Serge Lutens „Clair de Musc”

Pamiętacie Bestię?

furry-beast-3

„Początkowo miód i róże. Nic nie wskazuje na to, że pod ich warstwą leży… bestia. Nie od razu, ale już po chwili czuć jej gęstą sierść. Z czasem szczypiące w nos kastoreum wygrywa z innymi składnikami. Włochaty costus dodatkowo wzmaga zapach sierści. Czystej sierści, pachnącej samą sobą… Bestia żyje. Jej rozgrzane futro uwalnia wonne molekuły dając znać otoczeniu o swej obecności. Miód i róże były tylko po to, by przyciągnąć i odwrócić uwagę, ale teraz już patrzymy prosto w oczy bestii… Jednak, im więcej czasu z nią spędzamy, tym bardziej okazuje się być ona wielkim i przyjaznym, zupełnie niegroźnym futrzakiem, tak że na samym końcu zaczynamy wręcz pałać do niej sympatią… Kolejne z nią spotkanie nie jest już tak traumatyczne, bo wiemy, po co róże i po co miód. Poznaliśmy już bestię i oswajamy się z nią, a ona z nami. Jej futrzasta nieporadność i maślane spojrzenie zaczynają wzbudzać w nas sympatię. Lubimy zwierzaka. Właśnie tak.”

Właśnie tak obrazowo kilka lat temu opisywałem Muscs Koublai Khan, niezwykłe, przepełnione zwierzęcymi aromatami piżmowe pachnidło Serge’a Lutensa. Zdecydowanie najodważniejszy zapach w jego ofercie, akceptowalny chyba tylko przez nielicznych koneserów i zapachowych freaków. Pięć lat po jego premierze duet Lutens/Sheldrake przedstawił zgoła odmienną interpretację piżmowego tematu, tytułując ją znacząco

Clair de Musc – Jasne Piżmo.

To piżmowy Dr Jecykll. Po niepokojącym Mr Hyde pozostało tylko wspomnienie. Clair de Musc nie wzbudza niepokoju. Przeciwnie – wprowadza w stan błogości. Jest delikatny, czysty, biały, jak świeżo uprana pościel. Niewinny i jasny jak aniołek w porównaniu to niedomytego futrzanego Khana.

Clair de Musc nie zawiera oczywiście wyłącznie piżm, choć tych jest tu z pewnością ponad normę i przebijają się przez dość skromną powłokę pozostałych molekuł bardzo skutecznie niemal od początku. Wstęp jest troszeczkę rozrzedzony bergamotką, po czym zaraz ujawnia się wyraźna neroli połączona z subtelnym irysem. Istotnym więc aspektem tej kompozycji jest subtelny akord kwiatowy. To on – wraz z leżącymi u podstaw białymi piżmami – buduje istotę Clair de Musc, przy czym, jak łatwo się domyśleć, z czasem piżma stają się jedynymi bohaterami tej opowieści. Piżmowa treść Clair de Musc jest tu zresztą jedną z najlepszych w swym gatunku. Szerokie – mam wrażenie – spektrum zastosowanych tu typów piżm skutkuje sporym zniuansowaniem piżmowego akordu. Pachnie on jednocześnie ciepło, otulająco, troszkę słodko, ale przez pewien czas subtelnie gryząc nozdrza nieco ostrzejszą nutką, którą zwykłem określać jako zapach rozgrzanego żelazka.

biala-posciel-hotelowa

Z natury rzeczy Clair de Musc jest zapachem bardzo trwałym, ale też przez większość czasu trzyma się blisko skóry. Emituje delikatną, nienarzucającą się woń. Tworzy aurę ciepłej, komfortowej, kojącej czystości. Z czasem staje się bardziej mydlany, a nawet pudrowy. Ma w sobie na tyle dużo kobiecości, że nie odważyłbym się nazwać go uniseksem. Ze względu na swój powściągliwy charakter, idealnie nada się na te okazje, gdy nie chcemy pachnieć głośno i intensywnie, ani zwracać uwagę swoimi perfumami, ale po prostu chcemy dobrze pachnieć i czuć się komfortowo.

Będąc pełnoprawnym pachnidłem, o jednak dość minimalistycznym charakterze i wyjątkowo dużej koncentracji klasycznych składników bazowych, jakimi są przecież piżma, Clair de Musc może też świetnie nadawać się do kombinacji z innymi perfumami, którym w ten sposób doda zmysłowej głębi i trwałości. Jakie to będą perfumy, to już wyłącznie kwestia naszej pomysłowości.

serge-lutens-clair-de-musc

 

główne nuty: bergamotka, neroli, irys, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2003

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 5,0

Kwiaty od Serge’a Lutensa: „Fleurs d’oranger” i „Datura noir”

Fleurs d’oranger 

Zaprezentowany w 2003 roku przez Serge’a Lutensa Fleurs d’Oranger to coś więcej, niż perfumy z nutą kwiatu pomarańczy. To prawdziwa olfaktoryczna oda do tego uroczego aromatu, który został tu umieszczony w samym centrum i ze smakiem podrasowany przez kilka innych składników, które decydują o jego unikatowym i subtelnie zmieniającym się w czasie obliczu. Przez znawców uważane za jedne z najważniejszych i najlepszych perfum dedykowanych tej pięknej, jakże optymistycznej, ciepłej i słonecznej woni kwiatu pomarańczy. Moim zdaniem, zdecydowanie słusznie.

fleur-oranger-blanche-full-12313360

Intensywny początek jest bardzo świeży i ekspansywny. To chyba najpotężniejsza nuta kwiatu pomarańczy, z jaką kiedykolwiek się zetknąłem. Niesamowicie świeża, rześka, obezwładniająca swą wyrazistością. Piękna! Z czasem ociepla się, zgrabnie połączona z nutą tuberozy i białej róży, ale wciąż pozostaje świeża i zaskakująco lekka. Drugi plan tego zapachu, czyli baza – to, co nadaje mu głębi i trwałości – działa tu tyleż efektywnie, co niemal niezauważalnie. Zmysłowy kmin przydaje subtelnej cielesności, zaś użyty z mistrzowska precyzją cywet wzmacnia organiczną naturę pomarańczowego kwiatu, a pachnące roślinnym piżmem ziarno hibiskusa (krewny ketmii piżmowej) pogłębia, utrwala i nadaje zmysłowej głębi. Wreszcie w spektrum zapachowym pojawiają się znak firmowy Lutensa: pachnące świeżo prasowaną pościelą i rozgrzanym żelazkiem białe piżma. Wszystkie te nuty i składniki są jednak podporządkowane głównemu tematowi, który ani przez chwilę nie zostaje nimi zdominowany. Przeciwnie, tylko dzięki nim zyskuje.

Fleurs d’oranger pachnie świeżo, mocno, projektując – ku mojej uciesze – bardzo wyraźnie. Przy tym przez cały czas zachowuje lekkość i zwiewność i ani na chwilę nie traci nic ze swego początkowego swego uroku. Jest to w gruncie rzeczy lekki, uniseksowy zapach białokwiatowy o świeżości, której nie obawiałbym się nazwać kolońską, szczególnie jeżeli w ten sam sposób określamy pachnidła w typie Neroli Portofino marki pewnego znanego skądinąd i coraz bardziej lubianego reżysera filmowego…

serge-lutens-fleurs

główne nuty: kwiat pomarańczy, tuberoza, biała róża, kmin, ziarno hibiskusa, cywet, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2003

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

Datura Noir

W języku hindi dhatūrā oznacza „kolczaste jabłko”. To owoc rośliny zwanej bieluniem. Bieluń, zwany też burgmansją lub Angel’s Trumpet, prócz tego, że owocuje w tak oryginalny sposób, rozkwita kwieciem równie unikatowym…

datura-flower

Serge Lutens pisze:

By być precyzyjnym, pewnej nocy wziąłem Burgamansję, znaną także jako Anielska Trąba, i wydestylowałem z niej nuty jej tęsknych wspomnień.

Ale Datura Noir nie jest w żadnej mierze destylatem z tego kwiatu, ani nawet próbą odtworzenia jego zapachu. To znacznie więcej. To pełnoprawne, bogate w ingrediencje i nuty zapachowe, gęste pachnidło białokwiatowe, w którym dominująca tuberoza przyozdobiona została całą masą akcentów kulinarnych, poczynając od kokosa, poprzez morelę, migdał, a na wanilii kończąc. W to wszystko perfumiarz mocno podrasował przez dłuższy czas bardzo wyrazistą słodko-migdałową heliotropiną i osadził na miękkiej, komfortowej i zmysłowej bazie ze wspomnianej wanilii, mirry i piżm, która z czasem wychodzi na pierwszy plan usuwając aspekt kwiatowy w cień.

Jaeger-LeCoultre Portrait Session With Diane Kruger

Datura Noir to klasyczny wczesny Lutens, intensywny, gęsty, nieco prowokujący, ale jednocześnie przyjazny, daleki od eksperymentów, skupiony na klasycznie pojmowanym pięknie. Bo to są piękne i bardzo kobiece, ciepłe, otulające i bardzo zmysłowe perfumy, pachnące słodkim kwiatowym nektarem, które w moim wyobrażeniu szczególnie dobrze podkreślają pewien konkretny typ kobiecości…

lutens-datura-noir

główne nuty: mandarynka, kwiat cytryny, tuberoza, kokos, morela, osmantus, heliotrop, tonka, migdał, mirra, wanilia, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2001

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

 

 

 

Parfums de Marly: „Herod”, „Galloway” i „Oajan”.

Od dawna już przymierzałem się do umieszczenia wpisu na temat wybranych męskich pachnideł Parfums de Marly. W tym celu z koszyka z napisem Men-Unisex Fragrances wylosowałem trzy, poddałem je testom, a wyniki opisałem poniżej, porządkując recenzje wg mojej subiektywnej oceny atrakcyjności poszczególnych zapachów. Najlepsze więc umieściłem jako ostatnie… Zanim jednak o zapachach, kilka słów wstępu.

Parfums de Marly pierwsze perfumy zaprezentowało w 2009 roku. Od tego czasu pachnąca oferta paryskiego domu urosła do ponad dwudziestu pozycji, których nazwy pochodzą od imion koni wyścigowych hodowanych z pasją przez Ludwika XV. Wizerunki koni – inspirowanych sławną paryską rzeźbą The Marly Horses, wykonaną w 1743 roku przez Guillaume Coustou właśnie na zlecenie Ludwika XV – znajdują się na każdym flakonie Parfums de Marly. Marka stworzyła więc sobie historyczno-hippiczną otoczkę, na której wolałbym się jednak tu nie koncentrować. Warto natomiast dodać,  że lista płac Parfums de Marly zawiera same  znane nazwiska perfumiarskie, mi.in: Michele Saramito, Olivier Pescheux, Jacques Flori,  Sidonie Lancesseur, Nathalie Lorson czy Fabrice Pellegrin, które mogą, choć nie muszą, gwarantować co najmniej solidnego poziomu perfum.

marly-horses
The Marly Horses

Herod to słodkawe, waniliowo-cynamonowe pachnidło z deklarowaną, aczkolwiek prawie niemożliwą do wykrycia nutą tytoniu. Zapach jest trochę w stylu Tobacco Vanille, ale nie jest tak wyrazisty, jak bestseller Toma Forda. Herod jest mniej ciekawy, a już na pewno mniej spektakularny. Początek pachnie jak tytoń aromatyzowany śliwką. Owocowa nutka szybko jednak cichnie i – choć jeszcze przez jakiś czas obecna – zdominowana zostaje słodkim aromatem cynamonu. Zapach staje się więc przede wszystkim słodki, a przy tym jednowymiarowy. Nie czynię z tego zarzutu, bo czasem właśnie dobrze jest, gdy pachnidło nie wykonuje żadnych nieprzewidzianych wolt, tylko pachnie długo, konkretnie i na temat. I tak jest w przypadku Heroda, który kończy dość nijaka waniliowa baza. Trochę szkoda, że nie czuję tu tytoniu. Mógłby dodać całości charakteru. A tak mamy oto zupełnie poprawne, ale mało porywające męskie pachnidło., które ma poważną konkurencję.

pdm-herod

nuty głowy: cynamon, drewno pieprzowe

nuty serca : osmantus, tytoń, labdanum, kadzidło

nuty bazy: wanilia, cedr, wetyweria, paczula, iso e super, cypriol, piżmo

perfumiarz:  Olivier Pescheux

rok premiery: 2012

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0 / oryginalność: 2,0 / projekcja: 3,5 / trwałość: 4

 

Galloway to zdecydowanie świeższy, ale i także ciekawszy zapach, w którym początkowo, prócz delikatnego pieprzu, czuję sporą dawkę białych piżm, z gatunku tych przypominających woń rozgrzanego żelazka (jeżeli można tak to określić). Dość szybko miejsce pieprzu zajmuje detergentowy akord z wiodąca nutą kwiatu pomarańczy, spod którego emituje syntetyczna ambrowo-piżmowa baza. Ten etap kojarzy mi się z Fierce A&F, aczkolwiek… ta mieszanka aromatu detergentowej świeżości z potężna dawką białych piżm i molekuł ambro-podobnych (podejrzewam głównie Ambroxan) skutkuje owszem miłym dla nosa, aczkolwiek miałkim i bardzo banalnym aromatem, przy który nawet wspomniany Fierce wypada – moim daniem – po prostu lepiej. Z czasem woń ta zmienia się, tracąc nutę kwiatu pomarańczy i staje się coraz bardziej syntetycznie ambrowo-piżmowa, a na samym końcu nawet sucho-drzewna. Nie wiem, jaki składnik gra tu kluczową rolę (coś „cedro-podobnego”?), ale finisz Galloway jest po prostu sucho-rdzewny i więcej niż trwały. Na skórze potrafi się odezwać, gdy już sądzimy, że Galloway zupełnie przestał pachnieć, a na papierku testowym siedzi – i to całkiem głośno – przez kilka dni!

Galloway to taki „biuro-przyjazny” męski crowd pleaser o mainstreamowej jakości i grzecznej mocy. Jeśli zabrzmiało to pejoratywnie, to nie było to moim zamiarem. Po prostu warto wiedzieć, że sięgając po Galloway dostaniemy dobre, bezpieczne, przyjemne i zmieniające się w czasie męskie pachnidło, w którym jest i detergentowa nuta świeżo upranej (i nawet wyprasowanej) koszuli, ostrożnie użyty kwiat pomarańczy i mocny, męski drzewny finisz. Ale nic ponad to. Średnio.

Internetowi entuzjaści przyrównują Galloway do bardzo przez nich cenionego Lalique White. Niestety, nie mogę potwierdzić, ani też zaprzeczyć temu porównaniu, gdyż (wstyd!) dotąd nie poznałem Lalique White! Czas pewnie nadrobić tę zaległość, choć to nie jedyna…

parfums-de-marly-galloway

nuty głowy:  cytrusy, pieprz

nuty serca : irys, kwiat pomarańczy

nuty bazy: ambra, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2014

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / oryginalność: 3,0 / projekcja: 4 / trwałość: 4,5

 

Oajan należy do bardziej ekskluzywnego cyklu Arabian Breed Collection. To pachnidło z gatunku słodko-przyprawowych, w którym nutę cynamonu połączono z miodem, benzoesem, labdanum, ambrą, paczulą i wanilią w jedną naprawdę sporej urody całość. Spokojnie można go nazwać ulepszoną wersją Heroda, z mniejszą dawką wanilii, a większą – cynamonu i poprawionymi „parametrami użytkowymi”. Bardzo ważną rolę odgrywa też z umiarem zadozowana tonka, przydająca całości kulinarnej zmysłowości. Zapach idealnie nadaje się na zimne pory roku, pięknie otula, wręcz ogrzewa i jest bardzo przyjazny, a jednocześnie zdecydowany. Choć jego temat rzeczywiście wydaje się być znajomy, to obiektywnie muszę przyznać, że jakość i parametry Oajan nie pozostawiają nic do życzenia i wyróżniają się mocno na plus w porównaniu do Heroda czy Gallowaya. Zapach jest trwały i mocny, przyjemnie snuje się za noszącym. Nosi się go z dużą przyjemnością.

Co przypomina mi Oajan? A choćby Odin Semma oraz klasyczne już Burberry London for Men. Oczywiście wiem, że oba zawierają nutę tytoniu, której w Oajan nie ma (ani w opisie, ani w tym, co czuję), lecz mi to zupełnie nie przeszkadza. Co więcej, zapach Parfums de Marly wypada pośród nich najlepiej. To także zdecydowanie najlepszy z prezentowanej w tym wpisie trójki. Pozwala domniemać, że także i pozostałe zapachy z kolekcji Arabian Breed prezentują się równie solidnie.

 

pdm-oajan

nuty głowy: cynamon, miód, osmantus

nuty serca : bylica, benzoes, labdanum, szara ambra

nuty bazy: tonka, paczula, wanilia, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / oryginalność: 2,0 / projekcja: 4,5 / trwałość: 4,5

 

Jak podsumować opisane wyżej męskie zapachy Parfums de Marly? Nie jest to z pewnością perfumeria niszowa. Nie są to też pachnidła „górnych lotów”. Bezpieczne, bezpretensjonalne, łatwe w noszeniu i przyjazne dla otoczenia, ładne, ale… bardzo wtórne. No i jeszcze ta dęta i pretensjonalna „historia marki”, która moim zdaniem wcale jej nie pomaga… Chyba, że jako wabik dla niezorientowanych klientów z grubym portfelem. Właśnie. Portfel. Wg mnie Parfums de Marly „boksuje powyżej swojej wagi”. Także w kwestii ceny, która w stosunku do treści i jakości wydaje się być zbyt wygórowana. Na tej półce cenowej z pewnością znajdziemy dziesiątki lepszych pachnideł. Wystarczy poszukać…

 

Bvlgari Man Black Cologne

Dwa lata po premierze Bvlgari Man in Black zapach doczekał się dwóch flankerów: świeższej wersji w postaci Black Cologne oraz oudowego Black Orient. Oba zapachy popełnił – podobnie jak wszystkie pozostałe z linii Bvlgari Man – niestrudzony i nieprawdopodobnie wprost pracowity i twórczy Alberto Morillas, które zdaje się przeżywać obecnie złote lata swej twórczości, przynajmniej gdy chodzi o liczbę premier, których jest autorem.

alberto_morillas

Cologne w nazwie nie wynika z tego, że mamy tu do czynienia z zapachem kolońskim, choć owszem znajdziemy tu pewne nawiązania do klasycznych kolońskich składników w postaci cytrusów czy kwiatu pomarańczy. Jednak Black Cologne to tak naprawdę świeższa i lżejsza wersja Man in Black. Perfumiarz „zremiksował” w niej aromat znany z Man in Black. Pozostawił w centrum zapachu charakterystyczną nutę rumu, ukierunkował jednak całość na świeższe obszary.

Nuta rumu znana z akordu otwarcia Man in Black (utrzymanego w klimacie Spicebomb Victor&Rolf), tam połączona z tytoniem i przyprawami, tu została ozdobiona nutami zielonymi i cytrusami. Poczujemy je przez krótki okres zaraz po aplikacji zapachu na skórze. Ten świeży początek chwilami budzi moje skojarzenia z klasycznym już Versace Pour Homme tego samego perfumiarza. W sercu kompozycji – obok wspólnej dla obu wersji tuberozy – znajdziemy koloński akcent w postaci kwiatu pomarańczy – miast irysa i skóry obecnych w wersji pierwotnej. Baza Black Cologne to połączenie ambry, piżm i dominującej drzewnej nuty sandałowca, podczas gdy w Man in Black znajdziemy cieplejsze rozwiązanie tematu: gwajak, tonka i beznoes. Baza jest tu bardziej wytrawna, lżejsza, sucha i bardziej lotna, niż Man in Black, ale jednocześnie – co ciekawe – dużo trwalsza, szczególnie na skórze (Man in Black wyjątkowo długo trzyma za to na odzieży, zaś na skórze krócej).

Musze podkreślić, że choć Black Cologne ogólnie bardzo przyjemnie układa się na skórze, to szczególnie akord bazy jest jego silną stroną. Jest zaskakująco intrygujący, ładnie projektujący i długotrwały. Mimo, że lubię rumowo-tytoniowo-gwajakowe Man in Black to  pod względem finiszu wersja Cologne przekonuje mnie bardziej.

Mimo więc różnic co do kierunku, w jakim rozwija się Black Cologne, oba zapachy są do pewnego stopnia do siebie podobne, mają bowiem ten sam motyw przewodni. Warto dodać, że – co charakterystyczne dla Morillasa – gra on tutaj składnikami w niezwykle zręczny sposób. Mamy do czynienia z od początku do końca zrównoważona kompozycją perfumową zrobioną wg wszelkich prawideł współczesnego perfumowego mainstreamu, w której wszystkie składniki „grają” na ostateczny efekt, bez dominowania nad resztą. Każdy, kto zna minimalistyczny styl Morillasa i jego niezwykły talent w tworzeniu zapachów świeżych, nie powinien mieć problemów z wyobrażeniem sobie, jak pachnie Black Cologne. Podobnie każdy, kto zna pozostałe zapachy Bvlgari z linii Man raczej wie, czego spodziewać się po Black Cologne. Solidnego, kompetentnie wykonanego, aczkolwiek bardzo bezpiecznego, nastawionego na masowego klienta pachnidła.

 

bvlgari-man-black-cologne

nuty głowy: cytrusy, nuty zielone, rum

nuty serca: tuberoza, kwiat pomarańczy

nuty bazy: drewno sandałowe, ambra, piżmo

perfumiarz: Alberto Morillas

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 3,5/ oryginalność: 3,5/  projekcja: 3,5/ trwałość: 4,5

Nowe kolońskie od Hermesa, czyli „Eau de Neroli Dore” i „Eau de Rhubarbe Ecarlate”

Kolekcja kolońskich Hermesa powiększyła się w tym roku o dwie nowe pozycje, z których pierwszą – Eau de Neroli Dore – przygotował będący już jedną nogą… na emeryturze Jean-Claude Ellena, drugą zaś – Eau de Rhubarbe Ecarlate – Christine Nagel – mająca docelowo przejąć po nim gabinet z jakże prestiżową wizytówka na drzwiach: Hermes In-house Perfumer. O ile dobrze kojarzę, jest to pierwszy w 1oo% przez nią skomponowany zapach z logiem H. Jak więc widać, swoją pracę w Hermesie zaczęła od tej – mam wrażenie -najmniej prestiżowej części oferty francuskiej marki, czyli Les Colognes. Widać, że kierujący perfumowym biznesem w Hermesie są ostrożni…

Testując oba zapachy, które doskonale pasują do obecnej pory roku, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że oboje perfumiarzy podeszło do swego zadania zupełnie inaczej. W sumie nie powinno to dziwić, gdyż każde z nich miało zgoła inną motywację, a poza tym i jedna i drugi to wybitni fachowcy o wyrobionym przez lata warsztacie i stylu. Ale chodzi mi o coś innego…

Christine Nagel et Jean-Claude Ellena@CesarLucadamo

Mianowicie ellenowskie Eau de Neroli Dore (złote neroli) sprawia na mnie wrażenie łabędziego śpiewu Jean-Claude’a Elleny. Zapach charakteryzuje na tyle dużą dozą nonszalancji (na którą może pozwolić sobie tylko ktoś, kto od dawna nie musi niczego udowadniać), że trudno myśleć o nim inaczej. W jakimś sensie sygnaturowy minimalizm Elleny odnajduje w tej kolońskiej swoje apogeum. Wciąż jednak nie można odmówić twórcy poszukiwań, nowatorstwa polegającego głównie na stosowaniu bardzo wyselekcjonowanych składowników i łączeniu ich w nietypowe układy, zwykle bardzo proste, acz charakterystyczne. W Eau de Neroli Dore główną rolę gra kluczowa dla całego kolońskiego gatunku esencja z kwiatu pomarańczy, zwana neroli (znana z subtelnych elementów białokwiatowych, w tym indolowych), której perfumiarz – co sam podkreśla – użył wyjątkowo dużo, jak na standardy przyjęte powszechnie w perfumerii. W otwarciu połączył ją z  aromatem gorzkiej pomarańczy. Te dwa składniki budują koloński charakter zapachu. To bardzo klasyczne i tradycyjne połączenie. Jean-Claude Ellena postanowił jednak złamać te odwieczną harmonię dodając szafranu (stąd pewnie „złote” neroli w nazwie), który nadał całości niecodziennej goryczy, pogłębiając przy tym indolową stronę neroli, w efekcie czego Eau de Neroli Dore tylko początkowo pachnie świeżo i przyjemnie. Dość szybko brudnawo-goryczkowa nuta bierze górę i pozostaje już do końca, dość zresztą rychłego. Ewolucja tej kolońskiej składa się z dwóch etapów: świeżego neroli w otwarciu i gorzkiego neroli w bazie. Po czasie pachnie to zresztą w sposób bardzo tradycyjnie, wręcz prymitywnie koloński… Tak jakby Ellena wrócił po latach do samych korzeni perfumiarstwa. Jakby postanowił stworzyć coś źródłowego, coś co pachnie jakby powstało gdzieś w XVIII wieku.

Uważam, że to zapach skierowany raczej do koneserskich nosów i to chyba bardziej tych męskich. Z pewnością nie należy do pachnideł, które łatwo przypadają do gustu. Do tego nie trzyma się też mojej skóry zbyt długo, ale wiem – to kolońska…

Eau de Neroli Dore to oko puszczone do nas przez nieco znudzonego, zmanierowanego i dopieszczonego przez wszystkich artystę, który zdaje się mówić: Chcecie kolejną kolońską? Proszę. Oto ona. Ale nie spodziewajcie się, że będzie po prostu łatwa i przyjemna. Takich zapachów zrobiłem już zbyt wiele. Zresztą wszyscy inni takie robią. Ja już nie muszę. Robię co chcę i świetnie mi za to płacą, a poza tym za chwilę idę na emeryturę, więc o co chodzi?

Eau de néroli doré - flacon 200 ml BD

główne nuty: gorzka pomarańcza, neroli, szafran

twórca: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

Ellena i Nagel

Eau de Rhubarbe Ecarlate (Szkarłatny Rabarbar), autorstwa Christine Nagel, to zupełnie inna bajka. Dla mnie to szczególnie ważny zapach, gdyż może on być swego rodzaju probierzem tego, na ile wygodnie Nagel czuć się będzie w fotelu Elleny. Oczywiście wiem, że kierunek, w jakim podąża Hermes, nie zależy wyłącznie od woli perfumiarza. Nad tym wszystkim pracuje sztab ludzi z szefem działu perfum na czele. Ale perfumiarz w Hermesie ma pozycje wyjątkową. W każdym razie taką miał Jean-Claude Ellena…

Wszyscy, którzy znają jej zapachy stworzone dla Jo Malone, nie powinni być Eau de Rhubarbe Ecarlate zaskoczeni. To jej styl. Absolutnie harmonijny, pozbawiony dysonansów, śliczny od początku do końca, a przy tym czysty i minimalistyczny, choć nie przesadnie.

Taka też jest jej pierwsza kolońska dla Hermesa. Stworzona chyba nieco bardziej z myślą o kobietach. A może to kwestia tego, że została skomponowana przez kobietę, z właściwą jej wrażliwością i jej preferencjami co do nut i akordów. No ale przecież założeniem Les Colognes Hermesa jest ich uniseksowość. Osobiście bardzo dobrze czuję się nosząc Eau de Rhubarbe Ecarlate, które jest cudownie orzeźwiające, świeże, niezwykle soczyste, z dominującą nutą owocową, która może niekoniecznie kojarzy mi się z rabarbarem (choć jest w niej jakiś element jego kwaśnej soczystości), a bardziej z mieszanką liści i owoców porzeczki. Początkowo pachnie kwaskowato i soczyście, z czasem staje się bardziej aksamitna i – dzięki białym piżmom – wygładzona. Przez cały czas utrzymuje jednak główną owocową nutę. Charakteryzuje się przy tym całkiem sporą wyrazistością i bardzo dobrą trwałością jak na kolońska etykietkę (za co w swojej subiektywnej ocenie przyznaję dwa dodatkowe punkty). Poprzez swój soczysto-owocowy, lekko zielony charakter, nawiązuje też do hermesowych ogródków. Czuć w niej wyraźnie wysoką jakość składników oraz sygnaturę Hermesa. Upss.. Wymknęło mi się! A jednak! Sygnatura Hermesa. Tak – zadziwiające, ale ona jest tu obecna.  

Christine Nagel @Benoit Teillet

Poprzez tę kolońską Christine Nagel miała coś bardzo ważnego do udowodnienia. To mianowicie, że z nią na pokładzie perfumowy Hermes pozostanie perfumowym Hermesem. Synonimem najwyższej jakości, połączenia wysublimowanej perfumiarskiej sztuki z mistrzowskim warsztatem i jasną wizją kierunku, w jakim chce zmierzać. Że zachowa pozycje i dystans do konkurencji nie poprzez bycie wyłącznie lepszym, ale także poprzez bycie innym.  Ja nie mam wątpliwości, że Nagel stanęła na wysokości zdania. Eau de Rhubarbe Ecarlate to jedna z najlepszych kolońskich Hermesa.

Na chwilę zatrzymam się przy flakonie. Kształt znany jest z całej linii Les Colognes i nawiązuje to klasycznego flakonu Eau d’Hermes z nieodwodzonym kapelusikiem jako zatyczką. Wykonanie – jak zwykle u Hermesa – jest perfekcyjne i dopracowane w każdym szczególe. Atomizer to najwyższa półka. Jest niesamowicie solidny. Działa perfekcyjnie i precyzyjnie, jak skrzynia biegów ekskluzywnego niemieckiego auta. Szczególnie pięknie flakon ten prezentuje się właśnie w szkarłatnym wybarwieniu, jakiego użyto dla podkreślenia charakteru zapachu (co jest zasadą w przypadku każdej kolońskiej Hermesa). Trzymanie w dłoniach tego przedmiotu to czysta przyjemność, dająca wrażenie obcowania z mini dziełem współczesnej sztuki użytkowej.

Po zaledwie jednym pachnidle trudno jest oceniać, czy Christine Nagel była dobrze przemyślanym „nabytkiem” Hermesa. Czas i kolejne jej pachnidła pokażą, czy zintegruje ona swój perfumeryjny styl z estetyką tej francuskiej marki. Jeana-Claude’a Ellenę trudno zastąpić, a funkcja głównego perfumiarza Hermesa to prawdopodobnie jedna z najbardziej prestiżowych funkcji w tym biznesie.  Pozostaje więc poczekać na kolejne dzieła Christine Nagel. Szczególnie intryguje mnie, jak sprawdzi się w cięższym gatunku perfumowym, jakim są perfumy kobiece oraz co będzie miała do zaproponowania mężczyznom. Bo kolońska, mimo że moim zdaniem bardzo dobra, to jednak tylko… kolońska.

Alcool 11 Flacons 4 lignes - logo 2 lignes+0,25

główne nuty: rabarbar, czerwone porzeczki, białe piżmo

twórca: Christine Nagel

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Jean Paul Gaultier „Le Beau Male”

jean-paul-gaultier

Przedstawiony w 2013 roku Le Beau Male (Piękny Mężczyzna) od Jeana Paula Gaultiera zaintrygował mnie z trzech powodów. Po pierwsze ze względu na jego pokrewieństwo z Le Male. Po drugie ze względu na perfumiarza (Francis Kurkdjian), tego samego, który w 1995 roku popełnił oryginalny Le Male. Wreszcie po trzecie ze względu na jego rzekomy zimno-ciepły charakter, na deklarowaną nietypową świeżość połączoną z ciepłą zmysłowością. W założeniu bowiem Le Beau Male ma być pachnidłem chłodnym (chłodzącym) i jednocześnie rozpalającym zmysły. Francis Kurkdjian postrzega markę Jean Paul Gaultier jako niezwykle zmysłową i dlatego nie wyobrażał sobie, by mógł dla niej stworzyć perfumy, które w jego ocenie nie byłyby zmysłowymi. A że jest to perfumiarz, który doskonale wie, jak osiągnąć zamierzony efekt olfaktoryczny (jakikolwiek by on nie był), można się było spodziewać pachnidła co najmniej intrygującego…

le beau male

Le Beau Male nie jest po prostu kolejnym „flankerem” Le Male (tych na przestrzeni ostatnich 20 lat powstała niezliczona liczba, w tym wiele świeżych wersji letnich). To pełnoprawna i pełnowymiarowa nowa kompozycja, która przedstawiana jest jako -owszem zainspirowana i spokrewniona z Le Male – olfaktoryczna gra przeciwieństw: chłodu i gorąca. Kategoria aromatycznego fougere, do jakiej zaliczany jest Le Beau Male, jest niezwykle pojemna, ale muszę przyznać, że po wielokrotnym przetestowaniu tego pachnidła pasuje ona do niego wyjątkowo dobrze mimo, że w składzie mamy zaledwie jeden z kluczowych składników klasycznego fougere – lawendę. Kurkdjian uważa ją zresztą za element DNA linii Le Male, przy czym w przypadku protoplasty artysta akcentował zmysłową i orientalną stronę tej niezwykłej woni, podczas gdy w Le Beau Male wykorzystał jej świeższe oblicze. Świeżą naturę zapachu podkreślił harmonizującą z lawendą miętą (pewnie każdy, kto rozcierał między palcami listki lub kwiaty lawendy wie, że jest w tej woni element mentolowy). Prócz tego w formule użyto esencji z bylicy, która pachnie trochę iglakami, a trochę owocami oraz kardamonu, który dobrze współgra z lawendą.

Mięta jako esencja w perfumerii pachnie nieco bardziej kwiatowo, aniżeli znamy to z produktów spożywczych. Posiada do tego pewną niezwykłą właściwość – przykrywa woń alkoholu w perfumach. Stąd na samym początku, zaraz po aplikacji, gdy zwykle w perfumach o lekkim i świeżym charakterze czujemy woń alkoholowego nośnika, w Le Beau Male niemal nie poczujemy tej ostrej nuty.

Mint_And_Ice_Cube

Początkowo chłodny Le Beau Male z czasem ustępuje miejsca zmysłowej reminiscencji z Le Male w postaci emblematycznego kwiatu pomarańczy, zestawionego tu z bardzo wyraźną szałwią, mającą charakterystyczną, nieco brudną woń. To element, którego – muszę przyznać – Kurkdjian użył odważnie. Testując zapach „z bliska” (czyli wąchając go naniesionego na skórę z odległości kilku cm) szałwia pachnie na tyle wyraźnie, że niezwyczajny tej woni nos może się wystraszyć. Jednak z dystansu także i ona wtapia się w atrakcyjną całość. Le Beau Male utrwalone zostało „czystymi” piżmami, podkreślającymi zmysłową naturę zapachu. Dzięki nim siedzi on na skórze około 7 godzin, co jak na zapach świeży jest niezłym wynikiem. Projekcja jest dość wyraźna przez pierwsze kilka kwadransów, później zapach wycofuje się, staje się bardziej subtelny, ale przyjemnie obecny.

Le Beau Male przypomina mi klimatem pachnidła w typie Cool Water Davidoff czy Giorgio Beverly Hills Wings for Men. Pokusiłbym się nawet o próbę zakwalifikowania go jako zapachu morskiego (marine), którego morskość została osiągnięta w nietypowy dla gatunku sposób. Taki charakter zapachu podkreśla także flakon będący morską w swej kolorystyce wariacją nt. oryginalnego flakonu Le Male. Abstrahując jednak od skojarzeń z wybrzeżem, w swej konstrukcji i składzie Le Beau Male jest pachnidłem na wskroś francuskim, co nie każdy zauważa. Mieszanka aromatycznych ziół: mięty, lawendy i szałwii – toż to kwintesencja tradycyjnych francuskich perfum dla panów! Pachnie jednak absolutnie współcześnie, choć pewne zapatrzenie w estetykę charakterystyczną dla perfumerii męskiej lat 90-tych jest tu dla mnie wyczuwalne. Aromatyczne morskie fougere? Chyba tak!

Le Beau Male z całą swoją osobliwą urodą jawi mi się jako interesująca propozycja na aktualną letnią pogodę szczególnie dla tych, który szukają oryginalnego, wyróżniającego się orzeźwienia ze zmysłowym podtekstem.

jean-paul-gaultier-le-beau-male

nuty głowy: mięta, bylica, lawenda

nuty serca: lawenda, kardamon, kwiat pomarańczy, szałwia

nuty głębi: białe „czyste” piżma, świerze nuty drzewne

twórca: Francis Kurkdjian

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

Męskie klasyki Amouage (4) – “Reflection Man”

Amouage to marka, która praktycznie od samego początku, od słynnego Gold Man autorstwa Guya Roberta, bardzo chętnie sięgała po klasyczne nuty kwiatowe w kompozycjach przeznaczonych dla mężczyzn. Choć trend ten uległ odwróceniu w ostatnich latach, to wciąż w części portfolio marki skierowanej do panów znajdziemy kompozycje z dominującymi lub pełniącymi istotną rolę w bukiecie nutami jaśminu i ylang ylang (Gold Man, Silver Man, Ciel Man), irysa (Dia Man) czy róży (Lyric Man).

neroli cedarwood

Reflection Man wpisuje się do grupy kwiatowej, z tym że tu przewodnią nutą jest neroli, czyli esencja z kwiatu pomarańczy, którą perfumiarz Lucas Sieuzac w sposób absolutnie perfekcyjny połączył w sercu kompozycji z jaśminem, ylang ylang i odrobiną esencji z irysa. Zapach otwiera się bardzo mocnym, gęstym i przepięknym akordem kwiatowym „zabarwionym” na zielono za pomocą petit grain (esencja z liści drzewa pomarańczowego) oraz rozmarynu, wzmocnionym za pomocą różowego pieprzu. Mimo dużego udziału nut kwiatowych i faktycznej dominacji neroli, Reflection Man ma dwoistą naturę, bowiem bardzo wyraźne są w nim także nuty drzewne, szczególnie cedru i sandałowca, które dają efekt zbliżonym do zapachu drewnianych wiórków, jakie pozostają po zaostrzeniu ołówka. Ta drzewna strona, wzmocniona jeszcze paczulą i wetiwerem, przydaje całości męskości i czyni Reflection Man jednym z najlepszych znanych mi męskich pachnideł z dominantą neroli. Podobne ujęcie tematu, aczkolwiek nie tak esencjonalne i intensywne, zaprezentował Francis Kurkdjian w A Piece of Me (APOM) Pour Homme. Z kolei Daphne Bugey w swoim Rose 31 dla Le Labo w podobny sposób zestawiła wyraźne nuty drzewne z nutą kwiatową, tyle że akurat różaną.

Reflection Man to perfumy na miarę Amouage – doskonałe w każdym aspekcie, także wyraźnej projekcji i długotrwałości. Jako wielbiciel kwiatu pomarańczy oraz zapachów drzewnych, w tej kompozycji znajduję idealne połączenie obu światów. Przede wszystkim zaś to doskonałe, eleganckie, uniewersalne i pełne klasy męskie pachnidło, które doskonale sprawdzi się w codziennym używaniu.

amouage reflecion man

nuty głowy: rozmaryn, różowy pieprz, liście gorzkiej pomarańczy (petit grain)

nuty serca: neroli (kwiat pomarańczy), irys, jasmin, ylang ylang

nuty głębi: paczula, wetiwer, drewno sandałowe, drewno cedrowe

twórca: Lucas Sieuzac

rok wprowadzenia: 2007

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra+
  • trwałość: ponad 10 h