Bvlgari Man „Wood Essence” – obywatel natury

Wood Essence – nowy zapach w głównej męskiej linii Bvlgari Man, który za chwilę trafi do perfumerii – to woda perfumowana o neo-drzewnej sygnaturze, którą skomponował Alberto Morillas.

bvlgari man wood essence

Przedstawiany jako łączący surowość metropolii, naturalnego środowiska współczesnego mężczyzny, z naturą, co – muszę to przyznać – świetnie oddaje design flakonu poprzez zastosowaną tu kombinację imitacji szczotkowanej stali z zieloną barwę pachnącej cieczy. Sam zapach zdaje się znacznie gorzej odzwierciedlać tę koncepcję, choć przy odrobinie dobrej woli można pokusić się o zgodną z nim interpretację:

Wood Essence jest rzeczywiście bardzo współczesnym pachnidłem z wszystkimi tego atrybutami: syntetycznym charakterem, linearnością i subtelnością w sam raz pasującą do jednego z korporacyjnych biur zlokalizowanych w skupionych w metropolii wysokościowcach. Jego naturalność jest umowna i sprowadza się do wspomnianego zielonego koloru zawartości flakonu oraz kilku użytych w nim esencji – wetywerii, cedru i cyprysa.

bvlgari man wood essence 2

Tytułowa drzewność jest zdecydowanie nie-klasyczna, a więc określenie neo-drzewny, którego Bvlgari sam używa dla opisania zapachu – zdaje się być adekwatne.  Ta słodkawa zdławiona zieleń – zdominowana prze cyprys i mocno przesiąknięta miodową słodkością – obecna na skórze przez pierwsze kilkadziesiąt minut – powoli ustępuje miejsca coraz gęściej sypiącymi się z niej wiórkami cedru, by w końcu zostać złamaną niczym sucha gałąź przez mocno syntetyczny, lekko gryzący, sucho-drzewny finisz, który – co ciekawe – zdaje się być najwyraźniej projektująca fazą tego zapachu.

Performance Wood Essence istotnie zaskakuje. Przez pierwsze kwadranse zapach projektuje ze skóry umiarkowanie, by w kolejnych godzinach jakby zupełnie zniknąć z wyczuwalnego nosem widma. Wraca jednak do gry po 6-7 godzinach i trwa na niej kolejnych kilka. Trwałość ma więc na bardzo wysokim poziomie.

Przyznam jednak, że liczyłem na lepsze pachnidło. Ale moje nim rozczarowanie nie musi być udziałem innych. Wszystko jest przecież kwestią gustu. Nie chcę wystawiać Wood Essence przesadnie niskiej oceny, bo przyparty do muru muszę jednak przyznać, że przy którymś z kolei dniu noszenia go zacząłem w tym odnajdywać nawet pewną przyjemność, narastającą wraz z upływem czasu od aplikacji. Jednego jestem pewien – nikt z mojego otoczenia ani go nie skomplementował, ani go nie… poczuł. Jakąkolwiek więc miałem z niego przyjemność, była ona wyłącznie moim udziałem. Czasem to wystarczy, prawda?

 

bvlgari-man-wood-essence-eau-de-parfum-spray-15ml

 

główne składniki: wetyweria, cedr, miód, cyprys

dominujące nuty: słodka, zielona, sucho-drzewna

nos: Alberto Morillas

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 3,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 3,0-3,5

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Amouage „Imitation Woman” & „Imitation Man”- aldehydy i Travolta, czyli jak imitować życie w NY in 70s.

old-photo-of-nyc-bw

Nowy Jork lat 70-tych XX wieku. To tam Christopher Chong szukał inspiracji dla nowej perfumowej pary Amouage o przekornej nazwie Imitation. Czyżby odbył w tym celu podróż w czasie? Tego nie wiemy, choć oczywiście nie możemy tego wykluczyć, bowiem kreatywny umysł marki Amouage jest w ramach procesu twórczego zdolny do niemal wszystkiego…

Christopher Chong Amouage
Christopher Chong

Od kiedy synteza chemiczna pozwala na tworzenie unikatowo pachnących molekuł, twórcy perfum z zapałem wykorzystują je do imitowania otaczających nas zapachów, poczynając od klasycznych woni kwiatowych poprzez wszelkiego rodzaju nie-kwiatowe aromaty mające swój pierwowzór w naturze, aż po zapachy ambientowe w rodzaju perfum o woni rozgrzanego asfaltu czy kamiennej posadzki w średniowiecznej katedrze.

Pierwsze kompozycje perfumeryjne imitowały zapachy natury w najprostszy sposób. Esencje z wonnych roślin mieszane były ze sobą i rozpuszczane w oleistym lub alkoholowym nośniku. Efekt nie pokrywał się oczywiście idealnie z zapachem roślin, z których pozyskiwano ingrediencje, ale pozwalał przynajmniej zamknąć we flakonie aromaty natury. Później, wraz z początkiem perfumerii abstrakcyjnej, uciekano od imitacji w kierunku kreacji. Współcześnie, w dobie nowoczesnych metod syntezy chemicznej, ekstrakcji w dwutlenku węgla, destylacji frakcyjnej perfumiarze otrzymali potężne narzędzia, pozwalające im imitować naturę w stopniu, w jakim dotąd nigdy nie było to możliwe. Zaprzęgniecie do pracy technik analitycznych – chromatografii gazowej i spektrofotometrii – pozwoliło im imitować także istniejące już perfumy, te współczesne, najlepiej się sprzedające, jaki i te skomponowane przed laty.

Na czym więc w świetle powyższego polega imitacja w najnowszych perfumach Amouage Imitation? Czy Christopher Chong postanowił skopiować jakieś współczesne perfumowe bestsellery i podać je w bardziej wyrafinowany, bogaty, „amułażowy” sposób? Na szczęście nie. A może on i współpracujący z nim perfumiarze stworzyli współczesne wersje jakichś konkretnych klasyków przeszłości? Poniekąd tak, choć też nie do końca…

Imitation Woman – aldehydowy podmuch czarnej porzeczki

Zapach ma subtelnie kwiatowy początek zdominowany przez niemal owocowy i nektarowy duet ylang ylang i kwiatu pomarańczy. Spod niego dość szybko wyłania się owocowo-zielony akord serca z najpierw bardzo wyraźną i naprawdę uroczą nutą czarnej porzeczki (użyto esencji z jej pączków), której już po chwili zaczyna towarzyszyć, usuwając ją zreszta nieco w cień, zaskakującą i nieco dysonansowa nuta aldehydowa. Do niej dołącza lukrecja, ale też niespodziewanie ujawnia się róża. Ten aldehydowo-porzeczkowo-lukrecjowo-różany, z oddali nieco mydlany (gdyby tylko tak faktycznie pachniało jakieś mydło!) akord stanowi istotę Imitation Woman, ale nie stanowi jeszcze „końca” tych perfum. Akord głębi, trwający – fakt, na testowym papierku – kilka dni,  niezwykle przyjemna i zmysłowa woń drewna sandałowego, paczuli i – jak sądzę – śladów lukrecji, wszystko utrwalone odpowiednią dawką piżm. Nieistotne zresztą są te domysły. Liczy się aromat, a ten jest wg mnie bardzo… nęcący.

AMOUAGE-Imitation-Woman-100ml-EDP

Imitation Woman pachnie bardzo efektowanie, bogato, jednocześnie świeżo i zmysłowo, wyraźnie ewoluuje i pięknie finiszuje. To zapach dotrzymujący poziomu najlepszym damskim kreacjom marki Amouage, a jednocześnie zakorzeniony w długiej tradycji kobiecych pachnideł kwiatowo-aldehydowych.

Warto wspomnieć, że skomponował go – oczywiście pod kuratelą Christophera Chonga – niezawodny Pierre Negrin, który już kilkakrotnie dał się poznać jako perfumiarz nie tylko bardzo utalentowany i doświadczony, ale i czujący się dobrze w realizowaniu niezwykłych zapachowych koncepcji Christophera Chonga.

Pierre_Negrin
Pierre Negrin

nuty głowy: róża, ylang-ylang, kwiat pomarańczy, jaśmin

nuty serca: pączki czarnej porzeczki, aldehydy, lukrecja

nuty bazy: kadzidło, sandałowiec, paczula

nos: Pierre Negrin

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 5,0

 

ImitationTitleOnlyCompressed

Imitation Man – skórzana kurtka Johna Travolty? 

No i doczekaliśmy się pierwszych męskich skórzanych perfum Amouage. Gdy się nad tym zastanowić, to przyszło na nie czekać całkiem długo. Ale warto było. Mimo przekornej nazwy Imitation Man nie jest li tylko imitacją zapachu skórzanego. Jak zwykle w przypadku Amouage mamy do czynienia z aromatem nacechowanym indywidualizmem i oryginalnością, a także bezdyskusyjną jakością.

Imitation Man to nieco zadziorny skórzany szypr z przyprawowym wstępem, lekko zaznaczoną nutą kwiatową (róża) umieszczoną w wyposażonym także w irys sercu oraz zmysłową bazą, w której skórzana dominanta wzmocniona została nutami drzewnymi, a której subtelnej zwierzęcości nadano za pomocą kastoreum.

Zapach przyjemnie ewoluuje na skórze i nie pozostawia wątpliwości co do tego, że w pełni zasługuje na określenie go mianem perfum skórzanych. Ale nie jest to skóra w typie Cuir de RussieKnize Ten, Cuir Ottoman czy Cuir Mauresque. To raczej woń wytrawna, nieco szorstka i gorzkawa, taka jaką znamy z Bel Ami Hermesa, choć podana w bardziej współczesny i miękki sposób. Przypomina mi też nieco niesamowity, artystyczny do granic, bezkompromisowy, przepełniony kastoreum Cuir Mony Di Orio.

Warto na chwilę zatrzymać się przy osobie perfumiarki stojącej za tym zapachem. To Leslie Girard – przedstawicielka młodego pokolenia perfumiarzy o póki co dość skromnym dorobku, pracująca od 2012 roku w Robertet  – słynnej, znajdującej się w Grasse firmie produkującej esencje zapachowe i kompozycje perfumowe. Jej portfolio zawiera m.in. zapach skomponowany dla samochodowej marki Audi, służący do perfumowania wnętrz najbardziej luksusowych aut tego koncernu.

Leslie-Girard
Leslie Girard

Imitation Man to wg mnie naprawdę udane i całkiem przekonujące pachnidło skórzane, zgrabnie wypełniające lukę w ofercie omańskiej marki. Nie jest może tak spektakularne jak Cuir Cannage Diora (najwyższy czas na recenzję tegoż), niemniej stanowi solidną interpretację (a może jednak IMITACJĘ?) skórzanego tematu.

AMOUAGE-Imitation-Man-100ml-EDP

nuty głowy: cedrat, gałka muszkatołowa, czarny pieprz

nuty serca: róża turecka, kłącze irysa, fiołek

nuty bazy: mirra, skóra, wetyweria, paczula, kastoreum

nos: Leslie Girard

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0

CLEAN – odcienie świeżości

Amerykanie od dawna znani są z uwielbienia do zapachów świeżych i czystych oraz niechęci do klasycznej francuskiej perfumerii. Oczywiście ta pozostaje domeną licznych na nowym kontynencie koneserów, ale statystyczny Amerykanin (który – jak wiadomo – nie istnieje) wybiera dezodorant, cologne lub ewentualnie wodę toaletową zdominowaną przez nuty łatwe, lekkie i przyjemne. Czy można więc lepiej trafić w gusta Amerykanów niż robi to od kilkunastu lat marka o jakże sugestywnej nazwie: CLEAN?

CLEAN to:

PROSTOTA – zapachy są proste, linearne, lekkie, przyjemne, można je ze sobą łączyć, choć moim zdaniem samodzielnie sprawdzają się także doskonale;

NOSTALGIA – szczęście, komfort i ucieczka od codzienności – takie uczucia mają powodować zapachy CLEAN;

ŚWIADOMOŚĆ – marka kładzie duży nacisk na kwestie ekologiczne – zarówno gdy chodzi i zawartość flakonów (nietoksyczny alkohol jako nośnik), jak i opakowanie (papier pochodzące z recyklingu, kompostowalny celofan z kukurydzy) i media (produkcja zasilana energią z promieniowania słonecznego).

Zapachy CLEAN właśnie zaczęły pojawiać się w polskiej dystrybucji, co mnie bardzo ucieszyło. Czy ta czysta i lekka estetyka odnajdzie swych wielbicieli w Polsce? Uważam, że jak najbardziej tak. Szczególnie, że zarówno treść pachnideł CLEAN, ich jakość, a także niewygórowana cena zdecydowanie zachęcają.

clean men

Moje doświadczenie z CLEAN sprowadza się do nabytego lata temu zapachu CLEAN Men, którego rzekomym miłośnikiem był niejaki Brad Pitt. Ten przerzucił się później – wedle legendy – na skomponowany specjalnie dla niego przez Lorenzo Villoresiego z Florencji Musk, ale…. to już kompletnie inna historia. Ten flakon CLEAN Men mam do dziś, pozostała jeszcze połowa. Używam go wciąż, do perfumowania… mojego najmłodszego syna po kąpieli. Bo CLEAN Men pachnie trochę balonową gumą do żucia, trochę proszkiem do prania, trochę mydłem. Kojarzy mi się po prostu z dzieckiem. Obiektywnie – pachnie bardzo oryginalnie, nie znam innych perfum o podobnej woni, a do tego jest zaskakująco intensywny (potężna projekcja, szczególnie jak na świeży zapach) i trwa na skórze całkiem długo. Ten zapach w wydaniu widocznym na powyższej fotografii nie jest – jak widzę – juz dostępny w ofercie marki, choć wciąż można go nabyć w niektórych perfumeriach internetowych.

 

Stack of clean bedding sheets and towels isolated on white

Aktualna oferta zapachowa CLEAN jest dość rozbudowana. Można wręcz dostać zawrotu głowy od liczby różnych odcieni perfumowej „czystości”. Do klasycznej, czystej kolekcji (zapachy w koncentracjach eau de toilette, eau de perfum i eau fraiche) marka niedawno dokooptowała opartą o składniki pochodzące z ekologicznych i odtwarzalnych upraw kolekcję Reserve – bardziej wyrafinowaną, stworzoną w duchu kontrastu clean-dirt oraz Reserve Avant Garden – nieco bardziej kreatywną i odważną, gdy chodzi o zestawienia nut.

Dla wielbicieli świeżości w perfumach oferta CLEAN to jak dla dziecka sklep ze słodyczami. Nie wiadomo, po które sięgnąć, tyle ich. Wszelkie rodzaje świeżości o sugestywnych i – bardzo praktycznych, niczym Amerykanie – nazwach. Fresh Shower, Clean Air, Fresh Laundry, Rain, Skin, Warm Cotton itp. Ze względu na ich linearny (nie zmieniają się w istotny sposób w czasie) oraz nieskomplikowany charakter nadają się do tzw. layeringu, czyli łączenia ich ze sobą na skórze w różnych kombinacjach.

Clean-Clean_EdT-Fresh_Laundry

Fresh Laundry to miks współczesnej nuty lawendowej (bez konotacji retro) i delikatnych nut owocowych na wstępie oraz kwiatowych muśnięć w sercu. Wszystko to na czystej, piżmowo-tonko-drzewnej bazie, która – jak praktycznie we wszystkich testowanych przez mnie pachnidłach z głównej linii – ma za zadanie jak najskuteczniej utrwalić czysty aromat bez wpływania na jego charakter. Ten zapach to wspaniały przykład współczesnego, bardzo wdzięcznego użycia esencji z lawendy – jakże innego od klasycznych, archaicznych i bywa, że źle się kojarzących zapachów wód lawendowych, które posiada w ofercie każda szanująca się marka perfumowa „z rodowodem”.

Fresh Laundry to świeży, sugestywny zapach świeżego prania. Dosłownie. Zgoda – detergentowy, ale o to przecież w tym przypadku chodzi, prawda? To zapach, który nie tylko pozwala czuć się czysto i świeżo, jakbyśmy właśnie od stóp do głów ubrali się w świeżo wyjęte z pralki rzeczy, ale to także aromat, który będzie z pewnością wyłącznie pozytywnie odbierany przez nasze otocznie. Będzie ono mało tylko jeden dylemat – czy to nasze perfumy, czy też płyn do płukania tkanin, którego używamy w naszej pralce?

L9786609

Dokładnie ten sam efekt, jeżeli nawet nie wyraźniejszy, spowoduje inny zapach z głównej kolekcji – Warm Cotton. To już stuprocentowa woń najlepszej jakości płynu do płukania tkanin. Zapach zwiewnie kwiatowy (jaśmin, kwiat pomarańczy i piwonia tworzące wszakże biało-kwiatowy abstrakt) na zdominowanym przez białe piżma fundamencie.

Zapach świeżo upranego bawełnianego T-shirtu, wypłukanego w niebieskim Lenorze. Cudo.

Clean Cool Cotton

Podobnie, choć nieco bardziej rześko i bardziej kwiatowo pachnie Cool Cotton. Odróżnia go nuta wodna, a także inny bukiet nut kwiatowych. Magnolia, jaśmin, konwalia i kwiat lnu (!) dają w sumie początkowo bardziej owocowo-kwiatowy, abstrakcyjny aromat, a subtelnie drzewna baza wyostrza całość, która – w porównaniu do zdominowanego aromatem kwiatu pomarańczy i białych piżm Warm Cotton – może faktycznie sprawiać wrażenie chłodniejszego.

Z czasem detergentowa nuta wysuwa się naprzód, powodując, że docierająca do mych nozdrzy aromat jest idealnym odwzorowaniem uwielbianego przeze mnie zapachu upranej pościeli suszącej się na słońcu i muskanej powiewami ciepłego wiatru. Doprawdy urocze.

Clean-Clean_EdT-Skin

Skin zaskakuje – detergentowe akcenty zastąpione tu zostały delikatnym kulinarnym charakterem. Oto subtelne nuty owocowe zmieszane ze smakowitym deserem złożonym z czekolady, wanilii i kokosa. Wszytko to oparte na fundamencie z Ambroxu, piżm i wetywerii. Nawet jeżeli nasza skóra nie pachnie aż tak ponętnie, to dzięki Skin to się zmieni. Przy czym to już raczej zapach pasujący do kobiet, a do tego – jak przystało na nazwę i to, czym ma pachnieć – bardzo bliskoskórny.

Clean-Clean_EdT-Rain.jpg

Z kolei w Rain nuty porzeczki, frezji, guawy i gruszki połączone z fiołkiem oraz aromatem melona ewokują, jak twierdzi twórca zapachu Richard Herpin, woń egzotycznego deszczu. Pozostaje mi wierzyć mu na słowo. Rain pachnie w swej istocie lekko owocowo i lekko zielono, najmniej – a właściwie w ogóle – nie detergentowo i najbardziej wtórnie i tradycyjnie z wszystkich tu prezentowanych. Wciąż jednak oczywiście bardzo przyjemnie i – podobnie jak Skin – wykazuje większe powinowactwo wobec kobiecej skóry. Co ciekawe w sercu zapachu wyłaniają się też znane ze Skin nuty czekolady i kokosa.

 

Zapachy CLEAN wale nie są tak linearne, jak deklaruje marka. Wyczuwam w nich jednak subtelne zmiany w czasie, choć faktycznie gównie pomiędzy zwykle bardzo rześkim otwarciem, a sercem będącym tematem zapachu. I faktem jest, że to temat zwykle trwa długo, zaś baza nie ujawnia się jako taka, stanowi zaś fundament i utrwalacz tematu.

Testowanie wód toaletowych CLEAN z głównej linii było dla mnie bardzo przyjemną odskocznią od tradycyjnej, luksusowej, mainstreamowej, a także niszowej i awangardowej perfumerii, z jaką mam zwykle do czynienia. Zapachy CLEAN są świetnie wykonane i mają niewątpliwy urok. Jestem fanem świeżości w perfumach, a CLEAN gwarantuje najróżniejsze jej odsłony. Znalazłem wśród nich swoich faworytów: Fresh Laundry, Warm Cotton i Cool Cotton to „moja trójka” doskonale przygotowana do tego, by przez większość dnia zapewnić poczucie bycia „świeżo wyprawnym i wysuszonym w słońcu i na wietrze”. To naprawdę wyjątkowe uczucie, mówię Wam. Musicie tego po prostu spróbować. Naprawdę!

Wkrótce ciąg dalszy penetrowania aromatów tej marki w nieco jednak innym wydaniu w kolekcji Reserve. Już wiem, że będzie inaczej, ale …. zaskakująco dobrze.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

The House of Oud – kiedy Włoch spotyka Araba (Saudyjczyka)…

Za marką The House of Oud stoi międzynarodowy duet. Para biznesowych wspólników, partnerów, których połączyła pasja do perfum i… oudu.

Efektem ich pracy jest kolekcja (a dokładnie dwie) pachnideł, których cechami wspólnymi są niezwykłych kształtów i barw flakony (trzeba oddać, że spektakularne) oraz to, że każda kompozycja rzekomo zawiera w formule oud. Stąd też nazwa brandu. Nie znaczy to jednak, że w każdym pachnidle ten oud jest ewidentnie wyczuwalny. Stanowi natomiast – wedle informacji twórców – element receptury każdego z nich. Za ten „wszędobylski” oud odpowiedzialny jest Saudyjczyk Mohammed Abu Nashim, człowiek opętany miłością do esencji z zagrzybionego drewna agarowego. Można i tak, prawda? Przeciwwagę dla niego stanowi Włoch Andrea Casotti, który w pewnym momencie procesu opracowywania koncepcji marki i perfum tworzących obie kolekcje postawił na swoim i nie dopuścił do tego, by – jak tego chciał jego wspólnik „w zbrodni” – każde pachnidło The House of Oud emitowało wyraźną oudową nutę. Czy to dobrze? Trudno powiedzieć. Dyskutowałbym z tym, ale zamiast tego przejdę to opisania swoich wrażeń z testów poszczególnych perfum.

 

Desert Day – dzień na pustyni

To kolekcja pięciu pachnideł zdominowanych przez nuty przyprawowe i drzewne. Sprawiają wrażenie dedykowanych raczej męskiej klienteli.

HoO Day

Golden Powder pachnie suchymi przyprawami i drewnem. Najpierw przeważają cynamon i gałka muszkatołowa, później górę biorą esencje drzewne – cedr, sandałowiec, gwajak. Baza z początku jest ciepła, wypełniona labdanum, wanilią, tonką i kwiatem tytoniu. Finał zaś sucho-drzewny, niestety dość cichy.

Owocowo drzewny Wonderfly zawiera wedle źródeł unikatową w perfumerii esencję z jagód goi, pachnie na początku słodko-owocowo z subtelnym akcentem ziemi. Później jest bardziej drzewne, sama głębia to już suche drewno, które wydaje się być podstawą większości pachnideł The House of Oud.

Blessing Silence to jedyne wyraźnie oudowe pachnidło The House of Oud. Klasycznie arabskie połączenie oudu z różą i szafranem skutkuje aromatem dobrze znanym z propozycji wielu marek (m.in. Montale, Bond No.9, Heeley, Maison Francis Kurkdjian) przedstawionym tu wszakże w sposób wyjątkowo przekonujący. Blessing Silence to mój faworyt w kolekcji Desert Day, zapachowe odzwierciedlenie wieczoru na pustyni, woń upalnego gorąca u schyłku dnia. Mocna rzecz. Magnetyzująca i mistyczna.

THE-HOUSE-OF-OUD-Blessing-Silence-75ml-EDP-957x1024

Breath of the Infinite to najdziwniejszy zapach z obu kolekcji, pachnący bardzo… chemicznie. Trudno to nawet nazwać klasycznymi perfumami. To raczej olfaktoryczny obraz pustyni, namalowany bardzo oszczędnymi środkami. Ambroxan, cashmeran, ślad jakiejś nieokreślonej nuty owocowo-kwiatowej, która zresztą przedziwnie nabiera z czasem większej wyrazistości, jakby wynurzała się z gorącego piasku. Całość raczej dysonansowa, sucha, dusząca… Pachnie jak rozgrzany słońcem piasek. Może o to właśnie chodziło? Jeśli tak, to OK. Rozumiem. Ale nie kupuję.

Wind Heat przedstawia się zdecydowanie lepiej. Ma przyprawowy początek z obecnym przez pierwsze kilkadziesiąt sekund pieprzem, następnie wybijająca się gałką muszkatołową, spod której wyłania się stopniowo stanowiący serce zapachu aromat będący mieszanką irysa, cedru, wetywerii i oudu. Orientalna kompozycja o intrygującej, pikantnej nucie ze zmysłowym sercem i ładnym suchym drzewnym finiszem. Zdecydowanie jeden z moich faworytów w ofercie marki.

The-House-of-Oud-Wind-Heat-Eau-de-Parfum-Spray-63744

 

Klem Garden – dzień w ogrodzie Klem

Na tę kolekcję także składa się pięć pachnideł, tyle że o wyraźnie innym charakterze od tych budujących Desert Day. Więcej tu nut kwiatowych i owocowych, mniej arabskiego orientu. Intensywność, gęstość i trwałość tych pachnideł pozostaje na podobnym, ponadprzeciętnym poziomie.

HoO GArden

Grape Pearls to całkiem udane połączenie kulinariów i piżm oraz subtelnej drzewnej bazy. Oto nuty owoców (konkretnie rzekomo winogron) w towarzystwie kawy na oudowym podkładzie. Poukładane w sposób, jaki znamy z perfum Mancera (Aoud Cafe) czy Montale (Intense Cafe) aczkolwiek z większą gracją. Bardzo przyjemne, uniseksowe, zmysłowe pachnidło. Tylko?

Dates Delight jest kulinarnym, słodkim zapachem orientalnym, w którym nuta suszonych owoców połączona została z żywiczną bazą oraz nuta słodkiego tytoniu a’la Tuscan Leather Toma Forda.

Cypress Shade – wg Andrei Casottiego –  zostało stworzone z myślą o perfumowych maniakach, blogerach, miłośnikach woni niebagatelnych, złożonych, fascynujących. W jego formule – obok cytrusów, nut zielonych (petit grain, kolendra, mięta) zawarto esencję z cedru z Madagaskaru oraz bardzo wyraźną, wzmacniającą się z czasem nutę wetywerii. Oud jako taki nie ujawnia się tu indywidualnie. Po kilkunastu minutach od aplikacji na skórze wetyweria zaczyna dominować i – trzeba to przyznać – pachnie wyjątkowo, głęboko, intensywnie. Z czasem zaczyna przybierać nieco mydlanego, „czystego” charakteru, trochę w kierunku Original Vetiver Creeda. Nie dziwi mnie, że to ulubione przez panów perfumy The House of Oud. To także jeden z moich ulubieńców w ofercie tej marki. A już na pewno ulubiony w kolekcji Klem Garden.

THE-HOUSE-OD-OUD-Cypress-Shade-75ml-EDP-969x1024

 

Almond Harmony  –  tytułowy migdał jako początkowo dominująca nuta, w towarzystwie nut kwiatowych, w tym heliotropu (rzecz jasna) na balsamiczno-tonkowej (o tak) bazie. Heliotropina i tonka plus wanilia gwarantują słodko-migdałowy efekt obecny w pierwszej i drugiej fazie trwania zapachu. Początkowo intensywny, że aż zgrzyta między zębami. Później spod tej słodkiej pierzyny przebija się nieśmiało nuta kwiatowa, ale bardziej w typie narcyza lub lilii, niż jaśminu czy ylang, które widnieją w oficjalnym spisie nut. I tak to sobie trwa, aż zniknie…

Ładne to, słodkie, smakowite. I nie można od tego przytyć. Same zalety.

Empathy ma kręcące w nozdrzach, przyprawowo(pieprz?)-owocowe (malina?) intro, po którym nabiera nieco bardziej kwiatowego charakteru, zachowując przy tym wdzięczną owocowość. Ten owocowo-kwiatowy akord wiodący osadzony został na ładnie przedłużającej całość drzewno-mszystej bazie, z której wszakże najwyraźniej czuję cashmeran. Ładne, choć bardzo schematyczne.

 

Pachnidła The House of Oud okazały się zupełnie inne od tego, czego spodziewałem się po nazwie marki. Miałem nadzieję na kawał bezkompromisowej arabskiej perfumerii, przepełnionej prawdziwym oudem (ceny flakonów pozwalałyby na to) w różnych wydaniach. Miast tego dostałem zestaw, a właściwie dwa zestawy perfum, które z Arabią wspólnego mają bardzo niewiele. Przy czym kolekcja Desert Day generalnie wypada tu lepiej i w niej można odnaleźć ślady arabskiego sznytu, w pełni wyczuwalnego tylko w Blessing Silence. Broni się też Wind Heat, choć już nie tak ewidentnie. Z kolei kolekcja Klem Garden to raczej zestaw bardziej owocowych niż kwiatowych pachnideł orientalnych, nie wyróżniających się niczym specjalnym może poza sporą gęstością samych aromatów. Ale i tu mam swego faworyta – Cypress Shade (tu akurat ani kwiaty ani owoce nie odgrywaj istotnej roli), a to dzięki całkiem oryginalnemu i naprawdę efektownemu potraktowaniu wetywerii. W sumie trzy dobre pachnidła na 10. Nieźle, czy źle? Hmm….

Panie Casotti, dlaczego czuję się nabijany w piękną butelkę?

 

 

PS. Perfumy The House Of Oud można przetestować i zakupić w Perfumerii Quality Missala.

 

 

 

 

Olfactive Studio „Flash Back in New York” – śnieg w metropolii

Fotografia obsypanego śniegiem Nowego Jorku, autorstwa nowojorskiej fotograficzki  Vivienne Gucwa, stała się kanwą dla nowych perfum niszowej marki Olfactive Studio. Po raz pierwszy skomponowania perfum dla Céline Verleure podjął się znany ze współpracy m.in. z Byredo i Atelier Cologne perfumiarz firmy Robertet, Jérôme Epinette. Rezultat jest absolutnie godny uwagi. Flash Back in New York to doskonałe niszowe pachnidło.

Olfactive Studio Flash Back in NY picture

Na całość tego pachnidła składają się trzy elementy: wyraźny przede wszystkim na początku element przyprawowy, z kminem, szałwią i szafranem, następnie skórzany – będący efektem połączenia skórzanej nuty z dziegciem brzozowym (pamiętacie Le Labo Patchouli 24?) oraz drzewny – zbudowany z wetywerii i papirusu. Całość pachnie bardzo intrygująco, wytrawnie, trochę kwaskowo, trochę żywicznie, wyraźnie i długo.

Przyprawy mieszają się tu z suchym drewnem i subtelnie skórzaną aurą. Flash Back in New York ma niszowy, wysublimowany i wyrafinowany charakter. To jedna z najciekawszych propozycji Olfactive Studio – marki mającej w swoim portofolio niemal wyłączne warte uwagi pachnidła.

jerome epinette 01

Zbyt wiele tu moich ulubionych nut, by Flash Back in NY nie przypadł mi do gustu. Podoba mi się. Nawet bardzo. Zbyt wiele tu jednak (i to chyba nieprzypadkowego) podobieństwa do pewnego – ostatnio kultowego w pewnych kręgach – pachnidła, by móc określić najnowsze dziecko Olfactive Studio oryginalnym czy unikatowym. Tak, takie były moje pierwsze skojarzenia, potwierdzone później testami porównawczymi.  Flash Back in NY to zapach bardzo mocno przypominający mi Santal 33 od Le Labo. Tyle że kompozycja Epinette’a jest bardzo wyważona, gładsza, mniej surowa i delikatniejsza od niesamowicie intensywnego i bardziej surowego dzieła Franka Voelkla. Niemniej, oba zapachy są do siebie bardzo podobne, choć oczywiście nie identyczne.

Jakiś czas temu wśród tej bardziej snobistycznej i wyrafinowanej części Nowojorczyków zrodziła się moda na Santal 33 od Le Labo. Zapach ten stał się podobno prawdziwym niszowym hitem w tym mieście. Flash Back in NY Olfactive Studio wydaje się logiczną na niego odpowiedzią. A może to tylko przypadek?

Wątpię.

Olfactive Studio Flash Back in NY

nuty głowy: kmin, szałwia muszkatołowa, biały len, szafran

nuty serca: fiołek, jaśmin, toskańska skóra

nuty bazy: dziegieć (smoła brzozowa), papirus, wetiwer, bób tonka

nos: Jerome Epinette

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0

 

Piotr Czarnecki – „Scent of Dance”, czyli jak z tańca zrobić perfumy?

O Piotrze Czarneckim, a właściwie o tworzonych przez niego perfumach, chciałem napisać na Perfumowym Blogu już kilka lat temu przy okazji niebywałego sukcesu, jaki odniosły perfumy jego autorstwa. Mowa tu o Sensei (2013), dzięki któremu Piotr – na codzień instruktor tańca i właściciel szkoły tańca – znalazł się w gronie finalistów amerykańskiego The Art and Olfaction Awards w 2014 roku i osobiście wziął udział w uroczystej gali z okazji przyznania nagród, która odbyła się w Los Angeles.

Piotr Czarnecki
Piotr Czarnecki, copyright Agencja Gazeta

Mimo, że byliśmy w kontakcie, nie składało się jakoś i recenzja Sensei nigdy nie powstała. Na szczęście okazało się, że Sensei – ten prawdziwy precedens w historii polskiego perfumiarstwa – miał swój ciąg dalszy. Piotr zachęcony jego sukcesem (przemianował go na Shihan) następne lata wykorzystał pracując nad kolejnymi pachnidłami. Już rok po premierze Sensei, perfum o raczej męskim charakterze, światło dzienne ujrzał Shihan She, perfumy przeznaczone dla kobiecej skóry. Zeszły rok przyniósł zakończenie prac i wylansowanie trzech kolejnych pachnideł Piotra: Kiviskin, Bleubijou i Venom of Angel.

Dzięki uprzejmości Piotra mam dziś w końcu okazję podzielić sie wrażeniami na temat jego perfumowej twórczości. Zacznijmy – a jakże – od Shihan.

 

Sklep kolonialny

Pamiętacie jeszcze, jak pachnie słynny pierwszy zapach Comme des Garcons? Shihan przypomina mi go w pierwszych minutach. Podobne połączenie nut przyprawowych (z goździkiem i cynamonem w rolach głównych) z ambrowym tłem. Shihan dodatkowo jeszcze emituje jakże mi drogie nuty nut kawy,  whiskey i tytoniu, zamieniając się w coś, co określiłbym zapachem wnętrza sklepu kolonialnego. Aromat ten nie po raz pierwszy został zamknięty we flakonie perfum. Nie jest więc Shihan w żadnej mierze oryginalny, ale jak debiut perfumiarza – amatora z pewnością zasługuje na uwagę i uznanie. Poza tym pachnie naprawdę ładnie – jest zbalansowany, nasycony, złożony. Ale – przy całym swoim uroku – nosi kompozycyjnie wyraźne cechy debiutu, intryguje owszem początkowymi nutami, które trzymają się jeszcze nieźle w fazie serca, zapach mocno gaśnie w drydownie i czegoś mu tu wyraźnie brakuje.

shihan

główne nuty: goździk, kawa, whiskey, ambra,

 

Karmelowa róża

Choć Shihan to bezdyskusyjnie uniseks, Piotr zdecydował się na stworzenie także jego damskiego „odpowiednika”. She Shihan zbudowane zostało na kanwie poprzednika, ale perfumiarz ozdobił go nutą róży oraz śliwki. Przyznać muszę, że efekt jest naprawdę dobry, bo obie te nuty połączyły się w jeden akord o oryginalnej woni, wcale nie ewidentnie kwiatowej czy owocowej, ale za to wyraźnie kobiecej. Przyprawowy charakter poprzednika złagodził zaś puchatą wanilią. W rezultacie w sercu She Shihan pachnie jak róża oblana karmelem i muszę przyznać, że jest to zapach bardzo przekonujący i skazany na uwielbienie przez panie. Dzięki olejkowi różanemu She Shihan lepiej emanuje ze skóry i ma w sobie znacznie więcej życia, niż dość statyczny i stateczny Shihan. Wanilia okupuje bazę stanowiąc ładne zwieńczenie całości.

shihan she

główne nuty: róża, śliwka, przyprawy, wanilia

 

Zielona skóra

Kiviskin od pierwszych nut zaskakuje niszowym charakterem, który na pierwszym etapie początkowo kojarzy mi się z estetyką niektórych pachnideł Oliviera Durbano. Akord otwarcia jest naprawdę intrygujący i bardzo mocny. Wirująca mieszanka zielonej nuty fiołkowej i sporej dawki kręcących w nosie przypraw (szafran, pimento, gałka muszkatołowa) spodoba się poszukiwaczom mocniejszych i zupełnie niesztampowych wrażeń perfumeryjnych. Aromat ten – siłą rzeczy – niczym huragan sieje spustoszenie w naszych nozdrzach (i zapachowej pamięci – obrazki wspomnień zmieniają się jak w kalejdoskopie), by dość gwałtownie zniknąć i pozostawić po sobie woń powalonych drzew cedrowych, nad którymi unosi się zapach orzechów oraz – uwaga – skóry. Teraz z kolei bliżej mu do niektórych propozycji L’Artisan Parfumeur z okresu współpracy z Bertrandem Duchaufourem (zieleń Timbuktu połączona z orzechami Mechant Loup). Z czasem centralną nutą zapachu staje się skóra, której zwiastun wyczuwalny jest tak naprawdę już na samym początku. Kiviskin to bardzo oryginalne i intrygujące pachnidło zielono-skórzane. Czuć, że Piotr poszukuje nowych akordów i to z powodzeniem. Sam choć przewąchałem już wiele perfum, nigdy wcześniej takiego aromatu nie spotkałem.

kiviskin

główne nuty: przyprawy, fiołek, orzech, cedr, skóra

 

„Na (zielone) jagody”

Owocowo-zielone intro o potężnej mocy stopniowo traci swą niesamowicie intensywną zieloność i przechodzi w łagodniejsze, nieco bardziej owocowe serce, spod którego przebija słodkawa nuta kawy i coś jeszcze, jakaś nuta, której nie umiem zidentyfikować (może to wspomniana w składzie borówka?). Kontrast – ten środek artystycznego wyrazu potrafi być w perfumerii szczególnie efektowny, gdy umiejętnie zbalansowany. Połączenie nut w przyrodzie niewystępujące, nieodczuwalne także w naszym otoczeniu, może wzbudzić zainteresowanie, a nawet zachwyt, ale może też mieć czasem szokujący charakter. W Bluebijou stosuje kontrast zielone-słodkie, co troszkę szokuje i troszkę zachwyca. Wynikać to może ze zbyt przytłaczającej w swej mocy zawartości zielonej esencji fiołka i zbyt małej kawowo-czekoladowej przeciwwagi. Potrzeba sporo czasu, by zapach ułożył się w całkiem przyjemny aromat raczej linearny, który niewiele się zmienia w czasie poza tym, że traci (bardzo powoli) swój pierwotny impet, aby na końcu uraczyć nas mocnym piżmowym drydownem, na wierzchu którego czuć resztki kawy.

bluebijou

główne nuty: fiołek, borówka, kawa, piżmo

 

Anielski jad

Chyba najbardziej „perfumowy” z wszystkich perfum Piotra – póki co. Mam na myśli to, że pachnie bardziej profesjonalnie, a mniej rzemieślniczo. Nie znaczy to, że pachnie gorzej od innych. Przeciwnie – Venom of Angel to mój ulubione pachnidło Piotra Czarneckiego. Przede wszystkim akordy są tu trudne do rozszyfrowania, czuć efekt synergii składników, zapach stanowi monolityczną całość, ciekawie się rozwija i naprawdę dobrze sprawuje się na skórze przechodząc od słodkawo-pikantnego początku z wyraźną nutą kokosa niesioną w przestworza przez czarny pieprz, przez intrygujące, słodkawo-zielone (aloes, bluszcz, trzcina cukrowa) serce, aż po bardzo charakterystyczną, dość wyraźną i sygnaturową bazę z m.in. cedrem, która kojarzy mi się nieco z finiszem fougere. Jest w niej ten męski pierwiastek charakterystyczny dla perfum tego gatunku.

Testując Venom… w „teście niewidomego” mógłbym spokojnie pomyśleć, że to kolejne perfumy jednej z bardziej zapachowo przyjaznych marek niszowych lub kolejna propozycja jednej z marek designerskich słynących z bardziej odważnych i wymagających jak na mainstream kreacji. I nie traktuję tego jako zarzutu, tylko raczej jako komplement dla rozwijającego się warsztatu Piotra. Jako całość Venom of Angel to wg mnie jego najbardziej dojrzałe perfumy. Absolutnie uniseksowe, a nawet – w drydownie – bardziej męskie.

venom

główne nuty: kokos, aloes, bluszcz, trzcina cukrowa, cedr

 

Piotr Czarnecki wyraźnie się rozkręca. Jego najnowsze pachnidła dobitnie o tym świadczą. Nasz rodzimy perfumiarz ma intrygujące pomysły, które z powodzeniam przekłada na olfaktoryczne opowieści, a te nie tylko interesująco pachną na testowym papierku, ale również – a może nawet przede wszystkim – na skórze, ciesząc noszącego i intrygując otoczenie. Co jest szczególnego w perfumach Piotra to fakt, że są one autentyczne. To małe dzieła perfumowej sztuki, zapachowe zwieńczenia wizji i poszukiwań Piotra, ograniczonych jedynie paletą dostępnych składników i jego umiejętnościami. Tu nie ma kalkulacji. Jest za to szczery artystyczny przekaz. Trzymam kciuki za rozwój perfumowej działalności Piotra, mając nadzieję, że stworzy on kiedyś perfumy dedykowane mężczyznom – takie z wetiwerową dominantą, bergamotą, tytoniem, mchem dębowym i … dużą dawką jego talentu.

 

PS. Dla zainteresowanych poniżej reportaż o Piotrze i jego perfumiarskiej pasji.

Carner Barcelona – „Oriental Collection”, ślepy zaułek w Barcelonie

Po całkiem udanej Black Collection i nijakiej Floral Collection, chyba najbardziej znana hiszpańska perfumowa marka niszowa przedstawiła właśnie Oriental Collection, na którą – podobnie jak w przypadku ostatnich wyżej wymienionych dwóch dwóch kolekcji – składają się trzy pachnidła.

Carner Barcelona Oriental Collection

Megalium

Przyprawiona cynamonem, gałką, pimento i pieprzem słodko-żywiczny kadzidlak. „Ale to już było” i to wielokrotnie. I to dawno temu. Wciąż jednak – jak widać – lubi wracać, mimo że przecież słowa piosenki mówią coś zupełnie innego…

Botafumeiro

Przyprawiony pieprzem i gałką kadzidlak, rozpoczynający się bardzo podobnie do słynnego Bois d’Encens Armani Prive (choć wstęp jest mniej pikantny i drzewny, za to złagodzony przez cytrusy), dość szybko jednak tracący początkowy impet i w przeciwieństwie do przywołanego dla porównania arcydzieła minimalizmu Michela Almairaca, Botafumeiro nie oferuje nic interesującego poza wspomnianym początkiem. Szkoda.

Ambar del Sur

Po prostu żywiczny, ciepły zapach ambrowy, jak dziesiątki innych. Nuda.

Carner Oriental

Oriental Collection potwierdza wg mnie na to, że Sara Carner wyraźnie skręciła w ścieżkę komercyjną. Granie znanych i przyjemnych melodii niejednemu już przyniosło zyski, choć niekoniecznie chwałę. Zapachy te są poprawne. Tyle i tylko tyle. Cechuje je wtórność i zachowawczość oraz raczej dyskretny charakter. Już Black Collection trochę niepokoiła wtórnością, choć same zapachy broniły się jakością. Flower Collection niczym mnie nie zachwyciła. Ostatnie wg mnie naprawdę intrygujące i udane pachnidła Carner to Paolo Santo i Costarella. Także w najstarszej Woody Collection znajdziemy znacznie lepsze pozycje, niż te składające się na miałką w mojej ocenie Oriental Collection. I nawet te piękne flakony jej nie ratują. Niestety.