City Exclusives by Le Labo: „Limette 37”, „Benjoin 19”, „Cuir 28″‚ „Vanille 44”, „Baie Rose 26”

City Exclusives to seria zapachów Le Labo, które marka dedykuje i udostępnia do sprzedaży wyłącznie w wybranych miastach świata. To zapachy mające w założeniu oddawać ducha poszczególnych metropolii. Ich wyjątkowość jest wszakże głównie wynikiem owej ograniczonej dostępności oraz… horrendalnej ceny (300 USD za 50 ml), która z pewnością nie ma w tym przypadku nic wspólnego z jakością (niczym pod względem jakości nie ustępujące im perfumy Le Labo z głównej linii kosztują połowę tej ceny). Co ciekawe, każdego września City Exclusives pojawiają się w sprzedaży internetowej na stronie Le Labo oraz w kilku innych wybranych sklepach internetowych (np. LuckyScent.com). Tak więc już za kilka dni będzie można nabyć je bez konieczności odwiedzania salonu marki w Dubaju czy w Moskwie.

Jak dotąd swych własnych pachnideł doczekały się: Londyn, Dallas, Chicago, Moskwa, Dubaj, Tokyo, San Francisco, Los Angeles, Londyn, Nowy Jork i Paryż. Kilka z nich mam dziś okazję zaprezentować.

 

Limette 37 San Francisco by Frank Voelkl

SANFRANCISCO

Urodziwy, świeży i orzeźwiający zapach w swej istocie koloński, jednak o intensywności i trwałości przewyższającej klasyki tego gatunku, plasujący się  raczej obok współczesnych kolońskich wód perfumowanych typu Neroli Portofino Toma Forda czy Cologne Indelebile Frederica Malle. Co prawda w głównym katalogu Le Labo znajdziemy już zapachy podobne co do pomysłu i charakteru (szczególnie świetny Bergamote 22 oraz w mniejszym stopniu kolońskie, a bardziej biało-kwiatowe, śliczne Fleur d’Oranger 27 i  Neroli 36). Jednak Limette 37 ma swój indywidualny charakter. Ta współczesna kolońska skomponowana została przez Francka Voelkla, o którym pisałem niedawno przy okazji recenzji Ylang 49, a którego perfumiarska maestria jest od dawna obiektem mojego szczególnego podziwu.

Limette 37 rozpoczyna się – jak przystało na kolońską – od bardzo świeżego akordu, wypełnionego esencją z limonki połączoną z bergamotką i zieloną esencją petit grain. W tle wyczuwalna jest subtelnie detergentową nuta biało-piżmową, kojarzącą się z wysokiej jakości mydłem. Zapach ewoluuje odsłaniając biało-kwiatowe serce (jaśmin), doprawione subtelnie goździkiem. Baza jest oparta na ładnie spinającym całość wetiwerze oraz z umiarem użytej tonce i spore dawce białych piżm, pozbawionych jakichkolwiek konotacji cielesnych czy zwierzęcych. Reasumując- śliczne, bardzo wysokiej jakości uniseksowe pachnidło kolońskie dla tych, którzy z bardzo grubym portfelem penetrują …. ulice San Francisco.

le labo limette-37

główne nuty: limonka, bergamotka, liść gorzkiej pomarańczy, jaśmin, goździk, wetiwer, tonka, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Benjoin 19 Moscow by Frank Voelkl

moscow

Benjoin 19 to minimalistyczny zapach żywiczny, w którym nad żywicami dominuje początkowo nuta przyprawowa (różowy pieprz?), po której na czoło wysuwa się szlachetne i wciąż nico pieprzowe olibanum. Z czasem do gry dochodzi drzewny akcent cedrowy, aż wreszcie ujawnia się główny bohater – słodkawa, ciepła, gęsta i zmysłowa esencja benzoesu. Mimo swego minimalizmu zapach zmienia się więc stopniowo na skórze. Jest przez praktycznie cały czas subtelny, blisko-skórny, dość trwały, choć nie tak bardzo, jak można by się spodziewać po użytych w nich składnikach. Intrygujący, choć mnie nie przekonał, podobnie jak niegdyś testowany Gaiac 10 dedykowany Tokyo. Po prostu nie jestem fanem perfumowego minimalizmu, podobnie jak nie przepadam za rosyjską stolicą…

Le-Labo-Benjoin-19

główne nuty:  kadzidło frankońskie, cedr, benzoes, ambra, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Cuir 28 Dubai by Nathalie Lorson 

Dubai

Początkowo Cuir 28 pachnie głównie drzewną, lekko wytrawną, szlachetną wanilią. Spod niej jednak dość szybko, bo po kilku minutach, zaczyna wybijać wetyweria. Z czasem jej obecność staje się coraz wyraźniejsza. To właśnie duet dymnej wanilii z wetywerią stanowi oś tego zapachu, trwając na skórze kilkadziesiąt minut. Co ciekawe, w tej środkowej fazie zapachu mam ewidentne skojarzenia z Lalique Encre Noire A l’Extreme. Wszak oba te pachnidła skomponowała Natahlie Lorson i oba charakteryzują się połączeniem wetywerii z żywicznymi i ambrowymi elementami. Le Labo odróżnia się jednak wspomnianą mocną nutą absolutu z wanilii, ktróej na próżno szukać w pachnidle Lalique. Aromat skóry z pewnością tu nie dominuje, z zapach jako całość można z biedą próbować zakwalifikować jako skórzany, choć w sumie zdecydowanie bliżej mu do etykiety pachnidła drzewno-ambrowego. Cuir 28 pachnie blisko skóry, jest przysadzisty, gęsty, otulający. Znów – mógłby być nieco trwalszy…

le labo cuir-28

główne nuty:  skóra, absolut wanilii, nuty drzewne, wetyweria, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Nathalie Lorson

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Vanille 44 Paris by Alberto Morillas

Paris-3

Chronologicznie drugie pachnidło cyklu City Exclusives (po Tubeureuse 40 New York) skomponowane zostało przez legendę i mistrza perfumowego fachu Alberto Morillasa.

Pierwsze, co dochodzi moich nozdrzy, to pięknie podana nuta kadzidła olibanum, z początku nieco złagodzona cytrusowym duetem bergamotki i mandarynki z czasem podbita suchą, drzewną nuta gwajaku. Obecność cytrusów jest tu praktycznie niewyczulana – w tym sensie, że nie poczujemy tu indywidualnie nut cytrusowych. Podobnie jak niewyczuwalne tu indywidualnie aldehydy, tak i cytrusy pełnią rolę unoszącą ciężkie molekuły kadzidła, wanilii i gwajaku, który wyłania się spod kadzidła ładnie korespondując z wanilią (ta z kolei jest najwyraźniejsza w bazie). Mimo tych technicznych zabiegów Vanille 44 lokuje się – podobnie jak Cuir 28 czy Benjoin 19 – blisko skóry, emitując zmysłową i otulającą woń.

Typowo dla Le Labo – składnik wymieniony w nazwie zapachu nie dominuje w sposób ewidentny. Fani zmysłowej, dymnej wanilii powinni raczej sięgnąć po Cuir 28. Vanille 44 wydaje się bowiem być bardziej pachnidłem kadzilano-drzewnym, w którym wanilia – owszem obecna – nie jest wszakże głównym bohaterem.

le labo vanille 44

główne nuty:  bergamotka, mandarynka, aldehydy, gwajak, kadzidło, wanilia

rok premiery: 2007

moja ocena: Alberto Morillas

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Baie Rose 26 Chicago by Frank Voelkl

Chicago

Baie Rose 26 jest świeżą, przyprawowo-drzewną kompozycją różaną, w której róża jest lekka, zwiewna, zdecydowanie uniseksowa. Otaczają ją wzmocnione aldehydami przyprawy (mocny i wyraźny przez pierwsze kilkadziesiąt sekund akord pieprzowy będący mieszanką różowego i czarnego pieprzu z przewagą tego pierwszego oraz subtelnie użyty goździk). W bazie króluje cedr, który wraz z akordem ambrowym i piżmami utrwala zapach na skórze na wiele godzin, projektując przy tym zdecydowanie powyżej średniej City Exclusives.

Zadziwiające, jak ta chicagowska róża od Le Labo przypomina Le Labo Rose 31 z 2006 roku. Jest owszem lżejsza, świeższa, bardziej drzewna, ale mimo ta pachnie tak, jakby jej formuła była punktem wyjścia dla Franka Voelkla. Jakkolwiek było, Baie Rose 26 broni się jako odrębne pachnidło i jest moim zdaniem jednym z najlepszych zapachów serii City Exclusives, które – z pojedynczymi wyjątkami – nie zachwyciły mnie jak dotąd.

Baie Rose

główne nuty:  różowy pieprz, pieprz, aldehydy, goździk, róża, cedr, ambra, piżmo

rok premiery: 2011

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Od 2006 roku, gdy Le Labo wyemitowało pierwszy zapach z serii City Exclusives (Tubereuse 40 New York), marka ta konsekwentnie buduje wokół niej nimb wyjątkowości. Z jednej strony spore ograniczenia w fizycznej dostępności, z drugiej bajońskie sumy, jakie trzeba zapłacić za flakon tych perfum z pewnością skutecznie podtrzymują ekskluzywny status miejskiego cyklu. Jednak same zapachy, czego osobiście doświadczyłem, nie są niczym nadzwyczajnym. Co więcej, moim zdaniem nie dorównują ani pomysłami, ani kompozycjami tańszym (co nie znaczy tanim) perfumom Le Labo z głównej linii. Czy jest więc seria City Exclusives sztucznie nadmuchaną niby-luksusową bańką? Moim zdaniem – zdecydowanie tak. W jej przypadku marketing wyjątkowo mocno- nawet jak na standardy branży perfumowej – oderwał produkt i jego wartość od rzeczywistości.

Reklamy

Le Labo „Ylang 49” – majestersztyk

 

Zapachy marki Le Labo łączy pewna prawidłowość. Otóż nie należy pod żadnym pozorem oczekiwać, że będą li wyłącznie pachnieć tym, o czym informuje ich nazwa. Przerabiałem ten wątek już wielokrotnie, zawsze przy okazji testów pachnideł tej – było nie było – kultowej już marki niszowej. Nie inaczej sprawa ma się z Ylang 49. Właściwie powinienem dodać, że jest to przykład pachnidła, w którym odległość nazwy od treści jest – nawet jak na standardy Le Labo – wyraźna.

„Ylang 49 jest spacerem po lesie z soczystym bukietem kwiatów w twojej dłoni, gdy słuchając zrównoważonego fortepianu Glenna Goulda zdajesz sobie sprawę, że kwiatowa kompozycja może wykraczać poza kwiaty w ten sam sposób, w jaki Fuga D-moll wykracza poza D.”

Rzeczywiście Ylang 49 – nieco wbrew swej nazwie – wykracza daleko poza schemat pachnidła kwiatowego. Połączone w nim aspekty kwiatowe i drzewne tworzą zapach wielowymiarowy i uniwersalny, a przy tym uniseksowy. Mimo, że pierwszy akord, zdominowany przez soczyste kwiaty, nosi wszelkie znamiona woni typowo kobiecej, to w miarę upływu czasu strona drzewna bierze górę, do końca już definiując szyprowo-drzewny charakter pachnidła.

Kwiatową stronę zapachu tworzą esencje z ylang ylang oraz z gardenii tahitańskiej (Tiare flower). Naturalność, głębia i intensywność akordu kwiatowego jest doprawdy sugestywna i zachwycająca.  Początkowo soczysty, rozcieńczony bergamotą (przez co jakże klasycznie szyprowy!), z czasem jeszcze zielonkawy, później bardziej miodowy, nektarowy, z pojawiającą się minimalną goryczką, która stanowi łącznik z ujawniającą się stopniowo drzewną osnową. Główne role grają tu paczula, wetyweria, mech dębu i drewno sandałowe tworzące prawdziwie szyprową aurę, która pogłębia się, stając się coraz bardziej wyraźnie drzewna, mszysta i żywiczna. Tym samym kwiatowy aspekt Ylang 49 powolutku gaśnie, ustępując miejsca nutom drzewnym mocno porośniętym dębowym mchem. Ta swoista przemiana odbywa się na skórze bardzo powoli, dostojnie, co wynika m.in. z wyraźnie wysokiej koncentracji zapachowej esencji.

ylang-ylang
Ylang Ylang
tiare flower
Tiare

Warto wiedzieć, że kwiat Tiare jest narodowym symbolem Tahiti, skąd pochodzi żona Franka Voelkla, twórcy Ylang 49. Frank regularnie odwiedza tę wyspę czerpiąc z jej olfaktorycznego bogactwa inspirację dla swej pracy.

Co ciekawe (i co zauważyłem nie tylko ja), Ylang 49 pachnie jak współczesna, cieplejsza, głębsza, bardziej żywiczna wersja klasycznego zapachu Aromatics Elixir Clinique. Znajdzie z pewnością uznanie nie tylko u fanek tego legendarnego szypru, ale także wśród tych osób, dla których wyrazista i nieco już archaiczna kwaśność bergamoty i surowość paczuli w dziele Bernarda Chanta jest „nie do przeskoczenia”. W Ylang 49 bergamoty jest zdecydowanie mniej, cytrusy pachną bardziej słodko, zaś paczula jest współczesna, nieostra i „niepiwniczna”. Niemniej stanowi ona kluczowy składnik tego zapachu i wraz z benzoesem buduje zmysłowy akord, który przywodzi mi na myśl genialny Coromandel Chanela. W pewnym zakresie oba te pachnidła są więc do siebie podobne.

Walory użytkowe Ylang 49 są absolutnie rewelacyjne. Zapach jest naprawdę mocny, należy więc dozować go ostrożnie. Projektuje bardzo wyraziście, trwa na skórze dobrze ponad 12 godzin, wyraźnie się zmieniając.

frank-voelkl
Frank Voelkl

Na osobny akapit zasługuje postać perfumiarza. Frank Voelkl, Niemiec z pochodzenia, pracuje jako senior perfumer w Firmenich. Nie należy do największych gwiazd perfumerii, ale talentem i umiejętnościami – śmiem twierdzić – przerasta niejedną z nich. Jego specjalnością są nuty drzewne, w których Frank jest prawdziwym mistrzem. Ma on w swym wciąż rosnącym dorobku wiele bardzo udanych zapachów mass-marketowych (np. Zirh IKON, Sir Avebury Oriflame), czy tzw. celebrity scents (choćby Covet Sarah Jessica Parker, Purr Kate Perry, a nawet perfumy firmowane przez Rihannę czy Justina Biebera), a także pachnideł klasy premium (np. dla ekskluzywnej linii Ermenegildo Zegna Essenze). Ale najbardziej dumny jest z tych stworzonych wspólnie z Eddiem Roschi dla niszowego Le Labo właśnie. A jest ich całkiem sporo, bo Voelkl wydaje się mieć wyjątkowo dobrą „chemię” z kreatorami tej marki. Do dziś z jego pracowni wyszły: Santal 33 (bestseller), Iris 39, Baie Rose 26, Musk 25,  Benjoin 19, Limette 37Ylang 49 oraz najnowszy The Noir 29. W sumie 8 zapachów na 24 tworzące obecną ofertę Le Labo, a więc 1/3. Sporo. Śmiało można więc nazwać Voelkla głównym perfumiarzem Le Labo.

Bardzo rzadko zdarza mi się ocenić perfumy najwyższą notą, jednak w przypadku Ylang 49 nie mogło być inaczej. To nie tylko arcydzieło współczesnej perfumerii, które nadaje pojęciu kwiatowego szypru nowego wymiaru, ale przede wszystkim przepięknie pachnące i doskonale leżące na skórze perfumy. Jeżeli ktoś ciekaw jest, jakie musi być pachnidło, by wzbudzić zachwyt tak wybrednego nosa, jak mój, niech koniecznie spróbuje Ylang 49. To zapach, który wyznacza górną granicę olfaktorycznej doskonałości.

le labo ylang

główne nuty: bergamotka, ylang ylang, gardenia tahitańska, paczula, mech dębu, drewno sandałowe, wetyweria, benzoes

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ******/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

 

Róża, męska rzecz…? (2)

Etat Libre d’Orange – Rossy de PalmaEau de Protection – różany tatuaż

Etienne de Swardt – twórca i właściciel Etat Libre d’Orange (szerzej o tej marce i jej niezwykłych zapachach będę z pewnością pisał na blogu za jakiś czas) – pokusił się o stworzenie czegoś, co w tzw. światku niszowych perfum jest praktycznie niespotykane, zaś w tzw. mainstreamie wręcz nadużywane. Celebrity scent. Zapach firmowany nazwiskiem znanej osoby. Z tym, że w przypadku ELdO – który dotąd „wydał” dwa, no powiedzmy że trzy, takie pachnidła – odbywa się to na nieco innych zasadach. Gwiazda faktycznie współpracuje przy rozwoju kompozycji pamiętając, że mają to być perfumy jej dedykowane i przez nią noszone, a więc faktycznie odpowiadające jej gustom. Tak było w przypadku wspaniałego Like This dla Tildy Swinton, The Afternoon of a Faun współtworzonej przez Justin Vivian Bond, a także w przypadku Rossy de Palma i Eau de Protection.

rossydepalma

Eau de Protection to różany zapach XXI wieku. Ze względu na połączenie z pieprzem i imbirem całkiem nieodległy od opisywanego przeze mnie poprzednio Rose Poivree The Different Company, jednak mniej gęsty, nie tak miodowy, ani ciepły. Za to nieco jaśniejszy, lżejszy i świeższy, ale wciąż orientalny. Zaskakuje połączeniem róży z żywiczną (benzoes, kadzidło) i nieco gorzkawą (kakao) bazą oraz niepodzielnym panowaniem królowej kwiatów od pierwszych sekund aż do ostatniego tchnienia zapachu na skórze. Nie mam pojęcia, w jaki sposób udało się duetowi perfumiarzy Antoine Lie (o którym ostatnio znowu głośno ze względu na udział w awangardowym projekcie perfumowym Nu_be) i Antoine Maisondieu tak utrwalić różaną nutę… Eau de Protection jest zapachem niemal liniowym, nie wykazującym wyraźnej ewolucji. Ma pachnieć przede wszystkim różą i tak pachnie. Współczesny charakter zapachu czyni go różanym uniseksem. Uważam, że mężczyźni lubujący się w róży, powinni koniecznie go przetestować. Moim zdaniem, jest bardziej interesujący niż świetne skądinąd Lumiere Noire Francisa Kurkdjiana czy wspomniane Rose Poivree TDC. Jest coś żywego, wibrującego i fascynującego w sposobie, w jaki panowie połączyli poszczególne molekuły w całość. Świetne i naprawdę godne polecenia perfumy. Poza tym nienachalnie, ale dobrze projektujące i nieprawdopodobnie trwałe.

EAU DE PROTECTION CMJN

główne składniki: imbir, czarny pieprz, bergamotka, róża bułgarska, jaśmin, benzoes, paczula, kadzidło, kakao

rok premiery: 2009

autor: Antoine Lie/ Antoine Maisondieu

Le Labo Rose 31 – drewniana róża

Pozwolę sobie zacząć od wysokiego C. Rose 31 to fenomenalne pachnidło. Być może nawet najlepszy zapach różany z dotąd przeze mnie opisanych (nie licząc Lyric Man Amouage, którego pierwsza pozycja w moim różanym rankingu pozostaje niezachwiana). Jak zwykle w przypadku Le Labo tajemnica piękna tkwi w doskonałej jakości składnikach, innowacyjnym ich zestawieniu oraz mistrzowskiej formule. Ach, byłbym zapomniał… Otóż nie wyłącznie o różę tu tak naprawdę chodzi (ale czy kogoś to w przypadku tej marki dziwi?), mimo że – owszem – jest ona całkiem wyczuwalna. Przede wszystkim bowiem Rose 31 to nuty drzewne/drewniane – głównie cedr (paradoksalnie bardzo wyczuwalny na samym początku!) – oraz, co dotarło do mnie dopiero niedawno – wyraźna nuta wetiweru. Mam wrażenie, że to właśnie tercet róża-cedr-wetiwer stanowią trzon tej kompozycji.

dahne bugey 3

Nie znam – szczerze mówiąc – innych perfum,  które pachniałyby podobnie. Róża była dla cudownej Daphne Bugey – jak sądzę – zaledwie pretekstem do użycia 30 innych ingrediencji celem wprowadzenia użytkownika w stan radosnej konfuzji oraz kompletnego zauroczenia. Rose 31 to zdecydowanie najbardziej męska ze znanych mi róż, co oczywiście wynika z mocnego drzewnego kontekstu (zresztą takie było założenie twórców – podarować mężczyznom stricte kobiecą dotąd różę z Grasse). Poza cedrem – dla podkreślenia drzewnej natury zapachu – użyto oudu i gwajaka. Różanemu absolutowi oraz esencji z róży towarzyszy dobrze komponujący się z nimi kmin. Co bardzo istotne – głębi i „ciała” oraz zmysłowości dodaje zapachowi labdanum sparowane z niewyczuwalnym wszakże kadzidłem olibanum. Wszystko to perfumiarka powiązała piżmem. Efekt jest ni mniej ni więcej tylko doskonały. Zapach wskoczył na moją listę must have już jakiś czas temu (w recenzji bazuję na firmowej próbce). Niestety jego dostępność Polsce jest zerowa. Sklepu Le Labo nie doczekamy się w naszym kraju pewnie nigdy, więc pozostaje szukać go za granicą, także wirtualnie…

le labo rose

główne składniki: absolut róży, olejek różany, kmin, olibanum, cedr, czystek, gwajak, piżmo, oud, wetiwer

rok premiery: 2006

autor: Daphne Bugey

Cartier – Declaration d’Un Soir – nocna deklaracja

Na szczęście mężczyźni lubiący nutę róży w perfumach nie muszą już dłużej szukać. Zadbała o to Mathilde Laurent – in house perfumer firmy Cartier. Najnowsze wcielenie legendarnej męskiej Declaration to niebagatelny zapach z piękną różą w centrum. Choć Laurent terminowała całkiem długo u samego Jean-Paula Guerlaina, w jej pefumiarskim stylu wyczuwam jednak wyraźną fascynacje działami Jean-Claude’a Elleny (np. w cudnym Declaration Cologne czy damskim Cartier de Lune). Także nad Declaration d’Un Soir unosi się – mam wrażenie – duch tej fascynacji. Kompozycja jawi mi się jako skrzyżowanie świeżości i chłodnej, wibrującej kardamonem przyprawowości genialnego protoplasty z zieloną wilgotnością Rose Ikebana Hermesa. No, ale dosyć już tych skojarzeń…

mathilde-laurent_m

Declaration d’Un Soir rozpoczyna się pełnym wigoru akordem, w którym wyróżniają się nuty chłodnych przypraw oraz zielono i soczyście pachnąca róża. Róża jest tu nieco wilgotna, zielona, nieco mszysta, pikantna gałką i pieprzem, a do tego przyprawiona „na chłodno” kardamonem. Zapach ma jakby mentolową aurę. W pewnym momencie mam wręcz pewność użycia paczuli, choć nie jest ona wymieniana  w składzie. Być może to złudzenie, za które odpowiadają inne ingrediencje. Z czasem róża przejmuje dowodzenie, zapach nabiera ciepła i zmysłowości dzięki podbudowaniu drewnem sandałowym. W żadnym momencie jednak nie pachnie ciężko, orientalnie czy przytłaczająco. Nie – raczej lekko i świeżo. Męsko. Nie zaskakuje żadnymi woltami, przeobrażeniami. Trwa na mojej skórze dobre 8 godzin, po czym cichnie.

Najmłodsze dziecko Cartiera i Mathilde Laurent to bardzo udane i niebanalne perfumy dla współczesnego mężczyzny, mieszczące się w eleganckim stylu tej szacownej marki, a jednocześnie tak bardzo inne od niemal wszystkiego, co dziś mainstream proponuje panom. Ze względu na świeży i transparentny charakter, doskonale sprawdzą się w letnie dni.

Perfumowa oferta Cartiera poszerzyła więc się o kolejne świetne męskie pachnidło. To cieszy i szkoda, że ta marka to na perfumowym rynku – obok Lalique’a – jedna z najbardziej niedocenianych. Całkiem, a nawet bardzo niesłusznie… A może to i lepiej, że nie działa na zapachowe gusta mas?

declaration dun soir

główne składniki: kardamon, kmin, czarny pieprz, róża, gałka muszkatołowa, drewno sandałowe

rok premiery: 2012

autor: Mathilde Laurent

Mała irysowa antologia

Dziś wpis poświęcony irysowi – ingrediencji o niezwykłej urodzie – i różnym przykładom jej zastosowania w perfumach. Przy okazji debiutują na blogu trzy niszowe marki.

Mimo że w pierwszym momencie słysząc słowo irys mamy zwykle przed oczami niezwykłej urody kwiat, to w rzeczywistości w perfumerii wykorzystywana jest dolna część tej rośliny zwana kłączem, a potocznie korzeniem.

iris rhizomes

Proces pozyskiwania pachnącej substancji z kłącza jest długotrwały i kosztowny. Potrzeba aż 10 ton surowego kłącza i aż trzech lat jego dojrzewania i suszenia, by uzyskać ok. 3,5 tony suchego produktu, a następnie z niego około 35 kg tzw. masła irysowego (orris butter). Z takiej ilości masła wytwarza się ok. 6 kg absolutu irysowego, który stosowany jest m.in. właśnie jako składnik kompozycji zapachowych. Ze względu na powyższe fakty, irys jest jedną z najdroższych perfumowych ingrediencji, a jego ceny dochodzą do 100 tys. zł za 1 kg (!). Poza tym absolut irysa ma absolutnie niesamowitą wielowymiarową i bogatą woń, w której odnaleźć można m.in. akcenty kwiatowe, owocowe i drzewne.* Najczęściej stosowanymi są absoluty pochodzące z odmian Pallida (o niebieskich kwiatach), Germanica (o purpurowych kwiatach) i Florentina (o białych kwiatach).

W pachnidłach z nutą irysa odnaleźć można różne jego oblicza – od pudrowego, przez ziemisty, papierowy, metaliczny, a nawet przypominający woń ziarna marchwi. Irys tradycyjnie używany jest w perfumach damskich (doskonałe przykłady to Chanel No.19, Shalimar Guerlain, Equistruis Parfum d’Empire, Grossmith Diamond Jubilee Boquet, Annick Goutal Mon Parfum Cheri, par Camille, Iris Noir Yves Rocher), natomiast za jego najdoskonalsze wcielenie koneserzy uważają Iris Silver Mist stworzone w 1994 roku przez Maurice’a Roucela dla Serge’a Lutensa. W niektórych tańszych kompozycjach stosowana jest syntetyczna aromamolekuła przypominająca zapach irysa (słynny Dior Homme). W perfumach ekskluzywnych i niszowych znajdziemy jednak substancję całkowicie naturalnego pochodzenia. W dzisiejszym wpisie będzie mowa właśnie o takich.

Heeley – Iris de Nuit

Kompozycja Jamesa Heeleya (pierwszy raz na blogu) wyróżnia się bardzo wiernym i niezakłóconym obrazem irysa. Wyczuwalny od pierwszych chwil, wzbogacony o pokrewne olfaktorycznie ziarno marchwii (dość częsty zabieg zanany choćby ze wspaniałego Dzongkha L’Artisan autorstwa B. Duchaufoura), wzmocniony arcydzięglem i subtelnie zabarwiony soczystą zielenią fiołka pachnie tu zaskakująco chłodno, surowo, nieco wilgotno, lekko „gryząc” nozdrza. Jest statyczny, nie ewoluuje znacząco, raczej utrzymuje swój charakter, tracąc jedynie z czasem na ostrości. Jest w Iris de Nuit wyczuwalny minimalizm podporządkowany jednoznacznemu i nowoczesnemu przekazowi. Daje w efekcie poczucie dyskretnej i jednocześnie wyrafinowanej elegancji.

Iris de Nuit to pozycja obowiązkowa dla osób chcących zaznajomić się z istotą irysowej woni. Jest to nienachalna, choć obecna, doskonale wyważona i wg mnie absolutnie uniseksowa kompozycja.

iris_de_nuit

nuty głowy: ziarno arcydzięgla, ziarno ambrette

nuty serca: absolut z irysa, fiołek, ziarno marchwii

nuty bazy: szara ambra, biały cedr

perfumiarz: James Heeley

rok premiery: b.d.

*      *     *

Frederic Malle Editions de Parfums – Iris Poudre

Wg wielu znawców najdoskonalsze irysowe pachnidło pośród obecnie dostępnych. Miało zdetronizować lutensowski Iris Silver Mist. Niestety nie znam tegoż, więc nie porównam. Jedno jest wszakże pewne. Ktokolwiek miał do czynienia z zapachami z kolekcji Frederica Malle ten wie, że jest w niej miejsce wyłącznie na doskonałe kompozycje. Jeżeli dodamy jeszcze do tego nazwisko perfumiarza, które ma tu kluczowe znaczenie, Pierre’a Bourdona – żyjącej legendy perfumerii, możemy spodziewać się mniej więcej arcydzieła. I faktycznie, Iris Poudre pachnie doskonale,  zniewalająco i absolutnie bezkompromisowo, choć wcale nie wyłącznie irysowo. Nazwa bardzo trafnie koresponduje z charakterem pachnidła. Zapach ma gęsty i nieco pudrowy charakter (choć – i to trzeba tu zaakcentować – dużo mniej pudrowy niż Dior Homme). To wszakże też zupełnie inny irys, aniżeli ten od Heeleya. Brytyjskiemu chłodnemu i zdystansowanemu minimalizmowi przeciwstawia francuską zmysłowość. Obok najwyraźniejszego w kompozycji zapachu kłącza irysa, podkręconego aldehydami, drugim znaczącym komponentem jest piżmo, ujawniające się całkiem wcześnie w postaci lekko dusznej, nieco metalicznej nuty. To samo piżmo, które czuję w Muscs Koublai Khan S. Lutensa, gdy na chwilę zapomnę o sławnej fekalnej nucie. Tu piżmo przydaje całości czystego, nieco mydlanego, ale i zmysłowego charakteru i „przytwierdza” zapach do skóry na długie godziny, czyniąc go – wraz ze zmysłowym duetem tonki i wanilii – zapachem zdecydowanie bardziej kobiecym, niż męskim.

Mimo wielości składników – mistrzowsko wyważone, z perfekcyjnie dobranymi proporcjami Iris Poudre pachnie bardzo współcześnie i naprawdę fenomenalnie.

frederic_malle_iris_poudre

nuty głowy: irys, aldehydy

nuty serca:  tonka, piżmo, wanilia

nuty bazy: drewno sandałowe, wetiwer

perfumiarz: Pierre Bourdon

rok premiery: 2000

*     *     *

Laboratorio Olfattivo – Nirmal  

Nirmal włoskiej marki Laboratorio Olfattivo (także debiut na blogu, mam nadzieję kiedyś lepiej poznać tę markę) przy pierwszym poznaniu wydawał mi się być najbliższy Dior Homme – ze względu na połączenie nuty irysa z ambrą i współczesną skórzano-zamszową (daim) bazą, dające słodko-pudrowy efekt. Chociaż pojawiają się w nim ingrediencje wspólne z Iris de Nuit (ziarno marchwi, fiołek, cedr), to jednak ogólna aura zapachu jest dużo cieplejsza i słodsza. Elementem intrygującym są skrzące się nad gęstą bazą wiórki cedrowego drewna, które dodają całości drzewnego charakteru, powodując że całość pachnie bardziej męsko, aniżeli wspominany już wiele razy Dior Homme. Przede wszystkim zaś Nirmal ukazuje początkowo to niezwykłe, jakby papierowe oblicze irysowej woni, które wcześniej napotykałem w zapachach Annick Goutal czy Grossmith. Zresztą takie było założenie perfumiarki Rosien Courage – stworzyć olfaktoryczne wrażenie „pocierania cienką bibułą o wyprawioną skórę”. Wg mnie Nirmal to doskonała propozycja dla osób kochających Dior Homme i chcących czegoś podobnego, ale mniej złożonego i jednocześnie lżejszego. Uroczy zapach.

nirmal

nuty głowy: marchew

nuty serca:  kłącze irysa, fiołek

nuty bazy: drewno cedrowe, ambra, akord zamszowy

perfumiarz: Rosine Courage

rok premiery: 2010

*     *     *

Keiko Mecheri – Iris d’Argent

W ramach zapowiedzi planowanej na blogu serii recenzji perfum Keiko Mecheri dziś kilka zdań na temat jej interpretacji irysa w Iris d’Argent (nb. dedykowanej mężczyznom). Poprzez swój dość surowym i chłodny charakter (srebrny irys rzeczywiście emanuje subtelną metalową nutka, którą sprawia wrażenie, jakby kwiat obsypano srebrzystymi opiłkami) zapach ten jest najbardziej zbliżony do Iris de Nuit Heeleya, a nawet nieco ciekawszy, bardziej zniuansowany i wyraźniejszy. Z kolei dzięki akordowi ambrowemu, dużo jednak delikatniejszemu niż ten w Nirmalu, mający odrobinę subtelnego ciepła. Także tu występuje cedr – dodający całości nieco szorstkiego i męskiego charakteru. Nie znajdziemy tu pudru ani skóry. Znajdziemy natomiast lekko szorstką, lekko drzewną, lekko marchwiową irysową nutę, którą Mecheri ubrała w bardzo wdzięczną, harmonijną oraz intrygująco pachnąca całość.

mecheri iris

nuty głowy: cytrusy

nuty serca:  biały irys, czarny irys

nuty bazy: drewno cedrowe, ambra, akord szyprowy

perfumiarz: Keiko Mecheri

rok premiery: 2010

*     *     *

Le Labo – Iris 39

Na deser pozostawiłem irysa Le Labo. Dlaczego? Bo to doskonały materiał na zwieńczenie wpisu poświęconego kłączu irysa w perfumach. Prawdziwe irysowe opus magnum, irys, który nie bierze jeńców, o nie! Frank Voelkl sporządził tę ultra irysową miksturę w podobnym stylu, w jakim potraktował drewno sandałowe w Santal 33 dla Le Labo. Mocno, bogato, in your face…

Ten zapach wywołuje radosne wow za każdym razem, gdy go testuję. Odważne połączenie szlachetnego absolutu irysa z paczulą i cywetem oraz piżmem to trzon tego niesamowitego pachnidła. Lotności dodają mu przyprawy (głównie imbir, trochę kardamon), zaś róża i ylang łagodzą ostrą naturę irysa i paczuli. Piżmowo-cywetowe combo od razu wprowadza głębię, zmysłowość i swoiste nieokiełznanie. Iris 39 pachnie wytrawnie, bardzo zdecydowanie i długo. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że jest moim faworytem w tym zestawieniu, głównie dlatego, że kłącze dominuje kompozycję i daje się podziwiać „z każdej strony”. Jednocześnie zapachowi daleko do subtelności Iris de Nuit czy Nirmal, co mi akurat także bardzo odpowiada.

le labo iris

nuty głowy: limonka, imbir, kardamon

nuty serca:  irys, fiołek, paczula, róża, ylang-ylang,

nuty bazy: piżmo, cywet

perfumiarz: Frank Voelkl

rok premiery: 2006

*     *     *

Jak więc widać kłącze irysa – mimo swej kosztowności – cieszy się sporą popularnością wśród perfumiarzy. Nic w tym dziwnego, bowiem jego niesamowita woń i wielobarwna natura gwarantują wyjątkowe doznania olfaktoryczne. Perfumiarze umiejscawiają irysa w różnych kontekstach – od surowych, szorstkich, wręcz minimalistycznych przez subtelnie ambrowe, aż po gęste i słodko-pudrowe. W każdym z tych wydań irys brzmi inaczej i w każdym intrygująco i pięknie.

Na koniec, w ramach podsumowania, pozwolę sobie na prywatny ranking irysowców:

1) Iris 39 Le Labo

2) Iris Poudre Frederic Malle EdP

3) Iris d’Argent Keiko Mecheri

4) Iris de Nuit Heeley

5) Nirmal Laboratorio Olfattivo

*) żródło: Władysław S. Brud, Iwona Konpacka-Brud; „Podstawy perfumerii. historia, pochodzenie i zastosowania substancji zapachowych.”

Le Labo (6) – „Fleur d’Oranger 27″

Francoise Caron – to perfumiarka wymagająca przedstawienia, bo mimo idealnego pochodzenia (urodzona w Grasse, siostra perfumiarza Oliviera Crespa, córka i wnuczka dystrybutorów materiałów dla przemysłu perfumeryjnego), kierunkowego wykształcenia  (Roure/Givaudan) i sporego dorobku, zdaje się pozostawać gdzieś poza głównym „gwiazdorskim” spektrum, jakby z dala od reflektorów. Zamiast mówić o sobie, udzielać wywiadów czy pisać książki, pozwala, by mówiły za nią jej pachnące dzieła. I mówią bardzo wiele. Caron w 1979 roku stworzyła uwielbiany przez przedstawicieli obojga płci, legendarny Eau d’Orange Verte dla Hermesa, co, jak sądzę, już wystarczyłoby, by uznać jej kunszt. Ale Francois to także autorka m.in. Ombre Rose dla Jean-Charlesa Brosseau, Iris Nobile Acqua Di Parma, Tumulte Pour Homme Ch. Lacroix, kultowego Cuiron dla Helmuta Langa, niszowych Palisander i Rose dla Comme des Garcons. Imponujące portfolio zapachów wybitnych i niejednokrotnie historycznych! Twórcy Le Labo docenili jej kunszt zamawiając u niej  perfumy do swej kolekcji.

Fleur d’Oranger 27 

Zanim opiszę moje wrażenia z obcowania z tymi perfumami, kilka zdań na temat samego składnika. W perfumiarstwie przyjęło się nazywać kwiatem pomarańczy (orange blossom, fleur d’oranger) absolut uzyskiwany z kwiatu gorzkiej pomarańczy w procesie ekstrakcji rozpuszczalnikami. Z tego samego kwiatu, tyle że metodą destylacji parowej, uzyskuje się tzw. olejek neroli, który – by pozostać wśród perfum Le Labo – jest głównym składnikiem kompozycji Neroli 36, o której dopiero co pisałem. Zapach absolutu jest cięższy, bogatszy, cieplejszy i bardziej zmysłowy, niż olejku neroli.

Fleur d’Oranger 27 to kompozycja, nad którą Francoise Caron pracowała ponad 3 lata. Wpisuje się ona w słoneczną i zmysłową, białokwiatową estetykę zapachów Daphne Bugey (choć nie mam wątpliwości, kto jest tutaj mistrzem, a kto uczniem) i plasuje się olfaktorycznie gdzieś pomiędzy jej Bergamote 22 i Neroli 36. Ściślej mówiąc – bliżej tej pierwszej (mam wrażenie, że podstawowa różnica między nimi to odwrócone proporcje olejku bergamotkowego i absolutu kwiatu pomarańczy, ale to oczywiście uproszczenie). Cała kompozycja powiązana i wzmocniona jest syntetycznymi piżmami. Jest jednocześnie świeża, ciepła i zmysłowa. Bardzo harmonijna i naprawdę piękna. W mojej subiektywnej ocenie urodą dorównuje Bergamote 22, pozostawiając Neroli 36 nieco z tyłu. Ma bardzo dobrą, ok. 10-cio godzinną, trwałość i raczej grzeczną projekcję. Ewoluuje raczej minimalnie, wytracając z czasem świeżość na korzyść najpierw delikatnej kwiatowości, a później ciepłej zmysłowości.

Celowo umiejscowiłem kompozycję Francoise Caron w kontekście wspomnianych dwóch zapachów Daphne Bugey, by podkreślić ogromne ich podobieństwo. Zaryzykuję stwierdzenie, że dla przeciętnego nosa mogą się one wydawać wręcz identyczne. Ale jak wiemy, Le Labo kieruje swoje pachnidła raczej do koneserów i klienteli wymagającej oraz bardzo często świadomej perfumowej tematyki. W tym kontekście oferowanie tak niewiele różniących się od siebie zapachów jest dowodem na bardzo specyficzne, mało komercyjne wydawać by się mogło,  podejście do biznesu. Już samo rozróżnienie olejku neroli i absolutu z kwiatu pomarańczy jako tematów dwóch osobnych produktów, do tego jeszcze trzeci zapach z bergamotką na przedzie, ale i kwiatem pomarańczy w sercu, ma w sobie wręcz pierwiastek edukacyjny! Wg mnie wystarczyłaby w ofercie Le Labo jedna kompozycja z tych trzech. Właśnie Fleur d’Oranger 27, która łączy świeżość Bergamote 22 z kwiatową zmysłowością Neroli 36. Ale – jak wiadomo – od przybytku głowa nie boli, a szerszy wybór oznacza więcej możliwości.

główne składniki: kwiat pomarańczy, bergamotka, petit grain, cytryna, piżmo

cdn.

Le Labo (5) – „Bergamote 22″ i „Neroli 36″

Daphne Bugey –  twórczyni m.in. DSquared2 He Wood, He Wood Rocky Mountain Wood, He Wood Silver Wind Wood, She Wood, She Wood Golden Light Wood, Issey Miyake A Scent, Salvador Dali Rubylips, Max Mara Max Mara, Kenzo Amour, Le Labo Rose 31

Jakoś dotąd nie było nam po drodze, a trzeba przyznać, że artystka ta ma już spore portfolio, w tym także perfum męskich, choćby całą kolekcję He Wood kanadyjskiego DSquared2. Na osobną uwagę zasługuje prześliczny A Scent Issey Miyake – jedne z moich ulubionych lekkich i świeżych perfum dla kobiet. Jest wreszcie okazja napisać kilka słów o tej niezwykle utalentowanej i równie pięknej perfumiarce. Urodzona w Grenoble Daphne zapałała miłością do perfum podczas wakacji spędzonych w Grasse, gdy miała zaledwie 10 lat. Będąc już dorosłą ukończyła naukę w ISIPCA i od 1997 roku pracuje w Firmenich. Dla Le Labo Daphne (czyż nie piękne to imię?) stworzyła dotąd trzy pachnidła (Rose 31, Neroli 36 i Bergamote 22). Póki co miałem okazje wąchać dwa ostatnie i dziś moje wrażenia na ich temat.

Bergamote 22 

Nazwa może wydawać się mało zachęcająca. W końcu olejek z bergamotki – integralny składnik przemożnej liczby głównie wód kolońskich i toaletowych, często o stricte cytrusowym charakterze – jest dla perfumiarza jednym z najbardziej podstawowych i powszechnie używanych składników. Najcenniejsze bergamotki pochodzą z włoskiej Calabrii. Zapach olejku z bergamotki łączy ze sobą nuty cytrusowe z zielonymi, jest rześki, nieco cierpki, bardzo energetyzujący. Doskonale sprawdza się w roli składnika akordu głowy, nie tylko w męskich wodach kolońskich czy toaletowych. W przypadku Bergamote 22 obawy o to, że jest kolejną wodą cytrusową okazały się – na szczęście – płonne. Okazało się bowiem, że Bugey posłużyła się bergamotkowym olejkiem jako pretekstem to stworzenia mikstury łączącej świeżość tego składnika ze zmysłowym ciepłem kwiatu pomarańczy, akordu ambrowego i piżm. Rezultat jest tyle uroczy (szczerze pisząc – prześliczny), co jednak wtórny. Zapach tkwi w estetyce spopularyzowanej przez wspaniałego Francisa Kurkdjiana i może kojarzyć się z jego Aqua Universalis, choć – i to trzeba tu wyraźnie zanzyczyć – powstał kilka lat wcześniej. Mamy więc tu tę specyficzną cytrusowo-kwiatową nieco detergentową, ale bardzo naturalną, „białą” świeżość, która podlana jest sosem z tzw. białych piżm. Efekt jest znakomity i choć pomysł nie jest nowatorski, to wykonania nie powstydziłby się z pewnością genialny Ormianin. Bergamote 22 to podobno jedno z ulubionych pachnideł Karla Lagerfelda. To chyba całkiem niezła rekomendacja. Warto nadmienić, że zapach ewoluuje w sposób bardzo delikatny i prosty – od cytrusowego początku po zmysłowy, ciepły i nowoczesny finisz. Ma doskonałą kilkunastogodzinną trwałość i optymalną projekcję. Świetne pachnidło, by rozpocząć w jego towarzystwie dzień.

główne składniki: bergamotka, petit grain, grejpfrut, gałka muszkatołowa, kwiat pomarańczy, cedr, ambra, piżmo, wetiwer

Neroli 36 

Pierwsze molekuły docierające do nozdrzy wprawiają mnie w pewną konsternację. Oto zapach plastiku. Taniego plastiku. Aldehydy jak sądzę nadają tę sztuczną i niepokojącą nutę. Na szczęście ta dziwna olfaktoryczna fatamorgana nie trwa długo i po kilkudziesięciu sekundach czuję śliczny ciepły i słodki akord złożony z mandarynki i neroli, podszyty wanilią i tonka. Już wiem, że nie opuszczam zapachowych terenów znaczonych przez Kurkdjiana (A Piece of Me Pour Homme, Fleur Du Male Jean Paul Gaultier), a penetrowanych także przez innych twórców (Orange Star Andy’ego Tauera).

Neroli 36 (tytułowy składnik jest olejkiem pochodzącym z destylacji parowej kwiatu gorzkiej pomarańczy) to mniej cytrusowa, a bardziej kulinarna siostra Bergamote 22. Zapach jest bardziej zmysłowy, ciepły i nieco odurzający, poprzez podkreślenie kwiatowego charakteru odrobiną jaśminu i zwieńczenie zmysłowym duetem wanilii i tonka. Prócz tego w sercu poczujemy ciepły, lekko słony podmuch śródziemnomorskiej bryzy (nieśmiertelne calone). Sztampa? Być może. Ale zrobioną z ogromną klasą i dbałością o szczegóły. Wszystko to (prócz plastikowego intro) pachnie bardzo naturalnie i pięknie i podobnie jak Bergamote 22 sprawdzi się zarówno na męskiej, jak i kobiecej skórze.

Po przetestowaniu obu kompozycji autorstwa Daphne Bugey stwierdzam, że wniosła ona do oferty La Labo słońce i ciepło. Zarówno Bergamote 22 jaki i Neroli 36   nie można odmówić uroku. Szczególnie Bergamote 22 przypadło mi do gustu. Choć nie są to zapachy z gatunku grounbreaking, a o ekscytacji podczas ich testowania raczej mówić nie można, to jednak bronią się doskonale.  Mają  w sobie tyle słońca, że wystarczy nawet na długą mroźną zimę. Taką, jak nasza polska ostatnio…

główne składniki: neroli, mandarynka, róża, jaśmin, calone, piżmo, tonka, wanilia

cdn.

Le Labo (4) – „Patchouli 24″ i „Gaiac 10″

Annick Menardo –  twórczyni m.in. Azzaro Visit, YSL Body Kourous, Lolita Lempicka Au Masculin, Bvlgari Black, Diesel Fuel for Life for Him, Armani Attitude, Givenchy Xeryus Rouge

Annick Menardo cieszy się uznaniem w perfumiarskim środowisku, a o to wcale nie tak łatwo. Koledzy po fachu podziwiają jej talent oraz fakt, iż wypracowała sobie sygnaturę, własny, rozpoznawalny styl, o co w tym fachu niezwykle trudno. Jej pachnideł nie sposób pomylić z niczym innym. To fakt. Ja jednak – mimo całego szacunku, jaki mam do Menardo – nie zostałem nigdy do końca przekonany jej olfaktorycznymi wizjami, choć doceniam je niewątpliwie i z pewnością zostałem nimi  zaintrygowany. Oczywiście poznałem zaledwie kilka i to wyłącznie męskich perfum jej autorstwa, ale ten styl nie trafił w mój gust w 100% z jednym wyjątkiem…

Patchouli 24

Tworząc ten zapach Menardo musiała zostać dotknięta geniuszem. Odważne połączenie słodkawych nut kulinarnych i balsamicznych z dominującą przez większość czasu dymną nutą (głównie smoły brzozowej, zwanej dziegciem oraz olejku z drewna jałowcowego – cade oil), dało piorunujący efekt. Tytułowej paczuli próżno tu szukać jako dającej wyraźnie znać o sobie, ale nie jest to problem, mimo mojej sympatii dla tego składnika. Patchouli 24 nie ewoluuje zbyt wyraźnie, bowiem większość użytych ingrediencji to „podobna waga molekularna”. Mimo tego zapach ma dobrą projekcję (trzyma się na „średnim dystansie”), natomiast dzięki temu ma świetną, ok. 10 godzinną trwałość. Patchouli 24 to z pewnością pachnidło niecodzienne i bardzo oryginlane. Jeśliby szukać jakichś podobieństw, to znajdziemy je raczej jedynie pośród zapachów niszowych, takich jak np. Lonestar Memories Andy Tauera. Patrząc na portfolio Menardo można w nim doszukać się protoplasty Patchouli 24 w postaci Bvlgari Black. Nie znaczy to, że oba zapachy są mocno podobne. Mają raczej zbliżony styl i pomysł na niecodzienne połączenie nut dymnych z waniliową bazą.

Niniejsza recenzja została szczęśliwie napisana w oparciu o przed-reformulacyjną wersję tego zapachu. Od niedawna bowiem – o czym Le Labo lojalnie informuje na swej stronie internetowej – zmieniony został jeden niezmiernie ważny składnik – wspomniany olejek z drewna jałowca (cade oil). Konkretnie – olejek nieoczyszczony został zastąpiony oczyszczonym (czyżby IFRA?), co podobno nie ma wpływu na zapach (lub ma minimalny), zaś widoczne jest poprzez jaśniejszą barwę perfum.

Patchouli 24 to niezwykłe i przepiękne pachnidło z dużym „przechyłem” w męską stronę. Rozumiem, że może ono spodobać się kobietom, tak jak choćby Mitsouko podoba się mężczyznom, jednak dla mnie (wiem, że to schematyczne, ale cóż…) wonie dymne, ogniskowe, nawet jeśli połączone z apetyczną wanilią, nieodłącznie kojarzą się z męskim wizerunkiem.

Wśród trzymającej wysoki poziom oferty Le Labo Patchouli 24 jawi się jako wyjątkowo jasno lśniący diament. Nie umiałbym ograniczyć się do używania tylko jednych jedynych perfum (ani nawet dziesięciu ;-)). Załóżmy jednak, że stoję przed taki trudnym wyborem ograniczenia się do 10 pachnideł. Patchouli 24 byłoby wśród nich na pewno.

nuty: smoła brzozowa, paczula, wanilia, styraks, drewno jałowcowe

ocena ogólna: 6/6


Gaiac 10 (Tokyo exclusive) 

Zapach należy do cyklu City Exclusives i jest kolejną drzewną kompozycją w ofercie Le Labo oraz drugą stworzoną dla tej marki przez Annick Menardo. Właściwie to Gaiac 10 nie jest do końca zapachem drzewnym sensu stricto. Drzewny piżmowiec wydaje mi się najodpowiedniejszym określeniem na te trudne do zakwalifikowania perfumy. Jest to pachnidło jednocześnie transparentne, drzewne i subtelnie dymne. Menardo zastosowała w nim cztery różne molekuły piżmowe i to naprawdę czuć. Tytułowy gwajak gra jednak główną role, ze swą oryginalną, dymną i aksamitną naturą. Drzewny aspekt został tu wzmocniony wytrawnym cedrem, subtelny dymek unosi się z kadzidła frankońskiego, zaś syntetyczne, czyste, białe piżma przydają całości transparentnego „ciała”, odpowiadając także za trwałość zapachu. Co ciekawe powodują one także, że Gaiac 10 zachowuje się czasem jak sławetne Molecule 01 będąc na przemian wyczuwalnym i niewyczuwalnym dla noszącego, tląc się gdzieś w tle, na chwilę znikając, by przy najbliższej okazji pojawić się znowu. I wszystko byłoby naprawdę świetnie, gdyby nie jedno wielkie „ale” dotyczące wątpliwych „walorów użytkowych” tego zapachu. Koniec końców to mają być perfumy. A perfumy mają pachnieć. Pachnieć wyraźnie i długo. Ale, ale! To tylko mój subiektywny punkt widzenia, z którym nie każdy musi się zgodzić. A już na pewno nie zgodzą się z nim Japończycy, z myślą o których Gaiac 10 został stworzony! Możliwy do nabycia jedynie tokijskim sklepie Le Labo jest odzwierciedleniem dalekowschodniego, minimalistycznego podejścia do perfum. Znawcy rynku perfum nie od dziś wiedzą, że Japończycy preferują subtelne, transparentne i ulotne perfumowe wonie bądź brak perfum w ogóle! Gaiac 10 oceniony w tym, jakże istotnym, kulturowym aspekcie zyskuje, mimo że z moimi preferencjami ma niewiele wspólnego. Jako zwolennik perfum raczej intensywnych i gęstych (szczególnie w grupie „drewniaków”), choć doceniam oryginalny pomysł, kompetentne wykonanie i kulturowe dopasowanie, to jednak nie mogę ocenić Gaiac 10 na więcej niż na słabą czwórkę.

główne składniki: olibanum, drewno gwajakowe, absolut z drewna cedrowego, piżma (4 typy)

ocena ogólna: 4/6

cdn.