Papillon Artisan Perfumes – rodzaj piękna

Artisanal perfumers to stosunkowo nowe określenie na coraz liczniejszą rzeszę perfumiarzy-amatorów, którzy tworzą swoje pachnidła w warunkach domowych, wykonując całość prac samodzielnie i oferując swoje olfaktoryczne dzieła w bardzo małych nakładach i wąskiej dystrybucji. Bardzo często twórcy ci bazują niemal wyłącznie na składnikach naturalnych, przez co ich perfumy mają zwykle charakterystyczny retro sznyt. Określenie artisanal perfumers powstało po to, by odróżnić tę grupę niezależnych twórców od tzw. perfumowej niszy, w której od lat funkcjonują znane marki, wspierane często przez potężny kapitał (choćby L’Artisan Parfumeur, Frederic Malle, Le Labo, By Killian, Amouage, Diptyque i wiele innych), a dla których kompozycje zapachowe tworzą zawodowi perfumiarze, a produkcja i dystrybucja odbywa się w szerokiej skali.

liz-moores-full

Liz Moores – twórczyni Papillon Artisan Perfumes – to doskonały przykład artisanal perfumer. Swoje kompozycje z pietyzmem tworzy w domowym atelier od 2010 roku, używając – jaką sądzę po ich charakterze – wyłącznie naturalnych esencji i absolutów. Jej pachnidła to efekt prawdziwej olfaktorycznej pasji. Jednocześnie to wspaniałe przykłady na to, czym może być współcześnie perfumeria artystyczna, tworzona w mikro skali, z pasją i zaangażowaniem oraz niewątpliwym talentem, którego Liz Moores nie można odmówić. Już na podstawie pierwszych czterech zapachów, jakie skomponowała, śmiało wymienię ją jednym tchem z takimi twórcami, jak Antonio Gardoni z Bogue Profumo, Angelo Orazio Pregoni z O’Driu Perfumes, Laurie Erickson z Sonoma Scent Studio czy Vero Kern z Vero Profumo.

 

Anubis – zamszowy szypr

Liz rozpoczęła pracę nad pierwszymi pachnidłami w 2010 roku nie myśląc jeszcze wówczas o stworzeniu własnej marki. Jak sama przyznaje, komponowała je wyłącznie dla siebie. Chciała zrealizować swoje zapachowe wizje i marzenia. Szczególnie pierwszy zapach – Anubis (z początku nazwany przez nią My Perfume) – miał bardzo osobisty charakter. Liz tworzyła go wyłącznie z myślą o sobie i zawarła w nim wszystkie elementy, które sama w perfumach kocha najbardziej: jaśmin w formie absolutu, dymne kadzidło frankońskie z odrobiną cytrusów, ziemisty różowy lotos, róża, szafran, kolejne „warstwy” żywic na bazie naturalnej wanilii i drewna sandałowego. Liz przyznaje, że praca nad tym zapachem była wyczerpująca, głównie ze względu na duże nagromadzenie w nim ingrediencji i nieustanne próby ich wzajemnego dostrojenia. W tym samym czasie rozpoczęła czytać książkę poświęconą Starożytnemu Egiptowi i zdała sobie sprawę, że 80% składników, jakich użyła w formule, to substancje, które były stosowane do mumifikacji zwłok. Ten swoisty punkt zaczepienia pozwolił Liz na większe ukierunkowanie swojej pracy nad tym zapachem oraz zainspirował ją do nadania mu konkretnej nazwy: Anubis (egipski bóg mumifikacji i życia pozagrobowego).

 Anubi bóg

Anubis rzeczywiście robi wrażenie mocno złożonego, w przewadze jednak ze składników okupujących dolne rejestry olfaktoryczne. Wyczuwam w nim głównie barytonowy akord żywiczny, odrobinę trudnej do zidentyfikowania kwiatowości (lotos) i całkiem wyraźny akord skórzano-zamszowy z szafranową posypką. Wszystko to układa się w coś w rodzaju skórzanego szypru. Anubis trzyma się blisko skóry przez bardzo długi czas. Zapach ma niewątpliwy urok, a wiodący aromat ma  w sobie coś intrygującego. Jednocześnie jednak czuć, że to debiut i to chyba trochę „przekombinowany”, przez co zbyt mocno monolityczny, jednowymiarowy, tak jakby przesadnie obfite nagromadzenie wszystkich ulubionych przez Liz składników przekroczyło masę krytyczną i miast ich synergii otrzymała ich wzajemne znoszenie się. Niemniej efekt końcowy – szczególnie jak na debiut – jest naprawdę wart uwagi i nie dziwi jego powodzenie. Już na etapie debiutu twórczość Liz Moores została zresztą zauważona i doceniona, a Anubis został w 2015 roku finalistą w konkursie The Fragrance Foundation w kategorii Najlepszy Nowy Zapach Niezależny.

papillon-anubis

główne nuty: egipski jaśmin, różowy lotos, zamsz, nieśmiertelnik, kadzidło, szafra

 

Tobacco Rose – róża na wilgotnym sianie

Liz wspomina, że gdy nosiła Anubis, jej znajomi często pytali ją o jej perfumy. W efekcie zaczęła zaopatrywać ich w małe flakoniki. Zarobione w ten sposób pieniądze pozwoliły jej na sfinalizowanie prac nad drugim zapachem, o którym marzyła – z różą w centrum. Tobacco Rose zostało zainspirowane wonią róż rosnących w ogrodzie Liz, które potężna burza jednej nocy pozbawiła życia. Liz nie chciała komponować kolejnego wesołego, świeżego, „zwykłego” zapachu różanego. Zależało jej na uwzględnieniu tych bardziej mrocznych aspektów życia kwiatu i życia w ogóle – cierni, kolców, śmierci, rozkładu. Stąd prócz wzmocnionych geranium dwóch różanych absolutów – z róży stulistnej i damasceńskiej – użyła pochodzącego z Włoch absolutu z siana, wosku pszczelego i specjalnego akordu piżmowego, nadającego całości głębi. Co ciekawe, w formule Tobacco Rose nie ma grama tytoniu, natomiast tytoniową nutkę zawiera wspomniany absolut z siana.

bulgarian-rose

Tobacco Rose to róża niebanalna i w swej unikatowości naprawdę piękna. Aromat jest gęsty, a różany akord jest nieco zielony i ziemisty, wyraźnie złamany trawiasta nutą siana i pogłębiony akcentami animalnymi pochodzącymi z wosku pszczelego i szarej ambry. Mech dębu wraz z sianem budują quasi-szyprowe tło. Zapach ładnie układa się na skórze i przez wiele godzin emanuje wyraźnym różano-drzewnym, lekko animalnym aromatem, który zdecydowanie zapada w pamięć. Dzięki aspektowi drzewnemu, jak sądzę, Tobacco Rose tak dobrze koresponduje również z męską skórą. Zapach jest bardzo intensywny i ekspansywny oraz bardzo trwały.

papillon-tobacco

główne nuty: róża bułgarska, róża majowa, geranium, mech dębowy, wosk pszczeli, siano, szara ambra

 

Angélique – irysowy pył

Ostatnim z debiutanckiego tercetu jest Angélique, będący wedle słów Liz wyrazem uwielbienia dla rosnących w jej ogrodzie kwiatów Iris Pallida i jednocześnie hołdem dla jej ukochanych dzieci. Perfumiarka przyznaje bowiem, że gdy pierwszy raz w życiu powąchała irysowy konkret, było to dla niej bardzo poruszające przeżycie. Ta niezwykła woń odtąd kojarzy jej się melancholijnie z zapachem skóry jej dzieci.

iris_pallida_2290506a_1000px

Angélique otwiera się jednym z najpiękniejszych irysów, jakie dotąd spotkałem. Lekko pudrowy, lekko drzewny, odrobinę „marchewkowy”, niezwykle naturalny. Emanuje spod niego delikatny, kwiatowy akord, który na dobre ujawnia się po tym, jak już opadnie złocisty irysowy pył. Subtelną drzewną bazę tego delikatnej urody zapachu budują kadzidło i cedr. Obok najdoskonalszej jakości konkretu z irysa (Liz przyznaje, że używa najlepszego dostępnego na rynku gatunku konkretu z Iris Pallida), w formule Angélique zastosowała jeszcze kilka innych kwiatowych ingrediencji: mimozę, osmatus i Champaca. Całość zdecydowanie wyróżnia się wysublimowaną, kruchą urodą i kobiecą delikatnością, a szlachetna woń kłącza irysa przydaje Angélique luksusowej aury.

papillon-angelique

główne nuty: osmantus, biała Champaca, irys Pallida, mimoza, kadzidło, cedr

 

Salome – piękność nocy

Ostatnim jak dotąd zapachem skomponowanym przez Liz Moores jest jej chyba najbardziej sławne i docenione, a w niektórych koneserskich kręgach wręcz otoczone kultem Salome z 2014 roku. No bo jeżeli zachwycił się nim sam Luca Turin, pisząc entuzjastyczną recenzję na łamach arabia.style.com, nie wspominając o rzeszy zachwyconych znanych perfumowych bloggerów, to coś musi być na rzeczy. Gdy do tego dodamy nominacje w dwóch kategoriach FIFI Awards 2016 oraz nagrody Art and Olfaction Awards i czytelników portalu Basenotes, to o przypadku nie może być mowy. Jak wspomina Liz, chciała tym razem stworzyć coś głęboko zmysłowego, ale jednocześnie prowokującego, odrobinę kontrowersyjnego, bez popadania jednak w skrajności, tak by były to wciąż dobrze noszące się perfumy. Zależało jej, by był to klasyk na podobieństwo tych sprzed epoki IFRA. Długo poszukiwała odpowiednich składników i odpowiednich relacji pomiędzy nimi. Efekt przeszedł chyba także jej najśmielsze oczekiwania. Narodziła się Salome – kobieta piękna i niebezpieczna zarazem…

salome

Absolut z jaśminu, turecka róża i esencja z kwiatu pomarańczy tworzą klasyczny kwiatowy trzon Salome. Od góry zapach rozjaśnia duet bergamotki i gorzkiej pomarańczy. Ten z natury przyjazny i przyjemny aromat Moores postanowiła złamać ciemnym tytoniem i sianem oraz ocieplić żywicą styraxową i dębowym mchem. W ten sposób nadała Salome charakteru klasycznego kwiatowego szypru. Ale to nie koniec. Kropką nad i jest tu wyrafinowany akord animalny, złożony z (syntetycznych) kastoreum i cywetu oraz z naturalnego pochodzenia hyraceum (tzw. Afrykański kamień, o którym szerzej pisałem tu). Ten kluczowy dla całości akord dodaje oldskulowego, animalnego, zmysłowego i nieco męskiego szlifu, dopełniając i paradoksalnie jednocześnie zaburzając harmonijną urodę Salome.

Każdy etap tej klasycznej konstrukcji zasługuje na pochwałę, ale akord bazy to już absolutny majstersztyk, który swym charakterem przywodzi na myśl takie arcydzieła jak przedreformulacyjny Antaeus Chanel czy Aromatics Elixir Clinique, także pod względem potężnej mocy i ekspansywności.

Podobny, choć wg mnie nie tak spektakularny i urodziwy efekt osiągnął twórca kultowego już Maai Bogue Profumo, niejaki Antonio Gardoni. Również ostatnia głośna premiera Zoologist Perfumes pod wymowną nazwą Civet penetruje podobne obszary zapachowe. Choć oba te pachnidła są bezdyskusyjnie świetne, to jednak dzieło Liz Moores ma w sobie coś wyjątkowego, coś co każde zachwycić się nim bez reszty.

Błysk geniuszu? Niewykluczone.

papillon salome.png

główne nuty: jaśmin, turecka róża, goździk, Afrykański kamień (hyraceum), kastoreum, cywet, piżma

 

Po zapoznaniu się z perfumami Papillon (za umożliwienie czego dziękuję polskiemu dystrybutorowi marki – perfumerii Mood Scent Bar) nie mogę pozostawić tej niezwykłej kolekcji bez puenty. Otóż wg mnie pachnidła Liz Moores to wspaniałe przykłady perfumowej Sztuki. To najwyższej próby olfaktoryczne skarby, które poruszają bogactwem, harmonią, wielowymiarowością i nostalgią za czasami, gdy perfumeria była Wielka i tylko dla wybranych. Jest w nich melancholia i pewien dekadencki urok. Jest też moc i siła wyrazu niedostępne większości współcześnie powstających perfum. Wszystkie cztery zasługują na najwyższe noty. Każde z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Nie umniejszając nic pięknej kobiecej delikatności Angelique i orientalnej tajemniczości Anubis, mój osobisty wybór pada na majestatyczne Tobacco Rose i fenomenalne, powalające Salome, które zasługuje na miano perfumowego Arcydzieła.

Tymczasem czekam na kolejne perfumy Papillon z cichą nadzieją na coś klasycznie męskiego, np. jakiś animalny szypr z kastoreum, różą, woskiem pszczelim, wetywerią, mchem dębowym i czym tam jeszcze…?

Serge Lutens „Clair de Musc”

Pamiętacie Bestię?

furry-beast-3

„Początkowo miód i róże. Nic nie wskazuje na to, że pod ich warstwą leży… bestia. Nie od razu, ale już po chwili czuć jej gęstą sierść. Z czasem szczypiące w nos kastoreum wygrywa z innymi składnikami. Włochaty costus dodatkowo wzmaga zapach sierści. Czystej sierści, pachnącej samą sobą… Bestia żyje. Jej rozgrzane futro uwalnia wonne molekuły dając znać otoczeniu o swej obecności. Miód i róże były tylko po to, by przyciągnąć i odwrócić uwagę, ale teraz już patrzymy prosto w oczy bestii… Jednak, im więcej czasu z nią spędzamy, tym bardziej okazuje się być ona wielkim i przyjaznym, zupełnie niegroźnym futrzakiem, tak że na samym końcu zaczynamy wręcz pałać do niej sympatią… Kolejne z nią spotkanie nie jest już tak traumatyczne, bo wiemy, po co róże i po co miód. Poznaliśmy już bestię i oswajamy się z nią, a ona z nami. Jej futrzasta nieporadność i maślane spojrzenie zaczynają wzbudzać w nas sympatię. Lubimy zwierzaka. Właśnie tak.”

Właśnie tak obrazowo kilka lat temu opisywałem Muscs Koublai Khan, niezwykłe, przepełnione zwierzęcymi aromatami piżmowe pachnidło Serge’a Lutensa. Zdecydowanie najodważniejszy zapach w jego ofercie, akceptowalny chyba tylko przez nielicznych koneserów i zapachowych freaków. Pięć lat po jego premierze duet Lutens/Sheldrake przedstawił zgoła odmienną interpretację piżmowego tematu, tytułując ją znacząco

Clair de Musc – Jasne Piżmo.

To piżmowy Dr Jecykll. Po niepokojącym Mr Hyde pozostało tylko wspomnienie. Clair de Musc nie wzbudza niepokoju. Przeciwnie – wprowadza w stan błogości. Jest delikatny, czysty, biały, jak świeżo uprana pościel. Niewinny i jasny jak aniołek w porównaniu to niedomytego futrzanego Khana.

Clair de Musc nie zawiera oczywiście wyłącznie piżm, choć tych jest tu z pewnością ponad normę i przebijają się przez dość skromną powłokę pozostałych molekuł bardzo skutecznie niemal od początku. Wstęp jest troszeczkę rozrzedzony bergamotką, po czym zaraz ujawnia się wyraźna neroli połączona z subtelnym irysem. Istotnym więc aspektem tej kompozycji jest subtelny akord kwiatowy. To on – wraz z leżącymi u podstaw białymi piżmami – buduje istotę Clair de Musc, przy czym, jak łatwo się domyśleć, z czasem piżma stają się jedynymi bohaterami tej opowieści. Piżmowa treść Clair de Musc jest tu zresztą jedną z najlepszych w swym gatunku. Szerokie – mam wrażenie – spektrum zastosowanych tu typów piżm skutkuje sporym zniuansowaniem piżmowego akordu. Pachnie on jednocześnie ciepło, otulająco, troszkę słodko, ale przez pewien czas subtelnie gryząc nozdrza nieco ostrzejszą nutką, którą zwykłem określać jako zapach rozgrzanego żelazka.

biala-posciel-hotelowa

Z natury rzeczy Clair de Musc jest zapachem bardzo trwałym, ale też przez większość czasu trzyma się blisko skóry. Emituje delikatną, nienarzucającą się woń. Tworzy aurę ciepłej, komfortowej, kojącej czystości. Z czasem staje się bardziej mydlany, a nawet pudrowy. Ma w sobie na tyle dużo kobiecości, że nie odważyłbym się nazwać go uniseksem. Ze względu na swój powściągliwy charakter, idealnie nada się na te okazje, gdy nie chcemy pachnieć głośno i intensywnie, ani zwracać uwagę swoimi perfumami, ale po prostu chcemy dobrze pachnieć i czuć się komfortowo.

Będąc pełnoprawnym pachnidłem, o jednak dość minimalistycznym charakterze i wyjątkowo dużej koncentracji klasycznych składników bazowych, jakimi są przecież piżma, Clair de Musc może też świetnie nadawać się do kombinacji z innymi perfumami, którym w ten sposób doda zmysłowej głębi i trwałości. Jakie to będą perfumy, to już wyłącznie kwestia naszej pomysłowości.

serge-lutens-clair-de-musc

 

główne nuty: bergamotka, neroli, irys, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2003

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 5,0

Roja Dove „Sultanate of Oman”

Roja Dove zadedykował  to pachnidło Jego Wysokości Sułtanowi Omanu i zapachowemu dziedzictwu jego kraju, w szczególności kadzidłu frankońskiemu, z którego pozyskiwania Oman słynie.

Ale szlachetne kadzidło jest w Sultanate of Oman zaledwie jednym z całej masy drogocennych ingrediencji poukładanych w bogate, mocne, dostojne i przepiękne perfumy orientalne, w których dominują nuty przypraw, balsamów i drzew. Wysoka koncentracja składników, głównie tych molekularnie ciężkich, a także ich proporcje względem pozostałych nut (cytrusy i kwiaty) powoduje, że to, co najistotniejsze, znajduje się w bazie tych perfum. Cała reszta skrzętnie podanych w oficjalnym spisie nut w zasadzie nie ma tu większego znaczenia.

oman-mosque

Niesamowicie wonna i głęboka mieszanka przypraw: kardamonu i szafranu, rozpuszczonych w gęstych słodkich balsamach elemi i gurjum, połączona z nutami drzewnymi papirusu, cedru, gwajaku, brzozy, sandałowca, oudu i amyrisu, wzbogacona przez duet kłącza irysa i ziarna marchwi i uszlachetniona przez kadzidło skutkuje bogatym, ale świetnie zbalansowanym, absolutnie arabskim, pełnym przepychu, wprost obezwładniającym, męskim i eleganckim bukietem zapachowym.

Przy całym swym bogactwie i niewątpliwym pięknie Sultanate of Oman nie uniknął pewnej wtórności, tyle że co to za wtórność, jeżeli pachnidło przypomina zaledwie dwa i to niszowe zapachy – African Leather Memo Paris oraz Jewel for Him M.Micallef? Szczególnie ten pierwszy zdaje się dzielić z dziełem Dove’a najbardziej charakterystyczne nuty zapachowe, ale – tu muszę poczynić pewne zastrzeżenie – Sultanate of Oman emanuje jednak większą głębią i bogactwem, jest cięższy, gęstszy, trwalszy (powyżej 12 godzin), a po dłuższym czasie zmienia się w innym kierunku, niż perfumy Memo.

Gdyby ktoś dał mi to powąchania Sultanate of Oman, nie mówiąc jakiej marki jest to pachnidło, zgadywałbym, że to jakiś nieznany mi jeszcze zapach od Amouage. Znacie Amouage? To taka marka perfumowa z … Omanu.

Jego niepozorna moc jest dość złudna. Nie atakuje on nozdrzy potężnym uderzeniem wonnych molekuł, raczej subtelnie, ale całkiem wyraźnie emituje je ze skóry przez długie godziny, jak przystało na niezwykle wysoką koncentrację czystych perfum. Obecny na nadgarstku w postaci dosłownie jednej dawki potrafi przebić się spod użytych „globalnie” zupełnie innych perfum. To istna perfumowa „waga ciężka”. Także, gdy chodzi o półkę cenową. Na oficjalnej stronie Roja Parfums za 50 ml tej substancji musimy zapłacić 395 brytyjskich funtów (!). Zaraz – jak to my musimy? To raczej Sułtan musi….

sultanate-of-oman-parfum-50ml-ing

nuty głowy: grejpfrut, pomarańcza

nuty serca : róża majowa, jaśmin z Grasse, fiołek, malina

nuty bazy: kardamon, elemi, szafran, gurjum, papirus, mech dębowy, cedr, gwajak, amyris, sandałowiec, oud, ziarna marchwii, irys, kadzidło frankońskie, brzoza, piżmo

perfumiarz: Roja Dove

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 4,0/ trwałość: 6,0

 

 

 

Roja Dove „Britannia” – perfumowa arystokracja XXI wieku

Roja Dove znany jest z zamiłowania do Haute Parfumerie (w szczególności do domu Guerlain, dla którego przez wiele lat swej kariery pracował), czemu daje upust w swoich – co do tego nie mam wątpliwości – wyjątkowych pachnidłach.

Kto kiedykolwiek testował olfaktoryczne dzieła Dove’a ten wie, że ich bogactwo i wielowymiarowość oraz klasyczny styl nie mają sobie chyba równych we współczesnej perfumerii (może poza przywróconymi do życia – z pomocą Dove’a zresztą – pachnideł starej brytyjskiej marki Grossmith London). Co więcej,  są one w ogóle zaprzeczeniem tego, w jaki sposób dziś robi się perfumy. Stanowią współczesną apoteozę wysokiej perfumerii przełomu końca XIX i pierwszej połowy XX wieku. Przy pachnidłach Roja Parfums wszystkie inne zdają się dziś być „szarymi myszkami”, zawstydzonymi Kopciuszkami na balu u króla. Jedno jest pewne – Roja Dove wie, jak tworzyć królewskie perfumy.

roje-dove-piter-2

Dove bowiem nie oszczędza na niczym. Jak róża – to majowa (z Grasse), jak jaśmin – to oczywiście ten z Grasse, jak irys – to florencki, a jak sandałowiec – to z Mysore. Tu nie ma taryfy ulgowej. Te najszlachetniejsze ingrediencje komponuje w perfumy pachnące jak gdyby zostały „wyjęte” ze złotej epoki perfum. Nadaje im zwykle stosowną, bardzo wysoką koncentrację (eau de parfum lub parfum). Tymi wonnymi miksturami napełnia piękne flakony wykonane z najwyższej jakości grubego szkła, z misternie zdobionymi, pozłacanymi zatyczkami i grawerowanymi etykietami. Za tym wszystkim podąża oczywiście też cena, która – siłą rzeczy – ogranicza klientelę Dove’a do tej najzamożniejszej. I tylko o tę mu chodzi. Przecież to prawdziwe Haute Parfumerie!

Zapachowy gust Dove’a ukształtowała w dużej mierze praca dla Guerlaina, a wspomnienia wielkich dzieł francuskiego domu perfumowego odnaleźć można w wielu pachnidłach Brytyjczyka.

Mająca swą premierę w bieżącym roku Britannia stanowi doskonały przykład stylu, talentu i pasji tego nietuzinkowego i nieco ekscentrycznego twórcy. To pachnidło orientalne, w którym odnajdziemy cała masę naturalnych ingrediencji budujących kalejdoskop nut, poukładanych wszakże w jedną bardzo sensowną całość. Zasadniczo Britannia składa się z trzech grup nut zapachowych: kulinarnych (cytrusy, kakao, cynamon, wanilia, goździk, brzoskwinia), które nadają mu apetycznej zmysłowości, kwiatowych (róża, jaśmin, heliotrop, magnolia champaca, cassia, irys), przydających pachnidłu kobiecości i drzewnych (paczula, wetyweria, sandałowiec), które z kolei równoważą kobiecy charakter elementami męskimi, ale także pogłębiają zapach i tworzą jego szkielet. Całości dopełnia obowiązkowa w perfumach Roja Dove’a niezwykle cenna naturalna szara ambra oraz piżma.

roja-dove-britannia-parfum

Na samym początku na pierwszy plan wybija się akord kulinarny z dominacją nuty kakao i słodkich cytrusów. Z czasem ujawniają się nuty kwiatowe, wciąż mocno podbudowane słodkimi przyprawami. Kakao schodzi na dalszy plan, a coraz wyraźniejszy stają się brzoskwinia i heliotrop, który odpowiada za spore podobieństwo Britanni – przynajmniej na tym etapie – do L’Heure Bleu Jacquesa Guerlaina. W tym sensie serce Britanni leży w Paryżu. Drzewno-kulinarna baza wieńczy to monumentalne dzieło, przy czym zmysłowy ślad ambry i piżm pozostaje na skórze do dnia następnego.

Sto mililitrów tego eliksiru zamknięte w eleganckim zdobionym flakonie z grubego szkła kosztuje 750 brytyjskich funtów. To prawdziwa arystokracja wśród perfum.

Britannia to czyste perfumy – najwyższa koncentracja zapachowa. Pachną blisko skóry i rozwijają się na niej bardzo powoli i dystyngowanie w klasyczny sposób, choć sprowadzenie ich li tylko do trzech akordów czy faz byłoby niesprawiedliwe. Każda faza ma tu pewnie co najmniej dwie „podfazy”, ale nie ma sensu dzielić włosa na czworo, bo można zatracić obraz całości. A ta jest majestatyczna i poruszająco piękna. Britannia nie tylko brzmi dumnie i królewsko, ale tak też pachnie. Zdaje mi się też, że ląduje głównie pod królewskimi choinkami…

 

 

britannia-parfum-100ml-pac

nuty głowy: cedrat, bergamotka, mandarynka

nuty serca : róża majowa, jaśmin z Grasse, magnolia champaca, heliotrop, cassia (cynamonowiec), fiołek, brzoskwinia

nuty bazy: cynamon, goździk, paczula, wetyweria, drewno sandałowe, wanilia, kakao, irys, szara ambra, piżmo

perfumiarz: Roja Dove

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 3,5/ trwałość: 6,0

Naomi Goodsir „Iris Cendre”

Julien Rasquinet to bezdyskusyjnie wschodząca gwiazda perfumiarstwa. Ten bardzo utalentowany przedstawiciel młodego pokolenia perfumiarzy ma za sobą trzy lata terminowania u samego Pierre’a Bourdona, a następnie okres pracy u boku Christine Nagel. Co ciekawe, Julien nie planował zostać perfumiarzem. Ukończył szkołę biznesową i zaraz potem na jego drodze pojawił się jego – jak się później okazało – mentor, który z własnej inicjatywy zaproponował mu staż. Mistrz chciał przekazać swoją wiedzę dwóm wybranym osobom, wykształcić osobiście dwóch młodych perfumiarzy. Wybrał Julie Masse i Juliena Rasqiuneta, którego zresztą znał od lat. Kolejne trzy lata upłynęły młodemu adeptowi na zgłębianiu wiedzy dotyczącej perfumeryjnej sztuki i na nasiąkaniu wszystkim, co przekazywał mu Mistrz. Gdy testuje pachnidła autorstwa Juliena m.in. dla Naomi Goodsir czy Masque Milano czuję wyraźnie, że Pierre Bourdon nie tylko przekazał mu bardzo wiele, ale że te przekazy trafiły na podatny grunt…

julien iff

Z Iris Cendre wiąże się zabawna historia. Pracowaliśmy na nim przez rok, ale wciąż wracaliśmy do pierwszej wersji, która de facto stała się wersją ostateczną! Chcieliśmy, by był to irys zakotwiczony  w historii oraz w tożsamości marki, którą zaczęliśmy budować. Mistyczny i dymny, z odrobiną skóry.

Julien Rasquinet

Twórczyni marki Naomi Goodsir i pełniącemu rolę dyrektora kreatywnego Renaudowi Coutaudierowi zależało, by Iris Cendre był idealnie wyważony, tak by równie dobrze pasował kobiecie, jak i mężczyźnie. Dlatego obok wyraźnej obecności szlachetnej woni irysowego kłącza, lekko drzewnej, lekko ziemistej, a także odrobinę zielonej dzięki fiołkowi, zapach został wzbogacony o akord skóry w tle (nieco terpenowy –  taki w stylu Cuir Velours tej samej marki i tego samego perfumiarza), a jego kadzidlana baza została przeniesiona z fenomenalnego Bois d’Ascese (także od Naomi Goodsir i Juliena) przydając nieco popiołowego tonu. W akordzie głowy irysowi towarzyszą zręcznie wkomponowane cytrusy i przyprawy, które początkowo nadają zapachowi nieco świeżości i lekkości. Aromat irysa trwa dość długo, jednak zapach ewoluuje tak, że po części w sercu i na dobre już w bazie irys znika, a woń staje się skórzano-ambrowa i bliskoskórna.

naomi_goodsir_interview
Naomi Goodsir

Iris Cendre pachnie przepięknie i faktycznie uniseksowo. W wyniku zestawienia irysa ze skórzanym tłem przypomina mi jedno z najdoskonalszych pachnideł z irysową dominantą – Iris Nazarena Aedes de Venustas. Pozostawiając jednak na boku porównania, który zwykle pojawiają się w mej głowie, gdy testuje jakieś nowe dla mnie pachnidło, dzieło Rasquineta zasługuje na mój niezależny koneserski zachwyt. Porusza urodą i mrocznym dostojeństwem. Ujęcie irysa jest w nim bardzo artystyczne i niszowe, a jednocześnie klasyczne, dalekie od eksperymentu czy współczesnych interpretacji w rodzaju Dior Homme czy Fin du Monde Etat Libre d’Orange. Otoczenie irysa dopełnia całości w oryginalny i przekonujący sposób, nie pozostając wątpliwości, że Iris Cendre to kolejne już w ofercie Naomi Goodsir wyjątkowe dzieło perfumiarskiej sztuki.

 

iris-cendre-50-ml-edp

główne nuty:  bergamota, mandarynka, świeże kwiaty, przyprawy, fiołek, irys, czystek, kadzidło, tytoń, ambra

perfumiarz:  Julien Rasquinet

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 4,0 / projekcja: 4,0 / trwałość: 4,0

 

PS. Perfumy Naomi Goodsir można przetestować i zakupić m.in. w perfumerii Lulua w Krakowie.

 

Prada L’Homme czyli sen spełniony

 

 

Prada-Lhomme-2

 

L’Homme, które miało niedawno swa premierę łącznie z wersją damską La Femme, jest kwintesencja perfumowego stylu marki Prada, od samego początku realizowanego z powodzeniem przez niezastąpioną Danielę Andrier.

W centrum zapachu  znalazł się „pradowski” irys. Nie pierwszy raz zresztą. To właśnie wilgotna i drzewna nuta kłącza irysa jest tym, co czuję zaraz po aplikacji L’Homme na skórę. Początkowo „podbita” pieprzem i ładnie zaokrąglona neroli. Z czasem – w sercu – zmiksowana z fiołkiem i geranium w piękny, emblematyczny dla perfum Prady akord „mydlany”, po raz pierwszy zaprezentowany w fantastycznym (i moim ulubionym) Prada Man, obecnie noszącym nazwę  Amber Pour Homme. Ów neo-koloński mydlany akord z czasem nabiera mocy dzięki obecności geranium i fiołka. Irys bowiem po pewnym czasie – jak zawsze – znika z zapachowego spektrum, a całość ewoluuje w kierunku komfortowego mydlano-ambrowego finiszu, w którym wyraźnie czuję niewymienioną w oficjalnym składzie tonka lub coś tonko-podobnego.

ansel-elgort-for-prada-lhomme-fragrance-3

Jeżeli irys i puder, to Dior Homme. Porównania z dziełem Oliviera Polge’a są oczywiście nieuniknione, ale też i wyjątkowo uprawnione. Oba zapachy są bowiem do siebie podobne nie tylko pod względem koncepcji (męskie perfumy ciążące ku damskiej estetyce), ale także budowy i użytych składników. Stąd moje graniczące z pewnością przekonanie, że L’Homme przypadnie do gustu wszystkim wielbicielom wspomnianych perfum Diora. Nie ma tu jednak mowy o kopiowaniu. L’Homme ma w sobie dość oryginalności, by nie pozostawać w cieniu sławnego poprzednika. Wszakże są między nimi różnice. Jakie? Otóż irys w Dior Homme jest bardziej „papierowy” i zupełnie niemydlany. Duże znaczenie mają użyte na wstępie ziołowe nuty szałwii lawendy. Dzięki nim początkowo jest bardziej aromatyczny. Z kolei intro w L’Homme – mimo obecnego pieprzu i neroli – jest cięższe, a istotną rolę od razu grają tu geranium i fiołek, które siłą rzeczy przydają wspomnianego mydlanego „pradowskiego” klimatu. Zbudowany z wetywerii i nuty skórzanej finisz Dior Homme jest nieco bardziej… męski (nie sądziłem, że kiedykolwiek to napiszę!) niż mydlano-tonkowe zwieńczenie L’Homme

Swoją drogą ciekaw jestem, jaki wpływ mógł mieć na podobieństwo obu zapachów fakt, że Daniela Andrier na początku swej perfumiarskiej drogi terminowała u Jacquesa Polge’a – ojca Oliviera, twórcy Dior Homme. Pewnie żaden, ale…

daniela-andrier-5
Daniela Andrier

Niezależnie od sporych podobieństw obu pachnideł L’Homme zasługuje moim zdaniem na wysoką ocenę zarówno pod względem treści i jakości, jak i parametrów użytkowych. Przyjazna projekcja pozwala cieszyć się zapachem noszącemu i pozostawiać elegancki, przyjemny i „czysty” ogonek przez dobre osiem-dziewięć godzin. Zresztą na mojej skórze dzieło Danieli Andrier zdaje się sprawować lepiej niż Dior. Poza tym L’Homme nosi się po prostu bardzo komfortowo i piszę to z pełnym przekonaniem. Zapach przydaje szyku i zdecydowanie poprawia mi nastrój z czasem minorowego na serdeczny, a mój styl zmienia z porannego-byle jakiego na bardziej profesjonalny 😉

Mimo sugestywnej nazwy L’Homme jest idealnym uniseksem, nie przechylającym szali na żadną ze stron. I na tym m.in. polega jego urok. Jak dla mnie, to jedna z najważniejszych i najlepszych perfumowych premier tego roku. Sporo po niej oczekiwałem, obawiałem się rozczarowania, ale przyznam, że absolutnie się nie zawiodłem. Co więcej – L’Homme okazał się niemal dokładnie taki, jakiego się po Danieli Andrier spodziewałem. To się mi niemal nigdy nie zdarza. A jednak!

Prada did it again! 

prada-lhomme

Nuty głowy: pieprz, neroli

Nuty serca : irys, fiołek, geranium

Nuty bazy: ambra, paczula, cedr

perfumiarz:  Daniela Andrier

Rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

Zapach: 5,0 / oryginalność: 3,5 / projekcja: 4,5 / trwałość: 4,5

L’Envol de Cartier – zapach ambrozji

Zaprezentowany publiczności latem tego roku L’Envol de Cartier, najnowszy męski zapach Cartiera, był dla mnie – obok nowej męskiej Prady L’Homme oraz Lalique L’Insoumis – jedną z najbardziej wyczekiwanych mainstreamowych premier tego roku. Już dziś mam ogromną przyjemność przedstawić go na łamach mojego bloga.

 

Inspiracja

Autorka perfum, Mathilde Laurent, ujawniła, że inspiracją dla ich powstania była ambrozja – mityczny nektar bogów zapewniający im nieśmiertelność. Perfumiarka chciała też, by było to pachnidło lekkie i świeże, ale jednocześnie ciepłe i komfortowe. Po wielokrotnym już przetestowaniu L’Envol muszę przyznać, że założenia te udało się zrealizować wprost perfekcyjnie. Zapach jest dokładnie taki, jaki miał być…

mathilde-laurent-20162

Zapach

L’Envol – oparty na kontraście pomiędzy lekko zieloną świeżością a subtelnie kulinarną, lekko słodką i drzewną zmysłowością – stanowi aromat z jednej strony jakby znajomy, z drugiej – nowatorski. Nawet jeżeli spotkałem się już z perfumami utrzymanymi w podobnej stylistyce, to z pewnością po raz pierwszy wącham aromat, w którym taki efekt osiągnięto przy użyciu takich, a nie innych środków.

Zapach wita nas nutą irysa daleką wszakże od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Irys jest tu lekki, świeży, ulotny, pozbawiony swej naturalnej ziemistości i drzewności. Tak jakby w formule użyto tylko pewnej – tej świeżej – części zapachowego widma irysowej esencji. W tle czuć nutę zieloną, przypominającą liść fiołkowa. Niemal od początku czuję także bardzo sugestywny aromat miodu. Zapach osadzony jest na niezawodnej paczuli, która przydaje mu „ciała” i zmysłowej drzewności, przedłużonej jakże licującym z nutą miodową gwajakiem. Piżma utrwalają, pogłębiają i zaokrąglają bardzo przyjemnie pachnącą całość. L’Envol jest zapachem niemal linearnym, zmienia się w czasie bardzo minimalnie, tracąc bardzo powoli na swej początkowej irysowo-zielonej świeżości (irys przyznam odzywa się całkiem długo) i stając się z czasem bardziej ciepły i słodkawo-drzewny.

cartier-2-lenvol

L’Envol – zakategoryzowany przez producenta jako eau de parfum – miał być wedle założenia twórców zapachem subtelnym. Faktycznie trzyma się raczej blisko skóry. Nie promieniuje na otoczenie, raczej otula noszącego komfortowym aromatem, wyczuwalnym jednak całkiem wyraźnie przez wiele godzin. Oczywiście jego wyczuwalność możemy regulować aplikowaną na skórę ilością. Co ważne, niezależnie od użytej ilości L’Envol siedzi na skórze całkiem długo – na jego trwałość nie można więc narzekać.

Marketing

Oglądając materiały promujące L’Envol – piękne fotografie i – w szczególności – film – nie sposób oprzeć się wrażeniu, że marketingowy team Cartiera wzoruje się na Hermesie, próbując mu dorównać. Robi to z naprawdę dobrym skutkiem.

cartier-lenvol-2

Flakon

W przypadku L’Envol nie można pominąć flakonu. Jego opisanie może okazać się nawet większym wyzwaniem niż scharakteryzowanie samego zapachu. Na szczęście w sukurs idą wspominanie fotografie, które dają niezłe pojęcie o oryginalności designu butli. Ta składa się z dwóch części – szklanej kapsuły, w której znajduje się ciecz w kolorze miodu oraz otaczającej ją, wykonanej z tworzywa sztucznego, kopuły, którą ja określam jako klosz, gdyż mnie całość kojarzy się z pomarańczową żarówką umieszczona w przeźroczystym kloszu, ale chyba nie takie były zamierzenia projektantów…

Trzeba jednak przyznać, że jest to design niezwykły i nie mający chyba precedensu w świecie perfum. Przy odrobinie odwagi i manualnej sprawności oraz siły i znajomości sposobu, można odkręcić kapsułę (która de facto jest wymiennym wkładem) i zabrać ją ze sobą do podróżnej walizki. Jednak dla zachowania stabilność flakonu na półce konieczne jest ponowne połączenie kapsuły z kloszem. Możliwość wymiany wkładu nawiązuje do designu pierwszych flakonów Cartiera (zapachów Must i Santos). Atomizer ukryty jest w sporych rozmiarów nagwintowanej zakrętce, zespolonej z górną, metalową częścią flakonu. By go osłonić, wystarczy delikatny ruch zakrętką w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara (rozwiązanie znane z flakonu Terre D’Hermes). Nakrętka posiada wygrawerowany słynny motyw Cartiera wykonany w technice guilloche (rytownictwo).

Całość…

… stanowi naprawdę świetnie wykonany produkt, którego kreatywność zawiera się nie tylko we flakonie, ale także i w niezwykłym zapachu skomponowanym przez Mathilde Laurent. L’Envol de Cartier praktycznie nie może się nie spodobać, jest natychmiastowo przyjazny, zawiera wyłącznie przyjemne dla nosa nuty ułożone wszakże w intrygującą i oryginalną całość. Tak rzeczywiście mogłaby pachnieć ambrozja – świeżo, żywo, ciepło, smakowicie i zmysłowo. Jestem pewien, że L’Envol jest początkiem, pierwszy rozdziałem dłuższej zapachowej opowieści Cartiera i Mathilde Laurent, na której kolejne części nie będziemy musieli długo czekać…

cartier-lenvol

główne nuty: irys, miód,  gwajak, paczula, piżmo

perfumiarka: Mathilde Laurent

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,5/ oryginalność: 5/  projekcja: 3,5/ trwałość: 4,5