Dior Homme (2020) – korpo-perfumy

Zaskakująca wiadomość o nowym męskim zapachu Diora pod nazwą Homme poruszyła społeczność perfumaniaków. Do tego stopnia, że zapach zaczął nawet zbierać negatywne opinie a priori (!).

Wszystko dlatego, że oficjalna, opublikowana przez markę, informacja o premierze przedstawiała Dior Homme jako zupełnie nowy zapach, nie mający – poza nazwą – nic wspólnego z poprzednikiem. Współczesny, drzewny, dynamiczny, oparty na wetywerii i cedrze zestaw nut to potwierdzał. Nie było w nim ani irysa, ani kakao, ani kardamonu, słowem – zapowiadała się katastrofa… Internauci zarzucają Diorowi, że zupełnie nowa kompozycja została nazwana Homme, tym samym powodując sporą konfuzję i obawy co do przyszłości cenionego przez wielu klasycznego już irysowego Dior Homme (2011) i jego flankerów (Intense 2011 i Parfum 2014). Co prawda podobno klasyk pozostanie w obrocie z nazwą zmienioną na Dior Homme Original, ale jak długo i gdzie będzie dostępny – czas pokaże.

Zanim o nowym zapachu, po to by lepiej zrozumieć najnowszą premierę, warto przypomnieć, jakie zapachy Diora definiowały męskość w poszczególnych dekadach. UWAGA: Komu nie chce się tego czytać i chce przejść od razu do mojej recenzji Dior Homme 2020, proponuję przewinąć kilka akapitów w dół. Mimo wszystko zachęcam do zapoznania się z poniższym.

Dominujący w latach 60-tych i 70-tych Eau Sauvage (1966) – będący genialnym i nowatorskim połączeniem elementów szypru, kolońskiej i fougere z subtelną nutą jaśminu i przedawkowaniem jaśmino-pochodnej aromamolekuły hedione – idealnie wpisał się w męskie potrzeby zapachu dyskretnego i eleganckiego, a jego niezwykła formuła uczyniła go ponadczasowym i „załatwiła” Diorowi temat męskich perfum na półtorej dekady.

Jules (1980) – lata 80-te zdominowane były przez pełne testosteronu, intensywne i bogate w składniki pachnidła. Jules był poniekąd takim zapachem, jednak w swej istocie sięgał raczej jeszcze do lat 70-tych, grając bardziej w lidze YSL Pour Homme (1971) i tzw. „brudnych” ziołowych cytrusów i z tej kategorii nie wyszedł. W porównaniu z Julesem o rok młodszy Kouros pokazał nowy kierunek. Jules był o mniej więcej dekadę spóźniony, a Dior – znieczulony świetnymi notowaniami Eau Sauvage – po prostu przespał 10 lat.

Fahrenheit (1988) – schyłek lat 80-tych to już nowe czasy, przedsionek lat 90-tych, które – jeżeli mielibyśmy je scharakteryzować jednym męskim zapachem – pachniały Cool Water Davidoff. W tym kontekście Fahrenheit, przedziwny, niebywale oryginalny i mający się nijak do nadciągającej mody na zapachy świeże, wodne i ozonowe, ze swą fiołkowo-skórzaną sygnaturą, był swego rodzaju odszczepieńcem, a jego unikatowość stała się jego siłą, która uczyniła z niego ponadczasowego klasyka. Indywidualizm ponad modę. Dior odrobił lekcję Eau Sauvage i dorobił się kolejnego ponadczasowego klasyka.

Lata 90-te Dior zakończył męską wersją Dune (1997), która w swej wysmakowanej, ale rachitycznej zielonej delikatności była świetnym odzwierciedleniem tego, co działo się w męskiej perfumerii lat 90-tych. A działo się wiele złego. Ale najgorsze miało dopiero nadejść…

W pierwszej połowie pierwszej dekady XXI w. Dior kompletnie się pogubił (nie on jeden wszakże). Linia Higher (2001-2003) to perfumowa kompromitacja, o której lepiej zapomnieć…

Dopiero 2005 rok i premiera genialnego Dior Homme (2005) skomponowanego przez Oliviera Polge’a przywróciła Diora na mapę męskiej perfumerii i dała zaczyn do podjęcia rywalizacji z Chanelem, a także z nabierającym impetu po zatrudnieniu J.C Elleny Hermesem. Podczas pracy nad Homme Dior po raz kolejny w swojej historii postanowił pójść po prąd i zaryzykował stawiając (podobnie jak w przypadku Fahrenheita) na pachnidło z pozoru skazane na niezrozumienie i porażkę. Obecny dotąd wyłącznie w perfumach damskich irys, do tego pudrowa nuta szminki w męskim zapachu? Okazało się, że jak najbardziej, szczególnie, że Dior miał nosa i trafił na czas coraz bardziej popularnej w kulturze i społeczeństwach zachodu metroseksualności. Sukcesy Dior Homme i jego kontynuacji w postaci Intense (doskonały i najbardziej wyrafinowany Parfum pozostał raczej obiektem pożądania wąskiej grupy koneserów) oraz włączone w tę linię bardzo udane Sport (sprzed katastroficznej reformulacji w 2017) i Cologne przypieczętowały obrany kierunek. Ale to nie mogło trwać wiecznie, czasu się zmieniły, trendy zmieniają się 2-3 razy na dekadę i trzeba nadążać, bo stara konkurencja nie śpi, a nowa się rodzi…

W tzw. międzyczasie Dior inaugurował własną pracownię perfumeryjną w Grasse (Les Fontaines Parfumées), w której wybudował laboratorium, a w nim zatrudnił mistrza perfumeryjnego Francoisa Demachy’ego, który wcześniej pracował m.in. z Jacquesem Polgem dla Chanela. Teraz był już analogicznie „wyposażony” i zupełnie gotów na konkurencję ze wspomnianymi dwoma gigantami. To dzięki Demachy’emu Dior (a właściwie LVMH, właściciel marki) „odzyskał kontrolę” nad formułą Dior Homme (prawa do niej miał i chyba wciąż ma koncern, dla którego wówczas pracował Olivier Polge). Wieść niesie, ze Demachy po prostu przeanalizował zapach przy pomocy wszelkich dostępnych zdobyczy techniki oraz swojego nosa i skopiował go – po mistrzowsku, choć z pewnymi modyfikacjami. Nie każdemu jednak ta wersja przypadła do gustu.

2015 rok to premiera Sauvage. Nawiązanie w nazwie do klasyka budziło i budzi (słusznie moim zdaniem) spore kontrowersje. Zapach okazał się wykoncypowanym przez marketingowców crowd pleaserem obliczonym na rynkowy sukces i potężne zyski. Złożony z nut zebranych z innych dobrze się aktualnie sprzedających męskich pachnideł (np. Bleu de Chanel, Paco Rabanne Invictus) okazał się tyleż miałki, co – zgodnie z założeniami – popularny i chętnie kupowany. Obiektywnie biorąc, jego atrakcyjność nie powinna dziwić. Jest jakiś urok w tym świeżym i nieco detergentowym aromacie. Kolejne flankery dolewały oliwy do komercyjnego ognia. Będący bankrutem Johnny Depp z sowicie opłaconym przekonaniem wystąpił w telewizyjnych i prasowych reklamach. Biznes się kręcił. John podreperował swój zrujnowany życiem hulaki budżet, a LVMH nabił jeszcze bardziej swą i tak obrzmiałą już kabzę. Pieniędzy nigdy dość. I tu dochodzimy do najnowszej propozycji perfumowej Diora…

Skoro udało się z Sauvage, to może by tak odświeżyć linię Homme i powtórzyć sukces? Tym bardziej, że przecież czasy się (znowu!) zmieniły i metroseksualność nie jest już w modzie. Facet ma być facetem, a kobieta kobietą. Więc to pewnie dlatego słupki sprzedaży Dior Homme od kilku już lat się kurczą. Nadszedł czas na remake i rozgrzanie koniunktury do czerwoności…

Oto jest. Nowy Dior Homme A.D. 2020.

Pierwsze wrażenia

Flakon znany z poprzedniej wersji nabrał smukłości znanej z Homme Sport 2017. Efektownie zmodyfikowano zatyczkę, umieszczając na niej srebrny napis na czarnym tle nie pozostawiający wątpliwości co do marki i nazwy zapachu. Pierwsza aplikacja na przedramię. Zwraca uwagę atomizer – mniejszy od tego w DH 2011, dozujący raczej równe, spore chmury, pozbawiony jednak finezji poprzednika. Ale nic to. To tylko hardware. Przechodzę do zapachu. Czuję stłamszony pieprz i jakieś syntetyczne nuty drzewne. Głównie cashmeran i Iso E Super. Nic więcej. Wszystko to na pograniczu wyczuwalności i to zaraz po aplikacji (!), z nosem na skórze. Nie wierzę własnemu nosowi. Odkładam flakon. Daje zapachowi czas. Po kilkunastu minutach na skórze wyczuwam ledwie wyczuwalny syntetyczno-drzewny ślad, w tle zaczyna majaczyć wetyweria. Wciąż nie wierzę. Owszem Dior zapowiadał, że będzie to nowy, drzewny zapach z cedrem i wetywerią, bez irysa, ale w kontekście tego, co czuję, te zapowiedzi brzmią jak ponury żart. Postanawiam użyć globalnie następnego ranka.

Następnego dnia

Rano wszystko czuję intensywniej, nos wypoczęty, gotowy do testów. Obfita aplikacja, bo wiem, że w tym przypadku tak trzeba. Czuję pieprz, tym razem zaraz za nim wyczuwam wetywerię. Ściślej – akord drzewny z wetywerią w dominancie na żywicznym tle. Myślę sobie, że być może stąd te deklarowane tu i ówdzie porównania do Terre D’Hermes, ale to wg mnie grubo przesadzone. Dior Homme stoi co najmniej półkę niżej. Co dalej? Przez pierwsze 2-3 godziny zapach majaczy, odzywa się w sposób przeraźliwie cichy, od czasu do czasu. Po 4 godzinach już go nie czuję. Pozamiatane.

Nie liczyłem na arcydzieło czy na game changera. Liczyłem na solidny produkt o jakości, do której zobowiązuje marka Dior. Otrzymałem coś, co trudno skomentować. Rachityczny, syntetyczny, nijaki, przy tym przesadnie delikatny. Dior Homme 2020 to produkt, którego – przyznam – chyba nie rozumiem. O co tu chodzi?

Jak zwykle, gdy nie wiadomo o co chodzi, musi chodzić o pieniądze, a konkretnie o pazerność koncernu LVMH, który połyka kolejne marki luksusowe, a jego apetyty zdaje się nie maleć. Jakoś trzeba finansować kolejne akwizycje. Schlebiający masowym gustom – bo nijaki – zapach może być jednym ze sposobów na to.

Wystarczy tupać na raz, by zdobyć uznanie mas.

W. Waglewski

Kto ten zapach zaprojektował? Nie, nie Francois Demachy. On „tylko” go skomponował (pisał formułę, ale się nie cieszył?). Projekt musiał pochodzić z diorowskiego działu rozwoju zapachów, który posłuchał bardzo dokładnie wytycznych działu badania rynku i postanowił przełożyć na perfumy zapachowe oczekiwania współczesnego, młodego mężczyzny (zapachowi twarzy użycza 33 letni aktor Robert Pattinson). Czy odbyły się testy konsumenckie, jak w przypadku dezodorantów Axe? Bardzo możliwe. Treść zapachu zdaje się to potwierdzać. Do kogo ma zatem to zapachowe przesłanie Diora trafić? Sądzę, że do mężczyzn w wieku 30-45 lat, którzy poszukują subtelnego, bezdyskusyjnie męskiego, nikomu nie przeszkadzającego, nie kontrowersyjnego, jakby „wycofanego” zapachu. Przy nim bowiem nawet Sauvage wydaje się krzykliwy. Nosząc nowego Diora Homme nie zostaniemy bowiem „zapachowo zauważeni” przez otoczenie, chyba że przy bardzo bliskim kontakcie… Idealne męskie korpo-perfumy? To chyba całkiem trafne określenie.

Wg mnie ten zapach to kolejny – po Dior Homme Sport 2017 (i w mniejszym zakresie Sauvage) – dowód powrotu Diora do niechlubnej praktyki z lat 1995-2005, gdy męskie perfumy tej marki były pozbawione charakteru i obliczone wyłącznie na słupki sprzedaży. Dior zamiast kreować trendy, jak to czynił w przeszłości (patrz Eau Sauvage, Fahrenheit, Dior Homme 2005), stara się wpasować w istniejące już gusta i to te najmniej wyrafinowane. Jedak ta tendencja zasmuca wyłącznie perfumowych koneserów. Ale to nie oni przecież sfinansują kolejne przedsięwzięcia LVMH. Zrobią to zachęceni marketingową kampanią, magią marki i bezpieczną nijakością zapachu setki tysięcy nabywających flakon Dior Homme 2020 w perfumeriach na całym świecie.

nuty głowy: bergamotka, różowy pieprz, elemi

nuty serca: cedr, paczula, cashmeran

nuty bazy: białe piżmo, wetyweria, Iso-E-Super

rok premiery: 2020

nos: Francois Demachy

moja ocena: zapach: 3,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 3,0->2,0

Dior "Spice Blend" i "Purple Oud"

W butikowej kolekcji Diora sporo się ostatnio dzieje. Nowe zapachy publikowane są dość często (po kilka rocznie), co rodzić może automatycznie pytanie – czy za ilością idzie jakość?

Na podstawie dwóch zapachów z ostatnich lat Purple Oud (2018) i Spice Blend (2019) mogę stwierdzić, że różnie to bywa, ale zawsze jest co najmniej dobrze. To niestety może być niewystarczające, by sięgnąć po cokolwiek kosztowne flakony. Ale nie oszukujmy się – klientela diorowskich butików to przecież nie kolekcjonerzy perfum (poza wyjątkami), tylko ludzie, którzy w zwykłej perfumerii zakupów z zasady nie robią, tak jak nie ubierają się w odzieżowych sieciówkach. Więc wchodząc do „swojego” sklepu – butiku Diora – zastają tam duży wybór perfum w każdym możliwym gatunku: od kolońskich przez zielone, kwiatowe, drzewne, przyprawowe, skórzane, aż po kulinarne. A wszystko to pod szyldem Maison Christian Dior Collection, z którym łączy się jakość, prosty design flakonu i osoba nadwornego perfumiarza Diora Francoisa Demachy’ego.

Francois Demachy

Purple Oud – oud na lato

W kolekcji Diora jest kilka zapachów oudowych. Purple Oud wyróżnia się pośród nich lekkim i zaskakująco świeżym charakterem, co jest efektem połączenia drzewnej – lekko „lakierowanej” miast zwierzęcej – nuty oudu z esencją z pomarańczy. Stąd świeże, niemal kolońskie otwarcie, któremu impetu dodaje różowy pieprz, w którego tle czai się drzewny oud. Orientalny charakter zapachu uzupełnia słodki i pylisty szafran, który z połączeniu z oudem potrafi tworzyć zapadające w pamięć akordy (vide Oud by Francis Kurkdjian). Nietrudno się domyślić, że nuty cytrusowe dość szybko ulatniają się, a na skórze pozostaje akord drzewny i ten towarzyszy noszącemu przez większość czasu. Purple Oud to prosty (wietrzę tu krótką formułę), elegancki i umiarkowany zapach cytrusowo-drzewny, mogący być jednym z niewielu oudów nadających się do noszenia nawet ciepłym latem.

główne nuty: słodkie cytrusy, szafran, oud

rok premiery: 2018

nos: Francois Demachy

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0->3,5

Spice Blend – przyprawowa uczta ze szklanką rumu

Mój absolutny faworyt z opisywanego duetu, przy tym jedno z moich ulubionych pachnideł w ogóle w ostatnich tygodniach. Tę kompilację wielu przypraw na podłożu z rumu naprawdę fantastycznie się nosi. Początek jest bardzo intensywny i nadzwyczaj długotrwały. Wibrujący, dosłownie obezwładnia bogactwem przyprawowych molekuł, przy czym przez pierwszy kwadrans, a może nawet dłużej, naprzód wysuwa się gałka muszkatołowa, w swej naturze dominująca, ostra, wibrująca, nieco chropawa i gorzka, została tu umiejętnie skontrapunktowana zestawem przypraw słodkich, z cynamonem na czele. W formule użyto pikantno-rumowego akordu bay rum, co należy rozumieć jako olfaktoryczne odwzorowanie tego słynnego destylatu:

Bay Rum pierwotnie wytwarzano na wyspie Saint Thomas i prawdopodobnie w innych wyspach Zachodnich Indii z rumu i liści lub jagód drzewa laurowego Indii Zachodnich, Pimenta racemosa. Innymi składnikami mogą być olejki cytrusowe i korzenne (przyprawowe), z których najpowszechniejsze to olejek z limetki, goździkowy i cynamon.

Gdy po długim czasie przyprawowy pył bitewny opadnie, na skórze utrwala się akord rumowy ze śladami przypraw, a zapach nie kręci już w nosie, tylko elegancko i całkiem wyraźnie otula swym głębokim, ciepłym i zmysłowym aromatem. Siedzi na skórze długie godziny i naprawdę fantastycznie pachnie, przypominając mi od czasu do czasu inny zapach, którego nazwy niestety nie pomnę. Jak ja lubię takie sytuacje…. A może to i lepiej?

główne nuty: przyprawy, rum

rok premiery: 2019

nos: Francois Demachy

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5->4,0

Parfums de Marly "Kalan", "Percival", "Layton", "Carlisle"

Marka Parfums de Marly nie wymaga już chyba introdukcji, gościła na moim blogu dotąd dwukrotnie, przy okazji opisywania moich wrażeń nt. męskich pachnideł Herod, Galloway i Oajan, a także Nissean.

Zapachy tej marki cieszą się sporą popularnością wśród miłośników perfum i otrzymują całkiem dobre recenzje. Sam z zainteresowaniem testuje kolejne (dzięki aktywnym forumowiczom Perfuforum.pl, których z tego miejsca pozdrawiam!) i potwierdzają one właściwe wszystko to, co napisałem o Parfums de Marly w dwóch poprzednich wpisach. Bezdyskusyjnie ładne, bezpieczne i solidnie, a czasem nawet bardzo solidnie wykonane pachnidła (komponowane przez zawodowców w pierwszej ligi, co – proszę mi wierzyć – ma istotne znaczenie), o raczej wtórnym charakterze, ale ponadprzeciętnej jakości i napompowanych cenach. To z pewnością nie jest marka, która proponuje coś nowego, czy posuwa perfumerię naprzód. Raczej powiela istniejące już od dawna schematy i akordy męskich perfum, ale podaje je w bardziej wykwintnej i jakościowo wyższej formie. Ale, ale… Poniższe trzy zapachy potwierdzają też jeszcze inną tezę: jeżeli lubimy nuty znane, miłe dla otoczenia, eleganckie i ponadczasowe, ale oczekujemy czegoś więcej niż to, co proponują designerskie marki, przede wszystkim w kwestii harmonii i charakteru samych kompozycji, ale także i jakości, parametrów zapachu, w tym projekcji i trwałości, PdM jest marką, po której zapachy naprawdę warto sięgnąć, mimo że w niektórych przypadkach mark ociera się o… kopiowanie znanych perfum.

Percival – elegancki causal

Już w pierwszych sekundach po aplikacji wprawny i doświadczony nos nie będzie miał wątpliwości. Oto nowoczesne fougere w typie legendarnego już Fierce Abercrombie & Fitch, tak chętnie naśladowanego przez inne marki perfumeryjne (m.in. Mont Blanc Legend), a więc także i przez PdM. Czy wyróżnia się zatem Percival? Jest w nim pewna dojrzałość, dorosła nuta, której nie znajdziemy w bardziej beztroskim, młodzieżowym z założenia Fierce. Kompozycja bazuje na syntetycznych aroma-molekułach zgrabnie ułożonych w bardzo uniwersalną, lekką, męską całość. Intro jest rześkie, cytrusowe, podbite aromatycznym sercem z lawendy i geranium (duet idealny!), a wszystko to bazuje na nowoczesnej bazie z aromamolekuł drzewno-przyprawowych (z naciskiem na drzewne) podlanych iglakowym balsamem jodłowym. Ten opis nut może być nieco złudny, jeżeli chcielibyśmy sobie na jego podstawie wyobrazić ten zapach. Mógłby on wówczas wydawać nam się oldskulowym fougere, a Percival – wprost przeciwnie – pachnie bardzo współcześnie. Składniki są tak zręcznie i profesjonalnie połączone w takich proporcjach, że nie odnajdziemy ich indywidualnie i odbieramy Percival jako całość – jako konkretny zapach nie mający odpowiednika w naturze. Świeży, rześki, wibrujący, elegancki w typie casual, na pewno nie wieczorowy, idealny do biura czy na biznesowe lub towarzyskie spotkanie. Nikogo nie przestraszy, a zwróci uwagę znaną nutą podaną jednakże w sposób epatujący wysoką jakością. Słowem – zrobimy dobre wrażenie.

nuty głowy: bergamotka, mandarynka

nuty serca: lawenda, geranium

nuty bazy: balsam jodłowy, nuty drzewno-przyprawowe

rok premiery: 2018

nos: Hamid Merati-Kashani

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,5->3,0

Hamid Merati-Kashani (Firmenich), fot. http://rokhgallery.i

Carlisle – przytulny

W przypadku tego zapachu nie ukrywam, że mam olfktoryczne deja vu i to ściśle związane z dwoma innymi pachnidłami PdM: Herod i nieco nawet bardziej Oajan. Carlisle to bowiem ponownie zapach z gatunku ciepłych, otulających, „zimowych”, jak zwykłem określać takie aromaty. Wypełniony słodkimi przyprawami na kulinarnej bazie złożonej z tonka i wanilii wydaje się być rozwinięciem wcześniej wspomnianych. Pogłębienie zapachu paczulą i przydanie oryginalnego otwarcia za pomocą zielonego jabłka wydaje się zabiegiem ze wszech miar udanym. To zjadanie własnego ogona, bo nie wiem po co w ofercie jednej marki kilka bardzo podobnych pachnideł. Choć jednak w tym przypadku jest to całkiem samkowite i – obiektywnie – udane, bo Carlisle z tej trójki wydaje mi się pod każdym względem najlepszy.

Nosi się go bardzo komfortowo, nie zmienia się w czasie znacząco, nieco świeższy i wibrujący gałką muszkatołową początek szybko przechodzi do zasadniczego akordu waniliowo-tonkowo-drzewnego, któremu szlachetności dodaje subtelnie wpleciona róża. Ten utrzymuje się na skórze długie godziny, delikatnie odzywając się ze skóry.

Quentin Bisch

Za każdym razem gdy sięgam po Carlisle, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdzieś w mojej coraz bardziej przepastnej kolekcji mam coś bardzo, ale to bardzo podobnego, dużo bardziej niż wspomniane dwa inne zapachy PdM… Wiem! Desert Suave Liquides Imaginaires (wciąż czekające na osobny wpis), choć w swym charakterze jeszcze bardziej niż Carlisle nasycone, zniuansowane i niszowe, to jednak zadziwiająco podobne… Zadziwiająco tylko do momentu, w którym rzucam okiem na „listę płac”… Na obu figuruje jeden z moich ulubionych perfumiarzy nowego pokolenia, Quentin Bisch. Przy czym Carlisle to zapach z 2015 roku, a Desert Suave z 2018. To jakby dwie wariacje na ten sam temat. Jestem prawie pewien, że jeden „wyniknął” z drugiego i stałe się jego bardziej wyrafinowaną i wymagającą wariacją. To nie zmienia faktu, że Carlisle jest w mojej ocenie naprawdę świetnym zapachem.

nuty głowy: zielone jabłko, gałka muszkatołowa

nuty serca: róża, tonka

nuty bazy: wanilia, paczula

rok premiery: 2015

nos: Quentin Bisch

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5->3,5

Layton – znakomity

Zapach otwiera się wyraźnym pieprzem i akordem owocowym z waniliową bazą. Serce jest owocowe i drzewne, aromatyczne, przypominające mi jakiś zapach, który w przeszłości bardzo lubiłem (chyba Burberry London Man). Zapach wyraźnie ewoluuje, bowiem baza jest drzewna, paczulowo-gwajakowa, oblana z umiarem wanilią i nie ma w niej śladów po przyprawach i owocach.

W składzie reprezentacja moich ulubionych nut: pieprz, kardamon, geranium, gwajak, paczula. To – jak dla mnie – więcej niż połowa sukcesu. Resztę dopełnia znakomita kompozycja Hamida Merati-Kashaniego.

Layton okazuje się być na ten moment moim ulubionym zapachem PdM. To świetne męskie pachnidło, któremu absolutnie nic nie brakuje. Jak to zwykle u PdM bywa, kompozycja powołuje się na akordy będące w perfumowym obiegu od lat, a wiec już obeznane, obwąchane i zakodowane w ludzkiej pamięci, a więc nie zaskakujące i nie konfundujące. Ale pachnie przy tym znakomicie i zdecydowanie powyżej rynkowej średniej. Elegancko, nieco formalnie, uniwersalnie, za dnia czy wieczorem, Layton sprawdzi się rewelacyjnie. Ten zapach to bardzo pozytywne odkrycie, wart niewątpliwie posiadania całego flakonu.

Rok po premierze Laytona marka dodała do oferty flanker w postaci Layton Exclusive, który opisuje jako intensywniejszy, bardziej przyprawowy i drzewny. Jak dla mnie konieczny do przetestowania.

nuty głowy: jabłko, bergamotka, mandarynka, pieprz, lawenda

nuty serca: jaśmin, fiołek, geranium,

nuty bazy: wanilia, gwajak, paczula, drewno sandałowe, kardamon

rok premiery: 2016

nos: Hamid Merati-Kashani

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5->3,5

Kalan – indywidualista

Najnowsze męskie pachnidło PdM miało swą premierę w 2019 roku i poprzedzone było całkiem sporym szumem informacyjnym, który przelał się przez perfumowe fora internetowe. Dominowała w nim informacja, jakoby Kalan miał być mocno zainspirowany Baccarat Rouge Francisa Kurkdjiana (bestseller tej marki, nawiasem mówiąc nie rozumiem, dlaczego). Gdy już zapach dotarł do mnie (po raz kolejny dzięki obrotnym forumowiczom Perfuforum.pl) z ogromną niecierpliwością przeprowadziłem pierwsze testy.

Porównania do Baccarat Rouge uważam za grubo przesadzone. Kalan ma dość „osobowości”, by uznać go za oryginalne i odrębne pachnidło. Różni się od innych testowanych przez mnie zapachów PdM swoim wyjątkowo wyraźnie syntetycznym i abstrakcyjnym charakterem. I być może w tym jest faktycznie do podobny Baccarat Rouge, ale to tyle. Dużo to syntetyków, co nawet widać w oficjalnym spisie nut (precious woods oznacza syntetyczne nuty drzewne, solar notes – to „poetyckie” określenie jakichś innych aroma-molekuł). Nie jest to z mojej strony zarzutem, bowiem:

Kalan pachnie intrygująco i absolutnie nietypowo. Z początku zielono, nieco „gałęziasto” (patrz French Lover Frederica Malle), potem sucho, pyliście i drzewnie. Wytrawnie i męsko. Zadziornie, ale i nieco surowo. Ascetycznie. Ale żeby nuty słoneczne? Nie znalazłem…

Poniższa fotografia towarzysząca Kalanowi na oficjalnej stronie PdM może być nieco myląca. Suszone pomarańcze? Hmm…

Tak czy inaczej Kalan to solidna i nacechowana indywidualizmem propozycja PdM. Nie tak zachowawcza, jak inne zapachy marki, co notuję na plus. Nieco bardziej wymagająca i z pewnością warta uwagi, o solidnej jakości i zadowalających parametrach.

nuty głowy: pomarańcza „blood orange”, czarny pieprz

nuty serca: lawenda, „nuty słoneczne”, absolut z kwiatu pomarańczy

nuty bazy: mech, nuty cennych drzew

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5->3,5

Maison Francis Kurkdijan „G(g)entle (f)Fluidity” – zabawa pachnącym tworzywem

Francis Kurkdjian przyzwyczaił już nas do tego, że wprowadza nowe zapachy parami – dla niej i dla niego. Jednak w przypadku tegorocznego duetu gentle Fluidity/ Gentle fluidity mamy do czynienia z parą wyjątkową pod względem koncepcji. Perfumiarz postawił sobie za cel udowodnić światu, że przy pomocy dokładnie tych samych składników, ale zgoła innych ich proporcji, można stworzyć dwa zupełnie różne zapachy. Czy mu się to udało? O tym nieco później.

Francis Kurkdjian, foto: The Cut

To unikatowa realizacja, dowodząca także tego, że Francis Kurkdjian trochę zmienia swój stosunek do odkrywania tajników perfumiarskiego warsztatu. Niegdyś zapiekły tego przeciwniki, nerwowo reagujący na pytania dotyczące składników i nut zapachowych, dziś nie tylko podaje główne nuty/ akordy w opisie każdego swojego zapachu na oficjalnej stronie internetowej, ale w tym konkretnym przypadku zdradza nam wręcz, że oba pachnidła mają taki sam skład, tyle że różne proporcje.

Ale Francis to artysta przewrotny. Poprzez tę perfumową parę, bawiąc się pachnącymi ingrediencjami, udowadnia też to, przy czym konsekwentnie (i słusznie) stoi, a mianowicie: składniki są w rękach perfumiarza tworzywem, z którego ten, jeżeli ma dość wyobraźni i umiejętności, potrafi wyczarować, co tylko mu się podoba. Więc jaki sens ma ujawnianie listy składników, skoro ta sama lista składników może oznaczać dwa zupełnie inne zapachy?

Składniki są dla perfumiarza tym, czym dla artysty malarza farby. Do tego porównania zresztą Kurkdjian lubi nawiązywać, gdy ktoś pyta go o ingrediencje czy nuty zapachowe. Czy opis dzieła malarskiego powinien składać się z podania listy użytych farb oraz uzyskanych i widocznych na nim wybarwień? Paradoksalnie więc można stwierdzić, że poprzez ten duet perfumowy Francis komunikuje: nie istotne są składniki, bo mogę żonglować nimi i ich zawartością tak, że odmienię zapach nie do poznania. Istotny jest efekt końcowy i to, czy perfumy wywołują emocje oraz jakie to są emocje.

No właśnie – jakie emocje wywołały we mnie oba zapachy?

Przypływ energii i poczucia elegancji, a po nim lekka konfuzja, czyli Gentle fluidity (silver)

To wg mnie męska część tego duetu. Bo choć tym razem Francis nie skierował perfum do konkretnych płci, to ta rześka, wytrawna, odrobinę nawet gorzka i wibrująca mieszanka dominujące esencji z gałki muszkatołowej, pięknie podbita przez jagody jałowca, oparta na bazowych nutach ambrowo-drzewnych i mogący kojarzyć się z aromatem ginu, mnie kojarzy się zdecydowanie z męską skórą. Zapach został – jak zwykle w przypadku MFK – z maestrią zmieszany. Jest żywy, harmonijny, elegancki, świetlisty, a wręcz srebrzysty i idealnie pasuje do srebrnej nakrętki falkonu (lub raczej na odwrót). Przypomina mi owszem nieco Penhaligon’s Juniper Sling (i raczej zapomniany L’homme de coeur Parfums Divine), ale jest intensywniejszy i żywszy od obu. Podobnego wytrawnego i wibrującego zapachu dotąd w ofercie MFK nie było, tak więc Gentle fluidity oceniam jako bardzo udane jej uzupełnienie. Doskonały zapach do koszuli i marynarki. Mógłby jednak nie gasnąć tak szybko na mojej skórze. No ale może inni będą mieli więcej szczęścia…

główne nuty: jagody jałowca, gałka muszkatołowa, kolendra, piżma, nuty drzewno-ambrowe, wanilia

Zafrasowanie spuentowane rozczarowaniem, czyli gentle Fluidity (gold)

Tu perfumiarz zupełnie inaczej rozłożył akcenty. Na pierwszym planie umiejscowił te składniki, które w wersji srebrnej budują tło. Woń jest w efekcie lekko kwiatowa, subtelnie owocowa, ciepło-przyprawowa, piżmowa. Esencja z ziarn kolendry, dymna wanilia i piżma budują zapach w typie skin scent, bliskoskórny, ciepły, otulający. Introwertyczny, a nawet intymny, w opozycji do ekstrawertycznego i bardziej krzykliwego srebrnego brata. Jak dla mnie zdecydowanie zbyt delikatny i rachityczny, ale wiem, że są liczni wielbiciele perfum niedopowiedzianych, nienachalnych i bezpiecznych. Dla nich gentle Fluidity może okazać się strzałem w dziesiątkę. Mnie niestety rozczarował, ale to już typowo rzecz gustu.

Natomiast ten słaby tzw. performance złotej wersji gentle Fluidity wpisuje się w clue tego projektu. Oto bowiem dwie kompozycje złożone z tych samych składników, ale użytych w różnych proporcjach, nie tylko pachną zupełnie odmiennie, ale też różnią się właśnie zachowaniem na skórze. Czy to dobrze, to już inna kwestia. Niewątpliwie jednak na końcu rękopisów lub wydruków obu receptur Francis Kurkdjian powinien z uśmiechem zadowolenia umieścić skrót q.e.d.*

główne nuty: jagody jałowca, gałka muszkatołowa, kolendra, piżma, nuty drzewno-ambrowe, wanilia

*) Na przekór aktualnym trendom nie będę czytelnikom ułatwiał i nie wyjaśnię tutaj, co ten skrót oznacza. Niech wszyscy, którzy tego nie wiedzą, sami odszukają wyjaśnienie. 🙂

M.Micallef „DesirToxic” – czy się odważysz?

Całkiem długo kazał nam czekać Geoffrey Nejman na następcę Osaito i AKOWA. Czy było warto?

Wszystko zaczęło w 2015 się od bardzo oryginalnego, unikatowo pachnącego, drzewno-kakaowo-zielonego AKOWA (półmatowy flakon w barwie głębokiej czerni), zawierającego tajny składnik, którego marka nie chciała ujawnić. Już rok później premierę miał uwielbiany nie tylko przez mężczyzn, dużo bardziej przyjazny i trącający dużo popularniejsze akordy Osaito (ręcznie szczotkowany flakon w kolorze szarym) – będący mieszanką nut cytrusowych, morskich i ziołowych. Pamiętam, że podczas premiery tego zapachu w perfumerii Quality Missala w Warszawie Geoffrey Nejman wspomniał, że jest już gotowy trzeci, zupełnie wyjątkowy zapach, ale data premiery nie jest jeszcze ustalona. Na DesirToxic przyszło więc czekać aż 3 lata. Cóż, czas tak szybko upływa….

Oto więc jest. Tym razem czarny flakon „posmarowany” został ciemno-niebieską farbą i muszę przyznać, że wygląda fantastycznie – chyba najlepiej z całej trójki.

Świeże, owocowo-przyprawowe otwarcie od razy przyciągnęło moją uwagę. Okazało się zresztą dziwnie znajome…. Jest w nim coś z genialnego Opium Pour Homme YSL – co pewnie wynika z połączenia słodkich przypraw z nutą porzeczki. Jednak zamiast dość gęstej waniliowej bazy klasyka, tu znajdziemy bardziej współczesne drzewne tło. Czarna porzeczka, kardamon, cynamon i tonka budują zasadniczy akord zapachu. Nie zapomnijmy jednak o składniku, który nadaje mu bardzo specyficznego charakteru, a który nieco bardziej wyczuwalny staje się w późniejszej fazie – cannabis. Rzeczywiście poczuć można ten jedyny w swoim rodzaju suchy, zielony aromat, ale nie dominuje on zapachu. Jeżeli już miałbym się do czegoś przyczepić, to troszkę rozczarowuje mnie baza. Zarówno AKOWA i jak i dużo przecież delikatniejsze Osaito posiadają fajnie projektujące i długotrwałe finisze. Koniec DesirToxic owszem trwa na skórze, ale zdaje się nie docierać do mojego nosa w dość wyraźny sposób.

Pod względem wyrazistości DesirToxic plasuje się po Akowa, a przed Osaito. Pod względem noszalności jest na odwrót. Wydaje mi się, że tym razem panowanie Geoffrey Nejman oraz Jean-Claude Astier wstrzelili się w dziesiątkę. DeirToxic jest idealnym połączeniem pięknego, sygnaturowego akordu, który natychmiast zapada w pamięć, z tym wszystkim cechami, które czynią z perfum produkt, po który chętnie się sięga bez względu na aktualny nastrój czy okazję. Charakter DesirToxic znajduje się dokładnie pomiędzy wyrazistością i eksperymentem AKOWA, a subtelnością i komfortową noszalnością Osaito. Wspólnie stanowią wyjątkowy perfumy tercet.

Wieszczę temu zapachowi sukces. Marka zadbała – jak zwykle – o marketing, przygotowując całkiem fajną, a przed wszystkim intrygująca kampanię w mediach (zdjęcia, film oraz reklamowe hasło). Poszerzyła też krąg potencjalnych odbiorców przedstawiając zapach jako uniseks, w przeciwieństwie do dwóch poprzedników. I choć DesirToxic może spodobać się niektórym kobietom., według mnie jest to jednak zapachem męskim. Kropka. 🙂

Na koniec wypada odpowiedzieć na zadane przez M.Micallef pytanie:

Will you dare?

Odpowiadam:

Yes! I already did! And it was worth it!

dominujące akordy: owocowo-przyprawowy, zielony, mszysty

nuty głowy: bergamotka, cytryna, kardamon

nuty serca: czarna porzeczka, cynamon, tonka, cannabis

nuty bazy: benzoes, mech, paczula, piżmo

rok premiery: 2019

nos: Geoffrey Nejman/ Jean-Claude Astier

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5->3,5

House of Sillage „Dignified” – kwintesencja niewymuszonej elegancji

Nawet jeżeli przewąchałeś już setki zapachów, Dignified zwróci twoją uwagę.

Mniej więcej tymi słowami opisał zapach amerykańskiej marki House of Sillage jeden z czytelników portalu Fragrantica.com. Przyznaję mu rację. Z czystej perfumaniackiej ciekawości wziąłem udział w „rozbiórce” flakonu Dignified na Perfuforum.pl i nie żałowałem ani przez chwilę. Co więcej – w wyniku zapoznania się z zapachem niedawno flakon zasilił moją kolekcję. A to zdarza się ostatnio naprawdę rzadko. Jest tak dobrze? – zapyta ktoś. Owszem – odpowiem.

Intro jest słodko-przyprawowe. Dominuje szafran i goździk, w tle kardamon. Wieje lekko z Bliskiego Wschodu, ale to tylko wiaterek, który nie przytłacza zapachu. Po kilku minutach spod mieszanki przypraw wyłania haitańska wetyweria, delikatna, zielona raczej niż korzenna, pięknie kontrastująca z słodko-przyprawową częścią zapachu. Im dłuższy upływa czas, tym wetyweria staje się wyraźniejsza, dodatkowo otoczona drzewnymi nutami cedru i oudu, które jednak nie ujawniają się tu indywidualnie.

Od pierwszych sekund czuć jakość i pomysł kompozycyjny. Czuć prostą, ale bardzo skuteczną formułę. Mark Buxton (perfumiarz stojący za Dignified) jest znany ze swego minimalistycznego stylu, który kiedyś w jakimś wywiadzie określił jako efekt swej… leniwej natury. Od dawna wiadomo, że sztuką jest „się nie narobić, ale zarobić”. Buxton to potrafi, co niejednokrotnie w perfumowym fachu udowodnił.

Pierwsze określenia, które przychodzą mi na myśl, gdy wącham Dignified, to elegancja i umiar z odrobiną wyrafinowania i luksusowej aury, a wszystko to doskonale wyważone.

Dignified to zasadniczo olfaktoryczna gra pomiędzy szafranem, goździkiem i wetywerią. Ale zapach ten z pewnością nie byłby taki sam, gdyby nie wymieniona w oficjalnym składzie róża, dla mnie nie wyczuwalna, jednak z pewnością odgrywająca istotną rolę w kształtowaniu charakteru serca tego zapachu. Mark Buxton nie użyłby czegoś bez powodu, szczególnie w tak krótkiej formule.

Bardzo lubię takie współczesne, nowoczesne, minimalistyczne, ale skuteczne i efektowne podejście do komponowania perfum. Styl Buxtona, podobnie jak m.in. Jean Claude’a Elleny, Antoine’a Lie czy Michela Almairaca (w odróżnieniu od pieczołowicie budowanych kompleksowych formuł choćby Bertranda Duchaufoura czy Roja Dove, które przecież także maja swój urok!) polega na dobraniu idealnych proporcji kilku do maksymalnie kilkunastu składników tak, by wzajemnie się wspierały i wzmacniały, tworząc jednocześnie intrygującą i sygnaturową, synergiczną treść. Żaden ze składników nie znajduje się w formule bez powodu i każdy odgrywa swoją ważną rolę. Nie ma tu ingrediencji zbędnych. Diginfied jest pięknym przykładem takiego podejścia. I co niezwykle ważne – pachnie unikatowo, inaczej, ale nie dziwacznie. Przeciwnie, bardzo przyjaźnie.

Dwa słowa o flakonie, bo warto się nad nim zatrzymać. To kawał solidnego, designersko bardzo męskiego flakonu, świetnie leżącego w dłoniach i przypominającego mi nieco piersiówkę. By odsłonić atomizer, należy nacisnąć przycisk znajdujący się na górze flakonu, na jego srebrnej części. następuje wówczas charakterystyczne kliknięcie, jakbyśmy odbezpieczali broń. Przyznam, że nigdy wcześniej nie spotkałem się z taki rozwiązaniem, ale oceniam je bardzo dobrze. Jest poręczne, wygodne i zastępuje klasyczną zatyczkę, którą roztargniony przecież z natury facet mógłby zgubić. Całość jest tak zaprojektowana, że aż prosi, by wrzucić ją do walizki z bagażem podręcznym i zabrać w najbliższą podróż. Pojemność 75 ml pozwoli spokojnie przejść kontrolę bagażu na lotnisku.

Nie wiem dlaczego, ale zanim poznałem Dignified, spodziewałem się czegoś bardziej gęstego i przytłaczającego w klimacie pachnideł marek arabskich. Nie wiedziałem jeszcze wówczas, że skomponował go Mark Buxton. To natychmiast pozbawiłoby mnie obaw. Na szczęście i ku mojemu zaskoczeniu zapach okazała się być bardzo nowoczesnym i idealnie wyważonym, a przy tym posiadającym wyraźną i bardzo atrakcyjną sygnaturę a także – co na tej półce cenowej powinno być normą – świetne parametry – wyraźną , wyczuwalna zarówno przeze mnie, jak i otoczenie projekcję oraz wielogodzinną trwałość. Tak – tu wszystko „się zgadza”. Jeżeli do tego dodać, że nie przypomina mi nic, co wcześniej testowałem, dopełnia się obraz prawdziwego perfumowego odkrycia. Oceny 6 nie dałem wyłącznie dlatego, że nie zostałem powalony na kolana. Ale to nie jest konieczne, bym uznał zapach za doskonały, a Dignified takim właśnie w mojej ocenie jest.

Panowie, jeżeli chcecie pachnieć elegancko i z klasą, a jednocześnie oryginalnie i pewnym zagadkowym niedowiedzeniem i nie chcecie naśladować używających Aventusa lub Terre d’Hermes kolegów, sięgnijcie po Dignified. Nie będziecie zawiedzeni.

dominujące akordy: słodko-przyprawowy, drzewny

nuty głowy: bergamotka, kardamon, szafran

nut serca: goździk, róża

nuty bazy: oud, drewno cedrowe, wetyweria

rok premiery: 2015

nos: Mark Buxton

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5->4,0

Mój Top 10, czyli perfumy, których najchętniej używam

Za namową czytelników postanowiłem zaprezentować swój perfumowy Top 10. Przyznam, że bardzo trudno mi było ograniczyć się do zaledwie 10 pozycji podczas tworzenia tego rankingu. Jakie kryterium bowiem przyjąć, gdy w codziennym użytkowaniu jest kilkadziesiąt zapachów?

Postanowiłem kierować się ich popularnością w mojej kolekcji, rozumianą jako częstotliwość ich używania w ostatnim dłuższym czasie (powiedzmy ostatniego roku).

Mam wiele perfum, które podziwiam i kontempluję tylko w domowym zaciszu, a jeżeli ich używam „do ludzi”, to bardzo rzadko. Po pierwsze dlatego, że czuję, iż wymagają one specjalnej oprawy czy okoliczności (weźmy choćby taki fantastyczny Amouage Gold Man, po którego zwykle sięgam raz do roku na Sylwestra!). Po drugie dlatego, że nie chcę, by mi spowszedniały. Po trzecie, wiele z nich wymaga ode mnie odpowiedniego nastroju czy nastawienia, a o ten często jest trudno w porannym pośpiechu. W zestawieniu tym wziąłem więc pod uwagę te perfumy, po które sięgam najczęściej i to bez specjalnego zastanowienia, czy tego dnia będą mi pasować, czy też nie, czy okażą się za ciężkie lub zbyt wymagające dla mnie lub otoczenia. Są to więc zapachy, w których zawsze dobrze się czuję bez względu na okoliczności i mój aktualny nastrój, a które – o tym jestem przekonany – nie wprowadzą mojego otoczenia w konsternację.

Są jak dobra muzyka pop – niekwestionowanej jakości, ale jednocześnie skomponowane i zaaranżowane tak, by cieszyć nos, a nie wyzywać go na długi i czasem wyczerpujący pojedynek.

Niech więc nie zaskakuje brak w zestawieniu zapachów marek niszowych jak np. Amouage, Le Labo, Durbano, Tauer Pefumes. Kto czyta mojego bloga, ten pewnie zauważył, że zwykle bardzo wysoko oceniam perfumy tych marek i oczywiście mam wiele ulubionych „Amłaży” i czy Le Labo, ale to są zwykle zapachy, po które nie sięgam w pierwszej kolejności, bardziej wymagające, a czasem nawet bezlitosne w swym bezkompromisowym charakterze. Kto wie, może wkrótce zrobię Top takich właśnie pachnideł. Wtedy znajdą się tam zapewne pachnidła tu pominięte, a ocenianie przez mnie bardzo wysoko.

Gwoli jasności kolejność tego zestawienia jest alfabetyczna, wziąłem pod uwagę nazwy zapachów.

Maison Francis Kurkdjian Absolue Pour Le Matin

Gdy kilka temu miałem dzięki Perfumerii Quality Missala okazję spotkać Francisa Kurkdjiana i zamienić z nim kilka zdań, zapytał mnie, który z zapachów jego marki lubię najbardziej. Pytanie proste, odpowiedź nieco trudniejsza. Bez większego namysłu odpowiedziałem jednak, że Oud, bo faktycznie to jeden z moich ulubionych „Kurkdjianów” i perfum w ogóle. Później żałowałem jednak, że nie wspomniałem o Absolue Pour Le Matin, którego darze równie dużą atencją, choć z innych względów. Myślę, że to zaskoczyłoby pozytywnie Francisa, który – domyślam się – zdecydowanie częściej słyszy od swoich rozmówców, że to Oud jest ich ulubionym zapachem. Absolue Pour Le Matin jest genialnym połączeniem rześkiej, lekko cytrusowej i lekko zielonej świeżości, którą nazywam wonią świeżego powietrza o słonecznym poranku, z ambrowo-drzewną, nieco zadziorną głębią. Jest w tej świeżości element luksusu, ekskluzywnie pachnącego mydła, bieli, optymizmu i energii. Do tego zapach trzyma na skórze wiele godzin. Jest moim zdecydowanym faworytem w gatunku intensywnie świeżych.

recenzja Absolue Pour Le Matin na Perfumowym blogu

Bentley Absolute for Men

Niezwykły to zapach pod wieloma względami. Niegdyś miał brązową barwę i wypełniał sześcienny masywny szklany flakon z napisem Gucci Pour Homme. Po wycofaniu go ze sprzedaży, przez lata pozostawał niejako w uśpieniu, po czym niespodziewanie (i szczęśliwie) powrócił tym razem jako Absolute for Men marki Bentley. Praktycznie ten sam zapach, ten sam perfumiarz Michel Almairac i tylko szklanego flakonu szkoda, bo ten od Bentleya jaki jest, każdy widzi…

Oto elegancka, ale i nieco uduchowiona woń łącząca w sobie nuty pieprzu, kadzidła i drewna, w tym mojego ukochanego cypriolu lub czegoś bardzo do niego podobnego. Zapach niema linearny, nieco majestatyczny, poważny i nawet może trochę uduchowiony. Był dla mnie wstępem do poznawania kadzidlanej niszy, ale po latach testów doszedłem do wniosku, że marki niszowe zwykle proponują kadzidło zbyt dosłownie, zbyt liturgicznie. Bentley Absolute tak nie pachnie. Jest z innego wymiaru. Jest recepturą idealną. Nie dziwi więc, że po latach Michel Almairac wykorzystał ja po raz trzeci, włączają ją do oferty tym razem już własnej marki Parle Moi de Parfum pod nazwą Papyrus Oud 71.

Creed Aventus

Bestseller brytyjskiej marki i to nie bez przyczyny. Equilibrium pomiędzy treścią i formą, oryginalny (tak, taki był w roku premiery i jeszcze kilka lat później, zanim rynek zalała fala imitacji) i zapadający w pamięć akord owocowo-drzewny (ananas, paczula i brzoza), w pierwszych latach produkcji z wyraźnym skórzanym, lekko dymnym finiszem, od kilku lat z przechyłem na owocową stronę. Świetny zapach na co dzień, wyróżniający się, elegancki, pasujący do stroju formalnego lub pół-formalnego, o wyrazistej projekcji i doskonałej trwałości. Creed doskonale wie, jak to się robi.

recenzja Aventus na Perfumowym Blogu

Chanel Bleu de Chanel EDT

Najbardziej „utylitarny” pośród tego zestawienia, ale ja naprawdę go lubię. To doskonałe współczesne męskie perfumy. Gdy potrzeba mi po prostu dobrze pachnieć w ciągu dnia (chyba nie znam lepszego office fragrance), Bleu de Chanel to zawsze trafny wybór. Świeży, wibrujący, cytrusowo-przyprawowo-drzewny, o doskonałych parametrach i takiej trwałości zawsze dodaje mi pewności i dobrego samopoczucia. Koniecznie w wersji EDT, choć przyznam, że ostatnio polubiłem się z nieco bardziej gęstą wersją EDP. Po prostu współczesny męski klasyk. Ja naprawdę nie jestem perfumowym snobem. Lubię dobrze pachnące perfumy. Ot co. Przy okazji ukłony dla perfumiarza Jacquesa Polge’a. Ma niesamowity talent i wyczucie rynku.

recenzja Bleu de Chanel na Perfumowym blogu

Frederic Malle EdP Cologne Indelebile

Długo się zastanawiałem się, który neo-koloński zapach wybrać do tego zestawienia. No i padło na ten, po którego najchętniej sięgałem tego upalnego lata. Cologne Indelebile to kolońska o z założenia nieprzeciętnej trwałości, co osiągnięto przede wszystkim poprzez użycie potężnej dawki piżm. I to czuć, piżma przebijają się od pierwszych sekund, ale mi to nie przeszkadza. Piękny neo-koloński akord będący treścią tego zapachu, trwa na mojej skórze dobre ponad 10 godzin i czuje go na sobie wyraźnie. Pachnie przy tym klasowo i po prostu świetnie. Nic więcej nie trzeba.

recenzja Cologne Indelebile na Perfumowym blogu

Roja Dove Danger Pour Homme EDP

Trochę wahałem się, czy umieścić go tu, czy w „poczekalni”, a to dlatego, że akurat po ten zapach sięgam rzadko z racji jego dystyngowanego charakteru, ale i także faktu bardzo wysokiej ceny. Oszczędzam go po prostu na wyjątkowe okazje. Niemniej uważam go za jeden z najlepszych perfum, jakie kiedykolwiek nosiłem i stwierdziłem że Top 10 bez niego nie byłby pełen.

Pod względem samego zapachu nie jest to nic oryginalnego. Tak mniej więcej pachniał kiedyś klasyczny Heritage od Guerlain, zanim dosięgnęły go kolejne reformulacje, a Dove wie to najlepiej, bo pracował dla francuskiej marki przez wiele lat. Ale już wykonanie i jakość tych perfum to absolutne wyżyny. Super eleganckie, wręcz dystyngowane i bardzo męskie perfumy drzewno-ambrowe, przy czym ambra jest naturalną esencją, co jest współcześnie sytuacją unikatową. To nie tylko deklaracja samego Dove’a, który jest przecież wytrawnym marketingowcem, ale fakt. Wystarczy „poobserwować”, jak te perfumy zachowują się na skórze, jaką mają niesamowitą głębię i zmysłowość. Gęste, otulające, genialne pachnidło, idealne, gdy chce się podkreślić swoją pozycję i wyrafinowany gust.

recenzja Danger PH na Perfumowym Blogu

MFK Oud

Oryginalność tego zapachu polega na połączeniu esencji z oudu z Laosu z szafranem i dużą dawką piżm w bardzo „noszalną” a jedocześnie sygnaturową całość. Nie znam innego zapachu, który byłby choć trochę podobny. Na początku orientalnie słodko-przyprawowy, w sercu staje się drzewny, a oudowa smużka pięknie przymocowana do skóry za pomocą piżma buduje bardzo charakterystyczny i długotrwały finisz. Arcydzieło i jednocześnie bardzo dobrze noszące się perfumy.

recenzja Oud Wood na Perfumowym blogu

Tom Ford Oud Wood

Tłusta drzewność tego zapachu w połączeniu z niezwykle eleganckim charakterem i doskonałymi parametrami, przy zachowaniu wyważonego charakteru (nie ma tu mowy o trudnych zwierzęcych oudowych nutach), stawia go w moim rankingu perfum z oudem w nazwie prawdopodobnie na pierwszy miejscu. Ktoś powie, że oudem to wcale nie pachnie. Może i nie. może to nawet dobrze. Bo pachnie genialnie i można tego użyć w sytuacji codziennej bez wprawiania otoczenia w zakłopotanie.

recenzja Oud Wood na Perfumowym blogu

Hermes Terre d’Hermes EDT

O tym zapachu napisano już wszystko. Sam zresztą recenzowałem go już na blogu dwukrotnie. I choć tu także wg mnie nastąpiła reformulacja („ściszono” cytrusy i geranium, a „podgłośniono” pieprz i ISO-E-Super), to wciąż unikatowa sygnatura Terre d’Hermes jest dla mnie wyznacznikiem współczesnego, ale i ponadczasowego męskiego zapachu o niebanalnym charakterze. To perfumy dla intelektualistów, bez względu na to, jakim trudnią się fachem. Dość asertywne i chłodne. Intelektualne właśnie. Genialne. Nie mam wątpliwości, ze Terre d’Hermes to Eau Sauvage XXI wieku.

recenzja 1 Terre d’Hermes na Perfumowym blogu

recenzja 2 Terre d’Hermes na Perfumowym blogu

Hermes Voyage d’Hermes Pure Parfum

To drugi zapach od Hermesa w tym zestawieniu. Ale to nie jest tak, że każde dzieło Jean Claude’a Elleny trafia w moje gusta. Nie jestem bezkrytyczny. Ale Voyage d’Hermes właśnie w wersji EDP, z różą w centrum, skradł niegdyś moje serce i jest 100% uwielbianym przeze mnie zapachem. Kardamon, róża, herbata, drzewno-ambrowy, mocny finisz. Zapach oparty nie kontraście niemal słonej nuty kardamonu z różą. Niezwykły, elegancki, nieco ekstrawaganacki, absolutnie unikatowy, przy tym bardzo dobrze się noszący. Uniseks doskonały. Tu nadmienię, że dlatego, że znalazł się on w Top 10, nie będzie innego fenomenalnego pachnidła tegoż perfumiarza, które de facto jest protoplastą VoyageDeclaration Cartier. Wciąż uwielbiam, ale noszę jednak rzadkiej od Voyage.

recenzja Voyage d’Hermes na Perfumowym blogu

W „poczekalni” do Top 10 pozostają:

Frederic Malle „Vetiver Extraordinaire”

M.Micallef „Osaito”

Armani „Acqua Di Gio Profumo”

Cartier „Declaration”

Parle Moi de Parfum „Cedar Woodpecker”

Creed „Royal Oud”