Nicolai Parfumeur – „Cap Néroli”/ „Néroli Intense” – przylądek neroli

Cap Néroli to perfumowy hołd złożony przez Patricię de Nicolai uprawom gorzkiej pomarańczy na Lazurowym Wybrzeżu. Néroli Intense jest cieplejszą i głębszą, bardziej zmysłową jego wersją. Oba zapachy łączy wspólny temat. Oba pięknie się różnią i równie pięknie uzupełniają. Oba to bez wątpienia perfumowe dzieła sztuki.

Patricia de Nicolai z synem Axelem

Cap Néroli zachwyca naturalnością i wyrafinowaniem. Jest zapachem świeżym, ale złożonym. Długa formuła i idealnie zaplanowane proporcje pozwalają mu nie tylko pachnieć bogato, ale i rozwijać się na skórze zgodnie z klasycznymi francuskimi wzorcami perfumowymi. Możemy więc śmiało wyróżnić w nim akord głowy, serca i głębi.

Otwiera się świeżym, lekko kwaskowym, ale przede wszystkim zielonym akordem, w którym dominująca rolę gra esencja petit grain (liść gorzkiej pomarańczy). Towarzyszą mu dla równowagi słodkie cytrusy, a dodatkowego, subtelnie ziołowego, prowansalskiego charakteru nadaje mu rozmaryn. Świeżość podkreśla mięta zastosowana z umiarem, bez tak naprawdę ujawniania się w postaci chłodnego mentolu. Akord głowy jest bardzo esencjonalny, soczysty, naprawdę piękny. W sercu ujawnia się kwiatowa część Cap Néroli. Majstersztyk zbudowany zarówno z esencji jak i absolutu kwiatu pomarańczy, Ylang-ylang oraz dominującego w jego późniejszej fazie jaśminu. Subtelnie gorzki akord białokwiatowy, będący de facto centralnym punktem Cap Néroli, osadzony został na klasycznej bazie z mchu dębowego, piżma i odrobiny ambry. Taki dobór składników nie pozostawia wątpliwości co do klasycznego charakteru zapachu. Baza jest perfumową poezją. Świeża w klasyczny sposób, emanująca echami białokwiatowego serca oraz piękną, a jakże współcześnie rzadko już spotykaną nutą mchu dębowego. Klasyka w najlepszym wydaniu.

Cap Néroli to zapach tradycyjny w swej treści i formie. To zdecydowanie stara dobra szkoła komponowania. Genialnie zrealizowana woń w typie Eau Sauvage Diora: cytrusy, neroli, jaśmin i mech dębu. Przepisy na klasykę. Siłą tego zapachu jest talent Patrici de Nicolai, doskonałe składniki i nie oglądanie się na trendy. To w swej kategorii absolutne wyżyny perfumowej sztuki. Piękny, esencjonalny, efektownie się zmieniający, ładnie projektujący i goszczący na skórze wystarczajaco długo, by się nim przez wiele godzin cieszyć.

nuty głowy: petit grain, pomarańcza, mandarynka, rozmaryn, mięta

nut serca: neroli, Ylang-ylang, jaśmin, kwiat pomarańczy

nuty bazy: mech dębu, piżmo, ambra

rok premiery: 2018

nos: Patricia de Nicolai

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0->3,0

Néroli Intense to woda perfumowana oparta na Cap Néroli, z tym, że Patricia ociepliła cytrusowo-kwiatową woń woskiem pszczelim i dodała jej głębi za pomocą paczuli. Użyła też jeszcze kilku innych składników, jak choćby tajemniczy kwiat pospornicy oraz – w otwarciu – estragon zamiast rozmarynu i mięty. Te zabiegi spowodowały, że owszem Néroli Intense pachnie podobnie do Cap Néroli, ale jednak na tyle inaczej, by traktować go jako niezależny perfumowy byt. Mniej w nim biało-kwiatowej goryczki, mszystego tła, więcej bursztynu. Finisz jest głębszy, a zapach nie tak świeży, jak Cap Néroli, cieplejszy, bardziej zmysłowy.

Ze względu na brak obecnego w Cap Néroli klasycznego tercetu: neroli, jaśmin, mech dębu, Néroli Intense pachnie bardziej nowocześnie. O ile Cap Néroli może nieco kojarzyć się z zapachami typu wspomnianego Eau Sauvage czy Eau Fraiche Diora, co mnie osobiście bardzo odpowiada, o tyle Néroli Intense to aromat, który może już schlebiać współczesnym gustom w tym zakresie, wykreowanym swego czasu przez Neroli Portofino Toma Forda, czyli w skrócie: koloński motyw na sterydach, treściwy, pogłębiony, utrwalony.

Mnie oba ujęcia neroli w wykonaniu Patrici de Nicolai podobają się jednakowo. Każde ma coś innego do zaproponowania i każde jest doskonałe. Na koniec, po chwili zastanowienia, skłoniłbym się ku takiemu oto osądowi, że Cap Néroli ma nieco bardziej męski, klasycznie koloński charakter, podczas gdy Néroli Intense ładnie zabrzmi na każdej skórze, bez względu na płeć. Ale to oczywiście wszystko kwestia gustu. Jedno jest pewne – to doskonałe zapachy. Vive Patricia de Nicolai! Vive la France!

nuty głowy: neroli, pomarańcza, mandarynka, estragon

nut serca: kwiat posporinicy (Pittosporum), petit grain, kwiat pomarańczy

nuty bazy: wosk pszczeli, paczula, piżmo

rok premiery: 2018

nos: Patricia de Nicolai

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0->3,0

Carner Barcelona „Mediterranean Collection” – śródziemnomorskie lato

U progu lata Carner Barcelona raczy nas aż trzema zapachami w koncentracji wody perfumowanej zainspirowanymi wybrzeżem Morza Śródziemnego.  Nie jest to wszakże pierwszy raz, gdy marka sięga po ten jakże rozległy region geograficzny. Trzy lata temu brand Sary Carner przedstawił świetną morsko-ambrową Costarelę. Tegoroczny tercet to doskonałe uzupełnienie nieco dotąd zaniedbanej w ofercie marki kategorii świeżej i orzeźwiającej. Uzupełnienie bardzo, ale to bardzo udane, co muszę stwierdzić juz na samym wstępie.

Salado

Zapach skąpanej opalonej skóry pokrytej kryształkami morskiej soli. Rześki i odświeżający jak lekka śródziemnomorska bryza, przesuwająca się po pokładzie żaglówki zadokowanej na morskim wybrzeżu.

Salado otwiera się zielonym, lekko cytrusowym i lekko musującym akordem, któremu krótkotrwałej wibracji nadaje różowy pieprz. Słoneczne ciepło esencji kwiatu pomarańczy w sercu naturalnie współgra z wodnym orzeźwieniem nuty ogórka. W tle czuć drobinki morskiej soli, osadzone na podłożu z dryfującego drewna i utrwalających zapach na skórze piżm. Subtelna baza jest słonawa i ciepła, dokładnie jak skąpana śródziemnomorskim słońcem skóra. Świetny i bardzo sugestywny zapach.

Carner_Fresh_Salado-100ml__76810.1555349387

główne nuty: zielone cytrusy, kwiat pomarańczy, ogórek, akord słony, piżma

Bo-Bo

Bo-bo wziął swą nazwę ze starożytnego tańca folklorystycznego i podobnie jako on przywołuje dawny śródziemnomorski klimat.

Zapach jest początkowo rześko-cytrusowy, z delikatnie wkomponowanymi w sercu duetem białych kwiatów (jaśmin i konwalia). Wetyweria naturalnie przedłuża zielony aspekt zapachu dodając lekkiej drzewności, a biała ambra pogłębia finisz. Prosta, ale jakże skuteczna formuła, choć – i to muszę napisać – powodująca, że Bo-Bo wypada najmniej efektownie spośród opisywanej trójki zapachów.

Carner-Barcelona-Fresh-Collection-Bo-Bo

główne nuty: cytrusy, czarna porzeczka, białe kwiaty, wetyweria, piżmo

Fig Man

Zainspirowany ilustracją Salvadora Dali’ego o tej samej nazwie, jest oryginalnym ujęciem pozornie klasycznych nut ziemistych odwróconych w taki sposób, by powstał fantazyjny aromat.

Fantazyjny czy nie, Fig Man to bardzo dobrze zrobiony zapach zielony z umieszczoną w centrum i wzmocnioną fiołkiem nutą figowego liścia, poprzedzoną zielono-cytrusowym wstępem, wzbogaconym wibrującym kardamonem, a spuentowaną solidną drzewną bazą z paczulą i gwajakiem, ocieploną tonką. Fig Man pachnie zielono-drzewnie, dość intensywnie i nie aż tak wielowymiarowo, jakby to wynikało z wymienionych wyżej nut. Jest mimo wszystko dość linearny i bardzo na temat, co mi akurat odpowiada. To piękny figowiec od początku do końca.

Carner-Barcelona-Fresh-Collection-Fig-Man

główne nuty: cytrusy, kardamon, figa, akord morski, paczula, gwajak, tonka

Zapachy Carner Barcelona z kolekcji Mediterrenean urzekły mnie uniseksowym połączeniem bardzo żywych, kolorowych, orzeźwiających akordów oraz zaskakującą – jak na świeże pachnidła – esencjonalnością i trwałością, która będzie ich niewątpliwym atutem, gdy zostaną użyte w warunkach upalnej aury (która nareszcie do nas dotarła, bo niekończących się miesiącach zimna, wilgoci i niedostatku światła słonecznego), do czego zostały moim zdaniem stworzone. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym tercetem. To naprawdę świetnie pod każdym względem perfumy, których dotąd zdecydowanie brakowało w ofercie Carner Barcelona.

Acqua di Parma „Cipresso di Toscana” – w cieniu toskańskich cyprysów

Tegoroczne lato z Acqua di Parma spędzimy w Toskanii, w małych miasteczkach na wzgórzach, pośród winorośli i bujnych cyprysów. Słońce mamy gwarantowane, doznania smakowe i węchowe też. Czego chcieć więcej?

Tegoroczna premiera w ramach inspirowanej krajobrazami wybrzeża Morza Śródziemnego kolekcji Blu Mediterraneo to właściwie reaktywacja zapachu, który w innej koncentracji (i być może o nieco innym aromacie) Acqua Di Parma wypuściła w 2005 roku. Autorem tamtej kompozycji był Bertrand Duchaufour. Porównując nuty zapachowe można domniemać, że tegoroczna Cipresso di Toscana reprezentuje ten sam zapachowy gatunek: aromatyczne, zielone i – co najważniejsze – iglakowe fougére.

cypress

Jak pachnie Cipresso di Toscana? Dokładnie tak, jak to wynika z nazwy zapachu. Początkowo lekko cytrusowo, z obecnym anyżkiem i lekko cytrusową żywicą elemi. Z czasem „uwidacznia się” akord serca, zbudowany głównie z szałwii oraz lawendy. Ta pierwsza została tu użyta z wyczuciem, druga zaś pięknie się z nią komponuje, choć jest raczej w tle. Zieloności dodaje esencja petit grainClue zapachu stanowi jego iglakowa baza, zbudowana aż z trzech esencji (jodła, sosna i cyprys), nadająca specyficznego zielono-mszystego charakteru.

Cipresso di Toscana pachnie bardzo przyjemnie i bardzo poprawnie, przy tym bardzo klasycznie. To (kolejny) ukłon w kierunku dojrzałej, męskiej klienteli (ta chyba stanowi większość w przypadku tej marki), która ceni sobie klasyczne męskie akordy. Bardzo podobnym, acz nieco intensywniejszym zapachem jest Italian Cypress Toma Forda. Zbieżność nazw nie jest więc przypadkowa. Pod względem intensywności i projekcji to aromat utrzymany w ryzach, dobrze utrwalony, trzyma się na skórze całkiem długo. Trzeba pamietać, że pod względem koncentracji nie jest to przecież kolońska, z którą Acqua Di Parma najbardziej się kojarzy, a woda toaletowa i tak właśnie się zachowuje.

rhdr

Cipresso di Toscana to solidne i dobrze wykonane pachnidło, kontynuujące klasyczne tradycje marki. Trzyma poziom i nie rozczarowuje, choć też nie przyprawiło mnie o zachwyt. Ale nie taki chyba był cel kreatorów w tym przypadku.

Oceniam na mocne 4.

AdP Cipresso

nuty głowy: pomarańcza, elemi, anyżek gwieździsty

nut serca: lawenda, szałwia, liść pomarańczy,

nuty bazy: balsam jodłowy, cyprys, igły sosnowe

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0 –> 3,0

Amouage „Portrayal Man” i „Portrayal Woman” – portrety przeszłości

Oto jest – nowy perfumowy duet od Christophera Chonga i jego Amouage. Portrayal to pachnidła zainspirowane latami 20-tymi XX wieku, okresem odzyskanego w Europie Zachodniej pokoju oraz kobiecej emancypacji.

Amouage Portrayal

Portrayal Man – „Pan już tu był…”

Zielony, soczysty, lekko trawiasty początek, przechodzący w zieloną nutę fiołka, spod której wyłania się skórzana nuta o lekko benzynowym zabarwieniu. Umieszczona w środku wetyweria idealnie łączy oba akordy niczym olfaktoryczny most. Portrayal Man pachnie dość prosto i czytelnie, męsko i solidnie oraz …. dziwnie znajomo.

Portrayal Man to skórzano-zielony zapach o nie do końca współczesnym brzmieniu, pachnący jak dziecko Grey Flannel i Fahrenheita z delikatnie orientalnym twistem.

W ostatnich dniach specjalnie odświeżyłem sobie Fahrenheita (wciąż genialny), by móc lepiej skonfrontować oba pachnidła. W Portrayal Man są zielone fiołkowe liście i jest nuta skórzano-benzynowa. Wystarczy, by zrobiło się znajomo. Doprawdy zaskakująca ładunkiem sentymentu propozycja, mocno zapatrzona w niewątpliwie jeden z największych triumfów męskiej perfumerii wszech czasów. Ale Portrayal Man nie jest to po prostu kopią Fahrenheita. To byłoby stwierdzenie krzywdzące dzieło Chonga i spółki. Mimo wszystkich podobieństw, znajdziemy tu także różnice. Portrayal to amłażową realizacja tego samego tematu, mniej skórzana, bardziej fiołkowa, a do tego – gdy zapach już osiądzie na skórze – przyozdobiona w orientalną nutę, która tu nieco majacząca, zdecydowanie wyraźniejsza jest np. w Rasasi La Yuquawam Pour Homme (a więc siłą rzeczy także, choć w mniejszym stopniu w Tuscan Leather Toma Forda). Zapach jest wykonany perfekcyjnie, co nie zaskakuje w przypadku tej marki. Nigdy nie dyskutuję na temat formy Amouage – ta jest zawsze na najwyższym poziomie. Zresztą o rzadko której współczesnej marce perfumowej mogę powiedzieć to samo. Projekcja może nie przytłacza (i to akurat dobrze), ale jest wystarczająca, a zapach czuję na sobie naprawdę wyraźnie i bardzo długo. Mimo jego olfaktorycznej wtórności, kusi jakością, świetnymi parametrami i tym orientalnym „twistem”, który odróżnia go od wspomnianego klasyka. Wystarczy, żeby zaopatrzyć się we własny flakon? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam, najlepiej po wcześniejszych testach.

Amouage Portrayal Man

nuty głowy: fiołek

nut serca: wetiwer

nuty bazy: cade (jałowiec kolczasty)

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5 –> 3,5

 

 

Portrayal Woman – chłopczyca w sukni

Kobiecy styl 20-lecia międzywojennego wiązał się z ówczesną emancypacją i w dużej mierze wynikał z tego, co na paryskich wybiegach pokazywała Coco Chanel. Początkowe ukrywanie kobiecych kształtów, inspiracja modą męską (m.in. noszenie spodni przez tzw. „chłopczyce”), krótkie włosy, mocny makijaż, z czasem zastąpione zostało bardziej już kobiecymi sukniami za kolano, czy eleganckimi żakietami. Stylową kobietę tamtego okresu charakteryzował też nieodłączny papieros zatknięty w długą „fifkę”. To połączenie symbolizującej kobiecość nuty jaśminu oraz w swym pochodzeniu i kulturowych konotacjach męskiego akordu tytoniowego jest istotą Portrayal Woman. To nie pierwszy raz, gdy oba – wydawałoby się odległe od siebie – aromaty zostały połączone w jedną perfumową kompozycję. Wcześniej dokonał już tego Etienne de Swardt, który wspólnie z perfumiarzem Antoinem Maisounieu stworzyli w 2012 słynne Jasmin et Cigarette.  W porównaniu z tamtym zapachem Portrayal Woman wypada zdecydowanie bardziej „okiełznanie” i zachowawczo.

moda-na-lata-20-467249-GALLERY_BIG

Z początku czujemy lekko owocową nutę jaśminu, spod której dość szybko wyłania się tytoniowe tło, ale jest to akord tytoniu aromatyzowanego wanilią. Tej wanilii zresztą z każdym kwadransem przybywa, a jej bardzo zgodnym kompanem jest użyta jako baza zapachu żywica elemi.

Portrayal Woman jest – jak na Amouage – dość zachowawczy w realizacji tematu, pachnie oczywiście bardzo ładnie, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie poświęcono mu dość uwagi. Zabrakło w nim właśnie tego buntowniczego, emancypacyjnego, pełnego wolności ducha lat 20-tych XX wieku, które rzekomom portretuje. Nie ma w nim zachłyśnięcia się wolnością, nie ma grubej kreski makijażu i nie ma… spodni.  

Amouage Portrayal Woman

nuty głowy: jaśmin

nut serca: akord tytoniowy, wanilia

nuty bazy: elemi

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0 –> 3,5

Miller et Bertaux – perfumowy dziennik podróży

Panowie Miller i Bertaux to partnerzy w życiu, podróżach, sztuce i biznesie. A wszystko zaczęło się w 1985 roku, gdy otworzyli w Paryżu w dzielnicy Le Marais. W nim to mieli zamiar sprzedawać projektowaną przez siebie odzież, jak i przedmioty, jakie przywozili ze swych licznych podróży.

W 2006 roku uzupełnili swoją ofertę perfumami, których idea była i pozostała podobna – zapachowe suweniry z podróży, bo tak należy opisywać perfumy Miller et Bertaux, to w swej istocie przekute przez zawodowych perfumiarzy w perfumowe kompozycje olfaktoryczne wspomnienia obu panów z kolejnych globtroterskich wypraw.

Pierwsze trzy #1, #2 i #3 to obecnie już kultowe pachnidła niszowe. Potem pojawiły się kolejne. Marka stopniowo utrwalała swoją obecność na coraz bardziej konkurencyjnym rynku perfum niszowych.

Śmiem twierdzić, że pozostała jedną z niewielu wiernych ideałom twórców niszowej perfumerii: artystyczna kreatywność, wysoka jakość, ignorowanie rynkowych trendów, ograniczona dystrybucja.

Wszystko to do dziś opisuje Miller et Bertaux, bo choć dostępność tych zapachów zdecydowanie się poprawiła (w Polsce można je nabyć w krakowskiej perfumerii Tiger & Bear, dzięki uprzejmości której miałem okazję przetestować jej zapachy), to wciąż przeczytać i usłyszeć o nich można bardzo rzadko. Brak nachalnego marketingu, oszczędne, ekologiczne opakowanie, subtelność przekazu to dla wielu poszukujących nieco innych wartości w perfumach oferta z pewnością warta uwagi.

miller-bertaux
Miller et Bertaux

#1 (For You) Parfum Trouvé to chronologicznie pierwszy zapach Miller et Bertaux, a dokładniej – to pierwszy z premierowej trójki zapachów oznaczonych znaczkiem # i kolejnymi numerami, którymi marka zaistniała w światku perfumerii niszowej. A był rok 2006 – na rynku perfum to była inna epoka. Nisza była wówczas reprezentowana nieporównanie mniej licznie, niż obecnie i tak naprawdę dopiero wchodziła w okres dorastania. Na tle innych marek Miller et Bertaux i ich minimalistyczne zapachowe trio mogło wówczas intrygować i faktycznie wyróżniało się (zbliżone estetycznie Byredo debiutowało 2 lata później). Co ciekawe, twórcy prezentowali te trzy zapachy jako wzajemnie się uzupełniające i nadające się do noszenia równoczesnego w wszelkich możliwych kombinacjach, spryskujący każdym inną cześć ciała dla uzyskania szczególnie intrygujących i nieprzewidywalnych efektów. Parfum Trouvé to przedziwna kreacja, przede wszystkim drzewna (sandałowiec i cedr, no bo cóż innego?), otoczona bardzo oszczędnie kilkoma innymi ingrediencjami: irysem, białą lilią czy ylang-ylang, ale te składniki – wymienione w oficjalnym składzie – nie ujawniają się w istotny sposób, pracują więc – jak sądzę – na końcowy efekt. Nie można zapomnieć też o tzw. drewnie różanym (rosewood), którego lekko mentolowy i jednocześnie słodko-żywiczny aromat gra w tym zapachu, kto wie, czy nie jedną z najważniejszych ról. Ważne, by podkreślić że #1 jest zapachem absolutnie abstrakcyjnym, a jej dominującej przecież drzewności jakże daleko do dosłowności opisywanego wcześniej Indian Study/ Santal. Suchy, papierowy, lekko słodki, domyślny bardziej niż mocno obecny. Kreatywny minimalizm w najlepszej odsłonie.

#3 Green, Green, Green and… Green

Tytuł zdradza wszystko. Ten zapach jest początkowo zielony, później zielony, a następnie… zielony. To zieloność trawiasta, pełna, soczysta, ale jednocześnie lekka i nie zakłócana niczym innym. Werbena, kolendra, liść laurowy, odrobina jaśminu, zielona żywica mastyks oraz baza z wetywerii i cedru tworzą uroczy zielony krajobraz, dość wszakże statyczny. Z początku bardzo soczyste i świeże, z czasem nieco bardziej żywiczne i ciepłe, drzewne, wetyweriowe, ale do samego końca zielone. Bardzo ładne.

m et b 3

A Quiet Morning (2008) – poranek w Indiach

Tak pachnie cichy indyjski poranek. Delikatnie smużki przypraw ze złocistym szafranem i słodkawą kurkumą na czele w otoczeniu akordu basmati. W tle nuty drzewne – sandałowiec i cedr – które zdają się być elementem łączącym wszystkie zapachy Miller et Bertaux. Całość tworzy mistyczny i minimalistyczny zapach, tyleż subtelny, co intrygujący. Niemal transparentny, ale mimo to obecny. Wymienione nuty tworzą niezwykłą olfaktoryczną aurę, przywodzącą na myśl suchy i lekko słodki zapach świeżej pościeli, choć nie ma tu mowy o syntetycznych akcentach detergentowych w stylu Francisa Kurkdjiana. A Quiet Morning to jeden z moich faworytów pośród pachnideł tej marki. To także jeden z trzech zapachów mini-cyklu poświęconego Indiom (obok Shanti Shanti i Tulsivivah!)

Close Your Eyes, And… /Bois de Gaiac et Poire (2006) 

Gdy zamknąć oczy, już od pierwszych sekund czujemy różę, najpierw bardzo wdzięcznie odświeżoną cytrusami, otoczoną zaskakującą i bardzo rzadko występującą w perfumach nutą gruszki (!), a później pięknie pogłębioną heliotropem i jaśminem, przyprawioną cynamonem i osadzoną na drzewnej bazie z gwajaku. To róża orientalna, skręcająca wg mnie raczej w stronę kobiecej skóry. Gdy już zniknie, pozostaje słodki gwajakowy dymek. Pachnidło bardzo wdzięczne i przyjemne, bezpieczne i dalekie od eksperymentów, wciąż jednak niebanalne i na pewno warte uwagi.

In (2013) 

zabiera nas w podróż do serca perfum, w którym odnajdziemy żywicę elemi, której naturalna cytrusowa nuta została tu wzmocniona bergamotką i limonką, zaś przeważający w elemi aromat żywiczny ożywiono imbirem. Oszczędna w dodatki, prosta kompozycja zwieńczona jest ciepłą bursztynową bazą. Mimo ambrowego charakteru, ma w sobie rzadko spotykaną lekkość, na co z pewnością pracują wymienione nieambrowe ingrediencje, w szczególności imbir. Nietypowo zresztą zapach ten nabiera świeżości i wspomnianej lekkości z czasem, co zdaje się potwierdzać informację, że skomponowano go na zasadzie odwróconej piramidy.

miller-et-bertaux-in

Indian Study / Santal +++ (2017) 

to coś dla fanów suchych drzewnych aromatów. W tej kategorii propozycja Miller et Bertaux wyróżnia się oszczędnością środków wyrazu i zarazem skutecznością. We wstępie suche przyprawy – kmin i curry – zapowiadają serce pachnące świeżo pociętymi deskami, ociekającymi jeszcze żywicą. Całość została utrwalona piżmami. Jest minimalistyczna, wręcz ascetyczna, ale niesamowicie sugestywna i poruszająca czystością przekazu. Jeden z moich faworytów w kolekcji marki.

New Study (Postcard) (2017) – pocztówka z nad Morza Śródziemnego 

Zielone (głównie cis-hexenol pachnący jak skoszona trawa) i cytrusowe (mniej, a tu zielona pomarańcza(?), dzika cytryna i grejpfrut) intro z wyczuwalnym drzewnym tłem, które z czasem przejmuje pierwszy plan. Ale zanim to, New Study „morfuje” w akord figi zmiękczony kokosem. Wszystko razem tworzy całkiem intensywną, rześką i nieco drzewną zieleń, inną od opisywanego wcześniej #3. Figowiec Miller et Bertaux? Właśnie tak.

Oh, ooOoh …oh (mist, wood, wind and guitar) (2012) – czyli nocą na leśnej polanie

To prawdopodobnie najbardziej oryginalna znana mi nazwa perfum. Generalnie Miller et Bertaux nazywają swoje zapachy bardzo specyficznie… Brzmią bardziej jak robocze nazwy perfumowych projektów, jak zapachowe impresje opisane pierwszymi słowami, jakie przychodzą do głowy, aniżeli jak przemyślane, dopieszczone nazwy. Oh…. otwiera się wibrującą nutą jałowca, spod której wyłania się minimalistyczna i intrygująca mieszanka nut drzewnych, mszystych i subtelnie oblewających całość żywic, które ocieplają i utrwalają całość. W oddali snujący się dymek z ogniska…. Idylliczny obrazek mistycznego wieczory spędzonego w lesie, przy rozpalonym ognisku, z gitarą i śpiewem. Prawda, że uruchamia skautowskie wspomnienia? 😉

Om (2011) – goździkowa oda

to przedstawiciel mojego ulubionego perfumowego gatunku przyprawowo-drzewnego. Piękne intro z różowym pieprzem i dominującym w fazie serca goździkiem, paczulowe wypełnienie (na szczęście nie czuję tu klasycznej piwnicznej paczuli) oraz drzewny finisz. Zapach idealny na obecną zimną i nieprzyjemną aurę, rozgrzewa szczyptą chili. Om ma suchą, pylistą i słodkawą aurę i pachnie niczym niszowa, bardziej wytrwana wersja Spicebomb Viktor & Rolf. Podoba mi się. Szkoda tylko, że zbyt szybko traci rezon i nie pozostawia na skórze nic intrygującego.

M et B OM

Shanti Shanti (2008)

to kolejny – obok Close Your Eyes – orientalny zapach Miller et Bertaux z różą w centrum, z tym że tu róża podana została w zdecydowanie kobiecy sposób, w doborowym towarzystwie przypraw (różowy pieprz i kardamon), irysa, paczuli oraz drewna sandałowego. Początek jest jednak zaskakujący, transparentny, lekko przyprawowy, lekko papierowy poprzez nutę irysa i zupełnie nie zwiastujący tego, co następuję parę minut po nim, gdy róża zacznie wygodnie mościć się na skórze, z każdym kwadransem nabierając mocy, pogłębiając się i utrwalając na sandałowej bazie. Lekko mydlany akord różany to w istocie temat „Shanti Shanti”, zainspirowanego podróżami do Indii i tamtejszym festiwalem kwiatów, podczas którego różane płatki lądują w nieprzebranych ilościach na ziemi. Bardzo ładne i solidnie wykonane pachnidło na konkretny temat, bez niepotrzebnych udziwnień.

„Study No. 17 ” (2015) – letni ogród

zabiera nas w podróż do wonnego ogrodu, w którym obok drzew cytrusowych odnajdziemy grządki pełne ziół, z estragonem i miętą w rolach pierwszoplanowych, z gęsto rosnącym geranium i krzakami czarnej porzeczki oraz grubymi łodygami rabarbaru, które to „wespół w zespół” tworzą zapachowy trzon tej kompozycji. Wszystkie te soczysto zielone ingrediencje osadzone zostały ma mszystym, porostowym podłożu, dodającym całości jeszcze dodatkowej zieleni. Study No.17 to słoneczny, świeży i soczysty zapach zielony, doskonale wypełniający pustkę po lecie, które jakiś czas temu nas opuściło. Harmonijnie skomponowany, perfekcyjnie wyważony, zdecydowanie udany.

m et b study 17

Study No. 23 / Newsletter (2016) – kadzidlak

to jedyne pachnidło w ofercie marki emanujące tak wyraźną nutą kadzidła olibanum, tu podrasowanego początkowo aldehydami, lekko osłodzonego nektarem z żółtych kwiatów,  wzmocnionego paczulą i osadzonego na drzewnym rusztowaniu. Zestawienie olibanum z aldehydami znamy już z Cardinal Heeleya, ale zapach M&B jest lżejszy, świeższy, bardziej transparenty. Warto podkreślić, że ma świetne parametry – emanuje mocno i trwa na skórze naprawdę długo. Mimo, że osobiście nie jestem fanem takiego ujęcia kadzidła (wolę interpretacje bardziej dymne i drzewne, jak choćby genialny Zagorsk Comme des Garcons, a – gdy już jesteśmy przy Comme des Garcons Study No. 23 bliżej do Avignon), to jednak obiektywnie uważam ten zapach za naprawdę udany i klasycznie niszowy zarówno w tematyce jak i wykonaniu. Jedna z najciekawszych propozycji Miller et Bertaux.

Tulsivivah! (2018) – indyjska herbata z bazylią

Wracamy do Indii, celebrującej świętą bazylię podczas festiwalu. Esencja z jej liści znalazła się oczywiście w formule zapachu, a towarzyszą jej początkowo cytrusy i przyprawy (krótkie acz intensywne pieprzowe otwarcie) oraz budująca serce nuta herbaty, a wszystko to na drzewnym akordzie z sandałowca i kaszmiru. Idealnie uniseksowy, przyjemny, najpierw pikantny, później herbaciany (serwuje nam lekko osłodzoną i raczej nietęgą herbatę), finiszuje drewnem. Jak każda z zapachowych pocztówek z podroży panów Millera i Bertauxa, także i ta potrafi zauroczyć prostotą przekazu i niebanalnym tematem. Efektowny minimalizm to zdecydowanie wspólny mianownik perfum tej marki. Idealnie zresztą koresponduje on z ascetycznym designem flakonów.

M et B Tulsivivah

I tak dotarłem do końca zapachowych podróży (lub też podróżnych zapachów) panów Millera i Bertaux. Jak mogę je podsumować? Abstrakcyjne, impresyjne bardziej niż konstruktywistyczne, minimalistyczne, z powtarzającymi się nutami drzewnymi (głównie sandałowiec, ewentualnie cedr), zwykle ze smakiem przyprawione, czasem ze smużką dymu, czasem z kadzidłem, czasem z nutą kwiatową, ale jeżeli już – to z różą. Intrygujące, choć bardzo kameralne. Niszowe w dobrym tego słowa znaczeniu, także w tym sensie, że niepoparte niemal żadnym marketingiem, a to już obecnie niezwykła rzadkość. Na pewno warte uwagi koneserów perfum i wszystkich, którzy chcą pachnieć niebanalnie, intrygująco, ale jednocześnie subtelnie, bez narzucania się otoczeniu. Zapachy Miller et Bertaux zasługują moim zdaniem na szerszą publikę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tom Ford „Fucking Fabulous” – doprawdy?

Gdy mniej więcej w połowie 2017 pojawiły się w internecie informacje nt. nowych perfum Toma Forda o nazwie Fucking Fabulous uznałem to za fake news.

TF FFabulous

Nie wierzyłem, że Ford mógłby aż tak daleko posunąć się w prymitywnym marketingu. Owszem dał się nie raz nie dwa poznać jako projektant lubiący zwrócić uwagę na swój produkt niemal wulgarną kampanią reklamową, ale miałem wrażenie, że w ostatnich latach nieco zbastował i poszedł w kierunku bardziej eleganckich treści w materiałach promocyjnych. Gdy jednak jakiś czas później okazało się, że to faktyczna nazwa limitowanego zapachu, który swą premierę miał podczas Nowojorskiego Tygodnia Mody w 2017 roku, byłem – przyznam – zniesmaczony. A nie jestem zbytnim purystą. Po prostu wydało mi się to wyjątkowo pretensjonalne, a nawet prostackie, jak na tak wyrafinowanego projektanta. Kolejna granica została przekroczona… Znów przez Toma Forda… Do tego ta napompowana cena, wyższa od „typowego” zapachu z kolekcji Private Blend o ok. 30%… Na długi czas zapomniałem o tym pachnidle – aż do września br., gdy miałem okazję powąchać je w perfumerii na lotnisku w Monachium. A flakon wyglądał tak….

TF FFabulous 3

 

O co chodzi z tą cenzurą w nazwie? – pomyślałem. Polityczna poprawność w Europie? A może kolejny sprytny chwyt marketingowy speców z Tom Ford Beauty?

Butla wyróżniała się pośród innych z kolekcji modnym matowym wykończeniem. Aromat z papierowego blottera natomiast zaskoczył mnie najpierw parafinową nutą. Trochę świecy, trochę skóry, trochę słodkości. Takie było moje pierwsze wrażenie. Hmmm…. Nie zachwycił, ale i nie rozczarował. Na pewno zaintrygował tą niecodzienną zbitką nut… Owszem spodziewałem się czegoś daleko bardziej spektakularnego, ale… Zdecydowałem, że w nieodległym czasie zdobędę materiał do głębszych testów i tak niedawno uczyniłem.

Dziś po kilku próbach jedno wiem na pewno. Zapach nie ma nic wspólnego z nazwą. Ogłaszam więc kolejne spektakularne zwycięstwo marketingu nad produktem jako takim. Niemniej zdecydowanie wart jest uwagi, bo nie można odmówić mu oryginalności i unikatowego charakteru.

Fucking Fabulous otwiera się przedziwnym akordem z którego wyłania się na pewno tonka oblana zielonym sokiem – tu szałwią (gdzieś to u Forda już czułem – wiem – Vert d’Encens). Początkowo aura jest zielono-słodko-gorzka i ta zbitka totalnych przeciwieństw działa na ośrodek węchowy nieco dezorientująco. Do tego w tle majaczy nuta skóry, ale nie ta znana z Tuscan Leather czy Ombre Leather. Tu skóra jest jakby woskowana, tłusta, błyszcząca. Wraz z upływem czasu zapach zaczyna tracić na zieloności i pojawia się nutka drzewna (z opisu wynika cashmeran), choć mi przypominająca mi bardziej esencję cedrową. Mocy nabiera aromat słodkawo-gorzko-woskowy. To co pozostaje na skórze na koniec – czyli tzw. głębia, baza – niestety jest najmniej udanym elementem zapachu. Nieco gorzka, nieco drzewna, nieprzekonująca.

tom-ford-fucking-fabulous.jpg

Mam pewne uwagi do parametrów, bo o ile Fucking Fabulous trzyma się na skórze całkiem długo, to jego ekspresja i projekcja pozostawia do życzenia. Mogłaby być nieco bardziej wyrazista, choćby na poziomie wspomnianego Vert d’Encens nie wspominając o Oud Wood czy Tobacco Vanille.

Reasumując – Fucking Fabulous (i zapomnijmy na chwilę o dyskusyjnej nazwie) to perfumy, które wymykają się znanym klasyfikacjom. Intrygują pomysłowym i odważnym zestawieniem nut, ale rażą brakiem zdecydowania i wrażeniem… niedokończenia. Jakby studium, projekt w trakcie… Perfumowa ciekawostka dla najbardziej zainteresowanych i… nie żałujących pieniędzy. Tak na marginesie, to wydaje mi się, że Fucking Fabulous mógł powstać przy okazji opracowywania zapachów z mini-serii Vert z 2016 (Vert Boheme, Vert d’Ensens,  Vert de Fleur i Vert de Bois), a być może nawet nie zmieścił się w głównej czwórce, więc został odłożony na później. Idealna opcja na limitowaną edycję, prawda? Ach, ten fordowski marketing…

Tom Ford FFabulous 2

główne nuty: szałwia, gorzki migdał, tonka, kłącze irysa, skóra, cashmeran

nos: bd.

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0-3,5

Etat Libre d’Orange „Les Fleurs du Déchet” – przydatny śmieć…

„To co brudne, musi być też piękne”

Etienne de Swardt

ELdO Les Fleurs du Dechet banner

Les Fleurs du Déchet (dosłownie: „Kwiaty odpadów”) to w swej istocie bezprecedensowa perfumowa deklaracja Etat Libre d’Orange, Etienna de Swardta, perfumiarki Danieli Andrier oraz współpracującej przy tym projekcie firmy Ogilvy (potęga w dziedzinie marketingu, reklamy i PR) wartościująca odpady i w jakimś sensie gloryfikująca ich przydatność.

W czasach, gdy ludzkość wyrzuca na śmieci zatrważające ilości produktów, często wciąż zdatnych do użycia, gdy na wysypiskach lądują miliony ton odpadów z tworzyw sztucznych, z których spora część kończy niestety w oceanach, i gdy ekolodzy coraz głośniej wzywają do opamiętania się i podjęcia kroków mających na celu ograniczenie ilości odpadów i lepsze ich zagospodarowanie, wieszcząc – nie bez słuszności – katastrofalne konsekwencje obecnych praktyk dla przyszłości naszej planety i rodzaju ludzkiego,  Les Fleurs du Déchet wydaje się być bardzo na czasie, szczególnie że także przemysł perfumeryjny generuje potężne ilości specyficznych odpadów, których dalsze wykorzystanie w perfumach przynajmniej w części mogłoby być możliwe, czego zresztą najnowsze pachnidło Eta Libre d’Orange ma dowodzić.

Życie każdego produktu, czy to przemysłowego, czy żywnościowego, ale także rośliny, warzywa czy owocu nie kończy się po jego wyrzuceniu na śmieci. Wszystkie te rzeczy wciąż mają przecież wciąż pewną wartość, a sam fakt ich wyrzucenia tej wartości ich nie pozbaia. Tak przynajmniej uważają twórcy najnowszego zapachu Etat Libre d’Orange. Co więcej, odpady stać się mogą tworzywem dla stworzenia nowej jakości.

A więc:

Trash but never waste.

ELdO Les Fleurs du Dechet visual

Les Fleurs du Déchet to zaskakująco lekki i dość delikatny zapach sprawiający wrażenie minimalistycznego w formule, ale dość efektywnego w przekazie. Nie zwraca uwagi żadnym oryginalnym akordem czy jakąś niespotykaną dotąd nutą i jako całość lokuje się gdzieś pomiędzy Rose Ikebana Hermesa i Kashan Rose The Different Company. Róża – powiecie. Owszem, też, ale nie tylko. Jest też jabłko…

W otwarciu nuta zielonego jabłka, za nim róża podana w lekki, przyjemny, nieco zielony sposób. Później intrygujący i trudny do opisania całkowicie abstrakcyjny akord ni to owocowy, ni to drzewny, zdecydowanie uniseksowy, jak zresztą całe pachnidło.  Kilka składników mających dodać głębi i utrwalić zapach na skórze, a które nie wyodrębniają się jako indywidualne nuty. Marka wymienia cedr, przypominającą zapach drewna sandałowego aromamolekułę Sandalore, użyte w sporych ilościach w poprzednim zapachu Une Amourette od-paczulowe Akigalawood oraz niezastąpione ISO E SUPER, gwarantujące projekcję i mieniącą się aurę. Po raz kolejny „za kolbami” w perfumowych laboratorium zasiadłą Daniela Andrier. Efektem jest minimalistyczny zapach, który w doskonały sposób ilustruje to, czym od strony technicznej są w swej większości współczesne perfumy: zbiorem składników po części naturalnych, w większej zaś części pochodzenia laboratoryjnego połączonych w kompozycję, której końcowy aromat jest nowym olfaktorycznym tworem, nieobecnym 1:1 w naturze, choć częściowo do natury nawiązującym. Kluczowymi zaś elementami dla jego efektowności i efektywności, dla wyrazistości i trwałości są produkowane w laboratoriach wielkich koncernów aroma-molekuły, produkujące – jak już wiemy – potężne ilości chemicznych odpadów…

Jak głosi marketingowy brief:

„Les Fleurs du Déchet symbolizuje przejście od Sécrétions Magnifiques do dorosłości. To kontrrewolucja dla Etat Libre d’Orange, marki wciąż głośnej i destruktywnej, ale ostatecznie – funkcjonalnej.”

Rodzi się więc pytanie, czy Les Fleurs… to faktycznie cezura i jednoczęsnie symbol końca olfaktorycznych przygód, wyzwań i eksperymentów, jakie marka serwowała od momentu swego debiutu w 2006 roku i zdeklarowany już skręt w stronę zapachów owszem obleczonych oryginalnym marketingiem i intrygującą wizją, ale już przyjemnych i łatwych w odbiorze, pozbawionych elementów olfaktorycznego zaskoczenia? Cóż – poczekamy, powąchamy. Ja w jo jakoś nie potrafię uwierzyć i wciąż liczę na to, że Etienne de Swardt zaskoczy mnie czymś na miarę Le Fin du Monde lub Hermann a Mes Cotes...

„A więc, zanim będzie zbyt późno, pomódlmy się do boga odpadów, naszego drogiego lorda pozostałości.”

Les-Fleurs-du-Déchet-–-I-Am-Trashdominujące nuty: zielone jabłko, neo-róża, akord neo-drzewny

nos: Daniela Andrier

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0