędzy mainstreamem a perfumową niszą. To cecha, która zwykle charakteryzuje pachnidła o dużym potencjale komercyjnym. Melodia znana, ale zagrana w bardziej współczesny, lepiej zrealizowany i lepiej brzmiący sposób. To wspólna cecha wielu najlepszych pachnideł z linii Private Blend Toma Forda.

Świadomie lub nie Sara Carner wskrzesiła jeden z najwspanialszych zapachów wszech czasów. I chwała jej za to.

cb_black_calamus_flacon___packaging-male

główne nuty: kalamus, pieprz, kolendra, papirus, labdanum, czystek, osmantus, róża, wanilia, oud, kadzidło frankońskie, cade

Rose & Dragon – katalońska legenda

Zapach zainspirowawszy katalońską legendą o Świętym Jerzym, który uratował księżniczkę od strasznego smoka, zabijając go, rzecz jasna. Gdy przeszył go mieczem, ze smoczej krwi wyrósł krzew, który obsypał się czarnymi różami. To tak w skrócie. Rzeczywiście, gdy się wczytać w oficjalny spis nut, odnajdziemy w tym zapachu kilka elementów nawiązujących do tej legendy. Przede wszystkim dominująca mocna nuta różana, stworzona z esencji róży bułgarskiej i absolutu róży tureckiej. Ciemnego zabarwienia nadają jej nuty balsamiczne i żywiczne: labdanum z Andaluzji i kadzidło. Wyczuwalny w towarzystwie róży kmin oraz budujące bazę kastoreum symbolizują smocze cielsko, podczas gdy szafran, najcenniejsza z przypraw oraz dzika truskawka nawiązują do (prawdopodobnie) pięknej księżniczki. Całości zapachu dopełnia oryginalna nuta miodu Manuka, liść cynamonu, skóra i ambra.

Rose & Dragon to tajemnicza, orientalna, czarna róża, doprawiona kminem i szafranem, posadowiona na skórzanej bazie.

Z punktu widzenia kompozycji i składników oraz charakteru zapachu Rose & Dragon nie jest niczym nowym ani oryginalnym w perfumerii. Jakiś czas temu opisywałem Indonesian Oud E. Zegna, w którym podobne nuty połączono w podobny zapach. Róża, szafran, ambra, paczula – te ingrediencje budują trzon tego typu orientalno-różanych woni. Poza intrygującym wstępem i pierwszymi trzema-czterema kwadransami, w którym róża pachnie niezwykle, zwierzęco (kmin) i zmysłowo w arabskim stylu (szafran), kompozycja Floresa-Roux nie wyróżnia się niestety niczym szczególnym, a przy tym brakuje jej parametrów. Po mniej więcej godzinie mości się blisko mojej skóry, staje się ociężała i jednowymiarowa. Jej finisz – mimo ogólnej trwałości zapachu – jest raczej nijaki. Zabrakło tu wykończenia. Zapach ma uwieść, ale później, niestety dość szybko, porzucić…

rose-_-dragon

główne nuty: szafran, kmin, dzika truskawka, liście cynamonu, róża bułgarska, róża turecka, miód Manuka, kadzidło frankońskie, kastoreum, skóra, labdanum, ambra

 

Sandor 70’s – pogoda barowa…

Poprzez Sandor ’70 Sara Carner przenosi nas do legendarnego barcelońskiego baru-klubu słynnego pod tą nazwą w latach 70-tych XX wieku, w którym aromat tytoniu mieszał się z wonią skórzanych kanap i foteli. Z pewnością tak właśnie tam było, jednak perfumowa interpretacja tego miejsca rozczarowuje. Mimo swej złożoności Sandor 70′ s osiada na mojej skórze jako monolit trochę zielony, trochę skórzany, trochę zwierzęcy (szałwia!), przez chwilę nieco bardziej tytoniowy, a później już tylko jednowymiarowo kadzidlany. Bo to nuta olibanum – i to rachityczna – wieńczy to dzieło. Zapach – poza pierwszą godziną – jest bardzo blisko-skórny i przyznam, że chyba najmniej ciekawy z całej trójki, więc doprawdy nie mam sensu się rozpisywać…

sandor

główne nuty: zamsz, bergamotka, jaśmin, osmantus, róża bułgarska, tytoń, szałwia, cedr, balsam Peru, wanilia, skóra, paczula, wetyweria, kadzidło frankońskie, mech dębu

Podsumowując moje wrażenia z testów pachnideł wchodzących w skład Black Collection tylko jedno z nich uważam za warte mojej uwagi i jest to Black Calamus. Do tego stopnia, że nie pogardziłbym własnym flakonem. Pozostałe dwa niestety nie dorównują mu ani treścią, ani charakterem, ani parametrami użytkowymi. Szkoda, bo przyznam, że te czarne flakony, spisy nut i składników wzbudziły we mnie spory apetyt…

Wiem, jestem wybredny.

Ale nie tylko ja…

PS. Perfumy Carner Barcelona dostępne są w warszawskiej perfumerii Quality Missala.

Irie Parfums – Japończyk w Paryżu

Stworzona przez mieszkającego i tworzącego w od 40 lat Paryżu japońskiego projektanta Sueo Irie marka odzieżowa Irie Wash uzupełniła niedawno (w 2014) swą ofertę o perfumy. Nie byłoby w tym zupełnie nic nadzwyczajnego, robi tak przecież coraz więcej brandów odzieżowych. Jednak zapachy Irie zasługują na szczególną uwagę entuzjasty perfum i to z dwóch względów. Po pierwsze – mają niebanalny, intrygujący, niszowy charakter. Po drugie – za połową z nich stoi Julien Rasquinet (perfumiarz znany m.in. ze świetnych zapachów dla Naomi Goodsir i Masque Milano). Najwyższy więc czas się z nimi zapoznać, szczególnie, że już dochodzą mnie informacje, że nie utrzymają się długo w sprzedaży. Cóż – z pewnością nie mają charaktery stricte komercyjnego. To raczej małe perfumowe dzieła sztuki.

irie-the-first-three

Obecnie dostępnych jest sześć pachnideł Irie, z których pierwsze trzy (Id Est, Nota Bene, Post Scriptum) pojawiły się jako inspirowana łacińskimi skrótami trylogia Les Abrégés d’Irié w 2014 roku (wszystkie skomponowane przez Rasquineta), zaś kolejne trzy inspirowane postaciami z greckiej mitologii (Edipe, Hemera, Hephaistos) miały swą premierę w 2015 roku. „Nos” stojący za tymi trzema to David Maruitte.

Trzy pierwsze wydają się być rozdziałami tej samej opowieści. Wszystkie dzielą minimalizm i subtelną ewolucję na skórze.  Są do siebie w pewnym sensie podobne, ale każdy ma swój odrębnych charakter. Mimo to trudno jednoznacznie je zaszufladkować, co stanowi o ich unikalnym charakterze.

Id Est oczarowuje ambrową aurą z subtelnie zielonym (wawrzyn) wstępem oraz niezwykłym sygnaturowym sercem, które w miarę upływu czasu nabiera mocy, zadziwiając oryginalnym aromatem złożonym z cynamonu, rumianku i geranium. Zapach zdaje się przeczyć mojej prywatnej teorii, że ambrowce to z gruntu nudne pachnidła. To jest wprost przeciwne, zaskakujące, inne. To ambra, której nadano innego, nieco ziołowego wymiaru.

Nota Bene okazuje się aromatem skórzanym, a nawet zamszowym, z mocną sucho-drzewną nutą papirusu. Nuty aromatyczne oraz żywice połączono tu z gorzką lukrecją i miodem. W tle zaś pojawia się ładnie komponujący się z miodem tytoń. Reasumując intrygujące, nieco szorstkie i bardziej męskie pachnidło Irie.

Post Scriptum zaskakuje przyprawowym otwarciem z ziołową nutą absyntu osadzoną na balsamiczno-drzewnej, raczej ociężałej bazie. Mimo intrygującego początku rozwija się najmniej interesująco z całej trójki, pozostając raczej blisko-skórnym zapachem żywiczno-ambrowym. Cóż, wszak to  Post Scriptum

irie-the-other-three-big

Druga trójka zapachowa Irie jawi się jako nieco bardziej żywa i zróżnicowana, a także moim zdaniem dużo ciekawsza i po prostu lepsza pod względem charakteru, ale także zachowania pachnideł na skórze. Zdecydowanie więcej tu olfaktorycznej magii i satysfakcji.

Edipe  kryje niespodziankę. To pozornie najświeższy zapach Irie, rozpoczynający się długotrwałym, mroźnym podmuchem mięty pieprzowej, zza której wyłania się krajobraz zimowego lasu sosnowego. Aromat iglakowej żywicy stanowi preludium do tematu Edipe, jaką jest olibanum. Oto więc kadzidlak, ale jakże nietypowy. Mroźny, zimowy, dzięki połączeniu olibanum z sosną mogący trochę kojarzyć się z Zagorskiem Comme des Garcons. To jednak dość luźne skojarzenia, raczej koncepcyjne niż olfaktoryczne. Edipe to bowiem rodzaj kadzidła najpierw bliższy Avignon CdG czy Full Incense Montale (tyle że zmieszano je tu z iglakami i miętą), a później – na finiszu – przypominający estetykę pachnideł Oliviera Durbano (w tym przede wszystkim Rock Crystal, ale także – szczególnie na samym końcu – Black Tourmaline z jego wędzoną dymnością).  Edipe to nie tylko jedna z najciekawszych propozycji Irie, ale i jedno z najbardziej twórczych pachnideł z kadzidłem w centrum. Zdecydowanie warte uwagi. Ważne, by nie dać się zwieźć początkowej dominacji mentolu, choć mi akurat ona zupełnie nie przeszkadza. Zaś wolty, jakie wykonuje zapach w miarę upływu czasu, uważam za fascynujące.

Niemniej intrygująco wypada Hemera, choć to zupełnie inny gatunek. Właśnie, jaki? Jakże trudno ją zaszufladkować! Zapachowo to jakby fougere (choć składniki zdają się temu przeczyć) z owocową (eukaliptus) nutą na wstępie i niecodziennym finiszem, kojarzącym mi się z tym z masculine Pluriel Francisa Kurkdjiana. Ale znajdziemy tu także wyraźnie zaznaczoną esencję z sosnowych igieł oraz tytoń, które budują serce Hemery i wzmacniają jej męski, aromatyczny charakter. Zaskakuje baza – mocna, trwała, jakby ambrowa, choć wedle składu pełna kadzideł. Hemera to mój ulubieniec w ofercie Irie. Charakterystyczny, przedziwny i magnetyczny, a przy tym rozkwitający na skórze, nabierający z czasem charakteru i mocy.

Wreszcie drzewny, uroczy w swym nieskomplikowanym charakterze Hephaistos. Ładnie współgra tu ciepły słodkawy gwajak z drzewnymi nutami wetywerii, cedru i sandałowca,. Subtelne akcenty ze smoły brzozowej i labdanum nadają mu nieco głębi. Przyprawy w postaci szafranu, kminu i kardamonu zostały tu zręcznie wkomponowane w drzewno-dymny temat. W formule nie zabrakło kadzidła, choć nie jest ono na pierwszym, ani nawet drugim planie. Zapach jest niemal linearny, zmienia się minimalnie. Spotka się – jak sądzę – z uznaniem wielbicieli Gucci Pour Homme, z bardziej nawet Dirty English for Men by Juicy Couture. Innymi słowy , coś dla wielbicieli słodkawo tlących się drewienek, do których – rzecz jasna – należę.

PS. Perfumy Irie można nabyć w Polsce wyłącznie w perfumerii Mood Scent Bar w Warszawie. Z tego, co mi wiadomo, ich dostępność jest bardzo ograniczona i wkrótce ich produkcja ma być zakończona. Szkoda, gdyż to niezwykłe olfaktoryczne cudeńka.

Naomi Goodsir „Iris Cendre”

Julien Rasquinet to bezdyskusyjnie wschodząca gwiazda perfumiarstwa. Ten bardzo utalentowany przedstawiciel młodego pokolenia perfumiarzy ma za sobą trzy lata terminowania u samego Pierre’a Bourdona, a następnie okres pracy u boku Christine Nagel. Co ciekawe, Julien nie planował zostać perfumiarzem. Ukończył szkołę biznesową i zaraz potem na jego drodze pojawił się jego – jak się później okazało – mentor, który z własnej inicjatywy zaproponował mu staż. Mistrz chciał przekazać swoją wiedzę dwóm wybranym osobom, wykształcić osobiście dwóch młodych perfumiarzy. Wybrał Julie Masse i Juliena Rasqiuneta, którego zresztą znał od lat. Kolejne trzy lata upłynęły młodemu adeptowi na zgłębianiu wiedzy dotyczącej perfumeryjnej sztuki i na nasiąkaniu wszystkim, co przekazywał mu Mistrz. Gdy testuje pachnidła autorstwa Juliena m.in. dla Naomi Goodsir czy Masque Milano czuję wyraźnie, że Pierre Bourdon nie tylko przekazał mu bardzo wiele, ale że te przekazy trafiły na podatny grunt…

julien iff

Z Iris Cendre wiąże się zabawna historia. Pracowaliśmy na nim przez rok, ale wciąż wracaliśmy do pierwszej wersji, która de facto stała się wersją ostateczną! Chcieliśmy, by był to irys zakotwiczony  w historii oraz w tożsamości marki, którą zaczęliśmy budować. Mistyczny i dymny, z odrobiną skóry.

Julien Rasquinet

Twórczyni marki Naomi Goodsir i pełniącemu rolę dyrektora kreatywnego Renaudowi Coutaudierowi zależało, by Iris Cendre był idealnie wyważony, tak by równie dobrze pasował kobiecie, jak i mężczyźnie. Dlatego obok wyraźnej obecności szlachetnej woni irysowego kłącza, lekko drzewnej, lekko ziemistej, a także odrobinę zielonej dzięki fiołkowi, zapach został wzbogacony o akord skóry w tle (nieco terpenowy –  taki w stylu Cuir Velours tej samej marki i tego samego perfumiarza), a jego kadzidlana baza została przeniesiona z fenomenalnego Bois d’Ascese (także od Naomi Goodsir i Juliena) przydając nieco popiołowego tonu. W akordzie głowy irysowi towarzyszą zręcznie wkomponowane cytrusy i przyprawy, które początkowo nadają zapachowi nieco świeżości i lekkości. Aromat irysa trwa dość długo, jednak zapach ewoluuje tak, że po części w sercu i na dobre już w bazie irys znika, a woń staje się skórzano-ambrowa i bliskoskórna.

naomi_goodsir_interview
Naomi Goodsir

Iris Cendre pachnie przepięknie i faktycznie uniseksowo. W wyniku zestawienia irysa ze skórzanym tłem przypomina mi jedno z najdoskonalszych pachnideł z irysową dominantą – Iris Nazarena Aedes de Venustas. Pozostawiając jednak na boku porównania, który zwykle pojawiają się w mej głowie, gdy testuje jakieś nowe dla mnie pachnidło, dzieło Rasquineta zasługuje na mój niezależny koneserski zachwyt. Porusza urodą i mrocznym dostojeństwem. Ujęcie irysa jest w nim bardzo artystyczne i niszowe, a jednocześnie klasyczne, dalekie od eksperymentu czy współczesnych interpretacji w rodzaju Dior Homme czy Fin du Monde Etat Libre d’Orange. Otoczenie irysa dopełnia całości w oryginalny i przekonujący sposób, nie pozostając wątpliwości, że Iris Cendre to kolejne już w ofercie Naomi Goodsir wyjątkowe dzieło perfumiarskiej sztuki.

 

iris-cendre-50-ml-edp

główne nuty:  bergamota, mandarynka, świeże kwiaty, przyprawy, fiołek, irys, czystek, kadzidło, tytoń, ambra

perfumiarz:  Julien Rasquinet

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 4,0 / projekcja: 4,0 / trwałość: 4,0

 

PS. Perfumy Naomi Goodsir można przetestować i zakupić m.in. w perfumerii Lulua w Krakowie.

 

Memo Paris „Russian Leather” – skórzane fougere

Skórzany cykl Cuirs Nomades marki Memo Paris wzbogacił się ostatnio o kolejne po Italian Leather, Irish Leather, African Leather i French Leather pachnidło: Russian Leather.

memo-cuirs

Tym razem inspiracja przyszła z mroźnej Syberii, a kompozycja Alienor Massenet okazała się być „mroźnym fougere„, w którym klasyczne składniki gatunku – lawendę i tonkę – wzbogacono o całą gamę bardzo rosyjskich ingrediencji: rozmaryn, szałwię, akord rosyjskiej skóry, cyprys, sosnę i kolendrę. „Mroźny podmuch” nadano za pomocą mięty, a całość doprawiono bazylią i gałką muszkatołową. Drzewną naturę pachnidła uzupełniają gwajak i paczula.

Jak pachnie Russian Leather? Po tytule można by spodziewać się czegoś na kształt Cuir de Russie Chanela, jednak rzeczywistość jest zupełnie inna. Owszem, odnajdziemy w nim lekko gorzką nutę skórzaną, ale została ona wpasowana w dominującą w zapachu estetykę zielonego, iglakowego fougere. Stąd – jeśli miałbym koniecznie poszukać jakiegoś punktu odniesienia – byłoby to zielone Polo Ralpha Laurena, a bardziej nawet Italian Cypress Toma Forda. W porównaniu z nimi zapach Memo jest jednak łagodniejszy, mniej zdecydowany, a elementy, które zwykle stanowią o męskości fougere, zostały tu zgrabnie wyciszone. W efekcie Russian Leather zagra moim zdaniem na kobiecej skórze bez powodowania u niej uczucia, że nosi męskie pachnidło. Ten sam zabieg, choć w nieco inny sposób, zastosował Olivier Polge w Chanel Boy, o czym wkrótce w osobnym wpisie.

alienor-massenet-2
Alienor Massenet

Początek Russian Leather jest bardzo aromatyczny. Czuć akord igliwia, spod którego szybko wyłaniają się zioła na lekko gorzkiej bazie skórzanej. Ten element uwypukla się z każdą minutą i jest mocno wyczuwalny w sercu. Z czasem zapach ociepla się i nieco osładza coraz wyraźniejszą nutą tonki i gwajaku. Szybko traci na mocy i staje się subtelny, ale wyczuwalny. Finisz jest zgrabny, delikatny, odrobinę tonkowy i lekko drzewny.

Cieszy mnie ten całkiem wyraźny w ostatnim czasie, realizowany wszakże głównie przez marki niszowe, powrót do gatunku fougere. Najpierw (w 2010 roku) Penhaligon’s wydał świetny Sartorial. Przez długi czas pozostał w tym odosobniony. Całkiem niedawno jednak Francis Kurkdjian odświeżył temat za pomocą Masculine Pluriel. W bieżącym roku Amouage wypuścił doskonały Bracken Man i nawet Chanel (!) wzbogacił butikową linię Les Exclusifs o Boyfougere dedykowane paniom. Każde z tych perfum wierne są klasycznym wzorcom, ale pachną współcześnie. Dokładnie tak samo jest w przypadku Russian Leather, które uważam za kolejną wartościową pozycję w ofercie Memo Paris – marki, która zdecydowanie wyróżnia się na tle niszowej konkurencji nie tylko świetnym designem opakowań, intrygującą i coraz szerszą ofertą zapachów, ale przede wszystkim ich wysoką jakością.

memo-russian-leather

główne składniki/nuty: akord fougère, rozmaryn, rosyjska skóra, bazylia, szałwia, sosna, lawenda, cedr, kolendra, mięta, paczula, gwajakowiec, cyprys, bób tonka, gałka muszkatołowa

perfumiarz: Aliénor Massenet

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ oryginalność: 2,0/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0