Carner Barcelona „Black Collection” – czarno-złoty tercet

Black Collection to najnowsze trio perfumowe hiszpańskiej marki Carner Barcelona. Przepiękne flakony w charakterystycznym dla marki sześciennym kształcie mają tym razem czarno-złote barwy i – wraz z sugestywnymi spisami nut zapachowych – sugerują bogatą i orientalną stylistykę zawartych w nich pachnideł.

carner_barcelona_black_collection-small

Nowoczesny i zwarty styl, z jakiego znane są perfumy Sary Carner, został tu uwzględniony przez jednego z moich ulubionych perfumiarzy: Rodrigo Flores-Rouxa. Gdyby nie on, pewnie nie stałoby się to, co się stało…

A co się stało? O tym poniżej.

sara_carner___rodrigo_flores-1

Black Calamus – skąd znamy tę czerń?

Takie historie dzieją się w perfumerii niezmiernie rzadko. Oto zapach, który kochamy, uwielbiamy zostaje wycofany z produkcji. Po kilku (albo kilkunastu) latach, ni stąd, ni zowąd, ktoś inny wypuszcza zupełnie „nowe” pachnidło, które – ku naszej uciesze – okazuje się być naszym faworytem, tyle że w nowych, odmienionych szatach. Oczywiście pewne różnice są, ale nie na tyle duże, by nie móc powiedzieć o wyraźnym podobieństwie. Co więcej, okazuje się, że zarówno nasze nieodżałowane, jak i to „nowe” wyszło z pracowni tego samego perfumiarza… Tak było w przypadku Bentley For Men Absolute i kultowego Gucci Pour Homme (Michel Almairac). Tak jest też w przypadku Black Calamus i …. Black Cashmere Donny Karan (Rodrigo Flores-Roux). Chciałbym, by tak się kiedyś stało z Gucci Envy for Men (Daniela Andrier)…

black

Charakterystyczna i zapadająca w pamięć słodko-gorzka i odrobinę pikantna mieszanka nut przyprawowych i drzewnych oblanych żywicami i balsamami, uszlachetniona kadzidłem i oudem stanowi doskonałe uniseksowe, sygnaturowe pachnidło, które noszącemu dodaje przydaje smużki wykwintnej tajemniczości. Doskonałe zrównoważenie niebanalnych nut czyni z Black Calamus zapach z jednej strony znajomy i komfortowy, z drugiej – intrygujący. Łączy „noszalny” charakter z niebanalnym tematem. Jest mostem pomiędzy mainstreamem a perfumową niszą. To cecha, która zwykle charakteryzuje pachnidła o dużym potencjale komercyjnym. Melodia znana, ale zagrana w bardziej współczesny, lepiej zrealizowany i lepiej brzmiący sposób. To wspólna cecha wielu najlepszych pachnideł z linii Private Blend Toma Forda.

Świadomie lub nie Sara Carner wskrzesiła jeden z najwspanialszych zapachów wszech czasów. I chwała jej za to.

cb_black_calamus_flacon___packaging-male

główne nuty: kalamus, pieprz, kolendra, papirus, labdanum, czystek, osmantus, róża, wanilia, oud, kadzidło frankońskie, cade

Rose & Dragon – katalońska legenda

Zapach zainspirowawszy katalońską legendą o Świętym Jerzym, który uratował księżniczkę od strasznego smoka, zabijając go, rzecz jasna. Gdy przeszył go mieczem, ze smoczej krwi wyrósł krzew, który obsypał się czarnymi różami. To tak w skrócie. Rzeczywiście, gdy się wczytać w oficjalny spis nut, odnajdziemy w tym zapachu kilka elementów nawiązujących do tej legendy. Przede wszystkim dominująca mocna nuta różana, stworzona z esencji róży bułgarskiej i absolutu róży tureckiej. Ciemnego zabarwienia nadają jej nuty balsamiczne i żywiczne: labdanum z Andaluzji i kadzidło. Wyczuwalny w towarzystwie róży kmin oraz budujące bazę kastoreum symbolizują smocze cielsko, podczas gdy szafran, najcenniejsza z przypraw oraz dzika truskawka nawiązują do (prawdopodobnie) pięknej księżniczki. Całości zapachu dopełnia oryginalna nuta miodu Manuka, liść cynamonu, skóra i ambra.

Rose & Dragon to tajemnicza, orientalna, czarna róża, doprawiona kminem i szafranem, posadowiona na skórzanej bazie.

Z punktu widzenia kompozycji i składników oraz charakteru zapachu Rose & Dragon nie jest niczym nowym ani oryginalnym w perfumerii. Jakiś czas temu opisywałem Indonesian Oud E. Zegna, w którym podobne nuty połączono w podobny zapach. Róża, szafran, ambra, paczula – te ingrediencje budują trzon tego typu orientalno-różanych woni. Poza intrygującym wstępem i pierwszymi trzema-czterema kwadransami, w którym róża pachnie niezwykle, zwierzęco (kmin) i zmysłowo w arabskim stylu (szafran), kompozycja Floresa-Roux nie wyróżnia się niestety niczym szczególnym, a przy tym brakuje jej parametrów. Po mniej więcej godzinie mości się blisko mojej skóry, staje się ociężała i jednowymiarowa. Jej finisz – mimo ogólnej trwałości zapachu – jest raczej nijaki. Zabrakło tu wykończenia. Zapach ma uwieść, ale później, niestety dość szybko, porzucić…

rose-_-dragon

główne nuty: szafran, kmin, dzika truskawka, liście cynamonu, róża bułgarska, róża turecka, miód Manuka, kadzidło frankońskie, kastoreum, skóra, labdanum, ambra

 

Sandor 70’s – pogoda barowa…

Poprzez Sandor ’70 Sara Carner przenosi nas do legendarnego barcelońskiego baru-klubu słynnego pod tą nazwą w latach 70-tych XX wieku, w którym aromat tytoniu mieszał się z wonią skórzanych kanap i foteli. Z pewnością tak właśnie tam było, jednak perfumowa interpretacja tego miejsca rozczarowuje. Mimo swej złożoności Sandor 70′ s osiada na mojej skórze jako monolit trochę zielony, trochę skórzany, trochę zwierzęcy (szałwia!), przez chwilę nieco bardziej tytoniowy, a później już tylko jednowymiarowo kadzidlany. Bo to nuta olibanum – i to rachityczna – wieńczy to dzieło. Zapach – poza pierwszą godziną – jest bardzo blisko-skórny i przyznam, że chyba najmniej ciekawy z całej trójki, więc doprawdy nie mam sensu się rozpisywać…

sandor

główne nuty: zamsz, bergamotka, jaśmin, osmantus, róża bułgarska, tytoń, szałwia, cedr, balsam Peru, wanilia, skóra, paczula, wetyweria, kadzidło frankońskie, mech dębu

Podsumowując moje wrażenia z testów pachnideł wchodzących w skład Black Collection tylko jedno z nich uważam za warte mojej uwagi i jest to Black Calamus. Do tego stopnia, że nie pogardziłbym własnym flakonem. Pozostałe dwa niestety nie dorównują mu ani treścią, ani charakterem, ani parametrami użytkowymi. Szkoda, bo przyznam, że te czarne flakony, spisy nut i składników wzbudziły we mnie spory apetyt…

Wiem, jestem wybredny.

Ale nie tylko ja…

PS. Perfumy Carner Barcelona dostępne są w warszawskiej perfumerii Quality Missala.

Parfums de Marly: „Herod”, „Galloway” i „Oajan”.

Od dawna już przymierzałem się do umieszczenia wpisu na temat wybranych męskich pachnideł Parfums de Marly. W tym celu z koszyka z napisem Men-Unisex Fragrances wylosowałem trzy, poddałem je testom, a wyniki opisałem poniżej, porządkując recenzje wg mojej subiektywnej oceny atrakcyjności poszczególnych zapachów. Najlepsze więc umieściłem jako ostatnie… Zanim jednak o zapachach, kilka słów wstępu.

Parfums de Marly pierwsze perfumy zaprezentowało w 2009 roku. Od tego czasu pachnąca oferta paryskiego domu urosła do ponad dwudziestu pozycji, których nazwy pochodzą od imion koni wyścigowych hodowanych z pasją przez Ludwika XV. Wizerunki koni – inspirowanych sławną paryską rzeźbą The Marly Horses, wykonaną w 1743 roku przez Guillaume Coustou właśnie na zlecenie Ludwika XV – znajdują się na każdym flakonie Parfums de Marly. Marka stworzyła więc sobie historyczno-hippiczną otoczkę, na której wolałbym się jednak tu nie koncentrować. Warto natomiast dodać,  że lista płac Parfums de Marly zawiera same  znane nazwiska perfumiarskie, mi.in: Michele Saramito, Olivier Pescheux, Jacques Flori,  Sidonie Lancesseur, Nathalie Lorson czy Fabrice Pellegrin, które mogą, choć nie muszą, gwarantować co najmniej solidnego poziomu perfum.

marly-horses
The Marly Horses

Herod to słodkawe, waniliowo-cynamonowe pachnidło z deklarowaną, aczkolwiek prawie niemożliwą do wykrycia nutą tytoniu. Zapach jest trochę w stylu Tobacco Vanille, ale nie jest tak wyrazisty, jak bestseller Toma Forda. Herod jest mniej ciekawy, a już na pewno mniej spektakularny. Początek pachnie jak tytoń aromatyzowany śliwką. Owocowa nutka szybko jednak cichnie i – choć jeszcze przez jakiś czas obecna – zdominowana zostaje słodkim aromatem cynamonu. Zapach staje się więc przede wszystkim słodki, a przy tym jednowymiarowy. Nie czynię z tego zarzutu, bo czasem właśnie dobrze jest, gdy pachnidło nie wykonuje żadnych nieprzewidzianych wolt, tylko pachnie długo, konkretnie i na temat. I tak jest w przypadku Heroda, który kończy dość nijaka waniliowa baza. Trochę szkoda, że nie czuję tu tytoniu. Mógłby dodać całości charakteru. A tak mamy oto zupełnie poprawne, ale mało porywające męskie pachnidło., które ma poważną konkurencję.

pdm-herod

nuty głowy: cynamon, drewno pieprzowe

nuty serca : osmantus, tytoń, labdanum, kadzidło

nuty bazy: wanilia, cedr, wetyweria, paczula, iso e super, cypriol, piżmo

perfumiarz:  Olivier Pescheux

rok premiery: 2012

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0 / oryginalność: 2,0 / projekcja: 3,5 / trwałość: 4

 

Galloway to zdecydowanie świeższy, ale i także ciekawszy zapach, w którym początkowo, prócz delikatnego pieprzu, czuję sporą dawkę białych piżm, z gatunku tych przypominających woń rozgrzanego żelazka (jeżeli można tak to określić). Dość szybko miejsce pieprzu zajmuje detergentowy akord z wiodąca nutą kwiatu pomarańczy, spod którego emituje syntetyczna ambrowo-piżmowa baza. Ten etap kojarzy mi się z Fierce A&F, aczkolwiek… ta mieszanka aromatu detergentowej świeżości z potężna dawką białych piżm i molekuł ambro-podobnych (podejrzewam głównie Ambroxan) skutkuje owszem miłym dla nosa, aczkolwiek miałkim i bardzo banalnym aromatem, przy który nawet wspomniany Fierce wypada – moim daniem – po prostu lepiej. Z czasem woń ta zmienia się, tracąc nutę kwiatu pomarańczy i staje się coraz bardziej syntetycznie ambrowo-piżmowa, a na samym końcu nawet sucho-drzewna. Nie wiem, jaki składnik gra tu kluczową rolę (coś „cedro-podobnego”?), ale finisz Galloway jest po prostu sucho-rdzewny i więcej niż trwały. Na skórze potrafi się odezwać, gdy już sądzimy, że Galloway zupełnie przestał pachnieć, a na papierku testowym siedzi – i to całkiem głośno – przez kilka dni!

Galloway to taki „biuro-przyjazny” męski crowd pleaser o mainstreamowej jakości i grzecznej mocy. Jeśli zabrzmiało to pejoratywnie, to nie było to moim zamiarem. Po prostu warto wiedzieć, że sięgając po Galloway dostaniemy dobre, bezpieczne, przyjemne i zmieniające się w czasie męskie pachnidło, w którym jest i detergentowa nuta świeżo upranej (i nawet wyprasowanej) koszuli, ostrożnie użyty kwiat pomarańczy i mocny, męski drzewny finisz. Ale nic ponad to. Średnio.

Internetowi entuzjaści przyrównują Galloway do bardzo przez nich cenionego Lalique White. Niestety, nie mogę potwierdzić, ani też zaprzeczyć temu porównaniu, gdyż (wstyd!) dotąd nie poznałem Lalique White! Czas pewnie nadrobić tę zaległość, choć to nie jedyna…

parfums-de-marly-galloway

nuty głowy:  cytrusy, pieprz

nuty serca : irys, kwiat pomarańczy

nuty bazy: ambra, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2014

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / oryginalność: 3,0 / projekcja: 4 / trwałość: 4,5

 

Oajan należy do bardziej ekskluzywnego cyklu Arabian Breed Collection. To pachnidło z gatunku słodko-przyprawowych, w którym nutę cynamonu połączono z miodem, benzoesem, labdanum, ambrą, paczulą i wanilią w jedną naprawdę sporej urody całość. Spokojnie można go nazwać ulepszoną wersją Heroda, z mniejszą dawką wanilii, a większą – cynamonu i poprawionymi „parametrami użytkowymi”. Bardzo ważną rolę odgrywa też z umiarem zadozowana tonka, przydająca całości kulinarnej zmysłowości. Zapach idealnie nadaje się na zimne pory roku, pięknie otula, wręcz ogrzewa i jest bardzo przyjazny, a jednocześnie zdecydowany. Choć jego temat rzeczywiście wydaje się być znajomy, to obiektywnie muszę przyznać, że jakość i parametry Oajan nie pozostawiają nic do życzenia i wyróżniają się mocno na plus w porównaniu do Heroda czy Gallowaya. Zapach jest trwały i mocny, przyjemnie snuje się za noszącym. Nosi się go z dużą przyjemnością.

Co przypomina mi Oajan? A choćby Odin Semma oraz klasyczne już Burberry London for Men. Oczywiście wiem, że oba zawierają nutę tytoniu, której w Oajan nie ma (ani w opisie, ani w tym, co czuję), lecz mi to zupełnie nie przeszkadza. Co więcej, zapach Parfums de Marly wypada pośród nich najlepiej. To także zdecydowanie najlepszy z prezentowanej w tym wpisie trójki. Pozwala domniemać, że także i pozostałe zapachy z kolekcji Arabian Breed prezentują się równie solidnie.

 

pdm-oajan

nuty głowy: cynamon, miód, osmantus

nuty serca : bylica, benzoes, labdanum, szara ambra

nuty bazy: tonka, paczula, wanilia, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / oryginalność: 2,0 / projekcja: 4,5 / trwałość: 4,5

 

Jak podsumować opisane wyżej męskie zapachy Parfums de Marly? Nie jest to z pewnością perfumeria niszowa. Nie są to też pachnidła „górnych lotów”. Bezpieczne, bezpretensjonalne, łatwe w noszeniu i przyjazne dla otoczenia, ładne, ale… bardzo wtórne. No i jeszcze ta dęta i pretensjonalna „historia marki”, która moim zdaniem wcale jej nie pomaga… Chyba, że jako wabik dla niezorientowanych klientów z grubym portfelem. Właśnie. Portfel. Wg mnie Parfums de Marly „boksuje powyżej swojej wagi”. Także w kwestii ceny, która w stosunku do treści i jakości wydaje się być zbyt wygórowana. Na tej półce cenowej z pewnością znajdziemy dziesiątki lepszych pachnideł. Wystarczy poszukać…

 

Amouage Myths – mityczne czy raczej sentymentalne?

Marka Amouage pod wodzą Christophera Chonga nie zwalania tempa. Dopiero co ukazał się piękny Opus X w ramach luksusowej serii Library Collection, a już mamy premierę kolejnej pary pachnideł w głównej linii marki. Myths to drugi po Journey tandem zapachów w ramach nowej olfaktorycznej opowieści o portretach życia, pisanej przez Chonga rękami i nosami współpracujących z nim perfumiarzy. Choć nie nadążam za wizjami tego twórcy, to jestem niemal bezkrytyczny wobec efektów olfaktorycznych i jego wkładu w rozwój marki Amouage. Myths potwierdzają, że nie schodzi ona poniżej bardzo wysokiego poziomu zarówno pod względem treści, jak i jakości zapachów. Oba pachnidła są po prostu doskonałe. Oba też wyraźnie czerpią z chwalebnej historii perfum, o czym więcej piszę poniżej.

christopher-chong-creative-director-amouage-perfumes

Myths Man

Męski Myths to dzieło kolektywu. Nad zapachem – prócz jak zwykle Christophera Chonga w roli kierującego całością  – pracowało aż troje perfumiarzy: Karine Vinchon (dla Amouage popełniła już Interlude Woman, Opus III oraz Memoir Man), Dorothée Piot (skomponował Memoir Woman) i Daniel Visentin (twórca Lyric Man). Widać więc, że choć tym razem Chong nie skorzystał z usług Pierre’a Negrina, który skomponował lub współtworzył kilka ostatnich pachnideł Amouage, to zlecił pracę perfumiarzom, którzy w przeszłości pracowali już dla niego i dobrze znali jego oczekiwania oraz profil zapachowy Amouage. Nie byli więc wybrani przypadkowo.

Efektem prac tego perfumowego dream-teamu jest pachnidło z jednej strony bardzo mocno tkwiące w estetyce, do jakiej przyzwyczaił nas Chong (obecny jest amuażowy, kadzidlano-żywiczno-przyprawowy styl), z drugiej zaś dość wyraźnie nawiązujące do męskich pachnideł lat 80-tych ubiegłego wieku, zanim jeszcze perfumerię opanowała moda na zapachy morskie, wodne i jakie tam jeszcze. A pamiętamy, że były to czasy, gdy mężczyźni pachnieli … bardzo męsko i bardzo mocno. Myths Man odgrzewa tamte emocje, odtwarza tamtą atmosferę, pozostając jedną nogą w arabskiej, luksusowej estetyce Amouage.

Obok genialnego, zielonego Interlude Man, oudowego Epic Man i tytoniowego Journey Man, Myths Man to chyba najbardziej ewidentnie męski z wszystkich zapachów tej marki. Oba zapachy dzielą nutę tytoniową, choć tu nie jest to opisane jako tytoń, a popiół. Ale szczerze mówiąc nie znajduję tu popiołowej nuty w typie Serge Noire Lutensa. Natomiast akord, jaki pojawia się na finiszu, i jaki trwa na skórze do końca, ma dla mnie ewidentnie tytoniowy charakter, kojarzący mi się z fantastyczną Havaną od Aramisa (szczególnie z tą w wersji pierwotnej). Ale to dopiero w ostatnim etapie zapachu. Wcześniej mamy typowo amuażowe, dość ostre orientalne otwarcie (z rzadko spotykanym akordem chryzantemy!), później drzewno-rumowe serce, na etapie którego sygnaturowy akord tytoniowo-ambrowy zaczyna się ujawniać.

Myths Man z pewnością mnie nie zawiódł, bo – jak to zwykle bywa u Chonga – ma on wszystkie cechy doskonałych perfum i jeszcze trochę. Poza tym to typowy Amouage. W tym przypadku określenie „typowy” ma jak najbardziej pozytywny wydźwięk. Jest tu zarówno mocna projekcja, jak i wielogodzinna trwałość, przy wyraźnej ewolucji na skórze. Nie wszyscy to lubią – wiem- ale ja – uwielbiam.

Zapach nosi naprawdę wybornie i na pewno prędzej czy później włączę go do swej kolekcji pełno-flakonowej, gdyż jest tego absolutnie wart. Mimo, że moja pierwsza ocena – zanim jeszcze poznałem go lepiej – była raczej sceptyczna. Po pierwszych testach bowiem oceniłem go jako wtórny, będący połączeniem Interlude i Journey. Ale – co u Amouage jest zasadą – potrzeba czasu, by odkryć wszystkie subtelności i elementy, które stanowią o bogactwie i pięknie perfum tej marki. Dokładnie tak samo jest z Myths Man.

Amouage Myths Man

nuty głowy: chryzantema, kłącze irysa

nuty serca: róża, rum, wetyweria, elemi

nuty bazy: labdanum, popiół, skóra

rok premiery: 2016

moja ocena: Karine Vinchon, Dorothée Piot, Daniel Visentin

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

Amouage Myths

Myths Woman

Damską wersję Myths Chong powierzył jednemu perfumiarzowi, ale za to jakiemu! Nathalie Lorson to obecnie jedna z wiodących perfumiarzy firmy Firmenich. Portfolio jej prac jest obezwładniająco obszerne, a znajdziemy pośród nich rzeczy absolutnie wybitne (np. Lalique Encre Noire, Autoportrait Olfactive Studio, zapachy dla Le Labo, Armani Cuir Noir, D&G Feminine,  Chopard Wish i całe mnóstwo perfum dla największych marek designerskich). Myths Woman jest jednak debiutem tej doświadczonej perfumiarki, gdy chodzi o współpracę z Amouage. Tym bardziej byłem ciekaw tego zapachu.

NATHALIE_LORSON_COULEUR23370_credit_Alexandre_Guirkinger
Natahlie Lorson (fot. Alexandre Guirkinger)

Już zielono-kwiatowy początek z narcyzem jako głównym akordem, podparty galbanum i liściem fiołka wprowadza stylistykę klasycznych zielonych szyprów. Gdy do tego dodamy solidne drzewno-przyprawowe serce z goździkiem i paczulą oraz mszysto-skórzaną bazę, mamy pełen obraz tego pachnidła. Myths Woman to nostalgiczne perfumy zrobione wg najlepszej tradycji lat 50-70-tych ubiegłego stulecia. Fiołkowo-galbanowo-skórzany akord, budujący sygnaturę tych perfum, mi osobiście kojarzy się z klasyką w rodzaju Grey Flannel Geoffrey Beene, ale pewien jestem, że osoby lepiej zorientowane w damskich klasykach, znajdą wiele innych porównań (na Fragrantica.com już można takie znaleźć: Private Collection Estee Lauder z 1973 roku czy YSL Rive Gauche z 1970, ale także Chanel No.19).  Myths jest utrzymany w tej samej stylistyce, co dopiero przeze mnie opisany na blogu Romanza Masque Milano. Szczególnie bazy obu pachnideł są zdumiewająco podobne.

Amouage jest więc owszem klasycyzujący, ale że stworzony współcześnie, z pewnością nie trąci myszką. I choć od czasu do czasu powieje nutką retro, nie jest ona w żadnej mierze przesadna. No i zapach ten nadaje się także na męską skórę. Jego kwiatowy charakter jest bardzo… zielony. Narcyz, liść fiołka, galbanum czy goździk to nie są aromaty zarezerwowane wyłącznie dla Pań (zresztą które tak naprawdę są?). Dlatego uważam, że najnowszy tandem zapachów Amouage to prezent szczególnie wartościowy dla panów. Miast jednego, mają do wyboru aż dwa pachnidła…

myths-amouage-woman-513x700

nuty głowy: narcyz, liście fiołka, galbanum

nuty serca: goździk, paczula, akord ambry

nuty bazy: skóra, mech, piżmo

rok premiery: 2016

moja ocena: Nathalie Lorson

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

Beaufort London „Vi et Armis”

Za sprawą marki Beaufort London, o której pisałem już swego czasu tu, pozostajemy w Wielkiej Brytanii, której społeczeństwo – nie dalej jak przedwczoraj, 23.06.2016 – postanowiło „wypisać się” z Unii Europejskiej głosami 52% biorących udział w referendum, co jest wydarzeniem bezprecedensowym i historycznym o ogromnym znaczeniu zarówno politycznym jak i gospodarczym. Właśnie. Ale co to ma wspólnego z perfumami? Otóż Vi et Armis (łac. Siła Ramion), opisywane dziś przeze mnie pachnidło Beaufort London, to zapach mający wiele wspólnego z brytyjską gospodarką. Przechrzczony z wcześniejszej nazwy (East India) powstał z inspiracji  wielowiekową potęgą brytyjskiej floty handlowej i chwalebną historią angielskiej wymiany handlowej, bez której Anglicy nie mieli by nigdy szansy stać się wielbicielami m.in. herbaty, a ich kuchnia pozbawiona byłaby orientalnych przypraw, zaś sztuka nie byłaby tym, czym była bez szmuglowanego przez piratów opium. W Vi et Armis znajdziemy więc nuty bezpośrednio nawiązujące do popularnych wówczas towarów handlowych (przyprawy, herbata, whisky, kadzidło, tytoń, opium).

Vi-Et-Armis-vibe-shot-500x500

„Herbata, tytoń, opium, whisky i religia dostarczają mężczyźnie emocjonalnego podekscytowania.”

Georg Bernard Shaw

 

Jeżeli za symbol religii w perfumach przyjąć kadzidło (przecież słusznie), to Vi et Armis jawi się jako olfaktoryczne przedłużenie słów słynnego pisarza i noblisty. Stylistycznie zaś jest bardzo spójny z pozostałymi zapachami marki Beaufort London. Bezkompromisowy i zdecydowany, a przy tym bardzo męski. Już pierwszy akord nie pozostawia wątpliwości co to charakteru zapachu. Połączenie wibrującego czarnego pieprzu z subtelnie cytrusowym kardamonem za pomocą zielonej nuty liści herbaty tworzy bardzo wyrazistą woń, w której poszczególne składniki są całkiem mocno zauważalne. Z czasem lekka nuta herbaciana ustępuje miejsca mocniejszym „używkom” w postaci nuty whisky wymieszanej z kadzidłem (!)  i – przede wszystkim – tytoniu.  Aromat tytoniowy jest tu bardzo sugestywny, aczkolwiek nie ma nic a nic wspólnego ze słodkim i miodowym tytoniem  w typie Tobacco Vanille Toma Forda, Feuilles de Tabac Miller Harris czy Tabac Aurea Sonoma Scent Studio. W zapachu Beaufort jest on brudny, męski, wytrawny. W bazie Vi Et Armis przeobraża się w zdominowany przez brzozowy dziegieć akord dymny w rodzaju Black Tourmaline Oliviera Durbano połączony z suchą popiołową znana mi z Serge Noire Serge’a Lutensa. Całość pachnie naprawdę niesamowicie i bardzo… mrocznie.

Bez względu na porównania czy skojarzenia, które są naturalnym aspektem recenzowania zapachów, Vi Et Armis w mojej opinii potwierdza, że Beaufort London to marka zdecydowanie warta uwagi szczególnie ze strony wielbicieli zapachów mrocznych, dymnych, popiołowych i wytrawnych. A że sam do nich należę, z pewnością będę śledzić kolejne poczynania pana Leo Crabtree.

Vi-Et-Armis-bottle-and-Pack

nuty głowy: kardamon, czarny pieprz, liście herbaty

nuty serca: whisky, kadzidło, opium

nuty bazy: tytoń, brzoza, oud

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

PS. Perfumy Beaufort London można przetestować i nabyć w perfumerii Lulua w Krakowie.

By Coolife – odblokowywanie czakramów

Perfumy to taka dziedzina artystycznego rzemiosła (a czasem sztuki), w której inspiracje mogą pochodzić niemal zewsząd, a granicą może być wyłącznie ludzka wyobraźnia. Współczesna perfumeria coraz rzadziej bazuje na wymyślonych historiach z przeszłości, na opowieściach o królewskich rodach i ich perypetiach, a coraz częściej szuka inspiracji we współczesności, w przyrodzie, w nauce, technice, ludzkiej naturze, a czasem także w religiach i wierzeniach. W przypadku Coolife – marki będącej bohaterem tego wpisu – motywem przewodnim są tzw. czakry związane z hinduizmem i jogą.

czakry

Coolife to marka stworzona i prowadzona przez dwie mieszkające w Nowym Jorku Francuzki: Carole Beaupre i Pauline Rochas (wnuczka twórców imperium modowego Rochas). Od 2000 roku zajmują się one profesjonalną fotografią produktów luksusowych. Od niedawna tworzą wspólnie z profesjonalnymi perfumiarzami (Patricia Choux i Yann Vasnier) pachnidła mające stymulować i uaktywniać tzw. czakry,  a więc – według hinduizmu – ośrodki energetyczne wpływające na ludzkie życie i zdrowie. A że głównych czakr jest siedem – tyle właśnie zapachów tworzy kolekcję nazwaną By Coolife 7. Wszystkie siedem zapachów jest gotowych, czego potwierdzenie znalazłem podczas tegorocznych targów Esxence (stoisko Coolife prezentowało wszystkie 7 kompozycji). Natomiast póki co do sprzedaży trafiły cztery z nich, pozostałe trzy będą dołączane sukcesywnie. Ot taka strategia wejścia…

Coolife 02

Pierwsze pachnidło nazwane bezpretensjonalnie Le Premier Parfum zaprezentowano w 2014 roku. Aktywuje czakrę sakralną, zwaną Svadishtana, odpowiedzialną za emocje i twórczość. Ma odblokować zmysłowość, ciepło i miłość. Jest to kompozycja bazująca na siedmiu głównych składnikach, tworzących całość stanowiącą rodzaj zapachowego afrodyzjaka. Dominuje tu esencja paczuli osadzona na mieszance kilku gatunków drewna sandałowego połączona z ylag ylang i pogłębiona zmysłowym labdanum.

Carole+Beaupre+Patricia+Choux+Osswald+NYC+_JIC8ZyaY52l
Coolife i Patricia Choux (w środku), foto: Zimbio.com

Ten uniseksowy zapach jest z założenia minimalistyczny, skomponowany bez klasycznej piramidy nut, i tylko minimalnie ewoluuje na skórze. Pachnie zaskakująco delikatnie (a paczula potrafi przecież być bardzo wyrazista). Jest w swym minimalizmie dość kojący, spokojny, ale przez to zupełnie mnie nieekscytujący. Ot taka subtelna paczulka dla początkujących…

Trudno nazwać Le Premier Parfum mocnym debiutem – raczej nieśmiałym preludium, bo z jednej strony mamy bardzo francuskie nuty, z drugiej iście nowojorską powściągliwość i olfaktoryczną poprawność, która zresztą okaże się być immanentną cechą perfum proponowanych przez Coolife.

LePremierParfumbyCoolifePackShot

główne nuty: ylang ylang, paczula, drewno sandałowe, labdanum

twórca: Patricia Choux

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Drugie pachnidło Cooolife Le Deuxieme Parfum ujrzało światło dzienne w 2015 roku. Jest miksturą mającą aktywować czakrę serca zwaną Anahata, jedną z głównych funkcji której jest uczucie miłości. Także i tym razem Carole Beaupre, Pauline Rochas i Patricia Choux zdecydowały się na minimalistyczną, siedmioskładnikową kompozycję bez wyraźnie zaznaczonych akordów głowy, serca i bazy. Powstał miły dla nosa, subtelny, ciepły, zmysłowy bukiet o delikatnej nucie kwiatowo-balsamiczno-piżmowej, który wydaje mi się bardziej odpowiedni dla kobiecej aniżeli męskiej skóry. Jego cherlawe parametry dalekie są od moich ideałów (choć zaskakująco po kilkudziesięciu minutach staje się nieco bardziej wyczuwalny), ale przecież nie każdy lubi pachnieć mocno i wyraziście, prawda? Zresztą, gdy już jesteśmy przy miłości, to Le Deuxieme wydaje mi się doskonałym wyborem na ten moment, który następuje zanim kobieta zanurzy się w męskie ramiona w poszukiwaniu… miłości właśnie.

ledeuxiemeparfum

główne nuty: bergamotka, kwiat pomarańczy, ylang ylang, balsam Peru,

twórca: Patricia Choux

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

2015 rok przyniósł aż dwie premiery Coolife. Po Le Deuxieme przedstawiono Le Troisieme Parfum aktywizujący czakrę słoneczną zwaną Manipura, odpowiedzialną m.in. za ambicję, kontrolę i karierę. Zapach – skomponowany przez ten sam zespół, który stworzył dwa poprzednie – cechuje znany już minimalizm (siedem składników) i prostota oraz niewątpliwy urok. Tradycyjnie już brak mu wyraźnego charakteru (choć projektuje jednak nieco lepiej, niż „jedynka” czy „dwójka”). Nie formułuję tego jako zarzut, raczej jako cechę tego i pozostałych dwóch pachnideł Coolife. To świadomie przyjęta przez twórczynie konwencja, więc wypada ja zaakceptować i nie czynić z niej powodu do krytyki. Le Troisieme wyróżnia się subtelnie kolońskim i lekko zielonym charakterem, a to za sprawą kilku ingrediencji, które historycznie już tworzą tego typu aromaty: cytrusy, neroli, wetiwer. Tu zapach jest udekorowany jaśminem, wzmocniony kardamonem i jagodami jałowca oraz utrwalony piżmem. Budzi we mnie swobodne skojarzenia z Cologne Thierry Muglera czy Original Vetiver Creeda, choć odróżnia się do nich indywidualnym, bardziej delikatnym, subtelnym charakterem. Idealny jako poranne orzeźwienie w upalny dzień. Sprawdzi się zarówno na męskiej, jak i kobiecej skórze.

coolife.letroisiemeparfum 2

 

główne nuty: cytrusy, neroli, jaśmin, jagody jałowca, kardamon, wetiwer, piżmo

twórca: Patricia Choux

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ****

 

Ostatnie jak dotąd pachnidło Coolife to The Quatrieme Parfum. Jest to zarazem pierwsze, które mnie przekonuje, a nawet więcej – które bardzo mi się spodobało. Ale by tak się stało, musiała zajść pewna istotna zmiana – nad czwartym zapachem pracował z Carole i Pauline niejaki Yann Vasnier, perfumiarz znany m.in. z doskonałych pachnideł Toma Forda, Arquistec czy Parfums Divine. I albo to jego styl i warsztat albo kierunek obrany przez obie kreatorki (albo jedno i drugie) wpłynęły pozytywnie na efekt końcowy.

Yann Vasnier
Yann Vasnier

La Quatrieme otwiera podstawową czakrę zwaną Muladhara odpowiedzialną za bezpieczeństwo i przetrwanie. Jest też symbolem związku człowieka ze swymi ziemskimi korzeniami. Zapach symbolizuje to połączenie i ma w założeniu erotyczny i wyrazisty charakter. W praktyce Coolife powraca swym czwartym zapachem do paczuli, tym razem jednak w kombinacji z mocniejszymi, bardziej charakternymi składnikami. W efekcie otrzymujemy pachnidło z początkowo mocnym, męskim akordem rumowo-tytoniowym (tytoń aromatyzowany śliwką!), spod którego wyziera paczula. Ten zestaw ustawia zapach na dłuższy czas, by później zrobić miejsce zmysłowej bazie, w której wciąż obecna paczula pięknie komponuje się z balsamami i wanilią.

La Quatrieme Parfum bije na głowę pozostałe trzy zapachy Coolife charakterem, mocą, projekcją i trwałością, ale także i swą treścią. Jest zdecydowanie niebanalny, intrygujący i wg mnie bardzo zmysłowy. Jest uniseksem z lekkim przechyłem w męską stronę. Mój wybór pada zdecydowanie na niego. Od początku do (późnego) końca pachnidło to uwodzi mnie nakłaniając moje słabe czakramy do nabycia własnego flakonu…

Czy w kolejnych trzech zapachach Coolife pójdzie drogą wytyczona przez trzy pierwsze czy może przez ten czwarty? Czas pokaże. O ile dobrze pamiętam, premiera Le Cinquieme Parfum już we wrześniu.

Ja tymczasem muszę zdusić swoją słabą czakrę. Czy ktoś może zna na to sposób?

 

coolife la quatrieme

 

główne nuty: rum, liście tytoniu, paczula, mirra, balsam Peru, miód, wanilia, śliwka

twórca: Yann Vasnier

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: *****

 

P.S. Zapachy Coolife dostępne są w krakowskiej perfumerii Lulua.

Parfum d’Empire „Tabac Tabou”

Marc-Antoine Corticchiato nieczęsto raczy swych wielbicieli nowymi kreacjami perfumowymi pod swą marką Parfum d’Empire. I to bardzo dobrze, bo sądząc po ich poziomie, czas im służy. W 2012 roku, po wizualnym remake’u swojej marki, twórca zaskoczył wszystkich bardzo odważnym pachnidłem piżmowym Musc Tonkin, którego bezkompromisowość może równać się chyba jedynie z Muscs Koublai Khan Serge’a Lutensa. Rok 2014 przyniósł bardzo dobrze oceniany zielony Corsica Furiosa, zaś w niedawno pożegnanym 2015 Maestro przedstawił Tabac Tabou (w koncentracji ekstraktu), przyśpieszając bicie serca wszystkich miłośników tytoniu w perfumach. Ten właśnie zapach mam przyjemność dziś testować. Parfum d’Empire nie posługuje się nachalnym marketingiem, nie zasypuje rynku kilkoma zapachami rocznie, nie tworzy wokół siebie hype’u i pewnie dlatego nie jest zbyt popularny, nawet w kręgach entuzjastów perfum. Wielka to szkoda, bo to perfumowa sztuka w najlepszym wydaniu. Przy okazji recenzji Tabac Tabou chciałbym po raz kolejny zwrócić uwagę na tę niedocenianą markę.

parfum empire

Tabac Tabou otwiera się zielonym akordem początkowo rozjaśniającym całość i tworzącym uroczy i bardzo obiecujący, nieco świeży, ale i niepozbawiony głębi wstęp, który wcale nie zapowiada „wagi ciężkiej” tej kompozycji. Od razu jednak czuć pewną rękę perfumiarza, który od lat wierny jest swojej unikatowej, klasycyzującej i – śmiem twierdzić – prawdziwie artystycznej perfumowej estetyce. Zapach rozwija się na skórze powoli i – jak na perfumowy ekstrakt przystało – majestatycznie odsłania kolejne swoje fazy. W momencie, gdy zza zielonej nuty wyłania się zaskakująca, pudrowo-zielona woń narcyza, a z nią coraz wyraźniejsza nuta woskuTabac Tabou zaczyna prawdziwie fascynować. Perfumiarz umieścił ten kwiatowy akord na wyraźnym tle złożonym z nieśmiertelnika (hołdem Corticchiato dla tej niezwykłej ingrediencji jest zresztą doskonałe Fougere Bengale tej samej marki) oraz bardzo naturalnie uzupełniającego go miodu. Każdy kto wąchał esencję z kocanki wie, że sama w sobie posiada miodowy aspekt, więc nuta miodu jest jej naturalnym przedłużeniem. To olfaktoryczne powinowactwo zostało tu w mistrzowski sposób wykorzystane, ale na tym nie koniec. Tytułowy tytoń, z całą swoją zapachową złożonością, w tym dająca się wyczuć nutą siana i …. miodu właśnie, wprost doskonale wkomponowuje się w całą resztę. Wreszcie zapach ten nie były by tym, czym jest, gdyby nie odważne użycie znanych z Musc Tonkin tego samego twórcy piżm, które ujawniają się z narastającą mocą wraz z upływem czasu, przydając całości całkiem wyraźną nutę zwierzęcą. Finisz zapachu po ponad kilkunastu godzinach jest przyjemny i zmysłowy, dzięki piżmom, które w miarę upływu czasu tracą zwierzęce akcenty. Mimo dużej koncentracji Tabac Tabou nie jest pachnidłem obezwładniającym swą mocą. Trzyma się raczej dość blisko skóry, za to jest wyczuwalne przez wiele godzin.

corticchiato-male
Marc-Antoine Corticchiato

Najnowsze dzieło pana Corticchiato to nie jest po prostu pachnidło tytoniowe. To dużo więcej, a nazwa zapachu, choć uprawniona, to jednak troszkę niepotrzebnie zawęża jego percepcję. Jednym z kluczowych aromatów w nim występujących i jednocześnie rzadko podejmowanych w perfumerii, jest tu narcyz, ze swą zielono-pudrowa naturą. Chcę podkreślić maestrię, z jaką twórca połączył wszystkie ingrediencje w jedną fascynująca całość, po raz kolejny potwierdzając swój talent, kreatorską klasę i ogromną wiedzę nt. perfumowych ingrediencji (jest naukowym ekspertem w tej dziedzinie!), a także ponownie ugruntowując w moich oczach status marki Parfum d’Empire jako jednej z bezdyskusyjnie artystycznych, niszowych i najbardziej ambitnych współczesnych marek perfumeryjnych, które przedkładają jakość nad ilość i od lat niezmiennie zachwycają bardzo wysokim poziomem swoich kreacji.

tabac-tabou-parfum empire

główne nuty: trawa, narcyz, nieśmiertelnik, wosk, miód, tytoń, piżmo

twórca: Marc-Antoine Corticchiato

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

Antonio Visconti – „Tabarom”

Marka Antonio Visconti Perfumes (popularna póki co w krajach Arabskich, Rosji i Azerbejdżanie) pojawiła się po raz pierwszy (i jak dotąd jedyny) na Perfumowym Blogu 4 lata temu przy okazji recenzji Bois de Gayac. Ten mało u nas znany, przez co niedoceniany, jednak moim zdaniem zdecydowanie wart uwagi włoski brand jest blisko spokrewniony z Royal Crown, o którego niesamowitych pachnidłach pisałem na blogu już kilkukrotnie. Obie marki mają tego samego właściciela i wspólną siedzibę pod tym samym adresem w Rzymie. Śmiem też podejrzewać, że pachnidła obu marek wychodzą z tej samej pracowni perfumiarskiej.

visconti perfumes
zdjęcie z Fragrantica.com

Tabarom to jedno z pachnideł Viscontiego dedykowanych mężczyznom (podobnie jak wspomniany Bois de Gayac), umieszczonych w nieco pretensjonalnie zatytułowanej kolekcji Upper Class. Ze względu na nazwę i wiodący aromat tytoniowy nie mogłem nie zbadać tych perfum. Okazały się niezwykle szlachetną, ciepłą, głęboką i zmysłową wonią, w której dominuje bursztynowy akord zbudowany wokół nuty tytoniu obtoczonego w przyprawach (goździk, cynamon), dosłodzonego heliotropiną i wzbogaconego o szereg klasycznych, ale użytych z niezwykłym umiarem perfumowych ingrediencji (jaśmin, paczula, cedr). Fundamentem dla tej kompozycji jest mieszanka piżm oraz najszlachetniejszej esencji z sandałowca z Mysore. To ona właśnie odpowiada za kremowy, zmysłowy finisz Tabarom.

tobacco

Efekt porusza klasą, spokojem i wyważeniem. Zapach wręcz epatuje „czasem” jako kolejnym składnikiem mającym wpływ na powstawanie perfum. Visconti deklaruje, że po pierwsze używa dużych koncentracji składników pochodzenia naturalnego, po drugie zaś stosuje proces wielomiesięcznej maceracji poszczególnych ingrediencji i kompozycji zapachowych, zanim te trafią do butelek. Dzięki temu końcowy efekt to coś więcej, niż tylko suma składników. To zupełne zaprzeczenie współczesnych przemysłowych metod produkcji perfum, gdzie liczy się krótki czas i wysoka wydajność. Perfumy – podobnie jak najlepsze wino – potrzebują czasu, by dojrzeć, szczególnie jeżeli bazują na składnikach naturalnych. Pomiędzy ingrediencjami zachodzą wówczas procesy chemiczne pozwalające im połączyć się w jedną monolityczną całość. Visconti zapewnia ten czas i odpowiednie ku temu warunki. Efekt jest wyraźny i Tabarom jest tego dowodem.

To nie są niszowe fajerwerki. To nie jest eksplozja współczesnych aromamolekuł. To okrągłe, „dobrze przegryzione”, głębokie i… stoickie pachnidło o luksusowej aurze. Parametry określił bym jako… grzeczne. Tabarome nie dominuje, ale pięknie snuje się za noszącym i trwa wiele godzin, niemal nie zmieniając swego bursztynowo-tytoniowego charakteru.

Tabarom polecam dojrzałym mężczyznom, a szczególnie wielbicielom starego dobrego Heritage od Guerlain, a także wszystkim miłośnikom woni ambrowych oraz – rzez jasna – nuty tytoniu.

Visconti Tabarom

nuty głowy: mandarynka, cynamon, goździk, tytoń

nuty serca: jaśmin, heliotrop, cedr, paczula, tytoń

nuty bazy: absolut tytoniu, absolut sosny, sandałowiec z Mysore, skóra, piżmo, cyprys

twórca: bd.

rok premiery: bd.

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****