Hermès „Eau de Citron Noir” – od południa do północy

Pierwsza tegoroczna zapachowa premiera marki Hermès (bo coś mi się zdaje, że nie ostatnia…) to kolońska Eau de Citron Noir, już druga w ofercie marki – po Eau de Rhubarbe Ecarlate – skomponowana przez Christine Nagel.

Perfumiarka przyznaje, że poszukiwała oryginalnej nuty cytrusowej (co z pewnością nie było łatwym zadaniem, biorąc pod uwagę stopień wyeksploatowania cytrusowego tematu kolońskiego). Jej uwagę zwróciła lekko dymno pachnąca esencja z czarnej limonki, która finalnie stała się centralnym elementem tej kompozycji. Perfumiarkę zainspirowała też klasyczna hermèsowska Eau d’Orange Verte, przy czym chciała ona stworzyć coś na miarę naszych czasów – współczesną, wibrującą i elegancką kolońską.

Kolońska od południa do północy.

Tyle ma trwać na skórze.

I tyle trwa.

Sprawdziłem wielokrotnie.

Wszystko dzięki niezwykłemu i bardzo efektownemu połączeniu nuty cytrusowej z subtelną nutą herbaty i osadzeniu zapachu na drzewnej bazie z suchym, dymnym gwajakowcem. W ten sposób Nagel zrealizowała też tytułowy temat „czarnej cytryny”, a więc aromatu jednocześnie cytrusowego i ciemnego, dymnego.

Eau de Citron Noir zaczyna się przepięknym, kwaskowym, rześkim, orzeźwiającym, niezwykle naturalnie pachnącym akordem cytrusowym, spod którego dość szybko zaczyna wyłaniać się suche i lekko dymne, lekko gorzkie, jakby herbaciane tło. Ten akord z czasem nabiera na sile i przejmuje pierwszy plan, przechodząc w smużkę gwajakowego dymu, stanowiącą długotrwałą i subtelnie projektującą bazę zapachu.

Przyznam, że dla mnie najnowsze dzieło Christine Nagel to najlepsza jak dotąd kolońska Hermèsa – obok Eau de Rhubarbe Ecarlate, które jest świetne, ale moim zdaniem skłania się bardziej ku kobiecej skórze. Eau de Citron Noir ma zaś w sobie – obok rześkiego cytrusowego – ten szorstki i drzewny aspekt, w wyniku którego pasuje mi zdecydowanie bardziej do mężczyzny. Podobne – oparte na kontraście – zestawienie znajdziemy w – moim zdaniem fantastycznym – Dior Homme Cologne 2013. To oczywiście moja subiektywna opinia, ale Christine Nagle tym zapachem bardzo trafiła w mój gust, gdy chodzi o tego typu zapachy. Lubię, gdy kolońska jest rześka i gdy ma ciąg dalszy w postaci intrygującego, innego niż szyprowy czy ambrowy finiszu. Tu jest on suchy, drzewny, męski. Do tego trwa na skórze wystarczajaco długo, by nie musieć go w ciągu dnia re-aplikować. Chyba, że chcemy się ponownie orzeźwić i poczuć ten niesamowity rześki cytrusowy aromat. Wtedy – czemu nie?

Ten zapach jest świetny. Nic dodać, nic ująć. I potwierdza on zasadę, że dobre perfumy powinny być oparte na wyważonym kontraście.

Napiszę teraz pewnie coś, co wielu hermèsowych purystów uzna za kontrowersyjne, ale w mojej ocenie najlepsze kolońskie marki Hermès to – oprócz obu dzieł Nagel (tak!) – klasyczne Eau d’Orange Verte. Co łączy te zapachy, prócz marki rzecz jasna? To, że żadnego z nich nie skomponował Jean-Claude Ellena. Żeby nie było niejasności. Prawie wszystkie kolońskie J.C. Elleny lubię i oceniam wysoko, głównie za ich poszukujący charakter i – uwaga – „nie-kolońskość”. Mam tu na myśli to, iż mistrz Jean-Claude poszukiwał aromatów poza cytrusami, które mógłby zaprezentować w formie kolońskiej. W efekcie powstały zapachy niezwykłe, inne, niebanalne i intrygujące. Niektóre świetne – jak Eau de Gentiane Blanche – inne mniej udane – jak choćby Eau de Nèroli Dorè. Natomiast tegoroczne Eau de Citron Noir to powrót do kolońskich korzeni w tym sensie, że centralną nutą są tu cytrusy. Tak, jak być powinno. Jednak charakter zapachu jest zdecydowanie współczesny, lekko zadziorny, elegancki, z drugim dnem. Przeciwieństwo klasycznej „nudnej” kolońskiej, ale także i eksperymentów w gatunku Eau De Narcisse Bleu (swoją drogą pięknego!).

Zawsze uważałem, że klasę i talent perfumiarza najlepiej poznać po tym, jak poradzi sobie z niby banalnym, a przez to wg mnie bardzo wymagającym tematem kolońskim. Przez lata wielu znakomitych perfumiarzy potwierdzało w ten sposób swój kunszt, m.in. (nie sposób wymienić wszystkich):

Pierre Guerlain – Guerlain Eau de Cologne Imperiale (1860)

Jean Paul Guerlain – Guerlain Eau de Guerlain (1974)

Francoise Caron – Hermès Eau d’Orange Verte (1979)

Jean-Claude Ellena – Frederic Malle Cologne Bigarade (2001)

Jacques Polge – Chanel Allure Homme Sport Cologne (2007)

Francois Demachy – Dior Homme Cologne (2013)

Dominique Ropion – Frederic Malle Cologne Indelebile (2015)

Z pełnym przekonaniem dopisuje do tej listy:

Christinie Nagel – Hermès Eau de Citron Noir (2018).

Już wiem, jaka kolońska będzie mi towarzyszyć tego lata. Eau de Citron Noir.

Koniec. Kropka.

40409_4000x4000_1.jpg

główne nuty: cytrusy (limonka), herbata, gwajak

premiera: 2018

nos: Christine Nagel

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

„Terre d’Hermès”, edycja limitowana flakon H 2018

Marka Hermès właśnie wprowadza najnowszą limitowaną edycję H 2018 flakonu swoje sztandarowego męskiego zapachu Terre d’Hermès.

Tylną ścianę flakonu zdobi grafika Cyrille Diatkine przedstawiająca chmurki na hermesowym niebie, które układają się tak, że pomiędzy nimi zarysowuje się kontur litery H. Trzeba przyznać, że efekt jest naprawdę spektakularny, szczególnie, gdy skierujemy flakon w górę, na błękitne niebo.

TDH édition limitée 2018_EDT

Terre d’Hermès eau de toilette: grejprfut, pomarańcz, krzemień, czarny i różowy pieprz, cedr z Atlasu

Jak marka pisze w swych materiałach prasowych „Nowa architektura flakonu Terre d’Hermès zachowuje wszystkie oryginalne detale stworzone dla Hermès przez Philippe’a Mouquet’a: ćwiek siodlarski Hermès, blask srebrnego metalu na ramionach flakonu, korek skręcany w dół by uwolnić spray, pomarańczowe dno flakonu w kształcie litery H – dyfuzujące swój blask wprost do esencji.”

Edycja limitowana H 2018 dostępna jest zarówno jako klasyczna eau de toilette, jak i intensywna parfum. Teraz więc Terre d’Hermès ucieszy nie tylko nasze nosy, ale zapewne także i oczy.

TDH édition limitée 2018_PP

 

Terre d’Hermès parfum: grejprfut, pomarańcz, Shiso, nuty drzewne

Eau d’Hermès – zapomniany klasyk

Eau d’Hermès – historycznie pierwsze perfumy tej marki – zostały wylansowane w 1951 roku. Skomponował je dobrze nam znany Edmond Roudnitska w okresie pomiędzy pracą dla domu Rochas w latach 40-tych, a erą Diora, która trwała od roku 1948 i słynnej Dioramy, aż do późnych lat 70-tych. Pachnidło zainspirowane zostało zapachem wnętrza wyimaginowanej torebki Hermèsa, w której nuty skóry mieszają się z zapachem perfum i innych znajdujących się w niej kosmetyków.

Jakkolwiek perfumy te wąchane współcześnie mają zdecydowanie retro charakter, wyobrażam sobie, że ponad 60 lat temu musiały robić ogromne wrażenie, bo w jakiś magiczny sposób, mimo dość ubogiej palety środków wyrazu, jaką dysponowali w tamtych czasach perfumiarze (w porównaniu do czasów obecnych), Edmondowi Roudnitsce udało się osiągnąć zupełnie przekonujący skórzano-kosmetyczny efekt wnętrza damskiej torebki. Jeżeli założymy, że w owej wyimaginowanej torebce znajdują się któreś z perfum Roudnitski, wszystko zaczyna się tu zgadzać.

Jednak by go doświadczyć, trzeba najpierw przebrnąć przez dość trudny w odbiorze wstęp w którym nad przyjemnymi przecież cytrusami dominuje akord, który nazywam „brudną lawendą”, doprawioną goździkiem i czym tam jeszcze, z obecnym niemal od początku wyraźnym akcentem animalnym, który na mnie robi wszakże wrażenie nie tyle cyweto- ile szałwio-pochodnego (mogę się tu mylić). Wszystkie te składniki początkowo nie układają się, tylko raczej walczą ze sobą tworząc aromat, który dla przeciętnego, statystycznego nosa może okazać się doświadczeniem trudnym do zniesienia, a nawet traumatycznym. Jak to w prawdziwych francuskich perfumach bywa (a Eau d’Hermès to przecież przykład 100% klasycznych francuskich perfum!), potrzeba czasu, by ukazały one swoje właściwe, zwykle poruszająco piękne oblicze. Tak jest i w tym przypadku. Dość szybko ujawniający się akord głębi – istota Eau d’Hermès – to już wyraźna sygnatura Roudnitski. Nieco zwietrzałe wspomnienie cytrusów, dolny, bardziej kwiatowy niż ziołowy aspekt lawendowej esencji, ślady indolowego jaśminu i nuta animalna, wszystko złagodzone mieszanką tonki i wanilii na drzewnej bazie z cedru i sandałowca.

edmond-roudnitska-young-700x488
Młody Edmond Roudnitska, fot. CafleureBon

Klasyczny i jakże niedzisiejszy aromat, który niezbyt dobrze się zestarzał – w tym sensie, że współcześnie docenią go jedynie koneserzy perfum i osoby mające sentyment do tego typu aromatów. Eau d’Hermès  to bowiem przeciwieństwo pozbawionego trudnych nut, świetlistego i unikającego kontrowersji – przez co ponadczasowego – Eau Sauvage. A przecież oba zapachy skomponował ten sam człowiek (choć daty ich wylansowania dzieli 15 lat).

Aktualnie sprzedawana wersja Eau d’Hermès, widoczna na poniższej fotografii, musi być – jak sądzę – niezwykle bliska pierwowzorowi Roudnitski z jednego głównego powodu – nad jej kształtem czuwa Jean-Claude Ellena, perfumiarz, dla którego Roudnitska to największy – jeżeli nie jedyny – mentor i wzór.

Warto zaznaczyć, że Eau d’Hermès to wbrew niewinnej nazwie (określenie eau kojarzy się współcześnie z zapachami raczej lekkimi i zwiewnymi, ale 60 lat temu nie miało takich konotacji) pachnidło zaskakująco agresywne i mocne, szczególnie w pierwszej fazie, a z czasem układające się na skórze w zdecydowanie spokojniejszy, ale całkiem trwały aromat. Moje główne skojarzenie, gdy chodzi o podobieństwa do innych znanych mi perfum, to Eau Sauvage Extreme w pierwotnej wersji (1982) – tyle, że bez nuty animalnej oraz – właśnie ze względu na podobne połączenie lawendy i cywetu – Jicky Guerlain, tyle że w Eau d’Hermès nie doświadczymy rzecz jasna guerlinade – puszystej orientalno-kulinarnej bazy charakterystycznej dla pachnideł Guerlaina. Zapach Hermesa jest mniej ciepły, bardziej cytrusowy, skórzany, ostry i… surowy. Generalnie – trudniejszy w odbiorze niż oba wymienione. To pozycja tylko dla najbardziej wyrobionych odbiorców, która dzięki jej wierności oryginałowi, przepięknie prezentuje unikatowy styl wielkiego Edmonda Roudnistki, który dał początek jednej z dominujących estetyk w perfumerii okresu powojennego.

 

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

dominujące nuty: cytrusy, lawenda, nuty ziołowe, nuty animalne

twórca/nos: Edmond Roudnitska

rok premiery: 1951

moja ocena:

zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0

 

„Twilly d’Hermès” – buntownicze dziewczęta Hermèsa

Najnowsza perfumowa propozycja Hermèsa to Twilly d’Hermès. Nazwa pochodzi od hermesowskiej wzorzystej chusty –  eleganckiego dodatku do garderoby. Co ciekawe, Twilly w wersji mini-opaski owinięte zostało wokół każdego flakonu tych perfum. Stanowi więc oryginalny bonus przy ich zakupie. A skoro już jestem przy flakonie, to o nim kilka słów. Kształt stylizowany na retro, zatyczka w kształcie hermesowego melonika, znana z klasycznych flakonów tego brandu – to wyraźne nawiązania do tradycji Hermèsa. To ważne, bowiem Twilly d’Hermès to pierwsze w historii tej firmy perfumy dedykowane młodym kobietom. Wyraz chęci zainteresowania tej grupy marką kojarzoną dotąd raczej ze stateczną francuską arystokracją. To właśnie współczesne dziewczęta, ich styl życia i bycia posłużyły jako inspiracja dla twórców perfum. Jak głosi slogan:

„Wolne, odważne, połączone, psotne i lekceważące, stawiają oczekiwania na głowie, płyną pod prąd, narzucają własny rytm, wymyślają nowe tempo.”

To one mają być docelowymi nabywczyniami Twilly d’Hermès, a zapach ma, jak domniemam, toczyć walkę o ich portfele konkurując z kolejnymi flankerami Coco Madmoiselle Chanel, Miss Dior czy La Petite Robe Noire Guerlain.

Twilly d'Hermes

Twilly d’Hermès moim zdaniem świetnie oddaje ducha zacytowanego wyżej sloganu. Poprzez zupełnie niecodzienne połączenie energicznej przyprawowości imbiru w otwarciu, zmysłowości tuberozy w sercu i ciepłego, kremowego akordu drewna sandałowego w bazie zapach uwolnił się od obowiązujących we współczesnej perfumerii reguł, płynie pod prąd wobec aktualnych trendów z niechcącym odejść do lamusa owocowymi słodziakami na czele. Jest w swej kontrastowości poniekąd psotny, a już na pewno odważny. Zdecydowanie też narzuca swój rytm i własne tempo.

Ekipa Hermèsa – wraz z Christine Nagel jako perfumiarką – zadbała o nowatorskość tej kreacji. Zaskoczyła zestawieniem nut i jej niecodzienną urodą: lekką, energiczną, zwiewną, z delikatną dozą kobiecości w postaci subtelnej białokwiatowej nuty tuberozy, podanej wszakże w bardzo zgrabny i zupełnie niedominujący sposób. Nie nazwałbym więc Twilly zapachem kwiatowym. To raczej mariaż subtelnej nuty kwiatowej z akcentem gourmand na drzewnej podstawie.

twilly d hermes

Twilly d’Hermès został skrojony z wdziękiem i w bardzo zgrabny sposób. Robi wrażenie opartego na krótkiej, ale efektownej i kontrastowej formule, czym kontynuuje styl, który do perfekcji doprowadził Jean-Claude Ellena, poprzednik Christine Nagel. Tu muszę wspomnieć, że parametry zapachu zostały zaprojektowane na bardzo bezpiecznym poziomie. Twilly owszem – trzyma się skóry całkiem długo, jednak – poza fazą otwarcia i kwiatowego serca – promieniuje z niej bardzo subtelnie, uwalniając się od czasu do czasu, jakby prowokował do ruchu, podniesienia tętna, szybszego pulsu, by móc w pełni zakwitnąć. Pozostawia za sobą raczej intrygującą i niedopowiedzianą impresję niż klasyczny perfumowy ogon. Uważam, ze to celowy zabieg.

Młode pokolenie nie lubi mocnych perfum. Zbyt dominujący aromat mógłby spłoszyć hermesowski narybek. Mocne perfumy kojarzą się mu ze… starszym pokoleniem mam, babć. A młodzież robi przecież wszystko, by stać się przeciwieństwem swych rodziców, by – gdy już dojrzeje – bezwolnie upodobnić się do nich bardzo lub „mniej bardzo”….

Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na Twilly d’Hermès. To interesująca, inna, oryginalna propozycja. W zestawieniu ze słodkimi i owocowymi La Petite Robe Noire Guerlain, Miss Dior Cherie czy La Vie Est Belle Lancome Twilly d’Hermès wypada jako zapach zupełnie…. rebeliancki.

1 - twilly-d-hermes-pack+85ml @quentinbertoux

główne nuty: imbir, tuberoza, drewno sandałowe

twórca/nos: Christine Nagel

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 3,5

Voyage d’Hermes – jedyna taka podróż

Obok Terre d’Hermes i Ogródków Hermesa Voyage d’Hermes to dla mnie wciąż największe osiągnięcie Jean-Claude’a Elleny z czasu, gdy pracował dla tej francuskiej marki. Właściwie, to po Voyage (głównie w wersji edp, aczkolwiek także edt) sięgam równie chętnie i często, co po Terre.

Voyage d’Hermes 

Voyage w wersji eau de toilette łączy w sobie elementy bardzo charakterystyczne dla J.C. Elleny, które ten zawarł w swych wcześniejszych – skądinąd znakomitych – dziełach. Delikatne nuty zielonej herbaty znane z Bvlgari Eau Parfumee au The Vert, chłodna przyprawowość kardamonu, znana z genialnego Declaration Cartiera oraz drzewno-piżmowy finisz, oparty na przedawkowaniu aksamitnego transparentno-drzewnego Iso-E-Super, którego maksymalistycznym użyciem mistrz popisał się wcześniej choćby we wspomnianym Declaration, ale także i w Terre czy w niszowym Poivre Samarcande. To wszystko połączone i „zremiksowane”, dodatkowo całkiem wyraźnie pokropione cytryną znajdziemy w Voyage – olfaktorycznej  podróży po arcydziełach Mistrza. Voyage eau de toliette jest lekki i zwiewny, ma nienachalną projekcję, trzyma na skórze dłużej, niż się wydaje, co jest za pewnie zasługą Iso E Super.

Charakterystyczny, wibrujący, rześki, świeży, niezwykle przyjemny i jednocześnie zupełnie niebanalny Voyage d’Hermes wydaje się w najpełniejszy sposób oddawać stylistykę i sygnaturę J.C. Elleny i jego przekonanie o tym, że perfumy nie mają płci. Oto uniseks doskonały, z którego zarówno perfumiarz, jak i marka, mogą być dumni. To także jedno z najbardziej słonecznych i pozytywnie oddziałujących na mnie pachnideł. Absolutnie niezbędny element mojej perfumowej kolekcji.

chapter_Voyage_d_Hermes_4

nuty głowy: cytryna, przyprawy, kardamon

nuty serca: herbata, nuty zielone, nuty kwiatowe

nuty bazy: nuty drzewne, piżmo

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2010

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

 

Voyage d’Hermes Pure Parfum

Pure Parfum to bardziej skoncentrowane, pełniejsze i bogatsze w nuty wcielenie Voyage d’Hermes. Otwiera się znanym z eau de toilette akordem pieprzowo-kardamonowym, tyle że wyraźnie zagęszczonym, z przytłumionymi w stosunku do protoplasty cytrusami. Od pierwszej chwili czuć też coś, czego nie znajdziemy w poprzedniku – różę. Charakterystyczna dla obu wersji chłodna przyprawowość ma tu w sobie dodatkowo lekko słoną poświatę. Zapach ewoluuje dość subtelnie, przechodząc od głównego, przyprawowo-kwiatowego tematu do drzewno-ambrowej bazy, do samego końca utrzymując swoją sygnaturową nutę.

Voyage d’Hermes Pure Parfum to idealny zapach całoroczny, raczej formalny, niezwykle elegancki, oszałamiający natychmiast wyczuwalną jakością składników, luksusem i nutą transparentnej czystości. Nie narzucający się, ale z pewnością zwracający uwagę. Piękny, bardzo Ellenowski i bardzo Hermesowy.

To jedno z niewielu pachnideł, w których czuję się doskonale od pierwszej do ostatniej sekundy trwania na skórze, i po które regularnie sięgam. Co mnie w nich urzeka? Unikatowa i zapadająca w pamięć woń – połączenie elegancji z intrygującą oryginalnością – oraz absolutnie fenomenalne parametry, co w przypadku zapachów Hermesa nie jest – niestety – regułą. Voyage d’Hermes Pure Parfum ma więc raczej niezagrożoną pozycję w moim prywatnym rankingu Top 10.

HERMES - VDH parfum 1 Temitchellfeindberg

nuty głowy: cytryna, przyprawy, kardamon

nuty serca: róża, Hedione, herbata, nuty zielone, nuty kwiatowe

nuty bazy: nuty drzewne, piżmo, ambra

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2012

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 5,0

Hermes „Eau des Merveilles Bleue”

Wstęp

Eau des Merveilles Bleue to najnowsze wcielenie pochodzącego z 2004 roku Eau des Merveilles, zapachu skomponowanego dla Hermesa przez Natalie Feisthauer i Ralfa Schwiegera. A było to jeszcze, zanim marka zatrudniła Jean-Claude’a Ellenę, który swymi niezwykłymi pachnidłami pomógł odbudować, a nawet chyba więcej – zbudować pozycję marki na rynku. Ellena zresztą popełnił później kilka wariacji na temat Cudownej Wody (Eau Claire des Merveilles, L’Ambre des Merveilles czy Elixir des Merveilles), ale ta zeszłoroczna to już samodzielne dzieło Christine Nagel, która – jak wiemy – zastąpiła jakiś czas temu J.C. Ellenę w fotelu Hermes in- house perfumer.

Zapach

Tym razem ten oryginalnie ciepły, zmysłowy, ambrowo-drzewny zapach został zinterpretowany w kontekście morskim. Zachowana została jego subtelna ambrowość, ale to, co dominuje przez pierwsze kilkadziesiąt minut, to całkiem wyraźny akord morski, lekko wodny, lekko słony, lekko pienisty, niczym oceaniczne bałwany. Później stopniowo ujawnia się ambrowa baza, a zapach staje się tzw. skinscent (blisko-skórny, cielesny, mocno i blisko wiążący się ze skórą). Gdzieś po drodze wyczuwam ślady wanilii lub czegoś do niej zbliżonego. Bazowa ambra to jednak w tym przypadku nie płynna bursztynowa żywica, tylko całkiem przekonująca imitacja szarej ambry z jej morskim, lekko słonym, lekko piżmowym aromatem.

Eau des Merveilles Bleue to doskonała, moim zdaniem uniseksowa, propozycja na letnią aurę. Świetna alternatywa dla wszelkiej maści cytrusów czy lekkich pachnideł kwiatowych. Projekcja zapachu jest umiarkowana, z początku wyraźna, ale już na etapie wczesnej bazy zdecydowanie bardziej subtelna. Zapach ten ma jednak tę cechę, iż z każdym podgrzaniem skóry (o co latem nietrudno) na nowo emituje swoją morsko-ambrową sygnaturę, pozostawiając za osobą go noszącą przyjemną, świeżą i intrygującą aurę.

Flakon

Mający kształt połowy soczewki lub – jak kto woli – kropli wody na płaskiej powierzchni (w końcu to Eau des Merveilles), znany z protoplasty (tu jednak stosownie do nazwy i wodnego charakteru zabarwiony subtelnym błękitem, w rzeczywistości wszakże dużo delikatniejszym, niż na poniższej grafice i utrzymanym w morskim odcieniu) jest prześlicznym przedmiotem i – jak to u Hermesa – dalekim od banału, zaprojektowanym z pomysłem i wykonanym z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Nazwa zapachu nadrukowana jest z przodu, na owalnej ściance, czcionką w hermesowym pomarańczowym kolorze.  Na tylnej płaskiej ściance flakonu, na której u dołu widnieje logo marki, mienią się srebrne drobinki oraz gwiazdki. Butelkę można postawić na jednym z dwóch przewidzianych do tego „frezów” lub położyć na tylnej ściance. Wygląda wówczas jak kropla wody przylgnięta do płaskiej powierzchni. Atomizer bez zatyczki, dostępny jest od razu po wyjęciu flakonu z pudełka.

Flakon to gustowna ozdoba półki, małe arcydzieło wzornictwa. Co  najważniejsze jednak – zwierające bardzo przyjemnie pachnącą ciecz, o czym miał przyjemność donieść „niżej podpisany”.

EDM BLEUE - 100 ml

główne nuty: morskie, drzewne, paczula

perfumiarz: Christine Nagel

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

Terre d’Hermes – między niebem a ziemią

Tak opisywałem Terre d’Hermes w 2009 roku, czyli mniej więcej 3 lata po jego premierze:

„piątek, 13 lutego 2009

BRYLANT na perfumeryjnych półkach. A raczej krzemień….

To zupełnie indywidualna, nowa dla mnie kategoria zapachu – woń wilgotnej ziemi, minerałów, trawy, ziół – zapach bardzo wytrawny, wspaniale trwały, nie duszący, nie narzucający się, oryginalny, klasa sama w sobie. Ktoś tak pachnący musi zwrócić uwagę otoczenia i zafrapować. I tak właśnie działa – sam się o tym przekonałem.  Charakterystyczna jest jego jakby transparentność, czystość oraz deklarowany przez twórcę minimalizm. Ellena konsekwentnie realizuje swą wizję ograniczania liczby składników używanych do stworzenia perfum i Terre jest na to doskonałym przykładem. Jeśli pokusić się o jakieś porównanie, to uważam że jest to rozwinięcie koncepcji, jaką Jean-Claude Ellena zaprezentował w swoim wcześniejszym Declaration Cartiera, tyle że tamten był jakby bardziej kwiatowy, zaś Terre jest mineralny, krzemienny. No cudo po prostu. Na osobną pochwałę zasługuje flakon – przepiękny i w sposób nierozerwalny związany z charakterem zapachu i jego kampanią reklamową. Reklama to mistrzostwo smaku i dobrego gustu (można ją znaleźć na YouTube). Pomysłowa „nakrętka” zaskakuje. Całość to dzieło sztuki. Bez najmniejszych wątpliwości. Owacje na stojąco dla HERMESa i Elleny!”

Czy z perspektywy czasu coś bym w tej impresji sprzed lat zmienił? Z pewnością nie. Dokładnie pamiętam moja ekscytację, gdy po raz pierwszy, zaintrygowany niebanalnym designem flakonu, sięgnąłem po tester Terre d’Hermes w perfumerii. To był jeden z tych rzadkich momentów w życiu perfumowego maniaka, gdy doznaje on uczucia olfaktorycznej podróży  w piękne i zupełnie wcześniej nieznane rejony. Byłem zachwycony! Terre był wówczas czymś absolutnie nowym i – jak się okazało później – bardzo szybko stał się przedmiotem naśladownictwa, który wprowadził do perfumerii nuty mineralne i rodzaj wibrującej drzewności dotąd naszym nosom nieznanej.

jean-claude-ellena-redefining-luxury_2

Jean-Claude Ellena wielokrotnie podkreślał swój ogromny szacunek i podziw dla Edmonda Roudnitski, twórcy m.in. genialnego Eau Sauvage. Sam wszakże stworzył coś na miarę tamtego zapachu. Coś nowatorskiego, ponadczasowego i wyznaczającego nowe trendy, a jednocześnie zdobywającego szeroką rzeszę wielbicieli. Od premiery minęło 10 lat, a Terre d’Hermes wszedł już do kanonu męskich perfum i zostanie tam po wsze czasy. Tak samo jak Eau Sauvage.

Jak pachnie Terre? Cytrusowo, kwiatowo, mineralnie (nutą prochu strzelniczego), drzewnie. Początkowy charakterystyczny, lekko gorzki akord cytrusowy z dominującą nutą grejpfruta, nieco osłodzoną esencją z pomarańczy, łagodnie przechodzi w sygnaturowe serce zbudowane z połączenia geranium i nadającemu całości projekcji i lotności mieszance różowego i czarnego pieprzu. Dochodzące ze spodu drzewne nuty wetywerii, paczuli i cedru budują wraz z geranium ten niezwykły, natychmiast rozpoznawalny akord Ziemi Hermesa. Ale nie byłby on tak specyficzny i tak żywy, gdyby nie bardzo odważne zastosowanie molekuły Iso E Super, która stanowi aż 55% formuły, a której magiczne działanie Jean-Claude Ellena od lat wykorzystuje w swych kreacjach.

Zapach jest idealnie zbalansowany. To prawdziwy techniczny majstersztyk. Ma doskonale dostrojoną moc, projekcję i trwałość. Pozostawia za sobą intrygujący i bardzo elegancki ogonek zapachowy przez większość dnia, jednocześnie nie dominując osoby noszącej, ani tym bardziej otoczenia. Ze względu na swój chłodny (brak nut ciepłych i otulających) i nieco dystansujący charakter oraz wibrującą aurę, Terre jest pachnidłem raczej formalnym, dziennym, doskonałym do biura i na spotkania biznesowe i jako taki sprawdza się znakomicie, co docenili mężczyźni na całym świecie.

W swym minimalizmie i umiarze, w idealnym doborze niewielkiej liczby wyjątkowej jakości składników połączonych w precyzyjnych proporcjach Terre d’Hermes stanowi kwintesencję stylu Hermesa i  – co z tym nierozłącznie związane – perfumowej estetyki Jean-Claude’a Elleny.

Terre d’Hermes to niewątpliwie jedno z najważniejszych i najwspanialszych męskich pachnideł , jakie powstały w XXI wieku.

Ale Terre zachwyca nie tylko zapachem, ale także i niezwykłym flakonem, który zaprojektował Philippe Mouquet. Został on zbudowanym z wielu istotnych dla całej koncepcji elementów. Spód flakonu ma kształt litery H i jest zabarwiony na pomarańczowo (kolor Ziemi Hermesa). Emituje on pomarańczowe światło w kierunku zamkniętej we flakonie pachnącej cieczy. Ramiona flakonu pokryte zostały metalową płytką, w której, niczym z zwierciadle, odbija się niebo. Pachnąca zawartość butli rozpościera się więc pomiędzy niebem a ziemią. Dopełnieniem jest siodlarski ćwiek z logo Hermesa, stanowiący górną część atomizera oraz – bardzo oryginalny patent – opuszczana poprzez przekręcenie czarna zatyczka. Piękny i przemyślany design, jak na Hermesa przystało.

Marka regularnie wypuszcza limitowane edycje flakonu. Od stycznia 2017 roku dostępny jest w sprzedaży flakon ozdobiony wyjątkową, trójwymiarową grafiką autorstwa irlandzkiego artysty Nigela Peake’a. Grafika przedstawia miasto, jego centrum z drapaczami chmur, rozpostartymi pomiędzy ziemią Hermesa (spodem flakonu) , a niebem (ramionami). Poprzez umieszczenie części grafiki na przedniej ścianie flakonu, a części na tylnej, autor zyskał dodatkowy efekt trójwymiaru. Przy odpowiednim ustawieniu flakonu i zorientowaniu względem siebie obu jego ścianek w środku grafiki pojawia się literka H.

terre-graphics

nuty głowy: grejpfrut, pomarańcza

nuty serca: geranium, czarny i różowy pieprz

nuty bazy: paczula, wetyweria, cedr, benzoes, Iso E Super

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2006

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 6,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0