Mont Blanc „Legend” i „Legend Intense” – triumf syntetyki?

Pomarosa, Evernyl, Pepperwood – dla współczesnych perfumiarzy to określenia znaczące tyle samo, co dla żyjącego i tworzącego 100 lat temu Jacques’a Guerlaina lawenda, bergamotka czy mech dębowy. Nie mające zapachowych odpowiedników w naturze molekuły, stworzone w laboratoriach chemicznych, pozwalają kreować współczesnym perfumiarzom pachnidła abstrakcyjne w swej olfaktorycznej treści.

Określenie „syntetyczne” nie powinno być dziś używane wobec perfum jako obelga, gdyż to właśnie syntetyczne (w uproszczeniu) substancje decydują o obliczu i rozwoju współczesnej perfumerii.

Poza nielicznymi przypadkami – zwykle domorosłymi perfumiarzami amatorami –  nikt nie tworzy dziś perfum wyłącznie z naturalnych składników. Współczesne perfumy to najczęściej mieszanka esencji naturalnego pochodzenia z pachnącymi produktami zaprojektowanymi i wyprodukowanymi w laboratoriach chemicznych. Ale tylko najlepsi przedstawiciele perfumowego fachu potrafią stworzyć przy użyciu tych sztucznych substancji zapachy tak żywe, tak przekonujące i tak satysfakcjonujące w noszeniu jak Legend i Legend Intense.

Długo zabierałem się za testy Mont Blanc Legend. Wielokrotnie próbowałem tego zapachu podczas krótkich wizyt w perfumeriach. Zawsze miałem to samo wrażenie – że skądś to znam. I że pachnie to naprawdę solidnie. Męsko, nowocześnie, formalnie i bezpretensjonalnie. W końcu nadszedł czas testów i dobrze, bo warto napisać kilka zdań o tym moim zdaniem całkiem udanym pachnidle.

Legend

to zapach skomponowany dla marki Mont Blanc przez Oliviera Pescheuxa, pracującego w koncernie Givaudan. Perfumiarz ten – o bardzo już bogatym dorobku – dał się poznać jako bardzo utalentowany twórca wielu zapachów, m.in. dla Diptyque (np. Vetyverio, Eau Moheli), Jil Sander (Ultrasense), Davidoff (Horizon) czy Paco Rabanne (jest współtwórcą hitowego One Million).

olivier-pescheux-02

Legend nie jest zapachem odkrywczym. Przeciwnie, wpisuje się  w panujące od kilku lat trendy w męskich perfumach. Robi to jednak w niezwykle efektowny, przyjazny i jakościowy sposób.

To świetnie wykonany mariaż Fierce, sztandarowego zapachu męskiego odzieżowej marki Abercrombie & Fitch, z Platinum Egoiste Chanel wzbogacony o popularną współcześnie nutkę suszonych owoców.

Jest więc Legend wpisany w bardzo konkretną konwencję męskiego zapachu świeżego, ale nie pozbawionego głębi, tu obecnej w postaci współczesnej, wibrującej, drzewnej, owocowej i ambrowej olfaktorycznej gry światłocieni. Jest przy tym zapachem dynamicznym, a nawet dynamizującym, w tym rozumieniu, że jego aromat dodaje energii, siły, w jakimś sensie – że zacytuję klasyka – „odświeża umysł”. To doskonałe pachnidło biurowe, zapach biznesowy, który na pewno nie wywoła podejrzeń o brak gustu.

Miks cytrusów (bergamotka) i klasycznych, męskich składników aromatycznych w postaci werbeny, lawendy i geranium, odpowiada za bardzo Fierce-o-podobny początek Legend. Owocowe nuty Pomarosa i jabłka intrygująco wypełniają serce zapachu, podczas gdy kumaryna, tonka, sandałowiec i mech dębowy w postaci syntetycznej aromamolekuły Evernyl budują trwałą męską bazę, dzięki której aromatyczna sygnatura zapachu utrzymuje się na skórze do samego końca.

Legend to zapach perfekcyjnie wyegzekwowany z dużym udziałem najnowszych zdobyczy chemii molekularnej. Może mało oryginalny, ale o bardzo dobrej jakości. Nosi się go doskonale. Ma wyrazistą projekcję i bardzo dobrą trwałość. Jeżeli szukamy czegoś bezdyskusyjnie męskiego i eleganckiego (choć nie przesadnie) oraz współczesnego, pasującego praktycznie na każda okazję i porę roku, balansującego pomiędzy świeżością i zmysłowością, Legend może być idealnym wyborem.

Czarny flakon o oryginalnym kształcie, zamykany – z przyjemnym dla ucha „klikiem”- ciężką srebrną zatyczką, robi bardzo dobre wrażenie i współgra z zawartością.

Legend może się podobać. Mnie się podoba. Bardzo.

mont-blanc-legend

nuty głowy: bergamotka, lawenda, liść ananasa, werbena

nuty serca: geranium, kumaryna, jabłko, róża, Pomarosa (suszone owoce)

nuty bazy: drewno sandałowe, tonka, Evernyl (mech dębu)

perfumiarz: Olivier Pescheux (Givaudan)

rok premiery: 2011

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

mont-blanc-legend-intense

Legend Intense

oczywiście wyraźnie nawiązuje do protoplasty, z tym że zdecydowanie mniej jest tu tej wibrującej, rześkiej świeżości Legend, a więcej współcześnie chętnie nadużywanej syntetycznej owocowości. Nie znaczy to wszakże, że Intense nie jest zapachem świeżym. Jest to jednak świeżość cieplejsza, bardziej owocowa. Sygnatura Legend jest tu bardzo wyraźnie obecna, a początek znów przypomina Fierce’a, ale już ciąg dalszy to wyraźne nawiązanie do Bleu de Chanel. No i nie wyczuwam tu powinowactwa do Platinum Egoiste, co zresztą potwierdza oficjalny spis nut, w którym na próżno szukać obecnych w wersji pierwszej klasycznych męskich nut aromatycznych lawendy, geranium czy werbeny. Te różnice, a także inne rozłożenia akcentów sprawiają, że

Intense to zapach bardziej nowoczesny, ale też – faktycznie – bardziej intensywny, robiący wrażenie bogatszego w ingrediencje, w ich liczbę i użytą ilość. To przekłada się głównie na bardzo dobrą trwałość zapachu, przy zbliżonej projekcji w porównaniu do Legend.

Co do podobieństwa do Bleu de Chanel to nie jest tak, że Legend Intense jest jego kopią. To raczej zapach o podobnym charakterze, roztaczający podobną aurę, ale efekt ten osiągnięty został przy użyciu innych środków. Nie znajdziemy tu imbiru, a jego rolę pełni kardamon połączony z molekułą Pepperwood o drzewno-pieprzowym charakterze. Współczesne molekuły ambrowe i Evernyl w połączeniu z białym cedrem (także syntetyk, jak sądzę) i tonką tworzą trwałą męską bazę, która nadaje całości głębi i świetnie utrwala sygnaturę zapachu.

Flakon został tym razem polakierowany metaliczną, mieniąca się i nieco lustrzaną farbą, co daje całkiem intrygujący efekt. Legend Intense to zdecydowanie udana kontynuacja wersji pierwszej, a przy tym zapach równie przyjemny i „skuteczny” w noszeniu. Szczerze rekomenduję.

mont-blanc-legend-intense-bottlenuty głowy: bergamotka, ananas

nuty serca: kardamon, czerwone jabłko, Pepperwood, jaśmin

nuty bazy: biały cedr, tonka, ambra, Evernyl (mech dębu)

perfumiarz: Olivier Pescheux (Givaudan)

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

 

Chanel „Boy” – powściągliwa elegancja

Co znaczy angielskie słowo boy, wie pewnie prawie każdy. Użyte w nazwie perfum niesie ze sobą konkretną sugestię. W przypadku nowych perfum Chanel z kolekcji Les Exclusifs ma ono jednak nieco inne pochodzenie, a jego zastosowanie jest też swoistą słowną grą. Inspiracją dla Oliviera Polge’a do skomponowania tego zapachu była postać Arthura Edwarda Capela, angielskiego gracza polo, swego czasu bliskiego przyjaciela, a nawet kochanka Coco Chanel, który będąc osobą zamożną, pomógł sfinansować jej pierwsze sklepy. Capel miał ksywkę Boy. Idąc tym tropem Polge skomponował urocze fougere o dwoistej męsko-kobiecej naturze, dodając tym samym swoje drugie po Misia (2015) perfumy do ekskluzywnej linii Chanela.

olivier-polge-chanel

Charakterystyczne otwarcie, w którym dominuje duet lawendy i geranium, lekko nasączony rześkimi cytrusowymi esencjami bergamotki i grejpfruta, natychmiast umiejscawia Boy w kategorii klasycznego aromatycznego fougere. Ale ta prowansalska ziołowa świeżość została tu złagodzona odrobiną kwiatu pomarańczy, który Olivier Polge połączył w sercu z różą. Dzięki temu zabiegowi to, co początkowo niemal klasycznie męskie, po dłuższej chwili nabiera subtelnej, miękkiej kobiecości, która nigdy już nie opuszcza Boya, ale nigdy go też nie dominuje, zawieszając zapach „pomiędzy płciami”. Po dłuższej chwili do gry wchodzi emblematyczna kumaryna, zgrabnie podbudowana absolutnie z nią kompatybilną heliotropiną, dając lekko migdałowy efekt, którego nadmiernej kulinarności zapobieżono dodając jakże gatunkowego mchu dębowego. Duet sandałowca i wanilii zatopiony w piżmach stanowi o miękkim, bardzo komfortowym, niezwykle przyjemnym, na poły kobiecym, na poły męskim finiszu Boya.

boy-chanel-fragrance-1170x629

Boy ma więc wszelkie cechy perfum uniseksowych. Pierwiastki tradycyjnie uznawane w perfumerii za damskie i męskie zostały tu w sposób bardzo precyzyjny zrównoważone, a zapach będący początkowo wyraźnie po męskiej stronie, im bliżej finiszu, tym w swej komfortowej miękkości coraz bardziej oddala się od męskich, balbierskich archetypów gatunku, nigdy nie przechodząc wszakże na ewidentnie kobiecą stronę.

I to jest właśnie w tym fougere specyficzne: jego jednoczesna klasyczność i nowoczesność. Złagodzona męskość i subtelna kobiecość. Zręczność i kunszt, z jakim udało się połączyć te elementy w jedną przekonującą całość, nie powinny dziwić, gdy przypomnimy sobie, że to własnie Olivier Polge skomponował Dior Homme – przeznaczone dla mężczyzn perfumy z dominującymi nutami irysa, szminki i pudru…

Boy jest zapachem o grzecznej projekcji, przyjemnie i długo wyczuwalnym przez osobę go noszącą oraz pozostawiającym za nią niedługi, ale stale obecny „ogonek”.

Ma w sobie to coś, co mają tylko niektóre pachnidła z najwyższej półki. Emanuje z niego wyczuwalna wysoka jakość składników, połączonych w doskonałą, bardzo elegancką kompozycję, której celem nie jest zaszokowanie, obezwładnienie czy przytłoczenie przepychem, ale raczej powściągliwe i bardzo wysmakowane podkreślenie wyrafinowanego gustu i wysokiego statusu. Kwintesencja Chanela w jego luksusowej istocie. Maksimum elegancji przy minimum formy. Boy to ma.

Sam twórca ma w kwestii „płciowej” Boya swoje odrębne, dość zaskakujące zdanie:

Nie próbowałem stworzyć zapachu uniseksowego, tylko raczej zapach męski i pokazać, że z powodzeniem może być noszony przez kobietę. Nie chodziło mi o skomponowanie perfum „pomiędzy płciami”, lecz perfum bardzo męskich.  A płeć – jak to z wieloma rzeczami bywa – nadawana jest przez osobę, która tę rzecz nosi.

Cóż, twórca wie przecież najlepiej. Ja jednak uważam, że panowie – tradycyjnie przyzwyczajeni do tego typu aromatów – natychmiast zaaprobują, a nawet pokochają Boya i luksusową aurę, jaką roztacza, podczas gdy dla pań jego męska dominanta może stanowić pewne wyzwanie. Na końcu jednak wszystko jest kwestią gustów i indywidualnych predyspozycji, a przecież wiele kobiet preferuje męskie perfumy i to nie tylko na skórze swych partnerów. Mnie Boy spodobał się bardzo i tylko jego „ekskluzywna” cena powstrzymuje mnie przed zakupem flakonu. Przynajmniej na razie…

chanel-boy

nuty głowy: grejpfrut, cytryna, lawenda

nuty serca: geranium, kwiat pomarańczy, róża

nuty bazy: kumaryna, heliotrop, drewno sandałowe, wanilia, mech dębu, piżmo

perfumiarz: Olivier Polge

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

MDCI Parfums „Invasion Barbare” – zupełnie niebarbarzyńskie fougere…

MDCI (Marchal Dessins et Créations Indépendantes) to luksusowa marka perfumowa utworzona w 2003 roku przez Claude’a Marchala, perfumowego konesera. To jeden z tych brandów, które unikają nachalnego marketingu i funkcjonują na uboczu głównego nurtu perfum luksusowych i niszowych. Bardzo często takie marki oferują znakomite produkty.

claude-marchal

Tak jest w przypadku MDCI, co nie powinno zaskakiwać, zważywszy także na to, jakim tuzom perfumeryjnego fachu Marchal zlecał dotąd skomponowanie zapachów do swej kolekcji (Pierre Bourdon, Bertrand Duchaufour, Francis Kurkdjian, a nawet – co zupełnie wyjątkowe – Patricia De Nicolai). Ale Marchal nie ogranicza się wyłącznie do „starej gwardii” i chętnie powierza komponowanie młodszemu pokoleniu, m.in. Cecile Zarokian oraz Stephanie Bakouche. To ta ostatnia stoi za bohaterem dzisiejszego wpisu.

stephanie-bakouche

Stephanie Bakouche to Paryżanka, absolwentka prestiżowej szkoły perfumiarskiej ISIPCA, do której uczęszczała po ukończeniu studiów w dziedzinie chemii. Pracowała dla Givaudan i Takasago, szkoliła personel Sephory i Marionaud, terminowała w laboratorium Hermesa u boku jego dyrektora Bernarda Burgeoisa, w czasie, gdy marka ta zatrudniła Jean-Claude’a Ellenę. Miała okazję brać udział w kreowaniu kilku pachnideł linii Hermessecne. Była odpowiedzialna za kontrolę jakości wszystkich ówcześnie produkowanych tam perfum dla Hermesa, Cartiera i Lalique. Obecnie jest niezależną perfumiarką rezydująca w Grasse. Przede wszystkim zaś pracuje jako tzw. menadżer kreacji zapachów dla L’Artisan Parfumeur, dla którego również sama skomponowała perfumy (Rose Privee, pod nadzorem swojego mentora Duchaufoura).  Świat perfum usłyszał o niej dopiero w 2005 roku po tym, jak Claude Marchal, twórca MDCI Parfums, wybrał jedną spośród sześciu propozycji zapachowych i zatwierdził ją bez żadnych poprawek. Było to Invasion Barbare. 

mdci-bootles
Charakterystyczne flakony z zatyczkami w kształcie popiersia zastąpiono ostatnio nowym, bardziej nowoczesnym designem.

Invasion Barbare

To rzeczywiście urodziwe fougere, zapatrzone w chwalebną przeszłość gatunku, w szczególności zaś w jego protoplastę Fougere Royale Houbigant. Zresztą to do jego współczesnej wersji, popełnionej przez Rodrigo Flores-Rouxa, Invasion Barbare najbliżej.

Bo to jedno z tych pachnideł, w którym perfumiarz próbuje połączyć wodę z ogniem, stary świat ze współczesnością, tworząc zapach wyraźnie inspirowany przeszłością i jednocześnie nie „trącący myszką”.

To trudna sztuka, gdyż historyczne gatunki typu fougere czy chypree powstały jako kombinacje bardzo konkretnych ingrediencji, które pachną zwykle bardzo podobnie. Wyzwaniem jest więc pominąć niektóre z nich, zastąpić je czymś innym i wciąż osiągnąć zamierzony, stylowy efekt. Ta sztuka udała się wyjątkowo dobrze Bertrandowi Duchauforowi w genialnym Sartorial Penhaligon’s. Invasion Barbare to kolejny przykład na taką udaną, choć może mniej spektakularną, reinkarnację, w której kluczowe role – obok absolutnie niezbędnej lawendy – odgrywają zgromadzone w sercu zapachu zioła (biały tymianek, bylica, kardamon) doprawione imbirem. Paczula buduje trzon, a bazę Bakouche spreparowała łącząc wanilię Bourbon z kostusem i piżmami, przydając całość w ten sposób nieco zwierzęcości. Ale spokojnie. Nie czuć tu nic „zdrożnego”. Zresztą żadna z ingrediencji nie gra tu solo, wszystkie zostały wykorzystane bardzo zespołowo. Invasion Barbare to przykład kompozycji perfumeryjnej w pełnym tego słowa znaczeniu.

Jeżeli chodzi o tzw. parametry użytkowe, to zapach MDCI nosi się bardzo komfortowo. Pachnie wyraźnie, ale nie krzykliwie. Jest bardziej stonowany od Sartorial, mniej od niego awangardowy, bardziej zachowawczy, co nadrabia ogólną urodą i elegancją. Jego charakter stoi więc w kontrze do chwytliwej nazwy.

Invasion Barbare to póki co bestseller MDCI, a szczególną słabość mają do niego podobno klienci rosyjscy. Czyżby ze względu na nazwę?

This slideshow requires JavaScript.

nuty głowy: grejpfrut, bergamotka, liść fiołka

nuty serca: biały tymianek, bylica, kardamon, lawenda, imbir

nuty bazy: paczula, kostus, wanilia Bourbon, piżmo

perfumiarz: Stephanie Bakouche

rok premiery: 2005

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

PS. Perfumy MDCI Parfums można przetestować i zakupić w perfumerii Quality Missala.

Maison Francis Kurkdjian „Petit Matin” i „Grand Soir”, czyli poranek i wieczór w Paryżu

Paryskie poranki i wieczory stały się dla Francisa Kurkdjiana inspiracją do stworzenia pary nowych pachnideł: Petit Matin i Grand Soir. Jak więc według artysty pachnie Paryż o poranku, a jak wieczorem?

mfk-paris-duo

Petit Matin…

…to lekki, świeży zapach cytrusowo-ziołowy o nowoczesnej bazie opartej na ambroxanie i białych piżmach, utrzymany w klimacie wcześniejszych zapachów Francisa Kurkdjiana: Cologne Pour le Matin i mojego ulubionego Absolue Pour le Matin. W przeciwieństwie jednak do Cologne, nie zawiera on w formule białego tymianku, a w porównaniu do Absolue nie ma też w nim fiołka ani neroli. Jest za to – co ciekawe – akord głogu. Bergamotka została natomiast zastąpiona cytrynowo pachnącą esencją z Litsea Cubeba.

Początek jest orzeźwiający i bardzo naturalny. Akord cytrusów z wyczuwalna w tle lawendą tworzy piękny, słoneczny klimat. W sercu cichną cytrusy, choć wciąż są obecne. Duet głogu i subtelnej lawendy kontynuuje świeżą opowieść. Finisz to subtelny skin-scent, wspomnienie akordu serca oparte na czystej piżmowej bazie i zmysłowym ambroxanie. Tyleż to ładne, perfekcyjne, ile już znane z innych dzieł perfumiarza. Piszę o tych szczegółach niejako z kronikarskiego obowiązku, gdyż tak naprawdę

Petit Matin wydaje się być kolejnym rozdziałem opowieści Francisa o świetle, poranku, promykach słońca zaglądających przez okno, białej pościeli i białej koszuli przywdziewanej po porannym prysznicu.

Francis Kurkdjian jak mało kto potrafi ubrać ten obraz i nastrój w pachnące molekuły i ten zapach jest na to kolejnym dowodem. Osobiście za to samo uwielbiam Absolue Pour le Matin, który jest stałą pozycją w mojej perfumowej garderobie, a który łączy w sobie bardzo podobną treść z większą wyrazistością i trwałością. Petit Matin jest pod względem parametrów bliższy Cologne Pour Le Matin i jako taki owszem podoba mi się, ale raczej nie ma szans na zdetronizowanie króla. To także ten mniej oryginalny z paryskiego duetu, choć bardzo przyjemny i bardzo w stylu Mistrza.

mfk-petit-matin

główne nuty:  cytryna, litsea cubeba, lawandyna (lawenda wielka), kwiat pomarańczy, akord głogu, piżmo, ambroxan

perfumiarz: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,5/ oryginalność: 2,0/  projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

francis-kurkdjian-w

Grand Soir…

…jest eleganckim i zmysłowym pachnidłem orientalnym, z subtelną nutką kulinarną, w którym dominują ciepłe balsamiczne nuty labdanum i benzoesu połączone z tonka i wanilią. Mimo ciężkich składników, zapach jest nadspodziewanie lekki, bardzo dobrze zbalansowany i natychmiast przypada do gustu. W przeciwieństwie do Petit Matin i jego powinowactwa do duetu Pour le Matin, Grand Soir jest inny od Cologne Pour le Soir, a tym bardziej od gęstego, orientalnego, miodowego i lekko animalnego ambrowca Absolue Pour Le Soir, z którymi to zapachami Grand Soir łączy jedynie benzoes.

Grand Soir jest z pewnością bardziej Soir aniżeli Grand. Ładny, delikatny zapach wieczorowy, zdecydowanie uniseksowy (podobnie zresztą jak Petit Matin), projektujący raczej grzecznie i trwający na skórze dość długo jako subtelny, otulający, bezpieczny skin-scent.

Trudno tu wyróżnić któryś ze składników. Wszystkie współtworzą końcowy efekt. Grand Soir to bardzo „jednolity” zapach o minimalnej ewolucji. Początkowej świeżości nadaje mu lawenda, ale dość szybko do głosu dochodzi pogłębione benzoesem labdanum, którego zmysłowość wzmocniona została poprzez duet wanilii i tonki. Tak więc to, co czujemy na samym początku, jest mniej więcej tym, co będziemy czuli przez resztę czasu z uwzględnieniem stopniowego gaśnięcia zapachu i transformowania w kierunku bardziej ciepłym, otulającym, intrygującym i jakby niedopowiedzianym…

mfk-grand-soir

główne nuty:  lawenda, wanilia, benzoes, tonka, labdanum

perfumiarz: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,5/ oryginalność: 4,0/  projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

 

Paryski duet zapachów Petit Matin i Grand Soir nie wnosi nic nowego do oferty MFK. Oba pachnidła są rozwinięciami koncepcji, z realizacji których artysta dał się już wcześniej poznać w ramach Maison Francis Kurkdjian. Przy okazji opisywania obu użyłem żargonowego określenia skin-scent. Nie bez przyczyny. Oba zapachy są dość delikatne, nieagresywne, bardzo grzeczne, nawet jak na standardy Francisa. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby perfumiarz miał już gotowe w szufladzie receptury wersji absolue lub forte obu zapachów. Ale mogę się mylić, wszak to artysta bardzo niepokorny…

Niemniej, ów zapachowy duet może okazać się wprost doskonałą pamiątką z wizyty w Mieście Światła. Według idei twórcy oba pachnidła są jak całodzienna wycieczka po Paryżu. Jeżeli więc chcemy zabrać ze sobą pachnąca cząstkę tego miasta, te pachnidła Kurkdjiana nadadzą się do tego wprost idealnie.  Jak zresztą każde inne pachnidło z oferty Maison Francis Kurkdjian, marki bardzo w swej idei i stylu paryskiej. Przecież nawet oryginalny kształt flakonu MFK powstał z inspiracji paryską architekturą, a specyficzny kolor zatyczek symbolizuje pokryte śniedzią dachy paryskich kamienic…

Ach ten Paryż!

 

PS. Oba pachnidła można przetestować i nabyć w perfumerii Quality Missala, która jest wyłącznym polskim przedstawicielem marki Maison Francis Kurkdjian.

Amouage „Bracken Man”. Muskat kłania się Paryżowi.

Amouage znów zaskakuje. Nigdy bym nie przypuszczał, że wyda pachnidło tak inne od wszystkiego, co opublikowało dotąd i jednocześnie tak dobrze znane, tak znajome i tak wierne kanonom perfumerii… francuskiej.

Poprzedni zapach z cyklu The Midnight Flower Collection (skąd ta nazwa?) w jakimś sensie mógł już zapowiadać ten kierunek. Sunshine Man był bowiem śliczną odą do prowansalskiego krajobrazu pełnego skąpanych w słońcu krzewów nieśmiertelnika i lawendy. Był pierwszym tak śmiałym krokiem Christophera Chonga w rejony tradycyjnej perfumerii francuskiej. Całkowitym zarzuceniem orientalnej, arabskiej estetyki, jakiej dotąd hołdował Amouage. Sunshine okazał się być czymś na kształt współczesnej luksusowej wariacji nt. legendarnego Pour Un Homme de Caron (1924) autorstwa Ernesta Daltroffa.

christopher-chong1
Christopher Chong

Krok drugi, bardziej odległy w czasie, Chong wykonał w bieżącym roku prezentując Bracken Man. A bracken oznacza… paproć. Tak jest. Oto aromat dobrze znany. Historycznie rzecz biorąc jeden z najstarszych i jeden z najważniejszych męskich aromatów perfumowych. Fougere. Gatunek perfum niegdyś przekrojowo opisany przez mnie na blogu w Krótkiej historii fougere.  Przypomnę tylko, że zapoczątkowało go pachnidło Fougere Royale (1882) popełnione dla francuskiego domu Houbigant przez Paula Parqueta .

bracken

Christopher Chong z właściwym sobie perfekcjonizmem, choć tym razem bez charakterystycznej dla niego dozy eksperymentu i przesuwania granic, zaproponował Bracken Man – zapach będący kwintesencją gatunku fougere. Tym samym dwa obecnie najlepsze na rynku francuskie klasyki: Fougere Royale 2010 i Duc de Vervins (1985) (oba od Houbigant) doczekały się bardzo poważnego rywala. No i nie zapominajmy o równie doskonałym, bardzo tradycyjnym English Fern (1910) od brytyjskiego Penhaligon’s, do którego chwilami Bracken nawiązuje najwyraźniej (choć być może całkiem bezwiednie).

Amouage nigdy nie idzie na kompromis, gdy chodzi o jakość i ten zapach potwierdza tę regułę. Bracken Man jest wręcz modelowym przykładem stylistyki, którą reprezentuje, tyle że wykonanym na poziomie dostępnym jedynie dla nielicznych.

Aromatyczne intro natychmiast zdradza, z jakim zapachem mamy do czynienia. Mieszanka cyprysu i lawendy połączona z obowiązkowymi, choć tu nie dominującymi cytrusami, pachnie bardzo męsko, klasycznie, ale i całkiem współcześnie. Innymi słowy – nie trąci myszką, mimo że z pewnością nie rewolucjonizuje gatunku. Serce Bracken Man to już samo sedno fougere. Mieszanka kluczowego dla gatunku fougere geranium przyprawionego gałką muszkatołową , cynamonem i goździkiem, posadowiona na mocnym akordzie głębi, opartym na nutach drzewnych (kremowy sandałowiec, cedr i paczula, która w miarę czasu odzywa się coraz mocniej) utrwalonych i pogłębionych piżmem.Co ciekawe, oficjalny skład nie wymienia mchu dębowego ani kumaryny, co w przypadku fougere wydaje się wprost nie do pomyślenia. Przyznam jednak, że jeżeli faktycznie ich nie ma (mchu dębowego nie czuję, tonki chyba faktycznie także), mnie ich nie brakuje. Baza Bracken pachnie wystarczająco rasowo i jest absolutnie logiczną konsekwencją przyjętej konwencji. Być może to właśnie fakt pominięcia w formule tak kluczowych, zdawać by się mogło, składników jest owym nowatorskim elementem Bracken Man. Może to właśnie  w szczególności brak mchu dębowego powoduje, że pachnie on bardziej współcześnie niż wspomniane klasyki (poza Fougere Royale 2010 – gdyż to jednak mocno współczesna wersja i to wyraźnie czuć).

amouage-bracken-03

Bracken Man to bezdyskusyjnie zapach sentymentalny. Niezwykle męski, zapatrzony w klasyczny kanon. Roztacza woń elegancką i nieco dystyngowaną. Świeżą, choć nie jest to świeżość, jakiej hołduje się we współczesnej perfumerii. Czystą, choć nie jest to współczesna czystość detergentowa. Bez udziwnień i bez eksperymentów. Wiernie wobec wyobrażeń na temat tego jak powinien pachnieć klasyczny fougere.

Bracken Man jest bardzo „kanoniczny”, purystyczny, perfekcyjny w swej stylistycznej wierności najlepszym wzorcom. W niczym im zresztą nie ustępuje.

Pod względem parametrów Bracken zadowala, choć nie można mówić tu o poziomie, który reprezentują inne, te utrzymane bardziej w arabskiej estetyce zapachy omańskiej marki. Niemniej Bracken początkowo jest bardzo intensywny, mocno się rozprzestrzenia, by po kilkunastu minutach ułożyć się na skórze i emitować przyjemną, wyraźną, ale już nie tak mocną jak na początku woń przez mniej więcej 6-8 godzin. Przez kolejne dwie pachnie już blisko skóry.

Bracken Man to nie tylko doskonałe męskie pachnidło, ale także pełen elegancji ukłon arabskiej marki w kierunku klasyki perfumerii francuskiej. To – obok kilku wcześniej wymienionych zapachów – najlepsze, co można w tym gatunku współcześnie znaleźć.

Intryguje mnie ta neoklasyczna podróż Christophera Chonga rozpoczęta przez Sunshine Man i kontynuowana teraz w Bracken Man. Ciekaw jestem bardzo, czy będzie ciąg dalszy i jaki on będzie. Kto wie, może klasyczny, ale zrobiony po „amłażowsku” szypr w klimacie Chanel Pour Monsieur? A może coś skórzano-kwiatowego w typie Antaues Chanel?

Mogło by być bardzo ciekawie…

Co Pan na to, Panie Chong?

amouage-bracken-small

nuty głowy: cytryna, bergamotka, cyprys, lawenda,

nuty serca: geranium, cynamon, gałka muszkatołowa, goździki

nuty bazy: cedr, drzewo sandałowe, paczula, piżmo

perfumiarz: Olivier Cresp i Fabrice Pellegrin

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 5,0/ oryginalność: 2,0/  projekcja: 4,5/ trwałość: 5,0

Serge Lutens i lawenda: „Encens et Lavande” i „Gris Clair”

Lawenda to historycznie jeden z najważniejszych składników perfumeryjnych. To nie tylko tradycyjny składnik wód toaletowych niemal od początku ich wyrabiania, ale także trzon tzw. paprociowej (fougere) rodziny perfumowej, której początek dało słynne Fougere Royale (1882) marki Houbigant. Także i dziś bogata w aromatyczne molekuły esencja z tej niezwykle wonnej rośliny jest bardzo chętnie używana przez perfumiarzy, szczególnie w formułach zapachów męskich. Ale faktem jest, że współcześnie w perfumowym mainstreamie używa się jej bardzo ostrożnie, z ogromnym umiarem, tak by nie popaść w niemodną dziś retro estetykę wód toaletowych sprzed dekad. Do tego celu służą m.in. otrzymywane nowoczesnymi metodami  laboratoryjnymi izolaty olejku lawendowego, będące efektem destylacji frakcyjnej, które pachną co prawda bardziej ubogo od pełnowymiarowego olejku, ale za to pozbawione są tych aromatów, które we współczesnej perfumerii nie są powszechnie akceptowalne. Innymi słowy esencję lawendy oczyszcza się z mniej przyjemnych dla współczesnego „konsumenta” perfum frakcji i w takim kształcie dozuje w perfumach.

Lavender-1_0

Tak to się dziwnie poukładało, że dziś najbardziej wyraziste pachnidła lawendowe, zawierające często klasyczny lawendowy olejek, a czasem nawet absolut z lawendy, proponowane są niemal wyłącznie przez marki niszowe i ekskluzywne (w ofercie większości z nich można znaleźć pachnidła z lawendową dominantą), gdyż klienci sięgający po ich produkty uchodzą za bardziej wyrobionych, w tym także koneserów i miłośników perfum. Do tej grupy należą z pewnością wielbiciele olfaktorycznych propozycji Serge’a Lutensa, jednego z pionierów perfumerii artystycznej i niszowej. Serge Lutens jako wizjoner perfum nigdy nie obawiał się odważnych i zdecydowanych aromatów, przeciwnie – w pierwszym okresie swej twórczości tworzył pachnidła mocne, wyraziste i odległe od głównego nurtu, a przy tym często wynoszące na piedestał klasyczne perfumowe ingrediencje (kwiat pomarańczy, tuberoza, róża, piżma, mech dębu itd.). Także i lawendę potraktował z należnym jej szacunkiem, na co dowodem niech będzie fakt, że umieścił ją w centrum dwóch swoich dzieł, których powstanie dzieli dekada: Encens et Lavande (1996) i Gris Clair (2006).

serge-lutens

1996 – Encens et Lavande

„Pod kwiecisto-niebieskimi nieboskłonem przemówiły do mnie szare kamienie kaplicy. Przejrzysta nazwa tych perfum przyszła mi na myśl spontanicznie. Nie śmiałem jej zmieniać. Kadzidło i lawenda; były niemal pół na pół, zanim pojawiła się zuchwałość.”

Serge Lutens

blue chapel

Encens et Lavande to nie tylko hołd złożony lawendzie, ale także i próba nobilitacji tego zdeprecjonowanego aromatu poprzez połączenie go z nabożnym, wielbionym kadzidłem.

Ta nieco surowa, wytrawna, chłodna i nieco dystyngowana kompozycja powstała w pierwszych latach współpracy duetu Serge Lutens i Christopher Sheldrake, które wielu miłośników marki uważa za okres najlepszy i najbardziej twórczy. W przypadku Encens et Lavande trudno mówić o wyrafinowaniu. Zdecydowanie natomiast można mówić o sugestywnym minimalizmie. Siłą tego zapachu jest przekonująco zbudowany kontrast, (który wg mnie jest warunkiem koniecznym dla powstania co najmniej intrygujących, a często także i wybitnych perfum). Dwie główne nuty lawendy i kadzidła współgrają tu perfekcyjnie. Ich zestawienie powoduje, że początkowo dominująca, najpierw lekko kwaśna (prawdopodobnie przez śladową obecność cytrusa), później coraz bardziej sucha, ale też mocno ziołowa lawenda (mam wrażenie że obecna jest tu też odrobina szałwii jako łącznik pomiędzy dwoma głównymi aromatami) stopniowo wypierana jest przez zimne niczym katedralna posadzka kadzidło. I tak się toczy ten zapach jako zakończona remisem próba sił dwóch wspaniałych perfumowych ingrediencji. Jest w tym zapachu fascynująca asceza, która doskonale wpisuje się w jego charakter.

olibanum (1)

Encens et Lavande to dzieło Serge’a Lutensa pionierskiego, z wizją i mgiełką tajemnicy, wzbudzającego jako twórca perfum zachwyt i podziw. Szczególnie, gdy umieścimy to pachnidło w kontekście roku jego premiery i faktu, że poprzedziło on zarówno kultową kadzidlaną serię Comme des Garcons, jak i Rock Crystal Oliviera Durbano, a nawet Passage d’Enfer L’Artisan Parfumeur.

Encens et Lavande pachnie całkiem wyraziście, szczególnie przez pierwsze kilkadziesiąt minut, i ma dobrą trwałość. To pozycja obowiązkowa dla każdego fana nie tylko kadziła i lawendy w perfumach, ale i niszy perfumowej w ogóle.

lutens encense et lavande

główne nuty: lawenda, kadzidło

twórca: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 1996

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

2006 – Gris Clair czyli Jasnoszary

„Jak pył rozwiewany nad martwym miastem. Tak szare, jak popiół unoszący się w rozpromienione niebo. Lawenda, a później – by do czystości dodać szarości  – dodałem kadzidło. Mam fioła na jego punkcie! W każdym znaczeniu kadzidło ma sens dla moich zmysłów.” 

Serge Lutens

Gris Clair to bardzo interesujące pachnidło, fascynujące mnie od dawna niezwykłym połączeniem prowansalskiego zioła z kulinarną zmysłowością tonki i szaloną dawką piżm.

Dziesięć lat po premierze Encens & Lavande Lutens i Sheldrake powrócili do tematu lawendy i kadzidła, przedstawiając go w innym kontekście i bogatszej oprawie – awangardowego fougere. Zamiast wytrawnej, chłodnej i dystyngowanej, woń jest czysta i gorąca oraz bardziej przyjazna. Efekt czystości zapewnia bardzo tu wyraźna nuta lawendy, wycyzelowana i „wyczyszczona”, ale nie tak mocna i nie tak wyrazista, jak ta z Encens et Lavande. Zaś ciepło wyzwala się w wyniku połączenia ambry i słodkiej tonki z potężną dawką piżm, powodujących olfaktoryczny efekt rozgrzanej żelazkiem tkaniny. Obrazowo Gris Clair można opisać jako zapach suszonej lawendy prasowanej żelazkiem. Kadzidło nie ujawnia się tu indywidualnie – raczej buduje opartą na esencji bobu tonka i piżmach bazę tego nietypowego fougere.

Zapach nie emanuje zbyt mocno, ale intrygująco otula i jest wyczuwalny na skórze przez długi czas. Preferuję go ponad Encens et Lavande ze względu na jego ciepły i męski charakter fougere. Jest bez wątpienia jednym z najbardziej osobliwych pachnideł z lawendą w centrum. Zdecydowanie wartym poznania.

lutens gris clair

główne nuty: lawenda, irys, ambra, tonka, nuty drzewne, kadzidło, piżma

twórca: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2006

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Montale Paris „Aoud Lavender” i „Honey Aoud”

Czas płynie, pory roku przemijają, rządy się zmieniają, a tymczasem Montale Paris emituje kolejne pachnidła w tempie, z którym prawdopodobnie nie może równać się żadna inna marka. Jakby tego było mało, większość z nich ma w nazwie Aoud… Można czuć się naprawdę przygniecionym liczbą oudowych pachnideł Montale. Czy ktoś je jeszcze w ogóle liczy? Ale właściwie to po co? Zresztą, niech się tym zajmą perfumowi archiwiści. Fragrantica – ta ma dopiero wyzwanie!

Faktem jest jednak, że bieżący rok przyniósł wielbicielom mocnego, arabskiego stylu marki dwa całkiem udane pachnidła, Aoud Lavender i Honey Aoud, których nazwy natychmiast zdradzają entourage, w jakim umieszczony został w nich sygnaturowy montalowski oud.

Lavender 2

Aoud Lavender rozpoczyna się mocną lawendą, ożywioną molekułami pieprzu i orientalnie sparowaną z szafranem i kardamonem. Rusztowaniem dla tej przekonująco pachnącej konstrukcji  jest drzewny akord zbudowany z oudu, cedru i sandałowca. Kompozycję pogłębiono sporą ilością tonki, a bazę uzupełniono ambrą, akordem skórzanym i białymi piżmami. Wszystko to bardzo powoli ewoluuje na skórze odsłaniając kolejne swoje oblicza: najpierw aromatyczne, ziołowo-przyprawowe, później drzewne. Finisz to suche, lekko gryzące drewno (nuta oudowa) z ambrą. Jest taki, jak lubię. Całość pachnie naprawdę bardzo dobrze i będzie, jak sądzę, atrakcyjną propozycją dla fanów lawendy, podanej tu w nieco orientalny, montalowski sposób. Osoby gustujące w Gris Clair Sergre’a Lutensa czy Lavandula Penhaligon’s mają szansę się propozycją Montale zachwycić. Myślę, że również mężczyźni ceniący sobie gatunek aromatycznego fougere, mogą odnaleźć tu to, co lubią, bo jednak połączenie lawendy z tonka tak właśnie ukierunkowuje ten zapach (mimo braku mchu dębowego w bazie). Jeżeli jednak ktoś za lawendową wonią nie przepada – raczej nie zaprzyjaźni się z Aoud Lavender, gdyż ta ziołowa nuta jest tu bardzo mocna. Mnie się oczywiście spodobał, i to nawet bardzo!

Trzeba dodać, że zapach ma solidną moc, natomiast jego trwałość jest – jak na Montale przystało – legendarna.

montale aoud lavender

nuty głowy: rosyjska lawenda, kardamon z Gwatemali, indyjski czarny pieprz, szafran

nuty serca: drogocenny oud z Laosu, cedr z Maroka

nuty bazy: sandałowiec z Mysore, bób tonka z Brazylii, ambra, skóra, białe piżmo

honey

Honey Aoud z to zupełnie inny „zwierz”. Można by rzec, że wręcz niedźwiedź, obładowany drewnianymi beczkami z miodem. To absolutnie świetne pachnidło do pewnego stopnia budzi we mnie skojarzenia z niesamowitym, choć już wycofanym z produkcji, Miel de Bois Serge’a Lutensa, choć tam akurat miód przeważał na drzewami, tu zaś jest odwrotnie. Podobny efekt, tyle że z jeszcze bardziej zaakcentowanymi nutami drzewnymi i ogólnie bardziej wyrafinowany, osiągnął Pierre Negrin w moim ulubionym Opus VI od Amouage. Tak – Honey Aoud to pachnidło bardzo do niego podobne. Bardzo.

Od pierwszych sekund zachwyca potężnym akordem złożonym z wyraźnej nuty miodowej, cynamonu, wanilii i suchego drewna (oud). Ten aromat ciągnie się kilka godzin, niczym złocisty, gęsty miód spływający z gigantycznej drewnianej łyżki. Honey Aoud pachnie liniowo, bez większych przemian na skórze i bardzo wyraziście. Bardzo długo też pozostaje na skórze (dobrze ponad 12 godzin). Przetestowałem już wiele zapachów od Montale (choć absolutnie nie wszystkie, o nie!) i stwierdzam, że Honey Aoud, choć wtórny, okazał się jednym z najlepszych. Zdecydowanie wart jest w mojej ocenie posiadania własnego flakonu.

montale honey aoud

główne nuty : miód, oud z Laosu, kwiaty, paczula z Sumatry, cynamon, skóra, ambra, wanilia z Madagaskaru