Serge Lutens „Section d’Or” – kto bogatemu zabroni?

Kolekcja Section d’Or miała swą premierę w 2014 roku. Konkretnie w tym właśnie roku światło dzienne ujrzał zapach – pilot tego „serialu” – L’Incendiaire, zaś w 2015 dołączyło 5 pachnideł, a następnie jeszcze dwa kolejno w 2016 i 2017 roku. Od samego początku w perfumowym światku zrobiło się o niej głośno. To za sprawą faktu, że firmuje ją sam Serge Lutens, ale także – a może przede wszystkim – tego, że nadano jej status butikowej, a więc wyjątkowej, luksusowej i prawdziwie ekskluzywnej. Za tym poszła bardzo wysoka cena, która natychmiast wzbudziła kontrowersje. No bo cóż to musza być za pachnidła, skoro za 50 ml flakon trzeba zapłacić od 450 do nawet 700 EUR? Czyżby zawierały płynne złoto?

Serge-Lutens-Section-dOr-918x493

Często zdarza mi się recenzować zapachy, które kosztują niemało: 150-200 EUR za flakon 50, 75 lub 100 ml. To w perfumowej niszy czy na półce zapachów luksusowych praktycznie norma. Rzadko jednak dane mi jest poznać i opisać pachnidło, którego cena wykracza daleko poza ten poziom. Przykładem luksusowe propozycje Roja Parfums, gdzie za 50 ml wody perfumowanej zapłacimy co najmniej 300 EUR, a czystych perfum – 480 EUR. I właśnie na tym poziomie zaczynają się ceny perfum wchodzących w skład Section d’Or. Czy ten wyśrubowany poziom cenowy może mieć i czy w istocie ma jakikolwiek przełożenie na same pachnidła? O tym miałem zupełnie niespodziewaną okazję się przekonać.

Pod poetyckimi – jak to u Lutensa – nazwami kryją się bardzo naturalnie i tradycyjnie pachnące kompozycje orientalne, w których nie znajdziemy nawet śladu eksperymentów, z jakich znany jest Lutens ostatnich lat. Te perfumy to powrót do początków autorskiej perfumerii Serge’a i ma to swój niewątpliwy urok. To, co wyraźnie emanuje z tych pachnideł, to bezdyskusyjnie wysoka jakość składników i wysoka ich koncentracja, a także – wg mnie – dość krótkie, czytelne formuły, mające – jak sądzę – w założeniu jak najpełniejsze ukazanie urody najcenniejszych składników.

Serge-Lutens
Serge Lutens, Diwan Photography, 2005

 

L’Incendiaire (Podpalacz) jest z pewnością niezłym początkiem tej niezwykłej kolekcji, nie tylko za sprawą nazwy (!), ale także poprzez swą mroczną naturę wynikającą z obecności bardzo ciemnych nut: krzemiennej, balsamów, żywic i kadzidła, a także piżm. Może się podobać jako enigmatyczny i intrygujący, a także nieźle korespondujący z tytułem.

Z początku czuję w nim nutę jakby rozgrzanego krzemienia na balsamicznym tle. Z czasem łagodnieje ona i ustępuje miejsca monolitycznej mieszance balsamów, kadzideł i żywic. W późniejszej fazie dochodzą mych nozdrzy smużki olibanum, a ostatnia faza to głównie piżma. Czy tak pachnie marokański podpalacz?

collection-incendiaire

Cannibale (Ludojad) – groźny tytuł zwiastuje niebezpiecznie piękne pachnidło. Na samym początku dominuje w nim niezwykle głęboka, upojna wręcz róża, zatopiona w bardzo luksusowo pachnących akordzie żywiczno-ambrowym, z wyraźną nutą labdanum i subtelnym przyprawowym tłem, które wszakże zaskakująco szybko przykrywają różaną woń, tak jakby kwiat ten z początku pływał na powierzchni gęstej, ambrowo-żywicznej mazi, po czym w niej zatonął, niczym piękna kobieta pożarta przez kanibala…

L’Haleine des Dieux (Tchnienie Bogów) – tu orientalna mieszanka ambry, żywic, kadzidła i labdanum została nieco złamana i w ten sposób ożywiona szałwią i jodłowym balsamem. Zapach zachowuje się na skórze dość zaskakująco. Mianowicie najpierw dominuje w nim wyraźne labdanum i ma się wrażenie, że tak już pozostanie. Ale aromat dość szybko wykonuje woltę i spod labdanum wyłaniają się nuty lekko zielone, lekko jakby pikantne, lekko iglaste i to one zaczynają dominować.

Sidi Bel-Abbès zostało zainspirowane – jak się domyślam, biorąc pod uwagę miejsce w którym Serge Lutens mieszka i pracuje od lat – wnętrzem jednego z meczetów znajdujących się w Marakeszu. Tu pachnie przede wszystkim słodkim tytoniem, który posadowiony został na bazie z wanilii i żywic tworzących ambrowe tło. Czyżby Lutensowska wersja Tobacco Vanille? Poniekąd, aczkolwiek jednak pachnąca bardziej naturalnie, mniej słodko-waniliowo, bardziej ambrowo i męsko, szczególnie w bazie, ale też i – przyznajmy to – dużo mniej spektakularnie od bestsellera Toma Forda.

Zaouia-Sidi-Bel-Abbes-in-Marrakech

Cracheuse de Flammes (Plujące Ogniem) – motyw ognia pojawia się więc w Section d’Or po raz drugi, tyle że tym razem w zupełnie abstrakcyjny sposób. Bo któż by się spodziewał, że to nektarowa róża, na poły świeża, na poły orientalna. Ale nie jest to róża zwyczajna. Esencja z róży Otto, zwanej inaczej damasceńską i pochodzącej z Bułgarii, jest istotą tego pachnidła. Rzeczywiście różany aromat jest tu wyjątkowo piękny i w zaskakująco naturalny sposób połączony z nutą gruszki oraz moreli. Jest więc to na początku róża owocowa, by z czasem przeistoczyć się w ciepłą różę ambrową i tym ambrowym tłem zakończyć.

Renard Constrictor (Lis Dusiciel) – okazuje się – przewrotnie – z początku jaśminową marmoladą z czasem ewoluująca w piżmowo-indolowym kierunku. Jest więc połączeniem akordu białokwiatowego z akcentami animalnymi, co zdaje się nawiązywać do intrygującej nazwy tego pachnidła.

Prócz ceny i złoto-czarnego designu flakonów (który nota bene od razu każe mi patrzeć na to przedsięwzięcie jako obliczone na rynki arabskie i coś mi się zdaje, że się nie mylę) wszystkie zapachy łączy orientalny charakter oraz minimalizm środków wyrazu (zaskakujące, ale takie właśnie na mnie robią wrażenie ), a także czytelność, harmonia, głębia oraz to, że pachną – jak przystało na czyste perfumy – blisko skóry, powoli odkrywając swoją naturę i pozostawiając na skórze dłużej, niż woda perfumowana. Poza tym z mojej strony nie było „wow”, „och” czy „ach”. Zachwyt raczej umiarkowany. Żadne z tych pachnideł nie poruszyło mojej wybrednej i zepsutej do cna perfumo-maniackiej natury. Żaden zapach nie połechtał mojej zapachowej próżności. Wszystkie natomiast dały mi sporo przyjemności podczas testów, to fakt, a to za sprawą ich opisanych wyżej cech. Szczególne wrażenie robią na samym początku, zaraz po aplikacji na skórze, gdyż zadbano o to, by introdukcje rzeczywiście poruszały, dotykały najodleglejszych zapachowych receptorów. Z czasem zapachy osiadają i nie są już tak niezwykłe, jak na początku, ale to niestety nieuniknione, gdy chodzi o perfumy, w szczególności te z dużą zawartością naturalnych esencji, a do takich z pewnością należą te tworzące Section d’Or. 

Nie uznałbym tego wpisu za odpowiednio spuentowanego, gdybym nie spróbował na jego końcu odpowiedzieć na postawione na wstępie pytanie: czy pachnidła Section d’Or warte są swojej ceny? Mając naprawdę spore doświadczenie w testowaniu perfum z różnych półek cenowych z przekonaniem stwierdzam, że absolutnie nie. Owszem, są to piękne, gęste, orientalne perfumy, którym nie można odmówić jakości. Ale ich pozycjonowanie cenowe jest w tym przypadku ewidentnym zabiegiem marketingowym ukierunkowanym na wywołanie zainteresowania wśród obrzydliwie bogatych snobów tudzież (ja jednak obstaję, że przede wszystkim) jeszcze bogatszych klientów zamieszkujących Półwysep Arabski, a bardzo chętnie robiących zakupy m.in. w londyńskim Harrodsie. No ale kto bogatemu zabroni?

 

Reklamy

Orto Parisi „Terroni” – wieśniak spod Wezuwiusza

Terroni to zeszłoroczna premiera w ramach kolekcji Orto Parisi Alessandro Gualtieriego, jednej z czołowych postaci współczesnej perfumerii niszowej. Tym zapachem perfumiarz odbywa podróż do południowej Italii, której mieszkańcy są – nieco złośliwie – określani przez swych rodaków mieszkających na północy mianem terroni właśnie (w wolnym tłumaczeniu: wieśniak, chłop).

vesuvio-1-1280x630

Ogród starego Vincenzo znajduje się nieopodal Wezuwiusza, w bezpiecznej, ale i niebezpiecznej odległości. Bezpiecznej, bo wulkan od dekad śpi. Niebezpiecznej, bo gdyby się obudził… Zimny dreszcz przechodzi starego Vincenzo za każdym razem, gdy sobie o tym pomyśli, co też stałoby się z jego ukochanym ogrodem w przypadku potężnej erupcji… Kiedyś wybrał się na wędrówkę w górę tej legendarnej góry. Nie planował wejść na szczyt. Chciał się tylko trochę powspinać… Był ciekawy, jak tam właściwe jest. Nim się spostrzegł, już stał na brzegu potężnego krateru. 230 m głębokości, ponad 500 mm średnicy. To robi wrażenie. Przerażająca czarna otchłań. Vincenzo ukucnął i począł rozgrzebywać ziemię – starą, zastygłą przed wiekami lawę. Do jego nozdrzy dotarła niezwykła woń suchej, nieco spalonej, jakby podwędzonej gleby, palonego drewna, smoły… Pomyślał, że tak przejmująco  i ponuro pachniałby pewnie jego – jakże dziś wielowymiarowy i wonny – ogród, gdyby wulkan zalał go wrzącą lawą, a ta zastygłaby po pewnym czasie, pozostawiając suchą, spaloną skorupę. Dreszcz przeszedł po plecach starego Vincenzo…

… T E R R O N I …

terroni grafika

Znajdujący się nieopodal Neapolu, stolicy włoskiego południa, Wezuwiusz stał się bezpośrednią inspiracją dla Gualtieriego. Czy jest więc Terroni odzwierciedleniem zapachu wulkanicznej lawy? Tego oczywiście nie potrafię stwierdzić, gdyż nigdy nie miałem okazji poznać tej woni, ale…

…pachnidło osnute jest wokół centralnej nuty dymnej, odrobinę smolistej, nieco też mineralnej, która osadzona jest na drzewnym, suchym fundamencie. Początkowo nieco przyprawowe i dymne, z czasem coraz wyraźniej pachnące tlącym się drewnem, w bazie staje się suche, cedrowo-gwajakowo drzewne. Nawet jeżeli tak nie pachnie lawa, to tak pachnieć może wyobrażenie o niej.

Terroni to zapach dość subtelny, aczkolwiek wyczuwalny przez całkiem długi czas (ponad 12 godzin). Jest „po prostu” dymno-drzewny, wytrawnym, zdecydowanie niszowy w charakterze, choć nie jakoś specjalnie wymagający. Dużo mniej oryginalny, niż o rok starsze Seminalis pozostaje wszakże w stylistyce niezwykłego twórcy, jakim jest Gualtieri. A ten bawi się w Terroni prawdopodobnie zaledwie kilkoma aroma-molekułami, które na codzień spotykamy w mainstreamowych kreacjach znanych marek, z tym że tam w znacznie mniejszych ilościach, niższych koncentracjach i w odpowiednio dobranym – miłym dla szeroko pojętego klienta – sąsiedztwie. Gualtieri układa te zupełnie nie-mainstreamowe nuty bardziej w intrygujący obrazek niż wielowątkową opowieść. I choć nie ma tu mowy o spektakularnym aromacie, to jednak Terroni ma swój urok – cichy i magnetyczny, dobrze wpisujący się w stylistykę, do jakiej ten artysta nas przyzwyczaił. Zresztą Terroni w niczym nie ustępuje innym zapachom Orto Parisi. Innymi słowy trzyma poziom. Zarówno fani talentu niezwykłego Włocha, jak i po prostu wielbiciele woni dymno-drzewnych powinni koniecznie poddać to pachnidło testom. Naprawdę warto.

terroni

dominujące nuty: przyprawy, smoła, dym, drewno

premiera: 2017

nos: Alessandro Gualtieri

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0-3,0

Kilian „From dusk till dawn” sztuka jest erotyczna

Rozrastając się w zawrotnym tempie kolekcja luksusowych perfum marki Kilian jest – dla ułatwienia orientacji w niej – podzielona na kolekcje. Zeszłoroczny złoty duet Woman in Gold i Gold Knight dał początek kolejnej, zatytułowanej From dusk till dawn. Jakkolwiek znajomo brzmi ten tytuł, zapachy nie mają nic wspólnego ze słynnym filmem Quentina Tarantino.

Sztuka jest erotyczna.

To hasło promujące ten perfumowy duet, a tworzące go pachnidła zainspirowane zostały malarstwem Gustawa Klimta. Obecny w jego dziełach kontrast złota i czerni został tu przeniesiony na ozdobne flakony, a według kreatywnego dyrektora marki Kiliana Hennessy, także do samych pachnideł, w których światło zostało zestawione z cieniem.

Woman in Gold to prawdziwie erotyczna mieszanka bergamoty, róży, paczuli i wanilii. Te nuty stanowią istotę tego zapachu, tworząc gęsty, harmonijny, nieco tajemniczy, orientalny aromat. Z początku bardziej wyraźna bergamota, z czasem ustępuje miejsca ciepłemu, zmysłowemu akordowi kulinarnemu z umieszczoną w centrum, dynamiczną nutą różaną sparowaną z paczulą w ten współczesny sposób, obecny także m.in. w Le Cri de la Lumiere Parfum d’Empire czy For Her Narciso Rodriguez. Ten sygnaturowy akord jest kwintesencją Woman in Gold, pachnidła intrygującego, uwodzącego i budującego erotyczne napięcie.

To prawdziwy „odwracacz męskich głów”. Panie chcące uwodzić swoich (lub nie swoich) mężczyzn zachęcam do użycia Woman in Gold jako olfaktorycznego wabika. Wg mnie sukces murowany.

Kilian Woman in gold

Męski odpowiednik Gold Knight ma z kobietą w złocie wiele wspólnego (zresztą na kobiecej skórze sprawdzi się moim zdaniem równie dobrze). Ten sam punkt wyjścia, rozwinięcia wszakże zgoła odmienne. Kilka wspólnych nut – bergamota, wanilia, paczula. Miast róży miód i anyż, dające w efekcie coś na kształt gorzko czekoladowej nuty znanej z A*Men Thierry Muglera. Zapach zdecydowanie z rodziny gourmand, ale o umiarkowanej słodyczy, umiejętnie wykończony puchatą wanilią.

Kilian gold knight

Oba pachnidła łączy charakter, wspólne akordy i nuty. Oba też – co rzadkie z przypadku tej marki – przypadły mi szczególnie do gustu. Są niezwykle zmysłowe, doskonale skomponowane, emanujące wieczorową elegancją i sex appealem. Stojąca za nimi Calice Becker – w istocie etatowa perfumiarka Kiliana – wspięła się na szczyty swojego kunsztu.

 

 

 

Serge Lutens -„Dent de lait”, czyli ząb mleczny…

Styl perfum Serge’a Lutensa wyewoluował na przestrzeni lat od bardzo dosłownego, skoncentrowanego na składnikach, nutach i ich kombinacjach oraz korelacjach do niemal całkowicie abstrakcyjnego. Stało się to mniej więcej wraz z opublikowaniem w 2006 roku Gris Clair, którego tytułową „jasną szarość” twórca osiągnął przy użyciu lawendy, tonki i białych piżm. Odtąd oryginalne, pełne inwencji nazwy kolejnych pachnideł towarzyszyły równie oryginalnym, niekiedy bardzo nowatorskim, ale zawsze niezwykle „noszalnym” aromatom. Apogeum abstrakcji duet Lutens/Sheldrake osiągnął w ramach zapoczątkowanego przez L’Eau w 2009 roku cyklu „wodnego”. L’Eau, L’Eau Froide, Laine de Verre, L’Eau de Paille to czystem perfumowe abstrakty penetrujące temat nut wodnych w perfumach. Zapachy minimalistyczne, intrygujące, wykorzystujące aromamolekuły dla osiągnięcia bardzo konkretnego artystycznego celu. Publikowane w tym samym czasie kolejne pachnidła głównej linii Lutensa także nie przypominają jego naturalistycznych klasyków. Przedziwne, kulinarne Jeux de Peau, totalnie abstrakcyjne i nieuchwytne L’Orpheline, oszczędne, jaśminowo-piżmowe La Religieuse, pachnące słonym karmelem i piernikiem Bapteme du Feu. Zeszłoroczna premiera Dent de Lait wpisuje się w ten nurt, plasując się jednak w górnej stawce perfumowej abstrakcji, ex equo z cyklem wodnym i L’Orpheline.

Lutens Dent de Lait

Inspiracja transformacją z małego chłopca w dorosłego mężczyznę, której symbolem jest mleczny ząb. Pożegnanie z wilczkiem, przywitanie wilka. Wejście w brutalny, dorosły świat, w którym czuć krew i mimowolne pozostawienie ciepłego kokonu dzieciństwa, pachnącego migdałami i ciepłym mlekiem. Jakże uniwersalny temat, zamknięty we flakonie z zapachem Dent de Lait. 

Początkowy akord, migotający chłodnymi, metalicznymi aldehydami, szybko odkrywa nutę migdałową z subtelnym dodatkiem jakiejś nie do końca zdefiniowanej i bardzo delikatnej  mentolowości. Oblany ciepłym mlekiem migdał dominuje w sercu, pozbawiony symbolizujących krew aldehydów ze wstępu. Słodkawa, ciepła, pudrowa baza wieńczy ten zapach. Na papierku testowym Dent de Lait trwa pewnie z tydzień albo dłużej. Skóra obchodzi się z nim dużo mniej łaskawie, niwecząc plany twórców i ograniczając zauważalną jego obecność do kilku godzin. Dent de Lait jest – poza oryginalnym, donośnym i przykuwającym uwagę początkiem – zapachem raczej delikatnym, zwiewnym i blisko-skórnym. Brakuje mu przekonująco zwieńczenia, perfumowego ogona, sillage… Swoim generalnie ciepłym, kulinarnym, mleczno-migdałowym charakterem zdecydowanie bardziej pasuje do kobiecej, niż męskiej skóry.

To intrygujący olfaktoryczny abstrakt, ciekawie zrealizowany koncept, ale czy to wciąż są perfumy? To określenie coraz mniej pasuje do takich kompozycji, o ile przyjąć, że słowo perfumy niesie za sobą kolejne integralne elementy: akordy, nuty, piramida, ewolucja, projekcja, ogon, trwałość. W przypadku Dent de Lait lepiej będzie po prostu użyć słowa „zapach”. Oto ciekawa pachnąca historia, wonna opowiastka, zaskakująca, abstrakcyjna, nowatorska. Jako taka z pewnością warta uwagi. Kolejny rozdział niezwykłej opowieści, snutej przez Serge’a Lutensa i Christophera Sheldrake’a – wiernego towarzysza w tej olfaktorycznej wędrówce.

 Dent de Laiy bottle

 

dominujące nuty: aldehydy, mleko kokosowe, migdał, akord krwi

twórca/nos: Christopher Sheldrake/ Serge Lutens

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0-3,5

Boucheron Collection – kolekcja ekskluzywna

Boucheron Collection

Boucheron zaprezentował w zeszłym roku kolekcję sześciu wód perfumowanych, poświęconych popularnym perfumeryjnym akordom. Znajdziemy w niej pachnidła osnute wokół nut kwiatowych: neroli, tuberozy, irysa, drzewnych: oud, kulinarnych: wanilia i – rzecz jasna – zapach ambrowy. Perfumy zostały skomponowane przez bardzo znanych perfumiarzy i zamknięte w bardzo eleganckie flakony podkreślające wyjątkowość tej kolekcji.

 

jean-christophe-herault-full

Jean-Christophe Herault przygotował Ambre d’Alexandrie, w którym klasyczny, podręcznikowy wręcz akord ambrowy zbudowany z labdanum, benzoiny i wanilii został subtelnie urozmaicony nutą „oparów z shishy”, co w praktyce pachnie jak subtelna, słodkawa nuta tytoniowa, która wszakże nie dominuje aromatu, a jedynie ładnie go ubogaca. Suma summarum przyjemny i wcale nie nudny ambrowiec.

główne nuty: ambra, tytoń fajkowy

BCH_COLLECTION_AMBRE_PACKSHOT_BD

Nathalie_lorson

Nathalie Lorson opracowała Iris de Syracuse, który obok Oud de Carthage jest moim  ulubionym z całej kolekcji. Początkowo świeży, z czasem bardziej ciepły i zmysłowy, ładnie oblany heliotropem, wzmocniony paczulą zapach, w którym irysowy temat trwa od samego początku do niemal końca, nie popadając ani przez chwilę w przesadną ziemistość czy „marchewkowość”. Bardzo ładna, harmonijna, zupełnie niekontrowersyjna, przekonująca i – co ważne – uniseksowa – kompozycja.

główne nuty: irys, heliotrop, paczula, wanilia

BCH_COLLECTION_ IRIS_PACKSHOT_BD

 

Nathalie Lorson jest również autorką Vanille de Zanzibar, naprawdę uroczego, zmysłowego i wcale nie słodkiego zapachu z wanilią z Bourbon w centrum. Aromat jest lekko pikantny, lekko drzewny i tylko odrobinę słodki, raczej linearny, układa się w zapach tzw. „drugiej skóry”. Może nie ekscytujący, ale naprawdę przyjemny.

główne nuty: wanilia, balsam Peru, heliotrop, piżmo, drewno sandałowe

 

BCH_COLLECTION_VANILLE_PACKSHOT_BD

fabrice-pellegrin

Fabrice Pellegrin podjął się zadania włączenia do kolekcji pachnidła, które miałoby – jak domniemam – stawić czoła takim pozycjom, jak Neroli Portofino Toma Forda czy Mediterranean Neroli Ermenegildo Zegny i całej masie podobnych „klonów”, próbujących uszczknąć coś z – chyba dość niespodziewanej – popularności pachnidła Rodrigo Flores-Rouxa. Z niewielkim powodzeniem, moim zdaniem. Neroli d’Ispahan, przy całej swojej poprawności i uporządkowanej urodzie podanego na ciepło i gęsto akordu kolońskiego, jest w mojej ocenie zbyt mało zdecydowany, zbyt zachowawczy… Czy ja wiem? Po prostu chyba za wiele jest tego typu – różnej jakości – pachnideł na rynku próbujących się z Neroli Portofino... O ile Zegna – moim zdaniem – sprostał, a nawet wg mnie przewyższył mega-seller Toma Forda, o tyle Boucheron raczej chyba nie zakwalifikuje się nawet do eliminacji.

główne nuty: neroli, czystek, kardamon, piżmo, ambrox, paczula

BCH_COLLECTION_NEROLI_PACKSHOT_BD

 

Dominique Ropion

Dominique Ropion zapewnił w kolekcji pachnidło oudowe. Tak jest. Ten sam, który stworzył jedne z najdoskonalszych perfum z oudem w centrum (mowa o słynnym już The Night dla Frederica Malle).  Tyle, że Oud de Carthage to zupełnie „inny zwierz”, który mimo ewidentnej suchej nuty drzewnej, akcentów miodowych i żywicznych, jako całość, emituje aurę, która mi nieodłącznie kojarzy się z ….. Homme Costume National – tego samego autora zresztą. Jeżeli więc ktoś zna ten zapach, to tu może spodziewać się czegoś do pewnego stopnia podobnego, tyle że przyprawowość tamtego została tu zastąpiona suchą drzewnością i kadzidlanością. Oud de Carthage to – po namyśle – jednak mój ulubieniec z tej kolekcji.  Solidne, dobrze projektujące i trwałe oraz całkiem oryginalne pachnidło drzewne o nieco chyba jednak bardziej męskim charakterze, niż wszystkie pozostałe.

główne nuty: kadzidło, miód, labdanum, oud, skóra

BCH_COLLECTION_OUD_PACKSHOT_BD

christopheraynaud-1180x625

Christophe Raynaud stworzył Tubereuse de Madras, całkiem unikatowe ujęcie tego kwiatowego aromatu, bo w istocie swoje nie jest to tzw. soliflore, czego można by się spodziewać po nazwie. To pełnoprawne i wielowątkowe, jednocześnie raczej świeże i lekkie pachnidło białokwiatowe, w którym akord tuberozy został otoczony zielonością fiołkowego liścia i kolońskim akcentem kwiatu pomarańczy i posadowiony na klasycznej bazie z wanilii i sandałowca. Tubereuse de Madras to najbardziej ewidentnie kobiece pachnidło kolekcji Boucheron. Ładne, ale nic ponad to.

główne nuty: kwiat pomarańczy, liść fiołka, ylang ylang, tuberoza, wanilia, drewno sandałowe

BCH_COLLECTION_TUBEREUSE_PACKSHOT_BDGdybym miał podsumować zapachy wchodzące w skład Boucheron Collection jednym słowem, byłoby to: poprawne. Wszystko się tu zgadza i wszystko jest na swoim miejscu.  Zapachy są wykonane zgodnie ze sztuką. Czuć w nich niezłą jakość składników (choć nie ma tu mowy o poziomie ekskluzywnych kolekcji Chanela czy Diora), ale czuć też sztampę i rutynę w realizacji poszczególnych tematów. Poza ropionowskim Oud de Carthage brakuje mi w nich „osobowości”, charakteru i pazura. Ale być może takie właśnie miały być – do szpiku kości poprawne…

Maison Francis Kurkdjian „Oud Extrait de Parfum” i „Oud Silk Mood Eau de Parfum”

Francis-Kurkdjian-1024x682
Francis Kukdjian lansuje „Oud Satin Mood Extrait de Parfum” (fot. parfumplusmag)

Francis Kurkdjian dokonał w zeszłym roku kilku zręcznych uzupełnień swojej kolekcji pachnideł oudowych, w efekcie których z dotychczasowych pięciu „zrobiło się” osiem. Jest więc w czym wybierać. Najpierw wylansował Oud Satin Mood (fantastyczny jako EDP) w wersji Extrait. Następnie zaś – całkiem niedawno – zaprezentował analogiczną ekstraktową wersję swego zupełnie pierwszego – i absolutnie fantastycznego – oudowca Oud Extrait oraz – dla odmiany – na bazie jednego ekstraktu z super luksusowej kolekcji arabskiej (tak ją sobie dla porządku nazwałem) zaproponował Oud Silk Mood jako EDP (eau de parfum). Ufff….Można się w tym pogubić, ale rezultat ma – jako całość – sens.

Uporządkujmy zatem. Dziś oudowa kolekcja MFK składa się z:

 

Oud Eau de Parfum                           Oud Extrait de Parfum

 

Oud Satin Mood Eau de Parfum      Oud Satin Mood Extrait de Parfum

 

Oud Silk Mood Eau de Parfum            Oud Silk Mood Extrait de Parfum

Oud Cashmere Mood Extrait de Parfum Oud Velvet Mood Extrait de Parfum

Warto nadmienić, że Francis Kurkdjian deklaruje użycie w swych pachnidłach autentycznej esencji z oudu z Laosu, a więc jednego z najbardziej cenionych typów tej ingrediencji.

Gdy już więc uporządkowaliśmy ten oudowy, pozorny chaos, skupmy się na dwóch najnowszych kompozycjach domu Francisa:

Oud Extrait de parfum to zagęszczona, zintensyfikowana i pogłębiona wersja pierwszego Oudu Francisa. Tamten perfekcyjnie wykonany, sygnaturowy, absolutnie doskonały, słodko-drzewny, egzotyczny i niesamowicie zmysłowy aromat, w którym oud sparowany został z szafranem, żywicą elemi, cedrem i paczulą perfumiarz doprawił tu ketmią piżmową (Ambrette) oraz akordem słodkiej wanilii, przydając mu kulinarnej, zmysłowej, oszałamiającej głębi i puchatej słodkości, uwypuklającej się szczególnie na finiszu, w miejscu, w którym wersja pierwotna emanuje suchym i lekko gryzącym oudowym dymkiem (co mnie się akurat bardzo podoba).

Zapach stał się więc pełniejszy, bardziej skoncentrowany, bardziej intensywny i bardziej leniwie się rozwijający, ale też bardziej kulinarny. Z początku nieco pikantny, w sercu słodko-gorzki, w bazie puchaty wanilią, na samym jej końcu snując drzewne reminiscencje. A przy tym – to  prawdziwy demon trwałości!

Ten remiks w kierunku słodkości nie każdemu pewnie przypadnie do gustu, szczególnie, że wiele osób już pierwszy Oud Francisa uważa za zbyt słodki (szafran). Ja go z kolei uwielbiam. Niewiele jest go w stanie przebić. Przyznam wszakże, że ta nowa wersja zrobiła na mnie niemałe wrażenie i jest duża szansa, że się mocno polubimy. Chyba nawet już się polubiliśmy…

dominujące nuty: szafran, oud, wanilia

twórca/nos: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 6,0/ projekcja: 4,0

MFK Oud Extrait i Silk Mood EDP

Oud Silk Mood Eau de parfum powstało na bazie ekstraktu pochodzącego z – jak ją nazywam – „arabskiej złotej trójki”, tych błyskotkach, które Francis (prawda że sprytnie?)  przygotował z myślą o rynkach w takich pachnących błyskotkach się lubujących. Ekstrakt jest absolutnie genialny, doskonały w każdym calu. Oszałamiająco piękny. Prawdopodobnie najlepsze pachnidło zestawiające akord różany z oudem, jakie kiedykolwiek testowałem (zaraz za nim Agarwoud Heeleya). Być może kluczem do jego urody jest unikatowa nuta niebieskiego rumianku z Maroka, a już na pewno niezmiernie ważny dla efektu końcowego jest mój ulubiony papirus.

Moim zdaniem nie można tego zapachu poprawić. Ale można go zmodyfikować np. w kierunku większej lekkości, z odrobiną świeżości. To – zdaje się – właśnie zrobił Francis, zmniejszając koncentrację formuły oraz wzbogacając ją w kilka nadających jej świeższego i lżejszego charakteru ingrediencji: bergamotę, gwajak i …. Hedione.

Tak, dokładnie. Ta cudowna molekuła wraz z bergamotą rozświetlają Silk Oud, podczas gdy gwajak wzmacnia jego sucho-drzewną nutę, utrwalaną papirusem. Akord różany jest mniej nasycony, wciąż jednak wyraźny i unikatowo piękny. Bardzo udana alternatywa dla tych klientów (europejskich?), dla których ekstrakt, schlebiający – jak zresztą całe oudowe ekstraktowe trio – raczej gustom (i kieszeniom) Szejków znad Zatoki Perskiej, to jednak nieco zbyt wiele. Ja „łaskawie akceptuję” (adoruję!) obie wersje, będąc wszakże wciąż niezmiernie ciekawym, jak się – na dłuższą metę – noszą. Mam zamiar to wkrótce sprawdzić.

dominujące nuty: róża, oud, papirus, niebieski rumianek z Maroka

twórca/nos: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5

 

 

 

 

Clive Christian „Private Collection”

W zeszłym roku luksusowy brytyjski dom perfumowy Clive Christian przedstawił nową i bezprecedensową w swoim wykonaniu Private Collection – kolekcję 5 par pachnideł, z których każda para oznaczona została jedną z liter imienia kreatora. Nowa kolekcja zdaje się zastępować dotychczasową, także literową (choć złożoną ze – zdaje się – póki co 3 par zapachów: C,L,V), i także zamkniętą w brązowych flakonach. O ile jednak w tamtej pachnidła debiutowały parami z podziałem na męskie i damskie (podobnie jak zwykło to czynić Amouage), co było wyraźnie zaznaczone na flakonach, tak nowa kolekcja nie kontynuuje tego podziału w tak wyraźny sposób. Dopiero gdy wejdziemy na stronę marki i zajrzymy do opisów poszczególnych perfum, znajdziemy tam sugestie co do płciowe predestynacji (masculine lub feminine). Na flakonach umieszczono natomiast krótkie opisy rodziny zapachowej, do jakiej należą poszczególne perfumy, co zdaje się być ciekawym zabiegiem, skierowanym do coraz bardziej świadomej klienteli. Trzeba zaznaczyć, że Private Collection składa się z zupełnie nowych kompozycji, mimo zachowania jednoliterowych „nazw”. Oznacza to, że nowe L pachnie inaczej niż stare L itd.

C Christian private-collection-masculine-47905445

Kolekcja dostępna jest już od jakiegoś czasu w Perfumerii Quality Missala, dzięki uprzejmości której mam okazję zapoznać się z 3 parami pachnideł: L, I oraz E.

Wedle informacji znajdującej się na stronie internetowej marki, każde pachnidło zawiera od stu do trzystu (!) składników, co wydaje się być niemal niewiarygodne w czasach, gdy perfumy komponuje się z kilku, kilkunastu, w porywach kilkudziesięciu ingrediencji! Poziom ich koncentracji to 20%. Są to więc wody perfumowane, nawet nie ekstrakty. No dobrze, ale jak pachną tak rzekomo bogate w składniki kompozycje?

L (Feminine – Floral Chypre) – jak wynika z opisu jest to kwiatowy szypr i faktycznie tak jest. Takie określenie mogłoby nasuwać skojarzenia z estetyką klasycznego No 5 Chanela i tysięcy innych pachnideł, która powstały z inspiracji tym arcydziełem przypadku… Będą to oczywiście skojarzenia słuszne, ale tylko poniekąd. L Feminine to bowiem szypr pachnący jednocześnie tradycyjnie i współcześnie. Bije z niego precyzja i znajoma uroda. Nie zaskakuje treścią, ale oczarowuje formą. Przepiękne, niezwykle kobiece, mogące z powodzeniem stawać w szranki z Gabrielle od Chanel. Uwielbiam takie perfumy do tego stopnia, że sam chętnie bym je nosił…. Zresztą, zawsze gdy nachodzi mnie chęć na kwiatowy szypr, sięgam po Amouage Gold Men lub co najmniej Silver Man…. A jakie nuty znajdziemy w L Feminine? Przede wszystkim klasyczny duet jaśminu Sambac i róży, szczyptę irysa, który przepięknie odzywa się w sercu zapachu nadając akordowi kwiatowemu lekko szorstkiej, niesamowicie eleganckiej faktury, odrobinę kadzidła oraz budujące trwałą bazę piżma i wanilię o subtelnie animalnym sznycie. Owszem, powstało tysiące takich pachnideł, ale pewnie zaledwie kilkanaście z nich może pochwalić się taką urodą. Klasyczny i naprawdę ładny.

L (Masculine – Woody Oriental) – intrygujące połączenie przypraw (pieprz) z akordem fougere (lawenda i geranium) i subtelnymi nutami kwiatowymi (irys, magnolia, jaśmin) na ambrowo-tytoniowej bazie, utrwalonej i pogłębionej przez piżma. Oryginalny, męski i emanujący luksusem zapach wpisujący się w aktualnie panujący trend powrotu fougere do kanonu męskiej perfumerii (co mnie bardzo cieszy). Troszkę może zachowawczy, niemniej bardzo kompetentnie skomponowany.

I (Feminine – Woody Floral) – otwiera się świeżym, owocowo-przyprawowy akordem, by w sercu odsłonić klasycznie kobiece nuty kwiatowe róży i jaśminu, ale w lżejszym i bardziej dynamicznym wydaniu, niż choćby ten z opisywanego wyżej L Feminine. Baza zapachu jest ambrowo-drzewna i odrobinę gorzka. Początek intrygujący, serce ładne, reszta trochę nijaka.

I (Masculine – Amber Oriental) – ma dość niezwykły, pachnący lekko sfermentowanymi owocami i farbą emaliową, początek. Jest to aromat mocnej whiskey, dębowej beczki, jest też element iglakowej żywicy. W składzie znajdziemy m.in. nutę jabłka, suszonych owoców, ambrę i piżma, a także balsam jodłowy, mech i cedr z Atlasu. Całość jest męska, mocna i konkretna. Co ciekawe, nieco benzynowa baza przypomina mi trochę Lonestar Memories Andy’ego Tauera. Mimo to jest chyba najbardziej oryginalny z opisywanej szóstki, o mocnym charakterze i przykuwających uwagę zestawieniach nut, nie zawsze w 100% konsonansowych. Takie kontrasty zawsze dobrze robią perfumom i ta prawidłowość sprawdza się także i tu.

 

 

E (Masculine – Gourmande Oriental) – sypkie przyprawy na ambrowym tle z nutami rumu,  brzoskwini, labdanum, cynamonu i goździka w otoczeniu aromatu whiskey. Początkowo nieco bardziej słodkie, z czasem nabierając nieco bardziej słonego i suchego charakteru, szczególnie w bazie. Zapach sam w sobie świetny, ale jestem przekonany, że gdzieś czułem już coś bardzo podobnego… Mniejsza o to. Nie każde pachnidło musi być unikatowe i oryginalne. Zwykle wystarczy, jeżeli jest po prostu dobrze zrobione. Tak jest w tym przypadku. E Masculine to obok I Masculine ulubiony męski zapach z opisywanej szóstki.

E (Feminine – Green Fougere) – aromatyczno-zielony fougere z dość mocnym, zielono-ziemisto-kwiatowym akordem narcyza, aromatycznym lawendowym sercem i delikatnym finiszem, w którym echom wciąż obecnej zieleni towarzyszy sucha nuta drzewna i spora dawka białych, pachnących rozgrzanym żelazkiem białym prześcieradłem piżm. Intrygujący, inny, oryginalny.

 

Gdybym miał podsumować moje testy wybranych perfum Private Collection Clive Christian, to musiałbym stwierdzić, że przede wszystkim nie czuję w nich tej gigantycznej liczby składników (zresztą czym można to poczuć? raczej nie ma takiej możliwości), więc równie dobrze może to być chwyt marketingowy, mający na celu usprawiedliwienie grubo przesadzonych ceny tych perfum. Ale może to też być prawda, jeżeli np. przyjmiemy taki oto sposób liczenia, że sama esencja różna to pewnie dobrze ponad sto różnych aroma-molekuł… Mój zdrowy rozsądek i realna ocena podpowiadają zgodnie, że współcześnie nie komponuje się perfum z udziałem ponad 200 składników albo są to zupełnie marginalne przypadki. Z drugiej jednak strony, czy marka Clive Christian chce się kojarzyć ze zdrowym rozsądkiem, jeżeli wycenia jeden 50 ml flakon tych perfum na 275 brytyjskich funtów? Z pewnością nie.