Montale Paris w dwunastu odsłonach

Bardzo trudno nadążyć za kolejnymi premierami marki Montale. Katalog ich produktów rozrasta się w wyjątkowo szybkim tempie, a pobieżne zapoznawani się z każdym nowym zapachem może wprowadzić w nie lada konfuzję i poczucie, że przecież to już było, że to podobne do innego zapachu tej samej – albo innej (bo i tak czasem bywa) – marki. Nie znam wystarczająco wielu perfum Montale, by móc to samemu ocenić lub jakoś uporządkować ten jakże liczny zbiór. Postanowiłem więc po prostu przebrnąć przez zapas czekających na testy próbek i choć krótko scharakteryzować moje wrażenia na ich temat. Marka o tyle ułatwia zadanie, że – z nielicznymi wyjątkami  – w nazwach perfum umieszcza dominującą nutę. I nie zawsze – na szczęście – jest to oud.

1. The New Rose (2016) – lekka, świeża, owocowa róża 

To oczywiście perfumy z różaną dominantą, podane w zdecydowanie kobiecy sposób, ale… Cóż jest nowego w tej róży? Nie ma tu rewolucji, choć trzeba oddać, że róża połączona tu z nutami owocowymi – maliną, porzeczką, brzoskwinią i cytrusami – pachnie naprawdę uroczo i świeżo, wcale nie przytłaczająco, ani nie ciężko. Szczególnie początek jest rześki i można w nim wyczuć nawet nutkę konwalii. Serce ma nieco bardziej landrynkowy charakter (ale bez przesady). Obiektywnie przyjemne, całkiem nasycone i trwałe pachnidło z zaskakującym drzewnym finiszem, rzeczywiście nieco inaczej, na świeżo prezentujące królową kwiatów. Warto przetestować.

Montale New Rose

2. Montale „Arabians” (2017) – oud i skóra w eleganckim wydaniu

To pachnidło przyprawowo-drzewno-skórzane, zainspirowane wspaniałą rasą koni (z której hodowli znana niegdyś była pewna polska stadnina…) podane w zdecydowanym, arabskim stylu. Otwiera się suchą i intrygująco gorzkawą mieszanką kardamonu i prowansalskich ziół (lawendy i tymianku). W sercu łagodnieje, staje się drzewne. Paczula i wetyweria osadzone są na skórzano-oudowym fundamencie, który przez pewien czas emituje subtelny lekarstwiany aspekt. Baza utrwalona piżmami i ambrą pozwala się cieszyć aromatem Arabians przez wiele godzin, ale to przecież standard w pachnidłach Montale, co wg mnie jest ich zdecydowaną zaletą. Co więcej, Arabians jest ładnie wyważone i nie obezwładnia mocą, co w tym przypadku uważam także za pozytyw. Ogólnie zapach w moim typie. Podoba mi się.

PS. „Arabians” ma dość osobliwą naturę. Trzyma się skóry wiele godzin, ale jego projekcja jest umiarkowana, nie wyczuwalna zbyt mocno dla noszącego, za to zauważana przez otoczenie. Na pewno nie jest więc aromatem przesadnie nachalnym czy męczącym. Zadbano o cywilizowaną moc. Choć osobiście wolę bardziej czuć perfumy na sobie.

Montale Arabians

3. Montale „Starry Nights” (2015) – nouveau chypre?

Intrygujący, balsamiczno-owocowy początek, z wyróżniającą się nutą jabłka przechodzi w kwiatowo-drzewne, szyprowe w swej istocie serce, z jaśminem zmieszanym z różą i paczulą. Wspomniany akord szyprowy jest tu jakby pastelowy, łagodny, przyjazny i zupełnie współczesny. Zaokrąglony chyba dość sporą dawką piżm, których charakterystyczna transparentna i lekko gryząca nozdrza nuta jest tu po pewnym czasie w sercu i bazie zapachu całkiem wyczuwalna. Naprawdę oryginalne ujecie tematu. Ale „Starry Nights” kryje w sobie znacznie więcej. Z czasem nabiera ostrej, nieco wprawdzie syntetycznej, ale mnie bardzo odpowiadającej ambrowo-drzewnej ostrości i finiszuje takimże aromatem. Nadspodziewanie dobry zapach. I trwały wręcz niemiłosiernie. Do tego zdecydowanie uniseksowy, odnajdzie się z powodzeniem na męskiej, jak i kobiecej skórze. A już najbardziej przedziwne jest to, że ja w jego sercu i bazie znajduję echa męskiego „Zino” od Davidoffa…

Montale Starry-Nights

4. Golden Sand (2015) – świeży i transparentny

Jak na Montale – zapach wyjątkowo lekki, co nie znaczy, że pozbawiony treści. Z początku słodkawo cytrusowy i miętowy, z minimalnie wyczuwalną różą. Z czasem bardziej wyraźny staje się zielony aromat fiołka, osadzony na subtelnej waniliowo-drzewnej bazie (sandałowiec). Im bliżej finiszu, tym bardzie zdominowany jest przez białe piżma. Golden Sand jest trudny do opisania, jakby niedookreślony, nie tak intensywny, czytelny i ewidentny jak większość znanych mich pachnideł marki. Wiąż jednak bardzo trwały. Przyznam, że mimo kilku testów, wciąż do końca nie wiem, co o nim myśleć…

 

Montale Golden Sand

5. Amber and Spices (2009) – skóra i ambra z emaliową poświatą

Mocny, ambrowo-drzewno-przyprawowy zapach, którego woń, z charakterystyczną nutką farby emaliowej, przypomina mi przede wszystkim New York Amber Bond No.9, jak i do pewnego stopnia także Davidoff Leather Blend. Co ważne, mimo wymienienia w nazwie ambry i przypraw, niezwykle ważnym elementem tego pachnidła jest nuta oudu, podana w lekko gorzki, „lekarstwiany” sposób. Zresztą przyprawy tu użyte są także dość szczególne i nie należą to najpopularniejszych – kmin i gałka muszkatołowa. Przydają one zapachowi głębi, gorzkości i odrobiny cielesnej zmysłowości. Summa summarum Amber & Spices to moim zdaniem jeden z najlepszych perfum od Montale. Zdecydowanie warte uwagi tych, którzy cenią sobie tego typu mocne quasi-arabskie aromaty.

Montale Amber and Spices

6. Montale „Sweet Peony” (2017) – piwonie i róże w lukrze

Uroczy, bardzo kobiecy zapach kwiatowo-kulinarny. Nie jest może oryginalny czy unikatowy, ale nie można odmówić mu urody i prawdziwie harmonijnej kompozycji. Bukiet kwiatowy z wyróżniającą się tytułową piwonią, przypominającą lekką, świeżą różaną woń, której towarzyszy zgrabnie wkomponowana wanilia, brzoskwinia, nuta kokosu oraz delikatna nuta kawy. Początkowo świeży, wyraźniej kwiatowy, dość szybko nabiera nieprzesadnej, zmysłowej słodkości. „Sweet Peony” jest więc najpierw przez krótki czas „peony”, a później już bardziej „sweet”, choć ślad kwiatowego tematu obecny jest w zapachowym spektrum całkiem długo, a na charakter finiszu duży wpływ ma ujawniające się w bazie drewno sandałowe. Ogólnie – bardzo przyjemne i – podobno – dobrze noszące się perfumy o niedominującej, przyjemnie wyczuwalnej projekcji.

Montale Sweet Peony

7. So Amber (2016) – wieczorowa róża po arabsku

Połączenie nut marokańskiej róży z nutą ambrową znaną z Amber&Spices, posypane szafranem i przybrane nutą maliny, z esencją z sandałowca w bazie. Zmysłowy, orientalno-kwiatowy, raczej kobiecy, wieczorowy, ale też – co trzeba podkreślić – kolejny różano-kulinarny zapach w ofercie Montale. Ginie pośród innych jemu podobnych.

Montale so amber

8. Wild Pears (2011) – gruszka i konwalia na drzewnej bazie

Dotrzymuje danego w tytule słowa. Pierwszy raz bowiem spotykam się z tak intensywną nutą gruszki (!), która początkowo odświeżona bergamotą, bardzo naturalnie przechodzi w umieszczony w sercu zapachu akord konwalii. Ten został subtelnie doprawiony goździkiem i osadzony na bazie z wanilii, sandałowca. Całość utrwalono piżmami, tworząc naprawdę oryginalne i zdecydowanie kobiece perfumy o wyrazistym finiszu.

Montale wild pears

9. Oudmazing (2016) – oud i figa, czyli tego jeszcze (chyba) nie było

Nazwa z jednej strony uprawnia do zakwalifikowanie tego zapachu do najliczniejszej w ofercie Montale linii pachnideł koncentrujących się „wokół oudu”, z drugiej wzmaga apetyt i powoduje, że liczymy na coś… amazing właśnie. Jedno jest pewne – nie jest to oud z jakiego Montale jest najbardziej znane. Aromat zamknięty w czarnym flakonie-puszce ze złotą „etykietą” zdaje się być dość kompleksowy i intrygujący. Kwaśno-drzewna nutka oudu wyczuwalna jest już po kilku minutach, ale towarzystwa dotrzymują jej całkiem donośne i dość nietypowe nuty: cytrusy, gruszka i figa. Zapach jest więc na początku drzewno-owocowy, z dominującą, nieco szorstką nutą figi. Z czasem – w sercu zapachu – duet oudu i figi zdaje się dominować i właśnie ta -nietypowa trzeba przyznać zbitka –  jest sygnaturą tego wyjątkowo intensywnego, nawet jak na Montale, pachnidła.

Montale Oudmazing

10. Day Dreams (2017) – gardenia w lukrze

Jest w jakimś sensie analogią Sweet Peony, tyle że miast piwonii i róży za część kwiatową odpowiadają nuty biało-kwiatowe, z kwiatem pomarańczy, neroli, jaśminem i przede wszystkim gardenią. Nad aspektem kwiatowym jednak niemal od początku dominuje część kulinarna, czyli duet wanilii i kokosu. Rusztowanie dla Day Dreams zbudowano z esencji sandałowca – która przez wzgląd na swą kremową i subtelną naturę idealnie dopełnia tego typu kulinarnie nacechowane kompozycje perfumeryjne. Zapach utrwalono sporą dawką białych piżm, które można poczuć dopiero wiele godzin po aplikacji. Day Dreams to przyjemny i harmonijny kobiecy zapach, biało-kwiatowo-kulinarny i zaskakująco delikatny, jak na standardy tej marki.

Montale Day Dreams

11. Red Aoud (2008) – pudrowana róża 

Z początkowej chmury słodkawego pyły, zbudowanego z drobinek szafranu i kminu (akord otwarcia tu unikat, z jakim dotąd się nie spotkałem) wylania się dość szybko serce zapachu, zbudowane z subtelnej, ale ewidentnej róży. Ta wraz z echem przyprawowego otwarcia rozwija się na skórze w różano-sandałowy aromat, dryfując w kierunku estetyki arabskich attarów. Drzewno-tonkowa baza pogłębia zmysłową, różaną woń. Nie odnalazłem tu natomiast nawet śladu oudu, czy czegokolwiek oudo-podobnego.

Uniseksowy początek przeistacza się z czasem w nieco bardziej kobiece niż męskie pachnidło, gdy wziąć pod uwagę europejskie standardy. Róża trwa naprawdę długo, utrwalona drzewną bliżej końca, tym bardzie kobieco wybrzmiewa. Podczas testów kolejnych pachnideł Montale staram się skategoryzować je (być może niesłusznie) jako bardziej męskie lub bardziej kobiece. Ten wg mnie zdecydowanie należy do tej drugiej grupy.

 

Montale red aoud

12. Montale – „Nepal Aoud” (2014) – suchy, drzewny pył

To jedna z bardzo miłych niespodzianek podczas moich intensywnych testów dwunastu „Montalaków”. Perfumy z gatunku, jaki szczególnie lubię. W klimacie Azzaro „Visit for Men” czy – w mniejszym stopniu – nieodżałowanego „Tumulte Pour Homme Ch. Lacroix”, tyle że z dość ostrym oudowym finiszem. Ale spokojnie. Nie ma tu typowego kwaśno-paczulowo-różanego akordu oudowego, tak powszechnego w wielu pachnidłach tej marki. Jest natomiast szafran i gałka muszkatołowa w wibrującym otwarciu. Ambra, subtelna wanilia i piżma w ciepłej bazie. Trudny do uchwycenia ślad róży. No i wspomniany oud, ale to na samiutkim końcu. Przede wszystkim zaś cedr – obecny przez większość czasu, jest osią tej kompozycji. Cedr sparowany z wibrującą gałką muszkatołową, słodkim szafranem i ładnie wypełniającą całość wanilią tworzą aromat podobny do wspomnianego „Visit for Men”. „Nepal Aoud” jest jednak mniej balsamiczny od dzieła Annick Menardo, a bardziej pylisty, suchy, wytrawny, szorstki. Intrygujący i hipnotyzującym, niemal linearny zapach o przyjemnej, długo wyczuwalnej projekcji i solidnej ponad 10-cio godzinnej trwałości. Męski i naprawdę świetnie się noszący. Jestem zdecydowanie „na tak”.

montale-nepal-aoud

 

 

 

 

 

Reklamy

Maison Francis Kurkdjian „Oud Extrait de Parfum” i „Oud Silk Mood Eau de Parfum”

Francis-Kurkdjian-1024x682
Francis Kukdjian lansuje „Oud Satin Mood Extrait de Parfum” (fot. parfumplusmag)

Francis Kurkdjian dokonał w zeszłym roku kilku zręcznych uzupełnień swojej kolekcji pachnideł oudowych, w efekcie których z dotychczasowych pięciu „zrobiło się” osiem. Jest więc w czym wybierać. Najpierw wylansował Oud Satin Mood (fantastyczny jako EDP) w wersji Extrait. Następnie zaś – całkiem niedawno – zaprezentował analogiczną ekstraktową wersję swego zupełnie pierwszego – i absolutnie fantastycznego – oudowca Oud Extrait oraz – dla odmiany – na bazie jednego ekstraktu z super luksusowej kolekcji arabskiej (tak ją sobie dla porządku nazwałem) zaproponował Oud Silk Mood jako EDP (eau de parfum). Ufff….Można się w tym pogubić, ale rezultat ma – jako całość – sens.

Uporządkujmy zatem. Dziś oudowa kolekcja MFK składa się z:

 

Oud Eau de Parfum                           Oud Extrait de Parfum

 

Oud Satin Mood Eau de Parfum      Oud Satin Mood Extrait de Parfum

 

Oud Silk Mood Eau de Parfum            Oud Silk Mood Extrait de Parfum

Oud Cashmere Mood Extrait de Parfum Oud Velvet Mood Extrait de Parfum

Warto nadmienić, że Francis Kurkdjian deklaruje użycie w swych pachnidłach autentycznej esencji z oudu z Laosu, a więc jednego z najbardziej cenionych typów tej ingrediencji.

Gdy już więc uporządkowaliśmy ten oudowy, pozorny chaos, skupmy się na dwóch najnowszych kompozycjach domu Francisa:

Oud Extrait de parfum to zagęszczona, zintensyfikowana i pogłębiona wersja pierwszego Oudu Francisa. Tamten perfekcyjnie wykonany, sygnaturowy, absolutnie doskonały, słodko-drzewny, egzotyczny i niesamowicie zmysłowy aromat, w którym oud sparowany został z szafranem, żywicą elemi, cedrem i paczulą perfumiarz doprawił tu ketmią piżmową (Ambrette) oraz akordem słodkiej wanilii, przydając mu kulinarnej, zmysłowej, oszałamiającej głębi i puchatej słodkości, uwypuklającej się szczególnie na finiszu, w miejscu, w którym wersja pierwotna emanuje suchym i lekko gryzącym oudowym dymkiem (co mnie się akurat bardzo podoba).

Zapach stał się więc pełniejszy, bardziej skoncentrowany, bardziej intensywny i bardziej leniwie się rozwijający, ale też bardziej kulinarny. Z początku nieco pikantny, w sercu słodko-gorzki, w bazie puchaty wanilią, na samym jej końcu snując drzewne reminiscencje. A przy tym – to  prawdziwy demon trwałości!

Ten remiks w kierunku słodkości nie każdemu pewnie przypadnie do gustu, szczególnie, że wiele osób już pierwszy Oud Francisa uważa za zbyt słodki (szafran). Ja go z kolei uwielbiam. Niewiele jest go w stanie przebić. Przyznam wszakże, że ta nowa wersja zrobiła na mnie niemałe wrażenie i jest duża szansa, że się mocno polubimy. Chyba nawet już się polubiliśmy…

dominujące nuty: szafran, oud, wanilia

twórca/nos: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 6,0/ projekcja: 4,0

MFK Oud Extrait i Silk Mood EDP

Oud Silk Mood Eau de parfum powstało na bazie ekstraktu pochodzącego z – jak ją nazywam – „arabskiej złotej trójki”, tych błyskotkach, które Francis (prawda że sprytnie?)  przygotował z myślą o rynkach w takich pachnących błyskotkach się lubujących. Ekstrakt jest absolutnie genialny, doskonały w każdym calu. Oszałamiająco piękny. Prawdopodobnie najlepsze pachnidło zestawiające akord różany z oudem, jakie kiedykolwiek testowałem (zaraz za nim Agarwoud Heeleya). Być może kluczem do jego urody jest unikatowa nuta niebieskiego rumianku z Maroka, a już na pewno niezmiernie ważny dla efektu końcowego jest mój ulubiony papirus.

Moim zdaniem nie można tego zapachu poprawić. Ale można go zmodyfikować np. w kierunku większej lekkości, z odrobiną świeżości. To – zdaje się – właśnie zrobił Francis, zmniejszając koncentrację formuły oraz wzbogacając ją w kilka nadających jej świeższego i lżejszego charakteru ingrediencji: bergamotę, gwajak i …. Hedione.

Tak, dokładnie. Ta cudowna molekuła wraz z bergamotą rozświetlają Silk Oud, podczas gdy gwajak wzmacnia jego sucho-drzewną nutę, utrwalaną papirusem. Akord różany jest mniej nasycony, wciąż jednak wyraźny i unikatowo piękny. Bardzo udana alternatywa dla tych klientów (europejskich?), dla których ekstrakt, schlebiający – jak zresztą całe oudowe ekstraktowe trio – raczej gustom (i kieszeniom) Szejków znad Zatoki Perskiej, to jednak nieco zbyt wiele. Ja „łaskawie akceptuję” (adoruję!) obie wersje, będąc wszakże wciąż niezmiernie ciekawym, jak się – na dłuższą metę – noszą. Mam zamiar to wkrótce sprawdzić.

dominujące nuty: róża, oud, papirus, niebieski rumianek z Maroka

twórca/nos: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5

 

 

 

 

Clive Christian „Private Collection”

W zeszłym roku luksusowy brytyjski dom perfumowy Clive Christian przedstawił nową i bezprecedensową w swoim wykonaniu Private Collection – kolekcję 5 par pachnideł, z których każda para oznaczona została jedną z liter imienia kreatora. Nowa kolekcja zdaje się zastępować dotychczasową, także literową (choć złożoną ze – zdaje się – póki co 3 par zapachów: C,L,V), i także zamkniętą w brązowych flakonach. O ile jednak w tamtej pachnidła debiutowały parami z podziałem na męskie i damskie (podobnie jak zwykło to czynić Amouage), co było wyraźnie zaznaczone na flakonach, tak nowa kolekcja nie kontynuuje tego podziału w tak wyraźny sposób. Dopiero gdy wejdziemy na stronę marki i zajrzymy do opisów poszczególnych perfum, znajdziemy tam sugestie co do płciowe predestynacji (masculine lub feminine). Na flakonach umieszczono natomiast krótkie opisy rodziny zapachowej, do jakiej należą poszczególne perfumy, co zdaje się być ciekawym zabiegiem, skierowanym do coraz bardziej świadomej klienteli. Trzeba zaznaczyć, że Private Collection składa się z zupełnie nowych kompozycji, mimo zachowania jednoliterowych „nazw”. Oznacza to, że nowe L pachnie inaczej niż stare L itd.

C Christian private-collection-masculine-47905445

Kolekcja dostępna jest już od jakiegoś czasu w Perfumerii Quality Missala, dzięki uprzejmości której mam okazję zapoznać się z 3 parami pachnideł: L, I oraz E.

Wedle informacji znajdującej się na stronie internetowej marki, każde pachnidło zawiera od stu do trzystu (!) składników, co wydaje się być niemal niewiarygodne w czasach, gdy perfumy komponuje się z kilku, kilkunastu, w porywach kilkudziesięciu ingrediencji! Poziom ich koncentracji to 20%. Są to więc wody perfumowane, nawet nie ekstrakty. No dobrze, ale jak pachną tak rzekomo bogate w składniki kompozycje?

L (Feminine – Floral Chypre) – jak wynika z opisu jest to kwiatowy szypr i faktycznie tak jest. Takie określenie mogłoby nasuwać skojarzenia z estetyką klasycznego No 5 Chanela i tysięcy innych pachnideł, która powstały z inspiracji tym arcydziełem przypadku… Będą to oczywiście skojarzenia słuszne, ale tylko poniekąd. L Feminine to bowiem szypr pachnący jednocześnie tradycyjnie i współcześnie. Bije z niego precyzja i znajoma uroda. Nie zaskakuje treścią, ale oczarowuje formą. Przepiękne, niezwykle kobiece, mogące z powodzeniem stawać w szranki z Gabrielle od Chanel. Uwielbiam takie perfumy do tego stopnia, że sam chętnie bym je nosił…. Zresztą, zawsze gdy nachodzi mnie chęć na kwiatowy szypr, sięgam po Amouage Gold Men lub co najmniej Silver Man…. A jakie nuty znajdziemy w L Feminine? Przede wszystkim klasyczny duet jaśminu Sambac i róży, szczyptę irysa, który przepięknie odzywa się w sercu zapachu nadając akordowi kwiatowemu lekko szorstkiej, niesamowicie eleganckiej faktury, odrobinę kadzidła oraz budujące trwałą bazę piżma i wanilię o subtelnie animalnym sznycie. Owszem, powstało tysiące takich pachnideł, ale pewnie zaledwie kilkanaście z nich może pochwalić się taką urodą. Klasyczny i naprawdę ładny.

L (Masculine – Woody Oriental) – intrygujące połączenie przypraw (pieprz) z akordem fougere (lawenda i geranium) i subtelnymi nutami kwiatowymi (irys, magnolia, jaśmin) na ambrowo-tytoniowej bazie, utrwalonej i pogłębionej przez piżma. Oryginalny, męski i emanujący luksusem zapach wpisujący się w aktualnie panujący trend powrotu fougere do kanonu męskiej perfumerii (co mnie bardzo cieszy). Troszkę może zachowawczy, niemniej bardzo kompetentnie skomponowany.

I (Feminine – Woody Floral) – otwiera się świeżym, owocowo-przyprawowy akordem, by w sercu odsłonić klasycznie kobiece nuty kwiatowe róży i jaśminu, ale w lżejszym i bardziej dynamicznym wydaniu, niż choćby ten z opisywanego wyżej L Feminine. Baza zapachu jest ambrowo-drzewna i odrobinę gorzka. Początek intrygujący, serce ładne, reszta trochę nijaka.

I (Masculine – Amber Oriental) – ma dość niezwykły, pachnący lekko sfermentowanymi owocami i farbą emaliową, początek. Jest to aromat mocnej whiskey, dębowej beczki, jest też element iglakowej żywicy. W składzie znajdziemy m.in. nutę jabłka, suszonych owoców, ambrę i piżma, a także balsam jodłowy, mech i cedr z Atlasu. Całość jest męska, mocna i konkretna. Co ciekawe, nieco benzynowa baza przypomina mi trochę Lonestar Memories Andy’ego Tauera. Mimo to jest chyba najbardziej oryginalny z opisywanej szóstki, o mocnym charakterze i przykuwających uwagę zestawieniach nut, nie zawsze w 100% konsonansowych. Takie kontrasty zawsze dobrze robią perfumom i ta prawidłowość sprawdza się także i tu.

 

 

E (Masculine – Gourmande Oriental) – sypkie przyprawy na ambrowym tle z nutami rumu,  brzoskwini, labdanum, cynamonu i goździka w otoczeniu aromatu whiskey. Początkowo nieco bardziej słodkie, z czasem nabierając nieco bardziej słonego i suchego charakteru, szczególnie w bazie. Zapach sam w sobie świetny, ale jestem przekonany, że gdzieś czułem już coś bardzo podobnego… Mniejsza o to. Nie każde pachnidło musi być unikatowe i oryginalne. Zwykle wystarczy, jeżeli jest po prostu dobrze zrobione. Tak jest w tym przypadku. E Masculine to obok I Masculine ulubiony męski zapach z opisywanej szóstki.

E (Feminine – Green Fougere) – aromatyczno-zielony fougere z dość mocnym, zielono-ziemisto-kwiatowym akordem narcyza, aromatycznym lawendowym sercem i delikatnym finiszem, w którym echom wciąż obecnej zieleni towarzyszy sucha nuta drzewna i spora dawka białych, pachnących rozgrzanym żelazkiem białym prześcieradłem piżm. Intrygujący, inny, oryginalny.

 

Gdybym miał podsumować moje testy wybranych perfum Private Collection Clive Christian, to musiałbym stwierdzić, że przede wszystkim nie czuję w nich tej gigantycznej liczby składników (zresztą czym można to poczuć? raczej nie ma takiej możliwości), więc równie dobrze może to być chwyt marketingowy, mający na celu usprawiedliwienie grubo przesadzonych ceny tych perfum. Ale może to też być prawda, jeżeli np. przyjmiemy taki oto sposób liczenia, że sama esencja różna to pewnie dobrze ponad sto różnych aroma-molekuł… Mój zdrowy rozsądek i realna ocena podpowiadają zgodnie, że współcześnie nie komponuje się perfum z udziałem ponad 200 składników albo są to zupełnie marginalne przypadki. Z drugiej jednak strony, czy marka Clive Christian chce się kojarzyć ze zdrowym rozsądkiem, jeżeli wycenia jeden 50 ml flakon tych perfum na 275 brytyjskich funtów? Z pewnością nie.

Creed „Viking” – przewrotnie tradycyjny

Na nowy męski zapach Creeda przyszło nam czekać siedem lat. Tyle bowiem minęło od  premiery Aventusa, który okazał się bezprecedensowym sukcesem marki. Co prawda, w międzyczasie Creed wydał jeszcze (bo raczej nie wylansował – nie było żadnej zauważalnej kampanii) Royal Mayfair (2015), ale to Viking został oficjalnie ogłoszony następcą Aventusa, o czym świadczyć może także nieco inny design flakonu zaprezentowany już wcześniej w Aventus i Aventus for Her (2016). Viking został po raz pierwszy przedstawiony podczas targów TFWA (Tax Free World Association) w Cannes w 2016 roku. Minął ponad rok, zanim nastąpiła jego oficjalna światowa premiera – a ta miała miejsce w … Islandii. Od kilku tygodni zapach jest już dostępny także w Polsce – w perfumerii Quality Missala.

Zainspirowany słynną łodzią Wikingów z IX wieku (niepierwszy w historii – pamiętacie Drakkar Noir Guy Laroche?), Viking nie miał łatwego zadania.

Creed Viking 01

Po nieprawdopodobnym sukcesie Aventusa, Creed ni stąd ni zowąd znalazł się w sytuacji podobnej do tej, w jakiej znajduje się znany zespół muzyczny przed nagraniem kolejnej płyty, podczas gdy jego ostatnia święci jeszcze triumfy, określana jest jako kultowa i okazało się, że wyznaczyła nowe trendy, a muzyka na niej zawarta jest już nawet imitowana. Erwin i Olivier Creedowie musieli się czuć niczym Pink Floyd po wydaniu Dark Side of The Moon lub AC/DC po sukcesie Back in Black.

Do takiej kuriozalnej – trzeba to przyznać – sytuacji doprowadzili wszelkiej maści perfumowi entuzjaści, krytycy, blogerzy, publikujący na YouTube vlogerzy, nie mogący wystarczająco nachwalić – świetnego skądinąd – Aventusa, regularnie umieszczający go na pierwszych miejscach swoich rankingów, przyznający mu tytuł męskich perfum wszech-czasów tudzież mistrza w uwodzeniu kobiet. Słowem – budujący mu „pomnik za życia”.

To ta sama społeczność internetowa, która spowodowała, że na przestrzeni ostatnich 15 lat perfumy stały się czymś więcej niż tylko kosmetykiem, produktem użytkowym. Zyskały status niemal dzieła sztuki (czasem zasłużenie), na równi z – powiedzmy – książką, płytą muzyczną czy filmem. Wiem, o czym piszę, bo sam jestem częścią tego zjawiska i czasem zastanawiam się, czy nie za daleko to wszystko zabrnęło? Koniec końców to tylko pachnąca ciecz w ozdobnej butelce… I nie piszę tego w kontekście procesu tworzenia perfum, który ma w sobie elementy zarówno artyzmu, jak i rzemiosła oraz czystego marketingu, ale w kontekście docelowego przeznaczenia produktu. Perfumy to jednak nie to samo, co muzyka, książka czy film…A może się mylę? Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że

oczekiwania wobec Vikinga były niezwykle wygórowane, emocje zaś rozgrzane niemal do białości.

Niepotrzebnie. Także reakcje na zapach, gdy tylko wszyscy zainteresowani zaczęli go testować i mogli już spokojnie …. no właśnie – porównywać go z Aventusem, pełne są niezadowolenia, rozczarowania i zniesmaczenia, rzadko ostrożnego uznania. Ale czy mogło być inaczej? Czy można pisać o Vikingu bez porównywania go do sławnego poprzednika? Chyba nie. Albo jest to trudne. Moim zdaniem jednak należy zdjąć z niego odium tych oczekiwań. Wówczas można przystąpić do oceny z czystą kartą. A taka jest najuczciwsza, jeżeli chce się być wiarygodnym recenzentem.

Jeżeli ktoś oczekiwał, że Creed zaproponuje nam kolejnego Aventusa, to było to oczekiwanie naiwne. Viking to – na szczęście – zupełnie inne perfumy. To nowe i osobne pachnidło, choć wcale nie pozbawione elementów kontynuacji, tyle, że to akurat nie Aventus płynie w żyłach Vikinga.

fb-viking-creed

Viking zawiera w sobie pełne męskie DNA tej marki. Odnajdziemy w nim echa wielu poprzednich męskich Creedów.

Początkowy – osiągnięty za pomocą różowego pieprzu i mięty – powiew chłodnej świeżości nawiązuje do Silver Mountain Water. Świeże nuty owocowe a’ la Millesime Imperial – tu odnajdziemy w postaci duetu bergamotki i cytryny. Aromatyczna lawenda a’la Bois du Portugal znajduje się w bazie kompozycji w postaci absolut lawendyny. Jest też kwiatowo-drzewne ciepło znane z Original Santal, które zapewnia tu duet róży i drewna sandałowego. Wreszcie, dzięki zawartości pieprzu i nut drzewnych odnajdziemy także ulotne wspomnienie pikantnej drzewności Spice & Wood. Tyle znalazłem ja, ale może jest tego więcej? Wszystko to ułożone zostało w pełen smaku i umiaru, dyskretny, nie narzucający się, bardzo harmonijny i w typowym creedowsku stylu elegancki świeży, ale nie pozbawiony głębi zapach, z subtelnym, niedopowiedzianym akcentem fougere.

Viking zmienia się od przyjemnego, słodko-cytrusowo-miętowego wstępu z od razu wyczuwalnym, dość intensywnym, słodko-drzewnym trzonem przez etap nieco bardziej pikantny, a nawet zadziornie gryzący nozdrza, gdy w sercu kompozycji mięta i pieprz zwierają szyki, aż po dość złożony akord głębi, w którym najpierw doznajemy efektu fougere za sprawą nuty lawendowej, a następnie czujemy ciepły i drzewny ciąg dalszy, jednocześnie lekko zadziorny, z pewną trudną do określenia ostrą nutką. Paczula tu nie dominuje, nie ujawnia się indywidualnie, buduje wszakże szkielet Vikinga.

Creed na swojej oficjalnej stronie podaje informację, że formuła Vikinga składa się w 80% z naturalnych składników. Pozostałe 20% muszą więc być syntetykami. Bez nich Viking nie pachniałby tak dobrze, jak pachnie. To pewne. Mimo generalnie świeżego charakteru, zapach ma sporo „ciała” – w  tym sensie, że jest mocno zbudowany, pełny, nasycony, na co niemały wpływ ma na pewno użycie paczuli i wetywerii, które nadają całości drzewnego budulca, ale także i wspomnianych sztucznych aroma-molekuł.

Viking to świetny przykład tego, jakie doskonałe efekty olfaktoryczne można uzyskać zręcznie łącząc doskonałej jakości składniki naturalne z odpowiednimi syntetykami. Pierwsze nadają aromatowi treści, drugie tchną w nie życie, zaakcentują wybrane aspekty oraz zagwarantują parametry: projekcje, ogon, trwałość przez większość czasu życia zapachu na skórze. Pod względem technicznym Viking to „pełna profeska”.

Erwin Creed
Erwin Creed

Tak na marginesie, jakże odmienne jest dzisiejsze stanowisko marki wobec tej tematyki w porównaniu do przeszłości, gdy jednym z głównych haseł reklamujących jej pachnidła było „sto procent naturalnych składników najwyższej jakości”. Oto co znaczy wzrost świadomości konsumenckiej. Czasem wręcz przesadny…

Warto podkreślić, że absolut z lawendyny pachnie inaczej niż klasyczna lawendowa esencja. Jest cieplejszy, bardziej ambrowy, głębszy, sugeruje estetykę fougere, ale jej nie narzuca. Przy tym – mam wrażenie – całkiem skutecznie utrwala z natury ulotną nutę miętową.

Projekcja przez pierwszą godzinę jest wyraźna, później dość szybo łagodnieje i trzyma się blisko skóry przez całkiem długi czas. Takie a nie inne zachowanie wynika z konstrukcji pachnidła. Prócz lekkich molekuł cytrusowych oraz pieprzu i mięty, które wyraźnie czuć na początku, kompozycja składa się z ciężkich lub średnio ciężkich molekuł drzewnych. Te potrzebują wyższej temperatury, by się unieść w przestrzeń. Testuję Vikinga w obecnych warunkach, a więc w okresie pod względem temperatur jesienno-zimowym, ale mam przekonanie graniczące z pewnością, że wiosną i latem, przy wyższych temperaturach otoczenia, Viking zabrzmi pełniej i ukaże cały swój wdzięk oraz wszelkie niuanse.

Viking to wysoki creedowski standard. Niekontrowersyjny i zachowawczy, ale nadrabiający jakością kompozycji i składników. To ukłon w stronę najwierniejszych fanów Creeda. Tych, dla których nowatorski, nowoczesny, dość asertywny Aventus jest – owszem nadspodziewanie dobrym – ale jednak tylko wypadkiem przy pracy. Viking przypomina, czym zawsze był Creed – raczej wycofanym, ale eleganckim i wyrafinowanym, znającym swoją wartość gentlemenem, niż stojącym w świetle jupiterów, szukającym poklasku tłumów i błyskającym drogim zegarkiem rzutkim managerem XXI wieku.

Do kogo będzie więc pasować Viking? Do dbającego o wizerunek, dojrzałego, eleganckiego faceta, raczej powyżej 40 lat, z osiągnięciami, dobrą pozycją, ale i z aspiracjami, choć bez desperacji. Viking będzie doskonały zarówno do stylu casual office, koszuli i spodni, jak i do garnituru. Jego elegancka i nienarzucająca się sygnatura zwróci uwagę otoczenia. Kobietom w większości na pewno przypadnie do gustu, gdyż ma w sobie klasyczne elementy obecne w męskich perfumach od lat, a przy tym zręcznie ucieka etykietce „retro”.  Jest przy tym przyjemnie uległy i komfortowy. Ciepły i ustatkowany. Jak nie Wiking…

Creed-Viking-2_13744-2

nuty głowy: kalabryjska bergamotka, sycylijska cytryna, różowy pieprz z Le Reunion

nuty serca: pieprz, bułgarska róża, mięta pieprzowa

nuty bazy: indyjskie drewno sandałowe, haitańska wetyweria, indyjska paczula, absolut z lawendyny

twórca/nos: Erwin Creed/ Olivier Creed

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0-3,5

Olfactive Studio „Woody Mood” – powrót do korzeni

Najnowsze pachnidło Olfactive Studio ma duże szanse, by stać się hitem tej marki, czego zresztą życzę twórczyni marki Céline Verleure. Woody Mood docenią nie tyko fani pachnideł drzewnych i kadzidlanych, ale także entuzjaści talentu Bertranda Duchaufoura z okresu, gdy pracował dla Comme des Garcons i L’Artisan Parfumeur. O perfumiarzu tym już dość długo nie pisałem na blogu. Tym zapachem przypomina on o sobie w naprawdę świetnym stylu.

Jakoś nie było nam ostatnio po drodze (mimo, że przecież spotkałem Mistrza w 2016 roku w Mediolanie). Dopiero Woody Mood spowodował, że nasze olfaktoryczne drogi znów się skrzyżowały. Uznany niegdyś przez mnie (ale przecież nie tylko!) za jednego z najwybitniejszych żyjących perfumiarzy, po raz kolejny udowodnił, że w pełni zasługuje na to miano.

Zapytacie: jest aż tak dobrze? Tak. Jest. Jest doskonale!

B.Duchaufour 01
Bertrand Duchaufor, fot. dita.com

Nazwa sugeruje drzewny charakter tego pachnidła. Ale to zaledwie część prawdy i nim. Jak zwykle u Duchaufoura zapach jest złożony z wielu odcieni, które stopniowo i pięknie odkrywa je na skórze. Już wyrazisty akord otwarcia zapowiada coś niezwykłego. Nuty drzewne  i kadzidlane kontrastują tu z nutą owocową (imbir), prowadząc swoistą grę światła i cienia, by z czasem osiąść na skórze w postaci unikatowego, drzewno-herbacianego i jednocześnie kadzidlanego, dość mrocznego serca, niepokojącego niczym fotografia sekwojowego lasu autorstwa Rogera Steffensa, która posłużyła za inspirację dla tego zapachu. W sercu użyto także egzotycznej nuty jatamansi. Ciepła i głęboka skórzana baza z drzewnym akcentem wieńczy to fascynujące pachnidło o wyraźnej, intrygującej sygnaturze i stopniowej ewolucji na skórze.

Olfactive Studio Woody Mood 1
Woody Mood – Roger Steffens

„Coraz więcej pracuję w abstrakcji. Projektuję formułę z użyciem 40 lub 50 składników. Nie mam pojęcia, jak to będzie pachniało, ale wiem, że będzie to precyzyjne. Nie staram się mieć wszystkiego pod kontrolą. Moim marzeniem jest pracować nad czymś i uzyskać akceptację klienta nigdy tego nie wąchając.”

B. Duchaufour

Ciekaw jestem, czy tak właśnie powstał Woody Mood. Bez względu jednak na to przyznaję:

Bertrand Duchaufour znów to zrobił ! Po długim okresie penetrowania aromatów kulinarnych, gdy nieco zwątpiłem w jego moce twórcze, stworzył arcydzieło w swoim najlepszym stylu, za który fani perfum tak go uwielbiają.

Jeszcze kilkanaście lat temu spokojnie mogłoby ono znaleźć się w podróżniczym cyklu L’Artisan Parfumeur lub drzewnej kolekcji Comme des Garcons. Tymczasem gratuluję Céline Verleure, że wydała ten niesamowity zapach w ramach swojego Olfactive Studio. To w tej chwili jedno z najlepszych pachnideł w generalnie stojącej na wysokim poziomie ofercie tej marki, a także jedno z najbardziej udanych w wykonaniu Duchaufoura. Jeżeli nie w ogóle, to już na pewno w ostatnich latach.  Woody Mood to moim zdaniem także jedna z najciekawszych premier 2017 roku. Naprawdę warto zwrócić na nie uwagę. Testy obowiązkowe!

Olfactive Studio Woody Mood 04

 

nuty głowy: bergamotka, imbir, szałwia, szafran

nuty serca: akord sekwoi, jatamansi, czarna herbata, kadzidło

nuty bazy: paczula, styrax, akord skórzany, puder kakaowy

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0

Olivier Durbano #13 – Labradorite – szczęśliwa trzynastka?

Dwa tygodnie temu w Domu Perfumeryjnym Quality Missala odbyła się polska premiera najnowszego pachnidła Oliviera Durbano: Labradorite.

IMG_20171125_125410

To już trzynasta zapachowa kompozycja tego artysty, który – przypomnijmy – mieszka i pracuje w Grasse, a więc kolebce europejskiej perfumerii, gdzie od niedawna można także odwiedzić jego malutki butik zlokalizowany w samym sercu starego miasta – na Place Aux Aires. Olivier przybył do Polski, by przy okazji przeprowadzenia warsztatów poświęconych nutom kadzidlanym w swoich perfumach, zaprezentować właśnie Labradorite, którego trzynasty numer artysta określił jako szczęśliwy… Hmm…

20171125-Radek Zawadzki-Wykład Oliviera Durbano-077

Przyznam, że z przyjemnością przypomniałem sobie po kolei niezwykłe, unikatowe pachnidła Oliviera i niezwykłe kamienne i duchowe inspiracje, jakie za nimi stoją. Powróciło moje wcześniejsze przekonanie, że Perfume Stone Poems to jedna z najbardziej niesamowitych kolekcji perfumerii artystycznej, w której od dawna mam swoich faworytów (Black Tourmalin, Heliotrope, Rock Crystal, Pink Quartz, Lapis Lazuli), a pachnidła ją tworzące nie mają sobie równych i są trochę jakby nie z tego świata…

20171125-Radek Zawadzki-Wykład Oliviera Durbano-017

Labradorite #13 składa się z dwunastu składników. Wedle słów twórcy brakującym trzynastym jest człowiek.

Tak więc perfumy te są kompletne tylko wówczas, gdy naniesione na skórę (swoją drogą myślę, że to tyczy się każdych perfum). Jak wyjaśnił Olivier, pachnidło to ma dwie strony, tak jak kamień, który posłużył za inspirację. Jedna jest gładka i błyszcząca, druga – surowa i szorstka. Te dwie natury kamienia artysta oddał poprzez kontrast akordu tuberozy i nut animalnych – cywetu i kastoreum. W otwarciu zapachu znajdziemy akcent ziołowy w postaci majeranku i kardamonu, który zdaje się potwierdzać, że Olivier od pewnego czasu chętnie umieszcza w swych kompozycjach wonne zioła (koper w Promethee #10, kmin i szałwia w Chrysolithe #11, tymianek w Lapis Lazuli #12).  W składzie nie zabrakło oczywiście kadzideł, tym razem w postaci żywic olibanum i opoponaksu. Ich rola w Labradorite nie jest wiodąca, ale z pewnością to właśnie one tworzą ciepły i otulający klimat tego zapachu. W jego centrum pozostaje wszakże bardzo oryginalne ujęcie tuberozy z podkreślonym jej zwierzęcym aspektem. Kwiat ten osadzony został w żywiczno-ziołowym kontekście, co powoduje, że nie przypomina żadnych znanych mi – zwykle kobiecych – perfum z akordem tuberozy. Co więcej – jak wszystkie perfumy Oliviera – nie daje się zaszufladkować także w aspekcie płci.

Labradoryt

Szczerze mówiąc, gdyby nie towarzyszący premierze opis nut zapachowych, nie zidentyfikowałbym tu tuberozy… Owszem jest w tych perfumach pewna nuta, ujawniająca się w sercu i trwająca dość długo, którą można by z pewną dozą dobrej woli nazwać kwiatową, choć na pewno nie typową. No ale pamiętajmy, że to autorska, całkowicie artystyczna interpretacja tej woni. Niestety drażni mnie ona jakimś przebijającym się z niej syntetykiem, jakby użytym tu w przesadnej ilości. No ale to wyłącznie mój subiektywny i indywidualny odbiór, niemniej zakłócony właśnie przez tę nutę. Czy to jest owa tuberoza, czy nie – nie ma znaczenia. Ze względu na tą nutę właśnie 13-te dzieło Oliviera przypadło mi do gustu najmniej ze wszystkich.

Niezależnie od moich osobistych wrażeń i ocen, Labradorite jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że Olivier Durbano nie przestaje zaskakiwać oryginalnością swych olfaktorycznych pomysłów, i że konsekwentnie od 13 lat podąża swoją własną ścieżką, nie oglądając się na innych. I to dosłownie. Bo nie wiem, czy wiecie, ale Olivier nie testuje żadnych innych perfum poza własnymi, by pozostać wolnym od jakichkolwiek, nawet nieświadomych wpływów. Promuje swoje pachnidła w perfumeriach zlokalizowanych w całej Europie, ale nigdy nie wącha żadnych dostępnych w nich perfum innych marek. Zadziwiające i – jak dla mnie – niemal niewyobrażalne… Z drugiej strony taka postawa z pewnością pomaga w koncentracji na własnych pomysłach i może owocować unikalną stylistyką, z czym w przypadku Durbano z pewnością mamy do czynienia. Trzynasty kamienny zapach dowodzi tego tak samo, jak wszystkie pozostałe. Pachnie wyjątkowo, unikatowo i stylistycznie spójnie z pozostałymi dwunastoma. I choć z wyżej opisanego względu nie dołączył do grona moich faworytów, to obiektywnie rzecz biorąc oceniam go jako wart uwagi, jak każdy zapach z tej niezwykłej kolekcji. Choć znajdziemy w niej rzeczy moim zdaniem dużo, dużo lepsze, jak na przykład poprzedni Lapis Lazuli czy wcześniejszy naprawdę uroczy Chrysolithe.

Durbano Labradorite
fot. Fragrantica

nuty głowy: drewno gwajakowe, majeranek, kardamon

nuty serca: tuberoza, ambra, olibanum (kadzidło frankońskie)

nuty bazy: żywica agarowa (oud), sandałowiec, cyweta, kastoreum, opoponaks, piżmo

moja ocena:

zapach: 3,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0-3,5

Parfum d’Empire „Le Cri de la Lumière” – płacz światła, uśmiech kobiety…

Najnowsza perfumowa propozycja Marca-Antoine’a Corticchiato – Le Cri de la Lumière – to perfumy niezwykle kobiece i zmysłowe, a przy tym zaskakująco nowoczesne, jak na raczej klasyczny styl tego utalentowanego perfumiarza. Zadziwiają też niecodzienną konstrukcją, zachwycając przy tym wyraźną ewolucją na skórze.

 

Le Cri de La Lumière (Płacz światła – cóż za poetycka nazwa!) zbudowane są z pięciu zasadniczych nut-składników. Intro zawdzięcza swoje niecodzienne brzmienie ketmii piżmowej zwanej roślinnym piżmem. Ta pozyskiwana z nasion indyjskiego hibiskusa (Abelmoschus moschatus) esencja ma niezwykły, lekko roślinny, lekko piżmowy i jednocześnie subtelnie owocowy charakter, który niemal w pełnej okazałości można podziwiać w opisanym niegdyś przeze mnie pachnidle Peruvian Ambrette z serii Essenze Zegna. Także i tu ta nuta jest wyrazista i bardzo naturalna. Jej wysunięcie na przód zapachu jest zabiegiem tyleż rzadkim, co odważnym. Składnik ten bowiem zwykle buduje bazę perfum – niczym piżmo – pogłębiając i utrwalając przewodnią nutę. Tu początkowo stanowi jego pierwszy plan, co czyni otwarcie Le Cri de la Lumière zaskakującym i dość wymagającym. Od razu wiadomo, że jest to pachnidło adresowane do bardziej wyrobionej klienteli, jak zresztą cała oferta Parfum d’Empire.

Dla niewprawnego nosa aromat ten może okazać się przeszkodą nie do przeskoczenia. Byłoby szkoda, gdyż Le Cri de La Lumière – niczym świetnie napisana książka – z czasem odsłania przed nami swoje kolejne rozdziały. Im dalej, tym są one piękniejsze i prowadzą do prawdziwie uroczego finału.

Parfum d'Empire Le Cri 03

Ketmia piżmowa została połączona z bardzo naturalnie do niej pasującą nutą irysa. Ten niezwykle cenny składnik przydaje początkowej fazie powagi i wyrafinowanej elegancji. Wiadomo – irys, nuta jedyna w swoim rodzaju, dystyngowana, pudrowo-kwiatowo-ziemista. Słowem – niesamowita, natychmiast wprowadzająca aurę szyku, wyrafinowanej elegancji, dystansu. Mijają pewnie kolejne dwa kwadranse, gdy do nozdrzy zaczyna – zupełnie niespodziewanie – docierać aromat w swej proweniencji równie klasyczny, jak irys, podany wszakże w zdecydowanie bardziej współczesny sposób. Od tej chwili Le Cri de La Lumière stopniowo traci swą poważną minę i zaczyna się do nas zalotnie uśmiechać…

Parfum d'Empire Le Cri

Oto w jego sercu posadzono piękną i oszałamiająco wonną różę turecką, którą oblano sporą porcją piżm na subtelnym drzewnym fundamencie, zbliżając się w ten sposób do sygnatury jednych z moich absolutnie ulubionych kobiecych perfum – For Her od Narciso Rodrigueza! Mówcie co chcecie, ale to dzieło Christine Nagel i Francisa Kurkdjiana to perfumy genialne i zupełnie ponadczasowe w swej obezwładniającej kobiecości! Co prawda Corticchiato przedstawił ten przecudny, niezwykle kobiecy i zmysłowy akord w nieco mniej spektakularny i bardziej ostrożny sposób, ale wciąż przepiękny.

Kto więc nie przetrwał ketmii i irysa w pierwszej godzinie, ten nie będzie miał szczęścia zaznać zapachowej rozkoszy serca. Dlatego – na boga – nie oceniajmy tych perfum po ich otwarciu, ani nawet po pierwszych 3-4 kwadransach, bo to w tym przypadku kardynalny błąd!

Le Cri de La Lumière zostały stworzone po ty, by je powoli, krok po kroku kontemplować i podziwiać ich zmieniający się aromat. Wspomniany uroczy różano-drzewno-piżmowy akord utrzymuje się na skórze całkiem długo, powolutku gasnąc, nie będąc wszakże ani przez chwilę jazgotliwym czy narzucającym się. Elegancja i umiar ponad wszystko.

Le Cri de La Lumière urzekło mnie. To perfekcyjnie i precyzyjnie skonstruowane pachnidło zawiera w sobie różne oblicza kobiecości – począwszy od tej nieco dzikiej, nieokrzesanej, poprzez wyniosłą i onieśmielająco piękną, aż po romantyczną, namiętną, zmysłową i uśmiechniętą. Tej ostatniej jest w Le Cri de La Lumière najwięcej. I to pewnie dlatego tak te perfumy polubiłem…

 

Parfum d'Empire Le Cri 04

 

główne nuty: irys, ketmia piżmowa, róża turecka, piżmo, nuty drzewne

twórca/nos: Marc-Antoine Corticchiato

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0-3,5