„Gosha Rubchinskiy” by CdG – zapach post-sowieckich skate’owców…

Jako stary rutyniarz od dłuższego czasu żyłem w przekonaniu, że nic mnie już w perfumerii nie zaskoczy. O ja niepokorny! Przecież rzeczywistość tak bardzo nie znosi próżni! Ta olfaktoryczna również! Jeżeli ktoś czegoś jeszcze nie wymyślił, to już za chwilę to wymyśli. Spokojnie! Zapach w hołdzie dla skateboardingu? Proszę bardzo. Tego przecież jeszcze nie było. Ale już jest!

skateboarding

Tylko jak coś takiego może pachnieć? Jak perfumiarz przełoży na aromat taki koncept?

Skateboarding w letni dzień

Kółka deski palące się na rozgrzanym betonie chodnika

Zapachy gumy i smoły, a zarazem woń młodości i wolności

Oto pierwsze pachnidło sygnowane przez rosyjskiego projektanta odzieży, Goshę Rubchinskiy’ego, który na fali „mody na Rosję” (uff, mam z tym „historycznie uwarunkowany” kłopot), zdobył sobie uwielbienie na zachodzie Europy, głównie w UK i Niemczech, gdzie jego kolekcje sprzedawane są w najlepszych londyńskich i berlińskich sklepach.

gosha rubchinskity clothes  

Rubchinskiy to „Rosjanin, który przez ostatnie lata stał się globalnym fenomenem, w swoich niełatwych w odbiorze, inspirowanych post-sowiecką estetyką ubraniach, oraz w surowych i ascetycznych fotografiach krymskiej sceny deskorolkowej, zawarł esencję buntu swojego pokolenia„. (Ignacy Hryniewicz, newonce.net) 

gosha-rubchinskiy-2560x1400_c

Kartonik w kolorze post-sowieckiej czerwieni z napisem nadrukowany cyrylicą. Prosty i klasyczny kształt flakonu (podobno ukłon w kierunku rosyjskiej perfumerii, choć mi przypomina butlę klasycznego Pour Homme od zupełnie nierosyjskich Włochów Dolcego i Gabbany), zatyczka pokryta drewnem z deskorolki. Prosty i oszczędny napis (cyrylica) na flakonie z imieniem i nazwiskiem kreatora. Surowo. Po rosyjsku, aż chłód przechodzi po plecach…

Zapach otwiera się mocnym podmuchem alkoholu (tak!), spod którego wyłania się najpierw rachityczna, zielono-gałęziasta nuta korzenia arcydzięgla, po czym pojawia się i z czasem wzmaga aromat gumy, rozgrzanej na gorącym od promieni słonecznych betonie. Zresztą w późniejszej fazie ta guma przechodzi w całkiem sugestywną woń smoły lub – jak kto woli – asfaltu. Rozgrzanego, ma się rozumieć. I tyle. Bo zapach ten, podobnie jak flakon, jest surowy i minimalistyczny, a jednocześnie sugestywny i obrazowy.

To doskonały przykład minimalistycznej, abstrakcyjnej perfumerii koncepcyjnej, która przekracza granicę tego, co zwykliśmy nazywać perfumami. Nawet obecnie, gdy tyle rzeczy zdążyło się już w perfumerii wydarzyć, zapach Goshy Rubchinskiy’ego pachnie zaskakująco nowatorsko i frapująco.  Jego neo-perfumy to przedziwny, awangardowy konglomerat nut ściśle powiązanych z miejską subkulturą skateboardingu.

Co ciekawe, poszczególne składniki budują tu konkretny zapachowy obrazek tak celnie i sugestywnie, że na jego rzecz zatracają swą indywidualność. Bardzo lubię, gdy tak się dzieje. To jak mieszanie farb po to, by uzyskać nowe nienaturalne kolory, przez co obraz nie odwzorowuje po prostu rzeczywistości, tylko tworzy nową, abstrakcyjną nierzeczywistość. 

Interesujące perfumy powinny opowiadać jakąś historię, malować jakiś obraz, a nie jedynie prezentować ten czy inny składnik niczym dumną postać w świetle jupiterów. Jeżeli robią to przekonująco i spójnie, to ich akceptacja jest już jedynie rzeczą gustu i smaku odbiorcy.

gosha-rubchinskiy-fragrance-release-0

Daleko mi bardzo do Rosji. Dalej jest mi chyba jedynie do skateboardingu. Daleki też jestem od zachwytów nad tym zapachem. Natomiast uważam go obiektywnie za interesujący i – co ważne – udany eksperyment. Nie znam nic, co pachnie podobnie. Spotkałem już w perfumach nutę smoły (Comme des Garcons Tar), spotkałem też nie raz, nie dwa gorzko-sucho-zielonego arcydzięgla (wyraźnego choćby we French Lover F. Malle). Fakt, nie znalazłem dotąd w perfumach woni gumy. Tak czy inaczej, na taką konstelację urbanistycznych aromatów, jak ta tutaj, nigdy dotąd nie wpadłem. I za to warto Goshę pochwalić.  Są bardzo w stylu Comme des Garcons z najbardziej poszukującego okresu serii Synthetic czy Odeur. Czy to zachęta do ich poznania, czy nie, to pozostawiam do oceny wszystkim, którzy doczytali ten wpis do tego miejsca. 

COMME_DES_GARCONS_GOSHA_RUBCHINSKIY_PERFUME_ARTWORKED_V2-2

nuty głowy: korzeń arcydzięgla, bukko

nuty serca: ziarna mandarynki, błękitny rumianek

nuty bazy: żywica benzoesowa, wetyweria, paczula

rok premiery: 2016

perfumiarz: Alexis Dadier (pod kierunkeim Christiana Astuguevieille’a i Goshy Rubchinskiy’ego)

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 3,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

 

PS Zapach do przetestowania i nabycia w perfumerii Mood Scent Bar w Warszawie.

Pieprzone perfumy, czyli mała (i niepełna) antologia pachnideł z pieprzem w roli głównej

Czarny pieprz to składnik stosowany w perfumach znacznie rzadziej od tańszego w produkcji pieprzu różowego. Ale różni się od niego nie tylko ceną. Zapach esencji z czarnego pieprzu jest znacznie bardziej intensywny i zdefiniowany. Jest także lepiej nam znany z racji bycia jedną z najpowszechniejszych kuchennych przypraw. Niemniej, jego stosowanie  w perfumerii sprowadzało się dotąd do wykorzystania jego własności modyfikujących. Czarny pieprz potrafi bowiem wprawić w ruch inne molekuły, nadając im wibracji, a zapachowi – życia, projekcji, obecności, przede wszystkim zaś przyprawowości. Pięknym przykładem wykorzystania czarnego (a także różowego pieprzu) jako modyfikatora akordu cytrusowo-drzewnego jest Terre d’Hermes Jean-Claude’a Elleny. Innym, w którym użyto sporej dawki czarnego pieprzu w akordzie otwarcia, jest genialne w swym minimalizmie Bois d’Encens Michela Almairaca z linii Armanii Prive.

Black peppercorns

Kreatorzy perfum niechętnie obsadzają czarny pieprz w roli głównej. Jeżeli już to robią, to dotyczy to zwykle pachnideł z tzw. niszy perfumowej i perfumerii artystycznej. Dobrymi przykładami są tu Piper Nigrum L.Villoresiego z 1999 roku, Poivre Piquant L’Artisan Parfumeur z 2002 roku czy Poivre 23 Le Labo. Kto wie, czy nie jedynym przykładem pieprzowego zapachu marki mainstreamowej jest BANG! Marca Jacobsa (2010).

Perfumiarzem, któremu niezwykłe własności zapachowe pieprzu są bardzo bliskie, jest wspomniany Jean-Claude Ellena. Jeszcze jako twórca perfum dla niszowej marki The Different Company Ellena zmiksował pieprz z esencjami różanymi i cywetem tworząc niezwykły Rose Poivree (2000). Później, już jako nadworny perfumiarz Hermesa, przedstawił Poivre Samarcande (2004) w ramach butikowej kolekcji Hermessences. Co ciekawe, inspiracją dla jego powstania wcale nie była sama przyprawa, a drzewo, stary dąb rosnący w pobliżu domu J.C.Elleny, który przez lata zasłaniał mu widok na morze. Pewnego dnia zachorował i został ścięty. Perfumiarz zapamiętał zapach tego świeżo ściętego drzewa jako mieszankę pieprzu, piżm i dymu i to wrażenie starał się zrekonstruować w Poivre Samarcande. Stąd obecność w formule dużej ilości czarnego pieprzu wzmocnionego dodatkowo papryką oraz zastosowanie sążnistej dawki Iso E Super (mówi się, że stanowi ono ponad 70% formuły Poivre Samarcande!), odpowiadającej za aksamitne, trochę drzewne i odrobinę piżmowe tło zapachu. Na nie Maestro rozsypał zmielone drobinki pieprzu i ozdobił całość subtelnie dymną nutką, uzyskując doprawdy osobliwy efekt. Zresztą tę minimalistyczną całość można z powodzeniem nazwać akordem, gdyż składa się ona z zaledwie kilku ingrediencji.

jean-claude-ellena-new

Poivre Samarcande było do niedawna (dlaczego – o tym później) chyba najlepszym zapachem z pieprzem w roli głównej, także pod względem wyraźnej projekcji i zaskakującej – jak na ulotną pieprzową nutę – trwałości. Jestem przekonany (to wyraźnie czuć), że doświadczenia z pracy nad tym zapachem-akordem perfumiarz wykorzystał w opublikowanym dwa lata później Terre d’Hermes, uzupełniając formułę o nuty grejpfruta, cedru i wetywerii. Może więc być Poivre Samarcande swoistą zapachową fotografią postępu prac nad jednym z najwybitniejszych współczesnych męskich pachnideł. Jest jednak poza wszystkim bardzo wdzięcznym w noszeniu, oryginalnym, przyprawowo-transparentnym, wibrującym i bardzo intrygującym zapachem. Olfaktoryczne haiku na najwyższym poziomie, wymagające doskonałych składników i wyjątkowej maestrii.  Mniej znaczy więcej? Nie zawsze, ale tu akurat owszem, tak.

poivre-samarcande

Hermes Poivre Samarcande

główne nuty: czarny pieprz, papryka, kmin, nuty drzewne

rok premiery: 2004

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

 

Dziesięć lat po ukazaniu się Poivre Samarcande znana z oudowych pachnideł marka Montale zaproponowała swoją wizję perfum z nutą pieprzu i – oczywiście – oudu. Intense Pepper to absolutnie w zgodzie z nazwą bardzo intensywny i mocny zapach, zupełnie odmienny od ulotnej, transparentnej urody Poivre Samarcande.  W pierwszej fazie pieprz zmieszany został z cytrusami dając przyjemny, świeży i naturalnie, niemal kuchennie pachnący wstęp do mocniej pikantnego serca, w którym do głosu dochodzi nieco gorzka, mocna nuta która mi kojarzy się z gałką muszkatołową. Pieprz po całkiem długim czasie ustępuje miejsca drzewnej, suchej i nieco zbyt jak na moje gusta chemicznej bazie. Nie sądzę, by był to naturalny oud, zaś użyte tu składniki mające budować oudową nutę dają dość bezkompromisowy, ale też niezwykle trwały efekt. Intense Pepper wgryza się w skórę i tkwi w niej ze dwie doby albo lepiej, z tym, że na tym etapie zapach nie ma już nic wspólnego z pieprzem.

Nie znajdziemy tu finezji Hermesa, to oczywiste. Ale jest moc! Do tego gargantuiczna trwałość, również nuty pieprzowej, co może się podobać. Jeżeli więc szukamy naprawdę mocnego pieprzu na równie mocnej drzewnej podbudowie i nie przeszkadza nam, że pachniemy tym tak ze dwa dni – koniecznie spróbujmy Intense Pepper. Ten zapach ma coś w sobie.

montale-intense-pepper

Montale Intense Pepper

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, cytrusy, oud, piżmo

rok premiery: 2014

perfumiarz: bd.

 

Zeszły rok przyniósł dwie warte wspomnienia „pieprzowe” premiery. Pierwsza to Elektryczny Pieprz (Poivre Electrique) od Atelier Cologne, skomponowany przez Bruno Jovanovica. Zapach jest częścią Collection Orient i łączy dwa rodzaje pieprzu – czarny i różowy – z pikantnym pimento. W otwarciu znajdziemy – obowiązkowe dla gatunku cologne – cytrusy, a w sercu płatek róży i całkiem wyczuwalne kadzidło olibanum. Drzewna, cedrowo-sandałowa baza z dodatkiem mirry dopełnia naprawdę dobrej całości. Niestety mam wrażenie, że Elektryczny Pieprz równie gwałtownie i atrakcyjnie się zaczyna, co szybko cichnie na skórze. Być może odpowiednio zwiększone dozowanie poprawi ten aspekt. Niemniej, zapach sam w sobie zdecydowanie wart jest uwagi. Lekki, jak na kolońską konwencję przystało, energetyzujący, wibrujący, rześki i przede wszystkim mocno pieprzowy.

atelier-cologne-poivre

Atelier Cologne Poivre Electrique

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, papryka, cytrusy, olibanum, mirra,

rok premiery: 2016

perfumiarz: Bruno Jovanovic

 

Drugą i zdecydowanie głośniejszą była premiera najnowszego zapachu Comme des Garcons Black Pepper. Oprawiony w klasyczny, obły, leżący flakon nawiązuje – nie tylko tym elementem – do najlepszych czasów marki. Nie mam wątpliwości, że dzieło Antoine’a Maisondieu (tak jest!)  zasługuje na miano jednego z najlepszych zapachów Comme des Garcons oraz zdecydowanie najlepszego pachnidła pieprzowego, z jakim miałem styczność. I to pod każdym względem.

antoine-maisondieu-full

U podstaw tak doskonałego efektu leży bezprecedensowe przedawkowanie czarnego pieprzu (ok. 20%) i dodatkowe wzmocnienie go za pomocą molekuły Pepperwood (ok. 10%), tej samej, która nadała pieprzowego impetu wspomnianemu BANG! Nie bez znaczenia jest także użycie, doskonale wpisującej się w temat, molekuły Akigalawood, która łączy ze sobą dwa aspekty Black Pepper – przyprawowy i drzewny. Ten drzewny został tu zbudowany za pomocą cedru i sandałowca. Zaskakującą głębię i ciepłe tło buduje tonka, piżma zaś utrwalają całość we wzorowy sposób, w wyniku czego zapach zdaje się nie mieć kresu.

Black Pepper pachnie lekko i wibrująco, ale projektuje potężnie. Jego wibrujące molekuły potrafią zakręcić w nosie nie tylko osobie go noszącej. Możemy być pewni reakcji zaintrygowanych osób z otoczenia. Czy będą one pozytywne czy negatywne, w głównej mierze zależeć będzie od ich gustów i upodobań. Ale będą na pewno.

Black Pepper to dowód na wciąż wielki i z sukcesem wykorzystywany potencjał działu kreacji perfum Comme des Garcons. Firmie należy się uznanie za poziom kreatywności i wykonania.

Black Pepper – zapach, który w swym przyprawowym gatunku jest dziełem doskonałym. Pachnidło doprawdy solidnie popieprzone….

cdg-black-pepper

Comme des Garcons Black Pepper

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, papryka, cytrusy, olibanum, mirra

rok premiery: 2016

perfumiarz: Antoine Maisondieu

 

Perfumowe remanenty (3) – Naomi Goodsir „Or du Serails”, Comme des Garcons „Wonderoud”, Olfactive Studio „Flashback”

Naomi Goodsir Or du Serail

Ilekroć spoglądam na design flakonów Naomi Goodsir i grafikę na nich stosowaną nie mogę oprzeć się wrażeniu, że projektantka z antypodów wyraźnie inspiruje się stylem Serge’a Lutensa. To akurat bardzo dobry wzorzec do naśladowania, więc nie mam nic na przeciw. Tym bardziej że dotychczas wydane przez nią perfumy są absolutnie godne uwagi. Zarówno Bois d’Ascese jak i Cuir Velorous oceniłem swego czasu pozytywnie. Nie inaczej będzie w przypadku zeszłorocznego Or du Serail, który zasłużenie zdobył serca wielu perfumistów. Tym razem Naomi wybrała jako perfumiarza samego Bertranda Duchaufoura. Ten z właściwym dla siebie perfekcjonizmem wykonał przepiękne, bogate, złożone orientalne pachnidło z nutą złotej tabaki w centrum otoczoną owocami, nutami drzewnymi i przyprawami. Efektem jest – w dużym uproszczeniu – wyrafinowana (lepsza?) wersja Tobacco Vanille Toma Forda. Choć muszę tu podkreślić, że złożony z wielu ingrediencji Or du Serail ma jednak więcej do zaproponowania od Fordowskiego bestsellera. Świeży, soczysty, po duchaufourowsku owocowy początek uwypukla niecodzienną, bardzo realistyczną nutę jabłka. Ten owocowy akord bardzo harmonijnie i szybko przechodzi w główny miodowo-tabakowy temat z wyraźnym gęstym labdanum w tle oraz alkoholową, rumową aurą. W bazie podobieństwo do Tobacco Vanille jest dużo mniejsze. Wanilia jest tu owszem obecna, ale odgrywa dużo mniejsze znaczenie, a finisz wydaje się być bardziej drzewny. Całość z pewnością warta bliższego poznania.

ou du serail

Nuty głowy: jabłko, czerwone jagody, mango, słodka pomarańcza

Nuty serca: rum, bylica, szałwia, kokos, geranium, ylang-ylang, mate

Nuty bazy: labdanum, wosk pszczeli, miód, tabaka, ambra, dębina, cedr, piżmo, wanilia

rok premiery: 2014

twórca: Bertrand Duchaufour

 

Comme des Garcons Wonderoud

Comme des Garcons bardzo późno poddało się oudowemu trendowi, niestety z bardzo mizernym efektem. Wonderoud nie przekonuje mnie, jest brzydszym bratem nieco lepszego Wonderwood. Z początku – dosłownie przez chwilę – czuć w nim niby-pieprz. Zaraz potem później wyłania syntetyczny akord drzewny przypominający zapach ciętych drewnianych desek, na mój nos zawierający coś, co pachnie podobnie do Cashmeranu. Tu pojawia się reminiscencja dużo bardziej wyrazistego, dużo ciekawszego, znacznie lepszego Hinoki tej samej marki. Nieco później pozostaje na skórze już tylko sucha drzewna nuta – domniemam, że oudowa. Zapach wydaje się być strasznie wymuszony, jakby zrobiony na siłę. A przy tym delikatny i krótkotrwały. Skrajnie syntetyczny. Rozczarowujący. Niestety.

Comme-des-Garcons-Wonderoud-22

główne nuty: cedr, oud, paczula, drzewo sandałowe, wetiwer, drzewo gwajakowe, pashminol

rok premiery: 2014

twórca: bd.

 

Olfactive Studio – Flash Back

W 2013 roku w ramach kolekcji Olfactive Studio kierowanej przez Celine Verleure przedstawiono Flash Back. Tym razem swój kunszt zaprezentowała jedna z największych perfumiarskich gwiazd – Olivier Cresp (choćby Angel T. Muglera, Penhaligon’s Juniper Sling, Cacharel Noa). Flash Back to perfekcyjnie zrobiony męski świeży zapach drzewny rozpoczynający się od soczystej, rześkiej rabarbarowo-cytrusowej erupcji przechodzącej w akord zielono-owocowy z nutą jabłka Granny Smith (nuta powtórzona ostatnio przez Oliviera Creeda w jego Vetiver Geranium z cyklu Acqua Originale), kończąc na wetiwerowo-cedrowo-sandałowej bazie. Klasyczna i ponadczasowa konstrukcja plus kilka mniej ogranych składników (rabarbar, jabłko), a rezultat bardzo przekonujący, pełen uroku i klasycznego męskiego charakteru. Coś dla wielbicieli Creed Aventus, M. Micallef Royal VintageTerre d’Hermes oraz – szerzej – pachnideł z wetiwerową dominantą.

flashback

Nuty głowy: rabarbar, grejpfrut, pomarańcza

Nuty serca: różowy pieprz, jabłko Granny Smith

Nuty bazy: wetiwer, cedr, sandałowiec, ambra, piżmo

rok premiery: 2013

twórca: Olivier Cresp

Comme des Garcons 2 Eau de Parfum

Czy perfumeria jest rzemiosłem czy sztuką? Myślę że zawsze jest tym pierwszym, a od czasu do czasy bywa także i drugim. Zwykle wtedy, gdy mamy do czynienia z aktem tworzenia, a nie jedynie odtwarzania. I podobnie jak każda inna dziedzina sztuki, także i perfumeria ma swą historię, swoje stylistyczne okresy, wybitnych twórców, wreszcie ma także swoje największe dzieła, przełomowe, wyjątkowe. Gdy w tym kontekście pomyślimy o perfumerii, przychodzą nam na myśl historyczne pachnidła Chypre de Coty, Fougere Royale Houbigant, Jicky Guerlain, No. 5 Chanel, Shalimar Guerlain, Mitsouko Guerlain, No. 19 Chanel, Knize Ten, Dior Eau Sauvage, Diorissimo i takie nazwiska jak Francois Coty, Paul Parquet, Aime Guerlain, Jacques Guerlain, Henri Robert, Ernest Beaux czy Edmond Roudnitska. Czy jednak najwspanialsze perfumy powstawały jedynie dawno temu? Czy współcześnie nie tworzy się zapachowych arcydzieł? Z reguły to upływający czas powoduje, że kwalifikujemy jakieś dzieło jako wybitne lub nie. A przynajmniej tak jest w przypadku perfum. Najwspanialsze perfumy przetrwały dziesiątki lat, zapoczątkowały nowe trendy, na stałe wpisały się do kulturowego dziedzictwa. Czy zatem obecnie powstają jedynie mniej lub bardziej udane dzieła perfumowego rzemiosła? Nie. Nawet ostatnie 20 lat to okres, w którym pojawiło się kilka perfum absolutnie wybitnych, dzieł sztuki, które mają wszelkie szanse na zdanie egzaminu czasu. Jednym z nich jest ponad wszelką wątpliwość Eau De Parfum 2, które w 1999 roku stworzył dla niszowej marki Comme des Garcons Mark Buxton. 

mark-buxton 4
Mark Buxton

Buxton to mieszkający od 20 lat w Paryżu perfumiarz angielskiego pochodzenia, który swoje dzieciństwo i dorastanie spędził w Niemczech. Tam też ukończył perfumiarską szkołę przy Haarman & Reimer, do której zresztą dostał się w bardzo oryginalny sposób, o czym napiszę więcej na Perfumowym Blogu przy okazji recenzowanie zapachów z autorskiej linii Buxtona.  

cdg 1_1
pierwszy zapach Comme des Garcons

Gdy w 1994 roku awangardowa marka Comme des Garcons zdecydowała się na wprowadzenie do oferty swych pierwszych perfum, postawiła na Buxtona. Ten dał upust swoim kulinarnym fascynacjom i stworzył dla Rei Kawakubo i Christiania Astugueveilla zapach niezwykły, do dziś zadziwiający bogatą mieszanką przypraw i drzew. Eau De Parfum okazało się być strzałem w dziesiątkę. Pięć lat później w laboratorium ponownie zasiadł Buxton i przebił samego siebie, tworząc arcydzieło. CdG 2 Eau de Parfum to wg mnie jeden z najoryginalniejszych zapachów wszech czasów, przy tym mający w sobie coś nowatorskiego i absolutnie ponadczasowego. Buxton później jeszcze kilkukrotnie udowadniał swój talent i niezwykły styl w zapachach tworzonych dla CdG (Green Eau de CologneWhite3Incense: Ouarzazate2 Man), ale żaden z nich nie przebił 2 Eau de Parfum.

christian-astuguevieille-portrait
Christian Astuguevieille

Gdyby ktoś zapytał mnie, czym pachnie CdG 2 EDP, moja odpowiedź brzmiałaby: atramentem. Bardzo podoba mi się umieszczenie w centrum tej kompozycji wyrazistej nuty atramentu Sumi, który w naturalny sposób podkreśla japoński rodowód Comme des Garcons i jego założycielki Rei Kawakubo. Ta zupełnie niezwykła nuta (którą w bardzo odważny i udany sposób po wielu latach podjął ponownie Jerome Epinette w M/Mink dla Byredo) stanowi o charakterze i unikatowości tego zapachu. Jest wyczuwalna od pierwszych sekund przez większość jego trwania. Z początku unoszona daleko w powietrze przez nieco „techniczne” w odbiorze aldehydy. Z czasem pogłębiona przez dodającą mistycyzmu nutę kadzidła. Zmysłowości i ciepła przydaje jej labdanum, a orientalnego wymiaru – paczula. Jest też w CdG 2 pewna doza kulinarnej słodyczy (maltol?), która w połączeniu z paczulą przywołuje dość odległe – ale jednak – echa Angel T. Muglera. Tak jakby Buxton zza chmury aldehydów puszczał do nas oko  (artysta wyznał w jednym z wywiadów, że pracował nad zapachami zawierającymi przesadną dawkę ethyl maltolu – znak rozpoznawczy Angela – na długo przed Olivierem Crespem, jednak nikt wówczas nie traktował jego eksperymentów poważnie, więc ten zarzucił ich kontynuację). Wypada dodać, że formuła CdG 2 zawiera jeszcze kilka innych ingrediencji, ale wszystkie one pracują na użytek przewodniego motywu, który – niczym dobra melodia – zapada głęboko w pamięć.

sumi-ink-on-paper-by-rikki-kasso-06

Woń CdG 2 jest absolutnie twórcza, nowatorska, artystyczna. Celowo używam czasu teraźniejszego, bowiem mimo upływu lat CdG 2 wciąż pachnie awangardą, wciąż wyprzedza swoje czasy, a przynajmniej takie robi wrażenie. Nie próbuje odtwarzać natury. Jest natomiast niezwykle udaną próbą stworzenia olfaktorycznego znaku CdG. Czegoś japońskiego i awangardowego zarazem. Czy można lepiej streścić w zapachu filozofię Comme des Garcons?

Kompozycja Buxtona jest dość linearna, nie zmienia się zbyt wyraźnie w czasie, w naturalny sposób traci na intensywności i mocy, co może być efektem zamiłowania tego perfumiarza do krótkich, ale konkretnych formuł, co ten bardzo sympatycznie tłumaczy swoim… lenistwem (zapachy zbudowane na krótkich formułach z natury rzeczy nie są zniuansowane i nie ewoluują tak wyraziście, jak pachnidła złożone z kilkudziesięciu, a czasem i ponad stu składników). Tu czas na łyżeczkę dziegciu w tej sporej beczce miodu. W CdG 2 kuleje niestety trwałość, przynajmniej na mojej skórze. Po wodzie perfumowanej spodziewałbym się jednak więcej niż wymęczone 6 godzin…

Mimo że przyjęło się – nie wiem dlaczego – kategoryzować CdG 2 jako perfumy kobiece, wg mnie to uniseks przeznaczony dla co odważniejszych osób, poszukujących oryginalności bez popadania w przesadny eksperyment. Owszem przyznaję, na kobiecie pachną intrygująco, zmysłowo i naprawdę sexy. Ale sądzę, że i na męskiej skórze mają spore szanse powodzenia, choć nie jest to absolutnie zapach dla samców alfa. Raczej dla marzycieli, artystów i dandysów…

cdg 2 1

nuty: japoński atrament Sumi, kadzidło, paczula, cedr, korzeń dzięgla, wetiwer, magnolia, ambra, labdanum, nowe aldehydy, kmin, olejek cade, absolute z mate, absolut foliowy

twórca: Mark Buxton

rok wprowadzenia: 1999

moja ocena:

  • zapach: doskonały
  • projekcja: dobra+
  • trwałość:  ok. 6 godz

 

PS. Zapach Comme des Garcons 2 można przetestować i nabyć w krakowskiej perfumerii Lulua oraz w warszawskim Mood Scent Bar.

Monocle: Scent Two “Laurel” by Comme des Garcons

Drugi chronologicznie zapach stworzony dla marki Monocle, a sygnowany przez Comme des Garcons i skomponowany przez niestrudzonego Antoine’a Maisondieu, jest także moim ulubionym z całej trójcy Monocle Scents (choć Hinoki depcze mu po piętach, a recenzowane niedawno Sugi ma spory potencjał). Tym razem tematem przewodnim jest wawrzyn (laur), którego suszone liście znamy z polskiej kuchni pod nazwą liścia laurowego. W wyniku zastosowania sporej ilości charakterystycznie pachnącego eterycznego olejku z wawrzynu oraz sporej dawki czarnego pieprzu i tymianku, a także cynamonu Laurel od pierwszych sekund kojarzy mi się z kuchnią. I nie jest to absolutnie złe skojarzenie. Jest to pachnidło do szpiku przyprawowe i przy tym bardzo naturalnie pachnące. Przebieg zapachu na skórze jest dość czytelny. Soczyste, przyprawowe intro złagodzone przez odrobinę cytrusów i akcenty zielone. Następnie część „właściwa”, czyli wawrzynowe serce – pikantne, wibrujące. Wreszcie drzewny finisz, w którym przewodnią rolę gra cedr. Laurel przez pierwsze kilkadziesiąt minut jest dość wyrazisty, później ląduje już blisko skóry i tak trwa, aż do zupełnego zniknięcia.

laurel tree

Laurel bywa porównywany do French Lover z kolekcji Frederica Malle. Znam dobrze oba zapachy i uważam, że podobieństwa owszem są, ale nie ma mowy o identyczności. Zapach Pierre’a Bourdona jest mniej przyprawowy, bardziej drzewny, suchy, „gałęziasty” i mocniej kadzidlany, aniżeli dzieło Maisondieu. U Bourdona pierwsze skrzypce gra dzięgiel, tu zaś tytułowy wawrzyn. Ale w perfumowym wszechświecie istnieje niemal kopia Laurela – popełnione przez tego samego twórcę Eloge du Traitre marki Etat Libre d’Orange. Pachnie to bardzo, ale to bardzo podobnie, tyle że obok wawrzynu istotną rolę gra tam żywica sosnowa, przez co zapach jest mniej kulinarny.  Przypomina mi to casus Musc Ravageur F. Malle i Labdanum 18 Le Labo lub też CdG 2Man i Vetiver 46  Le Labo. W każdym z tych porównań bardzo podobne pachnidła wyszły z rąk jednego perfumiarza. Wielokrotne sprzedawanie niemal tej samej formuły? Dlaczego nie. Skoro rynek to akceptuje?

A Laurel? To naprawdę świetny i niebanalny męski zapach. Comme des Garcons jakie lubię i cenię.

monocle laurel

główne składniki:  cytryna, tymianek, pieprz, cynamon, zielony laur, cedr, paczula, dąb, kadzidło, ambra

twórca: Antoine Maisondieu

rok wprowadzenia: 2010

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra, po kilku godzinach subtelna
  • trwałość: 8-9 godz

Monocle: Scent Three „Sugi” by Comme des Garcons

Absolutna nowość, czyli trzeci już zapach stworzony dla londyńskiej marki Monocle w ramach kooperacji z Comme des Garcons, jest także trzecią kompozycją Antoine’a Maisondieu (niedawno pisałem o nim w kontekście kilku świetnych pachnideł Etat Libre d’Orange). Po bardzo udanym, inspirowanym japońskim drewnem cyprysowym Hinoki (2008) i równie dobrym, pikantnym i wawrzynowym (zainspirowanym Libanem) Laurel (2010) nadszedł czas na Sugi – powracające inspiracjami do Japoni, do japońskich cyprysów o takiej właśnie nazwie (łac. Cryptomeria japonica).

SUGI cryptomeria_japonica_fruto

Początek zapachu jest zdominowany przez pieprz – średnio intensywny, ze świeżym tłem. Nie trwa długo, gdy spod niego wyłania się trudna do opisania i zdecydowanie oryginalna nuta – świeża, troszkę iglakowa, troszkę niby-owocowa w nieco sfermentowanym kontekście (a przynajmniej ja ją tak odbieram, bowiem przypomina mi charakterystyczny zapach, jaki panuje w pomieszczeniu piwnicznym, w którym mój znajomy produkuje domowe wina…:-)) Wyczuwam tu także śladowe ilości „marchewkowego” kłącza irysa oraz wyraźniejsze drewniane, cedrowe tło. Poza przejściem od pieprzowego intro do głównego tematu Sugi nie zmienia się, cichnąc w miarę upływu czasu. Ani moc, ani projekcja, ani też trwałość nie są mocnymi stronami tych perfum, choć obfitsza aplikacja z pewnością w pewnym stopniu poprawi te aspekty. Zresztą Sugi jest bardzo japoński w kontekście swoistego minimalizmu, pewnej zwiewności, świeżości i nienarzucającego się charakteru. Co mnie w jego przypadku niezmiernie ucieszyło, to fakt, że po raz pierwszy doświadczam takiej woni zamkniętej w butelce. Sugi jest zapachem ze wszech miar unikatowym i oryginalnym, na równi z Hinoki (Laurel ma jednak co najmniej dwa „odpowiedniki” w postaci French Lover F. Malle oraz jednego z zapachów Etat Libre d’Orange – Eloge du Traitre). Na uznanie zasługuje wypracowanie przez Antoine’a Maisondieu sygnaturowego i niewtórnego akordu, który stanowi o tym zapachu i nadaje mu unikalny, świeży i jednocześnie zupełnie niebanalny charakter. Sugi to interesująca propozycja z pewnością warta szerzej zakrojonych testów.

comme-des-garcons-scent-three-51c17a92d343a

główne nuty zapachowe: cyprys śródziemnomorski, pieprz z Madagaskaru, irys, sosna Sugi, wetiwer z Haiti, drewno cedrowe z Virgini

twórca: Antoine Maisondieu

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: dobry+
  • projekcja: średnia
  • trwałość: max. 6-7 godz

Zapachy Monocle (w tym opisywany Sugi) oraz inne pachnidła marki Comme des Garcons można przetestować i nabyć w krakowskiej perfumerii niszowej Lulua.

Comme des Garcons „The Blue Series”

Jeszcze nie zdążyłem ochłonąć po entuzjastycznej recenzji nowego zapachu Comme des Garcons Black, a marka zgotowała kolejną, potrójną premierę. Blue Invasion to tercet zapachów zamkniętych w klasycznym flakonie CdG w kształcie obłego kamienia. Flakon ten nosi już w sobie kilka zacnych i ważnych pachnideł marki – z debiutanckim CdG Eau de Parfum na czele – oraz kilka nowszych, niekoniecznie równie fascynujących. Ostatnim z nich był jak dotąd Amazingreen. Tym razem butle polakierowano na wszelkie odcienie niebieskiego, tak by podkreślały niebieski koncept, dodatkowo opisany bardzo dosłownymi tytułami poszczególnych kompozycji: Blue Cedrat, Blue Santal i Blue Encens. Trochę dziwne te nazwy będące zbitkami angielskiego słowa blue i francuskich określeń perfumeryjnych składników i jednocześnie głównych tematów trzech zapachów. 

Comme-des-Garcons-Parfums-Blue-Series-960-600x540

Blue Cedrat

Nazwa sugeruje użycie w formule rześkiego i wykorzystywanego nie tak znowu często cytrusa zwanego po polsku cytronem. Cedrat to pochodzący z Indii cytrus, którego owoce osiągają do 0,5 kg wagi, a których 70% stanowi skórka. Są więc idealnym materiałem dla pozyskiwania tkwiących w skórce olejków eterycznych. Choć oficjalny spis paradoksalnie nut nie przywołuje akurat cytronu, to jedno jest pewne – Blue Cedrat rozpoczyna się akordem cytrusowym, innymi jednak od tego, do czego przywykłem. Jest on delikatny, syntetyczny, zielony i nieco suchy, jakby mineralny w tle. Intrygująco wmiksowana esencja jagód jałowca i korzenia dzięgla dodaje zapachowi suchej wytrawności, z którą w sposób naturalny łączy się cedrowa baza. Zanim ta jednak nastąpi, w sercu wyraźnie czuję soczysto-zieloną, „strączkową” nutę przypominająca galbanum lub też syntetyczną molekułę Stemone.

Zapach ma wg mnie męski i szorstki charakter. Jest solidnym, choć niezbyt odkrywczym i niespecjalnie fascynującym przykładem współczesnej perfumerii bazującej na składnikach syntetycznych. Skojarzenia? Oczywiście! Dwa zapachy natychmiast przychodzą mi do głowy – Penhaligon’s Juniper Sling oraz Divine L’Homme Infini. Nie żeby były identyczne. Po prostu dzielą te samą zapachową estetykę. 

blue cedrat

głównie nuty: włoska cytryna, gorzki akord chininy, jagody jałowca, korzeń dzięgla, metaliczna róża, cedr z Virginii

Blue Santal

Ileż to już razy podejmowano temat sandałowca? Chyba nikt nie jest w stanie policzyć. Przecież nawet nie tak jeszcze dawny Wonderwood CdG syntetycznym sandałowcem stoi. A tu proszę – sandał w kolorze blue… Czy cokolwiek może tu zaskakiwać? Ano może. Choćby pierwsze sekundy wypełnione soczystym czarnym pieprzem przyobleczonym w olejek sosnowy. Przyznam, że czegoś takiego jeszcze nie wąchałem… Intrygujące zestawienie lekko mentolowych pinenów z wibrującymi molekułami pieprzu połączonymi z idealnie wpisującym się w pikantną koncepcję jagodami jałowca. Całość tworzy chłodny, rześki i wibrujący akord, który – nie ukrywam – bardzo mi się podoba. Jest to coś nowego, coś może dnie przesadnie odkrywczego, ale wykraczającego poza to, co dotąd dane mi było powąchać. Po tym, jak pieprz bezpowrotnie uleci, dominuje sosna na tle tłustego sandałowca, który później pozostaje „solo” do końcu trwania zapachu na skórze. 

blue sandalwood

głównie nuty: sosna śródziemnomorska, esencja jagód jałowca, niebieski pieprz, australijskie drewno sandałowe

Blue Encens

Chyba żadna inna marka perfumowa nie spenetrowała tak wnikliwie tematu kadzidła w perfumach. Zresztą to właśnie Comme des Garcons i jego Series 3: Incense stało się zaczątkiem kadzidlanej manii w perfumerii niszowej. Temat kadzidła powracał później jeszcze w wielu innych zapachach CdG i wydawać by się mogło, że nic się w tym zakresie nowego raczej nie zdarzy. A jednak – najpierw wspaniałe Black z wyraźnym kadzidlanym komponentem, a teraz jeszcze kadzidło w niebieskiej poświacie… No właśnie.  

Początek jest ostry, pieprzowo-słodki. Obok czarnego pieprzu czuć powinowatą olfaktorycznie bylicę, sucho-gałęziastą nutę, którą znajdziemy w wielu niszowych zapachach, a którą jakże wyraźnie brzmi we French Lover Frederica Malle. Wstęp jest więc niczego sobie, nieco znajomy, ale całkiem przekonujący. W sercu kadziło posypane cynamonem. Z czasem pozostaje na skórze czyste kadzidło frankońskie na tle słodkawej nuty ambrowej. Zapach przyzwoity, choć zestawiony z którymkolwiek z serii Incense wypada blado. Mnie nie przekonuje i wydaje mi się najmniej udanym z całej niebieskiej trójcy. 

blue incense

głównie nuty: bylica, mrożone przyprawy (indyjski kardamon, czarny pieprz, cynamon), kadzidło, mineralna kryształowa ambra

*             *                *

The Blue Series jest tercetem pachnideł utrzymanych w duchu współczesnego CdG, którego przedstawicielami są Dover Street MarketWonderwood czy Amazingreen, a także kolorowa seria Play. Interesujące, ale niedokończone błękitne szkice, jakby z obawy przed ich przerysowaniem, które nie raz nie dwa w zapachach Comme des Garcons się przydarzyło. Wtedy właśnie powstawały najwspanialsze i niezapomniane perfumy tej marki. Nie mam wątpliwości, że Blue Series to zapachowy pop w stylu CdG, bo z pewnością już nie awangarda. Tak jakby Monsieur Christian Astuguevieille nieodwołalnie wydoroślał i wyszedł z lat młodzieńczego buntu oraz nonkonformistycznego eksperymentu, by dogadzać mniej wymagającej, ale i nieporównanie liczniejszej publiczności. Dojrzałość czy wyrachowanie? A może i jedno i drugie? Mnie pozostaje cieszyć się Black, który choć także awangardowy nie jest, powala jakością i substancją, czego o serii Blue powiedzieć z równą stanowczością nie mogę.

A właśnie – o co tu chodzi z tym niebieskim? Szczerze – nie wiem. Prócz kolorystyki flakonów nie widzę związku. Żaden z zapachów nie wpada w olfaktoryczny błękit. No chyba, że cierpię na węchowy daltonizm…