„Green is the colour”, czyli „Colonia Club” Acqua Di Parma i „Cyber Garden” Costume National

„Green is the color of her kind
Quickness of the eye deceives the mind
Envy is the bond between the hopeful and the damned”

Pink Floyd „Green is the colour”

 

Trochę przy okazji dnia Świętego Patryka i jego zielonej symboliki, a trochę przypadkowo dziś na blogu dwa zapachy zielone, jak przyjęto określać pachnidła z dominującymi nutami roślinnych soków. Oba penetrują zieloną estetykę na swój odrębny i oryginalny sposób. Oba w swym gatunku prezentują bez wątpienia najwyższą jakości i oba warte są uwagi, zważywszy na zbliżającą się wiosnę…

 

Acqua Di Parma Colonia Club – ogród tradycji

Od pierwszy sekund czuć tu rękę mistrza Francoisa Demachy’ego i – choć to inny zapach – to jednak pod względem ogólnej stylistyki kojarzy mi się z zeszłorocznym Eau Sauvage Cologne. Tam perfumiarz mocno zaakcentował nuty rześkie, gorzko-zielone (bergamotę, grejpfrut, galbanum i petit grain). Tu poszedł bardziej w kierunku subtelnej zielonej mentolowości, unikając nut gorzkich i soczyście zielonych, poza samym początkiem zapachu. Dobór składników świadczy o klasycznym podejściu perfumiarza i o chęci osiągnięcia konkretnego estetycznego celu. Mięta, zaskakująco jeden z głównych bohaterów Colonia Club, która ujawnia się po dosłownie kilkunastosekundowym, mocnym zielono-cytrusowym wstępie (bergamotka), pachnie tu bardzo naturalnie, kojarząc się z Menthe Fraiche Jamesa Heeleya. Została tu zresztą w naturalny sposób przedłużona w fazę serca przez wyraźnie przecież mentolowe geranium. Otoczono ją nutami słodko-cytrusowymi oraz ładnie wkomponowanym kwiatem pomarańczy. Zielone serce zapachu wzmocniono galbanum (które czuć w towarzystwie mięty praktycznie od początku), a ziołowość mięty i geranium wsparta została lawendą. Drzewna baza złożona jest z wetywerii, ambry i piżm i wydaje się bardzo logiczną konsekwencją całej tej zielono-ziołowo-kolońskiej konstrukcji, która pachnie dość jednak tradycyjnie, klasycznie i zdecydowanie męsko.

Colonia Club to bardzo ładna, przyjemna w noszeniu i na swój sposób, poprzez istotny udział nut mentolowych, oryginalna, subtelnie ziołowa, naturalnie pachnąca kolońska, która cieszy nos głównie przez pierwsze kilka kwadransy, z czasem mocno wyciszając się i pozostając blisko skóry. Jest z pewnością ciekawym uzupełnieniem kolońskiej oferty szacownej włoskiej marki, która dotąd znana była z kolońskich klasycznie zdominowanych przez cytrusy (pomijam tu Ingredient Collection). Na ich tle Colonia Club stanowi przekonujący wyjątek.

acqua-di-parma-colonia-club

nuty głowy: bergamotka, cytryna, liść pomarańczy, mandarynka, mięta, kwiat pomarańczy

nuty serca: geranium, lawenda, galbanum

nuty bazy: ambra, piżmo, wetiwer

twórca: Francois Demachy

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Costume National Cyber Garden – ogród przyszłości

Cyber Garden w porównaniu z Colonia Club pachnie nie tylko bardziej zielono, ale także mniej naturalnie, zdecydowanie bardziej nowocześnie i intrygująco. To jedno z najciekawszych ujęć zielonego tematu w perfumach, jakie zdarzyło mi się testować, dużo lepsze od mającego podobne ambicje Amazingreen Comme des Garcons. Już sama osoba perfumiarza – znanego z zamiłowania do eksperymentu Antoine’a Lie’a – jest niemal gwarantem niebanalności zapachu. W Cyber Garden potwierdza on swój kunszt i niesztampowość.

Cyber Garden to pachnidło zdecydowanie warte uwagi. Ma w założeniu symbolizować ogród przyszłości,w którym natura łączy się z elementami sztucznymi. Antoine Lie genialnie oddał ten temat tworząc przy tym zapach intrygujący i charyzmatyczny,  jednocześnie bardzo komfortowy w noszeniu.

T1K-Green-Masterbatch

Intrygujące i przykuwające uwagę perfumy powinny zawierać pozornie nieprzystające do siebie składniki, tworzące bliskie dysonansu olfaktoryczne napięcie. W Cyber Garden z pewnością obecne są takie kontrasty. Zasadniczym jest kontrast pomiędzy tradycyjnymi składnikami naturalnymi (m.in. bergamotka, geranium, fiołek, wetiwer) i syntetycznymi molekułami,  które dodają zapachowi futurystycznej aury (zielony eter i winylu). Szczególnie nuta winylu, wspomagana przez szczyptę szafranu (!) wypada ciekawie, czyniąc obecną tu zieleń jakby… plastikową. Nutka sztucznego tworzywa zaskakuje, intryguje, ale wpisuje się w całość w sposób zadziwiająco harmonijny. Za jego dominującą zieloność odpowiada przede wszystkim woń fiołkowego liścia.

Soczysty, owocowo zielony początek Cyber Garden przechodzi gładko w plastikowo-zielone serce, by finiszować niezwykle udanym, intrygującym, mocnym i długo obecnym bazowym ogonkiem zapachowym zbudowanym z nut drzewnych i żywicznych, mających w sobie wciąż sporo zieleni.  Cyber Garden ładnie snuje się za noszącym przez długie godziny, co dodatkowo poprawia moją i tak już wysoką ocenę tego zapachu, który jest moim daniem zdecydowanie wart polecenia. To kolejne bardzo dobre perfumy w ofercie Costume National, marki, którą każdy wielbiciel dobrych perfum powinien mieć na uwadze.

Cyber Garden 1

nuty głowy: zielony eter, różowy pieprz, bergamotka, grejpfrut

nuty serca: winyl, geranium, szafran, liście fiołka

nuty bazy: wetiwer, paczula, opoponax, labdanum, mech

twórca: Antoine Lie/ Ennio Capasa

rok premiery: 2013

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

La Collection Privee Christian Dior „Ambre Nuit”

 

dior la collection prive1

Ambre Nuit to część ekskluzywnej kolekcji Diora La Collection Privee, której zapachy dostępne są w firmowych butikach marki. To ta najbardziej wysublimowana, wyrafinowana, najbardziej artystyczna i wolna od marketingu część perfumowego imperium Diora. To perfumy dla koneserów o bardzo głębokich kieszeniach. Ale to nie jest tak, że chodzi tu wyłącznie o stworzenie aury niedostępności i luksusu, choć to oczywiście wpisane jest w tego rodzaju produkty. Te pachnidła to prawdziwe dzieła olfaktorycznej sztuki tworzone z najlepszej jakości składników przez jednego z najwybitniejszych żyjących perfumiarzy – Francoisa Demachy’ego.

Ambre Nuit są tego dobrym przykładem. Oto perfumy ambrowe, o których z czystym sumieniem mogę napisać: doskonałe. Nie będąc fanem ambrowców, dzieło Demachy’ego uważam za najlepsze w swoim gatunku i zdecydowanie warte włączenia do własnej kolekcji, także dlatego, że olfaktorycznie współgra one z moją atencją wobec Dior Homme (w szczególności w wersji Intense oraz Parfum).

demachy-la-collection-privee

 

„Pomysł polegał na stworzeniu zmysłowej róży poprzez połączenie jej z szarą ambrą, a więc na użyciu dwóch najbardziej charakterystycznych składników używanych w perfumiarstwie. To był dla mnie bardzo ważny akord, nad którym pracowałem przez wiele lat, zanim stworzyłem Ambre Nuit.”

Francois Demachy

 

Ambra doskonała

W „zwykłych” perfumach nie znajdziemy prawdziwej szarej ambry w składzie. Tu jest ona obecna i odpowiada za niesamowitą zmysłową i ciepłą, otulająca głębię zapachu, która wzmacnia się w miarę upływu czasu. Róża została tu tak precyzyjnie wtopiona w bursztynowy miód, że nie wyczuwam jej indywidualnie w sposób wyraźny. Współtworzy ona akord, jest obecna, ale nie dominuje go. Różowy pieprz pięknie unosi całość przez pierwsze minuty po aplikacji na skórze. I choć oficjalny spis nut jest bardzo oszczędny, zapach ten jest z pewnością bardziej złożony, aniżeli by to z niego wynikało. Wyczuwam w nim także początkowo subtelnie gorzką nutkę (kakao?), która na zasadzie przeciwieństw ładnie łączy się z kulinarną nutką wanilii w bazie. Jest tu też coś, co sugeruje akord słodko-drzewny (gwajak?).

To jedne z tych perfum, które otaczają noszącego zmysłowym zapachowym woalem. Dzięki nim czujemy się piękniejsi, lepsi i bardziej eleganccy. Bardzo potrzebują ciepła ludzkiej skóry, by zabrzmieć pełnią swego piękna. Przy okazji dodam, że wg mnie to perfumy wieczorowe, doskonałe do eleganckiej sukni, garnitury lub smokingu, na wyjątkowe okazje. W towarzystwie casualowej bluzeczki tudzież T-shirtu zabrzmią cokolwiek nie na miejscu…

dior ambre nuit

 

nuty głowy: bergamotka, grejpfrut, różowy pieprz

nuty serca: róża damasceńska

nuty bazy: szara ambra

twórca: Francois Demachy

rok premiery: 2009

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Skórzany duet Acqua Di Parma „Colonia Leather” i Mark Birley „Charles Street”

Składniki perfum będące niegdyś niezbędnymi elementami akordu skórzanego (np. smoła brzozowa, quinolines) są skutecznie zakazywane lub ograniczane przez coraz bardziej restrykcyjne przepisy IFRA. Siłą rzeczy, by nowe perfumy skórzane mogły wciąż powstawać, ingrediencje te musiały zostać czymś zastąpione. Ogromne zasługi dla unowocześniania skórzanej estetyki ma duet Lutens/Sheldrake (skórzany Cuir Mauresque czy zamszowy Daim Blond). Zresztą perfumiarze niszowi od dawna chętnie podejmują temat skórzany ze skutkiem lepszym (niepoprawny politycznie ze względu na dużą zawartość smoły brzozowej, ale absolutnie fenomenalny Lonestar Memories Andy Tauera, genialny Cuir Ottoman Parfum d’Empire czy nie mniej udany Iris Nazarena Aedes de Venustas) lub gorszym (James Heeley Cuir Pleine Fleur), ale pomysł perfumiarzy Jacquesa Cavalliera i Harry’ego Fremonta, by połączyć współczesny akord skórzany z ziołowym tymiankiem i owocową nutą maliny okazał się na tyle przełomowy i – co ważne – komercyjnie trafiony, że stał się inspiracją dla rosnącej liczby naśladowców. Tuscan Leather – bo o nim tu mówa – wprowadzony został do sprzedaży w 2007 roku w ramach linii Private Blend Toma Forda.

tom-ford-private-blend-fragrance1

Z perspektywy niedługiego przecież czasu, jaki minął od jego premiery, zapach ten okazał się być nie tylko dużym sukcesem komercyjnym, ale stałe się współczesnym klasykiem skórzanego gatunku. Tuscan Leather jest dla mnie potwierdzeniem, że także i w obecnych czasach powstają perfumy przełomowe i ponadczasowe na miarę Eau Sauvage, Fahrenheit czy Polo, które łączą nowatorstwo z sukcesem komercyjnym, a które dzięki temu połączeniu mają szanse przetrwać na półkach perfumerii kolejne dekady.

Nie trzeba było rzecz jasna długo czekać, by pojawiły się pachnidła wyraźnie zainspirowane, a czasem wręcz kopiujące Tuscan Leather. Warto wymienić Rasasi La Yuqawam Pour Homme, Atelier Cologne Oud Sapphir czy Blood Concept Killer Vanilla (sic!).

Także i bohaterowie niniejszego wpisu: Acqua Di Parma Colonia Leather i niestety wciąż niedostępny w Polsce Mark Birley Charles Street zawdzięczają kompozycji Cavalliera i Fremonta właściwie wszystko, mimo że akurat nie są prostymi kopiami Tuscan Leather i każdy z nich ma swój własny sznyt

Acqua Di Parma Colonia Leather

Skórzana kolońska włoskiej marki luksusowej Acqua Di Parma ukazała się całkiem niedawno, bo w 2014 roku, w ramach ekskluzywnej kolekcji Ingredient Collection, a jej twórcą jest Francois Demachy (wcześniej pisałem już na blogu o świetnym Colonia Oud z tego samego cyklu).

ADP-Colonia-Leather

Już pierwsze nuty docierające do nozdrzy wysyłają wyraźny komunikat – oto pachnidło najwyższej klasy, od samego początku pachnące naprawdę pięknie i dające poczucie dzieła skończonego. Tak zresztą dzieje się na każdym etapie ewolucji Colonia Leather na skórze. Ów początkowy aromat to znane nam już z Tuscan Leather połączenie akordu skórzanego i nuty maliny z akordem cytrusowym oraz tymiankiem. Malina nie jest tu jednak tak wyraźna jak w zapachu Toma Forda. Także tymianek został użyty z większą ostrożnością. Te cztery aromaty współistnieją tu w absolutnej harmonii. Uzupełniają się tworząc olfaktoryczny majstersztyk, który nie pozwala wprost oderwać nosa od testowego blottera. Na skórze zapach nabiera dodatkowego ciepła, gdyż ujawniają się również cięższe składniki drzewne, które stanowią doskonałe rusztowanie dla dominującego akordu skórzanego, obecnego – co przecież nie powinno dziwić – od początku do samego końca.

brown leather belt

Colonia Leather jest delikatniejszą i subtelniejszą oraz bardziej „gładką”, mniej owocową, a bardziej skórzaną, lekko nawet wytrawną interpretacją malinowo-skórzanego tematu znanego z  Tuscan Leather. Bo nie ma  wątpliwości, że dzieło Cavalliera i Fremonta było dla Demachy’ego inspiracją. Ale mistrz nie popełnił po prostu kopi, tylko zinterpretował temat na swój własny mistrzowski sposób. Dlatego jego skórzana kolońska ma indywidualny charakter i wg mnie zdecydowanie warto ją poznać, nawet jeżeli znamy pachnidło Forda. Colonia Leather ma w sobie więcej elegancji, jest bardziej wysublimowana, nie tak krzykliwa, nie tak dominująca. Naprawdę piękna. Skóra wg Demachy’ego jest bardzo realistyczna, niemal namacana, emanuje klasą i jakością. Znacząca obecność cytrusów (pomarańcza i cytryna)  odpowiada za koloński charakter zapachu, ale głównie na samym jego początku. Co ciekawe, mimo że przecież nuty cytrusowe dość szybko ulatują, zapach wciąż zachowuje się jak koloński -tzn. nie obezwładnia mocą. Co jednak odróżnia go do typowej kolońskiej, to jego świetna ponad 10 godzinna trwałość i permanentna wyczuwalność. Czuję ją przez większość dnia jako noszący, ale czuje ją także (i komplementuje) otoczenie.

Gdyby zestawić ten zapach z inną kolońską o bardzo podobnym charakterze – Atelier Cologne Oud Saphir – to dzieło Demachy’ego okazuje się mniej owocowe, bardziej skórzane i wytrawne, zaś Oud Saphir ma zdecydowanie więcej wspólnego z Tuscan Leather, głównie za sprawa wyraźniejszej nuty malinowej, choć różni się od niego nutami cytrusowymi i delikatniejszym, bardziej kolońskim charakterem.

Colonia Leather to kolejne świetne pachnidło w ofercie Acqua Di Parma, którego noszenie sprawia prawdziwą przyjemność. Szczerze polecam przedstawicielom płci obojga…

AdP colonia-leather

nuty głowy: pomarańcza, cytryna, akord maliny

nuty serca: czerwony tymianek, akord wiciokrzewu, akord róży, liść gorzkiej pomarańczy

nuty bazy: akord skórzany, cedr, gwajak

twórca: Francois Demachy

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Mark Birley Charles Street

Charles Street to chronologicznie drugie i ostatnie póki co pachnidło marki firmowanej przez brytyjskiego gentlemana Marka Birleya (o pierwszym – Mark Birley For Men – pisałem już swego czasu na blogu). W przypadku tej kompozycji, autorstwa Christiana Pescha, możemy mówić o kolejnej wariacji na temat Tuscan Leather, zrealizowanej jednak przy pomocy nieco innych środków, choć zasadnicza zbitka skóra/zamsz-tymianek-malina stanowiąca o sygnaturze tego akordu także tu jest obecna. Nuta malinowa jest wszakże zdecydowanie subtelniejsza, podobnie jak stępiona została ziołowa ostrość tymianku. Zapach Birleya wyróżnia się nutami kawy, bylicy i ziarna marchwi w otwarciu oraz naturalnie łączącego się z nią irysa w sercu, czego nie znajdziemy w innych „klonach” zapachu Toma Forda. Serce doprawiono tu szafranem, który stanowi niemal niezbędny element współczesnego zapachu skórzanego. Drzewno-skórzano-ambrowa baza dopełnia naprawdę dobrej całości.

blue grey leather belt

Jak więc Charles Street wypada na tle Tuscan Leather? Jest mnie esencjonalny, nie tak wyrazisty, bardziej stonowany, mniej malinowy, a nawet mniej skórzany, bardziej zaś ambrowo-piżmowy. To taka spokojna, flegmatyczna, angielska wersja. Ma subtelniejszą moc i chyba też słabszą trwałość (ale pamiętajmy, że wspomniane perfumy Forda to pod tymi względami potęga). Przyznam, że w zestawieniu z protoplastą, czy jego podkręconą wersją w postaci La Yuquawam Pour Homme od Rasasi, wreszcie wyżej opisywaną, łagodniejszą, bardziej kolońską i bardziej elegancką wersją Acqua Di Parma zapach Marka Birleya wypada najsłabiej, ale… Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to kiepskie pachnidło. Absolutnie nie! Jest zdecydowanie warte uwagi (także cenowo wypada korzystnie, gdy zestawimy je z ceną Tuscan Leather, choć Rasasi zdaje się i tak wygrywa i jest wg mnie najlepszą alternatywą dla Forda).

Koniec końców byłbym jednak nie fair, gdybym nie polecił Charles Street, bo to naprawdę bardzo dobre współczesne, męskie perfumy skórzano-drzewno-ambrowe. A że wtórne i mające lepszych protoplastów? Cóż…

charles-street2

nuty głowy:  bylica, kawa, gałka muszkatołowa, tymianek, ziarna marchwi

nuty serca: irys, jaśmin, kwiat pomarańczy, tuberoza, szafran, róża, konwalia, malina

nuty bazy: paczula, mech dębu, ambra, skóra, wanilia, piżmo

twórca: Christian Pesch

rok premiery: 2011

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Acqua Di Parma „Colonia Oud”

W 2012 roku marka włoska marka Acqua Di Parma, znana z doskonałej jakości wód kolońskich, rozpoczęła nowy cykl zapachowy poświęcony najcenniejszym perfumowym składnikom, zatytułowany Ingredient Collection. Niby nic oryginalnego, jeśli chodzi o pomysł, ale zaręczam, że wykonanie dostępnych póki co trzech kompozycji (Oud, Leather i Ambra) z pewnością bardzo pozytywnie wyróżnia je pośród zapachów zrealizowanych wg podobnych konceptów. Poza tym kolekcja ta, delikatnie mówiąc, skutecznie łechce perfumowe koneserskie ego… Bo czyż nie jest to zaiste piękny widok?

AdP Ingredient Collection
Ingredient Collection by Acqua Di Parma

Chronologicznie pierwszym przedstawionym pachnidłem w ramach tej kolekcji był Colonia Oud, zdaje się, że początkowo nazwany Colonia Intensa Oud. Na zapach ten zwróciłem swą uwagę odwiedzając w zeszłym roku jedną z perfumerii we włoskim mieście Bergamo. Był on pierwszym, po jakiego sięgnąłem, będąc bardzo ciekaw, w jaki sposób zaprezentował agarowy temat – jak domniemam – Francois Demachy, na co dzień „nos” Diora, ale także naczelny perfumiarz grupy LVMH, która jest właścicielem m.in. właśnie Acqua di Parma. Pamiętam, że tamtego dnia we Włoszech Colonia Oud zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Postanowiłem więc koniecznie przetestować ją wnikliwie przy nadarzającej się okazji. Kilka tygodni temu flakon wylądował na moim biurku…

ingr_maps

Colonia Oud miał być – wedle oficjalnej informacji – połączeniem zachodniej estetyki kolońskiej z bliskowschodnim, orientalnym charakterem oudu. Miał celebrować ten cenny, pochodzący z krajów środkowego wschodu, składnik, jakim jest żywica zainfekowanego grzybem drewna agarowego. Złożony właśnie z – śmiem twierdzić naturalnej – esencji oud oraz drewna amyris, doprawiony rosyjską kolendrą, wzmocniony przez cedr, sandałowiec i paczulę pachnie nad wyraz oryginalnie i intrygująco. Trzeba wszakże zaznaczyć, że akord cytrusowy nie przypomina tu w niczym tego znanego z klasycznych wód Acqua di Parma. Cytrusy owszem obecne, jedynie zmiękczają intro zapachu, w którym wszakże od razu czujemy przewodni, mocny, skórzano-drzewny aromat pachnidła, mający później „rozwinąć swoje skrzydła”. Początkowo więc woń jest intensywna, nieco gryząca nozdrza, kwaskowata, trochę ziołowa, trochę drzewna, trochę skórzana. Wraz z upływem czasu najpierw wzmacnia się w niej aspekt skórzany, zaś z czasem nabiera drzewnej suchości, zachowując jednak ten unikalny, lekko kwaskowy aromat przez większość czasu. Dopiero po wielu godzinach, na samym końcu, pojawia się nieco bardziej słodko-żywiczna nuta drzewna, która wieńczy dzieło.

AgarWoodOUD

Wspomniana kwaskowatość, choć nieco inna i nie tak intensywna, to jednak kojarzy mi się z oudami Francisa Kurkdjiana (Oud Cashmere Mood i Oud Velvet Mood). Tyle że tu towarzyszy jej wyraźna, surowa, a nawet nieco zwierzęca nuta skórzana. Colonia Oud odróżnia się od masy innych pachnideł z nutą agaru właśnie swą wytrawnością i – mam wrażenie – dość realistycznym odwzorowaniem oudowej woni. Nie znajdziemy tu ani ambrowej czy żywicznej słodyczy, ani znanego duetu róży i paczuli, tak często imitującego rzekomy oud w wielu perfumach. Nie spotkamy też coraz popularniejszej zbitki oudu i szafranu. Co więcej – jest to zupełnie inne ujęcie oudu od tego z Leather Oud Diora, autorstwa tego samego perfumiarza, mimo że przecież i tam i tu aromat oudu połączono ze skórą. Colonia Oud jest zupełnie inny. Zaskakujący. Unikalny. Wytrawny. Suchy. Dla niewyrobionego nosa z pewnością nieco trudny w odbiorze, skłaniający się raczej ku arabskim gustom olfaktorycznym. Przy tym pachnący niezwykle wyrafinowanie, w sposób nie pozostawiający złudzeń co do jego klasy, jakości składników i warsztatu perfumiarza.

Colonia Oud to woda kolońska w wersji skoncentrowanej, w praktyce mająca moc i trwałość wody toaletowej. Po dość obfitym użyciu, co ułatwia serwujący spore chmury atomizer, czuję ją na sobie wyraźnie przez ponad 10 godzin, co stanowi bardzo dobry wynik. Zapach, mimo zdecydowanego charakteru, nie przytłacza. Pozostawia natomiast intrygującą skórzano-drzewną aurę, która snuje się wdzięcznie za noszącym. A nosi się Colonia Oud bardzo przyjemnie, z tą koneserską satysfakcją, charakterystyczną dla perfum najwyższej próby.

Francois Demachy 24
Francois Demachy

 

Etykieta „colonia” jest tu o tyle słuszna, o ile zapach ten potraktujemy jako wodę kolońską zaprojektowaną w tylu arabskim, a więc dla tamtejszych mężczyzn, kochających oud tak mocno, jak Włosi kochają swoje cytrusy, a przy tym oczekujących od pachnidła dużej mocy i esencjonalności, które z kolei są przeciwieństwami subtelności i ulotności tradycyjnej kolońskej europejskiej.

Colonia Oud to absolutnie jedne z najciekawszych znanych mi perfum oudowych i jedno z najbardziej oryginalnych pachnideł w mojej kolekcji, co stwierdzam z dużym zadowoleniem. Unikatowe, niebanalne, najwyższej jakości, o zdecydowanie męskim charakterze, w którym zrealizowany przy pomocy doskonałych ingrediencji agarowy temat potraktowany został z inwencją i mistrzostwem dostępnym jedynie wąskiemu gronu perfumiarzy.

Bravo Monsieur Demachy!

AdP Oud 3

nuty głowy: bergamotka, pomarańcza

nuty serca: kolendra, amyris, oud

nuty bazy: cedr, sandałowiec, paczula, skóra, piżmo

twórca: Francois Demachy

rok premiery: 2012

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Dior „Sauvage”

Wieść o nowym męskim zapachu Diora zelektryzowała mnie z dwóch powodów. Po pierwsze – jest to pierwszy premierowy, w pełni odrębny (czyli nie tzw. flanker) męski zapach tej marki od 2005 roku czyli roku premiery Dior Homme Oliviera Polge’a. Po drugie – to pierwsze męskie pachnidło Diora wykonane przez Francoisa Demachy nie będące flankerem. W ciągu dziesięciu lat pracy dla Diora perfumiarz ten bowiem udowodnił, że potrafi stworzyć świetne męskie perfumy, tyle że na bazie już istniejących w portfolio marki. Tak powstawały kolejne Fahrenheity (Parfum, Acqua czy Absolute), Eau Sauvage (Parfum i Cologne) czy Homme (Sport, Cologne i Parfum). Mimo, że zwykle są to zapachy różne od swych protoplastów, a czasem nawet wyraźnie inne, to jednak siłą rzeczy tkwią w pułapce porównań i pozostają w cieniu. Wyobraziłem więc sobie, że oto teraz Francois Demachy pokaże światu, że Dior wciąż wyznacza trendy, że jego nowy męski zapach będzie czymś przełomowym, co najmniej na miarę Homme. Zgoda – moje oczekiwania były wysokie, ale przecież nie bezpodstawnie. Niestety, tym razem zawiodłem się. Otóż Demachy znów popełnił flankera. Tyle że tym razem – o zgrozo – na bazie perfum konkurencji. Do tego odpowiedzialni za projektowanie produktu ludzie w Dior Parfums postanowili nazwać nowy zapach w sposób nie odcinający się od przeszłości marki, a przeciwnie – nawiązujący do czasów jej chwały (dlaczego nie pokuszono się o zupełnie nowy tytuł!?) Sauvage – to imię zaskoczyło mnie równie mocno, jak wybór aktora Johnny’ego Deppa do – fakt, że bardzo dobrej – kampanii reklamowej. Depp kojarzy mi się z kinem czysto rozrywkowym, a sam styl aktora uważam za przerysowany i przesadny, tak jakby nie tyle grał, ile zgrywał się na planie. I dziś, gdy już znam Sauvage, muszę przyznać, że Depp pasuje do niego jak ulał. Sauvage to nie jest kolejne poważne pachnidło szacownego Diora. To raczej zapachowa zgrywa, do tego niezbyt elegancko kopiująca styl Bleu de Chanel Jacquesa Polge’a. Szkoda.

Dior Sauvage Depp

Perfumiarz, biorący czynny udział w promocji swego najnowszego dzieła, podkreśla, że zasadnicze składniki, na których zbudowana jest sygnaturowa woń Sauvage, to specjalnie pod ten projekt przygotowana esencja bergamotki, odpowiadająca wraz z odrobiną czarnego pieprzu za rześki, cytrusowy, jednocześnie bardo współczesny początek oraz ambroxan, nadający całości drzewno-morskiego charakteru, trwałości i projekcji. Prócz tego w składzie znajdziemy żywice elemi, różowy pieprz, geranium, wetiwer, lawendę i paczulę. Żaden z tych pozostałych składników nie wyłania się przed inne, a wszystkie służą osiągnięciu założonego olfaktorycznego efektu, współczesnego fougere (jak twierdzi perfumiarz), który ja odbieram jako świeży, płaski, syntetycznie pachnący, cytrusowo-drzewny, nieco metaliczny i … odhumanizowany.

sauvage_fragrance_3grille_01

Najbardziej podobny do Bleu de Chanel jest akord otwarcia, w którym wibrują molekuły kwaśnej bergamotki połączone z czarnym i różowym pieprzem. Zaraz po tym oba pachnidła testowane ręka w rękę faktycznie zaczynają się różnić i choć nigdy potem już się nie spotykają, to emitują zbliżoną aurę, która pozwala zakwalifikować je do tej samej kategorii zapachowej. Przy czym Bleu to jednak kompozycja bardziej złożona i głębsza m.in. dzięki zastosowaniu imbiru, labdanum i kadzidła. Sauvage tej głębi jest pozbawiony i przez cały czas trwania na skórze (trwałość ok. 8 godzin, przy przez większość czasu średniej, a w końcówce słabej projekcji) operuje na wysokich zapachowych tonach, pachnąc niemal linearnie. Przy Bleu sprawia wrażenie rachitycznego i ubogiego w substancję, a przecież i Bleu nie należy do pachnideł przesadnie rozbudowanych. W tym pojedynku Bleu de Chanel jest pachnidłem moim zdaniem lepszym i dużo lepiej się noszącym. Mój osobisty wybór pada właśnie na niego, bo przy całej swojej mainstreamowości ma charakter, jakość i naprawdę świetne parametry. W Sauvage kuleją wszystkie te aspekty i nie pomoże tu już ani Demachy, ani tym bardziej Depp…

sauvage_fragrance_3grille_03

Dior opisuje Sauvage jako zapach „śmiały i wyrafinowany”. Podobno „składniki najlepszej jakości zapewniają mu sygnaturę i poczucie szlachetności, jak nigdy dotąd”. Po lekturze tych słów i wielokrotnych testach zapachu nachodzi mnie jednak smutna konstatacja. Oto marketingowy bełkot wziął w tym przypadku absolutną górę, w sposób chyba bezprecedensowy, gdy chodzi o Diora. Zza wielkich słów wyłania się pustka, brak pomysłu, a może raczej połączona z oportunizmem zwykła chciwość i chęć zarobienia kroci na zapachu skonstruowanym tak, by zadowolił jak największą rzeszę klientów, przypominając coś, co już się na rynku całkiem dobrze przyjęło. Niby nic w tym złego, bo przecież designerska perfumeria to dziś niezwykle konkurencyjny biznes, w którym chodzi wyłącznie o zyski. Ale jednak uwiera fakt, że oto Dior wskakuje do wagonu zajętego przez Chanela i zajmuje w nim tylne siedzenie, obok niższych rangą kopistów, zamiast stać przed pociągiem i przestawiać zwrotnicę, tak jak to czynił do tej pory…

sauvage_fragrance_3grille_02

Flakon Sauvage to odrębny temat. Walcowaty kształt i magnetyczna zatyczka z logo Diora. Elegancki i prosty, udany moim zdaniem design, choć wcale nie oryginalny, gdyż wzięty wprost z ekskluzywnej butikowej linii Diora La Collection Privee, zwanej też barokowo Le Collection Couturier Parfumeur. Do tego dominująca czerń (rozjaśniająca się ku dołowi butli – patent cieniowania wzięty z Fahrenheit) i białe napisy. Kolorystyka nie pozostawia złudzeń co do inspiracji Bleu de Chanel, a wręcz ją potwierdza. Jakby tego było mało, także i Chanel zapożyczył do Bleu magnetyczną zatyczkę ze swej ekskluzywnej linii Les Exclusifs. Zbyt wiele tych analogii, by były one przypadkowe…

I jeszcze ta nazwa, która jednak zobowiązuje. Czy zatem Sauvage to Eau Sauvage XXI wieku? Czy zapach ten może równać się z dziełem Edmonda Roudnitski biorąc oczywiście pod uwagę kontekst czasów i okoliczności? Moim zdaniem absolutnie nie. Eau Sauvage (1966) był zapachem na swoje czasy rewolucyjnym, nowatorskim i trendsetterskim. To właśnie Dior stanowił wówczas perfumowe trendy, także w męskiej perfumerii, a kolejne jego pachnidła stawały się punktami odniesienia dla innych, również w latach 70-tych (Jules) i 80-tych (Fahrenheit), cz wreszcie współcześnie – rewolucyjny i nowatorski Homme (2005). Ten zresztą okazał się ostatnim męskim pachnidłem takiego kalibru. Wraz z Sauvage być może kończy się era Diora jako marki odważnej, wizjonerskiej, początkującej trendy w perfumerii. Oby jednak Sauvage był tylko incydentem. Oby nasycił głód obecnych włodarzy Diora, w których ambicje wciąż nie tracę wiary. O talent i kreatywność perfumiarza jestem bowiem spokojny. Wiem przecież, że można inaczej i przy tym dużo lepiej – choćby na przykładzie L’Homme Ideal Guerlain, którym Thierry Wasser udowodnił, że można zaproponować zapach z pomysłem, z wyrazistą sygnaturą, który – mimo swej niewątpliwej komercyjności i zgodności z obecnymi trendami – zdystansuje się wobec podobnych sobie jakością wykonania i tym czymś, co czyni perfumy „zapamiętywalnymi”.

Cóż, wiem. Sauvage ma się doskonale skomercjalizować. Takie ma zadanie i – patrząc po pierwszych notowaniach sprzedaży – zaczął naprawdę nieźle. Ma przynieść grupie LVMH krociowe zyski. A cała reszta, historie o szlachetnych składnikach i niezwykłym charakterze zapachu, to czysta propaganda. Ja jej nie kupuję. Ale wiem, że przeciętny klient perfumerii sieciowej owszem kupi, „łyknie jak pelikan” i obliże się ze smakiem. Smacznego zatem!

dior sauvage 2015_1

nuty głowy: bergamotka

nuty serca: elemi, pieprz syczuański, różowy pieprz, pikantne geranium, lawenda, paczula

nuty głębi: ambroxan

twórca: Francoise Demachy

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ****/ projekcja: ***

Letnie orzeźwienie (7) – Dior „Eau Sauvage Cologne”

No i jest. Kolońska wersja legendarnego Eau Sauvage. Moje oczekiwania? Były raczej umiarkowane, choć po cichu liczyłem, że Francois Demachy – perfumiarz Diora – błyśnie talentem i zaskoczy, podobnie jak w przypadku moim zdaniem świetnej Dior Homme Cologne. I zaskoczył. Całkiem pozytywnie. Także tym, że zapach jest zupełnie inny od Dior Homme Cologne z 2013 roku.

Eau Sauvage Cologne to rześkie pachnidło z przewagą nut zielonych. Zdecydowanie nie podąża śladami klasycznej eau de cologne z bergamotką, neroli i ziołami. Nie eksploruje kolońskiej estetyki cytrusowej, utrwalając ją na różne sposoby, wzorem kolońskich Toma Forda czy niedawno opisanej – świetnej skądinąd – Cologne Indelebile Frederica Malle. Eau Sauvage Cologne pachnie inaczej i już choć by za to należy mu się uznanie. Zapach ten raczy nas bowiem chrupiącą, soczystą, orzeźwiającą zielenią bergamotki, galbanum i esencji z liścia gorzkiej pomarańczy jako głównymi aktorami na olfaktorycznej scenie. To jakże sugestywne i wyraziste trio osadzone jest na wetiwerowej bazie. Pozostałe ingrediencje dodają światła i projekcji (pieprz i Hedione), pięknie uzupełniając całość. Demachy nie zawiódł także pod innym względem. Nadał zapachowi wyraźną sygnaturę, która pojawia się w schyłku fazy serca i trwa w bazie, a która budzi moje skojarzenia m.in. z Sisley Eau d’Ikar oraz Heaven od Choparda. Nie zawodzą także parametry użytkowe. Zapach jest ładnie i całkiem długo wyczuwalny. Eau Sauvage Cologne to więc pełnoprawna woda toaletowa o całkiem wyraźnej ewolucji na skórze.

eau sauvage cologne

Czy jednak, poza nazwą i flakonem, nawiązuje czymś do klasycznego arcydzieła Mistrza Edmonda Roudnitski? Cóż, moim zdaniem nie. Podobnie jak w przypadku wersji Eau de Parfum, Cologne do zupełnie nowy, odrębny olfaktoryczny byt. Współczesny, choć nie tak nowoczesny, jak np. Dior Homme Cologne. Bardziej tradycyjny, by nie powiedzieć zachowawczy. Stąd moje podejrzenie, że ma on w założeniu trafić w gusta wielbicieli klasyka, ale jednocześnie zjednać sobie nową, choć raczej tradycjonalistyczną klientelę.

Eau Sauvage Cologne jest kolejnym solidnym pachnidłem w męskiej perfumowej ofercie marki Dior. Cieszy, że nie powiela utartych kolońskich schematów i podąża własną, nieco poboczną, zieloną ścieżką.

eau sauvage cologne

nuty głowy: kalabryjska bergamotka, mandarynka, gorzki grejpfrut, liść gorzkiej pomarańczy

nuty serca: galbanum, Hedione, różowy pieprz

nuty bazy: wetiwer

twórca: Francois Demachy

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Dior Homme Parfum

Po Eau Sauvage Parfum (2011) i Fahrenheit Parfum (2014) pojawienie się najnowszego wcielenia sztandarowego męskiego zapachu Diora Homme w wersji Parfum było kwestią czasu, chociaż… Z drugiej strony było też dla mnie pewnym zaskoczeniem. Wszak już w 2007 roku Dior wydał Homme w koncentracji wody perfumowanej (wersja Intense), oficjalnie zresztą zreformułowanej w 2011 roku przez Francoisa Demachy’ego i dostępnej w ciągłej ofercie marki. Wydawać by się więc mogło, że Dior „wykonał już zadanie”, proponując intensywną, wieczorową wersję swego sztandarowego męskiego zapachu. Jednak jak widać współczesny rynek perfum nie lubi próżni i stagnacji, a kolejne premiery tzw. flankerów (nowych wersji znanych zapachów) nie pozwalają zapomnieć klienteli o istnieniu danej linii zapachowej, co w efekcie utrzymuje bądź nawet zwiększa sprzedaż. I nie ma w tym nic złego, dopóki owe flankery przedstawiają nową, wartą uwagi jakość. W przypadku diorowskiej linii Homme – i męskich perfum Diora w ogóle – jest to akurat w ostatnich latach niemal zasada (od kiedy Demachy zasiada w gabinecie naczelnego perfumiarza LVMH). Zarówno kolejne wcielenia Fahrenheita, jak i Eau Sauvage oraz Homme są pachnidłami z reguły udanymi. Nie inaczej jest też w przypadku Dior Homme Parfum.

Francois Demachy 2014
Francois Demachy

Francois Demachy zastosował tu zabieg poniekąd analogiczny do tego, co zrobił w Eau Sauvage Parfum i Fahrenheit Parfum. Tam sygnaturowe aromaty obu legendarnych pachnideł podbudował gęstymi akordami o skórzanej aurze, przy czym cytrusowo-jaśminowy akord Eau Sauvage zagęścił mieszanką mirry i wetywerii, zaś zielono-fiołkową woń Fahrenheita – wanilią. Zresztą warto tu także wspomnieć wycofanym już z produkcji Fahrenheit Absolute, w którym fiołki skutecznie zalano gęstą mazią złożoną z mirry, olibanum i akord oudowego. W Homme Parfum zastosował esencję ze szlachetnego sandałowca ze Sri Lanki oraz akord skórzany, które połączył z sygnaturową dla tej linii zapachowej nutą toskańskiego irysa. Efekt robi doskonałe wrażenie, a Homme Parfum wyrasta na moim zdaniem najlepszą „wariację na temat”.

Irysowa nuta jest w Homme Parfum szczególnie mocna i wyjątkowo trwała. Ta sygnaturowa woń obecna jest od pierwszych sekund, od razu z towarzyszeniem esencji z drewna sandałowego, która jest niezwykle ważnym elementem tego pachnidła. Z czasem nabiera ona mocy osiągając swoje apogeum po kilku godzinach od aplikacji, gdy tworzy lekko pudrową, wręcz „szminkową” aurę. To moment, w którym Dior Homme Parfum najbardziej przypomina wersję Intense i jednocześnie najbardziej oddala się od ogólnie pojętych perfum męskich (niektórzy zarzucają linii Homme nazbyt śmiałe aromaty kobiece). Z czasem do gry włącza się bazowy akord skórzany, który wraz z sandałowcem trwa na skórze wiele godzin pozostając wyraźnie wyczuwalny. Parfum rozwija się na skórze w średnim tempie, pięknie projektuje na każdym etapie i daje mi ogromne poczucie satysfakcji z noszenia. Czysta perfumowa przyjemność.

A jak wypada w porównaniu z Intense oraz wersją eau de toilette (mam tu na myśli oczywiście aktualne formulacje z 2011 roku)? Z pewnością bliżej Parfum do Intense przez wzgląd na gęstą zmysłową aurę i ewidentny wieczorowy sznyt obu zapachów. Ale znajdziemy też istotne różnice. Intense odczuwam bowiem jako irys na miękkim niczym jedwab podłożu (głównie dzięki obecności „roślinnego piżma” jakim jest esencja z nasion hibiskusa, ta sama która tak pięknie prezentuje się w męskim L’Instant de Guerlain). Dzięki tej jednocześnie eleganckiej i bardzo komfortowej nucie Intense jest bardziej zmysłowe, ale także nieco bardziej subtelne, mniej agresywne, doskonale wieczorowe i szykowne. Parfum z kolei sprawia wrażenie bardziej mrocznego, jeszcze gęstszego i nieco bardziej chropawego w wyniku mocniej zaakcentowanych nut drzewnych oraz akordy skórzanego, który przydaje mu nowego wymiaru, a którego w Intense nie znajdziemy. Różnice są najczytelniejsze, gdy zapachy te porównuje się równolegle. Nosi się je podobnie i nie będę zaskoczony, jeżeli wielbiciele Homme podzielą się na tych, którym wystarcza Intense oraz na tych którzy wybiorą Parfum jako opcję proponującą „więcej cukru w cukrze”. Wersja EDT natomiast to zapach w tym trio najlżejszy i najświeższy, co nie znaczy wcale, że lekki i świeży. O jego odmiennym charakterze stanowi głównie kardamon, przydający my subtelnie musującej, lekko przyprawowej owocowości, stanowiący wraz z irysem intrygujący duet. Wersja EDT niestety przegrywa z IntenseParfum, zarówno gdy chodzi o moc, jak i o trwałość. Przyznam, że po moich prowadzonych w ostatnich dniach testach porównawczych EDT uplasowała się na ostatnim miejscu z całej trójki. Na przedramieniu pachniała nieźle, ale już noszenie zapachu przez cały dzień utwierdziło mnie w przekonaniu, że Dior Homme EDT to perfumy jak na mój gust zbyt delikatne. Moim faworytem jest więc Parfum, choć przyznam, że Intense plasuje się tuż tuż za nim…

dior homme parfum

nuty głowy: irys

nuty serca: drewno sandałowe

nuty głębi: akord skórzany

twórca: Francois Demachy

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra+
  • trwałość: ponad 12 h