Nicolai Parfumeur Createur – francuski szyk (2): „Ambre Cashmere Intense” i „Cuir Cuba Intense”

Przy okazji 25 lecia powstania firmy Parfums de Nicolai na jej czele stanął Axel De Nicolai – syna Patrici i jej męża Jeana-Louisa. Tak rozpoczęła się nowa era w historii tej wyjątkowej paryskiej marki przemianowanej dla podkreślenia tej cezury na Nicolai Parfumeur Createur.

 

Ambre Cashmere Intense

Pierwszym wspólnym projektem Patrici i Axela był zapach Ambre Cashmere Intense, należący do kolekcji Intense. Zanim dotrzemy do jego ambrowej bazy, wita nas wibrujący akord otwarcia, z wyraźnym czarnym pieprzem i bursztynowym, subtelnym akordem słodko-cytrusowym. W tle pobrzmiewa już oczywiście ambrowy temat zapachu. Najpierw jednak ujawnia się kaszmirowe serce kompozycji – pikantne goździkiem, nieco drzewne i orientalne dzięki użytej z mistrzowskim wyczuciem paczuli, z przez pewien czas wyraźną nutą irysa. Akord serca to przykład kalejdoskopu zmieniających się aromatów – za każdym razem, gdy zbliżamy nozdrza do spryskanej Ambre Cashmere skóry, czujemy nieco inny układ tych samych kolorów. Raz z przodu jest paczula, raz irys, innym razem pojawia się przebłysk ambry, a nawet wspomnienie mandarynki. Akord głębi jest stabilny, spokojny, a nawet nieco… nudny. Całość pachnie gorzko-ambrowo i bardzo w stylu Patrici de Nicolai – elegancko, wyrafinowanie, klasycznie – bez oglądania się na aktualne trendy i bez nadużywania syntetycznie brzmiących nut.  Jedynym nowoczesnym elementem jest… pieprz w otwarciu. Ogólnie – to bardzo solidny zapach, dedykowany raczej tym, którzy poszukują w perfumach spokojnego wyrafinowania i klasy, niż tym, którzy penetrują niszę w poszukiwaniu wow factor.

Ambre-Cashmere-30ml-800x1000

nuty głowy: czarny pieprz, mandarynka, cytryna

nuty serca: irysa, fiołek, goździk

nuty bazy: wanilia, labdanum, benzoina, tonka, paczula, drewno sandałowe, piżmo, ambra

perfumiarz: Patricia de Nicolai

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

Cuir Cuba Intense

To nieco bardziej dynamiczny i zniuansowany zapach w porównaniu z Ambre Cashmere. Trzeba od razu zastrzec, że ma on ewidentnie męski charakter. No i pachnie inaczej, niż się tego spodziewałem – sądząc po nazwie. „Cuir” – skóra – nie jest tu obecna w formie, w jakiej zwykłem ją spotykać w perfumach. Powiem więcej – nie zidentyfikowałem tu skórzanej nuty. Pole do popisu olfaktorycznej wyobraźni? Może. „Cuba” zaś jednoznacznie wskazuje na wątek tytoniowy. I rzeczywiście – dość surową nutę tytoniu można zidentyfikować w głębi kompozycji, ale – znów (jak to u PdN) – jest ona zupełnie inna od tych, jakie znam z wielu perfum z tytoniem w nazwie i – rzekomo – składzie. Patricia de Nicolai ma swój własny styl i po raz kolejny to udowodniła. Zanim jednak dotrzemy do tytułowego tytoniu, autorka najpierw zaskakuje nas wstępnym, bardzo aromatycznym i kontrastowym akordem z dominująca lukrecją i anyżem, uzupełnionymi miętą i złagodzonymi esencją z cytryny. Początek jest naprawdę niecodzienny i bardzo intensywny, a nawet nieco szorstki. Aromat z czasem układa się na skórze, odsłaniając do granic możliwości francuskie serce, zbudowane z samych prowansalskich dobroci: szałwia, lawenda, geranium i dominująca, świetnie komponująca się z anyżem kolendra. Ten klasyczny kwartet Patricia połączyła z delikatnymi kwiatami – ylang i magnolią, które nie tyle ujawniają się, ile dodają sercu łagodności. Nad wszystkimi tymi składnikami góruję jednak nuta tytoniu połączona z lukrecją.

I taka jest sygnatura Cuir Cuba: aromatyczny, nieco ziołowy tytoń z delikatnie anyżową lukrecją.

Baza jest tytoniowo-drzewna, pogłębiona przez piżma i odrobinę cywetu. Całość jest fenomenalna i niebywale klasycznie brzmiąca, z początku bardzo ekspansywna, później emanująca eleganckim ogonem, trwająca na mojej skórze dobrze ponad 8 godzin.

Po gruntownym przetestowaniu Cuir Cuba Intense, będąc jednocześnie wielbicielem ponadczasowej elegancji New York (także w wersji Intense) i znając – fakt, że pobieżnie, ale jednak – kilka innych perfum NPC – nie mam wątpliwości, kto dziś uosabia najpełniej tradycyjną francuską perfumerię. Tu wszystko jest takie, jakie być powinno. Aromaty są wyrafinowane, bardzo naturalne, ponadczasowo eleganckie, tradycjonalistyczne, zbudowane w klasyczną zapachową piramidę w większości z nut uznanych za tradycyjnie francuskie. Kunszt kompozycyjny jest tu bezdyskusyjny, jakość pachnideł nie do zakwestionowania, co nie może dziwić, gdy przypomnimy sobie, kim jest Patrica de Nicolai – krewną Jean-Paula Guerlaina, absolwentką ISIPCA z 1981 roku, tworzącą pachnidła pod własnym nazwiskiem od ponad 25 lat i stojącą od lat kilku na czele paryskiej Osmotheque – niezwykłego zupełnie muzeum, a nawet mauzoleum, w którym przechowywane są nie tylko formuły, ale także flakony z większością klasyków francuskiej perfumerii. Właściwa osoba na właściwym miejscu? Absolutnie tak. Trudno wyobrazić sobie kogoś innego. Reszta jest już wyłącznie kwestią gustu.

Cuir-Cuba-Intense-250ml-800x1000nuty głowy: anyż, lukrecja, cytryna, mięta

nuty serca: szałwia, lawenda, geranium, ylang, magnolia, kolendra

nuty bazy: tytoń, siano, paczula, cedr, piżmo, cywet

perfumiarz: Patricia de Nicolai

rok premiery: 2014

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

Reklamy

Nishane Istanbul – stworzone by zachwycać

Po tym, jak obwieściłem, że Sultan Vetiver to najlepsze perfumy wetyweriowe, jaki dane mi było poznać (i zdania nie zmieniłem), z zaciekawieniem i sporym apetytem przystąpiłem do testów innych pachnideł tureckiej marki Nishane. Jak się później okazało, utwierdziły mnie one w wysokiej ocenie tego, co proponują Mert Güzel i Murat Katran.

Nishane to w mojej ocenie jedna z najbardziej wartych uwagi współczesnych niszowych marek perfumowych. Cechują ją: prymat zapachowej zawartości nad marketingiem oraz gwarancja doskonałej jakości, świetnych parametrów i intensywnych olfaktorycznych przeżyć, przy użyciu akordów, które niejednokrotnie już w perfumerii występowały, ale tu zostały podane w iście koneserski sposób.

Twórcy marki przyznają, że powołali do życia Nishane po to, by zaoferować perfumy, które zachwycą perfumowych koneserów na całym świecie. Cóż, w Polsce na pewno już zachwyciły przynajmniej jednego, a wiem, że jest nas dużo, dużo więcej.

 nishane bottles

Munegu

to pełnokrwisty oriental ze spora dawką paczuli, która dominuje w intro i w sercu, a którą otoczono całym bogactwem składników: od słodkich cytrusów i cedru (!) na wstępie, poprzez bukiet przypraw (kmin, kardamon, gałka) oraz geranium i ylang w sercu, aż po głęboką, ciepłą, zmysłową – można rzec – klasycznie niszową bazę złożoną z labdanum, ambry, kadzidła i tytoniu. Baza jest żywiczna, balsamiczna, a paczula pachnie w niej dużo subtelniej, niż na wcześniejszych etapach. Munegu pachnie przez niemal cały czas mocno, gęsto, intensywnie i zdecydowanie męsko. Przypomina klimatem klasyczną męską perfumerię lat 70-tych i pierwszej połowy 80-tych (np. Givenchy Gentleman, pierwszy męski zapach Van Gilsa czy Giorgio for Men od Giorgio Beverly Hills). Stąd rekomenduję go przed wszystkim wielbicielom tego typu oldskulowych męskich aromatów, ale także oczywiście wielbicielom zapachów z paczulową dominantą. To naprawdę mocna, świetnie pachnąca rzecz o doskonałych parametrach!

NishaneMuneguUseMe_1024x1024

nuty głowy: pomarańcza, cedr

nuty serca: kmin, kardamon, gałka  muszkatołowa, geranium, ylang-ylang

nuty bazy: paczula, labdanum, kadzidło, tytoń, ambra

perfumiarz: Sylvain Cara

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 5,0

 

 

Spice Bazaar

– jak łatwo się domyśleć – traktuje o przyprawach. Wypełniają one praktycznie całe spektrum zapachowe tej kompozycji, co czyni ją naprawdę unikatową. Czegoż tu nie ma? Jest imbir, jest cynamon, kmin, czarny pieprz, szafran. Jest też użyta oszczędnie wanilia. Ale „cichym” bohaterem Spice Bazaar jest esencja z jałowca, która dominuje nieco dłużej niż tylko w otwarciu. Nuta ta jest zdecydowanie mocniejsza i bardziej długotrwała od tej w Juniper Sling Penhaligon’s.  By intro było jaśniejsze, zastosowano subtelnie wyczuwalne cytrusy (rześkość yuzu idealnie pasuje do charakteru zapachu). Pomostem między jego owocowością, a przyprawowym charakterem wielu użytych tu ingrediencji jest imbir. W ten suchy, sypki klimat świetnie wpisany został cedr, który zdaje się pracować tu w charakterze solidnego trzonu kompozycji.

Spice Bazaar dominuje suchy, wytrawny typ przyprawowości, reprezentowany tu przez wspomniany jałowiec, czarny pieprz i szafran. Kontrastem jest obecna w tle nutka owocowa. Całość pachnie bardzo naturalnie, przy tym dość lekko i zwiewnie, całkiem długo zachowując przyprawowy charakter, co nie jest oczywiste w tego typu aromatach.

Faktem jest jednak, że po kilku godzinach Spice Bazaar gwałtownie gaśnie na skórze, co zdaje się potwierdzać moje domniemanie, że nie użyto tu żadnych syntetyków – choćby w celu poprawienia parametrów zapachu. I to chyba dobrze, bo dzięki temu nie naruszono naturalnej aury tego świetnego zapachu.

nishane-istanbul-spice-bazaar-extrait-de-parfum-50-ml

nuty głowy: jałowiec, yuzu, rozmaryn, imbir

nuty serca: cedr, cynamon, kmin

nuty bazy: czarny pieprz, szafran, wanilia

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

 

Pachuli Kozha

ma dość przewrotną nazwę. W przeciwieństwie do Munegu paczulowa nuta jest tu zdecydowanie mniej ewidentna, a kompozycja ciąży wyraźnie w kierunku żywiczno-kadzidlanym z mocnym udziałem labdanum w bazie, podlanego gęstym miodem. Bardzo delikatne akcenty kwiatowe, obecne na początku (hiacynt, ylang, rumianek), oraz – umownie – skórzana aura (kozha znaczy skóra) lokują Pachuli Kozha – obiektywnie piękne i poruszające, ciepłe, otulające pachnidło – gdzieś pomiędzy Sahara Noir Toma Forda, Lonestar Memories Andy Tauera (gdyby pozbawić go brzozowej smoły) i Absolue Pour Le Soir Francisa Kurkdjiana (do którego zresztą pachnidło Nishane jest najbardziej podobne, a które jest – nota bene – najgorzej sprzedającym się zapachem MFK, więc sami wiecie, o co chodzi…).

Pachuli Kozha to po prostu pachnidło dla koneserów perfumowej niszy, wielbicieli aromatów oscylujących w dolnych rejestrach olfaktorycznych. Jestem przekonany, że nie będą oni ani odrobinę zawiedzeni. Ja nie jestem. Przeciwnie – jestem nim zachwycony.

Pachuli-Kozha21

 

nuty głowy: hiacynt, ylang, rumianek

nuty serca: paczula, czarny pieprz

nuty bazy: skóra, miód, kadzidło

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

Suede et Safran

francuska nazwa podpowiada, czego możemy się po tym zapachu spodziewać. Zamsz i szafran. Ale w moim przypadku nie obyło się jednak bez zaskoczenia. Nie spodziewałem się bowiem, że Nishane uraczy nas własną wersją Tuscan Leather Toma Forda. Cóż – muszę dać mały minus marce za naśladownictwo, choć fakt, że jednak stylowe i z bardzo indywidualnym szlifem. Na czym on mianowcie polega? Głównie na nadaniu znanemu aromatowi większej lekkości i na zminimalizowaniu aspektu skórzanego kosztem nuty owocowej (tu uzyskanej za pomocą naturalnie i subtelniej pachnącego imbiru zamiast malinowej, lekko syropowatej, syntetycznej nuty znanej z pachnidła Forda). Zupełnie nowym elementem jest tu akcent wodny, pojawiający się w sercu zapachu i tworzący bardzo osobliwy efekt, którego nie spotkałem ani w Tuscan Leather ani w żadnym z jego klonów. Obowiązkowy w tej estetyce szafran został tu sparowany z nutą faktycznie bardziej zamszową niż skórzaną, jeżeli przyjąć, że zamsz w perfumach pachnie delikatniej i bardziej kremowo, aniżeli skóra. Ta z kolei w swej mocniejszej formie faktycznie wyłania się tu w bazie zapachu i to wtedy zapach najbardziej zbliża się do Tuscan Leather.

Ale Suede et Safran w zestawieniu z protoplastą wypada generalnie mniej słodko-malinowo i delikatniej, gdy chodzi o skórzany aspekt. Jest w nim więcej powietrza. Zapach nie przytłacza, no i nie pachnie tak syntetycznie, jak propozycja Toma Forda.

Tak jest. To kolejny zapach Nishane o bardzo naturalnym aromacie, nie trącącym nachalną chemią (choć zgoda, że bazowa skóra zdaje się być jednak „zdjęta z Forda”). To także kolejne pachnidło – obok Sultan Vetiver, Pachuli Kozha i Spice Bazaar – skomponowane przez perfumiarza Jorge Lee, któremu należą się słowa uznania, bo ma facet talent niezaprzeczalny.

suede-et-safran-nishane

nuty głowy: ziarno ambrette, szafran

nuty serca: zamsz, imbir

nuty bazy: piżmo, skóra

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

 

Na koniec dodam, że nie jest to na pewno ostatnie spotkanie z pachnidłami Nishane na Perfumowym Blogu. Będę czynił starania, by poznać i opisać pozostałe zapachy tej marki. Jestem pewien, że będzie warto.

Pieprzone perfumy, czyli mała (i niepełna) antologia pachnideł z pieprzem w roli głównej

Czarny pieprz to składnik stosowany w perfumach znacznie rzadziej od tańszego w produkcji pieprzu różowego. Ale różni się od niego nie tylko ceną. Zapach esencji z czarnego pieprzu jest znacznie bardziej intensywny i zdefiniowany. Jest także lepiej nam znany z racji bycia jedną z najpowszechniejszych kuchennych przypraw. Niemniej, jego stosowanie  w perfumerii sprowadzało się dotąd do wykorzystania jego własności modyfikujących. Czarny pieprz potrafi bowiem wprawić w ruch inne molekuły, nadając im wibracji, a zapachowi – życia, projekcji, obecności, przede wszystkim zaś przyprawowości. Pięknym przykładem wykorzystania czarnego (a także różowego pieprzu) jako modyfikatora akordu cytrusowo-drzewnego jest Terre d’Hermes Jean-Claude’a Elleny. Innym, w którym użyto sporej dawki czarnego pieprzu w akordzie otwarcia, jest genialne w swym minimalizmie Bois d’Encens Michela Almairaca z linii Armanii Prive.

Black peppercorns

Kreatorzy perfum niechętnie obsadzają czarny pieprz w roli głównej. Jeżeli już to robią, to dotyczy to zwykle pachnideł z tzw. niszy perfumowej i perfumerii artystycznej. Dobrymi przykładami są tu Piper Nigrum L.Villoresiego z 1999 roku, Poivre Piquant L’Artisan Parfumeur z 2002 roku czy Poivre 23 Le Labo. Kto wie, czy nie jedynym przykładem pieprzowego zapachu marki mainstreamowej jest BANG! Marca Jacobsa (2010).

Perfumiarzem, któremu niezwykłe własności zapachowe pieprzu są bardzo bliskie, jest wspomniany Jean-Claude Ellena. Jeszcze jako twórca perfum dla niszowej marki The Different Company Ellena zmiksował pieprz z esencjami różanymi i cywetem tworząc niezwykły Rose Poivree (2000). Później, już jako nadworny perfumiarz Hermesa, przedstawił Poivre Samarcande (2004) w ramach butikowej kolekcji Hermessences. Co ciekawe, inspiracją dla jego powstania wcale nie była sama przyprawa, a drzewo, stary dąb rosnący w pobliżu domu J.C.Elleny, który przez lata zasłaniał mu widok na morze. Pewnego dnia zachorował i został ścięty. Perfumiarz zapamiętał zapach tego świeżo ściętego drzewa jako mieszankę pieprzu, piżm i dymu i to wrażenie starał się zrekonstruować w Poivre Samarcande. Stąd obecność w formule dużej ilości czarnego pieprzu wzmocnionego dodatkowo papryką oraz zastosowanie sążnistej dawki Iso E Super (mówi się, że stanowi ono ponad 70% formuły Poivre Samarcande!), odpowiadającej za aksamitne, trochę drzewne i odrobinę piżmowe tło zapachu. Na nie Maestro rozsypał zmielone drobinki pieprzu i ozdobił całość subtelnie dymną nutką, uzyskując doprawdy osobliwy efekt. Zresztą tę minimalistyczną całość można z powodzeniem nazwać akordem, gdyż składa się ona z zaledwie kilku ingrediencji.

jean-claude-ellena-new

Poivre Samarcande było do niedawna (dlaczego – o tym później) chyba najlepszym zapachem z pieprzem w roli głównej, także pod względem wyraźnej projekcji i zaskakującej – jak na ulotną pieprzową nutę – trwałości. Jestem przekonany (to wyraźnie czuć), że doświadczenia z pracy nad tym zapachem-akordem perfumiarz wykorzystał w opublikowanym dwa lata później Terre d’Hermes, uzupełniając formułę o nuty grejpfruta, cedru i wetywerii. Może więc być Poivre Samarcande swoistą zapachową fotografią postępu prac nad jednym z najwybitniejszych współczesnych męskich pachnideł. Jest jednak poza wszystkim bardzo wdzięcznym w noszeniu, oryginalnym, przyprawowo-transparentnym, wibrującym i bardzo intrygującym zapachem. Olfaktoryczne haiku na najwyższym poziomie, wymagające doskonałych składników i wyjątkowej maestrii.  Mniej znaczy więcej? Nie zawsze, ale tu akurat owszem, tak.

poivre-samarcande

Hermes Poivre Samarcande

główne nuty: czarny pieprz, papryka, kmin, nuty drzewne

rok premiery: 2004

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

 

Dziesięć lat po ukazaniu się Poivre Samarcande znana z oudowych pachnideł marka Montale zaproponowała swoją wizję perfum z nutą pieprzu i – oczywiście – oudu. Intense Pepper to absolutnie w zgodzie z nazwą bardzo intensywny i mocny zapach, zupełnie odmienny od ulotnej, transparentnej urody Poivre Samarcande.  W pierwszej fazie pieprz zmieszany został z cytrusami dając przyjemny, świeży i naturalnie, niemal kuchennie pachnący wstęp do mocniej pikantnego serca, w którym do głosu dochodzi nieco gorzka, mocna nuta która mi kojarzy się z gałką muszkatołową. Pieprz po całkiem długim czasie ustępuje miejsca drzewnej, suchej i nieco zbyt jak na moje gusta chemicznej bazie. Nie sądzę, by był to naturalny oud, zaś użyte tu składniki mające budować oudową nutę dają dość bezkompromisowy, ale też niezwykle trwały efekt. Intense Pepper wgryza się w skórę i tkwi w niej ze dwie doby albo lepiej, z tym, że na tym etapie zapach nie ma już nic wspólnego z pieprzem.

Nie znajdziemy tu finezji Hermesa, to oczywiste. Ale jest moc! Do tego gargantuiczna trwałość, również nuty pieprzowej, co może się podobać. Jeżeli więc szukamy naprawdę mocnego pieprzu na równie mocnej drzewnej podbudowie i nie przeszkadza nam, że pachniemy tym tak ze dwa dni – koniecznie spróbujmy Intense Pepper. Ten zapach ma coś w sobie.

montale-intense-pepper

Montale Intense Pepper

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, cytrusy, oud, piżmo

rok premiery: 2014

perfumiarz: bd.

 

Zeszły rok przyniósł dwie warte wspomnienia „pieprzowe” premiery. Pierwsza to Elektryczny Pieprz (Poivre Electrique) od Atelier Cologne, skomponowany przez Bruno Jovanovica. Zapach jest częścią Collection Orient i łączy dwa rodzaje pieprzu – czarny i różowy – z pikantnym pimento. W otwarciu znajdziemy – obowiązkowe dla gatunku cologne – cytrusy, a w sercu płatek róży i całkiem wyczuwalne kadzidło olibanum. Drzewna, cedrowo-sandałowa baza z dodatkiem mirry dopełnia naprawdę dobrej całości. Niestety mam wrażenie, że Elektryczny Pieprz równie gwałtownie i atrakcyjnie się zaczyna, co szybko cichnie na skórze. Być może odpowiednio zwiększone dozowanie poprawi ten aspekt. Niemniej, zapach sam w sobie zdecydowanie wart jest uwagi. Lekki, jak na kolońską konwencję przystało, energetyzujący, wibrujący, rześki i przede wszystkim mocno pieprzowy.

atelier-cologne-poivre

Atelier Cologne Poivre Electrique

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, papryka, cytrusy, olibanum, mirra,

rok premiery: 2016

perfumiarz: Bruno Jovanovic

 

Drugą i zdecydowanie głośniejszą była premiera najnowszego zapachu Comme des Garcons Black Pepper. Oprawiony w klasyczny, obły, leżący flakon nawiązuje – nie tylko tym elementem – do najlepszych czasów marki. Nie mam wątpliwości, że dzieło Antoine’a Maisondieu (tak jest!)  zasługuje na miano jednego z najlepszych zapachów Comme des Garcons oraz zdecydowanie najlepszego pachnidła pieprzowego, z jakim miałem styczność. I to pod każdym względem.

antoine-maisondieu-full

U podstaw tak doskonałego efektu leży bezprecedensowe przedawkowanie czarnego pieprzu (ok. 20%) i dodatkowe wzmocnienie go za pomocą molekuły Pepperwood (ok. 10%), tej samej, która nadała pieprzowego impetu wspomnianemu BANG! Nie bez znaczenia jest także użycie, doskonale wpisującej się w temat, molekuły Akigalawood, która łączy ze sobą dwa aspekty Black Pepper – przyprawowy i drzewny. Ten drzewny został tu zbudowany za pomocą cedru i sandałowca. Zaskakującą głębię i ciepłe tło buduje tonka, piżma zaś utrwalają całość we wzorowy sposób, w wyniku czego zapach zdaje się nie mieć kresu.

Black Pepper pachnie lekko i wibrująco, ale projektuje potężnie. Jego wibrujące molekuły potrafią zakręcić w nosie nie tylko osobie go noszącej. Możemy być pewni reakcji zaintrygowanych osób z otoczenia. Czy będą one pozytywne czy negatywne, w głównej mierze zależeć będzie od ich gustów i upodobań. Ale będą na pewno.

Black Pepper to dowód na wciąż wielki i z sukcesem wykorzystywany potencjał działu kreacji perfum Comme des Garcons. Firmie należy się uznanie za poziom kreatywności i wykonania.

Black Pepper – zapach, który w swym przyprawowym gatunku jest dziełem doskonałym. Pachnidło doprawdy solidnie popieprzone….

cdg-black-pepper

Comme des Garcons Black Pepper

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, papryka, cytrusy, olibanum, mirra

rok premiery: 2016

perfumiarz: Antoine Maisondieu

 

City Exclusives by Le Labo: „Limette 37”, „Benjoin 19”, „Cuir 28″‚ „Vanille 44”, „Baie Rose 26”

City Exclusives to seria zapachów Le Labo, które marka dedykuje i udostępnia do sprzedaży wyłącznie w wybranych miastach świata. To zapachy mające w założeniu oddawać ducha poszczególnych metropolii. Ich wyjątkowość jest wszakże głównie wynikiem owej ograniczonej dostępności oraz… horrendalnej ceny (300 USD za 50 ml), która z pewnością nie ma w tym przypadku nic wspólnego z jakością (niczym pod względem jakości nie ustępujące im perfumy Le Labo z głównej linii kosztują połowę tej ceny). Co ciekawe, każdego września City Exclusives pojawiają się w sprzedaży internetowej na stronie Le Labo oraz w kilku innych wybranych sklepach internetowych (np. LuckyScent.com). Tak więc już za kilka dni będzie można nabyć je bez konieczności odwiedzania salonu marki w Dubaju czy w Moskwie.

Jak dotąd swych własnych pachnideł doczekały się: Londyn, Dallas, Chicago, Moskwa, Dubaj, Tokyo, San Francisco, Los Angeles, Londyn, Nowy Jork i Paryż. Kilka z nich mam dziś okazję zaprezentować.

 

Limette 37 San Francisco by Frank Voelkl

SANFRANCISCO

Urodziwy, świeży i orzeźwiający zapach w swej istocie koloński, jednak o intensywności i trwałości przewyższającej klasyki tego gatunku, plasujący się  raczej obok współczesnych kolońskich wód perfumowanych typu Neroli Portofino Toma Forda czy Cologne Indelebile Frederica Malle. Co prawda w głównym katalogu Le Labo znajdziemy już zapachy podobne co do pomysłu i charakteru (szczególnie świetny Bergamote 22 oraz w mniejszym stopniu kolońskie, a bardziej biało-kwiatowe, śliczne Fleur d’Oranger 27 i  Neroli 36). Jednak Limette 37 ma swój indywidualny charakter. Ta współczesna kolońska skomponowana została przez Francka Voelkla, o którym pisałem niedawno przy okazji recenzji Ylang 49, a którego perfumiarska maestria jest od dawna obiektem mojego szczególnego podziwu.

Limette 37 rozpoczyna się – jak przystało na kolońską – od bardzo świeżego akordu, wypełnionego esencją z limonki połączoną z bergamotką i zieloną esencją petit grain. W tle wyczuwalna jest subtelnie detergentową nuta biało-piżmową, kojarzącą się z wysokiej jakości mydłem. Zapach ewoluuje odsłaniając biało-kwiatowe serce (jaśmin), doprawione subtelnie goździkiem. Baza jest oparta na ładnie spinającym całość wetiwerze oraz z umiarem użytej tonce i spore dawce białych piżm, pozbawionych jakichkolwiek konotacji cielesnych czy zwierzęcych. Reasumując- śliczne, bardzo wysokiej jakości uniseksowe pachnidło kolońskie dla tych, którzy z bardzo grubym portfelem penetrują …. ulice San Francisco.

le labo limette-37

główne nuty: limonka, bergamotka, liść gorzkiej pomarańczy, jaśmin, goździk, wetiwer, tonka, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Benjoin 19 Moscow by Frank Voelkl

moscow

Benjoin 19 to minimalistyczny zapach żywiczny, w którym nad żywicami dominuje początkowo nuta przyprawowa (różowy pieprz?), po której na czoło wysuwa się szlachetne i wciąż nico pieprzowe olibanum. Z czasem do gry dochodzi drzewny akcent cedrowy, aż wreszcie ujawnia się główny bohater – słodkawa, ciepła, gęsta i zmysłowa esencja benzoesu. Mimo swego minimalizmu zapach zmienia się więc stopniowo na skórze. Jest przez praktycznie cały czas subtelny, blisko-skórny, dość trwały, choć nie tak bardzo, jak można by się spodziewać po użytych w nich składnikach. Intrygujący, choć mnie nie przekonał, podobnie jak niegdyś testowany Gaiac 10 dedykowany Tokyo. Po prostu nie jestem fanem perfumowego minimalizmu, podobnie jak nie przepadam za rosyjską stolicą…

Le-Labo-Benjoin-19

główne nuty:  kadzidło frankońskie, cedr, benzoes, ambra, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Cuir 28 Dubai by Nathalie Lorson 

Dubai

Początkowo Cuir 28 pachnie głównie drzewną, lekko wytrawną, szlachetną wanilią. Spod niej jednak dość szybko, bo po kilku minutach, zaczyna wybijać wetyweria. Z czasem jej obecność staje się coraz wyraźniejsza. To właśnie duet dymnej wanilii z wetywerią stanowi oś tego zapachu, trwając na skórze kilkadziesiąt minut. Co ciekawe, w tej środkowej fazie zapachu mam ewidentne skojarzenia z Lalique Encre Noire A l’Extreme. Wszak oba te pachnidła skomponowała Natahlie Lorson i oba charakteryzują się połączeniem wetywerii z żywicznymi i ambrowymi elementami. Le Labo odróżnia się jednak wspomnianą mocną nutą absolutu z wanilii, ktróej na próżno szukać w pachnidle Lalique. Aromat skóry z pewnością tu nie dominuje, z zapach jako całość można z biedą próbować zakwalifikować jako skórzany, choć w sumie zdecydowanie bliżej mu do etykiety pachnidła drzewno-ambrowego. Cuir 28 pachnie blisko skóry, jest przysadzisty, gęsty, otulający. Znów – mógłby być nieco trwalszy…

le labo cuir-28

główne nuty:  skóra, absolut wanilii, nuty drzewne, wetyweria, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Nathalie Lorson

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Vanille 44 Paris by Alberto Morillas

Paris-3

Chronologicznie drugie pachnidło cyklu City Exclusives (po Tubeureuse 40 New York) skomponowane zostało przez legendę i mistrza perfumowego fachu Alberto Morillasa.

Pierwsze, co dochodzi moich nozdrzy, to pięknie podana nuta kadzidła olibanum, z początku nieco złagodzona cytrusowym duetem bergamotki i mandarynki z czasem podbita suchą, drzewną nuta gwajaku. Obecność cytrusów jest tu praktycznie niewyczulana – w tym sensie, że nie poczujemy tu indywidualnie nut cytrusowych. Podobnie jak niewyczuwalne tu indywidualnie aldehydy, tak i cytrusy pełnią rolę unoszącą ciężkie molekuły kadzidła, wanilii i gwajaku, który wyłania się spod kadzidła ładnie korespondując z wanilią (ta z kolei jest najwyraźniejsza w bazie). Mimo tych technicznych zabiegów Vanille 44 lokuje się – podobnie jak Cuir 28 czy Benjoin 19 – blisko skóry, emitując zmysłową i otulającą woń.

Typowo dla Le Labo – składnik wymieniony w nazwie zapachu nie dominuje w sposób ewidentny. Fani zmysłowej, dymnej wanilii powinni raczej sięgnąć po Cuir 28. Vanille 44 wydaje się bowiem być bardziej pachnidłem kadzilano-drzewnym, w którym wanilia – owszem obecna – nie jest wszakże głównym bohaterem.

le labo vanille 44

główne nuty:  bergamotka, mandarynka, aldehydy, gwajak, kadzidło, wanilia

rok premiery: 2007

moja ocena: Alberto Morillas

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Baie Rose 26 Chicago by Frank Voelkl

Chicago

Baie Rose 26 jest świeżą, przyprawowo-drzewną kompozycją różaną, w której róża jest lekka, zwiewna, zdecydowanie uniseksowa. Otaczają ją wzmocnione aldehydami przyprawy (mocny i wyraźny przez pierwsze kilkadziesiąt sekund akord pieprzowy będący mieszanką różowego i czarnego pieprzu z przewagą tego pierwszego oraz subtelnie użyty goździk). W bazie króluje cedr, który wraz z akordem ambrowym i piżmami utrwala zapach na skórze na wiele godzin, projektując przy tym zdecydowanie powyżej średniej City Exclusives.

Zadziwiające, jak ta chicagowska róża od Le Labo przypomina Le Labo Rose 31 z 2006 roku. Jest owszem lżejsza, świeższa, bardziej drzewna, ale mimo ta pachnie tak, jakby jej formuła była punktem wyjścia dla Franka Voelkla. Jakkolwiek było, Baie Rose 26 broni się jako odrębne pachnidło i jest moim zdaniem jednym z najlepszych zapachów serii City Exclusives, które – z pojedynczymi wyjątkami – nie zachwyciły mnie jak dotąd.

Baie Rose

główne nuty:  różowy pieprz, pieprz, aldehydy, goździk, róża, cedr, ambra, piżmo

rok premiery: 2011

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Od 2006 roku, gdy Le Labo wyemitowało pierwszy zapach z serii City Exclusives (Tubereuse 40 New York), marka ta konsekwentnie buduje wokół niej nimb wyjątkowości. Z jednej strony spore ograniczenia w fizycznej dostępności, z drugiej bajońskie sumy, jakie trzeba zapłacić za flakon tych perfum z pewnością skutecznie podtrzymują ekskluzywny status miejskiego cyklu. Jednak same zapachy, czego osobiście doświadczyłem, nie są niczym nadzwyczajnym. Co więcej, moim zdaniem nie dorównują ani pomysłami, ani kompozycjami tańszym (co nie znaczy tanim) perfumom Le Labo z głównej linii. Czy jest więc seria City Exclusives sztucznie nadmuchaną niby-luksusową bańką? Moim zdaniem – zdecydowanie tak. W jej przypadku marketing wyjątkowo mocno- nawet jak na standardy branży perfumowej – oderwał produkt i jego wartość od rzeczywistości.

Beaufort London „Vi et Armis”

Za sprawą marki Beaufort London, o której pisałem już swego czasu tu, pozostajemy w Wielkiej Brytanii, której społeczeństwo – nie dalej jak przedwczoraj, 23.06.2016 – postanowiło „wypisać się” z Unii Europejskiej głosami 52% biorących udział w referendum, co jest wydarzeniem bezprecedensowym i historycznym o ogromnym znaczeniu zarówno politycznym jak i gospodarczym. Właśnie. Ale co to ma wspólnego z perfumami? Otóż Vi et Armis (łac. Siła Ramion), opisywane dziś przeze mnie pachnidło Beaufort London, to zapach mający wiele wspólnego z brytyjską gospodarką. Przechrzczony z wcześniejszej nazwy (East India) powstał z inspiracji  wielowiekową potęgą brytyjskiej floty handlowej i chwalebną historią angielskiej wymiany handlowej, bez której Anglicy nie mieli by nigdy szansy stać się wielbicielami m.in. herbaty, a ich kuchnia pozbawiona byłaby orientalnych przypraw, zaś sztuka nie byłaby tym, czym była bez szmuglowanego przez piratów opium. W Vi et Armis znajdziemy więc nuty bezpośrednio nawiązujące do popularnych wówczas towarów handlowych (przyprawy, herbata, whisky, kadzidło, tytoń, opium).

Vi-Et-Armis-vibe-shot-500x500

„Herbata, tytoń, opium, whisky i religia dostarczają mężczyźnie emocjonalnego podekscytowania.”

Georg Bernard Shaw

 

Jeżeli za symbol religii w perfumach przyjąć kadzidło (przecież słusznie), to Vi et Armis jawi się jako olfaktoryczne przedłużenie słów słynnego pisarza i noblisty. Stylistycznie zaś jest bardzo spójny z pozostałymi zapachami marki Beaufort London. Bezkompromisowy i zdecydowany, a przy tym bardzo męski. Już pierwszy akord nie pozostawia wątpliwości co to charakteru zapachu. Połączenie wibrującego czarnego pieprzu z subtelnie cytrusowym kardamonem za pomocą zielonej nuty liści herbaty tworzy bardzo wyrazistą woń, w której poszczególne składniki są całkiem mocno zauważalne. Z czasem lekka nuta herbaciana ustępuje miejsca mocniejszym „używkom” w postaci nuty whisky wymieszanej z kadzidłem (!)  i – przede wszystkim – tytoniu.  Aromat tytoniowy jest tu bardzo sugestywny, aczkolwiek nie ma nic a nic wspólnego ze słodkim i miodowym tytoniem  w typie Tobacco Vanille Toma Forda, Feuilles de Tabac Miller Harris czy Tabac Aurea Sonoma Scent Studio. W zapachu Beaufort jest on brudny, męski, wytrawny. W bazie Vi Et Armis przeobraża się w zdominowany przez brzozowy dziegieć akord dymny w rodzaju Black Tourmaline Oliviera Durbano połączony z suchą popiołową znana mi z Serge Noire Serge’a Lutensa. Całość pachnie naprawdę niesamowicie i bardzo… mrocznie.

Bez względu na porównania czy skojarzenia, które są naturalnym aspektem recenzowania zapachów, Vi Et Armis w mojej opinii potwierdza, że Beaufort London to marka zdecydowanie warta uwagi szczególnie ze strony wielbicieli zapachów mrocznych, dymnych, popiołowych i wytrawnych. A że sam do nich należę, z pewnością będę śledzić kolejne poczynania pana Leo Crabtree.

Vi-Et-Armis-bottle-and-Pack

nuty głowy: kardamon, czarny pieprz, liście herbaty

nuty serca: whisky, kadzidło, opium

nuty bazy: tytoń, brzoza, oud

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

PS. Perfumy Beaufort London można przetestować i nabyć w perfumerii Lulua w Krakowie.

Jacques Fath’s Essentials

Marka Jacques Fath jest znana głównie perfumowym afficionado, lubującym się w pachnidłach vintage. To za sprawą dwóch legendarnych zapachów: damskiego Iris Gris (1946) i męskiego Green Water (1947), które powstały jeszcze za życia twórcy marki, znanego po wojnie kreatora mody Jacquesa Fatha (zmarł w 1953 r). Zanim odszedł, zdążyli u niego terminować tacy designerzy, jak Huber de Givenchy czy Guy Laroche.

fath-jacques-1912-1954-createur-mode-francais2

Do 1957 roku firma kierowała wdowa do Jacquesie. Później na wiele lat zniknęła a z rynku aż do 1992 roku, gdy została reaktywowana przez France Luxury Group. Przy tej okazji  -w 1993 roku – reaktywowano sztandarowe Green Water, dostępne w różnych wariacjach flakonowych po dzień dzisiejszy. W 2016 roku nowi właściciele marki, firma Panouge, postanowili stworzyć zupełnie nową kolekcję czterech pachnideł po nazwą Fath’s Essentials, w której pojawiło się miejsce dla zupełnie nowej wersji klasyka Green Water. Skomponowanie ich powierzono perfumiarce Cecile Zarokian.

Fath

Cecile postanowiła w jak najwierniejszy sposób odtworzyć klasyka z jego pierwotnej wersji. Spędziła wiele czasu w Osmotheque (największe na świecie archiwum perfum) na zapoznawaniu się z przechowywanym tam pierwowzorem. Efekt jej pracy znalazł swoje zwieńczenie w Green Water Parfum.

cecile-zarokian-950x514 (1)

Green Water – po prostu zielona woda…

W przypadku tego zapachu zarówno jego nazwa, jak i barwa nie pozostawiają pola dla wyobraźni. Przekaz jest u bardzo prosty i bezpośredni. Oto… zapach zielony, który z pewnością przez lata służył perfumiarzom jako wzorzec.

Akord głowy to ładnie zbalansowany akord złożony z cytrusów, neroli oraz mięty (James Heeley musiał inspirować się Green Water, gdy komponował swoje Menthe Fraiche!). Subtelna ziołowość została tu wzmocniona pachnącym z natury nieco mentolowo estragonem, zaś bazylia w sercu przedłuża zieloność neroli. Ten zielono-ziołowy, świeży i rześki temat oparty został na bazie z wetywerii i mchu dębu, utrwalonej piżmami i akordem ambrowym. Zapach jest lekki, subtelny, ma raczej kolońską moc i taką też trwałość. Dość szybko znika ze skóry.

neroliMint

basiltarragon

oakmosswetiwer

Green Water to najbardziej tradycyjny z wszystkich czterech Fath’s Essentials. W sumie nic dziwnego, wszak jest to tak naprawdę reedycja zapachu skomponowanego 60 lat temu przez Vincenta Rouberta, dokonana przez Zarokian –  wedle oficjalnej informacji – z ogromną dbałością o wierność oryginałowi. Przyznam, że choć Green Water jest miły dla nosa i kompetentnie skomponowany, to jednak nie zachwycił mnie. Ot, przyjemny, lekki, świeży i dość szybko dający o sobie zapomnieć, do tego nietrwały.

Fath green

nuty głowy: neroli, bergamotka, mandarynka, pomarańcza

nuty serca: mięta, bazylia, estragon

nuty bazy: wetiwer, mech dębu, piżmo, szara ambra

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Okazało się, że najlepsze zapachy w tej kolekcji to pozostałe trzy, których autorką od początku do końca jest Cecile Zarokian.

Vers Le Sud –  krajobraz południa 

Zapach w założeniu mający oddawać naturalne aromaty Korsyki i Toskanii. Sama koncepcja nie jest może oryginalna, ale za to pachnidło – wprost przeciwnie. Vers Le Sud zaskakuje oryginalną w swym brzmieniu mieszaniną nut cytrusowych i zieloności liścia figi, spryskanych pianą z morskiej wody i osadzoną na kawałku drewna, który dryfował po oceanie. W tym zapachu czuć już wyrazisty styl Zarokian, lubującej się w zestawianiu mocnych aromatów, tworzących w ten sposób charakterystyczne, sygnaturowe akordy. Intro to intensywny, intrygujący, niebanalny akord cytrusowo-zielony z mocno zakamuflowaną, ale „robiącą swoją robotę” lawendą, zza którego wyraźnie wybija się słonawa nutka morskiego „aerozolu”. Ta  nuta z czasem dominuje i trzyma się na skórze bardzo długo obok wyraźnej nuty zielonej. Całość finiszuje współczesnym akordem drzewnym na bazie Cashmeranu i Ambroxanu oraz mchu dębowego.

citruses

seefiguer

Vers Le Sud najbliżej jest do Bois Naufrage Parfumerie Generale i  Sel Marin James Heeley. Jest czymś na kształt połączenia tych dwóch zapachów z dodatkiem zielonej nuty liścia figi. Nie można jednak odmówić mu oryginalności. Przewyższa też oba wymienione intensywnością i trwałością. Zapach zdecydowanie wart uwagi, szczególnie że zbliża się lato, podczas którego może szczególnie dobrze korespondować z gorącą pogodą.

Fath Vers le Sud

nuty głowy: cytryna, lawenda

nuty serca: morska bryza, liście figi

nuty bazy: mech dębu, Ambroxan, Cashmeran

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Bel Ambre – piękna ambra

Bardzo zręcznie zrobiona współczesna kompozycja ambrowa z subtelnym intro z pieprzu, jagód jałowca i cytrusów. Początek jest więc wibrujący i świeży, aczkolwiek w tle od razu poczuć można wiodący akord skórzano-ambrowy oraz całkiem wyraźny wetiwer, który dodaje całości intrygującej, lekko korzennej drzewności, chroniąc Bel Ambre przed popadnięciem w ambrowe klisze i nadając mu nieco męskiego sznytu. Wraz z upływem czasu wzmacnia się woń skórzno-ambrowa, tyle że już bez wetywerii.

pepperjuniper

amberorris

Bel Ambre zdecydowanie zyskuje przy bliższym poznaniu. Ma intrygujący charakter, dobrze układa się na skórze. Kto wie, czy nie stanie się moim drugim w kolejności ulubionym z całej czwórki po Curacao Bay, o którym poniżej.

Fath Bel Ambre

nuty głowy: cytrusy, jagody jałowca, czarny pieprz

nuty serca: kmin, irys

nuty bazy: skóra, drzewny wetiwer, ambra

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Curacao Bay

Od pierwszych testów podczas targów Esxence zdobył moje uznanie swą unikatowością i oryginalnym charakterem. Lubię zapachy wyraziste, o mocnej sygnaturze, jednocześnie wdzięczne w noszeniu. Przede wszystkim zaś cenię ich indywidualny charakter. Curacao Bay zdecydowanie wszystkie te cechy posiada. Otwiera się akordem morskim z dodatkiem cytrusów. W sercu jest morsko-kwiatowy (nuta frangipani), zaś w bazie najpierw dominuje coś na kształt cashmeranu. Później zaś naprzód wysuwa się nuta morska o nieco detergentowym, czystym charakterze, która utrwalona została najprawdziwszą szarą ambrą, zawierającą w sobie naturalnie nabytą nutkę morskiego jodu. Ten finalny akord trzyma się na skórze niemal dobę!

Curacao Bay to z pewnością najbardziej nowatorska z czterech Fath’s Essentials.

mandarinemarine

frangipanigrey amber

 

Fath curacao

nuty głowy: cytrusy, nuty zielone, szara ambra

nuty serca: nuta zwierzęca, akord Frangipani, nuta jodu

nuty bazy: ambra, piżmo

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Fath’s Essentials to perfekcyjne dzieło współczesnego designu, nie tylko perfumowego, ale i użytkowego. Na uwagę zasługuje elegancki i jednocześnie nowoczesny flakon z zamykaną na magnes zatyczką. Jego walcowaty kształt i bezbarwne szkło pozwalają cieszyć oko intensywnymi barwami poszczególnych pachnideł, doskonale dobranymi do ich charakteru. Wszystkie zapachy mają idealnie uniseksowy charakter. Odznaczają się przy tym oryginalnością, pozostając w pełni noszalnymi i po prostu bardzo ładnymi pachnidłami, z których jedno jest z założenia odtwórcze, pozostałe zaś trzy wyróżniają się wartą odnotowania kreatywnością. Wszystkie zaś cechuje bezsprzecznie wysoka jakość.

 

Mark Buxton „A Day In My Life”

Receptura tych perfum przeleżała w szufladzie 14 lat. Gdy jednak nadszedł ten jeden właściwy dzień w życiu Marka Buxtona, ujrzała światło dzienne i została zmaterializowana w postaci A Day In May Life – najnowszego zapachu tego znanego i lubianego perfumiarza, o którym swego czasu szerzej napisałem tu. Bardzo dobrze, że tak się stało. Byłoby dużą stratą, gdyby zapach ten przeleżał w szufladzie kolejne lata…

W A Day In My Life Mark Buxton napisał swoją własną, niczym nie skrępowaną, śmiałą opowieść o róży. Zrobił to w swój charakterystyczny, unikatowy sposób, z obowiązkową dozą niewymuszonej nonszalancji i dystansu, z których artysta słynie…

Buxton a day in my life2

Róża obecna jest w tym zapachu niemal od samego początku aż do końca, a to za sprawą użycia różanych wonności aż w trzech jej postaciach – popularnej esencji róży, rzadziej używanego absolutu różanego i zupełnie unikatowego konkretu różanego. Efekt jest wyraźny i bardzo specyficzny. Najpierw jasno czerwona (olejek), po czym stopniowo staje się szkarłatna (absolut), aż w końcu przeistacza się w głęboką purpurę (konkret). Zapach zmienia się od zaskakującego, zdominowanego przez trzy gatunki pieprzu intro przez soczyste różane serce aż po głęboką, zmysłową bazę, w której gęsta różana maź zatopiona została w jakże z nią kompatybilnej mieszance paczuli, drewna sandałowego, czystka i piżm. To róża w ujęciu orientalnym, tyle że w wydaniu absolutnie nowoczesnym, jak na Buxtona przystało.

A Day In My life Buxton ma specyficzną manierę budowania zapachów. Hołduje minimalizmowi, nie nadużywa ingrediencji. Mimo to, a może dzięki temu, jego pachnidła mają wyraźną sygnaturę, są zwykle dość subtelne, niemniej czepiają się skóry zawzięcie i frapująco z niej emanują. Nie obezwładniają otoczenia, raczej intrygują je, ale przede wszystkim satysfakcjonują swymi urokliwymi, niecodziennymi nutami osoby je noszące. A Day In My Life jest właśnie dokładnie takie. Mocno i na długo przylega do skóry, subtelnie i nieco hipnotycznie z niej promieniując, dając kojącą satysfakcję  podczas jego noszenia.

Mark Buxton

„To róża nie z tej ziemi, futurystyczna, unikatowa, zakręcona, zaskakująca, nowoczesna, wibrująca, zmysłowa i głęboka. Klasyczny kwiat w zupełnie nowym kontekście.”

Tak opisuje swoje dzieło sam Mark Buxton, oddając charakter tego zapachu w najbardziej syntetyczny i jednocześnie idealnie trafny sposób. Nic tu już dodać ani nic ująć, może prócz tego, że A Day In My Life to bardzo udane zwieńczenie niezwykłej, bardzo indywidualistycznej, autorskiej kolekcji pachnideł Buxtona. Jak bowiem przyznał sam perfumiarz, nie będzie więcej pachnideł  pod szyldem Mark Buxton Perfumes. Szkoda? Z pewnością. Ale jestem też pewien, że talent tego twórcy będziemy mogli podziwiać w wielu innych projektach perfumowych. Zresztą już się to dzieje – przykładami są: projekt Renegades (trio z Bertrandem Duchaufourem i Gezą Schoenem) czy nowa niemiecka marka Verduu. Ale o tym napiszę przy innej okazji…

Buxton a day in my life

nuty głowy: esencje z trzech gatunków pieprzu, mandarynka, esencja róży

nuty serca: elemi, konwalia, absolut różany,

nuty bazy: konkret różany, absolut czystka, paczula, drewno sandałowe, piżmo

twórca: Mark Buxton

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ***