„Green is the colour”, czyli „Colonia Club” Acqua Di Parma i „Cyber Garden” Costume National

„Green is the color of her kind
Quickness of the eye deceives the mind
Envy is the bond between the hopeful and the damned”

Pink Floyd „Green is the colour”

 

Trochę przy okazji dnia Świętego Patryka i jego zielonej symboliki, a trochę przypadkowo dziś na blogu dwa zapachy zielone, jak przyjęto określać pachnidła z dominującymi nutami roślinnych soków. Oba penetrują zieloną estetykę na swój odrębny i oryginalny sposób. Oba w swym gatunku prezentują bez wątpienia najwyższą jakości i oba warte są uwagi, zważywszy na zbliżającą się wiosnę…

 

Acqua Di Parma Colonia Club – ogród tradycji

Od pierwszy sekund czuć tu rękę mistrza Francoisa Demachy’ego i – choć to inny zapach – to jednak pod względem ogólnej stylistyki kojarzy mi się z zeszłorocznym Eau Sauvage Cologne. Tam perfumiarz mocno zaakcentował nuty rześkie, gorzko-zielone (bergamotę, grejpfrut, galbanum i petit grain). Tu poszedł bardziej w kierunku subtelnej zielonej mentolowości, unikając nut gorzkich i soczyście zielonych, poza samym początkiem zapachu. Dobór składników świadczy o klasycznym podejściu perfumiarza i o chęci osiągnięcia konkretnego estetycznego celu. Mięta, zaskakująco jeden z głównych bohaterów Colonia Club, która ujawnia się po dosłownie kilkunastosekundowym, mocnym zielono-cytrusowym wstępie (bergamotka), pachnie tu bardzo naturalnie, kojarząc się z Menthe Fraiche Jamesa Heeleya. Została tu zresztą w naturalny sposób przedłużona w fazę serca przez wyraźnie przecież mentolowe geranium. Otoczono ją nutami słodko-cytrusowymi oraz ładnie wkomponowanym kwiatem pomarańczy. Zielone serce zapachu wzmocniono galbanum (które czuć w towarzystwie mięty praktycznie od początku), a ziołowość mięty i geranium wsparta została lawendą. Drzewna baza złożona jest z wetywerii, ambry i piżm i wydaje się bardzo logiczną konsekwencją całej tej zielono-ziołowo-kolońskiej konstrukcji, która pachnie dość jednak tradycyjnie, klasycznie i zdecydowanie męsko.

Colonia Club to bardzo ładna, przyjemna w noszeniu i na swój sposób, poprzez istotny udział nut mentolowych, oryginalna, subtelnie ziołowa, naturalnie pachnąca kolońska, która cieszy nos głównie przez pierwsze kilka kwadransy, z czasem mocno wyciszając się i pozostając blisko skóry. Jest z pewnością ciekawym uzupełnieniem kolońskiej oferty szacownej włoskiej marki, która dotąd znana była z kolońskich klasycznie zdominowanych przez cytrusy (pomijam tu Ingredient Collection). Na ich tle Colonia Club stanowi przekonujący wyjątek.

acqua-di-parma-colonia-club

nuty głowy: bergamotka, cytryna, liść pomarańczy, mandarynka, mięta, kwiat pomarańczy

nuty serca: geranium, lawenda, galbanum

nuty bazy: ambra, piżmo, wetiwer

twórca: Francois Demachy

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Costume National Cyber Garden – ogród przyszłości

Cyber Garden w porównaniu z Colonia Club pachnie nie tylko bardziej zielono, ale także mniej naturalnie, zdecydowanie bardziej nowocześnie i intrygująco. To jedno z najciekawszych ujęć zielonego tematu w perfumach, jakie zdarzyło mi się testować, dużo lepsze od mającego podobne ambicje Amazingreen Comme des Garcons. Już sama osoba perfumiarza – znanego z zamiłowania do eksperymentu Antoine’a Lie’a – jest niemal gwarantem niebanalności zapachu. W Cyber Garden potwierdza on swój kunszt i niesztampowość.

Cyber Garden to pachnidło zdecydowanie warte uwagi. Ma w założeniu symbolizować ogród przyszłości,w którym natura łączy się z elementami sztucznymi. Antoine Lie genialnie oddał ten temat tworząc przy tym zapach intrygujący i charyzmatyczny,  jednocześnie bardzo komfortowy w noszeniu.

T1K-Green-Masterbatch

Intrygujące i przykuwające uwagę perfumy powinny zawierać pozornie nieprzystające do siebie składniki, tworzące bliskie dysonansu olfaktoryczne napięcie. W Cyber Garden z pewnością obecne są takie kontrasty. Zasadniczym jest kontrast pomiędzy tradycyjnymi składnikami naturalnymi (m.in. bergamotka, geranium, fiołek, wetiwer) i syntetycznymi molekułami,  które dodają zapachowi futurystycznej aury (zielony eter i winylu). Szczególnie nuta winylu, wspomagana przez szczyptę szafranu (!) wypada ciekawie, czyniąc obecną tu zieleń jakby… plastikową. Nutka sztucznego tworzywa zaskakuje, intryguje, ale wpisuje się w całość w sposób zadziwiająco harmonijny. Za jego dominującą zieloność odpowiada przede wszystkim woń fiołkowego liścia.

Soczysty, owocowo zielony początek Cyber Garden przechodzi gładko w plastikowo-zielone serce, by finiszować niezwykle udanym, intrygującym, mocnym i długo obecnym bazowym ogonkiem zapachowym zbudowanym z nut drzewnych i żywicznych, mających w sobie wciąż sporo zieleni.  Cyber Garden ładnie snuje się za noszącym przez długie godziny, co dodatkowo poprawia moją i tak już wysoką ocenę tego zapachu, który jest moim daniem zdecydowanie wart polecenia. To kolejne bardzo dobre perfumy w ofercie Costume National, marki, którą każdy wielbiciel dobrych perfum powinien mieć na uwadze.

Cyber Garden 1

nuty głowy: zielony eter, różowy pieprz, bergamotka, grejpfrut

nuty serca: winyl, geranium, szafran, liście fiołka

nuty bazy: wetiwer, paczula, opoponax, labdanum, mech

twórca: Antoine Lie/ Ennio Capasa

rok premiery: 2013

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

Reklamy

Blood Concept – tętnice pełne perfum (1)

Blood Concept zadebiutował w 2011 roku jako materializacja pomysłu Antonio Zuddasa i Givanniego Castelliego na perfumy inspirowane ludzkim ciałem, a konkretnie życiodajnym płynem płynącym w ludzkich żyłach i tętnicach. Cztery pierwsze pachnidła nazwano stosowanie do grup krwi: A, B, AB i O (zero), a ich stworzenie zlecono gotowemu na najbardziej niecodzienne olfaktoryczne wyzwania perfumiarzowi Antoine’owi Lie’owi. Zapachy z założenia pozbawione były jakichkolwiek nut kwiatowych, a łączyła je metaliczna nuta krwi. Kolekcja została w 2012 roku uzupełniona o dwa zapachy specjalne: pozbawiony jakichkolwiek nut metalicznych +MA (PlusMA=Plasma) oraz symbolizujący krew i mleko RED+MA.

Antione_Lie
Antione Lie

RED+MA zwraca uwagę połączeniem woni dwóch pierwotnych płynów organicznych: krwi i mleka. W zapachu zestawiono nuty metaliczne z owocowymi i mlecznymi. Efekt jest bardzo interesujący, zbliżony do słynnego (i równie kontrowersyjnego) Secretions Magnifiques Etat Libre d’Orange. Oba zapachy wyszły zresztą z laboratorium tego samego twórcy, Antoine’a Lie’a, i penetrują te same olfaktoryczne rejony. RED+MA jest jednak, mimo dość trudnego, metaliczno-mlecznego początku, wdzięczniejszy i przyjemniejszy, a jego baza to już zupełnie „normalny” akord złożony z liścia fiołka, cedru i mlecznego drewna sandałowego. Prawdopodobnie w wyniku użycia aldehydów zapach ten jest wyrazisty, mocno obecny, a początkowo nawet dość agresywny. Do tego stopnia, że sam osobiście trudno znoszę ten etap RED+MA. Później jest już znacznie lepiej. Pośród całej „krwawej” kolekcji ta zdecydowanie wyróżnia się swą nowatorskością i śmiałością.

Blood concept RED plus MA

nuty: aldehydy, nuty metaliczne, akord mleka, cedr, liść fiołka, piżmo, drewno sandałowe

W 2013 roku pojawiła się Black Series, seria czterech zapachów bazujących na wersjach pierwotnych, ale uwypuklających tym razem ciemną, czarną stronę „nas” (cokolwiek to oznacza). Ot taki kolejny koncept w ramach Blood Concept, który ochoczo zrealizował Antoine Lie. Co znamienne, litery na flakonach umieszczono – dla odmiany – „do góry nogami”…

Black Series A to intrygująco brzmiąca mieszanka nut kulinarnych podana w raczej mainsteramowy sposób. Imbir i nuta kawy wzmocnione korzeniem arcydzięgla i mandragory osadzonymi na bazie ambrowo-drzewnej. Black Series A to tak naprawdę „mała czarna”, a ta – jak wiadomo – potrafi płynąć w żyłach niektórych z nas (np. w mojej)… Nie jest to może najlepsza kawa we flakonie, jaką wąchałem, ale w sumie pachnie nieźle. Zresztą z czasem moc tej kawy spada, a wzmacnia się drzewna strona zapachu.

nuty: kawa, imbir, arcydzięgiel, mandragora, drzewo sandałowe, benzoes, ambra

Black Series B to zapach raczej subtelny i bliskoskórny, z dominującym na wstępie akordem posłodzonej herbaty, który stopniowo przechodzi w cichy finisz gwajakowo-skórzany. B jest wg mnie najmniej interesujący w czarnym kwartecie.

nuty: proch strzelniczy, herbata Earl Grey, Rooiboos, akord Inoki, Ambroxan, drewno gwajakowe, skóra

blood concept black series

Black Series AB intryguje pieprzowo-zielonym, „elektrycznym” wstępem na tle akordu grejpfrutowo-mineralnego. Zapach sprawia wrażenie zabawy konwencją zapoczątkowaną przez Jean-Claude’a Ellenę w Terre d’Hermes, a rozwijaną później przez wielu perfumiarzy w różnych kierunkach. Jednak brak wetywerii w formule gwarantuje, że nie może być mowy o kolejnym klonie Terre. Pieprzowo-drzewna natura AB wyczerpywałaby jego temat, gdyby nie zaskakujące użycie heliotropiny w sercu, przydającej całości subtelnie słodkiej, migdałowej aury. Suchość i pieprzność Black AB oraz jego finalna wyraźna mineralność czyni zeń zapach raczej męski, aniżeli uniseks. Moim zdaniem zresztą najciekawszy w tym czarnym kwartecie.

nuty: bergamotka, zielony pieprz, heliotropiny, Metyl-pamplemousse, nuty mineralne, drewno, piżmo

Black Series O jest osobliwie skonstruowanym zapachem skórzanym o bardzo współczesnym i oryginalnym charakterze – zresztą jak wszystkie propozycje Blood Concept. Nietypowe ingrediencje (konopie, nasiona marchwi) współbudują roślinno-mineralną stronę tej kompozycji, choć nuta skóry jest tu obecna praktycznie od początku, a od pewnego momentu zaczyna dominować i trwa na pierwszym planie do samego końca, nabierając z czasem dziwnej, lekko jakby tłustej konsystencji…

nuty: czerwona pomarańcza, yuzu, konopie, nasiona marchwi, drewno, ambra, skóra

Przyznać trzeba, że wszystkie zapachy Black Series intrygują, mają niebanalną treść, są oryginalne, pachną awangardowo i osobliwie oraz w nienarzucający się sposób. Sprawiają też wrażenie oszczędnie zbudowanych. Nie sądzę, by każda z nich zawierała więcej niż dziesięć ingrediencji. Te cechy jednoznacznie potwierdzają minimalistyczny i awangardowy oraz poszukujący styl Antoine’a Lie’a. W żadnym z tych zapachów nie odnajdziemy już nuty metalicznej, która łączyła pierwsze cztery pachnidła Blood Concept, oraz która tak mocno zaakcentowana została w RED+MA. Widać więc, że w przypadku Black Series twórcy marki porzucili – było nie było – dość ciasną „krwistą” konwencję i pozwolili dobie i perfumiarzowi na dużo szersze zapachowe eksploracje. Ale to nie wszystko. Bieżący rok przyniósł informację, że panowie Zuddas i Castelli postanowili porzucić także niemal wszystkie dotychczasowe pachnidła Blood Concept (w tym opisywaną tu Black Series) i zastąpić je zupełnie nowymi… Ale o tym już w drugiej części opowieści…

Tym samym wpis ten ma już raczej charakter archiwalny, choć „stare ” Blood Concept wciąż dostępne są w sprzedaży, pewnie do wyczerpania zapasów (w Polsce sprzedaje je wciąż perfumeria Lulua w Krakowie).

 

Puredistance „White” – bielszy odcień bieli

Gdy w grudniu zeszłego roku recenzowałem niezwykły i bardzo oryginalny Black marki Puredistance, będący wspaniałym przykładem współczesnej perfumerii abstrakcyjnej, wspomniałem, że Jan Ewoud Vos, właściciel i artystyczny dyrektor marki, szykuje wraz z perfumiarzem Antoine Lie (autorem Black) premierę nowego pachnidła ochrzczonego po prostu White. Byłem wówczas bardzo ciekaw, w jaki sposób ten wyjątkowy perfumiarz zinterpretuje biel w zapachu. Przyznam, że po cichu liczyłem na kolejny perfumowy abstrakt, na równie udaną co Black próbę zamknięcia we flakonie – tym razem – bieli.

Oczywiście wiele marek przed Puredistance już tego próbowało, nie zawsze zresztą odnosząc się do bieli bezpośrednio w nazwie perfum (choć i tak bywało, np. słynne White Linen Estee Lauder, czy współcześniejsze Byredo Blanche, Tauer Pentachords White lub Michael Kors White z 2014). Mnie osobiście z bielą kojarzą się takie pachnidła jak L’Eau Serge Lutens czy Aqua Universalis Maison Francis Kurkdjian.

Biel wg Antoine Lie – o czym przekonałem się testując White – nie jest tak awangardowa jak jego czerń w Black. Właściwie to nie jest awangardowa w ogóle. Jest zdecydowanie bardziej klasyczna, wręcz tradycyjna w swym charakterze, choć oczywiście podana na współczesny sposób. Innymi słowy współczesna kompozycja w oparciu o bardzo klasyczne składniki, która w efekcie pachnie neo-klasycznie. Przejdźmy zatem do szczegółów.

Antoine Lie
Antoine Lie

Antoine Lie postanowił stworzyć biały zapach z dominującą rolą białych piżm. Że mało oryginalnie? Cóż, ważne jest, czego użył prócz piżm i jak to zrobił, a także to, czego nie użył. By zachować luksusowy charakter perfum Puredistance, perfumiarz sięgnął po absolutnie szlachetne ingrediencje z najwyższej, także cenowej półki: włoską bergamotę, francuską różę majową, włoski irys, indonezyjską paczulę, haitański wetiwer, absolut z tonka z Wenezueli, wreszcie prawdziwy skarb czyli esencje z drewna sandałowego z Mysore. Już same składniki brzmią jak perfumowa poezja, a Lie poukładał je w zaiste mistrzowski sposób, tworząc piękną, sygnaturową i ultra kobiecą woń. Tak – te perfumy to jak dotąd chyba najładniejszy pachnący prezent Jana Ewouda Vosa dla kobiet. Warto zauważyć, że w formule nie ma białych kwiatów (jaśmin, neroli, konwalia, tuberoza itp.), a przecież sięgnięcie po nie byłoby najbardziej oczywiste w kontekście bieli. Jednak Antoine Lie to perfumiarz absolutnie nieoczywisty…

Puredistance-WHITEjpg

Na pierwszym planie White jest duet szlachetnego sandałowca z Mysore ze sporą dawką piżm. Ta para pozostaje do samego końca. Zmienia się natomiast – choć w sposób bardzo minimalny – plan drugi. A na nim nuty kwiatowe, przede wszystkim irys, później zaś róża, a z nią paczula wmiksowana zręcznie jako budulec zmysłowego akordu. Drzewną część natury White wzmacnia wetiwer, zaś tonka pogłębia zmysłowy finisz zapachu – wspomniane połączenie białych piżm z esencją sandałowca. Szczerze mówiąc próby wyławiania poszczególnych nut z kompozycji White są szczególnie nie na miejscu, bowiem to pachnidło to przykład bardzo zbalansowanej perfumowej kompozycji, w której wyraźna jest synergia składników, o której czasem wspominam w swoich recenzjach. Wtedy gdy grupa ingrediencji połączonych w akordy tworzy nową, bardzo spójną i zapadającą w pamięć całość, z której trudno wyodrębnić konkretne składniki-nuty.

Puredistance-white

Mimo subtelnej ewolucji, White nie zmienia się zbytnio w czasie, pozwalając noszącemu delektować się głównym, bardzo pięknym, niezwykle kobiecym i zarazem subtelnym akordem. Nie jest to akord nowatorski, nieznany czy odkrywczy. Jest za to doskonale skonstruowany. Mimo klasycznych składników White pachnie współcześnie i jako takie idealnie pasuje do dzisiejszej kobiety. Posiada przy tym cechy perfum ponadczasowych, które tak samo dobrze pachnięć będą za kilka lat, jak choćby i za pół wieku. Wieszczę White sporą karierę, tym bardziej, że od przedstawicielki marki Puredistance dowiedziałem się, że zapach już stał się bestsellerem. Nie dziwi mnie to ani trochę.

Czy więc White jest równie przekonujący, co Black? Owszem. Uważam, że Antoine Lie wspaniale oddał w swej kompozycji biel, jej jasność, czystość i świeżość. Zrobił to wszakże inaczej, niżbym się tego po nim spodziewał, bowiem nie wszedł na ulubione przez siebie tereny olfaktorycznego eksperymentu, stawiając tym razem na przekaz klasyczny, a przy tym bardzo, bardzo kobiecy.

White – podobnie jak pozostałe perfumy marki Puredistance – jest pachnidłem wysoko skoncentrowanym (38%), co gwarantuje jego wybitną trwałość, przy czym moc zapachu jest – w sposób jak sądzę zamierzony – umiarkowana.

Jeszcze jedno. Zarówno biel flakonu, jak i charakter zapachu, a także towarzyszące mu tzw. wizuale (fotografie i grafiki) oraz hasło „A Dream in Gold and White” zdają się jednoznacznie wskazywać idealną użytkowniczkę Puredistance White. Spójrzmy na tę zadumaną kobietę w białej sukni, na te białe, niby-świątynne nawy, wreszcie na tą złotą niczym obrączka zatyczkę flakonu. Co widzimy?

Zadziwiająco konserwatywnie jak na markę o holenderskim rodowodzie, prawda?

Puredistance-WHITE-17.5ml-A

nuty głowy: bergamotka z Włoch

nuty serca: róża majowa z Francji, absolut kłącza irysa z Włoch, paczula z Indonezji

nuty głębi: wetiwer z Haiti, absolut tonka z Wenezueli, sandałowiec z Mysore, piżmo

twórca: Anthoine Lie

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

Etat Libre d’Orange „Cologne” i „Rien Intense Incense” czyli dzień i noc w Wolnym Stanie Pomarańczy.

Wiele miesięcy temu opublikowałem na blogu serię recenzji pachnideł paryskiej niszowej marki Etat Libre d’Orange. Zapachy ELdO zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie jako odważne, nowatorskie, czasem zmuszające do intelektualnego wysiłku, ale także i zabawne, chwilami nawet „dziwaczne”, a przy tym wszystkim absolutnie „noszalne” (no może poza jednym… osławionym Sécrétions Magnifiques). Uważam ELdO za jedną z najwartościowszych i najciekawszych marek niszowych współczesnej perfumerii. Ale także i chyba najbardziej niedocenianą (obok wszakże zupełnie innej stylistycznie Parfums de Nicolai). A szkoda. Nie ukrywam, że swymi recenzjami chciałbym skierować nieco więcej światła na tę markę, bowiem to co oferuje, to prawdziwa współczesna sztuka perfumowa. Przypomnę, że na jej czele od początku stoi bezkompromisowy w swym podejściu do perfum Etienne de Swardt.

etienne_de_swardt
Etienne de Swardt

Od czasu mych poprzednich recenzji ELdO pod tym szyldem miały miejsce trzy zapachowe premiery: La Fin Du Monde (2013), Cologne (2014) i Rien Intense Incense (2014). Pierwszy z nich zrobił sporo szumu pośród perfumowych entuzjastów oraz branżowych znawców głównie w wyniku swej oryginalności (nuty popcornu i masła!) i odkrywczości oraz faktu, że popełnił go pewien młody perfumiarz – Quentin Bisch (kto oglądał trzyodcinkowy dokument BBC o perfumach, ten wie o kim piszę). Ale także i kolejne premiery zapachowe ELdO nie przeszły bez echa. Cologne zaskoczył wszystkich podjęciem skrajnie popularnej tematyki i zrealizowaniem jej na swój własny sposób, Rien Intense Incense natomiast udaną próbą wzmocnienia i zagęszczenia tego, co już mocne i gęste. I właśnie te dwa ostatnie pachnidła mam dziś przyjemność zaprezentować. Pod względem zapachowym okazały się one równie przeciwstawne co dzień i noc. Zresztą charaktery oby zapachów podkreśla kolorystyka flakonów, które nota bene otrzymały nowy design. Są masywne, z odpowiednio ciężkimi, „klikającymi” przy zamykaniu zatyczkami, z charakterystycznie umieszczonymi narożnymi etykietami. Na znajdującej się na przeciwległej stronie, sfrezowanej krawędzi wtłoczono wielkimi literami nazwę marki. Ten nowy desing prezentuj się znakomicie.

 

Cologne czyli dzień

„Daliśmy Ci dekadenckie,

Daliśmy Ci skandaliczne, 

Teraz dajemy Ci miłe.”

Takim hasłem Etat Libre d’Orange przygotowuje odbiorców na najbardziej „normalny”, najmniej niezwykły i absolutnie poprawny politycznie zapach w swej ofercie, czyli Cologne. Niemniej wciąż jest to Cologne dalekie od typowego pojęcia…

„Od ELdO zawsze możemy spodziewać się czegoś niespodziewanego. Łamiemy zasady, czasem także swoje własne.”

Cologne jest efektem takiego właśnie złamania własnej zasady polegającej na dostarczaniu niebanalnych olfaktorycznych wrażeń, na przesuwaniu granic, na prowokowaniu, eksperymentowaniu, a czasem wręcz szokowaniu. Cologne jest dokładną odwrotnością tej zasady. Jest tym, co wynika z nazwy. Perfekcyjnie wykonana współczesna kolońska, w której zasadnicze nuty to cytrusy z przewagą soczystej i słodkiej czerwonej pomarańczy oraz kwiatowe serce z duetem dominującego kwiatu pomarańczy i jaśminu. Bazę dla kompozycji stanowią piżma oraz subtelny, schowany akord skórzany. W zapachu czuć wyraźnie dużą dozę drzewnego cashmeranu, który łącząc się idealnie z białymi kwiatami pogłębia i utrwala jednocześnie zapach. Całość pachnie świeżo, ale nie rześko, tylko raczej kremowo, miękko, puszysto i otulająco.

Testy Cologne przekonały mnie, że jest to rzeczywiście „najjaśniejszy” i najłatwiejszy w odbiorze i noszeniu zapach ELdO. Kolońska zrobiona na współczesny sposób i skoncentrowana do postaci wody perfumowanej, przez co intensywna i całkiem trwała. Skojarzenia? Jest ich oczywiście wiele, ale większość z nich sprowadza się do do Neroli Portofino Toma Forda oraz Orange Sanguine Atelier Cologne. To ten sam typ nowoczesnej, intensywnej, „czystej” kolońskości, w którym zamiast dużej ilości bergamotki, tradycyjnych ziół (np. rozmaryn, szałwia) oraz zielono-terpenowego neroli zastosowano pomarańczę, białe piżma, neroli oraz utrwalające całość nuty drzewne. Cologne to woń ciepła, lekko biało-kwiatowa, emanująca aurą czystości. Zapach z gatunku uroczych, świetnie zrobionych i niezwykle przyjemnych w noszeniu. Prawdopodobnie mój wybór na lato 2015.

eldo cologne

główne nuty: pomarańcza, bergamotka, jaśmin, kwiat pomarańczy, piżmo, skóra

twórca: Alexandra Kosinski

rok wprowadzenia: 2014

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ projekcja: 4/ trwałość: 4/ flakon: 5

 

Rien Intense Incense czyli noc

Oryginalny Rien powstał w 2006 roku. Miałem okazję opisywać go na blogu w zeszłym roku tymi słowy: „Oto (…) jedno z najmocniejszych i najbardziej wyrazistych pachnideł ELdO – współczesna, odważna i bezkompromisowa interpretacja zapachu skórzanego. (…) Dla mnie jeden z najlepszych zapachów w obszernej ofercie ELdO i jednocześnie jedno z najlepszych dzieł Antoine Lie’a, jakie dotąd testowałem. Rien to wirtuozerskie arcydzieło współczesnej perfumerii.” 

Jakież było moje zaskoczenie, gdy niedawno pojawił się news o nowej premierze – Rien Intense Incense! Pikanterii całości dodawały wyraziste materiały reklamowe obwieszczające m.in., że „Oud jest passe. Przyszłością jest kadzidło.” (podoba mi się!), oraz że mamy przygotować się na „ciemniej, intensywniej, mocniej”, a także by „aplikować z rozwagą”. Wow. Znając „zwykłą” wersję Rien byłem gotów na olfaktoryczne trzęsienie ziemi połączone z jednoczesną eksplozją molekularną…

I rzeczywiście. Pierwszy kontakt z Rien Intense był niemal obezwładniający. Najpierw (dla bezpieczeństwa) kartka papieru spryskana zapachem, który natychmiast wypełnił całe pomieszczenie budząc reakcje zaintrygowanych (mimowolnych) świadków tego wydarzenia. Kartka szybko wylądowała w szufladzie, bo moc zapachu była wręcz gargantuiczna. Wystarczyło na chwilę dosłownie uchylić szufladę, by molekuły wystrzeliły w przestrzeń pokoju i dotarły na odległość kilku metrów.

eldo rien incense

Tym razem Etienne de Swardt i perfumiarz Antoine Lie poszli na całość. Naprawdę. Nic ich nie ograniczało. Z pozornych wad pachnidła (potężna gęstość, moc, projekcja to cechy dla wielu osób współcześnie dyskwalifikujące zapach) uczynili jego najsilniejsze strony. I udało im się. Rien Intense zachwycił mnie swą mroczną potęgą, gęstością zastosowanych składników i sposobem, w jaki Lie nadał im – z natury ociężałym i nieskorym do unoszenia w przestrzeni (kadzidło, skóra, labdanum, mech dębu, ambra, kmin) ten niesamowity impet, z którym rażą wszystkich i wszystko z promieniu kilku metrów. Lie to mistrz aldehydów, które z lubością stosuje. Tu w połączeniu z czarnym pieprzem stały się paliwem dla mknących w przestrzeń potężnych molekuł. Oczywiście nie muszę dodawać, że Rien Intense Incense nie jest zwyczajnym pachnidłem. O nie. Bardzo trudno je opisać. W swej zasadniczej treści oczywiście podobne jest do protoplasty. To na pewno. Ale przecież są między nimi istotne, „intensywne” różnice. Rien II (nazwijmy go tak w skrócie) ma w sobie więcej zapachowej treści. Jest – mam wrażenie – wręcz wypełniony olfaktoryczną istotą po same brzegi. Jest bardziej nasycony, mniej wytrawny, bardziej słodki w aldehydowo-kadzidlano-żywiczny sposób. O ile w Rien można poczuć tę specyficzną, sucho-dymną, nieco gryzącą nozdrza nutę, którą Antoine Lie zaadaptował i „wypolerował” przy okazji na użytek późniejszego, odpowiednio „grzecznego” Puredistance Black, o tyle w wersji Intense została ona zaokrąglona, straciła swą ostrość na rzecz nasycenia. Intense Incense w zgodzie z nazwą zawiera dużo więcej kadzidła aniżeli Rien, które przecież też nie jest go pozbawione.

Antoine-Lie2014
Antoine Lie

Z pewnością pierwsze wrażenie jakie robi zapach po aplikacji na skórę (na której nota bene zachowuje się nieco bardziej „cywilizowanie”, aniżeli na papierku testowym) to skojarzenie z zapachem gumy zmieszanej z czarnym jak smoła atramentem. To chyba najbardziej sugestywna znana mi atramentowa woń perfum, obok Comme des Garcons 2 EDP i Byredo M/Mink. Odpowiadają za nią z pewnością po części zastosowane w formule aldehydy połączone z kadzidłem i labdanum. Ten zniewalająco mocny początek przechodzi stopniowo, bardzo powoli w kadzidlano-labdanowe serce, by zakończyć niezwykle magnetycznym, wyrazistym, sygnaturowym, quasi-skórzanym finiszem. Naprawdę trudno jest wyłuskać z tego zapachu pojedyncze nuty czy składniki. To nader złożona kompozycja o niezwykle oryginalnym zapachu. Jedno z najgęstszych i najintensywniejszych znanych mi pachnideł. Coś dla wielbicieli tzw. powerhouses lub bezkompromisowej niszy. I uwaga – nie ma tu ani miligrama tzw. oudu…

Trwałość Rien II jest – jak się można było spodziewać – potężna, bo ponad 20 godzinna. Zapach bardzo długo utrzymuje moc i wyrazistość, a sama baza jest magnetycznie piękna i pozostająca w pamięci. Rien II może spodobać się fanom mocnych współczesnych woni skórzanych w typie Tom of Finland ELdO, Lonestar Memories Andy Tauera czy Tar Comme des Garcons.

Rien II potwierdza, że Antoine Lie jest jednym z najwybitniejszych i najbardziej kreatywnych oraz nietuzinkowych żyjących twórców perfumowych – obok Bertranda Duchaufoura, Christophe Laudamiela, Gezy Schöna i Bruno Jovanovica. Jego kompozycje zdają się deklarować, że perfumeria nie ma granic i że wciąż jest w niej miejsce na prawdziwie oryginalną i bezkompromisową kreację. A za taką uważam Rien Intense Incense. Jest to pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego entuzjasty perfum i jednocześnie propozycja dla wszystkich tych, którzy szukają w perfumach mocnych i bardzo indywidualistycznych wrażeń.

eldo Rien-Intense

główne nuty: kadzidło, róża, skóra, labdanum, mech dębu, paczula, ambra, kmin, czarny pieprz, aldehydy

twórca: Antoine Lie

rok wprowadzenia: 2014

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ projekcja: 6/ trwałość: 6/ flakon: 5

Puredistance „Black”

Luksusowa holenderska marka Puredistance, o której mniej więcej rok temu pisałem przy okazji recenzji zapachu M, w listopadzie roku 2013 powiększyła swą ofertę o zapach o jakże obiecująco brzmiącym tytule: Black. Niespodzianką był wówczas fakt, że właściciel marki Jan Ewoud Vos tym razem wybrał na autora pachnidła Antoine’a Lie – perfumiarza znanego przede wszystkim z nowoczesnych, niejednokrotnie awangardowych projektów zapachowych dla Comme des Garcons, Etat Libre d’Orange czy Nu_Be. Już ten fakt zapowiadał odmienność Black od pozostałych pachnideł holenderskiej marki, stworzonych przez Annie Buzantian oraz Roja Dove w neoklasycznymi stylu – bazujących na klasycznych wzorcach, ale podanych we współczesnej estetyce (zielono kwiatowy szypr Antonia, kwiatowo-ambrowe Puredistance I oraz kwiatowy Opardu czy skórzany szypr M). I rzeczywiście Black różni się od nich znacząco, także pod względem towarzyszącej mu narracji, która – podobnie jak sama woń – jest nieco tajemnicza, spowita czernią mistycyzmu. To jedyny zapach Puredistance, którego składniki i nuty zapachowe nie zostały przez Jana Ewouda Vosa ujawnione…

Antione_Lie
Antoine Lie

Wyrafinowana elegancja w nowoczesnym, subtelnym stylu, hołdująca naczelnej zasadzie Jana Ewouda Vosa „less is more” to najkrótsze podsumowanie tego zapachu. Black to pachnidło czysto abstrakcyjne, wykonane przez wirtuoza aromamolekuł w oparciu o koncept wynikający stricte z nazwy zapachu.

Ale czy zapach może mieć kolor (i nie chodzi tu o fizyczną barwę cieczy)? Oczywiście że tak i by to poczuć, nie potrzeba wcale synestezyjnych umiejętności. By nadać zapachowi koloru, trzeba odpowiednio dobrać składniki i ich proporcje, tak by woń budziła skojarzenia z rzeczami materialnymi o oczekiwanej barwie. Najprościej zobrazować to można na na przykładzie koloru zielonego. Składniki takie jak bazylia, galbanum, cis-3-Hexen-1-ol doskonale nadają się do nadawania zapachowi zielonego kolorytu, gdyż pachną zielonymi roślinnymi sokami. Biel? Nie ma sprawy. Wszystkie ingrediencje kojarzące się z czystością, czyli przede wszystkim kwiat pomarańczy i tzw. białe piżma (pachnące czystością, detergentami). Niebieski? Nuty wodne. Czerwony? Przyprawy – papryka, cynamon. Wreszcie czarny? Popiół, kadzidło, guma, asfalt. Te nuty – jak najbardziej osiągalne we współczesnej sztuce perfumeryjnej – gdy inkorporowane do perfum, nadadzą im skojarzeń z czernią. Antoine Lie chcąc osiągnąć czerń w Black stworzył woń pachnącą magmą, popiołem, kadzidłem, węglem…

W pierwszych Black minutach oczarowuje mieszanką suchych nut przyprawowych (jakby pieprz), drzewnych (jakby cedr) i balsamicznych (jakby benzoes) dających w sumie ten niecodzienny, nieco ostry, niemal popielisty aromat. Ten jednocześnie bardzo harmonijny początek szybko przechodzi w serce zapachu, w którym dominuje woń ciepła, żywiczna, coś jak labdanum z odrobiną kadzidła. Wciąż jest sucho i „sypko”. Od czasu do czasu pojawia się i znika niczym „nuta-duch” zaskakująca woń niby-owocowa, przypominająca mi – z braku lepszych porównań – zapach malinowego syropu. Ale nie jest to coś wyraźnego i namacalnego, jak choćby w Tuscan Leather Toma Forda. To raczej płatający figle i wirujący w powietrzu „owocowy abstrakt”. Cichutki aczkolwiek długo obecny na skórze finisz subtelnie projektuje ciepłą piżmowo-drzewną wonią zamykając ten przedziwny, oryginalny i enigmatyczny zapach.

11

Black to w założeniu perfumy eleganckie i subtelne, niekrzyczące, lecz szepczące. Mimo deklarowanej i podkreślanej przez Puredistance 25% zawartości pachnącego ekstraktu poza pierwszymi dwoma wyrazistymi kwadransami Black lokuje się blisko skóry i pozostaje delikatnie wyczuwalny głównie dla osoby noszącej, pozostawiając wszakże za nią delikatny i intrygujący ogonek.

Black przez swą szorstkość, wytrawność, dymność i  popielistą, suchą drzewność pasuje mi bardziej jako pachnidło męskie i jako takie bym je zakwalifikował. Penetruje te same rejony olfaktoryczne co np. Black Cashmere Donna Karan, Casbah Roberta Pigueta, Ormonde Man Ormonde Jayne czy Serge Noire S.Lutensa, ale robi o na swój indywidualny, bardzo wyrafinowany i pełen niedopowiedzeń sposób. Testując go nie mam wątpliwości, że oto mam do czynienia z wybitnym dziełem współczesnej perfumerii, którego estetyka trafi jednak jedynie w gusta najbardziej wyrafinowane.

Na przyszły rok Predistance szykuje kolejną premierę: White. Autorem zapachu będzie ponownie Antoine Lie. Spodziewam się więc olfaktorycznej gratki z drugiej strony kolorystyczno-zapachowego spektrum. Nie muszę dodawać, że bardzo jestem ciekaw, w jaki sposób ten perfumiarz zinterpretuje biel w zapachu…

13

główne nuty: pieprz, szafran, róża, fiołek, cedr, wanilia, labdanum, beznoes, piżmo, paczula, ambra, drewno sandałowe

twórca: Antoine Lie

rok wprowadzenia: 2013

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ projekcja: 4/ trwałość: 5/ flakon: 5

 

Osobną i wartą uwagi częścią doświadczania perfum Puredistance jest ich niezwykłe, luksusowe opakowanie, do którego marka ta przywiązuje szczególną wagę. Poczynając od pięknie zawiązanej na zewnętrznym pudełku wstęgi, poprzez eleganckie, wykonane z bardzo grubej tektury pudełko-futerał (wyściełany miękkim materiałem), w którym – obok flakonu – znajdziemy certyfikat autentyczności z własnoręcznym podpisem Jana Ewouda Vosa, aż po niezwykły, sygnaturowy flakon. Masywny, czarny, z masywną metalową z zatyczką w złotym kolorze, doskonale wykończony, w kształcie próbówki, z nazwą nadrukowaną złotymi literami i dodatkowo na znajdującym się pod zatyczką pierścieniu. Poniżej kilka fotografii obrazujących flakon i sposób jego opakowania:

01

02

040506

08

1709

10

12

14

15

1618

19

 

 

nu_be – zapachy rtęci i siarki, czyli „Mercury” i „Sulphur”

Zeszły rok przyniósł m.in. kontynuację niezwykłego, awangardowego projektu perfumowego nu-be (o pierwszych pięciu kompozycjach pisałem w kwietniu 2013). Perfumiarz Antoine Lie, który miał już na swym koncie olfaktoryczne wyobrażenia nt. tlenu i wodoru, dokooptował dwa dużo cięższe pachnidła-pierwiastki z kompletnie przeciwnego spektrum – rtęć [80Hg]siarkę [16S]. Jak zawsze w przypadku tego twórcy, jest awangardowo i intrygująco…

antoine-lie-2

[80Hg] – rtęć

Oddajmy głos perfumiarzowi: „By przetłumaczyć moją wizję rtęci na zapach, bawiłem się metalicznym efektem z dodatkiem czystego, technologicznego i dynamicznego aspektu. Dla uzyskania efektu metalicznego stworzyłem akord rdzy, podczas gdy mieszanka aldehydów, rabarbaru i mandarynki oddaje ten czysty, dynamiczny i technologiczny charakter. Finisz zapachu jest drzewny – z nutami cedru i drewna sandałowego”.

oxygen

Nie od dziś wiadomo, ze Antoine Lie to specjalista w zakresie zapachów z metalicznymi nutami, o czym przekonał nas choćby w słynnym Secretions Magnifiques Etat Libre d’Orange, RED+MA dla Blood Concept. Zwykle niezbędnym dla osiągnięcia takiego efektu okazuje się użycie wybranych aldehydów w połączeniu z nutami zielonymi lub owocowymi. Nie inaczej jest tutaj.

rtęć

Początek – ładny, świeży, dość intensywny, cytrusowy (przewaga słodkiej mandarynki) z odrobiną zielonych soków (liść czarnej porzeczki, nuta rabarbaru), doładowany aldehydami  praktycznie od razu uwidacznia rękę Lie’a i jego styl. Akordy zupełnie inne od tego, co spotkamy w 90% obecnych na rynku zapachów. Otwarcie [80Hg] jest przyjazne i przyjemne, zachęca do poczekania na dalszy rozwój wydarzeń (co nie jest zasadą, gdy chodzi o eksperymentalne zapachy tego perfumiarza). Z czasem – w sercu – ujawnia się owa czysta, metaliczna nuta, którą z pewnością nie każdy zaakceptuje. Finisz jest delikatny, subtelny, balsamiczno-drzewny.  

 mercury_photo

podstawowe składniki: cytryna, mandarynka, aldehydy, rabarbar, czarna porzeczka, geranium, fiołek, cedr, paczula, drewno sandałowe, balsam tolu

nos: Antoine Lie

[16S] – siarka

„Siarka reprezentuje demonicznego ducha, ciemność. Zapach pochodzący z cieni, szatanski eliksir… Nuty odkrywające wnętrzności ziemi…”

siarka

oxygen

Jest więc Sulphur w założeniu twórców najmroczniejszym jak dotąd pachnidłem projektu nu_be. Rzeczywiście Antoine Lie z rozmysłem użył tu dość mrocznych ingrediencji – pieprz pimento, czarny dzięgiel, kostowiec, kastoreum. Wetyweria i paczula także mają swoje ciemne, ziemiste oblicze. Ale czy Sulphur rzeczywiście „reprezentuje ciemność”? No cóż, znam bardziej demoniczne pachnidła (choćby Serge Noire)… Owszem, intro jest pod tym względem obiecujące. Pikantna woń jakby popiołu, zgliszczy i dymu zapowiada nie lada gratkę dla wielbicieli zapachów w gatunku Black Tourmaline Oliviera Durbano czy ostatniego Black Comme des Garcons. Jednak [16S] podąża swoją drogą. Mija pierwsze kilkadziesiąt sekund, pieprz z początku odparowuje i pojawia się przedziwna, brudnawa nuta kostowca, w towarzystwie szorstkiej woni dzięgla i sypkiego cynamonu. Jest szorstko, ciemno i bardzo męsko, przy tym prawdziwie niszowo. Po kilkunastu minutach zapach zaczyna się przeobrażać w nieco bardziej pogodnym kierunku (przebija się zbitka nut przypominająca mi pierwszą wodę Costesa oraz Touaregh Il Profvmo), ale trwa to niedługo. Wraz z upływem czasu wyłania się niecodzienna i niezbyt przyjemna w odbiorze baza, w której wciąż dominuje sierściuchowy kostus doprawiony niemniej fizjologicznym kastoreum. Sulphur z pewnością nie pachnie jak perfumy. To raczej dość „potworna” woń…

sulphur_photo

podstawowe składniki: pimento, cynamon, czarny dzięgiel, wetiwer, paczula, mech, kostowiec, kastoreum, opopopnax, mirra

nos: Antoine Lie

Oba zapachy dowodzą, że za sprawą takich marek jak nu_be i perfumiarzy pokroju Antoine’a Lie’a nowatorstwo i eksperyment w perfumach wciąż mają się dobrze, i że próżnia pozostawiona swego czasu przez Comme des Garcons bardzo szybko została wypełniona. nu_be posuwa dziś perfumeryjną sztukę naprzód, choć przyznać muszę, że najmłodsze dzieci tej włoskiej marki to także niestety te najmniej urodziwe i wymagające największego wysiłku, by je pokochać… 🙂

Zapachy nu_be można przetestować i nabyć w krakowskiej perfumerii Lulua.

Etat Libre d’Orange – perfumy na nowo (7) – “Malaise of the 70’s″, „Charogne”, „Secretions Magnifiques”

W ostatnim wpisie dotyczącym absolutnie niezwykłych pachnideł niszowej marki Etat Libre d’Orange postanowiłem dozować wrażenia i napięcie. Rozpoczynam od „ciszy przed burzą”, czyli od dość nijakiego jak na standardy marki Malaise of the 70’s, by w drugiej kolejności powąchać padlinę (Charogne), a zakończyć cykl moimi wrażeniami nt. tego, jak pachną płyny ustrojowe wg Antoine’a Lie’a i jego Secretions Magnifique… Zaczynajmy więc.

Malaise of the 70’s czyli nic specjalnego…

… w wykonaniu Mathilde Bijaoui – podobnie jak Bijou Romantique tej samej autorki – niestety pozostawia mnie zupełnie obojętnym. Nie ma w tym zapachu rewolucyjnego ducha ELdO. Jest za to zwyczajność, zachowawczość, w sumie mizeria… Cytryna i pieprz. Później suszona śliwka i odrobina nut kwiatowych. Drzewna baza ze spora ilością Iso-E-Super. Wszystko to podane w sposób ograny, zwyczajny do bólu, innymi słowy – mainsteramowy. Tego typu pachnidła zasiedlają dzielnie i gęsto półeczki sieciowych perfumerii, krzycząc do zdezorientowanych klientów chwytliwymi nazwami, marketingowymi sloganami i kolorowymi flakonami. Wszystko po to, by przyciągnąć i przekonać do zakupu. Malaise of the 70’s nie przyciąga uwagi nawet flakonem… Pomyłka. Zupełnie niepotrzebna. Plotka głosi, że ten sam zapach firma wydała dwa lata wcześniej pod nazwą Sex Pistols. Można go było nabyć właśnie w sieciowych perfumeriach. Jeśli to prawda, to wszystko co opisałem wyżej, przestaje dziwić…

eldo malaise

głównie składniki: cytryna  czarny pieprz, suszona śliwka, elektryczne aldehydy, heliotrop, paczula, orcanox, skóra

nos: Mathilde Bijaoui

rok premiery: 2012

Charogne – ścierwo…

Mocna nazwa jak na pachnidło, oj mocna. Można by się spodziewać jakiegoś traumatycznego przeżycia olfaktorycznego. Poniekąd słusznie. Wbrew lakonicznej recenzji Luca Turina z jego Perfumes. The A-Z Guide, Charogne to coś więcej, niż tylko „przyjemny, ale mało interesujący akord przyprawowo-balsamiczny” (!). Taką „recenzję” można napisać bazując chyba jedynie na oficjalnym spisie nut podawanym przez producenta. Jak można nie zauważyć dominującej przez pierwsze godziny nuty lilii, z całym jej potężnym ładunkiem kojarzącego się jednoznacznie fekalnie indolu lub pokrewnego skatolu? Pojęcia nie mam. O to przecież właśnie chodzi w tej kompozycji! To czarny, zdechły kwiat. Padlina. Ścierwo, które – mimo w pewnym stopniu odrażającego charakteru – dziwnie przyciąga dzięki faktycznie przyprawowo-balsamicznej oprawie. Charogne to zapach kwiatowo-orientalny w doskonałym, przejmującym wydaniu. Jest jak olfaktoryczne epitafium. Czyż lilia nie jest kwiatem popularnym przy okazjach ostatnich pożegnań? Czyż to wszystko nie spina się tu „pięknie” w jedną koncepcyjną całość? Padlina, trup, ścierwo. Nuta fekaliów wpisana w naturę pogrzebowego kwiatu. Zapach przemijania. Ostatecznego rozwiązania, które czeka każdego z nas. Shyamala Maisondieu (małżonka Antoine’a) doskonale zrealizowała powierzony jej temat tworząc jedno z najmocniejszych w przekazie, najlepszych ale i jednocześnie najbardziej wymagających pachnideł Etat Libre d’Orange. Charogne to rzecz dla koneserów.

eldo charogne

głównie składniki: lilia, bergamotka, skóra, kardamon, imbir, ylang ylang, jaśmin, kadzidło, wanilia

nos: Shyamala Maisondieu

rok premiery: 2008

Secretions Magnifiques – czyli cudowne wydzieliny…

Metaliczny, aldehydowy, mleczny, fizjologiczny, słony. Na początku faktycznie odstręczający mdlącymi spermo-podobnymi aldehydami. Nieco później zadziwiający mocną metaliczną nutką krwi. Z czasem nabierający przyjaznej mleczności, by po kilku godzinach pachnieć już tylko którymś z popularnych syntetyków. Secretions Magnifiques – legendarne debiutanckie pachnidło Etat Libre d’Orange – miało szokować. Miało obrzydzać lub oczarowywać. Miało zapadać w pamięć, a wręcz zapisywać w pamięci nazwę marki. Bardzo mocny debiut marki Etienne de Swardta do dziś pozostaje jednym z najbardziej szokujących i głośnych zapachów niszowych. Antoine Lie poszedł w nim na całość. Skonstruował go w przeważającej ilości z syntetycznych aromamolekuł, które przyporządkował jednemu celowi – oddaniu pomysłu De Swardta na perfumy pachnące ludzkimi wydzielinami. Lie tą stylistykę kontynuuje dziś w zapachach robionych dla Blood Concept. Jeśli jednak ktoś miał do czynienia z Secretions Magnifiques, dla niego żaden z „krwawych” zapachów nie będzie już zaskoczeniem.  

sécrétions magnifiques

Secretions Magnifiques to prawdziwie awangardowe dzieło sztuki olfaltorycznej. Abstrakcyjny, nienaturalny byt, który wzbudza skrajne emocje odbiorców – niczym kontrowersyjny film, rzeźba czy malowidło. O tym zapachu się mówi, pisze, czyta. On jako pierwszy kojarzy się z Wolnym Stanem Pomarańczy. Słusznie. Jest niejako credo marki i jej najdalej posuniętym oraz najbardziej szokującym dziełem. Z mojego punktu widzenia nienadającym się do noszenia jako perfumy, niestety. Mimo że z upływem czasu zapach staje się nieco bardziej przyjazny niż w pierwszych kwadransach, to jednak nie potrafiłbym go nosić. Jego nuty po prostu mnie odpychają i nic na to nie poradzę. Przy tym potężna projekcja i bardzo solidna trwałość, które w tym konkretnym przypadku mogą stać się przyczyną udręki. Ale cieszę się, że mogłem go poznać. Wiem już przynajmniej, jak daleko można się w perfumerii posunąć i wciąż być komercyjnym. Bowiem wg Etat Libre d’Orange Secretions Magnifiques to podobno bestseller…

eldo secretions

głównie składniki: akord jodowy, akord adrenaliny, akord krwi, akord mleka, irys, kokos, drewno sandałowe, opoponax

nos: Antoine Lie

rok premiery: 2006

*    *    *

Po zapoznaniu się i opisaniu na blogu niemal wszystkich pachnideł Etat Libre d’Orange jedno mogę stwierdzić z pełnym przekonaniem – warto było. Nie mam wątpliwości, że to jedna z najciekawszych i najbardziej odkrywczych oraz najodważniejszych marek współczesnej perfumerii. Proponuje pachnidła dla osób poszukujących, dla indywidualistów, outsiderów, wreszcie osób ceniących sobie pomysłowość i doskonałe wykonanie. Obok zapachów bazujących na tradycyjnych wzorcach (lawendowy Antiheros, szyprowy Je Suis Un Homme, wetiwerowy Fat Electrician, czy konwaliowe Don’t Get Me Wrong Baby…), znajdziemy przede wszystkim pachnidła współczesne, zwykle bardzo intrygujące i niesztampowo wykonane (Divine Enfant, Nombril Immense, Like This, The Afternoon of A Faun, Vraie Blonde, Noël au Balcon, Delicious Closet Queen, Dangerous Complicity, Bijou Romantique, Bendelirious, Eau de Protection, Malaise of the 70’s). Istotną częścią portfolio marki są pachnidła awangardowe (Rien, Tom of Finland, Vierges et Toreros, Eloge du Traitre, Fils de dieu, du riz des agrumes, Archives 69, Charogne) oraz olfaktoryczny eksperyment (Jasmin et Cigarette, Encens et Bubblegum, Secretions Magnifiques). Poznawanie ich po kolei to dla perfumowego entuzjasty prawdziwa frajda, której towarzyszy dziecięca wręcz radość obcowania z przysłowiowym „pudełkiem czekoladek”, z którego co rusz wyjmuje się inny smakołyk. Gwoli ścisłości dodam, że wszystkie te zapachy bez wyjątku mają świetną trwałość oraz dobrą lub bardzo dobrą projekcję (w zależności od typu). Niemal wszystkie robią wrażenie przemyślanych i dopracowanych. Gdybym miał wybrać swoich faworytów, to byłyby to (w kolejności przypadkowej):

Antiheros – za 100% lawendy w lawendzie bez wchodzenia do babcinej szafy;

Je Suis Un Homme – za wskrzeszenie tematu męskiego szypru we współczesnej oprawie,

Fat Electrician – za ciepły i głęboki wetiwer, sporo zawdzięczających wzorcowi od Givenchy;

Divine Enfant – za cudowny, podany nieco kulinarnie kwiat pomarańczy (a ja ten składnik wprost uwielbiam);

Nombril Immense – za paczulę i nuty balsamiczne czyli podobieństwo do Coromandel Chanela,

Eau de Protection – za niezwykle oryginalne i uniseksowe ujęcie róży połączonej z kadzidłem i kakao,

Rien – za bycie współczesną wersją Knize Ten (czyli skóra,  jakich mało),

Vierges et Toreros – za to, że Kouros nie jest już sam;

Eloge du Traitre – za bardzo męskie połączenie iglaków i wawrzynu w aromatyczną, wibrującą, zielono-pikantną całość,

Archives 69 – za zupełnie niecodzienne połączenie nut tworzących razem coś, czego nigdy wcześniej nie czułem, a co jednocześnie intryguje, zachwyca i zastanawia, a przy tym doskonale sprawuje się na skórze.