Dunhill „ICON Absolute” czyli oud od Dunhilla

Gdy 2 lata temu z niemałą (i słuszną) ekscytacją opisywałem ICON – nowy wówczas męski zapach Dunhilla, który miał wynieść markę na poziom Hermesa i Cartiera (ale – póki co – chyba jeszcze nie wyniósł), zakończyłem swoją recenzję stwierdzeniem, że ICON to obiecujący początek nowego rozdziału w perfumowej historii marki Dunhill. Jednak mimo, że dzieło Carlosa Benaima to bardzo udane, nowoczesne męskie pachnidło, nie słyszę i nie czytam (a także nie czuję), żeby zdobyło popularność, jakiej pewnie od niego oczekiwał John Ray, Dyrektor Kreatywny w Dunhillu. Szkoda. Niemniej nie trzeba było długo czekać na kolejne wcielenie „ikonicznego” Dunhilla. Jeszcze tego samego roku marka wypuściła wersję Absolute (dostępną początkowo tylko w Harrodsie), zamykając ją w jakże emblematycznym flakonie, tym razem w kolorze złotym. Czyżby sugestia orientalnej – ściślej – arabskiej estetyki? Okazuje się, że tak.

F2574-Dunhill-Absolute-Brand-Slider-1000x340

ICON Absolute zupełnie spokojnie mógłby nazywać się ICON Oud i pewnie nikomu by to nie przeszkadzało, może poza tymi, którzy dość już mają tego nad-eksploatowanego w perfumerii ostatniej dekady słowa. Chwalebnie jednak Dunhill nie poszedł tą ścieżką na skróty.

Na początku muszę zastrzec, że Absolute nie ma zapachowo nic wspólnego z zamkniętym w srebrnym flakonie poprzednikiem, no może poza obecnością czarnego pieprzu w otwarciu.

Absolute to woń na początku przyprawowa (pieprz plus szafran), później już wyłącznie drzewna, wytrawno-sucha, sypka niczym pustynny piasek, linearna, o długim, snujący się smużką oudowego dymu finiszu, w której zadbano o nienachalną, ale przyjemną projekcję i bardzo solidną trwałość. Intrygująca i tajemnicza, elegancka w nieco egzotyczny sposób, spodobała mi się bardziej, niż się spodziewałem.

I choć wciąż lubię olfaktoryczne bomby, to jednak ta utrzymana w ryzach „charakterność” ICON Absolute bardzo mi przypasowała – zgodnie z zasadą „mniej znaczy więcej”. W podobny sposób oud – pylisty, połączony z szafranem i pieprzem, został zrealizowany w Versace Oud Noir i to z nim ICON Absolute najbardziej mi się kojarzy, choć muszę tez nadmienić, że zapach Dunhilla jest bardziej minimalistyczny, wyrafinowany i elegancki. Do tego jego finisz przebija wyraźnymi reminiscencjami z bazy M7 YSL i od czasu do czasu echem Oud Wood Toma Forda, a to są dla mnie zawsze mile „widziane” nawiązania.

Reasumując – ICON Absolute uważam za pachnidło zdecydowanie udane, może nie tak oryginalne, jak protoplasta, ale – jak dla mnie – warte posiadania flakonu (nie tylko ze względu na jego niewątpliwie walory estetyczne), szczególnie jeżeli ktoś – tak jak ja – lubuje się w tego typu sucho-drzewnej, oudowej, nieco enigmatycznej, orientalnej stylistyce.

 

dunhill icon absolute

nuty głowy: bergamotka, czarny pieprz,

nuty serca: szafran, czarna róża, jaśmin

nuty bazy: oud, liść tytoniu, skóra

perfumiarz: brak danych

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Oud w mainstreamie (2) – Ralph Lauren „Polo Supreme Oud”

Niemal 40 lat po premierze słynnego Polo Ralpha Laurena ten sam perfumiarz – Carlos Benaim – podążając za wciąż aktualnym trendem oudowym skomponował nowy zapach dla tej marki – Polo Supreme Oud.  Nie pachnie on wszakże oudem w żadnym momencie, ale nie jest przecież w tym odosobniony. Jest natomiast bardzo solidnym zapachem przyprawowo-drzewnym (z naciskiem na to pierwsze), który oud traktuje nie tyle jako konkretny składnik, ile jako olfaktoryczną konwencję. Oto niby-arabska woń, która ma zgoła odmienny (czyt. mniej drzewny a bardziej przyprawowy) charakter od ostatnio opisanego Hugo Boss Bottled Oud, częściowo nawiązująca do bardzo na tamtejszym rynku popularnego Black Afgano Nasomatto, zbliżona też do zapachów typu Kabul Aoud Montale czy Rumz Al Rasasi Pour Lui, częściowo zaś korzystająca z dobrodziejstw współczesnych molekuł przyprawowych i drzewnych. Carlos Benaim nie skopiował żadnego z nich, ale – świadomie lub nie – do nich nawiązał.

 

carlos-benaim
Carlos Benaim

„Afgański” początek Supreme Oud to mocna i zdecydowana mieszanka aromatu goryczki, przypraw i kawy. To akord, który – nie mam wątpliwości – skojarzy się każdemu, kto zna kultowe dzieło Alessandro Gualtieriego. Z czasem podobieństwa jednak stopniowo zanikają i ustępują właściwej treści Supreme Oud – odsłaniając zdecydowanie więcej oryginalności. Robi się pikantnie i drzewnie (cynamon plus gwajak), nieco także sucho. Cynamon czuć dość mocno. Wibruje, wierci w nozdrzach, pachnie nieco szorstko i tajemniczo. Finalny akord, który długo siedzi na skórze, to dość charakterystyczna dla współczesnej perfumerii mainstreamowej woń ambrowo-drzewna. Fakt, że na tym etapie zapach jest najmniej oryginalny, nie zmienia mojej solidnej jego oceny.

Supreme Oud to więcej niż dobre pachnidło, w sumie całkiem oryginalne, wyraziste i intrygujące, kompetentnie skomponowane po to, by dobrze się je nosiło także tym, którzy niekoniecznie gustują w typowo arabskich, mocnych i często „poniewierających” aromatach.  Kilka dni z nim spędzonych utwierdziły mnie w przekonaniu, że to pozycja to zdecydowanie warta odnotowania, szczególnie że marka Ralph Lauren w ostatnich latach raczej nie może poszczycić się niczym równie interesującym, gdy chodzi o pachnidła przeznaczone dla mężczyzn. Zapach ma solidną, ponad dziesięciogodzinna trwałość i „cywilizowaną” (choć trochę za bardzo, jak na moje gusta) projekcję. Ze względu na gęsty orientalny charakter wydaje się pasować bardziej do okazji wieczorowych, aczkolwiek przy odrobinie odwagi zda także egzamin jako tzw. „perfumy do biura”, jak lubię określać te pachnidła, w których sam dobrze czuje się na co dzień w pracy.

Ode mnie dla Supreme Oud mocna czwórka z wychyłem w kierunku 4+.

 

ralph_lauren_polo_supreme_oud

główne nuty: różowy pieprz, cynamon, oud, wetiwer, gwajak

rok premiery: 2015

perfumiarz: Carlos Benaim

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Acqua Di Parma „Colonia Oud”

W 2012 roku marka włoska marka Acqua Di Parma, znana z doskonałej jakości wód kolońskich, rozpoczęła nowy cykl zapachowy poświęcony najcenniejszym perfumowym składnikom, zatytułowany Ingredient Collection. Niby nic oryginalnego, jeśli chodzi o pomysł, ale zaręczam, że wykonanie dostępnych póki co trzech kompozycji (Oud, Leather i Ambra) z pewnością bardzo pozytywnie wyróżnia je pośród zapachów zrealizowanych wg podobnych konceptów. Poza tym kolekcja ta, delikatnie mówiąc, skutecznie łechce perfumowe koneserskie ego… Bo czyż nie jest to zaiste piękny widok?

AdP Ingredient Collection
Ingredient Collection by Acqua Di Parma

Chronologicznie pierwszym przedstawionym pachnidłem w ramach tej kolekcji był Colonia Oud, zdaje się, że początkowo nazwany Colonia Intensa Oud. Na zapach ten zwróciłem swą uwagę odwiedzając w zeszłym roku jedną z perfumerii we włoskim mieście Bergamo. Był on pierwszym, po jakiego sięgnąłem, będąc bardzo ciekaw, w jaki sposób zaprezentował agarowy temat – jak domniemam – Francois Demachy, na co dzień „nos” Diora, ale także naczelny perfumiarz grupy LVMH, która jest właścicielem m.in. właśnie Acqua di Parma. Pamiętam, że tamtego dnia we Włoszech Colonia Oud zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Postanowiłem więc koniecznie przetestować ją wnikliwie przy nadarzającej się okazji. Kilka tygodni temu flakon wylądował na moim biurku…

ingr_maps

Colonia Oud miał być – wedle oficjalnej informacji – połączeniem zachodniej estetyki kolońskiej z bliskowschodnim, orientalnym charakterem oudu. Miał celebrować ten cenny, pochodzący z krajów środkowego wschodu, składnik, jakim jest żywica zainfekowanego grzybem drewna agarowego. Złożony właśnie z – śmiem twierdzić naturalnej – esencji oud oraz drewna amyris, doprawiony rosyjską kolendrą, wzmocniony przez cedr, sandałowiec i paczulę pachnie nad wyraz oryginalnie i intrygująco. Trzeba wszakże zaznaczyć, że akord cytrusowy nie przypomina tu w niczym tego znanego z klasycznych wód Acqua di Parma. Cytrusy owszem obecne, jedynie zmiękczają intro zapachu, w którym wszakże od razu czujemy przewodni, mocny, skórzano-drzewny aromat pachnidła, mający później „rozwinąć swoje skrzydła”. Początkowo więc woń jest intensywna, nieco gryząca nozdrza, kwaskowata, trochę ziołowa, trochę drzewna, trochę skórzana. Wraz z upływem czasu najpierw wzmacnia się w niej aspekt skórzany, zaś z czasem nabiera drzewnej suchości, zachowując jednak ten unikalny, lekko kwaskowy aromat przez większość czasu. Dopiero po wielu godzinach, na samym końcu, pojawia się nieco bardziej słodko-żywiczna nuta drzewna, która wieńczy dzieło.

AgarWoodOUD

Wspomniana kwaskowatość, choć nieco inna i nie tak intensywna, to jednak kojarzy mi się z oudami Francisa Kurkdjiana (Oud Cashmere Mood i Oud Velvet Mood). Tyle że tu towarzyszy jej wyraźna, surowa, a nawet nieco zwierzęca nuta skórzana. Colonia Oud odróżnia się od masy innych pachnideł z nutą agaru właśnie swą wytrawnością i – mam wrażenie – dość realistycznym odwzorowaniem oudowej woni. Nie znajdziemy tu ani ambrowej czy żywicznej słodyczy, ani znanego duetu róży i paczuli, tak często imitującego rzekomy oud w wielu perfumach. Nie spotkamy też coraz popularniejszej zbitki oudu i szafranu. Co więcej – jest to zupełnie inne ujęcie oudu od tego z Leather Oud Diora, autorstwa tego samego perfumiarza, mimo że przecież i tam i tu aromat oudu połączono ze skórą. Colonia Oud jest zupełnie inny. Zaskakujący. Unikalny. Wytrawny. Suchy. Dla niewyrobionego nosa z pewnością nieco trudny w odbiorze, skłaniający się raczej ku arabskim gustom olfaktorycznym. Przy tym pachnący niezwykle wyrafinowanie, w sposób nie pozostawiający złudzeń co do jego klasy, jakości składników i warsztatu perfumiarza.

Colonia Oud to woda kolońska w wersji skoncentrowanej, w praktyce mająca moc i trwałość wody toaletowej. Po dość obfitym użyciu, co ułatwia serwujący spore chmury atomizer, czuję ją na sobie wyraźnie przez ponad 10 godzin, co stanowi bardzo dobry wynik. Zapach, mimo zdecydowanego charakteru, nie przytłacza. Pozostawia natomiast intrygującą skórzano-drzewną aurę, która snuje się wdzięcznie za noszącym. A nosi się Colonia Oud bardzo przyjemnie, z tą koneserską satysfakcją, charakterystyczną dla perfum najwyższej próby.

Francois Demachy 24
Francois Demachy

 

Etykieta „colonia” jest tu o tyle słuszna, o ile zapach ten potraktujemy jako wodę kolońską zaprojektowaną w tylu arabskim, a więc dla tamtejszych mężczyzn, kochających oud tak mocno, jak Włosi kochają swoje cytrusy, a przy tym oczekujących od pachnidła dużej mocy i esencjonalności, które z kolei są przeciwieństwami subtelności i ulotności tradycyjnej kolońskej europejskiej.

Colonia Oud to absolutnie jedne z najciekawszych znanych mi perfum oudowych i jedno z najbardziej oryginalnych pachnideł w mojej kolekcji, co stwierdzam z dużym zadowoleniem. Unikatowe, niebanalne, najwyższej jakości, o zdecydowanie męskim charakterze, w którym zrealizowany przy pomocy doskonałych ingrediencji agarowy temat potraktowany został z inwencją i mistrzostwem dostępnym jedynie wąskiemu gronu perfumiarzy.

Bravo Monsieur Demachy!

AdP Oud 3

nuty głowy: bergamotka, pomarańcza

nuty serca: kolendra, amyris, oud

nuty bazy: cedr, sandałowiec, paczula, skóra, piżmo

twórca: Francois Demachy

rok premiery: 2012

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Montale Paris „Aoud Lavender” i „Honey Aoud”

Czas płynie, pory roku przemijają, rządy się zmieniają, a tymczasem Montale Paris emituje kolejne pachnidła w tempie, z którym prawdopodobnie nie może równać się żadna inna marka. Jakby tego było mało, większość z nich ma w nazwie Aoud… Można czuć się naprawdę przygniecionym liczbą oudowych pachnideł Montale. Czy ktoś je jeszcze w ogóle liczy? Ale właściwie to po co? Zresztą, niech się tym zajmą perfumowi archiwiści. Fragrantica – ta ma dopiero wyzwanie!

Faktem jest jednak, że bieżący rok przyniósł wielbicielom mocnego, arabskiego stylu marki dwa całkiem udane pachnidła, Aoud Lavender i Honey Aoud, których nazwy natychmiast zdradzają entourage, w jakim umieszczony został w nich sygnaturowy montalowski oud.

Lavender 2

Aoud Lavender rozpoczyna się mocną lawendą, ożywioną molekułami pieprzu i orientalnie sparowaną z szafranem i kardamonem. Rusztowaniem dla tej przekonująco pachnącej konstrukcji  jest drzewny akord zbudowany z oudu, cedru i sandałowca. Kompozycję pogłębiono sporą ilością tonki, a bazę uzupełniono ambrą, akordem skórzanym i białymi piżmami. Wszystko to bardzo powoli ewoluuje na skórze odsłaniając kolejne swoje oblicza: najpierw aromatyczne, ziołowo-przyprawowe, później drzewne. Finisz to suche, lekko gryzące drewno (nuta oudowa) z ambrą. Jest taki, jak lubię. Całość pachnie naprawdę bardzo dobrze i będzie, jak sądzę, atrakcyjną propozycją dla fanów lawendy, podanej tu w nieco orientalny, montalowski sposób. Osoby gustujące w Gris Clair Sergre’a Lutensa czy Lavandula Penhaligon’s mają szansę się propozycją Montale zachwycić. Myślę, że również mężczyźni ceniący sobie gatunek aromatycznego fougere, mogą odnaleźć tu to, co lubią, bo jednak połączenie lawendy z tonka tak właśnie ukierunkowuje ten zapach (mimo braku mchu dębowego w bazie). Jeżeli jednak ktoś za lawendową wonią nie przepada – raczej nie zaprzyjaźni się z Aoud Lavender, gdyż ta ziołowa nuta jest tu bardzo mocna. Mnie się oczywiście spodobał, i to nawet bardzo!

Trzeba dodać, że zapach ma solidną moc, natomiast jego trwałość jest – jak na Montale przystało – legendarna.

montale aoud lavender

nuty głowy: rosyjska lawenda, kardamon z Gwatemali, indyjski czarny pieprz, szafran

nuty serca: drogocenny oud z Laosu, cedr z Maroka

nuty bazy: sandałowiec z Mysore, bób tonka z Brazylii, ambra, skóra, białe piżmo

honey

Honey Aoud z to zupełnie inny „zwierz”. Można by rzec, że wręcz niedźwiedź, obładowany drewnianymi beczkami z miodem. To absolutnie świetne pachnidło do pewnego stopnia budzi we mnie skojarzenia z niesamowitym, choć już wycofanym z produkcji, Miel de Bois Serge’a Lutensa, choć tam akurat miód przeważał na drzewami, tu zaś jest odwrotnie. Podobny efekt, tyle że z jeszcze bardziej zaakcentowanymi nutami drzewnymi i ogólnie bardziej wyrafinowany, osiągnął Pierre Negrin w moim ulubionym Opus VI od Amouage. Tak – Honey Aoud to pachnidło bardzo do niego podobne. Bardzo.

Od pierwszych sekund zachwyca potężnym akordem złożonym z wyraźnej nuty miodowej, cynamonu, wanilii i suchego drewna (oud). Ten aromat ciągnie się kilka godzin, niczym złocisty, gęsty miód spływający z gigantycznej drewnianej łyżki. Honey Aoud pachnie liniowo, bez większych przemian na skórze i bardzo wyraziście. Bardzo długo też pozostaje na skórze (dobrze ponad 12 godzin). Przetestowałem już wiele zapachów od Montale (choć absolutnie nie wszystkie, o nie!) i stwierdzam, że Honey Aoud, choć wtórny, okazał się jednym z najlepszych. Zdecydowanie wart jest w mojej ocenie posiadania własnego flakonu.

montale honey aoud

główne nuty : miód, oud z Laosu, kwiaty, paczula z Sumatry, cynamon, skóra, ambra, wanilia z Madagaskaru

Sospiro znaczy westchnienie…

Segio Momo

Sergio Momo to postać dobrze znana miłośnikom perfum luksusowych. Jest Dyrektorem Kreatywnym znakomitej marki perfumowej Xerjoff. Sospiro (po włosku „westchnienie”) to kolejna marka – dziecko Sergio. Łączy ona muzykę klasyczną i operę z perfumerią, a wszystko to we włoskim stylu, gdzieniegdzie subtelnie podlanym arabskim sosem. Sergio Momo przyznaje, że Sospiro powstało z myślą o rynkach Środkowego Wschodu (choć nie wyłącznie). Kilka kompozycji wzbogacono więc nutą oudu. Większość pachnideł swymi nazwami odwołuje się do klasycznych muzycznych określeń. Pierwsze 6 kompozycji pod tą marką miało swą premierę w 2011 roku. Obecnie kolekcja rozrosła się do czternastu pachnideł podzielonych na Chapter I, Chapter II oraz linię Exclusive Edition.  Pachnidła Sospiro, podobnie jak Xerjoff, znajdziemy w ofercie warszawskiej perfumerii Quality.

sospiro all

Znajdziemy wśród pachnideł Sospiro dwa szypry. Pierwszy to Adagio – mocny, bardzo kobiecy, klasycyzujący, kwiatowy, z centralnie umieszczonym jaśminem, który szyprowego kontekstu nabiera dzięki  mszysto-wetiwerowej bazie doprawionej podobno kroplą oudu, wg mnie niewyczuwalną…  Adagio spodoba się kobietom lubiącym mocne pachnidła kwiatowe inspirowane stylem retro, choć zaaranżowane w absolutnie współczesny sposób. Drugi szypr to Vivace – początkowo subtelniejszy od głośnego Adagio, bardziej też zielony (bazylia i oregano), niż kwiatowy. Utrzymany nieco w klimacie Chanel Cristalle i niektórych pachnideł Grossmith. Jego serce ma zgoła inny charakter. Geranium i goździk czynią go bardziej uniwersalnym i stonowanym, a zaskakująco drzewna (oudo-podobna) baza spowoduje, że Vivace w całości może przypaść do gustu także panom.

sospiro picture

Akordy i nuty kwiatowe są w damskich zapachach Sospiro bardzo częste. Sporo jest tu także zapachów łączących kwiaty i owoce oraz – szerzej – nuty kulinarne. To obecnie bardzo popularny styl w europejskiej perfumerii mainstreamowej. Jednym z takich pachnideł jest Accento. Łączący nutę ananasa w otwarciu z hiacyntem w sercu w bardzo współcześnie brzmiącą całość. Gdyby nie zaskakujący finisz – potężnej mocy i gigantycznej trwałości drzewno-ambrowa woń, która trwa na skórze pewnie ze dwie doby – można by określić Accento jako banalne.

Melodia to z kolei kompozycja kwiatowa, na początku przede wszystkim różana, z przyprawowymi akcentami cynamonu. Kwiatowy bukiet prócz róży budują w sercu w harmonii z różą ylang ylang oraz fiołek w kontrapunkcie. Orientalna, schematyczna baza wieńczy tę owszem ładną, ale strasznie zachowawczą całość.

Capriccio to dobrze znane w damskiej perfumerii połączenie nut kwiatowych z owocowymi i drzewnymi, w tym przede wszystkim paczulą, na mocno piżmowej bazie. Z początku ujawnia się tu specyficzny akord, troszkę przypominający zapach farby malarskiej (emulsji), który kiedyś już zidentyfikowałem w New York Amber Bond No.9. Efekt ten jednak dość szybko zanika, a zapach przeobraża się w ładne kobiece perfumy kwiatowo-drzewne, z istotną rolą paczuli, połączonej z akordem białych kwiatów. Baza Capriccio jest zmysłowa, piżmowo-drzewna, trochę w klimacie fenomenalnego moim zdaniem Divine L’inspiratrice. Właściwie to całe Capriccio penetruje te same olfaktoryczne rewiry, co dzieło Richarda Ibaneza, choć brakuje mu tak wyrazistej sygnatury.

sospiro classica

Erba Pura ma ładny, soczysty, owocowo-słodki początek, pachnący orzeźwiającym koktajlem, złożonym z początkowo przeważających cytrusów oraz abstrakcyjnego akordu „owoców śródziemnomorskich„. Jest to zapach owocowy oparty na nowoczesnym piżmo-ambrowym finiszu, który ma niesamowitą wprost trwałość i intensywność. Ta sucha, gryząca, ale na swój sposób bardzo zmysłowa nuta bazy, pozostaje obecna dużo dłużej, niż byśmy się tego spodziewali.

Dwa – dla odmiany – drzewne pachnidła Sospiro nawet nie próbują silić się na oryginalność. Oba są imitacjami znanych bestsellerów i oba, mam wrażenie, kierowane są do męskiej części klienteli. Oba także z lubością wykorzystują magię Iso E Super…

Laylati  to zapach słodko-drzewny, utrzymany w klimacie Nasomatto Black Afgano, Montale Kabul Aoud czy Liquides Imaginaires Fortis. Wyrazisty cedr oraz słodko-żywiczny, nieco ziołowy akord go otaczający, to dwie główne składowe tej zdecydowanie męskiej całości. Dodatkowa nuta tabaki przypomina trochę tę umieszczoną w zdecydowanie oryginalniejszym (i wciąż czekającym na moją recenzję) Don marki Xerjoff JTCZ kolei Andante – ze swym mocnym pieprzowym początkiem, złagodzonym tylko trochę duetem pomarańczy i galbanum – przechodzi w serce z geranium, dla którego bazę stanowią cedr, wetiwer, paczula, rzekomo wzmocnione oudem. Dla mnie to jednak nic innego jak kolejna, całkiem zresztą udana, imitacja Terre D’Hermes. Tak na marginesie – zabawnie w kontekście tego zapachu brzmią słowa go opisujące na stronie internetowej Sospiro: „Andante jest niewyczerpanym źródłem inspiracji…”.

sospiro WARDASINA

Ciekawostką jest natomiast Wardasina. Najlepsze i najbardziej interesujące testowane przeze mnie pachnidło Sospiro. To nic innego Laylati z dodanym hiszpańskim szafranem i esencją z róży bułgarskiej. Jako edycja specjalna wyróżnia się czerwoną barwą flakonu. Poza tym to ta sama słodkawo-żywiczna drzewność, którą znamy z Laylati, tyle że Wardasina pachnie pełniej, bardziej arabsko, naprawdę świetnie. Szafran przydaje jej zadziornej, pylistej suchości, zaś nieco od niego mniej wyraźna róża – seksapilu. By rzucić nieco światła na te podobieństwa (lub może nieco to wszystko pogmatwać), Wardasina ma drugie, europejskie imię: Rosso Afgano, zaś Laylati w Europie przedstawiana się jako Afgano Puro

*          *          *

Robiąc research nt. marki  Sospiro, a także – siłą rzeczy – Xerjoff  (jak to zwykle mam w zwyczaju, zanim zacznę o czymś pisać) – nabrałem przekonania graniczącego z pewnością, że za tymi rozbudowanymi liniami perfum, często zawierających nutę oudu (Xerjoff ma przecież nawet kilka attarów nazwana Mukhallat, a także linię Oud Stars), za specyficznymi flakonami o orientalnym, czasem dla europejskiego oka kiczowatym designie, wreszcie za naprawdę imponującymi stoiskami na targach perfumeryjnych Esxence i Pitti Fragranze, stoi nie tylko kreatywny dyrektor Sergio Momo, ale przede wszystkim bardzo bogaci inwestorzy, podejrzewam że z krajów arabskich. W tym przekonaniu utwierdzają mnie także same pachnidła Sospiro – choć w swej tematyce zwykle europejskie, to jednak często z dodaną „kroplą orientu”, po arabsku esencjonalne, przebogate w składniki i majestatycznie rozwijające się na skórze.

Nie zmienia to natomiast mojej ogólnej pozytywnej oceny pachnideł Sospiro. Bo choć ich bezdyskusyjnie wysoka jakość i rzadko spotykana esencjonalność, świetne parametry użytkowe (wyrazistość, sillage, potężna projekcja i gigantyczna wprost trwałość!) przesłaniają często brak kreatywności i wtórność (w skrajnych przypadkach przybierającą postać plagiatu), to jestem świadomy, że nie zawsze może i nie zawsze musi być twórczo czy przełomowo. Czasem wystarczy, że jest bardzo dobrze pod względem rzemiosła. I tak właśnie jest w przypadku pachnideł Sospiro.

Kobiece pachnidła M. Micallef – orientalna, kwiatowo-kulinarna uczta zmysłów

Martine Micallef Ylang in Gold
Martine Micallef z flakonem Ylang in Gold

M. Micallef to wśród zapachów luksusowych i niszowych marka wyjątkowa. Jako wspólne dzieło managera finansowego Geoffreya Nejmana i artystki plastyczki Martine Micallef od 1997 roku zachwyca koneserów perfum nie tylko wyjątkowo pięknymi pachnidłami, które pod czujnym nosem Nejmana od początku tworzy w Grasse perfumiarz Jean-Claude Astier, ale i wyjątkowymi flakonami, które projektuje Martine. Warto wiedzieć, że perfumy M.Micallef są sprzedawane w ponad 900 miejscach na całym świecie (jednym z tych miejsc jest warszawska perfumeria Quality Missala). Co interesujące, dopiero w 2013 roku marka otworzyła swój pierwszy butik w Dubaju, rozpoczynając tym samym ofensywę w ZEA oraz na rynkach Państw Zatoki Perskiej. Niemniej M.Micallef to firma, która osiągnęła niewątpliwy sukces komercyjny, do którego przyczyniły się z pewnością artystyczne, perfumiarskie i – co niemniej ważne – menadżerskie talenty jej twórców oraz ich dbałość o niezmiennie doskonałą jakość produktów.

Jean Claude Astier
Jean-Claude Astier

Od momentu powstania M.Micallef wypuściła ponad dziewięćdziesiąt pachnideł. Oczywiście wiele z nich zostało już z oferty wycofanych, ale każdego roku pojawiają się nowe, zawsze intrygujące i zawsze warte uwagi, nigdy nie schodzące poniżej bardzo wysokiego poziomu jakości, ustalonego przez twórców wiele lat temu. Domeną marki są perfumy dla kobiet, choć znajdziemy w ich ofercie także kilka godnych uwagi pachnideł „targetowanych” na mężczyzn (Style, Jewel for HimEmir, Avant-Garde, Aoud, Royal Vintage, Le ProfessionnelLe Sportiff, Le Seducetur).

Testowanie pachnideł M.Micallef to, podobnie jak w przypadku Amouage, dla mnie zawsze ogromna przyjemność, czasem wręcz olfaktoryczna rozkosz, szczególnie że są to z zasady perfumy „malowane grubą kreską”, złożone, bogate w doskonałej jakości składniki, mocne, intensywne i bardzo trwale, a przy tym doskonale skomponowane, harmonijne i zwykle bardzo zmysłowe, utrzymane w orientalnej stylistyce, choć bazujące na europejskiej tradycji perfumeryjnej. Testy kilku zapachów M. Micallef stworzonych z myślą o kobietach uświadomiły mi, że artystka stawia na perfumy zdecydowane, mocne, bogate w składniki, w których niezbędne są nuty kwiatowe, zwykle połączone z nutami kulinarnymi – np. wanilią, toffi, kokosem, migdałami i owocami. Są to propozycje dla pań lubiących pachnieć mocno, zdecydowanie i bardzo kobieco.

GEOFFREY-NEJMAN
Geoffrey Nejman

W 2009 roku M.Micallef przedstawiła zapach dla niej zupełnie wyjątkowy. Mon Parfum – jak sama nazwa wskazuje – osobiste, ulubione perfumy Martine. Ta kwiatowo-orientalna kompozycja, w której odnajdziemy m. in. nutę passiflory oraz toffi, spotkała się z tak dobrym przyjęciem wśród klienteli, że znalazła swój ciąg dalszy w postaci Mon Parfum Cristal (2013) i Mon Parfum Gold (2014).

 

Mon Parfum Cristal – pudrowa róża

Przyprawowy początek (pieprz plus cynamon) dosłownie zatyka dech w piersiach swą intensywnością, zapowiadając całkiem śmiało to, co nastąpi za chwilę. Bowiem już po jej upływie zapach układa się na skórze prezentując zmysłową mieszankę złożoną z róży i znanego już z Mon Parfum toffi oraz wanilii. Ten miękki, ciepły i niesamowicie kobiecy aromat jest kwintesencją tych niezwykle bardzo esencjonalnych perfum. Interesujące i udane kwiatowo-kulinarne połączenie okazało się doskonałym sposobem na uzyskanie zmysłowego, na wskroś kobiecego zapachu. Baza złożona z akordu ambrowego podtrzymuje akord serca przydając całości nieco oldskulowej kobiecości poprzez swą pudrowość, a co za tym idzie, skojarzenie z zapachem szminki. Tak – woń szminki jest ewidentna w ostatniej fazie zapachu. Niezbędne w perfumerii piżma także i tu zapewniają głębię i trwałość perfum na skórze, a ta jest – jak zwykle w przypadku perfum M.Micallef – fenomenalna. Mon Parfum Cristal to pachnidło, w którym klasyczny różany temat poddany został pomysłowej kulinarnej „obróbce”, czego efektem są perfumy wyjątkowej urody, wprost idealnie nadające się na prezent dla ukochanej kobiety. Niewiele jest chyba bowiem pań, którym taki aromat nie przypadł by do gustu, choć faktem jest, że ze względu na swój ciężar gatunkowy Mon Parfum Cristal to raczej perfumy na szczególne okazje.

micallef mon parfum cristal

nuty głowy: cynamon, różowy pieprz

nuty serca: bułgarska róża, wanilia z Madagaskaru

nuty bazy: toffi, ambra, piżmo

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Mon Parfum Gold – zmysłowo drzewny

Zaskakujący, mocny, orientalny zapach z elementami szypru, w którym zasadniczą rolę grają znana z wszystkich wersji Mon Perfum wanilia oraz nuty drzewne, z paczulą na czele, a także – zaskakująco – tytoń. Także i tu nie brakuje co prawda nut kulinarnych, bo poza wspomnianą wanilią, w składzie znajdziemy cytrusy, gruszkę, brzoskwinie i malinę. Chociaż oczywiście trudno wyczuć którąś z nich indywidualnie, to jednak z pewnością jest w Mon Parfum Gold obecna nuta – nazwijmy ją oględnie – owocowa. Jednak ona jedynie uzupełnia całość i raczej pozostaje w tle, bowiem z przodu rządzi zmysłowa paczula, której drzewność ograniczona została gęstą wanilią, jednak nie na tyle, by stłamsić jej charakter. Jest coś jeszcze w formule Mon Parfum Gold, co przydaje całości nieco szorstkiego i męskiego pierwiastka. To całkiem wyraźna nuta tytoniu, która chcąc nie chcąc zaostrza całość i powoduje, że moi z daniem Mon Parfum Gold spokojnie może nosić mężczyzna lubiący orientalne klimaty.

micallef mon parfum gold

nuty głowy: gruszka, bergamotka, grejpfrut

nuty serca: róża, brzoskwinia, paczula

nuty bazy: wanilia, piżmo, tytoń, malina

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

Ananda Dolce – słodkie konwalie

W dziesięć lat po premierze Anandy M.Micallef zaproponowała… jej wersję słodką Ananda Dolce. Praktycznie od pierwszych docierających do nozdrzy molekuł jest słodko, niemal „słodyczowo”, a brzoskwiniowy syrop miesza się tu z aromatem migdałów. Słodkie nuty nie zdąża jednak zemdlić (choć gdyby trwały dłużej, to kto wie…), gdyż nozdrzom objawia się klasycznie skonstruowany, niemal podręcznikowy (przez co niestety dość banalny) akord konwalii o subtelnie kulinarnym zabarwieniu. Ten białokwiatowo-kulinarny, mocny i nieco „dziewczęcy” aromat osadzony jest na sygnaturowej dla Astiera bazie z ambry i piżm, która gwarantuje nie tylko głębię i ciepło tego zapachu, ale także i jego długotrwałość. Utrzymuje on przez wiele godzin centralny konwaliowy akord, z czasem ujawniając się coraz wyraźniej. Ananda Dolce mimo swego cukrowego ładunku okazuje się być pachnidłem dość lekkim – jak na standardy M.Micallef.

micallef ananda dolce

nuty głowy: migdały, brzoskwinia, liście migdałowca

nuty serca: kwiaty migdałowca, białe kwiaty

nuty bazy: ambra, bób tonka, białe piżmo

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

Royal Rose Aoud – arabska klasyka

Mój faworyt spośród testowanej piątki to już popis klasycznej estetyki arabskiej, w której duet Astier/ Nejman czują się doskonale, a w której kluczową nutą jest oud (pamiętajmy, że swoje pierwsze stricte oudowe perfumy Aoud panowie przedstawili już w 2003 roku, a więc na długo przed początkiem trwającej po dziś dzień „oudomanii”). Zestawienie woni żywicy agarowej z esencją różaną jest niemal tak stare, jak stare są kraje arabskie, a wspomniana zachodnia „oudomania” rozpowszechniła i przy okazji (głównie w wyniku dyskusyjnego poziomu wielu pachnideł ze słowem oud w nazwie) nieco zdeprecjonowała ten akord w perfumerii.

Oudomania zdaniem Michaela Edwardsa – znanego autorytetu w dziedzinie perfum – paradoksalnie wynikła z kryzysu finansowego w Europie, w wyniku którego wiele zachodnich marek perfumeryjnych postanowiło poszukać szczęścia (czytaj: klienta) na rynkach krajów arabskich. A tam tradycyjnie perfumy bez oudu niemalże nie mają racji bytu.

Jednak Royal Rose Aoud to akurat przykład moim zdaniem bardzo udanego i przekonującego mariażu róży i oudu, zrobionego z klasą, elegancją i umiarem. Zresztą nie po raz pierwszy tandem Astier i Nejman wziął się za ten temat. Już w 2004 roku bowiem przedstawili oni Rose Aoud. Jednakowoż tym razem wzmocnili oni arabski charakter Royal Rose Oud poprzez dodanie szafranu. Intro zapachu rozjaśniono soczysto-zieloną nutą czarnej porzeczki. Poza tym – można by powiedzieć – standard, czyli drzewno-piżmowa baza z dodatkiem paczuli, która świetnie wpisuje się pomiędzy różę a oud.

Pomimo że znam już sporo tego typu perfum (poza kilkoma różnie udanymi „Montalakami” m.in. świetny Oud Silk Mood Francisa Kurkdjiana, uroczy Agarwoud Jamesa Heeleya czy fenomenalne i chyba najbliższe arabskim pierwowzorom Rose Nacree du Desert Guerlain), to jednak Royal Rose Aoud ujął mnie eleganckim, pełnym umiaru, bezpretensjonalnym, harmonijnym i wyważonym, bardzo przyjemnym dla nosa (po prawdzie bardziej europejskim niż arabskim) potraktowaniem tematu, chyba najbliższym właśnie wspomnianemu Agarwoud Heeleya. Jak na oudowca jest bowiem dość subtelny (co nie znaczy, że brak mu mocy, o nie!), a proporcje pomiędzy różą i oudem zostały tu doskonale dobrane. Jednym zdaniem: Royal Rose Aoud to pozycja obowiązkowa dla wielbicielu oudu, szczególnie tych, którzy cenią sobie jego umiarkowane zastosowanie w perfumach.

micallef royal rose oud

nuty głowy: czarna porzeczka, szafran

nuty serca: róża, oud

nuty bazy: paczula, sandałowiec, piżmo

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

Ylang in Gold – miodowe kwiaty

Bardzo przyjemne, gęste od wonnych molekuł pachnidło owocowo-kwiatowo-kulinarne, w którym bogate w kwiatowe składniki serce (ylang, róża, konwalia, magnolia) ozdobiono wyraźną nutą kokosa, rozjaśniono słodko-owocowym otwarciem i osadzono na orientalnej bazie z wanilii, sandałowca i piżma. Z początku więc nieco owocowe, przechodzi przez fazę zabarwionych złocistym miodem kwiatów i kokosa, by finiszować słodką wanilią. Ylang in Gold to kolejna w kolekcji M.Micallef kompozycja, w której w zmysłową i bardzo kobiecą całość połączono kwiaty i nuty kulinarne (tradycyjna już wanilia oraz tu wyjątkowo kokos). Nie tak może ekscytująca jak Mon Parfum czy Royal Rose Oud, ale nie można odmówić jej konkretnego charakteru i słonecznego uroku. Dopisek Gold w nazwie wynika z pływających w pachnącej cieczy drobinek tworzących na skórze złocisty film. Ten sam zapach jest także dostępny w „czystej” wersji, czyli Ylang.

micallef ylang in gold

nuty głowy: tangerynka, pomarańcza, geranium, bylica

nuty serca: ylang-ylang, róża, konwalia, magnolia, kokos

nuty bazy: wanilia, drewno sandałowe, piżmo

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2012

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Versace „Oud Noir”

Czasy mamy takie, że każda perfumowa marka chce mieć w swojej ofercie zapach o tematyce agarowej, najlepiej ze słowem oud w nazwie. I choć mam wrażenie, że oudowa moda traci swój impet, to już pozostawiła po sobie niezliczone „dzieci”. O tym że słowo oud jest zwykle jedynie chwytem marketingowym (bardzo często mającym na celu lukratywną sprzedaż zapachu w krajach arabskich) i absolutnie nie gwarantuje użycia w formule prawdziwej żywicy agarowej, pisałem już wielokrotnie. Ale czyż nie analogicznie działo się i wciąż dzieje z zapachami ambrowymi? Ile z nich mających w nazwie amber zawiera prawdziwą, naturalną szarą ambrę? Żaden. (Znanymi mi wyjątkami są super ekskluzywne pachnidła marek Roja Dove i Royal Crown). Dziś ambra w perfumach = akord ambrowy stworzony z różnych ingrediencji (często są to żywica benzoesowa, wanilina i labdanum), mający „udawać” naturalną ambrową woń. Bardzo często już nawet to kryterium nie jest spełniane, gdyż na przestrzeni wielu lat swej obecności w pachnidłach akord ambrowy nabrał szerszego znaczenia, a nawet w dziwny sposób przetransformował w zapach… bursztynu (ang. amber), tak jakby naturalny bursztyn czymkolwiek pachniał… Identycznie dzieje się dziś z oudem. Zapachy „oudowe” potrafią pachnieć bardzo różnie, a oudem często nazywane są wonie nie mające z zapachem oudu nic wspólnego (patrz np. Ferrari Essence Oud, którego recenzję szykuję). Ale zdarzają się na szczęście przypadki wprost przeciwne. Do takich należy moim zdaniem bohater dzisiejszego wpisu – w mojej opinii przykład naprawdę udanej realizacji agarowego tematu. Długo przymierzałem się do testów Versace Oud Noir, obawiając się zapachowego rozczarowania. Dziś jednak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że było warto poświęcić mu czas (a czas to jak wiadomo także i … pieniądz).

Versace Oud Noir

Choć flakon jest doskonale znany z niezwykle popularnego, świeżego, aromatycznego Versace Pour Homme (2008), to już jego czarno-złota barwa sugeruje zgoła inny charakter i ciężar gatunkowy pachnidła. Nie przypadkowo jednak Oud Noir zamknięty został właśnie w takim flakonie. Ten orientalno-drzewny zapach pomyślany jest bowiem jako skierowany na rynki arabskie odpowiednik europejskiego Pour Homme. I coś w tym jest. Przecież Versace Pour Homme, łączący rześkie nuty cytrusowe z przyprawami i nutami drzewnymi, to absolutnie europejski typ męskiego pachnidła z gatunku casual. W ten sam sposób należy potraktować Oud Noir, tyle że w kontekście arabskim. To agarowy casualowiec, oud europejsko-arabski, o „cywilizowanej” mocy i projekcji.

versace-oud-noir3

Przede wszystkim – i to jest dla mnie spora niespodzianka, a także przyczyna, dla której moja ocena Oud Noir jest bardzo subiektywna – mocno przypomina mi on M7 od Yves Saint-Laurenta. Oczywiście oba zapachy nie są identyczne, ale postawiłbym je obok siebie, gdybym miał grupować znane mi „oudowce” pod względem sposobu realizacji tematu. Co konkretnie wspólnego maja Oud Noir i M7? Łączy je gorzko-„lekarstwiana” nuta, która w Oud Noir obecna jest przede wszystkim w otwarciu (gdzie początkowo jeszcze łagodzą ją nieznacznie pomarańcza i neroli) oraz w fazie serca, gdy do głosu dochodzi tercet szafranu, kardamonu i kadzidła. Początek jest zresztą dość mocny, szorstki i całkiem wyraźnie doprawiony czarnym pieprzem. Z czasem zapach staje się łagodniejszy i gorzko-słodki (szafran). Pojawia się sygnaturowa, sucho-drzewno-szafranowa woń, która ciągnie się przez kolejne godziny wyraźnie projektując i stopniowo, ale bardzo powoli gasnąc, uwydatniając jednocześnie solidne pokłady czegoś, co może być Iso E Super. Na etapie bazy Oud Noir oddala się od M7 znacząco, stając się mniej dymnym, a bardziej sucho-drzewnym. Zapach ten więc praktycznie od początku do końca zachowuje swój zasadniczy, drzewny charakter, ulegając na skórze jedynie subtelnym przemianom, których niewprawiony nos może nawet nie zauważyć. To co czujemy na samym początku jest niemalże tym samym, czym pachniemy na finiszu.

M7-m

Podobieństwo do M7 było czymś, czego absolutnie się nie spodziewałem. Nie spotkałem się nigdzie w Internecie z takim porównaniem, a przecież fani M7 znani są z poszukiwań alternatyw dla swego ulubieńca (choć póki co na szczęście mamy M7 Oud Absolu). Szczerze przyznam, że Oud Noir to chyba najbardziej podobne do M7 znane mi ujęcie oudu i bardzo jestem ciekaw, jaki perfumiarz za nim stoi. Na swój użytek uknuję (jak zwykle!) małą teorię spiskową, która (jak zwykle!) równie dobrze może być funt kłaków warta… Otóż przypomnę, że M7 dla YSL stworzył duet Alberto Morillas i Jacques Cavallier. Versace Pour Homme (europejski) to dzieło Morillasa. Może więc i za Oud Noir stoi ten twórca? Tym bardziej, że czuję w nim charakterystyczne cechy stylu Morillasa: harmonia, oszczędność środków wyrazu, moc na „poprawnym politycznie” poziomie, perfekcyjny warsztat.

versace oud

Oud Noir nie jest przytłaczający, ale jest „obecny” przez wiele godzin pod warunkiem dość solidnej aplikacji (atomizer rozpyla drobne chmurki). Ma satysfakcjonującą projekcję, nie dominuje, ale snuje się za noszącym pozostawiając krótki, ale wyraźny ogon, złożony z bardzo intrygującej mieszanki zapachowych molekuł. Szczyt projekcji przypada między 3 a 8 godziną po aplikacji. Zastosowanie szafranu i kardamonu w sercu przydaje mu tej arabskie orientalności, odrobiny kulinarnej słodkości, ale jest ona tak zbalansowana innymi nutami, że nie ma tu mowy o popadaniu w estetykę gourmand. Podobny zabieg w swoim wspaniałym Oud zastosował Francis Kurkdjian, choć tam więcej jest orientalnej słodkości szafranu. I to właśnie dzieło Kurkdjiana jest dla mnie drugim obok M7 odnośnikiem dla Oud Noir.

Oud Noir uważam za jedno z moich bardziej przyjemnych odkryć zapachowych ostatnich miesięcy. Długo przymierzałem się do jego spróbowania, ale cieszę się, że w końcu to zrobiłem. Gdzieś po cichu liczyłem, że mnie przyjemnie zaskoczy i faktycznie tak się stało. Nosi się go z dużą przyjemnością. Bardzo lubię, gdy perfumy pozostawiają taką enigmatyczną, niedopowiedzianą aurę. Oud Noir taki własnie jest. Tajemniczy i intrygujący. Polecam go nie tylko fanom oudu i M7, ale także wszystkim tym, którzy lubią pachnidła suche, przyprawowe, drzewne i kadzidlane.

versace oud 3

nuty głowy: pomarańcza, neroli, czarny pieprz

nuty serca: kardamon, szafran, kadzidło

nuty głębi: paczula, oud, skóra, akord skórzano-drzewny

twórca: bd.

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ponad 10 h