Tauer Perfumes „Lonesome Rider” – na tropie wędrowca

Idąc śladami współczesnych traperów, pośród gór i lasów Kolorado, nad jeziorem napotykamy na ślady pozostawione przez wędrowca. Czuć jeszcze zapach kwaśnego dymu wydobywającego się z niedokładnie dogaszonego ogniska. Woń skórzanych siodeł  i rozgrzanej końskiej skóry unosi się wciąż w powietrzu. Musiał dopiero co odjechać… Samotny jeździec.

Kolorado USA

Kowbojskie fascynacje Andy’ego Tauera, którym ten dał upust ponad dekadę temu komponując fenomenalny „Lonestar Memories”, powróciły w zeszłorocznym „Lonesome Rider”.  Z wnętrza starego Buicka, w którym unosi się zapach smarów, benzyny i skórzanej tapicerki przenieśliśmy się w otwarte przestrzenie, pełne dzikiej przyrody i traperskich aromatów.

W pierwszej fazie dymno-skórzana nuta, będąca sygnaturą tego zapachu, ubrana jest w całkiem wyraźny i bardzo naturalnie pachnący akord cytrusowy. W miarę jej zaniku aromat staje się bardziej wytrawno-skórzany i dymny z wyraźną nutą kastoreum. Taki mniej więcej charakter zapachu utrzymuje już się przez resztę czasu jego obecności na skórze, subtelnie i powoli gasnąc.

Autor podkreśla, że dla niego „Lonesome Rider” to świeża i unikatowa interpretacja irysa. Cóż, zaskakująca to konstatacja, ale wypada mu uwierzyć, bowiem on najlepiej wie, z czego ułożył tę uroczą opowieść i jaka miała być jej puenta. Ja irysa – jakiego znam – tu nie wyczuwam, w przeciwieństwie do róży, użytej w sercu kompozycji. Słabość Tauera do tego kwiatu jest dobrze znana fanom jego talentu. Jej aromat przemycił także tu i to z powodzeniem – łagodząc dość surowy klimat tego pachnidła.

Jako całość „Lonesome Rider” zdecydowanie mnie przekonuje. Ma swoja dramaturgię, swój przebieg i własną opowieść. Trafia w me gusta, bo lubię aromat skóry i drzewnego dymu zarówno w perfumach jak i w naturze. Faktem jest, że zapach ten nie obezwładnia mocą, z jakiej znane są niemal wszystkie wcześniejsze pachnidła Andy’ego, ale nie stanowi to dla mnie problemu, gdyż jego wyczuwalność jest wciąż na bardzo dobrym poziomie, bliższym po prostu „branżowej średniej”. Wciąż jednak możemy liczyć na legendarną trwałość pachnideł od Andy’ego. Kolejny więc raz napiszę: chapeau bas wobec talentu i warsztatu szwajcarskiego perfumiarza-samouka.

lonesomerider20160213_1

Dominujące nuty: cytrusy, nuta dymna, skóra, kastoreum

Twórca/nos: Andy Tauer

Rok premiery: 2016

Podobne zapachy: Mona di Orio „Cuir”

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

 

 

 

Reklamy

Nishane Istanbul – stworzone by zachwycać

Po tym, jak obwieściłem, że Sultan Vetiver to najlepsze perfumy wetyweriowe, jaki dane mi było poznać (i zdania nie zmieniłem), z zaciekawieniem i sporym apetytem przystąpiłem do testów innych pachnideł tureckiej marki Nishane. Jak się później okazało, utwierdziły mnie one w wysokiej ocenie tego, co proponują Mert Güzel i Murat Katran.

Nishane to w mojej ocenie jedna z najbardziej wartych uwagi współczesnych niszowych marek perfumowych. Cechują ją: prymat zapachowej zawartości nad marketingiem oraz gwarancja doskonałej jakości, świetnych parametrów i intensywnych olfaktorycznych przeżyć, przy użyciu akordów, które niejednokrotnie już w perfumerii występowały, ale tu zostały podane w iście koneserski sposób.

Twórcy marki przyznają, że powołali do życia Nishane po to, by zaoferować perfumy, które zachwycą perfumowych koneserów na całym świecie. Cóż, w Polsce na pewno już zachwyciły przynajmniej jednego, a wiem, że jest nas dużo, dużo więcej.

 nishane bottles

Munegu

to pełnokrwisty oriental ze spora dawką paczuli, która dominuje w intro i w sercu, a którą otoczono całym bogactwem składników: od słodkich cytrusów i cedru (!) na wstępie, poprzez bukiet przypraw (kmin, kardamon, gałka) oraz geranium i ylang w sercu, aż po głęboką, ciepłą, zmysłową – można rzec – klasycznie niszową bazę złożoną z labdanum, ambry, kadzidła i tytoniu. Baza jest żywiczna, balsamiczna, a paczula pachnie w niej dużo subtelniej, niż na wcześniejszych etapach. Munegu pachnie przez niemal cały czas mocno, gęsto, intensywnie i zdecydowanie męsko. Przypomina klimatem klasyczną męską perfumerię lat 70-tych i pierwszej połowy 80-tych (np. Givenchy Gentleman, pierwszy męski zapach Van Gilsa czy Giorgio for Men od Giorgio Beverly Hills). Stąd rekomenduję go przed wszystkim wielbicielom tego typu oldskulowych męskich aromatów, ale także oczywiście wielbicielom zapachów z paczulową dominantą. To naprawdę mocna, świetnie pachnąca rzecz o doskonałych parametrach!

NishaneMuneguUseMe_1024x1024

nuty głowy: pomarańcza, cedr

nuty serca: kmin, kardamon, gałka  muszkatołowa, geranium, ylang-ylang

nuty bazy: paczula, labdanum, kadzidło, tytoń, ambra

perfumiarz: Sylvain Cara

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 5,0

 

 

Spice Bazaar

– jak łatwo się domyśleć – traktuje o przyprawach. Wypełniają one praktycznie całe spektrum zapachowe tej kompozycji, co czyni ją naprawdę unikatową. Czegoż tu nie ma? Jest imbir, jest cynamon, kmin, czarny pieprz, szafran. Jest też użyta oszczędnie wanilia. Ale „cichym” bohaterem Spice Bazaar jest esencja z jałowca, która dominuje nieco dłużej niż tylko w otwarciu. Nuta ta jest zdecydowanie mocniejsza i bardziej długotrwała od tej w Juniper Sling Penhaligon’s.  By intro było jaśniejsze, zastosowano subtelnie wyczuwalne cytrusy (rześkość yuzu idealnie pasuje do charakteru zapachu). Pomostem między jego owocowością, a przyprawowym charakterem wielu użytych tu ingrediencji jest imbir. W ten suchy, sypki klimat świetnie wpisany został cedr, który zdaje się pracować tu w charakterze solidnego trzonu kompozycji.

Spice Bazaar dominuje suchy, wytrawny typ przyprawowości, reprezentowany tu przez wspomniany jałowiec, czarny pieprz i szafran. Kontrastem jest obecna w tle nutka owocowa. Całość pachnie bardzo naturalnie, przy tym dość lekko i zwiewnie, całkiem długo zachowując przyprawowy charakter, co nie jest oczywiste w tego typu aromatach.

Faktem jest jednak, że po kilku godzinach Spice Bazaar gwałtownie gaśnie na skórze, co zdaje się potwierdzać moje domniemanie, że nie użyto tu żadnych syntetyków – choćby w celu poprawienia parametrów zapachu. I to chyba dobrze, bo dzięki temu nie naruszono naturalnej aury tego świetnego zapachu.

nishane-istanbul-spice-bazaar-extrait-de-parfum-50-ml

nuty głowy: jałowiec, yuzu, rozmaryn, imbir

nuty serca: cedr, cynamon, kmin

nuty bazy: czarny pieprz, szafran, wanilia

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

 

Pachuli Kozha

ma dość przewrotną nazwę. W przeciwieństwie do Munegu paczulowa nuta jest tu zdecydowanie mniej ewidentna, a kompozycja ciąży wyraźnie w kierunku żywiczno-kadzidlanym z mocnym udziałem labdanum w bazie, podlanego gęstym miodem. Bardzo delikatne akcenty kwiatowe, obecne na początku (hiacynt, ylang, rumianek), oraz – umownie – skórzana aura (kozha znaczy skóra) lokują Pachuli Kozha – obiektywnie piękne i poruszające, ciepłe, otulające pachnidło – gdzieś pomiędzy Sahara Noir Toma Forda, Lonestar Memories Andy Tauera (gdyby pozbawić go brzozowej smoły) i Absolue Pour Le Soir Francisa Kurkdjiana (do którego zresztą pachnidło Nishane jest najbardziej podobne, a które jest – nota bene – najgorzej sprzedającym się zapachem MFK, więc sami wiecie, o co chodzi…).

Pachuli Kozha to po prostu pachnidło dla koneserów perfumowej niszy, wielbicieli aromatów oscylujących w dolnych rejestrach olfaktorycznych. Jestem przekonany, że nie będą oni ani odrobinę zawiedzeni. Ja nie jestem. Przeciwnie – jestem nim zachwycony.

Pachuli-Kozha21

 

nuty głowy: hiacynt, ylang, rumianek

nuty serca: paczula, czarny pieprz

nuty bazy: skóra, miód, kadzidło

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

Suede et Safran

francuska nazwa podpowiada, czego możemy się po tym zapachu spodziewać. Zamsz i szafran. Ale w moim przypadku nie obyło się jednak bez zaskoczenia. Nie spodziewałem się bowiem, że Nishane uraczy nas własną wersją Tuscan Leather Toma Forda. Cóż – muszę dać mały minus marce za naśladownictwo, choć fakt, że jednak stylowe i z bardzo indywidualnym szlifem. Na czym on mianowcie polega? Głównie na nadaniu znanemu aromatowi większej lekkości i na zminimalizowaniu aspektu skórzanego kosztem nuty owocowej (tu uzyskanej za pomocą naturalnie i subtelniej pachnącego imbiru zamiast malinowej, lekko syropowatej, syntetycznej nuty znanej z pachnidła Forda). Zupełnie nowym elementem jest tu akcent wodny, pojawiający się w sercu zapachu i tworzący bardzo osobliwy efekt, którego nie spotkałem ani w Tuscan Leather ani w żadnym z jego klonów. Obowiązkowy w tej estetyce szafran został tu sparowany z nutą faktycznie bardziej zamszową niż skórzaną, jeżeli przyjąć, że zamsz w perfumach pachnie delikatniej i bardziej kremowo, aniżeli skóra. Ta z kolei w swej mocniejszej formie faktycznie wyłania się tu w bazie zapachu i to wtedy zapach najbardziej zbliża się do Tuscan Leather.

Ale Suede et Safran w zestawieniu z protoplastą wypada generalnie mniej słodko-malinowo i delikatniej, gdy chodzi o skórzany aspekt. Jest w nim więcej powietrza. Zapach nie przytłacza, no i nie pachnie tak syntetycznie, jak propozycja Toma Forda.

Tak jest. To kolejny zapach Nishane o bardzo naturalnym aromacie, nie trącącym nachalną chemią (choć zgoda, że bazowa skóra zdaje się być jednak „zdjęta z Forda”). To także kolejne pachnidło – obok Sultan Vetiver, Pachuli Kozha i Spice Bazaar – skomponowane przez perfumiarza Jorge Lee, któremu należą się słowa uznania, bo ma facet talent niezaprzeczalny.

suede-et-safran-nishane

nuty głowy: ziarno ambrette, szafran

nuty serca: zamsz, imbir

nuty bazy: piżmo, skóra

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

 

Na koniec dodam, że nie jest to na pewno ostatnie spotkanie z pachnidłami Nishane na Perfumowym Blogu. Będę czynił starania, by poznać i opisać pozostałe zapachy tej marki. Jestem pewien, że będzie warto.

Jeszcze w zielone gramy: Tom Ford „Vert d’Encens”, Eutopie „No. 8”, Majda Bekkali „Mudejar”

„Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy
Jeszcze się spełnią nasze piękne dni, marzenia plany”*

zdają się śpiewać perfumowe brandy i proponują nam ostatnio całkiem sporo pachnideł o zdecydowanie, czasem wręcz zaskakująco zielonym charakterze. To bardzo pozytywne zjawisko, wszak zieleń jest kolorem nadziei, ale i życia, wiosny, lata, ciepła i radości, a zapachy zielone wywołują taki właśnie radosny, miły i optymistyczny nastrój. Mogą być świetnym antidotum na zbliżające się wielkimi krokami mroki jesieni i zimy…

Jednym z tradycyjnych składników zielonych, używanych w perfumach od dawna, bo od czasów starożytnego Egiptu, jest olejek (a także rezinoid) galbanum. To po ten składnik – obok aromamolekuły cis-heksanol (o zapachu soczystej trawy) najczęściej sięgają perfumiarze, gdy chcą osiągnąć wyrazisty zielony efekt w kompozycji perfumeryjnej. Znanymi przykładami użycia galbanum są zielone klasyki: Chanel No. 19, Gres Cabochard czy Givenchy Ysatis.

galbanum
Galbanum

A propos zielonych klasyków właśnie Tom Ford zaskoczył w zeszłym roku perfumowych koneserów zieloną kolekcją: Vert Boheme, Vert de Fleur, Vert des Bois i Vert d’Encense. Zapachy te miały być w zamyśle współczesnymi interpretacjami klasycznych akordów zielonych w perfumerii.

Zaintrygowany sięgnąłem w pierwszej kolejności po ostatni z nich (resztę mam nadzieję także kiedyś przetestować) i zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony niezwykle oryginalnym aromatem łączącym zielono-żywiczne galbanum z kadzidłem i słodką heliotropiną! Doprawdy niesamowita mieszanka, w której lubiące dominować galbanum (samo w sobie będące bardzo intensywnie pachnącą ingrediencją) zostało tu niejako ujarzmione słodyczą i żywicznym ciepłem kadzidła. Nie przeważa, tylko ładnie równoważy się z pozostałymi nutami wiodącymi. Oczywiście najwyraźniej ta strączkowa zieloność – jak zwykłem określać aromat galbanum – jest wyczuwalna na wstępie. Z czasem nieco traci ona na impecie, a zapach emituje przechodzi w oryginalną słodko-zieloną i jednocześnie ciepłą, słoneczną stronę. Zaczyna przeważać heliotrop i tak jest niemal do – dość odległego w czasie – końca. Na samym finiszu nieco wyraźniej ujawnia się nuta kadzidlana, ale bardziej jest to mirra niż olibanum. Vert d’Encens zachęcił mnie do zapoznania się z pozostałymi trzema pozycjami z zielonej kolekcji Toma Forda.

 

Tom-Ford-Private-Blend-Vert-Collections

 

główne nuty: galbanum (zielona), heliotrop (słodka, migdałowa), kadzidło (ciepła, żywiczna)

 

No. 8 skomponowane przez perfumiarza Thomasa Fontaina dla francuskiej marki niszowej Eutopie to niebanalnej urody uniseksowe perfumy zielono-drzewne osnute – podobnie jak Vert d’Encens – na galbanum.  To właśnie ten nieco gorzki i zielony aromat otwiera kompozycję, a rozjaśniają go bergamotka i limonka. W sercu mamy – dla odmiany – przydającą czystej i lekkiej, eleganckiej, mydlanej aury esencję z kwiatu pomarańczy (neroli) oraz nadającą głębi i nieco ciepła żywicę mastyksową, która tak pięknie swego czasu ujęta została w Eau de Ikar od Sisley. W sercu wymieniane jest także kadzidło oraz mięta. Z obu składników miętę faktycznie można poczuć przy odrobinie wysiłku (została zręcznie skomponowana  w całość), zaś kadzidła nie czuję. Drzewna baza (cedr) z dodatkiem białych piżm i akordu ambrowego stanowi nowoczesne i bardzo trwałe zwieńczenie No. 8, mocno zresztą odmienne od wcześniejszych faz zapachu. Przyznam, że to waśnie ów finisz utwierdził mnie w pozytywnej ocenie tych perfum. Testując je miałem bowiem obawę, że po tym mocno galbanowym (na granicy mojej tolerancji na tę nutę) zielonym początku i lekko kwiatowym, „toaletowym” sercu nie wydarzy się już nic ekscytującego. A tu proszę: zadziorny i zupełnie męski drzewno -ambrowy finisz (zgoda – nieco syntetyczny – ale mi to zupełnie nie przeszkadza). Naprawdę fajnie skomponowane i świetnie zachowujące się na skórze perfumy o przyciągającym temacie i jakości nie pozostawiającej nic do życzenia. Dalekie od spektakularności, ale też więcej niż poprawne. Uniseksowe, choć wg niektórych – w tym i mnie – jednak z przechyłem w męską stronę.

Eutopie No 8

główne nuty: galbanum (zielona), neroli (białokwiatowa, czysta), mastyks (żywiczna), cedr (drzewna)

 

Jednak chyba najbardziej oryginalnym obok Vert d’Encens pachnidłem w tym zielonym zestawie jest Mudejar Majdy Bekkali. Niesamowite intro z molekułami pieprzu wibrującymi wokół grejpfrutowej esencji po ty, by chwilę później odsłonić przedziwne, nieco mineralne serce, złożone z nuty liścia czarnej porzeczki i cedru. Drzewno-kadzidlana baza z wyraźną, „okrągłą” nutką mchu wieńczy to naprawdę intrygująco pachnące dzieło. Zaskakująca „krzemienna” nuta podobna do tej z Terre d’Hermes, ale tu w towarzystwie zielonej porzeczki – zamiast geranium i wetywerii. Mudejar to zdecydowanie uniseks, ciążący może nieco w męskim kierunku (jak każdy z opisywanych tu zapachów, co pewnie wynika z ich zielono-żywiczno-drzewnych charakterów, pozbawionych typowych kobiecych nut kwiatowych czy kulinarnych). To z pewnością kolejne warte uwagi, niebanalne, oryginalne pachnidło w unikatowej kolekcji Majdy Bekkali, na którą zwracam uwagę wszystkich koneserów perfum.

MAJDA-BEKKALI-Mudejar-100ml-EDP-500x500-500x500

główne nuty: pieprz (przyprawowa), czarna porzeczka (zielono-owocowa), mineralna/ krzemienna, drewno sandałowe, mech (drzewna)

 

*) cytat z piosenki Wojciecha Młynarskiego „Jeszcze w zielone gramy”

 

Widian – orientalne pachnidła z Abu Dhabi

Widian to perfumowa marka z Abu Dhabi utworzona przez Ali Aljaberiego w 2014 roku jako Aj Arabia, a w 2016 roku przechrzczona na obecną nazwę. Twórca określa stylistykę swych perfum jako połączenie arabskiej tradycji ze współczesnością. Szukając informacji o Widian spotkałem się także z określeniami, że perfumy te przykład mariażu stylów arabskiego i francuskiego we współczesnym wydaniu. Nawet po dość pobieżnym zapoznaniu się z nimi mogłem stwierdzić, że chyba najtrafniej opisuje je to zdanie, które znalazłem na oficjalnej stronie Widian:

Delikatne i wonne pachnidła, które zabiorą cię w podróż do cudownego dziedzictwa Środkowego Wschodu.

Rzeczywiście elementem wspólnym perfum Widian jest ich niesamowita wonność właśnie. Ktoś zapyta – jak to? Przecież perfumy z natury swej są wonne. Owszem. Ale wonność, o której piszę, zasługuje na szczególne wyróżnienie. Objawia się ona wręcz majestatycznym, spokojnym i wielogodzinnym emanowaniem ze skóry stonowanego, ale permanentnie wyczuwalnego, zmysłowego, ciepłego i przywierającego mocno do skóry zapachu, który poprzez swą olfaktoryczną gęstość i zdecydowaną przewagę składników o dużym ciężarze gatunkowym staje się naszym własnym, „osobniczym” zapachem. Każde z przetestowanych Widian pachnideł posiada tę cechę w mniejszym lub większym stopniu.

Mosque Sheik Zayed

Zanim opiszę swoje wrażenia na ich temat, jeszcze dwa zdania nt. designu flakonu i opakowania Widian. Inspiracją dla nich był monumentalny budynek wielkiego meczetu Szejka Zeyda znajdujący się w Abu Dhabi. Budynek ten – podobnie jak perfumy Widian – łączy w sobie architektoniczne elementy tradycji i nowoczesności.

Widian velvet collection bottle

Widian-Limited Collection Bottle

widian gold collection bottle

Trzeba przyznać, że flakony i ich opakowania prezentują się przepięknie.

Oferta Widian podzielona jest bardzo czytelnie na cztery kolekcje: Black, Gold, Velvet i Limited. Różnią się one nie tylko kolorami flakonów i opakowań, ale także charakterem samych kompozycji zapachowych, choć trzeba dodać, że wszystkie kolekcje łączy zdecydowanie orientalny klimat. Co rzadko spotykane, zapachy w ramach danej kolekcji nie posiadają indywidualnych nazw czy tytułów, a jedynie numery.

Black Collection…

…składa się z pięciu pachnideł, z których póki co trzy miałem przyjemność testować, a które skomponował pracujący w słynnym Grasse Jean-Claude Astier. To niezwykle doświadczony perfumiarz, który – jak mało kto – opanował mariaż arabskiej i klasycznie francuskiej perfumerii, czego wielokrotnie już dowiódł w ramach wspaniałych pachnideł komponowanych dla Martine Micallef i Geoffreya Nejmana. Znajdziemy w Black Collection zarówno orientalne zmysłowe ciepło, jak i klasyczny francuski szyk, harmonię, piękno i głębię. Nie ma tu mowy o kontrowersyjnych nutach animalnych czy oudowych. Te zapachy oczarowują, ale – co ważne – nie od razu, a dopiero po pewnym czasie. Bo nie są to perfumy nastawione na szybki i spektakularny efekt. Nie epatują otoczenia, raczej je intrygują, smużąc przez wiele godzin aromatycznymi nutami. By w pełni docenić ich urodę, potrzeba dwóch czynników: czasu oraz skóry, na co niewątpliwie ma wpływ fakt, iż są to ekstrakty perfumowe i to zbudowane w przewadze z molekuł o dużym ciężarze gatunkowym (żywice, balsamy, kadzidła, drewna). Potrzebują one kilku godzin, by w pełni ujawnić swe oblicze. Odradzam więc stanowczo testy na papierku, gdyż będą one bardzo mylące i nie oddadzą w pełni ich charakteru.

widian 2

Black Collection I jest ciepłą, zmysłową i pełną głębi mieszanką przypraw z wyróżniającym się kardamonem, który nadaje całości subtelnej, jakby owocowej nutki. Gdy kardamon przydaje świeżości, ciepła dodaje cynamon. Przedłużeniem kardamonowej nuty jest najpierw cyprys, nadający subtelniej zieloności, a następnie zręcznie wkomponowana nuta kadzidła. Ale zarówno ona, jak i wspomniane przyprawy, zostały tu umieszczone w bardzo konkretnym, ciepłym i orientalnym kontekście, zbudowanym z cedru, drewna sandałowego i piżmowej głębi. Te nuty praktycznie od początku „ustawiają” to pachnidło i utrzymują jego zmysłowy charakter do samego końca.

Black Collection II otwiera się przecudnym, lekko słodkim akordem owocowym (śliwka i mandarynka), spod którego wyłania się będąca w centrum kompozycji róża, otoczona słodko-żywiczną esencją z drewna sandałowego. Kulinarny wątek z intro kontynuuje wanilia w bazie, a orientalnej reszty dopełniają piżma i esencja z mchu. II jest nieco bardziej kobieca, niż I czy III. Jest też subtelniejsza, ale i trwalsza. Pozostaje na skórze kilkanaście godzin.

Black Collection III ma świeży początek dzięki bergamotce i mięcie. Zaraz po nim ujawnia się akord skórzano-drzewny, który dominuje dalszą część zapachu. Skóra jest subtelna, elegancka, czysta, wyrafinowana. Okrągła, pełna drzewna baza – z istotną rolą paczuli – oraz sandałowcem, wanilią i mchem (podobna jak w II) wieńczy to naprawdę warte uwagi dzieło.

 

Gold Collection

widian gold collection

Gold Collection składa się póki co z dwóch pachnideł, obu o podobnym do siebie, ale wyraźnie innym charakterze od zapachów składających się na Black Collection. Tego typu zapachy lubię nazywać „obsypanymi złotym pyłem szeików ambrowcami” (co świetnie zresztą idealnie oddaje powyższa grafika). Jednym z najdoskonalszych przykładów takich pachnideł jest wg mnie Amouage Opus VI. Mniej więcej w takim właśnie stylu i klimacie są oba zapachy złotej kolekcji Widian. Mają przy tym ambrową-bazową część wspólną, ale różnią pozostałymi elementami. Gold Collection I – obok subtelnych nut kwiatowych i ambrowej bazy – zawiera w sercu nutę oudu – dość delikatną i mającą bardziej klasycznie arabski charakter, przypominający mi oudy takich marek jak Rasasi czy Arabian Oud. Gold Collection II pachnie niczym złoty pył, a to dzięki wyraźnemu szafranowi, którym posypano kwiatowe serce na analogicznej jak w I ambrowej bazie. II przypomina mi z kolei Oud Shamash The Different Company jaki i Sand Aoud Mancera. II jest moim faworytem w tym złotym duecie.

Widian velvet collection

Velvet Collection

To duet perfum orientalno-kwiatowych, mocno się jednak od siebie różniących. Liwa zachwyca ostrym, dymno-przyprawowym intro (szafran plus molekuła Amberwood), a obecne w nim oraz w sercu nuty białokwiatowe mają raczej symboliczny charakter i zostały tu zdecydowanie przytłumione bardzo arabską, dymno-drzewną bazą, która składa się głównie z nut drzewnych: cedru, sandałowca, paczuli, wetywerii, oudu i kadzidła. Kwiatowości jest w więc w Liwie bardzo niewiele, a zapach spokojnie broni się jako uniseks z przechyłem w męską stronę. Co innego Delma. Tu wyraźne kwiatowe serce, złożone z jaśminu i frezji, poprzedzone lekko owocowym wstępem (brzoskwinia i heliotrop), przywołującym trochę na myśl stylistykę No. 5 Chanela, osadzone na lekko kulinarnej, okrągłej, „puszystej” bazie z nutami wanilii, ptasiego mleczka oraz szafranu, paczuli i gwajaku, nie pozostawia złudzeń. To pełnoprawne, śliczne, bardzo kobiece i zmysłowe, orientalno-kwiatowe perfumy dla kobiet.

Perfumy Widian reprezentują tę piękną i łatwą w lubieniu stronę orientalnej perfumerii. Zawierają typowe elementy arabskiej estetyki perfumowej, jak choćby zamiłowanie do wysokiej koncentracji oraz częste używanie niektórych składników do niedawna jeszcze obcych perfumerii europejskiej (szafran, oud, kadzidło). I choć perfumy te nie wymagają przesadnie wyrobionego nosa (jak np. propozycje Amouage, S.H. Lucas 777 czy nawet Montale) i zaprojektowane są tak, by łatwo (choć nie szybko) „wpadały w nos”, to jednak nie można nie zauważyć w nich kunsztu i wyrafinowanego orientalnego piękna. Zbudowane na perfekcyjnej harmonii, bez dysonansów, z głębią i treścią oraz wysoką jakością chyba po prostu nie mogą się nie spodobać.

Nicolai Parfumeur Createur – francuski szyk (1) „Oud Sublime”

Patricia de Nicolai bardzo długo broniła się przed wprowadzeniem do oferty Nicolai Perfumeur Createur pachnidła oudowego. Pamiętam wywiad, w którym twierdziła, że by to zrobić, musiałaby mieć konkretny pomysł na oud, a nie jedynie umieścić go w nazwie zapachu. Jak mówiła, tak zrobiła. Dopiero w 2013 roku zaprezentowała duet zapachów z oudową nutą (choć raczej bez prawdziwego oudu): Amber Oud i Rose Oud. W 2016 dołączyła do kolekcji Incense Oud, a także coś bardzo specjalnego: Oud Sublime, pachnidło dedykowane koneserom perfum. 

Patricia-de-Nicolai-BD
Patricia de Nicolai

Oud Sublime to naprawdę wyjątkowa kreacja, nawet jak na wysokie przecież standardy Patricii de Nicolai. Ta uformowana w klasyczną zapachową piramidę kompozycja w praktyce okazuje się dość monolityczna i zdominowana przez centralny akord zawierający autentyczną esencję oudu z Kambodży (!), połączoną w sercu z cedrem, paczulą, różą, kolendrą i kminem. Zanim jednak do nozdrzy dotrze w pełni ten wyrafinowany, odrobinę animalny akord, poczuć możemy nieco świeższy wstęp z wyróżniającą się davaną, wspomaganą bylicą i ziarnami ambrette. Całość osadzona jest na drzewno-żywicznej bazie uformowanej z kadziła, styraxu, brzozy, kastoreum, piżm i ambry. Baza wraz z oudem trwają na skórze długie godziny, emitując egzotyczny, ciepły i jednocześnie nieco tajemniczy zapach.

Przy całym tym bogactwie ingrediencji, zapach pozostaje niezwykle harmonijny, a nuta oudu jest bardzo „po francusku” (czyli zgrabnie) wkomponowana w całość. Co więcej, mimo sporej zawartości cennego oudu, Oud Sublime ma wyraźną sygnaturę de Nicolai. To charakterystyczne zestawienie aromatycznych składników pochodzenia naturalnego (kolendra, paczula, róża, cedr), które odnaleźć możemy także w innych jej pachnidłach o ciepłym, drzewnym czy ambrowym charakterze (np. Ambre Cashmere czy Cuir Cuba Intense). Jednak nawet przez chwilę nie mam wątpliwości, że to właśnie kambodżański oud ma tu wiodący charakter. Pozostałe składniki budują otoczenie oraz tło i nawet wymieniona w składzie róża nie ujawnia się indywidualnie.

Mimo dość monolitycznego charakteru, w Oud Sublime można jednak odnaleźć różne niuanse: żywiczny, mentolowy (pochodzący z kolendry), drzewny, a także zwierzęcy. Wszystko to w bardzo klasyczny sposób ułożone w wyrafinowaną i – zgodnie z nazwą – majestatyczną całość.

Jedno jest pewne – mimo, że wąchałem już pewnie dziesiątki zapachów oudowych, żaden nie pachniał tak, jak Oud Sublime. I niech to będzie rekomendacją dla tych niezwykłych perfum, które zarówno przez swój wyrafinowany charakter, jak i wysoką cenę oraz bardzo ograniczoną dostępność, zasługują na miano prawdziwie luksusowych i dedykowanych dla wymagających koneserów olfaktorycznej sztuki, którzy skłonni są wydać 385 EUR na mały ozdobny flakonik zawierający 35 ml cieczy o wysokiej koncentracji zapachowej (25%), zamknięty w eleganckiej drewnianej „trumience”. Górna półka cenowa, to fakt. Ale i pachnidło zupełnie wyjątkowe.

nicolai oud sublime

nuty głowy: dawana, ziarna ambrette, bylica

nuty serca: oud z Kambodży, cedr z Atlasu, paczula, róża, kolendra, kmin

nuty bazy: kadziło, styrax, brzoza, kastoreum, piżmo, ambra

perfumiarz: Patricia de Nicolai

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Atelier Cologne – „Collection Orient” oraz „Bergamote Soleil” „Citron d’Erable” i „Clementine California”

Lato w pełni. To czas, w którym zawsze chętnie wracam do zapachów Atelier Cologne. Tym razem ten „powrót” ma zapach nowości, których przez ostanie półtora roku marka zaprezentowała całkiem sporo.

O Atelier Cologne pisałem już na blogu wielokrotnie. Nie ustaje ona w rozbudowywaniu swej oferty „kolońskich absolutów” – jak nazywają je kreatorzy – Sylvie Ganter i Christophe Cervasel. Dla miłośników aromatów świeżych, orzeźwiających, przepełnionych najróżniejszymi aromatami cytrusowymi (choć nie wyłącznie) Atelier Cologne to prawdziwe perfumowe El Dorado. Ale nie tylko. Marka nie stroni od innego rodzaju aromatów. Szczególnie upodobała sobie wonie orientalne, drzewne i przyprawowe, uciekający od szeroko rozumianych kwiatów (nawet Rose Anonyme jest bardziej drzewne niż kwiatowe).

Atelier Cologne founders
Christophe Cervasel i Sylvie Ganter

W roku 2016 Atelier Cologne zaprezentowało kilka nowych zapachów, w tym całkiem nową kolekcję Collection Orient. To z niej pochodzi opisany przez mnie przy okazji „Małej pieprzowej antologii” Poivre Electrique autorstwa Bruno Jovanovica. Pozostałe zapachy tej kolekcji także zasługują na uwagę. Zachwycają pięknymi, pastelowymi akordami, subtelnie orientalnym i jednocześnie lekkim oraz nieskomplikowanym charakterem, choć żaden z nich nie jest aromatem stricte kolońskim.

 

Philtre Ceylan – herbatka z bergamotką i miętą na zielonym drzewie

Aromat złożony z nut czarnej i zielonej herbaty, aromatyzowanych bergamotką, niczym rasowe earl grey. Prócz tego poczujemy w nim z początku odrobię indyjskiej mięty oraz kardamon. W składzie znalazł się także chiński irys (!), kmin, gwajakowe drewno i indyjski papirus. Składniki te budują subtelną, ale trwałą, zielono suchą bazę (w klimacie zbliżonym do Timbuktu L’Artisan) tej naprawdę prześlicznej i bardzo sugestywnej kompozycji. Warto dodać, że Philtre Ceylan nie jest pierwszym zapachem herbacianym w ofercie Atelier Cologne. Wcześniejszy jest Oolang Infini z 2010.  

atelier-cologne-philtre

główne nuty: czarna herbata cejlońska, bergamotka kalabryjska, mięta indyjska, papirus

 

Mimosa Indigo – świeża kwiatowa skórka

Uroczy, kobiecy, lekki zapach kwiatowo-skórzany,  w którym subtelnie kwiatowa woń indyjskiej mimozy, odświeżona esencją mandarynki, osadzona została na wyczuwalnym praktycznie od początku do samego końca lekkim akordzie skórzanym, opisanym jako „akord białej skóry”, cokolwiek to znaczy. Wraz z dość szybkim zniknięciem aromatu cytrusowego na skórze zaczyna dominować wiodący akord tej kompozycji – kwiatowo-skórzany, subtelnie szminkowy, jednoznacznie kobiecy, kojarzący się z zapachem wnętrza skórzanej damskiej torebki. Skóra nabiera w nim lekkiej kremowości, a całość pachnie bardzo luksusowo. Śliczne.

Atelier Cologne Mimoza

główne nuty: mimoza Indygo, mandarynka, akord białej skóry

 

Tobacco Nuit – przyprawowy kadzidlak z nutką tytoniu

Nazwa tego zapachu jest myląca. Tytułowy tytoń występuje tu bowiem raczej w domyślnej, aniżeli fizycznej formie. Ale sam zapach nic na tym nie traci. Piękne, przyprawowe otwarcie z wyróżniającą się kolendrą, w sercu kwiat tytoniu w kadzidlanej oprawie (kadzidło i labdanum), a wszystko to na bazie z paczuli, cedru i tonki. Całość jest więc przyprawowo-żywiczno-drzewna i tylko odrobinę słodka (tonki jest tu w sam raz). Owszem, takich zapachów powstało już wiele, ale Tobacco Nuit jest – jak zresztą wszystkie zapachy Atelier Cologne – bardzo kompetentnie wykonany i nosi się z go z prawdziwą przyjemnością. Dzięki takim, a nie innym składnikom, wyróżnia się też trwałością. Świetny na te chłodniejsze dni oraz letnie wieczory.

Atelier Tobacco

główne nuty: kwiat tytoniu, kolendra, klementynka, labdanum

 

Encens Jinhae – koreańskie kadzidło z kwitnącą wiśnią

Obok Philtre Ceylan to mój ulubiony zapach z Collection Orient. Kadzidło inne niż wszystkie, lekkie, rześkie, transparentne, nieco także mineralne, podane w – było nie było – konwencji kolońskiej, rozumianej jako lekki i odświeżający zapach. Z początku doprawione cytryną i gałką muszkatołową oraz wprawione w ruch molekułami różowego pieprzu. W sercu ożenione ze zwiewną nutą kwiatu wiśni i odrobiną róży (kapką!), w bazie podbudowane drewnem sandałowymi i elemi, ale przede wszystkim środkową frakcją esencji z indonezyjskiej paczuli, tej samej, która tak niesamowicie prezentuje się w Mistral Patchouli tej samej marki. Stąd pewne podobieństwa obu zapachów, ale także całkiem wyraźne powinowactwo do fenomenalnego Hermann a mes cotes… Etat Libre d’Orange.

Atelier Cologne Encens

główne nuty: kadzidło z  Samarkandy, cytryna, kwiat wiśni z Jinhae

 

Kolejne dwa zapachy Atelier Cologne zasiliły w 2016 roku stricte kolońską kolekcję Joie de Vivre.

Bergamote Soleil – gdzie cytrusy i jaśmin spotykają kardamon,…

… tam powstaje przyjemnie znajomy aromat. Połączenie prowansalskiego akordu znanego z diorowskiego klasyka Eau Sauvage (bergamota, gorzka pomarańcza, jaśmin, lawenda, wetyweria, mech dębu – to wszystko buduje tu szkielet), doprawione kardamonem, który w takim zestawieniu natychmiast powoduje jednoznaczne skojarzenia z innym klasykiem francuskiej perfumerii – Declaration Cartiera (fakt, że bardziej w wersji Cologne). Tak oto dwie perfumeryjne legendy (uosabiane przez dwóch legendarnych perfumiarzy – Edmonda Roudnitskę i Jean-Claude’a Ellenę) spotykają się w jednym współczesnym zapachu. Bo dodać należy, że przy wszystkich podobieństwach do klasyki, Bergamote Soleil jest absolutnie współcześnie, rzesko i dynamicznie pachnącą kolońską, stworzona z wykorzystaniem aktualnie dostępnych, bardzo czysto pachnących składników (np. środkowa frakcja wetywerii, którą wcześniej już poznaliśmy choćby w Vetiver Fatal). Ze względu na wszystkie te cechy Bergamote Soleil to jeden z moich ulubionych zapachów Atelier Cologne.

atelier-cologne-bergamote-soleil-918x538

główne nuty: bergamotka, jaśmin, kardamon, ketmia piżmowa

 

Clementine California – słodkie cytrusy z anyżem oraz kwiaty-widmo

Śliczne, soczyste, słoneczne, słodko cytrusowe intro (troszkę kojarzące mi się z Pomelo Paradise tej samej marki, w którym także zastosowano esencję z mandarynki, tu obok klementynki i jagód jałowca) przechodzące w serce – lekko przeprawowe (anyż, bazylia, pieprz syczuański), lekko jakby kwiatowe (bo kwiatów w składzie nie wymieniono), czyniące z Clementine California jeden z bardziej kobiecych zapachów Atelier Cologne, mimo drzewnej bazy złożone z wetywerii, sandałowca i cyprysu. Jest jednak coś w sercu tej kompozycji, w jej przewodnim temacie, co przechyla ją ku płci pięknej (choć zasadą Atelier Cologne jest uniseksowość ich perfum).

Atelier Cologne Clementine

główne nuty: klementynka, anyż, cyprys

 

Ostatnia propozycja z 2016 roku weszła w skład kolekcji Bon Voyage zwanej też Collection Azur.

 

Citron d’Erable – klonowe cytrusy, czyli kanadyjska kolońska 

Cytrusowa esencja na drzewnej bazie to formuła znana od dawna, ale Atelier Cologne reaktywuje ją ze znaną sobie ekspertyzą i wdzięcznością oraz w dość oryginalnej formie. Niespotykany mariaż cytryny (i mandarynki) z akordem syropu klonowego na solidnie drzewnej, bardzo kanadyjskiej bazie (drewno klonowe, sekwoja, cedr), a pomiędzy nimi przyprawowe serce (pieprz syczuański i eukaliptus) oraz esencja ze słynnych burgundzkich czarnych porzeczek. Choć składnikowy opis brzmi dużo ciekawiej od faktycznego olfaktorycznego efektu (któremu po interesującym otwarciu brakuje treści), to nie można odmówić Citron d’Erable swoistego uroku. Plasuje się on po tej bardziej męskiej stronie zapachowego spektrum Atelier Cologne.

Atelier-Cologne-Citron-dErable-628

 

główne nuty: cytryna, syrop klonowy, drewno klonowe

Amouage „Figment Man” – stąpając po bhutańskiej ziemi

Dla porządku – Figment Man i Figment Woman to trzeci – po Journey (2014) i Myths (2016) – perfumowy duet cyklu „Portraits of Life”, który wydaje się być oczkiem w głowie Christophera Chonga i jego polem do olfaktorycznych poszukiwań. Wchodzące w skład cyklu męskie pachnidła były jak dotąd bardzo udanymi mariażami „amuażowego” bogactwa, finezji i doskonałej jakości składników z eksperymentem, przy czym Journey Man – ze swym tytoniowo-skórzano-drzewnym tematem – wypadł całkiem zachowawczo, gdy porównać go z Myths Man (popiół, kadzidło i chryzantemy!). Natomiast tegoroczny Figment Man – dla powstania którego inspiracją był Bhutan, kraj, który od dawna fascynuje Christophera Chonga – posuwa olfaktoryczny eksperyment w zupełnie nowe rejony. Annick Menardo wraz z Chongiem sprokurowali perfumy, które mają szanse zatrząść perfumowym światkiem…

Christopher Chong

Wilgotne, gęste, ciepłe powietrze. Parująca po ciepłym deszczu ziemia w duszny letni dzień. Ten specyficzny zapach, czasem na granicy bycia przyjemnym, szczególnie, gdy znajdujemy się na łonie natury, w pobliżu łąk lub lasów. W tym powietrzy znajdziemy słodkie zapachy jagód, kwiatowych pyłków, traw i innych roślin, butwiejące liście i dysonansowo pachnące pozostałości rozmaitych żyjątek, wreszcie geosminę – charakterystyczny zapach ziemi produkowany przez niektóre bakterie, szczególnie intensywny właśnie po deszczu. To wszystko, tyle że w egzotycznym Bhutanie. Albo w Figment Man.

bhutan

Zapach otwiera się zaskakująco i bardzo ekspresyjnie, natychmiast zwracając uwagę i wypełniając całe pomieszczenie wonią wilgotnej ziemi, wzmocnioną różowym pieprzem, a złagodzoną przez cytrynę i geranium. W tle czuję niby miodową, trochę drzewną i nieco też zwierzęcą nutę (podejrzewam tercet labdanum, gwajaku i cywetu lub innego składnika animalnego), która stanowi niesamowity kontrast dla rześkiego otwarcia, jednocześnie dodając całości intrygującej głębi. Z czasem zresztą intensywna ziemista nuta słabnie (choć fakt, czas to dość długi) i zapach zmienia się w kierunku wciąż oryginalnej, ale już dużo subtelniejszej, „okrągłej”, drzewnej bazy – trochę kwaskowej, lekko wetiwerowej, z majaczącymi gdzieś w tle odrobinami cywetu, labdanum i gwajaku.

Gdyby ogłoszono konkurs na najbardziej zaskakujące, ekspresyjne, dyfuzyjne i zwracające uwagę perfumowe intro perfumowe Figment Man miałby gwarantowane pierwsze miejsce. Co za potężna projekcja! W ogóle uważam, że najnowsze dzieło Chonga ma ogromne szansę na wyróżnienia w tegorocznych branżowych konkursach. Jest tak wyjątkowe, inne i przełomowe.

iStock_000005900018Small

Figment Man to zapach w pewnym sensie świeży, ale nie jest świeżość, jakiej moglibyśmy spodziewać po perfumach. To jej zupełnie inna, egzotyczna i niszowa odsłona. Zapach jest początkowo trudny w odbiorze, ale – co ciekawe – z każdym użyciem coraz bardziej wciąga, wrasta, fascynuje, rozbudza apetyty na więcej. Jest pachnidłem z gatunku love it or hate it. Zapachem dla tych, którzy chcą się wyróżnić i nie obawiają się reakcji otoczenia lub nawet lubią wzbudzać kontrowersje.

No właśnie. I tu pojawia się jedno ALE…

Figment Man to niewątpliwie efekt bardzo odważnego eksperymentu, który każe jednak zapytać, czy to jeszcze w ogóle są perfumy do noszenia na ciele, czy raczej już jedynie olfaktoryczne dzieło do podziwiania? Czy nie jest to raczej kompozycja, która lepiej sprawdziłaby się w świecy zapachowej mającej wypełnić nasz dom wonią tropikalnej ziemi Bhutanu? Czy aby na pewno chcemy tak pachnieć? Co więcej – czy chcemy, by ten zapach odczuwało nasze otoczenie? Na ile jest to dla nas ważne? Dlaczego o to pytam?Otóż reakcje znajomych osób, świadomych mojego hobby i będących niemal codziennie poddawanych „próbom” w związku z noszeniem przez mnie czasem bardzo niezwykłych niszowych aromatów, w przypadku Figment Man wszystkie bez wyjątku były natychmiastowe i… raczej niepochlebne. „Pleśń”. „Powietrze z klimy”. „Zgniłe ziemniaki”.”Stęchlizna”. „Zbutwiała ziemia”. I ja się tym reakcjom nie dziwie. Mało tego – do pewnego stopnia je podzielam. Sam za pierwszym razem miałem problem, by przyzwyczaić się do tej odmiennej nuty Figment na mojej skórze, mimo że przecież nie pierwszy raz spotykam się z pachnidłem, w którym wyraźna jest nuta ziemi czy wilgotnej leśnej ściółki – i nie piszę tu o paczuli, o nie. Raczej o tym, co można poczuć w takich zapachach, jak Bat Zoologist, Forest Walk Sonoma Scent Studio, Dirt Demeter czy 5 Elements Ramona Molvizara. O geosminie. Przy czym już „drugie noszenie” wypadło dużo lepiej i bardziej ekscytująco. Mój węch przyzwyczaił się do tej nietypowej nuty i zacząłem doceniać nowatorstwo Figmentu. Kolejne próby tylko utwierdzały mnie jego w niesamowitości. Jednak obawy dotyczące odbioru zapachu przez otoczenie pozostały. Nie w każdej sytuacji chcę narażać je na trudne dla niego doświadczenia zapachowe, a siebie na jego niejednoznaczne reakcje. I to mnie w noszeniu Figment Man niestety ogranicza. Nie zmienia to jednak mojej obiektywnej wysokiej oceny tego zapachu, której szczególnie ważną składową jest jego nowatorstwo, przy zachowaniu doskonałej – jak na Amouage przystało – jakości i parametrów użytkowych. Christopher Chong nie wypuszcza bowiem zapachów słabych czy średnich. O nie.

Na koniec wypowiedź legendarnego już perfumiarza Rosendo Mateu, który dopiero co udzielił wywiadu portalowi Fragrantica.com, w którym m.in. wypowiedział te jakże pasujące do Figmentu zdania:

„Trendy w perfumach są kreowane przez ekspertów. Jest ryzykownym stworzyć oryginalny zapach, możesz zostać wówczas niezrozumiany przez klientów, a produkt okaże się sprzedażową porażką. Wykorzystując natomiast niektóre składniki i akordy, które pasują do aktualnych trendów, możemy osiągnąć międzynarodowy sukces.”  

Co prawda nie wróżę Figmentowi międzynarodowego sukcesu (bo z pewnością nie po to został stworzony), ale jestem pewien, że to niezwykłe pachnidło znajdzie swoich wielbicieli.  Poza tym potwierdza ono, że Amouage pod wodzą Christophera Chonga przekształciło się z nieco zagubionej, poszukującej swojej tożsamości gdzieś pomiędzy wschodem i zachodem luksusowej arabskiej marki perfumowej w prawdziwą awangardę perfumowej niszy, będącą nieco przed, nieco ponad i nieco obok wszystkich innych.

Amouage Figment Man

nuty głowy: cytryna, geranium, różowy pieprz

nuty serca: drzewo sandałowe, akord zwierzęcy, wetiwer

nuty bazy: czystek (labdanum), drzewo gwajakowe, akord ziemi

perfumiarz: Annick Menardo

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 6,0/ trwałość: 4,5