Montale Paris w dwunastu odsłonach

Bardzo trudno nadążyć za kolejnymi premierami marki Montale. Katalog ich produktów rozrasta się w wyjątkowo szybkim tempie, a pobieżne zapoznawani się z każdym nowym zapachem może wprowadzić w nie lada konfuzję i poczucie, że przecież to już było, że to podobne do innego zapachu tej samej – albo innej (bo i tak czasem bywa) – marki. Nie znam wystarczająco wielu perfum Montale, by móc to samemu ocenić lub jakoś uporządkować ten jakże liczny zbiór. Postanowiłem więc po prostu przebrnąć przez zapas czekających na testy próbek i choć krótko scharakteryzować moje wrażenia na ich temat. Marka o tyle ułatwia zadanie, że – z nielicznymi wyjątkami  – w nazwach perfum umieszcza dominującą nutę. I nie zawsze – na szczęście – jest to oud.

1. The New Rose (2016) – lekka, świeża, owocowa róża 

To oczywiście perfumy z różaną dominantą, podane w zdecydowanie kobiecy sposób, ale… Cóż jest nowego w tej róży? Nie ma tu rewolucji, choć trzeba oddać, że róża połączona tu z nutami owocowymi – maliną, porzeczką, brzoskwinią i cytrusami – pachnie naprawdę uroczo i świeżo, wcale nie przytłaczająco, ani nie ciężko. Szczególnie początek jest rześki i można w nim wyczuć nawet nutkę konwalii. Serce ma nieco bardziej landrynkowy charakter (ale bez przesady). Obiektywnie przyjemne, całkiem nasycone i trwałe pachnidło z zaskakującym drzewnym finiszem, rzeczywiście nieco inaczej, na świeżo prezentujące królową kwiatów. Warto przetestować.

Montale New Rose

2. Montale „Arabians” (2017) – oud i skóra w eleganckim wydaniu

To pachnidło przyprawowo-drzewno-skórzane, zainspirowane wspaniałą rasą koni (z której hodowli znana niegdyś była pewna polska stadnina…) podane w zdecydowanym, arabskim stylu. Otwiera się suchą i intrygująco gorzkawą mieszanką kardamonu i prowansalskich ziół (lawendy i tymianku). W sercu łagodnieje, staje się drzewne. Paczula i wetyweria osadzone są na skórzano-oudowym fundamencie, który przez pewien czas emituje subtelny lekarstwiany aspekt. Baza utrwalona piżmami i ambrą pozwala się cieszyć aromatem Arabians przez wiele godzin, ale to przecież standard w pachnidłach Montale, co wg mnie jest ich zdecydowaną zaletą. Co więcej, Arabians jest ładnie wyważone i nie obezwładnia mocą, co w tym przypadku uważam także za pozytyw. Ogólnie zapach w moim typie. Podoba mi się.

PS. „Arabians” ma dość osobliwą naturę. Trzyma się skóry wiele godzin, ale jego projekcja jest umiarkowana, nie wyczuwalna zbyt mocno dla noszącego, za to zauważana przez otoczenie. Na pewno nie jest więc aromatem przesadnie nachalnym czy męczącym. Zadbano o cywilizowaną moc. Choć osobiście wolę bardziej czuć perfumy na sobie.

Montale Arabians

3. Montale „Starry Nights” (2015) – nouveau chypre?

Intrygujący, balsamiczno-owocowy początek, z wyróżniającą się nutą jabłka przechodzi w kwiatowo-drzewne, szyprowe w swej istocie serce, z jaśminem zmieszanym z różą i paczulą. Wspomniany akord szyprowy jest tu jakby pastelowy, łagodny, przyjazny i zupełnie współczesny. Zaokrąglony chyba dość sporą dawką piżm, których charakterystyczna transparentna i lekko gryząca nozdrza nuta jest tu po pewnym czasie w sercu i bazie zapachu całkiem wyczuwalna. Naprawdę oryginalne ujecie tematu. Ale „Starry Nights” kryje w sobie znacznie więcej. Z czasem nabiera ostrej, nieco wprawdzie syntetycznej, ale mnie bardzo odpowiadającej ambrowo-drzewnej ostrości i finiszuje takimże aromatem. Nadspodziewanie dobry zapach. I trwały wręcz niemiłosiernie. Do tego zdecydowanie uniseksowy, odnajdzie się z powodzeniem na męskiej, jak i kobiecej skórze. A już najbardziej przedziwne jest to, że ja w jego sercu i bazie znajduję echa męskiego „Zino” od Davidoffa…

Montale Starry-Nights

4. Golden Sand (2015) – świeży i transparentny

Jak na Montale – zapach wyjątkowo lekki, co nie znaczy, że pozbawiony treści. Z początku słodkawo cytrusowy i miętowy, z minimalnie wyczuwalną różą. Z czasem bardziej wyraźny staje się zielony aromat fiołka, osadzony na subtelnej waniliowo-drzewnej bazie (sandałowiec). Im bliżej finiszu, tym bardzie zdominowany jest przez białe piżma. Golden Sand jest trudny do opisania, jakby niedookreślony, nie tak intensywny, czytelny i ewidentny jak większość znanych mich pachnideł marki. Wiąż jednak bardzo trwały. Przyznam, że mimo kilku testów, wciąż do końca nie wiem, co o nim myśleć…

 

Montale Golden Sand

5. Amber and Spices (2009) – skóra i ambra z emaliową poświatą

Mocny, ambrowo-drzewno-przyprawowy zapach, którego woń, z charakterystyczną nutką farby emaliowej, przypomina mi przede wszystkim New York Amber Bond No.9, jak i do pewnego stopnia także Davidoff Leather Blend. Co ważne, mimo wymienienia w nazwie ambry i przypraw, niezwykle ważnym elementem tego pachnidła jest nuta oudu, podana w lekko gorzki, „lekarstwiany” sposób. Zresztą przyprawy tu użyte są także dość szczególne i nie należą to najpopularniejszych – kmin i gałka muszkatołowa. Przydają one zapachowi głębi, gorzkości i odrobiny cielesnej zmysłowości. Summa summarum Amber & Spices to moim zdaniem jeden z najlepszych perfum od Montale. Zdecydowanie warte uwagi tych, którzy cenią sobie tego typu mocne quasi-arabskie aromaty.

Montale Amber and Spices

6. Montale „Sweet Peony” (2017) – piwonie i róże w lukrze

Uroczy, bardzo kobiecy zapach kwiatowo-kulinarny. Nie jest może oryginalny czy unikatowy, ale nie można odmówić mu urody i prawdziwie harmonijnej kompozycji. Bukiet kwiatowy z wyróżniającą się tytułową piwonią, przypominającą lekką, świeżą różaną woń, której towarzyszy zgrabnie wkomponowana wanilia, brzoskwinia, nuta kokosu oraz delikatna nuta kawy. Początkowo świeży, wyraźniej kwiatowy, dość szybko nabiera nieprzesadnej, zmysłowej słodkości. „Sweet Peony” jest więc najpierw przez krótki czas „peony”, a później już bardziej „sweet”, choć ślad kwiatowego tematu obecny jest w zapachowym spektrum całkiem długo, a na charakter finiszu duży wpływ ma ujawniające się w bazie drewno sandałowe. Ogólnie – bardzo przyjemne i – podobno – dobrze noszące się perfumy o niedominującej, przyjemnie wyczuwalnej projekcji.

Montale Sweet Peony

7. So Amber (2016) – wieczorowa róża po arabsku

Połączenie nut marokańskiej róży z nutą ambrową znaną z Amber&Spices, posypane szafranem i przybrane nutą maliny, z esencją z sandałowca w bazie. Zmysłowy, orientalno-kwiatowy, raczej kobiecy, wieczorowy, ale też – co trzeba podkreślić – kolejny różano-kulinarny zapach w ofercie Montale. Ginie pośród innych jemu podobnych.

Montale so amber

8. Wild Pears (2011) – gruszka i konwalia na drzewnej bazie

Dotrzymuje danego w tytule słowa. Pierwszy raz bowiem spotykam się z tak intensywną nutą gruszki (!), która początkowo odświeżona bergamotą, bardzo naturalnie przechodzi w umieszczony w sercu zapachu akord konwalii. Ten został subtelnie doprawiony goździkiem i osadzony na bazie z wanilii, sandałowca. Całość utrwalono piżmami, tworząc naprawdę oryginalne i zdecydowanie kobiece perfumy o wyrazistym finiszu.

Montale wild pears

9. Oudmazing (2016) – oud i figa, czyli tego jeszcze (chyba) nie było

Nazwa z jednej strony uprawnia do zakwalifikowanie tego zapachu do najliczniejszej w ofercie Montale linii pachnideł koncentrujących się „wokół oudu”, z drugiej wzmaga apetyt i powoduje, że liczymy na coś… amazing właśnie. Jedno jest pewne – nie jest to oud z jakiego Montale jest najbardziej znane. Aromat zamknięty w czarnym flakonie-puszce ze złotą „etykietą” zdaje się być dość kompleksowy i intrygujący. Kwaśno-drzewna nutka oudu wyczuwalna jest już po kilku minutach, ale towarzystwa dotrzymują jej całkiem donośne i dość nietypowe nuty: cytrusy, gruszka i figa. Zapach jest więc na początku drzewno-owocowy, z dominującą, nieco szorstką nutą figi. Z czasem – w sercu zapachu – duet oudu i figi zdaje się dominować i właśnie ta -nietypowa trzeba przyznać zbitka –  jest sygnaturą tego wyjątkowo intensywnego, nawet jak na Montale, pachnidła.

Montale Oudmazing

10. Day Dreams (2017) – gardenia w lukrze

Jest w jakimś sensie analogią Sweet Peony, tyle że miast piwonii i róży za część kwiatową odpowiadają nuty biało-kwiatowe, z kwiatem pomarańczy, neroli, jaśminem i przede wszystkim gardenią. Nad aspektem kwiatowym jednak niemal od początku dominuje część kulinarna, czyli duet wanilii i kokosu. Rusztowanie dla Day Dreams zbudowano z esencji sandałowca – która przez wzgląd na swą kremową i subtelną naturę idealnie dopełnia tego typu kulinarnie nacechowane kompozycje perfumeryjne. Zapach utrwalono sporą dawką białych piżm, które można poczuć dopiero wiele godzin po aplikacji. Day Dreams to przyjemny i harmonijny kobiecy zapach, biało-kwiatowo-kulinarny i zaskakująco delikatny, jak na standardy tej marki.

Montale Day Dreams

11. Red Aoud (2008) – pudrowana róża 

Z początkowej chmury słodkawego pyły, zbudowanego z drobinek szafranu i kminu (akord otwarcia tu unikat, z jakim dotąd się nie spotkałem) wylania się dość szybko serce zapachu, zbudowane z subtelnej, ale ewidentnej róży. Ta wraz z echem przyprawowego otwarcia rozwija się na skórze w różano-sandałowy aromat, dryfując w kierunku estetyki arabskich attarów. Drzewno-tonkowa baza pogłębia zmysłową, różaną woń. Nie odnalazłem tu natomiast nawet śladu oudu, czy czegokolwiek oudo-podobnego.

Uniseksowy początek przeistacza się z czasem w nieco bardziej kobiece niż męskie pachnidło, gdy wziąć pod uwagę europejskie standardy. Róża trwa naprawdę długo, utrwalona drzewną bliżej końca, tym bardzie kobieco wybrzmiewa. Podczas testów kolejnych pachnideł Montale staram się skategoryzować je (być może niesłusznie) jako bardziej męskie lub bardziej kobiece. Ten wg mnie zdecydowanie należy do tej drugiej grupy.

 

Montale red aoud

12. Montale – „Nepal Aoud” (2014) – suchy, drzewny pył

To jedna z bardzo miłych niespodzianek podczas moich intensywnych testów dwunastu „Montalaków”. Perfumy z gatunku, jaki szczególnie lubię. W klimacie Azzaro „Visit for Men” czy – w mniejszym stopniu – nieodżałowanego „Tumulte Pour Homme Ch. Lacroix”, tyle że z dość ostrym oudowym finiszem. Ale spokojnie. Nie ma tu typowego kwaśno-paczulowo-różanego akordu oudowego, tak powszechnego w wielu pachnidłach tej marki. Jest natomiast szafran i gałka muszkatołowa w wibrującym otwarciu. Ambra, subtelna wanilia i piżma w ciepłej bazie. Trudny do uchwycenia ślad róży. No i wspomniany oud, ale to na samiutkim końcu. Przede wszystkim zaś cedr – obecny przez większość czasu, jest osią tej kompozycji. Cedr sparowany z wibrującą gałką muszkatołową, słodkim szafranem i ładnie wypełniającą całość wanilią tworzą aromat podobny do wspomnianego „Visit for Men”. „Nepal Aoud” jest jednak mniej balsamiczny od dzieła Annick Menardo, a bardziej pylisty, suchy, wytrawny, szorstki. Intrygujący i hipnotyzującym, niemal linearny zapach o przyjemnej, długo wyczuwalnej projekcji i solidnej ponad 10-cio godzinnej trwałości. Męski i naprawdę świetnie się noszący. Jestem zdecydowanie „na tak”.

montale-nepal-aoud

 

 

 

 

 

Reklamy

Nicolai Parfumeur Createur – francuski szyk (1) „Oud Sublime”

Patricia de Nicolai bardzo długo broniła się przed wprowadzeniem do oferty Nicolai Perfumeur Createur pachnidła oudowego. Pamiętam wywiad, w którym twierdziła, że by to zrobić, musiałaby mieć konkretny pomysł na oud, a nie jedynie umieścić go w nazwie zapachu. Jak mówiła, tak zrobiła. Dopiero w 2013 roku zaprezentowała duet zapachów z oudową nutą (choć raczej bez prawdziwego oudu): Amber Oud i Rose Oud. W 2016 dołączyła do kolekcji Incense Oud, a także coś bardzo specjalnego: Oud Sublime, pachnidło dedykowane koneserom perfum. 

Patricia-de-Nicolai-BD
Patricia de Nicolai

Oud Sublime to naprawdę wyjątkowa kreacja, nawet jak na wysokie przecież standardy Patricii de Nicolai. Ta uformowana w klasyczną zapachową piramidę kompozycja w praktyce okazuje się dość monolityczna i zdominowana przez centralny akord zawierający autentyczną esencję oudu z Kambodży (!), połączoną w sercu z cedrem, paczulą, różą, kolendrą i kminem. Zanim jednak do nozdrzy dotrze w pełni ten wyrafinowany, odrobinę animalny akord, poczuć możemy nieco świeższy wstęp z wyróżniającą się davaną, wspomaganą bylicą i ziarnami ambrette. Całość osadzona jest na drzewno-żywicznej bazie uformowanej z kadziła, styraxu, brzozy, kastoreum, piżm i ambry. Baza wraz z oudem trwają na skórze długie godziny, emitując egzotyczny, ciepły i jednocześnie nieco tajemniczy zapach.

Przy całym tym bogactwie ingrediencji, zapach pozostaje niezwykle harmonijny, a nuta oudu jest bardzo „po francusku” (czyli zgrabnie) wkomponowana w całość. Co więcej, mimo sporej zawartości cennego oudu, Oud Sublime ma wyraźną sygnaturę de Nicolai. To charakterystyczne zestawienie aromatycznych składników pochodzenia naturalnego (kolendra, paczula, róża, cedr), które odnaleźć możemy także w innych jej pachnidłach o ciepłym, drzewnym czy ambrowym charakterze (np. Ambre Cashmere czy Cuir Cuba Intense). Jednak nawet przez chwilę nie mam wątpliwości, że to właśnie kambodżański oud ma tu wiodący charakter. Pozostałe składniki budują otoczenie oraz tło i nawet wymieniona w składzie róża nie ujawnia się indywidualnie.

Mimo dość monolitycznego charakteru, w Oud Sublime można jednak odnaleźć różne niuanse: żywiczny, mentolowy (pochodzący z kolendry), drzewny, a także zwierzęcy. Wszystko to w bardzo klasyczny sposób ułożone w wyrafinowaną i – zgodnie z nazwą – majestatyczną całość.

Jedno jest pewne – mimo, że wąchałem już pewnie dziesiątki zapachów oudowych, żaden nie pachniał tak, jak Oud Sublime. I niech to będzie rekomendacją dla tych niezwykłych perfum, które zarówno przez swój wyrafinowany charakter, jak i wysoką cenę oraz bardzo ograniczoną dostępność, zasługują na miano prawdziwie luksusowych i dedykowanych dla wymagających koneserów olfaktorycznej sztuki, którzy skłonni są wydać 385 EUR na mały ozdobny flakonik zawierający 35 ml cieczy o wysokiej koncentracji zapachowej (25%), zamknięty w eleganckiej drewnianej „trumience”. Górna półka cenowa, to fakt. Ale i pachnidło zupełnie wyjątkowe.

nicolai oud sublime

nuty głowy: dawana, ziarna ambrette, bylica

nuty serca: oud z Kambodży, cedr z Atlasu, paczula, róża, kolendra, kmin

nuty bazy: kadziło, styrax, brzoza, kastoreum, piżmo, ambra

perfumiarz: Patricia de Nicolai

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Dunhill „ICON Absolute” czyli oud od Dunhilla

Gdy 2 lata temu z niemałą (i słuszną) ekscytacją opisywałem ICON – nowy wówczas męski zapach Dunhilla, który miał wynieść markę na poziom Hermesa i Cartiera (ale – póki co – chyba jeszcze nie wyniósł), zakończyłem swoją recenzję stwierdzeniem, że ICON to obiecujący początek nowego rozdziału w perfumowej historii marki Dunhill. Jednak mimo, że dzieło Carlosa Benaima to bardzo udane, nowoczesne męskie pachnidło, nie słyszę i nie czytam (a także nie czuję), żeby zdobyło popularność, jakiej pewnie od niego oczekiwał John Ray, Dyrektor Kreatywny w Dunhillu. Szkoda. Niemniej nie trzeba było długo czekać na kolejne wcielenie „ikonicznego” Dunhilla. Jeszcze tego samego roku marka wypuściła wersję Absolute (dostępną początkowo tylko w Harrodsie), zamykając ją w jakże emblematycznym flakonie, tym razem w kolorze złotym. Czyżby sugestia orientalnej – ściślej – arabskiej estetyki? Okazuje się, że tak.

F2574-Dunhill-Absolute-Brand-Slider-1000x340

ICON Absolute zupełnie spokojnie mógłby nazywać się ICON Oud i pewnie nikomu by to nie przeszkadzało, może poza tymi, którzy dość już mają tego nad-eksploatowanego w perfumerii ostatniej dekady słowa. Chwalebnie jednak Dunhill nie poszedł tą ścieżką na skróty.

Na początku muszę zastrzec, że Absolute nie ma zapachowo nic wspólnego z zamkniętym w srebrnym flakonie poprzednikiem, no może poza obecnością czarnego pieprzu w otwarciu.

Absolute to woń na początku przyprawowa (pieprz plus szafran), później już wyłącznie drzewna, wytrawno-sucha, sypka niczym pustynny piasek, linearna, o długim, snujący się smużką oudowego dymu finiszu, w której zadbano o nienachalną, ale przyjemną projekcję i bardzo solidną trwałość. Intrygująca i tajemnicza, elegancka w nieco egzotyczny sposób, spodobała mi się bardziej, niż się spodziewałem.

I choć wciąż lubię olfaktoryczne bomby, to jednak ta utrzymana w ryzach „charakterność” ICON Absolute bardzo mi przypasowała – zgodnie z zasadą „mniej znaczy więcej”. W podobny sposób oud – pylisty, połączony z szafranem i pieprzem, został zrealizowany w Versace Oud Noir i to z nim ICON Absolute najbardziej mi się kojarzy, choć muszę tez nadmienić, że zapach Dunhilla jest bardziej minimalistyczny, wyrafinowany i elegancki. Do tego jego finisz przebija wyraźnymi reminiscencjami z bazy M7 YSL i od czasu do czasu echem Oud Wood Toma Forda, a to są dla mnie zawsze mile „widziane” nawiązania.

Reasumując – ICON Absolute uważam za pachnidło zdecydowanie udane, może nie tak oryginalne, jak protoplasta, ale – jak dla mnie – warte posiadania flakonu (nie tylko ze względu na jego niewątpliwie walory estetyczne), szczególnie jeżeli ktoś – tak jak ja – lubuje się w tego typu sucho-drzewnej, oudowej, nieco enigmatycznej, orientalnej stylistyce.

 

dunhill icon absolute

nuty głowy: bergamotka, czarny pieprz,

nuty serca: szafran, czarna róża, jaśmin

nuty bazy: oud, liść tytoniu, skóra

perfumiarz: brak danych

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Oud w mainstreamie (2) – Ralph Lauren „Polo Supreme Oud”

Niemal 40 lat po premierze słynnego Polo Ralpha Laurena ten sam perfumiarz – Carlos Benaim – podążając za wciąż aktualnym trendem oudowym skomponował nowy zapach dla tej marki – Polo Supreme Oud.  Nie pachnie on wszakże oudem w żadnym momencie, ale nie jest przecież w tym odosobniony. Jest natomiast bardzo solidnym zapachem przyprawowo-drzewnym (z naciskiem na to pierwsze), który oud traktuje nie tyle jako konkretny składnik, ile jako olfaktoryczną konwencję. Oto niby-arabska woń, która ma zgoła odmienny (czyt. mniej drzewny a bardziej przyprawowy) charakter od ostatnio opisanego Hugo Boss Bottled Oud, częściowo nawiązująca do bardzo na tamtejszym rynku popularnego Black Afgano Nasomatto, zbliżona też do zapachów typu Kabul Aoud Montale czy Rumz Al Rasasi Pour Lui, częściowo zaś korzystająca z dobrodziejstw współczesnych molekuł przyprawowych i drzewnych. Carlos Benaim nie skopiował żadnego z nich, ale – świadomie lub nie – do nich nawiązał.

 

carlos-benaim
Carlos Benaim

„Afgański” początek Supreme Oud to mocna i zdecydowana mieszanka aromatu goryczki, przypraw i kawy. To akord, który – nie mam wątpliwości – skojarzy się każdemu, kto zna kultowe dzieło Alessandro Gualtieriego. Z czasem podobieństwa jednak stopniowo zanikają i ustępują właściwej treści Supreme Oud – odsłaniając zdecydowanie więcej oryginalności. Robi się pikantnie i drzewnie (cynamon plus gwajak), nieco także sucho. Cynamon czuć dość mocno. Wibruje, wierci w nozdrzach, pachnie nieco szorstko i tajemniczo. Finalny akord, który długo siedzi na skórze, to dość charakterystyczna dla współczesnej perfumerii mainstreamowej woń ambrowo-drzewna. Fakt, że na tym etapie zapach jest najmniej oryginalny, nie zmienia mojej solidnej jego oceny.

Supreme Oud to więcej niż dobre pachnidło, w sumie całkiem oryginalne, wyraziste i intrygujące, kompetentnie skomponowane po to, by dobrze się je nosiło także tym, którzy niekoniecznie gustują w typowo arabskich, mocnych i często „poniewierających” aromatach.  Kilka dni z nim spędzonych utwierdziły mnie w przekonaniu, że to pozycja to zdecydowanie warta odnotowania, szczególnie że marka Ralph Lauren w ostatnich latach raczej nie może poszczycić się niczym równie interesującym, gdy chodzi o pachnidła przeznaczone dla mężczyzn. Zapach ma solidną, ponad dziesięciogodzinna trwałość i „cywilizowaną” (choć trochę za bardzo, jak na moje gusta) projekcję. Ze względu na gęsty orientalny charakter wydaje się pasować bardziej do okazji wieczorowych, aczkolwiek przy odrobinie odwagi zda także egzamin jako tzw. „perfumy do biura”, jak lubię określać te pachnidła, w których sam dobrze czuje się na co dzień w pracy.

Ode mnie dla Supreme Oud mocna czwórka z wychyłem w kierunku 4+.

 

ralph_lauren_polo_supreme_oud

główne nuty: różowy pieprz, cynamon, oud, wetiwer, gwajak

rok premiery: 2015

perfumiarz: Carlos Benaim

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Acqua Di Parma „Colonia Oud”

W 2012 roku marka włoska marka Acqua Di Parma, znana z doskonałej jakości wód kolońskich, rozpoczęła nowy cykl zapachowy poświęcony najcenniejszym perfumowym składnikom, zatytułowany Ingredient Collection. Niby nic oryginalnego, jeśli chodzi o pomysł, ale zaręczam, że wykonanie dostępnych póki co trzech kompozycji (Oud, Leather i Ambra) z pewnością bardzo pozytywnie wyróżnia je pośród zapachów zrealizowanych wg podobnych konceptów. Poza tym kolekcja ta, delikatnie mówiąc, skutecznie łechce perfumowe koneserskie ego… Bo czyż nie jest to zaiste piękny widok?

AdP Ingredient Collection
Ingredient Collection by Acqua Di Parma

Chronologicznie pierwszym przedstawionym pachnidłem w ramach tej kolekcji był Colonia Oud, zdaje się, że początkowo nazwany Colonia Intensa Oud. Na zapach ten zwróciłem swą uwagę odwiedzając w zeszłym roku jedną z perfumerii we włoskim mieście Bergamo. Był on pierwszym, po jakiego sięgnąłem, będąc bardzo ciekaw, w jaki sposób zaprezentował agarowy temat – jak domniemam – Francois Demachy, na co dzień „nos” Diora, ale także naczelny perfumiarz grupy LVMH, która jest właścicielem m.in. właśnie Acqua di Parma. Pamiętam, że tamtego dnia we Włoszech Colonia Oud zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Postanowiłem więc koniecznie przetestować ją wnikliwie przy nadarzającej się okazji. Kilka tygodni temu flakon wylądował na moim biurku…

ingr_maps

Colonia Oud miał być – wedle oficjalnej informacji – połączeniem zachodniej estetyki kolońskiej z bliskowschodnim, orientalnym charakterem oudu. Miał celebrować ten cenny, pochodzący z krajów środkowego wschodu, składnik, jakim jest żywica zainfekowanego grzybem drewna agarowego. Złożony właśnie z – śmiem twierdzić naturalnej – esencji oud oraz drewna amyris, doprawiony rosyjską kolendrą, wzmocniony przez cedr, sandałowiec i paczulę pachnie nad wyraz oryginalnie i intrygująco. Trzeba wszakże zaznaczyć, że akord cytrusowy nie przypomina tu w niczym tego znanego z klasycznych wód Acqua di Parma. Cytrusy owszem obecne, jedynie zmiękczają intro zapachu, w którym wszakże od razu czujemy przewodni, mocny, skórzano-drzewny aromat pachnidła, mający później „rozwinąć swoje skrzydła”. Początkowo więc woń jest intensywna, nieco gryząca nozdrza, kwaskowata, trochę ziołowa, trochę drzewna, trochę skórzana. Wraz z upływem czasu najpierw wzmacnia się w niej aspekt skórzany, zaś z czasem nabiera drzewnej suchości, zachowując jednak ten unikalny, lekko kwaskowy aromat przez większość czasu. Dopiero po wielu godzinach, na samym końcu, pojawia się nieco bardziej słodko-żywiczna nuta drzewna, która wieńczy dzieło.

AgarWoodOUD

Wspomniana kwaskowatość, choć nieco inna i nie tak intensywna, to jednak kojarzy mi się z oudami Francisa Kurkdjiana (Oud Cashmere Mood i Oud Velvet Mood). Tyle że tu towarzyszy jej wyraźna, surowa, a nawet nieco zwierzęca nuta skórzana. Colonia Oud odróżnia się od masy innych pachnideł z nutą agaru właśnie swą wytrawnością i – mam wrażenie – dość realistycznym odwzorowaniem oudowej woni. Nie znajdziemy tu ani ambrowej czy żywicznej słodyczy, ani znanego duetu róży i paczuli, tak często imitującego rzekomy oud w wielu perfumach. Nie spotkamy też coraz popularniejszej zbitki oudu i szafranu. Co więcej – jest to zupełnie inne ujęcie oudu od tego z Leather Oud Diora, autorstwa tego samego perfumiarza, mimo że przecież i tam i tu aromat oudu połączono ze skórą. Colonia Oud jest zupełnie inny. Zaskakujący. Unikalny. Wytrawny. Suchy. Dla niewyrobionego nosa z pewnością nieco trudny w odbiorze, skłaniający się raczej ku arabskim gustom olfaktorycznym. Przy tym pachnący niezwykle wyrafinowanie, w sposób nie pozostawiający złudzeń co do jego klasy, jakości składników i warsztatu perfumiarza.

Colonia Oud to woda kolońska w wersji skoncentrowanej, w praktyce mająca moc i trwałość wody toaletowej. Po dość obfitym użyciu, co ułatwia serwujący spore chmury atomizer, czuję ją na sobie wyraźnie przez ponad 10 godzin, co stanowi bardzo dobry wynik. Zapach, mimo zdecydowanego charakteru, nie przytłacza. Pozostawia natomiast intrygującą skórzano-drzewną aurę, która snuje się wdzięcznie za noszącym. A nosi się Colonia Oud bardzo przyjemnie, z tą koneserską satysfakcją, charakterystyczną dla perfum najwyższej próby.

Francois Demachy 24
Francois Demachy

 

Etykieta „colonia” jest tu o tyle słuszna, o ile zapach ten potraktujemy jako wodę kolońską zaprojektowaną w tylu arabskim, a więc dla tamtejszych mężczyzn, kochających oud tak mocno, jak Włosi kochają swoje cytrusy, a przy tym oczekujących od pachnidła dużej mocy i esencjonalności, które z kolei są przeciwieństwami subtelności i ulotności tradycyjnej kolońskej europejskiej.

Colonia Oud to absolutnie jedne z najciekawszych znanych mi perfum oudowych i jedno z najbardziej oryginalnych pachnideł w mojej kolekcji, co stwierdzam z dużym zadowoleniem. Unikatowe, niebanalne, najwyższej jakości, o zdecydowanie męskim charakterze, w którym zrealizowany przy pomocy doskonałych ingrediencji agarowy temat potraktowany został z inwencją i mistrzostwem dostępnym jedynie wąskiemu gronu perfumiarzy.

Bravo Monsieur Demachy!

AdP Oud 3

nuty głowy: bergamotka, pomarańcza

nuty serca: kolendra, amyris, oud

nuty bazy: cedr, sandałowiec, paczula, skóra, piżmo

twórca: Francois Demachy

rok premiery: 2012

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Montale Paris „Aoud Lavender” i „Honey Aoud”

Czas płynie, pory roku przemijają, rządy się zmieniają, a tymczasem Montale Paris emituje kolejne pachnidła w tempie, z którym prawdopodobnie nie może równać się żadna inna marka. Jakby tego było mało, większość z nich ma w nazwie Aoud… Można czuć się naprawdę przygniecionym liczbą oudowych pachnideł Montale. Czy ktoś je jeszcze w ogóle liczy? Ale właściwie to po co? Zresztą, niech się tym zajmą perfumowi archiwiści. Fragrantica – ta ma dopiero wyzwanie!

Faktem jest jednak, że bieżący rok przyniósł wielbicielom mocnego, arabskiego stylu marki dwa całkiem udane pachnidła, Aoud Lavender i Honey Aoud, których nazwy natychmiast zdradzają entourage, w jakim umieszczony został w nich sygnaturowy montalowski oud.

Lavender 2

Aoud Lavender rozpoczyna się mocną lawendą, ożywioną molekułami pieprzu i orientalnie sparowaną z szafranem i kardamonem. Rusztowaniem dla tej przekonująco pachnącej konstrukcji  jest drzewny akord zbudowany z oudu, cedru i sandałowca. Kompozycję pogłębiono sporą ilością tonki, a bazę uzupełniono ambrą, akordem skórzanym i białymi piżmami. Wszystko to bardzo powoli ewoluuje na skórze odsłaniając kolejne swoje oblicza: najpierw aromatyczne, ziołowo-przyprawowe, później drzewne. Finisz to suche, lekko gryzące drewno (nuta oudowa) z ambrą. Jest taki, jak lubię. Całość pachnie naprawdę bardzo dobrze i będzie, jak sądzę, atrakcyjną propozycją dla fanów lawendy, podanej tu w nieco orientalny, montalowski sposób. Osoby gustujące w Gris Clair Sergre’a Lutensa czy Lavandula Penhaligon’s mają szansę się propozycją Montale zachwycić. Myślę, że również mężczyźni ceniący sobie gatunek aromatycznego fougere, mogą odnaleźć tu to, co lubią, bo jednak połączenie lawendy z tonka tak właśnie ukierunkowuje ten zapach (mimo braku mchu dębowego w bazie). Jeżeli jednak ktoś za lawendową wonią nie przepada – raczej nie zaprzyjaźni się z Aoud Lavender, gdyż ta ziołowa nuta jest tu bardzo mocna. Mnie się oczywiście spodobał, i to nawet bardzo!

Trzeba dodać, że zapach ma solidną moc, natomiast jego trwałość jest – jak na Montale przystało – legendarna.

montale aoud lavender

nuty głowy: rosyjska lawenda, kardamon z Gwatemali, indyjski czarny pieprz, szafran

nuty serca: drogocenny oud z Laosu, cedr z Maroka

nuty bazy: sandałowiec z Mysore, bób tonka z Brazylii, ambra, skóra, białe piżmo

honey

Honey Aoud z to zupełnie inny „zwierz”. Można by rzec, że wręcz niedźwiedź, obładowany drewnianymi beczkami z miodem. To absolutnie świetne pachnidło do pewnego stopnia budzi we mnie skojarzenia z niesamowitym, choć już wycofanym z produkcji, Miel de Bois Serge’a Lutensa, choć tam akurat miód przeważał na drzewami, tu zaś jest odwrotnie. Podobny efekt, tyle że z jeszcze bardziej zaakcentowanymi nutami drzewnymi i ogólnie bardziej wyrafinowany, osiągnął Pierre Negrin w moim ulubionym Opus VI od Amouage. Tak – Honey Aoud to pachnidło bardzo do niego podobne. Bardzo.

Od pierwszych sekund zachwyca potężnym akordem złożonym z wyraźnej nuty miodowej, cynamonu, wanilii i suchego drewna (oud). Ten aromat ciągnie się kilka godzin, niczym złocisty, gęsty miód spływający z gigantycznej drewnianej łyżki. Honey Aoud pachnie liniowo, bez większych przemian na skórze i bardzo wyraziście. Bardzo długo też pozostaje na skórze (dobrze ponad 12 godzin). Przetestowałem już wiele zapachów od Montale (choć absolutnie nie wszystkie, o nie!) i stwierdzam, że Honey Aoud, choć wtórny, okazał się jednym z najlepszych. Zdecydowanie wart jest w mojej ocenie posiadania własnego flakonu.

montale honey aoud

główne nuty : miód, oud z Laosu, kwiaty, paczula z Sumatry, cynamon, skóra, ambra, wanilia z Madagaskaru

Sospiro znaczy westchnienie…

Segio Momo

Sergio Momo to postać dobrze znana miłośnikom perfum luksusowych. Jest Dyrektorem Kreatywnym znakomitej marki perfumowej Xerjoff. Sospiro (po włosku „westchnienie”) to kolejna marka – dziecko Sergio. Łączy ona muzykę klasyczną i operę z perfumerią, a wszystko to we włoskim stylu, gdzieniegdzie subtelnie podlanym arabskim sosem. Sergio Momo przyznaje, że Sospiro powstało z myślą o rynkach Środkowego Wschodu (choć nie wyłącznie). Kilka kompozycji wzbogacono więc nutą oudu. Większość pachnideł swymi nazwami odwołuje się do klasycznych muzycznych określeń. Pierwsze 6 kompozycji pod tą marką miało swą premierę w 2011 roku. Obecnie kolekcja rozrosła się do czternastu pachnideł podzielonych na Chapter I, Chapter II oraz linię Exclusive Edition.  Pachnidła Sospiro, podobnie jak Xerjoff, znajdziemy w ofercie warszawskiej perfumerii Quality.

sospiro all

Znajdziemy wśród pachnideł Sospiro dwa szypry. Pierwszy to Adagio – mocny, bardzo kobiecy, klasycyzujący, kwiatowy, z centralnie umieszczonym jaśminem, który szyprowego kontekstu nabiera dzięki  mszysto-wetiwerowej bazie doprawionej podobno kroplą oudu, wg mnie niewyczuwalną…  Adagio spodoba się kobietom lubiącym mocne pachnidła kwiatowe inspirowane stylem retro, choć zaaranżowane w absolutnie współczesny sposób. Drugi szypr to Vivace – początkowo subtelniejszy od głośnego Adagio, bardziej też zielony (bazylia i oregano), niż kwiatowy. Utrzymany nieco w klimacie Chanel Cristalle i niektórych pachnideł Grossmith. Jego serce ma zgoła inny charakter. Geranium i goździk czynią go bardziej uniwersalnym i stonowanym, a zaskakująco drzewna (oudo-podobna) baza spowoduje, że Vivace w całości może przypaść do gustu także panom.

sospiro picture

Akordy i nuty kwiatowe są w damskich zapachach Sospiro bardzo częste. Sporo jest tu także zapachów łączących kwiaty i owoce oraz – szerzej – nuty kulinarne. To obecnie bardzo popularny styl w europejskiej perfumerii mainstreamowej. Jednym z takich pachnideł jest Accento. Łączący nutę ananasa w otwarciu z hiacyntem w sercu w bardzo współcześnie brzmiącą całość. Gdyby nie zaskakujący finisz – potężnej mocy i gigantycznej trwałości drzewno-ambrowa woń, która trwa na skórze pewnie ze dwie doby – można by określić Accento jako banalne.

Melodia to z kolei kompozycja kwiatowa, na początku przede wszystkim różana, z przyprawowymi akcentami cynamonu. Kwiatowy bukiet prócz róży budują w sercu w harmonii z różą ylang ylang oraz fiołek w kontrapunkcie. Orientalna, schematyczna baza wieńczy tę owszem ładną, ale strasznie zachowawczą całość.

Capriccio to dobrze znane w damskiej perfumerii połączenie nut kwiatowych z owocowymi i drzewnymi, w tym przede wszystkim paczulą, na mocno piżmowej bazie. Z początku ujawnia się tu specyficzny akord, troszkę przypominający zapach farby malarskiej (emulsji), który kiedyś już zidentyfikowałem w New York Amber Bond No.9. Efekt ten jednak dość szybko zanika, a zapach przeobraża się w ładne kobiece perfumy kwiatowo-drzewne, z istotną rolą paczuli, połączonej z akordem białych kwiatów. Baza Capriccio jest zmysłowa, piżmowo-drzewna, trochę w klimacie fenomenalnego moim zdaniem Divine L’inspiratrice. Właściwie to całe Capriccio penetruje te same olfaktoryczne rewiry, co dzieło Richarda Ibaneza, choć brakuje mu tak wyrazistej sygnatury.

sospiro classica

Erba Pura ma ładny, soczysty, owocowo-słodki początek, pachnący orzeźwiającym koktajlem, złożonym z początkowo przeważających cytrusów oraz abstrakcyjnego akordu „owoców śródziemnomorskich„. Jest to zapach owocowy oparty na nowoczesnym piżmo-ambrowym finiszu, który ma niesamowitą wprost trwałość i intensywność. Ta sucha, gryząca, ale na swój sposób bardzo zmysłowa nuta bazy, pozostaje obecna dużo dłużej, niż byśmy się tego spodziewali.

Dwa – dla odmiany – drzewne pachnidła Sospiro nawet nie próbują silić się na oryginalność. Oba są imitacjami znanych bestsellerów i oba, mam wrażenie, kierowane są do męskiej części klienteli. Oba także z lubością wykorzystują magię Iso E Super…

Laylati  to zapach słodko-drzewny, utrzymany w klimacie Nasomatto Black Afgano, Montale Kabul Aoud czy Liquides Imaginaires Fortis. Wyrazisty cedr oraz słodko-żywiczny, nieco ziołowy akord go otaczający, to dwie główne składowe tej zdecydowanie męskiej całości. Dodatkowa nuta tabaki przypomina trochę tę umieszczoną w zdecydowanie oryginalniejszym (i wciąż czekającym na moją recenzję) Don marki Xerjoff JTCZ kolei Andante – ze swym mocnym pieprzowym początkiem, złagodzonym tylko trochę duetem pomarańczy i galbanum – przechodzi w serce z geranium, dla którego bazę stanowią cedr, wetiwer, paczula, rzekomo wzmocnione oudem. Dla mnie to jednak nic innego jak kolejna, całkiem zresztą udana, imitacja Terre D’Hermes. Tak na marginesie – zabawnie w kontekście tego zapachu brzmią słowa go opisujące na stronie internetowej Sospiro: „Andante jest niewyczerpanym źródłem inspiracji…”.

sospiro WARDASINA

Ciekawostką jest natomiast Wardasina. Najlepsze i najbardziej interesujące testowane przeze mnie pachnidło Sospiro. To nic innego Laylati z dodanym hiszpańskim szafranem i esencją z róży bułgarskiej. Jako edycja specjalna wyróżnia się czerwoną barwą flakonu. Poza tym to ta sama słodkawo-żywiczna drzewność, którą znamy z Laylati, tyle że Wardasina pachnie pełniej, bardziej arabsko, naprawdę świetnie. Szafran przydaje jej zadziornej, pylistej suchości, zaś nieco od niego mniej wyraźna róża – seksapilu. By rzucić nieco światła na te podobieństwa (lub może nieco to wszystko pogmatwać), Wardasina ma drugie, europejskie imię: Rosso Afgano, zaś Laylati w Europie przedstawiana się jako Afgano Puro

*          *          *

Robiąc research nt. marki  Sospiro, a także – siłą rzeczy – Xerjoff  (jak to zwykle mam w zwyczaju, zanim zacznę o czymś pisać) – nabrałem przekonania graniczącego z pewnością, że za tymi rozbudowanymi liniami perfum, często zawierających nutę oudu (Xerjoff ma przecież nawet kilka attarów nazwana Mukhallat, a także linię Oud Stars), za specyficznymi flakonami o orientalnym, czasem dla europejskiego oka kiczowatym designie, wreszcie za naprawdę imponującymi stoiskami na targach perfumeryjnych Esxence i Pitti Fragranze, stoi nie tylko kreatywny dyrektor Sergio Momo, ale przede wszystkim bardzo bogaci inwestorzy, podejrzewam że z krajów arabskich. W tym przekonaniu utwierdzają mnie także same pachnidła Sospiro – choć w swej tematyce zwykle europejskie, to jednak często z dodaną „kroplą orientu”, po arabsku esencjonalne, przebogate w składniki i majestatycznie rozwijające się na skórze.

Nie zmienia to natomiast mojej ogólnej pozytywnej oceny pachnideł Sospiro. Bo choć ich bezdyskusyjnie wysoka jakość i rzadko spotykana esencjonalność, świetne parametry użytkowe (wyrazistość, sillage, potężna projekcja i gigantyczna wprost trwałość!) przesłaniają często brak kreatywności i wtórność (w skrajnych przypadkach przybierającą postać plagiatu), to jestem świadomy, że nie zawsze może i nie zawsze musi być twórczo czy przełomowo. Czasem wystarczy, że jest bardzo dobrze pod względem rzemiosła. I tak właśnie jest w przypadku pachnideł Sospiro.