CLEAN – odcienie świeżości

Amerykanie od dawna znani są z uwielbienia do zapachów świeżych i czystych oraz niechęci do klasycznej francuskiej perfumerii. Oczywiście ta pozostaje domeną licznych na nowym kontynencie koneserów, ale statystyczny Amerykanin (który – jak wiadomo – nie istnieje) wybiera dezodorant, cologne lub ewentualnie wodę toaletową zdominowaną przez nuty łatwe, lekkie i przyjemne. Czy można więc lepiej trafić w gusta Amerykanów niż robi to od kilkunastu lat marka o jakże sugestywnej nazwie: CLEAN?

CLEAN to:

PROSTOTA – zapachy są proste, linearne, lekkie, przyjemne, można je ze sobą łączyć, choć moim zdaniem samodzielnie sprawdzają się także doskonale;

NOSTALGIA – szczęście, komfort i ucieczka od codzienności – takie uczucia mają powodować zapachy CLEAN;

ŚWIADOMOŚĆ – marka kładzie duży nacisk na kwestie ekologiczne – zarówno gdy chodzi i zawartość flakonów (nietoksyczny alkohol jako nośnik), jak i opakowanie (papier pochodzące z recyklingu, kompostowalny celofan z kukurydzy) i media (produkcja zasilana energią z promieniowania słonecznego).

Zapachy CLEAN właśnie zaczęły pojawiać się w polskiej dystrybucji, co mnie bardzo ucieszyło. Czy ta czysta i lekka estetyka odnajdzie swych wielbicieli w Polsce? Uważam, że jak najbardziej tak. Szczególnie, że zarówno treść pachnideł CLEAN, ich jakość, a także niewygórowana cena zdecydowanie zachęcają.

clean men

Moje doświadczenie z CLEAN sprowadza się do nabytego lata temu zapachu CLEAN Men, którego rzekomym miłośnikiem był niejaki Brad Pitt. Ten przerzucił się później – wedle legendy – na skomponowany specjalnie dla niego przez Lorenzo Villoresiego z Florencji Musk, ale…. to już kompletnie inna historia. Ten flakon CLEAN Men mam do dziś, pozostała jeszcze połowa. Używam go wciąż, do perfumowania… mojego najmłodszego syna po kąpieli. Bo CLEAN Men pachnie trochę balonową gumą do żucia, trochę proszkiem do prania, trochę mydłem. Kojarzy mi się po prostu z dzieckiem. Obiektywnie – pachnie bardzo oryginalnie, nie znam innych perfum o podobnej woni, a do tego jest zaskakująco intensywny (potężna projekcja, szczególnie jak na świeży zapach) i trwa na skórze całkiem długo. Ten zapach w wydaniu widocznym na powyższej fotografii nie jest – jak widzę – juz dostępny w ofercie marki, choć wciąż można go nabyć w niektórych perfumeriach internetowych.

 

Stack of clean bedding sheets and towels isolated on white

Aktualna oferta zapachowa CLEAN jest dość rozbudowana. Można wręcz dostać zawrotu głowy od liczby różnych odcieni perfumowej „czystości”. Do klasycznej, czystej kolekcji (zapachy w koncentracjach eau de toilette, eau de perfum i eau fraiche) marka niedawno dokooptowała opartą o składniki pochodzące z ekologicznych i odtwarzalnych upraw kolekcję Reserve – bardziej wyrafinowaną, stworzoną w duchu kontrastu clean-dirt oraz Reserve Avant Garden – nieco bardziej kreatywną i odważną, gdy chodzi o zestawienia nut.

Dla wielbicieli świeżości w perfumach oferta CLEAN to jak dla dziecka sklep ze słodyczami. Nie wiadomo, po które sięgnąć, tyle ich. Wszelkie rodzaje świeżości o sugestywnych i – bardzo praktycznych, niczym Amerykanie – nazwach. Fresh Shower, Clean Air, Fresh Laundry, Rain, Skin, Warm Cotton itp. Ze względu na ich linearny (nie zmieniają się w istotny sposób w czasie) oraz nieskomplikowany charakter nadają się do tzw. layeringu, czyli łączenia ich ze sobą na skórze w różnych kombinacjach.

Clean-Clean_EdT-Fresh_Laundry

Fresh Laundry to miks współczesnej nuty lawendowej (bez konotacji retro) i delikatnych nut owocowych na wstępie oraz kwiatowych muśnięć w sercu. Wszystko to na czystej, piżmowo-tonko-drzewnej bazie, która – jak praktycznie we wszystkich testowanych przez mnie pachnidłach z głównej linii – ma za zadanie jak najskuteczniej utrwalić czysty aromat bez wpływania na jego charakter. Ten zapach to wspaniały przykład współczesnego, bardzo wdzięcznego użycia esencji z lawendy – jakże innego od klasycznych, archaicznych i bywa, że źle się kojarzących zapachów wód lawendowych, które posiada w ofercie każda szanująca się marka perfumowa „z rodowodem”.

Fresh Laundry to świeży, sugestywny zapach świeżego prania. Dosłownie. Zgoda – detergentowy, ale o to przecież w tym przypadku chodzi, prawda? To zapach, który nie tylko pozwala czuć się czysto i świeżo, jakbyśmy właśnie od stóp do głów ubrali się w świeżo wyjęte z pralki rzeczy, ale to także aromat, który będzie z pewnością wyłącznie pozytywnie odbierany przez nasze otocznie. Będzie ono mało tylko jeden dylemat – czy to nasze perfumy, czy też płyn do płukania tkanin, którego używamy w naszej pralce?

L9786609

Dokładnie ten sam efekt, jeżeli nawet nie wyraźniejszy, spowoduje inny zapach z głównej kolekcji – Warm Cotton. To już stuprocentowa woń najlepszej jakości płynu do płukania tkanin. Zapach zwiewnie kwiatowy (jaśmin, kwiat pomarańczy i piwonia tworzące wszakże biało-kwiatowy abstrakt) na zdominowanym przez białe piżma fundamencie.

Zapach świeżo upranego bawełnianego T-shirtu, wypłukanego w niebieskim Lenorze. Cudo.

Clean Cool Cotton

Podobnie, choć nieco bardziej rześko i bardziej kwiatowo pachnie Cool Cotton. Odróżnia go nuta wodna, a także inny bukiet nut kwiatowych. Magnolia, jaśmin, konwalia i kwiat lnu (!) dają w sumie początkowo bardziej owocowo-kwiatowy, abstrakcyjny aromat, a subtelnie drzewna baza wyostrza całość, która – w porównaniu do zdominowanego aromatem kwiatu pomarańczy i białych piżm Warm Cotton – może faktycznie sprawiać wrażenie chłodniejszego.

Z czasem detergentowa nuta wysuwa się naprzód, powodując, że docierająca do mych nozdrzy aromat jest idealnym odwzorowaniem uwielbianego przeze mnie zapachu upranej pościeli suszącej się na słońcu i muskanej powiewami ciepłego wiatru. Doprawdy urocze.

Clean-Clean_EdT-Skin

Skin zaskakuje – detergentowe akcenty zastąpione tu zostały delikatnym kulinarnym charakterem. Oto subtelne nuty owocowe zmieszane ze smakowitym deserem złożonym z czekolady, wanilii i kokosa. Wszytko to oparte na fundamencie z Ambroxu, piżm i wetywerii. Nawet jeżeli nasza skóra nie pachnie aż tak ponętnie, to dzięki Skin to się zmieni. Przy czym to już raczej zapach pasujący do kobiet, a do tego – jak przystało na nazwę i to, czym ma pachnieć – bardzo bliskoskórny.

Clean-Clean_EdT-Rain.jpg

Z kolei w Rain nuty porzeczki, frezji, guawy i gruszki połączone z fiołkiem oraz aromatem melona ewokują, jak twierdzi twórca zapachu Richard Herpin, woń egzotycznego deszczu. Pozostaje mi wierzyć mu na słowo. Rain pachnie w swej istocie lekko owocowo i lekko zielono, najmniej – a właściwie w ogóle – nie detergentowo i najbardziej wtórnie i tradycyjnie z wszystkich tu prezentowanych. Wciąż jednak oczywiście bardzo przyjemnie i – podobnie jak Skin – wykazuje większe powinowactwo wobec kobiecej skóry. Co ciekawe w sercu zapachu wyłaniają się też znane ze Skin nuty czekolady i kokosa.

 

Zapachy CLEAN wale nie są tak linearne, jak deklaruje marka. Wyczuwam w nich jednak subtelne zmiany w czasie, choć faktycznie gównie pomiędzy zwykle bardzo rześkim otwarciem, a sercem będącym tematem zapachu. I faktem jest, że to temat zwykle trwa długo, zaś baza nie ujawnia się jako taka, stanowi zaś fundament i utrwalacz tematu.

Testowanie wód toaletowych CLEAN z głównej linii było dla mnie bardzo przyjemną odskocznią od tradycyjnej, luksusowej, mainstreamowej, a także niszowej i awangardowej perfumerii, z jaką mam zwykle do czynienia. Zapachy CLEAN są świetnie wykonane i mają niewątpliwy urok. Jestem fanem świeżości w perfumach, a CLEAN gwarantuje najróżniejsze jej odsłony. Znalazłem wśród nich swoich faworytów: Fresh Laundry, Warm Cotton i Cool Cotton to „moja trójka” doskonale przygotowana do tego, by przez większość dnia zapewnić poczucie bycia „świeżo wyprawnym i wysuszonym w słońcu i na wietrze”. To naprawdę wyjątkowe uczucie, mówię Wam. Musicie tego po prostu spróbować. Naprawdę!

Wkrótce ciąg dalszy penetrowania aromatów tej marki w nieco jednak innym wydaniu w kolekcji Reserve. Już wiem, że będzie inaczej, ale …. zaskakująco dobrze.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Eau d’Hermès – zapomniany klasyk

Eau d’Hermès – historycznie pierwsze perfumy tej marki – zostały wylansowane w 1951 roku. Skomponował je dobrze nam znany Edmond Roudnitska w okresie pomiędzy pracą dla domu Rochas w latach 40-tych, a erą Diora, która trwała od roku 1948 i słynnej Dioramy, aż do późnych lat 70-tych. Pachnidło zainspirowane zostało zapachem wnętrza wyimaginowanej torebki Hermèsa, w której nuty skóry mieszają się z zapachem perfum i innych znajdujących się w niej kosmetyków.

Jakkolwiek perfumy te wąchane współcześnie mają zdecydowanie retro charakter, wyobrażam sobie, że ponad 60 lat temu musiały robić ogromne wrażenie, bo w jakiś magiczny sposób, mimo dość ubogiej palety środków wyrazu, jaką dysponowali w tamtych czasach perfumiarze (w porównaniu do czasów obecnych), Edmondowi Roudnitsce udało się osiągnąć zupełnie przekonujący skórzano-kosmetyczny efekt wnętrza damskiej torebki. Jeżeli założymy, że w owej wyimaginowanej torebce znajdują się któreś z perfum Roudnitski, wszystko zaczyna się tu zgadzać.

Jednak by go doświadczyć, trzeba najpierw przebrnąć przez dość trudny w odbiorze wstęp w którym nad przyjemnymi przecież cytrusami dominuje akord, który nazywam „brudną lawendą”, doprawioną goździkiem i czym tam jeszcze, z obecnym niemal od początku wyraźnym akcentem animalnym, który na mnie robi wszakże wrażenie nie tyle cyweto- ile szałwio-pochodnego (mogę się tu mylić). Wszystkie te składniki początkowo nie układają się, tylko raczej walczą ze sobą tworząc aromat, który dla przeciętnego, statystycznego nosa może okazać się doświadczeniem trudnym do zniesienia, a nawet traumatycznym. Jak to w prawdziwych francuskich perfumach bywa (a Eau d’Hermès to przecież przykład 100% klasycznych francuskich perfum!), potrzeba czasu, by ukazały one swoje właściwe, zwykle poruszająco piękne oblicze. Tak jest i w tym przypadku. Dość szybko ujawniający się akord głębi – istota Eau d’Hermès – to już wyraźna sygnatura Roudnitski. Nieco zwietrzałe wspomnienie cytrusów, dolny, bardziej kwiatowy niż ziołowy aspekt lawendowej esencji, ślady indolowego jaśminu i nuta animalna, wszystko złagodzone mieszanką tonki i wanilii na drzewnej bazie z cedru i sandałowca.

edmond-roudnitska-young-700x488
Młody Edmond Roudnitska, fot. CafleureBon

Klasyczny i jakże niedzisiejszy aromat, który niezbyt dobrze się zestarzał – w tym sensie, że współcześnie docenią go jedynie koneserzy perfum i osoby mające sentyment do tego typu aromatów. Eau d’Hermès  to bowiem przeciwieństwo pozbawionego trudnych nut, świetlistego i unikającego kontrowersji – przez co ponadczasowego – Eau Sauvage. A przecież oba zapachy skomponował ten sam człowiek (choć daty ich wylansowania dzieli 15 lat).

Aktualnie sprzedawana wersja Eau d’Hermès, widoczna na poniższej fotografii, musi być – jak sądzę – niezwykle bliska pierwowzorowi Roudnitski z jednego głównego powodu – nad jej kształtem czuwa Jean-Claude Ellena, perfumiarz, dla którego Roudnitska to największy – jeżeli nie jedyny – mentor i wzór.

Warto zaznaczyć, że Eau d’Hermès to wbrew niewinnej nazwie (określenie eau kojarzy się współcześnie z zapachami raczej lekkimi i zwiewnymi, ale 60 lat temu nie miało takich konotacji) pachnidło zaskakująco agresywne i mocne, szczególnie w pierwszej fazie, a z czasem układające się na skórze w zdecydowanie spokojniejszy, ale całkiem trwały aromat. Moje główne skojarzenie, gdy chodzi o podobieństwa do innych znanych mi perfum, to Eau Sauvage Extreme w pierwotnej wersji (1982) – tyle, że bez nuty animalnej oraz – właśnie ze względu na podobne połączenie lawendy i cywetu – Jicky Guerlain, tyle że w Eau d’Hermès nie doświadczymy rzecz jasna guerlinade – puszystej orientalno-kulinarnej bazy charakterystycznej dla pachnideł Guerlaina. Zapach Hermesa jest mniej ciepły, bardziej cytrusowy, skórzany, ostry i… surowy. Generalnie – trudniejszy w odbiorze niż oba wymienione. To pozycja tylko dla najbardziej wyrobionych odbiorców, która dzięki jej wierności oryginałowi, przepięknie prezentuje unikatowy styl wielkiego Edmonda Roudnistki, który dał początek jednej z dominujących estetyk w perfumerii okresu powojennego.

 

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

dominujące nuty: cytrusy, lawenda, nuty ziołowe, nuty animalne

twórca/nos: Edmond Roudnitska

rok premiery: 1951

moja ocena:

zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0

 

Kolońskie rekomendacje fqjciora

Zapach koloński jest ze mną od kiedy pamiętam, poczynając od opakowanej w wiklinowe wdzianko buteleczki Prastarej Wody Kolońskiej stojącej na toaletce mojej babci tudzież Przemysławki okupującej miejsce na półce w łazience. Od kilku lat kolońska jest niezbędnym elementem mojej zapachowej garderoby. Nie wyobrażam sobie nie tylko wiosny i lata, ale i całego roku bez świeżej kolońskiej woni w wydaniu mniej lub bardziej klasycznym.

Prastara kolońska
foto: http://www.brzytwa.org

Szczęśliwie nie tylko ja tak mam, o czym świadczy – jak sądzę – popularność wydanego w 2012 roku przez Toma Forda Neroli Portofino, klasycznie pachnącej kolońskiej, wzbogaconej o aspekt ambrowo-piżmowy, której nadano formę trwałej eau de parfum. Sukces tego zapachu skłonił inne marki do pójścia w ślady Forda i zaproponowania własnych pomysłów na kolońskie aromaty. Jedna z nich – mowa o Atelier Cologne – nawet oparła swoje portfolio na rozmaitych interpretacjach kolońskiego tematu, często zresztą wychodząc bardzo daleko poza kanon (troszkę jak od dawna znana z doskonałych kolońskich Acqua di Parma). Z kolei The Different Company stworzyło własną linię nowoczesnych kolońskich pod nazwa L’Esprit Cologne. Słynny Hermes dopracował się solidnej kolońskiej oferty pod nazwą Collection Colognes. Również Tom Ford – w tempie godnym podziwu – rozbudowuje swój arsenał zapachów kolońskich (Mandarino di Amalfi, Venetian Bergamot, Costa Azzura, Fleur de Portofino, Sole di Positano), a w zeszłym roku zaproponował nawet dwie nowe wersje swojego bestsellera: Neroli Portofino Acqua (lżejszą od pierwowzoru, bliższą klasycznej kolońskiej) i Neroli Portofino Forte – gęsty koloński perfumowy ekstrakt ze skórzaną bazą.

Na tym swoistym renesansie kolońskiej korzysta rzecz jasna konsument, mając coraz większy, niemal nieskończony, wybór.

the-neroli-portifino-collection

Poniżej opisałem zapachy kolońskie, które uważam za zdecydowanie godne rekomendacji. Część to typowe – lekkie i krótkotrwałe – eau de cologne, inne to intensywniejsze i bardziej trwałe wody toaletowe i perfumowane o kolońskim bukiecie. Po jednej na każdy dzień tygodnia…

 

Niedziela 

Acqua Di Colonia (1996) Lorenzo Villoresi

Klasyczna, aromatyczna i bezkompromisowa, czyli 120% kolońskiej w kolońskiej 

Bardzo tradycyjna w pod względem aromatu, archetypiczna wręcz kolońska, w której soczyste i rześko pachnące cytrusy połączono z lawendą, zielonym petitgrain (esencja z liści drzewa gorzkiej pomarańczy) i cytrusowo pachnącą żywca elemi, wzbogacono ziołami (wprowadzająca fizjologiczną nutę szałwia i rozmaryn) oraz esencją z kwiatu pomarańczy (neroli), utrwalając całość piżmami. W zamierzeniu prosta, ale w wykonaniu Villoresiego zaskakująco wyrafinowana kompozycja. Równie aromatyczna, co krótkotrwała, w czym także bardzo wierna klasycznym wzorcom. Acqua Di Colonia florenckiego Mistrza pachnie nieprawdopodobnie naturalnie i organicznie. Jest orzeźwiająca jak poranne słońce, soczysta jak włoskie cytrusy i jednocześnie wytrawna niczym zielnik włoskiego kucharza. To najpiękniejsza i najbardziej naturalna znana mi kolońska w klasycznym typie. Czysta i niczym nie zmącona kolońska ekstaza. Jednocześnie tak bardzo klasyczna w swym wyrazistym aromacie, że prawdopodobnie możliwa to zaakceptowania tylko przez koneserów tematu. Choć może się mylę.

 

główne składniki: cytrusy, petitgrain, elemi, goździk, neroli, szałwia, rozmaryn, piżmo

nos: Lorenzo Villoresi

 

Poniedziałek

Cologne Royale (2010) Christian Dior

Subtelnie i ponadczasowo, czyli gdy mniej znaczy więcej.

Kolońska będąca częścią ekskluzywnej linii Diora La Collection Couturier Parfumeur charakteryzuje się delikatnym cytrusowym muśnięciem kalabryjskiej bergamotki i wyraźną przez pierwsze minuty, ale nie przesadnie mocną nutą włoskiej mięty. Zapach osadzony jest na delikatnej bazie z esencji drewna sandałowego. Jego konstrukcja jest minimalistyczna, bardzo prosta i czytelna, doskonale wyważona, a aromat lekki, świeży i naturalny. Cologne Royale nastawiona jest – podobnie zresztą jak Acqua Do Colonia Lorenzo Villoresiego – na krótkotrwały efekt orzeźwienia, choć w swej formule jest dużo prostsza, łatwiejsza w odbiorze i – paradoksalnie –  zupełnie nie retro (choć podobno bazująca na wzorcach z XVIII wiecznych Dworów Królewskich).

Dominacja delikatnych cytrusów plus efemeryczna mięta. Delikatnie, naturalnie, świeżo i nieco nonszalancko, a przy tym krótko. Tak w największym skrócie można opisać Cologne Royale.

Jak mówi Francois Demachy, perfumiarz, który skomponował Cologne Royale,

Kolońska to dla perfumiarza ćwiczenie,  w którym na jakość powstałego zapachu największy wpływ ma jakość użytych składników, w szczególności cytrusowych esencji.

Ja dodałbym, że potrzeba też nie lada ekspertyzy i doświadczenia, by stworzyć wysokiej jakości kolońską. Francois Demachy nieraz już udowodnił, że jest mistrzem kolońskiej konwencji, i że potrafi żonglować nią w imponujący sposób. Wystarczy przywołać tu Eau Sauvage Cologne, Fahrenheit Cologne czy moje ulubione z tej trójki Dior Homme Cologne, do którego Cologne Royale jest chyba najbardziej podobne.

 

główne składniki: bergamotka, męta, drewno sandałowe

nos: Francois Demachy

 

Wtorek

Cologne Pour Le Matin (2009) Maison Francis Kurkdjian

Dla indywidualistów – musujące cytrusy i biały tymianek z Maroka jako doskonali kompani białej koszuli.

Z właściwym sobie urokiem i odrobiną przekory Francis Kurkdjian zaproponował swoją interpretację kolońskiego tematu łącząc obowiązkowe cytrusy (bergamotka i limonka) z akordem ziołowym złożonym z dominującej tu esencji białego tymianku oraz prowansalskiej lawendy. Efektem jest zapach lekki i odświeżający, w którym najwyraźniej pachnie wspomniany tymianek, podczas gdy obecne na samym początku krótkotrwale cytrusy mają niezwykle delikatny charakter.

Cologne Pour Le Matin pachnie ślicznie i oryginalnie. Choć dopiero dodatek fiołka, neroli, irysa i ambry w wersji Absolue Pour Le Matin uczynił zeń pachnidło porywająco piękne i jedno z moich absolutnie ulubionych (od kliku już lat), to Cologne wciąż jest zapachem godnym polecenia, szczególnie jeżeli w kolońskiej poszukujemy czegoś nowoczesnego i bardziej oryginalnego.

 

główne składniki: bergamotka, limonka, biały tymianek, lawenda

nos: Francis Kurkdjian

 

Środa

Cologne (2001) Thierry Mugler

Rewolucyjna, czyli pachnieć słońcem i mydłem.

Dziś już może nie tak zaskakująca, jak w czasie, gdy miała swą premierę, za to wciąż zachwycająca niepowtarzalnym aromatem, który przyjęło się określać jako czysty i mydlany.

Alberto Morillas przedefiniował tym zapachem pojęcie kolońskiej i stworzył jej współczesną wersję – godną XXI wieku. Pachnącą nowocześnie, mocno i dłużej niż standardowe kolońskie, bo będącą w swej istocie chyba pierwszą w historii kolońską o koncentracji wody toaletowej.

Obok obowiązkowych cytrusów, pachnących tu wszakże w mniej naturalny, niż to zwykle bywa w zapachach kolońskich, a bardziej abstrakcyjny sposób, perfumiarz umieścił w formule biało-kwiatowo i jednocześnie cytrusowo pachnącą esencję kwiatu pomarańczy (neroli) oraz zielony, rześki petitgrain – będący w istocie esencją liścia gorzkiej pomarańczy. Jako bazę zastosował tzw. białe piżma, które w solidnej dawce dodają całości mocy, głębi i trwałości oraz czystej aury (nutka świeżo upranej pościeli).

Kto raz zetknął się z Cologne, ten z pewnością uległ jej słonecznemu i beztroskiemu urokowi oraz świeżej i czystej aurze. Nie sposób do niej nie wracać, gdy robi się ciepło. Ja przynajmniej takiego sposobu nie znam.

 

główne składniki: bergamotka, neroli, petitgrain, białe piżma

nos: Alberto Morillas

 

Czwartek

Mediterranean Neroli  (2015) Ermenegildo Zegna 

Koloński luksus, czyli jak przebić Toma Forda?

Będąca częścią ekskluzywnej linii perfum The Essence Collection marki Zegna (niedoceniona, a doskonała kolekcja, zwracam uwagę wszystkich koneserów!) jest odpowiedzią na zapoczątkowany przez Neroli Portofino Toma Forda powrót do aromatów kolońskich, tyle że zrobionych „na bogato” – wieloskładnikowych, mocnych i bardzo trwałych, będących w swej istocie czymś więcej, niż „tylko” kolońskimi. Barokowo rozbudowana receptura gwarantuje w tym przypadku cały wachlarz nut zapachowych – od cytrysowo-zielonego wstępu, zbudowanego z bergamoty i esencji liści gorzkiej pomarańczy (petitgrain bigarade) przez genialne kwiatowe serce, z cudnym neroli, aż po drzewno-piżmowy finisz. Wszystko to składają się na dominujące poczucie luksusowej świeżości i czystości, które tak lubię w perfumach. Podobieństwo to wspomnianego Neroli Portofino jest tu ewidentne, jednakże zapach Zegny jest mniej ambrowy, bardziej drzewny, wyraźniejszy, nieco ostrzejszy i odrobinę szorstki.

Mediterraean Neroli to genialnie wyegzekwowany temat koloński z użyciem doskonałej jakości esencji, co czuć natychmiast i bardzo długo (w tym „bergamotkę Zegny” – esencję pochodzącą z upraw należących do E. Zegny, którą odnajdziemy w każdym z zapachów The Essence Collection). Kompozycja jest wyrafinowana, zniuansowana i zniewalająco piękna, a zapach projektuje mocno i przez wiele godzin. Prawdziwe techniczne tour de force w wykonaniu Pierre’a Negrina.

To bezdyskusyjnie jeden z najlepszych znanych mi tego typu zapachów. Ścisła czołówka i mój faworyt gatunku w ostatnim czasie, który przebił Neroli Portofino Toma Forda.

 

główne składniki: bergamotka, petitgrain, neroli, cyprys

nos: Pierre Negrin

 

Piątek

Cologne (2014) Etat Libre d’Orange

Świeżo, ciepło, ambrowo, skórzanie – czyli coś łatwego i przyjemnego od przekornego Etienna de Swardta.

Perfekcyjnie wykonana współczesna kolońska w koncentracji eau de parfum z pewnością zainspirowana niezwykłą popularnością Neroli Portofino, ale mająca swą wyraźną indywidualność. Zasadnicze nuty to – oczywiście – cytrusy, tyle że tym razem z przewagą soczystej i słodkiej czerwonej pomarańczy oraz kwiaty w sercu (duet kwiatu pomarańczy i jaśminu). Bazę stanowią piżma oraz subtelny akord skórzany. W zapachu czuć wyraźnie dużą dozę drzewnego cashmeranu, który łącząc się idealnie z białymi kwiatami pogłębia i utrwala go jednocześnie. Całość pachnie owszem świeżo, ale nie rześko, tylko raczej ciepło, kremowo, miękko i otulająco. To ambrowo-skórzana kolońska w ciemnej tonacji. Idealna na chłodny letni dzień? Czemu nie. Doskonała też na cały rok. Zdecydowanie warta uwagi, choć niestety pozostająca w cieniu Neroli Portofino.

 

główne składniki: pomarańcza, bergamotka, jaśmin, kwiat pomarańczy, piżmo, skóra

nos: Alexandra Kosinski

 

Sobota

Neroli Portofino (2012) Tom Ford 

Kolońska na sterydach, czyli wiadomo, kto to wszystko zaczął…

Rodrigo Flores-Roux stworzył tę inspirowaną klasyką woń kolońską mieszając cytrusy (bergamotka, cytryna, grejpfrut) z nutami ziołowymi (lawenda, tymianek, rozmaryn) oraz cennymi esencjami kwiatów gorzkiej pomarańczy i jaśminu wielkolistnego (Sambac). Kwiatowej głębi dodał za pomocą bardzo wysokiej jakości ekstraktu CO2 z kwiatu pomarańczy. Perfumiarzowi bardzo zależało na tym, by jego kolońska była dużo trwalsza, niż to zwykle z tego typu zapachami bywa. Użył więc jemu tylko znanej magicznej mieszanki wybranych białych piżm, nasion ketmii piżmowej i dzięgla. W ten sposób perfumy, które skomponował początkowo tylko dla własnego użytku, z inspiracji dzieciństwem spędzonym pośród drzew gorzkiej pomarańczy na meksykańskiej prowincji, stały się jednym z najchętniej kupowanych zapachów z ekskluzywnej linii Toma Forda i zapoczątkowały renesans inspirowanych klasyką zapachów kolońskich.

Neroli Portofino to przecudnej urody niemalże liniowy (niezmienny w czasie), ciepły i posiadający bursztynową głębię zapach koloński o ponad 8 godzinnej trwałości przy początkowo wyraźnej, a po kilku godzinach blisko skórnej, ale konsekwentnej projekcji. Noszenie go to czysta przyjemność. Czuję się w nim świeżo i ekskluzywnie, na co pewnie wpływ ma także niestety jego przesadnie wygórowana cena, nawet w porównaniu do innych pozycji z butikowej linii Private Blend Toma Forda.

 

główne składniki: cytrusy, kwiat pomarańczy, lawenda, rozmaryn, tymianek, jaśmin Sambac, piżmo, ketmia piżmowa (ambrette), dzięgiel

nos: Rodrigo Flores-Roux

 

Inne polecane współczesne kolońskie:

Byredo Sunday Cologne

Frederic Malle Cologne Indelebile

Parle Moi De Parfum Tomboy Neroli

Atelier Cologne Grand Neroli

Le Labo Bergamotte 22

Le Labo Neroli 36

Helmut Lang Eau de Cologne

Chanel Allure Homme Sport Cologne

Dior Homme Cologne 2013

The Different Company L’Esprit Cologne

Mont Blanc „Legend” i „Legend Intense” – triumf syntetyki?

Pomarosa, Evernyl, Pepperwood – dla współczesnych perfumiarzy to określenia znaczące tyle samo, co dla żyjącego i tworzącego 100 lat temu Jacques’a Guerlaina lawenda, bergamotka czy mech dębowy. Nie mające zapachowych odpowiedników w naturze molekuły, stworzone w laboratoriach chemicznych, pozwalają kreować współczesnym perfumiarzom pachnidła abstrakcyjne w swej olfaktorycznej treści.

Określenie „syntetyczne” nie powinno być dziś używane wobec perfum jako obelga, gdyż to właśnie syntetyczne (w uproszczeniu) substancje decydują o obliczu i rozwoju współczesnej perfumerii.

Poza nielicznymi przypadkami – zwykle domorosłymi perfumiarzami amatorami –  nikt nie tworzy dziś perfum wyłącznie z naturalnych składników. Współczesne perfumy to najczęściej mieszanka esencji naturalnego pochodzenia z pachnącymi produktami zaprojektowanymi i wyprodukowanymi w laboratoriach chemicznych. Ale tylko najlepsi przedstawiciele perfumowego fachu potrafią stworzyć przy użyciu tych sztucznych substancji zapachy tak żywe, tak przekonujące i tak satysfakcjonujące w noszeniu jak Legend i Legend Intense.

Długo zabierałem się za testy Mont Blanc Legend. Wielokrotnie próbowałem tego zapachu podczas krótkich wizyt w perfumeriach. Zawsze miałem to samo wrażenie – że skądś to znam. I że pachnie to naprawdę solidnie. Męsko, nowocześnie, formalnie i bezpretensjonalnie. W końcu nadszedł czas testów i dobrze, bo warto napisać kilka zdań o tym moim zdaniem całkiem udanym pachnidle.

Legend

to zapach skomponowany dla marki Mont Blanc przez Oliviera Pescheuxa, pracującego w koncernie Givaudan. Perfumiarz ten – o bardzo już bogatym dorobku – dał się poznać jako bardzo utalentowany twórca wielu zapachów, m.in. dla Diptyque (np. Vetyverio, Eau Moheli), Jil Sander (Ultrasense), Davidoff (Horizon) czy Paco Rabanne (jest współtwórcą hitowego One Million).

olivier-pescheux-02

Legend nie jest zapachem odkrywczym. Przeciwnie, wpisuje się  w panujące od kilku lat trendy w męskich perfumach. Robi to jednak w niezwykle efektowny, przyjazny i jakościowy sposób.

To świetnie wykonany mariaż Fierce, sztandarowego zapachu męskiego odzieżowej marki Abercrombie & Fitch, z Platinum Egoiste Chanel wzbogacony o popularną współcześnie nutkę suszonych owoców.

Jest więc Legend wpisany w bardzo konkretną konwencję męskiego zapachu świeżego, ale nie pozbawionego głębi, tu obecnej w postaci współczesnej, wibrującej, drzewnej, owocowej i ambrowej olfaktorycznej gry światłocieni. Jest przy tym zapachem dynamicznym, a nawet dynamizującym, w tym rozumieniu, że jego aromat dodaje energii, siły, w jakimś sensie – że zacytuję klasyka – „odświeża umysł”. To doskonałe pachnidło biurowe, zapach biznesowy, który na pewno nie wywoła podejrzeń o brak gustu.

Miks cytrusów (bergamotka) i klasycznych, męskich składników aromatycznych w postaci werbeny, lawendy i geranium, odpowiada za bardzo Fierce-o-podobny początek Legend. Owocowe nuty Pomarosa i jabłka intrygująco wypełniają serce zapachu, podczas gdy kumaryna, tonka, sandałowiec i mech dębowy w postaci syntetycznej aromamolekuły Evernyl budują trwałą męską bazę, dzięki której aromatyczna sygnatura zapachu utrzymuje się na skórze do samego końca.

Legend to zapach perfekcyjnie wyegzekwowany z dużym udziałem najnowszych zdobyczy chemii molekularnej. Może mało oryginalny, ale o bardzo dobrej jakości. Nosi się go doskonale. Ma wyrazistą projekcję i bardzo dobrą trwałość. Jeżeli szukamy czegoś bezdyskusyjnie męskiego i eleganckiego (choć nie przesadnie) oraz współczesnego, pasującego praktycznie na każda okazję i porę roku, balansującego pomiędzy świeżością i zmysłowością, Legend może być idealnym wyborem.

Czarny flakon o oryginalnym kształcie, zamykany – z przyjemnym dla ucha „klikiem”- ciężką srebrną zatyczką, robi bardzo dobre wrażenie i współgra z zawartością.

Legend może się podobać. Mnie się podoba. Bardzo.

mont-blanc-legend

nuty głowy: bergamotka, lawenda, liść ananasa, werbena

nuty serca: geranium, kumaryna, jabłko, róża, Pomarosa (suszone owoce)

nuty bazy: drewno sandałowe, tonka, Evernyl (mech dębu)

perfumiarz: Olivier Pescheux (Givaudan)

rok premiery: 2011

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

mont-blanc-legend-intense

Legend Intense

oczywiście wyraźnie nawiązuje do protoplasty, z tym że zdecydowanie mniej jest tu tej wibrującej, rześkiej świeżości Legend, a więcej współcześnie chętnie nadużywanej syntetycznej owocowości. Nie znaczy to wszakże, że Intense nie jest zapachem świeżym. Jest to jednak świeżość cieplejsza, bardziej owocowa. Sygnatura Legend jest tu bardzo wyraźnie obecna, a początek znów przypomina Fierce’a, ale już ciąg dalszy to wyraźne nawiązanie do Bleu de Chanel. No i nie wyczuwam tu powinowactwa do Platinum Egoiste, co zresztą potwierdza oficjalny spis nut, w którym na próżno szukać obecnych w wersji pierwszej klasycznych męskich nut aromatycznych lawendy, geranium czy werbeny. Te różnice, a także inne rozłożenia akcentów sprawiają, że

Intense to zapach bardziej nowoczesny, ale też – faktycznie – bardziej intensywny, robiący wrażenie bogatszego w ingrediencje, w ich liczbę i użytą ilość. To przekłada się głównie na bardzo dobrą trwałość zapachu, przy zbliżonej projekcji w porównaniu do Legend.

Co do podobieństwa do Bleu de Chanel to nie jest tak, że Legend Intense jest jego kopią. To raczej zapach o podobnym charakterze, roztaczający podobną aurę, ale efekt ten osiągnięty został przy użyciu innych środków. Nie znajdziemy tu imbiru, a jego rolę pełni kardamon połączony z molekułą Pepperwood o drzewno-pieprzowym charakterze. Współczesne molekuły ambrowe i Evernyl w połączeniu z białym cedrem (także syntetyk, jak sądzę) i tonką tworzą trwałą męską bazę, która nadaje całości głębi i świetnie utrwala sygnaturę zapachu.

Flakon został tym razem polakierowany metaliczną, mieniąca się i nieco lustrzaną farbą, co daje całkiem intrygujący efekt. Legend Intense to zdecydowanie udana kontynuacja wersji pierwszej, a przy tym zapach równie przyjemny i „skuteczny” w noszeniu. Szczerze rekomenduję.

mont-blanc-legend-intense-bottlenuty głowy: bergamotka, ananas

nuty serca: kardamon, czerwone jabłko, Pepperwood, jaśmin

nuty bazy: biały cedr, tonka, ambra, Evernyl (mech dębu)

perfumiarz: Olivier Pescheux (Givaudan)

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

 

Chanel „Boy” – powściągliwa elegancja

Co znaczy angielskie słowo boy, wie pewnie prawie każdy. Użyte w nazwie perfum niesie ze sobą konkretną sugestię. W przypadku nowych perfum Chanel z kolekcji Les Exclusifs ma ono jednak nieco inne pochodzenie, a jego zastosowanie jest też swoistą słowną grą. Inspiracją dla Oliviera Polge’a do skomponowania tego zapachu była postać Arthura Edwarda Capela, angielskiego gracza polo, swego czasu bliskiego przyjaciela, a nawet kochanka Coco Chanel, który będąc osobą zamożną, pomógł sfinansować jej pierwsze sklepy. Capel miał ksywkę Boy. Idąc tym tropem Polge skomponował urocze fougere o dwoistej męsko-kobiecej naturze, dodając tym samym swoje drugie po Misia (2015) perfumy do ekskluzywnej linii Chanela.

olivier-polge-chanel

Charakterystyczne otwarcie, w którym dominuje duet lawendy i geranium, lekko nasączony rześkimi cytrusowymi esencjami bergamotki i grejpfruta, natychmiast umiejscawia Boy w kategorii klasycznego aromatycznego fougere. Ale ta prowansalska ziołowa świeżość została tu złagodzona odrobiną kwiatu pomarańczy, który Olivier Polge połączył w sercu z różą. Dzięki temu zabiegowi to, co początkowo niemal klasycznie męskie, po dłuższej chwili nabiera subtelnej, miękkiej kobiecości, która nigdy już nie opuszcza Boya, ale nigdy go też nie dominuje, zawieszając zapach „pomiędzy płciami”. Po dłuższej chwili do gry wchodzi emblematyczna kumaryna, zgrabnie podbudowana absolutnie z nią kompatybilną heliotropiną, dając lekko migdałowy efekt, którego nadmiernej kulinarności zapobieżono dodając jakże gatunkowego mchu dębowego. Duet sandałowca i wanilii zatopiony w piżmach stanowi o miękkim, bardzo komfortowym, niezwykle przyjemnym, na poły kobiecym, na poły męskim finiszu Boya.

boy-chanel-fragrance-1170x629

Boy ma więc wszelkie cechy perfum uniseksowych. Pierwiastki tradycyjnie uznawane w perfumerii za damskie i męskie zostały tu w sposób bardzo precyzyjny zrównoważone, a zapach będący początkowo wyraźnie po męskiej stronie, im bliżej finiszu, tym w swej komfortowej miękkości coraz bardziej oddala się od męskich, balbierskich archetypów gatunku, nigdy nie przechodząc wszakże na ewidentnie kobiecą stronę.

I to jest właśnie w tym fougere specyficzne: jego jednoczesna klasyczność i nowoczesność. Złagodzona męskość i subtelna kobiecość. Zręczność i kunszt, z jakim udało się połączyć te elementy w jedną przekonującą całość, nie powinny dziwić, gdy przypomnimy sobie, że to własnie Olivier Polge skomponował Dior Homme – przeznaczone dla mężczyzn perfumy z dominującymi nutami irysa, szminki i pudru…

Boy jest zapachem o grzecznej projekcji, przyjemnie i długo wyczuwalnym przez osobę go noszącą oraz pozostawiającym za nią niedługi, ale stale obecny „ogonek”.

Ma w sobie to coś, co mają tylko niektóre pachnidła z najwyższej półki. Emanuje z niego wyczuwalna wysoka jakość składników, połączonych w doskonałą, bardzo elegancką kompozycję, której celem nie jest zaszokowanie, obezwładnienie czy przytłoczenie przepychem, ale raczej powściągliwe i bardzo wysmakowane podkreślenie wyrafinowanego gustu i wysokiego statusu. Kwintesencja Chanela w jego luksusowej istocie. Maksimum elegancji przy minimum formy. Boy to ma.

Sam twórca ma w kwestii „płciowej” Boya swoje odrębne, dość zaskakujące zdanie:

Nie próbowałem stworzyć zapachu uniseksowego, tylko raczej zapach męski i pokazać, że z powodzeniem może być noszony przez kobietę. Nie chodziło mi o skomponowanie perfum „pomiędzy płciami”, lecz perfum bardzo męskich.  A płeć – jak to z wieloma rzeczami bywa – nadawana jest przez osobę, która tę rzecz nosi.

Cóż, twórca wie przecież najlepiej. Ja jednak uważam, że panowie – tradycyjnie przyzwyczajeni do tego typu aromatów – natychmiast zaaprobują, a nawet pokochają Boya i luksusową aurę, jaką roztacza, podczas gdy dla pań jego męska dominanta może stanowić pewne wyzwanie. Na końcu jednak wszystko jest kwestią gustów i indywidualnych predyspozycji, a przecież wiele kobiet preferuje męskie perfumy i to nie tylko na skórze swych partnerów. Mnie Boy spodobał się bardzo i tylko jego „ekskluzywna” cena powstrzymuje mnie przed zakupem flakonu. Przynajmniej na razie…

chanel-boy

nuty głowy: grejpfrut, cytryna, lawenda

nuty serca: geranium, kwiat pomarańczy, róża

nuty bazy: kumaryna, heliotrop, drewno sandałowe, wanilia, mech dębu, piżmo

perfumiarz: Olivier Polge

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

MDCI Parfums „Invasion Barbare” – zupełnie niebarbarzyńskie fougere…

MDCI (Marchal Dessins et Créations Indépendantes) to luksusowa marka perfumowa utworzona w 2003 roku przez Claude’a Marchala, perfumowego konesera. To jeden z tych brandów, które unikają nachalnego marketingu i funkcjonują na uboczu głównego nurtu perfum luksusowych i niszowych. Bardzo często takie marki oferują znakomite produkty.

claude-marchal

Tak jest w przypadku MDCI, co nie powinno zaskakiwać, zważywszy także na to, jakim tuzom perfumeryjnego fachu Marchal zlecał dotąd skomponowanie zapachów do swej kolekcji (Pierre Bourdon, Bertrand Duchaufour, Francis Kurkdjian, a nawet – co zupełnie wyjątkowe – Patricia De Nicolai). Ale Marchal nie ogranicza się wyłącznie do „starej gwardii” i chętnie powierza komponowanie młodszemu pokoleniu, m.in. Cecile Zarokian oraz Stephanie Bakouche. To ta ostatnia stoi za bohaterem dzisiejszego wpisu.

stephanie-bakouche

Stephanie Bakouche to Paryżanka, absolwentka prestiżowej szkoły perfumiarskiej ISIPCA, do której uczęszczała po ukończeniu studiów w dziedzinie chemii. Pracowała dla Givaudan i Takasago, szkoliła personel Sephory i Marionaud, terminowała w laboratorium Hermesa u boku jego dyrektora Bernarda Burgeoisa, w czasie, gdy marka ta zatrudniła Jean-Claude’a Ellenę. Miała okazję brać udział w kreowaniu kilku pachnideł linii Hermessecne. Była odpowiedzialna za kontrolę jakości wszystkich ówcześnie produkowanych tam perfum dla Hermesa, Cartiera i Lalique. Obecnie jest niezależną perfumiarką rezydująca w Grasse. Przede wszystkim zaś pracuje jako tzw. menadżer kreacji zapachów dla L’Artisan Parfumeur, dla którego również sama skomponowała perfumy (Rose Privee, pod nadzorem swojego mentora Duchaufoura).  Świat perfum usłyszał o niej dopiero w 2005 roku po tym, jak Claude Marchal, twórca MDCI Parfums, wybrał jedną spośród sześciu propozycji zapachowych i zatwierdził ją bez żadnych poprawek. Było to Invasion Barbare. 

mdci-bootles
Charakterystyczne flakony z zatyczkami w kształcie popiersia zastąpiono ostatnio nowym, bardziej nowoczesnym designem.

Invasion Barbare

To rzeczywiście urodziwe fougere, zapatrzone w chwalebną przeszłość gatunku, w szczególności zaś w jego protoplastę Fougere Royale Houbigant. Zresztą to do jego współczesnej wersji, popełnionej przez Rodrigo Flores-Rouxa, Invasion Barbare najbliżej.

Bo to jedno z tych pachnideł, w którym perfumiarz próbuje połączyć wodę z ogniem, stary świat ze współczesnością, tworząc zapach wyraźnie inspirowany przeszłością i jednocześnie nie „trącący myszką”.

To trudna sztuka, gdyż historyczne gatunki typu fougere czy chypree powstały jako kombinacje bardzo konkretnych ingrediencji, które pachną zwykle bardzo podobnie. Wyzwaniem jest więc pominąć niektóre z nich, zastąpić je czymś innym i wciąż osiągnąć zamierzony, stylowy efekt. Ta sztuka udała się wyjątkowo dobrze Bertrandowi Duchauforowi w genialnym Sartorial Penhaligon’s. Invasion Barbare to kolejny przykład na taką udaną, choć może mniej spektakularną, reinkarnację, w której kluczowe role – obok absolutnie niezbędnej lawendy – odgrywają zgromadzone w sercu zapachu zioła (biały tymianek, bylica, kardamon) doprawione imbirem. Paczula buduje trzon, a bazę Bakouche spreparowała łącząc wanilię Bourbon z kostusem i piżmami, przydając całość w ten sposób nieco zwierzęcości. Ale spokojnie. Nie czuć tu nic „zdrożnego”. Zresztą żadna z ingrediencji nie gra tu solo, wszystkie zostały wykorzystane bardzo zespołowo. Invasion Barbare to przykład kompozycji perfumeryjnej w pełnym tego słowa znaczeniu.

Jeżeli chodzi o tzw. parametry użytkowe, to zapach MDCI nosi się bardzo komfortowo. Pachnie wyraźnie, ale nie krzykliwie. Jest bardziej stonowany od Sartorial, mniej od niego awangardowy, bardziej zachowawczy, co nadrabia ogólną urodą i elegancją. Jego charakter stoi więc w kontrze do chwytliwej nazwy.

Invasion Barbare to póki co bestseller MDCI, a szczególną słabość mają do niego podobno klienci rosyjscy. Czyżby ze względu na nazwę?

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

nuty głowy: grejpfrut, bergamotka, liść fiołka

nuty serca: biały tymianek, bylica, kardamon, lawenda, imbir

nuty bazy: paczula, kostus, wanilia Bourbon, piżmo

perfumiarz: Stephanie Bakouche

rok premiery: 2005

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

PS. Perfumy MDCI Parfums można przetestować i zakupić w perfumerii Quality Missala.

Maison Francis Kurkdjian „Petit Matin” i „Grand Soir”, czyli poranek i wieczór w Paryżu

Paryskie poranki i wieczory stały się dla Francisa Kurkdjiana inspiracją do stworzenia pary nowych pachnideł: Petit Matin i Grand Soir. Jak więc według artysty pachnie Paryż o poranku, a jak wieczorem?

mfk-paris-duo

Petit Matin…

…to lekki, świeży zapach cytrusowo-ziołowy o nowoczesnej bazie opartej na ambroxanie i białych piżmach, utrzymany w klimacie wcześniejszych zapachów Francisa Kurkdjiana: Cologne Pour le Matin i mojego ulubionego Absolue Pour le Matin. W przeciwieństwie jednak do Cologne, nie zawiera on w formule białego tymianku, a w porównaniu do Absolue nie ma też w nim fiołka ani neroli. Jest za to – co ciekawe – akord głogu. Bergamotka została natomiast zastąpiona cytrynowo pachnącą esencją z Litsea Cubeba.

Początek jest orzeźwiający i bardzo naturalny. Akord cytrusów z wyczuwalna w tle lawendą tworzy piękny, słoneczny klimat. W sercu cichną cytrusy, choć wciąż są obecne. Duet głogu i subtelnej lawendy kontynuuje świeżą opowieść. Finisz to subtelny skin-scent, wspomnienie akordu serca oparte na czystej piżmowej bazie i zmysłowym ambroxanie. Tyleż to ładne, perfekcyjne, ile już znane z innych dzieł perfumiarza. Piszę o tych szczegółach niejako z kronikarskiego obowiązku, gdyż tak naprawdę

Petit Matin wydaje się być kolejnym rozdziałem opowieści Francisa o świetle, poranku, promykach słońca zaglądających przez okno, białej pościeli i białej koszuli przywdziewanej po porannym prysznicu.

Francis Kurkdjian jak mało kto potrafi ubrać ten obraz i nastrój w pachnące molekuły i ten zapach jest na to kolejnym dowodem. Osobiście za to samo uwielbiam Absolue Pour le Matin, który jest stałą pozycją w mojej perfumowej garderobie, a który łączy w sobie bardzo podobną treść z większą wyrazistością i trwałością. Petit Matin jest pod względem parametrów bliższy Cologne Pour Le Matin i jako taki owszem podoba mi się, ale raczej nie ma szans na zdetronizowanie króla. To także ten mniej oryginalny z paryskiego duetu, choć bardzo przyjemny i bardzo w stylu Mistrza.

mfk-petit-matin

główne nuty:  cytryna, litsea cubeba, lawandyna (lawenda wielka), kwiat pomarańczy, akord głogu, piżmo, ambroxan

perfumiarz: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,5/ oryginalność: 2,0/  projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

francis-kurkdjian-w

Grand Soir…

…jest eleganckim i zmysłowym pachnidłem orientalnym, z subtelną nutką kulinarną, w którym dominują ciepłe balsamiczne nuty labdanum i benzoesu połączone z tonka i wanilią. Mimo ciężkich składników, zapach jest nadspodziewanie lekki, bardzo dobrze zbalansowany i natychmiast przypada do gustu. W przeciwieństwie do Petit Matin i jego powinowactwa do duetu Pour le Matin, Grand Soir jest inny od Cologne Pour le Soir, a tym bardziej od gęstego, orientalnego, miodowego i lekko animalnego ambrowca Absolue Pour Le Soir, z którymi to zapachami Grand Soir łączy jedynie benzoes.

Grand Soir jest z pewnością bardziej Soir aniżeli Grand. Ładny, delikatny zapach wieczorowy, zdecydowanie uniseksowy (podobnie zresztą jak Petit Matin), projektujący raczej grzecznie i trwający na skórze dość długo jako subtelny, otulający, bezpieczny skin-scent.

Trudno tu wyróżnić któryś ze składników. Wszystkie współtworzą końcowy efekt. Grand Soir to bardzo „jednolity” zapach o minimalnej ewolucji. Początkowej świeżości nadaje mu lawenda, ale dość szybko do głosu dochodzi pogłębione benzoesem labdanum, którego zmysłowość wzmocniona została poprzez duet wanilii i tonki. Tak więc to, co czujemy na samym początku, jest mniej więcej tym, co będziemy czuli przez resztę czasu z uwzględnieniem stopniowego gaśnięcia zapachu i transformowania w kierunku bardziej ciepłym, otulającym, intrygującym i jakby niedopowiedzianym…

mfk-grand-soir

główne nuty:  lawenda, wanilia, benzoes, tonka, labdanum

perfumiarz: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,5/ oryginalność: 4,0/  projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

 

Paryski duet zapachów Petit Matin i Grand Soir nie wnosi nic nowego do oferty MFK. Oba pachnidła są rozwinięciami koncepcji, z realizacji których artysta dał się już wcześniej poznać w ramach Maison Francis Kurkdjian. Przy okazji opisywania obu użyłem żargonowego określenia skin-scent. Nie bez przyczyny. Oba zapachy są dość delikatne, nieagresywne, bardzo grzeczne, nawet jak na standardy Francisa. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby perfumiarz miał już gotowe w szufladzie receptury wersji absolue lub forte obu zapachów. Ale mogę się mylić, wszak to artysta bardzo niepokorny…

Niemniej, ów zapachowy duet może okazać się wprost doskonałą pamiątką z wizyty w Mieście Światła. Według idei twórcy oba pachnidła są jak całodzienna wycieczka po Paryżu. Jeżeli więc chcemy zabrać ze sobą pachnąca cząstkę tego miasta, te pachnidła Kurkdjiana nadadzą się do tego wprost idealnie.  Jak zresztą każde inne pachnidło z oferty Maison Francis Kurkdjian, marki bardzo w swej idei i stylu paryskiej. Przecież nawet oryginalny kształt flakonu MFK powstał z inspiracji paryską architekturą, a specyficzny kolor zatyczek symbolizuje pokryte śniedzią dachy paryskich kamienic…

Ach ten Paryż!

 

PS. Oba pachnidła można przetestować i nabyć w perfumerii Quality Missala, która jest wyłącznym polskim przedstawicielem marki Maison Francis Kurkdjian.