Maison Francis Kurkdjian – Amyris Femme/ Amyris Homme Extrait de Parfum

Całkiem niedawno Francis Kurkdjian przypomniał nam on o sobie prezentując kolejną parę pachnideł w formie ukochanych przez wielbicieli jego talentu ekstraktów. Tym razem dotyczy to Amyris Femme i Amyris Homme, które do oferty marki weszły w 2012 roku jako – odpowiednio – woda perfumowana i woda toaletowa. 

Czym różnią się nowe wersje od protoplastów? Amyris Femme Extrait de Parfum wzbogacono o esencję z egipskiego jaśminu, która zastąpiła obecny w wersji edp akord słodkiego groszku, piżmowo-ambrową bazę zamieniono zaś na intensywniejszą i cieplejszą drzewno-ambrową. Także otwarcie jest w ekstrakcie cieplejsze za sprawa mandarynki (zamiast cytryny). Kluczowe składniki w obu wersjach pozostały jednak niezmienione – amyris, irys i akord gruszki. Podobieństwo jest więc nieuniknione, ale… Tak jak lubię edp i traktuję jako bardzo przyjemny kobiecy zapach tej marki, tak ekstrakt zdecydowanie bardziej przykuwa moją uwagę. Jest zapachem ciekawszym i zwracającym uwagę, a jaśmin przydaje mu zmysłowej kobiecości.

W przypadku wersji męskiej Extrait de Parfum jest bardziej słodki, gdyż w bazie prócz obecnej w edt tonki znajdziemy sporą ilość wanilii. Poza tym jest tu cynamon, którego w edt nie ma (tam z kolei mamy rozmaryn). Ale znów – zasadnicze nuty są wspólne dla obu wersji: mandarynka w otwarciu, szafran, irys i amyris w sercu. Sygnatura zapachu jest tu więc absolutnie zachowana, nawet bardziej, niż w przypadku wersji damskiej. Reasumując – extrait robi wrażenie zapachu bardziej wieczorowego, podczas gdy edt świetnie nosi się za dnia. Sztampowe ujęcie, ale w przypadku tych perfum naprawdę skuteczne. Podobnie zresztą, jak w przypadku wersji dla pań.

Obie kompozycje pachną więc oczywiście podobnie do pierwowzorów, z tym, że perfumiarz – w sobie tylko znany sposób – dodał im głębi i ciepła, czyniąc zapachy bardziej zmysłowymi i otulającymi. Francis ma perfekcyjny warsztat i nie raz już udowodnił, że to potrafi. Zresztą jego taktykę publikowania ekstraktów stworzonych wcześniej zapachów uważam za trafiony w dziesiątkę (szczególnie Oud, ale nie tylko). Bardzo lubię te intensywne, zmysłowe interpretacje i Amyris Femme i Amyris Homme nie są tu wyjątkiem. Świetne, współczesne, ale też oryginalne perfumy, które emanują tą jedyną w swoim rodzaju aurą czystej i luksusowej elegancji, której Francis Kurkdjian jest mistrzem.

Maison Francis Kurkdijan „G(g)entle (f)Fluidity” – zabawa pachnącym tworzywem

Francis Kurkdjian przyzwyczaił już nas do tego, że wprowadza nowe zapachy parami – dla niej i dla niego. Jednak w przypadku tegorocznego duetu gentle Fluidity/ Gentle fluidity mamy do czynienia z parą wyjątkową pod względem koncepcji. Perfumiarz postawił sobie za cel udowodnić światu, że przy pomocy dokładnie tych samych składników, ale zgoła innych ich proporcji, można stworzyć dwa zupełnie różne zapachy. Czy mu się to udało? O tym nieco później.

Francis Kurkdjian, foto: The Cut

To unikatowa realizacja, dowodząca także tego, że Francis Kurkdjian trochę zmienia swój stosunek do odkrywania tajników perfumiarskiego warsztatu. Niegdyś zapiekły tego przeciwniki, nerwowo reagujący na pytania dotyczące składników i nut zapachowych, dziś nie tylko podaje główne nuty/ akordy w opisie każdego swojego zapachu na oficjalnej stronie internetowej, ale w tym konkretnym przypadku zdradza nam wręcz, że oba pachnidła mają taki sam skład, tyle że różne proporcje.

Ale Francis to artysta przewrotny. Poprzez tę perfumową parę, bawiąc się pachnącymi ingrediencjami, udowadnia też to, przy czym konsekwentnie (i słusznie) stoi, a mianowicie: składniki są w rękach perfumiarza tworzywem, z którego ten, jeżeli ma dość wyobraźni i umiejętności, potrafi wyczarować, co tylko mu się podoba. Więc jaki sens ma ujawnianie listy składników, skoro ta sama lista składników może oznaczać dwa zupełnie inne zapachy?

Składniki są dla perfumiarza tym, czym dla artysty malarza farby. Do tego porównania zresztą Kurkdjian lubi nawiązywać, gdy ktoś pyta go o ingrediencje czy nuty zapachowe. Czy opis dzieła malarskiego powinien składać się z podania listy użytych farb oraz uzyskanych i widocznych na nim wybarwień? Paradoksalnie więc można stwierdzić, że poprzez ten duet perfumowy Francis komunikuje: nie istotne są składniki, bo mogę żonglować nimi i ich zawartością tak, że odmienię zapach nie do poznania. Istotny jest efekt końcowy i to, czy perfumy wywołują emocje oraz jakie to są emocje.

No właśnie – jakie emocje wywołały we mnie oba zapachy?

Przypływ energii i poczucia elegancji, a po nim lekka konfuzja, czyli Gentle fluidity (silver)

To wg mnie męska część tego duetu. Bo choć tym razem Francis nie skierował perfum do konkretnych płci, to ta rześka, wytrawna, odrobinę nawet gorzka i wibrująca mieszanka dominujące esencji z gałki muszkatołowej, pięknie podbita przez jagody jałowca, oparta na bazowych nutach ambrowo-drzewnych i mogący kojarzyć się z aromatem ginu, mnie kojarzy się zdecydowanie z męską skórą. Zapach został – jak zwykle w przypadku MFK – z maestrią zmieszany. Jest żywy, harmonijny, elegancki, świetlisty, a wręcz srebrzysty i idealnie pasuje do srebrnej nakrętki falkonu (lub raczej na odwrót). Przypomina mi owszem nieco Penhaligon’s Juniper Sling (i raczej zapomniany L’homme de coeur Parfums Divine), ale jest intensywniejszy i żywszy od obu. Podobnego wytrawnego i wibrującego zapachu dotąd w ofercie MFK nie było, tak więc Gentle fluidity oceniam jako bardzo udane jej uzupełnienie. Doskonały zapach do koszuli i marynarki. Mógłby jednak nie gasnąć tak szybko na mojej skórze. No ale może inni będą mieli więcej szczęścia…

główne nuty: jagody jałowca, gałka muszkatołowa, kolendra, piżma, nuty drzewno-ambrowe, wanilia

Zafrasowanie spuentowane rozczarowaniem, czyli gentle Fluidity (gold)

Tu perfumiarz zupełnie inaczej rozłożył akcenty. Na pierwszym planie umiejscowił te składniki, które w wersji srebrnej budują tło. Woń jest w efekcie lekko kwiatowa, subtelnie owocowa, ciepło-przyprawowa, piżmowa. Esencja z ziarn kolendry, dymna wanilia i piżma budują zapach w typie skin scent, bliskoskórny, ciepły, otulający. Introwertyczny, a nawet intymny, w opozycji do ekstrawertycznego i bardziej krzykliwego srebrnego brata. Jak dla mnie zdecydowanie zbyt delikatny i rachityczny, ale wiem, że są liczni wielbiciele perfum niedopowiedzianych, nienachalnych i bezpiecznych. Dla nich gentle Fluidity może okazać się strzałem w dziesiątkę. Mnie niestety rozczarował, ale to już typowo rzecz gustu.

Natomiast ten słaby tzw. performance złotej wersji gentle Fluidity wpisuje się w clue tego projektu. Oto bowiem dwie kompozycje złożone z tych samych składników, ale użytych w różnych proporcjach, nie tylko pachną zupełnie odmiennie, ale też różnią się właśnie zachowaniem na skórze. Czy to dobrze, to już inna kwestia. Niewątpliwie jednak na końcu rękopisów lub wydruków obu receptur Francis Kurkdjian powinien z uśmiechem zadowolenia umieścić skrót q.e.d.*

główne nuty: jagody jałowca, gałka muszkatołowa, kolendra, piżma, nuty drzewno-ambrowe, wanilia

*) Na przekór aktualnym trendom nie będę czytelnikom ułatwiał i nie wyjaśnię tutaj, co ten skrót oznacza. Niech wszyscy, którzy tego nie wiedzą, sami odszukają wyjaśnienie. 🙂

M.Micallef „DesirToxic” – czy się odważysz?

Całkiem długo kazał nam czekać Geoffrey Nejman na następcę Osaito i AKOWA. Czy było warto?

Wszystko zaczęło w 2015 się od bardzo oryginalnego, unikatowo pachnącego, drzewno-kakaowo-zielonego AKOWA (półmatowy flakon w barwie głębokiej czerni), zawierającego tajny składnik, którego marka nie chciała ujawnić. Już rok później premierę miał uwielbiany nie tylko przez mężczyzn, dużo bardziej przyjazny i trącający dużo popularniejsze akordy Osaito (ręcznie szczotkowany flakon w kolorze szarym) – będący mieszanką nut cytrusowych, morskich i ziołowych. Pamiętam, że podczas premiery tego zapachu w perfumerii Quality Missala w Warszawie Geoffrey Nejman wspomniał, że jest już gotowy trzeci, zupełnie wyjątkowy zapach, ale data premiery nie jest jeszcze ustalona. Na DesirToxic przyszło więc czekać aż 3 lata. Cóż, czas tak szybko upływa….

Oto więc jest. Tym razem czarny flakon „posmarowany” został ciemno-niebieską farbą i muszę przyznać, że wygląda fantastycznie – chyba najlepiej z całej trójki.

Świeże, owocowo-przyprawowe otwarcie od razy przyciągnęło moją uwagę. Okazało się zresztą dziwnie znajome…. Jest w nim coś z genialnego Opium Pour Homme YSL – co pewnie wynika z połączenia słodkich przypraw z nutą porzeczki. Jednak zamiast dość gęstej waniliowej bazy klasyka, tu znajdziemy bardziej współczesne drzewne tło. Czarna porzeczka, kardamon, cynamon i tonka budują zasadniczy akord zapachu. Nie zapomnijmy jednak o składniku, który nadaje mu bardzo specyficznego charakteru, a który nieco bardziej wyczuwalny staje się w późniejszej fazie – cannabis. Rzeczywiście poczuć można ten jedyny w swoim rodzaju suchy, zielony aromat, ale nie dominuje on zapachu. Jeżeli już miałbym się do czegoś przyczepić, to troszkę rozczarowuje mnie baza. Zarówno AKOWA i jak i dużo przecież delikatniejsze Osaito posiadają fajnie projektujące i długotrwałe finisze. Koniec DesirToxic owszem trwa na skórze, ale zdaje się nie docierać do mojego nosa w dość wyraźny sposób.

Pod względem wyrazistości DesirToxic plasuje się po Akowa, a przed Osaito. Pod względem noszalności jest na odwrót. Wydaje mi się, że tym razem panowanie Geoffrey Nejman oraz Jean-Claude Astier wstrzelili się w dziesiątkę. DeirToxic jest idealnym połączeniem pięknego, sygnaturowego akordu, który natychmiast zapada w pamięć, z tym wszystkim cechami, które czynią z perfum produkt, po który chętnie się sięga bez względu na aktualny nastrój czy okazję. Charakter DesirToxic znajduje się dokładnie pomiędzy wyrazistością i eksperymentem AKOWA, a subtelnością i komfortową noszalnością Osaito. Wspólnie stanowią wyjątkowy perfumy tercet.

Wieszczę temu zapachowi sukces. Marka zadbała – jak zwykle – o marketing, przygotowując całkiem fajną, a przed wszystkim intrygująca kampanię w mediach (zdjęcia, film oraz reklamowe hasło). Poszerzyła też krąg potencjalnych odbiorców przedstawiając zapach jako uniseks, w przeciwieństwie do dwóch poprzedników. I choć DesirToxic może spodobać się niektórym kobietom., według mnie jest to jednak zapachem męskim. Kropka. 🙂

Na koniec wypada odpowiedzieć na zadane przez M.Micallef pytanie:

Will you dare?

Odpowiadam:

Yes! I already did! And it was worth it!

dominujące akordy: owocowo-przyprawowy, zielony, mszysty

nuty głowy: bergamotka, cytryna, kardamon

nuty serca: czarna porzeczka, cynamon, tonka, cannabis

nuty bazy: benzoes, mech, paczula, piżmo

rok premiery: 2019

nos: Geoffrey Nejman/ Jean-Claude Astier

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5->3,5

L’Orchestre Parfum – molekularna muzyka

Marka L’Orchestre Parfum zadebiutowała w 2017 roku kwintetem pachnideł w oryginalny sposób łączące zapach z muzyką, czyli dwa wcale nie tak odległe światy.

L’Orchestre Parfum

Tym razem jednak to nie muzyka zainspirowała powstanie perfum, ale to perfumy zainspirowały wybranych instrumentalistów do skomponowania muzycznych miniatur, co wydaje mi się bardzo interesujące. W ten oto sposób powstała Perfumowa Orkiestra w składzie:

Nicolas Leroy (Francja) – darbuka (bęben kielichowy)

Fumie Hihara (Japonia) – koto

Nicolas Benedetti (Francja) – puzon

Mathias Berchadsky (Francja) – gitara

Cheikh Diallo (Senegal) – kora

Dźwiękowo L’Orchestre Parfum przybliża nam muzykę z różnych strony świata i charakterystyczne dla niej instrumenty, co jest niewątpliwą edukacyjną zaletą całego projektu.

Wszystkie perfumy kolekcji skomponował duet perfumiarek Anne-Sophie Behaghel i Amelie Bourgeois z pracowni perfum Studio Flair.

Encens Asakusa – w japońskiej świątyni

Dostojna i pełna dramaturgii, wprawiająca w zadumę melodia wygrywana na tradycyjnym japońskim 13-strunowym instrumencie koto przywołuje atmosferę japońskiej świątyni, której przestrzeń wypełnia palone kadzidło.

koto

Jest ono ciepłe, komfortowe i medytacyjne, nie tak niepokojące jak to znane ze świątyń katolickich. Choć centrum zapachu stanowi najczęściej używana we tego typu perfumach esencja z olibanum połączona z równie popularną mirrą (a więc duet zdecydowanie kojarzący się z obrzędem katolickim), to akord ten został otoczony ciepłą i lekko słodką mieszanką cyprysa, irysa i piżm, co w efekcie oddala jego religijną aurę z Europy na Daleki Wschód. Esencja Schinus Molle popularnie zwana różowym pieprzem (a nim w istocie nie będąca) przydaje pikantnej nutki w otwarciu zapachu, który jako całość wydaje się być tyleż „przyjazny” i „bezpieczny”, co mało efektowny.

główne składniki: różowy pieprz, olibanum, mirra, cyprys, irys, piżmo

Thé Darbouka – herbata na pustyni Arabskiej

Hipnotycznemu, dynamicznie narastającemu rytmowi, wygrywanemu w metrum 4/4 na kilku arabskich instrumentach perkusyjnych darbuka jednocześnie, towarzyszy aromat lekko cytrusowego, przyprawionego i nieco też owocowego naparu herbacianego. Piękna symbioza.

darbuka

Początek zapachu jest dość zwyczajny, cytrusowo-zielony. Po chwili wyłania się spod niego akord lekko owocowy. Posiada on w tle nieco zaskakującą, bo niekompatybilną z kulinarnym charakterem świeżą nutkę zielono-mydlaną. Ta wydawałoby się niepasująca tutaj nuta dodaje zapachowi „perfumowości”, oddalając go od typowo kuchennych rejestrów. Z czasem ten akcent zanika. Akord herbaciany ujawnia się w pełniej krasie dopiero po kilkudziesięciu minutach. Jest zrównoważony, przyjemny, ładny. Jak to herbata. Dodatkowo wyczuwam w nim kardamon, o czym spis nut milczy. Może to więc złudzenie, ale… chyba jednak nie. Thé Darbouka to bardzo przyjemne i nieco melancholijne pachnidło o subtelnym i bardzo przyjaznym charakterze. Potrzebuje czasu, by ujawnić swoje atuty.

główne składniki: bergamotka, kmin, suszone owoce, nieśmiertelnik, oud, kakao, styrax

Cuir Kora afrykańska skóra

Utrzymany w subtelnym rytmie reggae i raczej europejskiej harmonii utwór wykonany na niezwykłym i oryginalnie brzmiącym zachodnioafrykańskim instrumencie szarpanym kora, będącym połączeniem tykwy i harfy, stanowił inspiracje dla powstania tego skórzanego zapachu.

kora

Cuir Kora jest współczesną, intensywną kompozycją skórzaną, utrzymaną w charakterze skórzanych propozycji m.in. marki Memo Paris czy Parfum d’Empire. Jego delikatna przyprawowość i dość gęsta, trochę wytrawna i wyraźnie drzewna (szczególnie na suchym finiszu) natura powoduje, że bardzo ładnie układa się – nomen omen – na skórze. Cuir Kora to prawdopodobnie mój ulubionym zapach L’Orchestre Parfum. No chyba, że jeszcze zmienię zdanie…

główne składniki: mango, kardamon, elemi, skóra, labdanum, drewno palisandrowe, benzoes

Flamenco Neroli hiszpańsko brzmiące molekuły

Żadna muzyka nie pasuje lepiej do tego aromatycznego, świeżego, kolońskiego zapachu, niż flamenco. A jeżeli flamenco, to oczywiście gitara – klasyczna, z pudłem rezonansowym i ciepło brzmiącymi strunami nylonowymi. Na taki to instrumencie jeden z czołowych współczesnych francuskich gitarzystów flamenco Mathias Berchadsky wygrywa swą muzyczną miniaturę.

gitara klasyczna

Charakter zapachu oczywiście nie jest niespodzianką. Dominuje białokwiatowo-cytrusowy akord koloński zbudowany z neroli i bergamotki, któremu odrobiny wibracji przydano imbirem, lekkiej goryczki zaś esencją z gorzkiej pomarańczy oraz jaśminem. Zapach osadzono na dwóch gatunkach esencji cedrowej (wirginijskiej i atlaskiej). Flamenco Neroli zwróciło moją uwagę pięknem kompozycji i wysoką jakością użytych składników. W gatunku perfumowanych wód o kolońskim charakterze to propozycja zdecydowanie godna polecenia. Wprowadzi w zbliżające się szare i zimne dni odrobinę słońca Andaluzji. Obok Cuir Kora mój faworyt pośród perfumowej orkiestry.

główne składniki: neroli, bergamotka, gorzka pomarańcza, imbir, jaśmin, cedr

Rose Trombone nowojorski jazz

Zagrany wyłącznie na puzonie (nałożone kilka ścieżek instrumentu, tak że powstała całkiem bogata aranżacja) jazzujący, swingujący utwór z przewodnim tematem przypominającym słynne „Summertime” Georga Gershwina, z improwizowana solówką pośrodku, jak przystało na jazz, zainspirował powstanie perfum z różą w centrum. Osobliwy wybór, and którym można by dyskutować, ale na końcu istotny jest zapach. A ten jest naprawdę udany.

Lekko kulinarna róża, początkowo nieprzesadnie podbita aldehydami, w sercu zgrabnie otoczona nutami owocowymi i nutą rumu, oparta na waniliowo-drzewnej bazie, utrwalona czystymi piżmami. Bardzo przyjemne, nowoczesne i całkiem zmysłowe ujęcie róży.

Zastanawiałem się, jak można by powiązać tę kompozycję zapachową z utworem muzycznym, który stał się dlań inspiracją. I chyba znalazłem klucz. Ten jazzowy temat jest równie ograny jak róża w perfumach. Ale jego odegranie wyłącznie na puzonie wydaje się całkiem oryginalną realizacją, podobnie jak róża zanurzona w owocowym syropie i polana rumem. Intensywna i bardzo trwała, z daleka od banału, z czasem zyskała na mojej ocenie.

główne składniki: róża, akord czystości, brzoskwinia, wanilia, drewno sandałowe, białe piżmo, rum

L’Orchestre Parfum to interesująca kolekcja perfum, oparta na oryginalnym i ciekawy koncepcie. Same zapachy mają cechy wspólne – są bardzo harmonijne, zrównoważone i generalnie przyjemne, miłe w noszeniu. Nie znajdziemy w nich żadnych dysonansów ani napięć. Przez to mogą wiele osób pozostawić obojętnymi, bo nie znajdziemy w nich olfaktorycznych wodotrysków. Wg mnie mają jednak swój urok i warto dać im szansę, bo niejednego mogą jednak pozytywnie zaskoczyć. Harmonia i równowaga pięto przecież cechy klasycznego piękna w sztuce.

Perris Monte Carlo – „Les Parfums de Grasse”

W 2018 roku UNESCO wpisało regiony Grasse na „Listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości” w związku z kultywowaną tam od wieków wyjątkową wiedzą związaną z uprawą roślin perfumeryjnych, znajomością i przetwarzaniem naturalnych surowców w wonne ingrediencje oraz sztuką kompozycji perfum. Właśnie to miejsce zainspirowało kierującego marką Perris Monte Carlo Gianlucę Perrisa to zainicjowania wyjątkowej kolekcji perfum.

Grasse słynęło niegdyś z upraw przeznaczonych do produkcji perfum: róży majowej i jaśminu. Obecnie oczywiście wciąż uprawia się tam te (i inne) rośliny, ale skala tych upraw jest nieporównanie mniejsza. Niemniej zarówno róża, jak i jaśmin to emblematyczne dla historii i tradycji regionu Grasse kwiaty. Nie dziwi mnie więc zupełnie wybór tematyki dla dwóch pierwszych perfum kolekcji Les Parfums de Grasse.

Gianluca Perris

Aby były to perfumy naprawdę wyjątkowe, ich skomponowanie Perris powierzył wyjątkowemu perfumiarzowi, mieszkającemu zresztą w rzeczonym regionie (a konkretnie w Cabris) Jean Claude’owi Ellenie, który dopiero niedawno ustąpił z prestiżowego fotela nadwornego perfumiarza marki Hermes.

W Grasse było kilku wartych uwagi kandydatów do tego projektu. Ale dla mnie Jean Claude Ellena jest najbardziej kultowym perfumiarzem naszych czasów i stoi ponad wszystkimi innymi. Jest oczywiste ponad wszelką wątpliwość, że artystycznie urodził się on w Grasse.

Gianluca Perris

Wiadomość o tym, że nowe perfumy Perris Monte Carlo wyszły z laboratorium w Cabris zelektryzowała mnie. Wszak J.C. Ellena to jeden z moich absolutnie ulubionych perfumiarzy, perfumowy wizjoner, którego kunsztu jestem wielkim wielbicielem. Mistrz perfumowego minimalizmu, który skomponował m.in. tak genialne zapachy, jak Declaration Cartier, Terre d’Hermes, Voyage d’Hermes czy Un Jardin Sur Le Nil, by wymienić tylko moje ulubione.

Jean Claude Ellena

J.C. Elleny wspomina przy tej okazji, jak będąc jeszcze dzieckiem, pracował podczas wieczornych zbiorów jaśminu (a także róż), pomagając swojej babci. Tamtego zapachu kwitów nigdy nie zapomniał i chciał go jak najwierniej oddać w tej kompozycji.

Jasmin de Pays

To klasyczny J.C. Ellena – minimalistyczny, bardzo na temat, skupiony na podkreśleniu natury tytułowego bohatera. A ten zmienia się tak, jak aromat jaśminu, którego kwiaty Jean Claude zbierał będąc dzieckiem. Najpierw pachnie zielono, świeżo, następnie zaczyna przypominać woń kwiatu pomarańczy, by na finiszu ukazać subtelne, indolowe zwierzęce akcenty. Ale od początku do końca jest to pięknie pachnący jaśmin. Dokładnie taki, jak wspomina perfumiarz – woń zbieranych kwiatów zmieniała się od godzin wieczornych aż do północy. Co więcej można tu dodać – Jasmin de Pays to jeden z najpiękniejszych zapachów jaśminowych, najwierniejszych naturze kwiatu, potraktowany bez zbędnych dodatków.

Absolut jaśminu jest w centrum, a zmienną naturę kwiatu autor uzyskał odpowiednio dozując esencję z goździka i aksamitki. Zwierzęcą naturę finiszu, a także trwałość i głębię zapachu zapewnił stosowną dawką piżma. Jakież to proste i jakże piękne?

główne nuty: jaśmin (absolut), goździk, aksamitka, piżmo

Rose de Mai

Ellena wybrał różę majową jako tę najbardziej charakterystyczną dla upraw w rejonie Grasse. Ta róża ma lekki, jasny i świeży zapach i w ten sposób właśnie artysta zaprezentował ją w swej kompozycji. W tym celu połączył cenny absolut z róży z równie charakterystyczną dla południowej Francji esencją z nieśmiertelnika oraz jedną z moich ulubionych esencji – geranium. Ostateczne szlify nadał dawką piżma.

Rose de Mai otwiera się róża lekko zieloną, świeżą. Dość szybko róża staje się lekka, kremowa i pastelowa, jak gdyby namalowana delikatną różaną, kremową pianką. Z czasem piękny różany absolut gęstnieje i dominuje, trwając na skórze do końca. Uroda tego zapachu tkwi w jego naturalności i prostoście oraz mistrzowskich proporcjach.

główne nuty: róża (absolut), nieśmiertelnik, geranium, piżmo

Oba zapachy to mistrzostwo precyzji i minimalizmu w perfumerii. Pachną bardzo naturalnie, przyjaźnie i po prostu ślicznie. W ich prostocie tkwi ich piękno. Tak to już jest z mistrzami sztuk, że umieją najbardziej zdawałoby się oklepany, a nawet banalny temat przedstawić w taki sposób, że zachwyca i porusza. J.C. Ellena to potrafi, co po raz kolejny udowodnił.

Amouage „Opus XI” – smoła na sterydach

Ile by nie napisać o wkładzie Christophera Chonga w rozkwit marki Amouage, trudno byłoby oddać mu w pełni jego zasługi.

Dziś – z perspektywy faktu, że kilka tygodni temu ogłosił rozstanie z marką – jego praca dla Amouage nabiera dodatkowego wymiaru. Chong stworzył – wraz ze współpracującymi z nim perfumiarzami – spektakularną kolekcję niezwykłych – w najlepszym tego słowa znaczeniu – perfum, pośród których dla mnie szczególną pozycję mają zapachy tworzące The Library Collection – najambitniejsze, najbardziej wizjonerskie i najbardziej wymagające.

Opusy to pachnidła nie tylko doskonałej jakości. Moim zdaniem to najodważniejsze i najciekawsze perfumy, jakie powstały w ostatniej dekadzie. Pierwszy Opus miał swą premierę w 2010 roku. Ostatni – Opus XI – w 2018. Czy będą kolejne? Czas pokaże.

„Nie uważam, aby którekolwiek z moich perfum były dziwne, może dlatego, że żyję z nimi w każdej sekundzie mojego życia. To jak posiadanie dziecka. Nawet jeśli twoje dziecko jest trochę dziwne, nie widzisz tego. Wydaje ci się normalne. Słyszałem wiele osób mówiących mi, że moje perfumy nie są takie łatwe do zrozumienia. Ale to właśnie chcę robić. Przynajmniej mam odwagę pchnąć paletę olfaktoryczną, jak to robili ludzie w ubiegłym stuleciu. I chcę, żeby klienci ciężko ze mną pracowali i poświęcili czas na zrozumienie tej podróży. ”

Christopher Chong
Christopher Chong

Żaden z Opusów nigdy nie mnie rozczarował. Są realizacją wszystkiego, co w niszowej perfumerii uważam za najlepsze. Niespotykane akordy, intrygujące kontrasty, nuty czasem wymagające zmiany zapachowych przyzwyczajeń, przestawienia osobistego „zapachowego kompasu”, poszerzające olfaktoryczną pojemność słowa „perfumy”. Do tego zawsze spektakularna intensywność, moc i niebywała, czasem wielodniowa trwałość. A wszystko to bez popadania w parodię, bez błyskotek i oślepiających uniformów, bez niestworzonych historii o królewskich dworach czy najcenniejszych składnikach świata. W oryginalnych flakonach o nowoczesnym designie, z minimalistycznymi etykietkami. Wszystko to w cenie stosownej do prezentowanej treści i jakości oraz do klienteli, do jakiej perfumy Amouage są kierowane (finansowo zasobnej, ale stroniącej od kiczu i banału, lubiącej zapachowe wyzwania, indywidualistycznej, chcącej swój charakter podkreślić perfumami).

Smoła zamiast drzew

Opus XI jest doskonałym przykładem stylu Chonga, który na przestrzeni lat stał się stylem Amouage. Już od pierwszych sekund czuć, że to aromat ambitny i wymagający. Otwierająca go nuta majeranku ma w sobie trochę zieloności i stosowną dozę ziołowości, nie przechylającą wszakże zapachu w kierunku kuchennej półki z przyprawami. Na myśl natychmiast przychodzi inny doskonały zapach Amouage Interlude Man z wyrazistą nuta oregano. Oba pachnidła łączy też perfumiarza – chyba ulubionego przez Chonga – Pierre Negrina. Majeranek nie fruwa to sobie swobodnie w powietrzu. Osadzony został bowiem na drzewnej nucie oudu, którą perfumiarz ulokował – co ciekawe – w sercu zapachu (zwykle oud buduje bazę). To co opisuję, dzieje się w pierwszym kwadransie od aplikacji na skórę. Podczas pierwszych testów do tego właśnie momentu Opus XI wydawał mi się kontynuacją kierunku obranego we wspomnianym Interlude Man, a także w innym wspaniałym dziele spółki Chong/ Negrin: w Opusie VII. Czułem, że jeśli w dalszej kolejności nastąpi drzewny finisz – polubimy się i to bardzo. Stało się jednak coś zupełnie innego… Nastąpiło zaskakujące „przełamanie” i aromat zaczął być w dość brutalny sposób okupowany przez coraz intensywniejszą nutę neo-skórzaną, brudną, jednocześnie drzewną i smolistą. Tyleż szokującą, co już mi znaną z… Gucci Guilty Absolute! To dokładnie ta sama nuta, śmiem podejrzewać, że ta sama aroma-molekuła, którą Amouage całkiem odpowiednio nazwał w oficjalnym wykazie nut jako woodleather. Dokładnie. Ta smolista nuta niepodzielnie już rządzi przez kolejne godziny, bardzo powoli tracąc na intensywności, siedząc na skórze zdecydowanie ponad dobę. Zapach jest tak nieprawdopodobnie mocny, że jago aplikacja musi być dosłownie minimalna. W przeciwnym razie powali noszącego i jego otocznie w promieniu 10 metrów.

To czy polubimy Opus XI zależy od tego, czy zaakceptujemy wspomniany akord woodleather, który w największym skrócie pachnie jak smoła na sterydach. To potężny i dominujący aromat, dodatkowo w Opus XI jest go moim zdaniem znacznie więcej, niż w Guilty Absolute (poza tym tam został połączony z nieco go łagodzącymi pinenowymi nutami iglaków i wetywerią, więc – mimo, że też drzewny – to jednak ma bardziej kamforową aurę, niż oudowo-skórzany, nieco animalny Opus XI). Oprócz wspomnianego Gucciego znam jeszcze jeden zapach o podobnej skórzano-smolistej, bezkompromisowej naturze – Rien Etat Libre d’Orange.

Christopher Chong zakończył kolekcję „biblioteczną” zdecydowanie mocnym akcentem, bezkompromisowym i bardzo trudnym pachnidłem. To zapach dla najsilniejszych indywidualności, dla osób nie obawiających się podejrzliwych i pełnych zniesmaczenia zmieszanego z zaskoczeniem spojrzeń. Dominujący i nie biorący jeńców. Nie jestem pewien, czy kreatorzy nie posunęli się tu jednak trochę za daleko…

Christophera Chonga w Amouage już nie ma, ale jego ostatni Opus będzie jeszcze pachniał długo, bardzo długo i bardzo mocno, nikogo nie pozostawiając obojętnym. Zamiast pięknych drzew, pozostawił nam przesączoną lepikiem spaleniznę. Dość mroczny to krajobraz, ale też – co za pożegnanie!

PS. Jestem niemal pewien, że choć Chong zakończył swoją misję w Amouage, wkrótce wróci z nowym zapachowym projektem…

Już nie mogę się doczekać…

nuty głowy: majeranek

nut serca: oud

nuty bazy: styrax, Woodleather

rok premiery: 2018

nos: Pierre Negrin

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 6,0/ projekcja: 5,0->4,0

Amouage „Portrayal Man” i „Portrayal Woman” – portrety przeszłości

Oto jest – nowy perfumowy duet od Christophera Chonga i jego Amouage. Portrayal to pachnidła zainspirowane latami 20-tymi XX wieku, okresem odzyskanego w Europie Zachodniej pokoju oraz kobiecej emancypacji.

Amouage Portrayal

Portrayal Man – „Pan już tu był…”

Zielony, soczysty, lekko trawiasty początek, przechodzący w zieloną nutę fiołka, spod której wyłania się skórzana nuta o lekko benzynowym zabarwieniu. Umieszczona w środku wetyweria idealnie łączy oba akordy niczym olfaktoryczny most. Portrayal Man pachnie dość prosto i czytelnie, męsko i solidnie oraz …. dziwnie znajomo.

Portrayal Man to skórzano-zielony zapach o nie do końca współczesnym brzmieniu, pachnący jak dziecko Grey Flannel i Fahrenheita z delikatnie orientalnym twistem.

W ostatnich dniach specjalnie odświeżyłem sobie Fahrenheita (wciąż genialny), by móc lepiej skonfrontować oba pachnidła. W Portrayal Man są zielone fiołkowe liście i jest nuta skórzano-benzynowa. Wystarczy, by zrobiło się znajomo. Doprawdy zaskakująca ładunkiem sentymentu propozycja, mocno zapatrzona w niewątpliwie jeden z największych triumfów męskiej perfumerii wszech czasów. Ale Portrayal Man nie jest to po prostu kopią Fahrenheita. To byłoby stwierdzenie krzywdzące dzieło Chonga i spółki. Mimo wszystkich podobieństw, znajdziemy tu także różnice. Portrayal to amłażową realizacja tego samego tematu, mniej skórzana, bardziej fiołkowa, a do tego – gdy zapach już osiądzie na skórze – przyozdobiona w orientalną nutę, która tu nieco majacząca, zdecydowanie wyraźniejsza jest np. w Rasasi La Yuquawam Pour Homme (a więc siłą rzeczy także, choć w mniejszym stopniu w Tuscan Leather Toma Forda). Zapach jest wykonany perfekcyjnie, co nie zaskakuje w przypadku tej marki. Nigdy nie dyskutuję na temat formy Amouage – ta jest zawsze na najwyższym poziomie. Zresztą o rzadko której współczesnej marce perfumowej mogę powiedzieć to samo. Projekcja może nie przytłacza (i to akurat dobrze), ale jest wystarczająca, a zapach czuję na sobie naprawdę wyraźnie i bardzo długo. Mimo jego olfaktorycznej wtórności, kusi jakością, świetnymi parametrami i tym orientalnym „twistem”, który odróżnia go od wspomnianego klasyka. Wystarczy, żeby zaopatrzyć się we własny flakon? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam, najlepiej po wcześniejszych testach.

Amouage Portrayal Man

nuty głowy: fiołek

nut serca: wetiwer

nuty bazy: cade (jałowiec kolczasty)

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5 –> 3,5

 

 

Portrayal Woman – chłopczyca w sukni

Kobiecy styl 20-lecia międzywojennego wiązał się z ówczesną emancypacją i w dużej mierze wynikał z tego, co na paryskich wybiegach pokazywała Coco Chanel. Początkowe ukrywanie kobiecych kształtów, inspiracja modą męską (m.in. noszenie spodni przez tzw. „chłopczyce”), krótkie włosy, mocny makijaż, z czasem zastąpione zostało bardziej już kobiecymi sukniami za kolano, czy eleganckimi żakietami. Stylową kobietę tamtego okresu charakteryzował też nieodłączny papieros zatknięty w długą „fifkę”. To połączenie symbolizującej kobiecość nuty jaśminu oraz w swym pochodzeniu i kulturowych konotacjach męskiego akordu tytoniowego jest istotą Portrayal Woman. To nie pierwszy raz, gdy oba – wydawałoby się odległe od siebie – aromaty zostały połączone w jedną perfumową kompozycję. Wcześniej dokonał już tego Etienne de Swardt, który wspólnie z perfumiarzem Antoinem Maisounieu stworzyli w 2012 słynne Jasmin et Cigarette.  W porównaniu z tamtym zapachem Portrayal Woman wypada zdecydowanie bardziej „okiełznanie” i zachowawczo.

moda-na-lata-20-467249-GALLERY_BIG

Z początku czujemy lekko owocową nutę jaśminu, spod której dość szybko wyłania się tytoniowe tło, ale jest to akord tytoniu aromatyzowanego wanilią. Tej wanilii zresztą z każdym kwadransem przybywa, a jej bardzo zgodnym kompanem jest użyta jako baza zapachu żywica elemi.

Portrayal Woman jest – jak na Amouage – dość zachowawczy w realizacji tematu, pachnie oczywiście bardzo ładnie, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie poświęcono mu dość uwagi. Zabrakło w nim właśnie tego buntowniczego, emancypacyjnego, pełnego wolności ducha lat 20-tych XX wieku, które rzekomom portretuje. Nie ma w nim zachłyśnięcia się wolnością, nie ma grubej kreski makijażu i nie ma… spodni.  

Amouage Portrayal Woman

nuty głowy: jaśmin

nut serca: akord tytoniowy, wanilia

nuty bazy: elemi

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0 –> 3,5