Stephane Humbert Lucas „777 – Black Gemstone” – zapach magmy

SHL 777 to kolejny po NEZ A NEZ i SoOud perfumowy projekt Stephane’a Humberta Lucasa, postaci obecnej w perfumowym światku od mniej więcej dekady. W ramach kolekcji 777, w gustownych, eleganckich flakonach, zwieńczonych masywną zatyczką, przypominającą kształtem kopułę meczetu, artysta zamyka efekty swojej rosnącej fascynacji perfumową tradycją Bliskiego Wschodu. Już zapachy SoOud są w dużej mierze jej odzwierciedleniem, ale w 777 artysta zdaje się jeszcze głębiej penetrować arabską estetykę.

stephane-humbert-lucas
Stephane Humbert Lucas (fot. fragrancerussia.com)

Kolekcja oznaczona 777 składa się obecnie z 12 pachnideł. To propozycje dla wielbicieli woni masywnych, ciężkich, orientalnych, wypełnionych po brzegi balsamami, przyprawami, kadzidłami i żywicami. Pachnidła te mają bardzo wysoka koncentrację 25%, co lokuje je na poziomie ekstraktów perfumowych. Jeden z nich zwraca szczególną uwagę czarnym jak węgiel flakonem. Jest to Black Gemstone.

777-shl
fot. frangrancerussia.com

Black Gemstone został zainspirowany legendą Hadżaru, Czarnego Kamienia.

Za Wikipedią:

Czarny Kamień, wbudowany na wysokości 1,5 metra w południowo-wschodnim narożniku świątyni Kaaba w Mekce. Hadżar jest największą świętością muzułmanów, celem pielgrzymek milionów wyznawców islamu (tzw. hadżu). Składa się ze scalonych obręczą trzech kawałków meteorytu lub lawy i połyskuje czarno-czerwonawym odcieniem. Według legendy ten święty kamień został przyniesiony przez archanioła Gabriela i przekazany Abrahamowi; pierwotnie miał być nieskalanie białym i zmienił barwę na czarną pod wpływem wchłaniania grzechów i zmazywania win składających mu hołd pielgrzymów.

Czegóż tu nie ma? Są aż trzy gatunku cedru. Jest kadzidło, jest mirra i jest opoponax. Jakby tego było mało, w formule znajdziemy labdanum, drewno tekowe, brzozę i akord kamforowy, złożony z eukaliptusa i rozmarynu. Ale na tym nie koniec. Kompozycję wzmacnia i pogłębia niezawodna paczula. Jest też tonka, której obecność w takim towarzystwie wcale nie wydaje się być oczywista. Wszystko to spróbowano – przynajmniej na wstępie – odświeżyć esencją z włoskiej cytryny. Ale nie łudźmy się – cytrusów tu nie poczujemy. To nie ten „dział” perfumerii…

shl-black_gemstone

Jak może pachnieć tak zaiste niecodzienna mieszanka? Bardzo, ale to bardzo ciężko, smoliście, popiołowo, nieco dymnie, nieco węglowo, trochę też miodowo zawartym w nim labdanum. Początkowo nad wszystkim góruje specyficzna, gryząca, jakby stęchła nuta (paczula?), która z czasem słabnie, oddając miejsce aromatowi żywiczno-kadzidlano-miodowo-drzewnemu, który de facto snuje się przez kolejne godziny, początkowo wzmagając się, po czym bardzo powoli wyciszając, by później niemożliwie wręcz długo emitować subtelny dymno-węglowy temat. W ciągu wielu godzin pozostawania na skórze Black Gemstone ulega tylko nieznacznym zmianom. Jest zapachem niemal linearnym, zbudowanym wbrew zasadzie piramidy, niezwykle leniwie uchodzącym w przestrzeń.

To pachnidło z gatunku love it or hate it. Trudne, monumentalne, zawiłe, mroczne, zbudowane z bardzo charakternych ingrediencji. Pachnie jak gorąca magma.

Jak przystało na perfumowy ekstrakt Black Gemstone trzyma się raczej blisko skóry i to przez długie godziny. Ale jest wystarczająco ekspansywny, by noszący mógł go czuć przez większość dnia na sobie. Co więcej, trzeba bardzo uważać z jego dozowaniem, gdyż zyskuje na mocy z czasem, i to co czujemy na początku, zaraz po aplikacji, ulega znacznemu wzmocnieniu w ciągu kolejnych godzin. To efekt tak wysokiej koncentracji składników, ekspresji których sprzyja czas i ciepłota skóry. Zbyt odważne użycie może w efekcie spowodować nawet pewien dyskomfort szczególnie w pierwszych godzinach noszenia, o czym przekonał się niżej podpisany. Bowiem Black Gemstone to naprawdę charakterna perfumowa rzecz dla oczekujących prawdziwie mocnych wrażeń.

shl-black_gemstone-2

główne składniki: cytryna, cedr, kadzidło, mirra, opoponax, labdanum, drewno tekowe, brzoza, eukaliptus, rozmaryn, paczula, tonka

perfumiarz: Stephane Humbert Lucas

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 3,5/ trwałość: 6,0

 

 

PS. Pachnidła SHL 777 można przetestować i zakupić w perfumerii Quality Missala.

 

Terre d’Hermes – między niebem a ziemią

Tak opisywałem Terre d’Hermes w 2009 roku, czyli mniej więcej 3 lata po jego premierze:

„piątek, 13 lutego 2009

BRYLANT na perfumeryjnych półkach. A raczej krzemień….

To zupełnie indywidualna, nowa dla mnie kategoria zapachu – woń wilgotnej ziemi, minerałów, trawy, ziół – zapach bardzo wytrawny, wspaniale trwały, nie duszący, nie narzucający się, oryginalny, klasa sama w sobie. Ktoś tak pachnący musi zwrócić uwagę otoczenia i zafrapować. I tak właśnie działa – sam się o tym przekonałem.  Charakterystyczna jest jego jakby transparentność, czystość oraz deklarowany przez twórcę minimalizm. Ellena konsekwentnie realizuje swą wizję ograniczania liczby składników używanych do stworzenia perfum i Terre jest na to doskonałym przykładem. Jeśli pokusić się o jakieś porównanie, to uważam że jest to rozwinięcie koncepcji, jaką Jean-Claude Ellena zaprezentował w swoim wcześniejszym Declaration Cartiera, tyle że tamten był jakby bardziej kwiatowy, zaś Terre jest mineralny, krzemienny. No cudo po prostu. Na osobną pochwałę zasługuje flakon – przepiękny i w sposób nierozerwalny związany z charakterem zapachu i jego kampanią reklamową. Reklama to mistrzostwo smaku i dobrego gustu (można ją znaleźć na YouTube). Pomysłowa „nakrętka” zaskakuje. Całość to dzieło sztuki. Bez najmniejszych wątpliwości. Owacje na stojąco dla HERMESa i Elleny!”

Czy z perspektywy czasu coś bym w tej impresji sprzed lat zmienił? Z pewnością nie. Dokładnie pamiętam moja ekscytację, gdy po raz pierwszy, zaintrygowany niebanalnym designem flakonu, sięgnąłem po tester Terre d’Hermes w perfumerii. To był jeden z tych rzadkich momentów w życiu perfumowego maniaka, gdy doznaje on uczucia olfaktorycznej podróży  w piękne i zupełnie wcześniej nieznane rejony. Byłem zachwycony! Terre był wówczas czymś absolutnie nowym i – jak się okazało później – bardzo szybko stał się przedmiotem naśladownictwa, który wprowadził do perfumerii nuty mineralne i rodzaj wibrującej drzewności dotąd naszym nosom nieznanej.

jean-claude-ellena-redefining-luxury_2

Jean-Claude Ellena wielokrotnie podkreślał swój ogromny szacunek i podziw dla Edmonda Roudnitski, twórcy m.in. genialnego Eau Sauvage. Sam wszakże stworzył coś na miarę tamtego zapachu. Coś nowatorskiego, ponadczasowego i wyznaczającego nowe trendy, a jednocześnie zdobywającego szeroką rzeszę wielbicieli. Od premiery minęło 10 lat, a Terre d’Hermes wszedł już do kanonu męskich perfum i zostanie tam po wsze czasy. Tak samo jak Eau Sauvage.

Jak pachnie Terre? Cytrusowo, kwiatowo, mineralnie (nutą prochu strzelniczego), drzewnie. Początkowy charakterystyczny, lekko gorzki akord cytrusowy z dominującą nutą grejpfruta, nieco osłodzoną esencją z pomarańczy, łagodnie przechodzi w sygnaturowe serce zbudowane z połączenia geranium i nadającemu całości projekcji i lotności mieszance różowego i czarnego pieprzu. Dochodzące ze spodu drzewne nuty wetywerii, paczuli i cedru budują wraz z geranium ten niezwykły, natychmiast rozpoznawalny akord Ziemi Hermesa. Ale nie byłby on tak specyficzny i tak żywy, gdyby nie bardzo odważne zastosowanie molekuły Iso E Super, która stanowi aż 55% formuły, a której magiczne działanie Jean-Claude Ellena od lat wykorzystuje w swych kreacjach.

Zapach jest idealnie zbalansowany. To prawdziwy techniczny majstersztyk. Ma doskonale dostrojoną moc, projekcję i trwałość. Pozostawia za sobą intrygujący i bardzo elegancki ogonek zapachowy przez większość dnia, jednocześnie nie dominując osoby noszącej, ani tym bardziej otoczenia. Ze względu na swój chłodny (brak nut ciepłych i otulających) i nieco dystansujący charakter oraz wibrującą aurę, Terre jest pachnidłem raczej formalnym, dziennym, doskonałym do biura i na spotkania biznesowe i jako taki sprawdza się znakomicie, co docenili mężczyźni na całym świecie.

W swym minimalizmie i umiarze, w idealnym doborze niewielkiej liczby wyjątkowej jakości składników połączonych w precyzyjnych proporcjach Terre d’Hermes stanowi kwintesencję stylu Hermesa i  – co z tym nierozłącznie związane – perfumowej estetyki Jean-Claude’a Elleny.

Terre d’Hermes to niewątpliwie jedno z najważniejszych i najwspanialszych męskich pachnideł , jakie powstały w XXI wieku.

Ale Terre zachwyca nie tylko zapachem, ale także i niezwykłym flakonem, który zaprojektował Philippe Mouquet. Został on zbudowanym z wielu istotnych dla całej koncepcji elementów. Spód flakonu ma kształt litery H i jest zabarwiony na pomarańczowo (kolor Ziemi Hermesa). Emituje on pomarańczowe światło w kierunku zamkniętej we flakonie pachnącej cieczy. Ramiona flakonu pokryte zostały metalową płytką, w której, niczym z zwierciadle, odbija się niebo. Pachnąca zawartość butli rozpościera się więc pomiędzy niebem a ziemią. Dopełnieniem jest siodlarski ćwiek z logo Hermesa, stanowiący górną część atomizera oraz – bardzo oryginalny patent – opuszczana poprzez przekręcenie czarna zatyczka. Piękny i przemyślany design, jak na Hermesa przystało.

Marka regularnie wypuszcza limitowane edycje flakonu. Od stycznia 2017 roku dostępny jest w sprzedaży flakon ozdobiony wyjątkową, trójwymiarową grafiką autorstwa irlandzkiego artysty Nigela Peake’a. Grafika przedstawia miasto, jego centrum z drapaczami chmur, rozpostartymi pomiędzy ziemią Hermesa (spodem flakonu) , a niebem (ramionami). Poprzez umieszczenie części grafiki na przedniej ścianie flakonu, a części na tylnej, autor zyskał dodatkowy efekt trójwymiaru. Przy odpowiednim ustawieniu flakonu i zorientowaniu względem siebie obu jego ścianek w środku grafiki pojawia się literka H.

terre-graphics

nuty głowy: grejpfrut, pomarańcza

nuty serca: geranium, czarny i różowy pieprz

nuty bazy: paczula, wetyweria, cedr, benzoes, Iso E Super

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2006

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 6,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

Fahrenheit „Cologne”

Zaprezentowana w 2015 roku kolejna świeża wersja klasycznego Fahrenheita była dla mnie zaskoczeniem, szczególnie że od wydania  o Fahrenheit Aqua minęło zaledwie (?) kilka lat. Przypomnijmy – Aqua był grejpfrut i galbanum nadające całości gorzko-zielonego charakteru, który naturalnie łączył się z obecną w bazie wetywerią. Zapach reklamowany był jako połączenie ognia i wody…

aqua_fahrenheit_dior

W Cologne zamiast grejpfruta mamy bukiet cytrusów, a zielone galbanum zastąpiono paczulą, gałką muszkatołową i kminem. To zupełnie niekolońskie składniki, bo i ten zapach nie jest absolutnie typową kolońską. To lżejsza, pozbawiona nuty benzynowo-skórzanej wersja klasyka, wciąż jednak zaskakująco mocna, dobrze projektująca i – jak na kolońską etykietę – trwała.

Znany z klasyka temat fiołkowy, obecny tu w formie bardzo zbliżonej do poroplasty (z wszystkich współcześnie dostępnych wersji Cologne wydaje się być mu najbliższa) został ozdobiony doskonałej jakości esencjami cytrusowymi, z których Dior od lat słynie. W wonnym koszyku znajdziemy więc mandarynkę z Sycylii, bergamotkę z Kalabrii oraz esencję z cytryny, które – poukładane ręką mistrza Francoisa Demachy’ego – budują intro Cologne. Akord cytrusowy ma charakterystyczny dla tego perfumiarza rześki, orzeźwiający i lekko gorzki charakter. Od pierwszych sekund czujemy także sygnaturową zieloną nutę fiołka, która natychmiast informuje nas o tym, z wersją jakiego zapachu mamy do czynienia.

Nie potrzebny jest tu nawet napis na flakonie, bo mimo, że nie znajdziemy tu słynnej nuty paliwowo-skórzanej, DNA Fahrenheita jest tu absolutnie czytelne, tyle że zostało zręcznie wkomponowane w cytrusowo-drzewne ramy znane z Eau Sauvage Cologne.

Fahrenheit Cologne jest wg mnie kolejnym bardzo udaną wersją klasyka. Jest też jego najświeższą i najlżejszą wersją, idealną na ciepłe, a nawet upalne dni, w których nawet także przecież świeża Acqua może okazać się zbyt ciężka.

Oby takie (no może nie aż takie…) dni nadeszły wkrótce…

fahrenheit-cologne

nuty głowy: mandarynka, bergamotka, cytryna

nuty serca: paczula, francuski fiołek, gałka muszkatołowa, kmin

nuty bazy: wetiwer, cedr

rok premiery: 2015

moja ocena: Francois Demachy

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

 

Frederic Malle i Michel Roudnitska „Noir Epices”

Mogło to wyglądać tak:

Była końcówka lat 90-tych ubiegłego wieku. W prowansalskim miasteczku Cabris, położonym niedaleko słynnego Grasse, w pięknym domu otoczonym wielkim, pełnym wonnych kwiatów ogrodem, pracował Michel. Choć od dawna, z wielkimi sukcesami, parał się fotografią i tworzeniem prezentacji łączących obraz, dźwięk i zapach, a jego dzieła towarzyszyły pokazom najznamienitszych marek (np. Diora), to nad czym pracował przez ostatnie dwa lata, było czymś zgoła odmiennym. Złożone z wielu składników pachnidło najpierw dojrzewało w głowie Michela, później zaczęło przybierać fizyczną formę. Chciał dedykować te perfumy pięknej brunetce, niespełnionej miłości jego życia. Zapach uważał już praktycznie za skończony. Ostatnie poprawki dotyczące ilości użytej esencji z drewna sandałowego oraz olejku geranium, ale przede wszystkim dodania aldehydu pomarańczowego okazały się kluczowe dla finalnego efektu. Michel był zadowolony z tych zmian. Wcześniej przez długi czas tkwił w martwym punkcie i nie wiedział, w którą stronę podążyć. Zapachowi wyraźnie czegoś brakowało. Teraz jednak, gdy dokonał tych drobnych, ale jakże istotnych modyfikacji, czuł, że jego praca dobiegła końca. Był na tyle dojrzałym perfumiarzem, że wiedział, iż kolejne próby manipulowania proporcjami ingrediencji, choć kuszące, mogłyby zrujnować to, co już osiągnął. Sięgnął po papierowy blotter, spryskał go wonnym płynem o bursztynowo-żółtej barwie, odczekał kilkanaście sekund, aż odparuje alkoholowy nośnik, zbliżył blotter do nozdrzy, rozchylił minimalnie usta i wykonał głęboki wdech nosem… Poczuł, jak mieszanka wibrujących molekuł wpływa głęboko w jego kanały węchowe. Receptory zaczęły w szaleńczym tempie rejestrować poszczególne molekuły i przekazywać impuls elektryczny do ośrodka węchowego mózgu. Tu zaczynała się prawdziwa magia. Mózg Michela zaczął przywoływać obrazy z dzieciństwa, sylwetki bliskich, pełne kolorów obrazy. Zastawiony świąteczny stół, ozdobiona świeczkami choinka, ojciec siedzący na fotelu obok kominka z maleńką siostrą Michela na kolanach, matka krzątająca się w kuchni, dochodzące stamtąd zapachy cytrusów i świątecznego piernika…

Dzwonek do drzwi przerwał Michelowi tę niezwykła podróż w przeszłość. Odłożył wonny papierek, podszedł do drzwi i otworzył je. W drzwiach stał średniego wzrostu szczupły mężczyzna o wyrazistych oczach i pełnym pasji spojrzeniu. Jego głowę zdobiła nienagannie uczesana fryzura, z charakterystyczną falą nad czołem. Miał na sobie oliwkową, sportową marynarkę w kratę, białą koszulę z rozpiętym kołnierzykiem, jasno-brązowe chinosy i mokasyny w kolorze burgundy. W prawej ręce trzymał torbę z brązowej skóry, na której widniała logo w postaci wielkiej litery H zamkniętej w okręgu. Jak zwykle wyglądał elegancko, ale była to elegancja naturalna, niewymuszona. Michel zawsze podziwiał jego wyczucie i styl. 

– Witaj, Michel! – rzekł mężczyzna.

– Cześć, Frederic! Wejdź proszę. 

Michel wskazał gościowi miejsce na skórzanej sofie stojącej przy niskim szklanym stoliku, na którym porozrzucane były różne zdjęcia autorstwa Michela i czasopisma, w których je publikował. Sam usiadł na dużym fotelu stojącym na przeciw sofy.

Co u ciebie słychać? Jak twój perfumowy projekt? Znalazłeś już odpowiednie osoby? – zasypał gościa pytaniami wyraźnie zainteresowany Michel.

– Dziękuję, prace idą w dobrym kierunku… – opowiedział zawieszając głos.

– Opowiedz nieco więcej. Jestem bardzo ciekaw. Masz ambitny plan. Ojciec z pewnością by ci kibicował…

– Wiesz przecież, że twego ojca poprosiłbym w pierwszej kolejności.

– Tak, wiem…To już prawie 3 lata… – zamyślił się. –  Choć przecież mama zgodziła się, byś opublikował perfumy, które stworzył dla niej lata świetlne temu, więc w tym sensie on też jest w to  zaangażowany…

– Zgadza się. Nie wiesz, jaki jestem z tego powodu wdzięczny i szczęśliwy. To wspaniały zapach. Ma w sobie jego ducha…

– To prawda… 

Przez chwilę obaj milczeli, jakby zaskoczeni tym osobistym i trudnym dla Michela wątkiem rozmowy. Frederic chrząknął i postanowił przerwać milczenie:

– Wracam akurat od Jean-Claude’a. Jest bardzo chętny, a nawet podekscytowany. Pierre’a Bourdona nie musiałem długo przekonywać. Mówił, że wręcz czekał na taka okazję. Nawet Olivia Giacobetti zgodziła się coś przygotować. Właściwie to już przygotowała. Przepiękny lilak, dosłownie zwalił mnie z nóg. Nowatorski, minimalistyczny, z nutką ogórka. Mówię ci, genialny. Wymyśliłem już nawet tytuł: „Mijając się”…

– Ładnie. Poetycko. Podoba mi się. Pasuje do ulotnego stylu Olivii. 

– Rozmawiam jeszcze z Mauricem. Chciałbym, byśmy wspólnie stworzyli coś kulinarnego, zmysłowego i ponadczasowego. Facet ma niesamowity talent do takich rzeczy. Będę też – to już niemal pewne – pracował z wielkim Edouardem Flechierem!

– Wow! Doskonała wiadomość!

– Owszem. Strasznie się cieszę. Wszak to człowiek odpowiedzialny za Poison! Mam też akces Ralfa Schwiegera. Facet jest piekielnie zdolny i niesamowicie uniwersalny. Ma przed sobą wielką przyszłość.

– No i Dominique?

– Tak, mój drogi Dominique… Jest od początku zaangażowany. Wyjątkowo dobrze się zrozumiemy. Dominique to według mnie najlepszy znawca składników i ich wzajemnych relacji. Ma niesamowity warsztat. Czuję, że zrobimy razem niejedną wielką rzecz.

– Podziwiam Twój entuzjazm. Wszak czasy nie są łatwe dla takich ambitnych inicjatyw, a już w szczególności w perfumerii, która dawno przestała być haute, a stała się produktem dla mas… Czyli co,  wygląda na to, że twój plan stworzenia „super teamu” wszedł w fazę poważnej realizacji? Cieszę się ogromnie. Kibicuję ci!

– Daj spokój! Ale dziękuję za miłe słowa. Właściwie to przyjechałem do ciebie, by zapytać, czy ty także nie zechciałbyś dołączyć?

– Ja? Ależ moje perfumowe doświadczenie jest tak nikłe… Owszem coś tam komponuję, ale to raczej do szuflady… Bo kto byłby zainteresowany takim klasycznym stylem dziś w dobie dominacji syntetyki, aroma-molekuł, zapachów wodnych, powietrznych i co tam jeszcze…

– Ano właśnie ja jestem zainteresowany! Chcę przywrócić świetność artystycznej perfumerii i wyprowadzić z cienia prawdziwych twórców – takich jak ty, Michel.

– Naprawdę? Cóż…Czuję się zaszczycony, choć także nieco zakłopotany…

– To jak? Nie daj się prosić…

– Z ogromną przyjemnością. Wiesz ja nawet…

– Tak?

– Mam coś gotowego, co mogłoby cię zainteresować. Właściwie, to dziś to skończyłem, zanim przyjechałeś. Pokażę ci.

Michel wstał z fotela i podszedł do swoich perfumowych organów. Wziął stojącą z brzegu stołu buteleczkę i wraz z pękiem blotterów podał ją Fredericowi. Ten jednak sięgnął do swojej torby, z której wyciągnął czystą, wyprasowaną i złożoną w kostkę białą chusteczkę bawełnianą, rozłożył ją w powietrzu kilkoma potrząśnięciami ręki, po czym drugą ręką chwycił buteleczkę i kilkakrotnie spryskał jej zawartością śnieżnobiały materiał. Odczekał kilkanaście sekund i zaczął wymachiwać nią sobie przed twarzą. Z zamkniętymi oczami wdychał zaperfumowane i wprawione w ruch za pomocą chustki powietrze. Trwało to dobre kilkadziesiąt sekund. Michel przyglądał się z uwagą Fredericowi. Starał się nie dawać tego poznać po sobie, ale wewnątrz drżał z obawy przed oceną znajomego. Widział, że Frederic to we Francji największy znawca perfum i ich historii. Prawdziwy koneser tej tematyki. Dziadek Frederica stworzył i kierował działem perfum Christiana Diora. Byli nie tylko współpracownikami, ale i przyjaciółmi. Dior często gościł w domu Malle’ów,  a matka Frederica niejednokrotnie testowała powstające własnie pachnidła, zanim te trafiły do produkcji. Mały Frederic był od dziecka otoczony wonnymi miksturami i ludźmi z branży. 

– Doskonałe! – wykrzyknął Frederic otwierając oczy.- Michel, to jest doskonałe! To jak bożonarodzeniowy szypr! Pozwól, że zabiorę ze sobą kilka ml, by spokojnie przetestować to w domu.

– Ależ oczywiście Frederic! Możesz zabrać ten flakonik, który masz w ręku. 

– Wspaniale, dziekuję. 

Frederic schował buteleczkę w torbie, spojrzał na zegarek, który nosił na lewej dłoni na brązowym skórzanym pasku i zagaił:

– Mam jeszcze chwilę. Opowiedz mi może coś więcej o tym zapachu, Michel…

Sięgnął ponownie do swej torby, tym razem wyciągając mały notatnik oprawiony  w skórę. Otworzył go na pierwszej pustej kartce i zaczął notować słowa Michela:

– Chciałem stworzyć coś zmysłowego i kobiecego z przyprawami w roli głównej, pachnącego naturalnie i głęboko, ale jednocześnie lekko, nie przytłaczająco. Użyłem sporej dawki gałki muszkatołowej mieszając ją z cynamonem, goździkiem i czarnym pieprzem. By nadać całości lekkości, dodałem słodkie cytrusy, głównie pomarańczę. Zależało mi też na nawiązaniu do klasycznych szyprów, więc sięgnąłem po różę, ale – by nie było to zbyt ewidentne – sparowałem ją z geranium…

– Uwielbiam geranium – przerwał Frederic – Chcę kiedyś poświęcić mu osobny zapach… 

–  Baza jest klasycznie drzewna – kontynuował Michel – choć wcale nie typowo szyprowa. Zrezygnowałem z mchu dębowego i labdanum, bo to było by znów zbyt oczywiste i wtórne. Zamiast tego paczulę, bez której nie wyobrażałam sobie zmysłowych perfum,  połączyłem z wetywerią, co przydało całości drzewnej treści, ale ich przesadną kwaśność złagodziłem kremowym sandałowcem. Tę kremową nutę wzmocniłem za pomocą wanilii.  Starałem się z nią nie przesadzać, by nie popaść w orientalne klisze i nie wejść na tereny Shalimar… I chyba mi się udało, mimo że do końca nie jestem pewien, czy jest jej wystarczająco. Typowy dylemat perfumiarza… W każdym razie, indywidualnie nie sposób jej poczuć, jednak gra niezwykle ważną rolę w całości. Aha, jeszcze cedr… Jest genialnym budulcem, niczym drewniane rusztowanie. Stabilizuje całość, tak że zapach płynie gładko, nie drga. Lubię go używać niemal na równi z paczulą.  Ale przyznam ci się, że magicznym dodatkiem, który nadał całości życia, okazał się octanal. Dziś na to wpadłem i to była eureka. Przez większość czasu dominuje w tym zapachu mieszanka pomarańczy, geranium, róży i przypraw, która kojarzy mi się z okresem świątecznym. Przyprawy grają tu ważną, ale nie najważniejszą rolę. Róża owszem jest istotna, ale poprzez geranium przechyliłem ją w bardziej zieloną niż czerwoną stronę, jeżeli wiesz, o czym mówię…

– Jasne. Rozumiem to doskonale. To jednak nietypowe podejście, nowatorskie. Przez to zapach nie jest – mam wrażenie – ewidentnie kobiecy…. Podoba mi się…  Te perfumy nie mogą skończyć w szufladzie. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie ujawnił ich światu, Michel, naprawdę. Powiem ci coś jeszcze, ale nie gniewaj się… Czuję w nich styl Edmonda przefiltrowany przez twój talent i warsztat. Ta taki neoklasyczny szypr, jednak bardzo w stylu Roudnitski…

– Tak się przecież nazywam Frederic, prawda? Jego krew płynie w moich żyłach, to i może nosy mamy podobne?

Roześmieli się obaj głośno. Frederic podniósł się z sofy, chwycił torbę i skierował się do wyjścia.

– Dziękuję, Michel. To jest wielka rzecz, naprawdę. Odezwę się wkrótce co do dalszego ciągu. Prześlę ci też moje wrażenia z testów.  

– To ja dziękuję Frederic! Czekam na twój feedback.

– Jeszcze jedno. Masz już może jakąś nazwę? 

– Myślałem o „Epice Noir”…

 – To może „Noir Epices”?

– Jak najbardziej, może  być.

– Świetnie. Trzymaj się zatem. Pozostajemy w kontakcie – powiedział Frederic i zniknął za drzwiami.

Dwa tygodnie później Michel znalazł w swojej skrzynce e-mailowej taki oto list:

„Witaj Michel,

nie myliłem się co do Noir Epices. Są fenomenalne. Dziś nie robi się już takich perfum, przynajmniej w celach komercyjnych. Nosiłem je przez dwa tygodnie dzień w dzień i mam tylko jedną drobną uwagę – czuję, że warto by nieco zwiększyć udział wanilii, by jeszcze lepiej ułożyć i pogłębić zapach w jego końcowej fazie. Poza tym nic bym nie zmieniał. Jeżeli się zgadzasz, podeślij mi nową próbkę wraz z recepturą. Chcę, by Noir Epices był jednym z pierwszych zapachów opublikowanych w ramach Editions de Parfums.

PS. Odwiedziła mnie ostatnio w pracowni Catherine Deneuve. Zaprezentowałem jej twój zapach. Była absolutnie zachwycona. Błagała wręcz o flakon. Darowałem jej kilka ml i obiecałem, że jak tylko wystartujemy z produkcją, dostanie w prezencie flakon. Wiem, że komponując Noir Epices myślałeś o brunetce, ale – jak widać – jego przeznaczenie było zgoła odmienne!

Pozdrawiam

Frederic”

michel-roudnitskafmalle2

PS. Wszelkie podobieństwo wydarzeń i postaci jest tu nieprzypadkowe. Jest sporo faktów oraz odrobina fikcji.

malle-noir-epices

nuty głowy: pomarańcza, róża, geranium

nuty serca : gałka muszkatołowa, cynamon, pieprz, goździk

nuty bazy: drewno sandałowe, wetyweria, paczula, cedr, wanilia

perfumiarz:  Michel Roudnitska

rok premiery: 1999

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 5,0 / projekcja: 5,0/ trwałość: 5,0

Frederic Malle „Le Parfum de Therese” – klasyka objawiona

Z tymi perfumami łączy się niezwykła opowieść. Niezwykła nie dlatego, że sporządził ją wyrachowany copywriter po to, by zachęcić do zakupu perfum lub zwiększyć ich sprzedaż. Niezwykła dlatego, że napisało ją życie…

Dotyczy ona jednej z najważniejszych postaci w historii perfumerii, wybitnego perfumiarza Edmonda Roudnitski, który nie tylko stworzył ponadczasowe arcydzieła perfumerii (głównie dla Christiana Diora: Diorissimo, Diorella, Diorama, Eau Fraiche, Eau Sauvage, ale także słynne Eau D’Hermes i pachnidła dla Rochas: m.in. Femme, Moustache for Men), ale także wyznaczył nowe kierunku w perfumerii. Pisał też książki o swym fachu, które weszły do kanonu, podobnie jak jego perfumy.

edmondroudnitska1969cafleurebon1
Edmond Roudnitska (1905-1996) (fot. Cafleurebon)

Edmond Roudnitskę stworzył Le Parfum de Therese gdzieś pomiędzy 1957 a 1965 rokiem z myślą tylko i wyłącznie o swej żonie Theresie. Ta nosiła je przez kolejne lata swego życia i nikt poza nią (i pewnie synem Michelem oraz oczywiście twórcą) nie wiedział o ich istnieniu. Do momentu, gdy już po śmierci perfumiarza, pod wpływem sugestii Frederica Malle, który właśnie tworzył swoje perfumowe wydawnictwo Editions de Parfums, Theresa zgodziła się ujawnić recepturę tych perfum i pozwoliła Fredericowi wydać je pod własną marką.

edmond-and-therese-roudnitska

Jak niemal każde ówcześnie popełnione przez Roudnitskę pachnidło, także i to wyprzedzało swoje czasy. Podobnie jak Eau Sauvage, który zadziwił i urzekł wszystkich swym totalnie wówczas nowatorskim charakterem, o którym w dużej mierze zdecydowało odważne i przekraczające wszelkie ówczesne normy użycie molekuły Hedione, dzięki której ten koloński szypr nabrał niezwykłego, świetlistego, jaśminowego charakteru, tak Le Parfum de Therese po raz pierwszy zaprezentował nutę wodną, która 30 lat później stała się elementem budującym bardzo modny gatunek perfum wodnych (acquatic).

Gdyby Le Parfum de Therese zostały opublikowane w czasach, gdy jest stworzono, byłby dziś jednym z uwielbianych ponadczasowych klasyków, wymienianych jednym tchem z  Diorella, Diorissimo, Eau Sauvage czy Femme.

frederic_malle
Frederic Malle

Dzieło Roudnitski to neoklasyczny owocowy szypr z wodnym akcentem w postaci nuty melona (melonal), która współtworzy tu świeże i soczyste, słodko-cytrusowe i jednocześnie rześkie otwarcie (mandarynka), wzbogacone o unoszący całość pieprz. Serce tej klasycznie zbudowanej (bo jakżeby inaczej) kompozycji również nie jest typowe dla szyprów tamtych czasów. Obowiązkowej esencji różanej i subtelnego jaśminu towarzyszy bowiem zdecydowanie wówczas nowatorski i przydający oryginalności akord śliwki (daleki wszakże od współczesnych wytworów chemii i w swej umowności podobny do słynnej nuty brzoskwini w Mitsouko Guerlain). Dzięki fiołkowi zaś niemu serce pachnie nieco zielono i w sumie bardzo odlegle od ciężkich retro szyprów. Baza ma drzewny charakter, a jej najważniejsze ingrediencje to wetyweria, cedr i akord skórzany. Mimo braku emblematycznych dla bazy szypru mchu dębowego i labdanum, zapach utrzymuje się w tej klasycznej estetyce, nadając jej jednocześnie nowoczesnego sznytu. Na etapie bazy nie ma już śladu po wcześniejszych nutach, co potwierdza klasyczną konstrukcję tych perfum.

Co może być zaskakujące, wg mnie Le Parfum de Therese ma uniseksowy charakter. Generalnie szypry, o ile nie zdominowane przez białe kwiaty i aldehydy, nuty szminki czy pudru, bardzo dobrze układają się na męskiej skórze (nawet szypr nad szypry Aromatics Elixir Estee Lauder), co zwykle wynika z ich cytrusowo-mszysto-drzewnego charakteru. Le Parfum de Therese nie jest tu wyjątkiem. Nawet więcej – ze względu na swój nowatorski i oszczędny w środki wyrazu charakter, bardzo dobrze współgra z męskim naskórkiem .

Przede wszystkim jednak Le Parfum de Therese pachnie bardzo charakterystycznie dla stylu Mistrza Edmonda. Ten bezdyskusyjny geniusz kolby i pipety potrafił tworzyć prawdziwe cuda perfumerii na miarę ówcześnie dostępnych składników i możliwości technicznych. Z niezwykłym wyczuciem wykorzystywał nowe wówczas aromamolekuły po to, by znanej estetyce dodać nowych wymiarów, by pokierować ją na nowe tory. Dzięki temu, ale także niezwykłemu talentowi i tytanicznej pracy w swoim laboratorium, stworzył perfumy, które funkcjonują „poza czasem”, poza zmieniającymi się modami i wbrew współczesnemu natłokowi nowych składników i sztucznie budowanych wokół nich trendów. W latach swojej świetności Roudnitska mógł swoje dzieła zaprezentować publice głównie dzięki wizjonerstwu, odwadze i niezwykłemu smakowi Christiana Diora. Le Parfum de Therese musiały poczekać wiele lat, by dzięki innemu koneserowi perfumeryjnego rzemiosła, Fredericowi Malle, mogły zostać upublicznione. To świetnie, że tak się stało, bo to pachnidło zupełnie wyjątkowe. Bo choć nie będące koronnym osiągnięciem Edmonda Roudnitski, to jednak potwierdzające jego niezwykły talent, wyjątkowy kunszt i gigantyczny warsztat. Jestem pewien, że ich klasyczna harmonia z domieszką współczesności i niezwykła uroda nikogo wrażliwego na aromaty nie pozostawią obojętnym…

 

malle-parfum-de-therese

nuty głowy: pieprz, mandarynka, melon

nuty serca : jaśmin, fiołek, róża, śliwka

nuty bazy: cedr, wetyweria, skóra

perfumiarz:  Edmond Roudnitska

rok premiery: 1999 – w ramach Frederic Malle Editions de Parfums (pierwotnie w 1957-65)

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 4,0 / projekcja: 3,5-4,0 / trwałość: 3,5

Eutopie Parfumes – nisza made in France

Eutopie Parfumes to młoda francuska marka niszowa utworzona w 2011 roku i prowadzona przez Elodie Pollet – weterankę branży dóbr luksusowych, w tym perfum. Pollet lubi podróżować, mieszkała już w wielu miejscach na świecie. Jej obserwacje podróżnicze oraz doświadczenia życiowe i branżowe znalazły wyraźne odzwierciedlenie w pachnidłach Eutopie, które tworzy wraz z profesjonalnymi francuskimi perfumiarzami. Perfumy ponumerowane zostały od 1 do – póki co – 10, z pominięciem, rzecz jasna, piątki, która jako nazwa perfum zarezerwowana jest przez Chanel…Każda kompozycja zainspirowana została innym miejscem, przy czym te o numerach 7, 8 i 9 poświęcono paryskim ogrodom. Warto wspomnieć, że marka został uhonorowana w 2012 roku w Paryżu nagrodą European Beauty Innovation Awards, a zapach No.4 otrzymał w 2013 roku w Berlinie nagrodę Prix de Parfum Artistique.

elodie-pollet
Elodie Pollet (Fot. Fragrantica)

 

Eutopie Parfums proponuje intrygujące i oryginalne pachnidła o orientalnym, niszowym charakterze, skierowane do koneserów perfumowej sztuki. Zamyka je w masywne, ale poręczne i dobrze prezentujące się flakony zaopatrzone w srebrne lub złote zatyczki. Oszczędna stylowa grafika i numery zamiast nazw dodają całości niszowego i ekskluzywnego charakteru.

Dzięki uprzejmości łódzkiej perfumerii Impressium miałem okazję przetestować pachnidła o numerach od 1 do 6 i przyznać  muszę, że wszystkie zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. To kawał porządnej perfumowej roboty. Przede wszystkim zapachy Eutopia są oryginalne (i – o dziwo – nie ma pośród nich ani kopii Black Afgano, ani imitacji Tuscan Leather (!), choć jest coś…., ale o tym później). Poza tym, są gęste i trwałe, co wynika nie tylko z zastosowanych składników, ale i koncentracji eau de parfum. To także powoduje, że rozwijają się one na skórze bardzo powoli, nie epatując otoczenia swą mocą, a pozostając raczej bliżej noszącego. Zwykle są to kompozycje orientalne, z elementami estetyki arabskiej, tyle że z akcentami położonym na różne aspekty. Według mnie niemal wszystkie mają uniseksowy charakter.

No.1 to pachnidło z wyraźną nutą jaśminu sparowanego z różą, którym początkowo towarzyszy anyż. Kwiaty zanurzono w esencjach drzewnych, przybrudzono odrobiną gorzkawo pachnącego tytoniu i oparto na zmysłowej orientalnej bazie, na którą składa się ambra, piżmo i wanilia. Zapach majestatycznie i długo rozwija się na skórze, dość szybko wszakże tracąc kwiatowe nuty na rzecz orientalnej, lekko pudrowej, ambrowo-drzewno-waniliowej bazy, która z czasem staje się coraz bardziej sucha, nieco duszna, tajemnicza i zmysłowa.

Biały flakon z różowym ornamentem jakoś mi jednak do charakteru No. 1 zupełnie nie pasuje…

eutopie-n-1-luxury-perfume

 

główne nuty:  jaśmin, róża, anyż, drewno sandałowe, tytoń, cedr, ambra, białe piżmo, wanilia

perfumiarz: Charles Caruso (SFA)

rok premiery: 2011

 

No.2 to przepiękne, majestatyczne, orientalne pachnidło łączące w sobie różę, szafran i nuty drzewne. Fani niedoścignionego Rose Nacree du Desert Guerlain, Santal Royal tej samej marki oraz niedawno opisywanego przez mnie Oriento marki Jeroboam mogą znaleźć w tej kompozycji swoje ulubione aromaty. Róża obecna, choć nie dominująca, została tu sowicie obsypana rdzawym szafranowym pyłem przydającym całości tego charakterystycznego słodko-gorzkiego, arabskiego charakteru. Mam słabość do takich pachnideł – mających zmysłowy, ale jednocześnie egzotyczny, ciężki, „osadzony”, ale fascynująco mroczny i tajemniczy charakter, w których szkarłatna róża zmieszana została z czernią nikabu i złotem zdobień arabskich pałaców…

burka

No.2 zawiera w sobie – wedle twórców – aromat specyficznego arabskiego kadziła zwanego Bakhur (bakhoor), będącego w istocie sprasowaną w kształcie cegiełki mieszanką naturalnych składników, głównie drzewnych wiórków oudowych, zanurzonych w pachnących olejkach i zmieszanych z innymi składnikami (żywice, ambra, piżma, drewno sandałowe, zapachowe esencje). Bakhur palony wydziela dym służący do nadawania zapachu pomieszczeniom i tkaninom (ubraniom).

Reasumując, No.2 zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. No i kolor flakonu został tym razem zdecydowanie lepiej dobrany…

eutopie-n-2-luxury-perfume

główne nuty:  przyprawy, tytoń, róża, szafran, piżmo, nuty drzewne, niuanse orientalne

perfumiarz: Prakash Narayan (Givaudan)

rok premiery: 2011

 

No.3 idzie w nieco innym kierunku, niż dominujący w pierwszych dwóch zapachach arabski orient. Owszem, odnajdziemy tu wspólne z nimi ingrediencje (np. szafran, agar), ale całość jest zdecydowanie łagodniejsza i bardziej europejska – głównie dzięki innym proporcjom poszczególnych składników i łagodzącemu całość na pierwszym etapie jałowcowi. Dość szybko No. 3 ujawnia swą drzewna istotę, która – w miarę upływu czasu – zaczyna dominować. Finisz jest intensywny i sucho-drzewny, co jest zasługa niezawodnego cypriolu, który wzmacnia drzewny przekaz. Łagodny początek przeistacza się więc w mocny, drzewny koniec. Całkiem zaskakująco i naprawdę interesująco…

eutopie-3

główne nuty:  jagody jałowca, szafran, drewno sandałowe, cypriol, drewno agarowe, paczula, ambra, piżmo, wanilia

perfumiarz: Sonia Constant (Givaudan)

rok premiery: 2012

 

No. 4 poprzez połączenie paczuli z delikatnymi nutami balsamicznymi (czystek), żywicznymi i kulinarną wanilią na samym początku budzi we mnie jak najlepsze skojarzenia z przecudnej urody Coromandelem Chanela. Jednak w wyniku obecności fiołka w sercu zapach dość szybko zmienia kierunek. Staje się miękki i delikatnie zielony. Co ciekawe, na finiszu podobieństwa do dzieła Jacquesa Polge’a powracają, zapach staje się lekko paczulowo-kremowy i w efekcie jako całość pozostawia naprawdę dobre wrażenie. Jego „nieszczęściem” jest właśnie to, że może kojarzyć się z absolutną perfumową doskonałością, jaką jest Coromandel. Z takim „przeciwnikiem” trudno jest nawet podjąć walkę, a co dopiero ją wygrać… Ale to właśnie tę kompozycję doceniło berlińskie jury przyznając Prix de Parfum Artistique.

eutopie-4

główne nuty:  paczula, bergamotka, czystek, róża, fiołek, sandałowiec, ambra, piżmo, kadzidło

perfumiarz: Charles Caruso (SFA)

rok premiery: 2013

 

No.6 zainspirowane zostało… Rosją (bo czemu nie?), a konkretniej – Moskwą, która wszakże znacząco różni się od reszty Rosji (delikatnie to ujmując), a w której Elodie Pollet mieszkała przez jakiś czas. Stamtąd zabrała ze sobą wspomnienia i skojarzenia z wonią skóry, geranium i kadzidła. Według niej te nuty w dużej mierze tworzą No.6, którego czerwony flakon ze złotą zatyczką nawiązuje do moskiewskiego monastyru z ulicy Petrovka.

moscow-monastery

Zapach otwiera się dość intensywnym aromatem przypominającym pieprz, ale pieprzem nie będącym. To aromamolekuła pepperwood daje znać o sobie. Obok suchego drzewnego cypriolu, to drugi składnik stricte syntetyczny budujący kościec tego niezwykłego zapachu. Zza tego pikantnego wstępu nieśmiało wyłania się geranium na cedrowym fundamencie i – ten moment musiałem sprawdzić kilka razy, by potwierdzić moje skojarzenia – pachnie to jak Terre d’Hermes (!) pozbawiony grejpfruta (methyl pamplemousse) i wetywerii (vetiveryl acetate). Taka mroczna, niszowa, nieoczywista i bardziej wymagająca wersja Terre. Mniej wprawny nos może zupełnie nie zauważyć tego podobieństwa. Ja sam wydobyłem je dopiero przy którejś próbie. Ale No.6 to pachnidło zdecydowanie trudniejsze, obudowane innymi ingrediencjami dla uzyskania innego efektu. Elodie Pollet określa je jako – po części – skórzane. Ja jednak skóry zupełnie tu nie czuję. Natomiast uważam ten zapach za przede wszystkim przyprawowo-drzewny z odrobiną kadzidła, ładnym, dość wyraźnym, lekko mentolowym geranium i świetnym, długotrwałym, suchym cypriolowym finiszem. Co ciekawe, owo podobieństwo do dzieła J.C. Elleny jest dużo większe na papierku testowym, niż na skórze. Tam zapach staje się bardziej mroczny i drzewny, a urocza i rozjaśniająca całość nuta geranium gdzieś się chowa…

Dla osób lubiących olfaktoryczne eksperymenty No.6 może okazać się bardzo ciekawym kandydatem do połączenia go z Terre d’Hermes na skórze, w celu pogłębienia i utrwalenia tego drugiego. Efekty mogą  być bardzo intrygujące. Sam z pewnością tego wkrótce spróbuję… Niemniej oczywiście No.6 to od początku do końca „samodzielne” pachnidło o mocnym, zdecydowanym i męskim charakterze. Obok No. 2 moje ulubione z opisywanej piątki.

 

 eutopie-n-6-luxury-perfume1

główne nuty: kadzidło, cypriol, geranium, labdanum, skóra, paczula, cedr, piżma, Pepperwood

perfumiarz: Nadège le Garletanzec (Givaudan)

rok premiery: 2013

 

Amouage „Bracken Man”. Muskat kłania się Paryżowi.

Amouage znów zaskakuje. Nigdy bym nie przypuszczał, że wyda pachnidło tak inne od wszystkiego, co opublikowało dotąd i jednocześnie tak dobrze znane, tak znajome i tak wierne kanonom perfumerii… francuskiej.

Poprzedni zapach z cyklu The Midnight Flower Collection (skąd ta nazwa?) w jakimś sensie mógł już zapowiadać ten kierunek. Sunshine Man był bowiem śliczną odą do prowansalskiego krajobrazu pełnego skąpanych w słońcu krzewów nieśmiertelnika i lawendy. Był pierwszym tak śmiałym krokiem Christophera Chonga w rejony tradycyjnej perfumerii francuskiej. Całkowitym zarzuceniem orientalnej, arabskiej estetyki, jakiej dotąd hołdował Amouage. Sunshine okazał się być czymś na kształt współczesnej luksusowej wariacji nt. legendarnego Pour Un Homme de Caron (1924) autorstwa Ernesta Daltroffa.

christopher-chong1
Christopher Chong

Krok drugi, bardziej odległy w czasie, Chong wykonał w bieżącym roku prezentując Bracken Man. A bracken oznacza… paproć. Tak jest. Oto aromat dobrze znany. Historycznie rzecz biorąc jeden z najstarszych i jeden z najważniejszych męskich aromatów perfumowych. Fougere. Gatunek perfum niegdyś przekrojowo opisany przez mnie na blogu w Krótkiej historii fougere.  Przypomnę tylko, że zapoczątkowało go pachnidło Fougere Royale (1882) popełnione dla francuskiego domu Houbigant przez Paula Parqueta .

bracken

Christopher Chong z właściwym sobie perfekcjonizmem, choć tym razem bez charakterystycznej dla niego dozy eksperymentu i przesuwania granic, zaproponował Bracken Man – zapach będący kwintesencją gatunku fougere. Tym samym dwa obecnie najlepsze na rynku francuskie klasyki: Fougere Royale 2010 i Duc de Vervins (1985) (oba od Houbigant) doczekały się bardzo poważnego rywala. No i nie zapominajmy o równie doskonałym, bardzo tradycyjnym English Fern (1910) od brytyjskiego Penhaligon’s, do którego chwilami Bracken nawiązuje najwyraźniej (choć być może całkiem bezwiednie).

Amouage nigdy nie idzie na kompromis, gdy chodzi o jakość i ten zapach potwierdza tę regułę. Bracken Man jest wręcz modelowym przykładem stylistyki, którą reprezentuje, tyle że wykonanym na poziomie dostępnym jedynie dla nielicznych.

Aromatyczne intro natychmiast zdradza, z jakim zapachem mamy do czynienia. Mieszanka cyprysu i lawendy połączona z obowiązkowymi, choć tu nie dominującymi cytrusami, pachnie bardzo męsko, klasycznie, ale i całkiem współcześnie. Innymi słowy – nie trąci myszką, mimo że z pewnością nie rewolucjonizuje gatunku. Serce Bracken Man to już samo sedno fougere. Mieszanka kluczowego dla gatunku fougere geranium przyprawionego gałką muszkatołową , cynamonem i goździkiem, posadowiona na mocnym akordzie głębi, opartym na nutach drzewnych (kremowy sandałowiec, cedr i paczula, która w miarę czasu odzywa się coraz mocniej) utrwalonych i pogłębionych piżmem.Co ciekawe, oficjalny skład nie wymienia mchu dębowego ani kumaryny, co w przypadku fougere wydaje się wprost nie do pomyślenia. Przyznam jednak, że jeżeli faktycznie ich nie ma (mchu dębowego nie czuję, tonki chyba faktycznie także), mnie ich nie brakuje. Baza Bracken pachnie wystarczająco rasowo i jest absolutnie logiczną konsekwencją przyjętej konwencji. Być może to właśnie fakt pominięcia w formule tak kluczowych, zdawać by się mogło, składników jest owym nowatorskim elementem Bracken Man. Może to właśnie  w szczególności brak mchu dębowego powoduje, że pachnie on bardziej współcześnie niż wspomniane klasyki (poza Fougere Royale 2010 – gdyż to jednak mocno współczesna wersja i to wyraźnie czuć).

amouage-bracken-03

Bracken Man to bezdyskusyjnie zapach sentymentalny. Niezwykle męski, zapatrzony w klasyczny kanon. Roztacza woń elegancką i nieco dystyngowaną. Świeżą, choć nie jest to świeżość, jakiej hołduje się we współczesnej perfumerii. Czystą, choć nie jest to współczesna czystość detergentowa. Bez udziwnień i bez eksperymentów. Wiernie wobec wyobrażeń na temat tego jak powinien pachnieć klasyczny fougere.

Bracken Man jest bardzo „kanoniczny”, purystyczny, perfekcyjny w swej stylistycznej wierności najlepszym wzorcom. W niczym im zresztą nie ustępuje.

Pod względem parametrów Bracken zadowala, choć nie można mówić tu o poziomie, który reprezentują inne, te utrzymane bardziej w arabskiej estetyce zapachy omańskiej marki. Niemniej Bracken początkowo jest bardzo intensywny, mocno się rozprzestrzenia, by po kilkunastu minutach ułożyć się na skórze i emitować przyjemną, wyraźną, ale już nie tak mocną jak na początku woń przez mniej więcej 6-8 godzin. Przez kolejne dwie pachnie już blisko skóry.

Bracken Man to nie tylko doskonałe męskie pachnidło, ale także pełen elegancji ukłon arabskiej marki w kierunku klasyki perfumerii francuskiej. To – obok kilku wcześniej wymienionych zapachów – najlepsze, co można w tym gatunku współcześnie znaleźć.

Intryguje mnie ta neoklasyczna podróż Christophera Chonga rozpoczęta przez Sunshine Man i kontynuowana teraz w Bracken Man. Ciekaw jestem bardzo, czy będzie ciąg dalszy i jaki on będzie. Kto wie, może klasyczny, ale zrobiony po „amłażowsku” szypr w klimacie Chanel Pour Monsieur? A może coś skórzano-kwiatowego w typie Antaues Chanel?

Mogło by być bardzo ciekawie…

Co Pan na to, Panie Chong?

amouage-bracken-small

nuty głowy: cytryna, bergamotka, cyprys, lawenda,

nuty serca: geranium, cynamon, gałka muszkatołowa, goździki

nuty bazy: cedr, drzewo sandałowe, paczula, piżmo

perfumiarz: Olivier Cresp i Fabrice Pellegrin

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 5,0/ oryginalność: 2,0/  projekcja: 4,5/ trwałość: 5,0