Dior Homme Sport 2017 – sportowej sagi Diora ciąg dalszy

Tegoroczna premiera Dior Homme Sport niejednego pewnie wprowadziła w konfuzję. Jak to – kolejna, trzecia wersja tego samego zapachu? Owszem. I śmiem twierdzić, że nie ostania.

Konkretnie jest to już trzecia inkarnacja Dior Homme Sport. Pierwszą Dior zaprezentował w 2008 roku (tu moja recenzja z 2010). Drugą mieliśmy przyjemność poznać w 2012 roku (pisałem o niej tu). Minęło kolejne 5 lat i Francois Demachy po raz trzeci proponuje nam swoją wizję męskiego „sportowego” zapachu Diora. Określenie to biorę w cudzysłów, gdyż w praktyce przyjęło się, że perfumy z taką etykietką oznaczają zwykle aromat orzeźwiający, świeży, lekki, bogaty w nuty cytrusowe, ale nie będący typową kolońską. Faktem jest, że nowa propozycja Diora wręcz podręcznikowo mieści się w tym zakresie.

dior homme sport 2017 commercial

Ale po kolei. Pierwszy Dior Homme Sport (2008) – niestety już praktycznie niedostępny – zachwycał rześką mieszanką słynnych diorowskich cytrusów (z bergamotką i grejpfrutem w rolach głównych), pięknie wibrującym imbirem w sercu i mocną, trwałą, nieco zadziorną drzewną bazą.

Dior-Homme-Sport_2008

Drugi DHS (2012) najlepiej korespondował z nazwą linii, jaką reprezentował, poprzez sygnaturową (choć krótkotrwałą) nutę irysa umieszczoną w sercu (wyczuwalną jednak od samego początku), która czyniła z niego zapach nieco bardziej wyrafinowany, przez co odbiegający od typowej sportowej estetyki. Wciąż pobrzmiewała w nim nuta cytrusowa (tym razem głównie sycylijski cytryn/cedrat), a imbir dalej przydawał ciepłej przyprawowości w sercu. Drzewna baza była tym, co najbardziej zbliżało go do „jedynki”.

dior homme sport 2012

Jak wypada nowy DHS na tle poprzedników? Moim zdaniem najmniej ciekawie, ale nie znaczy to, że jest to kiepskie pachnidło. To wciąż solidny świeżak, który tym razem może nieco zbyt mocno zbliżył się charakterem do – moim zdaniem zapachowo niezbyt interesującego, choć komercyjnie doskonale przyjętego – Dior Sauvage (2015).

Najnowsze wcielenie Dior Homme Sport (2017) nie jest ani tak naturalnie i rześko pachnące, jak pierwsze, ani tak wyrafinowane jak drugie. Schlebia raczej bardziej masowym gustom, choć nie potrafię odmówić mu uroku, gdyż wciąż pozostaje zapachem co najmniej dobrym.

Otwarcie jest znów – podobnie jak w „dwójce” – zbudowane na esencji z cytronu (cedrat), tym razem jednak wzbogacone o pomarańczę i – obecny już w „jedynce” – grejpfrut. Za aspekt przyprawowy tym razem odpowiadają gałka muszkatołowa i różowy pieprz. Efektem jest nieco cytrusowo-owocowe, raczej ciepłe (miast rześkiego) intro i bardzo lekko przyprawowe, trochę jakby owocowo pachnące serce. To prawdopodobnie zasługa zastosowanej esencji z gałki. Baza jest subtelnie drzewna – na samym końcu na skórze pozostaje lubiany przez mnie suchy i lekko gryzący aromat (sandałowiec?), podobny do tego z obu poprzedniej wersji.

Trzeba przyznać, że Demachy potrafi niesamowicie żonglować tymi kilkoma składnikami, by zmieniać oblicze tego samego zapachu, pozostawiając jednak niezmienionym jego klimat. Szkoda, że nie są dostępne wszystkie jego wersje, bo każda ma coś w sobie.

Zapach – przy obfitej aplikacji, co jak zwykle ułatwia fenomenalny diorowski atomizer – jest dobrze wyczuwalny i trzyma się skóry całkiem długo, bo ponad 6-7 godzin. Od słodkawego cytrusowego początku przez lekko owocowe serce po drzewny, suchy finisz DHS daje o sobie przyjemnie znać. Za parametry więc daję mu wysokie noty.

Pozostaje pytanie – dlaczego Dior dokonuje tych zmian? Myślę, że ze względu na zmieniające się trendy i wchodzące w dorosłość nowe pokolenie młodych mężczyzn, do których zapach jest adresowany, o czym dobitnie świadczy przecież zatrudnienie do tej kampanii reklamowej (jak i wcześniejszej Dior Homme) idola niedawnych jeszcze nastolatków – Roberta Pattinsona, który zmienił nieco już jednak przebrzmiałego, łysiejącego Jude’a Lawa. Bazując na prawdopodobnie od dawna słabnących wynikach sprzedaży poprzedniej wersji Dior zdecydował, że należy odświeżyć sportowy temat, by w ramach niby-nowości zachęcić nowych konsumentów do zakupu. Pewnie mu się to uda. Osobiście wróżę bowiem nowej wersji Dior Homme Sport sporą karierę, bo zapach ma wszelkie cechy bestsellera. Co ciekawe, dostępny jest w smukłym flakoniku o pojemności 75 ml, co jest nowością w porównaniu do 50 ml butelek, w jakich dostępne były wersje poprzednie.

 

Dior Homme Sport 2017

nuty głowy: cedrat, pomarańcza, grejpfrut

nuty serca: różowy pieprz, gałka muszkatołowa

nuty bazy: wetiwer, drewno sandałowe

perfumiarz: Francois Demachy

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

Dior „Homme Eau”

W przypadku tej wersji Dior Homme miejsce premiery nie było z pewnością przypadkowe. Dior Homme Eau zadebiutował w 2014 roku w domach handlowych sieci Macy’s w USA jako lżejsza, „rozwodniona” wersja męskiego klasyka…

macy's

Mimo moich wcześniejszych obaw co do pierwiastka wodno-świeżego, Homme Eau okazał się być udanym wcieleniem protoplasty – odświeżonym, pozbawionym ciężkości (w szczególności zaś tej sławetnej nuty damskiej szminki), mimo to zachowującym jego DNA. Stąd obecna wyraźna, piękna i jedyna w swoim rodzaju, emblematyczna dla Dior Homme nuta irysa, tym razem obudowana jednak lżejszą, jakby nieco znajomą i szczególnie pewnie bliską Amerykanom, nieco syntetyczną wonią świeżą, która przywołuje na myśl estetykę spopularyzowaną przez zaskakująco popularny za oceanem Fierce od Abercrombie & Fitch, a także jego europejskich następców w typie Montblanc Legend. Wymienianych w akordzie otwarcia cytrusów raczej nie poczujemy, a już na pewno nie w takim stopniu jak w Cologne czy Sport. Od początku zaś wyraźny jest irys wzmocniony kolendrą. Baza zasługuje na miano odrobinę detergentowej, odrobinę też wodnej, choć wymienia się tu ambrę  i cedr

Homme Eau jest całkiem udaną próbą mariażu bardzo charakterystycznej diorowskiej nuty irysa ze współczesnym wcieleniem męskiego aquaticfougere.

Taki charakter zapachu świetnie podkreśla jego blado-niebieska, wodna barwa. Siłą rzeczy przypomina mi kolor Iris de Nuit Jamesa Heeleya. I nie tylko to. Również sam zapach można uznać za utrzymany w podobnej tonacji, bladej i…. chłodnej. Przypadkiem także i tam irysa umoszczono na bazie z ambry i cedru

dior homme eau big

Homme Eau to jest lżejsza, mniej zobowiązująca, bardziej „cywilna”, ale – być może przez swą poprawność i stonowany charakter – nieco nawet bardziej „korporacyjna” wersja klasyka.

Zapach przyjemnie projektuje ze skóry i trzyma się na niej poprawnie mniej więcej osiem godzin, na ubraniach wszakże pozostając dużo dłużej.

Co ciekawe (lub nie) Homme Eau nie jest wyszczególniony na oficjalnej międzynarodowej stronie Dior Perfumes. Zastanawiam się więc, czy nie była to czasem edycja limitowana, i czy ta inkarnacja klasyka nie została już spisana na straty. Byłaby to szkoda, gdyż jest to moim zdaniem całkiem udane pachnidło stanowiące świetną alternatywę dla Dior Homme EDT na cieplejsze dni i mniej zobowiązujące okazje. Nie można bowiem zapominać, że oba lżejsze zapachy z linii Homme (Sport i Cologne), same będąc świetnymi męskimi pachnidłami, nie mają pod względem olfaktorycznym nic wspólnego z pierwowzorem. Podczas gdy Dior Homme Eau zdecydowanie ma i to jest jego wielką zaletą. Moim zdaniem to kolejne udane wcielenie Dior Homme. Co prawda nie tak dobre, jak Parfum, ale to przecież niemal dwa różne pachnidła, każde o innym przeznaczeniu.

dior homme eau 1

nuty głowy: grejpfrut, bergamotka, kolendra

nuty serca: irys

nuty bazy:  cedr, ambra

twórca: Francois Demachy

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Dior Homme Parfum

Po Eau Sauvage Parfum (2011) i Fahrenheit Parfum (2014) pojawienie się najnowszego wcielenia sztandarowego męskiego zapachu Diora Homme w wersji Parfum było kwestią czasu, chociaż… Z drugiej strony było też dla mnie pewnym zaskoczeniem. Wszak już w 2007 roku Dior wydał Homme w koncentracji wody perfumowanej (wersja Intense), oficjalnie zresztą zreformułowanej w 2011 roku przez Francoisa Demachy’ego i dostępnej w ciągłej ofercie marki. Wydawać by się więc mogło, że Dior „wykonał już zadanie”, proponując intensywną, wieczorową wersję swego sztandarowego męskiego zapachu. Jednak jak widać współczesny rynek perfum nie lubi próżni i stagnacji, a kolejne premiery tzw. flankerów (nowych wersji znanych zapachów) nie pozwalają zapomnieć klienteli o istnieniu danej linii zapachowej, co w efekcie utrzymuje bądź nawet zwiększa sprzedaż. I nie ma w tym nic złego, dopóki owe flankery przedstawiają nową, wartą uwagi jakość. W przypadku diorowskiej linii Homme – i męskich perfum Diora w ogóle – jest to akurat w ostatnich latach niemal zasada (od kiedy Demachy zasiada w gabinecie naczelnego perfumiarza LVMH). Zarówno kolejne wcielenia Fahrenheita, jak i Eau Sauvage oraz Homme są pachnidłami z reguły udanymi. Nie inaczej jest też w przypadku Dior Homme Parfum.

Francois Demachy 2014
Francois Demachy

Francois Demachy zastosował tu zabieg poniekąd analogiczny do tego, co zrobił w Eau Sauvage Parfum i Fahrenheit Parfum. Tam sygnaturowe aromaty obu legendarnych pachnideł podbudował gęstymi akordami o skórzanej aurze, przy czym cytrusowo-jaśminowy akord Eau Sauvage zagęścił mieszanką mirry i wetywerii, zaś zielono-fiołkową woń Fahrenheita – wanilią. Zresztą warto tu także wspomnieć wycofanym już z produkcji Fahrenheit Absolute, w którym fiołki skutecznie zalano gęstą mazią złożoną z mirry, olibanum i akord oudowego. W Homme Parfum zastosował esencję ze szlachetnego sandałowca ze Sri Lanki oraz akord skórzany, które połączył z sygnaturową dla tej linii zapachowej nutą toskańskiego irysa. Efekt robi doskonałe wrażenie, a Homme Parfum wyrasta na moim zdaniem najlepszą „wariację na temat”.

Irysowa nuta jest w Homme Parfum szczególnie mocna i wyjątkowo trwała. Ta sygnaturowa woń obecna jest od pierwszych sekund, od razu z towarzyszeniem esencji z drewna sandałowego, która jest niezwykle ważnym elementem tego pachnidła. Z czasem nabiera ona mocy osiągając swoje apogeum po kilku godzinach od aplikacji, gdy tworzy lekko pudrową, wręcz „szminkową” aurę. To moment, w którym Dior Homme Parfum najbardziej przypomina wersję Intense i jednocześnie najbardziej oddala się od ogólnie pojętych perfum męskich (niektórzy zarzucają linii Homme nazbyt śmiałe aromaty kobiece). Z czasem do gry włącza się bazowy akord skórzany, który wraz z sandałowcem trwa na skórze wiele godzin pozostając wyraźnie wyczuwalny. Parfum rozwija się na skórze w średnim tempie, pięknie projektuje na każdym etapie i daje mi ogromne poczucie satysfakcji z noszenia. Czysta perfumowa przyjemność.

A jak wypada w porównaniu z Intense oraz wersją eau de toilette (mam tu na myśli oczywiście aktualne formulacje z 2011 roku)? Z pewnością bliżej Parfum do Intense przez wzgląd na gęstą zmysłową aurę i ewidentny wieczorowy sznyt obu zapachów. Ale znajdziemy też istotne różnice. Intense odczuwam bowiem jako irys na miękkim niczym jedwab podłożu (głównie dzięki obecności „roślinnego piżma” jakim jest esencja z nasion hibiskusa, ta sama która tak pięknie prezentuje się w męskim L’Instant de Guerlain). Dzięki tej jednocześnie eleganckiej i bardzo komfortowej nucie Intense jest bardziej zmysłowe, ale także nieco bardziej subtelne, mniej agresywne, doskonale wieczorowe i szykowne. Parfum z kolei sprawia wrażenie bardziej mrocznego, jeszcze gęstszego i nieco bardziej chropawego w wyniku mocniej zaakcentowanych nut drzewnych oraz akordy skórzanego, który przydaje mu nowego wymiaru, a którego w Intense nie znajdziemy. Różnice są najczytelniejsze, gdy zapachy te porównuje się równolegle. Nosi się je podobnie i nie będę zaskoczony, jeżeli wielbiciele Homme podzielą się na tych, którym wystarcza Intense oraz na tych którzy wybiorą Parfum jako opcję proponującą „więcej cukru w cukrze”. Wersja EDT natomiast to zapach w tym trio najlżejszy i najświeższy, co nie znaczy wcale, że lekki i świeży. O jego odmiennym charakterze stanowi głównie kardamon, przydający my subtelnie musującej, lekko przyprawowej owocowości, stanowiący wraz z irysem intrygujący duet. Wersja EDT niestety przegrywa z IntenseParfum, zarówno gdy chodzi o moc, jak i o trwałość. Przyznam, że po moich prowadzonych w ostatnich dniach testach porównawczych EDT uplasowała się na ostatnim miejscu z całej trójki. Na przedramieniu pachniała nieźle, ale już noszenie zapachu przez cały dzień utwierdziło mnie w przekonaniu, że Dior Homme EDT to perfumy jak na mój gust zbyt delikatne. Moim faworytem jest więc Parfum, choć przyznam, że Intense plasuje się tuż tuż za nim…

dior homme parfum

nuty głowy: irys

nuty serca: drewno sandałowe

nuty głębi: akord skórzany

twórca: Francois Demachy

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra+
  • trwałość: ponad 12 h

Nowe męskie zapachy Armaniego, Givenchy i Diora…

Niedawno wspomniałem na blogu o nowym męskim zapachu Lapidus Pour Homme Black Extreme, który zarówno nazwą, jak i flakonem nawiązuje do klasyka Lapidus Pour Homme sprzed 25 lat. Ostatnie newsy mogą wskazywać, że oto mam pewną nową modę na wprowadzenie nowych zapachów nawiązujących do klasyków.

Portal Fragrantica donosi, że oto legendarny już cytrusowo-aromatyczny Armani Eau Pour Homme nie dość, że doczekał się wersji w nieco zmodyfikowanym, unowocześnionym flakonie (sam zapach podobno także został uwspółcześniony lub raczej dostosowany do aktualnych wymagań i możliwości dot. składników), to równocześnie premierę ma zupełnie inna pod względem charakteru woda Armani Eau de Nuit Pour Homme. Nowa woda Armaniego będzie ciepła, drzewno-przyprawowa. Mimo, że opis nut nie wygląda ani zachęcająco, ani oryginalnie, zawsze warto liczyć na pozytywne zaskoczenie…

armani eau de nuit

nuty górne: bergamotka, różowy pieprz

nuty środkowe: kardamon, gałka muszkatołowa, irys, heliotrop

nuty dolne: cedr, tonka, ambra

Ewidentnym zaskoczeniem jest dla mnie natomiast premiera nowego męskiego zapachu Givenchy Gentleman Only odwołującego się nazwa i flakonem to legendarnego Gentleman z 1974 roku – jednego z najdoskonalszych męskich zapachów, jakie kiedykolwiek powstały, wspaniałego mariażu nut cytrusowych, drzewnych i skórzanych z doskonałą paczulą w sercu. Nowa odsłona zapachu ma sprostać gustom współczesnych mężczyzn (!). Łatwo nie będzie (a może właśnie będzie ;-)). Spis nut wygląda obiecująco. Jest nawet znana z protoplasty paczula, a w bazie dodatkowo kadzidło. Givenchy znany jest z doskonałych i charakternych pachnideł, więc ta premiera dużo bardziej mnie ekscytuje, niż nowy Armanii…

givenchy only gentleman

nuty górne: zielona mandarynka, różowy pieprz, gałka muszkatołowa, liść brzozy

nuty środkowe: paczula, wetyweria, cedr

nuty dolne: kadzidło, piżmo

Na koniec informacja o nowej wersji Dior Homme Cologne. Sądziłem, że Francois Demachy całkowicie wycofał tę formułę z oferty marki. Okazuje się jednak, że – podobnie jak eau de toilette (Dior Homme, Dior Homme Sport) i eau de parfum (Dior Homme Intense) – także i cologne zostało przez perfumiarza przerobione (tyle że tym razem gruntownie) i pojawi się w zupełnie nowej wersji.

dior homme cologne

W przepięknym flakonie znajdzie się nowoczesna, lekka i odświeżająca woda kolońska złożona z wysokiej jakości składników: cytrusów (kalabryjska bergamotka), nuty kwiatowej (kwiat grejpfruta) i piżmowej bazy. Przyznam, że bardzo jestem ciekaw tego zapachu, bo wiem, że Demachy jest absolutnym mistrzem nut cytrusowych. Swoją drogą widzę, że zupełnie inaczej podzielił role poszczególnych koncentracji w linii Dior Homme uzupełniając wersje Sport o nutę irysa znaną zarówno z klasycznej EDT, jak i skoncentrowanej Intense EDP (pierwotna wersja Sport nie zawierała w ogóle irysa), zaś cologne irysa pozbawił, a właściwie to stworzył ją zupełnie od nowa (poprzednia wersja zawierała w składzie: lawendę, neroli, szałwię, kardamon, bergamotkę, mandarynkę, irys, kakao, ambrę, skórę, paczulę, wetiwer; była więc w istocie lżejszą odmiana regularnego EDT).

Jako wielbiciel zapachów kolońskich  na testy Dior Homme Cologne edycja 2013 czekał będę ze szczególnym apetytem…

 

Dior Homme/ Dior Homme Intense – oficjalna zapowiedź reformulacji

Oj dzieje się u Diora ostatnio, dzieje! Francois Demachy jest perfumiarzem, który przez 29 lat pracował dla Chanela. Współtworzył wraz z Jacquesem Polgem – o czym mało kto wie – sukces wielu perfum tego szacownego brandu. Od 2006 roku „wybił się na samodzielność” i został „super dyrektorem” artystycznym, odpowiedzialnym za rozwój perfumowy całego koncernu LVMH (Louis Vuitton Moët Hennessy), a przy tym jest nadwornym nosem Diora. Komponuje perfumy tej marki, a ostatnimi czasy z ogromnym zapałem gmera w recepturach już istniejących perfum Diora, tworząc ich nowe wcielenia. Ostatni news jest, uważam, sensacyjny…. Otóż już 13 września do sprzedaży trafią odświeżone (choć wciąż przecież jeszcze młode) pachnidła Dior Homme i Dior Homme Intense. Demachy podobno wziął (genialny wg mnie) oryginał Oliviera Polge’a i zrobił go po swojemu. W kompozycji znajdziemy większość dotychczasowych składników i nut (choć chyba nie wszystkie, za to kilka nowych). Zapach ma być ponoć bardziej wyrafinowany i zawierać najlepsze, wyselekcjonowane ingrediencje. Ma być krokiem naprzód w zakresie jakości perfum Diora. Osobicie nie wiem, co o tym myśleć. Dior Homme wydaje się być pachnidłem skończonym i doskonałym, w jakimś sensie definiującym współczesnego mężczyznę Diora. Czy można go rzeczywiście poprawić, ulepszyć? Dowiemy się – mam nadzieję – wkrótce. Acha – pachnidła bedą sprzedawane we flakonach 150 ml (!). Dla zainteresownych poniżej porówanie nut nowej i starej wersji:

Dior Homme EDT 2011:

głowa: włoska bergamotka, szałwia, lawenda

serce: włoski irys, kakao, ambra

baza:paczula haitańska, paczula indonezyjska, skóra

dla porównania nuty klasyka Oliviera Polge’a:

głowa: bergamotka, szałwia, lawenda

serce: irys, ambra, kakao, kardamon

baza: paczula, skóra, wetiwer

Czyli składników jakby nieco mniej (był kardamon w sercu i wetiwer w bazie, w nowej wersji ich nie ma, jest za to ambra).

Flakon na pierwszy rzut oka taki, jak poprzednio, tyle że rurka czarna zamiast srebrnej.

……i jeszcze Dior Homme Intense 2011:

głowa: lawenda

serce: irys, ambra, likier gruszkowy, nuty pudrowe

baza: cedr z Wirginii, wetiwer

a oto wersja dotychczasowa:

głowa: laweda

serce: irys, wanilia, ambra

baza: cedr z Wirginii, wetiwer Tym razem wanilia zastąpiona likierem gruszkowym (?!).

Flakon jak nowy Dior Homme, zatyczka ciemna. Z Intense sprawa jest szczególnie ciekawa, bowiem pierwotna kompozycja jest autorstwa Demachy’ego, będzie więc poprawiał samego siebie… Od siebie dodam, że z oferty Diora wyleciała wersja Cologne (także Demachy’ego). Trochę szkoda, bo dobrze ją wspominam z testów perfumeryjnych, choć niestety dotąd nie było mi dane zapoznać się z nią bliżej. Być może nowe EDT będzie spotkaniem w pół drogi starego EDT i Cologne? Cóż, pozostaje czekać i liczyć na pojawienie się obu wersji w „polskich” perfumeriach.

Christian Dior – Dior Homme

„Który z istniejących zapachów – pomijając swoje własne kompozycje – chciałby Pan stworzyć?

Bertrand Duchaufour: Jest tylko jeden: Dior Homme Oliviera Polge’a.”

Czy potrzeba lepszej rekomendacji?…

Kompozycja Oliviera Polge’a (syna Jacquesa Polge’a – perfumiarza CHANEL) niewątpliwie szokowała w 2005 roku, gdy pojawiła się na półkach perfumerii sieciowych. Myślę, że przyzwyczajonych do męskich standardów zapachowych klientów zaskakiwać może i dziś, choć z pewnością już w mniejszym stopniu. Trudna do zaszufladkowania woń, w której centrum znajduje się kłącze irysa, dała początek nowemu trendowi na rynku męskich pachnideł, w którym coraz śmielej sięga się po – zarezerwowane dotąd dla pań – nuty kwiatowo-pudrowe. Kenzo Power, Prada Infusion D’Homme, żeby wymienić pierwsze z brzegu pachnidła designerskie, które kontynuują ten kierunek.

Cudną, lekko pudrową i „papierową” nutę kłącza irysa czujemy od samego początku. Na wstępie idealnie sparowana z lawendą i niesiona lekkimi molekułami cytrusowymi (indywidualnie niewyczuwalnymi). W fazie sreca oprawiona kardamonem i  kakao oraz przeciepłą ambrą. Na tym etapie Dior Homme nieco przypomina Guerlain L’Instant Pour Homme, głównie poprzez połączenie ambry z ziarnem kakao. Ten piękny akord trwa dobrych kilka godzin, dając wystarczająco dużo czasu, by się nim nacieszyć. W finale zanika dominująca w sercu pudrowość, ustępując miejsca ciepłemu, harmonijnemu skórzanemu akordowi bazy. Każdy akord składający się na tę cudną olfaktoryczną symfonię jest bardzo harmonijny, wyrazisty i wyczuwalny. To prawdziwa przyjemność śledzić te jakże wyraźne zmiany na skórze, czuć ewolucję zapachu, a nie jedynie jakieś bliżej nieokreślone nagromadzenie składników. Pod tym – konstrukcyjnym – względem Dior Homme przypomina mi Egoiste Chanela. Doskonale skonstruowane, piękne akordy, trwające i ewoluujące leniwie w czasie, do tego intensywne, mocne i trwałe. Widać, że młody Olivier uważnie słuchał wykładów taty i wziął sobie jego rady do serca 😉

Kluczowy składnik kompozycji – kłącze irysa – to jedna z najcenniejszych ingrediencji w palecie perfumiarskiej.  Zerwane kłącze podlega suszeniu i leżakowaniu przez co najmniej trzy lata (!), po czym poddawane jest kilku procesom chemicznym, w wyniku których na końcu otrzymuje się irysowy absolut.

Dior Homme to przecudnej urody pachnidło,  arcydzieło sztuki perfumeryjnej bez najmniejszych wątpliwości. Jeżeli już zaakceptujemy jego nieco „freakową” naturę, mamy szansę docenić geniusz twórcy. Dior Homme ma szanse stać się kompozycją przełomową, historyczną i klasyczną. Właściwie już dziś – 5 lat po premierze – stał się nią i wygląda na to, że podzieli długowieczny, szczęśliwy los „klubowego kolegi”, niejakiego Fahrenheita. Mam nadzieję, że uniknie jednak „podróbkomanii” i popularyzacji wśród panów, dla których szczytem ekskluzywnej elgancji jest komplet dresowy Adidas, która to dotknęła to legendarne fougere z 1988 roku. Zresztą widzę pewną analogię pomiędzy Fahrenheitem i Dior Homme: obie kompozycje umieszczają w swym centrum mocny i oryginalny akord kwiatowy. W pierwszej z nich jest to fiołek, w drugiej – irys.

Kompozycja Polge’a zachwyca mnie za każdym razem, gdy jej używam. Wspaniała ponad 10 godzinna trwałość, duża intensywność i wyczuwalność. Jest moim zdaniem doskonałym pachnidłem wieczorowym, bardzo zmysłowym i prowokacyjnym przez swą nietypową, pudrową naturę. Choć w linii Dior Homme jest już wersja Intense pomyślana jako pachnidło na tego typo okazje, ja nie mogę pozbyć się wrażenia, że klasyczny Dior Homme najlepiej sprawdzi się podczas romantycznej kolacji we dwoje, a mniej podczas intensywnego dnia pracy w biurze. Wszystko to jednak kwestia gustu, a także przełamania stereotypów. Pamiętać jednak trzeba, że Dior Homme to pachnidło bardzo konkretne i dominujące, dalekie od typowych formalnych perfum, często nieco „bezpłciowych”.

Flakon dorównuje zapachowi pod względem jakości i oryginalności. Masywny, szklany, przeźroczysty sześcian o grubym dnie pozwala cieszyć oko bursztynową barwą cieczy. Oszczędny czarny nadruk z nazwą. Dwa słowa. Tylko i aż. Oryginalna osłonka na wężyk atomizera w kształcie chromowanej rurki. Plastikowa, prostopadłościenna, również przeźroczysta zatyczka z wtopionym czarnym korkiem, korespondującym z czarną główką atomizera. Jego połączenie z szyjką flakonu w kolorze srebrnym z wygrawerowanym napisem Dior Homme.  Wreszcie sam atomizer – doskonały, pozwalający zarówno na zadozowanie minimalnej ilości płynu, jak i na wydobycie z niego potężnej mgły zapachu – wg uznania. Całość na 6.

Dior Homme jest w mojej 10-tce męskich pachnideł wszechczasów. Doskonały i jedyny w swoim rodzaju. Klasyk. Po takim arcydziele ciśnie się na usta pytanie czy Olivier Polge jest w stanie je czymś przeskoczyć? Po wstępnych testach jego najmłodszego dziecka Kenzo Homme Boisee odpowiedź na to pytanie brzmi: póki co – nie.

nuty głowy: lawenda z Vaucluse, szałwia, bergamotka

nuty serca: absolut z toskańskiego irysa, ambra, kakao, kardamon

nuty bazy: paczula, skóra, haitański wetiwer

twórca: Olivier Polge

rok wprowadzenia: 2005

moja klasyfikacja: elegancki, nieco nonszalancki, pudrowy, nietypowy, bardzo oryginalny zapach wieczorowy, raczej na chłodne pory roku

ocena w skali 1-6: kompozycja: 6/ moc: 5/ trwałość: 5/ flakon: 6