Nowe kolońskie od Hermesa, czyli „Eau de Neroli Dore” i „Eau de Rhubarbe Ecarlate”

Kolekcja kolońskich Hermesa powiększyła się w tym roku o dwie nowe pozycje, z których pierwszą – Eau de Neroli Dore – przygotował będący już jedną nogą… na emeryturze Jean-Claude Ellena, drugą zaś – Eau de Rhubarbe Ecarlate – Christine Nagel – mająca docelowo przejąć po nim gabinet z jakże prestiżową wizytówka na drzwiach: Hermes In-house Perfumer. O ile dobrze kojarzę, jest to pierwszy w 1oo% przez nią skomponowany zapach z logiem H. Jak więc widać, swoją pracę w Hermesie zaczęła od tej – mam wrażenie -najmniej prestiżowej części oferty francuskiej marki, czyli Les Colognes. Widać, że kierujący perfumowym biznesem w Hermesie są ostrożni…

Testując oba zapachy, które doskonale pasują do obecnej pory roku, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że oboje perfumiarzy podeszło do swego zadania zupełnie inaczej. W sumie nie powinno to dziwić, gdyż każde z nich miało zgoła inną motywację, a poza tym i jedna i drugi to wybitni fachowcy o wyrobionym przez lata warsztacie i stylu. Ale chodzi mi o coś innego…

Christine Nagel et Jean-Claude Ellena@CesarLucadamo

Mianowicie ellenowskie Eau de Neroli Dore (złote neroli) sprawia na mnie wrażenie łabędziego śpiewu Jean-Claude’a Elleny. Zapach charakteryzuje na tyle dużą dozą nonszalancji (na którą może pozwolić sobie tylko ktoś, kto od dawna nie musi niczego udowadniać), że trudno myśleć o nim inaczej. W jakimś sensie sygnaturowy minimalizm Elleny odnajduje w tej kolońskiej swoje apogeum. Wciąż jednak nie można odmówić twórcy poszukiwań, nowatorstwa polegającego głównie na stosowaniu bardzo wyselekcjonowanych składowników i łączeniu ich w nietypowe układy, zwykle bardzo proste, acz charakterystyczne. W Eau de Neroli Dore główną rolę gra kluczowa dla całego kolońskiego gatunku esencja z kwiatu pomarańczy, zwana neroli (znana z subtelnych elementów białokwiatowych, w tym indolowych), której perfumiarz – co sam podkreśla – użył wyjątkowo dużo, jak na standardy przyjęte powszechnie w perfumerii. W otwarciu połączył ją z  aromatem gorzkiej pomarańczy. Te dwa składniki budują koloński charakter zapachu. To bardzo klasyczne i tradycyjne połączenie. Jean-Claude Ellena postanowił jednak złamać te odwieczną harmonię dodając szafranu (stąd pewnie „złote” neroli w nazwie), który nadał całości niecodziennej goryczy, pogłębiając przy tym indolową stronę neroli, w efekcie czego Eau de Neroli Dore tylko początkowo pachnie świeżo i przyjemnie. Dość szybko brudnawo-goryczkowa nuta bierze górę i pozostaje już do końca, dość zresztą rychłego. Ewolucja tej kolońskiej składa się z dwóch etapów: świeżego neroli w otwarciu i gorzkiego neroli w bazie. Po czasie pachnie to zresztą w sposób bardzo tradycyjnie, wręcz prymitywnie koloński… Tak jakby Ellena wrócił po latach do samych korzeni perfumiarstwa. Jakby postanowił stworzyć coś źródłowego, coś co pachnie jakby powstało gdzieś w XVIII wieku.

Uważam, że to zapach skierowany raczej do koneserskich nosów i to chyba bardziej tych męskich. Z pewnością nie należy do pachnideł, które łatwo przypadają do gustu. Do tego nie trzyma się też mojej skóry zbyt długo, ale wiem – to kolońska…

Eau de Neroli Dore to oko puszczone do nas przez nieco znudzonego, zmanierowanego i dopieszczonego przez wszystkich artystę, który zdaje się mówić: Chcecie kolejną kolońską? Proszę. Oto ona. Ale nie spodziewajcie się, że będzie po prostu łatwa i przyjemna. Takich zapachów zrobiłem już zbyt wiele. Zresztą wszyscy inni takie robią. Ja już nie muszę. Robię co chcę i świetnie mi za to płacą, a poza tym za chwilę idę na emeryturę, więc o co chodzi?

Eau de néroli doré - flacon 200 ml BD

główne nuty: gorzka pomarańcza, neroli, szafran

twórca: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

Ellena i Nagel

Eau de Rhubarbe Ecarlate (Szkarłatny Rabarbar), autorstwa Christine Nagel, to zupełnie inna bajka. Dla mnie to szczególnie ważny zapach, gdyż może on być swego rodzaju probierzem tego, na ile wygodnie Nagel czuć się będzie w fotelu Elleny. Oczywiście wiem, że kierunek, w jakim podąża Hermes, nie zależy wyłącznie od woli perfumiarza. Nad tym wszystkim pracuje sztab ludzi z szefem działu perfum na czele. Ale perfumiarz w Hermesie ma pozycje wyjątkową. W każdym razie taką miał Jean-Claude Ellena…

Wszyscy, którzy znają jej zapachy stworzone dla Jo Malone, nie powinni być Eau de Rhubarbe Ecarlate zaskoczeni. To jej styl. Absolutnie harmonijny, pozbawiony dysonansów, śliczny od początku do końca, a przy tym czysty i minimalistyczny, choć nie przesadnie.

Taka też jest jej pierwsza kolońska dla Hermesa. Stworzona chyba nieco bardziej z myślą o kobietach. A może to kwestia tego, że została skomponowana przez kobietę, z właściwą jej wrażliwością i jej preferencjami co do nut i akordów. No ale przecież założeniem Les Colognes Hermesa jest ich uniseksowość. Osobiście bardzo dobrze czuję się nosząc Eau de Rhubarbe Ecarlate, które jest cudownie orzeźwiające, świeże, niezwykle soczyste, z dominującą nutą owocową, która może niekoniecznie kojarzy mi się z rabarbarem (choć jest w niej jakiś element jego kwaśnej soczystości), a bardziej z mieszanką liści i owoców porzeczki. Początkowo pachnie kwaskowato i soczyście, z czasem staje się bardziej aksamitna i – dzięki białym piżmom – wygładzona. Przez cały czas utrzymuje jednak główną owocową nutę. Charakteryzuje się przy tym całkiem sporą wyrazistością i bardzo dobrą trwałością jak na kolońska etykietkę (za co w swojej subiektywnej ocenie przyznaję dwa dodatkowe punkty). Poprzez swój soczysto-owocowy, lekko zielony charakter, nawiązuje też do hermesowych ogródków. Czuć w niej wyraźnie wysoką jakość składników oraz sygnaturę Hermesa. Upss.. Wymknęło mi się! A jednak! Sygnatura Hermesa. Tak – zadziwiające, ale ona jest tu obecna.  

Christine Nagel @Benoit Teillet

Poprzez tę kolońską Christine Nagel miała coś bardzo ważnego do udowodnienia. To mianowicie, że z nią na pokładzie perfumowy Hermes pozostanie perfumowym Hermesem. Synonimem najwyższej jakości, połączenia wysublimowanej perfumiarskiej sztuki z mistrzowskim warsztatem i jasną wizją kierunku, w jakim chce zmierzać. Że zachowa pozycje i dystans do konkurencji nie poprzez bycie wyłącznie lepszym, ale także poprzez bycie innym.  Ja nie mam wątpliwości, że Nagel stanęła na wysokości zdania. Eau de Rhubarbe Ecarlate to jedna z najlepszych kolońskich Hermesa.

Na chwilę zatrzymam się przy flakonie. Kształt znany jest z całej linii Les Colognes i nawiązuje to klasycznego flakonu Eau d’Hermes z nieodwodzonym kapelusikiem jako zatyczką. Wykonanie – jak zwykle u Hermesa – jest perfekcyjne i dopracowane w każdym szczególe. Atomizer to najwyższa półka. Jest niesamowicie solidny. Działa perfekcyjnie i precyzyjnie, jak skrzynia biegów ekskluzywnego niemieckiego auta. Szczególnie pięknie flakon ten prezentuje się właśnie w szkarłatnym wybarwieniu, jakiego użyto dla podkreślenia charakteru zapachu (co jest zasadą w przypadku każdej kolońskiej Hermesa). Trzymanie w dłoniach tego przedmiotu to czysta przyjemność, dająca wrażenie obcowania z mini dziełem współczesnej sztuki użytkowej.

Po zaledwie jednym pachnidle trudno jest oceniać, czy Christine Nagel była dobrze przemyślanym „nabytkiem” Hermesa. Czas i kolejne jej pachnidła pokażą, czy zintegruje ona swój perfumeryjny styl z estetyką tej francuskiej marki. Jeana-Claude’a Ellenę trudno zastąpić, a funkcja głównego perfumiarza Hermesa to prawdopodobnie jedna z najbardziej prestiżowych funkcji w tym biznesie.  Pozostaje więc poczekać na kolejne dzieła Christine Nagel. Szczególnie intryguje mnie, jak sprawdzi się w cięższym gatunku perfumowym, jakim są perfumy kobiece oraz co będzie miała do zaproponowania mężczyznom. Bo kolońska, mimo że moim zdaniem bardzo dobra, to jednak tylko… kolońska.

Alcool 11 Flacons 4 lignes - logo 2 lignes+0,25

główne nuty: rabarbar, czerwone porzeczki, białe piżmo

twórca: Christine Nagel

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

By Coolife – odblokowywanie czakramów

Perfumy to taka dziedzina artystycznego rzemiosła (a czasem sztuki), w której inspiracje mogą pochodzić niemal zewsząd, a granicą może być wyłącznie ludzka wyobraźnia. Współczesna perfumeria coraz rzadziej bazuje na wymyślonych historiach z przeszłości, na opowieściach o królewskich rodach i ich perypetiach, a coraz częściej szuka inspiracji we współczesności, w przyrodzie, w nauce, technice, ludzkiej naturze, a czasem także w religiach i wierzeniach. W przypadku Coolife – marki będącej bohaterem tego wpisu – motywem przewodnim są tzw. czakry związane z hinduizmem i jogą.

czakry

Coolife to marka stworzona i prowadzona przez dwie mieszkające w Nowym Jorku Francuzki: Carole Beaupre i Pauline Rochas (wnuczka twórców imperium modowego Rochas). Od 2000 roku zajmują się one profesjonalną fotografią produktów luksusowych. Od niedawna tworzą wspólnie z profesjonalnymi perfumiarzami (Patricia Choux i Yann Vasnier) pachnidła mające stymulować i uaktywniać tzw. czakry,  a więc – według hinduizmu – ośrodki energetyczne wpływające na ludzkie życie i zdrowie. A że głównych czakr jest siedem – tyle właśnie zapachów tworzy kolekcję nazwaną By Coolife 7. Wszystkie siedem zapachów jest gotowych, czego potwierdzenie znalazłem podczas tegorocznych targów Esxence (stoisko Coolife prezentowało wszystkie 7 kompozycji). Natomiast póki co do sprzedaży trafiły cztery z nich, pozostałe trzy będą dołączane sukcesywnie. Ot taka strategia wejścia…

Coolife 02

Pierwsze pachnidło nazwane bezpretensjonalnie Le Premier Parfum zaprezentowano w 2014 roku. Aktywuje czakrę sakralną, zwaną Svadishtana, odpowiedzialną za emocje i twórczość. Ma odblokować zmysłowość, ciepło i miłość. Jest to kompozycja bazująca na siedmiu głównych składnikach, tworzących całość stanowiącą rodzaj zapachowego afrodyzjaka. Dominuje tu esencja paczuli osadzona na mieszance kilku gatunków drewna sandałowego połączona z ylag ylang i pogłębiona zmysłowym labdanum.

Carole+Beaupre+Patricia+Choux+Osswald+NYC+_JIC8ZyaY52l
Coolife i Patricia Choux (w środku), foto: Zimbio.com

Ten uniseksowy zapach jest z założenia minimalistyczny, skomponowany bez klasycznej piramidy nut, i tylko minimalnie ewoluuje na skórze. Pachnie zaskakująco delikatnie (a paczula potrafi przecież być bardzo wyrazista). Jest w swym minimalizmie dość kojący, spokojny, ale przez to zupełnie mnie nieekscytujący. Ot taka subtelna paczulka dla początkujących…

Trudno nazwać Le Premier Parfum mocnym debiutem – raczej nieśmiałym preludium, bo z jednej strony mamy bardzo francuskie nuty, z drugiej iście nowojorską powściągliwość i olfaktoryczną poprawność, która zresztą okaże się być immanentną cechą perfum proponowanych przez Coolife.

LePremierParfumbyCoolifePackShot

główne nuty: ylang ylang, paczula, drewno sandałowe, labdanum

twórca: Patricia Choux

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Drugie pachnidło Cooolife Le Deuxieme Parfum ujrzało światło dzienne w 2015 roku. Jest miksturą mającą aktywować czakrę serca zwaną Anahata, jedną z głównych funkcji której jest uczucie miłości. Także i tym razem Carole Beaupre, Pauline Rochas i Patricia Choux zdecydowały się na minimalistyczną, siedmioskładnikową kompozycję bez wyraźnie zaznaczonych akordów głowy, serca i bazy. Powstał miły dla nosa, subtelny, ciepły, zmysłowy bukiet o delikatnej nucie kwiatowo-balsamiczno-piżmowej, który wydaje mi się bardziej odpowiedni dla kobiecej aniżeli męskiej skóry. Jego cherlawe parametry dalekie są od moich ideałów (choć zaskakująco po kilkudziesięciu minutach staje się nieco bardziej wyczuwalny), ale przecież nie każdy lubi pachnieć mocno i wyraziście, prawda? Zresztą, gdy już jesteśmy przy miłości, to Le Deuxieme wydaje mi się doskonałym wyborem na ten moment, który następuje zanim kobieta zanurzy się w męskie ramiona w poszukiwaniu… miłości właśnie.

ledeuxiemeparfum

główne nuty: bergamotka, kwiat pomarańczy, ylang ylang, balsam Peru,

twórca: Patricia Choux

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

2015 rok przyniósł aż dwie premiery Coolife. Po Le Deuxieme przedstawiono Le Troisieme Parfum aktywizujący czakrę słoneczną zwaną Manipura, odpowiedzialną m.in. za ambicję, kontrolę i karierę. Zapach – skomponowany przez ten sam zespół, który stworzył dwa poprzednie – cechuje znany już minimalizm (siedem składników) i prostota oraz niewątpliwy urok. Tradycyjnie już brak mu wyraźnego charakteru (choć projektuje jednak nieco lepiej, niż „jedynka” czy „dwójka”). Nie formułuję tego jako zarzut, raczej jako cechę tego i pozostałych dwóch pachnideł Coolife. To świadomie przyjęta przez twórczynie konwencja, więc wypada ja zaakceptować i nie czynić z niej powodu do krytyki. Le Troisieme wyróżnia się subtelnie kolońskim i lekko zielonym charakterem, a to za sprawą kilku ingrediencji, które historycznie już tworzą tego typu aromaty: cytrusy, neroli, wetiwer. Tu zapach jest udekorowany jaśminem, wzmocniony kardamonem i jagodami jałowca oraz utrwalony piżmem. Budzi we mnie swobodne skojarzenia z Cologne Thierry Muglera czy Original Vetiver Creeda, choć odróżnia się do nich indywidualnym, bardziej delikatnym, subtelnym charakterem. Idealny jako poranne orzeźwienie w upalny dzień. Sprawdzi się zarówno na męskiej, jak i kobiecej skórze.

coolife.letroisiemeparfum 2

 

główne nuty: cytrusy, neroli, jaśmin, jagody jałowca, kardamon, wetiwer, piżmo

twórca: Patricia Choux

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ****

 

Ostatnie jak dotąd pachnidło Coolife to The Quatrieme Parfum. Jest to zarazem pierwsze, które mnie przekonuje, a nawet więcej – które bardzo mi się spodobało. Ale by tak się stało, musiała zajść pewna istotna zmiana – nad czwartym zapachem pracował z Carole i Pauline niejaki Yann Vasnier, perfumiarz znany m.in. z doskonałych pachnideł Toma Forda, Arquistec czy Parfums Divine. I albo to jego styl i warsztat albo kierunek obrany przez obie kreatorki (albo jedno i drugie) wpłynęły pozytywnie na efekt końcowy.

Yann Vasnier
Yann Vasnier

La Quatrieme otwiera podstawową czakrę zwaną Muladhara odpowiedzialną za bezpieczeństwo i przetrwanie. Jest też symbolem związku człowieka ze swymi ziemskimi korzeniami. Zapach symbolizuje to połączenie i ma w założeniu erotyczny i wyrazisty charakter. W praktyce Coolife powraca swym czwartym zapachem do paczuli, tym razem jednak w kombinacji z mocniejszymi, bardziej charakternymi składnikami. W efekcie otrzymujemy pachnidło z początkowo mocnym, męskim akordem rumowo-tytoniowym (tytoń aromatyzowany śliwką!), spod którego wyziera paczula. Ten zestaw ustawia zapach na dłuższy czas, by później zrobić miejsce zmysłowej bazie, w której wciąż obecna paczula pięknie komponuje się z balsamami i wanilią.

La Quatrieme Parfum bije na głowę pozostałe trzy zapachy Coolife charakterem, mocą, projekcją i trwałością, ale także i swą treścią. Jest zdecydowanie niebanalny, intrygujący i wg mnie bardzo zmysłowy. Jest uniseksem z lekkim przechyłem w męską stronę. Mój wybór pada zdecydowanie na niego. Od początku do (późnego) końca pachnidło to uwodzi mnie nakłaniając moje słabe czakramy do nabycia własnego flakonu…

Czy w kolejnych trzech zapachach Coolife pójdzie drogą wytyczona przez trzy pierwsze czy może przez ten czwarty? Czas pokaże. O ile dobrze pamiętam, premiera Le Cinquieme Parfum już we wrześniu.

Ja tymczasem muszę zdusić swoją słabą czakrę. Czy ktoś może zna na to sposób?

 

coolife la quatrieme

 

główne nuty: rum, liście tytoniu, paczula, mirra, balsam Peru, miód, wanilia, śliwka

twórca: Yann Vasnier

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: *****

 

P.S. Zapachy Coolife dostępne są w krakowskiej perfumerii Lulua.

Jacques Fath’s Essentials

Marka Jacques Fath jest znana głównie perfumowym afficionado, lubującym się w pachnidłach vintage. To za sprawą dwóch legendarnych zapachów: damskiego Iris Gris (1946) i męskiego Green Water (1947), które powstały jeszcze za życia twórcy marki, znanego po wojnie kreatora mody Jacquesa Fatha (zmarł w 1953 r). Zanim odszedł, zdążyli u niego terminować tacy designerzy, jak Huber de Givenchy czy Guy Laroche.

fath-jacques-1912-1954-createur-mode-francais2

Do 1957 roku firma kierowała wdowa do Jacquesie. Później na wiele lat zniknęła a z rynku aż do 1992 roku, gdy została reaktywowana przez France Luxury Group. Przy tej okazji  -w 1993 roku – reaktywowano sztandarowe Green Water, dostępne w różnych wariacjach flakonowych po dzień dzisiejszy. W 2016 roku nowi właściciele marki, firma Panouge, postanowili stworzyć zupełnie nową kolekcję czterech pachnideł po nazwą Fath’s Essentials, w której pojawiło się miejsce dla zupełnie nowej wersji klasyka Green Water. Skomponowanie ich powierzono perfumiarce Cecile Zarokian.

Fath

Cecile postanowiła w jak najwierniejszy sposób odtworzyć klasyka z jego pierwotnej wersji. Spędziła wiele czasu w Osmotheque (największe na świecie archiwum perfum) na zapoznawaniu się z przechowywanym tam pierwowzorem. Efekt jej pracy znalazł swoje zwieńczenie w Green Water Parfum.

cecile-zarokian-950x514 (1)

Green Water – po prostu zielona woda…

W przypadku tego zapachu zarówno jego nazwa, jak i barwa nie pozostawiają pola dla wyobraźni. Przekaz jest u bardzo prosty i bezpośredni. Oto… zapach zielony, który z pewnością przez lata służył perfumiarzom jako wzorzec.

Akord głowy to ładnie zbalansowany akord złożony z cytrusów, neroli oraz mięty (James Heeley musiał inspirować się Green Water, gdy komponował swoje Menthe Fraiche!). Subtelna ziołowość została tu wzmocniona pachnącym z natury nieco mentolowo estragonem, zaś bazylia w sercu przedłuża zieloność neroli. Ten zielono-ziołowy, świeży i rześki temat oparty został na bazie z wetywerii i mchu dębu, utrwalonej piżmami i akordem ambrowym. Zapach jest lekki, subtelny, ma raczej kolońską moc i taką też trwałość. Dość szybko znika ze skóry.

neroliMint

basiltarragon

oakmosswetiwer

Green Water to najbardziej tradycyjny z wszystkich czterech Fath’s Essentials. W sumie nic dziwnego, wszak jest to tak naprawdę reedycja zapachu skomponowanego 60 lat temu przez Vincenta Rouberta, dokonana przez Zarokian –  wedle oficjalnej informacji – z ogromną dbałością o wierność oryginałowi. Przyznam, że choć Green Water jest miły dla nosa i kompetentnie skomponowany, to jednak nie zachwycił mnie. Ot, przyjemny, lekki, świeży i dość szybko dający o sobie zapomnieć, do tego nietrwały.

Fath green

nuty głowy: neroli, bergamotka, mandarynka, pomarańcza

nuty serca: mięta, bazylia, estragon

nuty bazy: wetiwer, mech dębu, piżmo, szara ambra

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Okazało się, że najlepsze zapachy w tej kolekcji to pozostałe trzy, których autorką od początku do końca jest Cecile Zarokian.

Vers Le Sud –  krajobraz południa 

Zapach w założeniu mający oddawać naturalne aromaty Korsyki i Toskanii. Sama koncepcja nie jest może oryginalna, ale za to pachnidło – wprost przeciwnie. Vers Le Sud zaskakuje oryginalną w swym brzmieniu mieszaniną nut cytrusowych i zieloności liścia figi, spryskanych pianą z morskiej wody i osadzoną na kawałku drewna, który dryfował po oceanie. W tym zapachu czuć już wyrazisty styl Zarokian, lubującej się w zestawianiu mocnych aromatów, tworzących w ten sposób charakterystyczne, sygnaturowe akordy. Intro to intensywny, intrygujący, niebanalny akord cytrusowo-zielony z mocno zakamuflowaną, ale „robiącą swoją robotę” lawendą, zza którego wyraźnie wybija się słonawa nutka morskiego „aerozolu”. Ta  nuta z czasem dominuje i trzyma się na skórze bardzo długo obok wyraźnej nuty zielonej. Całość finiszuje współczesnym akordem drzewnym na bazie Cashmeranu i Ambroxanu oraz mchu dębowego.

citruses

seefiguer

Vers Le Sud najbliżej jest do Bois Naufrage Parfumerie Generale i  Sel Marin James Heeley. Jest czymś na kształt połączenia tych dwóch zapachów z dodatkiem zielonej nuty liścia figi. Nie można jednak odmówić mu oryginalności. Przewyższa też oba wymienione intensywnością i trwałością. Zapach zdecydowanie wart uwagi, szczególnie że zbliża się lato, podczas którego może szczególnie dobrze korespondować z gorącą pogodą.

Fath Vers le Sud

nuty głowy: cytryna, lawenda

nuty serca: morska bryza, liście figi

nuty bazy: mech dębu, Ambroxan, Cashmeran

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Bel Ambre – piękna ambra

Bardzo zręcznie zrobiona współczesna kompozycja ambrowa z subtelnym intro z pieprzu, jagód jałowca i cytrusów. Początek jest więc wibrujący i świeży, aczkolwiek w tle od razu poczuć można wiodący akord skórzano-ambrowy oraz całkiem wyraźny wetiwer, który dodaje całości intrygującej, lekko korzennej drzewności, chroniąc Bel Ambre przed popadnięciem w ambrowe klisze i nadając mu nieco męskiego sznytu. Wraz z upływem czasu wzmacnia się woń skórzno-ambrowa, tyle że już bez wetywerii.

pepperjuniper

amberorris

Bel Ambre zdecydowanie zyskuje przy bliższym poznaniu. Ma intrygujący charakter, dobrze układa się na skórze. Kto wie, czy nie stanie się moim drugim w kolejności ulubionym z całej czwórki po Curacao Bay, o którym poniżej.

Fath Bel Ambre

nuty głowy: cytrusy, jagody jałowca, czarny pieprz

nuty serca: kmin, irys

nuty bazy: skóra, drzewny wetiwer, ambra

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Curacao Bay

Od pierwszych testów podczas targów Esxence zdobył moje uznanie swą unikatowością i oryginalnym charakterem. Lubię zapachy wyraziste, o mocnej sygnaturze, jednocześnie wdzięczne w noszeniu. Przede wszystkim zaś cenię ich indywidualny charakter. Curacao Bay zdecydowanie wszystkie te cechy posiada. Otwiera się akordem morskim z dodatkiem cytrusów. W sercu jest morsko-kwiatowy (nuta frangipani), zaś w bazie najpierw dominuje coś na kształt cashmeranu. Później zaś naprzód wysuwa się nuta morska o nieco detergentowym, czystym charakterze, która utrwalona została najprawdziwszą szarą ambrą, zawierającą w sobie naturalnie nabytą nutkę morskiego jodu. Ten finalny akord trzyma się na skórze niemal dobę!

Curacao Bay to z pewnością najbardziej nowatorska z czterech Fath’s Essentials.

mandarinemarine

frangipanigrey amber

 

Fath curacao

nuty głowy: cytrusy, nuty zielone, szara ambra

nuty serca: nuta zwierzęca, akord Frangipani, nuta jodu

nuty bazy: ambra, piżmo

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Fath’s Essentials to perfekcyjne dzieło współczesnego designu, nie tylko perfumowego, ale i użytkowego. Na uwagę zasługuje elegancki i jednocześnie nowoczesny flakon z zamykaną na magnes zatyczką. Jego walcowaty kształt i bezbarwne szkło pozwalają cieszyć oko intensywnymi barwami poszczególnych pachnideł, doskonale dobranymi do ich charakteru. Wszystkie zapachy mają idealnie uniseksowy charakter. Odznaczają się przy tym oryginalnością, pozostając w pełni noszalnymi i po prostu bardzo ładnymi pachnidłami, z których jedno jest z założenia odtwórcze, pozostałe zaś trzy wyróżniają się wartą odnotowania kreatywnością. Wszystkie zaś cechuje bezsprzecznie wysoka jakość.

 

Letnie orzeźwienie (4) – Frederic Malle „Cologne Indelebile”

Niezawodny dotąd duet Frederica Malle i Dominique’a Ropiona tym razem „porwał się” na… kolońską. W ofercie Editions de Parfums oczywiście znajdziemy już zapachy o kolońskim charakterze. Myślę o Cologne Bigarade i Bigarade Concentree Jean-Claude’a Elleny oraz także – w pewnym stopniu – zeszłorocznym Eau de Magnolia Carlosa Benaima. Żaden z nich jednak nie pachnie tak klasycznie-kolońsko jak Cologne Indelebile. Panowie postawili bowiem na bardzo tradycyjne kolońskie składniki – bergamotkę, neroli i kwiat pomarańczy tworząc akord natychmiast rozpoznawalny, bowiem doskonale znany nawet tym, którzy perfumami się nie interesują. Celem duetu było jednak, by była to kolońska maksymalnie trwała (stąd nazwa – Indelebile znaczy tyle co permanentny). Dla maksymalnego utrwalenia kolońskiego zapachu, bez zmieniania jego charakteru, wybrano syntetyczne piżma, laboratoryjny produkt naszych czasów. I tyle. Całość w mistrzowski sposób zmieszał oczywiście Dominique Ropion lub raczej jego asystent 😉 Et voila!

Frederic Malle 2015
Frederic Malle, zdjęcie z http://www.bbook.com/

Sam początek zapachu jest bardzo soczysty i miękki. Zrównoważony akord złożony z cytrusów i neroli wiedzie prym nadając kompozycji klasyczną kolońską sygnaturę. Praktycznie od razu w bukiecie czuć lekko ostrą, chropawą nutę piżm, które w miarę upływu czasy zaznaczają się coraz wyraźniej, wraz z naturalnym słabnięciem akordu kolońskiego, z którego niemal do końca pozostaje nuta neroli. Zawartość piżm jest tu naprawdę znacząca, tak że śmiało możemy mówić od ich zamierzonym przedawkowaniu. Spełniają one swą funkcję, nadzwyczaj długo utrzymując przy życiu koloński akord. Choć oczywiście nie każdy będzie w stanie zaakceptować tak olbrzymi ich ładunek w zapachu.

neroli bergamot

Cologne Indelebile to kolońska prosta w konstrukcji, a przez to odległa od współczesnych rozbudowanych formuł Cologne Etat Libre d’Orange, Neroli Portofino (do której bywa porównywana) czy Mandarino di Amalfi Toma Forda. Zdecydowanie też bardziej tradycyjna w swym charakterze od modernistycznych kolońskich Jean Claude’a Elleny, które ten stworzył dla Hermesa. Szczerze mówiąc najbliżej jej chyba to absolutnego klasyka, czyli 4711 Original Eau de Cologne (Kölnische Wasser). Cologne Indelebile wyróżnia się wyczuwalną doskonałą jakością składników oraz – zgodnie z zamiarami autorów – ponadprzeciętną w tym gatunku zapachowym trwałością, sięgająca około 7-8 godzin, przy czym tak naprawdę ostatnie kwadranse to już głównie zapach bazowych piżm z wciąż wyczuwalnym kolońskim śladem. Zapach przez większość czasu (poza pierwszą godziną) zachowuje subtelną aczkolwiek wyczuwalną projekcję.

Dominique Ropion 2
Dominique Ropion, zdjęcie z http://graindemusc.blogspot.com/

Frederic Malle określa Dominique’a Ropiona jako jednego z najbardziej zaawansowanych technicznie znanych mu perfumiarzy. Przy okazji tej kolońskiej musiał on wykazać się umiejętnością maksymalnego utrwalenia kolońskiego akordu bez zmiany jego charakteru. Jak już wiemy, udało mu się to. Cologne Indelebile urzeka więc nie tylko naturalną świeżością i urodą kolońskiego akordu, ale również zadowala jego długotrwałością. O ile bowiem pięknych kolońskich powstaje ostatnio sporo, o tyle taka trwałość na skórze czyni z Cologne Indelebile prawdziwy ewenement, na równi z Neroli Portofino Toma Forda.

malle cologne idelebile

nuty głowy: bergamotka, cytryna

nuty serca: narcyz, kwiat pomarańczy, neroli

nuty głębi: piżmo

twórca: Dominique Ropion

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Dunhill „ICON” – nowy początek

john-ray of Dunhill
John Ray

Mówi się, że tymi perfumami John Ray, Dyrektor Kreatywny brytyjskiej luksusowej marki Dunhill, specjalizującej się w męskiej odzieży, artykułach skórzanych i akcesoriach, rozpoczął pracę nad podniesieniem prestiżu jej perfumowej oferty z poziomu Mont Blanc do Hermesa. I choć wydaje mi się to raczej plotka stworzona na potrzebę chwili (by dorównać olfaktorycznym propozycjom francuskiej marki, potrzeba znacznie więcej niż jeden udany zapach), to trzeba przyznać, że ICON – najnowsze męskie pachnidło Dunhilla – spełnia wszelkie kryteria, by zainteresować tych, którzy najchętniej sięgają po… Terre d’Hermes. Zastrzegam jednak zaraz na początku – ICON nie jest w żadnym razie jego kopią.

No właśnie. Terre d’Hermes to zapach, który sam w sobie jest osobną kategorią. Dzieło Jean-Claude’a Elleny już stało się klasykiem, ikoną męskiej perfumerii na miarę Eau Sauvage, Fahrenheit czy Cool Water, a także punktem odniesienia dla współcześnie tworzonych męskich perfum. Wciąż pozostaje niedoścignionym wzorem, służącym często za mniej lub bardziej ewidentną inspirację dla innych marek, chcących uszczknąć trochę z jego świetności (np. Montale Red Vetiver, Frank Olivier Black Touch czy M.Micallef Jewel for him). Terre d’Hermes okazał się przy tym komercyjnym strzałem w dziesiątkę, sukcesem, którego chyba nikt w Hermesie się nie spodziewał.

Bez tych kilku zdań nt. Terre d’Hermes i wpływu jaki wywarł na współczesną perfumerię męską nie mógłbym napisać recenzji ICON. Ten kontekst jest niezbędny, by odpowiednio podejść do najnowszego zapachu Dunhill. Wróćmy więc do niego i do tego, co ma wspólnego z Terre, a co nie.

Carlos Benaim
Carlos Benaim

Mający swą premierę w 2015 roku ICON – skomponowany dla Dunhilla przez Carlosa Benaima – ubiegłorocznego laureata nagrody The Fragrance Foundation za całokształt twórczości, autora całej masy pachnideł (m.in. Polo Ralph Lauren, Eternity for Men Calvina Kleina, Pure Poison Diora czy Eau de Magnolia Frederic Malle) – ma w zamyśle przedstawiać „integralnie wykwintny styl oddający Dunhill-owski etos pewnego siebie, wyrafinowanego miejskiego dżentelmena.” Tak mniej więcej brzmiał brief, jaki od Johna otrzymał Benaim ze wskazówką, że chciałby, by perfumy zawierały jego ulubione nuty: wetiwer, skórę i lawendę. Reszta była już w rękach perfumiarza, który miał na tym etapie pełną swobodę działania.

Carlos Benaim przyznaje, że rozpoczął pracę od połączenia wetiweru z akordem skórzanym, nad którym pracował już od pewnego czasu, a na który składają się m.in. irys i fiołek. Nie jest to – jak twierdzi – klasyczna skóra, raczej zamsz. Gdy połączył te dwa aspekty w całość, stwierdził że należy ją ożywić czymś świeżym i wibrującym. Tak powstała koncepcja nadużycia (overdose) neroli. Reszty olfaktorycznego spektrum ICON dopełniły bergamotka, czarny pieprz, lawenda, kardamon i drzewne nuty mchu dębowego oraz oudu.

No dobrze, znamy już mniej więcej konstrukcję ICON. A jak on pachnie?

dunhill icon big

Intro to orzeźwiająca mieszanką zielono-cytrusowej bergamoty i kwiatu pomarańczy posypanych wibrującym czarnym pieprzem. Początek jest rzeczywiście intrygujący i od razu przyciąga uwagę oryginalnym brzmieniem. Zdecydowanie nie rozczarowuje. Serce zapachu jest aromatyczne, w stylu współczesnego fougere, z „czystą”, bardzo dzisiejszą lawendą oraz luźno przywodzącym na myśl Declaration Cartiera kardamonem. Drzewna baza zapachu pachnie głównie wetywerią i mchem dębowym oraz sporą dawką Iso E Super. Natomiast, mimo moich najszczerszych chęci, nie potrafię tu zidentyfikować ani oudu, ani zamszu, choć jakaś nuta drzewna poza wetiwerem i mchem zdaje się jednak być obecna. Efekt jest taki, że szczególnie właśnie baza ICON mocno nawiązuje do Terre d’Hermes.

ICON budzi ewidentne skojarzenia z perfumami Jean-Claude’a Elleny. Nie tylko z Terre, także – choć w mniejszym stopniu – z Declaration. Nie jest wszakże, jak już wcześniej wspomniałem, bezrefleksyjną kopią żadnego z nich. Określiłbym go raczej jako rodzaj zręcznej aluzji do tego fragmentu stylu twórczości Francuza, który przyczynił się do sukcesów rynkowych wymienionych zapachów Hermesa i Cartiera. Wykorzystanie połączenia nuty cytrusowych z czarnym pieprzem, kardamonu, wetiweru, mchu dębowego i Iso E Super oraz stworzenie z nich tej wibrującej, cytrusowo-przyprawowo-drzewnej woni „wagi średniej” – to wszystko elementy wspólne ICONa z Terre d’Hermes albo z Declaration Cartiera. Albo i z jednym i z drugim.

01

Carlos Benaim określa swój obecny styl w trzech słowach: poszukujący, prosty i elegancki. ICON odzwierciedla go w sposób doskonały. Perfumiarz przyznaje, że chciał stworzyć prawdziwie męski zapach ze świeżym akcentem. Czyli, zdawać by się mogło, nic nowego. Mniej więcej to, co zwykle w tzw. męskim mainstreamie. A jednak ICON wyróżnia się pozytywnie spośród większości męskich premier ostatnich kilku lat, umiejętnie łącząc subtelne nowatorstwo akordu otwarcia z nawiązaniami do współczesnej męskiej klasyki.

Wedle napisu na flakonie zapach ma koncentrację wody perfumowanej (eau de parfum), jednak w porównaniu z np. Terre d’Hermes Pure Perfume wypada zdecydowanie bardziej delikatnie, raczej na poziomie Terre d’Hermes Eau de Toilette. Ma raczej dyskretną, „korporacyjną”, ale wyczuwalną projekcję i niezłą trwałość, w granicach 8 godzin.

ICON – podobnie jak Terre – trafi przede wszystkim w gusta menedżerów i przedsiębiorców w średnim wieku, na co dzień ubranych w garnitur lub nieco swobodniej w stylu casual office, chcących podkreślić swój status zawodowy zapachem tyleż oryginalnym, co emanującym chłodnym profesjonalizmem i nie narzucającym się. Idealnie też wpasuje się w korytarze korporacji. Tego jestem niemal pewien. Trzeba tylko poczekać, aż trafi do polskiej dystrybucji, bo na dzień dzisiejszy jest jeszcze w polskich perfumeriach stacjonarnych niedostępny…

02

Doskonałe wrażenie robi bardzo masywny flakon, pokryty swoistym „pancerzem” w kolorze srebra, a wykonanym z tworzywa sztucznego z charakterystycznymi przetłoczeniami w kształcie rombów (diamencików), dzięki którym nie wysuwa się on z dłoni (a trzeba wiedzieć, że 100 ml butla waży ponad 0,5 kg, co może niestety okazać się zbytnim dociążeniem podręcznego bagażu w samolocie…). Wierzch masywnej zatyczki jest lekko wypukły, a na jego czarnym tle widnieje eleganckie, tłoczone, srebrne logo marki. Po jej zdjęciu oczom ukazuje się grawerowany na srebrnej płytce okalającej atomizer napis „Alfred Dunhill Ltd. London, AD 1893”. Zatyczka zamyka się z miłym dla ucha, głośnym klikiem. Całość prezentuje się – podkreślam – wyśmienicie. Imituje jakąś metalową rękojeść czy też dźwignię w ekskluzywnym samochodzie. Flakon swym walcowym kształtem nawiązuje do pierwszego męskiego zapachu Dunhilla For Men z 1934 roku, co jak sądzę ma znaczenie symboliczne i podkreśla status ICONa jako początku nowego rozdziału w historii perfum marki Dunhill. Rozdziału, który rozpoczął się bardzo obiecująco…

dunhill-icon

nuty głowy: bergamotka, neroli, czarny pieprz

nuty serca: lawenda, kardamon,

nuty głębi: wetiwer, akord irysowo-skórzany, mech dębu, oud,

twórca: Carlos Benaim

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Męskie klasyki Amouage (4) – “Reflection Man”

Amouage to marka, która praktycznie od samego początku, od słynnego Gold Man autorstwa Guya Roberta, bardzo chętnie sięgała po klasyczne nuty kwiatowe w kompozycjach przeznaczonych dla mężczyzn. Choć trend ten uległ odwróceniu w ostatnich latach, to wciąż w części portfolio marki skierowanej do panów znajdziemy kompozycje z dominującymi lub pełniącymi istotną rolę w bukiecie nutami jaśminu i ylang ylang (Gold Man, Silver Man, Ciel Man), irysa (Dia Man) czy róży (Lyric Man).

neroli cedarwood

Reflection Man wpisuje się do grupy kwiatowej, z tym że tu przewodnią nutą jest neroli, czyli esencja z kwiatu pomarańczy, którą perfumiarz Lucas Sieuzac w sposób absolutnie perfekcyjny połączył w sercu kompozycji z jaśminem, ylang ylang i odrobiną esencji z irysa. Zapach otwiera się bardzo mocnym, gęstym i przepięknym akordem kwiatowym „zabarwionym” na zielono za pomocą petit grain (esencja z liści drzewa pomarańczowego) oraz rozmarynu, wzmocnionym za pomocą różowego pieprzu. Mimo dużego udziału nut kwiatowych i faktycznej dominacji neroli, Reflection Man ma dwoistą naturę, bowiem bardzo wyraźne są w nim także nuty drzewne, szczególnie cedru i sandałowca, które dają efekt zbliżonym do zapachu drewnianych wiórków, jakie pozostają po zaostrzeniu ołówka. Ta drzewna strona, wzmocniona jeszcze paczulą i wetiwerem, przydaje całości męskości i czyni Reflection Man jednym z najlepszych znanych mi męskich pachnideł z dominantą neroli. Podobne ujęcie tematu, aczkolwiek nie tak esencjonalne i intensywne, zaprezentował Francis Kurkdjian w A Piece of Me (APOM) Pour Homme. Z kolei Daphne Bugey w swoim Rose 31 dla Le Labo w podobny sposób zestawiła wyraźne nuty drzewne z nutą kwiatową, tyle że akurat różaną.

Reflection Man to perfumy na miarę Amouage – doskonałe w każdym aspekcie, także wyraźnej projekcji i długotrwałości. Jako wielbiciel kwiatu pomarańczy oraz zapachów drzewnych, w tej kompozycji znajduję idealne połączenie obu światów. Przede wszystkim zaś to doskonałe, eleganckie, uniewersalne i pełne klasy męskie pachnidło, które doskonale sprawdzi się w codziennym używaniu.

amouage reflecion man

nuty głowy: rozmaryn, różowy pieprz, liście gorzkiej pomarańczy (petit grain)

nuty serca: neroli (kwiat pomarańczy), irys, jasmin, ylang ylang

nuty głębi: paczula, wetiwer, drewno sandałowe, drewno cedrowe

twórca: Lucas Sieuzac

rok wprowadzenia: 2007

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra+
  • trwałość: ponad 10 h

Francis Kurkdjian „masculin Pluriel” i „feminin Pluriel”

Francis Kurkdjian lubi mówić o ofercie swego domu perfumeryjnego jako o zapachowej garderobie, w której można znaleźć coś na każdą okazję. W tym kontekście jego najnowsze produkcje – para pachnideł masculin Pluriel i feminin Pluriel – wydają się być odpowiednikami stroju casual i pasują doskonale jako perfumy używane na co dzień – do pracy lub też przy innych niezobowiązujących, nieformalnych i nieuroczystych okazjach (bowiem na te znajdziemy w ofercie MFK inne perfumy). By osiągnąć ten efekt perfumiarz sięgnął po ponadczasowe i sprawdzone na przestrzeni dziesiątek już lat, ale też już mocno wyeksploatowane konwencje: męskiego fougere i kobiecego floral. Zaadaptował je do obecnych perfumowych trendów i przyzwyczajeń, użył współcześnie dostępnych ingrediencji i – rzecz jasna – odznaczył piętnem swego niepowtarzalnego, politycznie poprawnego i powściągliwie luksusowego stylu.

Francis Kurkdjian
Francis Kurkdjian

masculin Pluriel to najświeższy przykład zabawy z konwencją fougere, choć wcale nie pierwszy w wykonaniu tego perfumiarza. Warto wspomnieć, że jego debiutancki Le Male (1995) dla Jean-Paula Gaultiera to nic innego jak aromatyczne fougere wzbogacone m.in. o wanilię, kwiat pomarańczy i miętę. Innym przykładem jest Narciso Rodriguez for Him (2007), w którym Francis wzbogacił temat zieloną nutą fiołkowego liścia oraz sporą dozą paczuli i jeszcze większą piżm, a którym – jak sam przyznaje – oddał hołd wielkim męskim fougere lat 80-tych. Oba pachnidła uważam za bardzo dobre, przy czym pierwsze okazało się być absolutnym bestsellerem, który np. we Francji utrzymuje się po dziś dzień w czołówce rankingu najchętniej kupowanych męskich perfum. Czyżby modern fougere wciąż było na topie?

Wracając do masculin Pluriel – zapach ten w swej prostocie nawiązuje do samych początków gatunku fougere w typie Fougere Royale czy Brut. Sprawia wrażenie surowego i nieskomplikowanego, co zdaje się potwierdzać także jego bardzo nieznaczna ewolucja na skórze. Rozpoczyna się intrygującym, nieco słodkawym akordem, w którym z pewnością obecna jest lawenda. Jednak już po chwili pojawia się coś szorstkiego i ostrego niczym drewniane wióry. To cedr. Tak więc z jednej strony czuję woń chluby Prowansji, z drugiej zaś szlachetny, doskonałej jakości czerwony cedr. Na ewidentny efekt fougere wpływają tu z pewnością także inne, niewyczuwalne dla mnie ingrediencje. Wraz z upływającym czasem cedrowe wiórki tracą na zadziorności i na skórze formuje się akord niby-skórzany – współczesny, ciepły i męski, lekko słodki, który trwa na skórze dobrze ponad 10 godzin, przy średniej, a w końcowej fazie słabej projekcji. Baza ta pachnie dość charakterystycznie, sygnaturowo i jest ewidentnie w stylu fougere. Wyczuwam w niej nawet coś „na kształt” mchu dębowego oraz może odrobiny wanilii.

Tak więc poprzez masculin Pluriel Francis Kurkdjian poszerzył ofertę Maison FK o dobrze zakorzeniony w tradycji męski fougere. W mojej osobistej ocenie – biorąc pod uwagę możliwości tego perfumiarza – sam zapach jest jednak zaledwie dobry. Czegoś mi w nim wyraźnie brakuje. Może przebłysku talentu, który w pełnej krasie rozkwitł choćby w genialnym Oud czy wspomnianym For Him dla Rodrigueza? Cóż, widać w perfumerii – podobnie jak w sporcie – dobra forma nie jest stała i nie jest dana raz na zawsze. Przyznam, że kobiecy Pluriel spodobał mi się nieco bardziej, o czym poniżej.

Pluriel masculin

główne nuty: lawenda, czerwony cedr, paczula, wetiwer, skóra

twórca: Francis Kurkdjian

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

  • zapach: dobry
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ponad 10 h

feminin Pluriel

Istotą damskiego Pluriela jest akord złożony z czterech esencji kwiatowych: irysa, jaśminu, róży i kwiatu pomarańczy. Stanowią one nowoczesny kwiatowy bukiet, który oparty o drzewne nuty wetywerii i paczuli oraz utrwalony białymi piżmami jest w istocie tym, czym w założeniu miał być – bezdyskusyjnie kobiecym i bardzo uniwersalnymi perfumami casual. Wdzięcznie i czytelnie rozwijają się one na skórze. Najpierw śliczna, delikatna, nieco rozjaśniona zielonością liścia fiołka, lekko „marchwiowa” nuta irysa. Trwa ona na skórze kilka minut, by następnie ustąpić miejsca nutom białych kwiatów. Duet jaśminu i kwiatu pomarańczy jest tu delikatny, bardzo zbalansowany i śliczny w swej poprawności. Kurkdjian opanował naturę esencji z kwiatu pomarańczy na mistrzowskim poziomie, czego dowiódł już wielokrotnie. Tu dzięki nektarowej słodyczy neroli dominujący w tym akordzie jaśmin pozbawiony został naturalnych ostrych, indolowych akcentów. Akord ten przyjemnie gryzie nozdrza i wyczuwam w nim wspomnienie Narciso Rodriguez for Her w wersji Eau de Parfum (tego samego autora). feminin Pluriel jest jednak jako całość subtelniejszy, bardzie wygładzony, dopieszczony. W jego bazie ujawnia się róża, podobnie jak białe kwiaty podana tu w zaskakująco delikatnej, zwiewnej formie. Doprawiona białymi piżmami z czasem nabiera specyficznej mydlanej natury kojarzącej się z czystością – jedną z charakterystycznych cech stylu Kurkdjiana. Kilkanaście godzin po aplikacji na skórze pozostają już tylko wspomniane białe, czyste piżma, przypominające te znane z bazy Aqua Universalis.

feminine Pluriel ma dobrą projekcję i jest zapachem „wagi średniej”. Przy tym jednak trwa na skórze dobrze ponad 12 godzin, co jest bardzo dobrym rezultatem. Sam zapach zrobił na mnie więcej niż dobre wrażenie. Pachnie przekonująco na każdym etapie ewolucji na skórze. Myślę że ze względu na swą uniwersalność oraz pozbawioną jakichkolwiek kontrowersji poprawność, może stanowić doskonałą propozycję na prezent. To po prostu śliczne perfumy, które doskonale podkreślą kobiecość.

Pluriel feminin

główne nuty: irys, fiołek, róża, jaśmin, konwalia, kwiat pomarańczy, wetiwer, paczula

twórca: Francis Kurkdjian

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

  • zapach: dobry+
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ponad 12 h