Maison Francis Kurkdjian „Aqua Celestia” – niebiańska świeżość

Po zaledwie ośmiu latach działalności marka Maison Francis Kurkdjian wzbudziła apetyt branżowego giganta – koncernu LVMH, dysponującego w swym portfolio takimi brandami jak Guerlain, Dior Parfums, Givenchy czy Acqua di Parma. Skończyło się ogłoszonym dosłownie kilka dni temu zakupem jej pakietu większościowego. Informacja ta zelektryzowała media branżowe i zainteresowanych tematyką perfumową blogerów, w tym także i mnie. Co to oznacza dla przyszłości MFK? Trudno przewidzieć. Oby same dobre rzeczy.

Francis Kurkdjian to postać nietuzinkowa, nawet jak na pełną wyjątkowych postaci branżę, w której działa. Nieskazitelnie elegancki Paryżanin ormiańskiego pochodzenia, elokwentny, pewny siebie i swoich racji, umiejący ze swadą opowiadać o swej pracy i niezwykłych, niebanalnych projektach, jakich się podejmuje. Nie przepada za zdradzaniem tajemnic swojego perfumiarskiego warsztatu, perfumerię traktuje raczej jako rzemiosło, aniżeli sztukę. Lubi wyzwania i niebagatelne, zakrojone na szeroką skalę projekty z użyciem zapachu. Niewątpliwie człowiek sukcesu, ale też artysta, który posiadł tajemną wiedzę, dzięki której potrafi tworzyć piękne i uzależniające perfumy, wyróżniające się przy tym dużym potencjałem komercyjnym. Chcąc skomercjalizować swoją działalność, twórca z reguły potrzebuje wspólnika, orientującego się w zasadach prowadzenia biznesu w danej branży. Dla Francisa jest to Mark Chaya, który odpowiada za biznesową stronę MFK, a który doskonale wie, jak prowadzi się firmę w branży beauty.

MFK
Marka Chaya i Francis Kurkdjian

Połączenie sił, talentów i pracy obu panów zaowocowało powstaniem, rozwojem i sukcesem Maison Francis Kurkdjian – luksusowej marki perfumowej, znanej z imponującej linii nowoczesnych i wyjątkowej urody pachnideł, dostępnych w perfumeriach na wszystkich kontynentach oraz w kilku przepięknych butikach marki – w Paryżu, Kuala Lumpur, Kaohsiung, Taipei.

MFK Boutique

Gołym okiem i bez zaglądania w rachunek zysków i strat domniemać można, że MFK okazało się być udanym biznesem (wg http://us.fashionnetwork.com roczne obroty MFK sięgały 10 mln euro). Tak udanym, że zwróciło uwagę branżowego potentata (no chyba, że wcześniej popadło w finansowe tarapaty i znalazło branżowego inwestora, ale w taki scenariusz trudno by mi było uwierzyć). Zanim jednak „gruchnęła” wspomniana wiadomość o wykupie, Francis zdążył zaprezentować nowy zapach – kolejną, trzecią już po Aqua Universalis i Aqua Vitae, odsłonę swej „wodnej” kolekcji.

Aqua Celestia – podobnie jak Aqua Universalis – łączy subtelne nuty kwiatowe z piżmami i aurą luksusowego detergentu (co w tym przypadku jest komplementem, nie zaś wyrazem dezaprobaty). Różnice tkwią w odmiennej nucie kwiatowej (tu mimoza, tam kwiat pomarańczy i konwalia) oraz – przede wszystkim – w owocowej nucie czarnej porzeczki wyczuwalnej od samego początku, zgrabnie połączonej z orzeźwiającą limonką i miętą. Ten uroczy, świeży, lekki, transparentny, owocowo-kwiatowy akord utrzymuje się na skórze przez kilkadziesiąt minut. To, co pozostaje na skórze po jego wygaśnięciu, jest bardzo podobne do Aqua Universalis, choć nieco bardziej intensywne i trwalsze.

sky

Aqua Celestia to dla mnie kolejny dowód na to, że Francis Kurkdjian jest niedoścignionym mistrzem luksusowej i niebanalnej świeżości w perfumach. Specjalnie użyłem słowa luksusowej, choć bardzo trudno mi wyjaśnić słowami, dlaczego. Myślę jednak, że każdy, kto testował jego perfumy, z pewnością wie lub chociaż czuje, o czym piszę.

Jego wizja świeżości ma w sobie najwyższą jakość, coś nieuchwytnie hi-endowego, coś co powoduje, że otoczony stworzonym przez niego aromatem, czuję się, jakbym właśnie wyszedł spod prysznica i wdział nieskazitelnie białą koszulę uszytą dla mnie przez paryskiego Courtota (tak przynajmniej to sobie wyobrażam…).

Dotąd za każdym razem, gdy używałem Aqua Universalis, miałem chęć dosłownie się w niej wykąpać, nasączać nią odzież, bieliznę, pościel, dosłownie wszystko i… nie sięgać już po żadne inne perfumy. Teraz mam w tym zakresie wybór. Jest nim Aqua Celestia. Zabutelkowana niebiańska świeżość.

MFK Aqua Celestia

główne nuty: limonka, czarna porzeczka, mięta, mimoza, piżma

perfumiarz: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

Aqua Celestia jest już dostępna w perfumerii Quality Missala w Warszawie.

Irie Parfums – Japończyk w Paryżu

Stworzona przez mieszkającego i tworzącego w od 40 lat Paryżu japońskiego projektanta Sueo Irie marka odzieżowa Irie Wash uzupełniła niedawno (w 2014) swą ofertę o perfumy. Nie byłoby w tym zupełnie nic nadzwyczajnego, robi tak przecież coraz więcej brandów odzieżowych. Jednak zapachy Irie zasługują na szczególną uwagę entuzjasty perfum i to z dwóch względów. Po pierwsze – mają niebanalny, intrygujący, niszowy charakter. Po drugie – za połową z nich stoi Julien Rasquinet (perfumiarz znany m.in. ze świetnych zapachów dla Naomi Goodsir i Masque Milano). Najwyższy więc czas się z nimi zapoznać, szczególnie, że już dochodzą mnie informacje, że nie utrzymają się długo w sprzedaży. Cóż – z pewnością nie mają charaktery stricte komercyjnego. To raczej małe perfumowe dzieła sztuki.

irie-the-first-three

Obecnie dostępnych jest sześć pachnideł Irie, z których pierwsze trzy (Id Est, Nota Bene, Post Scriptum) pojawiły się jako inspirowana łacińskimi skrótami trylogia Les Abrégés d’Irié w 2014 roku (wszystkie skomponowane przez Rasquineta), zaś kolejne trzy inspirowane postaciami z greckiej mitologii (Edipe, Hemera, Hephaistos) miały swą premierę w 2015 roku. „Nos” stojący za tymi trzema to David Maruitte.

Trzy pierwsze wydają się być rozdziałami tej samej opowieści. Wszystkie dzielą minimalizm i subtelną ewolucję na skórze.  Są do siebie w pewnym sensie podobne, ale każdy ma swój odrębnych charakter. Mimo to trudno jednoznacznie je zaszufladkować, co stanowi o ich unikalnym charakterze.

Id Est oczarowuje ambrową aurą z subtelnie zielonym (wawrzyn) wstępem oraz niezwykłym sygnaturowym sercem, które w miarę upływu czasu nabiera mocy, zadziwiając oryginalnym aromatem złożonym z cynamonu, rumianku i geranium. Zapach zdaje się przeczyć mojej prywatnej teorii, że ambrowce to z gruntu nudne pachnidła. To jest wprost przeciwne, zaskakujące, inne. To ambra, której nadano innego, nieco ziołowego wymiaru.

Nota Bene okazuje się aromatem skórzanym, a nawet zamszowym, z mocną sucho-drzewną nutą papirusu. Nuty aromatyczne oraz żywice połączono tu z gorzką lukrecją i miodem. W tle zaś pojawia się ładnie komponujący się z miodem tytoń. Reasumując intrygujące, nieco szorstkie i bardziej męskie pachnidło Irie.

Post Scriptum zaskakuje przyprawowym otwarciem z ziołową nutą absyntu osadzoną na balsamiczno-drzewnej, raczej ociężałej bazie. Mimo intrygującego początku rozwija się najmniej interesująco z całej trójki, pozostając raczej blisko-skórnym zapachem żywiczno-ambrowym. Cóż, wszak to  Post Scriptum

irie-the-other-three-big

Druga trójka zapachowa Irie jawi się jako nieco bardziej żywa i zróżnicowana, a także moim zdaniem dużo ciekawsza i po prostu lepsza pod względem charakteru, ale także zachowania pachnideł na skórze. Zdecydowanie więcej tu olfaktorycznej magii i satysfakcji.

Edipe  kryje niespodziankę. To pozornie najświeższy zapach Irie, rozpoczynający się długotrwałym, mroźnym podmuchem mięty pieprzowej, zza której wyłania się krajobraz zimowego lasu sosnowego. Aromat iglakowej żywicy stanowi preludium do tematu Edipe, jaką jest olibanum. Oto więc kadzidlak, ale jakże nietypowy. Mroźny, zimowy, dzięki połączeniu olibanum z sosną mogący trochę kojarzyć się z Zagorskiem Comme des Garcons. To jednak dość luźne skojarzenia, raczej koncepcyjne niż olfaktoryczne. Edipe to bowiem rodzaj kadzidła najpierw bliższy Avignon CdG czy Full Incense Montale (tyle że zmieszano je tu z iglakami i miętą), a później – na finiszu – przypominający estetykę pachnideł Oliviera Durbano (w tym przede wszystkim Rock Crystal, ale także – szczególnie na samym końcu – Black Tourmaline z jego wędzoną dymnością).  Edipe to nie tylko jedna z najciekawszych propozycji Irie, ale i jedno z najbardziej twórczych pachnideł z kadzidłem w centrum. Zdecydowanie warte uwagi. Ważne, by nie dać się zwieźć początkowej dominacji mentolu, choć mi akurat ona zupełnie nie przeszkadza. Zaś wolty, jakie wykonuje zapach w miarę upływu czasu, uważam za fascynujące.

Niemniej intrygująco wypada Hemera, choć to zupełnie inny gatunek. Właśnie, jaki? Jakże trudno ją zaszufladkować! Zapachowo to jakby fougere (choć składniki zdają się temu przeczyć) z owocową (eukaliptus) nutą na wstępie i niecodziennym finiszem, kojarzącym mi się z tym z masculine Pluriel Francisa Kurkdjiana. Ale znajdziemy tu także wyraźnie zaznaczoną esencję z sosnowych igieł oraz tytoń, które budują serce Hemery i wzmacniają jej męski, aromatyczny charakter. Zaskakuje baza – mocna, trwała, jakby ambrowa, choć wedle składu pełna kadzideł. Hemera to mój ulubieniec w ofercie Irie. Charakterystyczny, przedziwny i magnetyczny, a przy tym rozkwitający na skórze, nabierający z czasem charakteru i mocy.

Wreszcie drzewny, uroczy w swym nieskomplikowanym charakterze Hephaistos. Ładnie współgra tu ciepły słodkawy gwajak z drzewnymi nutami wetywerii, cedru i sandałowca,. Subtelne akcenty ze smoły brzozowej i labdanum nadają mu nieco głębi. Przyprawy w postaci szafranu, kminu i kardamonu zostały tu zręcznie wkomponowane w drzewno-dymny temat. W formule nie zabrakło kadzidła, choć nie jest ono na pierwszym, ani nawet drugim planie. Zapach jest niemal linearny, zmienia się minimalnie. Spotka się – jak sądzę – z uznaniem wielbicieli Gucci Pour Homme, z bardziej nawet Dirty English for Men by Juicy Couture. Innymi słowy , coś dla wielbicieli słodkawo tlących się drewienek, do których – rzecz jasna – należę.

PS. Perfumy Irie można nabyć w Polsce wyłącznie w perfumerii Mood Scent Bar w Warszawie. Z tego, co mi wiadomo, ich dostępność jest bardzo ograniczona i wkrótce ich produkcja ma być zakończona. Szkoda, gdyż to niezwykłe olfaktoryczne cudeńka.

Cartier Declaration Fraiche

Tegoroczna świeża wersja klasyka Declaration z 1998 jest kolejną po wycofanej z oferty bardzo dobrej cytrynowo-imbirowej Declaration Cologne z 2010 oraz zeszłorocznej, także wartej uwagi, grejpfrutowej Declaration L’Eau.  Ze wszystkich świeżych wersji Fraiche zdecydowanie najbliżej jest do wersji pierwotnej, mimo jej mniejszej złożoności i bardziej transparentnej natury. Choć oficjalny, bardzo zresztą lakoniczny, spis nut tego nie podaje, obok sygnaturowego akordu „deklaracyjnego” (tu naprawdę bardzo bliskiego oryginałowi) znajdziemy mentol odpowiedzialny za świeżą i orzeźwiającą cześć zapachu. Nuta miętowa, którą Mathilde Laurent swego czasu w bardzo wyraźny sposób użyła w Cartier Roadster (2008), tu jest niemal równie prominentna – oczywiście głównie w początkowej fazie zapachu – do tego stopnia, że jej chłodzący efekt odczuwalny jest na skórze. Oficjalne zapowiedzi Cartiera dotyczące Fraiche zawierały zresztą obietnicę tzw. „cooling effect on the skin” i śpieszę potwierdzić, że jest to faktem.

Mathilde Laurent 2016
Mathilde Laurent

Fraiche pachnie więc jak lekko słodkawa wersja Declaration, pozbawiona kminu, za to zasypana świeżymi listkami mięty. Tym razem – w przeciwieństwie do zeszłorocznej L’Eau – lepsza jest trwałość zapachu, a jego projekcja także nie zostawia wiele do życzenia, choć jest oczywiście – jak sądzę – w zamierzony sposób delikatniejsza od klasyka. Nie sposób nie zauważyć lekkości i jednocześnie konsekwentnej „obecności” tego zapachu oraz jego minimalizmu, który jest cechą charakterystyczną wielu dzieł Laurent, co zbliża ją stylistycznie do Jean-Claude’a Elleny.

Cóż można więcej napisać o tym pachnidle? Jego centrum pozostaje sygnaturowy akord Declaration skomponowany niemal 20 lat temu przez Jean-Claude’a Ellenę, obecnie już niemal emerytowanego perfumiarza domu Hermes. Tym zapachem Ellena zapowiedział kierunek, w jakim podążał przez kolejne lata swej twórczości. Ta wibrująca, skrząca się, srebrzysta cytrusowo-przyprawowo-drzewna, natychmiast rozpoznawalna woń już zapisała się w historii perfumerii i z pewnością przyczyniła się do powstania Terre d’Hermes – jednego z najważniejszych męskich pachnideł XXI wieku. Podtrzymywanie zainteresowania Declaration poprzez wprowadzanie kolejnych wariacji na jej temat nie jest niczym nadzwyczajnym. To normalna praktyka na perfumeryjnym rynku. Nie mam w tym nic zdrożnego, o ile tylko kolejne wersje trzymają poziom i przyciągają interesującą interpretacją tematu, a tak – dzięki talentowi Mathilde Laurent oraz jej ogromnemu szacunkowi do dzieła Jean-Claude’a Elleny i jego samego jako artysty – jest w przypadku kolejnych wcieleń Declaration, także i tego najnowszego.

Declaration-Fraiche-Cartier-2016

główne nuty: bergamotka, cytrusy, kardamon, cedr

twórca: Mathilde Laurent

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Jacques Fath’s Essentials

Marka Jacques Fath jest znana głównie perfumowym afficionado, lubującym się w pachnidłach vintage. To za sprawą dwóch legendarnych zapachów: damskiego Iris Gris (1946) i męskiego Green Water (1947), które powstały jeszcze za życia twórcy marki, znanego po wojnie kreatora mody Jacquesa Fatha (zmarł w 1953 r). Zanim odszedł, zdążyli u niego terminować tacy designerzy, jak Huber de Givenchy czy Guy Laroche.

fath-jacques-1912-1954-createur-mode-francais2

Do 1957 roku firma kierowała wdowa do Jacquesie. Później na wiele lat zniknęła a z rynku aż do 1992 roku, gdy została reaktywowana przez France Luxury Group. Przy tej okazji  -w 1993 roku – reaktywowano sztandarowe Green Water, dostępne w różnych wariacjach flakonowych po dzień dzisiejszy. W 2016 roku nowi właściciele marki, firma Panouge, postanowili stworzyć zupełnie nową kolekcję czterech pachnideł po nazwą Fath’s Essentials, w której pojawiło się miejsce dla zupełnie nowej wersji klasyka Green Water. Skomponowanie ich powierzono perfumiarce Cecile Zarokian.

Fath

Cecile postanowiła w jak najwierniejszy sposób odtworzyć klasyka z jego pierwotnej wersji. Spędziła wiele czasu w Osmotheque (największe na świecie archiwum perfum) na zapoznawaniu się z przechowywanym tam pierwowzorem. Efekt jej pracy znalazł swoje zwieńczenie w Green Water Parfum.

cecile-zarokian-950x514 (1)

Green Water – po prostu zielona woda…

W przypadku tego zapachu zarówno jego nazwa, jak i barwa nie pozostawiają pola dla wyobraźni. Przekaz jest u bardzo prosty i bezpośredni. Oto… zapach zielony, który z pewnością przez lata służył perfumiarzom jako wzorzec.

Akord głowy to ładnie zbalansowany akord złożony z cytrusów, neroli oraz mięty (James Heeley musiał inspirować się Green Water, gdy komponował swoje Menthe Fraiche!). Subtelna ziołowość została tu wzmocniona pachnącym z natury nieco mentolowo estragonem, zaś bazylia w sercu przedłuża zieloność neroli. Ten zielono-ziołowy, świeży i rześki temat oparty został na bazie z wetywerii i mchu dębu, utrwalonej piżmami i akordem ambrowym. Zapach jest lekki, subtelny, ma raczej kolońską moc i taką też trwałość. Dość szybko znika ze skóry.

neroliMint

basiltarragon

oakmosswetiwer

Green Water to najbardziej tradycyjny z wszystkich czterech Fath’s Essentials. W sumie nic dziwnego, wszak jest to tak naprawdę reedycja zapachu skomponowanego 60 lat temu przez Vincenta Rouberta, dokonana przez Zarokian –  wedle oficjalnej informacji – z ogromną dbałością o wierność oryginałowi. Przyznam, że choć Green Water jest miły dla nosa i kompetentnie skomponowany, to jednak nie zachwycił mnie. Ot, przyjemny, lekki, świeży i dość szybko dający o sobie zapomnieć, do tego nietrwały.

Fath green

nuty głowy: neroli, bergamotka, mandarynka, pomarańcza

nuty serca: mięta, bazylia, estragon

nuty bazy: wetiwer, mech dębu, piżmo, szara ambra

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Okazało się, że najlepsze zapachy w tej kolekcji to pozostałe trzy, których autorką od początku do końca jest Cecile Zarokian.

Vers Le Sud –  krajobraz południa 

Zapach w założeniu mający oddawać naturalne aromaty Korsyki i Toskanii. Sama koncepcja nie jest może oryginalna, ale za to pachnidło – wprost przeciwnie. Vers Le Sud zaskakuje oryginalną w swym brzmieniu mieszaniną nut cytrusowych i zieloności liścia figi, spryskanych pianą z morskiej wody i osadzoną na kawałku drewna, który dryfował po oceanie. W tym zapachu czuć już wyrazisty styl Zarokian, lubującej się w zestawianiu mocnych aromatów, tworzących w ten sposób charakterystyczne, sygnaturowe akordy. Intro to intensywny, intrygujący, niebanalny akord cytrusowo-zielony z mocno zakamuflowaną, ale „robiącą swoją robotę” lawendą, zza którego wyraźnie wybija się słonawa nutka morskiego „aerozolu”. Ta  nuta z czasem dominuje i trzyma się na skórze bardzo długo obok wyraźnej nuty zielonej. Całość finiszuje współczesnym akordem drzewnym na bazie Cashmeranu i Ambroxanu oraz mchu dębowego.

citruses

seefiguer

Vers Le Sud najbliżej jest do Bois Naufrage Parfumerie Generale i  Sel Marin James Heeley. Jest czymś na kształt połączenia tych dwóch zapachów z dodatkiem zielonej nuty liścia figi. Nie można jednak odmówić mu oryginalności. Przewyższa też oba wymienione intensywnością i trwałością. Zapach zdecydowanie wart uwagi, szczególnie że zbliża się lato, podczas którego może szczególnie dobrze korespondować z gorącą pogodą.

Fath Vers le Sud

nuty głowy: cytryna, lawenda

nuty serca: morska bryza, liście figi

nuty bazy: mech dębu, Ambroxan, Cashmeran

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Bel Ambre – piękna ambra

Bardzo zręcznie zrobiona współczesna kompozycja ambrowa z subtelnym intro z pieprzu, jagód jałowca i cytrusów. Początek jest więc wibrujący i świeży, aczkolwiek w tle od razu poczuć można wiodący akord skórzano-ambrowy oraz całkiem wyraźny wetiwer, który dodaje całości intrygującej, lekko korzennej drzewności, chroniąc Bel Ambre przed popadnięciem w ambrowe klisze i nadając mu nieco męskiego sznytu. Wraz z upływem czasu wzmacnia się woń skórzno-ambrowa, tyle że już bez wetywerii.

pepperjuniper

amberorris

Bel Ambre zdecydowanie zyskuje przy bliższym poznaniu. Ma intrygujący charakter, dobrze układa się na skórze. Kto wie, czy nie stanie się moim drugim w kolejności ulubionym z całej czwórki po Curacao Bay, o którym poniżej.

Fath Bel Ambre

nuty głowy: cytrusy, jagody jałowca, czarny pieprz

nuty serca: kmin, irys

nuty bazy: skóra, drzewny wetiwer, ambra

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Curacao Bay

Od pierwszych testów podczas targów Esxence zdobył moje uznanie swą unikatowością i oryginalnym charakterem. Lubię zapachy wyraziste, o mocnej sygnaturze, jednocześnie wdzięczne w noszeniu. Przede wszystkim zaś cenię ich indywidualny charakter. Curacao Bay zdecydowanie wszystkie te cechy posiada. Otwiera się akordem morskim z dodatkiem cytrusów. W sercu jest morsko-kwiatowy (nuta frangipani), zaś w bazie najpierw dominuje coś na kształt cashmeranu. Później zaś naprzód wysuwa się nuta morska o nieco detergentowym, czystym charakterze, która utrwalona została najprawdziwszą szarą ambrą, zawierającą w sobie naturalnie nabytą nutkę morskiego jodu. Ten finalny akord trzyma się na skórze niemal dobę!

Curacao Bay to z pewnością najbardziej nowatorska z czterech Fath’s Essentials.

mandarinemarine

frangipanigrey amber

 

Fath curacao

nuty głowy: cytrusy, nuty zielone, szara ambra

nuty serca: nuta zwierzęca, akord Frangipani, nuta jodu

nuty bazy: ambra, piżmo

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Fath’s Essentials to perfekcyjne dzieło współczesnego designu, nie tylko perfumowego, ale i użytkowego. Na uwagę zasługuje elegancki i jednocześnie nowoczesny flakon z zamykaną na magnes zatyczką. Jego walcowaty kształt i bezbarwne szkło pozwalają cieszyć oko intensywnymi barwami poszczególnych pachnideł, doskonale dobranymi do ich charakteru. Wszystkie zapachy mają idealnie uniseksowy charakter. Odznaczają się przy tym oryginalnością, pozostając w pełni noszalnymi i po prostu bardzo ładnymi pachnidłami, z których jedno jest z założenia odtwórcze, pozostałe zaś trzy wyróżniają się wartą odnotowania kreatywnością. Wszystkie zaś cechuje bezsprzecznie wysoka jakość.

 

„Green is the colour”, czyli „Colonia Club” Acqua Di Parma i „Cyber Garden” Costume National

„Green is the color of her kind
Quickness of the eye deceives the mind
Envy is the bond between the hopeful and the damned”

Pink Floyd „Green is the colour”

 

Trochę przy okazji dnia Świętego Patryka i jego zielonej symboliki, a trochę przypadkowo dziś na blogu dwa zapachy zielone, jak przyjęto określać pachnidła z dominującymi nutami roślinnych soków. Oba penetrują zieloną estetykę na swój odrębny i oryginalny sposób. Oba w swym gatunku prezentują bez wątpienia najwyższą jakości i oba warte są uwagi, zważywszy na zbliżającą się wiosnę…

 

Acqua Di Parma Colonia Club – ogród tradycji

Od pierwszy sekund czuć tu rękę mistrza Francoisa Demachy’ego i – choć to inny zapach – to jednak pod względem ogólnej stylistyki kojarzy mi się z zeszłorocznym Eau Sauvage Cologne. Tam perfumiarz mocno zaakcentował nuty rześkie, gorzko-zielone (bergamotę, grejpfrut, galbanum i petit grain). Tu poszedł bardziej w kierunku subtelnej zielonej mentolowości, unikając nut gorzkich i soczyście zielonych, poza samym początkiem zapachu. Dobór składników świadczy o klasycznym podejściu perfumiarza i o chęci osiągnięcia konkretnego estetycznego celu. Mięta, zaskakująco jeden z głównych bohaterów Colonia Club, która ujawnia się po dosłownie kilkunastosekundowym, mocnym zielono-cytrusowym wstępie (bergamotka), pachnie tu bardzo naturalnie, kojarząc się z Menthe Fraiche Jamesa Heeleya. Została tu zresztą w naturalny sposób przedłużona w fazę serca przez wyraźnie przecież mentolowe geranium. Otoczono ją nutami słodko-cytrusowymi oraz ładnie wkomponowanym kwiatem pomarańczy. Zielone serce zapachu wzmocniono galbanum (które czuć w towarzystwie mięty praktycznie od początku), a ziołowość mięty i geranium wsparta została lawendą. Drzewna baza złożona jest z wetywerii, ambry i piżm i wydaje się bardzo logiczną konsekwencją całej tej zielono-ziołowo-kolońskiej konstrukcji, która pachnie dość jednak tradycyjnie, klasycznie i zdecydowanie męsko.

Colonia Club to bardzo ładna, przyjemna w noszeniu i na swój sposób, poprzez istotny udział nut mentolowych, oryginalna, subtelnie ziołowa, naturalnie pachnąca kolońska, która cieszy nos głównie przez pierwsze kilka kwadransy, z czasem mocno wyciszając się i pozostając blisko skóry. Jest z pewnością ciekawym uzupełnieniem kolońskiej oferty szacownej włoskiej marki, która dotąd znana była z kolońskich klasycznie zdominowanych przez cytrusy (pomijam tu Ingredient Collection). Na ich tle Colonia Club stanowi przekonujący wyjątek.

acqua-di-parma-colonia-club

nuty głowy: bergamotka, cytryna, liść pomarańczy, mandarynka, mięta, kwiat pomarańczy

nuty serca: geranium, lawenda, galbanum

nuty bazy: ambra, piżmo, wetiwer

twórca: Francois Demachy

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Costume National Cyber Garden – ogród przyszłości

Cyber Garden w porównaniu z Colonia Club pachnie nie tylko bardziej zielono, ale także mniej naturalnie, zdecydowanie bardziej nowocześnie i intrygująco. To jedno z najciekawszych ujęć zielonego tematu w perfumach, jakie zdarzyło mi się testować, dużo lepsze od mającego podobne ambicje Amazingreen Comme des Garcons. Już sama osoba perfumiarza – znanego z zamiłowania do eksperymentu Antoine’a Lie’a – jest niemal gwarantem niebanalności zapachu. W Cyber Garden potwierdza on swój kunszt i niesztampowość.

Cyber Garden to pachnidło zdecydowanie warte uwagi. Ma w założeniu symbolizować ogród przyszłości,w którym natura łączy się z elementami sztucznymi. Antoine Lie genialnie oddał ten temat tworząc przy tym zapach intrygujący i charyzmatyczny,  jednocześnie bardzo komfortowy w noszeniu.

T1K-Green-Masterbatch

Intrygujące i przykuwające uwagę perfumy powinny zawierać pozornie nieprzystające do siebie składniki, tworzące bliskie dysonansu olfaktoryczne napięcie. W Cyber Garden z pewnością obecne są takie kontrasty. Zasadniczym jest kontrast pomiędzy tradycyjnymi składnikami naturalnymi (m.in. bergamotka, geranium, fiołek, wetiwer) i syntetycznymi molekułami,  które dodają zapachowi futurystycznej aury (zielony eter i winylu). Szczególnie nuta winylu, wspomagana przez szczyptę szafranu (!) wypada ciekawie, czyniąc obecną tu zieleń jakby… plastikową. Nutka sztucznego tworzywa zaskakuje, intryguje, ale wpisuje się w całość w sposób zadziwiająco harmonijny. Za jego dominującą zieloność odpowiada przede wszystkim woń fiołkowego liścia.

Soczysty, owocowo zielony początek Cyber Garden przechodzi gładko w plastikowo-zielone serce, by finiszować niezwykle udanym, intrygującym, mocnym i długo obecnym bazowym ogonkiem zapachowym zbudowanym z nut drzewnych i żywicznych, mających w sobie wciąż sporo zieleni.  Cyber Garden ładnie snuje się za noszącym przez długie godziny, co dodatkowo poprawia moją i tak już wysoką ocenę tego zapachu, który jest moim daniem zdecydowanie wart polecenia. To kolejne bardzo dobre perfumy w ofercie Costume National, marki, którą każdy wielbiciel dobrych perfum powinien mieć na uwadze.

Cyber Garden 1

nuty głowy: zielony eter, różowy pieprz, bergamotka, grejpfrut

nuty serca: winyl, geranium, szafran, liście fiołka

nuty bazy: wetiwer, paczula, opoponax, labdanum, mech

twórca: Antoine Lie/ Ennio Capasa

rok premiery: 2013

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

Hermes „Le Jardin de Monsieur Li”

00

„Pamiętam zapach stawów, zapach jaśminu, zapach mokrych kamieni, drzew śliwkowych, kumkwatów i gigantycznych bambusów. To wszystko tam było (…)”

Jean-Claude Ellena o ogrodzie Pana Li.

04

Le Jardin de Monsieur Li to zapach chińskiego ogrodu zawieszonego gdzieś pomiędzy rzeczywistością a wyobraźnią. Choć faktycznie za inspirację perfumiarzowi posłużył autentyczny, namacalny ogród, w którym – jak sam stwierdził – każdy fragment, każdy detal ma swoje z góry przemyślane miejsce, tak by przechadzając się po nim, pozwolić sobie na zagubienie we własnych myślach, na oddanie się rozmyślaniom i medytacji.

02

W przypadku perfumowej twórczości Jean-Claude’a Elleny spisy nut czy składników zdają się być zwykle bezużyteczne. Dlaczego? Składniki bowiem zwykle połączone są w całość w taki sposób, by tworzyć nową olfaktoryczną jakość. Ingrediencje układają się w niej niczym słowa w oryginalną opowieść, w której ważny jest kreowany obraz, świat, wrażenie, a nie poszczególne tworzące ją słowa. Tak też jest w przypadku najnowszego „hermesowego ogródka”. Jest w nim wszystko, za co podziwiam i uwielbiam mistrza Ellenę. Oryginalny akord, wyjątkowe nuty, unikatowe ingrediencje je budujące, pozytywne zaskoczenie, gdy wącham spryskaną nim skórę.

06

Le Jardin de Monsieur Li to przepiękne w swym minimalizmie połączenie wyraźnej na samym początku słodko-owocowej nuty kumkwatu z krystalicznie czystą nutą jaśminu nietypowo zestawioną z miętą, która komponuje się z całością nadając sercu zapachu świeżości, ale nie ujawniając się indywidualnie. Zapach zbudowany jest na subtelnej zielono-drzewnej bazie, która trwa zachowując zadziwiającą świeżość nawet wiele godzin po aplikacji. Całość bywa, że emanuje delikatnie mineralną, delikatnie też wodną, ale przede wszystkim jednak owocową i zielono-kwiatową aurą. Jest jedyny w swoim rodzaju, mimo że tak bliski stylistycznie temu, co dotąd Mistrz w ramach tego niezwykłego ogrodowego cyklu zaproponował. Raz poczuty na kimś, jest nie do pomylenia z niczym innym. Na tym m.in. polega geniusz Jean-Claude’a. Wspomniałem o czystym jaśminie. Otóż nuta ta ma tu wyjątkowo wypolerowany charakter. Jaśmin pozbawiony został typowych dla siebie elementów indolowych, aspektów gorzko-organicznych. Pozostała niczym nie zmącona nuta białokwiatowa o wyjątkowej urodzie. Cały Ellena – lubujący się w specjalnie dla niego opracowywanych esencjach.

09

Perfumy te mają – podobnie jak każdy ogródek Hermesa – uniseksowy charakter, pachną dość subtelnie, ale wyraźnie i trzymają się skóry przez dobrze ponad osiem godzin. Ich charakter zachęca do nieco bardziej obfitego użycia, co znacznie poprawia wszystkie wymienione parametry. Są prześliczną propozycją na ciepłą pogodę, mają w sobie mnóstwo słońca i pozytywnej energii.

03

Warto przypomnieć, że Jean-Claude Ellena, rodowity grassoise, nadworny perfumiarz Hermesa od 2004 roku, to jeden z najwybitniejszych żyjących perfumiarzy, który już zapisał się w annałach perfumeryjnej sztuki na równi z takimi postaciami jak Edmond Roudnistka czy Jean Carles. Jean-Claude jest niekwestionowanym mistrzem minimalizmu, ale i także perfumerii prawdziwie kreatywnej. To twórca o bardzo indywidualnym i dość hermetycznym stylu, bazującym na inspirowanym Haiku minimalizmie formy i wysokiej jakości składnikach. Nie są to wszakże składniki zwyczajne.

08

Perfumiarz lubuje się w doskonałej jakości syntetykach oraz ingrediencjach pochodzenia naturalnego poddanych procesom oczyszczania z wybranych niepożądanych przez niego frakcji. Destylacja frakcyjna opanowana została do perfekcji przez zlokalizowaną w Grasse firmę Laboratoire Monique Remy (należącą obecnie do IFF). To tam przede wszystkim Ellena zaopatruje się w naturalne ingrediencje do swych pachnideł. Bardzo starannie dobiera składniki, a jego paleta jest znakomicie mniejsza od standardowej i ogranicza się do kilkudziesięciu substancji. To świadome samoograniczenie ma na celu z jednej strony większą zwartość kompozycji, z drugiej zaś koncentrację na balansie pomiędzy maksymalnie kilkunastoma składnikami, na ich wzajemnej grze, bez rozpraszania ich natłokiem innych. To prawdopodobnie stąd wynika bardzo rozpoznawalny i indywidualny charakter perfum Elleny.

Le Jardin de Monsieur Li to najlepszy dowód jego niezwykłego talentu i wykrystalizowanego przez lata praktyki stylu, który podsumować można tymi słowy: mniej znaczy więcej. Myślę, że tylko prawdziwi koneserzy luksusu doceniają tę zasadę. Ja wciąż się tego uczę. Hołduję przy tym jeszcze jednej zasadzie – że nietrudno zadowolić mnie najlepszym. Także w tym względzie Le Jardin de Monsieur Li mnie nie zawodzi.

Prehome_Jardin_de_Mr_Li_1

nuty głowy: kumkwat

nuty serca: jaśmin, mięta

nuty głębi: nuty drzewne

rok premiery: 2015

nos: Jean-Claude Ellena

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

Jean Paul Gaultier „Le Beau Male”

jean-paul-gaultier

Przedstawiony w 2013 roku Le Beau Male (Piękny Mężczyzna) od Jeana Paula Gaultiera zaintrygował mnie z trzech powodów. Po pierwsze ze względu na jego pokrewieństwo z Le Male. Po drugie ze względu na perfumiarza (Francis Kurkdjian), tego samego, który w 1995 roku popełnił oryginalny Le Male. Wreszcie po trzecie ze względu na jego rzekomy zimno-ciepły charakter, na deklarowaną nietypową świeżość połączoną z ciepłą zmysłowością. W założeniu bowiem Le Beau Male ma być pachnidłem chłodnym (chłodzącym) i jednocześnie rozpalającym zmysły. Francis Kurkdjian postrzega markę Jean Paul Gaultier jako niezwykle zmysłową i dlatego nie wyobrażał sobie, by mógł dla niej stworzyć perfumy, które w jego ocenie nie byłyby zmysłowymi. A że jest to perfumiarz, który doskonale wie, jak osiągnąć zamierzony efekt olfaktoryczny (jakikolwiek by on nie był), można się było spodziewać pachnidła co najmniej intrygującego…

le beau male

Le Beau Male nie jest po prostu kolejnym „flankerem” Le Male (tych na przestrzeni ostatnich 20 lat powstała niezliczona liczba, w tym wiele świeżych wersji letnich). To pełnoprawna i pełnowymiarowa nowa kompozycja, która przedstawiana jest jako -owszem zainspirowana i spokrewniona z Le Male – olfaktoryczna gra przeciwieństw: chłodu i gorąca. Kategoria aromatycznego fougere, do jakiej zaliczany jest Le Beau Male, jest niezwykle pojemna, ale muszę przyznać, że po wielokrotnym przetestowaniu tego pachnidła pasuje ona do niego wyjątkowo dobrze mimo, że w składzie mamy zaledwie jeden z kluczowych składników klasycznego fougere – lawendę. Kurkdjian uważa ją zresztą za element DNA linii Le Male, przy czym w przypadku protoplasty artysta akcentował zmysłową i orientalną stronę tej niezwykłej woni, podczas gdy w Le Beau Male wykorzystał jej świeższe oblicze. Świeżą naturę zapachu podkreślił harmonizującą z lawendą miętą (pewnie każdy, kto rozcierał między palcami listki lub kwiaty lawendy wie, że jest w tej woni element mentolowy). Prócz tego w formule użyto esencji z bylicy, która pachnie trochę iglakami, a trochę owocami oraz kardamonu, który dobrze współgra z lawendą.

Mięta jako esencja w perfumerii pachnie nieco bardziej kwiatowo, aniżeli znamy to z produktów spożywczych. Posiada do tego pewną niezwykłą właściwość – przykrywa woń alkoholu w perfumach. Stąd na samym początku, zaraz po aplikacji, gdy zwykle w perfumach o lekkim i świeżym charakterze czujemy woń alkoholowego nośnika, w Le Beau Male niemal nie poczujemy tej ostrej nuty.

Mint_And_Ice_Cube

Początkowo chłodny Le Beau Male z czasem ustępuje miejsca zmysłowej reminiscencji z Le Male w postaci emblematycznego kwiatu pomarańczy, zestawionego tu z bardzo wyraźną szałwią, mającą charakterystyczną, nieco brudną woń. To element, którego – muszę przyznać – Kurkdjian użył odważnie. Testując zapach „z bliska” (czyli wąchając go naniesionego na skórę z odległości kilku cm) szałwia pachnie na tyle wyraźnie, że niezwyczajny tej woni nos może się wystraszyć. Jednak z dystansu także i ona wtapia się w atrakcyjną całość. Le Beau Male utrwalone zostało „czystymi” piżmami, podkreślającymi zmysłową naturę zapachu. Dzięki nim siedzi on na skórze około 7 godzin, co jak na zapach świeży jest niezłym wynikiem. Projekcja jest dość wyraźna przez pierwsze kilka kwadransów, później zapach wycofuje się, staje się bardziej subtelny, ale przyjemnie obecny.

Le Beau Male przypomina mi klimatem pachnidła w typie Cool Water Davidoff czy Giorgio Beverly Hills Wings for Men. Pokusiłbym się nawet o próbę zakwalifikowania go jako zapachu morskiego (marine), którego morskość została osiągnięta w nietypowy dla gatunku sposób. Taki charakter zapachu podkreśla także flakon będący morską w swej kolorystyce wariacją nt. oryginalnego flakonu Le Male. Abstrahując jednak od skojarzeń z wybrzeżem, w swej konstrukcji i składzie Le Beau Male jest pachnidłem na wskroś francuskim, co nie każdy zauważa. Mieszanka aromatycznych ziół: mięty, lawendy i szałwii – toż to kwintesencja tradycyjnych francuskich perfum dla panów! Pachnie jednak absolutnie współcześnie, choć pewne zapatrzenie w estetykę charakterystyczną dla perfumerii męskiej lat 90-tych jest tu dla mnie wyczuwalne. Aromatyczne morskie fougere? Chyba tak!

Le Beau Male z całą swoją osobliwą urodą jawi mi się jako interesująca propozycja na aktualną letnią pogodę szczególnie dla tych, który szukają oryginalnego, wyróżniającego się orzeźwienia ze zmysłowym podtekstem.

jean-paul-gaultier-le-beau-male

nuty głowy: mięta, bylica, lawenda

nuty serca: lawenda, kardamon, kwiat pomarańczy, szałwia

nuty głębi: białe „czyste” piżma, świerze nuty drzewne

twórca: Francis Kurkdjian

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***