Le Labo „Ylang 49” – majestersztyk

 

Zapachy marki Le Labo łączy pewna prawidłowość. Otóż nie należy pod żadnym pozorem oczekiwać, że będą li wyłącznie pachnieć tym, o czym informuje ich nazwa. Przerabiałem ten wątek już wielokrotnie, zawsze przy okazji testów pachnideł tej – było nie było – kultowej już marki niszowej. Nie inaczej sprawa ma się z Ylang 49. Właściwie powinienem dodać, że jest to przykład pachnidła, w którym odległość nazwy od treści jest – nawet jak na standardy Le Labo – wyraźna.

„Ylang 49 jest spacerem po lesie z soczystym bukietem kwiatów w twojej dłoni, gdy słuchając zrównoważonego fortepianu Glenna Goulda zdajesz sobie sprawę, że kwiatowa kompozycja może wykraczać poza kwiaty w ten sam sposób, w jaki Fuga D-moll wykracza poza D.”

Rzeczywiście Ylang 49 – nieco wbrew swej nazwie – wykracza daleko poza schemat pachnidła kwiatowego. Połączone w nim aspekty kwiatowe i drzewne tworzą zapach wielowymiarowy i uniwersalny, a przy tym uniseksowy. Mimo, że pierwszy akord, zdominowany przez soczyste kwiaty, nosi wszelkie znamiona woni typowo kobiecej, to w miarę upływu czasu strona drzewna bierze górę, do końca już definiując szyprowo-drzewny charakter pachnidła.

Kwiatową stronę zapachu tworzą esencje z ylang ylang oraz z gardenii tahitańskiej (Tiare flower). Naturalność, głębia i intensywność akordu kwiatowego jest doprawdy sugestywna i zachwycająca.  Początkowo soczysty, rozcieńczony bergamotą (przez co jakże klasycznie szyprowy!), z czasem jeszcze zielonkawy, później bardziej miodowy, nektarowy, z pojawiającą się minimalną goryczką, która stanowi łącznik z ujawniającą się stopniowo drzewną osnową. Główne role grają tu paczula, wetyweria, mech dębu i drewno sandałowe tworzące prawdziwie szyprową aurę, która pogłębia się, stając się coraz bardziej wyraźnie drzewna, mszysta i żywiczna. Tym samym kwiatowy aspekt Ylang 49 powolutku gaśnie, ustępując miejsca nutom drzewnym mocno porośniętym dębowym mchem. Ta swoista przemiana odbywa się na skórze bardzo powoli, dostojnie, co wynika m.in. z wyraźnie wysokiej koncentracji zapachowej esencji.

ylang-ylang
Ylang Ylang
tiare flower
Tiare

Warto wiedzieć, że kwiat Tiare jest narodowym symbolem Tahiti, skąd pochodzi żona Franka Voelkla, twórcy Ylang 49. Frank regularnie odwiedza tę wyspę czerpiąc z jej olfaktorycznego bogactwa inspirację dla swej pracy.

Co ciekawe (i co zauważyłem nie tylko ja), Ylang 49 pachnie jak współczesna, cieplejsza, głębsza, bardziej żywiczna wersja klasycznego zapachu Aromatics Elixir Clinique. Znajdzie z pewnością uznanie nie tylko u fanek tego legendarnego szypru, ale także wśród tych osób, dla których wyrazista i nieco już archaiczna kwaśność bergamoty i surowość paczuli w dziele Bernarda Chanta jest „nie do przeskoczenia”. W Ylang 49 bergamoty jest zdecydowanie mniej, cytrusy pachną bardziej słodko, zaś paczula jest współczesna, nieostra i „niepiwniczna”. Niemniej stanowi ona kluczowy składnik tego zapachu i wraz z benzoesem buduje zmysłowy akord, który przywodzi mi na myśl genialny Coromandel Chanela. W pewnym zakresie oba te pachnidła są więc do siebie podobne.

Walory użytkowe Ylang 49 są absolutnie rewelacyjne. Zapach jest naprawdę mocny, należy więc dozować go ostrożnie. Projektuje bardzo wyraziście, trwa na skórze dobrze ponad 12 godzin, wyraźnie się zmieniając.

frank-voelkl
Frank Voelkl

Na osobny akapit zasługuje postać perfumiarza. Frank Voelkl, Niemiec z pochodzenia, pracuje jako senior perfumer w Firmenich. Nie należy do największych gwiazd perfumerii, ale talentem i umiejętnościami – śmiem twierdzić – przerasta niejedną z nich. Jego specjalnością są nuty drzewne, w których Frank jest prawdziwym mistrzem. Ma on w swym wciąż rosnącym dorobku wiele bardzo udanych zapachów mass-marketowych (np. Zirh IKON, Sir Avebury Oriflame), czy tzw. celebrity scents (choćby Covet Sarah Jessica Parker, Purr Kate Perry, a nawet perfumy firmowane przez Rihannę czy Justina Biebera), a także pachnideł klasy premium (np. dla ekskluzywnej linii Ermenegildo Zegna Essenze). Ale najbardziej dumny jest z tych stworzonych wspólnie z Eddiem Roschi dla niszowego Le Labo właśnie. A jest ich całkiem sporo, bo Voelkl wydaje się mieć wyjątkowo dobrą „chemię” z kreatorami tej marki. Do dziś z jego pracowni wyszły: Santal 33 (bestseller), Iris 39, Baie Rose 26, Musk 25,  Benjoin 19, Limette 37Ylang 49 oraz najnowszy The Noir 29. W sumie 8 zapachów na 24 tworzące obecną ofertę Le Labo, a więc 1/3. Sporo. Śmiało można więc nazwać Voelkla głównym perfumiarzem Le Labo.

Bardzo rzadko zdarza mi się ocenić perfumy najwyższą notą, jednak w przypadku Ylang 49 nie mogło być inaczej. To nie tylko arcydzieło współczesnej perfumerii, które nadaje pojęciu kwiatowego szypru nowego wymiaru, ale przede wszystkim przepięknie pachnące i doskonale leżące na skórze perfumy. Jeżeli ktoś ciekaw jest, jakie musi być pachnidło, by wzbudzić zachwyt tak wybrednego nosa, jak mój, niech koniecznie spróbuje Ylang 49. To zapach, który wyznacza górną granicę olfaktorycznej doskonałości.

le labo ylang

główne nuty: bergamotka, ylang ylang, gardenia tahitańska, paczula, mech dębu, drewno sandałowe, wetyweria, benzoes

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ******/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

 

Creed Aventus for Her

Dopiero co opisywałem na blogu naprawdę świetny Royal Princess Oud, w którym znalazłem odniesienia do męskiego Aventusa. Uknułem przy tej okazji nawet teorię, że zapach ten miał być czymś w rodzaju damskiej wersji popularnego „Aviego”.  A tu proszę! A więc jednak! Creed – jakby nie Creed – zdecydował się na zdyskontowanie gigantycznego sukcesu Aventusa, który jest największym bestsellerem w historii tej marki (przebił nawet wciąż popularny Green Irish Tweed), poprzez stworzenie jego damskiej wersji, czyli swego rodzaju… flankera. Aventus for Her właśnie ma swoją światową premierę, a ja mam ogromną przyjemność zaprezentować moją wrażenia z jego testów.

Creed Aventus for Her 2

Mistrz perfumiarskiego fachu, Olivier Creed, wielokrotnie już udowadniał, że potrafi stworzyć przepiękne, zapadające w pamięć kobiece pachnidła, z których bije niezwykła harmonia, i które wprost emanują doskonałej jakości składnikami. Takimi zapachami bez wątpienia są Spring Flower (2006), Love in White (2005), Love in Black (2008), Acqua Fiorentina (2009), Fleurs de Gardenia (2012) czy wspomniany na wstępie Royal Pricess Oud (2015). Jego najmłodsze dziecko, Aventus for Her, to nowoczesne perfumy kobiece, które można by w skrócie określić jako owocowo-kwiatowe, ale taki lakoniczny opis nie odda uroku tego zapachu. No i nie obędzie się oczywiście bez porównań do wersji męskiej. Szczególnie, że – co bezprecedensowe w historii tej marki – po raz pierwszy perfumy dedykowane kobietom zapakowano w męską wersję flakonu.

Olivier Creed 2016
Olivier Creed – twórca pachnideł Creeda, mistrz perfumiarstwa (Independent.co.uk)

Oczywiście sygnaturowy akord z męskiego Aventusa został tu przywołany, ale pozbawiono go drzewności, w szczególności zaś brzozy, paczuli i mchu dębowego, współodpowiedzialnych za charakterystyczny dla niego drzewno-skórzany, męski kontrapunkt. Nieobecny jest tu też ananas, za to wyraźne, szczególnie na początku, jest znane z męskiej wersji jabłko, którego zieloność pogłębiono liściem fiołka, a soczystości nadano esencją z kalabryjskiej bergamoty. Pierwszy akord unoszą w powietrze niezawodne, wibrujące molekuły różowego pieprzu.   Owocową naturę zapachu, która obecna jest tu dłużej, niż tylko na początku, wzmocniono akordem brzoskwini oraz znaną z męskiego Aventusa nutą czarnej porzeczki.

Co odróżnia obie wersje, to obecne w sercu Aventus for Her nuty kwiatowe – róża oraz ylang ylang, a także wspomniany brak skórzanej drzewności, tak charakterystycznej dla wersji męskiej. Tu została ona zastąpiona wzmocnionym za pomocą akordu brzoskwini i nuty czarnej porzeczki aspektem owocowym. 

Urodziwy, lekki, świeży i bardzo kobiecy akord kwiatowy ujawnia się w sercu zapachu. Wraz z nutami owocowym, które nawiązują do męskiej wersji Aventusa, tworzy on sygnaturę tych perfum. Oba pachnidła mają ewidentną i zamierzoną cześć wspólną, gdy chodzi o efekt olfaktoryczny. Nie sposób nie zauważyć podobieństwa. Łączy je więc nie tylko nazwa, ale i faktyczna zapachowa treść. W miarę upływu czasu akord kwiatowo-owocowy traci na swej intensywności,  a zapach przechodzi w fazę finalną, którą jest długotrwała, lekko gryząca nozdrza mieszanka drewna sandałowego i ambry, pachnąca bardzo współcześnie, jak zresztą całe pachnidło.

Erwin Creed
Olivier Creed (współtwórca Aventus i Aventus for Her)

 

Olivier Creed w wywiadzie udzielonym trzy lata temu Independent.co.uk opowiada o tym, jak wielką wagę przywiązuje do jakości stosowanych przez siebie składników i ich naturalnego pochodzenia. Jak esencja z begramotki – to ta z Kalabrii. Jak drewno sandałowe – to to najlepsze, z Mysore. Jak szara ambra – to ta pachnąca najszlachetniej, najczyściej. Aventus for Her wydaje się dowodzić jego słów, bo choć w formule z pewnością zastosowano także składniki syntetycznego pochodzenia, bez których perfumeria  po prostu nie może się obejść (mniej więcej od końca XIX wieku), to perfumy te pachną niezwykle naturalnie, czysto, harmonijnie i luksusowo – w sposób, do jakiego Creed przyzwyczaił nas przez lata. Także to, jak Olivier Creed przetransponował sygnaturę męskiego Aventusa w jego damski odpowiednik, robi wrażenie. Podobieństwa są uderzające, ale natura pachnidła zgoła kobieca.

Olivier Creed ma tę niezwykłą zdolność tworzenia perfum o bardzo łatwym, przyswajalnym charakterze i jednocześnie niedostępnej markom designerskim jakości oraz wyjątkowej luksusowej aurze. Wystarczy porównać jego Green Irish Tweed z bardzo przecież podobnym męskim Cool Water Davidoffa, by poczuć i zrozumieć, o czym piszę. Stąd – jak sądzę – bierze się stosunkowo duża popularność perfum tej marki.

Aventus for Her to z pewnością jedne z najbardziej urodziwych perfum kobiecych tej marki. Polityczne poprawne, ale i zapadające w pamięć. Eleganckie, nienachalne, harmonijne, nowoczesne i emanujące najwyższą jakością – jak na Creeda przystało. Czy okażą się równie wielkim sukcesem, co ich męski protoplasta – czas pokaże. Wg mnie mają z pewnością wszelkie ku temu zadatki. 

 

 

Creed Aventus for Her 3

nuty głowy: zielone jabłko, liść fiołka, różowy pieprz, kalabryjska bergamotka

nuty serca: róża, styrax, drewno sandałowe z Mysore

nuty bazy: brzoskwinia, czarna porzeczka, ylang ylang, ambra

rok premiery: 2016

moja ocena: Olivier Creed

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

PS. Perfumy marki Creed można przetestować i zakupić w warszawskiej perfumerii Quality Missala.

Anatole Lebreton „Parfums de liberte” – z miłości do perfum

Współczesne perfumiarstwo zna już przypadki, gdy wielbiciele perfum, tzw. perfumiści (ang. perfumistas) pod wpływem swej pasji i miłości do perfum, postanawiają znaleźć się po drugiej stronie olfaktorycznego świata i z koneserów stać się twórcami. Najsławniejszym bodaj przykładem jest Andy Tauer, za oceanem zaś – Kerosene. Od niedawna do tego duetu dopisać należy Francuza Anatole’a Lebretona, kolekcjonera i entuzjastę pachnideł vintage, a także perfumowego blogera, który podczas tegorocznej edycji Esxence zaprezentował kolekcję autorskich pachnideł inspirowanych stylistyką retro.

Anatole Leberton

Anatole jest osobą niezwykle sympatyczną i kontaktową, z pasją opowiadającą o swej twórczości, która swój obecny perfumowy kształt zawdzięcza także wcześniejszym zajęciom, jakimi Lebreton się parał (próbował swych sił na deskach teatrów, później zajął się sprzedażą rzadkich gatunków herbat i ekskluzywnych czekolad, co było doskonałym treningiem dla jego zmysłów zapachu i smaku). Jego perfumy pod wspólną nazwą Parfums de liberte to dzieła perfumiarskiego rzemiosła, w których czuć pasję i radość tworzenia. Obcowanie z nimi to swoisty reset dla nosa i mózgu, powrót do źródeł francuskiej perfumerii, nieskażonej grupami docelowymi,  oczekiwaniami rynku, briefami zleceniodawców czy obawą o komercyjną flautę.

Lebreton mówi:

Tworzenie perfum, ale także ich noszenie jest jak odkrywanie i podróż, jak bycie zdobywcą i zdobywanym jednocześnie. Używać perfumy oznacza mieć wyobraźnię, to jest to „małe co nieco”, które dodaje naszemu życiu magii.

Jakże się z nim nie zgodzić?

Incarnata

Mocne, wyraźne, unikatowe intro przykuwa uwagę niecodziennym połączeniem zieloności nuty fiołkowej z maliną, irysem i akordem pudrowym. W tle szybko ujawnia się śliczna nuta zamszowa, tworząc idealne towarzystwo dla coraz bardziej wyraźnego irysa. Tak oto z sekundy na sekundę konstytuuje się przewodni motyw Incarnata – wizerunek tajemniczej kobiety oraz jej atrybutów, przy pomocy których przeistacza się w powabną piękność. Stąd wyczuwalne tu nuty szminki, pudru, malinowego różu do policzków i skórzanej torebki, w której przechowuje swoje niezbędne kosmetyki, poukładane w sugestywną i doprawdy zachwycającą całość. Z upływem czasu, powoli zapach traci początkowy lekko zielony odcień, staj się cieplejszy, bardziej zmysłowy, zamszowo-pudrowo-sypki i ambrowy (w tej właśnie kolejności),  a na samym końcu delikatnie balsamiczny.

Incarnata to hipnotycznie piękne pachnidło w niesamowitym klimacie retro, które każe spojrzeć na Anatole’a Lebretona nie tylko jako na sympatycznego perfumistę, ale przede wszystkim jako na świadomego swych umiejętności i utalentowanego perfumiarza. Taki zapach nie może być dziełem intuicji i przypadku!

Lebreton Incarnata

główne nuty: malina, fiołek, rododendron, akord kosmetyczny, irys, mirra, róża, ambra, skóra, benzoes, wanilia

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

L’Eau Scandaleuse

Białokwiatowe, a ściślej tuberozowe cudo z zaznaczoną na początku jakże vintage‚ową nutką zmywcza do paznokci, tu utrzymaną wszakże w ryzach, ale nie pozostawiająca wątpliwości co do klasycznych inspiracji artysty. W sercu akord kwiatowy z dominacją tuberozy zgrabnie połączonej z nutą brzoskwini poprzez ylang ylang mający w istocie nektarową naturę. W tle zaś tego niesamowitego akordu solidna podstawa, w której akcent animalny, znany z naturalnej woni tuberozy, uzyskany tu przez użycie kastoreum, został ciekawie podbudowany sucho-drzewnym cypriolem oraz mchem dębowym. L’Eau Scandaleuse ewoluuje od krótkiego, lekko „zmywaczowego” początku poprzez tuberozowe, najpierw świeże, ale z czasem coraz mroczniejsze i bardziej animalne serce, aż po gorzkawą, oldskulowo skórzaną i jednocześnie sucho-drzewną bazę.

tuberoza

Możliwie, że zaskakuję w tym momencie sam siebie, ale to prawdopodobnie jedne z najpiękniejszych perfum z tuberozą w centrum, jaki kiedykolwiek miałem okazję wąchać (a na recenzje czekają jeszcze poznane już przeze mnie, tyle że jeszcze nie opisane, fenomenalne Carnal Flower Frederica Malle i Luci ed Ombre Masque Milano).

Warto wiedzieć, że L’Eau Scandaleuse otrzymało w 2014 roku Adjiumi Award w kategorii „Najlepszy niewłoski zapach niszowy” przyznawaną przez włoskie forum wielbicieli niszowych perfum, a sam Anatole Lebreton został uznany przez to samo grono za najlepszego perfumiarza 2014 roku.

Lebreton Scandaleuse

główne nuty: bergamotka, brzoskwinia, dawana, tuberoza, ylang ylang, skóra, kastoreum, cypriol, mech dębu

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

L’Eau de Merzhin

W tej nieco delikatniejszej kompozycji Lebreton zawarł swoje żywe wspomnienia z dzieciństwa spędzonego pośród łąk i lasów Bretanii, gdy jako dziecko spędzał czas obcując z wszechobecną roślinnością, która każdej wiosny eksplodowała olfaktoryczną feerią. Szczególnym wspomnieniem perfumiarz darzy woń zielonego siana i głogu, których ślady zawarł w pięknym, sugestywny, naturalnie pachnącym  L’Eau de Merzhin.

Pachnie on jak stworzona przez młodego chłopca mikstura z soków roślin napotkanych po drodze z lasu, poprzez łąkę i ogród, w drodze na podwieczorek do babci i dziadka. Zamknięta w słoiku po to, by w pełnym trosk dorosłym życiu mieć zawsze na wyciągnięcie ręki swoje słoneczne dziecięce wspomnienia.

Perfumiarz zbudował ten niezwykły wiejski pejzaż za pomocą połączenia popularnych zielonych nut (galbanum, zielona porzeczka, liście fiołka) z chętnie wykorzystywaną w niszy perfumowej bylicą (patrz np. French Lover Frederica Malle) oraz z użyciem nietypowych składników, które raczej rzadko napotykamy w pachnidłach (głóg, tomka wonna, siano). Stąd prawdopodobnie jego bardzo oryginalny i zarazem naturalistyczny charakter. Zapach jest początkowo lekko soczysty, zielony, z czasem nieco bardziej ziołowy, na finiszu przyjemnie mszysty z nutą siana.

L’Eau de Merzhin przypomina mi cudny Yerbamate Lorenzo Villoresiego, choć dzieło Lebretona jest bardziej surowe, paradoksalnie mniej perfumeryjne, bardziej naturalistyczne, ma w sobie nie tylko zieleń, ale i wyraźną goryczkę roślinnych soków. Przywołuje jednak ten sam, co zapach Villoresiego, radosny, wiosenno-letni obraz dzikich, zielonych, kwiecistych łąk. Ma tę magiczną zdolność do przywoływania najlepszych wspomnień z beztroskich lat dzieciństwa, które ja także bardzo często spędzałem  w otoczeniu natury – łąk, lasów i przepełnionych wonnymi roślinami ogródków działkowych. Może właśnie dlatego nie potrafię przejść obojętnie obok L’Eau de Merzhin?

Lebreton Merzhin

główne nuty: galbanum, bylica, liście fiołka, czarna porzeczka, głóg, tomka wonna, zielone siano, tonka, irys, mech

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Bois Lumiere

Pamiętacie niezwykłe lutensowskie Miel do Bois? Wciąż mam jeszcze kilka ml tej niezwykłej cieczy zdominowanej przez chyba najbardziej ekspansywną nutę miodu pszczelego, jaką kiedykolwiek spotkałem w perfumach, słodką tak, że aż trzeszczy między zębami. Anatole Lebreton nie poszedł w swoim Bois Lumiere aż tak daleko, nie mniej to właśnie intensywna nuta miodu pochodząca z rozpylonego podczas Esxence na stoisku sympatycznego Francuza Bois Lumiere zaintrygowała mnie do tego stopnia, że zwróciłem uwagę na ofertę twórcy.

Bois Lumiere jest idealnie wyważony. Niczego mu nie brak i jednocześnie niczego nie jest tu za wiele. Ta równowaga przydaje kompozycji szlachetności świadczącej o ponadprzeciętnym talencie Anatole’a Lebretona. 

Miód, choć wyraźny, jest tylko jednym z elementów tej przepięknej układanki, która – gdy zapomnieć na chwilę o składnikach wymienionych w materiałach promocyjnych -olfaktorycznie zmierza w kierunku wytyczonym przez Tobacco Vanille Toma Forda, pachnąc przy tym jednak bardziej „niszowo” i bardziej szlachetnie. Obok miodu mamy tu nuty balsamu z jodły i benzoesu oraz wosku, które pogłębiają balsamiczny charakter zapachu. Potencjalna jego ociężałość została tu wyeliminowana przez użycie mandarynki i przydających „życia” przypraw: jagód jałowca i goździka. W sercu umieszczono bardzo subtelną nutę róży, dodającą całości szlachetności. No i nie można nie wspomnieć o nieśmiertelniku, który wprost genialnie uzupełnia się z miodowym tematem. Wszystko to razem tworzy jedną z najlepszych kompozycji w na razie skromnym, ale już imponującym treścią i jakością dorobku Lebretona

Lebreton Bois

główne nuty: jałowiec korsykański, szałwia, mandarynka, balsam jodłowy, miód, róża, goździk, nieśmiertelnik, wosk, cedr, benzoes

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Parfums de Liberte  to kolekcja pachnideł zupełnie wyjątkowych. Każde z nich jest małym cudem perfumerii i dowodem na to, że prawdziwa pasja połączona z talentem i pracą mają zawsze szanse zaowocować czymś wyjątkowym. Anatole Lebreton zabiera nas w podróż do krainy perfum-marzeń, pozwalając obcować z zapachami nietuzinkowymi, zapatrzonymi w przeszłość, ale zupełnie współcześnie brzmiącymi. Gdy powącha się je po raz pierwszy, trudno o nich zapomnieć. Czyż nie takie powinny być prawdziwe perfumy? Trudne do zapomnienia? Pozostawiające w nas pozytywne wspomnienia i budzące dobre emocje? Kuszące, by do nich wracać i ponownie cieszyć się ich niezwykła magią? To właśnie w pracowni Lebretona i jemu podobnych, a nie w laboratoriach wielkich korporacji perfumiarskich, dzieją się współczesne perfumowe cuda. Parfums de Liberte mają wszakże jeszcze jedną cechę, którą osobiście bardzo sobie cenie – pozbawione są pretensjonalności, w którą potrafią popaść także i niszowi twórcy. Czuć tu szczerość przekazu i niczym nie zmąconą pasję twórcy. To dziś towar na rynku perfum zdecydowanie deficytowy.

Warto więc mieć na oku poczynania Monsieur Lebretona.

Le Galion – jak feniks z popiołów

La Galion logo

Francuska marka Le Galion szyci się niezwykłą i dość długą historią. Powołana do życia jako dom perfumeryjny w 1930 roku przez Księcia Murata, już po pięciu latach trafiła do rąk niejakiego Paula Vachera, perfumiarza, który zdążył był już pracować z Guerlainem oraz Lanvinem (współtworzył słynny Arpege). Ten w 1936 roku zaprezentował Sortilege – pachnidło, które szybko stało się absolutnym przebojem salonów (nosiła je sama Marilyn Monroe). Potem powstały kolejne: Bourrasque, Brume, Tubeureuse, Iris. Wszystkie słynęły z bogatych w naturalne składniki receptur, nieprzeciętnej elegancji i piękna. Nic dziwnego, że gdy w 1946 roku Christian Dior i Serge Heftler-Louiche (dziadek Frederic Malle!) szukali kogoś, kto skomponowałby dla Diora pierwsze perfumy, Vacher wydawał się naturalnym, choć z pewnością niełatwym wyborem (był wówczas jednym z kilku najbardziej znanych i najwybitniejszych francuskich perfumiarzy obok Edmonda Roudnitski, Etnesta Beaux, Ernest Daltroffa czy Jacquesa Guerlaina). Vacher stworzył dla Diora szyprowe perfumy nazwane Miss Dior.

paul-vacher
Paul Vacher

Niezależnie od tego perfumiarz rozwijał własną markę Le Galion i w ciągu kolejnych niemal 30 lat (zmarł nagle w 1975 roku) dzielił swe obowiązki pomiędzy nią, a rolę głównego producenta perfum dla Christania Diora. Warto wiedzieć, że Vacher jeszcze raz zasiadł przy perfumiarskich organach na zlecenie Diora, aby w 1963 stworzyć Diorling. Ale lata 60-te i początek 70-tych to przede wszystkim kolejne pachnidła Le Galion, m.in. Vetyver (1968).

Diorling

Po śmierci Paula Vachera za sterami firmy na kilka lat stanęła jego córka, Dominique De Urresti. W latach 80-tych Le Galion zakupili Amerykanie i bardzo szybko rozłożyli firmę na łopatki. Byłby Le Galion już wyłącznie historią, gdyby nie Nicolas Chabot, który kilka lat temu zakupił prawa do marki i reaktywował ją w bardzo dobrym stylu, przywracając z pomocą francuskich perfumiarzy (Vanina Muracciole, Marie Duchene, Anne-Sophie Behaghel, Amelie Bourgeois, David Maruitte, Thomasa Fontaine) słynne klasyki we współczesnych wersjach oraz dodając zupełnie nowe pachnidła.

Nicholas Chabot

Chabot zadbał nie tylko o treść pachnideł, ale także o ich formę. Współczesny Flakon Le Galion nawiązuje swym oszczędnym i eleganckim, bezpretensjonalnym designem do butli, w jakiej sprzedawane było Sortilege z czasów swej świetności:

Old Sorilege

Poniżej zdjęcie kolekcji Le Galion eksponowanej podczas Esxence 2016:

Gallion

Ona czyli Sortilege A.D. 2014

Ulubione (zapewne obok No 5 Chanela) perfumy Merylin Monroe także dziś pachną niezwykle kobieco i bardzo w stylu odległych już lat 30-50 tych XX wieku. Tradycyjna i sprawdzona tysiące razy mieszanka wszelkiej maści składników kwiatowych (z dominującymi ylang ylang i jaśminem) z aldehydami na drzewno-ambrowej bazie i sandałowcem jako głównym elementem rusztowania, nigdy, przenigdy nie wyjdzie z mody. Oby zresztą tak było, bo trudno przecież znaleźć bardziej ponadczasowo kobiecy aromat, niż ten prezentowany przez Sortilege, w jakimś sensie – jak każdy tego typu zapach po 1921 roku – dłużnika Ernesta Eaux i jego Chanel No.5. Bowiem po 1921 roku wszystkie pachnidła o podobnej woni chcąc nie chcąc muszą być porównywane do królowej. A królowa jest przecież jedna…

marilyn-monroe-sortilege-perfume-300x229

Trzeba wszakże przyznać, że współczesna wersja Sortilege pachnie bardzo szykownie, harmonijnie i mimo ewidentnej retro metryki, całkiem „dzisiejszo”. Aldeyhydy zastosowano z umiarem (nie to co w dziele Beauxa :)), a kwiatowy bukiet pachnie po prostu nieziemsko. Doskonała jest jakość składników, a kompetencja, z jaką wykonano samą kompozycje – bezdyskusyjna. Godzien podziwu zaś polot, z jakim reaktywowano klasyczną, niemal kultową woń.

Sortilege A.D. 2014 pachnie jak dzieło wybitnego kompozytora, zagrane przez współczesnego wirtuoza  na najlepszej jakości skrzypcach. Takiej muzyki słucha się nie tylko z największą przyjemnością, ale także z zachwytem, podziwem i szacunkiem dla twórców.

Sortilege są współcześnie nienachalne, ale nie należy zapominać, że choć podana wg dzisiejszych reguł, jest to kompozycja w starym stylu. Fanki współczesnych perfum cukierkowych, owocowych i syntetyczno-kwiatowych, słynące z robienia sobie selfie przy każdej okazji i umieszczania ich bez zastanowienia na Instagramie, prawdopodobnie skomentują ten zapach jako – delikatnie mówiąc – „babciny”. Błąd. Przede wszystkim w rozumowaniu. Każda babcia była przecież niegdyś młodą, a później dojrzałą kobietą. Jeżeli pachniała Sortilege, to musiała robić oszałamiając wrażenie. Bo Sortilege jest oszałamiająco kobiecy. A jest tego jedna zasadnicza przyczyna –  to perfumy przeznaczone dla kobiet, nie zaś mentalnych podlotków…

sortilege_le-galion

nuty głowy: konwalia, bez, ylang-ylang, aldehydy

nuty serca: egipski jaśmin, mimoza, narcyz, róża turecka, irys

nuty bazy: indonezyjski sandałowiec, wetiwer, labdanum, piżmo, ambra

twórca: Paul Vacher/ Marie Duchene

rok premiery: 1936/ 2014

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

On czyli Vetyver A.D. 2015

Przypomnijmy – lata 50-te i 60-te ubiegłego wieku były czasem popularności zielono-ziemistej nuty wetywerii w pachnidłach już wówczas kierowanych do gentlemanów. Carven Vetiver (1957), Vetiver od Guerlain (1959), Eau de Vetyver od Givechy (1959) stanowiły swoistą męską odpowiedź na aldehydowo-kwiatowe pachnidła kobiece. Paul Vacher doskonale czuł rynek, więc w 1968 roku wypuścił własną wodę wetiwerową – Eau de Vetyver.

eau de vetyver galion

Nicholas Charabot i Thomas Fontain przywrócili ją światu w 2015 roku pod uproszczoną nazwą Vetyver. Podobnie jak Sortilege nie przypomina współczesnych perfum kwiatowych, tak Vetyver nie jest aromatem wetiwerowym w dzisiejszym tego słowa rozumieniu (w typie Vetiver Extraordnaire Frederica Malle, Sycomore Chanel, Encre Noire Lalique czy Grey Vetiver Toma Forda). Wszystkie wymienione to na wskroś współczesne interpretacje tematu, podczas gdy Vetyver Le Galion pod względem kompozycyjnym wyraźnie tkwi w przeszłości. Przede wszystkim nie wetiwer jest tu głównym aktorem. Zielony, niemal trawiasty, lekko gorzki początek zbudowany jest głównie z esencji liścia gorzkiej pomarańczy (petit grain) i bergamoty, spod których wybija się szorstko pachnąca gałka muszkatołowa. Intro naturalnie przeistacza się w mocno ziołowe, szorstkie serce złożone z szałwii, lawendy, petitgrain, estragonu i kolendra. Spore nagromadzenie takich a nie innych ingrediencji ziołowych przydaje całości retro sznytu. Z czasem zapach nabiera utrzymującego się już do końca drzewno-mszystego charakteru i finiszuje cichnąc, podczas gdy ja wciąż czekam na tytułowy wetiwer…

Vetyver to mocno klasyczne w swym charakterze i utrzymane w konwencji retro bardzo męskie pachnidło dla raczej dojrzałego mężczyzny. Można go śmiało potraktować jako męski odpowiednik Sortilege, gdy chodzi o to, co proponuje Le Galion.

Czuję, że jego obecna wersja zachowała bardzo wiele ze swego poprzedniego wcielenia. Jednak w porównaniu ze starszym przecież Vetiverem od Guerlaina wypada mało przekonująco. Ale mało co przecież może równać się z arcydziełem młodziutkiego Jean-Paula Guerlaina…

 

Le Galion Vetyver

nuty głowy: bergamotka, włoska mandarynka, gałka muszkatołowa

nuty serca: szałwia, lawenda, petit grain, estragon, kolendra

nuty bazy: wetiwer, sandałowiec, bób tonka, piżmo

twórca: Paul Vacher/ Thomas Fontaine

rok premiery: 1968/ 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ****

 

 

PS. Perfumy La Galion dostępne są w perfumerii Quality Missala.

By Coolife – odblokowywanie czakramów

Perfumy to taka dziedzina artystycznego rzemiosła (a czasem sztuki), w której inspiracje mogą pochodzić niemal zewsząd, a granicą może być wyłącznie ludzka wyobraźnia. Współczesna perfumeria coraz rzadziej bazuje na wymyślonych historiach z przeszłości, na opowieściach o królewskich rodach i ich perypetiach, a coraz częściej szuka inspiracji we współczesności, w przyrodzie, w nauce, technice, ludzkiej naturze, a czasem także w religiach i wierzeniach. W przypadku Coolife – marki będącej bohaterem tego wpisu – motywem przewodnim są tzw. czakry związane z hinduizmem i jogą.

czakry

Coolife to marka stworzona i prowadzona przez dwie mieszkające w Nowym Jorku Francuzki: Carole Beaupre i Pauline Rochas (wnuczka twórców imperium modowego Rochas). Od 2000 roku zajmują się one profesjonalną fotografią produktów luksusowych. Od niedawna tworzą wspólnie z profesjonalnymi perfumiarzami (Patricia Choux i Yann Vasnier) pachnidła mające stymulować i uaktywniać tzw. czakry,  a więc – według hinduizmu – ośrodki energetyczne wpływające na ludzkie życie i zdrowie. A że głównych czakr jest siedem – tyle właśnie zapachów tworzy kolekcję nazwaną By Coolife 7. Wszystkie siedem zapachów jest gotowych, czego potwierdzenie znalazłem podczas tegorocznych targów Esxence (stoisko Coolife prezentowało wszystkie 7 kompozycji). Natomiast póki co do sprzedaży trafiły cztery z nich, pozostałe trzy będą dołączane sukcesywnie. Ot taka strategia wejścia…

Coolife 02

Pierwsze pachnidło nazwane bezpretensjonalnie Le Premier Parfum zaprezentowano w 2014 roku. Aktywuje czakrę sakralną, zwaną Svadishtana, odpowiedzialną za emocje i twórczość. Ma odblokować zmysłowość, ciepło i miłość. Jest to kompozycja bazująca na siedmiu głównych składnikach, tworzących całość stanowiącą rodzaj zapachowego afrodyzjaka. Dominuje tu esencja paczuli osadzona na mieszance kilku gatunków drewna sandałowego połączona z ylag ylang i pogłębiona zmysłowym labdanum.

Carole+Beaupre+Patricia+Choux+Osswald+NYC+_JIC8ZyaY52l
Coolife i Patricia Choux (w środku), foto: Zimbio.com

Ten uniseksowy zapach jest z założenia minimalistyczny, skomponowany bez klasycznej piramidy nut, i tylko minimalnie ewoluuje na skórze. Pachnie zaskakująco delikatnie (a paczula potrafi przecież być bardzo wyrazista). Jest w swym minimalizmie dość kojący, spokojny, ale przez to zupełnie mnie nieekscytujący. Ot taka subtelna paczulka dla początkujących…

Trudno nazwać Le Premier Parfum mocnym debiutem – raczej nieśmiałym preludium, bo z jednej strony mamy bardzo francuskie nuty, z drugiej iście nowojorską powściągliwość i olfaktoryczną poprawność, która zresztą okaże się być immanentną cechą perfum proponowanych przez Coolife.

LePremierParfumbyCoolifePackShot

główne nuty: ylang ylang, paczula, drewno sandałowe, labdanum

twórca: Patricia Choux

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Drugie pachnidło Cooolife Le Deuxieme Parfum ujrzało światło dzienne w 2015 roku. Jest miksturą mającą aktywować czakrę serca zwaną Anahata, jedną z głównych funkcji której jest uczucie miłości. Także i tym razem Carole Beaupre, Pauline Rochas i Patricia Choux zdecydowały się na minimalistyczną, siedmioskładnikową kompozycję bez wyraźnie zaznaczonych akordów głowy, serca i bazy. Powstał miły dla nosa, subtelny, ciepły, zmysłowy bukiet o delikatnej nucie kwiatowo-balsamiczno-piżmowej, który wydaje mi się bardziej odpowiedni dla kobiecej aniżeli męskiej skóry. Jego cherlawe parametry dalekie są od moich ideałów (choć zaskakująco po kilkudziesięciu minutach staje się nieco bardziej wyczuwalny), ale przecież nie każdy lubi pachnieć mocno i wyraziście, prawda? Zresztą, gdy już jesteśmy przy miłości, to Le Deuxieme wydaje mi się doskonałym wyborem na ten moment, który następuje zanim kobieta zanurzy się w męskie ramiona w poszukiwaniu… miłości właśnie.

ledeuxiemeparfum

główne nuty: bergamotka, kwiat pomarańczy, ylang ylang, balsam Peru,

twórca: Patricia Choux

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

2015 rok przyniósł aż dwie premiery Coolife. Po Le Deuxieme przedstawiono Le Troisieme Parfum aktywizujący czakrę słoneczną zwaną Manipura, odpowiedzialną m.in. za ambicję, kontrolę i karierę. Zapach – skomponowany przez ten sam zespół, który stworzył dwa poprzednie – cechuje znany już minimalizm (siedem składników) i prostota oraz niewątpliwy urok. Tradycyjnie już brak mu wyraźnego charakteru (choć projektuje jednak nieco lepiej, niż „jedynka” czy „dwójka”). Nie formułuję tego jako zarzut, raczej jako cechę tego i pozostałych dwóch pachnideł Coolife. To świadomie przyjęta przez twórczynie konwencja, więc wypada ja zaakceptować i nie czynić z niej powodu do krytyki. Le Troisieme wyróżnia się subtelnie kolońskim i lekko zielonym charakterem, a to za sprawą kilku ingrediencji, które historycznie już tworzą tego typu aromaty: cytrusy, neroli, wetiwer. Tu zapach jest udekorowany jaśminem, wzmocniony kardamonem i jagodami jałowca oraz utrwalony piżmem. Budzi we mnie swobodne skojarzenia z Cologne Thierry Muglera czy Original Vetiver Creeda, choć odróżnia się do nich indywidualnym, bardziej delikatnym, subtelnym charakterem. Idealny jako poranne orzeźwienie w upalny dzień. Sprawdzi się zarówno na męskiej, jak i kobiecej skórze.

coolife.letroisiemeparfum 2

 

główne nuty: cytrusy, neroli, jaśmin, jagody jałowca, kardamon, wetiwer, piżmo

twórca: Patricia Choux

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ****

 

Ostatnie jak dotąd pachnidło Coolife to The Quatrieme Parfum. Jest to zarazem pierwsze, które mnie przekonuje, a nawet więcej – które bardzo mi się spodobało. Ale by tak się stało, musiała zajść pewna istotna zmiana – nad czwartym zapachem pracował z Carole i Pauline niejaki Yann Vasnier, perfumiarz znany m.in. z doskonałych pachnideł Toma Forda, Arquistec czy Parfums Divine. I albo to jego styl i warsztat albo kierunek obrany przez obie kreatorki (albo jedno i drugie) wpłynęły pozytywnie na efekt końcowy.

Yann Vasnier
Yann Vasnier

La Quatrieme otwiera podstawową czakrę zwaną Muladhara odpowiedzialną za bezpieczeństwo i przetrwanie. Jest też symbolem związku człowieka ze swymi ziemskimi korzeniami. Zapach symbolizuje to połączenie i ma w założeniu erotyczny i wyrazisty charakter. W praktyce Coolife powraca swym czwartym zapachem do paczuli, tym razem jednak w kombinacji z mocniejszymi, bardziej charakternymi składnikami. W efekcie otrzymujemy pachnidło z początkowo mocnym, męskim akordem rumowo-tytoniowym (tytoń aromatyzowany śliwką!), spod którego wyziera paczula. Ten zestaw ustawia zapach na dłuższy czas, by później zrobić miejsce zmysłowej bazie, w której wciąż obecna paczula pięknie komponuje się z balsamami i wanilią.

La Quatrieme Parfum bije na głowę pozostałe trzy zapachy Coolife charakterem, mocą, projekcją i trwałością, ale także i swą treścią. Jest zdecydowanie niebanalny, intrygujący i wg mnie bardzo zmysłowy. Jest uniseksem z lekkim przechyłem w męską stronę. Mój wybór pada zdecydowanie na niego. Od początku do (późnego) końca pachnidło to uwodzi mnie nakłaniając moje słabe czakramy do nabycia własnego flakonu…

Czy w kolejnych trzech zapachach Coolife pójdzie drogą wytyczona przez trzy pierwsze czy może przez ten czwarty? Czas pokaże. O ile dobrze pamiętam, premiera Le Cinquieme Parfum już we wrześniu.

Ja tymczasem muszę zdusić swoją słabą czakrę. Czy ktoś może zna na to sposób?

 

coolife la quatrieme

 

główne nuty: rum, liście tytoniu, paczula, mirra, balsam Peru, miód, wanilia, śliwka

twórca: Yann Vasnier

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: *****

 

P.S. Zapachy Coolife dostępne są w krakowskiej perfumerii Lulua.

Aedes de Venustas – Cierge de Lune

Queen of the Night

Cierge de Lune to najnowsze pachnidło nowojorskiej marki Aedes de Venustas, które miało swą premierę podczas tegorocznych targów Esxence. Zapach został zainspirowany kwitnącym w nocy pustynnym sukulentem, zwanym Królową Nocy lub Księżycową Świecą.

Wedle słów twórców – Karla Bradla i perfumiarza Fabrice’a Pellegrina – zapach ukazuje ciemną stronę wanilii. Istotnie w jego formule użyto doskonałej jakości absolutu wanilii z Madagaskaru i rzeczywiście to ona stanowi w dużej mierze o charakterze tego pachnidła. Ale przecież  Cierge de Lune to także zapach kwiatowy. Tyle że dość nietypowy, tak jak nietypowa była inspiracja dla jego stworzenia.

Fabrice Pellegrin2
Fabrice Pellegrin (Firmenich)

Z początku odzywa się dość subtelną mieszanką dwóch gatunków pieprzu połączoną z kadzidłem, jednak dość szybko przechodzi w fazę serca, w której wspomniana szlachetna wanilia połączona została z esencją ylang ylang i jaśmino-pochodnym hedione, tworząc – muszę do przyznać – bardzo elegancki, ciepły, zmysłowy, hipnotyczny akord. Zapach posadowiony jest na bazie z Ambroxu i zamszu, które idealnie wspierają, pogłębiają i utrwalają całość. Woń jest raczej blisko-skórna, mocno sadowiąca się na skórze, trwająca na niej bardzo długo, z czasem stająca się jakby „drugą skóra noszącego”.

Cierge de Lune to kolejne udane, niebanalne i wyrafinowane pachnidło w ofercie marki Aedes de Venustas. Dowodzi doskonałego gustu jej twórców Karla Bradla i Roberta Gerstnera. W swym unikatowym, nokturalnym, kwiatowo-waniliowo-ambrowym charakterze jest uniseksem z lekkim przechyłem w damską stronę. Na kobiecej skórze musi pachnieć oszałamiająco zmysłowo, na męskiej zaś z pewnością intrygująco i nieco dwuznacznie.

AdV Cierge de lune

nuty głowy: różowy pieprz, czarny pieprz

nuty serca: absolut wanilii z Madagaskaru, kadzidło, hedione, ylang-ylang

nuty bazy: Ambrox, akord zamszu

twórca: Fabrice Pellegrin

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ***

 

Ona i on, czyli Clinique „Aromatics Elixir” i Aramis „900”

„Wąchamy naszym umysłem. Nasz nastrój wpływa na sposób, w jaki odczuwamy zapachy. (…) Zapachy zmieniają nasz nastrój. Nie jest dobrze, gdy jesteś zmęczony. Twój umysł musi być świeży.”

Bernard Chant (1927–1987)

bernard-chant

Te słowa wypowiedział jeden z największych i najważniejszych perfumiarzy wszech czasów, którego bez wahania postawiłbym obok takich tuzów perfumiarstwa jak Jean Carles, Ernest Beaux, Edmond Roudnistka czy Jean Paul Guerlain. Bernard Chant stworzył takie perfumowe arcydzieła, jak Estee (1968), Azuree (1969), Cinnabar (1978) i Beautiful (1985) dla Estee Lauder, Aramis (1969), JHL (1982), 900 (1973) i Devin (1977) dla Aramis (męskiej marki Estee Lauder),  Gres (1958) dla Cabochard, Halston (1974), Antonia’s Flowers (1985) wreszcie Aromatics Elixir (1971)  dla Clinique. Chant był „tajną bronią” Estee Lauder. Pracując dla wiodącej amerykańskiej marki kosmetycznej tworzył perfumy do szpiku francuskie, klasycznie skonstruowane, ale i bardzo oryginalne. Jego bogaty, francuski, jednocześnie indywidualny styl można dziś spokojnie uznać za kanon. Szyprowy akord Aromatics Elixir to absolutna klasyka gatunku, doceniania nie tylko przez pokolenia eleganckich amerykańskich kobiet, ale także przez współczesnych krytyków perfum, m.in. Lucę Turina i Chandlera Burra.

 

Ona czyli Clinique Aromatics Elixir

Clinique-AromaticsElixir9s_enl

Aromatics Elixir (1971) to perfumy, które – w jakimś sensie – zna niemal każdy. Nie znaczy to, że każdy miał okazję wąchać je w oryginale. Aromat ten stał się jednym z najchętniej kopiowanych, gdy chodzi o klasyczne perfumy damskie. Stąd nawet, jeśli dzieło Chanta nigdy nie miało okazji olśnić nas w swej pierwotnej, oryginalnej formie, z pewnością znamy tę woń z jednej z niezliczonych kopii. Efekt podobny do tego, jaki generuje od dziesiątek lat Chanel No. 5. Tyle, że nie ma to jak oryginał. Tak jest również w tym przypadku. Aromatics Elixir – mimo upływu lat – wciąż zachwyca. Trzeba jednak do niego dojrzeć. To nie są perfumy dla początkujących. To ponadczasowy, sztandarowy szyprowy klasyk, w którym najważniejsze role grają: mech dębu, paczula oraz białe kwiaty (jaśmin, tuberoza, ylang), a także róża, cytrusy i zioła. Ale po kolei.

Otwarcie jest upojne, cytrusowo-ziołowe (cytryna i bergamota oraz werbena, rumianek i szałwia) z subtelną, niemęczącą nutką zmywacza do paznokci. W sercu niepodzielnie rządzi bogaty, kwiatowo-drzewny akord w uroczej, klasycznej odsłonie. Bardzo ważną rolę pełni tu miodowa nuta ylang ylang, która pięknie łagodzi kwaśność paczuli i wetiweru. Nie ma tu mowy o retro nutach pudrowych, szminkowych czy aldehydowych. Jest całkiem soczyście i… coraz bardziej drzewnie, gdyż na tym etapie już całkiem wyraźnie ujawnia się kluczowa dla całej kompozycji paczula ożeniona z nie mniej ważnym mchem dębowym. Jakby tego było mało, akord bazy wzmacnia esencja wetywerii oraz drewno sandałowe. Czy można wyobrazić sobie bardziej klasyczne połączenie? Chyba nie. Ale wcale nie pachnie ono banalnie. Nie w tej genialnej kompozycji, której nadano jakże odpowiedni tytuł. Aromatyczny eliksir. Genialne!

Zapach jest wyrazisty, „nie bierze jeńców”, ma konkretną moc. Czuć, że formuła nie powstała współcześnie, aczkolwiek oczywiście przeszła zmiany, które zresztą wyszły zapachowi – jak sądzę – na dobre. Wersja vintage (a miałem okazję ją testować) ma tak obezwładniającą moc, że współcześnie jednak chyba trudno było by jej używać bez wzbudzania kontrowersji. Aktualna woda perfumowana jest owszem mocna i intensywna, ale nie „trąci myszką”, co jednak w wersji vintage jest wyczuwalne. Dodam, że obecnie Aromatics Elixir występuje w dwóch koncentracjach: wody toaletowej (eau de toilette) oraz wody perfumowanej (perfume spray). To właśnie tę drugą wersję poddałem testom.

Aromatics Elixir to ponadczasowe szyprowe perfumy dla dojrzałych i pewnych siebie kobiet, która stronią od współczesnych, nudnych, banalnych, słodko-kulinarnych pachnideł. Ich nieco wytrawny charakter akceptują także niektórzy mężczyźni, szczególnie zaś bazę zapachu można spokojnie nazwać męską. I pewnie panowie sięgaliby częściej po dzieło Bernarda Chanta, gdyby nie… inne dzieło Bernarda Chanta… Ale o tym za chwilkę.

clinique-aromatics-elixir-perfume

nuty głowy: bergamotka, cytryna, werbena, szałwia, rumianek

nuty serca: geranium, róża, ylang ylang, jaśmin, tuberoza

nuty bazy: paczula, mech dębu, wetiwer, drewno sandałowe

twórca: Bernard Chant

rok premiery: 1971

moja ocena:

zapach: ******/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

On czyli Aramis 900

Gdyby jednak dla panów Aromatics Elixir okazał się być zbyt kobiecy (czyt. przede wszystkim zbyt kwiatowy), znajdą dosłownie tę samą, tylko że bardziej surową i okrojoną wersję w postaci 900 Herbal Cologne – pachnidła marki Aramis z 1973 roku, którego autorem jest… Bernard Chant.

Pochodząca z 1973 roku „dziewięćsetka” z pewnością powstała na osnowie Aromatics Elixir. Nazwałbym ją nawet męskim rodzeństwem. Wyraźnie czuć, że perfumiarz pomajstrował przy formule tak, by osiągnąć bardziej męski efekt. Zapach stał się bardziej surowy, wytrawny, ale nie zatracił tego niezwykłego sygnaturowego akordu, który czyni z Aromatics Elixir i z 900 aromaty tak trudne do zapomnienia. Otwarcie nie jest tak cytrusowe (akord zmywacza zniknął), zaś nuty biało kwiatowe jaśminu i ylang ylang zostały tu ściszone. Pojawił się za to nieco bardziej męski duet goździka i geranium. Paczula ponownie odgrywa niezwykle ważną rolę, wzmocniona przez wetiwer i mech dębu stanowi o szyprowym charakterze 900. Baza jest najbardziej zbliżona do Aromatics Elixir, aczkolwiek odrobina cywetu czyni ją bardziej męską. 900 jest ogólnie delikatniejszy od damskiego pierwowzoru, choć i tak, jak na eau de cologne, jest całkiem trwały i dobrze wyczuwalny przy założeniu liberalnego użycia (nie jest to bowiem tradycyjna, ulotna cytrusowa kolońska). Co bardzo istotne, to pachnidło wymaga skóry, by je w pełni docenić. Testy na papierze robią mu po prostu krzywdę.

Jedno mogę powiedzieć z czystym sumieniem – aktualna wersja 900 pochodząca z Aramis Gentleman’s Collection – pachnie po prostu fenomenalnie. Nie miałem pojęcia, że to jest tak niesamowite pachnidło. Bardzo charakterystyczne (na miarę Eau Sauvage, Fahrenheit czy Habit Rouge). Klasyczne, nieco oldskulowe, męsko zniewalające.

Jak powiedział Chant, wąchamy naszym umysłem oraz czujemy perfumy emocjami. Dla mnie 900 to właśnie pozytywne emocje, których nie potrafię wyjaśnić. Być może jakieś przyjemne podświadome wspomnienia, skojarzenia z przeszłości…

Za sprawą 900 wróciłem do klasycznego Aramisa (1966) tego samego perfumiarza i przypomniałem sobie, jaki jest świetny. Choć tamten to inny typ – także szypr, ale już nie kwiatowy, tylko skórzany. Bardziej wytrawny, surowy, bardziej męski. Chyba równie genialny, co 900. Oczarowały mnie pachnidła Bernarda Chanta. Może to kwestia mojego wieku? A może znudzenia współczesną perfumerią mainstreamową? Trochę także pewnie efekt obcowania z Monsieur. Frederica Malle, który właśnie do takiej estetyki mocno nawiązuje. Jestem pewien, że Bernard Chant doskonale czułby się nosząc Monsieur.

Tak czy inaczej w kolejce na testy czekają jeszcze Aramis Devin i JHL. Zgadnijcie, kto je skomponował?

 

aramis 900

nuty głowy: kolendra, nuty zielone, cytryna, bergamotka, drewno różane

nuty serca: goździk, irys, jaśmin, konwalia, róża, geranium

nuty bazy: drewno sandałowe, ambra, mech, paczula, wetiwer, cywet

twórca: Bernard Chant

rok premiery: 1973

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ***