Dior "Spice Blend" i "Purple Oud"

W butikowej kolekcji Diora sporo się ostatnio dzieje. Nowe zapachy publikowane są dość często (po kilka rocznie), co rodzić może automatycznie pytanie – czy za ilością idzie jakość?

Na podstawie dwóch zapachów z ostatnich lat Purple Oud (2018) i Spice Blend (2019) mogę stwierdzić, że różnie to bywa, ale zawsze jest co najmniej dobrze. To niestety może być niewystarczające, by sięgnąć po cokolwiek kosztowne flakony. Ale nie oszukujmy się – klientela diorowskich butików to przecież nie kolekcjonerzy perfum (poza wyjątkami), tylko ludzie, którzy w zwykłej perfumerii zakupów z zasady nie robią, tak jak nie ubierają się w odzieżowych sieciówkach. Więc wchodząc do „swojego” sklepu – butiku Diora – zastają tam duży wybór perfum w każdym możliwym gatunku: od kolońskich przez zielone, kwiatowe, drzewne, przyprawowe, skórzane, aż po kulinarne. A wszystko to pod szyldem Maison Christian Dior Collection, z którym łączy się jakość, prosty design flakonu i osoba nadwornego perfumiarza Diora Francoisa Demachy’ego.

Francois Demachy

Purple Oud – oud na lato

W kolekcji Diora jest kilka zapachów oudowych. Purple Oud wyróżnia się pośród nich lekkim i zaskakująco świeżym charakterem, co jest efektem połączenia drzewnej – lekko „lakierowanej” miast zwierzęcej – nuty oudu z esencją z pomarańczy. Stąd świeże, niemal kolońskie otwarcie, któremu impetu dodaje różowy pieprz, w którego tle czai się drzewny oud. Orientalny charakter zapachu uzupełnia słodki i pylisty szafran, który z połączeniu z oudem potrafi tworzyć zapadające w pamięć akordy (vide Oud by Francis Kurkdjian). Nietrudno się domyślić, że nuty cytrusowe dość szybko ulatniają się, a na skórze pozostaje akord drzewny i ten towarzyszy noszącemu przez większość czasu. Purple Oud to prosty (wietrzę tu krótką formułę), elegancki i umiarkowany zapach cytrusowo-drzewny, mogący być jednym z niewielu oudów nadających się do noszenia nawet ciepłym latem.

główne nuty: słodkie cytrusy, szafran, oud

rok premiery: 2018

nos: Francois Demachy

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0->3,5

Spice Blend – przyprawowa uczta ze szklanką rumu

Mój absolutny faworyt z opisywanego duetu, przy tym jedno z moich ulubionych pachnideł w ogóle w ostatnich tygodniach. Tę kompilację wielu przypraw na podłożu z rumu naprawdę fantastycznie się nosi. Początek jest bardzo intensywny i nadzwyczaj długotrwały. Wibrujący, dosłownie obezwładnia bogactwem przyprawowych molekuł, przy czym przez pierwszy kwadrans, a może nawet dłużej, naprzód wysuwa się gałka muszkatołowa, w swej naturze dominująca, ostra, wibrująca, nieco chropawa i gorzka, została tu umiejętnie skontrapunktowana zestawem przypraw słodkich, z cynamonem na czele. W formule użyto pikantno-rumowego akordu bay rum, co należy rozumieć jako olfaktoryczne odwzorowanie tego słynnego destylatu:

Bay Rum pierwotnie wytwarzano na wyspie Saint Thomas i prawdopodobnie w innych wyspach Zachodnich Indii z rumu i liści lub jagód drzewa laurowego Indii Zachodnich, Pimenta racemosa. Innymi składnikami mogą być olejki cytrusowe i korzenne (przyprawowe), z których najpowszechniejsze to olejek z limetki, goździkowy i cynamon.

Gdy po długim czasie przyprawowy pył bitewny opadnie, na skórze utrwala się akord rumowy ze śladami przypraw, a zapach nie kręci już w nosie, tylko elegancko i całkiem wyraźnie otula swym głębokim, ciepłym i zmysłowym aromatem. Siedzi na skórze długie godziny i naprawdę fantastycznie pachnie, przypominając mi od czasu do czasu inny zapach, którego nazwy niestety nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Jak ja lubię takie sytuacje…. A może to i lepiej?

główne nuty: przyprawy, rum

rok premiery: 2018

nos: Francois Demachy

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5->4,0

Parfums de Marly "Kalan", "Percival", "Layton", "Carlisle"

Marka Parfums de Marly nie wymaga już chyba introdukcji, gościła na moim blogu dotąd dwukrotnie, przy okazji opisywania moich wrażeń nt. męskich pachnideł Herod, Galloway i Oajan, a także Nissean.

Zapachy tej marki cieszą się sporą popularnością wśród miłośników perfum i otrzymują całkiem dobre recenzje. Sam z zainteresowaniem testuje kolejne (dzięki aktywnym forumowiczom Perfuforum.pl, których z tego miejsca pozdrawiam!) i potwierdzają one właściwe wszystko to, co napisałem o Parfums de Marly w dwóch poprzednich wpisach. Bezdyskusyjnie ładne, bezpieczne i solidnie, a czasem nawet bardzo solidnie wykonane pachnidła (komponowane przez zawodowców w pierwszej ligi, co – proszę mi wierzyć – ma istotne znaczenie), o raczej wtórnym charakterze, ale ponadprzeciętnej jakości i napompowanych cenach. To z pewnością nie jest marka, która proponuje coś nowego, czy posuwa perfumerię naprzód. Raczej powiela istniejące już od dawna schematy i akordy męskich perfum, ale podaje je w bardziej wykwintnej i jakościowo wyższej formie. Ale, ale… Poniższe trzy zapachy potwierdzają też jeszcze inną tezę: jeżeli lubimy nuty znane, miłe dla otoczenia, eleganckie i ponadczasowe, ale oczekujemy czegoś więcej niż to, co proponują designerskie marki, przede wszystkim w kwestii harmonii i charakteru samych kompozycji, ale także i jakości, parametrów zapachu, w tym projekcji i trwałości, PdM jest marką, po której zapachy naprawdę warto sięgnąć, mimo że w niektórych przypadkach mark ociera się o… kopiowanie znanych perfum.

Percival – elegancki causal

Już w pierwszych sekundach po aplikacji wprawny i doświadczony nos nie będzie miał wątpliwości. Oto nowoczesne fougere w typie legendarnego już Fierce Abercrombie & Fitch, tak chętnie naśladowanego przez inne marki perfumeryjne (m.in. Mont Blanc Legend), a więc także i przez PdM. Czy wyróżnia się zatem Percival? Jest w nim pewna dojrzałość, dorosła nuta, której nie znajdziemy w bardziej beztroskim, młodzieżowym z założenia Fierce. Kompozycja bazuje na syntetycznych aroma-molekułach zgrabnie ułożonych w bardzo uniwersalną, lekką, męską całość. Intro jest rześkie, cytrusowe, podbite aromatycznym sercem z lawendy i geranium (duet idealny!), a wszystko to bazuje na nowoczesnej bazie z aromamolekuł drzewno-przyprawowych (z naciskiem na drzewne) podlanych iglakowym balsamem jodłowym. Ten opis nut może być nieco złudny, jeżeli chcielibyśmy sobie na jego podstawie wyobrazić ten zapach. Mógłby on wówczas wydawać nam się oldskulowym fougere, a Percival – wprost przeciwnie – pachnie bardzo współcześnie. Składniki są tak zręcznie i profesjonalnie połączone w takich proporcjach, że nie odnajdziemy ich indywidualnie i odbieramy Percival jako całość – jako konkretny zapach nie mający odpowiednika w naturze. Świeży, rześki, wibrujący, elegancki w typie casual, na pewno nie wieczorowy, idealny do biura czy na biznesowe lub towarzyskie spotkanie. Nikogo nie przestraszy, a zwróci uwagę znaną nutą podaną jednakże w sposób epatujący wysoką jakością. Słowem – zrobimy dobre wrażenie.

nuty głowy: bergamotka, mandarynka

nuty serca: lawenda, geranium

nuty bazy: balsam jodłowy, nuty drzewno-przyprawowe

rok premiery: 2018

nos: Hamid Merati-Kashani

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,5->3,0

Hamid Merati-Kashani (Firmenich), fot. http://rokhgallery.i

Carlisle – przytulny

W przypadku tego zapachu nie ukrywam, że mam olfktoryczne deja vu i to ściśle związane z dwoma innymi pachnidłami PdM: Herod i nieco nawet bardziej Oajan. Carlisle to bowiem ponownie zapach z gatunku ciepłych, otulających, „zimowych”, jak zwykłem określać takie aromaty. Wypełniony słodkimi przyprawami na kulinarnej bazie złożonej z tonka i wanilii wydaje się być rozwinięciem wcześniej wspomnianych. Pogłębienie zapachu paczulą i przydanie oryginalnego otwarcia za pomocą zielonego jabłka wydaje się zabiegiem ze wszech miar udanym. To zjadanie własnego ogona, bo nie wiem po co w ofercie jednej marki kilka bardzo podobnych pachnideł. Choć jednak w tym przypadku jest to całkiem samkowite i – obiektywnie – udane, bo Carlisle z tej trójki wydaje mi się pod każdym względem najlepszy.

Nosi się go bardzo komfortowo, nie zmienia się w czasie znacząco, nieco świeższy i wibrujący gałką muszkatołową początek szybko przechodzi do zasadniczego akordu waniliowo-tonkowo-drzewnego, któremu szlachetności dodaje subtelnie wpleciona róża. Ten utrzymuje się na skórze długie godziny, delikatnie odzywając się ze skóry.

Quentin Bisch

Za każdym razem gdy sięgam po Carlisle, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdzieś w mojej coraz bardziej przepastnej kolekcji mam coś bardzo, ale to bardzo podobnego, dużo bardziej niż wspomniane dwa inne zapachy PdM… Wiem! Desert Suave Liquides Imaginaires (wciąż czekające na osobny wpis), choć w swym charakterze jeszcze bardziej niż Carlisle nasycone, zniuansowane i niszowe, to jednak zadziwiająco podobne… Zadziwiająco tylko do momentu, w którym rzucam okiem na „listę płac”… Na obu figuruje jeden z moich ulubionych perfumiarzy nowego pokolenia, Quentin Bisch. Przy czym Carlisle to zapach z 2015 roku, a Desert Suave z 2018. To jakby dwie wariacje na ten sam temat. Jestem prawie pewien, że jeden „wyniknął” z drugiego i stałe się jego bardziej wyrafinowaną i wymagającą wariacją. To nie zmienia faktu, że Carlisle jest w mojej ocenie naprawdę świetnym zapachem.

nuty głowy: zielone jabłko, gałka muszkatołowa

nuty serca: róża, tonka

nuty bazy: wanilia, paczula

rok premiery: 2015

nos: Quentin Bisch

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5->3,5

Layton – znakomity

Zapach otwiera się wyraźnym pieprzem i akordem owocowym z waniliową bazą. Serce jest owocowe i drzewne, aromatyczne, przypominające mi jakiś zapach, który w przeszłości bardzo lubiłem (chyba Burberry London Man). Zapach wyraźnie ewoluuje, bowiem baza jest drzewna, paczulowo-gwajakowa, oblana z umiarem wanilią i nie ma w niej śladów po przyprawach i owocach.

W składzie reprezentacja moich ulubionych nut: pieprz, kardamon, geranium, gwajak, paczula. To – jak dla mnie – więcej niż połowa sukcesu. Resztę dopełnia znakomita kompozycja Hamida Merati-Kashaniego.

Layton okazuje się być na ten moment moim ulubionym zapachem PdM. To świetne męskie pachnidło, któremu absolutnie nic nie brakuje. Jak to zwykle u PdM bywa, kompozycja powołuje się na akordy będące w perfumowym obiegu od lat, a wiec już obeznane, obwąchane i zakodowane w ludzkiej pamięci, a więc nie zaskakujące i nie konfundujące. Ale pachnie przy tym znakomicie i zdecydowanie powyżej rynkowej średniej. Elegancko, nieco formalnie, uniwersalnie, za dnia czy wieczorem, Layton sprawdzi się rewelacyjnie. Ten zapach to bardzo pozytywne odkrycie, wart niewątpliwie posiadania całego flakonu.

Rok po premierze Laytona marka dodała do oferty flanker w postaci Layton Exclusive, który opisuje jako intensywniejszy, bardziej przyprawowy i drzewny. Jak dla mnie konieczny do przetestowania.

nuty głowy: jabłko, bergamotka, mandarynka, pieprz, lawenda

nuty serca: jaśmin, fiołek, geranium,

nuty bazy: wanilia, gwajak, paczula, drewno sandałowe, kardamon

rok premiery: 2016

nos: Hamid Merati-Kashani

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5->3,5

Kalan – indywidualista

Najnowsze męskie pachnidło PdM miało swą premierę w 2019 roku i poprzedzone było całkiem sporym szumem informacyjnym, który przelał się przez perfumowe fora internetowe. Dominowała w nim informacja, jakoby Kalan miał być mocno zainspirowany Baccarat Rouge Francisa Kurkdjiana (bestseller tej marki, nawiasem mówiąc nie rozumiem, dlaczego). Gdy już zapach dotarł do mnie (po raz kolejny dzięki obrotnym forumowiczom Perfuforum.pl) z ogromną niecierpliwością przeprowadziłem pierwsze testy.

Porównania do Baccarat Rouge uważam za grubo przesadzone. Kalan ma dość „osobowości”, by uznać go za oryginalne i odrębne pachnidło. Różni się od innych testowanych przez mnie zapachów PdM swoim wyjątkowo wyraźnie syntetycznym i abstrakcyjnym charakterem. I być może w tym jest faktycznie do podobny Baccarat Rouge, ale to tyle. Dużo to syntetyków, co nawet widać w oficjalnym spisie nut (precious woods oznacza syntetyczne nuty drzewne, solar notes – to „poetyckie” określenie jakichś innych aroma-molekuł). Nie jest to z mojej strony zarzutem, bowiem:

Kalan pachnie intrygująco i absolutnie nietypowo. Z początku zielono, nieco „gałęziasto” (patrz French Lover Frederica Malle), potem sucho, pyliście i drzewnie. Wytrawnie i męsko. Zadziornie, ale i nieco surowo. Ascetycznie. Ale żeby nuty słoneczne? Nie znalazłem…

Poniższa fotografia towarzysząca Kalanowi na oficjalnej stronie PdM może być nieco myląca. Suszone pomarańcze? Hmm…

Tak czy inaczej Kalan to solidna i nacechowana indywidualizmem propozycja PdM. Nie tak zachowawcza, jak inne zapachy marki, co notuję na plus. Nieco bardziej wymagająca i z pewnością warta uwagi, o solidnej jakości i zadowalających parametrach.

nuty głowy: pomarańcza „blood orange”, czarny pieprz

nuty serca: lawenda, „nuty słoneczne”, absolut z kwiatu pomarańczy

nuty bazy: mech, nuty cennych drzew

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5->3,5

Noème – to co nieuchwytne

Noème to nowa francuska marka perfumowa, za którą stoją: doskonale znana fanom perfumerii niszowej i artystycznej Majda Bekkali oraz niejaki Karim Yacine Akbaraly – specjalizujący się w naturalnych składnikach perfumeryjnych pochodzących z Madagaskaru.

Urodzony w Madagaskarze Karim kontynuuje wielopokoleniową działalność polegająca na zaopatrywaniu znanych domów perfumeryjnych w Grasse w pachnące ingrediencje wytwarzane przez lokalnych producentów. Jak się można domyślić, zadbał on o zapewnienie kluczowych składników w projekcie Majdy Bekkali.

Majda Bekkali, fot. Anna Robotka

Nazwa tego perfumowego projektu pochodzi od greckiego słowa noema określającego wszytko, co dzieje się poza ludzką percepcją i świadomością. Logo marki prezentuje węża zjadającego własny ogon i symbolizuje nieustający upływ czasu i ciągle odnawianie się natury. Majda Bekkali przyznaje, że bardzo lubi tego typu ukryte sensy i teorię zbudowaną na potrzeby kreacji. Ale najbardziej interesujące w projekcie Noème wydaje mi się to, że Majda występuje tu także w roli perfumiarza. Wszystkie kompozycje to jej dzieła. Po ich przetestowaniu muszę z uznaniem stwierdzić, że jest ona pełnoprawną i utalentowaną perfumiarką. Autorka przyznaje, że formuły zapachów są krótkie, a zastosowane – pochodzące z Madagaskaru – składniki prezentują najwyższą dostępną jakość. Oczywiście można by skomentować to tymi słowami, że niemal wszyscy producenci perfum tak deklarują, gdyby nie fakt, że akurat w tym przypadku testy perfum to potwierdzają. Przewąchałem już setki perfum i potrafię to ocenić. Nie od dziś zresztą wiadomo, że perfumy złożone z niewielu składników pozwalają im w pełni ukazać swą urodę, o ile te faktycznie się nią cechują. Krótka i dobrze wyważona formuła złożona z wysokiej jakości ingrediencji potrafi być niezwykle efektowna i tak jest w przypadku zapachów Noème.

Przetestujmy je zatem po kolei.

Kalahari – sekrety pustyni

Lubię wiedzieć, że pustynia tam jest, nawet jeżeli na nią nie patrzę.

Rozpoczyna się intensywnym akordem przyprawowym stanowiącym egzotyczną mieszankę szafranu i kardamonu, choć ja czuję tu także (a początkowo nawet głównie) pieprz. Dość szybko ujawniające się serce skręca w kierunku kobiecej zmysłowości. Ciepłe labdanum i ambrette podbudowane cedrem zapowiadają głęboki i otulający finisz. W głębi Kalahari jest zmysłowe, ambrowo-drzewne, a jego aura kojarzy mi się raczej z kobiecą skórą. Piękny i zmysłowy zapach.

Atitlàn – w cieniu wulkanu

Lubię wiedzieć, że wulkan tam jest, nawet jeżeli na niego nie patrzę.

Elegancka, zmysłowa, pudrowo-kwiatowa (ylang i mimosa) i drzewna (!) kompozycja (paczula, białe drzewa) osadzona na pięknej waniliowo-piżmowej poduszce. Podrasowana salicylatami o korzennej, przypominającej irysa woni. Finisz pięknie kobiecy, lekko zadziorny, w którym czuję echa genialnego For Her od Narciso Rodrigueza. A to oznacza, że Atitlàn bardzo mi się podoba.

Abysse – toń

Lubię poddać się wielkiemu zawrotowi głowy.

Jeżeli zawrót głowy, to morska toń. Bo tym pachnie Abysse. Zaskakujący aromat nawiązujący do najlepszych wzorców zapachów wodnych/ morskich z lat 90-tych XX wieku. Świeże otwarcie owocowo-pikantne z nutą morskiej soli natychmiast ustawia nas na dziobie śródziemnomorskiego jachtu. Wilgotny cyklamen i głóg budują woń walających się po pokładzie wodorostów. Pokład zbudowany jest z aromatycznych cedrowych i sandałowych desek, pod pokładem zaś aromat paczuli otulonej piżmem… Wakacje na Morzu Śródziemnym w pełni…

Naica – melodia…

Lubię wiedzieć, że jesteś tam, gdzie się ciebie nie spodziewam.

To zdanie – jak się okazało – doskonale pasuje do zapachu. Naica to mój absolutny ulubieniec w kolekcji Noème i to z dwóch względów. Po pierwsze – siłą rzeczy – najbardziej lubię te melodie, które już słyszałem, a Naica to ewidentny ukłon w stronę Terre d’Hermès. Nie jest to jednak absolutnie imitacja słynnego zapachu, choć podobieństwa są niekwestionowane. Podobne zestawienie składników z gorzkim grejpfrutem i różowym pieprzem w otwarciu, geranium i cedrem w sercu oraz mieszanką mchy dębowego paczuli i benzoiny w bazie. Efektem wybitnie podobający mi się zapach drzewny o wibrującej i skrzącej się naturze. Elegancki, wyrafinowany i fantastycznie się noszący. Intensywniejszy i zapachowo gęstszy niż wspomniany Terre, bardziej może w kierunku wersji Pure Parfum. Drugą przyczyną, dla której darzę Naica taką atencją jest jakość składników. Górna połka i to czuć natychmiast. Ktoś zapyta – po co mi więc dwa razy droższa Naica? Otóż ma wrażenie, że zapach Hermèsa nigdy nie zawierał w sobie takiej jakości, ale i ilości pachnącej esencji. Wybór zawsze zależy do nas i nikt nas w tym względzie do niczego nie zmusza…

Divin Part – boski

Lubię wiedzieć, że wszystko, co nie jest niemożliwe, w końcu się dzieje.

Boska proporcja Ylang Ylang, masła irysowego i piżm buduje to wielkiej urody pachnidło. Jedno z najpiękniejszych znanych mi ujęć irysa, a jego siła tkwi w prostocie. By zapach zakwitł w pełni, użyto tu kilku ingrediencji. Masło irysowe – jedna z najbardziej szlachetnych ingrediencji perfumowych wszech czasów – stanowi oczywiście trzon tego zapachu. Esencja z Ylang Ylang pięknie się komponuje i ubogaca otwarcie zapachu, a białe piżma utrwalają i nadają mu głębi. Tak więc początek jest okrągły, ciepły, ale ewidentnie irysowy. Serce nieco gorzkie, irys ujawnia swą korzenną naturę. Finisz zaskakuję odrobiną zieloności, tak jakby w bazie pokuszono się o użycie niewymienianej w składzie wetywerii Albo nos płata mi figle. Całość określiłbym jako pachnidło drzewne. Irys jest tu niesamowicie realistyczny, ale to przecież nie jest nuta kwiatowa. Raczej przecież korzenna lub też drzewna właśnie. Pozostałe składniki nie zmieniają jego charakteru.

Stąd Divin Part jawi mi się jako pełnoprawny uniseks, przede wszystkim zaś jako małe perfumeryjne arcydzieło, potwierdzające istotność tego, z czego komponowane są perfumy. Czasem wystarczy zaledwie kilka ingrediencji i ich – co kluczowe – idealne proporcje, by otrzeć się o doskonałość.

Noème to perfumy zdecydowanie warte uwagi. Każdy z pięciu zapachów ma wyrazisty charakter i sygnaturową woń. Choć nie są to akordy oryginalne (wszystkie były już w perfumerii wielokrotnie realizowane), to jednak ich ujęcie jest tu wyjątkowe. Koneserskie, rzekłbym. Cechuje je jakość, ale i swoista klarowność. Akordy są bardzo zbudowane harmonijnie, ale i oszczędnie (w dobrym tego słowa znaczeniu). Zapachy ewoluują na skórze w klasycznym francuskim stylu, a każda ich faza jest nieco inna i równie interesująca. Czuć, że Majda Bekkali nie szczędziła tu wysokiej klasy składników, ale też że – jako ich twórczyni – może pochwalić się przekonującym warsztatem. Napisać, że nic tym perfumom nie brakuje, to zdecydowanie za mało. To bardzo udane pachnidła, podkreślające urodę poszczególnych ingrediencji. Luksus ma wiele oblicz. Moim ulubionym jest umiarkowanie w formie i treści, bezkompromisowość zaś w jakości wykonania. W tym sensie perfumy Noème Paris to absolutny luksus i piękny przykład na to, że luksusowe perfumy to niekoniecznie nadymanie, blichtr, złote łańcuchy na szyi, sygnety na dłoniach i udomowiony gepard u stóp odzianych w obszywane złotą nicią bambosze. I całe szczęście.

Puredistance „Gold” – złota esencja

Marka Puredistance przypomina o sobie już drugi raz w tym roku. Wiosną premierę miał AENOTUS, który swą zaskakująco trwałą i orzeźwiającą nutą pięknie komponował się z letnimi upałami. Jesień przynosi nam pachnidło o zupełnie innym charakterze i jakże jesiennej nazwie. Gold, będące – jak wyjaśnia Jan Ewoud Vos, właściciel i artystyczny dyrektor marki – ostatnim, obok Black i White, elementem kolorowej trylogii, to perfumy wyjątkowe pod wieloma względami…

Jan Ewoud Vos rozpoczął pracę nad tymi perfumami już w marcu 2017. Skontaktował się w tym celu ze znanym perfumiarzem, który wszakże nigdy wcześniej nie pracował dla Puredistance. Proces komponowania Gold trwał ponad rok, jednak ostatecznie żadna z proponowanych wersji nie przekonała Jana. Zdecydował on o zaprzestaniu prac i wrócił do tematu po kilku miesiącach, w październiku 2018 – tym razem w towarzystwie sprawdzonego już wielokrotnie perfumiarza Antoine’ Lie’a (ma on już na swym koncie kilka doskonałych pachnideł Puredistance – wspominane Black, White, AENOTUS, a także Warszawa). Tym razem prace potoczyły się bardzo szybko i już w czerwcu 2019 zapach był gotowy.

Antoine Lie (fot. Fragrantica)

Antoine Lie miał pełną swobodę w doborze składników tego pachnidła, pod jednym wszakże warunkiem – że będą one – zgodnie z filozofią Puredistance – najwyższej jakości, dobierane bez kompromisów. Niejednego perfumiarza takie możliwości przytłoczyłyby, ale Antoine Lie poradził sobie znakomicie. Źródłem wyjątkowych ingrediencji było zlokalizowane we francuskim Archamps L’Atelier Français des Matières.

Inspiracją dla powstanie Gold był „Złoty Modriaan”, jak nazywa tę kubistyczną grafikę Jan Ewoud Vos. Przedstawia ona głównie różne odcienie koloru złotego. Ma oddawać ponadczasową koncepcję elegancji złota, które naturalnie harmonizuje z otoczeniem. Eleganckie odcienie złota – różniące się intensywnością i ciepłem – są tu harmonijnie ułożone w dobrze zbalansowany wzór.

Jan Ewoud Vos

Jakim zapachem jest Gold? Bardzo adekwatnym do nazwy. Złoto kojarzy się nam przecież z wartością i bogactwem, a także – siłą rzeczy – z luksusem. Takie są te perfumy. Bardzo bogate – w doskonałe składniki, do tego mocno nasycone (36% ekstraktu!), co wyraźnie czuć. Mienią się rozmaitymi odcieniami i zachwycają wielowątkowością. Pod względem charakteru to perfumy orientalne, skomponowane w taki sposób, że mają cechy idealnego uniseksu. Są połączeniem przypraw (pieprz, który pięknie otwiera ten zapach, cynamon, goździk) ze szlachetnym jaśminowym absolutem, otoczonym ingrediencjami balsamicznymi, żywicznymi i drzewnymi (m.in. labdanum, mirra, styrax, benzoin) oraz akcentem kulinarnym w postaci wanilii i tonki.

Gold to pod względem treści rodzaj zapachu, który może być znany każdemu, kto zetknął się z luksusową perfumerią (choćby wczesny Amouage czy Roja Parfums), z tym że jego forma jest tu – w charakterystyczny dla stylu Lie’a sposób – zwarta i nowoczesna. Kompozycja jest więc klasyczna, ale jej charakter absolutnie współczesny. Zapach – gdy już osiądzie na skórze – pięknie projektuje i stopniowo przekształca się w charakterystyczną sygnaturę, która ujawnia się na skórze po kilkudziesięciu minutach od aplikacji i stanowi zaskakujący, świetny i zapadający w pamięć akord głębi. Trwałość i projekcja nie podlegają dyskusji. Pierwsza jest całodzienna, druga na wyważonym, ale wyraźnym poziomie.

Gold nosi się z ogromną przyjemnością, poczuciem obcowania z prawdziwym luksusem i nie jest to tylko pusty slogan. Bo tak naprawdę w jaki inny sposób mogą pachnięć perfumy luksusowe, jeżeli nie tak, jak Gold właśnie?

Gold zachwyca, a Puredistance po raz kolejny potwierdza swą wyjątkową pozycję na rynku perfum – jako marki prawdziwie luksusowej, nie idącej na jakościowe skróty i oferującej najwyższe zapachowe doznania. Gold to perfumowy majstersztyk w neoklasycznym wydaniu. Takie perfumy to dla konesera szczyt rozkoszy.

nuty głowy: zielona mandarynka, bergamotka, różowy pieprz, rozmaryn, goździk

nuty serca: absolut jaśminu, absolut czystka, geranium, absolut cynamonu 

nuty bazy: styrax, benzoin, mirra, paczula, wanilia, tonka, kastoreum, wetyweria

rok premiery: 2019

nos: Antoine Lie

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5->4,0

Frederic Malle „Rose and Cuir” czyli rebeliancka róża

Pierwotnie miały nazywać się Rose Rebelle. Pięknie. Później Rose Mistrale. Także ładnie. Ale że – jak wyjaśnił sam twórca zapachu – obie nazwy zostały już wcześniej wykorzystane i zastrzeżone przez inne marki, a próby ich wykupu zakończyły się fiaskiem ze względu na horrendalne sumy żądane przez tych nazw właścicieli, skończyło się na Rose & Cuir.

To moim zdaniem kiepska nazwa dla perfum, szczególnie takiej marki jak Frederic Malle Editions de Parfums (choć zgoda – niepierwszy to raz). Nie ma w niej żadnej poetyckości, nie ma nimbu tajemnicy. Wszystko jest podane na tacy… Róża i skóra. Wszyscy bowiem, którzy nie przepadają za różą i/ lub skórą w perfumach mogą skreślić ten zapach już tylko na podstawie nazwy. Ale byłby to błąd,

bo ten zapach to bowiem trick, oko puszczone do nas przez Jean-Claude’a Ellenę. Nie odnajdziemy w nim bowiem ani róży ani skóry…

Ale po kolei. Wszyscy już wiedzą, że Jean-Claude Ellena przeszedł na emeryturę po zakończeniu swej misji dla Hermesa. I zdaje się, że odzyskał energię i pasję tworzenia i poszukiwania. „Chcę się bawić” powiedział, co w ustach świeżo upieczonego emeryta zabrzmiało tyleż zaskakująco, co zrozumiale. Bo przecież mówiąc to, nie miał pewnie na myśli wieczorków zapoznawczych połączonych z dancingiem organizowanych przez klub seniora w Cabris (choć może to także). Chodziło mu raczej o zabawę tworzeniem, o zapachowe eksperymenty i realizację tego, czego podczas piastowania prestiżowej funkcji, która zdecydowanie lepiej brzmi po angielsku (co częste) niż po polsku (in house perfumer vs. perfumiarz domowy :)) albo nie realizował, albo (co bardziej prawdopodobne) się z tym nie ujawniał. Aż tu nagle – w tym samym 2019 roku – dwie premiery Perris Monte Carlo i kolejne dwie Laborattorio Olfattivo przez niego sygnowane. Jakby tego było mało kolejny zapach dla samego Frederica Malle, starego przyjaciela, z którym pracował jeszcze zanim zasiadł w domu Hermesa (Angéliques Sous La Pluie, Cologne Bigarade, L’Eau d’Hiver). Obaj spotkali się w Grasse w Prowansji, by przedyskutować ewentualny wspólny projekt i obaj złapali się na wspólnej fascynacji klasykiem Edmonda Roudnitski z 1949 roku La Rose de Rochas. To te perfumy stały się inspiracją dla Rose & Cuir. Ale nie tylko…

Jean-Claude Ellena

Jak się możemy domyślić, formuła zapachu jest dość krótka, składa się z 15 ingrediencji i – uwaga – nie zawiera ani grama esencji różanej! Co na to sam perfumiarz?

Czy róża dodałaby coś ważnego do tego zapachu? Nie. Więc ją pominąłem.

J.C. Ellena

Jednak od samego początku jest w nim obecna różo-podobna nuta, pachnąca wszakże inaczej, bowiem świeżo i zielono, a także nieco przyprawowo i bardziej „roślinnie” aniżeli kwiatowo. Owa pikantność to sprawka esencji z pieprzu Timut z Nepalu, z którą to przyprawą zapoznał Ellenę jego przyjaciel, Bretończyk, mistrz kuchni Olivier Roellinger (to ta właśnie znajomość i kulinarne inspiracje znalazły swój wyraz wcześniej w opisywanym przez mnie Epice Marine, które perfumiarz skomponowała jeszcze dla Hermesa). Świeża i lekka „różaność” to z kolei efekt użycia wyjątkowej jakości esencji z geranium, na którą wyłączność ma póki co Frederica Malle właśnie dla tej kompozycji. Nie od dziś wiadomo, że olejek z geranium ma wiele molekuł wspólnych z olejkiem różanym i oba są chętnie przez wielu perfumiarzy łączone, gdyż współgrają ze sobą idealnie. Z tym, że Jean-Claude Ellena to nie „wielu perfumiarzy”, więc róży nie użył…

Jak sam twierdzi, od lat preferuje krótkie formuły, bo stanowią dla niego wyzwanie. Zawsze stara się najpierw bardzo skrupulatnie dobrać składniki, tak by dawały wyjątkowy efekt, i żeby każdy wnosił coś do kompozycji. Odrzuca więc te, które są jego zdaniem bez wpływu, a następnie pracuje nad zbalansowaniem tych, które pozostały.

J.C. Ellena & Frederic Malle

No dobrze, wiemy już więc, że zapach pachnie geranium. I to pięknie i wyraziście. Jednak ktoś, kto nie zna aromatu geranium, zakwalifikuje dominującą tu nutę jako różę. A co z tytułową skórą? Czy wyczujemy w zapachu skórzany aromat? Nie do końca… A jeżeli tak, to będzie to bardzo specyficzne ujęcie skóry uzyskane za pomocą wynalezionej w latach 50-tych XX wieku molekuły isobutyl quinoline, dokładnie tej samej, która odpowiada za skórzany akord w słynnym Bandit Roberta Piqueta. Tu perfumiarz połączył go wetywerią i cedrem oraz słynną perfumową bazą Mousse de Saxe, by przydać całości nutkę – jak sam to opisuje – buraka cukrowego (!), mającą kojarzyć się z cierniami róży. Efektem jest trwały i subtelnie projektujący, nieco gorzki i „wegetalny” akord bazy.

Zapach – zanim został ostatecznie zatwierdzony przez Frederica Malle – przeszedł niemal sto iteracji, a niemal każda była efektem – uwaga – wymiany SMS-owej (!) pomiędzy oboma dżentelmenami. Oczywiście podczas tego procesu, który trwał ok. 6 m-cy, panowie spotkali się kilka razy, by bezpośrednio przedyskutować efekt i kierunek prac. Co zupełnie nowatorskie i bezprecedensowe – całą tę SMSową korespondencję ujawniono w Internecie i można ją sobie prześledzić tu. Trzeba przyznać, że pomysł bardzo oryginalny, ujawniający perfumeryjną „kuchnię” od dotąd nieznanej strony. Co więcej, pokazuje wymianę opinii pomiędzy nie byle kim, bo branżowymi tuzami! Dla perfumowych nerdów to kawał fascynującej lektury!

Rose & Cuir zbudowany jest z nut zielonych, lekko kwaśnych, winnych, wytrawnych i gorzkich i – jako taki – wcale nie jest zapachem łatwym, szczególnie dla niewyrobionego nosa. Bezkompromisowy – to chyba także adekwatne określenie. W Hermesie wbrew pozorom perfumiarz miał ograniczenia w postaci kierującym rozwojem perfum tzw. dyrektorem kreatywnym, a ten miał wyjątkowe wyczucie rynku i – mimo wszystko – musiał brać pod uwagę komercyjność zapachów. „Czy to się będzie sprzedawało”? – to pytanie zadawano sobie w biurze Hermesa wielokrotnie. To samo pytanie musiał sobie zadawać Frederic Malle. Jak twierdzi Ellena – Malle nie był do końca przekonany do ostatecznej wersji zapachu, więc dał sobie ok. 3 miesiące czasu, po których wrócił do Rose & Cuir „na świeżo”, by ostatecznie go zaaprobować. Czy podjął słuszną decyzję? Czas pokaże. Ja uważam, że ryzykowną…

główne nuty: pieprz, geranium, wetyweria, skóra, cedr, mech

rok premiery: 2019

nos: Jean-Claude Ellena

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0->3,0

Frederic Malle EdP „Music for a While”

Gdy w 2000 roku Frederic Malle debiutował jako wydawca perfum ze swą sygnaturową linią Editions de Parfums, podkreślał, że jego ambicją jest przywrócić światu prawdziwe francuskie Haute Parfumerie.

Śledząc kolejne premiery na przestrzeni ostatnich 10 lat i testując niemal wszystkie zapachy tej marki znalazłem w nich rzeczywiście wiele klasycznie francuskich perfumowych tematów. Tuberoza w Carnal Flower, róża w Une Rose, wetyweria w Vetiver Extraordinaire, paczula w Monsieur., magnolia w Eau de Magnolia, konwalia w cudownym En Passant, geranium w Geranium Pour Monsieur, irys w Iris Poudre, lilia w Lys Mediterranee, kasja w Une Fleur de Cassie, wreszcie jaśmin w genialnym Superstitious. Niemal komplet klasycznych nut, podanych wszakże zawsze w nowatorski sposób. Do 2018 roku brakowało jednak w tej kolekcji perfum z do cna francuską nutą, będącą jednocześnie jedną z moich ulubionych – nutą lawendy. W tymże właśnie roku premierę miał bowiem Music for a While – zapach powstały we współpracy Frederica Malle z legendarnym Carlosem Benaim’em (m.in Eau de Magnolia, Polo, Polo Blue, Flowerbomb).

Także tym razem twórcy pokusili się o utrzymane w zdrowych granicach nowatorstwo, doprawiając tę aromatyczną kompozycję, zdominowaną przez przepięknie pachnącą lawendę, „kroplą” ananasa.

Przydało to otwarciu zapachu subtelnej i nieco innej owocowości, niż ta, która wynikałaby z użytych tu tak czy inaczej cytrusów. Lawendowa dominanta (zdecydowanie chyba najpiękniejsza, jaką dotąd wąchałem) została osadzona na mocnym drzewnym akordzie z wyraźną paczulą, która w ciekawy sposób spaja się z lawendą w jeden aromatyczny akord oraz pozostającymi w tle: wanilią i labdanum nadającymi zapachowi ciepła i delikatnie orientalnego sznytu, nie zahaczającego jednak o kulinarne skojarzenia. Pewne skojarzenia z klasykiem Caron Pour Un Homme są tu nieuniknione, niemniej oba zapachy różnią się od siebie w podobnym stopniu, co Givenchy Gentleman i Monsieur. Frederica Malle. Czyli znacząco.

Zapach sprawia wrażenie prostego w konstrukcji. Taki – jak sądzę – był zamysł twórców. Nie chcieli naruszać naturalnego piękna umieszczonej w centrum lawendowej esencji, a jedynie je zręcznie podkreślić i pozbawić go archaicznych konotacji, o które w przypadku tej nuty niezwykle przecież łatwo. Wg mojej oceny w pełni im się to udało. Music for a While to absolutny must have dla wielbicieli lawendy w perfumach. Dla pozostałych to bardzo uprzejme zaproszenie do zapoznania się z tą przepiękną prowansalską wonią.


nuty głowy: cytryna, mandarynka, bergamotka

nuty serca: lawenda, ananas

nuty bazy: paczula, wanilia, labdanum,

rok premiery: 2018

nos: Carlos Benaim/ Frederic Malle

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0->3,5

Meo Fuscini Parfum – perfumowe rzemiosło z Italii

Pachnące kompozycje Meo Fusciniego powstają z inspiracji jego własną poezją i podróżami. Zielarz z Sycylii, poeta i podróżnik, wspomagany przez przyjaciół prowadzi perfumową markę w obranym przez siebie kierunku. Zapraszam na subiektywny przegląd pachnących dzieł Meo.

Meo Fuscini

Little Song jest zapachem włoskim do szpiku kości. Dominująca, realistyczna i sugestywna nuta kawy, z której Włosi tak namiętnie zaparzają słynne na cały świat espresso, połączona tu została m.in. z absolutem z tytoniu, cywetem, wetywerią i labdanum. Nieco zaokrągla zapach użyty z ogromnym umiarem absolut różany. By unieść tę ciężką mieszankę i nadać jej ekspresji artysta umieścił w formule pieprz oraz bergamotę. Taka kombinacja jest siłą rzeczy skazana na mój zachwyt. Oryginalne, unikatowe, świetne pachnidło dla poszukujących w perfumach wyjątkowych doznań. Do tego sakramencko trwałe.

główne nuty: pieprz, kawa, tytoń

Spirito ma zdecydowanie niebanalny początek. Wilgotny i przyprawowy z -wydawałoby się – kminem na czele. Prawdopodobnie to złudzenie, bo nie ma o nim ani słowa w spisie nut. W zamian za to wymienia się bylicę i ziarna marchwi. Pachnie to bardzo intrygująco i trochę „kmino-podobnie”. Nuta ta początkowo dominuje, a z czasem ustępuje miejsca tajemniczemu, mrocznemu akordowi zbudowanemu z mirtu, cyprysa, hyzopu i nuty papieru. Co za skład! Brzmi jak marzenie miłośnika mrocznych niszowych zapachów. Gdy do tego dodać drzewną bazę z cedrem, gwajakowcem, i wetywerią, to można by uznać, że Spirito pachnie absolutnie. I coś w tym jest. Tajemniczy, uduchowiony, chwilami majestatyczny i niepokojący, niczym doskonała muzyka grająca w tle na stronie internetowej marki.

Spirito ma tytaniczną trwałość, czuję go na skórze ponad 24 godziny. Dzielnie stawia opór detergentom i uparcie tkwi na skórze. Ale to nie wyłącznie dlatego jest moim ulubionym pośród testowanych pachnideł Fusciniego. Pierwsze miejsce otrzymuje za całokształt. Jeżeli zdecyduję się na pełen flakon tej marki, to będzie to właśnie Spirito.

główne nuty: kmino-podobna, przyprawowa, drzewna

W Narcotico (genialna w swej sugestywnej prostocie nazwa prawda?) Fuscini znowu płata mi figla. Dałbym sobie zostawić wąsy, że w formule tkwi absolut jaśminu lub coś podobnie biało-kwiatowo odurzającego. Może to sugestia w związku z nazwą, a może jednak fakt. Gorzkawo-słodka biało-kwiatowa, bardzo głęboka i poruszająca nuta otwiera bowiem ten zapach i jest – jak sądzę – efektem połączenia paczuli, kadzidła, tymianku i oudu o animalnym zabarwieniu. Zwierzęcość Narcotico jest ewidentna, jakby z każdą chwilą mocniejsza, ale z czasem zapach nabiera jakiejś przedziwnej uduchowionej aury. Kadzidło daje bardziej znać o sobie. To zdjęcie na pudełku, figurka anioła, która kojarzy się twórcy z jego dzieciństwem w Palermo… Zamykam oczy i wyobrażam sobie tę skromną religijną rodzinę, regularnie uczęszczającą na msze i tego małego chłopca przygniecionego pompatycznością katolickiego obrzędu. Teraz bardziej rozumiem, dlaczego Narcotico pachnie właśnie tak… Z jednej strony mnie przyciąga, z drugiej odrzuca…

główne nuty: biało-kwiatowa, paczula, nuta drzewno-animalna (oud)

Soczysto-kwiatowe intro Odor 93 nie pozostawia wątpliwości. Oto wielowymiarowe, nieco obezwładniające, gęste od esencji perfumy kwiatowe z dominującymi nutami narcyza i tuberozy, które perfumiarz bardzo zręcznie ozdobił przyprawami użytymi tu na użytek kwiatowego tematu, a nie w celu przykrycia go czy odwrócenia od niego uwagi. Tak więc wymienione w składzie: kmin, goździk czy szałwia przydają centralnemu aromatowi ekspresji i mocy, ale nie ujawniają się indywidualnie w postaci dominującej. To potwierdza moim zdaniem ponadprzeciętne opanowanie przez Fusciniego perfumiarskiego warsztatu. Dość szybko spod kwiatowego aromatu wyłaniają się nuty w sumie także z nim kompatybilne, ale zaburzające nieco początkową idyllę. Animalny i drzewny akord oudowy, wzmocniony nutami drzewnymi, w tym paczulą i wetywerią, a także tytoniem przydaje zapachowi dodatkowego, zmysłowego, a nawet cielesnego charakteru. Jakby tego było mało kontrapunkt dla tych nut stanowi kulinarna w swej istocie wanilia. Oba akordy tworzą swoiste słodko-gorzkie napięcie, kontrast przydający perfumom życia i intrygi. W miarę upływu czasu drzewna baza wyraźniej daje znać o sobie. Odor 93 to zdecydowanie nie jest nudny „kwiatowiec”.

Odor 93 to hipnotyzująca tuberoza zrobiona z odwagą, pomysłem i wyobraźnią oraz odrobiną brawury. Zmysłowa, obezwładniająca kobiecością, cielesna i magnetyczna. Zapach prawdziwej femme fatale.

główne nuty: tuberoza, animalne, drzewne, wanilia

L’Oblio to po włosku zapomnienie. W tej kompozycji trudno się jednak zapomnieć…

Ta próba stworzenia perfum kadzidlano-drzewnych z przewagą tych drugich w bazie i lekko ziołowym sercem z mieszanką mate, tytoniu i nieśmiertelnika (a także irysa) nie należy do – oględnie mówiąc – najbardziej udanych. Nie zabrakło tu solidnej dawki piżm, ale zabrakło – obawiam się – warsztatu, a być może cierpliwości, by zapach uczynić „jakimś”. L’Oblio ma owszem intrygujący charakter i nie brak mu potencjału. Jednak jest dziwnie zwiewne, niedoprecyzowane, zaskakująco – jak na tego typu zapach – transparentne. Nie chcę go w czambuł potępiać, bowiem być może taki ten zapach w zamiarze Fusciniego miał być. Niedopowiedziany, zastanawiający. Wszak to kreacja artystyczna, tu nie ma komercyjnego bacika. Fuscini zrobił tak, jak zamierzał. Ten zapach ma coś w sobie, z pewnością tak. Ciekawie pachnie w nim mate. Sam nie wiem, próbuję o nim zapomnieć, ale on jakoś nie chce odejść w zapomnienie… Cóż, być może powinniśmy się lepiej poznać, tymczasem w lanej próbce pozostało ostatnie 0,5 ml…. A Meo nie oferuje próbek swych perfum…. Nieładnie. Wszak wycenia swoje dzieła dość wysoko, mógłby więc dać szansę na ich spokojne wypróbowanie przed zakupem.

główne nuty: kadzidło, suche nuty drzewne, piżmo

Notturno ma ładną, obiecującą nazwę i trudny początek. Oto bardzo przeze mnie nie lubiana woń zmywacza do paznokci dominuje akord głowy (wedle spisu nut to ananas i rum). Nie jest tak drażniąca, jak popularny rozpuszczalnik, niemniej moje skojarzenia są mocne i jednoznaczne. Nie znaczy to oczywiście, że każdemu będzie się ten zapach tak kojarzył. Ale – jak sądzę – większości. Inna sprawa, że nie od dziś wiadomo, że te nieco bardziej wyrafinowane perfumy lubią rozpoczynać się trudnym akordem, by z czasem zaskoczyć nas niebagatelnej urody sercem i zmysłową, otulającą i snującą się niczym ogon bazą. Czy tak jest w przypadku Notturno? Niestety nie. Z tej kwaśnej chmury nie ma nawet kwaśnego deszczu. Zapach dosłownie po kilkunastu przechodzi niebywałą transformację, staje się bardzo bliskoskórny, z wyczuwalną na początku nutą animalna w typie hyraceum, by po pewnym czasie pozostać na skórze w postaci – owszem bardzo trwałego, ale też rachitycznego – akordu drzewnego z wyodrębniającym się ISO-E-Super. Kontrast pomiędzy głośnym intro, a bardzo szybkim i szepczącym finiszem jest tu doprawdy bezprecedensowy. Uderza też brak wyraźnego akordu serca. Całość wydaje mi się niedopracowana, nieciekawa, po prostu nieudana. Przyznam – dziwię się, że Meo Fuscini zdecydował się opublikować ten zapach. Szkoda tej ładnej przecież nazwy…

główne nuty: kwaśno-owocowa, drzewna, skórzana/animalna

Przywiezione przez Fusciniego z podróży po Maroku wspomnienia najsilniej wiążą się z tytoniem oraz ceremonią zaparzania i spożywania herbaty miętowej. Słynna marokańska mięta jest jednym z głównych bohaterów zapachu 2# nota di viaggio. Czujemy ją w zielonym i lekko cytrusowym wydaniu od pierwszych sekund. Mięcie towarzyszy bowiem esencja z trawy cytrynowej oraz zręcznie wpleciona nuta tytoniu. Przyznam, że shukran… (bo tak brzmi podtytuł tej kompozycji) urzekł mnie świeżością, zaskakującą głębią i nasyceniem. Poza tym to chyba pierwszy raz, gdy spotykam się z takim połączeniem składników. Meo Fuscini pisze, że ten zapach to prosta kompozycja, ale zawiera w sobie wiele emocji. Zgadzam się i dodam, że choć prosta, to jest to bardzo skuteczna i efektowna kombinacja, dająca naprawdę świetny, świeży zapach z głębią, daleki od miętowego banału. To tylko potwierdza zasadę, której wierni są od lata perfumiarze kalibru Michela Almairaca czy Jean-Claude’a Elleny, że dobry zapach powinien składać się z niewielu składników, bo wtedy istnieje dla nich przestrzeń, by mogły wspólnie interesująco zakwitnąć, a cała kompozycja ma czym oddychać. Tak jest w przypadku 2# nota di viaggio.

główne nuty: marokańska mięta, trawa cytrynowa, tytoń

Część trzecia notatek z podróży 3# nota di viaggo to wspomnienie Sycylii, miejsca urodzenia Meo, które artyście kojarz się m.in. z uprawą fig. To nuta figi właśnie zajmuje centralne miejsce w zapachu, otoczona jaśminem i osadzona na bazie z kadzidła. Prosto i na temat. Figa Fusciniego jest ciepła, lekko kwiatowa i raczej delikatna. Poza tym niewiele się tu dzieje.

główne nuty: figa, jaśmin, kadzidło

Perfumy Meo Fusciniego emanują artyzmem, tajemnicą i pasją. Są natchnione, tak jak natchniony wydaje się być sam Meo. Są dowodem na to, że gdzieś w świecie wciąż tworzone są zapachy niszowe w najlepszym tego słowa znaczeniu i z wszystkimi tego konsekwencjami. Bez oglądania się na trendy czy oczekiwania klientów, choćby mieli to być wyłącznie koneserzy perfum, bo przecież bije z nich bezkompromisowość i artyzm, które niejednego konesera przekonają, mimo, że nie zawsze idą w parze z przekonującą realizacją.