Clean Reserve – równowaga i odpowiedzialność, czyli eko-perfumy

Wracam dziś do marki Clean, a to przy okazji linii Clean Reserve. To wyjątkowa kolekcja zapachów stworzona w duchu kontrastu clean-dirt, która zdecydowanie wychodzi poza estetykę prezentowaną przez zapachy z głównej linii, o których pisałem kilka tygodni temu tu.

 

clean reserve bottles

Kompozycje wchodzące w skład Clean Reserve powstały ze składników pochodzących ze zrównoważonych upraw, pozyskiwanych w sposób odpowiedzialny, często posiadających ekologiczne certyfikaty. Wedle PR-owców marki stanowią one nową generację zapachów Clean i tworzą zupełnie nowe doświadczenia zapachowe.

Trzy zapachy z tej linii, które miałem przyjemność poznać, cechuje paradoksalnie bardziej tradycyjny w treści charakter, aniżeli zaskakujące odcieniami detergentowej świeżości pachnidła klasycznej linii Clean. Penetrują one olfaktoryczne obszary znane z produktów wielu niszowych marek perfumowych, przy czym robią to w sposób bardzo oszczędny, niemal minimalistyczny i dość subtelny, przez co sprawiają wrażenie lekkich, a nawet czystych. Choć stanowią odrębne byty, zostały pomyślane tak, by móc kreatywnie łączyć je na skórze w ramach tzw. layeringu.

Citron fig rozpoczyna sie wyrazistym w swej świeżości akordem zbudowanym z rześkich cytrusów i cis-3-Heksen-1-olu, czyli nuty soczysto-trawiastej, które mają ewokować aromat figi. Kardamon i imbir – choć użyte niezwykle oszczędnie – przydają pikantnej ekspresji, balsam Copaiba dodaje głębi, zaś drewno sandałowe i cedr budują sucho-drzewny finisz i wraz z piżmami utrwalają zapach na skórze. Citron fig jest lekki, świeży, ale ma też intrygującą drzewną podbudowę.  Jest czytelnie skonstruowany, bardzo przyjemny, zrównoważony i całkiem trwały, przy początkowo dość wyraźnej, a później już subtelnej projekcji. Zapach skomponował perfumiarz Richard Herpin z Firmenich.

Clean-Reserve-Citron fig

Sel Santal – zgodnie ze swą nazwą – zawiera w formule esencję z drewna sandałowego. Ale jego zasadnicza i dominująca natura jest zielona, a to w wyniku zastosowania nuty fiołka, która na początku rozświetlona została mandarynką i bergamotką, a w sercu subtelnie posolona, co zostało zresztą podkreślone w nazwie zapachu. W spisie nut wymienia się też dość abstrakcyjny aromat „kremu z orzechów laskowych”, co należy potraktować raczej jako „perfumową poezję, aniżeli konkret. Drewnu sandałowemu w bazie towarzyszy duet ambry i piżma. Zapach ma parametry podobne do Citron fig, czyli dość intensywny, projektujący początek i raczej spokojny dalszy ciąg, kończący sie bardzo delikatną bazą. Na papierze testowym na wiele dni po aplikacji Sel Santal pozostaje już tylko wyraźny piżmowy finisz. Jego drzewno-słona sygnatura może kojarzyć się nieco z Santal 33 Le Labo, ale pachnidło Clean jest nieporównanie bardziej subtelne i bardziej świeże. Zapach skomponowała znana z pracy m.in. dla Biehl Parfumkunstwerke Patricia Choux (Mane).

Clean-Reserve-Sel_Santal

 

Sueded Oud to w tym zestawieniu mój faworyt, ale wynika to wyłącznie z moich zapachowych preferencji, a nie samego zapachu, który pod względem temperamentu jest bardzo podobny do pozostałych dwóch przeze mnie opisanych. Tyle, że tym razem mamy do czynienie z raczej linearnym pachnidłem stricte drzewnym z odrobiną nowoczesnej skóry – zamszu. Nieco wygładzony cyprysem i wiciokrzewem początek szybko przechodzi do meritum, a tym jest drzewny akord oudowy. Oud marki Clean (co za kontrastowe połączenie – czystość i oud!) jest subtelny, lekko dymny, z pewną dozą nutki, którą ja nazywam emulsyjną, farbową (tak wyrazistą w New York Amber marki Bond No. 9), którą przy odrobinie wyobraźni można faktycznie nazwać zamszową. Jedyna zmiana, jakie podlega Sueded Oud na skórze (a także na testowym papierze) to gubienie tej emaliowej skóry i wysuszanie się. Nuta pozostająca na skórze najdłużej, to suche, pyliste drewno, o co podejrzewam albo cedr albo papirus (ale raczej to pierwsze).

Marka poleca Sueded Oud jako doskonały podkład pod jakikolwiek inny zapach z serii Reserve tworząc w ten sposób analogię do tradycyjnego użycia oudu przez mieszkańców krajów arabskich, w których ten jest niezwykle popularny. Tam esencja oudu (lub oudowy dym) służy właśnie jako podkład do perfumowania sie innymi aromatami – przede wszystkim kwiatowymi. Faktycznie Sueded Oud ma wszelkie cechy takiego podkładu – wyraźną drzewność i linearność, a także ponadprzeciętną trwałość, w szczególności na tkaninie. Zapach skomponował Claude Dir, perfumiarz firmy Mane.

Clean-Reserve-sueded-oud-1

Warto zatrzymać się przy opakowaniu, które – czym marka ewidentnie się szczyci – zostało wykonane z materiałów ekologicznych poczynając od masywnego flakonu 100 ml z białego szkła, bardzo prostego w recyklingu, aż po korek zrobiony z drewna z hiszpańskich lasów o zrównoważonej gospodarce drewnem. Dalej – pudełko z papieru z certyfikatem FSC, biodegradowalny celofan z kukurydzy. Zawartość jest nie mniej eco – składniki z odpowiedzialnych upraw, alkohol z kukurydzy z dodatkiem aloesu. Wszystko to w bardzo spójny i przemyślany sposób zaprojektowane robi naprawdę przekonujące wrażenie czystości, przyjazności i dbałości o środowisko. Z punktu widzenia ekologicznego designu Clean Reserve to niewątpliwie przykład godny naśladowania. Ale nie tylko. Trzeba oddać, że flakony tej serii prezentują się naprawdę fantastycznie i będą podobać się lubiącym elegancki, „czysty” minimalizm. Mnie podobają się zdecydowanie.

Zapachy Clean Reserve należą do gatunku przyjemnych, intrygujących i wchodzących na terytoria olfaktoryczne najchętniej penetrowane przez marki niszowe. Tu jednak podane one zostały w bardzo przystępny, atrakcyjny i ostrożny sposób tak, by nie przestraszyć odbiorców. Mogą stanowić pierwszy krok w „rytuale przejścia” z używania perfum mainstreamowych do pławienia się w bezkresnych odmętach perfumowej niszy z jej niezwykłym bogactwem i fascynującą kreatywnością. Ale mogą też być dokładnie tym, czego szukamy. Czymś akurat i w sam raz.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Le Labo „Thé Noir 29”

Esencja czarnej herbaty to składnik, którego wagowo użyto najwięcej  w formule Thé Noir – pachnidła, które marka Le Labo włączyła do swej kolekcji w 2015 roku.

Wnioskuję to po nazwie, w której – zgodnie z zasadą przyjętą przez Fabrice’a Penota i Edouarda Roschiego – nazwa perfum Le Labo składa się zawsze z liczby użytych w formule składników oraz składnika, którego użyto w formule w największej ilości. Ale uwaga – nie oznacza to wcale, że ten składnik będzie dominował kompozycję i jej zapachowe spektrum. Tak zresztą z reguły w pachnidłach Le Labo nie jest.

Le Labo Roschi and Penot 2
Fabrice Penot & Edouard Roschi, foto: thevanderlust.com

Czarna herbata jest owszem w Thé Noir wyczuwalna w fazie serca, ale wtórują jej niemniej wyrazista zielona nuta figi, bardzo zgrabnie sparowana z esencją z róży. Podbudowa zapachu jest ewidentnie drzewna, z użyciem wetywerii i – mam wrażenie –  drewna kaszmirowego. Zapach jest idealnie zrównoważony, perfekcyjnie skomponowany, ma oryginalną sygnaturę, przyjemnie, ale nieprzesadnie projektuje i utrzymuje się na skórze całkiem długo. To czy przypadnie komuś do gustu, jest oczywiście kwestią indywidualną. Natomiast obiektywnie to jest po prostu świetne pachnidło, potwierdzające, że Le Labo jest jedną z kilku tych marek, które współcześnie wyznaczają górny pułap, gdy chodzi artystyczny, ale także i czysto użytkowy poziom perfum.

Frank-Voelkl-Firmenich-cafleurebon-589x700
Frank Voelkl 2017, foto: http://www.cafleurebon.com

Co ciekawe i całkiem zaskakujące, znajduję w Thé Noir spore podobieństwo do… Sir Avebury Oriflame z 2013 roku. Zapachy łączy nie tylko bardzo podobny zestaw nut (zielona, herbacina i drzewna), ale także – a może przede wszystkim – osoba perfumiarza. Frank Voelkl (nota bene autor m.in. bestsellera Le Labo Santal 33) stoi za obiema kompozycjami, przy czym Sir Avebury ujrzał światło dzienne dwa lata przed Thé Noir i sprawia wrażenie jego uboższego kuzyna-protoplasty. Wciąż jak na przedział cenowy (i budżet zapewne) pachnie naprawdę bardzo dobrze. Thé Noir to już cenowe Himalaje, ale i zapach jest bardziej naturalny i bardziej wyrafinowany. Nie pierwszy to raz, gdy pachnidło wydane przez Le Labo ma swój wcześniejszy odpowiednik, który wyszedł z pracowni tego samego perfumiarza. Dwa inne dobitne przykłady, to Labdanum 18 i Musc Ravageur F. Malle (oba Maurice’a Roucela) oraz Vetiver 46 i Comme des Garcons 2Man (oba Marka Buxtona). Przedziwna to prawidłowość, czyż nie?

A Thé Noir? Absolutnie rekomenduje go osobom lubiącym pachnieć niebanalnie i oryginalnie, a także – co nie jest zasadą w przypadku oferty Le Labo – bardzo lekko, łatwo i przyjemnie. To zdecydowanie jeden z najlepszych figowców na rynku, do tego z dodatkiem czarnej herbaty. Nie sposób się mu oprzeć.

Le Labo The Noir
fot. www.lelabofragrances.com

dominujące nuty: zielona, różana, herbaciana, drzewna

nos: Frank Voelkl

rok premiery: 2015

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5

 

 

Amouage „Imitation Woman” & „Imitation Man”- aldehydy i Travolta, czyli jak imitować życie w NY in 70s.

old-photo-of-nyc-bw

Nowy Jork lat 70-tych XX wieku. To tam Christopher Chong szukał inspiracji dla nowej perfumowej pary Amouage o przekornej nazwie Imitation. Czyżby odbył w tym celu podróż w czasie? Tego nie wiemy, choć oczywiście nie możemy tego wykluczyć, bowiem kreatywny umysł marki Amouage jest w ramach procesu twórczego zdolny do niemal wszystkiego…

Christopher Chong Amouage
Christopher Chong

Od kiedy synteza chemiczna pozwala na tworzenie unikatowo pachnących molekuł, twórcy perfum z zapałem wykorzystują je do imitowania otaczających nas zapachów, poczynając od klasycznych woni kwiatowych poprzez wszelkiego rodzaju nie-kwiatowe aromaty mające swój pierwowzór w naturze, aż po zapachy ambientowe w rodzaju perfum o woni rozgrzanego asfaltu czy kamiennej posadzki w średniowiecznej katedrze.

Pierwsze kompozycje perfumeryjne imitowały zapachy natury w najprostszy sposób. Esencje z wonnych roślin mieszane były ze sobą i rozpuszczane w oleistym lub alkoholowym nośniku. Efekt nie pokrywał się oczywiście idealnie z zapachem roślin, z których pozyskiwano ingrediencje, ale pozwalał przynajmniej zamknąć we flakonie aromaty natury. Później, wraz z początkiem perfumerii abstrakcyjnej, uciekano od imitacji w kierunku kreacji. Współcześnie, w dobie nowoczesnych metod syntezy chemicznej, ekstrakcji w dwutlenku węgla, destylacji frakcyjnej perfumiarze otrzymali potężne narzędzia, pozwalające im imitować naturę w stopniu, w jakim dotąd nigdy nie było to możliwe. Zaprzęgniecie do pracy technik analitycznych – chromatografii gazowej i spektrofotometrii – pozwoliło im imitować także istniejące już perfumy, te współczesne, najlepiej się sprzedające, jaki i te skomponowane przed laty.

Na czym więc w świetle powyższego polega imitacja w najnowszych perfumach Amouage Imitation? Czy Christopher Chong postanowił skopiować jakieś współczesne perfumowe bestsellery i podać je w bardziej wyrafinowany, bogaty, „amułażowy” sposób? Na szczęście nie. A może on i współpracujący z nim perfumiarze stworzyli współczesne wersje jakichś konkretnych klasyków przeszłości? Poniekąd tak, choć też nie do końca…

Imitation Woman – aldehydowy podmuch czarnej porzeczki

Zapach ma subtelnie kwiatowy początek zdominowany przez niemal owocowy i nektarowy duet ylang ylang i kwiatu pomarańczy. Spod niego dość szybko wyłania się owocowo-zielony akord serca z najpierw bardzo wyraźną i naprawdę uroczą nutą czarnej porzeczki (użyto esencji z jej pączków), której już po chwili zaczyna towarzyszyć, usuwając ją zreszta nieco w cień, zaskakującą i nieco dysonansowa nuta aldehydowa. Do niej dołącza lukrecja, ale też niespodziewanie ujawnia się róża. Ten aldehydowo-porzeczkowo-lukrecjowo-różany, z oddali nieco mydlany (gdyby tylko tak faktycznie pachniało jakieś mydło!) akord stanowi istotę Imitation Woman, ale nie stanowi jeszcze „końca” tych perfum. Akord głębi, trwający – fakt, na testowym papierku – kilka dni,  niezwykle przyjemna i zmysłowa woń drewna sandałowego, paczuli i – jak sądzę – śladów lukrecji, wszystko utrwalone odpowiednią dawką piżm. Nieistotne zresztą są te domysły. Liczy się aromat, a ten jest wg mnie bardzo… nęcący.

AMOUAGE-Imitation-Woman-100ml-EDP

Imitation Woman pachnie bardzo efektowanie, bogato, jednocześnie świeżo i zmysłowo, wyraźnie ewoluuje i pięknie finiszuje. To zapach dotrzymujący poziomu najlepszym damskim kreacjom marki Amouage, a jednocześnie zakorzeniony w długiej tradycji kobiecych pachnideł kwiatowo-aldehydowych.

Warto wspomnieć, że skomponował go – oczywiście pod kuratelą Christophera Chonga – niezawodny Pierre Negrin, który już kilkakrotnie dał się poznać jako perfumiarz nie tylko bardzo utalentowany i doświadczony, ale i czujący się dobrze w realizowaniu niezwykłych zapachowych koncepcji Christophera Chonga.

Pierre_Negrin
Pierre Negrin

nuty głowy: róża, ylang-ylang, kwiat pomarańczy, jaśmin

nuty serca: pączki czarnej porzeczki, aldehydy, lukrecja

nuty bazy: kadzidło, sandałowiec, paczula

nos: Pierre Negrin

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 5,0

 

ImitationTitleOnlyCompressed

Imitation Man – skórzana kurtka Johna Travolty? 

No i doczekaliśmy się pierwszych męskich skórzanych perfum Amouage. Gdy się nad tym zastanowić, to przyszło na nie czekać całkiem długo. Ale warto było. Mimo przekornej nazwy Imitation Man nie jest li tylko imitacją zapachu skórzanego. Jak zwykle w przypadku Amouage mamy do czynienia z aromatem nacechowanym indywidualizmem i oryginalnością, a także bezdyskusyjną jakością.

Imitation Man to nieco zadziorny skórzany szypr z przyprawowym wstępem, lekko zaznaczoną nutą kwiatową (róża) umieszczoną w wyposażonym także w irys sercu oraz zmysłową bazą, w której skórzana dominanta wzmocniona została nutami drzewnymi, a której subtelnej zwierzęcości nadano za pomocą kastoreum.

Zapach przyjemnie ewoluuje na skórze i nie pozostawia wątpliwości co do tego, że w pełni zasługuje na określenie go mianem perfum skórzanych. Ale nie jest to skóra w typie Cuir de RussieKnize Ten, Cuir Ottoman czy Cuir Mauresque. To raczej woń wytrawna, nieco szorstka i gorzkawa, taka jaką znamy z Bel Ami Hermesa, choć podana w bardziej współczesny i miękki sposób. Przypomina mi też nieco niesamowity, artystyczny do granic, bezkompromisowy, przepełniony kastoreum Cuir Mony Di Orio.

Warto na chwilę zatrzymać się przy osobie perfumiarki stojącej za tym zapachem. To Leslie Girard – przedstawicielka młodego pokolenia perfumiarzy o póki co dość skromnym dorobku, pracująca od 2012 roku w Robertet  – słynnej, znajdującej się w Grasse firmie produkującej esencje zapachowe i kompozycje perfumowe. Jej portfolio zawiera m.in. zapach skomponowany dla samochodowej marki Audi, służący do perfumowania wnętrz najbardziej luksusowych aut tego koncernu.

Leslie-Girard
Leslie Girard

Imitation Man to wg mnie naprawdę udane i całkiem przekonujące pachnidło skórzane, zgrabnie wypełniające lukę w ofercie omańskiej marki. Nie jest może tak spektakularne jak Cuir Cannage Diora (najwyższy czas na recenzję tegoż), niemniej stanowi solidną interpretację (a może jednak IMITACJĘ?) skórzanego tematu.

AMOUAGE-Imitation-Man-100ml-EDP

nuty głowy: cedrat, gałka muszkatołowa, czarny pieprz

nuty serca: róża turecka, kłącze irysa, fiołek

nuty bazy: mirra, skóra, wetyweria, paczula, kastoreum

nos: Leslie Girard

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0

The House of Oud – kiedy Włoch spotyka Araba (Saudyjczyka)…

Za marką The House of Oud stoi międzynarodowy duet. Para biznesowych wspólników, partnerów, których połączyła pasja do perfum i… oudu.

Efektem ich pracy jest kolekcja (a dokładnie dwie) pachnideł, których cechami wspólnymi są niezwykłych kształtów i barw flakony (trzeba oddać, że spektakularne) oraz to, że każda kompozycja rzekomo zawiera w formule oud. Stąd też nazwa brandu. Nie znaczy to jednak, że w każdym pachnidle ten oud jest ewidentnie wyczuwalny. Stanowi natomiast – wedle informacji twórców – element receptury każdego z nich. Za ten „wszędobylski” oud odpowiedzialny jest Saudyjczyk Mohammed Abu Nashim, człowiek opętany miłością do esencji z zagrzybionego drewna agarowego. Można i tak, prawda? Przeciwwagę dla niego stanowi Włoch Andrea Casotti, który w pewnym momencie procesu opracowywania koncepcji marki i perfum tworzących obie kolekcje postawił na swoim i nie dopuścił do tego, by – jak tego chciał jego wspólnik „w zbrodni” – każde pachnidło The House of Oud emitowało wyraźną oudową nutę. Czy to dobrze? Trudno powiedzieć. Dyskutowałbym z tym, ale zamiast tego przejdę to opisania swoich wrażeń z testów poszczególnych perfum.

 

Desert Day – dzień na pustyni

To kolekcja pięciu pachnideł zdominowanych przez nuty przyprawowe i drzewne. Sprawiają wrażenie dedykowanych raczej męskiej klienteli.

HoO Day

Golden Powder pachnie suchymi przyprawami i drewnem. Najpierw przeważają cynamon i gałka muszkatołowa, później górę biorą esencje drzewne – cedr, sandałowiec, gwajak. Baza z początku jest ciepła, wypełniona labdanum, wanilią, tonką i kwiatem tytoniu. Finał zaś sucho-drzewny, niestety dość cichy.

Owocowo drzewny Wonderfly zawiera wedle źródeł unikatową w perfumerii esencję z jagód goi, pachnie na początku słodko-owocowo z subtelnym akcentem ziemi. Później jest bardziej drzewne, sama głębia to już suche drewno, które wydaje się być podstawą większości pachnideł The House of Oud.

Blessing Silence to jedyne wyraźnie oudowe pachnidło The House of Oud. Klasycznie arabskie połączenie oudu z różą i szafranem skutkuje aromatem dobrze znanym z propozycji wielu marek (m.in. Montale, Bond No.9, Heeley, Maison Francis Kurkdjian) przedstawionym tu wszakże w sposób wyjątkowo przekonujący. Blessing Silence to mój faworyt w kolekcji Desert Day, zapachowe odzwierciedlenie wieczoru na pustyni, woń upalnego gorąca u schyłku dnia. Mocna rzecz. Magnetyzująca i mistyczna.

THE-HOUSE-OF-OUD-Blessing-Silence-75ml-EDP-957x1024

Breath of the Infinite to najdziwniejszy zapach z obu kolekcji, pachnący bardzo… chemicznie. Trudno to nawet nazwać klasycznymi perfumami. To raczej olfaktoryczny obraz pustyni, namalowany bardzo oszczędnymi środkami. Ambroxan, cashmeran, ślad jakiejś nieokreślonej nuty owocowo-kwiatowej, która zresztą przedziwnie nabiera z czasem większej wyrazistości, jakby wynurzała się z gorącego piasku. Całość raczej dysonansowa, sucha, dusząca… Pachnie jak rozgrzany słońcem piasek. Może o to właśnie chodziło? Jeśli tak, to OK. Rozumiem. Ale nie kupuję.

Wind Heat przedstawia się zdecydowanie lepiej. Ma przyprawowy początek z obecnym przez pierwsze kilkadziesiąt sekund pieprzem, następnie wybijająca się gałką muszkatołową, spod której wyłania się stopniowo stanowiący serce zapachu aromat będący mieszanką irysa, cedru, wetywerii i oudu. Orientalna kompozycja o intrygującej, pikantnej nucie ze zmysłowym sercem i ładnym suchym drzewnym finiszem. Zdecydowanie jeden z moich faworytów w ofercie marki.

The-House-of-Oud-Wind-Heat-Eau-de-Parfum-Spray-63744

 

Klem Garden – dzień w ogrodzie Klem

Na tę kolekcję także składa się pięć pachnideł, tyle że o wyraźnie innym charakterze od tych budujących Desert Day. Więcej tu nut kwiatowych i owocowych, mniej arabskiego orientu. Intensywność, gęstość i trwałość tych pachnideł pozostaje na podobnym, ponadprzeciętnym poziomie.

HoO GArden

Grape Pearls to całkiem udane połączenie kulinariów i piżm oraz subtelnej drzewnej bazy. Oto nuty owoców (konkretnie rzekomo winogron) w towarzystwie kawy na oudowym podkładzie. Poukładane w sposób, jaki znamy z perfum Mancera (Aoud Cafe) czy Montale (Intense Cafe) aczkolwiek z większą gracją. Bardzo przyjemne, uniseksowe, zmysłowe pachnidło. Tylko?

Dates Delight jest kulinarnym, słodkim zapachem orientalnym, w którym nuta suszonych owoców połączona została z żywiczną bazą oraz nuta słodkiego tytoniu a’la Tuscan Leather Toma Forda.

Cypress Shade – wg Andrei Casottiego –  zostało stworzone z myślą o perfumowych maniakach, blogerach, miłośnikach woni niebagatelnych, złożonych, fascynujących. W jego formule – obok cytrusów, nut zielonych (petit grain, kolendra, mięta) zawarto esencję z cedru z Madagaskaru oraz bardzo wyraźną, wzmacniającą się z czasem nutę wetywerii. Oud jako taki nie ujawnia się tu indywidualnie. Po kilkunastu minutach od aplikacji na skórze wetyweria zaczyna dominować i – trzeba to przyznać – pachnie wyjątkowo, głęboko, intensywnie. Z czasem zaczyna przybierać nieco mydlanego, „czystego” charakteru, trochę w kierunku Original Vetiver Creeda. Nie dziwi mnie, że to ulubione przez panów perfumy The House of Oud. To także jeden z moich ulubieńców w ofercie tej marki. A już na pewno ulubiony w kolekcji Klem Garden.

THE-HOUSE-OD-OUD-Cypress-Shade-75ml-EDP-969x1024

 

Almond Harmony  –  tytułowy migdał jako początkowo dominująca nuta, w towarzystwie nut kwiatowych, w tym heliotropu (rzecz jasna) na balsamiczno-tonkowej (o tak) bazie. Heliotropina i tonka plus wanilia gwarantują słodko-migdałowy efekt obecny w pierwszej i drugiej fazie trwania zapachu. Początkowo intensywny, że aż zgrzyta między zębami. Później spod tej słodkiej pierzyny przebija się nieśmiało nuta kwiatowa, ale bardziej w typie narcyza lub lilii, niż jaśminu czy ylang, które widnieją w oficjalnym spisie nut. I tak to sobie trwa, aż zniknie…

Ładne to, słodkie, smakowite. I nie można od tego przytyć. Same zalety.

Empathy ma kręcące w nozdrzach, przyprawowo(pieprz?)-owocowe (malina?) intro, po którym nabiera nieco bardziej kwiatowego charakteru, zachowując przy tym wdzięczną owocowość. Ten owocowo-kwiatowy akord wiodący osadzony został na ładnie przedłużającej całość drzewno-mszystej bazie, z której wszakże najwyraźniej czuję cashmeran. Ładne, choć bardzo schematyczne.

 

Pachnidła The House of Oud okazały się zupełnie inne od tego, czego spodziewałem się po nazwie marki. Miałem nadzieję na kawał bezkompromisowej arabskiej perfumerii, przepełnionej prawdziwym oudem (ceny flakonów pozwalałyby na to) w różnych wydaniach. Miast tego dostałem zestaw, a właściwie dwa zestawy perfum, które z Arabią wspólnego mają bardzo niewiele. Przy czym kolekcja Desert Day generalnie wypada tu lepiej i w niej można odnaleźć ślady arabskiego sznytu, w pełni wyczuwalnego tylko w Blessing Silence. Broni się też Wind Heat, choć już nie tak ewidentnie. Z kolei kolekcja Klem Garden to raczej zestaw bardziej owocowych niż kwiatowych pachnideł orientalnych, nie wyróżniających się niczym specjalnym może poza sporą gęstością samych aromatów. Ale i tu mam swego faworyta – Cypress Shade (tu akurat ani kwiaty ani owoce nie odgrywaj istotnej roli), a to dzięki całkiem oryginalnemu i naprawdę efektownemu potraktowaniu wetywerii. W sumie trzy dobre pachnidła na 10. Nieźle, czy źle? Hmm….

Panie Casotti, dlaczego czuję się nabijany w piękną butelkę?

 

 

PS. Perfumy The House Of Oud można przetestować i zakupić w Perfumerii Quality Missala.

 

 

 

 

Olfactive Studio „Flash Back in New York” – śnieg w metropolii

Fotografia obsypanego śniegiem Nowego Jorku, autorstwa nowojorskiej fotograficzki  Vivienne Gucwa, stała się kanwą dla nowych perfum niszowej marki Olfactive Studio. Po raz pierwszy skomponowania perfum dla Céline Verleure podjął się znany ze współpracy m.in. z Byredo i Atelier Cologne perfumiarz firmy Robertet, Jérôme Epinette. Rezultat jest absolutnie godny uwagi. Flash Back in New York to doskonałe niszowe pachnidło.

Olfactive Studio Flash Back in NY picture

Na całość tego pachnidła składają się trzy elementy: wyraźny przede wszystkim na początku element przyprawowy, z kminem, szałwią i szafranem, następnie skórzany – będący efektem połączenia skórzanej nuty z dziegciem brzozowym (pamiętacie Le Labo Patchouli 24?) oraz drzewny – zbudowany z wetywerii i papirusu. Całość pachnie bardzo intrygująco, wytrawnie, trochę kwaskowo, trochę żywicznie, wyraźnie i długo.

Przyprawy mieszają się tu z suchym drewnem i subtelnie skórzaną aurą. Flash Back in New York ma niszowy, wysublimowany i wyrafinowany charakter. To jedna z najciekawszych propozycji Olfactive Studio – marki mającej w swoim portofolio niemal wyłączne warte uwagi pachnidła.

jerome epinette 01

Zbyt wiele tu moich ulubionych nut, by Flash Back in NY nie przypadł mi do gustu. Podoba mi się. Nawet bardzo. Zbyt wiele tu jednak (i to chyba nieprzypadkowego) podobieństwa do pewnego – ostatnio kultowego w pewnych kręgach – pachnidła, by móc określić najnowsze dziecko Olfactive Studio oryginalnym czy unikatowym. Tak, takie były moje pierwsze skojarzenia, potwierdzone później testami porównawczymi.  Flash Back in NY to zapach bardzo mocno przypominający mi Santal 33 od Le Labo. Tyle że kompozycja Epinette’a jest bardzo wyważona, gładsza, mniej surowa i delikatniejsza od niesamowicie intensywnego i bardziej surowego dzieła Franka Voelkla. Niemniej, oba zapachy są do siebie bardzo podobne, choć oczywiście nie identyczne.

Jakiś czas temu wśród tej bardziej snobistycznej i wyrafinowanej części Nowojorczyków zrodziła się moda na Santal 33 od Le Labo. Zapach ten stał się podobno prawdziwym niszowym hitem w tym mieście. Flash Back in NY Olfactive Studio wydaje się logiczną na niego odpowiedzią. A może to tylko przypadek?

Wątpię.

Olfactive Studio Flash Back in NY

nuty głowy: kmin, szałwia muszkatołowa, biały len, szafran

nuty serca: fiołek, jaśmin, toskańska skóra

nuty bazy: dziegieć (smoła brzozowa), papirus, wetiwer, bób tonka

nos: Jerome Epinette

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0

 

Piotr Czarnecki – „Scent of Dance”, czyli jak z tańca zrobić perfumy?

O Piotrze Czarneckim, a właściwie o tworzonych przez niego perfumach, chciałem napisać na Perfumowym Blogu już kilka lat temu przy okazji niebywałego sukcesu, jaki odniosły perfumy jego autorstwa. Mowa tu o Sensei (2013), dzięki któremu Piotr – na codzień instruktor tańca i właściciel szkoły tańca – znalazł się w gronie finalistów amerykańskiego The Art and Olfaction Awards w 2014 roku i osobiście wziął udział w uroczystej gali z okazji przyznania nagród, która odbyła się w Los Angeles.

Piotr Czarnecki
Piotr Czarnecki, copyright Agencja Gazeta

Mimo, że byliśmy w kontakcie, nie składało się jakoś i recenzja Sensei nigdy nie powstała. Na szczęście okazało się, że Sensei – ten prawdziwy precedens w historii polskiego perfumiarstwa – miał swój ciąg dalszy. Piotr zachęcony jego sukcesem (przemianował go na Shihan) następne lata wykorzystał pracując nad kolejnymi pachnidłami. Już rok po premierze Sensei, perfum o raczej męskim charakterze, światło dzienne ujrzał Shihan She, perfumy przeznaczone dla kobiecej skóry. Zeszły rok przyniósł zakończenie prac i wylansowanie trzech kolejnych pachnideł Piotra: Kiviskin, Bleubijou i Venom of Angel.

Dzięki uprzejmości Piotra mam dziś w końcu okazję podzielić sie wrażeniami na temat jego perfumowej twórczości. Zacznijmy – a jakże – od Shihan.

 

Sklep kolonialny

Pamiętacie jeszcze, jak pachnie słynny pierwszy zapach Comme des Garcons? Shihan przypomina mi go w pierwszych minutach. Podobne połączenie nut przyprawowych (z goździkiem i cynamonem w rolach głównych) z ambrowym tłem. Shihan dodatkowo jeszcze emituje jakże mi drogie nuty nut kawy,  whiskey i tytoniu, zamieniając się w coś, co określiłbym zapachem wnętrza sklepu kolonialnego. Aromat ten nie po raz pierwszy został zamknięty we flakonie perfum. Nie jest więc Shihan w żadnej mierze oryginalny, ale jak debiut perfumiarza – amatora z pewnością zasługuje na uwagę i uznanie. Poza tym pachnie naprawdę ładnie – jest zbalansowany, nasycony, złożony. Ale – przy całym swoim uroku – nosi kompozycyjnie wyraźne cechy debiutu, intryguje owszem początkowymi nutami, które trzymają się jeszcze nieźle w fazie serca, zapach mocno gaśnie w drydownie i czegoś mu tu wyraźnie brakuje.

shihan

główne nuty: goździk, kawa, whiskey, ambra,

 

Karmelowa róża

Choć Shihan to bezdyskusyjnie uniseks, Piotr zdecydował się na stworzenie także jego damskiego „odpowiednika”. She Shihan zbudowane zostało na kanwie poprzednika, ale perfumiarz ozdobił go nutą róży oraz śliwki. Przyznać muszę, że efekt jest naprawdę dobry, bo obie te nuty połączyły się w jeden akord o oryginalnej woni, wcale nie ewidentnie kwiatowej czy owocowej, ale za to wyraźnie kobiecej. Przyprawowy charakter poprzednika złagodził zaś puchatą wanilią. W rezultacie w sercu She Shihan pachnie jak róża oblana karmelem i muszę przyznać, że jest to zapach bardzo przekonujący i skazany na uwielbienie przez panie. Dzięki olejkowi różanemu She Shihan lepiej emanuje ze skóry i ma w sobie znacznie więcej życia, niż dość statyczny i stateczny Shihan. Wanilia okupuje bazę stanowiąc ładne zwieńczenie całości.

shihan she

główne nuty: róża, śliwka, przyprawy, wanilia

 

Zielona skóra

Kiviskin od pierwszych nut zaskakuje niszowym charakterem, który na pierwszym etapie początkowo kojarzy mi się z estetyką niektórych pachnideł Oliviera Durbano. Akord otwarcia jest naprawdę intrygujący i bardzo mocny. Wirująca mieszanka zielonej nuty fiołkowej i sporej dawki kręcących w nosie przypraw (szafran, pimento, gałka muszkatołowa) spodoba się poszukiwaczom mocniejszych i zupełnie niesztampowych wrażeń perfumeryjnych. Aromat ten – siłą rzeczy – niczym huragan sieje spustoszenie w naszych nozdrzach (i zapachowej pamięci – obrazki wspomnień zmieniają się jak w kalejdoskopie), by dość gwałtownie zniknąć i pozostawić po sobie woń powalonych drzew cedrowych, nad którymi unosi się zapach orzechów oraz – uwaga – skóry. Teraz z kolei bliżej mu do niektórych propozycji L’Artisan Parfumeur z okresu współpracy z Bertrandem Duchaufourem (zieleń Timbuktu połączona z orzechami Mechant Loup). Z czasem centralną nutą zapachu staje się skóra, której zwiastun wyczuwalny jest tak naprawdę już na samym początku. Kiviskin to bardzo oryginalne i intrygujące pachnidło zielono-skórzane. Czuć, że Piotr poszukuje nowych akordów i to z powodzeniem. Sam choć przewąchałem już wiele perfum, nigdy wcześniej takiego aromatu nie spotkałem.

kiviskin

główne nuty: przyprawy, fiołek, orzech, cedr, skóra

 

„Na (zielone) jagody”

Owocowo-zielone intro o potężnej mocy stopniowo traci swą niesamowicie intensywną zieloność i przechodzi w łagodniejsze, nieco bardziej owocowe serce, spod którego przebija słodkawa nuta kawy i coś jeszcze, jakaś nuta, której nie umiem zidentyfikować (może to wspomniana w składzie borówka?). Kontrast – ten środek artystycznego wyrazu potrafi być w perfumerii szczególnie efektowny, gdy umiejętnie zbalansowany. Połączenie nut w przyrodzie niewystępujące, nieodczuwalne także w naszym otoczeniu, może wzbudzić zainteresowanie, a nawet zachwyt, ale może też mieć czasem szokujący charakter. W Bluebijou stosuje kontrast zielone-słodkie, co troszkę szokuje i troszkę zachwyca. Wynikać to może ze zbyt przytłaczającej w swej mocy zawartości zielonej esencji fiołka i zbyt małej kawowo-czekoladowej przeciwwagi. Potrzeba sporo czasu, by zapach ułożył się w całkiem przyjemny aromat raczej linearny, który niewiele się zmienia w czasie poza tym, że traci (bardzo powoli) swój pierwotny impet, aby na końcu uraczyć nas mocnym piżmowym drydownem, na wierzchu którego czuć resztki kawy.

bluebijou

główne nuty: fiołek, borówka, kawa, piżmo

 

Anielski jad

Chyba najbardziej „perfumowy” z wszystkich perfum Piotra – póki co. Mam na myśli to, że pachnie bardziej profesjonalnie, a mniej rzemieślniczo. Nie znaczy to, że pachnie gorzej od innych. Przeciwnie – Venom of Angel to mój ulubione pachnidło Piotra Czarneckiego. Przede wszystkim akordy są tu trudne do rozszyfrowania, czuć efekt synergii składników, zapach stanowi monolityczną całość, ciekawie się rozwija i naprawdę dobrze sprawuje się na skórze przechodząc od słodkawo-pikantnego początku z wyraźną nutą kokosa niesioną w przestworza przez czarny pieprz, przez intrygujące, słodkawo-zielone (aloes, bluszcz, trzcina cukrowa) serce, aż po bardzo charakterystyczną, dość wyraźną i sygnaturową bazę z m.in. cedrem, która kojarzy mi się nieco z finiszem fougere. Jest w niej ten męski pierwiastek charakterystyczny dla perfum tego gatunku.

Testując Venom… w „teście niewidomego” mógłbym spokojnie pomyśleć, że to kolejne perfumy jednej z bardziej zapachowo przyjaznych marek niszowych lub kolejna propozycja jednej z marek designerskich słynących z bardziej odważnych i wymagających jak na mainstream kreacji. I nie traktuję tego jako zarzutu, tylko raczej jako komplement dla rozwijającego się warsztatu Piotra. Jako całość Venom of Angel to wg mnie jego najbardziej dojrzałe perfumy. Absolutnie uniseksowe, a nawet – w drydownie – bardziej męskie.

venom

główne nuty: kokos, aloes, bluszcz, trzcina cukrowa, cedr

 

Piotr Czarnecki wyraźnie się rozkręca. Jego najnowsze pachnidła dobitnie o tym świadczą. Nasz rodzimy perfumiarz ma intrygujące pomysły, które z powodzeniam przekłada na olfaktoryczne opowieści, a te nie tylko interesująco pachną na testowym papierku, ale również – a może nawet przede wszystkim – na skórze, ciesząc noszącego i intrygując otoczenie. Co jest szczególnego w perfumach Piotra to fakt, że są one autentyczne. To małe dzieła perfumowej sztuki, zapachowe zwieńczenia wizji i poszukiwań Piotra, ograniczonych jedynie paletą dostępnych składników i jego umiejętnościami. Tu nie ma kalkulacji. Jest za to szczery artystyczny przekaz. Trzymam kciuki za rozwój perfumowej działalności Piotra, mając nadzieję, że stworzy on kiedyś perfumy dedykowane mężczyznom – takie z wetiwerową dominantą, bergamotą, tytoniem, mchem dębowym i … dużą dawką jego talentu.

 

PS. Dla zainteresowanych poniżej reportaż o Piotrze i jego perfumiarskiej pasji.

Carner Barcelona – „Oriental Collection”, ślepy zaułek w Barcelonie

Po całkiem udanej Black Collection i nijakiej Floral Collection, chyba najbardziej znana hiszpańska perfumowa marka niszowa przedstawiła właśnie Oriental Collection, na którą – podobnie jak w przypadku ostatnich wyżej wymienionych dwóch dwóch kolekcji – składają się trzy pachnidła.

Carner Barcelona Oriental Collection

Megalium

Przyprawiona cynamonem, gałką, pimento i pieprzem słodko-żywiczny kadzidlak. „Ale to już było” i to wielokrotnie. I to dawno temu. Wciąż jednak – jak widać – lubi wracać, mimo że przecież słowa piosenki mówią coś zupełnie innego…

Botafumeiro

Przyprawiony pieprzem i gałką kadzidlak, rozpoczynający się bardzo podobnie do słynnego Bois d’Encens Armani Prive (choć wstęp jest mniej pikantny i drzewny, za to złagodzony przez cytrusy), dość szybko jednak tracący początkowy impet i w przeciwieństwie do przywołanego dla porównania arcydzieła minimalizmu Michela Almairaca, Botafumeiro nie oferuje nic interesującego poza wspomnianym początkiem. Szkoda.

Ambar del Sur

Po prostu żywiczny, ciepły zapach ambrowy, jak dziesiątki innych. Nuda.

Carner Oriental

Oriental Collection potwierdza wg mnie na to, że Sara Carner wyraźnie skręciła w ścieżkę komercyjną. Granie znanych i przyjemnych melodii niejednemu już przyniosło zyski, choć niekoniecznie chwałę. Zapachy te są poprawne. Tyle i tylko tyle. Cechuje je wtórność i zachowawczość oraz raczej dyskretny charakter. Już Black Collection trochę niepokoiła wtórnością, choć same zapachy broniły się jakością. Flower Collection niczym mnie nie zachwyciła. Ostatnie wg mnie naprawdę intrygujące i udane pachnidła Carner to Paolo Santo i Costarella. Także w najstarszej Woody Collection znajdziemy znacznie lepsze pozycje, niż te składające się na miałką w mojej ocenie Oriental Collection. I nawet te piękne flakony jej nie ratują. Niestety.