Franck Boclet „Rock & Riot” – perfumy rockowe?

Franck Boclet to francuski projektant mody męskiej, od 2011 roku prowadzący własny dom mody. Lubuje się w nieco nonszalanckiej stylistyce, łączącej klasyczne inspiracje z – jak twierdzi – anarchią. Nie znam się na tym, więc nie mi to oceniać. Mnie interesują perfumy. A te Boclet włączył do swej oferty w 2013 roku w postaci zapachów dedykowanych popularnym i tradycyjnym perfumowym aromatom (m.in. Lavender, Oud, Patchouli, Leather, Musc, Tobacco, Tonka itd.). Ta kolekcja jest od momentu jej przedstawienia sukcesywnie rozbudowywana i na pewno powinna zwrócić uwagę wszystkich panów, dla których perfumy są istotnym dopełnieniem stylu lub osobowości (albo jednego i drugiego).

boclet rock riot

W 2016 roku Boclet zaprezentował trio zapachowe rozpoczynające nowy cykl perfum zatytułowany Rock & Riot, inspirowanych muzyką – nazwijmy to – rozrywkową, pochodzącą z czasów, gdy standardowym nośnikiem muzyki były jeszcze winylowe krążki. Nazwy poszczególnych zapachów pochodzą od tytułów znanych utworów muzycznych. W skład kolekcji obecnie wchodzi już sześć pachnideł: Heroes, Angie, Ashes, Cocaine, Rebel, Sugar, mających bardzo wysoką koncentrację ekstraktów perfumowych. Dziś moje wrażenia dotyczące pierwszych trzech z nich.

 

Heroes

Nazwa ma – jak domniemam – być nawiązaniem do słynnej piosenki Davida Bowiego z 1977 roku, w której ten opisuje parę kochanków spotykających się w cieniu berlińskiego muru:

„(…) Ja, ja to pamiętam (pamiętam)
Staliśmy pod murem (pod murem)
Broń strzelała nad naszymi głowami
(nad naszymi głowami)
I całowaliśmy się
Tak jakby nic nie mogło zostać zburzone
(nic nie mogło zostać zburzone)
Wstyd był po drugiej stronie
Och, możemy ich pokonać, już na zawsze
Potem możemy być bohaterami
Tylko na jeden dzień (…)”*

Boclet rozpoczyna swój zapach mocnym uderzeniem, złożonym z zielono-drzewnego galbanum, połączonego z sucho-zieloną bylicą. Z czasem mniej w tym tej lekko kwaśnej zieleni, a więcej suchych drzew. Tyle. I tak to trwa całkiem długo, jako że Heroes o – podobnie jak pozostałe zapachy tej trójki – to bardzo trwałe perfumy.  Nie mogę jednak w tym miejscu nie napisać, że to aromat bardzo dobrze mi znany i bardzo przez mnie lubiany, tyle że występujący już od kilku lat pod inną nazwą – Interlude Man Amouage. Ta sama zielono-sucha i przyprawowa drzewność, może tylko o jednak nieco mniej spektakularnych parametrach. Brak oregano w składzie niewiele tu zmienia. Tak czy inaczej – siłą rzeczy – Heroes podoba mi się.

nuty głowy: bergamotka, bylica, galbanum, kokos

nuty serca: geranium, ylang-ylang, heliotrop, paczula, drzewo sandałowe,
gwajak, cedr

nuty bazy: ambra, wanilia, mech, bób tonka

 

Angie

W tym przypadku muzyczne skojarzenie może być tylko jedno. Przebojowa, ale w swej treści smutna akustyczna ballada The Rolling Stones z 1973 roku o zakończonym romansie Keitha Richardsa stała się – jak podejrzewam – kanwą dla tej olfaktorycznej kompozycji, którą wyróżnia dominująca mleczno-zielona, egzotyczna nuta figi, w jakimś sensie mogąca symbolizować gorące uczucie gitarzysty do tytułowej niewiasty…

„(…) Ale Angie, nadal Cię kocham…
Gdziekolwiek patrzę widzę Twoje oczy
Nie ma kobiety, która Tobie dorównuje
Chodź tu, kochanie, osusz swoje oczy (…)”*

Akord mlecznej figi dominuje tu właściwie przez cały czas, tyle że o ile na początku jest najwyraźniejszy, to z czasem w sercu zaczynają mu towarzyszyć nuty drzewne, by w bazie dodatkowo wzbogacić się miękką wanilią. Jednak nawet wtedy ślad figowego tematu jest wciąż obecny, niczym tytułowa Angie w pamięci Keitha Richardsa. Nie jestem fanem pachnideł figowych, ale tutejsze męskie jej połączenie z nutami drzewnymi jest – jak dla mnie – całkiem przekonujące.

nuty głowy: suszona figa, mleczna figa, liście figi

nuty serca: nuty kwiatowe, głóg, nuty drzewne, cedr, drzewo sandałowe

nuty bazy: ambra, piżmo, wanilia

Ashes

Wydaje się być zainspirowany inną piosenka Dawida Bowie – Ashes to Ashes – z wydanej w 1980 roku płyty Scary Monsters (and Super Creeps), w której Bowie nawiązuje do postaci majora Toma, przedstawionego publiczności na słynnym albumie Space Oddity z 1969 roku.

„(…) Z prochu w proch, ze strachu do zastraszenia
Wiemy, że major Tom jest ćpunem
Zawieszony wysoko w niebie
Sięga dna (…)”*

Olfaktoryczne nawiązanie do tytułu i tekstu piosenki jest tu bardzo dosłowne, poprzez sypką niczym popiół nutę obecną w bazie zapachu. Jednak zanim ona nastąpi, najpierw mamy intensywny, przyprawowy początek, z nutą piołunu, z czasem rozwijający się w kierunku drzewnego serca (cedr i gwajak),  aż do sucho-drzewnego, popiołowego właśnie finiszu z ładnie przebijającym się, ale nie dominującym kadzidłem. Ashes to zapach dla wielbicieli dobrze doprawionych mocnych woni sucho-drzewnych i kadzidlanych, do których od zawsze się zaliczam. Tak więc to mój ulubieniec w opisywanej trójce Rock & Riot. Nie może być inaczej.

nuty głowy: piołun, goździk

nuty serca: gwajak, cedr atlaski, cedr z Virginii, paczula

nuty bazy: ambra, suche drewno, piżmo, kadzidło

 

Rock & Riot Francka Bocleta to zapachy obiektywnie naprawdę porządnej jakości, intensywne, mocne, trwałe, rozwijające się na skórze. Pod względem warsztatowym to więc „pełna profeska”. Choć tematycznie nie wnoszą nic nowego do perfumerii, to jednak zgrabnie eksplorują znane (ale – przyznajmy – dość już „ograne”) niszowe tematy, czasem niestety posuwając się do perfumowego plagiatu, jak jest w przypadku Heroes (David Bowie z pewnością nie posunąłby się do tego, gdyż to raczej jego kopiowano, co i tak było trudne, bo z albumu na album – jakby na przekór – grał inną muzykę). Niemniej ciekaw jestem bardzo pozostałych trzech pachnideł tego cyklu oraz tego, co Boclet zaproponuje w przyszłości, bo pewien jestem, że na sześciu piosenkach się tu nie skończy. Przydałby się wszak cały album, choć może niekoniecznie zaraz podwójny…

Aha. Jeszcze jedno. Czy mogę mieć życzenie? Poproszę o Stairway to Heaven oraz Child in Time. 🙂

*) Tłumaczenia tesktów piosenek zaczerpnięto z http://www.tekstowo.pl

PS. Perfumy Rock & Riot dostępne są w warszawskiej perfumerii Quality Missala.

Beaufort London „Lignum Vitae” i „Fathom V” – od słodkich ciasteczek po morską toń

Beaufort London – jedna z moim zdaniem najciekawszych i najbardziej twórczych nowych marek niszowych, stworzona i kierowana przez Leo Crabtree – muzyka brytyjskiej formacji Prodigy – konsekwentnie rozbudowuje swoją ofertę. Ostatnie dwa zapachy – Lignum Vitae i Fathom V – miały swoją premierę w ubiegłym roku i wzbogaciły kolekcję Come Hell or High Water o dotąd w niej nieobecne pod względem charakteru pachnidła. Przy okazji któregoś z wywiadów Crabtree zdradził, że pachnidła komponują dla niego i wg jego wskazówek dwie mało znane (jeszcze) perfumiarki: Julie Marlow i Julie Dunkley.

Lignum Vitae to mieszanka nut kulinarnych i drzewnych. Aromat otwarcia należy bez wątpienia od najbardziej oryginalnych i sugestywnych woni, jakie znajdziemy w perfumerii. Określony jako akord magdalenek (francuskich ciasteczek w muszelkowatym kształcie w smaku i konsystencji przypominających biszkopt), mi bardziej kojarzy się ze słodkim i lekko waniliowym zapachem lukru na serniku. Tak czy inaczej, ma się niemal takie wrażenie, jakby wąchało się świeżo upieczoną babkę, pachnącą aromatycznym olejkiem do ciast i masłem.

magdalenki

Początek jest więc bardzo kulinarny, cukierniczy i naprawdę smakowity. Wraz z upływem czasu  większą rola zaczyna odgrywać drzewna, a konkretnie gwajakowa natura tego pachnidła (wszak jego nazwa to łacińskie określenie gwajakowca właśnie). Dalej zapach układa się na skórze jako przyjemny, lekko wciąż słodki, blisko skórny i przyjemnie otulający drzewno-waniliowo-piżmowym ciepłem. By jednak nie przesłodzić (nomen omen) zbytnio mojego opisu, dodam, że Lignum Vitae to jeden z tych zapachów, które po bardzo obiecującym początku niestety nieco rozczarowują w kwestii dalszego ciągu.beaufort-london-lignum-vitae

nuty głowy: czarny pieprz, drewno pieprzowe, akord magdalenek

nuty serca: jagody jałowca, imbir, limonka

nuty bazy: Lignum Vitae (gwajakowiec), akord maślany, sól morska

rok premiery: 2016

 

Ostatnia premiera Beaufort London to pachnidło zupełnie odmienne od wywołującego miłe skojarzenia i poczucie komfortu Lignum Vitae. Niepokojący Fathom V to woń morska, jednak bardzo odmienna od tego, co dotąd w tym gatunku zaprezentowano. Bardzo intensywny początek ma w sobie mroczność głębin Morza Północnego. Słona i zimna morska woda oblewa wilgotną ziemię, kamienie i wodorosty. Dominujące nuty zielone (liść czarnej porzeczki) łączą się z ziemistą geosminą, solą morską, jałowcem i lilią. Serce zapachu jest już mniej zielone, a bardziej przyprawowe – pieprzem, imbirem i tymiankiem. Mech, cedr i wetyweria tworzą mszysto-drzewną bazę, o tyle osobliwą, że dodatkowo jeszcze posoloną morską solą. Skojarzenia z lekko butwiejącym, wilgotnym, oblepionym algami kadłubem statku są tu jak najbardziej na miejscu…

sea

Zapach jest – szczególnie na początku – bardzo ekspansywny, nieokrzesany, niezwykle oryginalny i – jak sądzę – wywołujący polaryzujące opinie. Po względem bezkompromisowego charakteru bliżej mu do pierwszych propozycji Beaufort (1805 Tonnerre i Vie Et Armis), ale poprzez swój zielono-wodny charakter zasłużył na miano chyba najbardziej wymagającego spośród dotychczasowej piątki. Przynajmniej dla mnie.

Jeśli chodzi o nazwę, to jak zwykle w przypadku Beaufort, ma ona swoje istotne znaczenie i nie wzięła się znikąd. Otóż Fathom to jednostka miary stosowana głównie w odniesieniu do głębokości wody. Jeden Fathom jest równy sześciu stopom.

 

beaufort-london-fathom-v

 

nuty głowy: nuty ziemiste, zielone liście, jagody jałowca, nuty morskie

nuty serca: kmin, tymianek, imbir, lilia, czarny pieprz

nuty bazy: wetyweria, mech, sól morska, cedr

rok premiery: 2016

 

W Lignum Vitae i Fathom V Beaufort London potwierdza kierunek, jaki obrał w swych olfaktorycznych poszukiwaniach przy okazji pierwszych pachnideł.  To kolejne intrygujące, oryginalne, niezwykłe kompozycje, które mają szansę spotkać się z uznaniem osób poszukujących w perfumach niezwykłości, wyzwania i niesztampowości, ale także opowieści, jaką niosą ze sobą wonne molekuły. Oczywiście koniec końców to „tylko” zapach i liczy się to, czy nam się spodoba, czy nie. Niemniej cała otoczka, jaką proponuje Beaufort London, robi naprawdę świetne wrażenie. Jest oryginalna, spójna i sugestywna. Mnie osobiście przekonuje, tym bardziej, że same zapachy bronią się znakomicie.

Kolekcja Come Hell or High Water to już obecnie pięć pachnideł o bardzo silnych indywidualnościach, jednocześnie tworzących pewną koncepcyjną całość. Dla tych, którzy chcieliby dobrze poznać je wszystkie, bez konieczności zakupu pełnych flakonów, firma niedawno wprowadziła do oferty tzw. zestaw poznawczy (discovery set), w którym znajdziemy pięć buteleczek po 7,5 ml każda. Na to – przyznam – ostrzę sobie zęby.

beaufort-london-discovery-set-vials-1

Dla przypomnienia dodam, że zapachy Beaufort London dostępne są w krakowskiej perfumerii Lulua i choć powyższego zestawu tam nie widziałem, to mam nadzieję, że wkrótce się pojawi.

Irie Parfums – Japończyk w Paryżu

Stworzona przez mieszkającego i tworzącego w od 40 lat Paryżu japońskiego projektanta Sueo Irie marka odzieżowa Irie Wash uzupełniła niedawno (w 2014) swą ofertę o perfumy. Nie byłoby w tym zupełnie nic nadzwyczajnego, robi tak przecież coraz więcej brandów odzieżowych. Jednak zapachy Irie zasługują na szczególną uwagę entuzjasty perfum i to z dwóch względów. Po pierwsze – mają niebanalny, intrygujący, niszowy charakter. Po drugie – za połową z nich stoi Julien Rasquinet (perfumiarz znany m.in. ze świetnych zapachów dla Naomi Goodsir i Masque Milano). Najwyższy więc czas się z nimi zapoznać, szczególnie, że już dochodzą mnie informacje, że nie utrzymają się długo w sprzedaży. Cóż – z pewnością nie mają charaktery stricte komercyjnego. To raczej małe perfumowe dzieła sztuki.

irie-the-first-three

Obecnie dostępnych jest sześć pachnideł Irie, z których pierwsze trzy (Id Est, Nota Bene, Post Scriptum) pojawiły się jako inspirowana łacińskimi skrótami trylogia Les Abrégés d’Irié w 2014 roku (wszystkie skomponowane przez Rasquineta), zaś kolejne trzy inspirowane postaciami z greckiej mitologii (Edipe, Hemera, Hephaistos) miały swą premierę w 2015 roku. „Nos” stojący za tymi trzema to David Maruitte.

Trzy pierwsze wydają się być rozdziałami tej samej opowieści. Wszystkie dzielą minimalizm i subtelną ewolucję na skórze.  Są do siebie w pewnym sensie podobne, ale każdy ma swój odrębnych charakter. Mimo to trudno jednoznacznie je zaszufladkować, co stanowi o ich unikalnym charakterze.

Id Est oczarowuje ambrową aurą z subtelnie zielonym (wawrzyn) wstępem oraz niezwykłym sygnaturowym sercem, które w miarę upływu czasu nabiera mocy, zadziwiając oryginalnym aromatem złożonym z cynamonu, rumianku i geranium. Zapach zdaje się przeczyć mojej prywatnej teorii, że ambrowce to z gruntu nudne pachnidła. To jest wprost przeciwne, zaskakujące, inne. To ambra, której nadano innego, nieco ziołowego wymiaru.

Nota Bene okazuje się aromatem skórzanym, a nawet zamszowym, z mocną sucho-drzewną nutą papirusu. Nuty aromatyczne oraz żywice połączono tu z gorzką lukrecją i miodem. W tle zaś pojawia się ładnie komponujący się z miodem tytoń. Reasumując intrygujące, nieco szorstkie i bardziej męskie pachnidło Irie.

Post Scriptum zaskakuje przyprawowym otwarciem z ziołową nutą absyntu osadzoną na balsamiczno-drzewnej, raczej ociężałej bazie. Mimo intrygującego początku rozwija się najmniej interesująco z całej trójki, pozostając raczej blisko-skórnym zapachem żywiczno-ambrowym. Cóż, wszak to  Post Scriptum

irie-the-other-three-big

Druga trójka zapachowa Irie jawi się jako nieco bardziej żywa i zróżnicowana, a także moim zdaniem dużo ciekawsza i po prostu lepsza pod względem charakteru, ale także zachowania pachnideł na skórze. Zdecydowanie więcej tu olfaktorycznej magii i satysfakcji.

Edipe  kryje niespodziankę. To pozornie najświeższy zapach Irie, rozpoczynający się długotrwałym, mroźnym podmuchem mięty pieprzowej, zza której wyłania się krajobraz zimowego lasu sosnowego. Aromat iglakowej żywicy stanowi preludium do tematu Edipe, jaką jest olibanum. Oto więc kadzidlak, ale jakże nietypowy. Mroźny, zimowy, dzięki połączeniu olibanum z sosną mogący trochę kojarzyć się z Zagorskiem Comme des Garcons. To jednak dość luźne skojarzenia, raczej koncepcyjne niż olfaktoryczne. Edipe to bowiem rodzaj kadzidła najpierw bliższy Avignon CdG czy Full Incense Montale (tyle że zmieszano je tu z iglakami i miętą), a później – na finiszu – przypominający estetykę pachnideł Oliviera Durbano (w tym przede wszystkim Rock Crystal, ale także – szczególnie na samym końcu – Black Tourmaline z jego wędzoną dymnością).  Edipe to nie tylko jedna z najciekawszych propozycji Irie, ale i jedno z najbardziej twórczych pachnideł z kadzidłem w centrum. Zdecydowanie warte uwagi. Ważne, by nie dać się zwieźć początkowej dominacji mentolu, choć mi akurat ona zupełnie nie przeszkadza. Zaś wolty, jakie wykonuje zapach w miarę upływu czasu, uważam za fascynujące.

Niemniej intrygująco wypada Hemera, choć to zupełnie inny gatunek. Właśnie, jaki? Jakże trudno ją zaszufladkować! Zapachowo to jakby fougere (choć składniki zdają się temu przeczyć) z owocową (eukaliptus) nutą na wstępie i niecodziennym finiszem, kojarzącym mi się z tym z masculine Pluriel Francisa Kurkdjiana. Ale znajdziemy tu także wyraźnie zaznaczoną esencję z sosnowych igieł oraz tytoń, które budują serce Hemery i wzmacniają jej męski, aromatyczny charakter. Zaskakuje baza – mocna, trwała, jakby ambrowa, choć wedle składu pełna kadzideł. Hemera to mój ulubieniec w ofercie Irie. Charakterystyczny, przedziwny i magnetyczny, a przy tym rozkwitający na skórze, nabierający z czasem charakteru i mocy.

Wreszcie drzewny, uroczy w swym nieskomplikowanym charakterze Hephaistos. Ładnie współgra tu ciepły słodkawy gwajak z drzewnymi nutami wetywerii, cedru i sandałowca,. Subtelne akcenty ze smoły brzozowej i labdanum nadają mu nieco głębi. Przyprawy w postaci szafranu, kminu i kardamonu zostały tu zręcznie wkomponowane w drzewno-dymny temat. W formule nie zabrakło kadzidła, choć nie jest ono na pierwszym, ani nawet drugim planie. Zapach jest niemal linearny, zmienia się minimalnie. Spotka się – jak sądzę – z uznaniem wielbicieli Gucci Pour Homme, z bardziej nawet Dirty English for Men by Juicy Couture. Innymi słowy , coś dla wielbicieli słodkawo tlących się drewienek, do których – rzecz jasna – należę.

PS. Perfumy Irie można nabyć w Polsce wyłącznie w perfumerii Mood Scent Bar w Warszawie. Z tego, co mi wiadomo, ich dostępność jest bardzo ograniczona i wkrótce ich produkcja ma być zakończona. Szkoda, gdyż to niezwykłe olfaktoryczne cudeńka.

Roja Dove „Sultanate of Oman”

Roja Dove zadedykował  to pachnidło Jego Wysokości Sułtanowi Omanu i zapachowemu dziedzictwu jego kraju, w szczególności kadzidłu frankońskiemu, z którego pozyskiwania Oman słynie.

Ale szlachetne kadzidło jest w Sultanate of Oman zaledwie jednym z całej masy drogocennych ingrediencji poukładanych w bogate, mocne, dostojne i przepiękne perfumy orientalne, w których dominują nuty przypraw, balsamów i drzew. Wysoka koncentracja składników, głównie tych molekularnie ciężkich, a także ich proporcje względem pozostałych nut (cytrusy i kwiaty) powoduje, że to, co najistotniejsze, znajduje się w bazie tych perfum. Cała reszta skrzętnie podanych w oficjalnym spisie nut w zasadzie nie ma tu większego znaczenia.

oman-mosque

Niesamowicie wonna i głęboka mieszanka przypraw: kardamonu i szafranu, rozpuszczonych w gęstych słodkich balsamach elemi i gurjum, połączona z nutami drzewnymi papirusu, cedru, gwajaku, brzozy, sandałowca, oudu i amyrisu, wzbogacona przez duet kłącza irysa i ziarna marchwi i uszlachetniona przez kadzidło skutkuje bogatym, ale świetnie zbalansowanym, absolutnie arabskim, pełnym przepychu, wprost obezwładniającym, męskim i eleganckim bukietem zapachowym.

Przy całym swym bogactwie i niewątpliwym pięknie Sultanate of Oman nie uniknął pewnej wtórności, tyle że co to za wtórność, jeżeli pachnidło przypomina zaledwie dwa i to niszowe zapachy – African Leather Memo Paris oraz Jewel for Him M.Micallef? Szczególnie ten pierwszy zdaje się dzielić z dziełem Dove’a najbardziej charakterystyczne nuty zapachowe, ale – tu muszę poczynić pewne zastrzeżenie – Sultanate of Oman emanuje jednak większą głębią i bogactwem, jest cięższy, gęstszy, trwalszy (powyżej 12 godzin), a po dłuższym czasie zmienia się w innym kierunku, niż perfumy Memo.

Gdyby ktoś dał mi to powąchania Sultanate of Oman, nie mówiąc jakiej marki jest to pachnidło, zgadywałbym, że to jakiś nieznany mi jeszcze zapach od Amouage. Znacie Amouage? To taka marka perfumowa z … Omanu.

Jego niepozorna moc jest dość złudna. Nie atakuje on nozdrzy potężnym uderzeniem wonnych molekuł, raczej subtelnie, ale całkiem wyraźnie emituje je ze skóry przez długie godziny, jak przystało na niezwykle wysoką koncentrację czystych perfum. Obecny na nadgarstku w postaci dosłownie jednej dawki potrafi przebić się spod użytych „globalnie” zupełnie innych perfum. To istna perfumowa „waga ciężka”. Także, gdy chodzi o półkę cenową. Na oficjalnej stronie Roja Parfums za 50 ml tej substancji musimy zapłacić 395 brytyjskich funtów (!). Zaraz – jak to my musimy? To raczej Sułtan musi….

sultanate-of-oman-parfum-50ml-ing

nuty głowy: grejpfrut, pomarańcza

nuty serca : róża majowa, jaśmin z Grasse, fiołek, malina

nuty bazy: kardamon, elemi, szafran, gurjum, papirus, mech dębowy, cedr, gwajak, amyris, sandałowiec, oud, ziarna marchwii, irys, kadzidło frankońskie, brzoza, piżmo

perfumiarz: Roja Dove

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 4,0/ trwałość: 6,0

 

 

 

Memo Paris „Russian Leather” – skórzane fougere

Skórzany cykl Cuirs Nomades marki Memo Paris wzbogacił się ostatnio o kolejne po Italian Leather, Irish Leather, African Leather i French Leather pachnidło: Russian Leather.

memo-cuirs

Tym razem inspiracja przyszła z mroźnej Syberii, a kompozycja Alienor Massenet okazała się być „mroźnym fougere„, w którym klasyczne składniki gatunku – lawendę i tonkę – wzbogacono o całą gamę bardzo rosyjskich ingrediencji: rozmaryn, szałwię, akord rosyjskiej skóry, cyprys, sosnę i kolendrę. „Mroźny podmuch” nadano za pomocą mięty, a całość doprawiono bazylią i gałką muszkatołową. Drzewną naturę pachnidła uzupełniają gwajak i paczula.

Jak pachnie Russian Leather? Po tytule można by spodziewać się czegoś na kształt Cuir de Russie Chanela, jednak rzeczywistość jest zupełnie inna. Owszem, odnajdziemy w nim lekko gorzką nutę skórzaną, ale została ona wpasowana w dominującą w zapachu estetykę zielonego, iglakowego fougere. Stąd – jeśli miałbym koniecznie poszukać jakiegoś punktu odniesienia – byłoby to zielone Polo Ralpha Laurena, a bardziej nawet Italian Cypress Toma Forda. W porównaniu z nimi zapach Memo jest jednak łagodniejszy, mniej zdecydowany, a elementy, które zwykle stanowią o męskości fougere, zostały tu zgrabnie wyciszone. W efekcie Russian Leather zagra moim zdaniem na kobiecej skórze bez powodowania u niej uczucia, że nosi męskie pachnidło. Ten sam zabieg, choć w nieco inny sposób, zastosował Olivier Polge w Chanel Boy, o czym wkrótce w osobnym wpisie.

alienor-massenet-2
Alienor Massenet

Początek Russian Leather jest bardzo aromatyczny. Czuć akord igliwia, spod którego szybko wyłaniają się zioła na lekko gorzkiej bazie skórzanej. Ten element uwypukla się z każdą minutą i jest mocno wyczuwalny w sercu. Z czasem zapach ociepla się i nieco osładza coraz wyraźniejszą nutą tonki i gwajaku. Szybko traci na mocy i staje się subtelny, ale wyczuwalny. Finisz jest zgrabny, delikatny, odrobinę tonkowy i lekko drzewny.

Cieszy mnie ten całkiem wyraźny w ostatnim czasie, realizowany wszakże głównie przez marki niszowe, powrót do gatunku fougere. Najpierw (w 2010 roku) Penhaligon’s wydał świetny Sartorial. Przez długi czas pozostał w tym odosobniony. Całkiem niedawno jednak Francis Kurkdjian odświeżył temat za pomocą Masculine Pluriel. W bieżącym roku Amouage wypuścił doskonały Bracken Man i nawet Chanel (!) wzbogacił butikową linię Les Exclusifs o Boyfougere dedykowane paniom. Każde z tych perfum wierne są klasycznym wzorcom, ale pachną współcześnie. Dokładnie tak samo jest w przypadku Russian Leather, które uważam za kolejną wartościową pozycję w ofercie Memo Paris – marki, która zdecydowanie wyróżnia się na tle niszowej konkurencji nie tylko świetnym designem opakowań, intrygującą i coraz szerszą ofertą zapachów, ale przede wszystkim ich wysoką jakością.

memo-russian-leather

główne składniki/nuty: akord fougère, rozmaryn, rosyjska skóra, bazylia, szałwia, sosna, lawenda, cedr, kolendra, mięta, paczula, gwajakowiec, cyprys, bób tonka, gałka muszkatołowa

perfumiarz: Aliénor Massenet

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ oryginalność: 2,0/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

L’Envol de Cartier – zapach ambrozji

Zaprezentowany publiczności latem tego roku L’Envol de Cartier, najnowszy męski zapach Cartiera, był dla mnie – obok nowej męskiej Prady L’Homme oraz Lalique L’Insoumis – jedną z najbardziej wyczekiwanych mainstreamowych premier tego roku. Już dziś mam ogromną przyjemność przedstawić go na łamach mojego bloga.

 

Inspiracja

Autorka perfum, Mathilde Laurent, ujawniła, że inspiracją dla ich powstania była ambrozja – mityczny nektar bogów zapewniający im nieśmiertelność. Perfumiarka chciała też, by było to pachnidło lekkie i świeże, ale jednocześnie ciepłe i komfortowe. Po wielokrotnym już przetestowaniu L’Envol muszę przyznać, że założenia te udało się zrealizować wprost perfekcyjnie. Zapach jest dokładnie taki, jaki miał być…

mathilde-laurent-20162

Zapach

L’Envol – oparty na kontraście pomiędzy lekko zieloną świeżością a subtelnie kulinarną, lekko słodką i drzewną zmysłowością – stanowi aromat z jednej strony jakby znajomy, z drugiej – nowatorski. Nawet jeżeli spotkałem się już z perfumami utrzymanymi w podobnej stylistyce, to z pewnością po raz pierwszy wącham aromat, w którym taki efekt osiągnięto przy użyciu takich, a nie innych środków.

Zapach wita nas nutą irysa daleką wszakże od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Irys jest tu lekki, świeży, ulotny, pozbawiony swej naturalnej ziemistości i drzewności. Tak jakby w formule użyto tylko pewnej – tej świeżej – części zapachowego widma irysowej esencji. W tle czuć nutę zieloną, przypominającą liść fiołkowa. Niemal od początku czuję także bardzo sugestywny aromat miodu. Zapach osadzony jest na niezawodnej paczuli, która przydaje mu „ciała” i zmysłowej drzewności, przedłużonej jakże licującym z nutą miodową gwajakiem. Piżma utrwalają, pogłębiają i zaokrąglają bardzo przyjemnie pachnącą całość. L’Envol jest zapachem niemal linearnym, zmienia się w czasie bardzo minimalnie, tracąc bardzo powoli na swej początkowej irysowo-zielonej świeżości (irys przyznam odzywa się całkiem długo) i stając się z czasem bardziej ciepły i słodkawo-drzewny.

cartier-2-lenvol

L’Envol – zakategoryzowany przez producenta jako eau de parfum – miał być wedle założenia twórców zapachem subtelnym. Faktycznie trzyma się raczej blisko skóry. Nie promieniuje na otoczenie, raczej otula noszącego komfortowym aromatem, wyczuwalnym jednak całkiem wyraźnie przez wiele godzin. Oczywiście jego wyczuwalność możemy regulować aplikowaną na skórę ilością. Co ważne, niezależnie od użytej ilości L’Envol siedzi na skórze całkiem długo – na jego trwałość nie można więc narzekać.

Marketing

Oglądając materiały promujące L’Envol – piękne fotografie i – w szczególności – film – nie sposób oprzeć się wrażeniu, że marketingowy team Cartiera wzoruje się na Hermesie, próbując mu dorównać. Robi to z naprawdę dobrym skutkiem.

cartier-lenvol-2

Flakon

W przypadku L’Envol nie można pominąć flakonu. Jego opisanie może okazać się nawet większym wyzwaniem niż scharakteryzowanie samego zapachu. Na szczęście w sukurs idą wspominanie fotografie, które dają niezłe pojęcie o oryginalności designu butli. Ta składa się z dwóch części – szklanej kapsuły, w której znajduje się ciecz w kolorze miodu oraz otaczającej ją, wykonanej z tworzywa sztucznego, kopuły, którą ja określam jako klosz, gdyż mnie całość kojarzy się z pomarańczową żarówką umieszczona w przeźroczystym kloszu, ale chyba nie takie były zamierzenia projektantów…

Trzeba jednak przyznać, że jest to design niezwykły i nie mający chyba precedensu w świecie perfum. Przy odrobinie odwagi i manualnej sprawności oraz siły i znajomości sposobu, można odkręcić kapsułę (która de facto jest wymiennym wkładem) i zabrać ją ze sobą do podróżnej walizki. Jednak dla zachowania stabilność flakonu na półce konieczne jest ponowne połączenie kapsuły z kloszem. Możliwość wymiany wkładu nawiązuje do designu pierwszych flakonów Cartiera (zapachów Must i Santos). Atomizer ukryty jest w sporych rozmiarów nagwintowanej zakrętce, zespolonej z górną, metalową częścią flakonu. By go osłonić, wystarczy delikatny ruch zakrętką w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara (rozwiązanie znane z flakonu Terre D’Hermes). Nakrętka posiada wygrawerowany słynny motyw Cartiera wykonany w technice guilloche (rytownictwo).

Całość…

… stanowi naprawdę świetnie wykonany produkt, którego kreatywność zawiera się nie tylko we flakonie, ale także i w niezwykłym zapachu skomponowanym przez Mathilde Laurent. L’Envol de Cartier praktycznie nie może się nie spodobać, jest natychmiastowo przyjazny, zawiera wyłącznie przyjemne dla nosa nuty ułożone wszakże w intrygującą i oryginalną całość. Tak rzeczywiście mogłaby pachnieć ambrozja – świeżo, żywo, ciepło, smakowicie i zmysłowo. Jestem pewien, że L’Envol jest początkiem, pierwszy rozdziałem dłuższej zapachowej opowieści Cartiera i Mathilde Laurent, na której kolejne części nie będziemy musieli długo czekać…

cartier-lenvol

główne nuty: irys, miód,  gwajak, paczula, piżmo

perfumiarka: Mathilde Laurent

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,5/ oryginalność: 5/  projekcja: 3,5/ trwałość: 4,5

Oud w mainstreamie (2) – Ralph Lauren „Polo Supreme Oud”

Niemal 40 lat po premierze słynnego Polo Ralpha Laurena ten sam perfumiarz – Carlos Benaim – podążając za wciąż aktualnym trendem oudowym skomponował nowy zapach dla tej marki – Polo Supreme Oud.  Nie pachnie on wszakże oudem w żadnym momencie, ale nie jest przecież w tym odosobniony. Jest natomiast bardzo solidnym zapachem przyprawowo-drzewnym (z naciskiem na to pierwsze), który oud traktuje nie tyle jako konkretny składnik, ile jako olfaktoryczną konwencję. Oto niby-arabska woń, która ma zgoła odmienny (czyt. mniej drzewny a bardziej przyprawowy) charakter od ostatnio opisanego Hugo Boss Bottled Oud, częściowo nawiązująca do bardzo na tamtejszym rynku popularnego Black Afgano Nasomatto, zbliżona też do zapachów typu Kabul Aoud Montale czy Rumz Al Rasasi Pour Lui, częściowo zaś korzystająca z dobrodziejstw współczesnych molekuł przyprawowych i drzewnych. Carlos Benaim nie skopiował żadnego z nich, ale – świadomie lub nie – do nich nawiązał.

 

carlos-benaim
Carlos Benaim

„Afgański” początek Supreme Oud to mocna i zdecydowana mieszanka aromatu goryczki, przypraw i kawy. To akord, który – nie mam wątpliwości – skojarzy się każdemu, kto zna kultowe dzieło Alessandro Gualtieriego. Z czasem podobieństwa jednak stopniowo zanikają i ustępują właściwej treści Supreme Oud – odsłaniając zdecydowanie więcej oryginalności. Robi się pikantnie i drzewnie (cynamon plus gwajak), nieco także sucho. Cynamon czuć dość mocno. Wibruje, wierci w nozdrzach, pachnie nieco szorstko i tajemniczo. Finalny akord, który długo siedzi na skórze, to dość charakterystyczna dla współczesnej perfumerii mainstreamowej woń ambrowo-drzewna. Fakt, że na tym etapie zapach jest najmniej oryginalny, nie zmienia mojej solidnej jego oceny.

Supreme Oud to więcej niż dobre pachnidło, w sumie całkiem oryginalne, wyraziste i intrygujące, kompetentnie skomponowane po to, by dobrze się je nosiło także tym, którzy niekoniecznie gustują w typowo arabskich, mocnych i często „poniewierających” aromatach.  Kilka dni z nim spędzonych utwierdziły mnie w przekonaniu, że to pozycja to zdecydowanie warta odnotowania, szczególnie że marka Ralph Lauren w ostatnich latach raczej nie może poszczycić się niczym równie interesującym, gdy chodzi o pachnidła przeznaczone dla mężczyzn. Zapach ma solidną, ponad dziesięciogodzinna trwałość i „cywilizowaną” (choć trochę za bardzo, jak na moje gusta) projekcję. Ze względu na gęsty orientalny charakter wydaje się pasować bardziej do okazji wieczorowych, aczkolwiek przy odrobinie odwagi zda także egzamin jako tzw. „perfumy do biura”, jak lubię określać te pachnidła, w których sam dobrze czuje się na co dzień w pracy.

Ode mnie dla Supreme Oud mocna czwórka z wychyłem w kierunku 4+.

 

ralph_lauren_polo_supreme_oud

główne nuty: różowy pieprz, cynamon, oud, wetiwer, gwajak

rok premiery: 2015

perfumiarz: Carlos Benaim

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****