Frederic Malle i Michel Roudnitska „Noir Epices”

Mogło to wyglądać tak:

Była końcówka lat 90-tych ubiegłego wieku. W prowansalskim miasteczku Cabris, położonym niedaleko słynnego Grasse, w pięknym domu otoczonym wielkim, pełnym wonnych kwiatów ogrodem, pracował Michel. Choć od dawna, z wielkimi sukcesami, parał się fotografią i tworzeniem prezentacji łączących obraz, dźwięk i zapach, a jego dzieła towarzyszyły pokazom najznamienitszych marek (np. Diora), to nad czym pracował przez ostatnie dwa lata, było czymś zgoła odmiennym. Złożone z wielu składników pachnidło najpierw dojrzewało w głowie Michela, później zaczęło przybierać fizyczną formę. Chciał dedykować te perfumy pięknej brunetce, niespełnionej miłości jego życia. Zapach uważał już praktycznie za skończony. Ostatnie poprawki dotyczące ilości użytej esencji z drewna sandałowego oraz olejku geranium, ale przede wszystkim dodania aldehydu pomarańczowego okazały się kluczowe dla finalnego efektu. Michel był zadowolony z tych zmian. Wcześniej przez długi czas tkwił w martwym punkcie i nie wiedział, w którą stronę podążyć. Zapachowi wyraźnie czegoś brakowało. Teraz jednak, gdy dokonał tych drobnych, ale jakże istotnych modyfikacji, czuł, że jego praca dobiegła końca. Był na tyle dojrzałym perfumiarzem, że wiedział, iż kolejne próby manipulowania proporcjami ingrediencji, choć kuszące, mogłyby zrujnować to, co już osiągnął. Sięgnął po papierowy blotter, spryskał go wonnym płynem o bursztynowo-żółtej barwie, odczekał kilkanaście sekund, aż odparuje alkoholowy nośnik, zbliżył blotter do nozdrzy, rozchylił minimalnie usta i wykonał głęboki wdech nosem… Poczuł, jak mieszanka wibrujących molekuł wpływa głęboko w jego kanały węchowe. Receptory zaczęły w szaleńczym tempie rejestrować poszczególne molekuły i przekazywać impuls elektryczny do ośrodka węchowego mózgu. Tu zaczynała się prawdziwa magia. Mózg Michela zaczął przywoływać obrazy z dzieciństwa, sylwetki bliskich, pełne kolorów obrazy. Zastawiony świąteczny stół, ozdobiona świeczkami choinka, ojciec siedzący na fotelu obok kominka z maleńką siostrą Michela na kolanach, matka krzątająca się w kuchni, dochodzące stamtąd zapachy cytrusów i świątecznego piernika…

Dzwonek do drzwi przerwał Michelowi tę niezwykła podróż w przeszłość. Odłożył wonny papierek, podszedł do drzwi i otworzył je. W drzwiach stał średniego wzrostu szczupły mężczyzna o wyrazistych oczach i pełnym pasji spojrzeniu. Jego głowę zdobiła nienagannie uczesana fryzura, z charakterystyczną falą nad czołem. Miał na sobie oliwkową, sportową marynarkę w kratę, białą koszulę z rozpiętym kołnierzykiem, jasno-brązowe chinosy i mokasyny w kolorze burgundy. W prawej ręce trzymał torbę z brązowej skóry, na której widniała logo w postaci wielkiej litery H zamkniętej w okręgu. Jak zwykle wyglądał elegancko, ale była to elegancja naturalna, niewymuszona. Michel zawsze podziwiał jego wyczucie i styl. 

– Witaj, Michel! – rzekł mężczyzna.

– Cześć, Frederic! Wejdź proszę. 

Michel wskazał gościowi miejsce na skórzanej sofie stojącej przy niskim szklanym stoliku, na którym porozrzucane były różne zdjęcia autorstwa Michela i czasopisma, w których je publikował. Sam usiadł na dużym fotelu stojącym na przeciw sofy.

Co u ciebie słychać? Jak twój perfumowy projekt? Znalazłeś już odpowiednie osoby? – zasypał gościa pytaniami wyraźnie zainteresowany Michel.

– Dziękuję, prace idą w dobrym kierunku… – opowiedział zawieszając głos.

– Opowiedz nieco więcej. Jestem bardzo ciekaw. Masz ambitny plan. Ojciec z pewnością by ci kibicował…

– Wiesz przecież, że twego ojca poprosiłbym w pierwszej kolejności.

– Tak, wiem…To już prawie 3 lata… – zamyślił się. –  Choć przecież mama zgodziła się, byś opublikował perfumy, które stworzył dla niej lata świetlne temu, więc w tym sensie on też jest w to  zaangażowany…

– Zgadza się. Nie wiesz, jaki jestem z tego powodu wdzięczny i szczęśliwy. To wspaniały zapach. Ma w sobie jego ducha…

– To prawda… 

Przez chwilę obaj milczeli, jakby zaskoczeni tym osobistym i trudnym dla Michela wątkiem rozmowy. Frederic chrząknął i postanowił przerwać milczenie:

– Wracam akurat od Jean-Claude’a. Jest bardzo chętny, a nawet podekscytowany. Pierre’a Bourdona nie musiałem długo przekonywać. Mówił, że wręcz czekał na taka okazję. Nawet Olivia Giacobetti zgodziła się coś przygotować. Właściwie to już przygotowała. Przepiękny lilak, dosłownie zwalił mnie z nóg. Nowatorski, minimalistyczny, z nutką ogórka. Mówię ci, genialny. Wymyśliłem już nawet tytuł: „Mijając się”…

– Ładnie. Poetycko. Podoba mi się. Pasuje do ulotnego stylu Olivii. 

– Rozmawiam jeszcze z Mauricem. Chciałbym, byśmy wspólnie stworzyli coś kulinarnego, zmysłowego i ponadczasowego. Facet ma niesamowity talent do takich rzeczy. Będę też – to już niemal pewne – pracował z wielkim Edouardem Flechierem!

– Wow! Doskonała wiadomość!

– Owszem. Strasznie się cieszę. Wszak to człowiek odpowiedzialny za Poison! Mam też akces Ralfa Schwiegera. Facet jest piekielnie zdolny i niesamowicie uniwersalny. Ma przed sobą wielką przyszłość.

– No i Dominique?

– Tak, mój drogi Dominique… Jest od początku zaangażowany. Wyjątkowo dobrze się zrozumiemy. Dominique to według mnie najlepszy znawca składników i ich wzajemnych relacji. Ma niesamowity warsztat. Czuję, że zrobimy razem niejedną wielką rzecz.

– Podziwiam Twój entuzjazm. Wszak czasy nie są łatwe dla takich ambitnych inicjatyw, a już w szczególności w perfumerii, która dawno przestała być haute, a stała się produktem dla mas… Czyli co,  wygląda na to, że twój plan stworzenia „super teamu” wszedł w fazę poważnej realizacji? Cieszę się ogromnie. Kibicuję ci!

– Daj spokój! Ale dziękuję za miłe słowa. Właściwie to przyjechałem do ciebie, by zapytać, czy ty także nie zechciałbyś dołączyć?

– Ja? Ależ moje perfumowe doświadczenie jest tak nikłe… Owszem coś tam komponuję, ale to raczej do szuflady… Bo kto byłby zainteresowany takim klasycznym stylem dziś w dobie dominacji syntetyki, aroma-molekuł, zapachów wodnych, powietrznych i co tam jeszcze…

– Ano właśnie ja jestem zainteresowany! Chcę przywrócić świetność artystycznej perfumerii i wyprowadzić z cienia prawdziwych twórców – takich jak ty, Michel.

– Naprawdę? Cóż…Czuję się zaszczycony, choć także nieco zakłopotany…

– To jak? Nie daj się prosić…

– Z ogromną przyjemnością. Wiesz ja nawet…

– Tak?

– Mam coś gotowego, co mogłoby cię zainteresować. Właściwie, to dziś to skończyłem, zanim przyjechałeś. Pokażę ci.

Michel wstał z fotela i podszedł do swoich perfumowych organów. Wziął stojącą z brzegu stołu buteleczkę i wraz z pękiem blotterów podał ją Fredericowi. Ten jednak sięgnął do swojej torby, z której wyciągnął czystą, wyprasowaną i złożoną w kostkę białą chusteczkę bawełnianą, rozłożył ją w powietrzu kilkoma potrząśnięciami ręki, po czym drugą ręką chwycił buteleczkę i kilkakrotnie spryskał jej zawartością śnieżnobiały materiał. Odczekał kilkanaście sekund i zaczął wymachiwać nią sobie przed twarzą. Z zamkniętymi oczami wdychał zaperfumowane i wprawione w ruch za pomocą chustki powietrze. Trwało to dobre kilkadziesiąt sekund. Michel przyglądał się z uwagą Fredericowi. Starał się nie dawać tego poznać po sobie, ale wewnątrz drżał z obawy przed oceną znajomego. Widział, że Frederic to we Francji największy znawca perfum i ich historii. Prawdziwy koneser tej tematyki. Dziadek Frederica stworzył i kierował działem perfum Christiana Diora. Byli nie tylko współpracownikami, ale i przyjaciółmi. Dior często gościł w domu Malle’ów,  a matka Frederica niejednokrotnie testowała powstające własnie pachnidła, zanim te trafiły do produkcji. Mały Frederic był od dziecka otoczony wonnymi miksturami i ludźmi z branży. 

– Doskonałe! – wykrzyknął Frederic otwierając oczy.- Michel, to jest doskonałe! To jak bożonarodzeniowy szypr! Pozwól, że zabiorę ze sobą kilka ml, by spokojnie przetestować to w domu.

– Ależ oczywiście Frederic! Możesz zabrać ten flakonik, który masz w ręku. 

– Wspaniale, dziekuję. 

Frederic schował buteleczkę w torbie, spojrzał na zegarek, który nosił na lewej dłoni na brązowym skórzanym pasku i zagaił:

– Mam jeszcze chwilę. Opowiedz mi może coś więcej o tym zapachu, Michel…

Sięgnął ponownie do swej torby, tym razem wyciągając mały notatnik oprawiony  w skórę. Otworzył go na pierwszej pustej kartce i zaczął notować słowa Michela:

– Chciałem stworzyć coś zmysłowego i kobiecego z przyprawami w roli głównej, pachnącego naturalnie i głęboko, ale jednocześnie lekko, nie przytłaczająco. Użyłem sporej dawki gałki muszkatołowej mieszając ją z cynamonem, goździkiem i czarnym pieprzem. By nadać całości lekkości, dodałem słodkie cytrusy, głównie pomarańczę. Zależało mi też na nawiązaniu do klasycznych szyprów, więc sięgnąłem po różę, ale – by nie było to zbyt ewidentne – sparowałem ją z geranium…

– Uwielbiam geranium – przerwał Frederic – Chcę kiedyś poświęcić mu osobny zapach… 

–  Baza jest klasycznie drzewna – kontynuował Michel – choć wcale nie typowo szyprowa. Zrezygnowałem z mchu dębowego i labdanum, bo to było by znów zbyt oczywiste i wtórne. Zamiast tego paczulę, bez której nie wyobrażałam sobie zmysłowych perfum,  połączyłem z wetywerią, co przydało całości drzewnej treści, ale ich przesadną kwaśność złagodziłem kremowym sandałowcem. Tę kremową nutę wzmocniłem za pomocą wanilii.  Starałem się z nią nie przesadzać, by nie popaść w orientalne klisze i nie wejść na tereny Shalimar… I chyba mi się udało, mimo że do końca nie jestem pewien, czy jest jej wystarczająco. Typowy dylemat perfumiarza… W każdym razie, indywidualnie nie sposób jej poczuć, jednak gra niezwykle ważną rolę w całości. Aha, jeszcze cedr… Jest genialnym budulcem, niczym drewniane rusztowanie. Stabilizuje całość, tak że zapach płynie gładko, nie drga. Lubię go używać niemal na równi z paczulą.  Ale przyznam ci się, że magicznym dodatkiem, który nadał całości życia, okazał się octanal. Dziś na to wpadłem i to była eureka. Przez większość czasu dominuje w tym zapachu mieszanka pomarańczy, geranium, róży i przypraw, która kojarzy mi się z okresem świątecznym. Przyprawy grają tu ważną, ale nie najważniejszą rolę. Róża owszem jest istotna, ale poprzez geranium przechyliłem ją w bardziej zieloną niż czerwoną stronę, jeżeli wiesz, o czym mówię…

– Jasne. Rozumiem to doskonale. To jednak nietypowe podejście, nowatorskie. Przez to zapach nie jest – mam wrażenie – ewidentnie kobiecy…. Podoba mi się…  Te perfumy nie mogą skończyć w szufladzie. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie ujawnił ich światu, Michel, naprawdę. Powiem ci coś jeszcze, ale nie gniewaj się… Czuję w nich styl Edmonda przefiltrowany przez twój talent i warsztat. Ta taki neoklasyczny szypr, jednak bardzo w stylu Roudnitski…

– Tak się przecież nazywam Frederic, prawda? Jego krew płynie w moich żyłach, to i może nosy mamy podobne?

Roześmieli się obaj głośno. Frederic podniósł się z sofy, chwycił torbę i skierował się do wyjścia.

– Dziękuję, Michel. To jest wielka rzecz, naprawdę. Odezwę się wkrótce co do dalszego ciągu. Prześlę ci też moje wrażenia z testów.  

– To ja dziękuję Frederic! Czekam na twój feedback.

– Jeszcze jedno. Masz już może jakąś nazwę? 

– Myślałem o „Epice Noir”…

 – To może „Noir Epices”?

– Jak najbardziej, może  być.

– Świetnie. Trzymaj się zatem. Pozostajemy w kontakcie – powiedział Frederic i zniknął za drzwiami.

Dwa tygodnie później Michel znalazł w swojej skrzynce e-mailowej taki oto list:

„Witaj Michel,

nie myliłem się co do Noir Epices. Są fenomenalne. Dziś nie robi się już takich perfum, przynajmniej w celach komercyjnych. Nosiłem je przez dwa tygodnie dzień w dzień i mam tylko jedną drobną uwagę – czuję, że warto by nieco zwiększyć udział wanilii, by jeszcze lepiej ułożyć i pogłębić zapach w jego końcowej fazie. Poza tym nic bym nie zmieniał. Jeżeli się zgadzasz, podeślij mi nową próbkę wraz z recepturą. Chcę, by Noir Epices był jednym z pierwszych zapachów opublikowanych w ramach Editions de Parfums.

PS. Odwiedziła mnie ostatnio w pracowni Catherine Deneuve. Zaprezentowałem jej twój zapach. Była absolutnie zachwycona. Błagała wręcz o flakon. Darowałem jej kilka ml i obiecałem, że jak tylko wystartujemy z produkcją, dostanie w prezencie flakon. Wiem, że komponując Noir Epices myślałeś o brunetce, ale – jak widać – jego przeznaczenie było zgoła odmienne!

Pozdrawiam

Frederic”

michel-roudnitskafmalle2

PS. Wszelkie podobieństwo wydarzeń i postaci jest tu nieprzypadkowe. Jest sporo faktów oraz odrobina fikcji.

malle-noir-epices

nuty głowy: pomarańcza, róża, geranium

nuty serca : gałka muszkatołowa, cynamon, pieprz, goździk

nuty bazy: drewno sandałowe, wetyweria, paczula, cedr, wanilia

perfumiarz:  Michel Roudnitska

rok premiery: 1999

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 5,0 / projekcja: 5,0/ trwałość: 5,0

Parfums de Marly: „Herod”, „Galloway” i „Oajan”.

Od dawna już przymierzałem się do umieszczenia wpisu na temat wybranych męskich pachnideł Parfums de Marly. W tym celu z koszyka z napisem Men-Unisex Fragrances wylosowałem trzy, poddałem je testom, a wyniki opisałem poniżej, porządkując recenzje wg mojej subiektywnej oceny atrakcyjności poszczególnych zapachów. Najlepsze więc umieściłem jako ostatnie… Zanim jednak o zapachach, kilka słów wstępu.

Parfums de Marly pierwsze perfumy zaprezentowało w 2009 roku. Od tego czasu pachnąca oferta paryskiego domu urosła do ponad dwudziestu pozycji, których nazwy pochodzą od imion koni wyścigowych hodowanych z pasją przez Ludwika XV. Wizerunki koni – inspirowanych sławną paryską rzeźbą The Marly Horses, wykonaną w 1743 roku przez Guillaume Coustou właśnie na zlecenie Ludwika XV – znajdują się na każdym flakonie Parfums de Marly. Marka stworzyła więc sobie historyczno-hippiczną otoczkę, na której wolałbym się jednak tu nie koncentrować. Warto natomiast dodać,  że lista płac Parfums de Marly zawiera same  znane nazwiska perfumiarskie, mi.in: Michele Saramito, Olivier Pescheux, Jacques Flori,  Sidonie Lancesseur, Nathalie Lorson czy Fabrice Pellegrin, które mogą, choć nie muszą, gwarantować co najmniej solidnego poziomu perfum.

marly-horses
The Marly Horses

Herod to słodkawe, waniliowo-cynamonowe pachnidło z deklarowaną, aczkolwiek prawie niemożliwą do wykrycia nutą tytoniu. Zapach jest trochę w stylu Tobacco Vanille, ale nie jest tak wyrazisty, jak bestseller Toma Forda. Herod jest mniej ciekawy, a już na pewno mniej spektakularny. Początek pachnie jak tytoń aromatyzowany śliwką. Owocowa nutka szybko jednak cichnie i – choć jeszcze przez jakiś czas obecna – zdominowana zostaje słodkim aromatem cynamonu. Zapach staje się więc przede wszystkim słodki, a przy tym jednowymiarowy. Nie czynię z tego zarzutu, bo czasem właśnie dobrze jest, gdy pachnidło nie wykonuje żadnych nieprzewidzianych wolt, tylko pachnie długo, konkretnie i na temat. I tak jest w przypadku Heroda, który kończy dość nijaka waniliowa baza. Trochę szkoda, że nie czuję tu tytoniu. Mógłby dodać całości charakteru. A tak mamy oto zupełnie poprawne, ale mało porywające męskie pachnidło., które ma poważną konkurencję.

pdm-herod

nuty głowy: cynamon, drewno pieprzowe

nuty serca : osmantus, tytoń, labdanum, kadzidło

nuty bazy: wanilia, cedr, wetyweria, paczula, iso e super, cypriol, piżmo

perfumiarz:  Olivier Pescheux

rok premiery: 2012

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0 / oryginalność: 2,0 / projekcja: 3,5 / trwałość: 4

 

Galloway to zdecydowanie świeższy, ale i także ciekawszy zapach, w którym początkowo, prócz delikatnego pieprzu, czuję sporą dawkę białych piżm, z gatunku tych przypominających woń rozgrzanego żelazka (jeżeli można tak to określić). Dość szybko miejsce pieprzu zajmuje detergentowy akord z wiodąca nutą kwiatu pomarańczy, spod którego emituje syntetyczna ambrowo-piżmowa baza. Ten etap kojarzy mi się z Fierce A&F, aczkolwiek… ta mieszanka aromatu detergentowej świeżości z potężna dawką białych piżm i molekuł ambro-podobnych (podejrzewam głównie Ambroxan) skutkuje owszem miłym dla nosa, aczkolwiek miałkim i bardzo banalnym aromatem, przy który nawet wspomniany Fierce wypada – moim daniem – po prostu lepiej. Z czasem woń ta zmienia się, tracąc nutę kwiatu pomarańczy i staje się coraz bardziej syntetycznie ambrowo-piżmowa, a na samym końcu nawet sucho-drzewna. Nie wiem, jaki składnik gra tu kluczową rolę (coś „cedro-podobnego”?), ale finisz Galloway jest po prostu sucho-rdzewny i więcej niż trwały. Na skórze potrafi się odezwać, gdy już sądzimy, że Galloway zupełnie przestał pachnieć, a na papierku testowym siedzi – i to całkiem głośno – przez kilka dni!

Galloway to taki „biuro-przyjazny” męski crowd pleaser o mainstreamowej jakości i grzecznej mocy. Jeśli zabrzmiało to pejoratywnie, to nie było to moim zamiarem. Po prostu warto wiedzieć, że sięgając po Galloway dostaniemy dobre, bezpieczne, przyjemne i zmieniające się w czasie męskie pachnidło, w którym jest i detergentowa nuta świeżo upranej (i nawet wyprasowanej) koszuli, ostrożnie użyty kwiat pomarańczy i mocny, męski drzewny finisz. Ale nic ponad to. Średnio.

Internetowi entuzjaści przyrównują Galloway do bardzo przez nich cenionego Lalique White. Niestety, nie mogę potwierdzić, ani też zaprzeczyć temu porównaniu, gdyż (wstyd!) dotąd nie poznałem Lalique White! Czas pewnie nadrobić tę zaległość, choć to nie jedyna…

parfums-de-marly-galloway

nuty głowy:  cytrusy, pieprz

nuty serca : irys, kwiat pomarańczy

nuty bazy: ambra, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2014

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / oryginalność: 3,0 / projekcja: 4 / trwałość: 4,5

 

Oajan należy do bardziej ekskluzywnego cyklu Arabian Breed Collection. To pachnidło z gatunku słodko-przyprawowych, w którym nutę cynamonu połączono z miodem, benzoesem, labdanum, ambrą, paczulą i wanilią w jedną naprawdę sporej urody całość. Spokojnie można go nazwać ulepszoną wersją Heroda, z mniejszą dawką wanilii, a większą – cynamonu i poprawionymi „parametrami użytkowymi”. Bardzo ważną rolę odgrywa też z umiarem zadozowana tonka, przydająca całości kulinarnej zmysłowości. Zapach idealnie nadaje się na zimne pory roku, pięknie otula, wręcz ogrzewa i jest bardzo przyjazny, a jednocześnie zdecydowany. Choć jego temat rzeczywiście wydaje się być znajomy, to obiektywnie muszę przyznać, że jakość i parametry Oajan nie pozostawiają nic do życzenia i wyróżniają się mocno na plus w porównaniu do Heroda czy Gallowaya. Zapach jest trwały i mocny, przyjemnie snuje się za noszącym. Nosi się go z dużą przyjemnością.

Co przypomina mi Oajan? A choćby Odin Semma oraz klasyczne już Burberry London for Men. Oczywiście wiem, że oba zawierają nutę tytoniu, której w Oajan nie ma (ani w opisie, ani w tym, co czuję), lecz mi to zupełnie nie przeszkadza. Co więcej, zapach Parfums de Marly wypada pośród nich najlepiej. To także zdecydowanie najlepszy z prezentowanej w tym wpisie trójki. Pozwala domniemać, że także i pozostałe zapachy z kolekcji Arabian Breed prezentują się równie solidnie.

 

pdm-oajan

nuty głowy: cynamon, miód, osmantus

nuty serca : bylica, benzoes, labdanum, szara ambra

nuty bazy: tonka, paczula, wanilia, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / oryginalność: 2,0 / projekcja: 4,5 / trwałość: 4,5

 

Jak podsumować opisane wyżej męskie zapachy Parfums de Marly? Nie jest to z pewnością perfumeria niszowa. Nie są to też pachnidła „górnych lotów”. Bezpieczne, bezpretensjonalne, łatwe w noszeniu i przyjazne dla otoczenia, ładne, ale… bardzo wtórne. No i jeszcze ta dęta i pretensjonalna „historia marki”, która moim zdaniem wcale jej nie pomaga… Chyba, że jako wabik dla niezorientowanych klientów z grubym portfelem. Właśnie. Portfel. Wg mnie Parfums de Marly „boksuje powyżej swojej wagi”. Także w kwestii ceny, która w stosunku do treści i jakości wydaje się być zbyt wygórowana. Na tej półce cenowej z pewnością znajdziemy dziesiątki lepszych pachnideł. Wystarczy poszukać…

 

Oud w mainstreamie (2) – Ralph Lauren „Polo Supreme Oud”

Niemal 40 lat po premierze słynnego Polo Ralpha Laurena ten sam perfumiarz – Carlos Benaim – podążając za wciąż aktualnym trendem oudowym skomponował nowy zapach dla tej marki – Polo Supreme Oud.  Nie pachnie on wszakże oudem w żadnym momencie, ale nie jest przecież w tym odosobniony. Jest natomiast bardzo solidnym zapachem przyprawowo-drzewnym (z naciskiem na to pierwsze), który oud traktuje nie tyle jako konkretny składnik, ile jako olfaktoryczną konwencję. Oto niby-arabska woń, która ma zgoła odmienny (czyt. mniej drzewny a bardziej przyprawowy) charakter od ostatnio opisanego Hugo Boss Bottled Oud, częściowo nawiązująca do bardzo na tamtejszym rynku popularnego Black Afgano Nasomatto, zbliżona też do zapachów typu Kabul Aoud Montale czy Rumz Al Rasasi Pour Lui, częściowo zaś korzystająca z dobrodziejstw współczesnych molekuł przyprawowych i drzewnych. Carlos Benaim nie skopiował żadnego z nich, ale – świadomie lub nie – do nich nawiązał.

 

carlos-benaim
Carlos Benaim

„Afgański” początek Supreme Oud to mocna i zdecydowana mieszanka aromatu goryczki, przypraw i kawy. To akord, który – nie mam wątpliwości – skojarzy się każdemu, kto zna kultowe dzieło Alessandro Gualtieriego. Z czasem podobieństwa jednak stopniowo zanikają i ustępują właściwej treści Supreme Oud – odsłaniając zdecydowanie więcej oryginalności. Robi się pikantnie i drzewnie (cynamon plus gwajak), nieco także sucho. Cynamon czuć dość mocno. Wibruje, wierci w nozdrzach, pachnie nieco szorstko i tajemniczo. Finalny akord, który długo siedzi na skórze, to dość charakterystyczna dla współczesnej perfumerii mainstreamowej woń ambrowo-drzewna. Fakt, że na tym etapie zapach jest najmniej oryginalny, nie zmienia mojej solidnej jego oceny.

Supreme Oud to więcej niż dobre pachnidło, w sumie całkiem oryginalne, wyraziste i intrygujące, kompetentnie skomponowane po to, by dobrze się je nosiło także tym, którzy niekoniecznie gustują w typowo arabskich, mocnych i często „poniewierających” aromatach.  Kilka dni z nim spędzonych utwierdziły mnie w przekonaniu, że to pozycja to zdecydowanie warta odnotowania, szczególnie że marka Ralph Lauren w ostatnich latach raczej nie może poszczycić się niczym równie interesującym, gdy chodzi o pachnidła przeznaczone dla mężczyzn. Zapach ma solidną, ponad dziesięciogodzinna trwałość i „cywilizowaną” (choć trochę za bardzo, jak na moje gusta) projekcję. Ze względu na gęsty orientalny charakter wydaje się pasować bardziej do okazji wieczorowych, aczkolwiek przy odrobinie odwagi zda także egzamin jako tzw. „perfumy do biura”, jak lubię określać te pachnidła, w których sam dobrze czuje się na co dzień w pracy.

Ode mnie dla Supreme Oud mocna czwórka z wychyłem w kierunku 4+.

 

ralph_lauren_polo_supreme_oud

główne nuty: różowy pieprz, cynamon, oud, wetiwer, gwajak

rok premiery: 2015

perfumiarz: Carlos Benaim

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Oud w mainstreamie (1) – Boss Bottled Oud

Moda na perfumy oudowe trwa w najlepsze i zatacza coraz szersze kręgi. Czy więc jesteśmy świadkami powstania nowej grupy zapachowej – obok perfum kwiatowych, orientalnych, ambrowych, drzewnych, fougere, szyprów itd.? Ktoś powie – ale przecież oud to drewno. Czyli zapach z oudem to perfumy drzewne. Cóż – niezupełnie. Naturalny oud to faktycznie drewno, tyle że wiele setek lat wcześniej zainfekowane przez grzyb. Esencja z niego pachnie na tyle wielowymiarowo, że określenie jej jako wyłącznie drzewnej byłoby niepełne. W naturalnym oudzie znajdziemy owszem akcenty drzewne, ale równie ważną rolę odgrywają aromaty zwierzęce, dymne, skórzane. Moda na oud przyczynia się do powstania odrębnej perfumowej rodziny podobnie, jak niegdyś ambra – oryginalnie pochodzenia zwierzęcego – poprzez jej imitowanie przy pomocy innych składników (np. połączenie labdanum, wanilii, i benzoesu) – zainicjowała powstanie rodziny zapachów ambrowych, w których prawdziwą naturalna ambrę odnajdziemy niezmiernie rzadko.

oud-burning

Chociaż oud w perfumach spopularyzowały na zachodzie przede wszystkim marki niszowe, to dziś tego typu pachnidła oferuje coraz więcej marek z tzw. mainstreamu. Co ciekawe, można wśród nich trafić na naprawdę udane zapachy. Choćby opisany niegdyś przeze mnie Versace Oud Noir skomponowany przez Alberto Morillasa. Do tej grupy należą także perfumy, którym poświęcę trzy kolejne odcinki tego mini-cyklu. Dwa z nich opublikowały znane designerskie brandy, a jedno wypuściła marka znana chyba tylko wąskiej grupce perfumowych entuzjastów… Ale o nim w ostatnim odcinku. Zacznijmy więc od jednego z wielkich graczy na rynku perfum…

 

Boss Bottled Oud

Z tym zapachem wiąże się pewna krótka historyjka. Otóż około rok temu wychodząc z jednej z perfumerii sieciowych poczułem mimochodem intrygującą woń rozpyloną w powietrzu. Sprzedawczyni prezentowała jakiejś parze klientów nowy zapach Bossa o nazwie – jak usłyszałem – Bottled Oud. Mój nos poczuł wszelako coś, co pozostawało w głębokiej sprzeczności z moim wyobrażeniem na temat pachnideł tej marki. Wielkie nieba! To pachniało doprawdy świetnie! Ze względu na pośpiech, nie cofnąłem się jednak, by samemu przetestować. Zapamiętałem jednak, że muszę koniecznie poznać ten zapach przy najbliższej okazji. I oto (dopiero) rok później testuję Boss Bottled Oud i doznaję przyjemnego deja vu. Mój nos mnie nie zawiódł. To doskonałe perfumy i to od pierwszej do ostatniej sekundy. Jestem naprawdę zbudowany. Nie dałem sześciu gwiazdek tylko dlatego, że tę ocenę postawiam dla dzieł wybitnych lub przełomowych, a Bottled Oud takim zapachem przecież nie jest. Jest natomiast dowodem na to, że marki mainstreamowe potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć nawet tak wybredny nos, jak mój. Szkoda tylko, że nigdzie nie mogę znaleźć informacji dotyczącej perfumiarza, który stworzył ten świetny zapach oraz osoby, która kierowała stworzeniem tego pachnidła,  bo ich imiona należałoby tu w chwale przywołać.

boss-bottled-oud

Akord rozpoczynający zapach należy z pewnością do kategorii przyciągających uwagę, przyjemnych i intrygujących, jest przy tym dość kompleksowy, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Aromat jest ewidentnie orientalny, quasi-arabski, ale jednocześnie wydaje się dziwnie znajomy. To akord zbudowany z części owocowej (jabłko i cytrusy) i przyprawowej (cynamon, szafran, goździk), który z jednej strony nawiązuje do klasycznej wersji Boss Bottled z 1998 roku autorstwa Annick Menardo (aż cztery składniki są tu wspólne), z drugiej – dzięki szafranowi i labdanum  – nabiera arabskiego charakteru oraz ciepła i głębi.  Cała reszta nut odpowiada za to, by dopisek Oud w nazwie nie był bezpodstawny. I zaręczam, że w tym przypadku nie jest. Akord oudowy jest tu wyjątkowo pięknie skomponowany. Ciepły, aksamitny, drzewny, odrobinę zwierzęcy, wysuszający się z czasem, by finiszować długotrwałą dymno-drzewną nutką cypriolu, która siedzi na skórze długie godziny.

Bottled Oud pachnie elegancko i nieco nonszalancko. Jest pięknie skomponowany i wg mnie zasługuje na wysokie noty. Polecam go nie tylko fanom oudu, ale także wszystkim mężczyznom poszukujący niebanalnego pachnidła wieczorowego. To moim zdaniem jedno ze zdecydowanie najlepszych designerskich pachnideł oudowych, jeżeli nie oudowych w ogóle.

bot_oud

nuty głowy: cytrusy, jabłko

nuty serca:  szafran, goździk, labdanum, cynamon

nuty bazy: drewno agarowe, drewno sandałowe, cypriol

perfumiarz: bd.

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

The Different Company (2) – coś dla koneserów, czyli Collection Excessive

Collection Excessive to ta część oferty The Different Company, którą marka adresuje do koneserów perfum.

Obecnie składa się ona z czterech zapachów skomponowanych przez Bertranda Duchaufoura. Wszystkie łączy niezwykła, oryginalna, niecodzienna estetyka, a także kompleksowość i wielowątkowość, z  których znany jest francuski perfumiarz. Mój faworyt z tej czwórki to bez wątpienia sucho-drzewny…

…Oud Shamash – to mieszanka tak wielu tak różnych ingrediencji, że aż trudno uwierzyć, iż całość pachnie bardzo spójnie i harmonijnie. Z początku czuć w nim mieszankę słodkich, orientalnych przypraw, różowego pieprzu i nutę rumu. Zaraz potem staje się lekko zielony i jednocześnie sucho-drzewny, prawdopodobnie za sprawą cypriolu (Nagarmotha, papirus). Baza jest przede wszystkim drzewna, a umieszczony w niej oud z Laosu jest tylko jednym z wielu elementów tej układanki i raczej nie ma szans na jego indywidualne „wykrycie” w olfaktorycznym spektrum tych perfum. Mimo złożoności zapach nie przytłacza, ma bardzo cywilizowane parametry i urzeka snującą się za noszącym dymno-drzewną, oryginalną nutą. Gdzieś w tle czuję echa Timbuktu L’Artisana, co prawdopodobnie wynika z zastosowania obu zapachach papirusu i nut drzewnych. Rekomenduję Oud Shamash wszystkim wielbicielom niebanalnych pachnideł drzewno-dymnych.

 

Oud Shamash

nuty głowy: esencja rumu, szafran, cynamon, różowy pieprz,  davana

nuty serca: róża damasceńska, papirus, jagody Saint Thomas

nuty bazy: oud z Laosu, paczula, absolut czystka, drewno sandałowe, szara ambra, nuty drzewne i suche, nuty skórzane, białe piżmo, wanilia, balsam Tolu

rok premiery: 2011

 

Oud for Love

Zupełnie odmienny od mojego faworyta Oud for Love reprezentuje gatunek pachnideł rozpoczynających się od mocno zaakcentowanych nut alkoholowych. W tym przypadku jest to doprawione kolendrą, szafranem i … kminem whisky. Pod spodem czai się misternie utkana balsamiczna, ociężała baza złożona z m.in. oudu, balsamu Tolu oraz hyraceum, o którym pisałem tu przy okazji recenzji niezwykłego pachnidła Montecristo Masque Milano. Niestety Oud for Love – być może w wyniku nagromadzenia zbyt dużej liczby ciężkich ingrediencji – okazuje się być – przynajmniej na mojej skórze – zapachem tyleż intrygującym, co bardzo blisko skórnym, niemal nieprojektującym. Osiada na skórze i – zdumiewające – praktycznie nie daje o sobie znać. Nie tego oczekuję po perfumach, w związku z czym Oud for Love niestety nie zyskał mojej sympatii. Czuć w nim zmęczenie materiału, znużenie perfumiarza i brak pomysłu, jak wprawić tę mieszankę w ruch. Nic mnie w Oud for Love nie przekonuje. No może poza ładną nazwą…

Oud for Love

nuty głowy: aldehydy, whisky, kolendra, szafran, kmin

nuty serca: tuberoza, drewno sandałowe, ylang ylang, irys, goździk

nuty bazy: oud z Laosu, absolut nieśmiertelnika, wetiwer, paczula, piżmo, ambra, cestrum, hyraceum, heliotrop, nuty karmelowe, balsam Tolu

rok premiery: 2011

 

bertrand-duchaufour 2
Bertrand Duchaufour (foto: http://www.cosmopolitan.de)

 

Aurore Nomade

Ten zapach to mieszanina kontrastowych ingrediencji od pierwszych sekund przykuwająca uwagę oryginalnym, ale i dość kontrowersyjnym charakterem. Nie dla każdego bowiem zestawienie lekko sfermentowanych nut owocowych z nutą morską i rumem będzie możliwe do zaakceptowania. Osobiście muszę przyznać, że jest to jedno z najbardziej niecodziennych i szokujących akordów głowy, jakie miałem okazję poznać. Troszkę chwilami ocierające się o woń farby i zmywacza do paznokci. Ale ów dziwny wstęp – jak to zwykle – dość szybko znika zostawiając miejsce dla abstrakcyjnego w swej złożoności serca zapachu. Czegóż tu nie ma! Goździk i gałka muszkatołowa zmiksowane z nutami kwiatowymi, dodatkowo podkręconymi indolem.Przedziwnie to pachnie, choć głównie jednak przyprawowo-słodko-drzewnie, zanim finiszuje ambrowo-drzewną, ciepłą bazą. Oto Duchaufour „okresu kulinarno-orientalnego”. Niekonwencjonalny, poszukujący, lubujący się w bardzo niecodziennych kontrastach. Czasem wychodzi z tego dzieło genialne, czasem średnie, a czasem to kompletna porażka. Aurore Nomade należy do tej drugiej grupy. Zapach owszem ciekawy, ale jak dla mnie nieco zbyt dziwny, by go nosić…

Aurore Nomade

nuty głowy: kwiat bananowca, star fruit, cynamon, nuty morskie, esencja rumu, davana

nuty serca: ylang ylang, geranium, goździk, drzewo frangipani, gałka muszkatołowa, indol

nuty bazy: absolut nieśmiertelnika, drewno sandałowe, ambra, wanilia, piżmo

rok premiery: 2013

 

I miss Violet

Jak wieść niesie, Bertrand Duchaufour pracował nad tym zapachem przez 3 lata poszukując idealnej równowagi pomiędzy jego dwoma głównymi nutami. Przy pomocy I miss Violet perfumiarz reaktywował bowiem konwencję pachnidła kwiatowo-skórzanego (której kontynuacją jest zresztą najnowsze pachnidło TDC Adjatay Cuir Narcotique). Jako motyw przewodni, wyczuwalny praktycznie przez cały czas trwania zapachu na skórze, posłużył mu fiołek, a konkretnie fiołkowy absolut, który umieścił na skórzanym tle. Fiołek i skóra? Skądś to znamy? Owszem. Genialny Fahrenheit Diora zdaje się być tego najbardziej znanym przykładem. Ale I miss Violet to inne ujęcie zarówno fiołka jak i skóry. Przede wszystkim dużo bardziej zharmonizowane, gładkie, dopieszczone. Nie tak buńczuczne i wyraziste jak dzieło Jean-Louisa Sieuzaca. Współczesne – mimo retro inspiracji. Wyróżnia się w Collection Excessive czytelnością i ewidentnym charakterem. Ale jest też w nim pewna nostalgia za pachnidłami przeszłości. Zaraz pod Oud Shamash to moim zdaniem najlepszy zapach tej kolekcji The Different Company. Zdecydowanie wart poznania.

 

I miss Violet

nuty głowy: liście fiołka, bazylia, mandarynka, ziarna ketmii piżmowej, szampan, gałka muszkatołowa

nuty serca: osmantus, fiołek, irys, cyklamen, mimoza, nuta ozonowa

nuty bazy: skóra, mahoń, wanilia, piżma, szara ambra

rok premiery: 2015

O’Driu – „Peety” – perfumowy happening

W światku perfumiarzy niszowych znajdziemy postacie bardzo różnego typu – hipisowskich luzaków (Mark Buxton), bezpretensjonalnych intelektualistów (Andy Tauer), elokwentnych i natchnionych artystów (Bertand Duchaufour), zadufanych w sobie narcystycznych gwiazdorów (Geza Schoen), dandysów (Olivier Creed, Pierre Guillaume), a także absolutnych ekscentryków (Alessandro Gualtieri). Do tej ostatniej grupy należy Angelo Orazio Pregoni, twórca marki O’Driu, włoski happener, poeta i perfumiarz, który postanowił zaistnieć w świecie perfum łącząc swoje zdolności. Postawił przede wszystkim na happening i kontrowersję.

AngeloPregoni_
Angelo Orazio Pregoni

Jego instalacje oraz występy podczas ostatnich targów Esxence, podczas których m.in. wraz z kolegą prezentowali perfumy Peety przelane do flakonów po Chanel No.5, które na tę specjalną okazję przechrzcili na Pi-Scianel No. 1 i Pi-Scianel No. 2 oraz zgodnie obwieścili ich wartość 10 000 EUR za sztukę, wzbudzały zarówno ogromne zainteresowanie, jak i kontrowersje (nota bene oba flakony zostały dość szybko ze stoiska O’Driu ukaradzione, co jak się później okazało, było ciągiem dalszym happeningu). Te oraz inne zabiegi jak widać okazały się skuteczne. O O’Driu jest coraz głośniej. Także i ja zwróciłem uwagę na tę markę i zaintrygowany zaopatrzyłem się w zestaw próbek czterech głównych pachnideł: Peety, Eva Kant, Satyricon i Pathetique. Wbrew pewnym obawom co do zawartości bardzo oryginalnych flakonów i co do tego, czy aby O’Driu nie jest jednym wielkim perfumowym żartem, zapachy Pregoniego okazały warte uwagi, ciekawe, unikatowe i stylistycznie ewidentnie niszowe. Dziś moje wrażenia na temat pierwszego z nich – Peety. Wkrótce recenzje pozostałych.

MISE EN ABYME

Peety

Pregoni traktuje Peety jako su-misura, czyli perfumy przeznaczone do zindywidualizowania. Na wstępie należy się kilka słów wyjaśnienia. Otóż flakon tych perfum zawiera 49 ml cieczy. Brakuje 1 ml do pełnych 50 ml, a to dlatego, że autor sugeruje nabywcom, by uzupełnili butlę Peety kilkoma kroplami własnego… moczu, tak by zapach nabrał indywidualnego charakteru… Zaiste oryginalny i szokujący to pomysł, szczególnie, że Peety same w sobie są pełnoprawnym i całkiem dobrym pachnidłem. Ja w każdym razie testowałem zapach bez żadnych „dodatków” i oto, co stwierdziłem.

Otwarcie jest mocne, gęste, intrygujące. Najpierw rzuca się do nozdrzy niesiony różowym pieprzem duet róży i jaśminu, rozjaśniony nieco cytrusami. W tle majaczy cynamon i nuta tytoniu. Składniki niby tradycyjne, ale wykonanie jest nieco szorstkie, niszowe. Na tym etapie przypomina mi się styl Andy’ego Tauera, w szczególności jego przepiękne Une Rose Chypree, tyle że Peety jest mimo wszystko mniej esencjonalne (perfumy Tauera to najmocniejsze zapachy, jakie kiedykolwiek poznałem). Serce Peety to kontynuacja akordu kwiatowego, który jednak w dużej części przykryty został wspomnianym tytoniem i pylistym cynamonem. Także na tym etapie nie umiem uciec od skojarzeń z twórczością sympatycznego Szwajcara. Tym razem aromaty dochodzą z pustynnych terenów Maroka… Serce trwa kilkadziesiąt minut, po czym zapach wycisza się w kierunku ciepłej ambrowo-sandałowej, raczej oklepanej bazy. Baza to najsłabszy punkt tej interesującej mikstury. Peety ma bardzo dobry początek i ciekawe rozwinięcie, jednak zaskakująco szybko traci impet. Tak jakby czegoś mu brakowało… Czyżby jednak tego jednego, indywidualnego „składnika”?

ODRIU_Peety_adv

Peety jest owszem pachnidłem do pewnego stopnia oryginalnym, aczkolwiek zapachy podobne do niego z pewnością można odnaleźć, choć niemal wyłącznie w perfumowej niszy, która chętnie eksploruje temat tytoniu (tabac), który często łączony jest z cytrusami, cynamonem, drewnem sandałowym i wanilią (np. wspomniane L’Air du Desert Marocain Andy’ego Tauera, Sonoma Scent Studio Tabac Aurea, Chopard Oud Malaki, Odin Semma, Phaedon Tabac Rouge, Diptyque Volutes, Jovoy Les Jeux sont Faits). Czym więc Peety się wyróżnia? Dość surowym charakterem i specyficznym, nieco fizjologicznym tłem – nutą obecną na skórze niemal przez cały czas. Mimo tego, a także ekscentrycznego autora i takiej też marketingowej otoczki, Peety sam w sobie nie zasługuje na miano awangardowego, choć jest z pewnością dobrym pachnideł niszowym, które może spodobać się koneserom tematu. Pisząc to wszytsko muszę jednak dodać, że moim zdaniem Peety jest najbardziej happeningowym i jednocześnie najmniej interesującym pachnidłem w ofercie O’Driu. Pozostałe przedstawiają się dużo ciekawiej. Ale to już temat na osobny wpis…

odriu peety

nuty głowy: gorzka pomarańcza, mandarynka, różowy pieprz

nuty serca: róża, jaśmin, tytoń, porosty, cynamon

nuty bazy: ambra, paczula, drewno sandałowe, tonka

twórca: Angelo Orazio Pregoni

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: dobry
  • projekcja: początkowo dobra, po 30 minutach średnia, po 2 godzinach słaba
  • trwałość: 6 h

Andy Tauer „Phi – Une Rose de Kandahar”

Phi to drugie obok Zeta pachnidło o wyjątkowym statusie (Collectible) pośród niezwykłej przecież zapachowej oferty Andy Tauera. Jak wyjaśnia sam autor, do stworzenia Une Rose de Kandahar zainspirował go naturalny różany ekstrakt produkowany w Nangarhar – znanym z uprawy róż regionie Afganistanu. Ekstrakt ten jest unikatowy i charakteryzuje się najwyższą jakością. Jego dostępność jest jednak bardzo ograniczona, stąd Andy uprzedza, że Phi (podobnie jak pachnąca kwiatem lipy Zeta) są siłą rzeczy edycją limitowaną i ich obecność w ofercie nie jest bezterminowa.  I choć oczywiście dodaje to specjalnej, ekskluzywnej aury, to przyznać trzeba, że Une Rose de Kandahar i bez tego świetnie się broni, jest bowiem pachnidłem iście tauerowsko ślicznym, przejmującym, choć… wcale nie wyłącznie różanym. To nawet dobrze, bo Szwajcar ma już przecież w swym portfolio dwa bardzo udane perfumy z różaną dominantą (przypomnę: Une Rose Chypree i Une Rose Vermeille).

Tauer-working-in-factory-500
Andy Tauer w swej pracowni

Otwarcie zapachu jest bardzo w stylu Andy’ego – mocne, bogate, niemal obezwładniające intensywnością i naturalnym pięknem. Z początku zanim zapach osiądzie na skórze, jego nuty wibrują i zmieniają się niczym w olfaktorycznym kalejdoskopie. Na pierwszym planie mamy cynamon i naturalne geranium (ależ cudne!) podlane odświeżającym shotem bergamotki. Z tyłu czai się już tytułowa róża, która jest jednak tyleż urocza, co przytłoczona – najpierw przez wspomniane geranium, później przez przejmującą dowodzenie wyrazistą, miodową nutę tytoniu, którą dość schematycznie (nie znaczy to, że nieładnie) Andy sparował tu z marcepanową tonką. Obecny słodkawy tytoń nie ma jednak nic wspólnego z wyrazistą i nieco szorstką wonią zawartą w niedawno opisywanym przez mnie Amouage Journey Man. Całość pachnie raczej w klimacie – uwaga – Tobacco Vanille Toma Forda, gdyby dodać do niego geranium, różany absolut i uczynić go naturalniejszym. Róża z Nangarhar pozornie nieobecna, wciąż jednak tkwi na skórze i ujawnia się od czasu do czasu pod wpływem chwilowego podniesienia ciepłoty skóry. Towarzyszy jej z umiarem użyta paczula, niemal nieodłączny towarzysz królewskiego kwiatu w klasycznych perfumowych formułach, a nieco męskiej drzewności przydaje wetiwer. Phi finiszuje ciepłym, pluszowym, odrobinę kulinarnym i odrobinę „zwierzęcym” (ulubione przez perfumiarza ambergris) akordem waniliowo-tonkowo-ambrowo-piżmowym. Gdzieś kiedyś nazwałem go „tauerade” (na wzór Guerlainowskiej „guerlinade”). Jest bowiem swoistym podpisem perfumiarza, jego sygnaturową wonią, akordem który spotkamy w wielu innych jego kompozycjach, a który różnić się będzie proporcjami poszczególnych składników lub ich pochodzeniem, natomiast jego woń będzie zawsze podobna i będzie stanowić niemal nieodzowny element zapachowej układanki, charakterystyczną kanwę.

afgan rose

Swoją drogą nazwa tego pachnidła może być nieco myląca. O ile bowiem poprzednie dwa zapachy różane Tauera (Une Rose Chypree i Une Rose Vermeille) nie pozostawiają wątpliwości, co jest w nich dominantą, o tyle w przypadku Phi mamy do czynienia raczej z uwypukleniem faktu zastosowania w kompozycji rzadkiej esencji z róży pochodzącej z Afganistanu (obok użytej tu także i powszechnej w perfumach róży bułgarskiej), aniżeli potwierdzeniem dominującej nuty.

Rose de Kandahar ma klasyczną konstrukcję i wyraźnie ewoluuje na skórze. Ładnie projektuje i ma solidną, ponad 10-cio godzinną trwałość. Przyznam też, że jak na standardy Tauera, Phi jest całkiem współczesna i nie tak widowiskowo klasycyzująca, jak wiele poprzednich jego pachnideł. Ma przy tym zdecydowanie uniseksowy charakter.

Summa summarum śliczny to zapach. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że został stworzony z myślą o pięknie, harmonii i walorach artystycznych, nie zaś o słupkach sprzedaży. Andy Tauer potwierdza nim swój status artysty perfumiarza. Obcowanie z jego olfaktorycznymi dziełami to wciąż czysta przyjemność. Oby nigdy nie zmienił kursu.

tauer kandahar

nuty głowy: morela, cynamon, gorzki orzech, bergamotka

nuty serca: róża afgańska, róża bułgarska, geranium, absolut z liści tabaki

nuty głębi: paczula, wetiwer, wanilia, tonka, piżmo, szara ambra

twórca: Andy Tauer

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

  • zapach: dobry+
  • projekcja: dobra
  • trwałość: 10 h