Zoologist Perfumes – „Civet”, „Nightingale” i „Macaque”

Minął nieco ponad rok od mojego poprzedniego wpisu nt. niezwykłych pachnideł kanadyjskiej marki niszowej Zoologist Perfumes. W tym czasie bardzo wiele się wydarzyło w perfumowym zoo. Twórca marki – Victor Wong, kreator zapachów (ale nie perfumiarz), wcześniej zaś perfumowy bloger, z powodzeniem dokooptował do swej uroczej trzódki kolejne zwierzęta (Makak, Skowronek i Cywet), oficjalnie przeformułował bobra* (jakkolwiek dziwnie to brzmi) oraz – dzięki międzynarodowej blogosferze i setkom perfumowych entuzjastów, a także zdobytym nagrodom (Art and Olfaction Award 2016 dla Bat oraz nominacja dla Civet w edycji 2017) i rozlicznym wywiadom udzielanym mediom elektronicznym i tradycyjnym, znacząco poprawił świadomość istnienia młodziutkiej marki.

Ze względu na powierzanie prac nad zapachami nieznanym szerzej perfumiarzom-amatorom (zwykle samoukom) i ujawnianie ich nazwisk przy okazji kolejnych premier, ktoś gdzieś – ze sporą dozą przesady – określił nawet Wonga „Fredericem Malle perfum rzemieślniczych (artisanal perfumes)”, którego to określenia używa się już od kilku lat, by odróżnić kameralne, często jednoosobowe przedsięwzięcia perfumowe, od działających na szeroką skalę marek niszowych, dawno niszowymi nie będących.

Victor Wong Zoologist

Ale imponującego sukcesu Zoologist Perfumes nie byłoby, gdyby nie frapujący koncept i -przede wszystkim – pachnidła – oryginalne, wyjątkowej urody, niezwykłe, pełne bezpretensjonalnej kreatywności, komponowane pod kierunkiem Wonga i na podstawie przygotowanych przez niego briefów, przez wybranych przez niego perfumiarzy wywodzących się spoza mainstreamu.

We wspomnianym poprzednim wpisie próbowałem oddać naturę pierwszych pięciu zwierząt Zoologist: pachnącego ściółką i geosminą Nietoperza (Bat), nektarowego Kolibra (Hummingbird), skórzanego Nosorożca (Rhinoceros), piżmowo-kastoreum-owego Bobra (Beaver) czy zielono-bambusowego misia Pandy (Panda). Dziś kilkanaście zdań o pozostałych trzech zwierzakach.

 

Nightingale (Słowik) – japońska wiosna

Jak wyjaśnia Tomoo Inaba – perfumiarz, który skomponował Nightingale – w Japonii początek wiosny zwiastują śpiewające słowiki i kwitnące kwiaty drzew śliwkowych (a także – rzecz jasna – wiśniowych). Jednak kwiecie śliwy ma zdecydowanie ciekawszy, pełniejszy i mocniejszy aromat, aniżeli słynna japońska wiśnia, a woń kwiatu śliwy jest w Japonii bardzo chętnie imitowana w postaci różnego rodzaju dezodorantów (np. do pomieszczeń, samochodów itp.), a także perfum. Każdy perfumiarz pracuje tam nad własną interpretacją tego akordu, podobnie jak we Francji każdy perfumiarz pochyla się nad zrekonstruowaniem woni konwalii.

tomoo-inaba-smelling-tuberose

Tomoo Inaba od lat para się zgłębianiem tajników perfumerii, także technik pozyskiwania składników perfum (w tym celu odwiedził już 25 krajów) oraz komponuje perfumy – do szuflady. Nightingale jest jego publicznym debiutem. W pierwotnej wersji przeleżał w szufladzie 3 lata. Gdy Victor Wong zgłosił się do niego z propozycją przygotowania perfum do kolekcji Zoologist, ten zdecydował się sięgnąć po jedną ze swych prywatnych mikstur, w której centralnym akordem jest właśnie kwiat śliwy. Dopracował recepturę i przedstawił Wongowi – ku jego zachwytowi, któremu osobiście wcale się nie dziwię.

Nightingale jest zapachem lekkim, kwiatowo-przyprawowym, o szyprowej i jakby niedopowiedzianej aurze. Czuć w nim japoński umiar. Może poza dość mocnym, szafranowym początkiem, cechuje go lekkość i transparentność oraz niezwykle urokliwa sygnatura, będąca wypadkową subtelnej woni kwiatowej, egzotycznej pikantności szafranu, zmysłowości subtelnie użytej paczuli i drzewnej, mszysto-wiórowej bazy. Odrobinę świeżości na początku perfumiarz nadał tradycyjnym akordem cytrusowym, a głębi i trwałości – piżmami, kadzidłem, ambrą i labdanum.

Nightingale ma w sobie niezwykły olfaktoryczny urok. Jest radosny, wiosenny, lekki, ciepły. Choć wydaje się być uniseksem, zdecydowanie lepiej zaprezentuje się na wiosennej, kobiecej skórze. Warto to sprawdzić.

 

nightingale-60-ml-edp

Nuty głowy: bergamotka, cytryna, szafran

Nuty serca: kwiaty japońskiej śliwki, róża, fiołek

Nuty bazy: oud, paczula, drewno sandałowe, mech, kadzidło, białe piżmo, labdanum, ambra

twórca: Tomoo Inaba

rok premiery: 2015

 

Macaque (Makak) – jego (nie)dzika zieloność

To drugi – obok Pandy – zapach zielony w ofercie Zoologist, choć w porównaniu do poprzednika zdecydowanie bardziej uładzony, umiarkowany, nie tak mocno soczysty i nie tak nieokrzesany, co – ma wrażenie – chyba nie do końca pasuje do charakteru tej małpy. Okazuje się jednak, że takie, a nie inne nuty go budujące, mają z tym zwierzęciem pewne związki…

Sarah McCartney

Sarah McCartney – właścicielka londyńskiej pracowni perfumowej 4160 Tuesdays – skomponowała Macaque.

Autorka uwzględniła w kompozycji nuty kojarzące się z codziennym menu makaków, czyli owocami (jabłko, mandarynka). Oddała ukłon w kierunku japońskiej sztuki wyrabiania wonnych kadzideł, sprzedawanych przy tamtejszych świątyniach (przyprawy, kadzidło, cedr), do których to świątyń makaki bardzo chętnie zaglądają w celu znalezienia pożywienia (pozostawianego tam dla nich przez wiernych). Próbowała także uwzględnić osobniczy zapach małp, który – wedle jej słów – jest bardziej owocowy, aniżeli mocno zwierzęcy. Temu posłużyło użycie galbanum. To jedna z dominujących tu nut.

W owocowym początku dominuje nuta jabłka.  Serce jest bardziej zielone, z mocno wyczuwalnym galbanum, którego naturalnie gęsta zieleń została tu ujarzmiona nutami zielonej herbaty z odrobiną jaśminu, kapką miodu oraz odrobiną kadzidła. Baza zapachu jest delikatna, sucho-drzewna.

Macaque to obiektywnie bardzo przyjazne i przyjemne pachnidło, które może szczególnie przypaść do gustu wielbicielom woni herbacianych. Niemniej – jak dla mnie – nie tak ekscytujące jak opisany powyżej Nightingale, którego sygnatura ma w sobie coś uzależniającego, ani też nie tak frapujące jak Civet, któremu poświęciłem ostatnią, trzecią część niniejszego wpisu.

 

 

zoologist macaque-60-ml-edp

Nuty głowy: cedr, zielone jabłko, czerwona mandarynka

Nuty serca: kadzidło, galbanum, miód, palisander, ylang ylang, jasminowa herbata

Nuty bazy: mech cedrowy, zielona herbata, biały oud, piżmo

twórca: Sarah McCartney

rok premiery: 2016

 

Civet – ciemny szyprowy kociak

Zapach nominowany do tegorocznej Art and Olfaction Award w kategorii Twórca Niezależny (wyniki będą ogłoszone 6 maja podczas Gali z Berlinie) to prawdopodobnie już dziś wg wielu wielbicieli marki jedne z najlepszych perfum, jakie dotąd zaproponował Victor Wong. Rozumiem takie opinie i częściowo je podzielam. Częściowo, gdyż mi w Civet czegoś jednak zabrakło…

Civet-Poster-Square-_Man_880x

Nazwa zapachu z jednej strony zachęca, z drugiej wzbudza rezerwę. Wszak każdy, kto nieco bardziej interesuje się perfumami i budującymi je składnikami wie, że cywet to określenie na raczej cuchnącą substancję, pozyskiwaną z gruczołów analnych zwierzęcia przypominającego kota, żyjącego w Afryce i Azji Południowej (ten sam zwierzak żywi się ziarnami kawy, które częściowo nadtrawione wydala, ku uciesze koneserów kawy Kopi Luwak…). Tym bardziej wtajemniczonym wiadomo, że właściwe (czytaj – z wielkim umiarem) użycie cywetu w perfumach (ostatnio zwykle w postaci syntetycznie pozyskiwanego odpowiednika), może czynić olfaktoryczne cuda. Przydaje zapachowi „ciała”, obecności, projekcji, głębi i trwałości oraz podświadomie zwierzęcej zmysłowości…  Potrafi tchnąć życie w perfumową kompozycję. Nie w każdą – rzecz jasna – ale w taką jak Civet – absolutnie tak.

Civet – dzieło mieszkającej i pracującej w Portland, Oregon (USA) perfumiarki Shelley Waddington – to współczesny szypr zbudowany z dużej ilości naturalnych esencji, przez co pachnący bardzo klasycznie, niemal retro, w którym syntetyczny cywet użyto z niezwykłym wyczuciem. Nie ma mowy, byśmy w którymś momencie poczuli jego fekalną naturę. Ale na pewno czujemy jego cudowne działanie.

Zapach ma gęsty, ciepły i nieco zawiesisty, otulający, a przy tym melancholijny charakter. Otwiera się bogatą mieszanką ingrediencji, praktycznie od razu odsłaniając wiele składników z bazy, stanowiącej tu najistotniejszą treść. Obecne na początku nuty cytrusów mieszające się z bogactwem esencji kwiatowych zawartych w sercu, doprawionych goździkiem, są „tylko” oprawą dla niezwykle bogatej i jednocześnie bardzo harmonijnej głębi zapachu, w której autorka pomieściła całe mnóstwo perfumowych „dobroci” o wysokiej wadze molekularnej (żywice, balsamy, nuty drzewne, wanilię, skórę, kadzidło), dodając też element zaskoczenia w postaci wyrazistej nuty kawy. I to właśnie kawa stanowi o niezwykłości tego szypru. O tym, że nie nie pachnie on jak kolejna kopia Habanity Molinard. Warto podkreślić, że perfumiarka ustawiła tak proporcję nut bazy w stosunku do reszty, że w efekcie – mimo wspomnianej obecności nut kwiatowych – Civet trudno nazwać zapachem kwiatowym.

Shelley Weddington

Civet ma koncentrację czystych perfum (25% esencji), a więc wyższą o 5% od pozostałych pachnideł Zoologist. Podobno dopiero w tym stężeniu zaczął pachnieć wedle oczekiwań autorki. To także wg mnie dowodzi, że jest złożony w zdecydowanej przewadze z naturalnych esencji, które w takim bogactwie, jak tu, potrafią przytłoczyć, przytłumić aromat. Zręczne i świadome użycie niektórych magicznych aromamolekuł z pewnością dodało by całości przestrzeni i projekcji i nie wymagało aż tak wysokiej koncentracji. Ale Shelley Weddington znana jest z zamiłowania do perfumerii naturalnej i w ten właśnie sposób tworzyła Civet – ze wszystkimi tego mocnymi i słabymi stronami. I choć nie przebił on swoją urodą stylistycznie pokrewnego Salome Papillon Perfumes, które mnie niedawno wprost oczarowało, a charakteru ma zdecydowanie mniej niż osławione MAAI Bogue Profumo, to nie mogę odmówić mu oryginalnej, choć mocno ugładzonej urody i bardzo komfortowego, otulającego, zmysłowego oraz – co ważne – absolutnie uniseksowego charakteru.

Przy czym Civet jest zupełnie niegroźnym zwierzakiem. To ciemno umaszczony, futerkowy, przymilny kociak. Rozleniwiony, bo dobrze nakarmiony kawą. Ale brak mu pazurów. I to moja jedyna uwaga.

 

zoollogist civet-60-ml-edp

Nuty głowy: bergamotka, czarny pieprz, cytryna, pomarańcze, estragon

Nuty serca: goździk (kwiat), frangipani, heliotrop, hiacynt, kwiat lipy, tuberoza, ylang-ylang

Nuty bazy: cywet, kawa, kadzidło, labdanum, piżmo, mech dębowy, żywice, rosyjska skóra, wanilia, wetiwer, nuty drzewne

twórca: Shelley Waddington

rok premiery: 2016

 

*) Wedle słów Victora Wonga: „W 2016 roku poprawiliśmy formułę (Beavera) poprzez przeprojektowanie akordu kwiatu lipy, usunięcie nut dymnych i popiołowych oraz wzmocnienie bazy, poprzez dodanie piżm o wyższej jakości. Do tego wpletliśmy lekką nutę skórzaną – jako hołd dla prawdziwego kastoreum”.

 

PS. Perfumy marki Zoologist są w Polsce dostępne wyłącznie w perfumerii Lulua w Krakowie. 

 

Puredistance „Warszawa” – z inspiracji miastem

Dużo się ostatnio mówi o naszej stolicy, zwykle niestety w niepochlebnym kontekście. Afera goni aferę, smog truje mieszkańców, a niektórzy politycy o rozdętym do granic ego próbują urzeczywistnić utopijny sen o „wielkiej Warszawie”, wielkiej obszarem i mnogością okalających ją gmin…

Ale zostawmy politykę. Na szczęście Warszawa to coraz piękniejsza, rozwijającą się, tętniąca życiem, biznesem i sztuką metropolia, w której współczesność przeplata się z wątkami z niezwykle tragicznej historii i wspomnieniami jej świetności z czasów przedwojennych. Ten splot trudnej historii i dumnego, dynamicznego dnia dzisiejszego może być inspirujący, co potwierdza znany już czytelnikom Perfumowego Bloga Jan Ewoud Vos, właściciel luksusowej marki perfumowej Puredistance.

warszawa-panorama

To w wyniku wieloletniej fascynacji naszą stolicą połączonej ze znajomością z rodziną Missalów (a w szczególności ze Stanisławą Missalą) – właścicielami warszawskiej perfumerii Quality –  – powstały perfumy Warszawa, których światowa premiera miała miejsce w Warszawie, bo gdzieżby indziej, w perfumerii Quality,  8 grudnia 2016 roku. Data to była szczególna, gdyż w tygodniu, na który przypadał dzień premiery, Perfumeria Quality obchodziła jubileusz 25 lecia swojej działalności.

perfumeria-quality

Zapach został skomponowany przez Antoine’a Lie’a we współpracy z Janem Vosem. Nie był to pierwszy raz, gdy panowie pracowali razem. Lie zmieszał wcześniej dwa pachnidła dla Puredistance White i Black. Oba zapachy swego czasu recenzowałem na blogu zwracając uwagę na ich nowoczesny charakter i minimalizm, odróżniający je od wcześniejszych, bardziej rozbudowanych perfum Puredistance.

jan-ewoud-vos-warszawa

Warszawa to zamknięcie tradycyjnej treści kwiatowego szypru w nowoczesnej formie. Gdy słyszymy szypr, spodziewamy się czegoś zupełnie innego, retro, bardziej wyrafinowanego i ciężkiego. Warszawa jest natomiast zdecydowanie współczesna, lekka i elegancka w swym minimalizmie. To aromat bardzo kobiecy i absolutnie ponadczasowy.

Zapach rozpoczyna się świeżym akordem zielonym, w którym galbanum i liść fiołka zostały bardzo zgrabnie połączone i nieco odświeżone grejpfrutem. Ale od pierwszych sekund czuć, że za nimi skrywa się delikatny, ujmujący swą lekkością i harmonią akord biało-kwiatowy. Dość szybko przejmuje on pierwszy plan. Obok cennego absolutu z jaśminu użyto w nim jeszcze cenniejszego masła irysowego oraz absolutu janowca hiszpańskiego. Akord ten ma w sobie coś z klasyki, ale podany został w bardzo współczesny sposób. Jest też dobrze zrównoważony, tak że żaden ze składników nie wyróżnia się na tle innych. Drzewna, quasi-szyprowa baza złożona z paczuli, wetywerii i styraxu dopełnia zgrabnej całości. Celowo użyłem tu określenia „zgrabna”, bo właśnie takim jawi mi się ten zapach. Jest bardzo zwarty, konkretny, na temat, pełen bezpretensjonalnego uroku, ze zredukowanymi do niezbędnego minimum ozdobnikami.

Warszawa jest uroczą kobietą. Nowoczesną, dynamiczną, powściągliwie elegancką, niezapatrzoną w siebie, ale z odwagą patrzącą w przyszłość.

Niewiele miast na świecie ma swoje perfumy. Tym bardziej takie olfaktoryczne wyróżnienie Warszawy imponuje i wydaje się być świetnym sposobem promowania naszej stolicy i kraju za jego granicami.  Ale zanim to nastąpi, do listopada 2017 perfumy Puredistance Warszawa będą dostępne wyłącznie w Perfumerii Quality. Później nastąpi ich światowa dystrybucja.

puredistance-warszawa

nuty głowy: galbanum, grejpfrut, liście fiołka

nuty serca: jaśmin (absolut), szczodrzenica sitowata (janowiec hiszpański) – absolut, masło irysowe

nuty bazy: paczula, wetiwer, styraks

perfumiarz: Antoine Lie

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

 

 

Frederic Malle „Le Parfum de Therese” – klasyka objawiona

Z tymi perfumami łączy się niezwykła opowieść. Niezwykła nie dlatego, że sporządził ją wyrachowany copywriter po to, by zachęcić do zakupu perfum lub zwiększyć ich sprzedaż. Niezwykła dlatego, że napisało ją życie…

Dotyczy ona jednej z najważniejszych postaci w historii perfumerii, wybitnego perfumiarza Edmonda Roudnitski, który nie tylko stworzył ponadczasowe arcydzieła perfumerii (głównie dla Christiana Diora: Diorissimo, Diorella, Diorama, Eau Fraiche, Eau Sauvage, ale także słynne Eau D’Hermes i pachnidła dla Rochas: m.in. Femme, Moustache for Men), ale także wyznaczył nowe kierunku w perfumerii. Pisał też książki o swym fachu, które weszły do kanonu, podobnie jak jego perfumy.

edmondroudnitska1969cafleurebon1
Edmond Roudnitska (1905-1996) (fot. Cafleurebon)

Edmond Roudnitskę stworzył Le Parfum de Therese gdzieś pomiędzy 1957 a 1965 rokiem z myślą tylko i wyłącznie o swej żonie Theresie. Ta nosiła je przez kolejne lata swego życia i nikt poza nią (i pewnie synem Michelem oraz oczywiście twórcą) nie wiedział o ich istnieniu. Do momentu, gdy już po śmierci perfumiarza, pod wpływem sugestii Frederica Malle, który właśnie tworzył swoje perfumowe wydawnictwo Editions de Parfums, Theresa zgodziła się ujawnić recepturę tych perfum i pozwoliła Fredericowi wydać je pod własną marką.

edmond-and-therese-roudnitska

Jak niemal każde ówcześnie popełnione przez Roudnitskę pachnidło, także i to wyprzedzało swoje czasy. Podobnie jak Eau Sauvage, który zadziwił i urzekł wszystkich swym totalnie wówczas nowatorskim charakterem, o którym w dużej mierze zdecydowało odważne i przekraczające wszelkie ówczesne normy użycie molekuły Hedione, dzięki której ten koloński szypr nabrał niezwykłego, świetlistego, jaśminowego charakteru, tak Le Parfum de Therese po raz pierwszy zaprezentował nutę wodną, która 30 lat później stała się elementem budującym bardzo modny gatunek perfum wodnych (acquatic).

Gdyby Le Parfum de Therese zostały opublikowane w czasach, gdy jest stworzono, byłby dziś jednym z uwielbianych ponadczasowych klasyków, wymienianych jednym tchem z  Diorella, Diorissimo, Eau Sauvage czy Femme.

frederic_malle
Frederic Malle

Dzieło Roudnitski to neoklasyczny owocowy szypr z wodnym akcentem w postaci nuty melona (melonal), która współtworzy tu świeże i soczyste, słodko-cytrusowe i jednocześnie rześkie otwarcie (mandarynka), wzbogacone o unoszący całość pieprz. Serce tej klasycznie zbudowanej (bo jakżeby inaczej) kompozycji również nie jest typowe dla szyprów tamtych czasów. Obowiązkowej esencji różanej i subtelnego jaśminu towarzyszy bowiem zdecydowanie wówczas nowatorski i przydający oryginalności akord śliwki (daleki wszakże od współczesnych wytworów chemii i w swej umowności podobny do słynnej nuty brzoskwini w Mitsouko Guerlain). Dzięki fiołkowi zaś niemu serce pachnie nieco zielono i w sumie bardzo odlegle od ciężkich retro szyprów. Baza ma drzewny charakter, a jej najważniejsze ingrediencje to wetyweria, cedr i akord skórzany. Mimo braku emblematycznych dla bazy szypru mchu dębowego i labdanum, zapach utrzymuje się w tej klasycznej estetyce, nadając jej jednocześnie nowoczesnego sznytu. Na etapie bazy nie ma już śladu po wcześniejszych nutach, co potwierdza klasyczną konstrukcję tych perfum.

Co może być zaskakujące, wg mnie Le Parfum de Therese ma uniseksowy charakter. Generalnie szypry, o ile nie zdominowane przez białe kwiaty i aldehydy, nuty szminki czy pudru, bardzo dobrze układają się na męskiej skórze (nawet szypr nad szypry Aromatics Elixir Estee Lauder), co zwykle wynika z ich cytrusowo-mszysto-drzewnego charakteru. Le Parfum de Therese nie jest tu wyjątkiem. Nawet więcej – ze względu na swój nowatorski i oszczędny w środki wyrazu charakter, bardzo dobrze współgra z męskim naskórkiem .

Przede wszystkim jednak Le Parfum de Therese pachnie bardzo charakterystycznie dla stylu Mistrza Edmonda. Ten bezdyskusyjny geniusz kolby i pipety potrafił tworzyć prawdziwe cuda perfumerii na miarę ówcześnie dostępnych składników i możliwości technicznych. Z niezwykłym wyczuciem wykorzystywał nowe wówczas aromamolekuły po to, by znanej estetyce dodać nowych wymiarów, by pokierować ją na nowe tory. Dzięki temu, ale także niezwykłemu talentowi i tytanicznej pracy w swoim laboratorium, stworzył perfumy, które funkcjonują „poza czasem”, poza zmieniającymi się modami i wbrew współczesnemu natłokowi nowych składników i sztucznie budowanych wokół nich trendów. W latach swojej świetności Roudnitska mógł swoje dzieła zaprezentować publice głównie dzięki wizjonerstwu, odwadze i niezwykłemu smakowi Christiana Diora. Le Parfum de Therese musiały poczekać wiele lat, by dzięki innemu koneserowi perfumeryjnego rzemiosła, Fredericowi Malle, mogły zostać upublicznione. To świetnie, że tak się stało, bo to pachnidło zupełnie wyjątkowe. Bo choć nie będące koronnym osiągnięciem Edmonda Roudnitski, to jednak potwierdzające jego niezwykły talent, wyjątkowy kunszt i gigantyczny warsztat. Jestem pewien, że ich klasyczna harmonia z domieszką współczesności i niezwykła uroda nikogo wrażliwego na aromaty nie pozostawią obojętnym…

 

malle-parfum-de-therese

nuty głowy: pieprz, mandarynka, melon

nuty serca : jaśmin, fiołek, róża, śliwka

nuty bazy: cedr, wetyweria, skóra

perfumiarz:  Edmond Roudnitska

rok premiery: 1999 – w ramach Frederic Malle Editions de Parfums (pierwotnie w 1957-65)

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 4,0 / projekcja: 3,5-4,0 / trwałość: 3,5

Le Labo „Ylang 49” – majestersztyk

 

Zapachy marki Le Labo łączy pewna prawidłowość. Otóż nie należy pod żadnym pozorem oczekiwać, że będą li wyłącznie pachnieć tym, o czym informuje ich nazwa. Przerabiałem ten wątek już wielokrotnie, zawsze przy okazji testów pachnideł tej – było nie było – kultowej już marki niszowej. Nie inaczej sprawa ma się z Ylang 49. Właściwie powinienem dodać, że jest to przykład pachnidła, w którym odległość nazwy od treści jest – nawet jak na standardy Le Labo – wyraźna.

„Ylang 49 jest spacerem po lesie z soczystym bukietem kwiatów w twojej dłoni, gdy słuchając zrównoważonego fortepianu Glenna Goulda zdajesz sobie sprawę, że kwiatowa kompozycja może wykraczać poza kwiaty w ten sam sposób, w jaki Fuga D-moll wykracza poza D.”

Rzeczywiście Ylang 49 – nieco wbrew swej nazwie – wykracza daleko poza schemat pachnidła kwiatowego. Połączone w nim aspekty kwiatowe i drzewne tworzą zapach wielowymiarowy i uniwersalny, a przy tym uniseksowy. Mimo, że pierwszy akord, zdominowany przez soczyste kwiaty, nosi wszelkie znamiona woni typowo kobiecej, to w miarę upływu czasu strona drzewna bierze górę, do końca już definiując szyprowo-drzewny charakter pachnidła.

Kwiatową stronę zapachu tworzą esencje z ylang ylang oraz z gardenii tahitańskiej (Tiare flower). Naturalność, głębia i intensywność akordu kwiatowego jest doprawdy sugestywna i zachwycająca.  Początkowo soczysty, rozcieńczony bergamotą (przez co jakże klasycznie szyprowy!), z czasem jeszcze zielonkawy, później bardziej miodowy, nektarowy, z pojawiającą się minimalną goryczką, która stanowi łącznik z ujawniającą się stopniowo drzewną osnową. Główne role grają tu paczula, wetyweria, mech dębu i drewno sandałowe tworzące prawdziwie szyprową aurę, która pogłębia się, stając się coraz bardziej wyraźnie drzewna, mszysta i żywiczna. Tym samym kwiatowy aspekt Ylang 49 powolutku gaśnie, ustępując miejsca nutom drzewnym mocno porośniętym dębowym mchem. Ta swoista przemiana odbywa się na skórze bardzo powoli, dostojnie, co wynika m.in. z wyraźnie wysokiej koncentracji zapachowej esencji.

ylang-ylang
Ylang Ylang
tiare flower
Tiare

Warto wiedzieć, że kwiat Tiare jest narodowym symbolem Tahiti, skąd pochodzi żona Franka Voelkla, twórcy Ylang 49. Frank regularnie odwiedza tę wyspę czerpiąc z jej olfaktorycznego bogactwa inspirację dla swej pracy.

Co ciekawe (i co zauważyłem nie tylko ja), Ylang 49 pachnie jak współczesna, cieplejsza, głębsza, bardziej żywiczna wersja klasycznego zapachu Aromatics Elixir Clinique. Znajdzie z pewnością uznanie nie tylko u fanek tego legendarnego szypru, ale także wśród tych osób, dla których wyrazista i nieco już archaiczna kwaśność bergamoty i surowość paczuli w dziele Bernarda Chanta jest „nie do przeskoczenia”. W Ylang 49 bergamoty jest zdecydowanie mniej, cytrusy pachną bardziej słodko, zaś paczula jest współczesna, nieostra i „niepiwniczna”. Niemniej stanowi ona kluczowy składnik tego zapachu i wraz z benzoesem buduje zmysłowy akord, który przywodzi mi na myśl genialny Coromandel Chanela. W pewnym zakresie oba te pachnidła są więc do siebie podobne.

Walory użytkowe Ylang 49 są absolutnie rewelacyjne. Zapach jest naprawdę mocny, należy więc dozować go ostrożnie. Projektuje bardzo wyraziście, trwa na skórze dobrze ponad 12 godzin, wyraźnie się zmieniając.

frank-voelkl
Frank Voelkl

Na osobny akapit zasługuje postać perfumiarza. Frank Voelkl, Niemiec z pochodzenia, pracuje jako senior perfumer w Firmenich. Nie należy do największych gwiazd perfumerii, ale talentem i umiejętnościami – śmiem twierdzić – przerasta niejedną z nich. Jego specjalnością są nuty drzewne, w których Frank jest prawdziwym mistrzem. Ma on w swym wciąż rosnącym dorobku wiele bardzo udanych zapachów mass-marketowych (np. Zirh IKON, Sir Avebury Oriflame), czy tzw. celebrity scents (choćby Covet Sarah Jessica Parker, Purr Kate Perry, a nawet perfumy firmowane przez Rihannę czy Justina Biebera), a także pachnideł klasy premium (np. dla ekskluzywnej linii Ermenegildo Zegna Essenze). Ale najbardziej dumny jest z tych stworzonych wspólnie z Eddiem Roschi dla niszowego Le Labo właśnie. A jest ich całkiem sporo, bo Voelkl wydaje się mieć wyjątkowo dobrą „chemię” z kreatorami tej marki. Do dziś z jego pracowni wyszły: Santal 33 (bestseller), Iris 39, Baie Rose 26, Musk 25,  Benjoin 19, Limette 37Ylang 49 oraz najnowszy The Noir 29. W sumie 8 zapachów na 24 tworzące obecną ofertę Le Labo, a więc 1/3. Sporo. Śmiało można więc nazwać Voelkla głównym perfumiarzem Le Labo.

Bardzo rzadko zdarza mi się ocenić perfumy najwyższą notą, jednak w przypadku Ylang 49 nie mogło być inaczej. To nie tylko arcydzieło współczesnej perfumerii, które nadaje pojęciu kwiatowego szypru nowego wymiaru, ale przede wszystkim przepięknie pachnące i doskonale leżące na skórze perfumy. Jeżeli ktoś ciekaw jest, jakie musi być pachnidło, by wzbudzić zachwyt tak wybrednego nosa, jak mój, niech koniecznie spróbuje Ylang 49. To zapach, który wyznacza górną granicę olfaktorycznej doskonałości.

le labo ylang

główne nuty: bergamotka, ylang ylang, gardenia tahitańska, paczula, mech dębu, drewno sandałowe, wetyweria, benzoes

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ******/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

 

Amouage Myths – mityczne czy raczej sentymentalne?

Marka Amouage pod wodzą Christophera Chonga nie zwalania tempa. Dopiero co ukazał się piękny Opus X w ramach luksusowej serii Library Collection, a już mamy premierę kolejnej pary pachnideł w głównej linii marki. Myths to drugi po Journey tandem zapachów w ramach nowej olfaktorycznej opowieści o portretach życia, pisanej przez Chonga rękami i nosami współpracujących z nim perfumiarzy. Choć nie nadążam za wizjami tego twórcy, to jestem niemal bezkrytyczny wobec efektów olfaktorycznych i jego wkładu w rozwój marki Amouage. Myths potwierdzają, że nie schodzi ona poniżej bardzo wysokiego poziomu zarówno pod względem treści, jak i jakości zapachów. Oba pachnidła są po prostu doskonałe. Oba też wyraźnie czerpią z chwalebnej historii perfum, o czym więcej piszę poniżej.

christopher-chong-creative-director-amouage-perfumes

Myths Man

Męski Myths to dzieło kolektywu. Nad zapachem – prócz jak zwykle Christophera Chonga w roli kierującego całością  – pracowało aż troje perfumiarzy: Karine Vinchon (dla Amouage popełniła już Interlude Woman, Opus III oraz Memoir Man), Dorothée Piot (skomponował Memoir Woman) i Daniel Visentin (twórca Lyric Man). Widać więc, że choć tym razem Chong nie skorzystał z usług Pierre’a Negrina, który skomponował lub współtworzył kilka ostatnich pachnideł Amouage, to zlecił pracę perfumiarzom, którzy w przeszłości pracowali już dla niego i dobrze znali jego oczekiwania oraz profil zapachowy Amouage. Nie byli więc wybrani przypadkowo.

Efektem prac tego perfumowego dream-teamu jest pachnidło z jednej strony bardzo mocno tkwiące w estetyce, do jakiej przyzwyczaił nas Chong (obecny jest amuażowy, kadzidlano-żywiczno-przyprawowy styl), z drugiej zaś dość wyraźnie nawiązujące do męskich pachnideł lat 80-tych ubiegłego wieku, zanim jeszcze perfumerię opanowała moda na zapachy morskie, wodne i jakie tam jeszcze. A pamiętamy, że były to czasy, gdy mężczyźni pachnieli … bardzo męsko i bardzo mocno. Myths Man odgrzewa tamte emocje, odtwarza tamtą atmosferę, pozostając jedną nogą w arabskiej, luksusowej estetyce Amouage.

Obok genialnego, zielonego Interlude Man, oudowego Epic Man i tytoniowego Journey Man, Myths Man to chyba najbardziej ewidentnie męski z wszystkich zapachów tej marki. Oba zapachy dzielą nutę tytoniową, choć tu nie jest to opisane jako tytoń, a popiół. Ale szczerze mówiąc nie znajduję tu popiołowej nuty w typie Serge Noire Lutensa. Natomiast akord, jaki pojawia się na finiszu, i jaki trwa na skórze do końca, ma dla mnie ewidentnie tytoniowy charakter, kojarzący mi się z fantastyczną Havaną od Aramisa (szczególnie z tą w wersji pierwotnej). Ale to dopiero w ostatnim etapie zapachu. Wcześniej mamy typowo amuażowe, dość ostre orientalne otwarcie (z rzadko spotykanym akordem chryzantemy!), później drzewno-rumowe serce, na etapie którego sygnaturowy akord tytoniowo-ambrowy zaczyna się ujawniać.

Myths Man z pewnością mnie nie zawiódł, bo – jak to zwykle bywa u Chonga – ma on wszystkie cechy doskonałych perfum i jeszcze trochę. Poza tym to typowy Amouage. W tym przypadku określenie „typowy” ma jak najbardziej pozytywny wydźwięk. Jest tu zarówno mocna projekcja, jak i wielogodzinna trwałość, przy wyraźnej ewolucji na skórze. Nie wszyscy to lubią – wiem- ale ja – uwielbiam.

Zapach nosi naprawdę wybornie i na pewno prędzej czy później włączę go do swej kolekcji pełno-flakonowej, gdyż jest tego absolutnie wart. Mimo, że moja pierwsza ocena – zanim jeszcze poznałem go lepiej – była raczej sceptyczna. Po pierwszych testach bowiem oceniłem go jako wtórny, będący połączeniem Interlude i Journey. Ale – co u Amouage jest zasadą – potrzeba czasu, by odkryć wszystkie subtelności i elementy, które stanowią o bogactwie i pięknie perfum tej marki. Dokładnie tak samo jest z Myths Man.

Amouage Myths Man

nuty głowy: chryzantema, kłącze irysa

nuty serca: róża, rum, wetyweria, elemi

nuty bazy: labdanum, popiół, skóra

rok premiery: 2016

moja ocena: Karine Vinchon, Dorothée Piot, Daniel Visentin

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

Amouage Myths

Myths Woman

Damską wersję Myths Chong powierzył jednemu perfumiarzowi, ale za to jakiemu! Nathalie Lorson to obecnie jedna z wiodących perfumiarzy firmy Firmenich. Portfolio jej prac jest obezwładniająco obszerne, a znajdziemy pośród nich rzeczy absolutnie wybitne (np. Lalique Encre Noire, Autoportrait Olfactive Studio, zapachy dla Le Labo, Armani Cuir Noir, D&G Feminine,  Chopard Wish i całe mnóstwo perfum dla największych marek designerskich). Myths Woman jest jednak debiutem tej doświadczonej perfumiarki, gdy chodzi o współpracę z Amouage. Tym bardziej byłem ciekaw tego zapachu.

NATHALIE_LORSON_COULEUR23370_credit_Alexandre_Guirkinger
Natahlie Lorson (fot. Alexandre Guirkinger)

Już zielono-kwiatowy początek z narcyzem jako głównym akordem, podparty galbanum i liściem fiołka wprowadza stylistykę klasycznych zielonych szyprów. Gdy do tego dodamy solidne drzewno-przyprawowe serce z goździkiem i paczulą oraz mszysto-skórzaną bazę, mamy pełen obraz tego pachnidła. Myths Woman to nostalgiczne perfumy zrobione wg najlepszej tradycji lat 50-70-tych ubiegłego stulecia. Fiołkowo-galbanowo-skórzany akord, budujący sygnaturę tych perfum, mi osobiście kojarzy się z klasyką w rodzaju Grey Flannel Geoffrey Beene, ale pewien jestem, że osoby lepiej zorientowane w damskich klasykach, znajdą wiele innych porównań (na Fragrantica.com już można takie znaleźć: Private Collection Estee Lauder z 1973 roku czy YSL Rive Gauche z 1970, ale także Chanel No.19).  Myths jest utrzymany w tej samej stylistyce, co dopiero przeze mnie opisany na blogu Romanza Masque Milano. Szczególnie bazy obu pachnideł są zdumiewająco podobne.

Amouage jest więc owszem klasycyzujący, ale że stworzony współcześnie, z pewnością nie trąci myszką. I choć od czasu do czasu powieje nutką retro, nie jest ona w żadnej mierze przesadna. No i zapach ten nadaje się także na męską skórę. Jego kwiatowy charakter jest bardzo… zielony. Narcyz, liść fiołka, galbanum czy goździk to nie są aromaty zarezerwowane wyłącznie dla Pań (zresztą które tak naprawdę są?). Dlatego uważam, że najnowszy tandem zapachów Amouage to prezent szczególnie wartościowy dla panów. Miast jednego, mają do wyboru aż dwa pachnidła…

myths-amouage-woman-513x700

nuty głowy: narcyz, liście fiołka, galbanum

nuty serca: goździk, paczula, akord ambry

nuty bazy: skóra, mech, piżmo

rok premiery: 2016

moja ocena: Nathalie Lorson

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

Ona i on, czyli Clinique „Aromatics Elixir” i Aramis „900”

„Wąchamy naszym umysłem. Nasz nastrój wpływa na sposób, w jaki odczuwamy zapachy. (…) Zapachy zmieniają nasz nastrój. Nie jest dobrze, gdy jesteś zmęczony. Twój umysł musi być świeży.”

Bernard Chant (1927–1987)

bernard-chant

Te słowa wypowiedział jeden z największych i najważniejszych perfumiarzy wszech czasów, którego bez wahania postawiłbym obok takich tuzów perfumiarstwa jak Jean Carles, Ernest Beaux, Edmond Roudnistka czy Jean Paul Guerlain. Bernard Chant stworzył takie perfumowe arcydzieła, jak Estee (1968), Azuree (1969), Cinnabar (1978) i Beautiful (1985) dla Estee Lauder, Aramis (1969), JHL (1982), 900 (1973) i Devin (1977) dla Aramis (męskiej marki Estee Lauder),  Gres (1958) dla Cabochard, Halston (1974), Antonia’s Flowers (1985) wreszcie Aromatics Elixir (1971)  dla Clinique. Chant był „tajną bronią” Estee Lauder. Pracując dla wiodącej amerykańskiej marki kosmetycznej tworzył perfumy do szpiku francuskie, klasycznie skonstruowane, ale i bardzo oryginalne. Jego bogaty, francuski, jednocześnie indywidualny styl można dziś spokojnie uznać za kanon. Szyprowy akord Aromatics Elixir to absolutna klasyka gatunku, doceniania nie tylko przez pokolenia eleganckich amerykańskich kobiet, ale także przez współczesnych krytyków perfum, m.in. Lucę Turina i Chandlera Burra.

 

Ona czyli Clinique Aromatics Elixir

Clinique-AromaticsElixir9s_enl

Aromatics Elixir (1971) to perfumy, które – w jakimś sensie – zna niemal każdy. Nie znaczy to, że każdy miał okazję wąchać je w oryginale. Aromat ten stał się jednym z najchętniej kopiowanych, gdy chodzi o klasyczne perfumy damskie. Stąd nawet, jeśli dzieło Chanta nigdy nie miało okazji olśnić nas w swej pierwotnej, oryginalnej formie, z pewnością znamy tę woń z jednej z niezliczonych kopii. Efekt podobny do tego, jaki generuje od dziesiątek lat Chanel No. 5. Tyle, że nie ma to jak oryginał. Tak jest również w tym przypadku. Aromatics Elixir – mimo upływu lat – wciąż zachwyca. Trzeba jednak do niego dojrzeć. To nie są perfumy dla początkujących. To ponadczasowy, sztandarowy szyprowy klasyk, w którym najważniejsze role grają: mech dębu, paczula oraz białe kwiaty (jaśmin, tuberoza, ylang), a także róża, cytrusy i zioła. Ale po kolei.

Otwarcie jest upojne, cytrusowo-ziołowe (cytryna i bergamota oraz werbena, rumianek i szałwia) z subtelną, niemęczącą nutką zmywacza do paznokci. W sercu niepodzielnie rządzi bogaty, kwiatowo-drzewny akord w uroczej, klasycznej odsłonie. Bardzo ważną rolę pełni tu miodowa nuta ylang ylang, która pięknie łagodzi kwaśność paczuli i wetiweru. Nie ma tu mowy o retro nutach pudrowych, szminkowych czy aldehydowych. Jest całkiem soczyście i… coraz bardziej drzewnie, gdyż na tym etapie już całkiem wyraźnie ujawnia się kluczowa dla całej kompozycji paczula ożeniona z nie mniej ważnym mchem dębowym. Jakby tego było mało, akord bazy wzmacnia esencja wetywerii oraz drewno sandałowe. Czy można wyobrazić sobie bardziej klasyczne połączenie? Chyba nie. Ale wcale nie pachnie ono banalnie. Nie w tej genialnej kompozycji, której nadano jakże odpowiedni tytuł. Aromatyczny eliksir. Genialne!

Zapach jest wyrazisty, „nie bierze jeńców”, ma konkretną moc. Czuć, że formuła nie powstała współcześnie, aczkolwiek oczywiście przeszła zmiany, które zresztą wyszły zapachowi – jak sądzę – na dobre. Wersja vintage (a miałem okazję ją testować) ma tak obezwładniającą moc, że współcześnie jednak chyba trudno było by jej używać bez wzbudzania kontrowersji. Aktualna woda perfumowana jest owszem mocna i intensywna, ale nie „trąci myszką”, co jednak w wersji vintage jest wyczuwalne. Dodam, że obecnie Aromatics Elixir występuje w dwóch koncentracjach: wody toaletowej (eau de toilette) oraz wody perfumowanej (perfume spray). To właśnie tę drugą wersję poddałem testom.

Aromatics Elixir to ponadczasowe szyprowe perfumy dla dojrzałych i pewnych siebie kobiet, która stronią od współczesnych, nudnych, banalnych, słodko-kulinarnych pachnideł. Ich nieco wytrawny charakter akceptują także niektórzy mężczyźni, szczególnie zaś bazę zapachu można spokojnie nazwać męską. I pewnie panowie sięgaliby częściej po dzieło Bernarda Chanta, gdyby nie… inne dzieło Bernarda Chanta… Ale o tym za chwilkę.

clinique-aromatics-elixir-perfume

nuty głowy: bergamotka, cytryna, werbena, szałwia, rumianek

nuty serca: geranium, róża, ylang ylang, jaśmin, tuberoza

nuty bazy: paczula, mech dębu, wetiwer, drewno sandałowe

twórca: Bernard Chant

rok premiery: 1971

moja ocena:

zapach: ******/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

On czyli Aramis 900

Gdyby jednak dla panów Aromatics Elixir okazał się być zbyt kobiecy (czyt. przede wszystkim zbyt kwiatowy), znajdą dosłownie tę samą, tylko że bardziej surową i okrojoną wersję w postaci 900 Herbal Cologne – pachnidła marki Aramis z 1973 roku, którego autorem jest… Bernard Chant.

Pochodząca z 1973 roku „dziewięćsetka” z pewnością powstała na osnowie Aromatics Elixir. Nazwałbym ją nawet męskim rodzeństwem. Wyraźnie czuć, że perfumiarz pomajstrował przy formule tak, by osiągnąć bardziej męski efekt. Zapach stał się bardziej surowy, wytrawny, ale nie zatracił tego niezwykłego sygnaturowego akordu, który czyni z Aromatics Elixir i z 900 aromaty tak trudne do zapomnienia. Otwarcie nie jest tak cytrusowe (akord zmywacza zniknął), zaś nuty biało kwiatowe jaśminu i ylang ylang zostały tu ściszone. Pojawił się za to nieco bardziej męski duet goździka i geranium. Paczula ponownie odgrywa niezwykle ważną rolę, wzmocniona przez wetiwer i mech dębu stanowi o szyprowym charakterze 900. Baza jest najbardziej zbliżona do Aromatics Elixir, aczkolwiek odrobina cywetu czyni ją bardziej męską. 900 jest ogólnie delikatniejszy od damskiego pierwowzoru, choć i tak, jak na eau de cologne, jest całkiem trwały i dobrze wyczuwalny przy założeniu liberalnego użycia (nie jest to bowiem tradycyjna, ulotna cytrusowa kolońska). Co bardzo istotne, to pachnidło wymaga skóry, by je w pełni docenić. Testy na papierze robią mu po prostu krzywdę.

Jedno mogę powiedzieć z czystym sumieniem – aktualna wersja 900 pochodząca z Aramis Gentleman’s Collection – pachnie po prostu fenomenalnie. Nie miałem pojęcia, że to jest tak niesamowite pachnidło. Bardzo charakterystyczne (na miarę Eau Sauvage, Fahrenheit czy Habit Rouge). Klasyczne, nieco oldskulowe, męsko zniewalające.

Jak powiedział Chant, wąchamy naszym umysłem oraz czujemy perfumy emocjami. Dla mnie 900 to właśnie pozytywne emocje, których nie potrafię wyjaśnić. Być może jakieś przyjemne podświadome wspomnienia, skojarzenia z przeszłości…

Za sprawą 900 wróciłem do klasycznego Aramisa (1966) tego samego perfumiarza i przypomniałem sobie, jaki jest świetny. Choć tamten to inny typ – także szypr, ale już nie kwiatowy, tylko skórzany. Bardziej wytrawny, surowy, bardziej męski. Chyba równie genialny, co 900. Oczarowały mnie pachnidła Bernarda Chanta. Może to kwestia mojego wieku? A może znudzenia współczesną perfumerią mainstreamową? Trochę także pewnie efekt obcowania z Monsieur. Frederica Malle, który właśnie do takiej estetyki mocno nawiązuje. Jestem pewien, że Bernard Chant doskonale czułby się nosząc Monsieur.

Tak czy inaczej w kolejce na testy czekają jeszcze Aramis Devin i JHL. Zgadnijcie, kto je skomponował?

 

aramis 900

nuty głowy: kolendra, nuty zielone, cytryna, bergamotka, drewno różane

nuty serca: goździk, irys, jaśmin, konwalia, róża, geranium

nuty bazy: drewno sandałowe, ambra, mech, paczula, wetiwer, cywet

twórca: Bernard Chant

rok premiery: 1973

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

UNUM – liturgia perfum

Filippo Sorcinelli of UMUM

W największym skrócie UNUM to włoska marka perfumowa stworzona przez Filippo Sorcinelly’ego i Marcello Bissoni, na co dzień właścicieli atelier LAVS (Laboratorio Atelier Vesti Sacre) znajdującego się w Santarcangelo di Romagna i trudniącego się projektowaniem oraz szyciem… szat liturgicznych. LAVS jest jedną z wielu tego typu firm zlokalizowanych we Włoszech, jednak zasłynęła tym, że zaopatruje obecnego papieża Franciszka, jak i jego poprzednika, papieża-emeryta Benedykta XVI, co jest niewątpliwą nobilitacją i uznaniem dla jakości produktów LAVS.

LAVS clothes

Pomysł perfum zrodził się w głowie Sorcinelly’ego jako konsekwencja innego pomysłu o olfaktorycznym charakterze. Otóż LAVS od pewnego czasu perfumowało swoje szaty – przed ich wysyłką do klientów – specjalnie do tego celu stworzonym zapachem do tkanin. Zapach tak mocno przypadł do gustu klientom, że Ci zaczęli dzwonić do Sorcinelly’ego z pytaniem, czy można go nabyć w ich atelier. Jednak to, czym LAVS dysponował, nie było klasycznymi perfumami do ciała. Kreator zdecydował się więc zlecić przygotowanie takich. Powstawały dwa lata (!) i zostały nazwane w jedynym możliwy sposób: LAVS. To centralne i najważniejsze perfumy w obecnie trójelementowej kolekcji zapachów marki UNUM, w której – obok LAVS – podczas zeszłorocznych targów Esxence w Mediolanie twórca zaprezentował dwa pozostałe: Opus 1144 i Rosa Nigra. Wszystkie pachnidła mają wysoką koncentrację zapachowej substancji i występują jako extrait de parfum.

 

LAVS czyli liturgia hierarchów…

To zapach, wobec którego trudno użyć innego określenia, niż kadzidlany. Ale przyznać muszę, że jest to kadzidlak niezwykły, z pewnością jeden z najpiękniejszych i najbardziej dostojnych ze wszystkich, jakie miałem okazję poznać. Jest to też wbrew pozorom pachnidło złożone, w którym zasadniczy kadzidlany temat tworzony przez olibanum, opoponax i labdanum, został z mistrzowskim umiarem ozdobiony rześkimi i wibrującymi nutami otwarcia (niezawodne w takiej sytuacji esencje z przypraw: czarnego pieprzu, kardamonu, goździka oraz bardzo wyraźne i świetnie komponujące się z całością jałowcowe jagody), które tworzą zaiste piękne i od razu przykuwające uwagę intro LAVS. Zaraz za nim ujawnia się mocno zaznaczona nuta drzewna – esencja drewna różanego, której dwojaka – drzewno-mentolowa natura doskonale wprowadza oraz uzupełnia główny kadzidlany temat. Subtelnie słodkości nadaje żywica elemi i tonka , zaś drzewnej głębi i trwałości: mech dębu i akord ambrowy.

Benedict incensing

LAVS emituje dość wyraźnie swą tajemniczą, mistyczną woń, przez wiele godzin mocno trzymając się skóry. Jest zapachem o bardzo konkretnym charakterze, który z pewnością przypadnie do gustu wielbicielom „czystych” zapachów kadzidlanych: Avignon CdG, Bois d’Encense Armani Prive, Cardinal Heeley’a czy Full Incense Montale (by wymienić tylko te najbardziej znane), a kto wie – być może nawet zatrzęsie ich „kadzidlanym top 5”? Moim zdaniem jest to wielce prawdopodobne, gdyż…

…LAVS to bez wątpienia jedno z absolutnie najlepszych znanych mi pachnideł kadzidlanych. Jest pozornie proste, ale w istocie złożone, majestatyczne, mistyczne i pięknie się rozwijające. Udowadnia, że wciąż możliwe jest intrygujące i przekonujące zrealizowanie ascetycznego w swej istocie tematu kadzidlanego w postaci pełnoprawnych perfum.

UNUM Lavs

nuty: czarny pieprz, kardamon, jaśmin, kolendra, goździk, jagody jałowca, kadzidło frankońskie (olibanum), opoponax, drewno różane, labdanum, żywica elemi, mech dębu, tonka, piżmo, ambra

rok premiery: 2013

 

Opus 1144 czyli paryski gotyk…

Rok 1144 uważany jest za początek gotyku, ulubionej epoki Filippo Sorcinelly’ego. Opus 1144 powstał jako wynik fascynacji twórcy tą epoką.  To perfumy, które najbardziej oględnie określiłbym jako kwiatowo-orientalny szypr o subtelnie sentymentalnej barwie, aczkolwiek zupełnie współcześnie pachnący. To bardzo oryginalne dzieło łączące cztery główne akordy przenikające się wzajemnie, z czasem zmieniające się mocą i proporcjami i układające się w pewną ewolucję: cytrusowy (z wiodącą zieloną wonią esencji z bergamotki i nieco zmiękczającą ją mandarynką), kwiatowy (z heliotropinową dominantą uzupełnioną jaśminem i orchideą), drzewny (cashmeran i sandałowiec) oraz orientalno-kulinarny (wanilia, elemi, benzoes).  Zapach rozwija się od soczystego, słodko-cytrusowego początku, przez kwiatowe serce, w którym dominujący obok nieco ukrytego jaśminu heliotrop dość długo przełamywany jest zielonością bergamoty, aż po miękką, puszystą, orientalną bazę, która może całkiem słusznie kojarzyć się z bazą klasycznego Shalimar or Guerlain. Zresztą nie tylko baza Opus 1144 wykazuje wyraźne paryskie wzorce.

Paris-Notre-Dame-river-france-XL

Opus 1144 to  pachnidło mocne, nasycone, zniuansowane i naprawdę piękne. Przy tym – poprzez wyraźne echa twórczości Jacquesa Guerlaina – bardzo francuskie w swym charakterze. A to przecież właśnie we Francji w 1144 rozpoczął się gotyk, który potem rozlał się na całą Europę…

Opus-1144-Unum

nuty głowy: bergamotka, mandarynka,

nuty serca: jaśmin, heliotrop, irys, orchidea,

nuty bazy: żywica elemi, drewno kaszmirowe, piżmo, wanilia, drewno sandałowe, benzoes

rok premiery: 2015

 

Rosa Nigra czyli… czarna róża

Rosa Nigra powstała jako konsekwencja Opus 1144, a zainspirowała ją woń kamieni budujących gotyckie świątynie. Z czysto olfaktorycznego punktu widzenia zapach ten ma tę samą bazę, co Opus 1144, złożoną z cashmeranu, ambry, wanilii, drewna sandałowego i piżm. Jednak cała reszta jest zupełnie inna. I nie spodziewajmy się tu aromatów mineralnych, mających oddać kamienny zapach. Nic z tych rzeczy. I to chyba nawet dobrze… Rosa Nigra fascynuje bowiem tym, jaka jest. A jest od początku do końca majestatycznie… różana. Z początku lekko owocowa (nuta brzoskwini), a później bardziej drzewna, minimalistyczna, a nawet ascetyczna, nieco mroczna, piękna róża, to centrum tej kompozycji. Może kojarzyć się z męskim Amouage Lyric Man, choć w zdecydowanie bardziej minimalistycznym wydaniu. Zapach jest niemal linearny, a jego główny temat (podobnie jak w przypadku LAVS) utrzymuje się niemal niezmiennie przez długi czas.

black rose

Osobiście muszę przyznać, że Rosa Nigra poruszyła mnie, nawet bardzo, swą… zmysłowością połączoną z minimalistyczną prostotą. Jest w tym zapachu coś, co przyprawia mnie o dreszczyk zmysłowej ekscytacji … Ale nie znaczy to, że są to perfumy stricte kobiece (choć owszem – na kobiecej skórze mogą być bardzo… niebezpieczne!). Róża jest tu na tyle harmonijnie i obficie otoczona nutami drzewnymi (sandałowiec, cashmeran), żywicznymi (labdanum) i piżmami, że także na męskiej skórze przeobraża się w coś po prostu hipnotycznie pięknego. Świetny i nie wiem, czy nie mój ulubiony zapach UNUM na ten moment.

unum-rosa-nigra-ficcanasando

nuty: brzoskwinia, anyż, bylica, frezja, róża, labdanum, drzewo sandałowe, drewno kaszmirowe, wanilia, ambra, piżmo.

rok premiery: 2015

 

P.S.

W wywiadzie dla Fragrantica.com Filippo Sorcinelly zapowiedział na 2016 rok premierę dwóch kolejnych pachnideł UNUM. Jedno z nich będzie inspirowane muzyką. Sądząc po treści i jakości dotychczasowych trzech uważam, że absolutnie warto na nie poczekać.

Pachnidła UNUM są w Polsce dostępne dzięki perfumerii Mood Scent Bar.