Tom Ford „Fucking Fabulous” – doprawdy?

Gdy mniej więcej w połowie 2017 pojawiły się w internecie informacje nt. nowych perfum Toma Forda o nazwie Fucking Fabulous uznałem to za fake news.

TF FFabulous

Nie wierzyłem, że Ford mógłby aż tak daleko posunąć się w prymitywnym marketingu. Owszem dał się nie raz nie dwa poznać jako projektant lubiący zwrócić uwagę na swój produkt niemal wulgarną kampanią reklamową, ale miałem wrażenie, że w ostatnich latach nieco zbastował i poszedł w kierunku bardziej eleganckich treści w materiałach promocyjnych. Gdy jednak jakiś czas później okazało się, że to faktyczna nazwa limitowanego zapachu, który swą premierę miał podczas Nowojorskiego Tygodnia Mody w 2017 roku, byłem – przyznam – zniesmaczony. A nie jestem zbytnim purystą. Po prostu wydało mi się to wyjątkowo pretensjonalne, a nawet prostackie, jak na tak wyrafinowanego projektanta. Kolejna granica została przekroczona… Znów przez Toma Forda… Do tego ta napompowana cena, wyższa od „typowego” zapachu z kolekcji Private Blend o ok. 30%… Na długi czas zapomniałem o tym pachnidle – aż do września br., gdy miałem okazję powąchać je w perfumerii na lotnisku w Monachium. A flakon wyglądał tak….

TF FFabulous 3

 

O co chodzi z tą cenzurą w nazwie? – pomyślałem. Polityczna poprawność w Europie? A może kolejny sprytny chwyt marketingowy speców z Tom Ford Beauty?

Butla wyróżniała się pośród innych z kolekcji modnym matowym wykończeniem. Aromat z papierowego blottera natomiast zaskoczył mnie najpierw parafinową nutą. Trochę świecy, trochę skóry, trochę słodkości. Takie było moje pierwsze wrażenie. Hmmm…. Nie zachwycił, ale i nie rozczarował. Na pewno zaintrygował tą niecodzienną zbitką nut… Owszem spodziewałem się czegoś daleko bardziej spektakularnego, ale… Zdecydowałem, że w nieodległym czasie zdobędę materiał do głębszych testów i tak niedawno uczyniłem.

Dziś po kilku próbach jedno wiem na pewno. Zapach nie ma nic wspólnego z nazwą. Ogłaszam więc kolejne spektakularne zwycięstwo marketingu nad produktem jako takim. Niemniej zdecydowanie wart jest uwagi, bo nie można odmówić mu oryginalności i unikatowego charakteru.

Fucking Fabulous otwiera się przedziwnym akordem z którego wyłania się na pewno tonka oblana zielonym sokiem – tu szałwią (gdzieś to u Forda już czułem – wiem – Vert d’Encens). Początkowo aura jest zielono-słodko-gorzka i ta zbitka totalnych przeciwieństw działa na ośrodek węchowy nieco dezorientująco. Do tego w tle majaczy nuta skóry, ale nie ta znana z Tuscan Leather czy Ombre Leather. Tu skóra jest jakby woskowana, tłusta, błyszcząca. Wraz z upływem czasu zapach zaczyna tracić na zieloności i pojawia się nutka drzewna (z opisu wynika cashmeran), choć mi przypominająca mi bardziej esencję cedrową. Mocy nabiera aromat słodkawo-gorzko-woskowy. To co pozostaje na skórze na koniec – czyli tzw. głębia, baza – niestety jest najmniej udanym elementem zapachu. Nieco gorzka, nieco drzewna, nieprzekonująca.

tom-ford-fucking-fabulous.jpg

Mam pewne uwagi do parametrów, bo o ile Fucking Fabulous trzyma się na skórze całkiem długo, to jego ekspresja i projekcja pozostawia do życzenia. Mogłaby być nieco bardziej wyrazista, choćby na poziomie wspomnianego Vert d’Encens nie wspominając o Oud Wood czy Tobacco Vanille.

Reasumując – Fucking Fabulous (i zapomnijmy na chwilę o dyskusyjnej nazwie) to perfumy, które wymykają się znanym klasyfikacjom. Intrygują pomysłowym i odważnym zestawieniem nut, ale rażą brakiem zdecydowania i wrażeniem… niedokończenia. Jakby studium, projekt w trakcie… Perfumowa ciekawostka dla najbardziej zainteresowanych i… nie żałujących pieniędzy. Tak na marginesie, to wydaje mi się, że Fucking Fabulous mógł powstać przy okazji opracowywania zapachów z mini-serii Vert z 2016 (Vert Boheme, Vert d’Ensens,  Vert de Fleur i Vert de Bois), a być może nawet nie zmieścił się w głównej czwórce, więc został odłożony na później. Idealna opcja na limitowaną edycję, prawda? Ach, ten fordowski marketing…

Tom Ford FFabulous 2

główne nuty: szałwia, gorzki migdał, tonka, kłącze irysa, skóra, cashmeran

nos: bd.

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0-3,5

Etat Libre d’Orange „Les Fleurs du Déchet” – przydatny śmieć…

„To co brudne, musi być też piękne”

Etienne de Swardt

ELdO Les Fleurs du Dechet banner

Les Fleurs du Déchet (dosłownie: „Kwiaty odpadów”) to w swej istocie bezprecedensowa perfumowa deklaracja Etat Libre d’Orange, Etienna de Swardta, perfumiarki Danieli Andrier oraz współpracującej przy tym projekcie firmy Ogilvy (potęga w dziedzinie marketingu, reklamy i PR) wartościująca odpady i w jakimś sensie gloryfikująca ich przydatność.

W czasach, gdy ludzkość wyrzuca na śmieci zatrważające ilości produktów, często wciąż zdatnych do użycia, gdy na wysypiskach lądują miliony ton odpadów z tworzyw sztucznych, z których spora część kończy niestety w oceanach, i gdy ekolodzy coraz głośniej wzywają do opamiętania się i podjęcia kroków mających na celu ograniczenie ilości odpadów i lepsze ich zagospodarowanie, wieszcząc – nie bez słuszności – katastrofalne konsekwencje obecnych praktyk dla przyszłości naszej planety i rodzaju ludzkiego,  Les Fleurs du Déchet wydaje się być bardzo na czasie, szczególnie że także przemysł perfumeryjny generuje potężne ilości specyficznych odpadów, których dalsze wykorzystanie w perfumach przynajmniej w części mogłoby być możliwe, czego zresztą najnowsze pachnidło Eta Libre d’Orange ma dowodzić.

Życie każdego produktu, czy to przemysłowego, czy żywnościowego, ale także rośliny, warzywa czy owocu nie kończy się po jego wyrzuceniu na śmieci. Wszystkie te rzeczy wciąż mają przecież wciąż pewną wartość, a sam fakt ich wyrzucenia tej wartości ich nie pozbaia. Tak przynajmniej uważają twórcy najnowszego zapachu Etat Libre d’Orange. Co więcej, odpady stać się mogą tworzywem dla stworzenia nowej jakości.

A więc:

Trash but never waste.

ELdO Les Fleurs du Dechet visual

Les Fleurs du Déchet to zaskakująco lekki i dość delikatny zapach sprawiający wrażenie minimalistycznego w formule, ale dość efektywnego w przekazie. Nie zwraca uwagi żadnym oryginalnym akordem czy jakąś niespotykaną dotąd nutą i jako całość lokuje się gdzieś pomiędzy Rose Ikebana Hermesa i Kashan Rose The Different Company. Róża – powiecie. Owszem, też, ale nie tylko. Jest też jabłko…

W otwarciu nuta zielonego jabłka, za nim róża podana w lekki, przyjemny, nieco zielony sposób. Później intrygujący i trudny do opisania całkowicie abstrakcyjny akord ni to owocowy, ni to drzewny, zdecydowanie uniseksowy, jak zresztą całe pachnidło.  Kilka składników mających dodać głębi i utrwalić zapach na skórze, a które nie wyodrębniają się jako indywidualne nuty. Marka wymienia cedr, przypominającą zapach drewna sandałowego aromamolekułę Sandalore, użyte w sporych ilościach w poprzednim zapachu Une Amourette od-paczulowe Akigalawood oraz niezastąpione ISO E SUPER, gwarantujące projekcję i mieniącą się aurę. Po raz kolejny „za kolbami” w perfumowych laboratorium zasiadłą Daniela Andrier. Efektem jest minimalistyczny zapach, który w doskonały sposób ilustruje to, czym od strony technicznej są w swej większości współczesne perfumy: zbiorem składników po części naturalnych, w większej zaś części pochodzenia laboratoryjnego połączonych w kompozycję, której końcowy aromat jest nowym olfaktorycznym tworem, nieobecnym 1:1 w naturze, choć częściowo do natury nawiązującym. Kluczowymi zaś elementami dla jego efektowności i efektywności, dla wyrazistości i trwałości są produkowane w laboratoriach wielkich koncernów aroma-molekuły, produkujące – jak już wiemy – potężne ilości chemicznych odpadów…

Jak głosi marketingowy brief:

„Les Fleurs du Déchet symbolizuje przejście od Sécrétions Magnifiques do dorosłości. To kontrrewolucja dla Etat Libre d’Orange, marki wciąż głośnej i destruktywnej, ale ostatecznie – funkcjonalnej.”

Rodzi się więc pytanie, czy Les Fleurs… to faktycznie cezura i jednoczęsnie symbol końca olfaktorycznych przygód, wyzwań i eksperymentów, jakie marka serwowała od momentu swego debiutu w 2006 roku i zdeklarowany już skręt w stronę zapachów owszem obleczonych oryginalnym marketingiem i intrygującą wizją, ale już przyjemnych i łatwych w odbiorze, pozbawionych elementów olfaktorycznego zaskoczenia? Cóż – poczekamy, powąchamy. Ja w jo jakoś nie potrafię uwierzyć i wciąż liczę na to, że Etienne de Swardt zaskoczy mnie czymś na miarę Le Fin du Monde lub Hermann a Mes Cotes...

„A więc, zanim będzie zbyt późno, pomódlmy się do boga odpadów, naszego drogiego lorda pozostałości.”

Les-Fleurs-du-Déchet-–-I-Am-Trashdominujące nuty: zielone jabłko, neo-róża, akord neo-drzewny

nos: Daniela Andrier

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0

Tauer Perfumes „L’Oudh” – dogoniony króliczek?

Dobrze wiem, że kiedy Andy Tauer bierze się za jakiś nowy zapach, nie opublikuje go dopóty, dopóki ten nie będzie perfekcyjny i idealnie zgodny z wizją twórcy.

ANDY_TAUER

A że Andy Tauer nie musi oglądać się dosłownie na nic (co zawdzięcza wyłącznie samemu sobie, talentowi oraz ogromnej pracowitości), to też jego pachnidła są zawsze efektem niczym nie skrępowanej twórczej wizji. Co to oznacza? Ano tyle, że kupując perfumy marki Tauer Perfumes możemy być pewnie jednego – że będziemy mieli do czynienia z produktami wyjątkowej jakości i unikatowej treści o mocnym charakterze, który pozwoli zapach pokochać albo znienawidzić. Ale tak to już jest z dziełami bezkompromisowymi. Mógłbym tu pisać peany na cześć Tauera, ale nie taki jest mój cel. Po prostu każdym nowym zapachem utwierdza mnie on w przekonaniu, że reprezentuje wszystko, co w perfumach najlepsze, jednocześnie skrzętnie unikając wszystkiego, co moim zdaniem najgorsze (blichtr, nabzdyczenie, pompatyczność, przerost formy nad treścią, banalny i niedorzeczny marketing, nieadekwatnie wysokie pozycjonowanie produktów, wreszcie zwykła „niszowa ściema”).

Tegoroczny L’Oudh był z pewnością niespodzianką. Andy długo unikał podjęcia oudowego tematu (dłużej nawet niż wyjątkowo silnie ignorujący wszelkie mody i trendy Patricia de Nicolai czy Frederic Malle), jakby czekając, aż napompowana do granic możliwości oudowa bańka pęknie lub chociaż się skurczy. I – zdaje się – doczekał tego momentu. Bardzo dobrego momentu. Być może właśnie dlatego to, co umieścił we flakonie L’Oudh, okazało się być w jakimś sensie czystą kwintesencją oudowego trendu, a może nawet jego podsumowaniem.

Tak w każdym razie pachnie dla mnie L’Oudh. Kwintesencjonalnie. Ten przypadkowy powstały neologizm brzmi szczególnie adekwatnie do sytuacji.

W L’Oudh znajdziemy aromat, jaki dla wielu może być końcem poszukiwań w oudowej dziedzinie. Taki oudowym dogonionym króliczkiem. Oszałamiający mocnym, nieco kwaśnym początkiem, osiada na skórze w postaci mieszanki nut zwierzęcych, skórzanych i drzewnych, które na przemian przejmują pierwszy plan, by sfiniszować sucho-drzewnym akordem.

agarwood

L’Oudh przez cały czas utrzymuje wytrwany i raczej surowy charakter. Bez zbędnych ozdobników. Jest bardzo na temat.

Zastosowany olejek z oudu pochodzący z Laosu pachnie szczególnie. Wspominałem już, że to mój ulubiony gatunek, którego stosuje m.in. James Heeley (Agarwoud i Phoencia) oraz Francis Kurkdjian (genialne oudowe trio Oud Moods). Jest on bogaty właśnie w skórzane i sucho drzewne oraz animalne akcenty. Podejrzewam, że Andy – po umieszczeniu drogocennej esencji w centrum kompozycji – podkręcił wszystkie jej naturalne aspekty za pomocą odpowiednio dobranych ingrediencji, o których zresztą otwarcie wspomina. Kastoreum, piżmo i szara ambra wzmocniły aspekt zwierzęcy (ale bez obaw – nie dominuje on zapachu). Esencja z sandałowca oraz moje ukochane składniki: cypriol i wetyweria podkreśliły drzewną istotę oudu, zaś styrax, labdanum, mirra, tytoń i paczula budują akord skórzany. Do tego ta przedziwna nuta smardza(!), którą Andy określił jako na poły naturalną, na poły sztuczną (zapewne efekt kompozycyjnych zmagań artysty), nadająca subtelnej grzybnej aury (oud to przecież w naturze efekt reakcji drewna agarowego na atak bakterii i grzybów). Tak więc wszystkie te składniki nie tyle ozdabiają aromat, ile go wzmacniają. Efekt jest naprawdę bardzo sugestywny i absolutnie niezwykły.

L’Oudh pachnie bardzo naturalnie (i w istocie swojej zbudowany jest w przewadze z naturalnych ingrediencji). Jest zapachem niemal linearnym, o bardzo precyzyjnie wyregulowanej projekcji, nie dominującej otoczenia, ale pięknie wyczuwalnej przez noszącego przez większość czasu i pozostawiającej za noszącym magnetyzującą smużkę. Może doskonale łączyć się z innymi perfumami, dodając im egzotyki i intrygującej drzewnej nuty.  Trwa przy tym dobrze ponad 12 godzin. Ma wszelkie cechy czyniące go zapachem absolutnie wybitnym w swojej stylistyce. Jest przykładem perfum doskonałych, choć pod względem treści i charakteru skierowanych do koneserów, których zresztą ma ogromne szanse ukontentować.  Ja z pełną odpowiedzialnością daje L’Oudh najwyższą notę. Oudowe arcydzieło.

Tauer LOudh

dominujące nuty: drewno, skóra, animalne

główne składniki: oud z Laosu, cypriol, ciemna wetyweria z Javy, paczula, mirra, piżmo, labdanum, drewno sandałowe, szara ambra, smardz, tytoń, róża, jaśmin

nos: Andy Tauer

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0

James Heeley „Phoenicia” – oud Fenicjan

Kilka lat temu bardzo entuzjastycznie oceniłem Agarwoud Jamesa Heeleya. Dziś podpisałbym się pod moją opinią obiema rękami. Zamiast tego wolę jednak obiema rękami napisać kilka zdań o innym zapachu tej marki, który również zawiera słynny i ulubiony przez mnie oud z Laosu, i który zasługuje na nie mniejszy zachwyt.

phoenicia heeley

Phoenicia to pachnidło z 2015 roku umieszczone w kolekcji ekstraktów perfumowych Jamesa Heeleya. Znany z Agarwoud – gdzie towarzyszył róży – laotański oud jest tu tym razem otoczony subtelnymi nutami suszonych owoców oraz kadzidłem, labdanum i rozmaitymi esencjami drzewnymi: sandałowcem, wetywerią, cedrem, brzozą.

To brzoza właśnie o w połączeniu z kadzidłem i oudem oraz wetywerią stanowią moim zdaniem o unikalnym, nieco dymnym i drzewnym charakterze tego niezwykłego pachnidła. Przypominać ono nieco może Black Tourmaline Oliviera Durbano, ale inaczej rozłożone są tu akcenty – więcej oudu, drewna w ogóle i kadzidła, a mniej wędzonego dymu, a przy tym bardzo ostrożna projekcja.

Co interesujące, mimo sporej liczby różnych składników o podobnej naturze, zapach jest bardzo przejrzysty, a żadna nuta indywidualnie nie dominuje – poza – co oczywiste – oudem lub – szerzej – akordem drzewnym z oudem na czele.  Phoenicia ma niemal linearny charakter, poza subtelnie owocowym początkiem, w zasadzie trwa jako drzewno-kadzidlany akord, przy czym z czasem wyraźniej brzmi kadzidło, dzięki dodatkom drzewnym nie popadające jednak w religijny klimat.

Można Fenicję nosić nie tylko solo, ale również z powodzeniem łączyć ją z innymi perfumami, dodając tym samym nowego, intrygującego drzewno-kadzidlanego wymiaru. Szczególnie zapachy z różą w dominancie w naturalny sposób doskonale połączą się z Fenicją, ale przecież nie tylko. Można dowolnie eksperymentować, choć ja osoboście wolę niczym nie zakłócać tego wyjątkowego aromatu.

phoenicia 2 heeley

Phoenicia jest – jak wszystkie zapachy Heeleya – do perfekcji wyważona, a przy tym bardzo elegancka.

To oud podany z ogromnym smakiem, bez zbędnych ozdobników, ale w sposób natychmiast akceptowalny. Obecny na skórze w formie intensywnego ekstraktu emanuje z niej subtelną, ale obecną strużką, tworzącą zagadkowy i intrygujący akcent. Wspaniały przykład współczesnej perfumerii zachodniej, zainspirowanej orientalnym aromatem i przedstawionej w bardzo przyjazny, a jednocześnie pełen klasy i wyrafinowania sposób.

Brawo Heeley.

phoenicia 3 heeley

dominujące nuty: suszone owoce,  drewna (oud, wetyweria, brzoza)

składniki: kadzidło, labdanum, daktyle, suche żywice, oud, drewno sandałowe, cedr, brzoza, wetyweria

nos: James Heeley

rok premiery: 2015

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 3,5

 

Tom Ford „Noir Anthracite”

Gdyby się tak dobrze zastanowić, to Tom Ford od samego początku gra z nami w pewną grę, którą najkrócej można by nazwać: „Czy znasz ten zapach?”

Perfumy sygnowane jego nazwiskiem garściami czerpią z przeszłości, pachnąc przy tym bardzo współcześnie, choć – gdy się „przyjrzeć” – widzimy, że ekipa Tom Ford Perfumes puszcza do nas nieustannie oko, jakby chciała powiedzieć: Najlepsze w perfumerii już było. Nie da się tego przeskoczyć. Ale da się do ulepszyć i uwspółcześnić.

rom ford

Gdy po raz pierwszy pisałem o Tom Ford Noir EDP, to już wówczas robiłem to w kontekście wyraźnych w nim nawiązań do męskich pachnideł z przeszłości. Wersja EDT pachniała bardzo podobnie, ale mniej gęsto, zaś Extreme odważnie poszła w mocno orientalnym i niemal kobiecym kierunku. Zaprezentowanego w 2017 roku Noir Anthracite nie zawaham się nazwać najbardziej klasycznie i jednoznacznie męskim z tej linii. Do tego chyba najwyraźniej zainspirowanym stylistyką retro, konkretnie zielonymi aromatycznymi zapachami fougere w typie Polo Ralpha Laurena czy – nawet bardziej Halston Z-14. Swoja drogą już ładnych parę lat temu Ford zaproponował przecież niemal kopię zielonego Polo w postaci Italian Cypress. Tyle, że Noir Anthracite pachnie inaczej, bardziej współcześnie, dość surowo i prosto, a także szorstko (im później, tym bardziej), sucho-zielono (galbanum), z charakterystyczną gorzkawą nutką (jaśmin) i sucho-drzewnymi finiszem. O ile wstęp i pierwsze minuty mają w sobie nawiązania do wspomnianej klasycznej męskiej estetyki, o tyle późny i naprawdę długotrwały finisz może kojarzyć się już zdecydowanie bardziej z klimatem French Lover F. Malle. Czy potrzeba lepszych rekomendacji?

Noir Anthracite w swej bezpośredniej męskości i zadziornej surowości, jak i raczej linearnym charakterze okazuje się być najbardziej rasowym i charakternym zapachem linii Noir for Men. Jego natura nie pozostawia żadnych złudzeń co do tego, komu dedykowane są te perfumy. Współczesny macho to ich najpewniejszy odbiorca.

Jak się dziś okazuje, Noir Anthracite okazał sie być jednocześnie pokłosiem serii zielonej Private Blends (Vert Encense, Vert Boheme itd.), jak i przygrywką do tegorocznej premiery dwóch pachnideł w tej ekskluzywnej linii: Fougere d’Argent i – przede wszystkim – Fougere Platine, z którym dzieli zielono-suchą estetykę fougere. Jeżeli więc komuś przypadł do gustu Noir Anthracite, ale chciałby czegoś więcej, czegoś bardziej wielowymiarowego i wyrafinowanego, ten powinien sięgnąć po Fougere Platine (i zapłacić dużo więcej). Mnie wystarczy ten pierwszy.

Tom Ford Noir Anthracite

dominujące nuty: zielona, gorzka, sucho-drzewna

nos: Honorine Blanc

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0

Bvlgari Man „Wood Essence” – obywatel natury

Wood Essence – nowy zapach w głównej męskiej linii Bvlgari Man, który za chwilę trafi do perfumerii – to woda perfumowana o neo-drzewnej sygnaturze, którą skomponował Alberto Morillas.

bvlgari man wood essence

Przedstawiany jako łączący surowość metropolii, naturalnego środowiska współczesnego mężczyzny, z naturą, co – muszę to przyznać – świetnie oddaje design flakonu poprzez zastosowaną tu kombinację imitacji szczotkowanej stali z zieloną barwę pachnącej cieczy. Sam zapach zdaje się znacznie gorzej odzwierciedlać tę koncepcję, choć przy odrobinie dobrej woli można pokusić się o zgodną z nim interpretację:

Wood Essence jest rzeczywiście bardzo współczesnym pachnidłem z wszystkimi tego atrybutami: syntetycznym charakterem, linearnością i subtelnością w sam raz pasującą do jednego z korporacyjnych biur zlokalizowanych w skupionych w metropolii wysokościowcach. Jego naturalność jest umowna i sprowadza się do wspomnianego zielonego koloru zawartości flakonu oraz kilku użytych w nim esencji – wetywerii, cedru i cyprysa.

bvlgari man wood essence 2

Tytułowa drzewność jest zdecydowanie nie-klasyczna, a więc określenie neo-drzewny, którego Bvlgari sam używa dla opisania zapachu – zdaje się być adekwatne.  Ta słodkawa zdławiona zieleń – zdominowana prze cyprys i mocno przesiąknięta miodową słodkością – obecna na skórze przez pierwsze kilkadziesiąt minut – powoli ustępuje miejsca coraz gęściej sypiącymi się z niej wiórkami cedru, by w końcu zostać złamaną niczym sucha gałąź przez mocno syntetyczny, lekko gryzący, sucho-drzewny finisz, który – co ciekawe – zdaje się być najwyraźniej projektująca fazą tego zapachu.

Performance Wood Essence istotnie zaskakuje. Przez pierwsze kwadranse zapach projektuje ze skóry umiarkowanie, by w kolejnych godzinach jakby zupełnie zniknąć z wyczuwalnego nosem widma. Wraca jednak do gry po 6-7 godzinach i trwa na niej kolejnych kilka. Trwałość ma więc na bardzo wysokim poziomie.

Przyznam jednak, że liczyłem na lepsze pachnidło. Ale moje nim rozczarowanie nie musi być udziałem innych. Wszystko jest przecież kwestią gustu. Nie chcę wystawiać Wood Essence przesadnie niskiej oceny, bo przyparty do muru muszę jednak przyznać, że przy którymś z kolei dniu noszenia go zacząłem w tym odnajdywać nawet pewną przyjemność, narastającą wraz z upływem czasu od aplikacji. Jednego jestem pewien – nikt z mojego otoczenia ani go nie skomplementował, ani go nie… poczuł. Jakąkolwiek więc miałem z niego przyjemność, była ona wyłącznie moim udziałem. Czasem to wystarczy, prawda?

 

bvlgari-man-wood-essence-eau-de-parfum-spray-15ml

 

główne składniki: wetyweria, cedr, miód, cyprys

dominujące nuty: słodka, zielona, sucho-drzewna

nos: Alberto Morillas

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 3,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 3,0-3,5

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Amouage „Imitation Woman” & „Imitation Man”- aldehydy i Travolta, czyli jak imitować życie w NY in 70s.

old-photo-of-nyc-bw

Nowy Jork lat 70-tych XX wieku. To tam Christopher Chong szukał inspiracji dla nowej perfumowej pary Amouage o przekornej nazwie Imitation. Czyżby odbył w tym celu podróż w czasie? Tego nie wiemy, choć oczywiście nie możemy tego wykluczyć, bowiem kreatywny umysł marki Amouage jest w ramach procesu twórczego zdolny do niemal wszystkiego…

Christopher Chong Amouage
Christopher Chong

Od kiedy synteza chemiczna pozwala na tworzenie unikatowo pachnących molekuł, twórcy perfum z zapałem wykorzystują je do imitowania otaczających nas zapachów, poczynając od klasycznych woni kwiatowych poprzez wszelkiego rodzaju nie-kwiatowe aromaty mające swój pierwowzór w naturze, aż po zapachy ambientowe w rodzaju perfum o woni rozgrzanego asfaltu czy kamiennej posadzki w średniowiecznej katedrze.

Pierwsze kompozycje perfumeryjne imitowały zapachy natury w najprostszy sposób. Esencje z wonnych roślin mieszane były ze sobą i rozpuszczane w oleistym lub alkoholowym nośniku. Efekt nie pokrywał się oczywiście idealnie z zapachem roślin, z których pozyskiwano ingrediencje, ale pozwalał przynajmniej zamknąć we flakonie aromaty natury. Później, wraz z początkiem perfumerii abstrakcyjnej, uciekano od imitacji w kierunku kreacji. Współcześnie, w dobie nowoczesnych metod syntezy chemicznej, ekstrakcji w dwutlenku węgla, destylacji frakcyjnej perfumiarze otrzymali potężne narzędzia, pozwalające im imitować naturę w stopniu, w jakim dotąd nigdy nie było to możliwe. Zaprzęgniecie do pracy technik analitycznych – chromatografii gazowej i spektrofotometrii – pozwoliło im imitować także istniejące już perfumy, te współczesne, najlepiej się sprzedające, jaki i te skomponowane przed laty.

Na czym więc w świetle powyższego polega imitacja w najnowszych perfumach Amouage Imitation? Czy Christopher Chong postanowił skopiować jakieś współczesne perfumowe bestsellery i podać je w bardziej wyrafinowany, bogaty, „amułażowy” sposób? Na szczęście nie. A może on i współpracujący z nim perfumiarze stworzyli współczesne wersje jakichś konkretnych klasyków przeszłości? Poniekąd tak, choć też nie do końca…

Imitation Woman – aldehydowy podmuch czarnej porzeczki

Zapach ma subtelnie kwiatowy początek zdominowany przez niemal owocowy i nektarowy duet ylang ylang i kwiatu pomarańczy. Spod niego dość szybko wyłania się owocowo-zielony akord serca z najpierw bardzo wyraźną i naprawdę uroczą nutą czarnej porzeczki (użyto esencji z jej pączków), której już po chwili zaczyna towarzyszyć, usuwając ją zreszta nieco w cień, zaskakującą i nieco dysonansowa nuta aldehydowa. Do niej dołącza lukrecja, ale też niespodziewanie ujawnia się róża. Ten aldehydowo-porzeczkowo-lukrecjowo-różany, z oddali nieco mydlany (gdyby tylko tak faktycznie pachniało jakieś mydło!) akord stanowi istotę Imitation Woman, ale nie stanowi jeszcze „końca” tych perfum. Akord głębi, trwający – fakt, na testowym papierku – kilka dni,  niezwykle przyjemna i zmysłowa woń drewna sandałowego, paczuli i – jak sądzę – śladów lukrecji, wszystko utrwalone odpowiednią dawką piżm. Nieistotne zresztą są te domysły. Liczy się aromat, a ten jest wg mnie bardzo… nęcący.

AMOUAGE-Imitation-Woman-100ml-EDP

Imitation Woman pachnie bardzo efektowanie, bogato, jednocześnie świeżo i zmysłowo, wyraźnie ewoluuje i pięknie finiszuje. To zapach dotrzymujący poziomu najlepszym damskim kreacjom marki Amouage, a jednocześnie zakorzeniony w długiej tradycji kobiecych pachnideł kwiatowo-aldehydowych.

Warto wspomnieć, że skomponował go – oczywiście pod kuratelą Christophera Chonga – niezawodny Pierre Negrin, który już kilkakrotnie dał się poznać jako perfumiarz nie tylko bardzo utalentowany i doświadczony, ale i czujący się dobrze w realizowaniu niezwykłych zapachowych koncepcji Christophera Chonga.

Pierre_Negrin
Pierre Negrin

nuty głowy: róża, ylang-ylang, kwiat pomarańczy, jaśmin

nuty serca: pączki czarnej porzeczki, aldehydy, lukrecja

nuty bazy: kadzidło, sandałowiec, paczula

nos: Pierre Negrin

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 5,0

 

ImitationTitleOnlyCompressed

Imitation Man – skórzana kurtka Johna Travolty? 

No i doczekaliśmy się pierwszych męskich skórzanych perfum Amouage. Gdy się nad tym zastanowić, to przyszło na nie czekać całkiem długo. Ale warto było. Mimo przekornej nazwy Imitation Man nie jest li tylko imitacją zapachu skórzanego. Jak zwykle w przypadku Amouage mamy do czynienia z aromatem nacechowanym indywidualizmem i oryginalnością, a także bezdyskusyjną jakością.

Imitation Man to nieco zadziorny skórzany szypr z przyprawowym wstępem, lekko zaznaczoną nutą kwiatową (róża) umieszczoną w wyposażonym także w irys sercu oraz zmysłową bazą, w której skórzana dominanta wzmocniona została nutami drzewnymi, a której subtelnej zwierzęcości nadano za pomocą kastoreum.

Zapach przyjemnie ewoluuje na skórze i nie pozostawia wątpliwości co do tego, że w pełni zasługuje na określenie go mianem perfum skórzanych. Ale nie jest to skóra w typie Cuir de RussieKnize Ten, Cuir Ottoman czy Cuir Mauresque. To raczej woń wytrawna, nieco szorstka i gorzkawa, taka jaką znamy z Bel Ami Hermesa, choć podana w bardziej współczesny i miękki sposób. Przypomina mi też nieco niesamowity, artystyczny do granic, bezkompromisowy, przepełniony kastoreum Cuir Mony Di Orio.

Warto na chwilę zatrzymać się przy osobie perfumiarki stojącej za tym zapachem. To Leslie Girard – przedstawicielka młodego pokolenia perfumiarzy o póki co dość skromnym dorobku, pracująca od 2012 roku w Robertet  – słynnej, znajdującej się w Grasse firmie produkującej esencje zapachowe i kompozycje perfumowe. Jej portfolio zawiera m.in. zapach skomponowany dla samochodowej marki Audi, służący do perfumowania wnętrz najbardziej luksusowych aut tego koncernu.

Leslie-Girard
Leslie Girard

Imitation Man to wg mnie naprawdę udane i całkiem przekonujące pachnidło skórzane, zgrabnie wypełniające lukę w ofercie omańskiej marki. Nie jest może tak spektakularne jak Cuir Cannage Diora (najwyższy czas na recenzję tegoż), niemniej stanowi solidną interpretację (a może jednak IMITACJĘ?) skórzanego tematu.

AMOUAGE-Imitation-Man-100ml-EDP

nuty głowy: cedrat, gałka muszkatołowa, czarny pieprz

nuty serca: róża turecka, kłącze irysa, fiołek

nuty bazy: mirra, skóra, wetyweria, paczula, kastoreum

nos: Leslie Girard

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0